drukowana A5
24.53
Ciężkie czasy

Bezpłatny fragment - Ciężkie czasy


Objętość:
128 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0051-9

OSOBY:

LECHICKI, obywatel ziemski.

JULIUSZ, jego syn.

BRONIA, córka.

KWASKIEWICZ.

PETRONELA, jego żona.

LEONIDAS, syn.

ŻURYŁO.

KAROL, jego syn.

BAJKOWSKI.

GIĘTKOWSKI.

AURORA, jego żona.

IDALIA, córka.

NATALKA.

MATLACHOWSKI, ekonom.

SŁUŻĄCY.

LOKAJ.

Rzecz dzieje się na wsi w domu Lechickich.

AKT I.

Pokój przyzwoicie, lecz skromnie umeblowany, jak w szlacheckich zamożniejszych domach. Na lewo od widzów, w bocznej kulisie dwoje drzwi, na prawo okno i drzwi, w głębi drzwi wchodowe główne. — Kanapka po prawej, po lewej mały stolik, parę krzeseł.

SCENA PIERWSZA

BRONIA, po chwili ŻURYŁO, KAROL, w końcu MATLACHOWSKI.

BRONIA

wybiega z drugich drzwi po lewej i biegnie prędko do okna na prawo.

Ktoś przyjechał... ucieszona. To Karol!... I jeszcze ktoś z nim... To pewnie jego ojciec... Zwraca się do głównych drzwi i ujrzawszy wchodzących, mówi tonem zdradzającym uciechę, a zarazem zażenowanie. A!

Kłania się.

KAROL

Ojcze, to właśnie panna...

ŻURYŁO

jowialny, rumiany, żywy staruszek.

Bronia — co?

Patrzy na nią życzliwie.

BRONIA

Witam panów. — Ojczulek w polu, przy żniwie; ale zaraz poślę po niego...

Chce iść.

ŻURYŁO

zatrzymując ją.

A to po co!... My możemy poczekać. Robota pilniejsza, niż goście. Tymczasem sobie ot z córunią pogadamy...

przypatruje się jej z zajęciem.

BRONIA

spuszczając oczy, zażenowana.

Niechże panowie siadają.

Wskazuje kanapkę, a sama siada na krześle.

ŻURYŁO

O! tak na nic, moja panienko! Tu, przy mnie, bliżej... bierze ją za rękę i sadza przy sobie. Tak. — Muszę ci się przecież przypatrzeć. — Mój Karol nagadał mi tyle o twoich wdziękach i przymiotach, że taki i mnie wzięła w końcu ciekawość zobaczyć to cudo, co się jemu tak spodobało. Bo choć z ojcem znamy się nie od dzisiaj, ale ciebie aniołku panie, nie miałem jeszcze przyjemności.

BRONIA

Byłam kilka lat na pensyi.

ŻURYŁO

przypatrując się jej z zajęciem.

Dalibóg nie dziwię się, że mój chłopak stracił głowę i serce zaprzepaścił. Jestdla kogo... No, no — nie rumień się poziomeczko, mnie staremu wolno mówić takie rzeczy. Ta to ja tobie już jakby drugi ojciec. A jakże... Bo ja tu przyjechałem w intencyi oświadczenia po formie mego kiełbia i jeżeli twoja rodzina się zgodzi, tak dawaj odrazu po żniwach na zapowiedzi i weselisko — a jakże... filuternie. Chyba, że wam nie pilno i wolicie może poczekać rok, dwa...

KAROL

A niechże Bóg broni!

ŻURYŁO

Ty siedź cicho, rozumiesz? Ja się Broni pytam.

BRONIA

zasłaniając oczy.

Ja tak samo, jak pan Karol.

ŻURYŁO

A! skoro tak — to zgoda. Przyciąga ją zwolna do siebie i głaszcząc po włosach lub po ręce, mówi: Tylko ty może imaginujesz sobie, że małżeństwo to ziemia obiecana, mlekiem i miodem płynąca, gdzie manna z nieba i pieczone gołąbki same do buzi wpadać będą? hę! co? — Bo to teraz panny najczęściej idą za mąż, jak nieprzymierzając żydzi za Mojżeszem, aby tylko co prędzej wyrwać się z niewoli egipskiej, z pod władzy mamy i papy, a potem dopiero krzywią się, narzekają i bunty wyprawiają biednemu Mojżeszowi.

