drukowana A5
19.9
Cyd

Bezpłatny fragment - Cyd


Objętość:
86 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0138-7

OSOBY

Don Fernand, pierwszy król Kastylii

Infantka, jego córka

Don Gomez, hrabia Gormas

Szimena, jego córka

Don Diego

Don Rodrygo, jego syn

Eleonora, towarzyszka infantki

Elwira, towarzyszka Szimeny

Don Sanszo

Don Arias

Don Alonzo

Paź

Rzecz dzieje się w Sewilli.

AKT I

SCENA 1

SZIMENA, ELWIRA.

SZIMENA

Więc mówił?

ELWIRA

      Że się cieszy,

że wybór twój pochwala,

że na śluby z Rodrygiem

zezwala.

SZIMENA

      Więc zezwala?

ELWIRA

Mówił to, że w Don Sanszu

godnego ma rywala;

ale Rodryga więcej

poważa i szanuje.

SZIMENA

Tak tedy skłonność serca

mojego odgaduje.

ELWIRA

Co prawda, nie mówiłam,

że serce twe się skłania

więcej ku Rodrygowi.

Rzecz całą przedstawiłam,

jako niepewną jeszcze:

Że obydwaj młodzieńce

równo godni kochania.

To ucieszyło hrabię

i sam w pospiesznej mowie

wychwalał ród Rodryga;

Diega liczne zasługi,

ich przodków szereg długi.

Mówił, że go zniewala:

ród, zasługi, przodkowie.

,,W pierszym rzędzie ich kładę”,

rzekł, „Kraj przez nich się dźwiga”.

Lecz spieszył się na Radę,

gdzie król i senat radzą,

komu na wychowanie

powierzą królewicza.

Don Gomez pewny prawie,

że jemu to oddadzą, —

spodziewa się zaszczytu, —

nie spodziewa rywala.

Czyli się nie przelicza?

Król widząc go łaskawie

wśród rycerzy u szczytu

w wojewódzkiej opończy,

rad by pewno, by gonił

za surm wojennych dźwiękiem.

Królewicz, gdy nieletni,

ojciec go będzie chronił

przed broni ostrym szczękiem.

Zaś gdy się Rada skończy,

Rodrygo ojca skłonił,aby o twoją rękę

natychmiast hrabię prosił.

Czas więc już bardzo krótki

od przyszłości nas dzieli,

by szczęście twoje głosił, — —

w weselnym dźwięku fletni

zakończył twoje smutki.

Jeszcze się boisz o swego Rodryga?

SZIMENA

Bo wielkie szczęście los zazdrosny ściga.

Gdy człowiek naprzód dolą swą się cieszy,

już tajemnicze, niezgadnione moce

cios dlań gotują, co szczęście zdruzgoce.

Odchodzą.

SCENA 2

INFANTKA, ELEONORA.

INFANTKA

Nareszcie dzieło moje

już będzie ukończone,

gdy Don Rodrygo pojmie

Szimenę pięknolicą.

Tak więc miłosne prawo

wiąże orła z orlicą.

Szczęście im się zaśmiało.

Czyli Los da rękojmię?

Don Gomez już się skłania

oddać mu ją za żonę.

Teraz, Eleonoro,

powinna bym się cieszyć,

że mi się tak udało

złączyć dwa wielkie rody,

żem pięknego młodzieńca

obdarzyła dziewicą,

najpierwszą z mego dworu.

Miłość ta nie od razu

zajęła się płomieniem

takim, jak dzisiaj płonie.

Jednak, mimo oporu,

Rodryga wnet przykłonię,

Dziś serca im goreją

jednem ino pragnieniem.

Lecz, czyli mam się przyznać,

że równocześnie ze mną

(Ach! to cię będzie śmieszyć)

dziwne rzeczy się dzieją.

Twoje oczy się śmieją?

Ty może odgadujesz?

Zgadujesz?

ELEONORA

      Nic trudnego.

Pewno ci się podoba

swatany rycerz młody

i żal ci swatanego?

INFANTKA

Daj rękę do mej dłoni,

przytul ją tu do serca,

czy serce moje czujesz

jak bije, silnie bije!

To może władztwo czyje?

To może tyle znaczy:

że książęce serduszko

kogoś uznawać raczy

panem, — że pokochało? —

ELEONORA

Ach, dziwię się niemało;

przelotne jakieś drżenie.

