drukowana A5
13.93
Dzikie ziele

Bezpłatny fragment - Dzikie ziele


Objętość:
32 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
zeszytowa
ISBN:
978-83-288-0177-6

Rano do dnia Marynka szorowała skopki i bańki przy małym stawie. Było jeszcze szaro. Liście drzew stojących ponad wodą wisiały nieruchomo, a tarcie wiechcia o żelazne obręcze budziło odgłos na drugim brzegu. Za drogą w dworskim ogrodzie coś wzniecało w krzakach jakby kaszlnięcia i szeptania.

Podwórze majaczyło we mgle buro i niewyraźnie. Po małym czasie zaczęło się tam jednakże coś rozlegać i na drogę wypłynął wóz, cicho sunąc po szarym piachu i postukując niegłośno. Fornal siedział bokiem, z bosymi nogami zwieszonymi przez drabki, pogrążony w gwizdaniu.

Gdy zobaczył dziewczynę między wierzbami, przestał gwizdać i zakrzyczał w jej stronę:

— Mogłabyś ty kiecuchny barzy podnieść i te giry umyć, kiej u wody stojas, nie s takiemi cornemi chodzić!

Marynka wyprostowała się, żeby zobaczyć, kto jedzie, gdyż mówił nie po tutejszemu. Ma się rozumieć — nie był to żaden z fornali, tylko bandos, nazwiskiem, o ile pamiętam, Słupecki.

Jechał widać za Banasiaka, bo jego końmi, a o Banasiaku wczoraj mówili, że na brzuch leży.

Zobaczywszy, jak rzeczy stoją, Marynka odgryzła się napastnikowi:

— Ty cyganiaty wytrzyścu, byś ty trzy dni swoje mył, to jeszcze moje bydom bielsze, choć uszargane!

Zaczął coś wołać w odpowiedzi, lecz nie było już słychać, gdyż wóz wjechał na twardą drogę i gruchocząc skręcał koło drugiego stawu ku wiatrakowi.

Chcąc się bardziej zabezpieczyć przeciwko słyszeniu, co mógł do niej mamrotać, Marynka sarknęła coś w otwór cynkowanej bańki, aż echo w niej zadudniło, i zaczęła śpiewać:

— Miałam jednego brata… — Zaś rozpędziwszy się prześpiewała jeszcze kolejno: — Nie dbam, nie dbam, że mnie nie szanujesz… — Księże, księże… oraz — A pod moją klaczą podkowy kołaczą…

Gdy na ostatku zaczynała: — Mówiom ludzie, żem ładna… — zadzwonili do doju.

Ludzie ruszali się już koło szopy, w szorowni u stelmacha i przy chlewach; mgły się poodwijały i wszystko rzeźwo stanęło w rumianym złocie poranka.

Marynka ścisnęła oczy i przypatrzyła się mostkowi, przez który była droga do czworaków.

— Co ich nie widać? — spytała sama siebie.

Dójki wynurzyły się niespodzianie z furtki dworskiego ogrodu.

— Tośta po mnie chodziły do kuchni? — spytała najmłodszych, z którymi miała dobrą znajomość.

— Nie — odparły ze śmiechem. — Aleśmy przelazły bez dziurę w angryście i zaś sadem.

— Sadowy nie widzioł?

— Uo… on ta bydzie patrzył na dziki angryst. Ale i tak jeszcze cierpki.

Pozbierały bańki, skopki, wiechcie i ruszyły do doju.

W dzwoniącej łańcuchami oborze trwał chrupiący niegłośny hałas żucia, mleka strzykającego w naczynie i kroków stąpających po zgnojonej słomie.

Krowy myczały od czasu do czasu, a ta, która stała przy samych drzwiach, przestawała niekiedy ruszać gębą i patrzyła sztywno, jak blade strugi mleka ciekły przez skręt chłodnika i ze świegotem kapały do naczynia. Na chłodnik dawał baczenie garbaty mleczarz Dionizy. Przyciągał powązki, gdy dójki zlewały mleko, oganiał muchy, które brzęczały dokoła, zmieniał nagrzaną wodę, a potem siedział i przyglądał się, jak wlatywały do obory czyste granatowe jaskółki. Ich szczebiot mocniej się rozlegał tu w brunatnej ciemności niż na dworze. Pomiędzy wiązaniami stropu widać było migotanie ich białych piersi z ceglastym ognikiem na gardle.

— Nastąp się — mówiły od czasu do czasu dójki — i — fitu-fitu, fitu-fitu — szczebiotały bystre jaskółki. Dionizemu zachciało się spać od tych głosów.

