drukowana A5
24.3
Cudna mieszczka

Bezpłatny fragment - Cudna mieszczka


Objętość:
126 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0238-4

I. Serenada

— Tędy, Fabio! Tędy, Luka!

Corpo di Bacco! O małom nie runął przez jakieś ciałoparszywe, co w poprzek drogi leżało!

— Pies pewnie...

— Pewniej Żyd.

— Kolnij nożem — przekonasz się. Jeśli pies — zawyje;jeśli dusza niechrzczona — zakwiczy...

— Ciszej, kamraci. Ty, Luka, brzuch wciągnij, a ty, Fabio,trzymaj się murów i nie schodź na środek. Księżyc zdradzićnas może.

— Rzuciłbyś do biesa tę komedię, przyjacielu Giano! To nieWenecja!

— Więc cóż! Piękne niewiasty są wszędzie, a nad Wisłąwięcej ich niż nad lagunami.

— Mówisz jak półgłówek. Dodaj, że Warszawa od Wenecjipiękniejsza, a będę cię miał za skończonego wariata.

— Nie kłóćcie się. Otośmy na rozstaju. Niech Giano gadateraz: w prawo czy w lewo?

Zamilkli i w miejscu stanęli. Byli u wylotu ulicy Baryczkowskiej wprost targu rybnego. Przed nimi leżał placykkwadratowy, przez pół biały od księżyca, przez pół czarny odmroku. Z dwóch stron placyku stały kamienice; w głębi ciągnął się mur wysoki, zębaty, w równych odstępach basztamipółokrągłymi najeżony.

Z trzech ludzi, rozmawiających po włosku, wysunął się najwyższy, któremu było na imię Giano. Wysunął się i jął niespokojnie patrzeć dokoła.

Zawinięty był w płaszczyk lekki, spod którego wyglądałynogi w femurałach barwistych. Na głowie miał berecik z piórem czerwonym. Spod berecika wymykały się długie, czarne,na szyję spadające włosy.

Towarzysze byli również z włoska, choć mniej strojnieubrani. Jeden gruby, beczkowaty, wyglądał jak tocząca siękula. Drugi zdawał się suchotnikiem.

Giano spojrzał bystro w jedną i w drugą stronę, i cofnął sięz pośpiechem pod wystający okap muru.

— Hę? — spytali tamci.

— Baczność — szepnął — ktoś nadchodzi.

Dunajem toczyło się dwóch kumów pod dobrą datą. Szewcypewnie albo cieśle — w szarych kubrakach obydwa, z czapkami przekrzywionymi. Jeden patrzył w księżyc i podśpiewywał, niezbyt głośno zresztą:

Szarszan zardzewiałyZ poszew opadały,

Kijec granowity,

Harkabuz nabity...

Drugi patrzył w ziemię i pluł na prawo i na lewo.

Gdy byli już blisko, weselszy z dwóch zaśpiewał głośniej:

Mazurowie naszyPo jaglanej kaszy

Jak sobie podpiją,

Wnet chłopa zabiją...

   Hu — ha!

Stanął i w miejscu się okręcił.

Nagle wzrok jego padł na trójkę stojącą pod murem. Zajęłago bardzo. Przyglądał się jej pilnie, oczy mrużąc i uśmiechając się; potem palec wysunął przed siebie i usta otworzył.

— Włoskie małpy! — krzyknął w głos i śmiechem wybuchnął głupim.

Ale drugi w tejże chwili dał mu w bok kułaka.

— Królewscy! — rzekł mu do samego ucha.

Uspokoiło go to od razu. W jednej chwili spoważniał, przygarbił się, zmalał. Czapkę z głowy ściągnął i mówił:

Laudetur.

In saecula... — odrzekli Włosi.

— Ja... — bąkał onieśmielony, kłaniając się, z odkrytąwciąż głową — ja panów Włochów od serca miłuję... PanówSzwedów takoż... I panowie Niemcy moi bracia... Powiedziano: miłuj bliźniego swego...

Towarzysz pociągnął go za rękaw, przerywając orację.Opierał się trochę, w końcu ustąpił. Odchodząc, jeszcze razskłonił się pokornie.

— Wydostań brzuch, Luka! — zawołał Giano wesoło. —Niebezpieczeństwo minęło.

Grubas wysunął się spoza skarpy, do której przylepiony byłjak nietoperz.

— Oj, Giano! Giano! — mówił płaczliwie — szukasz ty guzawłasnowolnie.

— Na swoją głowę i na naszą! — dodał płaczliwiej jeszczeFabio.

— Tchórze! — wykrzyknął Giano. — Zlękli się dwóch szewców pijanych.

— Ba! Mogła to być szlachta!...

— Albo pancerni!...

— Giano, pieszczoto wenecjanek! Przyjaciel tobie mówi:wróć się!...

— Giano, słowiku z Lido! Kamrat ciebie ostrzega: wróćsię!...

Smukły Włoch głowę uniósł — oczy mu zapłonęły...

— Nigdy! — rzekł z mocą. — Ach! Wy nie wiecie, jaka onapiękna. Róża przy niej jest pokrzywą, brylant krzemieniem,słońce świeczką łojową...

— Pi, pi, pi!... — zadziwił się Fabio.

— Kiedym ją po raz pierwszy ujrzał... takt w śpiewie zgubiłem. Zdawało mi się, że to z ołtarza anioł zestąpił i siadłw ławce z książką do modlitwy. Od tego dnia nie sypiam.Kiedy wy wszyscy, winem nalani, w najlepsze chrapiecie,otwieram okno, na księżyc patrzę i wołam z głębi serca: „Barbaro! Barbaro!”.

— Ona nie dla ciebie... — mruknął Luca.

Giano rzucił się, jakby go sztyletem pchnięto. Oczy mudziko błysnęły; usta wykrzywił kurcz; pod czarnym wąsemzabieliły się wyszczerzone zęby.

— Jeśli nie dla mnie — syknął — to i dla nikogo!

Towarzysze spojrzeli po sobie. Oczy ich mówiły: „Już z nimnikt nie poradzi...”.

— Idźmy! — odezwał się z rezygnacją grubas.

— Idźmy! — powtórzył jak echo suchotnik.

