drukowana A5
20.35
Przemysły (tomik)

Bezpłatny fragment - Przemysły (tomik)


Objętość:
68 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0107-3

Ziemia marcowa

Niecierpliwie smakując gorzkie zioła wiosny

I pieszcząc zieleń liścia rozcieraną w ręce,

Nozdrzami chłonę zapach wilgotny i ostry,

A panna ziemia chodzi w zielonej sukience.

Smak piersi odsłoniętych na słońce nad ranem

I słone krople rosy na wzburzonej trawie...

Już w sadach poszły wieści, już plusnęło w stawie,

Podglebie pachnie we śnie ziarnem świeżo sianem...

Zielony szum powietrza, niestłumiony zbliska,

Jak chłopiec kładzie ziemię, czułe szepce słowa,

I całusem przemocą — fiołkami tryska

Ziemia! dziewczyna marcowa.

Wiosną

Rozkwitłe bazie, witki wiosenne,

Zieleńce jasne, trawy soczyste,

Brzozy wyniosłe, wysokopienne,

Krzaki wilgotne, plamy srebrzyste!

Gąszcze puszyste, spowite we mchy,

Zapachy leśne, świerki żywiczne, —

Liściem leszczyny, kwieciem czeremchy

W dno wzielenione wody krynicznej!

Trznadle, wiwilgi, pliszki ćwierkliwe

W gęstych zaroślach drzewnej uwięzi

Gwarnym świegotem, szczebiotem tkliwym

Roztrzepotane w liściach gałęzi!

Wieś krasnopłota, studzienna, biała,

W zbożach wykwitła chabrem dorodnym,

Śpi, jak poziomka ciężka, dojrzała,

Pod liściem nieba modrojagodnym!

Krajobraz polski

Krzywa wierzba przy płocie, krzywy płot na rozstaju,

Mokra zieleń w sitowiu, w sinym gaju — bugaju,

A przy łące jałowce, białe owce na łące,

Jarzębiny, jedliny, niebo ziemią pachnące.

W koleinach drożyna, wronie gniazda na drzewie,

Pośród świerków ćwierkanie, modrodrzewie — modrzewie...

Wiatrak łapie obłoki, które na nim siedziały,

I ucieka, odziany w łachy pól — samodziały.

Zieloniutkie, czerwienne, łubinowe i bławe,

Chabrowane kąkolem, pawiem okiem i stawem,

Pola — polska, złocone topolowym półcieniem,

Wykwiecone kwietniami, jesienione złocieniem!

Szumi jesion jesienią, wrzos wrześniowy słoneczny,

Złotoliście wiatr sypie, niesie zapach jabłeczny, —

A nocami miesięcznie świeci bór litą grzywą,

W niebo, kute gwoździami, bije srebrne strzeliwo!

Mokre światło...

Mokre światło leży na ziemi

W trawie, w liściach, w świeżej zieleni.

Ziemią, sokiem, ziołem nabrzmiewa,

Ciepłym wiatrem wzdycha do nieba.

A na niebie jeziornem pływa

Słońce żywe — błyszcząca ryba.

Złote łuski iskrzą się mokro,

Pryska woda w otwarte okno!

Światło chlusta na usta zbliska,

Dziewczę na ścieżce w szkle się śliska.

Wiadro modre wodą w zieleni

Mokre światło kładzie na ziemi.

Drwale

Twarde życie, twarde życie trwa, —

Toporami, siekierami rąbią drwa!

Świstem ostrza rozłupują tęgi pień,

Zachłyśnięci znojną pracą cały dzień.

Wyschła gardziel, oczy krwawe, chrypły głos, —

Bije w korę uporczywie cios.

Toporzyska, siekierzyska sieką drwa,

Sypią drzazgi — raz rozmachem, raz i dwa!

A czasami na zmęczonych oczach — cień,

Pniem na piersi nagle spada ciężki dzień.

Wtedy w zębach zaciśniętych zgrzyta nóż,

Wtedy w sercu, wtedy w myślach tysiąc burz!

Gniewem rozpacz, krwią do serca i do płuc,

Trzeba siły, żeby przetrwać, żeby zmóc...

Twardą pieśnią twardym śpiewem huczy świat!

Hej! mocują się, mocują — tyle lat!...

Wiersz z powodu przelotu nad oceanem

Nad wód ogromem, nad lądami

Jest mroźne szczęście samotności, —

Burzy się, pieni pod skrzydłami

Szumny ocean wolności!...

Nadmorski wicher — gniew przestworza —

Siecze nawprost i usta parzy.

Nie łzy — te słone krople morza,

Które ściekają po twarzy...

Wyżej! radością krwi gorącą

Nad sine pręgi wód przestworu,

Niechaj zagłuszy otchłań grzmiącą

Śpiew triumfalny motoru!

Stopione słońce ciężko tonie

W szkarłatnym barszczu pod wodami,

Burzliwa noc po tamtej stronie

Czarnemi patrzy gwiazdami.

Jest szczęście twarde, szczęście męskie,

Jest lot, którego wiatr nie zniża.

Już widzą we mgle oczy tęskne

Wieżę wielkiego Paryża!

Jaki to ptak wyrajem próżnym

Kieruje górą lot rozpędny?

To tylko płynie sam podróżny,

Człowiek skrzydlaty i błędny...

O rodzeniu chleba, czyli o pisaniu wiersza

Przy stodołach zasobnych wiatr wysoki śpiewa

I od plew ziarna gęste powiewem przesiewa.

W cepami bite garnce dyszą wiatru usta,

Nim na chustę powietrzną sfrunie próżna łuska.

Oraczu! już ci pracy twój wiatr nie przysparza:

Wór pękaty na wozie ciągnie koń młynarza

Nad brzeg rzeki, rozpiętej wstęgą srebrnokrętą,

Modre wiadra lejącą młyńskich kół okrętom.

Rodziła tłusta gleba chlebami ciężarna

Wory ziaren, rzucane między twarde żarna,

By turkotem turbiny przetarły najprościej

Zboże ciemne na mąkę przedziwnej białości.

Huczy w młynie i dudni, pluszcze woda drzewna,

Śpiew dźwigni, jazgot głazów, jak pieśń dzwoni rzewna.

Muzo zboża! o, muzo zbiorów urodzajnych!

Ciał dojrzałych, słów gęstych, snów i przemian tajnych!

Opar ziemny, słoneczny, plon orki dorocznej

Tu przerabiasz na pełnię jasności obłocznej!

Tu żarna toczysz pracą w ruchu ustawicznym,

Mieszając żyto życia z zapachem pszenicznym...

Na zakosach wyrosłe, żółte i oliwne,

Zboże żniwne rozcierasz w tłustości pożywne,

Wytłaczasz miazgę miodną, dla której pożęto

Łan zboża kołyszący w skwarne lipca święto!

Wymodlony rąk trudem, wyczekany żmudnie,

Dojrzewał kłos na polu, stopionem w południe,

Cichnął ciepłym wieczorem, szeptał nocą senną,

Wiośnianym rankiem dymił wiatru falą pienną...

Już zmielony żarnami mlecz ukryty w ziarnie

Wozy białe kolejno zwożą przed piekarnię,

Tam ciasto się zakwasi, narośnie i streści,

Ubite pracą, która żywy kształt wypieści,

I w rozmachu rąk serce obudzi człowiecze,

Choć nie wie jeszcze, jaki chleb z mąki wypiecze...

Długie, długie czekanie od siejby do zwózki!

Głucha troska, lęk tajny przed powiewem pustki,

I modły, które chronią, śpiewane gromadą,

Od moru, głodu, ognia, od suszy i gradu!

Długie czekanie! długie! nim, zaklęte słowem,

Słowo chlebem się stanie zupełnie gotowym!

O, głodni! o, łaknący ziemi wonnych płodów!

Bierzcie chleb i owoce z jesiennych ogrodów,

Przełamcie kromkę drobną, niech starczy na więcej,

Z pięciu chlebów nakarmcie ludzi pięć tysięcy!

Poto ziemię wywracał na zagonie długim

Oracz, kiedy, śpiewając, szedł zwolna za pługiem;

Poto siał w skiby ziarna i wróżył pogodę,

Deszcz zamawiał, lub słońce, żeby nie szło w szkodę;

W czas siejby, w czas zbierania pełnym urodzajem

Cieszył serce, jak wiosna cieszy zieleń majem;

Poto z ziemią rozmawiał i wadził się z niebem,

By łaknących mógł dzisiaj sycić gęstym chlebem.

