drukowana A5
76.23
Boska Komedia

Bezpłatny fragment - Boska Komedia


Objętość:
689 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0002-1

Wstęp

Julian Korsak urodzony w 1807 r., zmarły w 1855 r., przyjaciel Mickiewicza, poeta i tłumacz, był pierwszym w piśmiennictwie polskim, który przedsięwziął pracę ogromnie trudną i szczęśliwie jej dokonał: jemu zawdzięcza piśmiennictwo polskie pierwszy całkowity przekład jednego z największych arcydzieł poezji, Boskiej Komedii Dantego.

Przekład Korsaka wyszedł w 5 lat po śmierci poety, bo dopiero w 1860 r., w Warszawie, u Orgelbranda. Tłumaczenie Korsaka ma przede wszystkim jedną nieocenioną zaletę — jest ono bardzo jasne, łatwo zrozumiałe i dlatego najodpowiedniejsze, aby pośredniczyć w pierwszym zaznajomieniu się z dziełem, nad którego objaśnieniem od tylu wieków tylu komentatorów łamało głowy. Przy tym zdaniem znawców, poetycznym polotem góruje przekład Korsaka nad przekładem nierymowanym Stanisławskiego, który jako drugi z rzędu tłumacz Boską Komedię oblekł w słowa polskie.

Wydając w „Bibliotece powszechnej” Boską Komedię w przekładzie Korsaka, powtórzyliśmy także wstęp i objaśnienia, jakie się znajdują w wydaniu pierwotnym. Wstęp jednak uczyniliśmy przejrzystszym, opuszczając kilka miejsc mniej ważnych, także objaśnienia i uwagi niektóre skróciliśmy; wszystkie objaśnienia jednak przejrzeliśmy, wiele z nich skracając, zmieniając albo rozszerzając, wiele też dodaliśmy nowych, które nam się wydawały potrzebne. Także tekst przekładu stał się łatwiej zrozumiały wskutek właściwej interpunkcji, gdyż pierwsze wydanie pod tym względem mocno kulało. Również krótkie napisy nad każdą pieśnią powinny się przydać czytelnikom.

O życiu i dziełach Dantego

Dante, a właściwiej zwany Durante (bo pierwsze imię powstało ze zdrobnienia drugiego), urodził się we Florencji 27 maja 1265 roku z ojca Alighieri degli Elisei, wywodzącego ród swój ze starożytnej czystej krwi rzymskiej, uczonego prawnika i sekretarza rządu ówczesnej Rzeczypospolitej Florenckiej, a z matki Donny Belli. Pamiętne w dziejach wypadki otaczały kolebkę poety: krucjata tunetańska; po długim i burzliwym bezkrólewiu wybór na tron rzymskiego państwa Rudolfa z Habsburgu; drugi sobór lugduński; nieszpory sycylijskie; śmierć głodowa Ugolina; Florencja, ojczyzna jego, podzielona na dwa nieprzyjazne obozy stronnictw gwelfów i gibelinów: pierwszych jako stojących w obronie najwyższej władzy Kościoła, niepodległości włoskiej i przywilejów mieszczańskich, drugich jako broniących praw feudalnych i wszechwładztwa rzymskiego cesarstwa. Były to wypadki, które jak chmury i huragany przesuwały się lub huczały po świecie w chwili, gdy pierwsza myśl i uwaga poety obudzały się na świat, w którym miał żyć, działać, cierpieć i śpiewać.

Dante, jak każdy geniusz nadzwyczajny, miał swoją legendę. Bokacjusz, jego biograf, twierdzi, że Donna Bella, matka poety, będąc brzemienną, miała sen dziwny. Przyśniła się jej piękna i zielona łąka, przerżnięta szerokim i jasnym strumieniem; nad brzegiem jego rosło wysokie laurowe drzewo, pod którym urodziła dziecko; dziecko karmiąc się owocami spadłymi z lauru i pijąc wodę z jasnego strumienia, szybko w oczach jej rosło i stało się urodziwym pasterzem, który w chwili, gdy się nachylił ku ziemi, aby podjąć owoc laurowy, przeobraził się w pawia i powstał już ptakiem. Po takim śnie niedługo Donna Bella powiła dziecię i za zgodą męża dała mu na chrzcie świętym, nie bez znaczenia, imię Durante, co po włosku znaczy: trwający, który ma trwać. Brunetto Latini, literat i astrolog, przyjaciel ojca Dantego, wyciągnął dlań horoskop przyszłej jego dziecka wziętości i sławy; bo czytając w gwiazdach zauważył, że w dzień urodzin Dantego słońce stało w konstelacji Bliźniąt, co miało być wróżbą na przyszłość wielkiej cześci dla nowo narodzonego.

Ojciec Dantego umarł w roku 1275; matka jego o niewiele lat śmierć męża przeżyła. W dostatnim spadku po ojcu znalazły się środki starannego wychowania dziesięcioletniego sieroty. Tenże sam Brunetto Latini, o którym nadmieniliśmy wyżej, uczeń Sorbony paryskiej, prawnik, retor, pierwszy tłumacz włoski kilku dzieł Cycerona, autor Skarbca (il tesoro), ówczesnej encyklopedii, i Skarbczyka (il tesoreto), w którym rymował swoje alegoryczne fantazje, człowiek różnostronnego wykształcenia, wezwany był przez matkę poety na jego opiekuna, mentora i nauczyciela. Brunetto Latini za życia i po śmierci Donny Belli sumiennie wywiązywał się z włożonego nań obowiązku. Odgadłszy w uczniu swoim nadzwyczajne zdolności, ogromną pamięć i zmysł pojmowania każdej nauki, różnostronnie rozwijał i kształcił umysł młodzieńca. Uczył go języków, poetyki, filozofii, fizyki, astronomii i nauk politycznych, kształcąc ucznia na przyszłego męża stanu w Rzeczypospolitej Florenckiej. Ulubionymi autorami młodości Dantego byli poeci łacińscy; Wirgiliusza całego umiał na pamięć, którego piękność stylu później sam pisząc naśladował. Tenże sam Brunetto Latini przez Dantego (dowód nieubłaganego a bezstronnego w sprawiedliwości swojej sądu poety, jakim zarazem potępiał swoich przyjaciół i nieprzyjaciół), w jego Boskiej Komedii za grzech, jakim się za życia kalał, wtrącony był do piekła; wszakże jako wdzięczny uczeń poświęcił mu w swej epopei czuły ustęp, wynurzając dlań wdzięczność, że go pierwszy nauczył, jak się unieśmiertelnić.

Najważniejszym z niewielu doszłych do nas szczegółów o młodości Dantego, była jego miłość do Beatrycze. Beatrycze urodziła się we Florencji, w 1266 roku. Ojciec jej, Folko Portinari, zamożny i zacny obywatel florencki, założył szpital przy kościele Santa Maria Novella. Gdyby nie tablica marmurowa, która do dzisiaj znajduje się we wnętrzu budowy tego szpitala, poświadczająca pobożną fundację Folka Portinari i że pobożny fundator miał jedyną córkę imieniem Beatrycze, potomność nie wiedziałaby, z kogo się rodziła, jak dotąd nie wie miejsca jej mogiły. Podczas święta majowego, którym florentyńczycy dorocznie święcili początek swojej pięknej wiosny, Dante zaprowadzony przez ojca na tę majówkę, po raz pierwszy widział, a potem w domu Folka Portinari poznał swoją Beatrycze. Mała różnica wieku i wspólna chęć zabawy dwoje dzieci zbliżyła do siebie; oboje podobali się sobie nawzajem; pierwsza poczynała, gdy drugi rok dziewiąty życia kończył.

Miłość Dantego do Beatrycze zrazu dziecinna, z latami dojrzała w młodzieńczą namiętność: kochał ją czystą, platoniczną miłością przez całe jej życie; śmierć jej w roku 1292 opłakiwał serdecznymi łzami; od tej chwili, jak sam wyraża się energicznie: oczy jego zamieniły się w dwie żądze płaczu. Pierwsza miłość zatliła w nim pierwszą iskrę poetyczną i Dante stał się poetą. Pisał na cześć swojej kochanki wiele sonetów i pieśni. Zbiór ich cały zamknął w ramach pierwszego dzieła swojej młodości pod tytułem: Życie nowe (Vita nuova), o którym niżej powiemy obszerniej.

Dante skończywszy domowe wychowanie pod kierunkiem Brunetta Latini, wyższych nauk uczył się w uniwersytetach bonońskim, padewskim i w Sorbonie paryskiej; potem wstąpił do zakonu franciszkanów (a właściwie tercjarzy), jednakże przed ukończeniem nowicjatu, dość rychło klasztorną sukienkę zamienił na świecką. W roku 1289 pochwycił oręż w obronie zagrożonej niepodległości swojego kraju; w bitwie pod Kampaldino, jako odważny żołnierz, bił się walecznie, a radą swoją przyczyniając się do wygranej, dowiódł, że nie brakowało mu zdolności w sztuce wojennej. Znajdował się osobiście przy wzięciu szturmem zamku Kaprony, gdzie, powiadają, osnuł pierwszą myśl napisania sławnego ustępu w Boskiej Komedii, śmierci Ugolina.

W rok po śmierci Beatrycze ożenił się z Gemmą z domu Donati. Co skłoniło Dantego opłakującego śmierć kochanki do tak nagłego ożenienia się? Rozmaite zdania krzyżują się z sobą: jedni przypisują stroskanemu poecie po tak bolesnej stracie nadzieję złagodzenia cierpień w cichym domowym pożyciu i chęć odrodzenia się przez dzieci; drudzy widokom politycznym w celu spokrewnienia się przez żonę z arystokratyczną familią Donatich, współcześnie wywierającą poważny wpływ na losy rzeczypospolitej florenckiej. Gemma, co po włosku znaczy klejnot, jak widać nie była klejnotem płci swojej; Dante w pożyciu domowym nie znalazł spodziewanego szczęścia. Powiadają, że Gemma była dlań prawdziwą Ksantypą, a mąż znudzony niewieścimi fochami na koniec ją porzucił. Dante z tego związku małżeńskiego miał kilkoro dzieci: dwaj starsi synowie, Piotr i Jakub, stali się godnymi dziedzicami sławy ojca: pierwszy słynął jako uczony prawnik; drugi był sędzią w Weronie i napisał pierwszy komentarz Boskiej Komedii. Gabriel, syn trzeci, umarł małoletnim z grasującej zarazy we Florencji; córka jedyna poety, której Dante przez pamięć swojej kochanki dał na imię Beatrycze, oblekła się w zakonny habit w klasztorze św. Szczepana w Rawennie, a Rzeczpospolita Florencka, gdy z czasem szał jej politycznych stronnictw ochłonął, wynagradzając prześladowanie jej ojca, wyznaczyła dla niej pensję dożywotnią.

Dante, który pierwsze lata swej młodości piękniał ideałem miłości i poezji, gorycze domowego pożycia, jeżeli te były rzeczywiste, słodził uprawą sztuk pięknych, nauką i przyjaźnią. Z natury mając zmysł szeroko rozwinięty do pojęcia i poczucia każdej estetycznej piękności, wolne chwile od ważniejszych zatrudnień poświęcał uczeniu się muzyki i rysunków. Raz odrysował anioła, a w twarzy anielskiej nie jeden ze znajomych poety, widząc ten rysunek, łatwo odgadł podobieństwo do jego kochanki Beatrycze. Współcześni jemu poeci: Guido Cavalcanti, Dante Maiano, imiennik poety, Cino da Pistoia, szczycili się jego przyjaźnią. Muzyk Casella, malarz Giotto, architekt Arnolfo, żyli z nim w przyjaznych i poufnych stosunkach. Tak Dante najpiękniejszą porę swego życia przeżył w zaczarowanej atmosferze artystycznej, w czasie, kiedy wszystkie sztuki piękne jak kwiat z pączka rozwijały się bujnie i kwiecisto pod niebem włoskim, kiedy Florencja budowała pyszne pałace, kościół Świętego Krzyża i katedrę: dziś jeszcze zadziwiające pomniki budownictwa, które przydomek Pięknej jej dały.

Lecz artyzm i nauka nie stały się wyłącznie kapłaństwem duszy poety; uczucie, myśl i słowo nie mogły całkiem jej zapełnić, brakło jeszcze jej — czynu! Dante wpisuje się w listę obywateli florenckich, do korporacji medyków, których wtedy zwano fizykami. Florencja wtedy, jak Rzym dawny, wyzwoliwszy się spod jarzma szlachty, uznała wszechwładztwo ludowe, a obyczajem miast średniowiecznych podzielona była na korporacje, czyli cechy uczone, sztuk i rzemiosł użytecznych. Z tych cechów wybierano losem dwunastu priorów, czyli pierwszych urzędników miasta. Dante wyjątkowo został priorem z wolnego wyboru, w roku 1300, a 35 życia swego. Przez dwa lata uprzednio posłował do rozmaitych wolnych miast włoskich i do zagranicznych dworów monarszych; jak wpierw naukom i sztukom pięknym, z równym zapałem poświęcił się dobru publicznemu, o którym w czasach zaburzeń i kłótni krajowych mało kto myślał. Razu jednego, gdy się wahał, czy przyjmie misję dyplomatyczną, dość drażliwą i trudną do spełnienia, ze szlachetną i zarazem pełną wzgardy dla swoich ziomków dumą zawołał: „Któż więc pójdzie, jeśli ja zostanę, a kto zostanie, jeśli ja pójdę?”.

Rok 1300 gra ważną epokę w życiu poety; w tym roku zaczął pisać nieśmiertelny swój poemat, który nazwał, stosując się do prawideł poetyki Horacego, ze względu na mieszany rodzaj jego stylu, komedią; w tymże samym roku wyniesiony był na urząd prioratu, z którego początek wzięły jego gorycze i przyszłe nieszczęścia. Dante zasiadający w najwyższej magistraturze Rzeczypospolitej Florenckiej niedługo cieszył się jej pozornym pokojem; hydra stronnictw politycznych przez czas jakiś milczkiem pełzająca, podniosła śmiało głowę. Rząd florencki, sam złożony z członków tychże stronnictw, nie miał dosyć siły do powściągnięcia anarchii. Stronnictwa gwelfów i gibelinów po krótkim odpoczynku, spiskując i drażniąc się nawzajem, zabierały się do nowych zapasów, a same waśniąc się między sobą, odszczepieńcami powiększały wzajemnie szyki swych nieprzyjaciół. Stronnictwo gwelfów tryumfujące we Florencji podzieliło się na dwa obozy: możne familie Cerkich i Donatów, rozjątrzane osobistą urazą, zatknęły w nich swoje herbowe chorągwie. Gwelfowie z miasta Pistoi, podobnież rozdzieleni niezgodą, zasłyszawszy o kłótniach florenckich, w znacznej liczbie przenieśli się do Florencji, gdzie tlejące pod popiołem zarzewie niezgodą rozdmuchawszy, dali początek znajomemu w historii przezwisku białychczarnych gwelfów. Plebejusze barwę białą, a patrycjusze barwę czarną przyjęli za godło. Dante, gwelf z tradycyjnych skłonności familijnych, przychylił się do gwelfów białych; lecz gdy stronnictwa zapalone świeżą nienawiścią na przechadzkach i obrzędach publicznych z orężem w ręku ścierały się z sobą, a krew zaczęła płynąć, Dante, urzędnik bezstronny i surowy, brzydzący się bezrządem, naczelników stronnictw wojujących skazał na wygnanie. Biali, w których liczbie był Guido Cavalcanti, osobisty przyjaciel poety, wkrótce powrócili z wygnania, a czarni spiskowali za krajem. Dante pragnąc co prędzej położyć koniec tej wojnie domowej i pogodzić szermujące stronnictwa, pojechał w poselstwie do Rzymu; lecz to posłannictwo już było nie w porę. Bonifacy VIII siedzący na stolicy apostolskiej, widząc Florencję zwichrzoną domową niezgodą, przychylił się do stronnictwa czarnych. Karol, książę francuski, a brat króla Francji Filipa Pięknego, do Włoch przez papieża wezwany dla obrony Sycylii od roszczeń władców aragońskich, teraz na żądanie świętej stolicy, w roku 1301 jako pośrednik z licznym wojskiem wkroczył do Florencji. Lecz książę francuski źle się uiścił z włożonego nań przez papieża obowiązku pośrednictwa. Czarni ośmieleni potężnym wsparciem Karola wrócili do Florencji, wprowadzając za sobą zemstę i niezgodę, a zawładnąwszy sterem rządu, wygnali sześciuset białych; Dante zaocznie skazany był na wygnanie, a potem na karę ognia, jeśliby był schwytanym na ziemi florenckiej; dom jego zrabowano i zniszczono. Dante wieść o zapadłym nań wyroku odebrał w Rzymie dnia 27 stycznia 1302 r.; dusza jego ognista, szlachetna i nieugięta tak dziki wyrok przyjęła z oburzeniem; gwelf wygnany przez gwelfów stał się gibelinem.

Ta nagła zmiana jego wiary politycznej wynikła może z głębokiego poglądu na ludzi i wypadki współczesne; w demokracji ludowej widział słabość i bezrząd, w gibelinizmie, czyli w monarchii powszechnej, porządek i siłę, a w tych obojgu pewną rękojmię przyszłego uspokojenia zwichrzonej stronnictwami Italii. Dante, wygnaniec i tułacz, porwany wirem namiętności politycznych, wiązał się z gibelinami; dwory Scaligierów w Weronie, Malespiny z Lunigiane, Canagrandy della Scala, wygnańcowi poecie w swych gościnnych progach koleją ofiarowały przytułek i pomieszkanie. Obyczaj dworski i duma gibelińskich panów, z którymi nie mógł i nie umiał się zgadzać, często dawały mu uczuć gorycz wygnania, jaką to w Boskiej Komedii tak wyraził: „O jakże jest słonym chleb cudzy! Jak przykrą jest droga, kiedy potrzeba po cudzych schodach wstępować i schodzić!”. Przez księcia Werony, u którego znalazł gościnne schronienie, zapytany: „Dlaczego na jego dworze lada trefniś lub kuglarz więcej wzbudza pociągu i podziwu niźli on, powszechnie uznany za mędrca” wręcz odpowiedział: „Ponieważ podobni lubią podobnych!”. Drażliwy i nieugięty charakter wygnańca poety w jego stosunkach osobistych objawił się zarówno w jego życiu politycznym i w jego tęsknocie powrotu do swego kraju. Miłość czysta i głęboka swej ziemi i swych ziomków często w nim tłumiła osobiste urazy; różnymi drogami starał się powrócić z wygnania oprócz płaszczenia się i pokory. W roku 1304 ze swymi współwygnańcami próbował z bronią w ręku otworzyć drzwi dlań zamknięte ukochanej Florencji. Gdy nadzieje tej wyprawy spełzły na niczym, strzelistą dezwą poczynającą się od słów: Popule mi, quid feci tibi?, chciał poruszyć rozjątrzany na siebie lud florencki do litości nad sobą. Lecz kiedy Florencja ofiarowała mu powrót z wygnania pod warunkiem opłaty kary pieniężnej, odrzucił to z pogardą jako ubliżające jego godności osobistej.

Dante przez lata następne tułał się po rozmaitych miastach włoskich, obnosząc i pokazując wszystkim, jak sam się wyraża, rany swego serca. Lecz w tej ciernistej wędrówce tułaczej podtrzymywały jego siłę moralną nauka i praca, te dwie ziemskie pocieszycielki dusz wielkich a nieszczęśliwych! W tym przeciągu czasu poświęcił się nauce teologii i filozofii. Z żelazną wolą naginając się do różnostronnej pracy, pisał zarazem swoją nieśmiertelną komedię. Była to stała i nierozdzielna towarzyszka jego wygnania. Gdy jej część pierwsza pod napisem: Piekło, szybko rozleciała się po całych Włoszech, odtąd popularność Dantego jako poety rosła bez końca. Lud włoski widząc po raz pierwszy objawionych tyle wzniosłych myśli i obrazów w swoim języku, sam język przez poetę uszlachetniony i podniesiony do najwyższej potęgi słowa i formy poetycznej, chciwie chwytał, przepisywał i uczył się na pamięć wierszy poety, deklamując je po rynkach i ulicach miast swoich. Przerażające obrazy kręgów piekielnych, nakreślone mistrzowskim piórem poety, zapalały żywą i wrażliwą imaginację ludu włoskiego; widział on w tych obrazach kar pozaświatowych odtworzony obraz ziemskiej anarchii demagogicznej, jaka jego miasta i rzeczpospolite wichrzyła. Dante dla ludu włoskiego staje się istotą pośrednią między człowiekiem a duchem; on wie, co się dzieje w piekle, wszystkich potępieńców umarłych, a nawet żyjących zna po imieniu. I tak: gdy poeta chce wywrzeć zemstę na trzech florentczykach, najzaciętszych swych wrogach, nie zabija ich; lecz w swoich wierszach powiada, że ci trzej byli umarli, że ich sam widział w piekle, i że ich ciała na ziemi żyją tylko pozornym życiem ożywionym przez szatanów. Ogromna była popularność i potęga geniusza Dantego, jaką na lud włoski wywierał. Żywe świadectwa tej popularnej potęgi czasami słyszał poeta z ust żyjących nie bez wewnętrznej pociechy. W Weronie przechodząc wedle bramy miejskiej, przy której na ławie siedziały kobiety, posłyszał jak jedna z nich mówiła cicho do sąsiadki: „Patrz, oto człowiek, który kiedy chce zstępuje do piekła i zeń powraca i przynosi wieści na ziemię o potępieńcach”; a druga na to: „Zaiste, co mówisz, powinno być prawdą; czy widzisz, jaką on ma brodę kędzierzawą, a cerę smagłą sczerniałą, jest to ogień i dym piekielny”. Słysząc to Dante, jak mówi Bokacjusz, uśmiechnął się i poszedł dalej.

Z ciekawych szczegółów życia Dantego biografowie jego podają następny: Raz jakiś pielgrzym wszedł do furty klasztornej w Korwo; zadumany i milczący stał długo przed zakonnikami. Jeden z nich zapytał go, czego by żądał i czego przyszedł szukać. Pielgrzym, nie odpowiadając ani słowa, przypatrywał się kolumnom i łukom sklepień klasztornych; zniecierpliwiony zakonnik zapytał go po raz drugi, czego by tu szukał. Wtenczas pielgrzym obracając z wolna głowę i patrząc w oczy zakonnika odpowiedział: „Pokoju!” Uderzony tą wzniosłą odpowiedzią zakonnik, wziął go na stronę i zamieniwszy z nim słów kilka, poznał, że tym pielgrzymem był sam Dante. Widząc głęboko wzruszonego zakonnika, Dante wyjął z zanadrza książkę i uprzejmie mu ją podając, powiedział: „Bracie, oto jest część mojego dzieła, którego może jeszcze nie znasz, przyjmij ją na pamiątkę”. Wziąłem tę książkę, opowiadał zakonnik, a przycisnąwszy ją do serca, przebiegłem ją wobec Dantego oczyma, lecz gdy znalazłem ją napisaną w języku ludowym, nie mogłem ukryć mego zdziwienia, a zapytany, dlaczego się dziwię, odpowiedziałem: „Dziwi mnie nie pomału, że przedmiot tak wzniosły śpiewał w tym języku; bo mi się zdawało rzeczą trudną, a nawet niepodobną, ażeby myśli tak piękne i górne dały się wyrazić mową przez lud nasz włoski używaną”. A on: „Słusznie mówisz, był czas, że ja sam podzielałem twój sposób myślenia; a w chwili, kiedy nasiona do tego dzieła, być może rzucone przez niebo, poczynały kiełkować w mej duszy, wybrałem język najszlachetniejszy i w nim próbowałem sił moich; lecz zważywszy warunki wieku obecnego, że tylu sławnych poetów, piszących w tym języku, dziś nikt nie czyta, a szlachta, dla której pisali, w tych dobrych czasach zaprzątnięta czym innym, uprawę sztuk pięknych ustąpiła plebejuszom, rzuciłem tę słabą lirę, na której przegrywać zacząłem, a nastroiłem drugą, więcej stosowną do ucha współczesnych; bo w chlebie twardym nie smakują usta nowo narodzonych”. Tak rzekł i dodał wiele innych rzeczy pełnych wzniosłego zapału. Ten szczegół z życia poety świeci jako piękna gałązka w wieńcu jego sławy; jest zarazem świadectwem, że Dante pierwszy wyłamał się z więzów panującej wtenczas łaciny, a sam tworząc prawie i kształcąc z języka ludowego język książkowy, pierwszy olbrzymim przykładem rozwój literatur narodowych w Europie przyśpieszył.