BRONIA

patrząc na Karola.

Ja mojemu Mojżeszowi buntu robić nie będę.

ŻURYŁO

U nas — widzisz — nie tak wesoło, jak u was, mało kto bywa.

BRONIA

To lepiej. Będziemy mieli więcej czasu dla siebie.

Podaje rękę Karolowi, którą on z wdzięcznością całuje.

ŻURYŁO

I gospodarstwa trzeba przypilnować, wszędzie zajrzeć, rano wstać...

KAROL

Panna Bronia zawołana gosposia, żeby ojciec wiedział jakie ciastka piecze...

ŻURYŁO

Także strzelił. — Jemu się zdaje, że jak panna smaży konfitury i dobre ciastka piecze, to już gospodyni całą gębą. A to tylko zabawka i do tego kosztowna zabawka, bo cukru nastarczyć nie można. Do Broni. — A u mnie widzisz aniołku, oszczędność to grunt. To mój nałóg, moja choroba — a jakże...

BRONIA

To cnota, proszę pana...

ŻURYŁO

ucieszony, bierze ją za rękę.

Cnota — powiadasz. Brawo dzieweczko! głaszcze ją po włosach. Czekaj, będziemy razem praktykować tę cnotę przysuwa się do Broni. Widzisz, moja nieboszczka żona, jak za mnie poszła, to także nie bardzo umiała liczyć się z groszem, bo była przyzwyczajona u rodziców żyć szumnie, po pańsku. Bywało, jadę do miasta, a ona wali mi odrazu na konotatce całą litanię sprawunków, cukrypanie, kawy, czekolady, jakieś bakalie, różnych delikatesów, że kilkudziesięcioma reńskiemi by się nie okupił przysuwa się i mówi przebiegle. — Ale ja wziąłem się, uważasz, na sposób. Udałem, uważasz, żem tego zapomniał, tamto przeoczył i gdzie stało dziesięć, tam ja niby zera nie dojrzał... ot tak, niby z głupia frant — uważasz? Czasem nawet całą notatkę zgubił... a jakże. Były z tego potem lamenty, sceny, narzekania — no, ale koniec końców, jak nie było, to musiało się obejść bez tego i owego, a pieniądze taki zostały w kieszeni. O!... Ty się śmiejesz aniołku? Myślisz sobie: ot stary kutwa, łakomił się na głupich kilkanaście reńskich. A wiesz ty aniołku, że ja z tych małych oszczędności przez dziesięć lat uzbierałem wyprawę dla mojej Joasi?

BRONIA

Czy być może?

ŻURYŁO

Tak, tak. A moja kobiecina, jak się potem włożyła do gospodarstwa, jak zaczęła z przeproszeniem karmić wieprze, tuczyć indyki, hodować kury, sprzedawać nabiał, jarzyny panie, to z tego posag dla córki uciułała. Tak, tak, bo kobieta, to ważna figura w gospodarstwie — a jakże... Mąż trzyma jeden węgieł domu...

BRONIA

A żona trzy. Tak babunia zawsze mówi.

ŻURYŁO

wstaje.

Prawda, zapomnieliśmy o babuni.

BRONIA

Biedaczka, chora teraz...

ŻURYŁO

Wiem, wiem — paraliż w nogach — mówił mi Karol...

BRONIA

Od trzech miesięcy nie rusza się z pokoju.

ŻURYŁO

Ta zaprowadźcież mnie do niej, bo przedewszystkiem od niej nam zacząć należy i poprosić o pozwolenie i błogosławieństwo. Gdzież się to idzie?

BRONIA

Tu na lewo otwiera drugie drzwi z lewej. Proszę panów.

ŻURYŁO

wychodzi.

MATLACHOWSKI

wchodzi żywo z głębi.

Panienko, panienko!

BRONIA

do Matlachowskiego.

Zaraz. Do Karola. Zaprowadź pan ojca do babci, ja tam zaraz przyjdę. Po wyjściu Karola do Matlachowskiego. Co takiego? Czemu pan Matlachowski taki pomieszany?

MATLACHOWSKI

Gdzie starszy pan, proszę panienki?