Giano uspokoił się, ale mu bladość na twarzy została. Skinąłna kamratów i poprowadził ich przez plac, po stronie cienia.Potykali się o wielkie, płaskie kadzie, poślizgiwali na wilgotnych i szlamem pokrytych kamieniach. Woń ryb zepsutychuderzała ich powonienie. Nad głową słyszeli łoskot suchych,poruszanych wiatrem sztokfiszów, które wywieszono na znakponad kramami.

Minąwszy targ rybny, skręcili w prawo. Giano prowadziłich teraz wąskim przejściem wzdłuż muru. Pełno tu było gruzów; rosły też osty i inne zielska. Niebawem ujrzeli przed sobą potężny czworobok Bramy Nowomiejskiej. Osadzonymnóstwem przystawek, daszków, wykuszów, wieżyczek małych i okratowanych okienek, wyglądał jak maczuga krzemieniami nabijana.

— Kto idzie?! — krzyknął pachołek trzymający strażw bramie i halabardą brzęknął o kamienie.

Ale zaraz, poznawszy „królewskich”, uspokoił się i w głąbcofnął. Na ławie kamiennej stał tam dzban niepróżny, a przynim kilku wojaków w kości grało...

— Przeklęte Włoszyska! — mruknął spluwając. — Zawdyto ma po nocy robotę!

— Wiadomo! — odezwał się kompan od dzbana. — Włochi kot — czeladź czartowska!

Inni przeżegnali się z trwogą.

Giano z towarzyszami weszli na Krzywe Koło. Posuwalisię z ostrożnością wielką, bo ulica była widna i cień wąziuchny tylko paskiem ciągnął się wzdłuż kamienic. Co kilkadziesiąt kroków wymijać musieli kupy śmieci i nawozu. Środkiemulicy, głucho pluszcząc, płynął ściek i na brudnej fali pozłotęniósł księżycową.

— O Wirgili! — szepnął Fabio ze smutnym uśmiechem, pokazując widok ten przyjacielowi.

A Luka przeniósł oczy ze ścieku na towarzysza i zauważył:

— Jest strumień i pasterz jest piękny z fletnią. Niech wyjdzie Amaryllis, a będzie ekloga...

Giano milczał — smutny i jakby martwy. Dopiero gdy stanęli u wejścia na Rynek, ożywił się. Wskazał kamienicę narożną, wąską a wysoką, i rzekł głosem drżącym:

— To tutaj...

Rynek w oświetleniu pełni księżycowej wyglądał fantastycznie. Jaskrawe światła i cienie grube kłóciły się co krokze sobą. Stojący na środku Ratusz rzucał kolumnę mroku takwielką, że aż sięgała jasnych frontów kamienic. I były kamienice te podobne duchom czyśćcowym, które stopami wrosływ otchłań, ale na czołach mają już zorzy niebiańskiej jutrzenkę.

Tu i owdzie znać jeszcze było ślady strasznego pożarusprzed lat pięciu. Na ogół jednak domy były piękne i strojne.W świetle księżyca pławiły się liczne figury kamienne, białei barwione, stojące na gzymsach, wychylające się z wnęki zdobiące narożniki. Na belwederkach, obyczajem włoskim,stały kwiaty. Wiele kamienic miało fronty malowane w różnekolory; na niektórych połyskiwało złocenie. Gdzieniegdzie,mimo noc jasną, paliła się lampka przed wmurowanymw ścianę obrazem.

Nad wszystkim górowała smukła wieżyca Ratusza — nibymaszt kamiennego korabia, który senna cisza fal na miejscuosadziła.

Spało miasto; spali ludzie. Nie świeciło się ani w jednymoknie. Cisza była taka, że można było słyszeć skrzypienie blaszanej syreny, wykręcającej się na szczycie Ratusza, orazmiarowe stąpanie surmacza, który chodził w kółko po galeryjce wieżowej, wypatrując ogień i otrębując godziny.

Trójka Włochów wcisnęła się w wąski, spadzisty przesmyk,wiodący ku Białej Wieży. Dzikie to było miejsce i szpetne.Mrok gęsty zalewał je niby dno wąwozu. Postacie jakieś, nadejściem obcych spłoszone, poruszyły się i chyłkiem jęły uciekać. Nie wiadomo: zwierzęta czy ludzie...

Giano znał dobrze miejscowość. Postąpił śmiało kroków kilkanaście. Potem stanął, odwrócił się i w górę spojrzał.

Uśmiech przemknął mu po twarzy. Chwycił Fabia za rękęi rzekł:

— Patrz...

Wznosiła się przed nimi ściana wysoka, pełna okien i ganków, i od ziemi do szczytu blaskiem księżycowym zalana. Byłto tył kamienicy narożnej. Na wysokości drugiego piętraznajdował się tam belweder ku Wiśle obrócony. Na belwederku stały wielkie donice z kwiatami; stało też kilka stołków niskich, skórą pokrytych. Przez szklane drzwi, wychodzące naten taras maleńki, widać było światło.

— Nie śpi... — szepnął Giano ze wzruszeniem rozkosznym.Rękę jedną na sercu położył; palcami drugiej pocałunekw stronę okna oświetlonego posłał.

Ave — zawołał głosem miłości pełnym.

Zaraz potem towarzyszom miejsca jął wyznaczać. Fabiaustawił po jednej stronie zaułka, Lucę po drugiej. Sam stanąłpośrodku, nieco naprzód się wysunąwszy.

Na dany znak wszyscy trzej odrzucili płaszcze.

Grubas dzierżył lutnię o długiej szyi, która mu aż ponadramię wystawała. Cienkosz do ust podnosił fletnię wysmukłą.Giano trzymał w ręku niedużą mandolinę, na wstędze różowej przez ramię przewieszoną.

Przez chwilę stali w miejscach, nie poruszając się. Potemod razu w instrumenta swe uderzyli.

Słodka przegrywka przez powietrze błękitne ku gwiazdomuleciała. Miękki głos fletu z pieszczonymi dźwiękami lutnii z perłowym strun mandolinowych szmerem złożyły się najedno przeciągłe, lękliwe westchnienie, które mówiło: „Kocham — och! — kocham...”.

W górze drzwi brzękły. Dwie postacie niewieście wyszłynieśmiało na belwederek i wśród kwiatów przysiadły. W księżycowej jasności na chwilę tylko błysnęły, gdyż zazdrosnagąszcz liści zaraz je zakryła.