— Co to Marynka dzisiaj nic nie mówi? Zawdy tak śpiewo, to czymu tera nie? — zapytał, by się roztrzeźwić.

— Ady dzięka Bogu, że raz wyć przestała — rzekł zgryźliwie pastucha rozgrzebując widłami ciepłą zielonkę.

Słysząc te słowa, choć nie miała chęci, na złość zaczęła śpiewać pioseneczkę niedokończoną nad stawem:

Mówiom ludzie, żem ładna,

a to prowda nie żadna,

bo mnie mama o chłodzie

myła rosom w ogrodzie…

Drugie natychmiast zawtórowały:

Mówiom ludzie ci sami,

że jo bardzo z chłopcami…

— Nastąp się! — wrzeszczały w przerwie, a potem zaczynały znowu:

Nieszczęśliwy tutejszy mosteczek,

nieszczęśliwy tutejszy most…

Pastucha mówił do swego białego psa: — Psss — bierz je… Pies hycał ostrożnymi susami przez gnój, szczekając na chybił trafił, i to sprzeciwianie się dodawało gorzkiej uciechy robocie.

Gdy po doju myły sobie nogi z gnoju przy studni, Marynka wpadła w niespodziewaną złość na mleczarza Dionizego.

— Co lejeta te wode, jakby ji w studni brakło! — zgrzytnęła. — Chto mo za wos lać?

Tedy chlusnął ze wszystkich sił, spryskując Marynkę po pas, aż zawrzeszczała, co mleczarz powitał cichym śmiechem.

— Jakie tyż ten Dóniży mo biołne te zembiska. Jak się oześmieje, to aż aż… — mówiły dziewki, wstawiając bańki na jego szary wózek.

Gdy już ruszyły za wózkiem w stronę dworu, rzekły jeszcze:

— Drugie takie som… Te Galicjoki, co tu robiom, to jeden w drugiego jeszcze barzy bieliste zemby majom…

Marynka przerwała z gniewem:

— Te cyganiate diabły? Jakby się człowiek z takim trącił, toby się jeszcze ubrudził.

Mówiąc to i owo do siebie, wejrzały mimochodem na pozamykane okiennice dworu. U pana tylko okno było jak szeroko otwarte i dawał się przez nie widzieć pusty pokój z dawno posłanym łóżkiem.

Wczesna godzina ze swą ciszą uroczystą i surową panowała w kręgu obłych kasztanów i na klombie, zarośniętym ciemnoczerwoną półdziką różą. Marynka, rozejrzawszy się, narwała po drodze tej róży i dała Stasi Jamrozikównie.

— Na, mosz — rzekła dobrotliwie. — Postawisz sobie w zbanyszku, to ci bydom ładnie pachniały.

Na ławce przed kuchnią sędziwa kucharka skubała sennie kurczęta. Mały foks stał naprzeciwko, przełykając od czasu do czasu głośno.

Marynka zapytała:

— Jużeśta wydowali Galicjokom?

— Coś ty się szaleju najadła? Jeszcze ni ma szóstej. Pani dopiero wstaje.

Ze świeczką w ręku wchodzili w dudniący echem zmrok piwnicy. Marynka stawiała mleko na kwaśne, lejąc w donice jedwabisty płyn. Gdy zamykała spróchniałe drzwi na kłódkę, Dionizy odjeżdżał właśnie do miasta, a bandoska kucharka wołała na nią jak co dzień, że idzie już po życie dla bandosów. Życie owo Marynka pomagała jej nosić.

Stojąc w ciemnożółtej od wschodniego słońca spiżarni, śród oschłej woni sypanych kasz i miękkich tchnień mąki padającej na kopankę, spytała kucharkę, gdzie bandochy dziś robią. Kucharka powiedziała, że sieką rzepak pod dębem. To samo potwierdziły dzieci pańskie, które już wstawały, żeby tam iść. Marynka mogła dzięki temu wcześniej posprzątać pokoje i o ósmej skoczyła zrobić masło w tejże, gdzie była rano, piwnicy.

Piwnica znajdowała się nieco za dworem w starym budynku, skrytym pod wysokimi drzewami. Na górze był drwalnik, a pod ziemię wchodziło się w kurzu oblatującej ze wszystkich stron cegły. Nad schodkami wisiała pajęczyna brudna i zaprószona, gruba jak płachta, i wisiały nietoperze jak ulęgałki.

