drukowana A5
46.68
Panienka z okienka

Bezpłatny fragment - Panienka z okienka


Objętość:
329 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0179-0

I. W kamiennym pierścieniu

Szedł sobie najspokojniej, powłócząc oczami po tych cudnych i cudacznych rzeczach, których może póki życia nie miał już oglądać, gdy znienacka ozwały się za nim wesołe przygrywania i szmery posuwiste, jakoby od nadciągającej ciżby. Obejrzał się, przystanął — a tu z bocznej przecznicy płynie orszak strojny z kapelą na czele. Przodem i dokoła — jak to zwykle w podobnych razach — wali tłum ciekawej gawiedzi. Wnet się też zrobiło tak ciasno, że pan Kazimierz musiał co prędzej ustąpić pod ścianę. Wprawdzie ulica nie należała bynajmniej do wąskich, ale, jak wszystkie główniejsze ulice Gdańska, była z obu stron zastawiona dwoma szeregami dużych ganków, czyli raczej tarasów, które głęboko wrzynając się w jej koryto, szczupły tylko przepływ zostawiały dla jezdnych i pieszych.

Oparł się więc o podmurowanie jednego z onych tarasów, a że był słuszny, mógł ponad głowami dobrze widzieć przeciąganie wesela, bo zaraz poznał, że to weselny orszak.

Naprzód, po trzech rzędem, szli grajkowie dmący w trąby, piszczałki, fletnie i różne inne fujary takie pokręcone, takie pozawijane, jakby jakie świeciste węże.

Potem szła gromada młodych ludzi dość suto wyglądających. Buty miękkie, lejkowato rozwarte. Ubiory obcisłe, o bufiastych rękawach, niby pozszywane z pasów dwubarwnych w podłuż popękanych i nasianych sterczącymi wypuszczkami. U jednych krezy okrągłe, u drugich już nowomodne, obwisłe kołnierze, spadające na piersi we dwa trójkątne, koronkowe końce. U ramion krótkie płaszczyki, tak zwane wówczas „półmancia”. Nad tym wszystkim kapelusze ogromne, o wywiniętym skrzydle i kiściastych piórach.

Jeden tylko pan młody nie miał pióra; miał za to inną ozdobę, która naszemu widzowi mile wpadła w oczy; były to dwa malutkie, zieloniuchne wianeczki, wzajemnie w siebie zadzierzgnięte, jakby dwa ogniwa łańcucha, i przytwierdzone do główki kapelusza, gdzie tworzyły rodzaj kokardy mirtowej, a dla bystrych oczu — hieroglif miłości.

Za kawalerami szły panny także po trzy rzędem. Ubrania ich pstrzyły się różnymi barwami, ale krój miały jeden nieodmienny. Suknia sztywna w ciągnione floresowe wzory, z tyłu mocno powłóczysta, u dołu strefowana kilku pasamonami z ciemnych taśm kamelorowych albo z czarnego aksamitu. Na przód spódnicy spuszczał się długi a wąski fartuszek, w domu zwykle płócienny, a od stroju rąbkowy, powiewny, jakby biała szarfa. Stanik twardy i długi dosadnie zarysowywał utoczenie kibici. Rękawy, podobne do męskich, wydęte, rozporkami zatrzęsione, ściągały się u dłoni pod koronkowy mankiet, a z ramion tworzyły dwie wypukłe bańki, niby dwie podpórki mające podtrzymywać równowagę krezy. Ta ostatnia bywała najrozmaitszych rodzajów; czasem grubo rurkowana, a mała w obwodzie, czasem znów cieniuchna, ledwie troszeczkę falująca, a za to szeroka jakby tarcza. Z jej środka, niby pisklę z gniazda, wystawała główka gładka i mydłkowata, bo przy krezie wszelkie bogatsze ufryzowanie stawało się niemożebnym; głowa musiała być maleńką i okrągluchną, ażeby mogła poruszać się swobodnie w tej ciasnej, ostro prążkowanej konsze. Toteż wszystkie włosy podczesywano w górę i zaplatano w jeden warkocz, którego kręgi ukrywały się z tyłu pod czarną aksamitną bramką lub pod czółkiem z różnobarwnych wstążek.

Białogłowa, idąca do kościoła, zarzucała jeszcze na suknię płaszczyk osobliwszy a prześliczny; kładł on się pod krezę, z którą stanowił niby jedną całość; uszyty po prostu w kwadrat z muślinu lub lekkiej wełny, nie miał rękawów ani żadnych ozdób, tylko pod szyją był lekko zmarszczony i cały w podłuż karbowany, tak że kobieta szła spowinięta od stóp do głowy w jeden wielki a miękki wachlarz.

Czasem, gdy płaszczyk się odchylił, można było dojrzeć jeszcze inny szczegół cechujący ubranie ówczesnej gdańszczanki; na przykład cięgaturę, czyli ów sznur nieodstępny, jakim się okręcała w pasie, a którego jeden koniec opadał na fartuszek, podczas kiedy drugi, opatrzony całym pękiem kluczyków, igielników, nożyczek i szydełek, wpuszczony był zazwyczaj do bocznej kieszeni. Na tym sznurze przewieszano też i facolet, czyli chustkę od nosa, gdy rączka strudziła się jej trzymaniem; a i chustka była wzorzysta, chwaścikami u czterech rogów zakończona i rączka schludnie zawinięta w rękawicę o misternych wyszywaniach.

Panowie i panny widocznie byli zadowoleni ze swojej strojności, bo szli z piersią wydętą jak u pawia, zerkając na przyglądające im się tłumy. Ale pan Kazimierz patrzył obojętnie; podobnych strojów, mniej lub więcej wykwintnych, mógł co dzień widywać krocie; podobny orszak weselny to w ludnym Gdańsku nie nowina. Dopiero za szeregami panien dostrzegł coś takiego, co go naprawdę zadziwiło, coś tak nadzwyczajnego, że oparł obie ręce o czekanik, aby wspiąć się na palce i lepiej zobaczyć.

Szła panna młoda między dwiema druhnami. Wszystkie trzy miały suknie z najprzedniejszej białopłowej „pawłoki” (która, jak wiadomo, była uprzywilejowaną tkanką szat koronacyjnych), a na sukniach płaszcze okrągłe, purpurowe, z gronostajowymi wyłogami u przodu, z bogatą klamrą u spięcia. I, o dziwo! Płaszcze te w górze nie wywijały się żadnym kołnierzem, ale były wszyte w obramowanie złote i wycięte kołem tak szerokim, że nie tylko szyja, ale i skrawek popiersia wykwitały z nich bez osłony.

Włosy też wolne od pęt codziennych, jakby drugi płaszcz rozpuszczono, wiły się po ramionach i spływały po barkach.

Na włosach każda z nich miała koronę złotą, cudnie wyrobioną w różne liściowe przezrocza i strzeliste pąki.

Korona panny młodej była najwyższa. Wzrostem także oblubienica górowała nad parą swoich towarzyszek i postawę miała okazałą, i w obliczu taką powagę, że ludzie przed nią się rozstępowali jakby przed urodzoną królową.

W czasach kiedy rosnąca ciągle srogość praw przeciwzbytkowych wykluczała z ubiorów mieszczańskich wszelkie cenniejsze tkaniny i futra, a zwłaszcza wszelkie drogie kruszce i kamienie, w czasach kiedy protestantyzm, coraz bardziej zacinający się i posępniejący, zaczynał narzucać już nie tylko duszom, ale i sukniom purytańską surowość — w takich czasach te łabędzie szyje, te szkarłaty i złota mogły słusznie zadziwiać na ulicach Gdańska i pan Kazimierz teraz dopiero zrozumiał, dlaczego tak wielka ciżba leciała za tym orszakiem.

Po drodze też ciągle przybywało śledzących oczu; na wszystkich piętrach zapalały się one poza wypukłymi szybkami; niejedno okno zabrzękło roztwierane co żywo dla przepuszczenia kilku głów natłoczonych.

Ale widowisko krótko trwało. Trzy koronne postacie przepłynęły jakby widziadła. Za nimi pokazali się rodzice państwa młodych otoczeni starszyzną. Tu, między mężatkami, znowu karbowane kołnierze i płaszcze, znowu suknie sztywne, tylko już bez fartuszków, na głowach czarne bramki, ale już obszyte koronką tworzącą z nich diademowe półkornecie. Między starszymi mężczyznami więcej biretów niżeli kapeluszy, więcej futrzanych armmantelów niżeli obcisłych kabatów.

Na koniec wysypała się ostatnia kupka ciekawych, orszak skręcił w inny poprzeczny zaułek, fletnie i stąpania powoli przycichły i pan Kazimierz znów się znalazł na pustej ulicy.

„A to mi panna młoda! — pomyślał. — Ustrojona jakoby druga Ester. Taką prowadzić do ołtarza to splendor. Ona wszystkim królowa, a pan mąż jej król. Niech no ja tylko stanę kiedy na ślubnym kobiercu, to moja panna musi bez pardonu mieć takowy płaszcz i koronę. Będą ci tam, co prawda, panowie bracia u nas wydziwiali nad oną komedią, ależ morskiemu człeku wolno przecie ustroić żonę per modum Gedanensem. Będzie tedy tak obleczona, jeno buzię musi mieć inakszą, bo ta nijak nie przypadła mi do serca; okrutnie pyszna i na dobitkę włosy jak u kruka. Żona kruk to i mruk. Wedle mego widzimisię żonka powinna być nie za duża, ustrugana jako ta łątka, ze złotymi kędziorkami, z turkusikowymi oczkami, a wiecznie śmiejąca się jako ten mały ptaszek, co to zawdy podskakiwa, podśpiewywa, a jak chcesz, to z ręki je, a jak chcesz, to dzióbka daje. Rzecze kto, że o taką łatwo, a nieprawda. Jam już niemało świata objachał, no i jeszczem nie nalazł owej, co mi się śni”.

Tu pan Kazimierz trochę sobie westchnął i — jak zwykle czynią ci, którzy wzdychają — podniósł w górę oczy.

Ledwie podniósł, a tu cały się wzdrygnął, złożył ręce i szepnął:

— Jezu najsłodszy! A wszak ci to akurat ona!

Mówiąc te słowa, patrzył w najwyższe okno domu, który stał naprzeciw niego po drugiej stronie ulicy. Okno to, wycięte w samym szczycie budynku, było zupełnie okrągłe, obrębione sznurową rzeźbą. W tym kamiennym pierścieniu rozkwitało coś podobnego do wielkiej stokrotki; kreza biała, przejrzysta, drobno prążkowana, wypełniała prawie całe okienko, a jak w środku białej stokrotki połyska złota kulka, tak w tym okrągłym kołnierzyku świeciła główka złotowłosa, bramką z niebieskich wstążek przepasana, bijąca słonecznym blaskiem świeżej cery, wdzięku i figlarności, z ustami jak maliny, z oczami jak turkusiki.

Oczy te były ciekawie wpatrzone w pana Kazimierza. I miały na co patrzeć. Już i podczas pochodu weselnego niejedna głowa zwracała się ku niemu, niejedno spojrzenie skrzyżowało się z jego wzrokiem.

Bo też imci pan Kazimierz Korycki, porucznik od Marynarki Jego Królewskiej Mości Władysława IV, był wyraźnie stworzony do dwóch rzeczy: do bicia nieprzyjaciół i podbijania serduszek. Wysoki a smukły, mocny a zwinny, wdzięczący się a zuchowaty, lubił każdemu i każdej blisko zaglądać w oczy. Twarz miał ogorzałą porządnie od morskich nawałności a jędrną jak spiż i przy każdym wzruszeniu buchającą rumieńcami, które przelatywały szybko niby błyśnięcie lontu. I piwne jego źrenice były tak pełne iskier, że gdy się w kogo bystro wpatrzył, to go tymi oczyma siekł jakby rózgami płomiennymi. Siarczysty kawaler.

Ubrany był dość osobliwie: na wpół po naszemu, a na wpół z cudzoziemska, bo też tak mniej więcej wyglądała cała flota pucka, w której urządzeniu wzorowano się z początku na marynarkach obcych, a zwłaszcza na szwedzkiej, najbliższej nam wedle sąsiedztwa i najlepiej znanej z powodu częstych zbrojnych sporów.

Miał więc pan Kazimierz obcisły kaftan, czyli tak zwany kolet z łosiej skóry, na ukos przepasany czarnym rzemiennym bandoletem, u którego wisiał obosieczny, nieco zakrzywiony kordelas. Rajtuzy, uszyte z granatowej rasy, pod kolanem były przewiązane i wpuszczone w obuwie składające się nie ze zwykłych butów, ale ze zgrabnych półbucików bez cholew, żeglarz bowiem jak góral potrzebował nóg lekkich dla uwijania się po stromych piąterkach i oślizgłych wklęsłościach ówczesnych okrętow.

Na kolecie nosił półkopieniak z kroju dość podobny do burki, ciemny i włochaty po wierzchu, więc dobry na słotę lub wichury, ale dobry i na pogodę, bo podbity czerwonymi nicami, które w dzień jasny odrzucały się na ramiona i rozweselały ubranie.

Głowa pana Kazimierza nie była podgoloną; mało kto jeszcze wtedy u nas oszpecał się owym dzikim, tatarskim wymysłem. Włosy jego, drobno skędzierzawione. przypominały ten sposób uczesania, jaki później został nazwany à la Titus, a który na ówczesnych wizerunkach już często daje się spostrzegać.

Włosy te pan Kazimierz przykrywał nie spiczastym, szwedzkim ani okrągłym, niemieckim kapeluszem, ale kosmatą, szczeropolską czapką, jedną z owych prześlicznych, fantastycznych czapek, jakie u nas kwitły za Wazów. Brzegi jej były w górę wywinięte i przeróżnie ponacinane, a u przodu stała kitka czarna, przytwierdzona zanklem srebrnym z emalią, gdzie drobniutko wymalowany kraśniał herb marynarki puckiej, ten sam, co był wyszyty na banderze królewskiej, mianowicie: ręka po ramię obnażona, trzymająca dobyty miecz; wszystko w polu czerwonym.

Jednak ta czapka, choć tak piękna, stała się teraz dla pana Kazimierza narzędziem niepomyślnej próby. Ledwie bowiem spostrzegł, że panienka z okienka na niego spogląda, zerwał ową czapkę z głowy i bardzo układnie się ukłonił. Tymczasem skutek zawiódł oczekiwanie. Panienka nie tylko nie oddała ukłonu, ale przestraszona zaczepką nieznajomego zapłoniła się gwałtownie (przez co — wedle uwagi pana Kazimierza — obrazek uległ takiej zmianie, jakby kto w złote serduszko stokrotki wetknął czerwony pączek róży), wycofała głowę z okienka i znikła w jego ciemnej głębi.

— Szkoda! — mruknął pan Kazimierz. — Spłoszyłem oną śliczną aparycję. Trzeba rzecz naprawić. Czasem dobra wiolencja, a czasem pacjencja. Zażyjmy teraz tej wtórej. Powiedają, że kiedy diabeł nie może białogłowy na żaden lep ułowić, to zawsze w końcu weźmie ją na ciekawość. Poczekajmyż. Może i ta panienusia z ciekawości raz jeszcze wyściubi swój aniołkowaty pyszczek.

Dalej więc stał i wpatrywał się w kamienny pierścień. Czasem wodził oczami po niższych trzech piętrach kamienicy dla sprawdzenia, czy panienka nie wygląda jakim innym oknem. A tak patrząc, dziwił się i piękności domu.