INFANTKA

O miłości! Srogi tyranie!

Amorze, wszechwładne bóstwo.

Jakżebym była wdzięczna tobie,

gdybyś, wejrzawszy w me ubóstwo,

dał wielką miłość i kochanie.

Po stopniach tronu droga do mnie.

Przybywaj, przybądź w snach wyśniony:

wiary dochowam ci niezłomnie,

Amorze, bóstwo niezbyte!Dozwól dojść do się, upragniony,

choćby przez poświęcenie.

Krzesaj w serdeczny blask pożaru,

co w głębi serca skryte.

Przybywaj, przybądź w łunach czaru;

rwij kwiaty nierozwite.

ELEONORA

O kim, księżniczko, mówisz?

Za kim wyciągasz ręce?

Czyli Amora boga

wołasz w serdecznej męce?

INFANTKA

Boga, samego boga

Amora ze skrzydłami!

ELEONORA

Ależ, księżniczko droga,

twój bożek lata górnie,

wysoko ponad nami.

INFANTKA

On mój, mój, ten skrzydlaty,

co wzniesion ponad światy,

grot złoty ciska w ludzi

i dusze śpiące budzi.

Nie Rodryga mam w myśli.

Chcesz mi to wypominać?

Nie przed lada miłostką

księżniczce czoło zginać.

Miłość marna, młodzieńcza

nie wabi mnie, ni nęci.

Córka Gomeza hrabi

niech cieszy się Rodrygiem.

Dla siebie chcę rycerza,

co laurem hełm uwieńcza,

jak owi z nieba święci:

Jerzy, jak Anioł Michał,

co zabija Demona!

Takiemu dusza tęskna

pragnie być poślubiona. —

Oddalają się.

SCENA 3

DON GOMEZ, DON DIEGO.

DON GOMEZ

Więc zyskujesz pierwszeństwo; zaś powolność króla

stawia cię na wyżynie równej prawie ze mną.

Ty masz być pedagogiem księcia.

DON DIEGO

      Odznaczenie,

jakie ród mój spotkało, — wykazuje jawno,

że monarcha dług spłacił, zaciągnięty dawno, —

że zasług dawnych pomny...

DON GOMEZ

      Dzisiejsze pomija.

I królowie się mylić mogą, — często mylą;

jako że to jest ludzkie. I właśnie ten wybór

wszem w obecności całego dworactwa

dowiódł najlepiej...

DON DIEGO

      Więc mówić co nie ma,

skoro cię to tak mocno dotknęło. — Być może,

że powolność zdziałała, co zasługa może.

Lecz władza pozostaje władzą; jest jedyna.

Skoro król mnie powierzył wychowanie syna,

trudno wnikać w powody, przyczyny, pobudki.

Król chce, — więc jego wola wszystkiem; wywód krótki.

Rad bym ja o czem innem pomówić tej chwili:

ot złączmy dwie rodziny w węzeł nierozłączny.

Wszakże oba te rody to ojczyzny duma.

Ty masz jedyną córkę, ja jednego syna;

ich małżeństwo dwa domy w przyjaźni pokuma.

Przestań się żalić na mnie, że mam uczyć księcia;

bądź łaskawy i syna bierz na twego zięcia.

DON GOMEZ

Niechaj wyższych zaszczytów ten piękny syn szuka;

zwłaszcza, gdyś nowej sławy przysporzył do dawnej.

Więc niech was wzdyma próżność tej komedii jawnej,

jeżeli was to bawi. — Ucz, — pouczaj księcia:

jak ma rządzić poddanym krajem, jak panować,

jak ma nagradzać dobrych, a złych jak strofować.

Lecz przede wszystkiem ucz go sam wojennej sztuki

i przykład, — przykład, mówię, — przydaj dla nauki:

Jak to bezsenne noce spędzać ma na koniu,

cały we stal zakuty; — jak brać wstępnym bojem

mury miast; — całą ufność mieć w ramieniu swojem.

Przykładem ucz, — a pewno będzie doskonały,

gdy na jego usługi kunszt twój oddasz cały.

DON DIEGO

Dzieje mojego życia pouczą przykładu.

Czytać je będzie książę, — na przekór zazdrości.