BRONIA

Przy żniwie, pod lasem. Co się stało?

MATLACHOWSKI

Głupstwo się stało, proszę panienki. Pan Juliusz sprzedał żydom gaj brzozowy.

BRONIA

Gaik babuni? To niepodobna!

MATLACHOWSKI

Widziałem na własne oczy, panienko. Jadę ja sobie z jarmarku, patrzę, a tu Mośkowi ludzie cechują siekierami najstarsze drzewa do wycięcia. Dalej ja na nich — powiadam: a wy łotry, powiadam — kto pozwolił? A Mosiek kontrakt mi pod nos pakuje, gdzie stało czarne na białem, że pan Juliusz sprzedał las za dwa tysiące papierków.

BRONIA

Ojciec na to nigdy nie pozwoli, bo gdyby się babunia dowiedziała... Chryste Jezu, co by tu było. — Niech tylko pan Matlachowski prędko ojca sprowadzi, on już na to poradzi. Tylko prędko, mój Matlachowski. Ojciec jest pod lasem idąc na lewo do drugich drzwi, mówi z dziecinnem zakłopotaniem składając ręce. Boże! Boże! co ten Julek porobił.

Wychodzi.

SCENA DRUGA

MATLACHOWSKI, potem LECHICKI i JULIUSZ.

MATLACHOWSKI

Ba — to pytanie, czy pan starszy będzie mógł teraz zabronić, skoro już raz oddał synowi gospodarstwo. Niepotrzebnie się pospieszył — i mnie się widzi, że on tego gorżko pożałuje, bo choć pan Juliusz skończył niby tam jakieś akademie rolnicze, to jeszcze pytanie, jaki z niego będzie gospodarz. Patrząc w okno. A! otóż i nasz pan. Ba — cóż z tego, kiedy z panem Juliuszem. — Jakże mu tu teraz powiedzieć.

Usuwa się w głąb, gdzie niecierpliwie czeka, żeby mógł pomówić z Lechickim.

LECHICKI

do Juliusza, wesoło.

Więc powiadasz, że wszystko dobrze poszło?

JULIUSZ

ubrany modnie, z torbeczką podróżną na pasku, w mowie i w zachowaniu się pewność i zarozumiałość.

Jak najlepiej. Podanie moje o pożyczkę melioracyjną zostało na sesyi nadzwyczaj dobrze przyjęte; dyrektorowie obiecali mi pussować tę sprawę, jak tylko hipoteka zostanie przepisaną na moje nazwisko.

LECHICKI

To nastąpi najdalej za miesiąc.

JULIUSZ

rozsiada się wygodnie.

Wtedy bierzemy pożyczkę i rozpoczynamy akcyę na wielką skalę; budujemy młyn parowy, zaprowadzamy kulturę chmielu i hodowlę poprawnej rasy bydła, wołów wypasowych — drenujemy łąki... słowem gospodarstwo en gros... po amerykańsku, które według mego obliczenia powinno nam przynosić rocznie à peu pres co najmniej piętnaście tysięcy netto.

LECHICKI

Co ty gadasz? Ależ to świetny interes!

JULIUSZ

z przechwałką.

Mam ja tu jeszcze świetniejszy na myśli. Wstaje i zbliża się do ojca. Zawiozłem do Lwowa próbki naszej glinki z pod lasu. Jeżeli analiza chemiczna potwierdzi moje domysły, że to glinka porcelanowa, w takim razie zakładamy na akcye wielką fabrykę porcelany — a to znaczy miliony, mój ojcze.

LECHICKI

ucieszony.

Miliony — powiadasz?... Tylko czy my podołamy temu wszystkiemu... czy to nie będzie za wiele na raz?

JULIUSZ

dobywa porte-cygary.

Trzeba nagrodzić czas stracony. Zadługo siedzieliśmy z założonemi rękami. Musimy teraz rozpocząć działalność na wszystkich punktach, rozwinąć wszystkie żagle, aby dojść do czego. Podaje ojcu cygara. A może ojciec...

Zapalają.

LECHICKI

Pi, pi — cóż to za paradne cygaro!

JULIUSZ

Smakuje ojcu? Siadając, mówi obojętnie. Prawdziwe hawanna. Setka po 80 florenów. Kupiłem kilka pudełek.