— Dalibóg, nie dom, jeno templum. Że też to ta cackana struktura nie wpadła mi jeszcze nigdy w oczy?!... Rzecz łatwo się tłumaczyła. Zajęty swoją wodną służbą, pan porucznik rzadko bywał w Gdańsku, a jeżeli się tam pokazał, to tylko na kilka godzin dla przelotnej uciechy; wtedy chodził najczęściej po ulicy Długiej, która jest najludniejszą i najweselszą w Gdańsku, a choć czasem przeszedł się po innej, to wolał patrzeć na buziaki niżeli na domy.

Dzisiaj wszakże, nie mając nic innego przed oczami, dobrze się przypatrzył „cackanej” kamienicy.

Należała ona do węższych, dwuokiennych, ale do najspójniejszych. Oko nie mogło się tam doszukać ani skrawka nagiego muru; od góry do dołu była to jedna kaskada złoceń, rzeźb, szkiełek i malowań.

A najprzód część dolna wysuwała się do widza tarasem (tak zwanym przez miejscowych mieszkańców beischlagiem), na który prowadziło pięć schodków kamiennych. Taras był ubrany w kwitnące donice i obwiedziony kratką wykutą, a raczej wydzierganą z żelaza; sploty jej, pogięte w zakrętne gałązki, miały nawet wiele części suto pozłacanych, zwłaszcza tam, gdzie kowacz powypuszczał z nich liście, szyszki i jabłuszka. Pozłocił on i poręcze od schodków oparte na dwóch kamiennych kulach, owych sławnych kulach przedgankowych, które zawsze stanowiły jedną ze znamiennych cech budownictwa gdańskiego.

Na taras wychodziło dolne okno zaplecione także wyzłacaną kratą i drzwi o jednym skrzydle, dębowe, przepięte świecącymi antabami, wprawione w odrzwia kamienne, których łuk okrągły wywijał się w górę lekką igłą.

Każde z wyższych piąter przedstawiało dla oka trzy filary przedzielone dwoma wysokimi oknami. W tych oknach już nie było zakratowań, tylko siatka z ołowianych oczek, w których szyby, drobne a wypukłe na kształt kukiełek, błyszczały pod słońcem z iście brylantową rzęsistością.

Na pierwszym piętrze do filarów grubych i bogatych przyparte były posągi trzech mężów. Patrzący mógł dobrze się z nimi poznajomić, bo na podstawach wyrżnięto ich imiona. W środku, między oknami, przyobleczony po cesarsku, z globusem i krzyżem w ręku, stał Carolus Magnus. Po dwóch bokach, zbrojni w rzymskie hełmy i rynsztunki, wspierali się na włóczniach Grakchus i Machabeus Jaka myśl kierowała rzeźbiarzem, gdy zaślubiał te trzy postacie, to pozostanie jedną z tysiącznych tajemnic, które fantazja dawnych mistrzów zaklęła w stare kamienie.

Na drugim piętrze, przy filarach już dużo lżejszych i smuklejszych, bielały także trzy posągi, tu już same kobiece. Wszystkie trzy były prześliczne, chociaż — prawdę mówiąc — nie bardzo budujące, bo tylko rozpuszczonymi włosami odziane. Pan Kazimierz pomyślał sobie, że to jest zapewne Matka Ewa, trudno jednak przypuścić, aby artysta powtarzał aż trzy razy jeden pomysł; musiały to być raczej gracje, tym bardziej że wszystkie trzy unosiły w rękach jedną wielką plecionkę z kwiatów, która, spuszczając się pod okna, całą tę część budowli ubierała w świąteczne wieńce.

Na trzecim piętrze już nie było posągów, tylko medaliony o tłach złotych, a na nich namalowane kosze pełne róż, winogron i dzióbiących je ptaszków.

Na koniec, nad owymi ptaszkami, wystrzelał szczyt domu, nie prosty trójkąt, jak u gockich dachów, ale rodzaj liry wygiętej we dwa esy, pochylone ku sobie i związane w górze. Ze związania tego, niby klucz sklepieniowy, kręto wywijał się smok złoty o zielonych połyskach spiżu, wysuwający na powietrze swoje skrzelaste skrzydła i łuszczkowaną głowę, którą podejrzliwie zwracał ku domowi, jakby strzegł skarbów tam zaklętych.

Pod tymi to właśnie skrzydłami, w środku rzekomej liry, otwierało się owo tajemnicze okienko, do którego ciągle wracały oczy imci pana Kazimierza.

Oczy jego wracały, ale „aparycja” nie wracała. Po kryjomu też zaglądać nie mogła, bo w pierścieniu okiennym nie było ani szybek, ani żadnych zasłon. Raz, co prawda, wydało się patrzącemu, jakby jakiś obłoczek przepłynął po czarnym denku; ale czy to było złudzenie strudzonego wzroku, czy panienka na widok szpiega cofnęła się po raz drugi, dość że okienko pozostało pustym, a pan Kazimierz wielce markotnym.

Na koniec złości go wzięły.

— Cóż u licha? Czy ja taki nieciekawy do widzenia? Czy ona znowu taka święta? Oj, będziesz ty jeszcze mi się przypatrowała, moja ty święta z fimfami! No i to czy nie istny ferał, abym ją dopiero dzisia zdybał, dzisia, w ostatni dzień! A, żeby tak dostać się do tej kamienicznej fortecy? Dobra inspiracja, dalibóg, jeno jaki tu asumpt wziąć? Abo ja wiem, kto tam siedzi? Czy jakowe miłosierne dusze, czy srogie Menelausy?

Gdy tak sobie rzeczy rozbierał, tymczasem w głębi ulicy ozwały się kroki nadchodzącego człowieka. Był to pachołek miejski w ubiorze pasiastym o pręgach granatowych i brunatnych; w ręku miał berdysz oparty na ramieniu. Szedł dosyć ospale, nie śpiesząc się, może tylko dla pilnowania spokoju na ulicach, a może miał wypuszczać jakiego więźnia z wieży albo miejskie zegary ponakręcać, bo w drugim ręku niósł kilka dużych kluczy.

Pan Kazimierz go zaczepił.

— Chodź tu sam, drabik!

— Na usługi pana łeficerza!

— Do kogo to przynależy ta kamienica?

— Jeśli łaska waszej wielmożności, która?

— No ta, z figurami.

— A, ta? Oho! Zara widać, jako wasza dostojność wysiada zza morza, kiej się pyta o takową rzecz, co każdy dzieciak u nas wie. Toć to Bursztynowy Dom.

— Nie kpij, chłopie. Nie widzę tu ni szczypty bursztynu. Cegła i kamień jako u jenszych.

— Proszę ja waszej wielmożności, kto by to z onego kadzidła miał domy ulepiać? I sam król Dawid, kiedy budował swoją świętą wieżę, to urobił ją z kości, a nie z bursztynu, bo to rzecz za droga i za mało jej Pan Bóg dał na świecie, tyla jeno, co u nas rośnie wedle morza, więcej nie ma nigdzie ani krzty.

— Za cóż tedy ten dom tak zową?

— Za to, co w nim żywie największy kupiec na bursztyny. Drugiego takiego nie ma w całkim Gdańsku, he! Pono i w całkiej Hanzie.

— A co to za jeden zacz?

— Johann Schultz.

— Pfu! Niemiec!

— Nie ze wszystkim. Ociec jego jeszcze nie gadał, ale on już gada, i nieźle, i pono dosyć się kocha w naszych królech. Sam też sprawuje urząd miejski. To jeden ze stu panów rajców.

— Taki znaczny człek?

— Oj, haniebnie znaczny! U niego całkie komory pełne bursztynowych jasełek. Wszystkie wójty i ławniki, ba! i burmistrze do niego chodzom. A temu sześć czy siedem roków to sam król nieboszczyk, pan nasz Zygmunt Trzeci, przysyłał do niego pisanie.

— Proszę! Czego to król mógł chcieć?

— Ludzie gadali, co chce mieć tron całki z bursztynu. Aleć ja tego nie wiem. To jeno wiem, że posłaniec z Warszawy był, bom ja sam drogę jemu pokazował, właśnie aż tu, do tych drzwiów.

— A ludzki też to człek?

— Tak sobie, dosyć. Jeno zawdy szkoda, co pół-Niemiec i pies luter.

— Aha, to on z tamtych! No, ale ty przynajmniej nie luter?

— A niechże Pan Bóg uchowa! Ja Kaszuba, Jakub Grubasek, z dobrych Kaszubów, z tłustych Żuław.

— Jam też zara to poznał po twojej tłustej gębie.

— Dziękuję waszej dostojności. U nas, chwała Bogu, chleba w bród. Żeby jeno lutry nie bijały się z naszymi po ulicech, toby my mieli święte życie. Tera już kęs czasu nie było bijatyki, to i cicho, i człek się wypasa. Co jeszcze pan łeficerz każe?

Kazimierz byłby jeszcze chętnie zapytał, czy pan Schultz ma córkę lub młodziuchną żonę, ale sobie pomyślał:

„E! Wstyd mi wdawać się ze stróżem w takowe kordialne konfidencje”.

Rzekł więc tylko:

— Już nic. Bóg wam zapłać, mój Grubasku.

— Sługa pokorny — odpowiedział tamten, przy czym, zdjąwszy swój szafirowy beret, nisko się pokłonił i odszedł powoli, pobrzękując kluczami.

Pan Kazimierz klasnął w dłonie.

— Wiwat! Jest asumpt! Pójdziem po bursztyny. Co prawda, mieszek już okrutnie chudy, aleć potargować zawdy wolno, za to na gardle nie karzą. A więc do lin! I brać karawelę.

Rzekł, przemierzył wszerz ulicę, skoczył na taras i, ująwszy pięknie rzeźbioną kołatkę, zaczął nią bić po kawalersku we drzwi Bursztynowego Domu.

II. W Bursztynowym Domu

Długo musiał czekać pode drzwiami. Przynajmniej naszemu gorączce wszelkie czekanie zawsze wydawało się długim.

Na koniec z wewnętrza zaszemrały kroki dosyć lekkie. „Oho! Jużem ściągnął mego ptaszka z poddaszka. A może to i nie ptaszek. Jakoś trocha ślamazarnie nóżki za sobą ciąga... ”

Warknął gruby rygiel i w szparze drzwi odchylonych ukazała się głowa, co prawda kobieca, dosyć nawet przyjemna, ale nic a nic niepodobna do tamtej. Musiała to być niewiasta służebna i dobrze już wysłużona; dobiegała co najmniej pięćdziesiątki. Ubrana była chędogo w kołnierz z muślinu, prawda że grubego, ale suto nakarbowanego (bo wtedy czy sługa, czy przekupka — żadna nie ruszyła się bez krezy), i w inderak, czyli spódnicę staroświecką, pękato wywatowaną koło bioder.

— Co to? — zapytała.

— Czy tutaj kram na bursztyny?

Ja — odrzekła i rozwarła tak szeroko drzwi, że uderzenie ich o ścianę odbiło się przeciągłym echem po sieni nadzwyczaj długiej, wyłożonej piękną, polewaną cegłą. Pod sklepieniami wisiały rogi jelenie i różne obrazy, którym jednak trudno było się przypatrzeć, bo choć owo złoto-kraciaste okno wpuszczało tam sporo światła, jednak sień była taka głęboka, że już od połowy tonęła w półcieniu.

Na samej głębi, przez inne drzwi wpółotwarte, oczy mogły rozróżnić równie długą i głęboką kuchnię, zakończoną dwoma oknami wychodzącymi na mroczny dziedzińczyk. Że pora była poobiednia, więc wszystko tam stało we wzorowym porządku; z półokrągłych wnęk powyżłabianych w murze jakieś brzuchate kociołki mrugały miedzianymi połyskami, a skośnie oparte na półkach misy i talerze cynowe świeciły rzędem jakby tarcze.

Drzwi te zajmowały jeden z kątów sieni. W drugim kącie, wokoło grubego słupa, kręciły się ślimakiem schody obwite przejrzystą, z orzechowego drzewa toczoną poręczą, której tralki były powyginane w najśliczniejsze palmy i chimery.

Tam niewiasta wskazała, mówiąc:

— Na pierwszym trepie.

I znikła w głębiach kuchni.

Wszedłszy na kilka stopni, Kazimierz wydał przytłumiony wykrzyk; o dwa zakręty wyżej, przechylona przez poręcz, zwieszała się ku niemu koronkowa stokrotka i wyglądająca z niej ciekawie złota główka. Puścił się szybko, ażeby ją dogonić, ale ona jeszcze szybciej mknęła i tylko jej błękitna suknia przerabiana w białe floresy migała za orzechowymi floresami kraty, wydając takie sztywne chrzęsty, jak gdyby drzewo tam szumiało.

Kiedy na koniec wybiegł na korytarz przecinający pierwsze piętro, już ona śmignęła poza majaczące przezrocza innych schodów, co nowym ślimakiem wywijały się w górę. Wielką miał ochotę i tam za nią popędzić, ale w tej chwili odemknęły się jedne ze drzwi korytarzowych i ukazała się w nich posępna głowa młodego człowieka, który spytał:

— Kto tutaj chodzi?

— To ja. Wedle bursztynów.

— A! To tam, wasza dostojność, naprzeciwko.

Więc Kazimierz skierował się do drzwi z naprzeciwka, i do jakich drzwi! Gdyby nie półciemność panująca w korytarzu, gdyby zwłaszcza nie gwałtowność, z jaką wszystko zwykł czynić, byłby mógł zgubić oczy w tej wikłaninie wstęg, powojów i skrzydlatych geniuszków, co się tam roiły na tle z jasnego dębu. Ale za otworzeniem piękność drzwi gasła jeszcze przy piękności komnaty, zatrzęsionej także dębową snycerszczyzną. Z misternych, czworobocznych przegródek sufitu wyglądały rzeźbione głowy (ozdoba ulubiona polskim budowniczym). Przy ścianach ciągnęły się sławne gdańskie szafy o kulistych nogach, o wrotach bajecznie dłutowanych, o szeroko przysiadłych dachach, istne pałacyki dla driad i domowych larów. Zastawiona takimi gmachami komnata wydawała się mocno ciemną, tym bardziej, że była wąska w stosunku do swojej wielkiej głębokości. Na samym jej końcu dopiero świeciły dwa okna, te właśnie, między którymi na zewnątrz stał Carolus Magnus, a pod którymi tutaj ciągnął się stół ogromny, zarzucony mnóstwem świderków, pilników, baniek i miseczek. Przy stole w dużym, poręczowym krześle siedział mistrz Johann Schultz. Miał na sobie kurtę z kasztanowatego falendyszu o małym, karbowanym kołnierzu i bufiastych rękawach, szare pludry, zielone pończochy i trzewiki z pęczkami wstążek. Na długawych, szpakowatych włosach nosił mały, czarny birecik, bo wtedy i w domu nakrywano głowę.

Siedział pochylony do światła i pulchnymi rękami urabiał maleńkiego amorka z bursztynu. A nie tylko ręce, ale i twarz miał pulchną, i cała jego osoba jaśniała okazałą tuszą, tak że Kazimierz pomyślał sobie:

„Jeśli ci tamten Grubasek, to ten cały grubas”.

Ale ta grubość była przejrzystsza, wykwintniejsza. Rysy nawet musiały być niegdyś bardzo ładne, dopóki długie lata siedzącego życia i długa zażyłość z kuflem nie zaokrągliły ich zbytecznie.