Z długiego ciągu czynów nauczy się ładu,

nauczy się porządku — —

DON GOMEZ

      Z czytania? — Nie sądzę.

Dzień jeden żywych trudów wart więcej niż księga.

Dzień jeden mego życia więcej niż ciąg długi

lat twoich; — dzień mój jeden więcej niż zasługi

twoje, czy czyjekolwiek. — Jeśli byłeś niegdy

pierwszy czujny, — to jestem czujny dziś i jestem pierwszy

i ramię to podporą państwa jest, — państwa ostoją.

Grenada i Aragon drży, — bo mnie się boją.

Ochroną jestem Kastylii, — beze mnie

wnet by kto inny rządził tu, inny królował.

Więc jest słuszna, bym księcia uczył i wychował.

DON DIEGO

Znam cię aż nadto dobrze i sam wiem najlepiej,

żeś jest królowi wierny w służbie i oddaniu.

Widziałem, jak walczyłeś przy mnie na zaraniu

twej sławy, — pod rozkazem moim i pod wodzą.

Rad cię widzę w tej samej mojej własnej roli. —

Gdy zaś zbyteczne zwady sprawie dobrej szkodzą

i trudno, by sprzeciwiać się królewskiej woli; —

tym byłem swego czasu, kim jesteś w twej dumie;

sam uznasz, że król obu nas rozróżnić umie.

DON GOMEZ

Co się mnie należało, dostało się tobie.

DON DIEGO

Kto rzecz wziął ponad ciebie, snać lepiej zasłużył.

DON GOMEZ

Kto jest w dziele sprawniejszy, ten godniejszy bywa.

DON DIEGO

Gdy kto odejdzie z kwitkiem, — znak to nieomylny.

DON GOMEZ

Łasiłeś się, pochlebco, — danoć, czegoś żądał.

DON DIEGO

Sława mych niegdy czynów była po mej stronie.

DON GOMEZ

Powiedzmy: — król starości twej robi honory.

DON DIEGO

Gdy król działa, — to męstwo nad wszystko jest miarą.

DON GOMEZ

Tą więc miarą nie tobie, a mnie rzecz sądzona.

DON DIEGO

Kto czego nie otrzymał, — widocznie wart nie był.

DON GOMEZ

Nie był wart!? — Ja?! —

DON DIEGO

      Z pewnością.

DON GOMEZ

      Za bezczelność twoję

weź nagrodę, —

Uderza go.

DON DIEGO

      Do broni! Rozpraw się z żywotem!

Wstyd w rodzie niesłychany!

Dobywa szpady.

      Złóż się!

DON GOMEZ

z dobytą szpadą

      Ty chcesz czego?

Czegóż ty chcesz dokonać tem słabem ramieniem?

Składają się.

DON DIEGO

któremu szpada wypadła z dłoni

O Boże, — siły uszły; — słaba dłoń, — znużona...

DON GOMEZ

Broń twą zabiorę. — Nie. — Zbyt byłbyś dumny,

próżność sycący twoją na moich trofeach.

Zabierz ją. — Teraz księcia krwi możesz pouczać.

A zacznij twą naukę od powieści życia;

życie opowiedz twoje — i wspomnij niebawem:

jakoś wpadł ze mną w zwadę, rej chcąc wodzić jadem

języka w pustych bredniach; — czemu ja kres kładę,

zrumieniwszy policzkiem lica nazbyt blade.

SCENA 4

DON DIEGO

sam

O starości okrutna, — bezwstydna niemocy!

Czyliż żyłem lat tyle, bym w hańbie dni konał?

Wojny nade mną przeszły, — ostała siwizna

na mych trudów oznakę; laur dała ojczyzna, —

a laur, dzisiaj zdeptany nogą przeciwnika,

wszystką cześć mego domu w grób nędzy zamyka. —

Ojczyzno, ocalona tylekroć tą ręką,

czyliś ty dziś nie ze mną w litości nad męką,

męką twego żołnierza, męką twego syna?

Ojczyzno, tobie jeno służyłem, jedyna.

Dla cię straciłem siły i przez cię jedynie, —

jakoż dziś mnie odrzucisz, — dziś, w bolu godzinie?

Podnosi porzuconą szpadę.