Muzo chlebna, pożywna, świeżym wonna wdziękiem!

Głodnego karmisz mocnym bronzowym bochenkiem,

Zęby żują miąższ mączny, pachnący wypiekiem,

Ziarnem... siejbą... żniwami... i polem dalekiem...

Przypisek

Poeto! i ty w swojem orzesz gospodarstwie,

I musisz wryć się w życie, nurzać w głębszej warstwie,

Wywracać skiby rodne, podglebne, korzenne,

I ziarna siać jęczmienne, żytnie, albo pszenne;

I tobie powiew — sitem ciągle gęstniejącem

Cedzi ziarna spęczniałe i nasiąkłe słońcem.

Siewco słów urodzajnych, znasz podobne sprawy.

Gdy czuwasz, pełen szczęścia, smutku i obawy,

Znasz ziemię i znasz niebo, kiedy czekasz przed niem

Na dżdżu kroplę w zwyczajnym suchym dniu powszednim.

Przychodzą w końcu żniwa, dojrzałe jak lipiec,

Sam ziarna musisz przemleć i sam w ogniu wypiec,

Żeby wiersz pachniał chlebem i słońca odbiciem,

Sycąc słowem, jak ziarnem, i ziemią, jak życiem!

O budowaniu domu

Gdy szpadle w piach uderzą, w twarde zwarte grudy,

Śpiewaj, muzo, dom nowy! Śpiewaj przyszłe trudy!

Z głębi ziemi garbatej, z pod smugi ziarnistej

Wyrośnie drzewo ludzkie, pion pięter strzelisty.

Wystawi bloki boków na wiatrów okręty,

Korzeniem sięgnie w glebne głębne fundamenty.

Rozpędem architekta i natchnieniem w planie

Z gruzu światem wytryśnie i w rozpędzie stanie.

O, muzo, śpiewaj domy! o, śpiewaj budowę!

Znoje robót, rąk trudy i zdarzenia nowe!

Wiatr zbiera lotne piaski w osypisku śniadem,

Wilgna glina pod ciężkim spoczywa pokładem,

W sinym boru pnie drzewne kryją tęgie zwoje,

Białodrzewie szumiące w modre patrzy zdroje...

Piach gęsty wózki wiozą, topór dzwoni w lesie,

Będą drwa na podporę, na krokwie, przyciesie,

Tartak wodny na belki i na deski przetrze,

Smolny zapach, wkroplony w żywiczne powietrze...

Ułożone ścianami, rude, prędkie cegły

Już piętrami skoczyły, szeregami wbiegły,

I sześcianem stanęły, jak czerwiennym złomem.

Domem dumnym pod niebem błękitnie widomem!

Już słońce w blasków miodnym roztapia się skwarze,

Z rusztowania wzniosłego śpiewają murarze

O robotach, o sprawach grudami dźwigniętych,

O granitach słowami w tęgie mury wklętych.

O patrzeniu dalekiem na szczyty podniebne,

Na gwiazdy bardziej bliskie — milczące i srebrne...

Dom dobry będzie chronił od wszelkiej przygody,

Czy żarem słońce piecze, czy wiatr niesie chłody,

Albo deszcz szumi w liściach, albo śniegi senne

W cichą białość na sannę tulą drogi zmienne, —

W dom dobry przyjdą ludzie, światła w nim zapalą,

Mury jasne i sprzęty spojrzeniem pochwalą,

Korowodem dni żmudnych, pracą i westchnieniem,

I troską, i spoczynkiem, i wszelkiem zdarzeniem

Pieśń powszednią wynucą i życiem najprościej

Poświęcą najpiękniejszą świątynię ludzkości...

Chwała domom, dźwigniętym rozumem i pracą!

Izbom prostym i strojnie świecącym pałacom!

Chwała halom fabrycznym, gdzie ściany dygocą,

Gdzie warsztaty śpiewają czujne późną nocą!...

Chwała domom, jak światom, których nikt nie zliczy,

I światu, w którym mieszka Wielki Budowniczy!...

Duma o Słowackim

Za porohem, hen po Dnieprze

Płynie czajka w wodnym wietrze,

Pluszcze fala, szepce trzcinie:

A jakaż to czajka płynie?

Kto na niskiej usiadł burcie,

Szuka bezdna w krętym nurcie,

Po niezmierzy, po roztoczy

Oczy smutne sennie toczy?

Tratwy spławne, huczne promy

Mija obcy, nieznajomy,

Z wiewem siewnym płynie śpiewny,

Wodom-snom najbardziej krewny.

Hej, żeglarzu! zawiń, przystań!

Cicha ciebie czeka przystań,

Wśród zieleni, w topól wieńcu

Jasny dworek przy Kamieńcu...

Na Ukrajnie za stepami

Słońce leje się strugami!

Wyczekuje poczta gości, —

Rąk matczynych serdeczności!...

Czemuś w głębi wzrok utopił,

Czy cię miodny szalej opił,

Jaka siła w dal cię goni,

Że wyciągasz ręce do niej?

Czerwień słońca ścieka z wody,

Wyszły srebrne horowody,

Serce gwiazdy nie wysłowi...

Komu jedziesz?... księżycowi?!

Pogardziłeś miłym domem,

Wytęskniony za ogromem,

Głębną wodą, trudną drogą,

Czemu płyniesz — do nikogo?

A ty pieśnią, słów okruchem,

Umiesz mówić z Bogiem — Duchem,

Piorun w ustach serce męczy,

Przekrojone łukiem tęczy...

Zaśpiewali ci anieli

(Anioł nazwał się Anhelli),

Zaśpiewali, wydzwonili

Moc i chwałę wiecznej chwili.

Na tym brzegu pod gwiazdami

Wołamy cię: zostań z nami!

Ponad życie — słowo mniejsze,

Serce błędne — najwierniejsze...

O Mickiewiczu

I

Przepaść... Sto lat... Tak wielkim odcięci ogromem,

Ale z Tobą złączeni, jak z rodzinnym domem,

Tu, na ziemi tej samej, pod tem samem niebem

Żyjemy Twojem słowem, jak powszednim chlebem.

Tacy sami jesteśmy, choć tak bardzo inni:

Bardziej chłodni i obcy, ale mniej niewinni,

Mniej mocni, mniej szaleni, tak samo prawdziwi,

Chociaż bardziej zmęczeni, lecz bardziej szczęśliwi.

Nie szumiały nam słodkie topole jesienne,

Nie pachniały nam noce ciemne i bezsenne,

Nie kołysał nas wicher, gdy szarpał powietrze,

Ani nawet kwiateczki od obłoczków bledsze,

Nie wiły dla nas wieńca na gorące skronie...

Nikt koni nie zatrzymał w nowogrodzkiej stronie...

Burzliwy potok wieku porwał nas, wychował,

Koń groźny pędził z nami i serca stratował,

Jak upiór nas wystraszył, nim zginął, jak Gustaw...

Wdychaliśmy krwi wiele — krew mamy na ustach!

Nam marzyć nie kazano. Broń dano do ręki,

Ćwiczono w marszach śmierci, aż do łez, do męki,

Wypruto z nas kłąb nerwów i mózg nam zatruto, —

Śród trupów macierzanką pachniało i rutą...

Żar przestał nas przepalać a mróz przestał chłodzić,

Mieliśmy wszyscy zginąć i znów się odrodzić.

O czem dziś mamy dumać tu, na miejskim bruku,

Mając piersi pęknięte, uszy pełne stuku,

Oczy pełne milczenia, myśli pełne nudy?...

Razem z Tobą uciekać w krainę ułudy!

Tam obmyć chore serca i zwilżyć powieki.

Sił nabrać i oddechu, by starczył przez wieki,

Potem wrócić już z wiarą i z czystemi zmysły,

W pracy wielkiej podobni szarym falom Wisły. —

Jak mocny zapach róży, która ustom płonie,

Niech miłość nas napełni i jak wiatr owionie,

Niech ziemią nas nakarmi, niech napoi niebem!

Żyjemy każdem słowem tak samo, jak chlebem.