Rok 1310 znowu odwołał Dantego od ksiąg i pióra na pole walk i czynu. W tym roku wstąpiwszy na tron cesarstwa niemieckiego, książę luksemburski pod imieniem Henryka VII obudził nadzieje gibelinów włoskich od lat kilkudziesięciu własnym swoim siłom zostawionych. Dante z przekonania politycznego gibelin, a moralnie przekonany, że tylko siła zespolona z porządkiem mogą zdusić hydrę anarchiczną w jego ojczyźnie, wymownym manifestem wzywał nowego cesarza, ażeby z wojskiem wkroczył do Florencji i wygnał z niej triumfujące, a nieprzyjazne pokojowi tej rzeczypospolitej stronnictwo. Nadto, wypracował w języku łacińskim uczoną rozprawę De Monarchia, którą temuż Henrykowi VII przypisał. Dante w tej rozprawie występuje jako żarliwy apologeta monarchii; w niej widzi najdoskonalszą formę rządu, jedyny środek przyśpieszenia cywilizacji naszego globu, pod tarczą i orędownictwem jej władzy, spokojny i stopniowy rozwój wszystkich zarazem woli. Monarchia według pojęć Dantego jest to wszechwładztwo ustanowione w interesie wszystkich, które zniża albo znosi wypukłości społeczne, o ile się te przyczyniają do zniszczenia równości powszechnej. Kościół przez nią jest uznany jako władza boska w swoim początku, a nietykalna. Duchowieństwo i państwo, niepodległe jedno drugiemu, jednak we wzajemnych pomiędzy sobą stosunkach, jedno od drugiego są zależne. Papież jest wasalem czasowym Cezara i świętego rzymskiego państwa, a nawzajem Cezar jest duchowną owieczką świętego Piotra. Tak Dante w swojej rozprawie o monarchii przyjął na siebie trudną rolę pośrednika w sporze od lat z górą dwustu toczącym się między doktorami kościoła a mężami stanu średniowiecznego państwa.

Henryk VII zachęcony wezwaniem gibelinów roił sobie, że triumfalnym pochodem przejdzie przez Włochy do Rzymu i w Lateranie cesarską włoży na głowę koronę. Zebrawszy naprędce wojsko, zajął Lombardię i wkroczył do Toskanii. Lecz Siena, Luka i Florencja polot jego orła wstrzymały; znudzony długim uporem anarchicznych rzeczpospolitych włoskich, zniszczywszy rabunkami żyzne okolice Florencji, od oblężenia tej ostatniej odstąpił. Te przykre doświadczenia Henryka VII najsmutniej zawiodły gibelinów włoskich, z kolei i Dantego. Florencja rozjątrzona na nowo nieśmiertelnemu swojemu wygnańcowi swoje wrota raz na zawsze zamknęła. Odtąd Dante już więcej nie występował w szrankach politycznych.

Polityczne credo poety było wyższe i szlachetniejsze od innych gibelinów i nienawistnych jemu gwelfów. Gdy ci własny interes mając na celu, rozjątrzeni pychą lub zemstą, przyzywali do kraju zbrojnych Niemców i Francuzów, zazdrosny jego patriotyzm wzbudzał podejrzenia zarówno pośrednictwo jednych i drugich. Panowanie obce nad jego krajem przenikało serce jego szlachetną boleścią. W duszy nienawidził Niemców i zarówno Francuzów, a satyrycznym dowcipem piętnował zarówno żarłoczność teutońską, jak i próżność galijską. Lecz wierny swoim zasadom politycznym w osobie cesarza widział naczelnika ludów, nie zaś wyłącznie jednego ludu, przedstawiciela Rzymu królującego nad światem, a tym samym przyrodzonego Włoch protektora.

A tak, przez synowską uległość, poszanowanie dla Kościoła, przez wstręt do zasad i form feudalnych, Dante przechylał się do gwelfów. Teorie zaś monarchiczne i wstręt, jaki czuł do Francuzów, przybliżały go do gibelinów. Lecz ile razy oba te stronnictwa chciały go pociągnąć w wir swych osobistych namiętności i przywiązać doń odpowiedzialność swoich błędów lub zbrodni, śmiało i głośno przeciw nim się oświadczał; surowe jego słowa, jak pioruny na głowy sprawców i współtowarzyszy jego wygnania zarówno spadały, na czarnychbiałych, na gibelinów i gwelfów. Między współczesnymi nie lękał się powiększać liczby swych nieprzyjaciół, aby potomności przekazać imię czyste i niepokalane hańbiącym go wspólnictwem.

Ostatni lat dziesiątek wygnania i życia poety zapełniają szczegóły następne. Dante zrozpaczony niepowodzeniem wyprawy Henryka VII na Włochy, a później nagłą śmiercią tego monarchy, do którego wiązał się ostatnimi nadziejami politycznymi i osobistymi powrotu ze swojego wygnania, zrażony do ludzi i czasu, z którymi i w którym żył i działał, wyłącznie poświęcił się filozoficznym i teologicznym naukom. Przez uczonych współczesnych uznanym był za wielkiego teologa, jak poświadcza pierwszy wiersz nagrobka napisany na jego grobie w Rawennie.

W tym czasie zaiste, jeśli wolno domniemywać, myśl ozdobienia genialnej skroni nowym laurem zaszczytów akademickich duszę poety znękaną troskami i wygnaniem musiała zaprzątać i ożywiać. Jakoż puścił się na uczoną wędrówkę do najpierwszych w średniowiecznej Europie uniwersytetów: zwiedził najpierw Bolonię, a potem Paryż, miejsca, gdzie będąc młodzieńcem, pierwsze światło nauki zaczerpnął. W Paryżu, gdzie niegdyś przy ulicy zwanej Rue de Foarre, siedząc na kulu słomianym z towarzyszami, ten nieśmiertelny uczeń słuchał profesora Sorbony Sigiera, którego z zapomnienia wydobył i kilka wierszy w X pieśni Raju jego pamięci poświęcił, ubiegał się o stopień doktora w wydziale teologicznym. W wielkiej sali uniwersyteckiej, wobec mnóstwa zebranych słuchaczy świeckich i duchownych, Dante otoczony podwójnym majestatem sławy i nieszczęścia, odbył dysputę uczoną de quolibet (o wszystkim, co się komu podoba). Czternastu doktorów Sorbony podało mu czternaście zagadnień rozmaitej treści naukowej do rozwiązania, na które wręcz z pamięci z całą żywością i mocą dowodu i wywodu zwycięsko odpowiedział. Nadto czytał jeszcze uczony wykład trudniejszych miejsc z sumy teologicznej św. Tomasza i z Pisma świętego. Na tym uczonym posiedzeniu jednogłośnie przyznano Dantemu stopień doktora Sorbony paryskiej; lecz z braku pieniędzy na koszta przyjęcia i otrzymania uczonego patentu, drzwi Sorbony, podobnież jak wrota do jego miasta rodzinnego, przed nim się zamknęły.

Tak dla Dantego nauka jak i życie rzeczywiste miały swe gorycze. Bez tytułu uczonego, o który się ubiegał, powrócił z Paryża do Włoch. Walcząc często z potrzebami życia, a nawet z ubóstwem, osiadł w mieścinie włoskiej Gubio, w klasztorze kamedułów, gdzie według podań miejscowych, ostatnią część swej Boskiej Komedii napisał. W tym klasztorze pokazują dotąd ciekawym celę, zwaną celą Dantowską; w tej celi kardynał Ridolfi 1557 r. kazał wmurować w ścianę popiersie marmurowe poety z napisem u spodu: Ad tanti viri memoriam revocandam.

Gwido z Polenty, przyjaciel Dantego od lat młodzieńczych, pod którego dowództwem poeta-żołnierz walczył w sławnej bitwie pod Kampaldino, wezwał go do Rawenny. Dante uprzejmie przyjął to wezwanie, a wiążąc dziwnym zbiegiem wypadków pierwsze wrażenia młodości z ostatnimi wspomnieniami, resztę lat życia spokojnie przepędził pod gościnnym i przyjaznym dachem Gwidona. Z włosem ubielonym troskami i wiekiem, ze zdrowiem styranym życiem gorączkowym i ciągle czynnym, Dante jakby jeszcze nie dość zrobił dla swej sławy, na schyłku wieku wypracował dwa dzieła, pierwsze: Convito (biesiada), w którym spisał wszystkie systematy filozofów starożytnych i współczesnych, ażeby, jak sam powiada, chleb arcyrzadki nauki zrobić chlebem powszednim i dla wielu dostępnym; drugie dzieło i ostatnie De Vulgari eloquentia, gramatycznej i filologicznej treści.

W ostatnim roku przed śmiercią swoją Dante, uznając znikomość rzeczy ziemskich, a duchem cały zatopiony w wieczności, czas swój przepędzał na rozmyślaniach i ćwiczeniach religijnych i stygnącą prawie ręką jeszcze psalmy pokutne tercynami zrymował.

Dante umarł w Rawennie dnia 14 września 1321 r. zakończywszy lat pięćdziesiąt sześć i pięć miesięcy. Ręka szlachetnego przyjaciela i dobroczyńcy poety Gwidona z Polenty zapewne zamknęła jego konające powieki. Zwłoki poety w kościele franciszkańskim w Rawennie pogrzebione, leżały długo bez żadnego nagrobka i napisu. Wypadki wstrząsające Rawenną nie dozwoliły Gwidonowi z Polenty, prócz wiotkiego zielonego wieńca z lauru, jaki w dzień pogrzebu poety złożył na jego mogile, zbudować trwalszego pomnika. Dopiero w 1483 r. Bernard Bembo, ojciec sławnego kardynała Piotra Bembo, ozdobił mogiłę poety godnym nagrobkiem.

Dante pośmiertną sławą zapełnił całe Włochy; namiętności czasowe i osobiste, ukołysane żalem po stracie poety, wyrodziły się w miłość dla niego i cześć bez granic. Rawenna z nabożną zazdrością strzegła jego popiołów; na dwukrotne domaganie się Florencji odmówiła ich zwrotu. Ta sama Florencja z dziką zemstą prześladując żyjącego poetę, pozostałe po nim pamiątki otoczyła czcią narodową: dach, pod którym mieszkał, a nawet kamień, na którym lubił siedzieć. Z polecenia rządu florenckiego malarz Giotto wymalował obraz Dantego ubranego w szatę tryumfatora, z wieńcem na skroni, nad jednym z portyków kościoła metropolitalnego, prawie między świętymi patronami miasta. W wieku XV Florencja, Piza, Bolonia i Wenecja pozakładały katedry uczone dla wykładu i objaśnień Dantowskiej Komedii. Pierwsze znakomitości włoskie zajmowały się wykładem i tłumaczeniem tekstu tej nieśmiertelnej epopei.

Dante był wzrostu miernego, chód jego powolny i poważny, twarz długa, pociągła i smagła, nos orli, oczy duże, szczęki wydatne, spodnia warga wystająca naprzód; broda podobnież jak włos na głowie, kędzierzawa i czarna; wyraz twarzy myślący i melancholijny. Moralne rysy charakteru poety, wzniosłe i szlachetne, miały jednak błędy i skazy. Im więcej gdzie jest światła, tam cień bywa mocniejszy.

Dante w pożyciu domowym był łatwy, w przyjaźni wierny i stateczny; towarzystwo kobiet i młodych ludzi rozjaśniało jego czoło zwykle posępne i melancholijne; rozmowa jego pełna myśli wzniosłych, pociągająca, czasami iskrzyła dowcipem i humorem. Lecz wrażliwa czułość jego serca, lubo strzeżona zawsze mu obecną pamięcią Beatrycze, rozpraszała się często na wiele mniej godnych czci jego przedmiotów. Z natury drażliwy i łatwo unoszący się, w starciu się stronnictw politycznych zapalał się gniewem gwałtownym i niepowściągliwym. W sprawach filozoficznych przewidując zarzuty swoich przeciwników, uniesiony gniewem często powiadał: „Nie argumentami, ale raczej sztyletem przystoi odpowiadać na tak płaskie rozumowania”. Raz przechodząc obok kuźni, posłyszał kowala przy kowadle śpiewającego jakąś jego piosenkę; gdy ten zawodząc dzikim głosem, kaleczył nutę i słowa pieśni Dante w gniewie wpada do kuźni, wyrywa z rąk kowala jego robotę i rzuca o ziemię; przelękniony kowal, myśląc, że widzi przed sobą jakiegoś wariata, zapytał: dlaczego psujesz moją robotę? Dante odpowiedział: „Łotrze, ja robię to samo, coś ty mnie zrobił; ty psujesz moją pracę, ja psuję twoją”. Oślarzowi, który idąc drogą śpiewał także jakąś jego poezję, a poganiając osła, między każdą zwrotką lub wierszem pokrzykiwał: Arri! grzmotnął kijem po plecach, mówiąc: „Kłamiesz, słowa Arri nie ma w moich wierszach”. Oślarz, obrażony tak bolesnym przypomnieniem poprawności wiersza, odpowiedział poecie wystawieniem mu języka i pokazaniem figi; poeta w tej chwili musiał się przekonać, że oślarza niepodobna nauczyć estetyki, a szczególnie kijem.

Drobne to anegdotki, ale tym przyjemniej ich się słucha, gdyż zbliżają do naszych pojęć i okazują wśród powszednich okoliczności poetę, którego olbrzymia nadludzka postać przejmuje nas dreszczem czci i podziwu.

Komedia Dantowska, której uwielbiająca ją potomność we dwa wieki po śmierci poety nadała przydomek boska, składa się z trzech części: I. Piekło, napisana między latami 1300 i 1310 albo 1314; II. Czyściec, która powstała 1308--1316 (lub 1318); III. Raj, pochodząca z ostatnich lat życia poety. Boska Komedia należy do nielicznych arcydzieł poetycznych, jakie objawiają się w epokach przedzielonych długimi wiekami, epokach przebudzenia się lub odrodzenia ludzkości na drodze duchowej. Grunt tych epok sprzyjał wrzuconym weń ziarnom myśli ludzkiej, z których wykluwał się zawsze olbrzymi geniusz, co zbiorową myśl ludzką bez kształtu i wyrazu wcielał w swój utwór, nadając jej kształty, żyjące słowo. Poezja w najwyższej potędze swojej jest proroczym widzeniem nieskończoności; ona objawia Stwórcę w stworzeniu, przeznaczenie człowieka doczesne i wieczne. W kolebce swojej namaszcza się charakterem kapłaństwa, plastyczną i popularną mową odsłania tajemnice dogmatów wiary; względnie do formy, w jaką duch się jej wciela, staje się mitologią, teogonią, filozofią.

Wielkie utwory poetyckie z czasów pogańskich miały swoje podróże do nieba, swoje zstąpienie do piekieł i swoich umarłych wskrzeszonych, co tajemnice życia przyszłego opowiadali. Plato mówi, że za jego czasów krążyły podania o pobycie umarłych pozaświatowym. Troisty podział drugiego świata, jaki później zrobił chrystianizm, już wyraźnie rysuje się w tych mglistych i odległych podaniach.

Chrystianizm podnosząc z prochu upadłe przez grzech pierworodny człowieczeństwo, kształcąc po raz drugi pełnego człowieka na obraz i podobieństwo boże, nie tylko oświecał i utwierdzał jego chwiejący się rozum objawioną wiarą, ale zarazem w nim uduchowiał dwie bodaj najpiękniejsze władze jego duszy: czucie i imaginację. Dlatego to tradycyjna wiara wszystkich ludów starożytnych w cudowność nadprzyrodzoną i w chrystianizmie otrzymała prawo obywatelstwa. Pierwsi męczennicy wiary po więzieniach swoich nawiedzani byli widzeniami cudownymi; opowiadania pustelników Tebaidy, mnichów z góry Athos znalazły echo w murach klasztornych zakonników irlandzkich i po celach benedyktyńskich we Włoszech. Wyobraźnia zakonników podniecona życiem ascetycznym, proste opowiadania oprawiała w bogatsze ramy sztuki, nastrajając czasami ton ich suchy do melodii rymu i pieśni. Taką koleją pod opieką i kierunkiem chrystianizmu rozwijała się literatura legendarna.

W Ewangelii św. Łukasza znajdujemy pierwszy zarys legendy w przypowieści o Łazarzu i bogaczu. Bogacz, który jest w piekle, chce posłać gońca do swoich braci jeszcze żyjących z upomnieniem, ażeby się poprawili ze swoich nieprawości, jeżeli pragną uniknąć kar piekielnych, na co mu odpowiedziano: jeżeli nie chcieli oni słuchać prawa i proroków, tym więcej słuchać nie będą człowieka, który by przyszedł z drugiego świata.

W pierwszych pięciu wiekach naszej ery, legenda ma wyłączny charakter łaski i miłosierdzia, stosownie do obyczajów łagodnych i pokory ducha pierwszych chrześcijan. Męczennicy idąc na stos ognisty albo w cyrkach rzymskich na pożarcie przez lwy i tygrysy, konając w męczarniach, błogosławili swoim katom, a w zachwyceniu palcem wskazywali na niebo, jakby tam i swoich oprawców chcieli za sobą pociągnąć. Tym charakterem łaski i miłosierdzia odznaczają się legendy o św. Saturze i św. Perpetui. Ta święta męczenniczka w wigilię swojego męczeństwa przypomniała sobie młodego brata, który przed kilku laty umarł z raka na twarzy. W widzeniu swoim widziała go, jak palony wewnątrz ogniem tej boleści, nadaremnie chciał zgasić trawiące go pragnienie w głębokich wodach czyśćcowych; modliła się długo i gorąco, a następnej nocy brat jej stanął przed nią w całym blasku młodości, ze złotą czarą w ręku, którą w cieniu drzew rajskich czerpał rzeźwiący napój ze źródła nieśmiertelności. Zdało jej się potem, że widziała brata wstępującego po drabinie światła, z wierzchołka której dobry Pasterz doń rękę wyciągał.

Od wieku VI do X, gdy z napływem dzikich ludów z północy na południe powstały pierwiastek barbarzyństwa zaostrzał łagodne rysy pierwotnych chrześcijan, z czasem łaska i miłosierdzie przestały być wyłącznym bodźcem religijnym; dla dzikiej i niezłagodzonej jeszcze religią imaginacji ludowej czuć się dawała potrzeba silniejszego bodźca, jakim była pokuta. Stąd i w legendach tych stuleci panującym jest system pokutujący: dowodem tego z owych czasów jest następująca legenda o czyśćcu świętego Patryka.

Pewien rycerz angielski imieniem Oweins, chcąc odpokutować za swoje grzechy, przedsięwziął odbyć pielgrzymkę do czyśćca. I wziąwszy pielgrzymi kij w ręce poszedł do cudownej groty, niegdyś otwartej za przyczyną modlitwy św. Patryka na wyspie jeziora Dungal. Po długich postach i gorących modlitwach, oświecony radami sąsiednich zakonników, pobożny rycerz przeżegnawszy się, zstąpił odważnie w tę podziemną grotę i wkrótce stanął w miejscu, gdzie były zarazem kary doczesne i męki wieczne. Daremnie pogróżki szatanów usiłują odwrócić go od tej podróży; odważny rycerz nie cofa kroku i na przemian odpychany to naciskany ich zgrają, przebiega przestrzeń mąk niezliczonych. Byli tam grzesznicy przybici krzyżem do ziemi, to opleceni przez ogniste węże i pożerani przez nie; jedni nadzy, wystawieni na wiatry zimowe drżą i zgrzytają zębami od chłodu, drudzy nogami wiszą nad stosami gorejących płomieni, które nigdy nie gasną; jedni uwiązani do koła, które się bez końca obraca, drudzy leżą w głębokich fosach, gdzie wre roztopiony kruszec; inni porwani w powietrze gwałtowną burzą spadają w rzekę, na dnie której stojący szatani długimi żelaznymi krukami tonących przytrzymują. Na środku tej ciemnej jaskini studnia głęboka i ziejąca płomieniem, na przemian pochłania, to wyrzuca dusze przykryte ognistą powłoką. Rycerz poznaje między nimi wielu swoich towarzyszów broni; odwaga jego na koniec słabnie i cały drżący wchodzi na most rzucony nad otchłanią; wąska deska mostu rozszerza się z wolna pod jego stopami, a rycerz przychodzi do drzwi; drzwi się otwierają i przez ich otwór widzi w oddaleniu piękne i wspaniałe ogrody. To Eden stracony przez grzech pierwszego naszego rodzica, zamieszkany w tej chwili przez sprawiedliwych przed ich wejściem do nieba. Ci sprawiedliwi wielkim i wesołym korowodem witają nowego gościa i prowadzą aż do miejsca, z którego mógł widzieć w górze wiekuistą chwałę. Duch Święty zstępuje z nieba i napełnia sobą całe to zebranie. Pobożny rycerz z tej podziemnej podróży powraca oczyszczony.

Cała ta literatura legendarna, która jak pierwszy kwiat uczucia i wyobraźni ludów średniowiecznych rozwinęła się pod wpływem ciepła wiary, ze swoimi obrazami wiekuistej groźby, czasowej pokuty i wiekuistej pociechy, daleko niżej stoi od wzniosłych i proroczych widzeń św. Pawła i św. Jana. Pierwszy, porwany duchem do nieba oglądał w nim rzeczy niewysłowione językiem żyjących; drugi jako orzeł Chrystusowy orlim wzrokiem zmierzył mury nowej Jerozolimy i głębokości otchłani piekielnej. A jako ostateczny koniec końców, wszystkie pomysły legendarne, wszystkie widzenia proroków, cała cudowność chrystianizmu, jak rzeki do oceanu, w treści jednej schodzą się w osobie boskiej jego Twórcy. On sam, dobrowolna i najwyższa ofiara gładząca grzechy świata, raczył zstąpić do piekła, nie w zachwyceniu ducha, ale w rzeczywistości, ażeby zbawił żywych i umarłych.