Podczas gdy Kazimierz czynił w duchu takie uwagi, mistrz Johann oddawał pięknym za nadobne. Spostrzegłszy świetny wygląd wojskowego, pomyślał sobie:

„Oho! Może jakowy utracjusz? Będzie zeń dojny kundman”.

Przy czym wstawszy powolutku, skłonił się z powagą i patrzył na gościa w postawie wyczekującej, bo wielcy kupcy owych czasów byli tacy, jakimi są jeszcze dziś na Wschodzie: uprzejmi, ale małomówni i nienarzucający się z towarem. Wszelką sztukę „reklamy”, wszelkie przechwałki z bębnami pozostawiali krzykaczom jarmarcznym, a sami twierdzili, że czego kto naprawdę potrzebuje, to sobie zawsze znajdzie. Nie wiedzieli, prostoduszni, że można ludzi kusić i na to, czego im nie trzeba!

Toteż i w ich składach nic nie stało na pokaz, nic się nie uśmiechało spoza szyb kryształowych. I tutaj oto któż byłby mógł odgadnąć, co ta surowa komnata ukrywa w swoich szczelnie pozamykanych tajnikach!

Kazimierz pierwszy zaczął:

— Jutro wyjeżdżam, chcę zawieźć doma gościniec, z tej racji przyszedłem do waści, panie kupiec.

— Toś wasza miłość richtig trafił. U nas grasuje przysłowie:

Zawiózł panek do Gdańska półszkutek pszenicy,

Za to przywiózł bernsztejnu aż pół rękawicy.

— A! Paradnieś to waść przycytował — rzekł gość, któremu bardzo się podobała krotochwilność gospodarza. — Obaczmyż, co ja mam nasypować do onej rękawicy, chociażby do jednego palca w gantelecie.

Kupiec tedy zaczął jedną po drugiej otwierać owe zaczarowane szafy. Tam, na głębokich policach, stały rzędami bursztynowe posążki, czarki, kropielniczki, solniczki, ampułki. Były i przedmioty niby innego porządku, jako to: srebrne puchary i talerze, kryształowe szklenice i nalewki, ale wszystko nasadzane maskaronami albo figurkami z bursztynu; były i krucyfiksy hebanowe ze słonecznym Panem Jezusem, i świątyńki z kości słoniowej, gdzie bawiły się różne żółciuchne osóbki.

Potem kupiec wyciągnął płaskie szuflady, gdzie leżały rzeczy drobniejsze, ale niemniej kosztowne, bo z najbielszego bursztynu wycinane i złotymi oprawami niewidzialnie podszyte. Spoczywały tam na czarnych aksamitach naszyjniki, krzyżyki, zausznice, alszbanty i wszelkie inne figle białogłowskie, wyrobione tak cieniuchno, jakby z wosku. Gdzie indziej znów guzy do żupanów, spinki do kitek i kołnierzy, kule i różne wisiory do rzędów końskich, kameryzowane gdzieniegdzie upstrzeniami z pereł i drogich kamyczków. Tu już pan Kazimierz zaczął tracić głowę. Mieszek jego — co prawda — piszczał srodze na haniebne ceny, jakie mistrz Johann obojętnie wymieniał, ale Kazimierz nie okazywał żadnego zmieszania ani się owym cenom dziwował; a czynił tak dla dwóch powodów: najprzód chciał koniecznie przedłużyć rozmowę, w nadziei, że panienka z okienka zajrzy na koniec do komnaty; po wtóre, chciał się nasycić, jeżeli nie posiadaniem, to przynajmniej oglądaniem tylu przecudności, bo nasza młodzież wojenna zawsze kochała się w splendorze. Więc wszystko po kolei brał do ręki, najdroższe rzeczy targował, a jeśli nie sypał zlotem, to sypał hojnie i szczerze pochwałami, czym niezmiernie sobie ujął gospodarza, bo majster Johann był jeszcze więcej kunsztmistrzem niż kupcem.

Widząc, że młodzieniec najpilniej ogląda figurki niewieście, odezwał się z uśmiechem:

— He, he! Mam ja tu coś echt dla pana oficyjera, jeno tam jeszcze grubszy koszt, bo to mój Meisterstück.

Tu wysunął na środek pokoju swoje wielkie krzesło (z dębu rzeźbione jak wszystkie inne sprzęty, a wybite skórą z Korduby, o tle dereniowym i złotych wyciskach). Potem z kieszeni wyjął kluczyk, a wtedy Kazimierz spostrzegł nie bez podziwu, że pod siedzeniem jest ukryta szuflada z misternym zameczkiem.

— Przebóg! Czego też te Niemcy nie wymyślą?! — zawołał. — A to, bez urazy, można by o waści powiedzieć, co się zawdy o sknerze powiada, że „siedzi na swoich skarbiech”.

Ja, ja. Siedzi. Czego nie ma siedzieć, kiedy skarby są? — odparł bez urazy gospodarz i, wyciągnąwszy szufladę, zaczął przeglądać jej różne przegrody. W jednych, na kształt kiełbasek, wiły się długie sakiewki, przez których dziergankę przeglądały rulony holenderskich dukatów. Gdzie indziej były drobne łańcuszki i paciorki.

— To — mówił — różne andenkieny po mojej nieboszczce.

— Waść wdowiec?

— A wdowiec. Już dwie lecie z górą minęło, jak my ją pogrzebli.

Na koniec, z najgłębszej skrytki wyjął długie puzderko, gdzie na szafirowym atłasie ukazał się bursztynowy sztuciec. Trzonki u wszystkich trzech narzędzi były wyrobione w kształcie mitologicznych posążków, a przy tym obmyślone z podwójnym dowcipem: i tak, po jednej stronie bożek Mars, gorejącej barwy, trzymał nad ramieniem wzniesiony mieczyk złoty, który zarazem tworzył i klingę noża. Po drugiej stronie Neptun, trochę szarawy, trzymał trójzęb, którego złote szpikulczyki tworzyły widelec. Najwięcej panu Kazimierzowi podobała się łyżka; była to stubarwna, okrągło-wklęsła muszla, z której wychodziła bogini Wenus; a bursztyn, użyty na tę postać, przeświecał taką mleczną białawością, że wydawała się naprawdę istotą z morskiej piany.

Pan Kazimierz przyglądał się tej niebiance z iście pogańskim nabożeństwem. Niemniej pilnie jej się przyglądał i własny jej twórca, a nawet w tym jego patrzeniu była jakaś lubość, taka daleka od czystego artyzmu, że młodzieniec, spostrzegłszy jego usta lekko rozchylone jak u ryby, pomyślał sobie:

„Ej, ty niemiecki Sylenusie! Mimoć latek ona bogini, jak widzę, dobrze cię jeszcze za łeb dzierży”.

Jednak uwagę tę schował dla siebie, a na głos powtarzał:

Mirabilia! Godne królewskiego stołu!

— A ja zawdy powiedam, że to stworzone dla was, panie oficyjerze, bo jako się widzi z moderunku, wasza miłość służysz i Marsowi, i Neptunowi, a jako się patrzy z oczu, to takoż...

— ...i Wenerze — dokończył pan Kazimierz. — Co prawda, to prawda. Służęć ja tej bogini z ferworem i zabrałbym waszecin sztuciec jeszcze dzisia, cóż, kiedy w sepecik nie wlezie.

Mówiąc to, wziął jedną ze swoich rękawic i chciał niby wsunąć w nią puzdro, które oczywiście nie mogło się tam zmieścić.

Obaj się roześmieli, a podczas kiedy kupiec zamykał na powrót szufladę, Kazimierz mówił z niekłamanym zachwyceniem:

— Wielki z waści magister w tym rzemieśle. Wie to cała Hanza i cała Korona. Mnie nawet gadano, co król jegomość nieboszczyk do waści pisywał. Czy to może być?

— A może być, kiedy było. Ho! Nasz pan miłościwy to nie tylko był mądry König, ale i mądry Kunstmeister. Inne królowie, kiedy się sfatygują, to wyprawiają sobie turniery, szlichtady i różne lusztyki. A król Zygmunt nie — jeno siadał wonczas do warsztatu i dłubał sobie we złocie albo srybrze to kubeczki, to łańcuchy, to monstrancyje, i to nie dla żartu, ale rzeczy fein, coby się ich i prawy Meister nie powstydał. Owóż jednego dnia przyszła mu takowa chęć, aby sobie zrobić Trinkbecher z czystego bernsztejnu, jeno nie wiedział, skąd wziąć tej substancji ani jak to się robi? Kazał tedy pisać do mnie, abym ja mu przysłał kawały, jakie mam najlepsze, i takoż w piśmie zapytował o nasze niektóre majsterskie sekreta. Jam tedy posłał i z sekretów onych się spuścił, jako wierny sługa i poddany.

— I cóż król, zrobił ten kielich?

— Gadali mi panowie, co płynęli ode Warszawy, że zrobił i że tam wygrawował swój osobisty konterfekt. Mówili przy tym, że i moim sekretom był rad.

— Fiu! Fiu! To wasze, panie konsul, w korespondencjach z królami! Felicytuję!

I pan Kazimierz spojrzał na niego innymi oczyma, i odtąd zaczął go tytułować już nie „panem kupcem” ani „majstrem”, ale „panem konsulem” (bo tak u nas niekiedy z rzymska chrzczono rajców, którzy byli niezmiernie radzi owej nazwie).

— Co też to tych precjozów tutaj! — mówił, oglądając się dokoła. — Jakem żyw, jeszczem nigdy tego cudownego electrum tyle na raz nie widział. Czy i w tej szafie takoż?

— Oho! Abo to tylko w tej szafie? I abo to tylko w tej komorze? Ja na każdym sztoku mam izbę pełną tego i cały strych takoż pełen.

— Nie może być! Nie uwierzę, chyba że obaczę. Pokaż mi waszeć wszystko bez ekscepcyji. Ja już może nigdy tu w Gdańsku nie będę, to niechże per omnia tempora napasę nos i oczy tą pachnącą ambrą.

— Ano, czemu nie? Jeśli Herr oficyjer ciekaw, to pójdziem na górę. Będzie w czym wybierać.

Tu gospodarz zdjął ze ściany klucze i, otworzywszy drzwi komnaty, wypuścił naprzód Kazimierza, który wyszedł, tryumfując w duszy.

„Aha! Postawił ja ci na swoim. Jak poczniem cały dom lustrować, toć przecie nam się ta biała myszka nie wyśliźnie”.

Zaraz w korytarzu widząc owe drzwi, z których posępny młodzieniec wskazywał mu drogę, pan Kazimierz zapytał:

— A tu co? Takoż skarbczyk?

— Nie, to warsztat.

I kupiec otworzył drzwi do izby wąskiej a głębokiej: rozciągała się ona ponad kuchnią i dwa jej okna również wychodziły na mroczny dziedzińczyk. Ściany były nagie, pod ścianami ciągnęły się stoły z prostych desek. Przy stołach pracowały zamorusane chłopaki.

— Oni — mówił kupiec — obrabiają z grubego; ja dopiero potem biorę do forszneidunku.

— A oto — rzekł, wskazując na młodego człowieka o posępnej twarzy, który stał pod oknem — oto mój Altgeselle, człek tęgi, Kornelius Storm. Z Ollendrów on, z narodu pracowitego. Będzie to kiedyś także Meister, jeno musi jeszcze dobrze fałdów przysiedzieć.

Kornelius pokłonił się, a potem powiedział:

Herr Meister, była tu frajlein Hedwiga i pytała o pana majstra.

— Nic pilnego. Ta fryga musi co godzina cały dom obieżeć. Niech sobie czeka. Teraz mam gościa, i to rarytnego, takiego, co nie tylko na rzemieśle wojennym, ale i na wszelakim innym się zna.

Tak to nasz kawaler prędko potrafił zawojować pana rajcę.

Gdy wrócili do korytarza i zaczęli wchodzić na schody, Kazimierzowi błysnął znowu nad poręczą jakiś krążek biały, jakby kreza. Jednakże u wierzchu nie znalazł nikogo.

Rozkład wszystkich piąter był jednakowy: wszędzie tylko dwa, niezmiernie długie, przeciwległe sobie pokoje rozdzielone korytarzem, przez który przebijała się śruba schodowa. Korytarz taki, biegnąc w poprzek domu, nie mógł posiadać właściwych okien; czasem jednak na wspanialszych piętrach — jak tu na przykład — był nieco rozświecony przez otwory wycięte w wewnętrznych ścianach, a które od strony pokoju zasuwano wedle woli ruchomą deszczułką.

Na drugim piętrze, w komnacie od ulicy, stały znowu szafy ogromne, ale już skromniejsze, a w nich znowu krocie przedmiotów bursztynowych, ale już mniej kosztownych. I te jednak były prześliczne i Kazimierz zaczął już na dobre targować pewien kubeczek z godłami rycerskimi, co wedle słów jego: „przydałby się dla pana oćca jak ulał”. Przed końcem targu wszakże oświadczył, że „musi jeszcze wziąć na medytację i że tu grzech coś rezolwować, dopóki się nie zlustrowało wszystkiego”.

Wrócili więc na korytarz, gdzie kupiec sam wskazał drzwi przeciwne, mówiąc:

— To mój Schlafzimmer.

I wprowadził gościa do komnaty cudniejszej niżeli wszystkie inne. Wprawdzie okna jej wychodziły na dziedzińczyk, ale tu już przy większym wyniesieniu światło było mocniejsze i skrawek lazurowego nieba rysował się za szybkami. Zresztą, kto by tu miał ochotę patrzeć na resztę świata? Każdy wolał patrzeć wkoło siebie. Było na co. Nogi grzęzły w pstrokatym smyrneńskim dywanie. U drzwi i okien wisiały chodzące na kółkach mięsiste zapony, tak zwane huisverts, gdzie były wyszyte w tkaninie rozmaite obrazy, przeważnie zielone, bo wzięte najczęściej z życia myśliwskiego. Na murach, w ogromnych dębowych obramowaniach, rozpinały się sztywne, flamandzkie kobierce, a na nich też ogromne wytkane obrazy z figurami rycerzy, pięknych dam i bogów. Poniżej stały nie tylko szafy gdańskie, ale i śliczne szafeczki toruńskie wykładane mozaiką z drzewa, którego słoje tworzyły najuczeńsze rysunki. Były i stoły, i krzesła, i półeczki o wyrzynanych brzegach, o skręcanych nogach. A na tych stołach i półkach różne rzeczy ciekawe: tu srebrny półmisek z dzbanem, ówdzie Biblia w cudownej oprawie z emaliami, a wszędzie pełno tych pękatych fajansów delftyjskich, których tło białe jest nażyłkowane błękitnymi albo czerwonymi wzorkami. Było też dużo i fraszek niewieścich. Z boku, nad wszystkim królujący, piętrzył się pod ścianą wspaniały pawilon, po trzech stronach zasunięty złoto-zieloną makatą z Arrasu.

Pan Kazimierz rozglądał się, kręcił głową i mówił:

— Proszę! Proszę! Waszecina kamieniczka druga królowa Bona. A toż ona sumy neapolitańskie połknęła.

Kupiec zaś powzdychiwał i powtarzał:

— Cóż, kiedy pustki. Tu przez dwadzieścia lat gospodarowała moja biedna Dorotea.

Kazimierz, spostrzegłszy w tej chwili klęcznik z bursztynową figurą Matki Boskiej, zdziwił się i zapytał:

— A toć to chyba nie była dysydentka , kiedy widzę tu takie świętości?