LECHICKI

Bój się Boga Julku, ależ to zbytek.

JULIUSZ

Ale zbytek konieczny, bo jak cię widzą, tak cię piszą; a często trafi się interessant, któremu trzeba zaimponować dobrem cygarem. Praktyczność przedewszystkiem.

LECHICKI

spostrzegłszy Matlachowskiego, który krząknął, aby zwrócić uwagę na siebie.

A!... Matlachowski — wróciłeś już? No, cóż takiego? Cóż Matlachowski takie miny stroi, jakby połknął żywego węgorza?... Widząc, że ten daje mu znaki, że chce coś powiedzieć, zbliża się. O cóż idzie? Słucha co mu Matlachowski szepcze. Ależ nie pleć głupstwa!... z uśmiechem do Juliusza. Słyszysz Julek, co ten gada, żeś Mośkowi sprzedał las brzozowy — także palnął.

JULIUSZ

Co Matlachowski miesza się w nie swoje rzeczy? Matlachowski niech sobie idzie pilnować ludzi, a nie wtrąca się do tego, co do niego nie należy.

MATLACHOWSKI

Do usług pańskich... Kłania się nisko i odchodząc mówi na str. A co? Nie mówiłem? Oj będzie bieda!

Wychodzi głębią.

LECHICKI

Jakto? Więc ty może naprawdę chciałbyś sprzedać ten las?

JULIUSZ

otrzepuje popiół.

Już sprzedałem.

LECHICKI

Sprze-da-łeś?!

JULIUSZ

No, dlaczegóż miałbym nie sprzedać? Las był nieużyteczny, a że mi dobrze zapłacono...

LECHICKI

Ależ to ulubiony lasek twojej babki — relikwia najdroższa, świętość prawie, bo to pamiątka po nieboszczyku jej mężu. Tam prawie każde drzewo jego ręką sadzone, każda piędź ziemi jego potem oblana, każda ścieżka przez niego wydeptana.

JULIUSZ

Więc cóż z tego? Więc mam nie ścinać drzewadlatego, że mój dziad go sadził? Że się pocił przy niem? No, to oprawmyż w ramki pola, lasy, postawmy za szkłem i nie tykajmy tych świętości.

LECHICKI

poważnie.

Julku — nie mów tak.

JULIUSZ

Ależ bo nie rozumiem doprawdy tego rodzaju sentymentalizmu. To właśnie nasze nieszczęście, nasza choroba, że zawsze i wszędzie rządzimy się tylko sercem, a nie głową. Jesteśmy sentymentalni w polityce, w gospodarstwie, w interesach, we wszystkiem — i to nas gubi. — Musimy być praktyczni mój ojcze, to jest warunek sine qua non.

Wstaje.

LECHICKI

Możemy być praktyczni — zgoda. Ale uszanujmy to, co szanować należy.

JULIUSZ

Ostatecznie czy ojciec oddałeś mi gospodarstwo, czy nie?

LECHICKI

No, oddałem.

JULIUSZ

Więc pozwólże mi ojciec gospodarować tak, jak ja uważam za najlepsze.

LECHICKI

Ależ tu o babkę idzie.

JULIUSZ

Już ja babkę biorę na siebie i sam jej to wytłumaczę.

Słychać zajeżdżającą bryczkę i strzelanie z bata.

LECHICKI

patrząc w okno.

To Kwaskiewicz z żoną i synem. Przyjechał pewnie na te narady.

JULIUSZ

Na jakie narady?

LECHICKI

Jakto? nie pamiętasz? Wszakże sam zwołałeś na dziś posiedzenie względem założenia tego banku ratunkowego dla szlachty.

JULIUSZ

Ah, sacre-bleu, na śmierć zapomniałem. Niech ich ojciec przyjmie tymczasem, bo ja muszę trochę wypocząć, przebrać się...

LECHICKI

Dobrze, dobrze — już ja ich tu zabawię.

Wychodzi w głąb.

SCENA TRZECIA

JULIUSZ, KAROL.

KAROL

z drugich drzwi z lewej.

Julek! Julek!

JULIUSZ

który miał wychodzić na prawo, zatrzymuje się.

A! to ty!