Dante, dziecko XIII stulecia, urodzony poeta, którego żywą i wrażliwą wyobraźnię, może z kolebki jeszcze, kołysały mamki i piastunki opowiadaniem cudownych legend; wychowany w atmosferze symbolicznej obrzędów katolickich, ukształcony w mistycznej i dogmatycznej szkole pierwszych doktorów Kościoła, św. Bonawentury i św. Tomasza z Akwinu, kreśląc pierwszy zarys swojej Komedii, cykl legendarny do jej formy przyswoił. Geniusz Dantego poczęty w zmierzchu cywilizacji średniowiecznej, nie jest to wszakże: proles sine matre creata. Dante jako wielki zdobywca umysłowy całą mądrość świata starożytnego, legendy średniowieczne, co w nich wyczytał lub o nich zasłyszał, chrześcijańską dogmatykę, filozofię i historię, i co tylko z myśli i uczuć współczesnej mu społeczności podsłuchał, wszystko piórem obrócił na korzyść swojego utworu. Pełne barwy, ale chaotyczne i luźne pomysły legend stopił w jedną całość organiczną, ostre i niewykończone ich zarysy, formą poetyczną złagodził i zaokrąglił; a myśl ich wewnętrzną, suchą i ascetyczną, żywotnym duchem wiary i symbolicznym znaczeniem ożywił we wzniosłych obrazach Raju zapałem, jaskrawą barwą wyobraźni, często się podnosi do niebieskich widzeń św. Pawła; w Piekle malując karzącą sprawiedliwość bożą, wiekuistą boleść grzeszników, a w Czyśćcu czasowe męki pokutujących złagodzone nadzieją obcowania z błogosławionymi; z goryczą zbolałego serca wymiatając na oczy rozwolnienie obyczajów i reguł zakonnych, ostygłość ducha chrześcijańskiego Kościoła członkom i jego naczelnikom, wyraźnie pożycza barw ciemnych od proroka Apokalipsy.

Dante, którego życie było ciągłym bojowaniem, któremu nieobce były miłość, łzy, chwała, wygnanie i słabości wszystkim nam właściwe, przeskakując myślą granice czasu i przestrzeni, wstąpił w duchu do troistego królestwa, złożonego z piekła, czyśćca i raju i od razu scenę swojej Boskiej Komedii rozwinął w nieskończoności. Teraz rzućmy okiem we wnętrze tej bazyliki gotyckiej, przy której budowaniu swoje cegiełki wieki i pokolenia znosiły, do której budowy, jak sam Dante powiada: ziemia i niebo rękę przykładały.

Podania ludowe, być może natchnione przez zjawiska wulkaniczne, umieściły piekło we wnętrznościach naszego globu. Nauka starożytna, przedstawiała to miejsce jako najniższe w świecie, a najdalsze od Empireum. Pismo święte i chrystianizm potwierdziły te podania jako prawdziwe, że dusze, które grzech raz na zawsze od Bóstwa oddalił, żyć muszą jak najdalej od jego pomieszkania. Piekło w Komedii Dantowskiej zachowuje jeszcze ślady wszechmocności boskiej. Zrąb piekielny jeszcze na początku, kiedy nie było rzeczy stworzonych prócz nieśmiertelnych, założyły potęga, mądrość a nawet i miłość; bo słuszna jest, że boleści wieczne są dziedzictwem tych, którzy pogardzili wieczną miłością.

Otchłań piekielna składa się z dziewięciu kręgów, na początku szerszych, potem stopniowo coraz to węższych w miarę, o ile się te zagłębiają na dno otchłani. Krąg pierwszy przyjmuje w swój szeroki obwód dusze tych, co nigdy życiem uczuciowym nie żyli, co przez świat przeszli bez hańby i chwały, aniołów neutralnych między Bogiem a zbuntowanymi aniołami, dusze samolubów! Niżej pod nimi snują się tłumy ludzi, których życie poza obrębem chrystianizmu upłynęło bez winy i skazy, a którym brakło tylko poznania Prawdy lub odwagi służenia Prawdzie. Nieobecność wiekuistej szczęśliwości do której ciągle wzdychają bez nadziei narzuca grubą zasłonę smutku na ich przeznaczenie, które jednak nie jest bez pewnej pociechy i jakiegoś zaszczytu. To jest przedsień piekielna! Cztery następne kręgi zamykają w sobie ofiary niepowściągliwości. Krąg siódmy podzielony na trzy oddziały, zamyka ludzi gwałtownych; w kręgu ósmym, który przegradza dziesięć jam wąskich a głębokich, karany jest fałsz, a w dziewiątym zdrada. Oto w przestrzeni takich ram piekła rozwija się cały dramat boleści fizycznych, moralnych i umysłowych. Boleść poczęta z grzechu zachowuje swój pierwotny charakter i pozostaje złem, gdy nie jest złagodzona pokutą. Lecz cierpienia fizyczne każą nam się domyślać bytności zmysłów, których nawzajem pojąć niepodobna bez ich związku z przyrządzonymi im organami. Otóż, nim zmartwychwstanie powszechne powróci potępionym ich ciało, w którym brukali się za życia, dane są im ciała czasowe; cień i mara sami w sobie, a wszelako podlegli boleściom męczarni; czasami z postaci ludzkich przeobrażają się w kształty potworne, w pełzające węże i gady, w krzaki i drzewa tryskające krwią i mówiące lub w żywe płomienie.

Co tylko jest najpotworniejszego w naturze, okropności, jakie tylko może wymyślić wyobraźnia ludzi, niewysłowiona groza sprawiedliwej zemsty bożej, wszystko to się łączy i zamyka w tych męczarniach. Te męczarnie jeszcze się powiększą, kiedy otwarte groby powrócą umarłych do ich życia bez końca, to jest do śmierci wiecznej; bo im ściślej dusza z ciałem się zespoli, tym żywszą stać się powinna czułość, jako z ich związku wynikająca. Kara potępieńców umysłowo-moralna jest następna: zostawiono im pamięć przeszłości, lecz pamięć występku bez żalu i pokuty jest jeszcze jedną więcej dla nich męczarnią (to zdanie oparte jest na powadze Summy teologicznej św. Tomasza). Brak miłości to ostatnia kara woli występnej. Stąd pochodzi ta wzajemna potępionych nienawiść, wzajemne ich przekleństwa, ta nienawiść siebie samych, nienawiść Boga, któremu bluźnią pośród mąk swoich. Dlatego to przeklinają miejsce, czas i żywot swojego poczęcia; stąd pochodzi ta ich sceptyczna żądza nicości, która nigdy wysłuchaną nie będzie. Namiętności, jakimi wrzeli za życia towarzyszą im i poza grobem; jak niegdyś za życia, równie i teraz chciwi są pochwał, zmysłowych rozkoszy i zemsty. Nie przestając zasługiwać na kary, muszą bez przerwy w nieskończoność je znosić.

Aniołowie strąceni, spadając z wysokości świata duchowego, skazani byli na hańbę przeobrażenia materialnego i obleczeni zostali w ciało (pomysł ten Dantego opiera się na powadze św. Augustyna w dziele jego De Civitate Dei). Jednocześnie nadano im władzę prawie wszechmocną nad naturą, o ile ta jest materią. Burze i pioruny są im posłuszne, na ich skinienie wody nad brzegami wzbierają powodzią; czasami kiedy dusze wymykają się spod ich władzy pastwią się nad zwłokami umarłych. Czarne te duchy wywierają wpływ jeszcze więcej powszechny na przeznaczenie ludzkości, pokusa jest ich arcydziełem; często niebezpieczne drogi nauk i umiejętności zastawione są ich sidłami. Oni otwierają bramę piekielną trzem pożądliwościom, to jest zmysłowej rozkoszy, łakomstwu i pysze jako trzem rodzicielkom wszelkiego grzechu na ziemi. Podobni do czynnych i przemyślnych rybaków, ukrywają hak pod zdradną przynętą i na wędkę łowią chwiejące się wole; czasami pędzą za swoją zdobyczą aż poza grób; zuchwali, nie boją się nawet o nią walczyć z aniołami i z nimi iść w zapasy, jak za dni dawnych!

Kara lub chłosta jest ich drugim posłannictwem: oni panują nad ludem zatraconym w kręgach piekielnych. Tak w przedsieni piekła widzimy w tłumie samolubów tych aniołów niewdzięcznych, którzy podczas buntu w niebiesiech zostali neutralnymi! Tak przez rozpamiętywanie mitologii i poezji pogańskiej, oprócz jednego starca Charona, którego rysów Dante nie zmienił, Minos, Cerber, Flegiasz, Furie, Centaury, Harpie, Gerion, Kakus i Giganci przekształceni są podług pojęć teologii i podań chrześcijańskich i rozstawieni jako stróże kręgów piekielnych. Niepoliczone szatanów legiony snują się po całym piekle i z rozkoszą przypatrują się okropnym scenom. Lecz te wichrzące legiony są niewolnikami jednego pana i swojego zwierzchnika. On, urodzony pierworodnym, a niegdyś najpiękniejszy z duchów, dziś jest wcieloną złą wolą; on, szukający zła wszędzie, od którego wszelka boleść pochodzi, najstarszy wróg ludzkiego rodzaju, bóstwo smutnej i kłamliwej parodii Plutona (Dis), monarcha królestwa łez i męczarni. Stolica i tron jego stoi w lodach, w samym punkcie środkowym ziemi, na dnie otchłani. Wokoło niego szczeblują wszystkie dziewięć hierarchii potępienia, na nim spoczywa cały system grzechowy. Grzech i boleść, które są tym dla dusz umarłych, czym dla ciał jest ich ciężkość gatunkowa, strąciły go w sam punkt środkowy ziemi, do którego ciężą wszystkie ciała mające wagę. Ciążenie powszechne jego otacza, cięży nad nim i zewsząd na niego naciska; zbrodnią jego było chcieć pociągnąć do siebie wszelkie stworzenie, za to karą jest jego dźwigać i czuć na sobie cały ciężar stworzenia.

Czyściec, według pomysłu Dantego, jest to góra dnem pogrążona w oceanie, a wierzchołkiem swoim dotykająca nieba. Budowa jej koniczna podzielona jest na dziewięć części; część pierwsza jest jakby ścianą czyśćcową, gdzie dusze pokutują ze zwłoką czasu zastosowaną do przeszkód, jakie na ziemi spóźniły ich leniwą pokutę. Z kolei następuje siedem sfer czyli kręgów stopniowo coraz to węższych, w miarę o ile się od podnóża tej góry podnoszą. Na tych siedmiu kręgach czyści się siedem grzechów głównych czyli siedem form występnych miłości. Na samym wierzchołku góry, u kresu próby i oczyszczenia, raj ziemski, opustoszały przez grzech pierworodny, roztacza swoje gaje samotne, pod których cieniem dusze oczyszczone i odrodzone piją z dwóch źródeł; z pierwszego zapomnienie swoich błędów, z drugiego przypomnienie swoich zasług.

Melancholijne sfery czyśćcowe zaludniają dusze obleczone w ciała subtelne, ciała widzialne, a jednak niedotykalne, wymykające się z uścisków pragnących je objąć; nie przepuszczają przez siebie światła, a jednakże tak ukształcone, że cierpienia są możliwe w ich wnętrzu i widzialne na zewnątrz. Dlatego to zgotowane są dla nich kary materialne, a wszystkie są stosownym symbolem win i błędów, z jakich się czyszczą; ciężary ogromne naciskają i zginają barki dumnych; włosiennica i ślepota prześladują zazdrosnych; kłęby dymu otaczają skłonnych do wybuchu gniewu; zgrozą przenika upadlająca postawa łakomców i chciwych leżących twarzą do ziemi, w której skarbach zanadto się kochali; głód wychudza twarze żarłoków, a płomień obejmuje rozkoszniaków zmysłowych. Do tych kar łączą się jeszcze inne środki pokutne, których ascetyzm chrześcijański już próbuje i doświadcza w tym doczesnym życiu, a tymi są: rozmyślanie, modlitwa i zeznanie.

Sprawiedliwi cierpiący mimo stan swój smutny, w jakim śmierć ich postawiła, zachowują pamięć życia przeszłego, a jeśli im brakuje wiadomości czasu obecnego, za to mają odsłonioną sobie przyszłość. Dawne ich zdolności, nałogi i skłonności są z nimi w czyśćcu, oprócz nowej do złego pokusy. Dla nich zniknęły ponęty ziemskie z różnicami ziemskimi, których one są koniecznym następstwem. Jeżeli jakieś współczucie przywiązują do rzeczy ziemskich, to chyba tylko przez stosunek wzajemny między nimi a ziemią politowania i modlitwy. Wtajemniczeni we wszystkie tajemnice boleści błagają Boga, ażeby ich nam oszczędził i z naszej strony nawzajem, modlitwy i uczynki pobożne nasze wznoszą się do Boga, skłaniając Go do łaski nad cierpiącymi sprawiedliwymi, których ona skraca pokutę. Sumienie złożone w sercu człowieka dla powściągnienia jego żądz i nadziei, usprawiedliwia w ich oczach kary i boleści jakie tam cierpią; to sumienie usposabia ich do przyjęcia, prawie do ukochania tych mąk ze zmazy grzechowej oczyszczających. Myśl wypełnienia wiecznych wyroków tam gdzie są, szczęśliwe niepodobieństwo grzeszenia odtąd, świetne dziedzictwo, które nie może być dla nich odwleczone aż poza dzień ostatni świata; na koniec miłość, która ich nigdy nie opuszcza, hymny śpiewane w braterskim zjednoczeniu ducha, teksty z Pisma św. przytaczane w ich wzajemnych rozmowach, dni w pokoju bez chmury, noce spędzone pod strażą aniołów; jedność Kościoła, który cierpi z Kościołem wojującym i z tym, który triumfuje: wszystko to są pociechy dostateczne dla oczekujących chwili wyzwolenia. W tej to uroczystej chwili dusza poczuje w sobie zarazem uczucie czystości odzyskanej i wolności swojej na nowo zdobytej; wtedy sama zechce ich doświadczać i rozraduje się swoją chęcią, a wtenczas, kiedy zadrży święta góra i zagrzmią niezliczone wołania błogosławionych, ona się podniesie, unoszona własną wolą ku sferom wiekuistego szczęścia.

W średnich wiekach, kiedy nauka kosmogonii była jeszcze w kolebce, Jerozolima, ten punkt moralny, punkt środkowy odrodzonej ludzkości przez ofiarę świętego krzyża uważana była za punkt środkowy geograficzny stałego lądu zamieszkałego przez ludzi. Od źródeł Ebru do ujścia Gangesu, od lodowatych krańców Norwegii do spiekłych stref Etiopii, ziemia zamieszkała, zajmowała jedną półkulę naszego globu, a morza i oceany drugą. Imaginacja średniowiecznych ludów, rozbudzona cudownością podań, z dawna marzyła jakieś dalekie Atlantydy leżące poza słupami Herkulesa. Legenda o podróży do wyspy bajecznej św. Brandana jeszcze więcej łatwowierność ludową w tym wierzeniu utwierdzała. Te Antypody, te tajemnicze zamorskie lądy, stały się jedyną przystanią imaginacji mistycznych dla żeglujących po nieznanych morzach.

Dante, opierając się na podaniach i pojęciach współczesnych, górę czyśćcową i raj ziemski osadził poza słupami Herkulesa na tajemniczych morzach. Piękna to myśl Dantowska, że miejsce, gdzie się urodzili pierwsi rodzice nasi i przez grzech zgubili swój rodzaj, przeciwległym jest miejscu, gdzie się urodził Bóg-człowiek, ażeby nas zbawić. Tak góra Eden i góra Syjon, stają się dwoma biegunami świata, dwoma krańcowymi punktami, na których spełniły się dwie wielkie rewolucje religijne. Myśl nie mniej piękna, ziemię pierwotną przez grzech pierworodny opustoszałą zaludnić duszami, które tenże grzech pierworodny gładzą przez męki czyśćcowe. Góra czyśćcowa wierzchołkiem dotyka się nieba, u stóp jego roztrącają się wszystkie zamieszki powietrzne, ażeby nie przerywać ciszy i pokoju pokuty; wierzchołek jej otacza czysty eter, w którym ciężkość gatunkowa traci swoją władzę i skąd jest łatwiej ulecieć do nieba.

Dante w budowie zewnętrznej raju, stosownie do karty niebieskiej nakreślonej w astronomicznych księgach Ptolemeusza, która w średnich wiekach jeszcze miała nietykalną powagę, przyswoił współczesne pojęcia astronomiczne do swoich pomysłów. Do ośmiu planet wtenczas znajomych i gwiazd stałych, dla wytłumaczenia powszechnego krążenia ciał niebieskich ze wschodu na zachód, dodano jeszcze sferę dziewiątą, nazwaną: Primum mobile. Wszystkie sfery krążą naokoło dziesiątej sfery najwyższej, to jest: Empireum, otaczającej świat, pomieszkanie Bóstwa, sfery pełnej światła, życia i miłości. Miłość, to ostatnie słowo systemu świata, sprawczyni harmonii sfer niebieskich! Ponad sferami niebieskimi, gdzie się odbywają rewolucje gwiazd, ponad dziewiątym niebem, które wszystkie te sfery w swój wir ogromny pochwycą, znajduje się niebo empirejskie, światło czyste, światło duchowe, pełne miłości, miłości dobra rzeczywistego, źródło wszelkiej radości i słodyczy nad wszystkie słodycze.

Raj, czyli niebo, jest pomieszkaniem wspólnym dusz oczyszczonych próbami życia lub dopełnionej pokuty w czyśćcu. Jeśli poeta przedstawia nam te dusze mieszkające na wysokościach nierównych sfer niebieskich, to jedynie w celu trafienia do pojęcia naszego, ażeby pokazać wyraźniej nierówność ich nagrody zastosowanej do nierówności ich zasług. Dusze te czują sprawiedliwość tej różnicy, a świadomość o niej jest w nich żywiołem organicznym ich szczęśliwości; bo miłość, jaka czyni te dusze szczęśliwymi, wprowadza ich wole w krąg woli boskiej, które w nim toną jak wody w oceanie. Tak pod odmiennymi warunkami każda dusza spotyka kres swojej żądzy, to jest sumę szczęścia, na jaką zasługuje, a z samej rzeczywistości dobrodziejstw wynika cudowny akord hymnu na pochwałę tego, który nagradza.

Podług prawa, jakie się wypełnia w trzech królestwach świata niewidzialnego, dusze błogosławione w zastępstwie czasowej ciał nieobecności, oblekają się w formy widzialne; lecz te formy promienne światłości cudownej, są zastosowane do miary wielkości cnót i zasług, jaka je uwieńcza.

W niebie zaiste organa przestają być niezbędnymi sługami inteligencji; myśl wymienia się bez pomocy słowa, ona już nie zna przeszkód, jakie czas i przestrzeń niegdyś czuć jej dawały; przyszłość jest dla niej jako przeszłość, ona bez trudu zniża się z wysokości niebios aż do poziomego globu, na którym mieszkała. Odtąd wspomnienia ziemskie, a szczególnie święte skłonności, jakie się poczęły na ziemi, nie zacierają się w duszach, które ją opuściły dla pomieszkania lepszego; dusze te rzucają na nas spojrzenia pełne miłosierdzia, służą nam za tłumaczów i posłańców przy tronie Wszechmocnego; na koniec są tą mistyczną drabiną Jakubową, po której wstępuje modlitwa, a schodzi łaska. Lecz są to, że tak powiem, okoliczności podrzędne szczęścia błogosławionych, spojrzyjmy w głąb jego treści. Jeżeli szczęśliwość przypuszcza niepodobieństwo wszelkiej żądzy uprzedniej, ona tylko może objawić się w udoskonaleniu i zadośćuczynieniu zupełnym władz ludzkich. Z tych władz jeden rozum panuje nad wszystkimi, rozum nasyca się tylko rozważaniem prawdy, a wszelka prawda spoczywa w duchu bożym; a więc szczęśliwość zawiera się w oglądaniu Boga. Tam to, w tym zwierciadle ogromnym, wybrani Pańscy w jednej i nieruchomej przeźroczy widzą, co było, co jest i co będzie, widzą nawet pojęcia i żądze przed słowem, które je objawia, przed czynem, który je urzeczywistnia. Ich wzrok zagłębia się w głębokościach tym większych, im większa ich zasługa.

Jednakże przyjdzie dzień, który przerwie tę szczęśliwą jednostajność bytu świętych i wybranych Pańskich; będzie to dzień, w którym w swoje ciała się obleką. Ich osoba powrócona do swojej zupełnej całości przyjemniejszą będzie dla Stwórcy, który nawzajem odmierzy im swoją łaskę z większą obfitością. Jasność ich widzeń powiększy się, jednocześnie wzrośnie zapał wewnętrzny, jaki ich zapala, jednocześnie wytęży się rozpromienienie zewnętrzne, jakie zeń wyniknie. Jak żar w płomieniu, tak zmartwychwstałe ciała wybłysną w swojej nowej aureoli. Wtenczas wezwani do nieśmiertelności zajmą swoje miejsca wiekuiste, rozpocznie się uczta bez jutra!

Postępując za naturą ludzką aż do kresu jej wysokości, na której się przeobraża, dochodzimy na koniec do istot wyższych, a w języku ludowym są to aniołowie. Ich duch bez przerwy zatopiony w stałym widzeniu Prawdy, nie zna zgoła tych kolei niepamięci i przypomnienia, jakie nam są właściwe: łaska oświecająca, na jaką zasłużyli w dzień próby i pokusy, utwierdza ich wolę. Oni są inteligencją, oni są miłością. Nierówni jednak między sobą, dzielą się na trzy hierarchie, z których każda jeszcze podzielona jest na trzy stopnie. Dziewięć chórów aniołów (bo ta liczba, jako z trzech kwadrat, ma swoje tajemnicze znaczenie), porusza dziewięć sfer niebieskich, udzielając im szybkości ruchu stosownej do zapału, jakim same gorą. Lecz ich czyn objawia się chętniej w świecie moralnym; za ich to staraniem ziarna cnoty zasiane wschodzą i kiełkują w duszach. Jeśli w uciechach raju łączą się z błogosławionymi, w czyśćcu ukazują się jako sędziowie, stróże i pocieszyciele sprawiedliwych cierpiących, ich straszne zjawienie się ciemności piekła oświeca, kiedy przychodzą karać zuchwałość szatanów; z nimi podobny bój toczą i na ziemi, gdzie dusz zbawienie lub zatrata jest tych walk owocem.

Stwórca istot duchowych poruszających sfery niebieskie, On, który wszystkie punkty globu pooświecał światłem jednostajnym, do ich orszaku przydał jeszcze jedną istotę duchową, szafarkę wszystkich blasków czasowych, która koleją z rąk do rąk, z familii do familii, z narodów do narodów, dobra tego świata na przekorę przewidzeń i ostrożności ludzkich przeprowadza. Ona obmyśla, sądzi i rządzi z tą samą mądrością, jak inne duchy jej równe; szczęśliwa jak one, toczy sferę daną w jej zarząd, i upodobała sobie w ciągłym ruchu. Ona nie słyszy wyrzekań i klątw miotanych w około niej; ci, którzy powinni by ją chwalić, przecież klną ją imieniem Fortuny.

Jeszcze krok jeden, a już staniemy u kresu przedsięwziętej pielgrzymki duchowej. Lecz ten krok jest bezmierny: od ostatnich wyżyn skończoności aż do nieskończoności; od najwznioślejszych stworzeń aż do ich Stwórcy, jest jeszcze wielka otchłań i potrzeba sił wszystkich zespolonych z sobą rozumu i wiary, ażeby ją przeskoczyć.