— A nie — odparł z przekąsem gospodarz. — Katoliczka była, i zażarta. Dobrze mi dojadła swoim wiecznym śledziem i litaniami.

— Rememoruję waści, że i ja katolik, i praw.

Gospodarz odpowiedział półszyderczo:

— Pokornie waszą miłość przepraszam. Ale my tu we Gdańsku nie owijamy tej rzeczy w bawełnę, jako kto wierzy, tak i gada. U nas tak.

Potem, znów nastroiwszy smutny wyraz twarzy, utyskiwał:

— Otóż ja tutaj od roków dwóch i więcej mizerny pustelnik. Ale — dodał z tajemniczym uśmiechem — niedługo już tego będzie... Nie ma Lei, to się znajdzie Rachelka.

Po czym wyprowadził gościa, który tymczasem klął w duchu:

„A ty paskudny heretyku! Nie dość, że nie respektujesz postnego śledzia, jeszcze tej panniusi chcesz napędzić macochę? Boć ta frajlein Hedwiga musi być jego dziewka, tak mi się precz widzi”.

Trzecie schody były już dużo węższe i mniej ozdobne, a w korytarzu, pozbawionym ściennych wyględów, panowały takie ciemności, że Kazimierz nie mógł dopatrzyć żadnej krezy. Zdawało mu się wprawdzie, że słyszy jakieś szmery, ale musiało się to tylko zdawać, bo na trzecim piętrze nie znalazł nikogo.

Tu kupiec pokazał mu od ulicy komorę o ścianach nagich, gdzie stały szafy ogromne, ale proste, a w nich nic, tylko tysiące i miliony bursztynowych paciorków; jedne już nanizane w rzędy i różańce, inne luźno zsypane do szufladek; tu grubsze, jakby przezroczyste orzeszki, tam drobne, jakby złote krupy.

Białogłowa byłaby godzinami całymi przebierała w tych perłach; dla oficera niewielka była tu zabawa. Prędko się też stąd wyniósł, a widząc, jak otwarcie gospodarz mu wszystko pokazuje, sam przystąpił do drzwi przeciwnych i już ujął za klamkę, aliści tu właśnie śmiałość jego nie w porę wypadła; mistrz Johann przyskoczył zaperzony, przytrzymał jego rękę i zawołał:

— O, tu nie można! Tu Frauzimmer.

Kazimierz cofnął się, z pańską uprzejmością przepraszając:

— Ekskuzuj waszeć ignorancję. Anim wiedział, co tu za sanktuarium. Tu pewnie żywie panna Hedwiga, waszecina dziewka?

Mówił tak, chcąc nareszcie się dowiedzieć, kim jest naprawdę owa „frajlein”. Ale jego dyplomacja na nic się nie zdała; kupiec nachmurzony wcale nie odpowiedział. Natomiast wskazał na nowe schody i rzekł niechętnie:

— Teraz już tylko strych. Czy wasza miłość jeszcze ciekaw? Tam już nic nie trzymam, jeno bernsztejn surowy, a wysoko iść.

— Co, wysoko? A toć właśnie w to mi graj! — zawołał Kazimierz. — Jać-em jeszcze niedawno latał jak opętaniec po linach i masztach. Bywało, nieraz pół dnia siedzę w bocianim gnieździe. Im wyżej, tym człeku weselej.

Mówiąc to, puścił się co żywo na schody istotnie drabiniaste. Musiał się tam w ciemnościach ktoś ukrywać, bo tuż przed nim zatupotały jakieś nóżki, a przy tym dały się słyszeć tak mocne szelesty, że nawet zasapany pan majster zaczął głowę zadzierać i pytać niespokojnie:

— Co tutaj tak fiuka? Czy Hedwich znowu sobie kota chowa? Ta dziewczyna zawdy coś musi wymyślić.

A Kazimierz śmiał się w duchu i szeptał sobie:

„Głupiś asan. To nie kot umyka, jeno mysz, a jeśli kto tutaj kota personifikuje, to chyba ja, co się za nią upędzam po całej twojej chałupie”.

Strych był także na dwie części rozgrodzony, ale tylko lekkim przepierzeniem. Tu i tam stały ogromne skrzynie zamknięte na kłódki.

Nie wszystkie jednak znalazły się w porządku. Gospodarz, zajrzawszy do tylnej przegrody, chwycił się za głowę i jął krzyczeć:

Herr Jesu! Paka roztworzona! Już tu znowu któryś chłopak mi plądrował.

I klnąc półgłosem (ale na ten raz już w czystej niemiecczyźnie), zaczął najprzód zamykać wieko, potem szukać zarzuconej kłódki.

Tymczasem pan Kazimierz zajrzał do drugiej przegrody, gdzie świeciło niewielkie, okrągłe okienko, i tam, o radości! dostrzegł na koniec swoją „aparycję”.

Stała ona w najciemniejszym kąciku; szczuplutka, niebieska i cała wystraszona, jakby chochlik domowy, którego czarnoksiężnik uwięził w zaklętym kółku.

Pan Kazimierz grzecznie się zbliżył, zdjął czapkę i z pięknym ukłonem rzekł:

— Po raz wtóry składam wacpannie moją rewerencję.

Zarumieniła się i dygnęła.

On zaś ciągnął dalej:

— A czemuś to wacpanna nie chciała mi się kłaniać, kiedym był na dole?

Panienka, której szybko wracała przytomność, wyskoczyła z ciemnego narożnika i odparła, figlarnie przechylając główkę:

— A czemuś to wacpan kłaniał się takowej, której nie znasz?

— Boś wacpanna patrzyła na mnie.

— Albo to prawda? Jam patrzyła za tym weselem, co ciągnęło mimo naszego domu.

— Teraz ja znowu powiem: abo to prawda? Nie mogłaś wacpanna patrzeć za tym weselem, kiedy już było na trzeciej ulicy.

— Tam z dołu już go nikt nie widział, ale jam jeszcze widziała. Stąd widać dziesięcioro ulic. Przyjrzyj no się jeno wacpan, a dasz wiarę.

Kazimierz wetknął głowę w okienko.

— A prawda. Co tu tego widać! Ulic, domostw, kieby cacek na stole. Ale co mi tam po tym, wolę z wacpanną gadać. Ładne było wesele? Co?

— Ach! Jam jeno sobie myślała, daj mi, Boże, nosić taką suknię na moim weselu.

— A to dziw, jak Pan Bóg te same akurat chęci nam zsyła! Bom i ja sobie myślał: „Niech no się tylko żenię, a moja panna musi mieć punkt w punkt podobniusieńkie obleczenie”.

— To winszuję onej pannie.

— Czego? Takowego męża?

— Nie, takowego płaszcza i ukoronowania.

Zaczęli się śmiać i było im bardzo wesoło, kiedy nagle na tę wesołość spadła chmura: mistrz Johann zajrzał do przegrody i mocno brwi naciągnął.

— Co ty tu robisz, Hedwich?

— Ja? Ja tu przyszłam, aby się popatrzeć na ono przecudne wesele. A dobrodziej widział?

— A widziałem ci! — odrzekł z pogardliwym wzruszeniem ramion. — Jakoż nie miałem wstać i pojrzeć, kiedy szli z takimi piszczkami, coby i umarłych pobudzili? Widno jakieś uparte katoliki po staremu święciły swój sakrament.

— Aha! — rzekł Kazimierz. — Więc to były gody wedle starego obyczaju?

— A tak. U nas w Gdańsku dawniej wszelka panna młoda musiała się tak wycudaczyć. Ale jak przyszła nasza wiara, tak i zdmuchnęła te błazeństwa. Bo i do czego to podobne przebrać jakąś Mädchen za królowę, kiedy ona właśnie ma wiedzieć, że nie będzie w domu królową, jeno pierwszą sługą swego męża?

— A wszelako — rzekła, przymilając się panna Hedwiga — jak będzie mój szlub, to ja się tak przebiorę. Dobrodziej pozwoli? Ej, pozwoli!

— Nie pozwolę — odparł twardo. Ale widząc, jak panienka zmartwione oczy spuszcza i już do nich fartuszek przytyka, zmiękł nagle.

— No, no, nie lamentuj, Hedwich! Obaczym jeszcze. A teraz lepiej zejdź do kuchni, pomyśl, co już niedługo czas na mój podwieczorek. Zastaw mi go na beischlagu.

Panienka potoczyła wkoło wzrokiem zasmuconym; widocznie żal jej było stąd odchodzić. Jednakże krótko się wahała; jeden dyg, drugi dyg i zaczęła zlatywać po schodkach z takim chrzęstem sukni, jakby wicher się tam zakręcił.

— A to się Panu Bogu stworzenie udało! — zawołał pan Kazimierz. — Nie dziewka, jeno marcypan. Musi w domu pana konsula być konkurentów huk?

Pan konsul najeżył się jak puchacz i, z ukosa patrząc na młodzieńca, odpowiedział:

— U mnie w domu niepotrzebne konkurenty, bo dla Hedwigi mąż już obmyślony.

Panu Kazimierzowi nie podobała się ta wiadomość.

— Czy tak? — rzekł z przekąsem. — I cóż to za jeden ów obmyślony feniks? Czy także gatunku kupieckiego?

— Tak, mości kawalerze, i to najlepszego, bo to ja sam.

— W imię Ojca i Syna... Jakoż to może być? A mnie się przywidziało, że to waścina córka?

— No, niby tak... Ona respektuje mnie jak oćca, ale ja nie żaden dla niej ociec ani ona mi żadna córka. To dziecko wzięte z litości na wychówek.

Pan Kazimierz krzywo się spojrzał i przez zęby wycedził:

— Hm! Piękny to chrześcijański uczynek, jeno go sobie waść sowicie własnymi rękoma płacisz.

— Co chcesz, mości oficyjerze? Odbierać swoje długi nie żaden kryminał. Wychowała się ta dziewka moim sumptem i fatygą, niechże mi za to wszystko jako żona odsłuży. No i co jej za krzywda? Będzie panią, jakich niewiele w Gdańsku.

— Prawda i to... in articulo fortuny jest racja, ale zresztą... Ha, może jej właśnie te luksusy do gustu? Pewnie to jaka mizerna sierotka?

Tu kupiec odparł dość wyniośle:

— Nie wiem ja, czy mizerna, i nie wiem, czy sierota. Może jaka wojewodzianka? Może jest u was jakowyś wielki pan, co by oddał całe swoje senatorstwo za odzyskanie tej dziewki? Jeno nie wie, że ona u mnie, a ja nie wiem, gdzie jego szukać.

— Co waść gadasz? Jak Boga kocham, nic a nic nie rozumiem.

— A bo to cała historia... To jest dziewczynina odbita z jasyru. Naszli my ją na rynku lwowskim.

— Jezus Maria! Józefie święty! I kiedyż to było? Temu lat piętnaście? Po wiktorii pana Koniecpolskiego pod Martynowem?

— A tak! Właśnie wonczas. Ale jakżeś to waszmość utrafił tak richtig w datę?

— Abo i ja wtedy byłem, jako małe chłopię, zabrany w ten jasyr! I to jeszcze z siostrą niedużą. I mnie ojciec i matka naleźli na rynku lwowskim, ale onej siostrzyczki już nie odnaleźli. Przepadła jak kamień w wodę! A może ta panna Hedwiga to akurat ona? Co my jej się naszukali po świecie! Co my przetrzęśli miast i wsiów! I nic!... A teraz oto... Ach, może to sam Pan Bóg mnie tu nagnał? A toż by się pan ociec radował! Oj, czemu też to pani matka nie doczekała tej godziny!

I chwycił się za skronie. A tymczasem kupiec zdumiały podnosił ręce i powtarzał:

Herr Gott! Herr Gott! A to naprawdę byłby cudowny casus.

Obaj od wzruszenia zamilkli.

Nagle Kazimierz zaczął go trząść za ramię.

— Ależ gadaj waść wszystko, co wiesz o tej dziewce! Niechże ja wysonduję, czy to Krysia, czy nie Krysia? Gadaj, bo mnie już emocja zadławia.

— Za pozwoleniem... — stęknął kupiec, wysuwając się spod żelaznej ręki wojskowego. — Zaraz... opowiem wszystko dokumentnie, jeno tu na strychu jakoś nam nieglaźno. Może zejdziemy do komory? Albo jeszcze lepiej na beischlag? Już dzień roboczy skończony, ja zawdy sobie wieczorem na chłodku siaduję, tam będzie nam najlepiej poszprechować.

— Gdzie chcesz, panie radny, chociaby i w lochu, jeno mi zdejm ten kamień z serca.

I zaczęli co prędzej schodzić.

Kupiec jednak, mimo „emocji”, zajrzał jeszcze do każdej komnaty, aby się przekonać, czy wszystkie szafy dobrze pozamykane, a potem wpadł i do warsztatu dla sprawdzenia roboty dziennej.

Tymczasem pan Kazimierz zbiegał.

Już ledwie kilka stopni miał do zejścia, gdy spostrzegł w sieni brzeg niebieskiej sukni wystający z otwartych drzwi kuchennych i usłyszał głos panny Hedwigi, która mówiła z uniesieniem:

— Ach, Mina! Mina! Co to za kawaler! Jeszczem jak żyję takiego nie widziała! A toć to anioł z nieba!

— E! Co mi za anioł z wąsami? — sarknęła w głębi kuchni Wilhelmina. — I taki na gębie osmalony, jakby z diabłami w piekle przy smole kucharował.

— Ach, nie gadaj tak, Mina... Powiadam ci, anioł. A jaki galant w dyskursie! Bo przyszło i do dyskursu. Ja chciałam jeno mu się przypatrzeć, więc wyleciałam na schody. A tu on z dobrodziejem zaczyna iść na górę. Więc ja, hyc, uciekam. A oni precz coraz wyżej, aż pod dach. Jak mnie tam przyparli do ściany, tak już i nie było gdzie uciekać. Ale się fortunnie stało. Gadał mi takie śliczne rzeczy... na ten przykład, że jak ja co pomyślę, to zaraz i on musi to samo pomyślić.

Tu Wilhelmina zaśmiała się i rzekła:

— Ej, żeby to tak był Freibitter, a porwał na swoją freigatkę, toby panienka z nim pojachała na morze, co?

— Ojoj! Na koniec świata! Do Indyjanów, do Ameryków, gdzie by jeno chciał.

Tu okręciła się na wysokim trzewiczku i nagle, spostrzegłszy Kazimierza schodzącego z ostatnich stopni, cała stanęła w ogniu.

On wpatrywał się w nią dość długo, ale tym razem poważnie i ująwszy jej rękę, zapytał:

— Powiedz mi, wacpanna, ile tobie latek?

— Na siedemnasty.

Uderzył się w czoło, szepnął:

— Owóż tedy, nie!

Po czym rękę jej przycisnął do piersi i znowuż owinął ją spojrzeniem, ale na ten raz już ognistym.

W tej chwili załopotało po schodach ciężkie zstępowanie pana majstra. Panienka furknęła do kuchni. Kazimierz zaś raz jeszcze przeciągnął ręką po czole i szepnął:

— Nie, to nie Krysia. Krysia miała cztery lata, jak nas wzięli, toby już teraz miała kole dwudziestki. A może ta dziewka kłamie? Ej, chyba nie. Młodziusie to. Ja bym na oko i piętnastki jej nie dał. A przy tym i włos jenszy, i buzia. Tamta była kieby Cyganeczka. Ach nie, to nie Krysia. Już ona nigdy się nie najdzie!

I westchnął.