W pierwszej piwnicy porobiono z obydwu stron sąsieki, a w nich leżały kartofle, którym o tej porze rosły już białe kły, długie na łokieć. W drugiej był dostęp do okieneczka i Marynka najpierw tam podeszła. Za żelaznymi prętami widać było, jak wyrastają z ziemi krzaki bzu i wielkie kasztany. Tuż za okienkiem z tamtej strony rozpościerał się parzący upał, a tuż za nim z tej strony był ciężki chłód. Marynka oparła się czołem na prętach, prześpiewała za okno:

Moja dziewulu, naucz się robić,

bo cie nie pojmie żaden królewicz…

i zaczęła wołać — tu-tu-tu — do psów, które miały budę opodal. Psy szarpnęły się i zahałasowały, a ona wtedy dopiero ze śmiechem poszła chlastać tłuczkiem w śmietanę. Przez wierzchenek kierzanki czuć było zapach tłusty, a zarazem kwaśny i słychać było gęste chlupotanie.

Marynka stawała to od tej strony, to od tamtej, żeby się masło chciało lepiej robić, i śpiewała:

Rośnie ziele, rośnie, na oknie w donicy…

Niektóre zwrotki przerywała nieznacznie i nasłuchiwała, jak jeszcze przez nieco czasu głos w zimnej ścianie dzwoni.

Masło się zrobiło prędzej niż zawsze. Jeszcze było dość czasu do obiadu i posłali Marynkę pleć do ogrodu. Tańcowała po drodze między malwami, aż urwała z nich najpiękniejszą sobie we włosy — co napędziło jej na usta chełpliwą śpiewkę:

Jaka taka pękata,

a jo sobie nie taka…

i z oznajmieniem tym przykucnęła na grządce.

Pleć też bardzo lubiła. Położyła się bokiem w bruździe, między zagonkiem a zagonkiem i wyskubywała z ciepłych grudek dzikie ziele i niepotrzebne chwasty. Trzeba było mocno uważać, ażeby nie załapać pietruszki albo selera. Do tego najprzydatniej było śpiewać co płaczliwe. Śpiewała więc kolejno: — Wszystko się pole zazieleniało… i — Moja miło matuleńko, dodejcie mi rady…

Wtem po słowach — Ojej, ojej, dodejcie mi rady — załapała garścią najpiękniejsze selery. Wytaszczywszy je z ziemi razem z kępą lebiody — aż zachrupało — rzuciła wszystko w bruzdę i krzyknęła:

— Już jo ci zrobie, jo ci zrobie! Żeby tak jem co takie spsocić tem cyganom!

Przez chwilę pełła w milczeniu i myślała, z którą dziewczyną się naradzi, jak bandosom dokuczyć, zwłaszcza jednemu, co śmiał o jej nogach tak powiedzieć. Paniczowi, który tu był tamtego roku w gościnie i umizgał się do nich, nakładły w siennik sękatego drzewa — ale to była rzecz inna.

Usiadła oparta brodą o kolana, chytrząc po cichu, a lebiody, rdesty i ognichy więdły tymczasem na bruździe i więdnąc cierpko pachniały.

Ledwo zdążyła się znów zabrać do pielenia, zadzwonili na południowy dój, a zaraz po doju, nim zdążyła pomówić z dziewczynami, losy się inaczej z nią sprzymierzały.

Nakryła była do stołu i wyszła na werandę wołać dzieci na obiad. Wtedy zobaczyła, że kury znów są w klombie. Nagrzebały się już widać co niemiara, a teraz siadły i pozasypiały na samym środku, w ciepłym dołku między najpiękniejszymi floksami, naokoło koguta całego w rudych, granatowych i zielonych piórach.

Marynka skoczyła z krzykiem: — Kury ha! — i — weź je ha!

Kury zbudziły się, lecz nie rozumiały, na co ten hałas. Przypodnosiły się niepewnie i zasiadały znowu, mierząc wystraszonym okiem w koguta, który wydawał pytające okrzyki. Na koniec, kiedy psy zatętniły dokoła — kury pozrywały się i od razu popadły w szaleństwo. Wyskoczyły z dołka i popędziły na oślep, chrypiąc, piejąc i gdacząc.

Zbłąkawszy się w popłochu, tym wścieklej zawrzeszczały, aż wreszcie trafiły na właściwe zarośla i nurknęły w stronę kurników.

Furtka na kurze podwórko była zamknięta. Śmielsze kury z rozdzierającym okrzykiem dźwignęły się i robiąc nad siły skrzydłami przefrunęły płot. Drugie rzuciły się w bok.

Na boku tym, pod szczytową ścianą oficyny, w chłodzie pod bzem bandosy jedli obiad. Łyżki dzwoniły cienko w gliniane misy, w których pachniały kwaszona kapusta z kartoflami oraz maślanka.

Bandosy siedzieli przy stole w koszulach szarych od potu i otwartych na ciemno spalonej piersi.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.