Ruch powszechny wszystkich sfer niebieskich i naszego globu każe się domyślać, że jest pierwsza przyczyna, która działa na materię przez atrakcję moralną, że z niej poczęte są wszystkie byty, całe dzieło stworzenia. Boga więc poznajemy przez dowody fizyczne i metafizyczne: Bóg się objawia najwyraźniej, spuszczając niebieską rosę natchnienia na proroków, ewangelistów i apostołów. Jedyny w swojej treści; potęga, mądrość i miłość przyjmują w nim troistą osobowość. On jest duchem, jest środkowym punktem niepodzielnym i zarazem kołem opasującym świat, a sam niczym nieopasany. On jest pierwszą prawdą, za którą wszystko jest ciemnością. On jest dobrocią bez granic i bezwarunkowym dobrem, jest stałym przedmiotem swojej własnej woli, która staje się źródłem i miarą wszelkiej sprawiedliwości; lecz ta sprawiedliwość ma głębokości, jakich dna nie zbada krótki wzrok naszego rozumu. On sam wystarczający sobie w samotności swojej treści, z własnej woli świat stworzył; nie żeby powiększyć swoją szczęśliwość, lecz aby jego chwała rozpromieniona w jego dziełach, sama sobie dała świadectwo. On, zarazem troisty i jeden, wstąpił w czyn. Potęga wykonała to, co mądrość przygotowała, a miłość otworzyła się i objawiła wśród nowych miłości. Forma i materia oddzielne i złączone, jednocześnie, jak z jednego łuku trzy strzały, wyszły z głębokości rodzącej myśli. Istoty form czystych jak aniołowie, same wyżyny świata zajęły; materia zostawiona sama sobie zajęła miejsce najniższe, w środku zaś forma z materią związały się nierozwiązanym węzłem. Wśród niepoliczonych dzieł swoich Bóg najwięcej upodobał człowieka i weń tchnął duszę wolną na swój obraz i podobieństwo. Grzech, skaziwszy to podobieństwo, zniżył człowieka ze stopnia, jaki zajmował we współczuciu swojego Stwórcy. Człowiek sam nie mógł podnieść się z grzechu o swojej sile, potrzeba było, ażeby sam Bóg podniósł go przez miłosierdzie i sprawiedliwość. Bóg uznał w sobie ten ostatni środek za najlepszy: przez sam czyn jego miłości bezmiernej. Przedwieczne słowo przyłączyło do siebie naszą naturę chorowitą, ułomną i upadłą. To najwyższe upokorzenie dało sprawiedliwości nieubłaganej godną jej ofiarę; nigdy od dnia pierwszego do ostatniej nocy świata nigdy nie widziano i widzieć nie będą spełnienia tak głębokiego i tak wspaniałego zamiaru. Lecz odkupienie wypełnia się tylko udoskonaleniem kolejnym pokoleń przechodzących po tej ziemi lub przez ich uwieńczenie koroną chwały. Jest to przedmiot tej opatrzności szczególnej i niepojętej, bądź gdy ich obdarza nierównymi darami, bądź gdy sama posługuje się złem dla triumfu dobra, bądź gdy niewzruszona w swoich wyrokach daje się zmiękczyć modlitwą i zasługą cnoty, bądź gdy sama do siebie pociąga naszego ducha i naszą wolę. Tu Alfa jest zarazem i Omegą; Bóg, który się objawił jako stwórca, jednocześnie stał się szafarzem nagrody. On jest przyczyną, On będzie końcem. Tu poeta, zdało się, powinien był zatrzymać się; tu, zdało się, że obraz myśl zanadto ucieleśni. Lecz geniusz Dantowski przyjął wyzwanie; myśl przedsięwzięła uduchowić obraz: i nigdy może ani wprzód, ani dotąd wyrażenie poetyczne nie wzniosło się do czystości doskonalszej, z śmielszą siłą i potęgą słowa. Niebo było otwarte, punkt światły objawił się, a świecił blaskiem, jakiego żadne oko nie wytrzyma. Najmniejsza z gwiazd, jakie widzimy na tej ziemi, wydałyby się jak księżyc, porównana z tym punktem niepodzielnym. Wokoło tego punktu nieruchomego krąg ognia obracał się tak szybko, że prześcigał krążenie sfer niebieskich. Inne kręgi koncentryczne krąg ten otaczały aż do liczby dziewięciu, coraz to szersze w obwodzie, lecz mniej szybkie w obrocie i mniej czystego blasku. W chwili, kiedy poeta uderzony tym widokiem zawisnął między podziwem a zwątpieniem, głos doń przemówił: „Od tego punktu zależą niebo i cała natura”. Był to Bóg! I w tych kręgach, które się nawzajem pociągały do swojego środka, poznał dziewięć hierarchii istot duchowych, które będąc pociągane miłością, same pociągały świat cały. Byli to aniołowie! Potem, kiedy wzrok poety cudownie wzmocniony, mógł ten punkt przeniknąć, co go na początku olśnił, widział w nim wszystko, wszystkie tajemnice stworzenia zebrane w jednej związce, jakby oprawione w jedną księgę to, co kartami rozrzucone jest po świecie. W tym samym punkcie, w głębokości jego, objawiły się mu trzy kręgi, równe w obwodzie, rozmaite w barwie; drugi jakby był odblaskiem pierwszego, a trzeci jakby ogniem wybuchał z dwóch drugich: to była Trójca! Krąg drugi, im pilniej weń się wpatrywał, nie tracąc pierwotnej barwy, zdało się, malował w swoim środku wizerunek człowieka. Był to symbol wcielenia słowa. I w chwili, kiedy silił się pojąć to cudowne widzenie, poeta poczuciem radości niezwykłej poczuł, że je pojął. W wytężonym wysileniu ducha nie mógł oczu oderwać od punktu, w którym całe szczęście, do jakiego wzdycha żądza ludzka, było zebrane. Chęć jego i wola łagodnie pociągane weszły na końcu w harmonijny ruch powszechnego porządku. Dzieło uświęcenia w nim było wewnętrznie; wszystkie tajemnice odsłoniły się w intuicji bezpośredniej; była to myśl, co w tej chwili wyłączyła z siebie rozumowanie i przypomnienie; był to stan ducha, na opowiedzenie którego nie ma głosu w mowie ludzkiej; było to zupełne uczestnictwo z tą filozofią, jedną rzeczywistą, filozofią świętych i aniołów, która jest w samym Bogu: miłość bez granic, mądrość bez granic!

W skład cyklu ogólnego Boskiej Komedii, jaki już wyłożyliśmy, religijno-poetycznego, wchodzą jeszcze dwa cykle, polityczny i filozoficzny. W cyklu politycznym myśl wewnętrzna dyszy duchem gibelińskim: piekło to anarchia; czyściec to przejście z anarchii do porządku; raj to monarchia boża, typ monarchii imperialnej.

Cykl filozoficzny w poemacie Dantego ma krąg daleko szerszy i wyższego znaczenia.

Dante, żyjąc w czasach burzliwych i sam otoczony ich burzami, jasnowidzeniem swego geniuszu, poza ruchomymi cieniami życia, przeczuł i dostrzegł rzeczywistości nieporuszone. Rozum i wiara wprowadziły go w świat niewidzialny; poprawa moralna samego siebie i całego człowieczeństwa była w nim bodźcem i celem jego pielgrzymki do piekła, czyśćca i raju. Z wysokości drugiego świata spoglądając na rzeczy ludzkie i wypadki ziemskie, odkrywa zarazem ich początek i koniec, waży je i sądzi.

Religia, na łonie której urodził się poeta, nauczyła go obejmować w jednym i tym samym uczuciu braterstwa ludzi wszystkich krajów i czasów; dlatego to jego Boska Komedia jest zarysem historii powszechnej, w niej sąd historyczny odpowiada sądowi ostatecznemu; ludzie i czasy, w jakich oni żyli, występują na jej scenę w świetle rzeczywistym. Cała encyklopedia średnich wieków, umiejętności, nauka, sztuki, wynalazki, obyczaje, aż do najdrobniejszych szczegółów życia powszedniego w jej szerokich ramach miejsce dla siebie znalazły. W Boskiej Komedii, w przeglądzie tej wielkiej galerii żywych i umarłych, nie przepomniał poeta żadnej wielkiej figury historycznej. Poczynając od Adama i patriarchów, Achilles i bohaterowie trojańscy, Homer i poeci, Arystoteles i mędrcy, Brutus i Kato, św. Piotr i Apostołowie, Święci i Ojcowie Kościoła, i cała kolej tych, co nosili z niesławą lub zaszczytem korony lub tiary, aż do Jana XXII, Filipa Pięknego i Henryka VII: wszyscy tam są. W głębokich kręgach piekła, na drodze bolesnej czyśćca, w świetnych sferach raju, zawsze i wszędzie spotykamy człowieka upadłego, pokutującego, przywróconego do godności utraconej: a kiedy w ostatniej pieśni Raju podnosi się ostatnia zasłona i pozwala oglądać Trójcę Bożą: widzimy w jej głębokościach przedwieczne Słowo złączone z naturą ludzką.

Geniusz Dantego, wykarmiony czytaniem Starego i Nowego Testamentu, musiał iść torem symboliki, z jaką spotykamy się w księgach Pisma św. na każdej karcie; osoby, jakie Dante wprowadza na scenę swej Komedii, są rzeczywiste w jego myśli i figuryczne w jego zamiarze. Każda u niego osoba jest ideą wcieloną, ideą i figurą żyjącą; działanie osób wprowadzonych na scenę ściśle jest zastosowane do idei, w imię której działają. Sam Dante o swojej Komedii tak powiada: „Myśl tego dzieła nie jest prosta, ale złożona: pierwsza jest literalną, druga alegoryczną albo moralną. Przedmiotem dzieła literalnie pojętego, jest stan dusz po śmierci; bo to jest punkt, wokoło którego obraca się cały cykl poematu. Pod myślą alegoryczną poeta opisuje piekło tego świata, po którym podróżujemy jako pielgrzymi z wolną wolą grzeszenia lub zasługi; a przedmiotem jest człowiek, o ile przez swoje zasługi lub występki poddanym jest sprawiedliwości bożej nagradzającej i karzącej”.

Symbolizm rzeczywiście jest wewnętrzną treścią, duszą Komedii Dantowskiej; osoby w niej działające ściśle są historyczne. Zboczenie poety z prostej drogi życia, jego cześć szczególna i strzelista dla Maryi Bogarodzicy i dla św. Łucji, niegdyś patronki Syrakuzy, udział, jaki Beatrycze bierze w uczuciach poety, a Wirgiliusz w jego skłonności poetycznej, należą do historii bo są rzeczywiste. Lecz te rzeczywistości są zarazem figurą, symbolicznym znaczeniem. Poeta jest najzupełniejszym wyrażeniem ludzkości, z jej wzniosłymi instynktami, z jej słabościami niewypowiedzianymi. Maryja Bogarodzica, tak czule miłosierna, symbolem jest miłosierdzia bożego, Łucja łaski oświecającej. Beatrycze, która, jak sam wyznaje, za życia podniosła duszę poety nad gniew dusz powszednich, a po swojej śmierci wprowadziła myśl jego w królestwo boże, a która w jego marzeniach młodzieńczych objawiła się mu jako promień piękności boskiej, nie mogła już być dla kochanka poety zwyczajną dziewicą ziemską; stała się dlań istotą duchową i natchnioną, dziesiątą jego muzą, która w średnich wiekach nad całym muz dziewięciu gronem panowała, to jest teologią. Na koniec Wergiliusz w tychże średnich wiekach zjawiający się pod postacią dla nas dziwną i nieswojską, jako posłaniec prawdy religijnej, jako przedstawiciel mądrości starożytnej w świecie pogańskim, w pomyśle poetycznym Dantego staje się symbolem rozumu.

Pierwsze dzieło Dantego, pod napisem: Vita Nuova (Życie nowe), poczęte w osiemnastym roku życia poety, można uważać jako przedmowę do jego Boskiej Komedii. Życie nowe jest to pamiętnik młodzieńczej platonicznej miłości poety, jaką pokochał swoją Beatrycze; złożony z kilkunastu pieśni i sonetów, a każda pieśń, każdy sonet poprzedzony jest opisaniem prozą najdrobniejszych szczegółów z miłości poety, z jego uczuć i wrażeń, a zakończony komentarzem myśli i wrażeń w tych pieśniach i sonetach zawartych. Poeta po śmierci ojca kochanki, Folka Portinari, dręczony myślą czarną, że i Beatrycze musi kiedyś umrzeć, wpadł raz w letarg gorączkowy i widzenia w tym śnie objawione opowiada:

„Anioł stanął przed mądrością bożą: »Panie«, zawołał, »na świecie widzą ludzie cudo żyjące, duszę, której blask przez równie piękną powłokę jej ciała odbija się aż do nas; jest to jedyna piękność, jakiej nam jeszcze braknie w niebiesiech. Niebo, o Panie! Wszyscy święci Twoi, wielkim krzykiem domagają się jej u Ciebie«. Miłosierdzie w tej chwili przemówiło za mną do Boga, a Bóg, który dobrze wiedział, o jakiej duszy była mowa, odpowiedział w tych słowach: »Bądźcie cierpliwi, moi kochani, niechaj jeszcze wasza siostra według miary mojej woli pozostanie na ziemi, gdzie ona pociesza człowieka oczekującego jej straty, a który kiedyś zstąpi do piekła i w nim potępionym powie: Widziałem nadzieję błogosławionych«”.

Tak poeta robiąc Beatrycze przedmiotem zawiści samych niebios, na ziemi przyznaje jej moc cudowną; kiedy idzie ulicą miasta, tłum ludu zabiega jej drogę; każdy przerażony jej nadziemską skromnością, jej pokorą, spuszcza oczy ku ziemi; ona jednym spojrzeniem daje spokój, upokarza dumę, rozbraja zawiść, każe zapominać wzajemne urazy; sam poeta po każdej z nią rozmowie czuje w sobie wewnętrzną poprawę, odchodzi od niej lepszym. Lecz te smutne przeczucia i gorączkowe sny poety, jak przepowiednie prorocze, na końcu się sprawdzają:

„Bóg powołał do siebie świętą dziewicę, chciał, ażeby jaśniała w wiekuistej chwale, pod sztandarem Królowej niebios, której imię zawsze ze czcią szczególną wymawiała w modlitwie. Beatrycze umarła; boleść poety nie ma granic, w obłąkaniu myśli zawiadamia wszystkich książąt ziemi o swojej stracie; w zgonie swojej kochanki każe im widzieć przepowiednię zagrażającą przyszłości świata; podczas kiedy jego oczy leją łzy bez przerwy, zmieniają się w dwie żądze płaczu”.

Potem, kiedy czas złagodził boleść kochanka, Beatrycze, piękniejsza niż była za życia, objawia się w jego pamięci, promienna i nieśmiertelna! Ona w nim żyje nowym życiem, powraca mu światło i natchnienie. Odtąd poczynają się pieśni, w których ją opiewa, jak bez żalu porzuciła to ziemskie wygnanie dla wiecznego pokoju, to święci rocznicę dnia, w którym ona stanęła obok Maryi Panny, w niebie. Ostatnią kartę pamiętników swojego serca kończy w te słowa:

„Po napisaniu ostatniego sonetu nawiedziło mnie cudowne widzenie, w którym widziałem takie rzeczy, że odtąd postanowiłem nic nie mówić o tej niewieście błogosławionej, aż do godziny, kiedy będę mógł godniej o niej przemówić; a teraz usiłuję, ile sił jest we mnie, ażeby ten ślub wypełnić, ona wie o nim! Jeśli się podoba Temu, dla którego i przez którego żyją wszystkie stworzenia, przedłużyć mi jakie kilka lat życia, spodziewam się powiedzieć o niej to, czego jeszcze nikt drugi nie powiedział. A kiedy ślub mój wypełnię, oby się podobało Bogu powołać moją duszę do chwały swojej wespół z ukochaną i błogosławioną Beatrycze, która stoi przed obliczem Boga błogosławionego przez wszystkie wieki!”

Ten krótki wykład pierwszego utworu Dantego wyświeca i historyczny byt Beatrycze i całą czystość miłości platonicznej, jaka natchnęła poetę. Przez tło tego młodzieńczego utworu poety prześwieca wyraźnie zamysł przyszłej apoteozy; Beatrycze i dwoiste znaczenie jej roli w Boskiej Komedii.

Dante swoją Beatrycze, której za jej życia winien był, jak sam wyznaje, poprawę samego siebie, a która po zgonie odrywając jego duszę od ziemi, podniosła ją do ideału chrześcijańskiego, sam będąc uczonym teologiem, zrobił patronką nauki boskiej, a z kolei figurą teologii. W ostatnich pięciu pieśniach Czyśćca Beatrycze jako triumfatorka zjawia się na scenie. Tam chór błogosławionych i ewangelistów pozdrawia ją słowami z pieśni Salomona: Veni sponsa de Libano! Spostrzegłszy Dantego, nazywa siebie po imieniu: Ben, ben son Beatrice. Któż nie odgadnie w tym poetycznym widzeniu, że Beatrycze jest tą mistyczną oblubienicą Salomona, wyobrażającą naukę bożą, czyli teologię!

W przedostatniej pieśni Raju, kiedy Beatrycze siedząca na najwyższym szczeblu róży mistycznej, u stóp Królowej niebios Maryi Panny w chwili, gdy poeta za świętym Bernardem powtarzając słowa jego modlitwy wzywa pośrednictwa Matki Miłosierdzia; kiedy taż sama Beatrycze wespół ze świętymi składa ręce i całym chórem modlą się o przyczynę za nim: w tej uroczystej chwili tajemnicza florentynka staje się patronką i orędowniczką poety.

Znawcy Boskiej Komedii w jej rodzinnym języku najlepiej ocenią ciężkie powołanie jej tłumacza i trudności, z jakimi, że pominę Dantowskie wysłowienie poetyczne, tłumacz ledwo nie na każdej karcie walczyć musiał, ażeby myśl poety, często spowitą zasłoną symbolu lub ideą teologiczną, wyrazić jasno i niebłędnie. Biorąc na siebie ciężar niestosowany może do sił moich, mogłem nie wszędzie sprostać wzniosłemu lotowi orła florenckiego; dość dla mnie będzie stać się w literaturze dobrym przykładem i zachęcić sobą szczęśliwsze pióro do drugiego tłumaczenia Boskiej Komedii, wołając z chrześcijańską pokorą słowami samego Dantego:

Może kto po mnie w potężniejszej mowie

Wymodli, że mu Apollo odpowie.

Piekło

Pieśń I

(Wstęp: Las. Zwierzęta. Wirgiliusz.)

Z prostego toru w naszych dni połowie

Wszedłem w las ciemny; jaka gęstwa dzika,

Jakie w tym lesie okropne pustkowie,

Żyjący język tego nie wypowie;

Wspomnienie gorzkie i zgrozą przenika,

Śmierć odeń gorzką nie więcej być może.

Lecz o pomocach mówiąc dobroczynnych,

Jakie spotkałem, zszedłszy w to rozdroże,

Powiem, com widział, wiele rzeczy innych.

Jak w ten las wszedłem, przypomnieć nie mogę.

Senny, prawdziwą opuściłem drogę.

Ledwo mnie dzika przywiodła drożyna

Pod górę, gdzie się kończyła dolina,

W której mi serce zakrzepło od trwogi.

Podniosłem oczy, wierzch góry wschodzące

W promienie złote ubierało słońce:

Pewny przewodnik nasz na wszystkie drogi.

Wtenczas uciszył strach mój, choć niesporo,

Wzburzone serca mojego jezioro,

Gdy w tę noc straszną ziębiły mnie dreszcze.

I jak tonący, gdy z morza wyskoczy,

Dysząc piersiami rozbit nieszczęśliwy,

Ku niebezpiecznym wodom zwraca oczy,

Podobnie duch mój w ten spacer złowrogi,

Skąd nigdy człowiek nie wychodzi żywy,

Spojrzał za siebie, choć uciekał jeszcze.

Wytchnąwszy trochę zmordowanym ciałem,

Ruszyłem kroku, ale jeszcze stałem

Silnie tą stopą, co była najniżej.

I oto w chwili, gdym postąpił wyżej,

Pantera z góry, pochyłą jej ścianą,

Biegła okryta skórą cętkowaną;

Zwinna i rącza, ile pomnieć mogę,

Tak mi stanowczo zastąpiła drogę,

Że nieraz cofać wstecz musiałem nogę.

Był ranek, słońce wschodziło na niebie,

Mając też same gwiazdy wkoło siebie,

Gdy boża miłość te tak piękne twory

Nowymi pchnęła po raz pierwszy tory.

Poranek, wiosna rzeźwiąca naturę,

Budziły we mnie nadzieję różową,

Że świetną zwierza upoluję skórę,

Choć nie bez trwogi. Gdy przeszła pantera,

Lew szedł naprzeciw i z zadartą głową

Głodowym rykiem grzmiał na paszczę całą,

Zda się powietrze od przestrachu drżało.

W ślad szła wilczyca z wpadłymi bokami,

Jakby żądz wszystkich wyschła suchotami,

Dla której nędzą część świata przymiera.

Przez strach, co na mnie spoglądał z jej oczu,

Czułem się w jakimś bezwładnym omroczu,

Wstąpić na górę straciłem nadzieję.

Jak ten, co w zysku z nałogu podoba,

Gdy przyjdzie strata, los i siebie wini,

Płacze, wszystkimi myślami boleje,

W takiej wilczyca stawiła mnie doli;

Pchnąc mnie przed sobą, powoli, powoli,

W końcu zepchnęła tam, gdzie milczy słońce.

Kiedym w dolinę cofał kroki drżące,

Patrzę, aż jakaś przede mną osoba

Długim milczeniem ochrypiała stoi.

Ledwiem ją zoczył na wielkiej pustyni,

Krzyknąłem: «Błagam, bądź mi litościwym,

Kto jesteś, marą, czy człowiekiem żywym?»

Głos rzekł: «człowiekiem nie jestem, lecz byłem,

Mantuańczycy są rodzice moi,

Pod Julijuszem wszedłem na próg świata,

Późno, ostatnie gdy doliczał lata.

W Rzymie wesoło pod Augustem żyłem,

Gdy bogom fałszu stawiano ołtarze.

Byłem poetą i śpiewałem męża

Z krwi Anchizesa, który przybył z Troi,

Gród Ilijonu, gdy dymił w pożarze.

Lecz ty, czy dawna troska cię zwycięża,

Czemu dojść nie chcesz tej pięknej wyżyny,

Pełnego szczęścia źródła i przyczyny?»

Odrzekłem, wstydem czerwieniąc me czoło:

«Tyżeś Wirgili? Zdroju, co daleko

Tryskasz szeroką poezyi rzeką,

Zaszczycie, światło spółpoetów tylu,

Jam pieśń twą zbadał jak nikt może drugi,

Z wielką miłością i długim mozołem,

Policz to teraz na karb mej zasługi!

Mistrzu! Od ciebie wziąłem piękno stylu,

Co mnie tak wielkim honorem zaszczyca.