Wówczas Giano zaczął śpiewać. Głos miał tenorowy, aksamitny — jeden z tych głosów, które na kobiety jak narkotykdziałają. Ciche akordy mandoliny biegły za pieśnią jego nibyrój pszczół o złotych skrzydełkach.

Giano śpiewał:

Chi puo mirarviE non lodarvi,Fonti del mio martiro:Begli occhi chiari,A me più cariChe gli occhi ond'io vi miro!

Księżyc oświetlał go z boku, podnosząc świetność stroju,uwydatniając postać smukłą, gibką, wężową. Był piękny.Noc, pieśń, samotność otaczały go urokiem. Budził miłośći uosabiał ją.

Księżyc błyszczał coraz ogniściej, śpiew wzbierał corazwiększą namiętnością, kwiaty na belwederku coraz silniejdrżały.

Nagle...

II. Ostatnia kropla

— A ja ci rzekę: pij!

— A ja ci rzekę: w spokoju mię zostaw!

— Frasunek w kielichu utopisz...

— Oliwa na wierzch wypłynie...

— Wolisz truć się?

— Wolę...

— Mości Hałła-Drałła! Sam tu!

Spoza wielkiej beczki wylazł człowiek zaspany. Oczy przetarł, przeciągnął się, zapytanie niewyraźne mruknął. Wyglądał dziwacznie i zagadkowo. Miał na sobie kaftan zielony,stary i zaplamiony, ze śladami złocistego wyszywania. Głowęowiązywał szmatą brudną, podobną razem do zawoju, do fezai do zwykłej babskiej chustki.

Był to imć pan Agła-Abłanowicz zowiący siebie Ormianinem, właściciel lochu z winami pod Ratuszem. Na jego śniadej twarzy o wielkim, do dzioba kruczego podobnym nosiei o czarnych podłużnych oczach malowało się wyraźniewschodnie pochodzenie. Malowało się też i chytrości niemało.

— Tokaju? — zapytał wyciągając rękę po dzban, międzydwoma biesiadnikami stojący.

— Waścin tokaj z morawskiej lury fabrykowany! — rzekłdrwiąco starszy z dwóch.

Zuchem on się zdawał, na ławie buńczucznie się rozpierałi pięścią w stół uderzał nieustannie. Wąs miał zadarty do góry, bródkę ze szwedzka przystrzyżoną, na głowie czapkę, lisimfuterkiem oszytą.

Na przedzie czapki futerko tworzyło czub zadzierzysty, podnoszący jeszcze bardziej zawadiacki wygląd młodzieńca.

— Kalumnie waszmość gadasz — odburknął Ormianin. —Toż do mnie szmekierowie przychodzą, win próbują...

— Czerwieńce biorą... — dodał tamten przedrzeźniając.

Ormianin ramionami wzruszył i z dzbanem do odejścia sięzabierał. Młodzieniec zatrzymał go.

Varietas delectat — rzekł. — Utocz nam petercymentu,mości Hałła-Drałła.

— Sługa waszmości.

— Ale strzeż się, by to nie był sok zaprawiony! Kata bymsprowadził, żeby beczkę pod pręgierzem rozbił. JakemSzczerb, mości winiarzu, jakem Szczerb!

Agła przyniósł gąsiorek z winem hiszpańskim, pieprzykowatym. Sam nalał w kubki, językiem mlasnął, oczy przymrużył...

— Takiego Włochy nie piją — rzekł z uśmiechem zagadkowym.

Młodszy biesiadnik na wspomnienie Włochów ocknął sięz zamyślenia. Za jasną bródkę szarpnął się, wzrokiem dokołapotoczył i na gospodarzu go zatrzymał...

— Coście o Włochach mówili? — zapytał.

— Mówiłem, że Włoch do wina jak panna do szabli. Abysłodkie — o resztę nie pyta. Dolce... dolce... jak sroka piszczyi jeszcze wodę dolewa. Obrzydliwość! Wczoraj byli u mniedworscy...

Młodzian z jasną bródką drgnął.

— I cóż? — spytał, oczyma mówiącego świdrując.

— Pili mało-wiele, ale siła się nakrzyczeli. Wreszcie tenich gaszek wycackany, co nań Dziano wołają, rzecze: „Panie Abłanowicz, postaw waść dla mnie beczkę małmazji conajprzedniejszej, bym miał co pić na swym weselu!”. „Siniorsię żeni?” — pytam. Aż on w śmiech i wznosi pełną: „Za pomyślność jejmościanki panny Barbary! Za pomyślność mojejdonny teraz, a da Bóg i na zawsze!...”.

Ława dębowa zatrzeszczała i na posadzkę runęła z łoskotem. Jasnowłosy młodzian przewrócił ją, z miejsca się zrywając. Twarz mu krwią nabiegła, oczy złowrogo zabłysły. DoOrmianina przyskoczył, za ramię go porwał, pięść zaciśniętąpod oczy mu wetknął...

— Łżesz waść! — głosem wrzasnął ochrypłym.

Agła uciekł za beczkę...

— Jur! — zawołał biesiadnik w lisiej czapce. — Podobaszmi się. Na pohybel Włochom!

Stuknął kubkiem o jego kubek, aż się na stół nieco winawylało. Tamten nie wzdragał się teraz; wypił wino duszkiemjak wodę. Kubki powtórnie zostały napełnione i powtórnie jeopróżniono.

— Na pohybel Dzianowi!

Jeszcze raz wypili.

Ale się Jur opamiętał. Kubek przewrócił, usiadł, o stółwsparł się łokciami. Temperament melancholijny wziął w nimgórę nad chwilowym wybuchem. Patrzył bezmyślnie na rozlane wino i milczał.

— Ocknijże się! — zawołał starszy. — Grajkom nie damysię ograć. Jakem Szczerb!

— Wyżniki mają w ręku...

— To i cóż! Daleko im do kozernego króla!

— Kto wie...

Głowę niżej zwiesił, ramiona podniósł w górę.

— Myszkowski z nimi — ciągnął smętnie — Bobola z nimi... Pono już i do Mejerin trafili...

— Dziewki nie przekabacą!

— Kto wie...

— Ojca masz za sobą!

— Stary Szeliga daleko... Na morzach kędyś burzliwych —na oceanie... Bóg wie, kiedy powróci!

— Słowo ci dał...

Verba volant...

— A ciotka?

— Właśnież to najgorsze: ciotka mi krzywa!

— O co?