Nasze książki są wszystkie pielgrzymstwa księgami,

Wszyscy z Tobą jesteśmy i Ty jesteś z nami,

Szepczesz nam najtajniejszy ze wszystkich sekretów

Świecąc z bliska, — ogromny filar filaretów,

I mówisz najprawdziwsze, i piszesz najmniejsze,

I uczysz życia, które od wierszy trudniejsze.

II

W dworku szlacheckim z drzewa, lecz podmurowanym,

W ciemnej wieży Aldony, w cichej więźnia celi,

Gdzie czart kusił i słodko śpiewali anieli,

Lub nad brzegiem Świtezi modro malowanym...

W karczmie Rzym, gdzie Twardowski wychylał kielichy,

Na Krymie, kędy błyska lampa Akermanu,

Nad przestworem suchego płynąc oceanu,

Byłem z Tobą, ogromny i ogromnie cichy!

W dzieciństwie jeszcze, pomnę, nad brzegiem ruczaju,

I w śródmieściu krzykliwem, zmęczony i blady,

Powtarzałem oddawna tłumione ballady

O Maryli, o zbójcach, liljach i Tukaju.

Na rozmowy wieczorne, gdy ptak nocny sfrunie,

Wypływałem z najgłębszej głębi mego ducha.

Bóg pogardził mędrcami, a słów prostych słucha,

Taki sam w nocy cichej, jak w groźnym piorunie.

Młodość górną i chmurną Twoja pieśń okrutna

Przepaliła mi ogniem piekącym do głębi, —

Żeglarzu, ciągnij rudel! już nic nas nie gnębi,

Już się z pogodnych niebios oćma zdarła smutna!

Poezjo! twoja wieczna zabija udręka

I słowa nieśmiertelne ludzką krwią nasyca.

Nad brzegami Świtezi... przy świetle księżyca...

Ktoś chodzi... ktoś wspomina... ktoś tęskni... i klęka...

Radjo

W takiej ciszy tak ucho natężam ciekawie,

Że słyszałbym głos z Litwy... Jedźmy!

Nikt nie woła...

Mickiewicz

Śród zielonego suchej trawy oceanu,

Jak łódź samotna, tonąc na dalekim Krymie,

Mijając koralowe ostrowy burzanu,

Słuchaj fali: ktoś woła na Litwie twe imię!

Już iskra elektryczna niewidzialną drogą

Glob obiegła, w powietrze wsiąkła, jak w bibułę,

Już mogą ją pochwycić i słyszeć ją mogą —

Aparaty najczulsze i serca nieczułe.

Koncert z Rzymu w Londynie, z Tokio w Kopenhadze,

Ryk syren okrętowych znów na kontynencie,

Razem z giełdą w Berlinie i odczytem w Pradze,

To zmieszany gwar świata, bijący w zamęcie!

W Moskwie słyszą jak pluszcze słodka fala Wisły,

A my, — jak huczy ogień, który ktoś rozpala, —

Tłumie ludzi, ustami chwytających iskry,

Może tu cię połączy elektryczna fala!

Gdy samotny wędrowiec na chłodnej obczyźnie

Słuch natężał — innego chciał słyszeć wołania,

Innej fali i szeptu, którem serce bliźnie

Umie drżeć, gdy wymowne oczy mgła przesłania.

Gdy ze mnie, jak z anteny, tryskają na wszędzie

Me słowa, zatrzaśnięte na zawsze w iskierce,

Nie wiem, kto będzie słyszeć, kto ich słuchać będzie,

Tak, jak twoje jedyne małe dobre serce.

Wspomnienie o Żeromskim

W kawiarni, przy stoliku, w światku literackim,

Gdzie drobna muza pije szklanki czarnej kawy,

Pamiętam, rozmawiano kiedyś o Słowackim

I powszednie złośliwie poruszano sprawy.

Niespodzianie wszedł cichy, wielki i dostojny,

Spojrzał ku nam milczącą, pełną troski twarzą, —

Ucichliśmy, jak dzieci, które próżno gwarzą,

Gdy kroki ojca spłoszą gwar dziecinnej wojny.

Łaskawie usiadł z nami i mówił najprościej,

Chwaląc film «Atlantydę» z przyjaznym uśmiechem.

Miał wtedy w oczach mądrość najgłębszej miłości

I twardą pracę, która umie walczyć z grzechem.

Na czole myśl cierpliwa wyryta jest blizną,

Serca łomot się głuszy rękami obiema.

Ale wiem — Atlantyda jest marzeń ojczyzną,

Atlantyda jest Polską, której jeszcze niema!

Już nie przyjdzie tu więcej ten, który swe ręce

Jak Tomasz wkładał w rany bolesne i chore, —

I w rozkoszy piekielnej, jak w piekielnej męce,

Musi światła mieć więcej. — «Żono, odsuń storę».

Już żałobne chorągwie targa wiatr jesienny,

I głuchy dzwon na trwogę jęczy w całem mieście.

— Już sami zostaliśmy w czuwaniu bezsennem...

Zabierzcie czarną trumnę i dalej odwieźcie.

Wykonać nam testament zostaje ostatni,

Gorące proste słowa, — milczące najgłośniej, —

W pocałunku ojcowskim lub uścisku bratnim

Zwiastujące — jesienią budzone przedwiośnie.

Po tym trudzie straszliwym pot spływa na czoło.

Niech wieczny odpoczynek zdejmie wieczną troskę.

Oddajmy wielką pracą hołd Jego popiołom,

Na serce, które pękło, połóżcie mu Polskę.

Ciało

Naczynie nędzne i niegodne ducha,

Ciało człowiecze nagie i bezbronne,

Powłoko serca niepewna i krucha,

Którą wysiłki zamieszkały płonne!

Nieprzeliczona czyha wielość chorób

Z powietrza, ognia, napoju i strawy, —

Jeśliś stworzone według boskich wzorów,

Ciało człowiecze, — jakże wzór ten słaby!

Ani się ukryć, ani umknąć uda

Klęskom przedwczesnym zawsze i nieznanym;

Żadne cię leki, ani żadne cuda

Nie wydrą śmierci planom zawikłanym.

Podobne trawie, którą ziemia gości,

W bólu zrodzone, poczęte w rozkoszy,

Na łasce świata i własnej słabości

Byt okupujesz kosztem nędznych groszy.

Zanim cię młodość wykarmi do syta,

Soki twe pędząc drogą dookolną,

Ucząc miłości, która w niej ukryta,

Poczujesz starość chłodną i powolną.

Trucizny słodkie, które duszę koją

I myśli krzepią, — czemuż tobie szkodzą?

Jaką goryczą, lub słodyczą swoją

Duszę połączą z tobą i pogodzą?

Ty jedno, którem moja myśl porusza,

O, ciało, ciało, pulsujące, żywe, —

We krwi gorącej wypławi się dusza,

Słodkiej miłości narzędzie szczęśliwe!

Moja mistrzyni

Ani Sokrates mądry i wesoły,

Ni Platon wzniosły, ni Arystoteles,

Ani prorocy, ani apostoły,

Ani Faust chytry, ni Mefistofeles.

Ani Dant cudny, ani Heine błogi,

Ani Mickiewicz wielkością wspaniały,

Nie stali przy mnie na początku drogi,

Którą mi burza i cisza owiały.

Ale jednegom obrał przewodnika,

By mnie prowadził, napełniając siłą,

Tam, gdzie najwyższa mądrość nie przenika,

Gdzie wszystko będzie i gdzie wszystko było.

On to, czy ona w przestrzenie najczystsze

Wiodła przez otchłań, którą grzechy czynią,

Umiłowana ponad wszystkie mistrze,

Miłość, co jedną dla mnie jest mistrzynią.

Jak dziecko matce rodzonej podobne,

Chcę upodobnić do niej każde drgnienie,

Wszystkie minuty w cierpienia zasobne

I wszystkie słowa i każde milczenie.

Przez nią tłumaczę ciał gwiezdnych obroty,

Drzew rozkwitanie, rzek fale burzliwe,

Ciszę wieczorną, księżyca dysk złoty,

Wszystko żyjące i wszystko nieżywe.

Przez nią pojąłem życie, które błogo

Umie na wieczność poza śmierć spozierać,

Jeżeli w życiu było żyć dla kogo,

I jeśli będzie za kogo umierać.

Piotr

Kiedy nad brzegiem ciemnego jeziora,

Które mnie głębią nęciło ogromną,

Rzucałem sieci onego wieczora,

Światłość ujrzałem straszną i cudowną.