Patrz, oto za mną w ślad pędzi wilczyca,

Broń mnie! Patrz, chudą jak wyciąga szyję,

Drżą we mnie żyły, krew pulsami bije».

Widząc mnie we łzach mędrzec tak powiada:

«Inną idź drogą, taka moja rada,

Jeśli chcesz umknąć z tej dzikiej ustroni;

Zwierzę to często podróżnych napada,

Zachodzi w drogę, pożre, gdy dogoni.

Zwierzę to niczym chuci nie ostudza,

W nim nowy pokarm nowy głód rozbudza.

Wiele jest zwierząt, z którymi się para,

I więcej będzie; lecz wilczyca stara

W paszczę brytana gdy przyjdzie, zachrzęści.

Na koniec skona w mękach i boleści.

Ziemia i kruszec głodu w nim nie wzmaga,

Żywi go miłość, mądrość i odwaga;

On między Feltro a Feltrem się zjawi,

Upokorzoną Italiję zbawi,

Dla której prócz tych, co rym nie wylicza,

Umarli Turnus, Kamilla dziewicza.

Podłą wilczycę, jej plemię wszeteczne,

Przepędzi z grodów jego ręka chrobra,

W końcu w triumfie strąci ją do piekła,

Skąd pierwsza zazdrość na świat ją wywlekła.

Teraz ci radzę dla twojego dobra,

Idź za mną, będę twoim przewodnikiem

I przeprowadzę przez królestwo wieczne.

Tam płacz posłyszysz z rozpaczy wykrzykiem,

Tam starożytne ujrzysz potępieńce,

Co o śmierć drugą wołają w swej męce,

I tych, co radzi w płomieniu goreją

Z cichym wytrwaniem, bo żyją nadzieją

Spółobcowania z błogosławionymi;

Chcesz dojść aż do nich i pogościć z nimi;

Tam duch godniejszy wprowadzi już ciebie.

Bo królujący na wysokim niebie

Nie chce, by tacy, co ufają we mnie,

W królestwo Jego wchodzili przeze mnie,

Nieposłusznego Jego wierze świętej.

On świat ma u stóp swojej wielmożności,

Tron Jego twierdzą tam na wysokości,

Błogi, kto w poczet Jego sług przyjęty».

«Poeto!» rzekłem, «wzywam cię na Boga,

Któregoś nie znał, jeśli chcesz, bym zdrowo

Miejsc tych uniknął według twojej rady,

Albo, co gorsze, wilczycy paszczęki:

Prowadź, gdzieś mówił! Moją twoja droga,

Abym oglądać mógł bramę Piotrową

I tych, co cierpią wiekuiste męki».

Duch ruszył naprzód, jam szedł w jego ślady.

Pieśń II

(Dalszy ciąg wstępu: Beatrycze. Łucja.)

Dzień gasnął, wszystko, co żyje na ziemi,

Ukołysane trudy i niewczasy

W czarniawe nocy topiło wezgłowie;

Jam się uzbrajał jeden iść w zapasy

Z drogą, z rzeczami litości godnymi,

Co pamięć moja bez błędu opowie.

O genijuszu, bądź po mojej chęci!

Ty, co pisałeś, com widział, pamięci!

Tu się pokaże twoje uszlachcenie.

«Poeto!» rzekłem, «wprzód osądź, czy mogę

O własnej sile iść w tak wielką drogę?

Ty opowiadasz, jak pomiędzy cienie

Z ciałem, co czułe, mdłe i skazitelne,

Zstąpił Eneasz w państwo nieśmiertelne.

Jeśli wróg złego był nań tak łaskawy,

Myśląc o wielkich skutkach, jakiej sławy

Krew jego będzie w bohatery płodna;

Rzecz ta uwagi wszystkich mędrców godna,

Bo był wybrany w empirejskim niebie

Na ojca Romy i państwa dla siebie.

Wprawdzie zrąb jednej i drugiej budowy

Miastu świętemu za fundament służy,

Gdzie w kolej siedzi następca Piotrowy.

W sławnej przez ciebie tej jego podróży

Już przepowiednie wróżyły prorocze,

Że on zwycięży i płaszcz papieżowy.

Na koniec Paweł, ta urna wyboru,

Był w zachwyceniu ducha wniebowzięty,

Gdzie duch swój ogniem wiary zapłomienia,

Która zasadą jest drogi zbawienia.

Lecz ja dlaczego i po co tu kroczę?

Jam nie Eneasz, jam nie Paweł święty,

Nie jestem godzien takiego honoru,

Straszy mnie zamiar nieroztropnej drogi.

Ty jako mędrzec przyczynę mej trwogi

Lepiej pojmujesz, niż się ja wysłowię».

Jak ten, co w niechęć odpada ze chcenia,

Dla nowej myśli nagle zdanie zmienia

I rzuca zamysł dojrzały w połowie,

Ważąc się w myślach, nagle ostudzałem

Zamiar poczęty z tak wielkim zapałem.

A cień szlachetny: «Zgaduję z twej mowy,

Że ciebie przestrach opanował nowy.

Często gdy trwoga ogarnie człowieka,

Człowiek od czynu wielkiego ucieka.

Jak zwierzę cofa cień widma kłamany.

Aby ci koniec położyć tej trwodze,

Powiem, com słyszał, dlaczego przychodzę,

Co moją litość wzbudziło dla ciebie.

Wśród tych, co nie są ni w piekle, ni w niebie,

Byłem rozkazem niewiasty wezwany,

A ona była tak piękna i święta,

Że ją sam o jej prosiłem rozkazy.

Więcej jak gwiazdy błyszczały jej oczy,

Z ust jej szły pełne słodyczy wyrazy,

Głos jej anielski, dźwięk mowy uroczy:

»Duszo na chlubę Mantui poczęta,

O! której sława przez tak długie lata

Trwa i trwać będzie aż do końca świata!

Wiedz, mój przyjaciel zabłąkał się nocą,

W strachu z pół drogi cofa kroki swoje;

Z wieści powziętych w niebie, ja się boję,

By za daleko nie zbłądził w pustkowie,

Abym za późno nie przyszła z pomocą.

Idź, śpiesz i twojej wymowy ozdobą,

Czym tylko możesz zbawić, całym sobą,

Dopomóż jemu, uspokój mnie w trwodze;

Jam Beatrycze, która, byś szedł, mówię.

Z miejsca, gdzie żądam powrócić, przychodzę,

Miłość aż tutaj przywiodła mnie rada,

Miłość te słowa w moje usta wkłada.

Przed moim Panem gdy stanę na niebie,

Nieraz mi przyjdzie chwalić za to ciebie«.

Ona umilkła, jam począł na nowo:

»Przez ciebie, pani i wszech cnót królowo,

Wyżej w godności człowieczeństwo sięga

Od wszystkich istot w kole niebokręga;

Twój rozkaz taką ma moc, że w tej chwili

Słuchać i spełnić będzie mi najmilej,

Więcej twej chęci otwierać nie trzeba.

Lecz powiedz, czemu schodzisz nieostrożnie,

Bez żadnej trwogi na dno tego środka,

Aż z wysokości bezmiernego nieba,

Gdzie wrócić sercem tęsknisz tak pobożnie«.

»Gdy chcesz do tyla wiedzieć, przyjacielu,«

Rzekła, »opowiem ci w słowach niewielu.

Schodzę tu śmiało, bo mnie zło nie spotka,

Lękać się rzeczy, która drugim szkodzi,

Słuszna, lecz innych lękać się nie godzi.

Ja tak stworzona jestem z łaski Boga,

Mnie nie doścignie waszej nędzy trwoga,

Waszej otchłani płomień i pożoga.

Jest w niebie pełna miłosierdzia Pani

Ona boleje tak nad przeszkodami,

Które usunąć dziś twój trud i praca,

Że niebo łamie sprawiedliwość dla niej.

Ona do Łucji z prośbą się obraca

I mówi do niej: — Twój wierny cię wzywa,

Ratuj, polecam jego twej opiece!

Łucyja czuła na ten głos, ze łzami

Przychodzi do mnie, gdzie duchem szczęśliwa

Przy starożytnej siedziałam Racheli,

I mówi: — Boga pochwało prawdziwa!

Idź, ratuj tego, który cię tak kochał,

Wzniósł się przez ciebie, po tobie tak szlochał:

Czy cię nie wzrusza jego skarga tkliwa?

Nie widzisz śmierci, z jaką on na rzece

Walczy burzliwszej od morskiej topieli?

O! Nie tak szybko pędzi myśl człowieka

Za swoim zyskiem lub od strat ucieka,

Jak ja, gdy ścichła ta strzelista mowa,

Schodzę tu z mego błogiego siedzenia,

Pełna ufności w mądrość twego słowa,

Które zaszczyca ciebie, a słuchacza

Odbitym blaskiem zaszczytu otacza«.

Gdy mówić do mnie w te słowa kończyła,

Błyszczące łzami oczy obróciła,

Przez co chęć skorszą poczułem do drogi.

Oto przychodzę do ciebie z jej woli.

Jam cię zachował od wilczycy srogiej,

Co z pięknej góry cofnęła twe nogi.

Co ci jest? Ochłoń z przestrachu powoli!

Gdzie twoja śmiałość, twoja wola chrobra?

Kiedy w niebiosach twym losem zajęte

Troszczą się tobą trzy niewiasty święte,

Gdy ja ci tyle obiecuję dobra

Jak chłodem nocy kwiatki pochylone,

Gdy ranek słońcem zaświta wesołym,

Ze słońcem swoją podnoszą koronę,

Tak i odwaga do mojego łona

Wstąpiła rzeźwo z strachu otrzeźwiona.

Aż odważony w sobie wykrzyknąłem:

«O litościwa, troszcząca się o mnie!

O dobroczynna dusza twa bez skazy,

Co spełnia świętej tak szybko rozkazy.

Czuję, jak we mnie od słów twoich żaru

Iskrzy się zapał pierwszego zamiaru.

Wspólna chęć nasza, w niej dotrwam niezłomnie.

Pójdę za tobą z sercem niezachwianem,

Tyś moim wodzem i mistrzem, i panem!»

To rzekłszy, w ślady szedłem przewodnika,

A ścieżka była głęboka i dzika.

Pieśń III

(Brama piekielna. Przedpiekle. Tchórze. Celestyn V. Charon.)

«Przeze mnie droga w gród łez niezliczonych.

Przeze mnie droga w boleść wiekuistą,

Przeze mnie droga w naród zatraconych.

Mój budowniczy był wzniosłym artystą,

Sprawiedliwości dna grunt mój dosięga.

Mnie zbudowała wszechmocna potęga,

Mądrość najwyższa, miłość samodzielna.

Przede mną rzeczy nie było stworzonych

Prócz nieśmiertelnych — i jam nieśmiertelna!

Wchodzący we mnie, zostawcie nadzieję

W tych słowach napis na bramie czernieje.

«Dla mnie, o mistrzu, straszna treść jej godła».

Mistrz mówił, jakby świadomy tej strony:

«Tutaj lękliwość wszelka, słabość podła,

Niech zamrą w tobie, tu zbyć je przystoi.

Przyszliśmy w miejsce, gdzie oglądać mamy

Lud nędzny, światła prawdy pozbawiony».

Rzekł i z wesołą twarzą w dłoni mojej

Dłoń swoją złożył, czym ja pocieszony,

Wstąpiłem w progi tajemniczej bramy.

Stamtąd wzdychania, żale i okrzyki

Brzmiały pod niebem bez gwiazd osamiałem;

Słysząc jęk ludzki, zrazu zapłakałem.

Okropne mowy, zmieszane języki

Bólu i gniewu, klask dłoń w dłonie dziki,

Głosy na przemian ostre, to chrypiące

Tworzyły hałas starciem się wzajemnym,

Który złamany na wrzasków tysiące

Wił się w powietrzu nieśmiertelnie ciemnym,

Jak tuman piasku, gdy nim wicher dysze.

Ja, mając zgrozą opasaną głowę,

Mówiłem: «Mistrzu, ach, co ja tu słyszę?

Co za lud cierpi męki tak surowe?»

A Mistrz: «Los nędzny widzisz tych, co cały

Żywot przeżyli bez hańby i chwały.

Ni źli, ni dobrzy, zmieszani wespoły,

Z obojętnymi wśród buntu anioły,

Gdy Bóg zuchwałych strącił w przepaść zguby;

Ni wierni, zdrajcy, tylko samoluby.

Żeby mniej pięknym nie być, tych nędzników

Jako zakały niebo się wyrzekło;

Ich i głębokie nie przyjmuje piekło,

By przez nich dumy nie podnieść grzeszników».

A ja: «Mój mistrzu, powiedz, niech się dowiem,

Jakiej boleści robak ich tak wierci?»

Mistrz mówił: «Krótko na to ci odpowiem:

Dla nich nadziei nie ma drugiej śmierci,

Życie ich ślepe z treści jest tak gminnej,

Że tu zazdroszczą każdej doli innej.

Świat ich zapomniał, gdy zeszli ze świata,

Prawo i łaska takimi pomiata;

Słów o nich szkoda, idź, patrz mimochodem».

Patrzę: chorągiew wciąż kręci się młynkiem,

Snadź, że niegodna odetchnąć spoczynkiem;

Lud za nią długim ciągnie korowodem,

Iżby śmierć mogła, nigdy bym nie sądził,

Zebrać zarazem tylu nieboszczyków:

Poznałem wielu i ów cień, co zbłądził

Wielkim ustępstwem. Pojąłem w tej chwili

Obrzydłych niebu i piekłu grzeszników.

Ci nieszczęśliwi, co żyjąc, nie żyli,

Szli nadzy, szpetnie obnażone ciało

Bez przerwy mnóstwo much i os kąsało.

Krew z ich policzków tryskała kroplami;

Krew spadającą, zmieszaną ze łzami,

U stóp ich głodne robactwo chwytało.

Patrzałem dalej: przybyły lud świeży,

Nad wielką rzeką snuł się wzdłuż wybrzeży.

Więc rzekłem: «Mistrzu, zapytać cię muszę,

Racz mnie oświecić, jakie to są dusze?

I jakie prawo, ile dojrzeć mogę,

Nagli je w dalszą przez tę rzekę drogę?

Po co tak śpieszą, gdzie ich cel podróży?»

A on: «Rzecz cała jasno się wyłoży

Nie wprzód, aż przyjdziem nad brzeg Acheronu».

Odgadłszy z mistrza surowego tonu

Snadź niewczesnego pytania przyganę,

Szedłem, spuściwszy oczy zasromane,

Z silną milczenia wolą aż do brzegu.

Wtem starzec biały w pełnym łódki biegu

Przypłynął do nas i z łodzi wysiada,

I krzyczy: «Biada wam, nędzniki, biada!

Drzwi nieba dla was zamknięte na wieki.

Przybywam, aby na drugi brzeg rzeki

Przewieźć was, duchy, w kraj ognia i mrozu.

A ty, żyjący, co tu zrobisz z nimi?

Tobie nie płynąć między umarłymi».

Widząc, że stoję, rzekł słowy groźnymi:

«W innej przystani idź szukać przewozu,

Do której wcale nie dojdziesz tą drogą.

Aby cię przewieźć, trzeba lżejszej łodzi».

Przewodnik mój rzekł: «Hamuj gniew, Charonie,

Bo tam chcą tego, gdzie, czego chcą, mogą;

Nie pytaj więcej». Na te krótkie słowa,

Gęsto zarosła włosem i surowa

Twarz przewoźnika wnet się wypogadza,

Tylko oczyma wybuch gniewu zdradza,

Które płomienną obrączką obwodzi.

Lecz duchy nagie, stojące na stronie,

Tak okropnymi wylękłe słowami,

Zbladły i dziko zgrzytały zębami;

Bluźniły Bogu i klęły poczęty

Swój żywot, miejsce i czas urodzenia,

Klęły nasienie swojego nasienia;

Potem szlochając, szły na brzeg przeklęty,

Który każdego w progu swej ostoi

Czeka, kto tylko Boga się nie boi!

Charon jak żarem zaognił powieki,

Znak daje, duchów tłoczy się gromada,

Leniwych wiosłem zapędza do rzeki.

Kiedy jesienny wiatr powietrze chłodzi,

Z drzewa pożółkły liść za liściem spada,

Aż nim ostatni liść spadnie na ziemię:

Tak adamowe znikczemniałe plemię,

Jeden za drugim, na znak przewoźnika,

Z stromego brzegu rzuca się do łodzi,

Jak ptak znęcony wołaniem ptasznika.

Po mętnych falach idzie łódź leniwa,

A już, nim jeszcze dojdzie ku brzegowi,

Czekają na nią współwędrowcy nowi.

«Synu mój!» — mistrz się łagodnie odzywa:

«Co w gniewie bożym skończyli swe lata,

Wszyscy tu biegną z wszystkich krańców świata.

Pilno im przebyć Acheronu wody

I tak ich silnie bodzie głos sumienia,

Że tu ich trwoga w żądzę się zamienia.

Duch czysty nigdy nie przechodził tędy;

Jeśliś Charona doznał cierpkiej zrzędy,

Teraz wiesz, jakie miał do niej powody».

Zamilkł, a ciemna błoń drżała wokoło,

Gdy wspomnę, zimny zlewa mi pot czoło.

Wstał wiatr, jaskrawe burzy błyskawice

Wskroś oświeciły tę łez okolicę.

Tracąc przytomność bolałem i bladłem,

I jak zmorzony człowiek snem upadłem.

Pieśń IV

(Krąg I. Niechrzczeni. Bohaterowie, poeci, filozofowie pogańscy.)

Huk tak potężny sen mi spłoszył z powiek,

Chwiałem się cały z wrażeniem niemiłem,

Jak nagle ze snu przebudzony człowiek.

Wstałem i we śnie wypoczętym okiem

Wodziłem wkoło, badając, gdzie byłem.

Byłem nad brzegiem otchłani boleści,

Z której bez końca zgiełk zmieszanej treści

Huczał jękami, westchnieniem głębokiem,

Jako huk grzmotów daleki i długi.

Spojrzałem w otchłań: mglista i głęboka,

Straszliwie ciemna jak ślepota oka.

«Wstąpmy w świat ciemny», przewodnik mój blady

Rzekł do mnie: «Wstąpmy, ja pierwszy, ty drugi».

A ja spostrzegłszy jego twarz zmienioną,

Mówiłem: «Mistrzu! Głowo do porady,

Pocieszycielu, ty, moja obrono,

Gdy ty się boisz, kto się iść odważy?».

A on: «Otchłani męczarnie i bole,

Jęk nieszczęśliwych, co tam jęczą w dole,

Litością w mojej malują się twarzy,

A którą w błędzie ty bierzesz za trwogę;

Idźmy, bo mamy jeszcze długą drogę».

I mnie wprowadził, a sam naprzód kroczył,

W krąg pierwszy, który tę otchłań otoczył.

Tam, ilem słyszał, ile pomnieć mogę,

Nie były skargi, lecz tylko westchnienia,

Od których wieczne powietrze wciąż drżało:

Był to głos jakiś smutku bez cierpienia,

Głos mnóstwa mężów i niewiast, i dzieci.

Mistrz dobry mówił: «Czemu mnie nie pytasz,

Co są za duchy, które okiem witasz?

Chcę, żebyś wiedział, nim pójdziemy dalej.

Grzech i występek tych duchów nie szpeci,

Ale na cnotach choć im nie zbywało,

Chrzest cnót nie święcił, ta brama twej wiary!

A chociaż przyszli na ziemię przed chrzestem.

Oni, jak trzeba, Boga nie kochali.

Z liczby tych duchów oto ja sam jestem!

Za to nieszczęście, nie za grzech, z kolei

Spadła kaźń na nas, a treścią tej kary,

Że pożądamy wiecznie bez nadziei».

Słysząc to, boleść uczułem tajemną,

Bom poznał wielu obecnych przede mną,

Co byli ludźmi wznioślejszego rzędu,

Dziś w sieni piekieł jakby w zawieszeniu.

«Mów», zawołałem: «Mistrzu mój i panie!

Abyś mnie w moim umocnił wierzeniu,

Które zwycięża moc wszelkiego błędu:

Czy nikt z tych duchów o własnej zasłudze

Lub za przyczyną przez zasługi cudze

Nie wstąpił kiedy w niebios pomieszkanie?»

On, który pojął skrytą myśl tej mowy,

Tak odpowiedział: «Byłem tu gość nowy,

Kiedy widziałem, jak wszedł Pan nad pany,

Znakiem zwycięstwa ukoronowany!

On stąd cień wyrwał naszego praojca

I Abla, jego syna, i Noego,

Mojżesza, sługę zakonu bożego;

Abraham, Dawid, Izrael, Rachela

Z potomstwem swoim, w triumfie wesela

Wstąpili za nim do chwały ogrojca!

Wiedz, że przed nimi w tę otchłań z wtrąconych

Zgoła dusz ludzkich nie było zbawionych».

Tak idąc, rzucał mi słowo po słowie,

A szliśmy lasem, lasem duchów, mówię.

Jeszcze byliśmy przy otchłani blisko,

Gdy zmrok tłumiące ujrzałem ognisko,

A idąc dalej, przy blasku płomienia

Spostrzegłem duchy szlachetne z wejrzenia.

«O ty, wszech nauk i sztuki zaszczycie!

Mów, kto są oni i jaka to chwała

Od drugich miejsce osobne im dała?»

A on mi na to: «Gdzie ty pędzisz życie,

Tam o nich dobra sława pozostała;

Przez wzgląd na blask jej, jakim ich otacza,

Łaska ich nieba od drugich odznacza».

Wtem: «Oto jego cień!» głos mnie doleci,

«Wraca, uczcijcie poetę, poeci!»

Na ten głos zamilkł, a od światła strony,

Wprost do nas cztery szły cienie olbrzymie,

Twarz ich ni smutna była, ni wesoła;

«Patrz no na tego», mistrz na mnie zawoła,

«Co z mieczem w ręku idący na przedzie,

Drugich za sobą niby król ich wiedzie.

To Homer, wieszczów książę urodzony!

Za nim Horacy, Owidyjusz trzeci,

Ostatni Lukan; każdy z nich na imię

Jak ja zasłużył, które niegdyś brzmiało.

Patrz, cześć mi niosą: to i dla nich chwałą».

I tak się zeszła księcia piękna szkoła,

Który nad nimi lot pieśni wysokiej

Jeden jak orzeł wznosił pod obłoki.

Zwróciwszy twarze po chwili rozmowy,

Mnie pozdrowili pochyleniem głowy;

Mistrz się uśmiechnął na mój zaszczyt nowy.

Jeszcze doznałem większego honoru,

Bo mnie przyjęli do swojego koła

I byłem szósty z genijuszów chóru.

Tak do ogniska szliśmy gronem całem.

Mówiąc o rzeczach niejednych z zapałem,

O których milczeć tak pięknie w tej chwili,

Jak było pięknie mówić, gdzieśmy byli.

Stał świetny zamek z darniowym tarasem,

Mur siedmiorakim otoczył go pasem,

Strumień okrążał falami bystremi,

Przeszliśmy po nim jak po twardej ziemi:

I przez bram siedem, i z siedmiu mędrcami

Wszedłem na łąkę usłaną kwiatami.

Tam inne cienie snuły się przed nami,

Poważne, z wzrokiem stałym i pogodnym,

Twarze myślące, spokojne ich ruchy,

Mówiły rzadko i głosem łagodnym.