— Bóg raczy wiedzieć. O herezję mię posądzają — żem toprzeciw straceniu Tyszkowicza gadał. Jezuitów w tym wietrzę...

— Uuuuu! — zaśpiewał przeciągle tamten, skrzywiwszysię, jakby co zgryzł gorzkiego.

Zamilkli na chwilę obydwa. Gospodarz poruszył się zabeczką, kluczami brzękając. Po północy było; godzina zamknięcia artykułami marszałkowskimi wskazana od dawnaminęła. Już też w lampce, pod sklepieniem łukowym zawieszonej, oliwy braknąć poczynało. Knot dogasający skwierczał; cienie fantastyczne, kanciaste, drgające, pełzały po murach i beczkach, kładły się na stołach, stołkach i zaklęsłej, ceglanej posadzce...

Starszy poruszył się i do gąsiorka zajrzał.

— Jur! — zawołał, trącając towarzysza. — Jeszcze kroplatu jest — ostatnia...

— Do biesa z nią! Spać chodźmy.

Wstał i wyprostował się. Pleczysty był i w sobie zwięzły,musiał mieć siłę dużą. Sięgnął po kołpaczek z piórkiem i nagłowie go osadził. Z kolei jął szukać czekana. Szybkie ruchy i twarz rozczerwieniona świadczyły, że już mu wino poczyna sięgać głowy.

— Ostatnia, mówię, kropla... — wyrzekł z naciskiem starszy.

— Spać, mówię, chodźmy! — powtórzył Jur, również z naciskiem.

Tamten podniósł się z ławy ociężale, czapkę lisią na bokprzekrzywił i żupanik jął zapinać. Chmurny był. Przywołanemu Agle rzucił pieniądz złoty z takim impetem, że monetaze stołu spadła i między beczki się potoczyła.

— Słysz, Jurach! — jął mówić z wolna i obojętnie, sprzączkę u paska ściągając. — Pić nie chcesz; do gadaniaś nieskory;spać chodzisz z kurami... Wiesz, co ci rzekę: zostań księdzem,a Basię odstąp Dzianowi.

Jur pobladł.

Ad primum — rzekł, z trudnością się hamując — wysącz no z flaszki oną kroplę.

W jednej chwili kubki zostały napełnione. Wystarczyło petercymentu na obydwa.

Jur wychylił wino duszkiem i kubek o podłogę cisnął.

— Ostatnia kropla! — zaśmiał się szyderczo.

I zaraz, jakby z tą kroplą miara jego spokoju przebrała się,wpadł w furię.

Ad secundum... — krzyknął, czekan w nabrzmiałejręce ściskając. — Ad... se... cundum... Wara z takimi słowami! Druh nie druh, a łba całego nie uniesie!

I okutym kijem puścił młyńca, aż w powietrzu zagwizdało.Agła przybiegł wystraszony, ze sztabą żelazną w ręku, którądrzwi miał zakładać. Z żelazem tym stanął po stronie Szczerba, widząc, że mu niebezpieczeństwo grozi.

Ale junak z lisim czubem odepchnął Ormianina. Zaśmiał sięwesoło, ramiona szeroko rozłożył i wrzasnął:

— Jur! Serce moje! A dajże gęby!

W tamtym petercyment działał. Nasrożył się i nie wiedział, co począć. Nagle jednak z buńczucznego stał się rzewny. Głowę pochylił, rękawem łzę otarł...

Uściskali się, ujęli pod ręce i poczęli z trudnością dźwigaćsię w górę po stromych i oślizgłych schodach.

— W samoś serce mię kolnął... — skarżył się Jur.

— Boś nie po kawalersku zasypiał...

— Nawet gdy śpię, przeklętnika mam przed oczyma...

Pereat!

Agła uchylił ciężko okute drzwi i najpierw sam wyjrzał, czynie ma kogo w pobliżu. Potem wymruczał niezrozumiałe pożegnanie i młodzieńców wypuścił.

Gdy wyszli, uderzyła ich wielka jasność księżyca i owiałoświeże powietrze nocy. Jur zatoczył się.

— Do biesa! — rzekł. — Zdało mi się, że kamienica Wójtowska na mnie pada...

Towarzysz wsparł go ramieniem i przekrzywiony kołpaczek poprawił mu na głowie.

A gdy stali, nie wiedząc, w którą stronę kroki obrócić, dobiegły ich nagle słodkie dźwięki serenady.

III. Nie zawsze powraca się nocą tam, skąd sięrankiem wyszło

Giano, po krótkiej przerwie, w której powietrze zdało sięnapełniać przeciągłym szmerem zachwytu, nową rozpocząłzwrotkę.

Dite, rose preziose,Amorose,Dite...

Nie skończył...

Straszne przekleństwo zahuczało mu nad głową, a potężneuderzenie czekana rozbiło mandolinę w drzazgi. Zanim zaś jeszcze ochłonął z przestrachu, już żelazna głowica czekana raz i drugi zaświstała w powietrzu tuż nad jego uchem.

A l'assassino! — krzyknął i ze zwinnością lamparta na bok uskoczył.

Dla nacierającego było to fatalne. W szalonym rozmachu,nie znalazłszy oparcia, stracił równowagę i omal nie runął.

Pochylił się jednak tylko i przyklęknął na jedno kolano, czekan z rąk wypuszczając. A w tejże chwili przed samymi oczyma mignęło mu błyskawicą ostrze sztyletu...

— A! — krzyknął i powieki same mu się przymknęły, a ręka ruch ochronny wykonała.

Błyskawica jednak nie spadła. Zamiast na dół lecieć, cofnęła się nagle w górę. Ognistą a drżącą linię zakreśliła w powietrzu i, na kształt racy gasnącej, zniknęła w kierunkuprzeciwnym.

— Diable syny! — rozległ się głos gniewny razem i szyderczy. — Wprzód graliście, teraz tańczcie!

Jednocześnie wynurzył się z mroku Szczerb. Lewą rękąprzewalał on na wznak Giana, ciągnąc go z tyłu za kołnierz;prawą dusił za gardło na pół nieprzytomnego Lukę, któremuoczy na wierzch już wychodziły.

A musiał mieć w rękach moc niezmierną, bo twarz jegouśmiechnięta i zadowolona wysiłku najmniejszego nie zdradzała.

Zaraz też porwał się z ziemi Jurach, czekan upuszczonypodjął i z pomocą biegł przyjacielowi.