On — śród obłoków i płomieni wieńca

Stąpał po wodzie kłębiącej się wrzątkiem.

Twarz moja ślady straciła rumieńca,

Gwiazdy pogasły, jak przed dnia początkiem.

I naglem słowa usłyszał szepnięte:

«Porzuć te sieci, niech dłoń się nie trudzi,

Próżne to sprawy, któremiś zajęty,

Dzisiaj nie ryby masz łowić, lecz ludzi».

Milcząc, bezradnie wzruszyłem ramieniem,

I rzekłem, swemu nie wierząc głosowi:

O, Panie, usta palący płomieniem,

Co mam uczynić? czemże będę łowił?

Ale On ogniem słodko mnie przeraża,

Rzecze i światłem obdarza mnie nowem:

«Co jest cesarskie — oddaj dla cesarza,

Żyjąc nietylko chlebem, lecz i słowem».

Znajdując myślą wielkie zrozumienie,

Milczałem, dalszych wydarzeń ciekawy,

Pojmując sławę wielką nieskończenie

I miłość Twoją, większą od Twej sławy.

Golgota

Błądząc po mieście tym czarnym wieczorem,

Jak nad brzegami oślepłej czeluści,

Wołam cię sercem osłabłem i chorem:

Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił?

Mury kamienne stłoczyły się przy mnie,

Domy nieżywe, milczące, jak groby, —

Może w śmiertelnym wysławi cię hymnie

Parasol — sztandar deszczowej żałoby?

W głębi bezdennej zamknięty, jak w studni,

Chrypły od krzyku i niemy w boleści,

Wołam: niech przyjdzie! niech pierś mi zaludni

Burzą form swoich i falą swej treści!

Straszna samotność! w tem mieście znikomem,

Które jest górą i znowu otchłanią, —

Wołam w milczeniu — i noc jest nad domem,

Jak gdyby wszystkie dnie tęskniły za nią...

Rzecz o poezji

Jeśli nie można patrzeć obojętną twarzą,

Czy płakać? łez już niema i więcej nie parzą,

Nie rozczulę westchnieniem i jękiem nie zbudzę, —

Już westchnienia są obce i łzy wszystkie cudze.

Pierś tłumi łoskot serca, ból usta zaciska,

W otchłanie oddalenia spada ziemia bliska,

I tylko oczy, błędną skierowane władzą,

Spojrzą nagle — i sekret spojrzeniem wydadzą.

I znowu nagim wargom, głodnym od milczenia,

Pragnę słowa zarzucić, jak płaszcze z płomienia!

O! serce już omdlewa i duszę zachwyca,

Czy przyjdziesz, jako złodziej, czy jak błyskawica,

Czy podasz usta wdzięczne, czyli w dzień spotkania

Śmiertelną dłoń mordercy do ucałowania —?

Ty władzą nierozumną wypadasz z ukrycia

I rządzisz naszą śmiercią w samem sercu życia,

Jak na skałę rzucone ziarenko gorczycy,

Wyrastasz nad głowami drzewem tajemnicy!

Przypłyń żywiołem groźnym i jasną łagodą,

Daj nam języki ognia, ocuć żywą wodą,

Przybądź do domów ludzkich, otwartych naściężaj

I wysokim urokiem czaruj i zwyciężaj,

Podszepnij słowa klęski, do triumfu namów,

Poezjo, niespodziana, jak wybuch wulkanów!

Szukałem cię w niebiosach zimnych i otchłannych,

Na miesiącach wieczornych po gwiazdach zarannych,

W szumie drzewnym na wietrze, w modrowodej toni,

W skupisku czarnomiejskiem, w okrutnej symfonji

Skrzypiących wozów wojny po miedzy bezkresnej

I w zadumie milczącej i w ciszy bolesnej...

Byłaś w czerwcu w soczystej migotliwej trawie,

W morzu niebnem witałaś krzyczące żórawie,

Dzwoniącą słonecznicę jarem bezobłocznym

Pędziłaś nad jeziora srebliwem urocznem,

Górnym deszczem po skalnej dźwięczało przełęczy,

Zaręczonej z barwami dwuobręczą tęczy,

Wiewem-śpiewem, zapachem przez ziemię szczęśliwą

Wyciśnięte ustami spijałaś wiośniwo,

Żeby czarem pijaństwa w kielichy dni przelać

Ciemne wino, tłoczone przez rozumną czeladź!

Gdy lasy dni szumiące w pniach drżenie przenikło,

Weszłaś w dom pracą żmudną, znojem, sprawą zwykłą,

Krzątaniem, siejbą, żniwem i gradem i młócką,

I zdobyczą i klęską i znów nędzą ludzką,

Litosnem pocieszeniem, darem miłosiernym,

Najdrobniejszą radością pod niebem bezmiernem!

Patrzałaś na porytą w glebie rowów matnię,

Na złamane przy drodze kolisko armatnie,

Na gruzy miast, na wioski spalone pożogą

I na usta nieżywe, uśmiechnięte błogo

Do ciebie, ach, — do ciebie, — więcej do nikogo...

Widziałaś, jasnowidna, doczesne a wieczne

Przeorania gromadne i wiosny społeczne,

Bujne pędy, zbroczone liściem krwawem, rdzawem,

Jak wrzos września, jak zwiędłe sitowie nad stawem,

Gdy w górze syczał ogień, gdy spadał z pośpiechem,

Gdy huknął pod bugajem echem i wyśmiechem,

Kiedy trzasnął drzazgami w krążeniu zawrotnem,

Przyszło tobie umierać na polu samotnem...

Czerpałaś rozpacz wiedzy po stokroć okrutnej,

Od wszystkich smutków świata jeszcze bardziej smutnej,

Bardziej grzesznej, niżeli wszystkiej ziemi grzechy,

Lecz pełnej przebaczenia, jak pierwsze uśmiechy...

Naumiało cię życie nędzy nielitosnej,

Beznadziei ostatniej i zimy bezwiosnej,

Klątwami, łzami, gniewem w słodkich rymów państwie

Groziło ci po nocach w samotnem wygnaństwie!

Opiła woń fjołków godziną wieczorną

Nad ścierwem ziemi wiała tęsknotą upiorną...

Łamałaś krzykiem wieczór w oczach pełnych zgrozy,

Cięłaś cichcem łańcuchy, szarpałaś powrozy,

Biłaś burzą w brzeg ziemi, biczem ognia smagan,

I obłąkał mi serce natchnienia huragan,

Ażebym był pod mocą szczęsną twego ducha,

Jako motyl, ukryty pod liściem łopucha.

Już mi dzisiaj dzień każdy i każda noc w głębi

Ciebie, najsłabsza siło, sercu dziewosłębi,

Już mnie twoje spojrzenie najsmutniej pociesza,

I morze łez rozdziela, jak laska Mojżesza.

Uderz mnie burzą ognia i oddechem spopiel!

Niźli miałbym przez myszy być zżarty, jak Popiel.

A jeśli sercem życia jestem tobie winny,

Te puste słowa rozwiej jak piasek pustynny,

Lecz, jeśli twoja złuda najczarowniej błądzi, —

Rzucę ciebie pod nogi życiu, które rządzi, —

Lecz, jeśli masz zatruty kwiat słowa na wardze, —

Poezjo! ja twojemi śpiewami już gardzę!...

Nowi bogowie

Witajcie, nowi bogowie! witajcie nowemi czasy!

Apollo przy tkackim warsztacie, Zeus w elektrowni zaklęty,

Atene wielkich przemysłów, sił świeżych pełna i krasy,

Hefajstos w piecach fabrycznych, Neptun pędzący okręty!

Nowy Prometej górników, ogniem podziemnym objęty,

Skały rozdziera torpedą, straszliwe wszczyna zapasy,

Merkury lądem i wodą szumiące przewozi lasy,

I Nike domy wystawia, piętrami w niebo dźwignięte!

Dzieło wytwarza się nowe, poczęte myślą i pracą

I młoty walą w kowadła, turkocą koła zębate,

Ziemię przekształca potęga, goniąca chmury nad światem.

Gwiżdżą syreny zwycięskie, nową religję tłumaczą:

Witajcie nowi bogowie! W dojrzałym zjawieni cudzie!

O, muzo, śpiewaj przemysły! o muzach śpiewajmy, ludzie!