KAROL

Mój kochany, odpisz ty już raz co tej Natalce, żeby mnie nie męczyła ciągle swojemi listami. Wczoraj znowu pisała do mnie zapytując, co się z tobą dzieje, czyś chory, lub gdzie wyjechałeś, że jej nie odpisujesz.

JULIUSZ

Głupia dziewczyna. — Cóż ona sobie myśli, że ja wiecznie będę się nią zajmował?

KAROL

A ja ci mówiłem, że niepotrzebnie zaawanturowałeś się w tę znajomość.

JULIUSZ

To był rodzaj sportu, mój drogi. Widziałeś przecie, że o posiadanie Natalki dobijała się cała złota młodzież, synowie najpierwszych rodzin w Wiedniu. Zdystansowałem Niemców i zdmuchnąłem im dziewczynę z przed nosa. Zadałem tem nie mało szyku wtedy. Ale teraz inna rzecz. Odkąd wstąpiłem na drogę pracy i obowiązków, znać jej nie chcę i nie mogę. Nie wypada mi.

KAROL

To bardzo ładnie z twojej strony. Ale cóż ja mam robić z listami tej facetki?

JULIUSZ

Rób tak jak ja. Rzucam listy do kosza, nie czytając ich wcale.

Wychodzi na prawo.

KAROL

Tak, tylko czy ta panna da się tak łatwo skwitować ze swoich pretensyj. Taka awanturnica, gotowa się na wszystko odważyć — i może być bieda. Spostrzega wchodzących. Oj — Kwaskiewiczowie; a niechże ja uciekam, bo jakby mnie baba złapała — i zaczęła opowiadać o swoim Leonidasie, nie prędko bym się wydostał.

Wychodzi do drugich drzwi na lewo.

SCENA CZWARTA

LECHICKI, KWASKIEWICZ, PETRONELA i LEONIDAS.

LECHICKI

wprowadza gości i rozbiera panią Kwaskiewiczową.

Więc państwo prosto ze Lwowa? No — to musieliście tam gdzie spotkać mego Julka, bo on co tylko wrócił stamtąd.

PETRONELA

ubrana przesadnie, modnie, jaskrawo — mówi z przekąsem.

A! widzieliśmy, widzieliśmy pana Juliusza.

LEONIDAS

sepleni.

Psyjechaliśmy tym samym pociągiem.

PETRONELA

Tylko, że pan Juliusz nie raczył nas widzieć, bo on jechał pierwszą klasą.

LECHICKI

Pierwszą klasą? Patrzcie państwo — a to wygodniś.

LEONIDAS

Ja tam i tsecią bym się nie zenował, bo nie miejsce cłowieka, ale cłowiek miejsce zdobi.

PETRONELA

do Lechickiego.

Słyszysz pan? On by się i trzecią nie żenował.

Całuje Leonidasa w czoło.

KWASKIEWICZ

zażywa tabakę.

Bo się do tego w szkołach przyzwyczaił, gdzie dostawał zawsze trzecią klasę.

PETRONELA

mitygując męża.

Jasiu!

LEONIDAS

zapalając papierosa.

Mój ojce, wyprasam sobie podobne psytycki.

PETRONELA

Nie zapominaj, że to już nie smarkacz żaden, tylko mężczyzna co się zowie.

KWASKIEWICZ

I cóż z tego? Chłopczysko wyrosło jak szparag, a pożytku z niego żadnego. Niczem nie jest, nic nie robi.

PETRONELA

Leonidas nic nie robi! — Jasiu! Jak możesz tak mówić...

LEONIDAS

Jestem cynnym cłonkiem towarzystwa oświaty ludu.

PETRONELA

do Lechickiego.

Uczy chłopstwo, jak pana szanuję.

KWASKIEWICZ

A sam nic nie umie.

LEONIDAS

Ja pokazę światu, co mozna zrobić z nasego ludu.

KWASKIEWICZ

Zrób ty pierwej co z siebie trutniu jakiś — to będzie lepiej.

LEONIDAS

paląc zapamiętale, deklamuje pompatycznie.

„Lec zaklinam, niech zywi nie tracą nadziei

I psed narodem niosą oświaty kaganiec,

A gdy tseba, niech idą na śmierć po kolei,

Jak kamienie zucane przez Boga na saniec”.

PETRONELA

zachwycona.

Brawo! brawo!