Jednak smętność nie przylegała na długo do jego zuchowatej duszy. Więc zaraz się uśmiechnął i dokończył:

— Że nie siostra, to nie. Ale staremu się nie przyznam. Niech sobie myśli, że siostra. Łacniej mnie będzie w domu cierpiał. I ona łacniej przyjdzie do konfidencji.

Właśnie majster Johann go zachodził i, drzwi otworzywszy, z pięknym ukłonem przeprowadzał.

— Proszę waszą miłość na beischlag. Hej! Słyszysz tam, Hedwich? Przynaszaj nam tu kufle!

III. Na złotym ganku

Na tarasie, wzdłuż kraty, pomiędzy zielenią biegły dębowe ławy o rzezanych oparciach. W pośrodku wznosił się stół okrągły, raz na zawsze już wmurowany i wyrżnięty z tegoż samego szarego granitu, co i olbrzymie przedgankowe kule.

Gdy siedli, majster Johann obejrzał się po ziółkach, które dokoła pachniały z doniczek, urwał listek i, ssąc go w miękkich wargach, zaczął powoli mówić:

— Niewieleć ja wiem, ale i to jest coś. Owóż trzeba zacząć od tej biednej Dorotei. Moja żona była spod Przemyśla...

— A! To z moich stron — podchwycił pan Kazimierz. — Ale, cóż u Boga, na jakiż manier nasza przemyślanka tutaj się waszeci napatoczyła?

— Nie tu, jeno tam. Trza wiedzieć waszmości, że my, wielkie kupce gdańskie, mamy dużo konszachtów z Leopolem, bo tamtędy droga na handel z Lewantem. Ja teraz to tam tylko wyprawuję agenty, ale za młodych lat nieraz, bywało, jadę sam. Tam właśnie wlazła mi Dorotea w oczy.

— A gładka była?

— A juści, to już keine gadanie. A po co by ja ją wziął? Jam tu mógł dostać bogatej, ho, ho! I jak jeszcze! Ale dla mnie zawdy co schöne, to kunsztem pachniało. Gładka była. To jedno też tylko miała. Ha no, była i dosyć dobra, acz — jak to zawdy wasze niewiasty — trocha za harda. Przy tym nie dała mi nijakiej konsolacji. Ale była uczona; czytać, pisać ani się zająknęła, powiedam waszmości, moje standbuchy to tak trzymała jakoby rathauzowy secretarius. Cóż, kiedy w domu Deserta Arabia! Mnie to było ciężko, a już ona to dzień i noc lamentowała za kinderkiem. Tak zeszło z jakie pięć lat. A właśnie umarł jej Vater. Dużo to narobiło nam gomonu. Dorotea nie wychodziła ze łzów, a jam był zły, bo miała dwie sióstr za mężami, a te miłe szwagry chciały nas okpić. Fortunka po tym oćcu i tak mała na śmiech, a oni jeszcze chcą i to rozdrapać. Żona precz gadała: „Oj, żebym ja tam była, tobym nie dała ciebie skrzywdzić”. A jam widział, że jej się chce w swoje strony i że jej się chce jeszcze starą matkę obaczyć i w tym frasunku ją zrekonfortować. A sam wonczas nie mogłem jachać. Ale właśnie tam jachał mój brat Michael. Możeś wasza miłość słyszał o Michaelu Schultzu?

— Tak, coś... To był morski człek?

— Ale gdzież tam! Nigdy. To był sławny majster od zegarów; taki sławny, co nie tylko w całej Hanzie miał reputację, ale i cesarz Rudolf bierał od niego horologia, i z Paryża o nie pisano.

— Więc ten brat miał jachać do Lwowa?

Ja. Teraz ja mówię: „Dorotea, pojedź ty z Michaelem, obaczysz jeszcze starą matkę i siostrom się nie dasz odrwić”. A ona całuje mię po rękach. Tandem pojachali. A tu w jaki miesiąc potem straszne rzeczy gadają ludzie: jako tam wpadli Tatarowie i pod Leopolem już plądrują. Tedy ja drżę o brata i także też o moją Doroteą. A tu po jakich dwóch miesiącach są! Wracają zdrowi, żona przywozi trochę geldu po oćcu i w dodatku co jeszcze? Małego kinderka.

— O! Proszę!

— Cóż, kiedy nie swoje to było dziecko, jeno znajdek. A w takich okrutnych imprezach nalezione, co i trudno uwierzyć, i ja też babskiemu gadaniu mało bym dał wiary, ale Michael tam był okulatem, a ten zawdy prawdę mawiał. Owóż tedy prawili tak we dwoje, co Tatarowie, rozlatawszy się po kraju, nie łapali prawie nijakiego niewolnika, jeno samych dzieciów.

— A tak, prawdę wam brat powiedział, oni na to najbardziej łase, bo to ze starego już niełacno uczynić poganina, a z dzieci to zaraz narobią sobie Turków i Tatarów i jeszcze potem to biedactwo bije się za wiarę Mahometa, i to z takim zawziątkiem, jak żaden rodzony Turczyn. Zwyczajnie, zaprzaniec. Niechże będzie pochwalony Majestat Boski, że mnie na podobną infamię nie przyszło, a już mi było bliziusio, boć ja już piszczałem w ich ręku i nigdy pono jeszcze tyle tego maleństwa nie trzymali w garści.

— Otóż to właśnie i mnie tak prawił Michael, co jeszcze, póka świat światem, nie nabrano tyle dzieciarni w jasyr; to — prawił — nie na sta ni na tysiączki, ale na dziesiątki tysiąców; jak fury z onymi jeńczykami zaczęły ciągnąć za ordą, to ciągnęły całkie trzy mile niemieckie. — To — prawił — była czysta wojna antykinderna. Owóż kiedy ten wielki generalissimus Koniecpolski rozbił ich na trzaski, tak tedy po wiktorii patrzy, a tu owe trzy mile pełne fur z dzieciaszkami. Co tu z tym robić? Jedne zaraz na miejscu pobrały to oćce, to bracia, co kto swego znalazł. A resztę zawieźli do Leopola i tam na rynku tak wystawili jakoby w jarmarcznej budzie. Tam tedy zjeżdżały się matki różne, każda swego maleństwa szukała, a co nie nalazło ni matki, ni oćca, to poczciwe mieszczki leopolskie rozebrały pomiędzy siebie. A co to tam były za lamenty i jubilacje, ci się po znają, owi swego nie znajdują — tu się ściskają, tam płaczą — to jakoby Sądny Dzień.

— Komu to waszeć mówisz? Wszak ci ja tam był — i sprawiedliwie gadacie, co Sądny Dzień, bo iście wszyscy my zmartwychwstawali i jedni szli do raju, do rodziców, a drudzy niekoniecznie do raju, boć to tam niejedno pańskie dziecko poszło na nędzę do chałupy abo i z ran zmarniało, nim je swoi odszukali.

— A tak, właśnie; i wiele było i takich, co się nikt o nich nie spytał, nie wiem, z jakowej tam racji, czy że im Tatarowie ubili familię, czy że na czas nie zdążyła z szukaniem. Owóż tedy moja Dorotea, słysząc wielkie cuda o tej niesłychanej tragedii, wybrała się takoż z Michaelem na rynek. Poszli jeno tak, byle się napatrzeć, aleć jak obaczyła tyle tego maleństwa, ona, co się kochała w dzieciach, tak zara serce jej spłynęło dezolacją i afektem, a kiedy jeszcze widziała, jak mieszczki leopolskie rozbierają między siebie sierotki, tak sobie — powieda — zara pomyślała: „A toć mię Pan Bóg na to właśnie tu przysłał, abym i ja tu sobie wybrała pociechę”. A było w czym wybierać, jeno kłopot, co brać? Bo i to ładne, i to gładkie, a wszystko nieszczęśliwe. Wszelako najbardziej wpadło jej w oko to, co było najmniejsze, niemowlę malusie, co piszczało tam na słomie — tak powieda — jakby ten vogelek, co go złe chłopcy z gniazda precz wytrzęsły. Niewiasty po kolei to lulały, przynosiły temu trochę mleka, ale wziąć nikt nie śmiał; każdy wolał brać starsze, bo to już łatwiejszy odchówek, a to było takie subtelne, że i dotknąć strach, i szatki były na tym bardzo pańskie. Dorotea tedy czekała jeden dzień i drugi dzień, i trzeci, aż obaczy, że ani żadna matka do tej odrobiny się nie przypytuje, ani żadna inna nie przygarnia, tak czwartego dnia zabrała jakby swoje i mnie tu przywiezła.

— I cóż waszeć, ucieszyłeś się?

— Bogać ja się tam ucieszył! Żeby jeszcze chłopiec, to nie powiem, ale żona mi gadała tak: „Jakbym ja wzięła chłopca, tobyś ty go wychowywał na lutra, a jak dziewczynę, to będzie moja dziewka i zrobię z niej dobrą katoliczkę”. I prawda, zrobiła z niej taką zelantkę, jak i sama była. A kiedym jej mówił: „A kto wie, czy i ona nie luterka? Małoż to w Polsce dysydentów? A może nawet z aryjanów”. To ona mi pokazała szkaplerz, co znalazła na szyi dziecka, i to już keine gadanie była racja, bo żaden z naszych nie zawiesi dziecku na szyi takiego bałwochwalskiego amuletu. Nie marszcz się, wasza miłość, każdy gada wedle swojej perswazji. Owóż chciała bardzo, abym i ja miłował tę dziewkę, i nazwała ją Hedwich, że to niby ta święta była Niemka, a swoją drogą jest patronką polskiego narodu. Alem ja długo nie mógł cierpieć owej dziewczyny: bo jak się Dorotea w niej rozpasjonowała, tak już i handbuchy w kąt, i gospodarstwo w kąt, i pan mąż w kąt, nic, tylko Hedwich i Hedwich. A jak dziewka podrosła, tak jeszcze gorzej, bo com ja miał jedną katoliczkę w domu, to teraz dwie, a nie wiadomo, która większa zelantka. A jak mi zaczęły sprowadzać a to dominikanów, a to takich, a to siakich mnichów, tak i minister już nie chciał do mnie przychodzić na kunsztyczek bieru. Fukałem, krzyczałem, aleć one zawsze postawiły na swoim, bo to były obie takie łasiwe, że i diabeł dałby się zawojować. Zwyczajnie, polnische Frau.

— I kiedyż to waszeć postrzegłeś, że jednak ta panna Hedwiga warta miłowania?

— Póki Dorotea żyła, tom ja ją zawdy miał za małe i liche dziecko; dopiero jak żony zabrakło, jak ta zaczęła mi usługować a nadskakować jak rodzonemu oćcu, tak na koniec i postrzegłem, że to bestyjka cudna, bo i buzia gładka, i włos jakby z bernsztejnu, i pańska maniera, i serce pełne rekognoscencji, zgoła gdyby nie ta żarliwość wedle wiary, toby na świecie nie było lepszej dla mnie żony.

— I nie boisz się wasze owej żarliwości?

— Ba! Poradziłem z jedną, poradzę i z drugą. A to tym łacniej, że tu mam niby i ojcowską władzę. Kto to wie jeszcze, jak to tam dalej będzie? Abom to ja raz widział największe fanatyczki, co jak poszły za lutrów, tak się i nawróciły?

— O! Tego bym nie radził waszeci, bo nużby się znalazła jej familia, toby z waści duszę wywlekła.

— Ja też nie myślę gwałtów robić, jeno tak sobie mówię: będzie chciała do nas przystać, ano to chwała Bogu — a nie będzie chciała, to i bez tego gładka. Co mi tam u niewiasty doktorskie dysputy? Byle ją na gębie Pan Bóg pobłogosławił, to już i dość dla niej mądrości.

W tej chwili drzwi domu z wewnątrz się rozwarły i wyszedł z nich nieśmiało Kornelius już bez czeladniczego fartucha, z holenderska ciemno przybrany, z czystą krezą i włosem porządnie przygładzonym.

Stanąwszy bokiem na progu, ręką przytrzymywał za sobą drzwi rozwarte dla przepuszczenia Hedwigi, która z głębi sieni nadchodziła czy raczej nadpływała, z tą wyprostowaną, niby łabędzią postawą, jaką przybiera osoba niosąca w obu rękach coś ciężkiego. Hedwiga niosła tacę krągławą, z hebanu kunsztownie wytoczoną, a na niej dzban i kilka wysokich szklenic. Wszystkie te naczynia, opatrzone srebrnymi pokrywami, były ze szkła ciemnozielonego; na tym tle krotochwilny jakiś artysta pomalował figurki osobliwych garbusków o czapkach uszatych, o strojach pstrokatych, jakoweś karły, koboldy czy też błazny, którym z ust wywijały się wstęgi zapisane niemieckimi konceptami. Wyżej garbuski zupełnie takież same, tylko już ze srebra wyrobione, goniły się w pociesznych skokach, tworząc przy kuflach srebrne ucha i kłębiąc się na pokrywach jak gdyby w poplątane guzy. Oprócz dzbanka i kufli był jeszcze i chiński talerzyk, a na nim, w małą szychtę ułożone, majaczyły złotawe krajanki toruńskiego piernika.

Na ten widok pan Kazimierz zerwał się i skoczył po rycersku, ażeby z rąk panieńskich odebrać tak niewygodny ciężar, na co znów panienka nie chciała pozwolić. W tym certowaniu się wzajemnym szklenice już zaczęły dzwonić i tylko dzięki obustronnej zgrabności taca bez szwanku dojechała do stołu.

Mistrz Johann ruszał nieznacznie ramionami, na koniec ozwał się:

— Po co też to wasza miłość czynisz sobie subiekcję? Dziewki rzecz usługować mężom.

— A jakże waszeć chcesz, abym nie ulżył fatygi mojej pannie siostrze?

— A co? Jak ona się uciesznie patrzy?! — zawołał majster, widząc zdumienie, z jakim Hedwiga spojrzała na pana Kazimierza.

— Słyszysz, Hedwich? Ten kawaler mi tu właśnie rozpowiada, że i on także był w tym samym kinderkowym jasyrze, co i ty, i że tam zgubił jakąś małą siostrzyczkę, i że całe życie jej szuka, i że to może ty właśnie jesteś oną siostrą?

— Jezu miłosierny! — zawołała, składając ręce jakby do modlitwy. — Więc na koniec końców mogłabym wiedzieć, co ja za jedna, i to właśnie waszmość...

Tu nie dokończyła i tylko ze złożonymi wciąż rękoma podniosła oczy na młodzieńca.

On wpatrzył się w nią przenikliwie, chcąc wyczytać z jej twarzy, jakie wrażenie ta wiadomość na niej uczyni.

W pierwszej chwili nic nie dostrzegł oprócz dziecięcego zdumienia. Ale co dostrzegł wyraźnie, to ponure oczy Korneliusa, które spoza ramienia Hedwigi strzeliły ku niemu niechętnie i podejrzliwie.

Nie podobało mu się to spojrzenie i odpowiedział na nie wzrokiem pełnym wzgardy, która wyraźnie mówiła:

„A ty jakiś mizerny czeladniku, co tobie do mnie, porucznika jego królewskiej mości?”

Hedwiga, wciąż trzymając ręce złożone, zapytała:

— I waszmość masz rodzice? Oćca? Matkę?

— Ach, matki już nie. Ale pan ociec żyw.

Przez ten czas gospodarz nalewał piwo do kufli. Jeden dla gościa, drugi dla siebie, trzeci podał Korneliusowi.

— No, teraz — rzekł — kiedyś już wasza miłość ze mną zatrinkował, raczże nam powiedzieć, jak mamy waszmość tytułować?