Niechaj miecz, który niegdyś walczył w twej obronie,

przejdzie w inne, mocniejsze, — szlachetniejsze dłonie.

SCENA 5

DON DIEGO, DON RODRYGO.

DON DIEGO

Rodrygo, — jestżeś mężem?!

DON RODRYGO

      Każdemu dowiodę,

żem godzien twego miecza.

DON DIEGO

      Ty siły masz młode!

Lecz czyliś siebie pewny, — czyliś pewny siebie?!

DON RODRYGO

Na ten miecz, jestem syn twój; jako Bóg na niebie,

ciebie godny.

DON DIEGO

      O jakąż cieszę się radością,

gdy cię widzę ku ojcu tchnącego miłością;

bo tę twoją żarliwość dziś stawię na próbę,

dziś, gdy wszystko się sprzęgło na wstyd, na mą zgubę.

DON RODRYGO

Co mówisz, ojcze?!

DON DIEGO

      Mnie starości brzemię

zgięło. — Dziś mnie złamano, — oplwano, opluto,

cześć moją mi wydarto, — pokalano w brudzie

ohydnych słów.

DON RODRYGO

      I któż by śmiał potworny?!

DON DIEGO

      Ludzie!

Na ojca twego podniesiono rękę!

Musisz mię pomścić, pomścić: — policzek mi dano.

O nieszczęsna starości! — Byłbym go tym mieczem...

Lecz ramię mnie zawiodło, — ręka cios zmyliła.

Boże, toż samo ramię, — to, którego siła

lat tyle na ojczyzny służbie — — Leć, zabijaj!

Żeleźce to oddaję z nieudolnej ręki;

bierz je. Zabijaj, leć, — lub nie powracaj.

Wróg to możny, — wróg wielki, — zaszczyt ci przyniesie:

wziął chrzest na polu walki i nieraz był w pyle,

zbryzgany krwią. — Co więcej — i to tknie twej duszy;

to nieszczęście wrogowi znacznej przyda ceny:

Ten jest...

DON RODRYGO

      Któż jest, — przez litość!

DON DIEGO

      To ojciec Szimeny.

DON RODRYGO

To...

DON DIEGO

      Nic nie odpowiadaj. — Znam twoje kochanie.

Lecz cóż po życiu w hańbie i po dniach sromoty?

Ile droższy dla serca, tem cięższa obraza.

Tu zemstę trza wymierzyć, chociaż serce boli.

Na koniec: znasz mą hańbę, w zemście czerp ochoty.

Tej hańby dla nas obu starczy do sytości.

Słowa nie rzeknę nad to: mścij się, mścij się synu!

I jeżeliś mnie godny, — czekam od cię czynu!

Leć, biegnij, bież co prędzej, — mścij się, mścij się doli.

Odchodzi.

SCENA 6

DON RODRYGO

sam

1. Krew ścięła się od grozy:

Cios niespodziewany,

tak pewną ręką zadany.

Mnież to pomsta przypada?

W rozterce tej mój honor pada,

jeślibym śmiał za sercem biec...

Zmartwiałem, — duch poddany

pod cios, co srogie niesie rany.

Mnież pod ciężarem lęku lec?

O Boże! Czyliż mogłem wierzyć?!

Gdy się ze Szczęściem chciałem zmierzyć,

gdy tchną płomieniem piersi, lica,

ojciec Szimeny lży rodzica!

2. W rozterce pierś faluje:

Zda się, że miłość honor zgina.

Mścić ojca muszę. — Ją utracić?

Czemże me serce mam bogacić;

czyli uczuciem, czyli dumą?

Jedyna rozpacz dziś mnie kumą:

Bo albo będę żył bez cześci,

albo mię czeka los boleści.

O Boże! Czyliż mogłem wierzyć? —

gdy się ze Szczęściem chciałem zmierzyć,

gdy tchną płomieniem piersi, lica,

ojciec Szimeny lży rodzica!

3. Ojcze, — kochanko, — honor, — serce moje.

Miecz w ręce moje dano.

Czyliż na to, by zamkły się Szczęścia podwoje;

by radość moją żywotną grzebano?

Jakoż nie spełnić rozkazu rodzica,

gdy dumą pierś faluje?

Czemuż miłosnem drżeniem palą lica,

gdy zaszczyt miłość truje?