Wisła

O, spracowana szara silna robotnico,

O, pluszcząca falami powszedniemi Wisło!...

Śniade brzegi omywasz, sprawnym służysz przemysłom

Dysząca tonią modrą, pienną tajemnicą!

Poorana wiosłami, kręcisz turbiny wodne,

I czarna woda kipi przy młynach skrzydlatych.

Na grzbiecie dźwigasz statki żaglowne, ładowne,

I krętą wstęgą wiążesz z ziemią morskie światy.

Na żółtych odpłóczyskach stanęły strażnice

Wypatrujące falę, szumną falę przyszłą,

Gdy warsztaty zadudnią, jak pełne tętnice.

Wierna rzeko! tratwami spławna cicha Wisło!

Robocze toczysz pędy i oddychasz blisko

W dzień — bława, w nocy — modra, srebrna — pod księżycem...

Górny Śląsk

Słoje czarnych pokładów, grube żyły kamienne,

Wylęgłe w szybach mrocznej kopalni na Śląsku, —

Stężałe knieje leśne! paprocie tęgopienne!

Torfowiska przed wiekami jeziorne i grzązkie!

Tajemnicze drążone weny podziemne,

Czarny antracyt słońca, łupany w korytarzach,

Krany żelazne w murach wonnych i ciemnych,

Uśmiechy rozkwitające liljami na twarzach!

Wózki wiozą węgiel, wapnem pokropiony,

Górnicy w kopalniach dzwonią w ściany młotami,

W podziemiach lampki płoną, jak lampiony,

I woda chlusta wiadrami, dzbanami,

A na powierzchni — miału czarnego tonny,

Iskrzy się słońce dzienne, jak nieba węgiel dzwonny!

Gdynia

Płyną kupieckie korabie po gęsiach morza spienionych.

Na ciemnobławej powłoce ryją koryta dziobami.

Skarby zasobne przywożą, zdobyte w odległych stronach,

Ciężkie rzucają kotwice w prostej, głębokiej przystani.

Ciżba robocza w pośpiechu, ludzie biegnący, zdyszani,

Krany chwytliwe podnoszą, brzemię zdejmują lewary,

Krążą nad brzegiem parowce, huczą syreny pieśniami,

Pędzą pociągi po dunach, z kraju wywożą towary.

Hej, wy okręty czarowne! domy płynące, ciężarne!

Śrubą wkręcone w żywioły, węglem gorliwym żywione,

Spieszcie z dalekich przestrzeni w przystanie gęste i gwarne.

Płyńcie, wichrami spędzone, płyńcie, wodami wzniesione,

Płyńcie, płyńcie, okręty, w dymy wijące się, czarne,

Ląd nasz powita was śpiewem, rąk trzepocących miljonem!...

Wynalazki

O, tajemnicze ręce, palce niewidzialne,

Obracające motory, krany, dźwignie, okręty!

Pieśni powietrzne! hymny śpiewne i pochwalne,

O, natchnienia, zaklęte w proste mądre sprzęty!

Aparaty codziennie rodzą rzeczy zachwytne,

Promienie przenikają mury, serca i domy!

Holendry latające w żywiołach błękitnych,

Kłębią się pod soczewką wszechświata ogromy.

Żelazne lewiatany szybują w bezmiary!

Rumaki, uniesione na dywanach lotnych!

Instrumentów magicznych niewysłowne czary...

Już góry skaczą w morze mocą ludzkiej wiary,

I zorze wybuchają, jak święte pożary,

Pod spojrzeniami ludzi tęskniących, samotnych.

Przemysły

Chwała nafcie źródlistej płynącej w cysterny,

I węglom, wyciąganym z łona czarnej gleby,

Młynarzowym strumieniom, siłom miłosiernym,

Smugom rodnym, płodzącym zbożne gęste chleby!

Chwała rzeczom, czynionym dla ludzkiej potrzeby,

Maszynom, pełnym trudu, pilnej pracy wiernym,

Tratwie spławnej, okrętom śród nocnej koleby,

Śmigłom, wiosłom i szynom w rozpędzie niezmiernym.

Niech twórczą żarliwością warsztaty zahuczą,

Zaszybują pociągi i zadudnią miasta,

Kiedy wichry natchnienia nowych dzieł nauczą, —

Największa sprawa ducha przed nami urasta,

Już pęcznieje rodzeniem i świeci, jak gwiazda,

I dzieło w niej dojrzewa, jak piorun pod tuczą!

Łódź fabryczna

Warkocze dymów kłębami nad Łodzią czarną płyną,

Robocza kurzawa ulic w niebo uderza ofiarnie,

Czeszą je w górze szczerbate grzebienie wzniosłych kominów,

Wszystkie warsztaty turkocą, palą się wszystkie latarnie.

W kościołach czerwonych fabryk krążą pospiesznie i gwarnie

Pasy szumiące i dźwignie i dyszą płuca olbrzymów,

Spieszą się tkalnie, przędzalnie, wrą kolorowe farbiarnie

Pieśnią twórczego rozpędu, tryskają strofami hymnów!

Kwitnie w motorach i syczy błękitny sen — acetylen,

W południe dzwoni hejnałem tysiąc blaszanych syren,

Na czarnych walcach owite rosną radosną potęgą:

Sukno, alpaga i korty, grube włochate marengo, —

W halach fabrycznych włókniarze stęsknione unoszą twarze,

Przy nabożeństwie warsztatów turkocą maszyn ołtarze.

Jak pracują warsztaty

Fabryka, fabryka wre, wielki obraca się krąg!

Równy, miarowy stuk. Dygoce i dudni dom.

Cicho rozbrzmiewa śpiew, i grają tysiące rąk,

Z szelestem spieszy się pas, spływa w rozpędzie jak prom.

Skłębia się, wije się nić, wypruta nocami snom,

W blasku ziejących lamp rozkwita na wzorach pąk,

Błąka sie wątek wkrąg, zębatym ucieka skrom,

Miedziany uderza łom w syreny dzwoniący gong!

Przędzy urasta wał barwnym dywanem łąk,

Warsztatów grzmiących war żarliwą toczy się grą,

Śruby śród wiru kół zęby o zęby trą...

Rusza się prosty mur — tyle żelaznych rąk,

Z niebios wiszący kran ziemię pierścieniem sprzągł,

Bije tajemny prąd, siły ogromne prą!

Do majstrów

— A jak to się, tramwajarzu, korbą kręci?

— A jak to się, motorniczy, włącza prąd?

Hej, po szynach twa maszyna dalej pędzi,

Ale dokąd, przyjacielu, ale skąd?

— A jak to się wątek łapie, panie majstrze?

Gdy czółenko po osnowie błyska w krąg?

Przy warsztacie stoję, — patrzę, — jak w teatrze,

A ile tu kółek — ząbków, ile rąk?!...

W hucie szklanej, — czy to prawda? — jak na uczcie,

Po świetlicy szkło się jarzy — blask i huk!...

— Hej! pokażcie mi to wszystko i nauczcie,

Żebym z wami cudowności poznać mógł!

Ja tak samo znam osnowę i mam wątek,

Prądy włączam, szkło roztapiam — w wierszach mych!

I dlatego, — zauważcie na początek:

Ze słów moich wstaje ogień, pędzi wichr!

Baterja

Jeżeli razem złożyć cynk i miedź z żelazem

I zanurzyć do kwasu żrącego metale,

Wtedy zygzakiem iskry drgną tajemne fale,

Wywołane z baterji odwiecznym rozkazem.

Tak samo, jeśli wyraz ułożyć z wyrazem,

Zwilżyć krwią i przetopić w najszczerszym zapale

I twardej poddać próbie, jak hartowne stale,

Błyśnie wiersz złotem, cynkiem, miedzią i żelazem.

Magnetycznych pierwiastków bogata rozliczność

Gromadzi moc tajemną, co nagle wytryska.

Prądem płynie do serca poetycka iskra,

Jak elektryczność jasna, drżąca elektryczność...

Zdrada

Przybiegła zdyszana, krzycząc wniebogłosy,

Palacz na dworcu całował białe ręce...

Tysiąc katastrof, szarpanych za włosy,

Włóczył semafor i zabijał w męce.

O, patrz, jak cierpi! płacze i rozpacza,

Klęcząc, upada na ramiona szynom...