LEONIDAS

Oświata ludu, to dziś najwazniejse zadanie społecne.

PETRONELA

do Lechickiego.

Bo trzeba panu wiedzieć, że to teraz bardzo w modzie zajmować się chłopstwem.

LEONIDAS

Ludem, ludem, mamecko.

PETRONELA

Hrabianka Irena, sama własnoręcznie haftuje szkaplerze dla wiejskich dzieci i uczy je wierszy, a jej brat fotografował się w towarzystwie swoich parobków, jak pana szanuję, na własne oczy widziałam.

LEONIDAS

pompatycznie.

„Z polską ślachtą — polski lud”, jak powiada nas wiesc nieśmiertelny.

PETRONELA

do Kwaskiewicza.

Słyszysz? Jak ty powinieneś być dumnym z takiego syna.

KWASKIEWICZ

Że osioł szkół nie skończył, mam być z czego!

PETRONELA

Jasiu!

LEONIDAS

Daj mamecko pokój. Tatko notorycnie znany pessymista, nigdy z nicego nie zadowolony, to wiadoma zec!

PETRONELA

Masz słuszność. Szkoda słów. Chodźmy lepiej do babci przywitać się.

LEONIDAS

kłania się.

Sanowanie.

Wychodzi za matką do drugich drzwi na lewo.

KWASKIEWICZ

Ot — masz babskie wychowanie. Przewróciła chłopakowi w głowie i zrobiła z niego dziwoląga — zero kompletne. Mój Boże, jaka to różnica z twoim.

LECHICKI

No, Julek znacznie starszy.

Siadają.

KWASKIEWICZ

machnąwszy ręką.

Co to znaczy? Czego się Jaś nie nauczył, tego się Jan nie nauczy. Już ja z niego pociechy się nie doczekam. Myślałem, że we Lwowie uda mi się wpakować go do jakiego banku. Ale gdzie tam. Tam takich osłów jak on, co szkół nie pokończyli, setki szlifuje bruki i czeka na posady. Dlatego przyjechałem do ciebie mój Olesiu przysiada się do niego. Możeby się dało umieścić go przy tym banku ratunkowym, co twój Julek ma nam założyć. Za bądź co, byleby się zaczepił.

LECHICKI

Ależ bank, mój kochany nie jest towarzystwem dobroczynności, jeno instytucyą finansową do ratowania szlachty.

KWASKIEWICZ

Ta to on przecież także szlachcic, a jakże, szlachcic z dziada, pradziada. Więc ratujcież mi chłopca, żeby nie zmarniał, bo ja dalibóg rady sobie już dać nie mogę. Wioszczyna panie obdłużona, dochody lichwa zjada. Służący wnosi na tacy wino, ciasta i przekąski. Lechicki napełnia kieliszki — Kwaskiewicz mówi dalej. Kto nie chce, to udrze teraz tego biednego szlachcica. Grady go młócą, powodzie zalewają, podatki męczą, dzienniki besztają, wszystkie plagi egipskie na tę nieszczęśliwą szlachtę. Jeżeli Pan Bóg się nie zlituje i nie zrobi z nami jakiego cudu, to dalibóg skapiemy marnie.

trącają się

LECHICKI

z westchnieniem.

Niech Bóg broni, okropnych doczekaliśmy się czasów.

piją

SCENA PIĄTA

CIŻ — BAJKOWSKI.

BAJKOWSKI

Gruby, czerwony blondyn, żywy, wesoły, wchodząc otwiera szeroko główne drzwi i mówi głośno.

Serwus oberwus. „Coment vous portez, vous”. Jak się masz stary, daj pyska!

LECHICKI

wstaje.

Bajkowski!

BAJKOWSKI

podaje mu rękę zamaszyście.

Jak się masz? Ha! ha! i Kwaskiewicz tutaj! Podaje mu rękę. Serwus oberwus. „Coment vous portez, vous”. Jak się masz stary. Daj pyska!

LECHICKI

nalewając kieliszek.

Może kieliszeczek?

BAJKOWSKI

Bon.

Siada.

LECHICKI

No, jakże tam jarmark?

BAJKOWSKI

A niech go tam siarczyste pioruny!

LECHICKI

Cóż, nie udał się?