I na tej łące zeszliśmy na stronę,

W miejsce otwarte, trochę podniesione,

Skąd mogłem widzieć wszystkie piękne duchy.

Na trawach świeżej i wonnej zieleni

Stoją i siedzą mężowie wsławieni;

Drżałem z radości, dumny ich widzeniem!

Wkoło Elektry mnóstwo mężów stoi:

Hektor, Eneasz, bohatery Troi,

I Cezar zbrojny sokolim spojrzeniem.

Widziałem z drugiej strony od pagórka,

Pentezyleę i króla Latyna,

Przy nim Lawinia siedzi, jego córka.

Widziałem Bruta, pogromcę Tarkwina,

Lukrecję, Julię, chlubę płci niewieściej;

Jeden Saladyn siedział na uboczy.

Potem widziałem, podniósłszy me oczy,

Mistrza uczonych z powagą na czole.

Siedział w rodzinnym filozofów kole,

Powszechnej hołdem otoczony cześci.

Sokrates, Platon, poważni z wejrzenia,

Najbliższe przy nim zajęli siedzenia.

To liczne grono Demokryt pomnożył,

Podług którego świat przypadek stworzył.

Tales, Empedokl, Heraklit z Zenonem,

Siedzieli głębiej w tym kole uczonem:

Tam był Orfeusz i Dijoskoryda,

Cyceron, Liwiusz, badacze człowieka,

I moralista znajomy, Seneka.

Tam geometrę widziałem Euklida,

Ptolomeusza i Awicenesa,

I Hipokrata, i Aweroesa,

Który napisał komentarz nie lada.

Wszystkich nie zliczę, bo wielkość przedmiotu

Od nich myśl moją porywa do lotu,

A słowa zdążyć za myślą nie mogą.

Wkrótce o dwóch nas zmniejszyła gromada:

Inną mnie powiódł mój przewodnik drogą

Z ciszy powietrza w kraj burz i zamieci

I idziem, idziem, kędy nic nie świeci.

Pieśń V

(Krąg II. Minos. Grzesznicy z miłości. Franczeska z Rimini.)

Wszedłem w krąg drugi, ciaśniejszy, gdzie krzyki

I jęki boleść zaostrza w ton dziki.

Tam straszny Minos z czołem nasrożonym

Patrząc ponuro i zgrzytając wściekle,

Bada i sądzi wchodzące grzeszniki,

Wyroków swoich znak dając ogonem.

Dusza, na której cięży grzechu plama,

Gdy przed nim staje, spowiada się sama.

A on, głęboki znawca wagi grzechów,

Widząc, gdzie miejsce zasłużyła w piekle,

Ile się razy ogonem obwinie,

O tyle szczebli wśród szatańskich śmiechów

Dusza w dół spada w piekielne głębinie.

Wciąż przed nim stoi wielka dusz gromada,

Jedna po drugiej na wyrok pośpiesza,

Mówi i słucha — i wnet w głąb zapada.

Minos, postrzegłszy, że z mym mistrzem wchodzę,

Na chwilę straszne swe sądy zawiesza

I krzyknie ku mnie: «Zuchwały, nim wejdziesz,

Obacz, gdzie wchodzisz, zważ, na kogo liczysz,

Wchód tu szeroki, lecz wstecz nie odejdziesz».

A mistrz ofuknął wzajem: «Co tak krzyczysz?

Nie tobie naszej sprzeciwić się drodze;

Ten mu ją wskazał, który wszystko może,

Co chce. — Dość na tym! Nie wstrzymuj nas dłużej».

Wtem usłyszałem łkania i jęczenia

I wszedłem w miejsce, gdzie mrok nieprzejrzany,

Noc bez żadnego światła i promienia,

A w głębi jego ryczy jakby morze,

Kiedy nim wiatry przeciwne śród burzy

Szamocą, tłuką, aż do białej piany.

Wicher piekielny ciągle się tam sroży,

Porywa duchy, unosi i ciska

O potrzaskanej skały rumowiska,

Gdzie jęcząc, płacząc, bluźnią mocy bożej.

Grzesznicy owi te cierpią katusze,

Co swe zmysłami ścieleśnili dusze.

A jako w jesień, w czas odlotu ptaków,

Gęstymi pułki lecą stada szpaków,

Tak owe duchy wiatr prądem zawiei

Gnał tu i owdzie: i znać z ich wejrzenia,

Że już na wieki pozbyły nadziei

Nie tylko kresu, lecz ulgi cierpienia.

I jak żurawie w powietrznej przestrzeni

Lecą i nucą żałośnie: tak ku mnie,

Jęcząc, gromady nieszczęśliwych cieni

Pędzone wiatrem zbliżały się tłumnie.

«O! Mistrzu!» rzekłem, «I któż są te dusze,

Tak udręczone w ciągłej zawierusze?»

A mistrz: — «Ta pierwsza, co widzisz, po przedzie

Rej chóru duchów na powietrzu wiedzie,

Przed wieki była wielu ziem królową

I wielu ludów różnych krwią i mową,

Lecz oszalała krewkością namiętną,

Prawem zatarła kazirodztwa piętno,

By hańbą w dziejach nie ciężyło na niej.

To Semiramis, dziedziczka i pani

Krajów azyjskich, gdzie dziś Turczyn broi.

Ta druga z sercem miłością zranionem,

Dni swe przecięła dobrowolnym zgonem,

Łamiąc przysięgę cieniom Sycheusza.

To Kleopatra na chuć rozpasana.

Helena, Parys, sprawcy nieszczęść Troi;

Achilles, można, ale krewka dusza,

Obok błędnego rycerza Tristana».

I tłum dusz innych wskazał mi Wirgili,

Co żądz gorączką życie przetrawili;

A ja, gdym słyszał zwane po imieniu

Starego świata niewiasty i męże,

Litość, myślałem, zmysły mi rozprzęże,

I jak wpół martwy stałem w osłupieniu.

I mówię: «Mistrzu! kto są te dwa duchy,

Które wiatr lekko unosi jak puchy?

Chcę mówić z nimi». — «Czekaj», mistrz powiada

«Aż je tu ku nam wiatr przywieje bliżej

Zaklnij na miłość, która nimi włada,

A zlecą ku nam». — Gdy lecieli niżej,

Rzekłem — «Pomówcie z nami, nieszczęśliwi!

Przez miłość, którą pałaliście żywi».

A jak gołębi para szybko leci

Z rozpiętym skrzydłem do gniazda swych dzieci

Tak one spośród orszaku Dydony,

Przez prąd wichrowy, w powietrznym zamęcie

Ku nam zwróciły swój lot przyśpieszony:

Taką moc miało miłosne zaklęcie.

«O! czuła», rzekły, «i szlachetna duszo!

Co nas odwiedzić szedłeś w te otchłanie

I masz snadź litość nad naszą katuszą!

Gdybyśmy śmieli wznieść nasze wołanie

Ku Panu świata i gdyby On w niebie

Przyjąć je raczył, wnet byśmy oboje

Prosili Jego o pokój dla ciebie,

Tak nam jest miłe to współczucie twoje.

Pytać lub o czym chcesz rozmawiać z nami?

Mów, będziem słuchać albo odpowiemy,

Póki wiatr będzie, jak w tej chwili, niemy».

«Kto wy?» im rzekłem, «powiedźcie to sami».

Jeden z nich na to: «Ziemia ma rodzima

Leży nad morzem, gdzie doń swoje wody

Rzeka powiedzie z towarzyszki swymi.

Miłość, co łatwo tkliwe serca ima,

Ujęła jego wdziękiem mej urody,

Którą, niestety! słynęłam na ziemi,

Nim śmierć ją nagle zniszczyła sposobem,

Co mnie przeraża nawet poza grobem.

Miłość, co prawem tajemniczym skłania

Serca kochanych wzajem do kochania,

Tak mnie ku niemu nakłania nawzajem,

Że się, jak widzisz, nigdy nie rozstajem.

Miłość nas o śmierć przyprawiła wspólną,

Kaina czeka naszego mordercę».

Gdy duch to mówił, głos jego za serce

Tak mnie ujmował, że z łzą mimowolną

Schyliwszy czoło, stałem, aż po chwili:

«O czym tak myślisz?» spytał mnie Wirgili.

«O mistrzu!» rzekłem, «ileż słodkich myśli,

Ile żądz wrzało w ich sercu i głowie,

Nim do upadku i do zguby przyszli!»

Potem się do nich zwróciłem i mówię:

«Franczesko! widzisz, że mi słowa twoje

Łzy wyciskają; ale pozwól spytać,

Jak was snadź miłość przywiodła oboje

Tajoną wzajem głąb serc waszych czytać?»

A ona na to: «Ach, nic tak nie boli,

Jak chwile szczęścia wspominać w niedoli!

Lecz gdy ty, gościu, chcesz wiedzieć początek

Miłości naszej, na mój ból nie baczę;

Powiem, jak pierwszy zawiązał się wątek,

Podobna temu, co mówi i płacze.

Raz dla zabawy wzięła nas ochota

Czytać w głos dzieje przygód Lancelota, 

Jako go miłość przemogła swą siłą.

Byliśmy sami, bez żadnej złej myśli.

Oko się nasze nieraz łzą zaćmiło,

Nieraz twarz zbladła, aż w końcuśmy przyszli

Do tego miejsca, co nas zwyciężyło:

Gdyśmy czytali, ile jest uroku,

Ile rozkoszy w pocałunku lubej —

Oczy się nasze nawzajem spotkały.

Ten, co już odtąd wiecznie przy mym boku,

Powstał niepomny na me cudze śluby

I pocałował mnie w usta drżąc cały.

Pisarz tej księgi był nam Galeotą

Już żeśmy więcej w tym dniu nie czytali».

Gdy jeden mówił, duch drugi zgryzotą

Zdjęty, tak płakał, żem zwątpił, azali

Zniosę tę boleść, i czułem, że bladłem.

Straciłem siły i jak martwy padłem.

Pieśń VI

(Krąg III. Żarłocy. Cerber. Ciacco.)

Kiedym odzyskał zabłąkane zmysły,

Co się nad losem dwojga moich krewnych

W żalu, w litości i smutku rozprysły,

Nowy się obraz przede mną rozrzucił:

Gdziem tylko spojrzał, kędym się obrócił,

Widziałem inne męki i męczonych.

Był to krąg trzeci, krąg deszczów ulewnych,

Deszcz jak z upustów spadał otworzonych

Ciężki i chłodny; śnieg zmieszany z gradem

W ciemnym powietrzu szumiał wodospadem,

Ziemia deszcz chłonąc, oddychała czadem.

Cerber tam szczekał swą paszczą troistą

Na duchy, które w ziemię ugrzęzły bagnistą,

A oczy jego świeciły czerwono;

Wełna nań czarna, sam szerokobrzuchy,

Łapy niejedną uzbrojone szponą,

Nimi darł w pasy potępione duchy.

Jak psy pod deszczem potępieńcy wyją,

Zmokłą za siebie obracając szyją,

Kręcą się ciągle w tę i ową stronę,

Tworząc nawzajem z swych boków zasłonę.

Cerber, ów robak wielki, gdy nas zoczył,

Troista jego paszcza się rozwarła,

A gniew członkami konwulsyjnie miota;

Wirgili dłońmi po ziemi zatoczył

I w nie nabrawszy, co tylko mógł, błota,

Cisnął oburącz w łakome trzy gardła.

Jak pies drży cały, kiedy oszczekuje,

Lecz gdy mu spadnie kawał chleba z ręki,

Przylega cichy i chleb, milcząc, żuje;

Tak szatan Cerber plugawe paszczęki

Zamknął, którymi tak zagłuszał duchy,

Że każdy raczej wolałby być głuchy!

Szliśmy płaszczyzną bagna ruchomego.

Gdy stopa nasza po cieniach deptała,

Zdało się, żeśmy deptali ich ciała.

Cienie leżały w bagnie prócz jednego,

Który wstał szybko i siadł, właśnie w chwili,

Około niego gdyśmy przechodzili.

«O! Kto bądź ciebie w te piekła prowadzi,

Poznaj mnie», mówił, «wprzód nim się rozstałem

Z mą klatką, jeszcze byłeś obleczony ciałem».

Ja na to: «Zda się, że ciebie widziałem,

Ale mi za to ma pamięć nie ręczy,

Może to boleść, co ciebie tak męczy,

W niej tak dalece rysy twoje gładzi.

Kto taki jesteś, zaspokój pielgrzyma,

Wtrącony tutaj i na karę taką?

Jeśli jest większa, równie przykrej nie ma».

A on: «W twym mieście, gdzie zawiść tak płuży,

Wesół przeżyłem czas ziemskiej podróży,

Przez ziomków twoich przezwany Ciakko.

Za chuć obżarstwa niską i nikczemną,

Jak widzisz, leje wieczny deszcz nade mną.

Tu ja niejeden, wszystkie cierpią dusze

Za grzech ten samy też same katusze».

I zamilkł, snadź się nagadał do woli.

— «Ciakko», rzekłem «twa kara mnie boli,

Lecz powiedz, proszę, do jak smutnej doli

Dojść może naszych byt obywateli,

Gdy ich do tyla duch stronnictwa dzieli?

Czy sprawiedliwy jest mąż między nimi?

Skąd się tam pożar zapalił niezgody?»

A on: «Znużeni sporami długimi,

Krwią chyba zgaszą te żagwie pożarne.

Stronnictwo Białe przecz wypędzi Czarne.

O, któż obliczy ich klęski i szkody!

Nim słońce trzeci swój obrót dokona,

Upadną Biali; strona zwyciężona

Znów się podniesie za pomocą męża,

Który w spoczynku ostrzy żądło węża,

I harde czoło podniesie na długo,

I w ciężkie jarzmo wprzęże stronę drugą;

Nad nimi płaczę i za nich się wstydzę.

Dwóch między nimi sprawiedliwych widzę,

Nikt ich nie słucha w ślepym żądz zapale,

Duma, łakomstwo i zawiść, trzy głownie,

Serca ich pieką swym żarem gwałtownie».

Na tym Ciakko zakończył swe żale.

«O! nie przerywaj» rzekłem doń «rozmowy,

Obdarz mnie jeszcze choć niewielu słowy.

Mów: Tedżiajo, Moska, Farinata,

Gdzie Rustikuci, Arigo i inni,

Pragnący dobra ziomków, dobroczynni,

W niebo czy w piekło zstąpili ze świata?»

On: «Grzechy inne, z żalem wyznać muszę,

Między czarniejsze strąciły je dusze,

W krąg głębszy; gdy śmiesz zstąpić tak głęboko,

Wszystkich ich społem tam ujrzysz na oko.

Gdy cię świat słodki do powrotu znęci,

Przypomnij, proszę, mnie ziomków pamięci.

Dłużej nie mówię, ucinam rozmowę».

Wtenczas utkwione we mnie prosto oczy

Wykrzywił zezem i trochę z uboczy

Popatrzał na mnie, potem schylił głowę

I zapadł w błoto. Przewodnik mój rzecze:

«On już nie wstanie, aż prochy człowiecze

Wstaną budzone trąbą Archanioła,

Aż nieprzyjaciel grzechu nań zawoła.

Wtenczas z nich każdy znajdzie swą mogiłę.

W niej ciało z kością, z żyłą zwiąże żyłę.

Wstanie i sądu wiecznego wysłucha».

Tak szliśmy z wolna brudną mieszaniną

Z deszczów i cieni, jak grząską drożyną,

O przyszłym życiu rozmawiając ducha.

«Mistrzu», spytałem, «ból, co im dokucza,

Po wielkim sądzie, który ich potępi,

Żądło swe więcej zaostrzy czy stępi?»

A mistrz: «Nauka twoja cię poucza,

Im doskonalszej jaka rzecz jest treści,

Tym żywiej czuje rozkosze, boleści.

Lud ten przeklęty nigdy, jako krzywy,

Doskonałości nie dojdzie prawdziwej;

Ale po sądzie, takie ma ufanie

Że do niej trochę zbliżonym zostanie».

Idąc po kręgu przez błoto ogromne

I mówiąc wiele, czego tu nie wspomnę,

Doszliśmy kresu, gdzie na schyłku drogi

Stał Plutus, ludzi wróg nad wszystkie wrogi.

Pieśń VII

(Plutus. Krąg IV. Skąpcy i marnotrawcy. Krąg V. Popędliwi.)

«Ojcze szatanie! Patrz no, jakie dziwy

Tak Plutus krzyczał głosem ochrypiałym.

Mądry przewodnik rzekł do mnie: «Bądź śmiałym,

Pokrzepmy w sobie umysł bojaźliwy;

Jaką bądź władzę mieć może ten potwór,

Nie wzbroni wejść nam w tych skał ciemny otwór».

Potem w potwora policzek nadęty

Spojrzał i mówił: «Milcz, wilku przeklęty!

Niechaj cię strawi własny wybuch gniewu.

Podróży naszej nie wstrzyma zawada:

Tam, tam chcą tego, gdzie hardy łeb smoka

Michał Archanioł zdeptał w mgnieniu oka».

Jak żagiel wzdęty od wiatrów powiewu,

Gdy maszt się łamie, zwija się, upada,

Równie jak długi legł potwór zażarty,

My schodziliśmy powoli w krąg czwarty ,

Bliżej zważając to miejsce boleści,

Kędy złe świata całego się mieści.

Sprawiedliwości boża! Kto ogarnie

Nowe, com widział, kary i męczarnie,

Nagotowane tam przez twoje rządy?

Dlaczego błędy nasze tak nas toczą?

Jak gdy Charybdy dwa przeciwne prądy

Zetrą się z sobą, od siebie odskoczą,

Tak się ścierają tam duchy z duchami

A potępieńcy, widziałem, bez liku,

Jako dwa wojska szły w bojowym szyku,

Tocząc ogromne ciężary piersiami.

W pierwszym natarciu zwarli się, a potem

Nagle bezładnym pierzchnęli odwrotem,

Krzycząc: Precz, skąpcy! Precz, marnotrawniki! —

Tak z obu krańców po tym kręgu czarnym

Lud bieżąc tłumem niezgodnym i gwarnym,

Miotał bez przerwy obelgi i krzyki:

Każdy od kręgu swojego połowy

Powracał, turniej rozpoczynać nowy.

Patrzając na nich z żalem nad ich biedą,

Rzekłem: «Mów, mistrzu, co to za gmin lichy?

Ci postrzyżeni, co na lewo idą,

Czy byli świeccy za życia, czy mnichy?»

A mistrz: «Ci wszyscy, co na siebie godzą,

Miary pojęciem nie dostrzegli płytkiem.

Jedni zgrzeszyli skąpstwem, drudzy zbytkiem.

Głos ich wyraźnie brzmi w dwoistym echu,

Gdy się z dwóch krańców tego kręgu schodzą

Gdzie ich rozdziela przeciwieństwo grzechu.

Ci, co bez włosów nagą czaszką świecą,

Są to łakomcy, mnich, papież, kardynał,

Co ducha w jarzmo łakomstwa uginał».

«Mistrzu», mówiłem, «jakoś mi się roi,

Że wśród tej ciżby, którą brudy szpecą,

Brudy tych piekieł, są znajomi moi».

A mistrz mi na to: «Tak, proszę, nie myślij,

Oni już tutaj z brudem życia przyszli.

Tu wiecznie będą tłuc się jak obecnie,

Tak skąpcy, jak ci, co tracili mienie;

Ci wstaną na sąd z głową pozbawioną

Włosów, a tamci z pięścią zacieśnioną.

Ci, co skąpili, i ci, co trwonili,

Za grzech ten piękny świat nieba stracili;

Patrz na ich karę, ta więcej ci powie,

Niżbym w wymownym wypowiedział słowie.

Teraz, mój synu, możesz widzieć jasno,

Jak szybko bańki pękają i gasną

Dóbr powierzonych Fortunie, a człowiek

Goni za nimi do zawarcia powiek!

Ile jest w ziemi, ile było złota,

Żaden z tych duchów znużonych widocznie,

Gdyby je posiadł, na chwilę nie spocznie».

«Mistrzu, mów, kto jest dóbr ziemskich królowa

Kto ta Fortuna, o której tu mowa?

Kto ona, co tak wszechmocnie bogata,

W swych szponach trzyma wszystkie dobra świata?»

Mistrz: «Jaka waszej niewiedzy ślepota!

Jak mały rozum, co światła nie szuka!

Niechże cię moja objaśni nauka:

ON, nieścigniony myślą śmiertelnika,

Stworzył niebiosa, dał im przewodnika,

By wszystkie części środkowe i skrajne,

Pooświecało światło jednostajne.

ON, co tak niebo światłością przyodział,

Jej blaski także i ziemi dał w podział

I przewodniczkę, która rządząc niemi,

Wiedzie, kiedy chce, koleją po ziemi

Marne bogactwa od rodu do rodu,

Z ludu do ludu, pomimo zachodu

I wszech zabiegów ludzkiej roztropności.

Stąd naród, który rozkazywał długo,

Słabnie, zostaje niewolnikiem, sługą,

Jako wyrzecze tej potęgi prawo,

Co jej nie widać jak węża pod trawą.

Z Fortuną próżny spór waszej mądrości,

Jej ulegają i morza, i lądy;

Jak inne bóstwa sprawuje swe rządy,

Ciągle obmyśla zjawiska przewrotu,

Sama konieczność nagli ją do lotu,

Stąd często zmienia obrót kołowrotu.

Ludzie w swych sądach wciąż ją na krzyż wleką,

Zamiast ją chwalić, obelgami sieką;

Ona tych obelg nie słyszy, przebywa

Wśród pierworodnych duchów i szczęśliwa

Własną błogością, swoje koło toczy.

Tu w krąg kar większych nasza stopa wkroczy;

Gwiazdy wschodzące, gdym wychodził w drogę,

Już się zniżają po nocnym obiegu,

Idźmy, tak długo ja czekać nie mogę».

I szliśmy przez krąg do drugiego brzegu

Tuż przy kipiącym źródle, skąd wynika

Głębsze i szersze koryto strumyka;

Wodę pleśń jakaś kryła starożytna,

Fala jej więcej ciemna jak błękitna.

Szliśmy przez nowe, coraz niższe schody,

Ponad wybrzeżem tej czarniawej wody.

Strumień ten smutny, spływając pod ścianę

Brzegów ziejących nadgniłym wyziewem,

Z wód ścieku tworzył bagno Styksem zwane.

Gdy wszystko nowe wzrok oglądać pragnie,

Spostrzegłem duchy zagrzęzłe w tym bagnie,

Nagie, a twarz ich rozjątrzona gniewem.

Tłukły się w gniewie nie tylko pięściami,

Lecz głową, piersią, splecione barkami,

Nawzajem siebie szarpały zębami».

A mistrz rzekł do mnie: «Uważaj, mój miły,

Oto są duchy, które się złościły,

A prócz nich zgraja potępieńców licha,

Co pod tą wodą kryje się, tak wzdycha,

Że aż od westchnień woda się odyma,

Jak to własnymi oglądasz oczyma». ---

«Smutno dni życia zeszły nam do końca!

Tam, gdzie powietrze weselił blask słońca,

Który w nas gniewu ciemniły wybuchy:

A teraz smutno nam w tym czarnym bagnie,

Tu muł połyka, kto powietrza pragnie».