Lokomotywo! Kochanko palacza!

Ten czarny człowiek zdradza cię z dziewczyną!...

Oda do wolności

Uciska mnie łapa ciężka, jak dom,

Wrastają we mnie potworne korzenie, —

Gdzie jest, ażeby uderzył, grom

W przestrzenie, w wolne przestrzenie?...

Kiedy mi słówka zdejmują z warg,

Kleszczami ściskają, wtłaczają do skrzyń,

Nie umiem powstrzymać klątwy i skarg:

O, zmoro straszliwa, — zgiń!

Wszystko mi jedno kto depce,

Czyj but mi usta uciska,

Słońca nie będą widzieli ślepce,

Choćby ich grzało zbliska!

Wolności słodka i wściekła!

Burzo straszliwa! grzmiąca jak dzwon!

Z jakiego nieba, z jakiego piekła,

Z jakich powitam cię stron?...

Kto mi twą żagiew rozniesie

Do wszystkich domów i mieszkań?

Która wiosna i która jesień,

I jaka sprowadzi cię ścieżka? — —

Niema cię w żadnych planach,

Niczyje nie spiszą cię pióra, —

Ale przyjdziesz któregoś rana,

Jak do człowieka góra.

Wtedy poznam cię mądrością

Nieruchomych drzew nad wodą, —

Wolności, — tchnąca wolnością!

Wesoła, zielona swobodo!...

Raju, raju stracony,

Co chwila odzyskiwany!

Wietrze wiejący na strony,

Wietrze szczęśliwy, pijany!

Przez chmur, wichrów kołowroty,

Przez mrok, jaki przemoc spiętrza,

Już przebijasz swoje loty,

Wolności żywa, największa!

O, upojna marsyljanko!

Karnawał nad świata kołem!

Pachnąca nie krwią, lecz rumiankiem i macierzanką,

Wolności! do ciebie wołam.

Ahaswer

— Kto jesteś, smutny przybłędo?

Cień twój nad nami urasta.

Owiany ciemną legendą,

Runąłeś na nasze miasta.

Wydany losom na pastwę,

Umęczony ostatnią mordęgą,

To tyżeś, — wieczny Ahaswer?

To tyżeś, — Narodzie-Księgo?

Otwórz swe serce i spojrzyj głęboko,

Powiedz, czyś żywy i czysty,

Czy w piersiach masz duszę Szyloka,

Czy cichą i śpiewną — psalmisty?

Czy to prawda, że wszystko możesz

Za srebrniki, za krew człowieka,

Bo pokazał ci prorok Mojżesz

Nie niebiosa, lecz ziemię zdaleka?

Czy żądzą chciwą przeżarty,

Przepędzany pogardą i biczem,

Jesteś słaby i jesteś martwy

I już ducha nazywasz niczem?

Rozproszony, jak garście piasku,

Świat straciłeś i świata nie masz.

Czy po tobie w różowym brzasku

Nad rzekami płakał Jeremiasz?

Czy przez ciebie, strudzony wielce,

Tamten słuchać kazał i wierzyć,

Kiedy złote stawiałeś cielce,

Żeby w prochu przed niemi leżeć?

Gdzie proroków twoich słowa żywe,

Twoją męką karmione i żalem?

Jak Babylon legła, jak Niniwe,

Utracona twoja Jeruzalem!

Nic nie zrówna się z twoją rozpaczą,

Twego smutku nie ogarną niebiosa!

Stoisz cichy przed murem płaczu,

Jako wdowa nędzna i bosa...

Już swarliwy i już milczący

Nie dojrzałeś, gdzie padła zguba,

Kędy płonie krzak gorejący?

Dokąd sięga drabina Jakóba?

Niech rozgrzeszy cię ból za twe winy,

Niech cię ogień męczarni oczyści, —

Słuchaj! Bóg twój jest Bogiem jedynym

I w miłości i w nienawiści.

— — — — — — — — — —

— — — — — — — — — —

Strudzony tułaczką błędną,

Wróciłem znów na to miejsce;

Ale wszędzie jest tylko jedno:

Moje biedne obłąkane serce...

Słyszę, — płaczą, płaczą za ścianą,

Gdy po nocach, straszony snami,

Budzę się, jakby mnie chciano

Ukamionować klęskami!

Błądzę po świata ogrodzie,

Gorzkie połykam łzy.

A po drogach szarpią mi odzież

I szczekają ogromne psy.

Boję się, boję się psów!

Rzucają się zgrają wściekłą.

Uciekam. Uciekam znów.

Uciekam przez całe piekło!

Najsamotniejszy na świecie,

Z chorem i błędnem sercem,

Wędruję przez tysiąclecia

I wracam znów na to miejsce.

Na zawsze do ciebie się przyznam,

Ziemio, którą niebo przeraża!

W każdym kraju jest moja ojczyzna,

I mam groby na wszystkich cmentarzach!

Wszędzie bliski, wszędzie daleki,

Przechodziłem przez wszystkie drogi.

Już stulecia podniosły powieki,

Patrzą na mnie oczyma trwogi.

Nie umarłem! nie! nie umarłem!

Nie zabiły mnie tortur żelaza!

W serca, w mózgi sercem się wżarłem,

Niewidzialny, jak sen, jak zaraza.

— — — — — — — — — —

— — — — — — — — — —

Pieśń o kuli ziemskiej

Stara ziemio, bryło garbata,

Porośnięta lasami, brodata,

Wyłysiała na stepach, zapłakana wodami,

Dokąd pędzisz pomiędzy gwiazdami?

Kulo pękata, nabrzmiała

Tętnicami gorącego ciała,

Pulsująca drgawkami, roztańczona szeroko,

Ziemio twarda, cierpliwa opoko!

Czyim popchnięta oddechem

Spadasz w otchłanie z pośpiechem,

Biczem wichrem skręcona, lecisz w bezmiar zamknięty,

Głowo-ziemio! łbie wściekły i ścięty!...

Tłumy, jak wszy cię oblazły,

Przerażone, zapatrzone w gwiazdy,

Tłumy białe i czarne, mrowie żółte, bronzowe,

Wichry, sępy, straszliwi bogowie!

Raso biała, Bracie Bladolicy!

W elektrycznej zasiadasz stolicy,

Rządzisz ziemią kulistą, jak maszyną rozpędną,

Nad przepaścią kołowrotną i błędną...

Szybkim działem, niewidzialnym prądem

Rządzisz morzem i wiatrem i lądem, —

O, zdobywco szalony wirującej planety,

Komu kradniesz śmiertelne sekrety?

Wynalazkiem, sposobem, rachunkiem,

Czarem wiedzy, jadowitym trunkiem,

Sięgasz w niebo gwiaździste grzmotem — błyskiem okrutnym,

Ale sam jesteś głodny i smutny...

Tamten Słońce Wschodzące ogarnia,

Cicho świeci, jak żółta latarnia,

W różowego przedświtu kołyszącej się łunie,

Tamten — cichy, jak sen, Sakja-Muni...

Już się budzi żarliwą modlitwą,

Zaczajony, jak człowiek przed bitwą,

Kosookiem spojrzeniem i mądrością zaklętem,

Dzwoni — dzwoni dalekim tętentem...

Bóg murzyński, nagi ludożerca,

Czarnem sercem do czarnego serca

Zmierza cichcem, uderza i przebija oszczepem,

Swojem szczęściem okrutnem i ślepem!

Skacze w górę, okręcony tańcem,

Że z radości stał się obłąkańcem,

Że jest młody śmiertelnie i rozkwita nad ranem

Drzewem chlebnem, kauczukiem, hebanem...

Przed dymiącem na wietrze ogniskiem,

Uśmiechnięty jutrzenki rozbłyskiem,

O, Mustangu Ognisty! Czerwonopióry Sępie!

Z tomahawkiem już czyhasz w ostępie...

Hej, ziemio, ziemio spęczniała!...

Gwiazdo błędna! gwiazdo wspaniała!...

Zanim bombą wybuchniesz, ogniem snów, dynamitem,

Wyśpiewamy cię niebem i świtem!

Do reportera

Reporterze,

Węszący sensację

W tłumie rojnym

Na ulicy gwarnej,

Lubisz spadające samoloty

Kochasz katastrofy pociągów,

Upaja się dech niespokojny,

Pośpiech serc bijących, jak młoty,

Wypadki dnia,

Przeżycia miasta,

Wszystko przed tobą urasta

Jak niewidziane potwory

Z samego dna,

Wypuszczone z klatki historji.