BAJKOWSKI

Jakże się miał udać, kiedy żydowskie święta, a myśmy o tem na śmierć zapomnieli.

LECHICKI

No, to właśnie dobrze.

BAJKOWSKI

Dyabła starego tam dobrze. Szlachcic bez żyda, to jak bez prawej ręki. Żydów nie było, więc i kupców nie było. Koni multum, szlachty jakby nasiał, a kupować nie miał kto, ani faktorować, bo żydy świętowały.

KWASKIEWICZ

popijając mówi z westchnieniem.

Oj, te żydy, ja powiadam...

BAJKOWSKI

Do tego jeszcze deszcz lał jak z cebra, że psa ciężko było wygnać. Na rynku pustki powiadam wam, jak wymiótł, na mieście żywego ducha, za to po handelkach, restauracyach, jak w ulu. Bo cóż było robić? Szlachta z desperacyi zapijała się węgrzynem, szampanem, czem mogła — i rżnęła w karcięta na potęgę.

KWASKIEWICZ

j. w.

Okropne czasy! Trąca o kieliszek Bajkowskiego. Twoje zdrowie!

BAJKOWSKI

bierze kieliszek.

Bon. Potrzebuję się zakropić, bom zły jak sto tysięcy dyabłów! Koni nie sprzedałem, opuściłem sobie odpust w Jadolinach przez ten głupi jarmark i do tego zgrałem się jak stare skrzypce.

LECHICKI

I ty także?...

BAJKOWSKI

Ha, no — cóż miałem robić? Dla kompanii dał się cygan powiesić. Ale ja to jeszcze nic, spłukałem się na jakie 300 blatów i koniec. Ale Rewelkowski, żebyście wiedzieli jak się panie zapalił przy labecie, tak i gotówkę przerżnął, jaką miał przy sobie i powóz i konie i wszystko dyabli wzięli.

LECHICKI

Będzie on się miał z pyszna od swej magnifiki.

BAJKOWSKI

Ba, nie prędko on jej się teraz pokaże na oczy. Prosto z jarmarku pojechał z nami na pocieszenie na fetkę do Winogóry.

LECHICKI

A cóż tam było w Winogórze?

BAJKOWSKI

O! wielka uroczystość. Łapserdacki zakładał u siebie bractwo wstrzemięźliwości. Zaprosił panie, księży multum, obywateli z okolicy, urzędników z powiatu, słowem urządził uroczystość co się zowie. Przyjęcie było, powiadam wam królewskie, wina w bród i to takiego, że warto mu dać buzi, to też piliśmy nie przymierzając jak szewcy.

LECHICKI

A to ładne bractwo wstrzemięźliwości.

BAJKOWSKI

Jakto, albośmy to dla szlachty zakładali to bractwo, to dobre dla chłopów, ale nie dla nas.

KWASKIEWICZ

I to wszystko przez tych gałganów żydów. Okropność, ja powiadam.

LECHICKI

Oby nam się dobrze działo.

Lokaj stawia kolacyę.

BAJKOWSKI

Cóż to dla mnie.

LECHICKI

To tak dla zaostrzenia apetytu przed kolacyą.

BAJKOWSKI

Ależ duszko kochana, toż ja u Łapserdackiego tak sobie żołądek wypakowałem, że jeszcze nic a nic apetytu nie czuję, bo czego to tam nie było... Lokaj odnosi. A gdzie ty z tem idziesz?

LOKAJ

Bo pan powiedział, że nie ma apetytu.

BAJKOWSKI

To co z tego durniu jakiś. To będę jadł bez apetytu, a jeść trzeba, rozumiesz, postaw tu.

SCENA SZÓSTA

CIŻ, ŻURYŁO.

ŻURYŁO

wchodzi z drugich drzwi z lewej.

Sługa, służka kochanych panów.

LECHICKI

Witam pana.

Podaje rękę.

KWASKIEWICZ

wzdychając.

Sługa.

BAJKOWSKI

jedząc.

A! Pan Żuryło dobrodziej — servus — kopę lat niewidziałem... Ale bo też jegomość siedzisz jak borsuk w jamie, ani na jarmarku, ani na odpuście, nigdzie się nie pokażesz.

ŻURYŁO

Nie ma czasu, dobrodzieju, gospodarstwo!