Taki hymn gardłem bełkotały duchy,

Jak zajękliwi; a my szliśmy dalej,

Obchodząc łukiem błotniste wybrzeże:

Z tych, co ustami bagno połykali,

Nie zdjąwszy wzroku, przyszliśmy pod wieżę.

Pieśń VIII

(Przeprawa. Argenti. Ku kręgowi VI. Walka o wstęp do miasta Dis. )

Tak postępując wzdłuż błotnych wybrzeży,

Wpierw nim przyszedłem pod wieżę wysoką,

W szczyt jej z powodu dwóch małych płomieni

Utkwiłem oczy; sygnał z drugiej wieży

Jej odpowiadał, lecz w takiej przestrzeni,

Że ledwo dobrze wytężone oko

Mogło odróżnić jeden od drugiego.

Więc się zwracając do mędrca mojego,

Pytam: «Co znaczą te hasła ogniowe,

Kto ich znakami prowadzi rozmowę?».

A on: «Co ujrzeć pożąda twa dusza,

Już na tych wodach bagnistych wpław rusza,

Patrz, gdy ci oczu tuman nie zaprósza».

Nikt szybszej strzały w powietrzu nie spotka,

Jak mała ku nam szybowała łódka;

Ten, co wioślarzem jej był i sternikiem,

Wykrzyknął: «Sam tu, zła duszo, tyś nasza!».

Mistrz mój z powagą rzekł do Flegijasza:

«O Flegijaszu! krzyk twój próżnym krzykiem

Tym razem; nasze przyjście tu chwilowe,

Nim się przez bagno przeprawim styksowe».

Jak człowiek, gdy się omylonym widzi,

Gniew swój hamuje, omyłki się wstydzi,

Tak i Flegijasz swój wybuch łagodzi.

Wtem mnie Wirgili zawezwał do łodzi,

Ta nie wprzód wagę uczuwać się zdała,

Aż ciężar mego unosiła ciała.

Gdyśmy płynęli przez te martwe brody,

Cień obłocony wynurzył się z wody,

Staje przede mną i pyta z hałasem:

«Ktoś ty jest, co tu przychodzisz przed czasem?»

«A tyś kto?» rzekłem. Cień na to z rozpaczą:

«Widzisz, że jestem jeden z tych, co płaczą».

A ja: «Żyj w płaczu, w wiekuistej męce!

Choć tak zbrukało twe policzki błoto,

Poznaję ciebie, przeklęta istoto».

Wtenczas ku łodzi cień wyciągnął ręce,

Lecz mistrz roztropny odepchnął natręta,

Mówiąc: «Z psią zgrają precz, duszo przeklęta!»

Potem rękoma objął mnie za szyję,

W twarz mnie całował i rzekł: «Słusznie, duszo,

Tak się oburzasz, niechaj będzie w niebie

Błogosławiona, co rodziła ciebie!

On był nadęty próżnością i pychą,

Żadna go w życiu nie zdobiła cnota

I tu gniew za to bez przerwy nim miota.

Iluż na waszej ziemi dotąd żyje

Książąt i królów, co się dmą i puszą,

Każdy uchodzić za wielkiego pragnie,

Co będą leżeć jak wieprze w tym bagnie,

Sławę po sobie zostawiwszy lichą».

«Mistrzu», mówiłem, «łódź szybko pomyka,

Chciałbym zobaczyć tego tam grzesznika».

Mistrz: «Nim ta łódka drugi brzeg powita,

Takiej uciechy użyjesz do syta».

Patrzę, aż za nim po tej mętnej toni

Błotniste duchy pędziły w pogoni;

Za co niech jeszcze będzie Bogu chwała

I pochwalone jego imię święte!

Wszyscy krzyczeli: «Hejże na Argentę

I duchów zgraja w skok za nim bieżała:

Gnany floreńczyk, jakby szczuty psami,

Ze złości szarpał, gryzł siebie zębami

I legł znużony pod naciskiem zgrai,

Jak pies gdy w sobie dech życia przyczai.

Dość mówić o nim! Nowy jęk z uboczy

Wpadł w ucho moje, wytężyłem oczy.

Mistrz mówił: «Synu, patrz mury olbrzymie,

Ujrzysz za chwilę miasto, Dis na imię,

Mieszkańcy żyją tam w ogniu i dymie».

A ja: «W dolinie postrzegam zaiste

Miasto meczetów, ich mur się czerwieni,

Jakby się wyrwał dopiero z płomieni».

Mistrz odpowiedział: «Ognie wiekuiste,

Które w ich wnętrzach żarzą się i płoną,

Dają im barwę, jak widzisz, czerwoną».

Weszliśmy w końcu do fosy głębokiej,

Okopującej w krąg ziemię spaloną,

Pustą, jak gdyby szła po niej zaraza,

Mury na pozór zdały się z żelaza.

Łódź kołująca wbiegła w kąt zatoki,

Gdzie sternik wiosło otrząsając z błota,

Krzyknął: «Wychodźcie z łodzi, oto wrota!».

Duchy widziałem jak deszcz z nieba spadłe,

Osiadły wrota, a gniewem zajadłe,

Mówiły w zgiełku: «Jak śmie, kto on taki?

Iść przez królestwo zmarłych, nieumarły?»

Lecz mądry wódz mój dał im znać przez znaki,

Że pod sekretem chce pomówić z niemi;

Natenczas w sobie wielki gniew zawarły,

Mówiąc: «Chodź jeden, lecz on, precz z tej ziemi!

Żywy niech wraca znów żyć z żyjącymi.

Ty zostań z nami, on, jeżeli może,

Niech sam powraca przez błędne bezdroże».

Sądź, czytelniku, jak mnie zgiełk zasmucił

Tych słów przeklętych; dziś jeszcze truchleję,

Na świat mój wrócić straciłem nadzieję.

«Wodzu mój drogi, o ty, coś odwrócił

Ode mnie przygód, niebezpieczeństw tyle,»

Rzekłem, «nie rzucaj mnie o własnej sile!

Jeśli mi z tobą nie wolno iść dalej,

Wracajmy ścieżką, którąśmy deptali».

Mistrz, co troskliwie dotąd mnie prowadził:

«Nie bój się», mówił, «te piekielne tłuszcze

Nie mogą zamknąć drogi nam wskazanej;

Mocniejszy od nich tę podróż uradził!

Tu czekaj na mnie; umysł twój stroskany

Umacniaj wolą, pocieszaj nadzieją,

Bo ja tu w piekle ciebie nie opuszczę».

Wtem mnie zostawił mistrz mój dobrotliwy,

A ja się chwiejąc w myślach, jak się chwieją

Młodziuchne trawki, stałem na pół żywy;

Tak i Nie walkę toczyły w mej głowie.

Nie mogłem słyszeć, co im rzekł w rozmowie,

Dość, że nie został z nimi, bo wnet sami

W miasto jak gnani pobiegli co żywo,

Bramę zamknąwszy przed mistrza piersiami,

Który od bramy szedł do mnie leniwo,

W ziemię miał oczy głęboko spuszczone,

Zwykłej śmiałości wzroku pozbawione

I te wyjąkał słowa przez wzdychania:

«W miasto boleści kto mi iść zabrania?»

A do mnie mówił: «Jeślim obrażony,

Nie troszcz się o to, ja próbę zwyciężę;

Darmo gromadzą lud swój do obrony,

Jacy bądź są tam, szatany czy męże.

Tu ich zuchwałość szalała tak samo,

Przed mniej ukrytą, znajomą ci bramą,

Która bez zamku aż do dzisiaj stoi.

Czarny jej napis tkwi w pamięci twojej:

Lecz oto idzie, patrz! sam schodzi z góry

Ten, co nam bramę otworzy w te mury».

Pieśń IX

(Anioł. Krąg VI. Ateusze i kacerze.)

Wódz mój, gdy wracał od bramy piekielnej,

Spostrzegłszy twarz mą bladości śmiertelnej,

Skrył własną bladość w głębi swego ducha

I stanął w kroku, jak człowiek, gdy słucha,

Bo wzrok nie sięgał dalekich widoków

W powietrzu czarnym od dymu obłoków.

«Zwycięstwo przy nas w tej walce być może,»

Tak począł mówić, «gdy nie — On pomoże…

Ach! tu na niego jak mi czekać długo

Gdym zauważał, jak swych myśli wątek

Mistrz plącząc, pierwszą myśl maskował drugą,

Jak sprzeczny słów był koniec a początek;

Strwożony byłem tą uciętą mową,

Rojąc myśl gorszą niż mogło mieć słowo,

I zapytałem: «Czy kiedy duch jaki

Na dno tej smutnej konchy szedł w te szlaki,

Z pierwszego kręgu, gdzie zeszłym ze świata

Jedyną karą jest nadziei strata

A on: «Tą drogą chodził arcyrzadki

Duch, tej mieszkaniec, gdzie ja mieszkam, klatki.

Zaiste niegdyś zwiedziłem te strony,

Dzikiej Erychty zaklęciem zmuszony,

Co zmarłych dusze do ich ciał wzywała:

Duch mój zaledwo rozebrał się z ciała,

Rzekła mi: «Zejdź tu!» czarodziejka nasza:

«Wydobyć jeden cień z kręgu Judasza».

Krąg ten najniższy i najwięcej ciemny,

Najdalszy nieba, co wszystko otacza.

Bądź więc spokojnym, znam ten szlak podziemny.

Bagno dyszące zgnilizną wyziewu

Wokoło grodzi to miasto boleści,

Gdzie odtąd wstąpić nie możem bez gniewu».

I mówił jeszcze rzeczy różnej treści,

Które zwietrzały z pamięci słuchacza.

Bo cały byłem duszą i spojrzeniem

Na szczycie wieży świecącej płomieniem.

Tam trzy piekielne widziałem Furyje,

Stały przy ogniu; z niewiasty postawą,

Z hyder zielonych okolone pasem,

A zamiast włosów drobne węże, żmije

Na szpetne czoła spadały i szyje.

On, który poznał znajome służebne

Królowej piekieł: «Patrz», mówił, «to ona,

Stoi na lewo Megera, na prawo

Stoi Alekto, w środku Tyzyfona».

To rzekłszy, zamilkł. Furyje tymczasem

Tłukły swe piersi, wszystkie ciała części

Krwawiły znakiem paznokcia lub pięści.

Krzyk ich tak straszny bił w gwiazdy podniebne,

Żem do poety tulił się jak dziecko,

Podejrzewając ich wściekłość zdradziecką.

«Sam tu, Meduzo! a przemień go w kamień!»

Krzyknęła pierwsza; w kolej «Zamień, zamień!»

Krzyczały wszystkie, patrząc na dół z wieży:

«My niepomszczone, zemścić się należy

Za tak zuchwałe zejście Tezeusza

A mistrz tak mówił: «Ten widok zbyt wzrusza!

Przymknij twe oczy i stój odwrócony;

Gdybyś tu spojrzał twarzą w twarz Gorgony.

Na świat słoneczny już byś stąd nie wrócił».

I sam do wieży mnie tyłem obrócił;

Wątpiąc, czy dobrze me dłonie zasłonią.

Jeszcze mi oczy zasłonił swą dłonią.

O wy! co macie zmysł pojęcia zdrowy,

Chciejcie naukę odkryć utajoną

W tych dziwnych wierszach pod słowa zasłoną.

Trzęsąc aż do dna cały nurt styksowy,

Po mętnych wodach szumiał huk daleki,

Obu brzegami potrząsając rzeki.

Tak burza huczy w czasie niepogodnym,

Kiedy wiatr dysząc tchem ciepłym, to chłodnym,

Szturmuje lasy; jak lniane paździerze

Łamie gałęzie, rwąc kwiaty i trawy,

Toczy się z pychą po kłębach kurzawy,

A z pól pierzchają trzody i pasterze.

Mistrz dłoń z mych oczu zdjął i rzekł: «Patrz w stronę,

Gdzie najzjadliwszy dym jak czad błękitny,

Bucha ze środka pleśni starożytnej».

Jak żaby wodnym wężem wystraszone,

Płyną samopas przez wodne powierzchnie,

Aż gdzieś pod wodę każda w bagno pierzchnie;

Tak potępieńców gromada ladaco,

Przed kimś, widziałem, uciekała z trwogą,

Który przechodził przez Styks suchą nogą.

On z twarzy swojej dym ręką odtrąca,

Zda się, tą jedną mordował się pracą;

Poznałem zaraz niebieskiego gońca,

Zwróciłem oczy w świętym przerażeniu

Do mistrza; chęć swą mistrz znakiem odsłonił,

Bym stał spokojnie i przed nim się skłonił.

Ileż ten anioł miał wzgardy w spojrzeniu!

Poszedł pode drzwi, laską trącił w bramę,

Drzwi bez oporu rozwarły się same.

«Strącone duchy i obrzydłe Bogu!»

Do przelęknionych zawołał na progu,

«Jak wasza hardość dojrzała z cierpieniem!

Daremnie ona z tą wolą się spiera,

Co nigdy swego nie chybiała celu,

Co was karała w boleściach tak wielu!

Daremna wasza walka z przeznaczeniem.

Wspomnijcie swego przygodę Cerbera,

Co z pyska, z szyi obdarty ze szczeci,

Wpół wyleniały jeszcze skórą świeci».

I szedł na powrót po bagnie styksowym,

Słowa nam nie rzekł ani rzucił okiem,

Innym zajęty myśleniem głębokiem.

My ośmieleni świętym jego słowem

Zwracamy stopy nasze w gród Plutona,

Brama na ścieżaj stała otworzona.

Pragnąc utworzyć sąd z miejsc tych przeklętych

O losie duchów w tej twierdzy zamkniętych,

Ledwo tam wszedłem, źrenicą ciekawą

Wodziłem wkoło, na lewo, na prawo

I tylko wielkie wkrąg widziałem pole,

Gdzie rosły same męczeństwa i bole.

Jako przy Ronie, pod Arią, przy Pola,

Kędy Kwarnero wodami okola

Od ziem niemieckich italskie wybrzeża,

Tysiące mogił płaszczyznę najeża:

Tak tam sterczały groby i mogiły,

A grób od grobu płomienie dzieliły;

Żelazo w ogniu nie świeci czerwieniej,

Jak tam świeciły groby wśród płomieni.

Grobów i trumien podniesione wieka,

Z nich jęk na zewnątrz pobrzmiewał z daleka,

W przeciągłych, to w pół urwanych westchnieniach.

A ja: «Mów, mistrzu, jacy w tych sklepieniach

Leżą grzesznicy, którzy pokój w grobie

Jękiem, westchnieniem kłócą sami sobie?».

A mistrz mi na to: «To groby kacerzy

I tych, co udział w sektach wszelkich biorą:

Tutaj podobny przy podobnym leży,

A groby słabiej albo mocniej gorą».

I szliśmy w prawo, pomiędzy ścianami

Wysokich murów i męczennikami.

Pieśń X

(Krąg VI. Ciąg dalszy: Farinata, Kawalkante, Fryderyk II.)

Między cmentarzem, przez ścieżki bezdrożne,

A miejskim murem, idziemy powoli:

«Wysoka cnoto! Co według swej woli

Wodzisz mnie», rzekłem, «przez kręgi bezbożne,

Powiedz: (któż lepiej chęć mą zaspokoi?)

Można li widzieć tych, co w grobach leżą?

Grobowe wieka snadź podjęte świeżo,

A nikt wkoło nich na straży nie stoi».

Mistrz na to: «Wszystkie zamkną się mogiły:

Gdy tu powrócą z Jozefatu dusze

Z ciałami, które na ziemi rzuciły.

Tu z Epikurem cmentarz po tej stronie

Mają ci wszyscy, co szerzyli zdanie,

Że dusza z ciałem zamiera przy skonie.

Odpowiadając na twoje pytanie

Chęć, jaką skrywasz, zaspokoić, muszę».

A ja mu na to: «Wodzu! chęć niecałą

Odkrywam tobie, bo chcę mówić mało,

Jak żąda twoja przestroga nienowa».

«Ty, co za życia idziesz, Toskańczyku,

Przez cmentarz ognia i mówisz tak skromnie,

Jeśli twa łaska, wstrzymaj się koło mnie.

Szlachetny kraj nasz zdradza twoja mowa,

Który klął może fatalność mej chwały».

Głos z grobu do mnie przemówił w te słowa.

Do mego wodza podszedłem, drżąc cały,

A on rzekł do mnie: «Zwróć oczy, co tobie?

Patrz, Farinata siedzi w swoim grobie,

Możesz go widzieć od pasa do głowy».

Utkwiłem oczy w jego wzrok grobowy,

On piersią, czołem prostował się w trumnie,

Jak gdyby piekłu urągał się dumnie.

Mistrz mnie pełnego zgrozy i żałoby

Porwał co żywo i pchnął między groby,

I rzekł: «Bądź jasnym i otwartym w mowie!».

Gdym stanął przed nim, on na mnie ukosem

Popatrzał trochę i wyniosłym głosem,

Zapytał: «Jacy są twoi przodkowie?».

Chcąc być posłusznym, nic nie zataiłem.

On spojrzał na wpół przymkniętą powieką

I rzekł: «Z twoimi w ciągłej wojnie żyłem,

Onychże z kraju wygnałem dwa razy».

«Wygnani», rzekłem z uczuciem obrazy,

«Byli dwa razy, wracali dwa razy;

To była sztuka, której nie spostrzegli

Twoi stronnicy jako w niej niebiegli».

Cień drugi wzniósł się ponad trumny wieko.

Tylko po brodę, z zdziwieniem nas obu,

Widać, że wstawał na kolanach z grobu.

Wodząc oczyma, mnie wkoło oglądał,

Jak gdyby kogoś przy mnie widzieć żądał;

Lecz gdy na koniec spostrzegł, że się mami

Próżną nadzieją, przemówił ze łzami:

«Jeżeli własna genijuszu siła

To ci więzienie ciemne otworzyła,

Powiedz, gdzie syn mój, czemu on nie z tobą?»

A ja: «Nie wchodzę tu jedną osobą,

W ślad tego mędrca stopy moje idą,

Który tam czeka. Być może, twój Gwido

Zanadto mało oddawał mu cześci!»

Z jego słów, z jego wyrazu boleści

Odgadłem łatwo, kto ten cień był nowy,

Więc mu odrzekłem stosownymi słowy.

A cień się porwał na nogi i krzyknął:

«On był ! Czy jeszcze spośród was nie zniknął?

Czy mu się jeszcze jak w jasnej krynicy

Łagodne światło odbija w źrenicy?»

Na co nie mając mojej odpowiedzi,

Padł w grób na powrót. A tamten cień siedzi

Nieporuszony jak popiersie z miedzi

I swą rozmowę ciągnie ze mną dalej:

«Jeśli źle moi tę sztukę poznali,

To więcej boli niż ten żar, co pali,

Lecz nim królowej piekieł światłość cudna

Błyśnie na niebie po raz pięćdziesiąty,

Doznasz na sobie, jak ta sztuka trudna!

Lecz mów, nim wrócisz w swe rodzinne kąty,

Co moi temu zrobili ludowi,

Że na nich prawa tak dzikie stanowi?

Ja na to: «Od krwi wielkiego rozlewu,

Zaczerwieniona Arbia posoką,

Ten lud pobudza do zemsty i gniewu».

Tu potrząsł głową, westchnąwszy głęboko:

«Nie jeden», mówił, «przy Arbii byłem,

Nie bez powodu jej wody skrwawiłem.

Lecz jeden byłem na radzie, gdzie społem

Lud wołał: Niechaj Florencyja zginie!

Jam się sprzeciwił jeden tej ruinie,

Broniąc ją śmiało z podniesionym czołem».

Na to ja rzekłem: «Niech Bóg twej rodzinie

Da, by wygnani znów w to miasta przyszli!

Teraz mi rozwiąż węzeł moich myśli:

Bo ja tak mniemam, jeśli się nie mylę,

Że łatwo przyszłe przenikacie skutki,

Lecz wam obecne zakryte są chwile».

«My», mówił, «Jak ci, co mają wzrok krótki,

Widzimy tylko dalekie przedmioty,

Taki dar mamy od Bożej Istoty.

Gdy rzecz się zbliża, wzrok nasz się zaciemnia

I nic nie wiemy, co się z wami dzieje,

Chyba od zmarłych, których tam śle ziemia,

O was tam żywych wieść do nas zawieje.

Wiedz, że pojętność nasza dla nas zgaśnie

W dzień, gdy przyszłości drzwi sam czas zatrzaśnie».

Skruszony żalem i wstydząc się błędu ,

Czyniąc zeń wyrzut sam sobie dotkliwy,

Rzekłem mu: «Pociesz, powiedz wieść przyjemną

Tamtemu, co się skrył szybko przede mną,

Że jeszcze jego syn jest zdrów i żywy.

Jeślim na czułość ojcowską bez względu,

Serce mu zranił za długim milczeniem,

Powiedz, że byłem zajęty wątpieniem,

Któreś objaśnił teraz, jak życzyłem».

Już mistrz mnie wołał, więc ducha prosiłem,

By jeszcze jedną ciekawość umorzył:

Przy czyim grobie sam się w grób położył?

On rzekł: «Tu leży nas więcej tysiąca,

Tu jest Fryderyk drugi, tam Kardynał

Dalej, a innych nie będę wspominał».

I w grób się schował: jam szedł do poety,

Ważąc rozmowę, której treść, niestety!

Wyraźnie była dla mnie źle wróżąca.

I szliśmy dalej, mój wódz ukochany

Rzekł mi po drodze: «Czegoś tak zmieszany?»

Opowiedziałem wszystko najswobodniej.

Mędrzec zalecał: «Niech twa pamięć chowa

Te smutne, może i prorocze słowa,

Lecz na tę chwilę zwróć uwagę godniej».

I podniósł palec. «Kiedy cię zatrzyma

Ta, co wszechwidzi swoimi oczyma

O twojej drodze będziesz wiedział od niej».

Rzekł i z cmentarza, gdy w myślach mych ginę,

W środek na lewą bierzemy się ukośnie,

Idziem wąwozem, co schodzi w dolinę,

Dolina dymi i swędzi nieznośnie.

Pieśń XI

(Papież Anastazy. Podział dalszych kręgów.)

Przyszliśmy jakby nad stromy brzeg lądu,

Co skał gruzami wokół się najeża,

Nad przepaść dzikszej męczarni i chłosty.

Tam chcąc uniknąć straszliwego swądu,

Jaki z otchłani głębokiej wynika,

Wespół z mym wodzem stanąłem ukryty

Pod jedną ścianą wielkiego pomnika,

Gdzie taki napis w kamieniu był ryty:

«Anastazego strzegą proch papieża,

Którego Fotyn ściągnął z drogi prostej». —

Tutaj na chwilę krok zwolnić wypada,

By zmysł do swądu pierwszego wrażenia

Przywyknął trochę. Tak mistrz mój powiada:

«Potem nie będziem nań dawać baczenia». —

Jam rzekł: «Znajdź sposób i rozważ go ściśle,

Żeby zwłóczony czas nie szedł daremnie».

A on: «Ty widzisz, że ja o tym myślę.

Są w środku skał tych» — mówił mistrz rad ze mnie,

«Trzy kręgi, co się zwężają stopniami

Jako te, cośmy rzucili za nami.

Mnóstwo tam duchów, a wszystkie ladaco.

Wprzód nim je poznasz, wiedzieć tobie trzeba,

Jak są w tych kręgach zamknięci i za co.