Budzi się pomsty myśl-orlica, — —

Szimeny ojciec lży rodzica!

4. Po śmierć, po śmierć, ach, biec po czyn!

Obojgu jestem winny cześć:

Jak mściciel — zebrać klątew plon;

bezczynny — w hańbie żywot wieść.

Jakoż niewiernym być dla miłej,

jakoż niewiernym ojcu memu?

Daremno silę moje siły,

by jarzmu zdoleć straszliwemu.

Wszystko zwiększa mą winę;

gdy raz znam już przyczynę

i gdy raz znam tę zwadę,

na szalę wszystko kładę!

O Boże! Czyliż mogłem wierzyć:

gdy się ze Szczęściem chciałem zmierzyć,

gdy tchną płomieniem piersi, lica,

ojciec Szimeny lży rodzica!

5. Mnież to umierać, — skoro myśl się błąka

i rozum, niezdolen rady,

memi usty młodzieńca żałość moję jąka,

wylękły przed czynem zdrady.

Ojczyzna mnie się wyprze, żem nie umiał

honoru domu bronić;

że gdy przystało, bym jak wicher szumiał,

łzym jeno umiał ronić.

Gdy ją na wieki mam utracić,

niechaj ojczyzna mi zostanie.

Gdy miłość nie chce mnie bogacić,

niech miłość kraju starczy za nię.

O Boże! Czyliż mogłem wierzyć;

gdy się ze Szczęściem chciałem zmierzyć,

gdy tchną płomieniem piersi, lica, — —

ojciec Szimeny lży rodzica!

6. Wyzwolon umysł, myśl już wolna;

wprzód byłem pod obuchem.

Ręka do pomsty, czynu zdolna;

urosłem chwilą jedną duchem. —

Czy zginę w walce, czyli z żalu,

krew moja będzie czysta.

Ojczyzna pozna krew w koralu,

gdy zemsta rwie ognista. —

O, chyżej, prędzej! — Pomsto, bywaj!

Oskarżam się o zwłokę.

Już dawno winien byłem walczyć,

cóż hańbę jeszcze wlokę?! —

O Boże! Czyliż mogłem wierzyć?

Gdy się ze Szczęściem chciałem zmierzyć,

gdy tchną płomieniem piersi, lica,

Szimeny ojciec lży rodzica!

AKT II

SCENA 1

DON GOMEZ, DON ARIAS.

DON GOMEZ

Wyznaję, przyznać muszę,

żem uniósł się nad miarę.

Gdy obelżywą mową

marne mi rzucił słowo,

spłaciłem dług z powrotem.

Rzecz, skoro już się stała,

nie mówmy więcej o tem.

DON ARIAS

Przychodzę z woli króla,

w imieniu króla mówię.

Król zajął się tą sprawą

i wielce rozgniewany,

wyrzekł o tobie, hrabio,

że mimo twą powagę,

zasługi i znaczenie, —

choć on sam trud twój wielbi, —

znać musisz jego prawo.

DON GOMEZ

Niech król sam, jako zechce,

mem życiem rozporządzi

Samowola go łechce,

Biada, jeśli pobłądzi.

DON ARIAS

„Jaką wymierzę karę,

przyjąć ją będzie trzeba.

Chcę, aby był posłuszny

królewskiej mojej woli.

Chcę! — Posłuszeństwa żądam.”

DON GOMEZ

W myśli jego nie wglądam.

Jestli tak małoduszny?

Ślepego posłuszeństwa

niech król nie szuka u mnie.

DON ARIAS

Mówicie, hrabio, dumnie,

ostrą i twardą mową. —

Czy to ostatnie słowo?

DON GOMEZ

Nie gnę przed nikim czoła. —

Jak sąd królewski padnie;

Don Fernand, jeśli zdoła,

niech po mą głowę sięgnie.

Obaczym, czy nie pęknie

strop na tronowej sali:

czyli wraz ze mną państwo

w ruinę się nie zwali,

nad mym grobem płaczące nie klęknie?

Czyli w domowej wojnie,

gdy wstanę przed nim zbrojnie,

to hydra się nie zlęgnie,

co stu szczękami kąsa.

Przed grozy tej obliczem

król, co się na mnie dąsa,

co chce mnie zgnieść swem prawem:

król się okaże — niczem. —

DON ARIAS

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.