— A prawda! — odrzekł, śmiejąc się młodzieniec. — Jam zapomniał się sprezentować z godności, a waszecina dyskrecja wielce, jak widzę, cierpliwa. Owóż tedy jestem Kazimierz Korycki herbu Prus Primo.

Po twarzy pana rajcy przeleciał maleńki cień rozczarowania. Zapewnie spodziewał się jakiegoś słynniejszego nazwiska.

Ale Hedwiga powtarzała z radością:

— Korycki! Korycki! Jak to się wdzięcznie wymawia! Może ja panna Korycka? No, a ten erb, jak on wygląda?

Pan Kazimierz zdjął z palca krwawnikowy sygnet i podając go panience, mówił:

— Patrz wacpanna, tu jest półtora krzyża.

— Aż półtora? Jezu Chryste! Dlaczego?

— Dlatego, że nasze dziady zawdy się za krzyż biły i nieraz też za to krzyż Pański znosiły. Exemplum: święty Stanisław ze Szczepanowa, który tegoż klejnotu, co i my, zażywał.

— Tegoż samego? Czy to może być?

— A tak, nie inaczej. Potem niektóre jeszcze familie pododawały tu kupę różnych emblematów, jakieś kosy, jakieś podkowy, z czego sobie porobiły Prusy Drugie i Trzecie, ale my trzymamy się starego, najlepszego, bo, jak powieda pan miecznik, mój ociec:

Dla żołnirza

Dość jest krzyża.

Panna Hedwiga tymczasem, obracając sygnet na wszystkie strony, mówiła:

— O Jezu kochany! Jakież to nabożne! I jak rychtownie wyrzezane!

Aż nagle posmutniała.

— Wszystko to dobre — rzekła — jeno kto i jako to zweryfikuje, czy ja naprawdę siostra waszmościna?

— Sprawiedliwie wacpanna prawisz. Niełacna to rzecz będzie. Wacpanna nic nie pamiętasz? Nic nam nie przycytujesz?

— O Boże, jakoż ja mam pamiętać, kiedy ze mnie było niemowlę? Aniby ja wiedziała o tej mojej niewoli, żeby pani Dorota i starszy pan Schultz nie byli mi o niej gadali. Kiedym ja słuchała, to jakby gadali nie o mnie, ale o inszej personie.

— A dokumentów też nie macie, wacpaństwo, nijakich?

— A jakoweż dokumenta mogą być? — odparł majster. — Chyba one szatki, co je miała na leopolskim rynku. Chcesz waszmość, to choć to pokażę. Wołać mi tu Minę!

I przywołanej Minie rozkazał, aby przyniosła „kinderkowe” szatki.

— Jest ci — dorzuciła Hedwiga — i ten kochany szkaplirzyk, aleć on nic nie powie.

To mówiąc, spod krezy wyciągnęła szkaplerz mocno już znoszony.

Pan Kazimierz pochwycił skwapliwie ten przedmiot, co przed chwilą spoczywał na jej łonie, i ucałował go z podwojonym nabożeństwem.

— I wacpanna zawdy to nosisz?

— O, zawdy! Już się sznurek przetarł, że ledwie dyszy, ale ja nie kładę nowego, bo to ten sam, uważże wasza miłość, ten sam, co mi tam kładły rodzice pewnie dufający, jako mię ta świętość zasalwuje.

— Aha! I pięknie zasalwowała! — podchwycił szyderczo pan Schultz.

— Aj, nie gadajcie tak, dobrodzieju. Zasalwowała, i jak jeszcze! Wszak cim ja nie ostała u Tatarów, jeno u dobrodzieja chowam się po chrześcijańsku.

Tu pochyliła się do kolan rajcy, a ten, głaszcząc ją po głowie, mówił:

— Ej ty, ty, łasico, ty zawdy umiesz wszystko miodem posmarować!

Widząc tę pieszczotę, chociaż zupełnie ojcowską, pan Kazimierz zacisnął pięści pod stołem i miał ochotę powiedzieć panu majstrowi coś przykrego. Na szczęście w tejże chwili powróciła Mina niosąca piękną szkatułę z drewnianej mozaiki o brązowych listwach i antabach.

— Widzisz waszmość — rzekł gospodarz — jako to moja Dorotea miłowała naszą Hedwich, te nawet oto jej gałganki chowała, niby jakie świętości, w swoim najlepszym sepeciku.

Tu podniósł wieko i pan Kazimierz zobaczył najprzód sukienkę z niebieskiego teletu, naszywaną drabinkami ze złotych pasamonków, obrzeżoną u dołu i u góry sutym namarszczeniem ze złotych koronek, czyli, jak wówczas nazywano, forbotów. Sukienka była długa niby worek, ale maleńkie rozmiary staniczka, drobniutkie otwory na szyjkę i rączki dowodziły, że nosząca je dziecina nie mogła mieć więcej nad sześć do ośmiu miesięcy. Pod sukienką leżała koszulka jeszcze drobniejsza, cała zahaftowana mnóstwem flamandzkich wszywek i obszywek, niegdyś białych, dziś od zleżenia mocno zżółkłych.

Pan Kazimierz, patrząc na te ubiorki, pomyślał sobie:

„No, już teraz wiem dokumentnie, jako to nie jest Krysia, a to dla dwóch racji. Pierwsza racja, że Krysia nigdy by w to nie była wlazła, kiedy już miała w one czasy kole czterech latek. Druga racja, że w naszym szaraczkowym domu nigdy takowych luksusów nie znano. Pani matka sama nie nosiła nijakich forbotów, ni białych, ni złotych, a jeszcze by miała dzieciaki nimi pstrzyć? A toć by jej pan ociec, Boże odpuść, był na skórce forboty wydeseniował. Nie, to nie Krysia, i basta”.

Jednakże pan Kazimierz nie zdradził się z żadnym z tych spostrzeżeń i ani zmrużył oczu, gdy pan rajca, wytrząsając sukienkę, mówił:

— Zbrukana ci ona i nie dziw, przeszła bez łapy tatarskie i bez rynki leopolskie, aleć zawdy widno, jako to z pańskiego domu dziecko, z takiego jak waszmościny, nieprawdaż?

Zagadnięty wywinął się uwagą:

— Ale jakożeś to wacpanna robiła, aby się zmieścić w takowy łątkowy przyodziewek?

A gdy Hedwiga zapytała:

— Powiedz mi waszmość, czy ta siostrzyczka była wonczas taka malutka jak i ja? A może wasza miłość sobie przypomnisz, czy miała takowy przyodziewek?

Odpowiedział wymijająco:

— Juścić, że mała była, to wiem. Ale czy miała takową sukienkę, tego ja wiedzieć nie mogę. Takie kuse chłopię, jakom ja był wonczas, nie baczy na żadne białogłowskie ochędóstwa, jeno za batem i konikiem się ugania. Ale ja powiem wacpaństwu tak: jutro wracam doma. Tedy opowiem wszystko panu miecznikowi...

— Co to za miecznik? — spytał majster.

— Ano mój ociec. Tedy powiem wiernie panu oćcu, a juści on będzie wiedział najlepiej, czy Krysia miała takowe przyodzianie i czy nosiła szkaplirzyk, co jest u dziecka rzecz niebywała i może stanąć za „lico”. Tedy wacpaństwu napiszę, co pan ociec powiedział, a może i sam przywiozę tę odpowieść. Nie miał ci ja już, co prawda, tu powracać, ale dla panny siostry warto jachać i do morza, i nawet za morza.

— Rozumnieś wasza miłość zakonkludował. Tedy, Hedwich, nie masz tu już co robić. Odnieś ten sepecik do Miny i ostań się tam w kuchni, a dopilnuj dla mnie kolacji.

Ale pan Kazimierz okrzyknął się gwałtownie:

— A nie róbże mi waszeć tak okrutnej krzywdy! Wszak ci ja wciąż gadam, jako jutro jadę, niechże dzisia jeszcze nacieszę się panną siostrą.

Hedwiga także, składając ręce, mówiła z przymileniem:

— Ach, dobrodzieju! Tam w kuchni takowy skwar! Jużem ja do kolacji wszyściutko wydysponowała. Pozwól mi tu ostać...

Majster w końcu przystał, choć niechętnie.

— Ha no, to już i ostań, jeno weźże się do roboty, abyś nie siedziała jako ten szyld malowany, co to mówi: „A patrzajcież na mnie!”

Panienka, ucieszona, pobiegła do sieni, skąd wytoczyła na ganek leciuchny, misternie rzeźbiony kołowrotek, a Kornelius przyniósł dla niej zydelek z białego jaworowego drzewa; śliczny to był sprzęcik: na trzech skośnych, kręconych nóżkach, miał deszczułkę z brzegiem wyrzynanym w liście jakby wianek, a z tyłu oparcie wąskie w obsadzie, coraz szersze w górze, całe wzorzysto pokłute w przezrocza, niby wachlarz ze słoniowej kości.

Na tej filigranowej podstawie panienka przysiadła lekko jak ptaszę na gałązce i, błękitnym trzewiczkiem wprawiwszy w ruch warczące koło, zaczęła skręcać długie nitki lnu bladożółtego jak jej włosy.

Przy tej robocie tak cudnie wyglądała, że pan Kazimierz zapatrzył się w nią całymi oczami, całą duszą i zapamiętał się zupełnie.

Już nie wiedział ani gdzie jest, ani kto na niego patrzy, tylko sam patrzył, patrzył i w duszy sobie powtarzał:

„Aparycjo ze złotą nitką, bądźże parką mojego żywota!”

Nagle przypomniał sobie, gdzie i u kogo bawi, odchrząknął, zwrócił głowę do pana rajcy i mówił:

— Przypatrowam się bacznie pannie siostrze, bo chcę sobie zrememorować, do kogo z naszej familii ona posiadła podobieństwo.

Tu z kąta głos Korneliusa odezwał się przekąśliwie:

— Juści nie do waszej miłości.

Majster spojrzał w tamten kąt zdziwiony, chwilkę pomyślał, potem dobrodusznie się roześmiał i mówił:

— Ollender rzadko powie, ale już jak powie, to richtig. Waszmość — bez urazy — wyglądasz jak kruk, a oko waszmościne to jak ten Pharus, co w ciemną noc nad portem dygota. No, a Hedwich to bielusia jakby jagniątko, a oczko jej Vergissmeinnicht. Gdzież tu familia?

— O, za pozwoleniem! — zaprzeczył z wielką powagą pan Kazimierz. — Abo to raz bywa rodzeństwo cale od siebie różne? A wszelako każde z nich podobne do kogoś z antecesorów. Tak i panna Hedwiga... Czekajcie, wacpaństwo, do kogo to ona podobna? A! Już wiem. Jakem był mały, przychadzała do nas jedna moja ciotka. Nie była ci ona już taka młodziusia, ale włos miała żółtawy i oczy jako dwa modre kwiatuszki. Owóż panna Hedwiga kubek w kubek do niej podobniusieńka. O... im więcej patrzę, tym więcej to dopatrowam.

I na rachunek owej żółtowłosej ciotki zaczął znowu i coraz to już śmielej przyglądać się pannie siostrze.

Ta z początku rada była uwadze braterskiej, przy tym i podchlebiał jej taki hołd milczący, bo dobrze czuła, że w tych oczach pała nieopisany zachwyt. Niedługo jednak rotowy ich ogień zaczął ją niepokoić i mieszać; po kilku chwilach myślała, że się skręci. Chcąc przerwać ten urok, co stawał się cierpieniem, sama wróciła do rozmowy. Uśmiechnęła się i rzekła:

— Kto by to myślał, że my już raz tak bliziusio kole siebie byli i może na się patrzali i bez tyle lat nic o tym nie wiedzieli!

— Kędyż to było? — pytał zdziwiony pan Kazimierz.

— Ano tam, na leopolskim rynku. Przypomnij sobie waszmość dobrze, czyś tam nie widział wonczas takiej małej bzdury w niebieskiej szatce i złotych forbotkach?

— Wstydno mi wyznać, aleć takowej panienki nie pamiętam, acz pamiętam wiele innych rzeczy.

— Na ten przykład co?

— Na ten przykład, kiedy nas wieźli, to pamiętam, jako mię jeden Tatarzyn chciał na wozie związać, a jam się mu nie dawał i takem się małymi rękami i nogami bronił, i takem się wściekał, że aż pomogło; bo właśnie tamtędy jechał sam ich wódz, on sławny Kantemir, a obaczywszy, jako się dzieciak broni, zaczął się śmiać, że aż się za boki brał, i coś gadał do mego stróża, a ten zaraz dał mi pokój. Widno, że mu się ten animusz w dziecku podobał, chciał sobie może ze mnie zrobić tęgiego Tatarzyna. Aleć ja, leżąc na wozie, takem sobie medytował: „Kiedy się mnie sam wódz pogański przeląkł, to ja w nocy wstanę i tego Kantemira i wszystkich jego regimentarzy wyduszę, za co mię nasi zara hetmanem okrzykną”.

— A to piękna rzecz, kiedy chłopiec tak eroicznie roi — zauważyła z wysokim zajęciem Hedwiga.

— Byłby ja też pewnie w nocy wylazł i byliby mię jak szczenię ubili, jeno że właśnie tegoż dnia, jeszcze przed nocą, pan Koniecpolski nadciągnął i wszystkich nas wyzwolił, z czego ja nie był bardzo rad, bo już cały mój eroizm na nic się nie przydał. Potem znowu pamiętam, że na onym rynku jakieś tłuste białogłowy posadziły mię na ziemi pod skarpą jakiegoś ogromnego domostwa i kazały mi na głos wywoływać moją godność, aby mię familia łacniej odszukała. Ale wnet pożałowały, bo jakem zaczął krzyczeć: „Jam jest Kazio Korycki! Kazio Korycki!”, tak na całym rynku nikogo jenszego już nie było słychać, jeno Kazia. Tedy mię znów prosiły, abym przycichł, gębę mi łakociami zatykały, a ja nic, jeno się drę i drę, i takem się darł bez calutki dzień, aż mię i znalazło moje biedne matczysko, co już się też wyrwało z pogańskich łyków.

— Jakoż to? Więc i matka była w jasyr wzięta? No, a ta siostrzyczka, kiedyż ją z waszmością rozłączono?

— Od samego początku. Jeden porwał matkę, drugi siostrę, trzeci mnie i wszyscy się rozlecieli na trzy strony, tak że ja z matką dopierom się tam na rynku nalazł, a siostrzyczki już nikt nigdy nie widział ani na pobojowisku, ani na woziech, ani w mieście. Nieraz my tak myśleli, że ją może Tatarzyn, uciekając, ubił, bo to nieraz oni wolą dziecko zarżnąć niżeli żywcem ostawić. A może ten, co ją wiózł, potrafił uciec aż na Krym, boć i tacy byli, co się przed nami salwowali. A może to po prostu jesteś wacpanna?

Tu pan majster, nalewając sobie po raz drugi kufel, otrząsnął się jak po zimnej kąpieli.

— Brrr... Co to za szczęście, że oni tu nie dojeżdżają! Paskudna rzecz taka wojna. Dobrześ waszmość uczynił, kiedyś wybrał służbę na wodzie.

— A ja właśniem się już odprawił od Wodnej Armaty.

— O, szkoda! — zawołała Hedwiga i, oczami zmierzywszy jego postać, mówiła: — Szkoda! Taki śliczny munderunek!