Zanim jednak dobiegł, stała się rzecz niepojęta.

Roześmiana twarz Szczerba wykrzywiła się nagle kurczemstrasznym, ręce obezwładnione wypuściły wrogów, a z ust wybiegł jęk bolesny... Młodzieniec przegiął się całym ciałemw tył, potem sztywno wyprostował się i okropnie zakląwszy,z odczepionym od pasa czekanem rzucił się poza siebiew uliczkę.

W mroku, na kształt gada, pełznął tam Fabio z okrwawionym sztyletem w dłoni...

Doskoczył do niego, za ramiona porwał i na nogi postawił...

— Zbóju! — wrzasnął. — Niewarteś lepszej broni!

I przerzucając czekan do lewej ręki, prawą, w pięść ściśniętą, wymierzył mu potężny cios między oczy.

Włoch krwią się zalał i na miejscu okręcił. Potem sztyletpodniósł w górę i wywijając nim wściekle rzucił się na oślepna przeciwnika.

— Jezus, Maria, Józef! — rozległ się w tej chwili w górzekrzyk niewieści. Brzęknęły drzwi gwałtownie zamykanei dwie białe postacie, jak dwa ptaki, z belwederku pierzchnęły.

Wszystko to nie trwało dwóch minut.

I dopiero teraz rozpoczęła się walka właściwa, obustronna.

Zaułek zawrzał krzykami dzikimi, furia już bowiem opanowała jednych i drugich. Włosi walczyli po tygrysiemu, skacząc i odskakując; nasi, jeśli nie szli naprzód, stali twardow miejscu. Ale wino ich mroczyło i większa część ciosów ginęła w próżni. Tamci natomiast, wysuwając noże na kształtżądeł, nieraz nimi to Juracha, to Szczerba po bokach kąsali.Krew jednak płynęła i po ich stronie. Jur dojechał raz Gianowi od serca i gdyby żelazo nie oślizgnęło się po aksamitnymberecie, już by może było po Włochu. Ale i tak lewe ramięopadło mu bezwładnie i do ziemi przysiąść musiał z bólu.Szczerb załatwiał się z dwoma tamtymi. Rozdzielając ciosymiędzy obydwóch, podśpiewywał i drwił. Głowicą grzmociłLukę, a Fabia tylko drzewcem okładał.

— Na psa szkoda żelaza! — powtarzał szydząc.

Do Luki zaś mówił:

— Poć się, brzuchalu, sadła się pozbędziesz...

Albo pokpiwał:

— Knot przez ciebie przeciągnę, lampę będę miał wieczną...

Gdy go zaś ów w żywe ciało kolnął, przeklinał:

— A ropucho! A tworze z kości wieprzowych! A pokrako,na obrazę i niepodobieństwo boskie stworzona!

Krew ciekła tu i tam. Z pstrej odzieży włoskiej strzępy latały po powietrzu. Po narzędziach muzycznych, rozbitychi stratowanych, deptali stopami walczący.

Szczerb poczuł raptem, że słabnie. Aby nie dać się wziąćz tyłu, pod parkan się cofnął i plecyma wsparł się silnie o deski. Tamtych to rozzuchwaliło. Docierać doń jęli coraz bliżej,jak ogary do ranionego odyńca...

Nagle u wejścia do uliczki zagrzmiał głos tubalny:

— W imieniu Jego Miłości Marszałka Wielkiego Koronnego!

Walczący ani spojrzeli w tę stronę.

Głos zahuczał bliżej:

— W imieniu Jego Miłości... w hareszt biorę waszmościów!

I to ich nie poruszyło.

Wówczas rozległa się komenda:

— Węgry marszałkowskie naprzód!... Milicja we środek!...Oszczepnicy na boki!... Rozbroić rebeliantów!

Ku walczącym pogarnęła się gromada ludzi cudacznie wyglądających. Jedni nieśli muszkiety, inni wystawiali przed sięklucie, tamci machali oszczepami, a owi podnosili w górę dardy. Szli bez ładu i składu, przepychając się, wadząc i mimo srogiego uzbrojenia, tchórząc widocznie. Istne wojsko Heroda z jasełek. Część miała kierezje białe i niebieskie, sznurkami wyszywane i zapinane na haftki; część, krócej odziana, zadziwiała pstrokacizną barw, wśród których czerwona z zieloną najczęściej były pomieszane.

W krótkiej chwili czereda zapchała uliczkę.

Dopiero to koniec położyło zapasom.

Rozbrojenie poszło bez trudności — z tej choćby racji, żenapastnicy w tłoku niezmiernym ani ręką, ani nogą poruszaćnie mogli. Było to nie ugaszenie pożaru, ale raczej przyduszenie go. Wory piasku rzucane na płomień ten sam skutek wywołują.

Jur, którego energia już się wyczerpała, bez oporu dawałpowodować sobą. Włosi natomiast miotali się i klęli, dowodząc, że straż gwałtu się na ich osobach dopuszcza.

— My cudzoziemcy! — krzyczał Giano łatając rodzinnąwłoszczyznę łaciną. — My królewscy! Nad nami tylko signorMyszkowski... My tylko signora Myszkowskiego znamy i słuchamy!...

Benissime! — uspokajał go dowódca, człek brzuchaty, z potężnym nosem i brodą Ajaksa, obwieszony dokoła żelastwem jak mur zbrojowni albo wystawa mieczownika. — Właśnież my nie co innego, jeno sługi marszałkowskie...

Po małej chwili zapaśnicy byli już rozbrojeni i wzięci pomiędzy halabardy, piki i muszkiety. Ale dowódcę spotkałaniespodzianka. Zarzucił sieci na pięciu, a złowił w nie —trzech. Dwaj przepadli bez śladu...

Na dany rozkaz straż zapaliła pochodnie. Jaskrawe, czerwone światło rozlało się po zaułku. Wynurzyły się z cieniawszystkie spadzistości i załomy. Po prawej stronie zarysowałsię parkan z kilkorgiem wychylonych wierzchem drzewek; polewej kawał muru szczerbatego i jakiś budynek nietynkowany, z wybitymi oknami. W głębi krwawy odblask padł na Białą Wieżę, wąską a wysoką, która była zarazem bramą miejskąi basztą obronną. W okienkach jej drobnych i we wrotach,kratą przejrzystą zasłonionych, czerwieniły się twarze i połyskiwała broń zwabionych hałasem strażników.