BAJKOWSKI

No i ja mam także gospodarstwo, dzięki Bogu, ale od czegoż ekonom.

ŻURYŁO

stulając ramiona pobożnie.

Ja nie trzymam ekonoma, dobrodzieju.

BAJKOWSKI

E! bo z jegomości sknera, dusigrosz. Trzeba przecież i drugim dać żyć. Dawniej panie, szlacheckie dwory żywiły całe stada rezydentów.

ŻURYŁO

To też dziś siedzą w długach po uszy.

Przechodzi na środek.

BAJKOWSKI

No, to trudno. Nie żyjemy przecież tylko dla siebie, ale dla drugich, dla kraju, „pro bono publico”. — Żebyśmy się znowu tak z każdym groszem rachować mieli.

ŻURYŁO

poufale i żartobliwie klepiąc go po ramieniu.

To byśmy go więcej mieli w kieszeni dobrodzieju i nie narzekali na ciężkie czasy. Oszczędność, to także bogactwo.

BAJKOWSKI

Dobrze to mówić, jak się ma z czego oszczędzać.

KWASKIEWICZ

Mnie na utrzymanie domu nie wystarcza, nie dopiero, żebym jeszcze oszczędności robił. Na czem tu oszczędzać?.

ŻURYŁO

jowialnie.

Na wszystkiem, dobrodzieju. Podrożała kawa, piję sobie polewkę, albo żurek na śniadanie, nie stać mnie na pieczeń, jem kaszę i ziemniaki, nie mam na wino, pijęwodę, a od święta miodek, co go mam od własnych pszczółek, za drogie mi kabanosy, palę sobie cygarka po dwa krajcary — ot, aby tam coś pod nosem się kurzyło — powiększono mi podatki, sprzedałem powóz, konie cugowe, odprawiłem stangreta, lokaja i pokryłem tę nadwyżkę; nie zrodziła się jednego roku pszenica, drugiego spadły ceny zboża, więc oddaliłem ekonoma i sam pilnuję teraz gospodarstwa — syna zrobiłem leśniczym i młynarzem, córce oddałem kuchnię, oborę i spiżarnię, żebym nie potrzebował płacić szafarki i gospodyni — i tak ciągle — w miarę ubytku dochodów, zmniejszam wydatki.

BAJKOWSKI

wstaje i ociera usta.

A, kłaniam uniżenie za takie życie. Żebym ja sobie miał odmawiać wszelkich wygód i przyjemności.

KWASKIEWICZ

nalewając wino.

I pić wodę, jak kaczka, zamiast wina.

BAJKOWSKI

A tożby mnie za miesiąc dyabli wzięli na takim wikcie.

ŻURYŁO

śmiejąc się.

Taż to teraz chlebek razowy, mleko kwaśne, kapustę i inne chłopskie potrawy, doktorzy jako najskuteczniejsze medykamenta zalecają.

BAJKOWSKI

To znaczy, że pan chciałbyś nas po prostu na chłopów wykierować, żeby szlachcic żył jak chłop, jadł jak chłop, pracował jak chłop.

ŻURYŁO

obejmując go w pół z jowialnym uśmiechem.

Alboż nie lepiej dobrodzieju żyć jak chłop i wyjść potem na pana, niż żyć szumnie po pańsku, a w końcu zejść na dziada?

BAJKOWSKI

odsuwając się.

No, tak źle dzięki Bogu nie jest jeszcze z nami, żebyśmy się mieli uciekać aż do takich ostateczności. — Mamy my inne sposoby ratowania się, posłyszysz pan nie zadługo, jak Julek rozwinie nam tu cały swój program ekonomiczny. Dopiero pan dowiesz się, co to z tej naszej Galicyi można będzie zrobić. Druga Belgia, panie — i jeżeli choć połowa tych świetnych pomysłów się urzeczywistni, jakie on ma w głowie, to dla nas, szlachty — nowa era, prawdziwe Eldorado. Tak panie.

Odchodzi od Żuryły i chodzi dużemi tryumfatorskiemi krokami po scenie.

KWASKIEWICZ

siedząc przy kieliszku wina, z westchnieniem.

To się nie uda.

LECHICKI

który dotąd słuchał zamyślony z natężoną uwagą.

Co się nie uda?

KWASKIEWICZ

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.