Reporterze,

Szukający wcielonej zmory,

Pragnący wstrząsu,

Który potrafi przerazić,

Wypadki toczą się w glorji

Niezwykłe i niesłychane!

Kochasz bandytę

Z dwoma brauningami w rękach, —

Kiedy salwami strzela w tłum, — —

O, patosie ulicznej gonitwy!

Ciało przechodnia wijące się w mękach...

Wrzawa i szum,

Popłoch modlitwy,

Wygrywanej dzwonkami tramwajów...

Widziałeś sensację — kochankę,

Gdy skoczyła na szyny pod kolej,

Ta ospowata dziewczyna

Bryznęła krwią,

Krew zostawiła plamy,

Jak witrjolej

Na jedwabnej sukience damy.

Detektywie,

Nie szukaj zbrodni,

Nie szukaj dreszczu, który daje moc jej,

Spojrzyj prosto w oczy przechodnia,

A spłoniesz w cudownym podziwie

Nabity dynamitem emocji!

Węszysz krew,

Patrzysz dokoła jak szpieg,

Czuwasz po nocach:

A może się zdarzy!

Patrzaj,

Sensacja czai się przy tobie,

Jak zwierzę liże ci ręce,

Sięga do twarzy,

Błaga o jedno spojrzenie,

Przybywa co chwila więcej,

Tłoczy się nawał sensacji,

Chwytaj!

Czemprędzej chwytaj!

Chowaj po kieszeniach,

Nabieraj do czapki, do ust,

Prędzej, prędzej!

Starczy na miljard nowin,

Na wszystkie gazety świata, —

Wszystko ci powiem!

Patrzaj,

Budują dom,

Gromadzą cegły,

Codziennie rośnie piętro,

Żarliwa robota wre,

Dzieje się powszechne święto!

Wyżej, wyżej!...

Uderzają fale sensacji,

Życie pomaga snom,

Wioną powiewy potężne,

Wiewy niewidzialne i tajne,

Pełni się sprawa żywa.

Tyle cudowności przybywa!

Reporterze! biegnij do redakcji

Drukuj dodatki nadzwyczajne:

— Wybudowali dom!

— Wyszła z warsztatów lokomotywa!

A nocą

Na jasnej fabrycznej hali

Klawikordy maszyn turkocą,

Rosną ogromne bele,

Z chaosu wypływa ład, —

Szalej z radości, szalej!

Wyślij depesze

Na cały świat:

Na warsztatach wczoraj utkali

Tyle i tyle, — —

Rośnie bogactwo

Warstwa za warstwą

W pracy żarliwej,

W kipiącej sile

Trzęsie się powszechne gospodarstwo!

Prędzej, — —

Zakładają kable,

Rzucają mosty,

Rodzą się nowe okręty,

Ucieleśnia się tysiące marzeń.

Tyle radości!

Prędzej, — —

Ukazują się nieczytane książki,

Wynalazki otwierają niebo,

Nie nadążysz filmowi zdarzeń,

Powszechnemu Postępowi Pracy!

Radosną nowiną,

Strofami — hymnami,

Pieśnią wysoką żywą

Rośnie powszechna sprawa,

Słowa czynami płyną,

Twórczość tryska jak lawa, —

O dziwo!

Dziwo!

Inżynier i poeta

INŻYNIER:

Poeto! wreszcie się zastanów,

Za własną duszę pacierz zmów...

Już bliski szum aeroplanów

Zagłusza dźwięki twoich słów.

Kto zechce z tobą w górę gnać

Na skrzydłach marzeń i Pegaza,

Kiedy ten — z glinu i z żelaza, —

Mój rumak nie chce w miejscu stać?

Na wichrze lecę śmigłą racą,

Piję ocean, łykam ląd,

Zwyciężam żywioł, zmieniam prąd

I mocną ręką ster obracam.

Powiedz, czy nie jest bardziej cenne,

Niż twoje chwile zmienne, senne,

To, żeś naprawdę w chmurach znikł?

Ze mną polecisz wolnym sportem

Wygodnie, mięko i z komfortem,

Spływam przed każdym większym portem,

Masz towarzystwo, grację, szyk...

Z nas dwuch — ja zbliżam się do gwiazd,

I ja zakładam stopy w tęczę,

I ja się w twojem słońcu wdzięczę,

Do najpiękniejszych płynę miast.

To wszystko, wszystko jest prawdziwe, Że chwytam wichrów dumną grzywę,

Że z góry patrzę na ten świat,

Że śmierć i życie łączę żartem,

Jak finish z rozpędzonym startem,

Że słowa prawdy niezatarte

W przestworzach kreśli lotu ślad...

A ty? umysłem rozpalonym

Na chwilę sięgniesz w moje strony,

I spadasz grzeszny i znużony,

Żeby na nowo w sercu snuć

Tęsknotę swoją niepokorną,

I burzę uczuć swych upiorną,

I żeby ogniem słowa skuć.

O, ja mam lepsze aparaty,

Które przenoszą myśli wlot.

Ty często pragniesz zdobyć światy,

A trafiasz kulą w płot.

Jak bardzo jesteś niewspółczesny!

Prześciga cię mój pęd bezkresny, —

— — Motocyklopów idzie tłum!

— — Miljarda śmigieł straszny szum!

A nad twą głową smęt bolesny...

POETA:

O, mój daleki krwawy śnie!...

O, moja ciężka winna czaro!...

Prześniłem próżno wszystkie dnie

Goryczą, szczęściem i ofiarą!

Prześniłem noce, przebyłem kres,

Doszedłem szczytów, których nie znam.

Ach, ile łez! ach, ile łez

Okryła skrzydłem przepaść gwiezdna...

Łzy nie pomogą, nie zmoże grom,

Słowo prawdziwe w sercu się pocznie.

Na jakiej skale stanie mój dom,

Mój dom szczęśliwy bezobłocznie?...

INŻYNIER:

O, młodociany entuzjasto!

Rozepnij skrzydła. Podaj rękę.

Fruniemy razem ponad miasto

Oglądać z góry jego mękę.

I my, poeto, dwa mieszczuchy,

Jak romantyczne lecąc duchy,

Ujrzymy piekło, nędzę, nudę,

Zbrodnię i przemoc i obłudę,

I usłyszymy głuchy grzmot.

To wzdłuż, to wpoprzek ponad miastem,

Fruwając z sercem, jak z balastem,

Które obciąża dumny lot...

Zanim poezji zniknie zwid już,

Pamiętaj, że jest prawda szczera.

Lepszy jest Roentgen, niż Owidjusz,

I Pasteur większy od Homera.

Przemija twoja próżna glorja,

Zasługa bierze w świecie prym,

Ja zbudowałem sanatorja

Piękniejsze, niźli rym.

POETA:

Ach, wiersze, wiersze! kto je czyta?

Próżno me serce o nie pyta,

Napróżno pisze tysiąc rąk

Tyle zbytecznych słodkich ksiąg...

O, mój Wergili! mój Horacy!

Ukaż mi swą poezję pracy,

Przemysł, maszyny, rozpęd, szał...

I żartem proszę cię. Wergili,

Pozostań przy mnie od tej chwili,

Żebym się z tobą razem śmiał...

Masz rację, pyszny inżynierze,

Zaproponuję ci przymierze, —

Do ciebie dziś należy świat,

A do mnie, do mnie — ty należysz,

Jeżeli słowom-gwiazdom wierzysz,

Wykwitłym z wczesnych lat...

O, dosyć, dosyć, dosyć wierszy!

Olbrzymie życie wstaje pieśnią nową!

Mów przyjacielu-inżynierze pierwszy,

Do mnie należy Ostatnie Słowo.

Zaczarowana karczma

Pędzi wiater po ściernisku, krzyczy wrona w gnieździe, —

Spotkali się na rozstaju w czartowskim zajeździe...

Czapy czupryn wiater czochra, strzechy izbom ścina, —

Wytoczyli cztery beczki czerwonego wina!

Dno w szklenicach czeskich łyska łezką-centką krwistą,

Karmazynem przezroczystym i delją złocistą...

Hulaj dusza bez kontusza! Kto żyw rusza w pląsy!

W gęstych miodach umaczali zawiesiste wąsy.