Przetrząśniono cały zaułek — zbiegów nigdzie ani śladu.Zapadli się w ziemię, w dym rozpłynęli, z iskrami pochodniulecieli i zgaśli...

— Czartowska sztuka! — szeptano w tłumie.

Ten i ów znak krzyża zrobił na piersiach. Nawet dowódcausta szeroko otworzył i przez długi czas zamknąć ich nie mógł.

— Ha! — westchnął wreszcie, nie wychodząc z zadumy. —I to się zdarza. Przez dwie doby nie jeść, w żywym źródle sięwykąpać, psalm pewny siedem razy odmówić i oczy mocnozawrzeć... Uczył mnie tego rabin jeden...

Ale ocknął się nagle i za nos długi pociągnął.

— Tfy! Co też ja gadam! Święty Krzysztofie, patronie mój,zmiłuj się nade mną! Jutro krzyżem będę leżał, tak mi Bożedopomóż. A teraz: węgry! milicja! pachołki! Sformować sięi w drogę!

Czereda wysypała się z zaułka, uprowadzając z sobą Juracha, Giana i Lukę.

Rąk jej uszli: Szczerb i Fabio.

Oddział miał przed sobą krótką drogę, bo tylko przez jednoz ramion Krzywego Koła. Mimo to nie przeszedł niepostrzeżony. Wrzawa nocna zrobiła swoje: wiele okien było otwartych, tu i ówdzie kupiły się gromadki mieszczan, do połowytylko odzianych. Pytano, czyniono uwagi, pokrzykiwano.

A najpierw powitała więźniów owa para szewców czy cieśli, włócząca się przed godziną po Dunaju.

— Do Jazdowa z nimi! Do zwierzyńca — szydził weselszy,palcem wytykając Włochów. — Król Jegomość będzie miałzabawkę...

Tym razem nie ustępował mu i towarzysz.

— Włoska zaraza! — wykrzykiwał — Truciciele! Zbójniki!Do kuny ich zamknąć, ludowi na pastwę oddać. Niech imprzekupki zgniłymi jajami trefione łby maszczą!

— Wysmagać te ulizane prosięta!

— Potopić!

Niechęć udzieliła się i innym.

— Precz z Włochami! — zawołał ktoś w tłumie. — Strulinam jednego pana, dybią na drugiego.

— Za Radziwiłłównę im zapłacić!

— Za Zygmunta!

— Za ostatnich Mazowieckich!

Tłum gęstniał — szemranie wzrastało — krzyki padały jakbomby...

— Niech sczeźnie włoskie plemię!

— Niemieckie też!

— I Szwedów nam nie trzeba!

— Precz z Bobolą!

— I z panną Orszulą!

— I z Myszkowskim!

Silentium! — zagrzmiał dowódca straży. — Crimen lesaeMareschali. Węgry! Milicja! Oszczepnicy... przyspieszyć kroku!

Przez okna otwarte wychylali się otyli mieszczanie. Ci, niewiedząc, o co chodzi, dopatrywali się winy w naturalnymswym wrogu: szlachcie.

— Podobno wojewodzińscy spichrz miejski napadli — opowiadał sąsiad sąsiadowi — szlachetnego patrycjusza zakłuli,dziewkę uczciwą porwali, dwóch pachołków zastrzelili...

— Nauczyć ptaszków moresu! Sąd „gorący” nad nimi sprawić! Na gardle pokarać!

— Dość już tej hańby! Mamyż czekać, aż na smyczę naswezmą?

— Bodajby im kat żelazem herby powypalał!

— Nocy nie ma jednej, żeby bałuch przez nich nie wynikł...

— Nie dość im, że frymarczą kryjomo, ceł nie płacą, na szkodę kupiectwa działają...

— Albo te ich jurydyki! Rządy w rządzie, miasta w mieście — urągowisko prawu i obyczajowi!

— Uprzywilejowani!

— Ciemięzcy!

— Oligarchowie!

W miarę jak oddział się zapuszczał, głosy uspokajały sięi cichły.

— Pogoda będzie jutro... — ozwał się ktoś, ziewając.

— Na Piekiełko pójdziemy — czarownicę oglądać na stosie...

— Ja do Fary — ksiądz Skarga dosalać ma senatorom...

— Daj mu Bóg zdrowie. Dobranoc, kumie Macieju!

— Śpijcie z Bogiem, kmotrze Stanisławie.

Okna zamknięto.

Tymczasem straszny z pozoru pachoł, z rohatyną zębatą w ręku, wiodący Jura „pod hareszt”, nachylił się doń i mówiłpłaczliwie:

— Matula dobrodziejka srodze się zmartwi... oj!

— Znasz matkę? — zapytał tamten zdziwiony.

— Co nie mam znać. Tociem wychowanek nieboszczyka Zawiślaka, tatula waszego. Panisko mnie nie poznał? FrącekChrzan jestem.

— Zmieniło cię przebranie. Ale to i lepiej, żeś miejski.

— To się wie. Klucznik mój krewniak — głodu panisko niedozna...

— Bóg ci zapłać, Frącku.

— A u matuli jutro będę...

— Bądź. Ale prawdy jej nie mów. Powiedz, że mnie magnatjeden wywiózł — robotę dał pilną...

— Stać! — rozległ się w tej chwili grzmiący głos dowódcy.

Frącek minę groźną przybrał i rohatyną wojowniczo potrząsnął. Straż, wlokąca się krętym i ciemnym zaułkiem, zatrzymała się w miejscu.

Więźniów wprowadzono do Wieży Marszałkowskiej.

Nie była zaś wówczas Wieża Marszałkowska niczym innym, jeno Wieżą Okrągłą, na załomie muru obronnego odstrony Wisły stojącą.

IV. Basia

Imć pan Balcer alias Baltazar Szeliga od półrocza już przeszło poza domem przebywał. Trzymały go w cudzych krajachsprawy handlu, który przez lat trzydzieści z pożytkiem dlasiebie i miasta swego prowadził.

Szeliga był to mąż „uczony, pokaźny i rozgłośny” (honestus,spectabilis, famatus). Obyczajem ówczesnym pisał się Sheligaalbo Scheliga. Handel odziedziczył po ojcu, dzielił go zaśz bratem Janem. Ten ostatni, że był zdrowia słabego, więcej ksiąg się pilnował niż łokcia. Do trzech epitetów wymienionych dodało mu to jeszcze czwarty: illustris.