— I ja powiedam: szkoda! Ha no, co robić, kiedy pan ociec każe?

— Dlaczego to?

— Dlatego: było nas trzech braci...

— O! Niceś waszmość nie mówił. To i oni poszli w on jasyr?

— Nie. Oni, jako starsze, już byli żakami u księży we Lwowie. To ich salwowało. Tedy potem jeden poszedł pod chorągiew pancerną, a drugi do haltylierów. Tedy ja widzę, że już mi wzięli i ziemię, i ogień, tedy proszę się pana oćca, aby mi dał iść na wodę, bo to wonczas wszyscy gadali, co to będzie za flota, jakiej świat nie widział, i że król buduje ono warowne miejsce Władysławów. Jam zawdy miłował awantury i takem sobie myślał: „Niech jeno dostanę się na morze, będzie ich w bród”. Pan ociec długo się wzbraniał, aż mię i odpuścił tutaj. Najprzód więc jachałem na okręciech kupieckich; było się tam i siam, widziało się świata kawał, ale awantur mało. Tedy przystałem do Wodnej Armaty. A tu jeszcze gorzej. O batalie niełacno, jeśli się trafi, to jak ślepej kurze ziarno, a służba żmudna i sroga. Już ja tedy myślał wrócić pod flagę kupiecką i jachać do Indiów albo do Ameryki za onym panem Arciszewskim, co tyle o nim gadania, aż tu przychodzi wiadomość, że starszy brat zginął w potrzebie, a w rok później znowu wiadomość: drugi brat ubity — a tu pan ociec pisze do mnie: „Wracajże, mój ty beniaminie, boś mi już jeden ostał się na świecie. Służ, jako chcesz, jeno już na lądzie, abyś choć czasami przyjachał do mnie i w gospodarce był mi sukursem”. Jakoż to nie posłuchać oćca, staruszka samotnego? Wszystkich potracił, naprzód oną Krysię, potem panią matkę, potem dwóch starszych, już nikogo nie ma, jeno mnie.

— I gdzież waszmość się zaciągniesz, do pancernych?

— Owóż nie. Na wodzie człek odwykł od konia, lepiej mi pójść do infanterii. Hetman Zamoyski zawdy kawalerów tak namawiał i gadał, jako to teraz największa siła będzie w infanterzach. Tak to różnie ja się już przegryzował przez życie i, jako widzę, jeszcze przyjdzie przegryzować się na inny manier, a zawdy awantur mało, chyba to może ja dzisia na nią się natknął, daj Boże szczęśliwie.

W tej chwili pan majster, który już sobie nalewał trzeci kufel piwa, chciał i gościowi napełnić szklenicę, ale spostrzegł, że jest ledwie troszkę napoczęta.

— O! — zawołał ze zgorszeniem. — Jaki to waszmość niełaskaw na mój Bier. A paradny Bier, keine gadanie, paradny. Czy nieprawda?

Pan Kazimierz zakłopotany odpowiedział:

— Ano tak... dobry... jeno my na wodzie skąpo zażywamy piwa... to człek i nie przywykł.

Gdy kończył te słowa, Hedwiga się zerwała jakby wicher i wpadłszy do sieni, drzwi za sobą zaparła.

— Co się stało? — zapytał pan Kazimierz.

— A kto ją wie? — odrzekł majster. — Ona nigdy nie może na miejscu spokojnie usiedzieć. A i ty, Kornelius, czego tak stoisz jak ten słup, co drzwi podpiera? Siadajże na swoim Ruhe, Trzeba wiedzieć waszej miłości, jako my tu mamy nasze miejsca na zawdy nominowane. Ja siaduję tu pod złotym oknem i ten kąt zwie się: Vaterstuhl. Moja Dorotea siadywała tuż kole drzwi, aby łacno mogła dopaść kuchni, to my zwali jej ławę „na tymczasem”. Hedwich na swoim zydelku — my gadamy „na skrzydełku”, bo wiecznie lata. No, a tam, po drugiej stronie drzwiów, ten drugi kąt ławy — to Kornelius Ruhe, bo Kornelius tam nic nie gada, jeno siedzi jak mruk i wzdycha za swoim Amsterdamem. A grzeszy chłopak; dziękowałby Panu Bogu, że jest w mieście tak zacnym i sławnym jak nasz Dantzig. Gadaj no, Kornelius, u was tam nie ma takich złoconych i rzezanych domów ani takich beischlagów, co?

— Prawda, panie majster, beischlagów nie ma, aleć za to u nas w Amsterdamie niech jeno człowiek wsadzi w okno głowę, a już cały dycha słonością wiatrów morskich, a tu co? Ani wie, że jest kole morza.

— Gadaj, co chcesz, już ja tam wolę nie mieć słoności w gębie, a dychać naszą aurą, co jest mocna i słodka jakoby Goldwasser. On mi się zawdy chwali ze swymi Amsterdamami, Rotterdamami, Harlemami, a ja powiedam: pierwsze miasto w świecie — Dantzig. Czy nieprawda, powiedz sam waszmość?

Kazimierz się uśmiechnął.

— Żeby nie Kraków, tobym dał waszeci rację.

— Wasza miłość nie byłeś w Amsterdamie? — zapytał Kornelius.

— A byłem. Gdzieżem ci ja nie był? Ze mnie wielki nawigant. Jeno powiedam: „Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”. Z tej racji też i waści, panie czeladniku, nie ganię, że chwalisz swoje Amsterdamy. Każda liszka swój ogon chwali. Niechże Amsterdam będzie ogonem wszelakich miast świata.

Kornelius, który słabo jeszcze pochwytywał odcienia polskiej mowy, zamyślił się, nie wiedząc, czy ma na te słowa odpowiedzieć uśmiechem, czy gniewem. W każdym razie czuł większą skłonność do gniewu. Ten gość, choć prawie nieznajomy, był mu od pierwszej chwili niemiłym. Istnieją w ludzkich sercach przeczucia.

Gdy tak sobie nieznacznie docinali, drzwi domu się rozwarły i Hedwiga powróciła, niosąc znowu tacę, nierównie mniejszą niż pierwsza, ale stokroć piękniejszą, całą wyzłocistą. Na tacce stały trzy naczynia, istne pieścidełka sztuki. Nalewka złota w kształcie ptaka, cała emaliami różnobarwnymi pokryta jakby najwytworniejsza kraska. Przy niej stał kielich ze szkła jasnoamarantowego, wyglądający na olbrzymi, wyżłobiony rubin; po jednej stronie był na nim wymalowany król ptaków z rozpostartymi skrzydłami, z koroną u głowy; po drugiej stronie był napis polski: „Na zdrowye!” Między kielichem i nalewką stała na złotej nóżce, mieniąca się stu kolorami opalu, wydrążysta koncha pełna malutkich marcepanów. Pan Kazimierz ze zwykłą zakochanym bystrością zauważył od razu, że wszystkie miały kształt serduszek.

Pan majster spojrzał na Hedwigę z podziwieniem i zapytał półgłosem:

— Kto ci kazał to wszystko tu windować?

Panienka zmieszana odparła:

— Mnie się uwidziało... że sam dobrodziej chciał... Jego miłości nie smakuje nasze piwko i pierniczka ledwie nadkąsił, więc dałam petercymentu... no i tych królewieckich marcypanków... Może będą lepiej do gustu?

— A będą, boś wacpanna wybrała nic, jeno serduszka.

Hedwiga zapłoniła się po same oczy.

— Wszak ci ja mam być siostrą, to winnam waszmości dać serce.

— Biorę tedy serduszko wacpanny.

To mówiąc, włożył do ust marcepanik i smakując w nim z rozkoszą, powtarzał:

— Aj! Co za specjalik! Do śmierci ta słodycz mi ostanie.

Hedwiga tymczasem, pochyliwszy kraskę, ze złotego jej dzioba lała napój gęsty i ciemny, tak że kielich z amarantowego stał się morderowym.

Potem wróciła do kołowrotka. Robota jednak szła niesporo, kółko co chwila stawało, prządka wolała zasłuchiwać się w rozmowie gościa.

Ten, ująwszy kielich, wzniósł „zdrowie panny siostry”, pokosztował i mówił:

— Ono zdrowie chciałbym duszkiem wypić, aleć — jako widzę — nie godzi się takowego nektaru łykać bez konsyderacji. Wyborność.

I powoli popijał, a pijąc, przyglądał się ciekawie naczyniom.

— Co też tu u waszeci precjozów!

— A mam ci tego trocha, bom zawdy adorował wszelakie meisterstücki. Ten kielich to pamięta króla Zygmunta Augusta. Nalewka przyszła mi z miasta italskiego Firency, gdzie są wielkie majstry-złotniki. A ta skorupa na konfekty — patrz jeno waszmość, co tu kolorów lata w oczach: i purpura, i lazur, i złote płatki — to jest morski rarytas, Nautilus.

— Przebóg! Nautilus, o którym jam się tyle naśpiewał! — zawołał pan Kazimierz. — A dajże go tu, panie konsulu, niechże mu się naprzypatrowam. Jam go zawdy był taki ciekaw, żem już nieraz chciał jachać na morza greckie albo indyjańskie, aby tę bestię obaczyć.

— A co to waszmość śpiewasz o tym ślimaku? — pytała Hedwiga.

— To, co imć pan Klonowicz o nim pisze w swoim Flisie. Znasz wacpan tę książkę? Nie? A wacpanna?

— I ja nie znam, jeno pani Flora mi gadała nieraz o takowej pieśni, co ma być Flis. I ucieszne to?

— Powiem wacpannie, cud świata. Jam zawsze kochał się w poetusach. A już na wodzie to najlepsza konsolacja. Bo to na okręciech nudno: ni podwiki, ni pląsów, dzień jeden jako i drugi. Jak człek dorwie się niektórego woluminu, to i dziesięć razy w kółko czyta. Owóż ja tak onego Flisa zwertowałem, co go prawie całkiego mam w głowie. Szkoda, że wacpaństwo nie czytali, tam jest i o Gdańsku. Jeden z naszych oficyjerów przywiózł tę książczynę z Warszawy, to nieraz, bywało, wieczorami siedzimy na pokładzie, a szczęki nam od ziewania trzeszczą, alić jak on zacznie nam owe wiersze dyktować, a my wszyscy chorusem powtarzamy, tak i wieczór zleci, jakoby z bicza trzasł.

— I co on tam — pytała Hedwiga — może pisać o takowym mizernym robaczku?

— Chcesz wacpanna, to zaśpiewam!

— A mój Boże! Toż dopiero będzie nam uciecha!

— A może na ulicy nie uchodzi?

— Aleć owszem — nalegał majster. — My tu sobie nieraz na beischlagach takie wyprawiamy chorały, jakoby we zborze.

— Owóż słuchajcie, wacpaństwo! Ja to zawdy śpiewam tak, jako się śpiewa stara pieśń: „Przeciwne chmury słońce nam zakryły...”, bo tak sam autor pisze na tytule: „Chceszli — powieda — możesz śpiewać Flisa na tę notę jako one Przeciwne chmury”. Szkoda, co nie ma lutniej, to służy na podpórkę dla gardła, jak czekanik dla ręki. Ha no, jakoś to będzie.

Tu, przetarłszy czoło dla przywołania wyrazów do pamięci, zanucił głosem bardzo pięknym, pełnym filuternych zwrotów:

Jest ryba trefna, rzeczona Nautilus,

A od niektórych nazwana Pompilus,

A naszym polskim możesz ją językiem

  Zwać żeglarzykiem.

Bo z siebie własny uczyni okręcik,

Jakby błazenek i morski natręcik,

Gdy sobie igra za czasu pogody

  Po wierzchu wody.

— Jezu kochany! Co to za pieszczona piosenka! — wołała Hedwiga, składając w zachwyceniu ręce.

Śpiewak pokłonił się z uśmiechem i dalej nucił:

A niż się z morza nad wodę wydźwignie,

Najpierwej z siebie powódź precz wyrzygnie.

A gdy się ulży, stroi dziwne cuda

  Ona obłuda.

— Jezu kochany! Obłuda!

Wspłynąwszy na wierzch, wypręży się opakI położy się na kształt okrętu wznak;

Wnet miasto żagla nastoperczy wzgórę

  Posłuszną skórę.

I płynie sobie, by co statecznego,

  Jak bosman, gdy co prowadzi grzecznego...

Sehr gut — pochwalił pan rajca.

— Czekajże wacpan... Jak bosman... jak bosman, gdy co prowadzi grzecznego... Jak to tam dalej? A! już mam:

A gdy się czego on Pompilus lęknie,

Radzi o sobie bez mieszkania pięknie,

Gdy zasię znowu słoną wodę pije,

  W morzu się kryje.

Tam na to patrząc, w głowie sobie kryśliłCzłowiek roztropny i okręt wymyślił.

Tak wzór rzemięsło z przyrodzenia brało,

  Gdy nastawało.

Więc na ryby kształt wnet szkutę urobił

I udychtował, i żelazem obił,

Sztaba miasto łba, a rufa sprawiona

  Miasto ogona.

A miasto skrzeli, dla pewniejszej jazdy,

Przy burtach obu rozsadził pojazdy,

Stądże do czółna, stądże też urosło

  Do łodzi wiosło.

Tak nauczyła roztropna natura

Urobić szkutę zmyślnego Mazura...

— Ale co tu ma być? Tu mi ktoś przygrawa?! — zawołał pan Kazimierz zdumiony, posłyszał bowiem, że przy ostatnich kilku wierszach jakieś dźwięczne struny towarzyszyły jego śpiewce. Zaczął się oglądać i tuż na sąsiednim ganku spostrzegł piękną damę w żałobnym stroju, z lutnią w ręku. Pan Schultz i Hedwiga także spojrzeli w tę stronę i razem zawołali:

— Pani Flora! Jest pani Flora! Jak to dobrze!!

Pani Flora ozwała się do pana Kazimierza:

— Cudnie wacpan śpiewasz, jenoś połknął czworo strofów, co tam w środku siedzą.

Pan Kazimierz się tłumaczył:

— Boś mi wacpani szyki popsowała tą siurpryzą. Ani ja się spodziewał takowego akompaniamentu. A skąd to wacpani znasz tę notę?

— O Boże! Jakoż nie mam znać? Ja to poema umiem jako pacierz i godzinami sobie przy lutniej nucę. Ja bez wirszów i bez amorów nie mogę nijak żyć, a teraz, kiedy w tych oto kirzech amory mię odbiegły, już tylko śpiewaniem się cucę. Chcesz wacpan, to razem zaśpiewamy?

— Jeno — przerwał majster — już nie o tej skorupie, śpiewajcie nam lepiej o naszym Dantzigu, jakoś wasza miłość powiedział, że w tej książce i o tym stoi.

— Hm... Nie wiem, czy sobie przypomnę — mówił zakłopotany pan Kazimierz.

— Ale ja przypomnę — podjęła pani Flora. — To tam, gdzie on powieda:

Drągiem to zową, kędy port zawarto.

— A! Już wiem. — I zaczął znowu śpiewać podtrzymywany przygrywką i głosem pani Flory.

Tuż już przyjedziesz do misternej windy,

Tu ujźrzysz dziwnych rzeczy na przebindy.

— Uważasz, panie majster, on tu wyraźnie pisze o waszecinych bursztynach. Tedy:

Tu ujźrzysz dziwnych rzeczy na przebindy,

Jakom powiedział, już tu masz szpiklerze,

  Masz i machlerze.

Masz Most Zielony, cel naszej roboty,

Tu wzwody, wschody, dziwne kołowroty.