Inszy tańczy, inszy chrapie, spity snem, jak bela,

Stołki w drzazgi porąbała srebrna karabela.

Zamiatali piórem izbę, spraszali uprzejmie,

Szumiał wiatr pijany w czubach, jak w szlacheckim sejmie...

Aż tu naraz świsnął piorun, jakby trzasnął z bicza,

W karczmie gościom zrzedły miny, pobladły oblicza,

Ani zwid ich we drzwiach straszy, ani ćmi się zmora, —

— Czołem! czołem! poznajemy, — imć pan Wernyhora!

A witajże, mości panie, witaj nam, serdeczny,

Odrzuć topór małolepszy, katowski, dwusieczny,

W ręce twoje, mociumpanie! rdza nam troskę zżarła,

Są słoninki wonne połcie, jest czem zwilżyć gardła.

A posmakuj, stary-jary, winka, dobrodzieju,

Pomruczymy o dawności, wspomnimy o Reju...

W Nagłowicach wypiliśwa świat onego czasu,

Byli-pili z nami zacni, pił Jan z Czarnolasu...

Hej! bywało w złotej Polszcze, jak przystoi, drzewiej,

Przepomniane łońskie dzieje, wżdy nikt o nich nie wie! —

Siła jadła za stołami, pełne fasy na nie:

Grzybki, rybki, ptaszki, panie, — w śmietanie! w śmietanie!

Z kopereczkiem, z pasternaczkiem, jak się jadać zwykło,

I rydzyki posolone i rosołek z ćwikłą,

Meloneczki, ogóreczki, groszki, ziółka wonne, —

O rozkoszna krotofilo! przypomnienia płonne!...

Furda, ciury! Sto fur beczek z osmętnicą swojską!

Król Jegomość trzosem trząśnie na kwarciane wojsko,

Zafurkocą proporczyki Kyrielejson bitwie, Że libertas non patietur w Koronie i Litwie,

I ad lauream pobiegną chorągwiane hufce, Fundamentum Niepodległej ustanowią mówce...

Żartem coelum obracabat, kiedy pił Kopernik,

Gryząc magno apetito toruniensem piernik...

W kolczej zbroi tysiąc chłopa na Psiem Polu ubić.

Za porohem krasną dziewkę polubić, hołubić,

Świst i Poświst, wichry morskie, wetchnąć piersią mocną, —

Nie uroczą nas puszczyki w boru porą nocną!...

Nie uroczą, nie urzekną ich ślepe źrenice,

Nie rozdziobią kruki-wrony, te czarne lotnice!

Słucha zasię Wernyhora, pode drzwiami słucha,

A za oknem wicher wyje, jęczy zawierucha,

Skrzypią krokwie, niby strzyga, piszczy świerszcz zażarcie,

Jak duszyczka pokutnica, jak chichoty czarcie. Cała karczma idzie kołem, kręci się okrętem.

Owionęło tęgo mrozem, zapachniało smętem,

Czarnym koniem wybębniło, pod oknami prysło,

Potoczyły się ciemności nieskończoną wisłą...

Tirli-tirli na skrzypeczkach śmierć zagrała śpiewnie,

Zawierzbiło fujareczką, wrzasło basem gniewnie, —

I na ustach i na palcach krew pachnie, jak wino,

Zaciążyła chmura czarna czyjąś wielką winą...

Wykrzywiła się ze śmiechu gospodarska gęba, —

Dzisiaj Polsce trzeba krzepy, siły Wyrwidęba!

Niech wybuchną smolne żagwie, co tlą się ponuro,

Niech Wyrwidąb do roboty skoczy z Waligórą!

Basta, basta! gospodarzu, sakramenckie basta!

Zatętnimy czwórką koni po trakcie do miasta,

Do stodoły, do warsztatu, za mostowe przęsła, —

Tam, gdzie siła nas rzuciła i krajem zatrzęsła!

Kary konik niecierpliwy rży, trzaska kopytem, —

Pojedziemy majem-gajem, czerwoniutkim świtem,

Zadzwonimy, dogonimy na rozstajnej drodze,

Jeno świsną bicze z piasku i popuszczą wodze;

A przed karczmą będzie popas, w czartoskim zajeździe, —

Pędzi wiater po ściernisku, krzyczy wrona w gnieździe! —

Ponad karczmą burza szczeka, wichrom wichry grożą,

Tylko śpiewa skowroneczek pod niebieską zorzą!...

Dzień powszedni

Na zawiasach poranku do wieczornej pory,

Otwarty ścieżaj, stoisz, jak wrota obory,

Z której woły robocze pędzą ludzie biedni...

Witaj, pachnący pracą, świeży dniu powszedni!

Już słońce, nad wysokim sufitem ukryte,

Przez szybę, dzwoniąc, ranną składa ci wizytę,

I po nocnej niewiedzy płynnych marzeń sennych

Oddaje władzę dziejom spraw żywych i cennych.

Dzień wysokim pochodem w niebios czapie chmurnej,

Zaprawiony w zawodach, rankiem wszczyna turniej;

Jeszcze cichej melodji szumi przyśpiew długi,

Jeszcze suną po niebie przewlekłe snu smugi,

Gdy dźwigasz się z pościeli i w rozumnym buncie

Bose stopy na twardym dumnie stawiasz gruncie, Pobudką spieszysz myśli, rozkazem gonitwy,

Przebudzony i czujny, już gotów do bitwy.

Rozpoczęte zapasy. Dzień szczękiem oręża —

Gwarem świata uderza, jeszcze nie zwycięża,

Lecz skrada się i zdarzeń pociskami celnie

Napada cię i zranić próbuje śmiertelnie,

Na wątłe bary wtłacza tęgi wór ciężarów,

Pod stopami otwiera nagle ciemny parów,

I w przepaść próżną spycha, lub z uśmiechem dziecka

Znienacka cię urzeka siła dnia zdradziecka!

Znów deszczem siepie w oczy, albo wiatrem parzy, — —

Jak na morzu burzliwem garstkę marynarzy, Gdy czoła rozpalone powiew smutku chłodzi,

Bezwylądnie przepędza w obciążonej łodzi, — —

Tak myśl twą w krętych wirach tłumi huk i zamęt

I w szumie piennym cichnie wołanie i lament...

Już pod pełnią słoneczną wypukłe południe

Praży blaskami bitwę, prowadzoną żmudnie,

Gdy kilofem górnika rąbiesz w odłam skalny,

Który stygnie i spada — czas nieodwracalny,

Albo nożem rozcinasz ciężkich godzin gęstwę, —

Ach, ile sił potrzeba, żeby serce męstwem

I dzień uśmiechem nalać, jak winem łez czystych,

I w końcu zamknąć klamrą, niby rymem dystych,

Pod wieczór dobrotliwy, kiedy serce wierzy!...

O, ciche niebo w oczach! ostatnia wieczerzy!...

Przez bandaże obłoków, które zwilża rosa,

Gwiazd gwoździami pokłute, krwią broczą niebiosa,

Dzień w samo słońce ranny stacza się i spada,

Zamroczona wygląda księżyca twarz blada,

Jak popiół drzew spalonych pod ognistą kulą...

Do zmierzchów zapomnienia godziny się tulą...

Zatrzaśnięto drzwi w górze. Już bitwa skończona.

Pokonany przemocą ogromny dzień kona,

Garściami gwiazdy sieje na zemstę swej klęsce,

Szczęśliwą groźbą jutra raduje zwycięzcę,

Który, wzmocniony walką, niepokorne czoło

Stawia dniom, zaplątanym w nieustanne koło.

Na zakończenie książki

Czytelniku, jeżeliś do końca przeczytał

Tę książkę, która długo i powoli rosła,

Jeśli cię w niej wzruszyło słowo lub myśl wzniosła,

Jeżeliś trudne strofy radośnie powitał, — —

Wiedz: jak lichwiarz, co skrzętnie gromadzi kapitał,

Zbierałem wszelką wartość, służąc ci za posła,

Pragnąc, by książka siłę do walki przyniosła

I treść, o którą cień twój w myśli mnie zapytał.

Piszę o rzeczach prostych i słowa są twarde,

Niosą mi je burzliwe silne fale Wisły...

Patrz w serce! życie tętni! uderzaj oskardem!

Czytelniku! tak swoje pisałem Przemysły.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.