Balcerowi temperament i peregrynacje częste nie pozwalałyurzędów magistrackich sprawować. Natomiast Jan oddał sięim niepodzielnie. W r. 1607 widzimy go w kole ławniczym:za burmistrzostwa Mikołaja Majerana, a podskarbiostwa Stanisława Baryczki. W 1617 jest już rajcą i szafarzem. We dwa lata później osiąga godność najwyższą, obierają go bowiem „prokonsulem”, czyli burmistrzem.

Szeligowie kupczyli bławatami. Pod krótkim tym określeniem rozumieć trzeba sferę niezmiernie rozległą. Należało doniej wszystko, co w wieku owym mianem „kupi tkanej” oznaczano. A także wszelkie rodzaje sukien i płótna przeróżne.

Mieli oni kram najpokaźniejszy w Ratuszu; mieli drugi przyulicy Grodzkiej. Składy ich wielkie i zawsze pełne mieściły się w kamienicy Balcera w Rynku. Liczono Szeligów do mieszczan najzamożniejszych, do patrycjatu Starej Warszawy.

Prócz dwóch braci była jeszcze siostra. Od obu starsza i jużniemal sędziwa, w panieństwie pobożnego żywota dokończała. Eufemia było jej na imię; Ofką ją nazywano.

„Ciocia Ofka”, choć z pozoru praktykom religijnym całkowicie oddana, a przy tym przez pół ciemna i jak wianek zeszłoroczny wyschnięta, miała jednak głowę w rodzinie najtęższą. Miała też podobno i największe kapitały. W ogóle głosjej w rodzinnym trybunale Szeligów ważył najwięcej.

Jan był bezżennikiem, Balcer zaś wcześnie owdowiał. Ofkamieszkała przy ostatnim, matkując jedynaczce jego Basi.

W domu wdowca zwyczaje panowały patriarchalne. Z cnót potocznych najbujniej w nim kwitły: pobożność i pracowitość. O tej ostatniej powiedzieć by można, że była niemiecka. Co prawda, nie to jedno tylko niemieckością tam trąciło — ale czyż mogło być inaczej?...

Szeligowie drzew genealogicznych nie rysowali, rodzinnezaś ich tradycje nie sięgały dalej nad cztery do pięciu pokoleń. Znaczy to niewiele więcej nad jedno stulecie. A tymczasem, któż wie, czy po gałązkach rodowych na dół się opuszczając nie znalazłoby się korzenia tkwiącego w ziemi — niemazowieckiej...

Co się tyczy Szeligów, pewne jest to tylko, że się kilkakrotnie z rodzinami o niemieckim nazwisku koligacili. W koleiczasów wchodziły do ich domu: Korbówny, Gissówny, Fukierówny. Było to zwyczajne podówczas i nieuniknione. Szlachcianki gardziły mieszczanami, mieszczanie gardzili kmieciównami. O ile więc który z nich nie przywiózł sobie małżonkiz obczyzny, brać ją musiał z ciasnego obrębu Starej lub NowejWarszawy. Ale i tu nawet (o wieczna ludzkiej próżności komedio!) rzadko przychodziło do łączenia się dwóch połów jednej całości. Civis Antiquae Varsoviae spoglądał z góry na ziomka zamieszkującego Novam Varsoviam. Do osobliwości też liczyło się, by przed ołtarzem stawali: oblubieniec z tej strony Bramy Nowomiejskiej, a oblubienica z tamtej.

Z wolna też patrycjat Starej Warszawy przetwarzał sięw jedną wielką rodzinę. Już to byli nie tylko współobywatele,ale kumowie i powinowaci. Związek też ich odznaczał się niezmierną spoistością. Drzewo genealogiczne jednego bywałodrzewem genealogicznym wszystkich.

Miała więc w sobie i Basia Szeliżanka niemieckości dziedzicznej sporo. A nie była to niemieckość spokojnych równin Brandenburgii ani zdrzemniętego przy szumie fal Pomorza, ani wreszcie lisich, złowrogich nor pruskich. Wiała od niej poezja Czarnego Lasu i zamków nadreńskich. Minnesingerównajczulsze pieśni widok jej na myśl przywodził.

Była to zaś dopiero jedna istoty tej wybranej połowa.

W drugiej uosabiało się wszystko, co najpiękniejszego posiada Mazowsze.

Basia rozmodlona, z liczkiem bladawym, z oczyma spuszczonymi, z twarzą cieniem długich rzęs omroczoną, przypominała aniołów Dürera. Ale Basię, którą chochlik szesnastu lat rozswawolił, której buzia rumieńcem dziewiczym się oblała, której oczy gorącym promieniem zdrowia i młodości strzeliły, przyrównać wypadało do jagody, do maliny, do róży, do boginki wreszcie słowiańskiej, której śmiech kaskadą pereł rozsypuje się po świeżej, wonnej łące.

Basia należała do tych mieszczek, które w znawcach herbowych podziw i niedowierzanie budzą. „Możliweż to — mówili — aby z plebejuszowej płonki kwiat taki wystrzelił!” Za wąs się ciągnęli, podśmiewali, oczyma myśl tajoną dopowiadali. „A onaż Szeligowa — zagadywał niejeden — niewiasta była gładka? A czy była też dworska i krotofilna? A braci szlachty dość u nich bywało? A gamratować z gospodynią lubili?...”

Z ponęt cielesnych dwie miała Basia najcudniejsze: oczy i włosy. Z ponęt duchowych jedną, która jednak za wiele innych starczyła: słodycz niezmierną rozlaną w twarzy, w mowie, w obejściu się całym. Dziś nazywamy to kobiecością.

Włosy Basi, bardzo długie, bardzo gęste i bardzo miękkie, miały barwę jasnego bursztynu. Nosiła je zwykle rozpuszczone i obrączką złotą opięte. Gdy na włosy te padł promień słońca, zdawały się otaczać głowę nimbusem świetlanym.

Co się tyczy oczów, były one bardzo duże i bardzo piękne.Ale byłyż modre, szare czy zielonkawe? Nikt barwy ich nieznał na pewno. Najpierw dlatego, że barwa mieniła się w tychoczach nieustannie, jak w opalu; następnie, że rzadko komudanym było w nie się wpatrywać.