Masz wagę, trety, ławy, dziwne sprawy,

  Różne zabawy.

Tu masz okręty z płóciennymi skrzydły,

Tu masz z Zamorza dziwne skrzydły-widły.

Maszty wyniosłe z bocianimi gniazdy

  Pod same gwiazdy.

Tu w stradyjetkach masz śmiałe bosmany,

Masz z dalekich stron kupce i ziemiany.

Przedawaj, kupuj...

Jak to tam u licha dalej? Aha..

Chwal przedawając, gań kupując. Kupca

Nie chciej mądrego, szukaj sobie głupca...

Tu śpiew został przerwany przez ogromne śmiechy i oklaski. Pan Kazimierz, który siedział odwrócony od ulicy, obejrzał się i teraz dopiero postrzegł, że na wszystkich tarasach, jak mógł okiem sięgnąć i w prawo, i w lewo, siedziało także mnóstwo osób: gospodarze przy szklenicach, panie i panny z robótkami; dzieci bawiły się na schodkach. Wszystkie te grona słuchały z wysokim zajęciem nie znanej dla wielu pieśni Klonowicza, a ostatnie słowa, dobrze trafiające do ich kupieckiego zmysłu, wywołały wielką wesołość. Zaraz też towarzystwa innych ganków odpowiedziały na ten śpiew innym śpiewem: jedni wykrzykiwali pustackie Gaudeamusy, drudzy niemieckie bajeczki o Mądrym lisie. Na poprzecznej ulicy ozwał się nawet któryś z chorałów Lutra.

W tym chaosie głosów trudno było myśleć o dalszym śpiewaniu Flisa. Pan majster odezwał się do pani Flory:

— Przeszłabyś Frau lepiej do nas.

I podał jej rękę. Ona położyła lutnię, weszła na ławkę i przeskoczywszy przez obie poręcze stykających się z sobą ganków, usiadła obok pana Schultza.

— Prezentuję wacpani wielkiego u mnie gościa. Oto imci pan Kazimierz Korycki, erbu Prus, oficyjer królewski od Wodnej Armaty. A oto pani Flora Korwiczkowa, wdowa po moim dobrym somsiedzie, co był sławetny pan Bonifacjusz Korwiczek, majster-pasamonik, i to majster nad majstrami. Takiego drugiego nie mamy już w Dantzigu.

Tymi słowy zapoznawszy swoich gości, pan konsul zaczął opowiadać pani Florze dziwną przygodę, dzięki której Hedwich, jako się zdaje, odnalazła brata i familię. Piękna wdowa, słuchając z niezmiernym zajęciem, spoglądała kolejno spod oka to na pana Schultza, to na pana Kazimierza, jakby w duszy chciała ich obrazy porównywać i coś z onych porównań wysnuć.

Pan Kazimierz przyglądał się jej także pilnie i nie bez podziwu. Ubiór i postać tworzyły tu zupełne przeciwieństwo: ubiór był żałobny, surowy, smutny; z całej zaś tej fertycznej osóbki biło tyle zdrowia, blasku i wesołości, że wszystko razem wyglądało tak, jak gdyby kto czarną wstążką przewiązał pęk róż stulistnych. Pani Flora była istotnie podobna do róży, pierś miała wypukłą, na licach kwitnące rumieńce. Musiały jednak pod tą wabnością kryć się kolce nieugiętej woli, bo wkoło warg rozkosznie rozchylonych snuł się ciemny meszek, a spod brwi prawie czarnych, równych, długich (zadziwiająco równych i długich...) świeciły oczy podbójcze, na których dnie połyskiwało coś twardego jakby stalowa blaszka.

W owym też na pozór skromnym ubiorze po bliższym rozpatrzeniu wzrok odnajdywał mnóstwo szczegółów świadczących, że piękna wdówka więcej musiała myśleć o żywych niżeli o umarłych. Suknia była wprawdzie z czarnej wełny, kołnierz płócienny gładko wywinięty, ale jedno i drugie skrojone tak prześlicznie, noszone z takim wdziękiem, że i różowa szata nie wydałaby się weselszą. Miała też na głowie czepiec wdowi, jak przystało, z czarnych nicianych koronek, ale jego maleńki okrąg był tak zalotnie przypięty i swoim aksamitnym języczkiem tak zaczepnie na czoło się wysuwał, że przywodził myśl o ślubnym wieńcu. Miała też na sobie i trochę klejnotków, jedynych, jakie w czasie żałoby godziło się nosić. Były to trupie główki z białej kości, powiązane ogniwami ze srebra, wyrobionymi w drobniutkim kształcie parzystych nietoperzowych skrzydeł; oprócz takich manelek i zausznic miała jeszcze u pasa i srebrną banieczkę, którą czasem podnosiła dla wąchania, a ile razy odetkała trupią główkę, tworzącą jej koreczek, wnet cudne zapachy rozchodziły się po całym ganku.

— Co wacpani za eliksiry z sobą nosisz? — zapytał pan Kazimierz.

— Ach, jakoż nie mam nosić? Mnie na chrzcie świętym dano Flora i ja też, jako ona bogini, bez kwiatów usycham, a tu przy tych kirzech nie mogę się nimi obsypować, więc chociaż ich wonnościami się pasę.

— I długoż to jeszcze dla wacpani tych kirów?

— Ach, jeszcze całe dwie niedziele. A potem już koniec. Jeno w sercu nie koniec. Do grobu ja będę płakała po moim nieboszczyku. Jak on adorował swoją Florę! Nigdym nie widziała równie zacnej pasji. Cudny to był człek. Szkoda jeno, że kostera. Aleć też Pan Bóg srodze go pokarał. Nazbyt człeczyna miłował kosteczki, no i teraz już z niego nic, jeno kosteczki.

Pan Kazimierz lubił krotochwile, ta jednak nie w smak mu poszła; przyciął usta i zamilkł.

Pani Flora też już na niego nie zważała. Zwróciwszy się całą postawą ku panu Schultzowi, weszła z nim w żywą rozmowę, przy czym co chwila pokazywała w śmiechu swoje wiewiórcze ząbki albo przyglądała się swojej rączce ubranej pierścieniami.

Młodzieniec widząc, że starsi państwo na niego nie baczą, wstał i przystanął za krzesełkiem Hedwigi. Miał ochotę powiedzieć jej niejedno słodkie słówko, ale go korciła obecność Korneliusa tuż poza nimi siedzącego.

Pochylił się więc do jej ucha i szepnął:

— Czy to ten czeladnik zawdy tak z wacpaństwem siedzi w kupie?

— A zawdy. Co robić? Dobrodziej wielce go konsyderuje. Ale dla mnie to utrapienie.

— A! I z jakowej racji?

— Bo mię fatygują te jego wyłupiaste ollenderskie oczy. Gdzie się ruszę, tam i te oczy za mną jak szpiegusy.

— Żebym jeno śmiał, tobym go przepędził na dziesiątą ulicę.

— Nie czyń tego waszmość, ja sama go przepędzę.

I obróciwszy się niedbale, przez ramię mówiła do Korneliusa:

— Skocz no asan po nowe powismo lnu. Znajdziesz tam w podwórku, na składzie.

Czeladnik zarumienił się i skoczył.

— Coś wacpanna zrobiła najlepszego? A toć on za moment znów przylezie?

— To ja go znów przepędzę, chociażby i dziesięć razów. Jakoż się nasza sąsiadka waszmości wydawa? Urodziwa, co?

Mówiąc to, niespokojnie spojrzała w oczy Kazimierzowi. Ten się uśmiechnął z wewnętrznego zadowolenia.

— Hoża niewiasta — odparł — jeno musi być okrutnie rezolutna.

— A toś wacpan trafił w samo sedno. Dobrze to taką być. A ja tego nie umiem, ja się każdego stracham.

— Uważasz no wacpanna, jak ta pani Flora mizdrzy się do pana Schultza? Czy oni mają się k'sobie?

— Ach, dałby to Bóg!

— Tak powiedasz wacpanna? Dałby to Bóg? A mnie się widzi, jako pan Schultz bliżej sobie szuka żonki.

— Skąd się to waszmości uwidziało?

— Bo mi sam gadał.

— Więc on o tym gada? O Boże, jakaż ja nieszczęśliwa!

— Tedy wacpanna tego nie masz w życzeniu?

— Och, nigdy! Ja dobrodzieja respektuję z afektem jak oćca i nazywałam go zawdy „faterkiem”, aleć od śmierci pani Doroty i tego mi zakazał. Nie wiem, jak mam gadać do niego, więc gadam: „dobrodzieju”. Co to za nieszczęście, że ta kochana pani Dorota zmarła! Za niej wszystko było dobrze. Ale ja tego nie zrobię. Jam jej obiecała, że nigdy nie pójdę za lutra. Dosyciem ja się napatrzyła, jaka to dezolacja, kiedy mąż innej wiary, a żona innej.

— Bardzo ja szczęśliw, że wacpanna jesteś takowej rezolucji.

Hedwiga stanęła w płomieniach i podnosząc nieśmiałe oczy, zapytała:

— A co to waszą miłość może obchodzić?

— A i bardzo. Jeśli ja wacpannie mam być bratem, to nigdy nie dam asentymentu na takowy nieklejnotny mariaż.

Hedwiga spuściła oczy.

— Ach tak... Prawda... Waszmość masz być brat... — Zamilkli przez chwilę.

Właśnie też wracał Kornelius niosący aż dwa powisma. Hedwiga zaraz mu jedno kazała odnosić na powrót, potem go słała do Miny dla dowiedzenia się, czy prędko będzie gotowa wieczerza, a na koniec kazała mu szukać swojej chustki, tej z niebieskimi chwaścikami, którą zostawiła gdzieś, sama nie wie, w jakiej komorze i na jakim piętrze. Tym razem Kornelius siedział bardzo długo, dziesięć razy obiegł wszystkie piętra i obszukiwał wszystkie kąty, na koniec wrócił bardzo zmartwiony, nie odnosząc chustki, a to dla wielce prostej, ale jemu nie znanej przyczyny, że chustka ciągle spoczywała w Hedwigowej kieszonce.

Przez ten czas Kazimierz i Hedwiga, oparci o złotą kratę, przyglądali się przepływającej publiczności. A było na co patrzeć. Jeżeli w godzinach roboczych dalsze ulice pracowitego miasta przedstawiały się pusto i głucho, za to w godzinie przedwieczornej cały ten tłum spracowany wylęgał dla odpoczynku i przechadzki, a wylęgał rojnie i strojnie. A stroje pstrzyły się tą niesłychaną rozmaitością, jaka zazwyczaj panuje po wielkich portowych miastach. Oprócz ubiorów niemieckich i holenderskich, przeważających liczbą, można było dostrzec i wielu naszych ziemian, łatwych do poznania po czapce włożonej „brodźcem” i po „marynałce”, czyli pasiastej opończy, jaką się zazwyczaj u nas kładło na samym wsiadaniu do komięgi. Owi sielscy przybysze, sprzedawszy rano swoje żyto albo pszenicę, chodzili teraz po mieście zadzierając głowę, dziwując się kamiennym ozdobom na domach i zamorskim gościom na ulicach. A było tych zamorczyków niemało: żółtowłose Angliki, kraciaste Szkoty, czarnookie Portugały z siatką na włosach jak u białogłowy. Czasem pojawił się człowiek z Lewantu, Grek o kaftanie cudnie wyszywanym lub Albańczyk białofałdzisty; gdzieniegdzie nawet, niby tulipan, zakwitł bisurmański turban. Niektórzy z przechodniów zatrzymywali się przy gankach i przez kraty wiedli rozmowy z siedzącymi na nich mieszkańcami domu lub zaproszeni wchodzili na taras i siadali przy rodzinnych stołach. Inni dążyli na zamiejskie przechadzki, w które Gdańsk zawsze obfitował. Między tymi najliczniejsze były panny, plemię nigdy niesyte ruchu; nałożywszy na stanik małą pelerynkę obszytą ciemnym pasamonem (takim samym jak i u sukni), a na głowę kapelusz słomiany o maleńkim denku i ogromnych skrzydłach (zupełnie podobny do naszych dzisiejszych „pasterek”), szły całymi trzódkami pod wodzą matek lub ochmistrzyń, co je oprowadzały niby dla przyjemności, w rzeczy zaś dla złowienia pana męża.

— Wacpanna lubisz spacyr? — zapytywał Kazimierz.

— Och, pasjami! Muszę ja być ze wsi rodem, bo w tych kamiennych ulicach duszę się i więdnę, a zawdy jeno wzdycham do zielonych liściów i łączek. A u pana miecznika czy dom duży? Czy także na nim takie złote rzezania? A ogród jakowy? Czy jak na Biskupiej Górze?

I zasypywała pana Kazimierza pytaniami o jego rodzinę, o nieboszczkę matkę, a zwłaszcza o tę zaginioną siostrzyczkę. On nierad był przyznać się do niedostatków domowych ani zgłębiać owego mniemanego pokrewieństwa, jak mógł się więc wywijał i ciągle zwracał jej uwagę na bieżące przedmioty.

— Czy widzisz wacpanna ten potroisty kołnierz, co wisi temu kawalerowi do pasa niby trzy maluśkie białe płaszczyki? To najnowsze kawalerskie noszenie.

— Widzę. O, jakież to trefne! Jakoby melszpeis, co się nie udał i oklapł.

— A tak, toteż to się nazywa „kołnierz z konfuzją”, niby tak się skonfundował, że, jak wacpanna z figielkami powiedasz, oklapł.

I śmieli się do rozpuku z tą pustotą młodości, co tylko sobie szuka pierwszej lepszej przyczyny do śmiechu.

— O, dlaboga! — wołał znów pan Kazimierz. — Cóż to za flotylla ciągnie ku nam?

— To żona i córki tego grubego van der Herna, co ma pono aż dziesięć okrętów.

Osoby, jakim się przyglądali, były spowinięte niderlandzkim huikenem, czyli długim welonem tworzącym rodzaj płaszcza, który się przytwierdzał na wierzchu głowy pod maleńkim kapelusikiem; kapelusik ten niby grzyb wywrócony wystrzelał w górę sporym prątkiem, który się zakończał grubą kulą puchu. Ponieważ ta czubata moda panowała przeważnie w hanzeatyckich miastach, często więc owym prątkom nadawano wyraźny kształt rudelków, a wtedy kapelusik zsuwano tak silnie na przód głowy, że ów rudel sterczał ze środka czoła i groził oczom przechodzących. Widok takich dam czubatych (les dames huppées) nas by dziś niesłychanie zdumiał i rozśmieszył; Kazimierz i Hedwiga widując ich mnóstwo co dzień — ledwie czasem na nie zwracali uwagę. Trafił się jednak i taki przystrój, który zdumiał pana Kazimierza.

— A to co za jedne?! — zawołał. — Czego to sobie one tak zakryły gębę?

Mówiąc to, wskazywał dwie nadchodzące bardzo zgrabne damy, które miały głowę i stan spowinięte w koronkowe kaptury, w rękach okrągłe wachlarze z piór puszystych, a na twarzy czarne aksamitne półmaski.

— To przyjezdne — objaśniała Hedwiga. — Pono z angielskiego kraju. Tamtejsze białogłowy strasznie są bójne o swoją skórę, tedy, jak za dom idą, zara nadziewają maszkarki, zimą na to, żeby ich mróz nie szczypał, latem, aby ich słońce nie smoliło.

— No dobrze, ale teraz nie zima i słońce już zaszło, to po co?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.