Można było Basię znać długo, a jednak oczu jej ani razunie widzieć.

Dziewczyna miała zwyczaj (przez naturę dany lub możeprzez ciocię Ofkę podszepnięty), że niemal bezustannie trzymała oczy w ziemię spuszczone i rzęsami długimi zakryte. Naulicy, w kościele i w każdym tłumniejszym zebraniu nikt jejz oczyma podniesionymi nie widywał.

Gdy wyprzedzając sparaliżowaną ciotkę i objuczonegoksiążkami modlitewnymi pacholika szła (właściwiej byłobypowiedzieć: płynęła) do Fary, ze złożonymi na piersiach rękami, ze wzrokiem opuszczonym, w toczku z aksamitu błękitnego na jasnych włosach, w przepasce perłowej na czole, w lekkim, białym, całą postać opływającym kwefie, wyglądała jakcherubin z malowanego okna starej gotyckiej katedry.

W domu, dla swoich, była inną. Złote włosy w warkoczgruby zaplótłszy, suknię wdziawszy z materii kwiecistej wedwa różne wzory, na ręce po łokieć obnażone maneli złotych nakładłszy, a nóżki maleńkie w aksamitnych patynkach uwięziwszy, była już nie po anielsku, ale po kobiecemu piękna i ponętna jak ptak rajski, jak wonny owoc, jak cukierek...

Urabiały ją dwa różne wpływy:ojca, który jedynaczkę pieścił ażdo ubóstwienia, i ciotki, która mówiła jej wciąż o chrześcijańskiejpokorze i o ekstazach najwyższych, jakie daje modlitwa. Byławięc Basia: wykwintna w upodobaniach i obsłonek puchowych wżyciu potrzebująca, ale zarazemgotowa ze wszystkich ponęt świeckich uczynić ofiarę, gdyby od niejtego w imię religii zażądano. Bywały dnie, w których za przykładem ciotki nie wahała się pod jedwabną koszulką włosiennicy ukrywać kolczastej. Do dziwów to zresztą w owe czasy nie należało.

Ciotka Ofka, jakkolwiek prawiewcale zmysłami nie żyjąca, miaławszakże jedną ziemską namiętność, którą siostrzenica od niejprzejęła. Co prawda, było w owejnamiętności tyleż ziemi, co nieba,stanowiło ją bowiem: zamiłowaniew muzyce.

Basia grywała na lutni i na klawikordzie, który nazywano podówczas cembalo. Ale spod palców jej nie dobywały się inne pieśni, jak tylko nabożne. Niemal w każde świąteczne popołudnie cała rodzina Szeligów przysłuchiwała się pieśniom tym w zachwycie. Nikogo wszakże skrzydła ekstazy nie unosiły tak wysoko, jak samą grającą i ciotkę.

A nie tylko muzyki wyuczono dziewczynę. Taniec i śpiew również jej obce nie były. Malowała nawet po trosze — jedwabiami barwnymi na krosnach. Prócz tego mówiła dobrze językiem niemieckim, który był niezbędny, i językiem włoskim, który był modny. Wreszcie znała o tyle łacinę, że mogła była modlić się z książki łacińskiej i rozumieć w książkach polskich łacińskie sentencje.

Piękna, miła, rozumna i bogata, powinna była mieć wieluzalotników. Nie miała ich jednak. Szkodził jej właśnie nadmiar przymiotów. Był to kwiat zbyt wytworny, aby śmianorękę po niego wyciągać. Przy tym za wiele w niej było tego,co byśmy dziś nazwali „idealnością”, a w czym podówczasnie smakowano.

— To święta... — mawiali jedni. — W ramki ją oprawić,lampką z Loretu oświetlić i modlić się do niej — z daleka...

— Szeligowie nie dadzą córki mieszczankowi — twierdziliinni — Baryczce chyba albo z Gissów któremu...

— Będzie, co przeznaczono! — kończyli starzy. — Przyjdzietaki, co dziewkę i wiano zabierze. Byle był nasz — boć szkodabogactw takich za mury wypuszczać...

V. Będzie, co przeznaczono

— Siniora i sinorina pozwolą?...

Jednocześnie z tymi słowami ręka, jedwabnym rękawemopięta, wykonała ruch od chrzcielnicy do dwóch przeciskających się przez tłum niewiast i wyciągnęła ku nim białe,opierścienione palce, w wodzie święconej zmaczane.

Właśnie bowiem ręce niewiast ponad głowami tłoczącychsię w kruchcie osób wyciągały się w daremnym wysiłkuw stronę marmurowej konchy, wodą ową napełnionej.

Jedna z tych rąk była rączką, druga rączyskiem. Pierwsza,w złotonitnej półrękawiczce, maleńka, wąska i zakończonapaluszkami o rubinowych paznokietkach, należała widoczniedo młodej i pięknej dziewczyny. Druga, całkowicie z futrzanego mieszka wydobyta, duża, koścista i żółtą, pomarszczonąskórą obciągnięta, była jedną z tych rąk bezpłciowych, jakiemoże mieć równie dobrze mężczyzna, jak niewiasta — podwarunkiem, że będą oboje starzy.

Przez chwilę troje tych rąk tkwiło nieruchomo w powietrzu.Potem rączka zaczepiona wykonała lękliwy ruch wstecz, rękazaś zaczepiająca lekko zadrżała. Wreszcie kłopotliwą niepewność przecięło rączysko, które woskowymi palcami dotknęłonajpierw ceremonialnie ręki, a następnie dotknięcie to — ciepłe jeszcze, rzec by można — przeniosło pospiesznie na rączkę.Dopełniwszy tego, wszystkie ręce powróciły do swych właścicieli, przy czym najpowolniej i najniechętniej dopełniła tegoręka w jedwabnym rękawie.

Działo się to w pewne słoneczne, niedzielne południe, zarazjakoś po wyruszeniu sławetnego Balcera Szeligi w drogę.

Zaledwie ręka i rączysko wydostały się z tłoku i przed kościół wyszły, pozdrowiono je słowami:

— Służby moje waszmościankom oddaję. Niech będzie pochwalony!

Stary Drewno, rajca magistratu, w rozpiętej, suto szamerowanej delii, podpierając się laską o wielkiej złotej gałce, do niewiast przystąpił.

— Na wieki! — odrzekły obie głosami cienkimi.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.