Wszelkie zło, które pobudza gniew nieba,

Ma swój kres w krzywdzie, bo grzechu każdego

Celem jest działać na krzywdę drugiego.

Fałsz jako swojski grzech w człeka nałogu

Od gwałtu więcej obrzydły jest Bogu;

Przeto szalbierze w głębszej siedzą jamie,

A duch ich z większą boleścią się łamie.

Dla gwałtowników jest pierwszy krąg cały,

Tak zbudowany, że ma trzy oddziały,

Bo trzem osobom szkodzi gwałt zuchwały:

Bogu, bliźniemu i samemu sobie,

Który czynimy bądź wprost na osobie,

Bądź na jej dobru; a co moja mowa

Objaśni tobie przez następne słowa.

Gwałt się dopełnia naprzeciw bliźniemu,

Gdy śmierć lub rany zadaje się jemu,

Albo przez kradzież, łupież, podpalenie

Gwałtownie jego rujnuje się mienie.

Więc mężobójce, co śmierć zadawali,

Co podpalali, łupili, kradali,

W pierwszy są oddział strąceni w płomienie.

Ten, co na siebie lub na własne mienie

Podnosi rękę, za takie szaleństwo

Idzie w dział drugi na wieczne męczeństwo.

A tak tam cierpi duch, co z tego świata

Został wygnańcem dobrowolną wolą,

Kto na grze trawi swe mienie i lata

I ten, co zamiast cieszyć się swą dolą,

Płacze i skarży na wszystko z nałogu.

Gwałt jeszcze można czynić przeciw Bogu,

Przecząc go w sercu, miłując bluźnierstwa

I klnąc przyrodę i jej dobrodziejstwa.

A przeto oddział pomieszcza najmniejszy

Nacechowanych pieczęcią Sodomy,

Piętnem Kahorsu i ten tam zamknięty,

Co sercem, słowy, przeciw Bogu grzeszy.

Fałsz, ten sumienia prześladowca wieczny,

Człowiek go może użyć przeciw temu,

Kto mu nie ufa i kto ufa jemu.

Drugi ten rodzaj fałszu niebezpieczny,

Rozrywa węzeł miłości społecznej;

Dlatego w drugim oddziale zamknięto

Graczów, świętoszków, pochlebców z kolei,

Symonijaków, fałszerzy, złodziei

I wszystkich brudem skalanych podobnym!

Pierwszy fałsz zasię niszczy miłość świętą,

Wszczepioną w serca pociągiem osobnym;

Niszczy uczucie jej pokrewne, wiarę,

A z której ufność wzajemna wynika.

Dlatego w kręgu najmniejszym za karę,

W tym środku światów, którego dno ciasno

Razem jest gruntem pod miasto ogniste,

Kto zdradził, cierpi męki wiekuiste».

A ja: «Twe słowa, mistrzu, są dość jasne.

Staje mi w oczach cała otchłań dzika,

Jej lud, mieszkanie każdego grzesznika.

Lecz powiedz, ci, co wtrąceni do błota,

Których deszcz chłoszcze, ci, których wiatr miota,

I ci łający i wzajem łajani,

Dlaczego w mieście ognia niekarani,

Jeśli jak drudzy są u Boga w gniewie?»

A on: «Przez ciebie szał, co mówi, nie wie.

Czy twoje myśli, wirem tego szału

Z tych miejsc porwane, gdzie indziej się kręcą?

Przypomnij księgę znajomą morału ,

która trzy krewkie skłonności rozważa:

Niepowściągliwość, gniew i złość zwierzęcą.

Pierwsza z nich, jako mniej Boga obraża,

Lżejsze od drugich ponosi karanie.

Jeśli przypomnisz, zważywszy to zdanie,

Jakie tam dusze, choć grzechem zatrute,

Poza obrębem tym czynią pokutę;

Zrozumiesz lepiej, dlaczego ich grono

Od tych niewiernych w piekle oddzielono

I Bóg dlaczego w słusznym kar wymiarze

Mniej obrażony, łagodniej ich karze».

«O, słońce!» rzekłem, «co leczysz wzrok chory,

Wracając rzeczom właściwe kolory,

Gdy myśl wyłuszczasz z jasnością i siłą,

Równie mi wątpić jak i wiedzieć miło!

Jeszcze raz powtórz i węzeł ostatni

Rozetnij! Powiedz: czym lichwa znieważa

Dobroć Najwyższą?» Mistrz mi odpowiada:

«Filozofija uczy najdostatniej,

Kto tylko zgłębia tajnie tej nauki,

Że byt natura na początku wzięła

Z mądrości bożej i jej arcysztuki;

Twoja fizyka toż samo powiada.

Nie przewracając długo kart jej dzieła,

Znajdziesz, że sztuka dąży, ile zdoła

W ślad za naturą, jak za mistrzem szkoła,

Że sztuka ludzka jest jak boża wnuka!

Gdy z tych dwóch zasad: natura i sztuka,

Stanie ci w myśli Genezis zasada,

Uznasz, że daje nam natura życie,

A sztuka pomoc i życia użycie.

Lichwiarz gdy serce łakomstwem zatwardzi,

Zarazem sztuką i naturą gardzi;

On w drodze życia inne ma koleje,

On na czym innym buduje nadzieje.

Teraz idź za mną, bo iść dalej trzeba,

Bo na widnokrąg już wstąpił w tej chwili

Znak Ryb, Wóz także już stoczył się z nieba,

A dalej ścieżka skalista się chyli».

Pieśń XII

(Krąg VII. Koło I. Zbrodniarze przeciw innym; centaurowie, Chiron, Attyla i inni tyrani i mordercy.)

Miejsce przechodu, brzeg ze ścianą ściętą

I to, co jeszcze na przechodzie było,

Ze wstrętem wszelki wzrok by odwróciło.

Taki jest widok zwaliska przy Trento,

Co na Adygę stoczyło się z góry,

Trzęsieniem ziemi lub z braku podpory

Brzeg spadający środkiem skał wyłomu

Z wierzchu zejść na dół nie radził nikomu,

Tak był okropnie stromy i wysoki;

A na wierzchołku rozwartej opoki,

Sromota Krety, leżał rozciągnięty

Potwór z kłamanej cielicy poczęty.

A gdy nas ujrzał, to sam siebie kąsał,

Jak ten, co gniewem wściekle się rozdąsał.

Mędrzec doń krzyknął: «Może ci się roi,

Że tu przed tobą wódz ateński stoi,

Który tam wyżej strzaskał ci paszczękę?

Patrz, on nie idzie za radą twej siostry,

Tylko przychodzi widzieć twoją mękę».

Jak byk, gdy postrzał uwięźnie w nim ostry,

Skacze, unosząc żelazo utkwione,

Tak Minotaurus uskoczył na stronę.

A mistrz zakrzyknął: «Nim tego potworu

Gniew się wytrawi, wejdź w szyję otworu».

I drogę sami robiąc gardłem jaru,

Szliśmy przez głazy, kamienie i progi;

Głazy naciskiem nowego ciężaru

Z trzaskiem spod mojej toczyły się nogi.

A mistrz tak mówił, gdy idąc, marzyłem:

«Ty może marzysz o tych skał ruinie,

Strzeżonej przez złość gorszą niż w gadzinie,

A którą gromem słów moich zgłuszyłem.

Chcę, abyś wiedział, gdy ostatnim razem

Zszedłem do piekieł za wróżki rozkazem,

Skała ta jeszcze w jednej była bryle;

Niewiele przedtem (jeśli się nie mylę).

Gdy zstąpił z nieba ten, który Disowi

Wziął wielką zdobycz! Strach był w piekle całem,

Trzęsła się do dna ta otchłań głęboka;

Czy świat miłością zadrżał, pomyślałem,

Przez którą, jeśli wierzyć, co Grek gadał,

Po wiele razy świat w chaos odpadał?

Wtenczas runęła ta stara opoka!

Spójrz, oto rzeka krwi!» Mistrz dalej mówi:

«W której się warzy wrzucony w jej brody,

Kto przez gwałt drugim przyczyną był szkody».

Ślepa chciwości! bezrozumny gniewie!

Krótkie nam życie paląc jak zarzewie,

W takie na wieki rzucacie nas wody!

Widziałem fosę, jak łuk zakrzywiona

Dolinę w krzywe objęła ramiona;

A między fosą i pomiędzy skałą,

Jeden za drugim uzbrojony strzałą,

Biegły centaury jak niegdyś na łowy.

Gdy nas zobaczył ten orszak myśliwy,

Wstrzymał się, patrzym, aż wprost ku nam leci,

Z łukiem napiętym jeden, drugi, trzeci;

Jeden z nich z dala krzyczał tymi słowy:

Na jakie wasze skazane tu życie

Cierpienia? mówcie, bo jeśli milczycie,

Wypuszczę strzałę na was». A mistrz mówi:

«Naszą odpowiedź damy Chironowi:

Na twe nieszczęście zawsześ był zbyt żywy«

Potem mnie trącił i rzekł słodkim tonem:

«Oto jest Nessus, doradca nieszczery,

Który dla pięknej umarł Dejaniry

I sam swej śmierci pomścił się przed zgonem.

Pośrodku z czołem na pierś pochylonem,

Patrz, stoi wielki Chiron, mistrz Achilla,

Trzeci, to Folus, co był zły jak żmija

Mnóstwo ich biega wokoło tej fosy,

A każdy strzałą w lot ducha przebija,

Jeśli z krwi który więcej się wychyla,

Niż grzech pozwala wypłynąć z tej wody».

Gdy nasze kroki do nich się zbliżały,

Chiron ująwszy za głownię od strzały

I przyłożywszy do kudłatej brody,

W takim sposobie rozczesał jej włosy,

Że odkrył wargi wielkiej gęby swojej

I rzekł: «Widzicież, towarzysze moi?

Ten drugi z tyłu, czego tknie, porusza,

Tak ciężkiej stopy nie ma zmarłych dusza!».

Mistrz do potwora zbliżywszy się rączo,

Ku piersiom, gdzie się dwie natury łączą,

Tak rzekł: «On żyje, przez daną mi władzę

Po ciemnych kręgach ja go sam prowadzę.

Wkładając na mnie obowiązek nowy,

Wodzić żywego przez świat zagrobowy,

Święta przestała śpiewać Alleluja!

On nie rozbójnik, jam dusza niepodła;

W imię tej siły, co nas tu przywiodła,

Daj przewodnika, niech nas zaprowadzi

Do przejścia; tego niech na grzbiet swój wsadzi,

On nie duch, skrzydłem w powietrzu nie buja!».

Chiron na prawo zawróciwszy nogę,

Rzekł do Nessusa: «Idź i wskaż im drogę.

A jeśli drogę zaskoczą łuczniki,

Powiedz im, niech się ich tykać nie ważą».

I szliśmy dalej pod tą wierną strażą

Wzdłuż ponad brzegiem kałuży czerwonej,

W której topieni wydają krzyk dziki,

A z nich niejeden po brwi zanurzony.

A Centaur mówił: «To tyrani sami,

Którzy krwią bliźnich żyli i łupami.

Patrz, Aleksander, Dionizy okrutny,

Plaga na długo Sycyliji smutnej,

Tu oni wiecznym pokutują płaczem.

Ten z czarną skórą, patrz, to Ezzelino,

Co umarł z głodu, skarżąc na swe losy.

Ten jest Obezzo d'Este, jasnowłosy,

Który, co dziwną zdało się nowiną,

Zgon swój był winien swemu pasierbowi».

Ja na poetę spojrzałem, on mówi:

«Ja drugim, pierwszym tu Nessus tłumaczem».

Dalej w tym krwawym i wrzącym potoku

Topielce głowy wznosili nad tonie;

Przewodnik Centaur, zatrzymując kroku,

Rzekł i cień wskazał stojący na stronie:

«On przebił serce jak drapieżne zwierzę,

W przybytku pańskim, przy świętej ofierze,

Serce dziś jeszcze czczone u Anglików».

Potem spostrzegłem innych topielników

Sterczących głową, to popiersiem całem,

Wśród których wielu znajomych poznałem.

Coraz to w rzece krew się tak zniżała,

Że potępionym ledwie tyle ciała

Kryła, iż stopy nurzały się bose.

Właśnie w tym miejscu przeszliśmy przez fosę,

A Centaur mówił: «Oto jak z tej strony

Strumień krwi widzisz wyraźnie zniżony,

Z drugiej natomiast więcej cięży do dna,

Aż tam do miejsca, gdzie karania godna

Cierpi tyrania. Do tego to łoża

Pchnęła na wieczność sprawiedliwość boża

Attylę, co był jej biczem na ziemi,

Pirrusa, Seksta i tamże wraz z niemi,

Za każdym tego kipieniem łożyska,

Renierom obu z Pazzi i z Korneto,

Którzy to niegdyś w ziemskim życiu swoim

Po wielkich drogach słynęli rozbojem,

Na wieczne czasy łzy gorzkie wyciska».

Rzekł i wstecz potem szedł tym samym brodem.

Pieśń XIII

(Krąg VII. Koło drugie: samobójcy, Piotr a Vineis, gracze.)

Jeszcze przechodził Nessus bród czerwony,

Gdyśmy wchodzili w las dalszym pochodem,

W las pusty, żadną ścieżką nieznaczony.

Tam liść na drzewach czarny, nie zielony,

Gałęzie krzywe, zwikłane niezmiernie,

Zamiast owoców trucizna i ciernie.

W gęstszej zarośli nie mieszka zwierz dziki,

Co się kłem znęca nad żyzną doliną,

Między Korneto a rzeką Cecyną.

Tam gniazda mają harpije, straszydła,

Które ze Strofad przegnały Trojanów

Na nieznajome wody oceanów,

Smutnym proroctwem trwożąc wędrowniki;

Szyja, twarz ludzkie, a szerokie skrzydła,

Brzuch pierzem kryty, nogi ze szponami,

A napełniają cały las żalami.

Mistrz tak się ozwał po milczeniu długim;

«Wiedz, że iść będziesz wciąż obwodem drugim

Póty, aż wstąpisz w step okropnych piasków.

Dlatego dobrze wytężaj tu oko.

A rzeczy ujrzysz tak dziwne jak mary,

Co z ust mych słysząc, nie dałbyś mi wiary».

Już las jękami pobrzmiewał szeroko;

Nie widząc, co jest przyczyną tych wrzasków,

Stanąłem jak słup i tak żem się zdumiał,

Że mistrz mój sądził, jakobym rozumiał,

Iż te jęczenia wyszły z piersi żywych

Jakichś zakrytych dla nas nieszczęśliwych!

I mistrz rzekł do mnie: «Ot złam gałąź krzywą,

A błąd swój poznasz». Jam wnet niecierpliwą

Wyciągnął rękę i gałąź uszczyknął.

«Po co mnie łamiesz?» nagle pień zakrzyknął;

Krwią cały sczerniał i znów mówił z krzykiem:

«Dlaczego szarpiesz mnie z sercem tak dzikiem?

Byliśmy ludźmi, jesteśmy drzewami,

Więcej litości mógłbyś mieć nad nami,

Choćbyśmy byli robactwa duszami».

Jak jednym końcem gore zapalona,

A drugim syczy, skrzy głownia zielona.

Ziejąc powietrze, co się w niej zagrzewa,

Tak krew i słowa szły z pnia tego drzewa.

I upuściłem gałązkę pod nogi,

Stając jak człowiek potruchlały z trwogi.

«Zraniona duszo!» mistrz mój odpowiedział:

«Gdyby on wierzył w to, co jednak wiedział,

Czytając moje na ziemi poema,

Nigdy by ręki nie podniósł na ciebie.

Widząc, że pełnej w tę rzecz wiary nie ma,

Uszczknąć twą gałąź poradziłem jemu,

Co, wierz mi, sobie wyrzucam samemu.

Lecz chciej, kim byłeś, powiedzieć poecie,

On z niepamięci twe imię odgrzebie,

On twoją pamięć odświeży na świecie,

Gdzie ma powrócić i żyć tam na nowo».

A drzewo: «Nęcisz mnie tak słodką mową,

Milczeć nie mogę, lecz ostrzeżcie sami,

Jeśli za długo mówić będę z wami.

Jestem ten, który rządził Fryderykiem,

Od jego serca dwa klucze trzymałem,

Pierwszy zamykał, drugi je otwierał

Jak własny zamek; w jego państwie całem

Byłem jedynym jego powiernikiem,

On mnie podnosił i na mnie się wspierał;

Ja tak gorliwy byłem w tym zaszczycie,

Że przezeń sen mój straciłem i życie.

Lecz nierządnica, co w dworzan nacisku

Bezwstydnym okiem strzelała dla zysku,

Powszednia klęska i dworów zakała,

Zażegła wszystkie przeciw mnie umysły.

I tak zawistni iskrą po iskierce

Na mnie Augusta zapalili serce,

Że z dwojga słońc-ócz noc dla mnie się stała,

Jak wodne bańki mi źrenice prysły.

A dusza moja, możem był zbyt hardy,

Wierząc, że śmiercią zetrze piętno wzgardy,

Mnie uczyniła przeciw mnie samego

Niesprawiedliwym ze sprawiedliwego.

Klnę się na świeży korzeń tego drzewa,

Żem nigdy wiary przez mój wstręt przyrodny

Nie zdradził pana, co był jej tak godny!

Gdy w świat z was który wrócić się spodziewa,

Podnieś mą pamięć, która ugodzona

Grotem zawiści leży tam i kona».

Po krótkiej przerwie mówił mi Wirgili:

«Kiedy on milczy, nie trać drogiej chwili,

Mów, pytaj jego, chcąc coś więcej wiedzieć».

A ja: «Ty, w myślach umiejący czytać,

Wiesz lepiej, o co i jak go zapytać,

A co by dało mojej chęci sytość:

Bo ja bym jemu nie mógł nic powiedzieć,

Tak mnie w tej chwili przytłoczyła litość».

Mistrz mówił za mnie: «Jeżeli skłoniony

Ten oto człowiek prośbami twojemi,

Wiernie, jak pragniesz, spełni je na ziemi;

Powiedz mi jeszcze, duchu uwięziony,

Jako się dusza w tych węzłach zamyka?

Mów, czy choć jedną kiedy jaka siła

Z jej tak twardego ciała wyzwoliła?»

Pień silnym wiatrem świsnął mi nad głową,

A wiatr ten w takie zamienił się słowo:

«Krótko odpowiem. Kiedy dusza dzika

Samochcąc z swojej klatki się wymyka,

Zaraz w krąg siódmy Minos ją odsyła.

I bez wyboru jej miejsca w tym lesie

Los ją tam rzuca, gdzie ją wiatr zaniesie.

Tam i kiełkuje jako z ziarnem plewa,

Puszcza latorośl, staje się pniem drzewa;

Harpije drzewa karmiąc się liściami.

Robią mu boleść; ząb, co go bezcześci,

Otwiera przejście dla tejże boleści.

Jak innym duszom i nam by się chciało

Zebrać swe prochy rozwiane wiatrami;

Lecz nie nam w swoje ubierać się ciało,

Bo chcieć niesłusznie za życia, czy w grobie.

Mieć to, co sami odejmujem sobie.

My je przywleczem w tę puszczę żałobną,

A każde ciało zawiśnie osobno

Na drzewie swego cierpiącego cienia».

Jeszcześmy pilne dawali baczenia,

Sądząc, że pień chce mówić jakieś słowa,

Kiedy nas wrzawa zadziwiła nowa,

Jak łowca, który posłyszy trąb wrzawę,

Gdy dzik na przesmyk swój ściąga obławę

I wystrzał broni, i łowców hałasy.

Gdy zwierza ryczą, a ich rykiem lasy.

Oto na lewo, snadź dwaj nieszczęśliwi

Nadzy, podarci, zda się na pół żywi,

Tak szybko wbiegli w lasu przesmyk wąski,

Że idąc drobne łamali gałązki.

«Chodź sam tu, śmierci! będziesz pożądaną!»

Rzekł pierwszy, drugi z tyłu krzyczał: «Lano!

Pewno tak rączą nie pędziłeś stopą

Gdyś biegł do boju pod Pieve del Topo».

Rzekł i w krzak zapadł, snadź tchu w nim nie stało,

On i krzak, zda się, jedno tworzył ciało,

Psy czarne lasem, bez tropu i szlaku,

Biegły samopas, snadź głodne krwi duchów

Jako brytany spuszczone z łańcuchów

I potępieńca, który skrył się w krzaku,

Zwietrzywszy pyskiem gryzły i szarpały;

A potem ciało podarte w kawały

Rozniosły, mając pełną ich paszczękę.

Wtenczas przewodnik mój wziął mnie za rękę

I pod krzak przywiódł przez psy rozczochrany,

Który daremnie skarżył na swe rany.

«Jakubie!» wołał. «O myśli szalone,

Co ci radziły mieć ze mnie ochronę,

Czyż moja wina, żeś grzechem zbrukany!»

Mistrz mój, podszedłszy, tak mówił do krzaka:

«Mów, kim ty byłeś, ty ranami skłuty,

Co ziejesz ze krwią skargi i wyrzuty».

Krzak mówił, mowa jego była taka:

«Wy, coście przyszli widzieć rzeczywiście

Mój stan po moim zniszczeniu okrutnym,

W którym straciłem wszystkie moje liście,

Zbierzcie je, złóżcie pod tym krzakiem smutnym.

Ja jestem z miasta, co pierwszego pana

Rade rzuciło dla Chrzciciela Jana.

Straszną swą sztuką pan od nich wzgardzony

Będzie ich dręczył przez czas nieskończony;

Gdyby nie posąg jego, jaki stoi

Na moście Arna, współziomkowie moi

Jeszcze by dotąd miasta nie dźwignęli

Z gruzów, co w spadku po Attyli wzięli.

Tam uciekając od mych wierzycieli,

Z własnego domu, sądź, jak zda się tobie,

Głupi, zrobiłem szubienicę sobie».

Pieśń XIV

(Krąg VII. Koło 3. Bluźniercy, lichwiarze, sodomici. Piasek rozpalony. Kapaneus. Starzec kreteński. Trzecia rzeka piekielna.)

Miłość rodzinnej skłoniła mnie strony,

Zebrać i oddać rozmiecione liście

Temu, co chrypiał jękiem wysilony.

I stamtąd nasze zwróciliśmy iście

Pod trzeci obwód, punkt, gdzie się odkrywa

Sprawiedliwości bożej moc straszliwa.

Chcąc wiernie rzeczy opowiedzieć nowe,

Weszliśmy, mówię, na błonia stepowe,

Bez żadnych roślin, puste i jałowe.

Step ten opasan bolejącym lasem,

Jak ten las, fosy grodzi się opasem.

Tam krok wstrzymałem; jak martwego morza

Powierzchnia piasku martwa i spalona;

Po takim stopa deptała Katona.

Jakże powinnaś być, o zemsto boża,

Przerażająca dla tego, kto czyta

To, co mojemu objawia się oku!

Widziałem trzodę nagich dusz w natłoku,

A wszystkie płaczą, lamenty zawodzą.

Snadź według sądu kaźń ich rozmaita:

Jedni wznak leżą, drudzy jak nić zwita

W kłąb się zwinęli członkami wszystkiemi,

Inni po stepie nieustannie chodzą.

Ci najliczniejsi; leżących na ziemi

Było niewielu, ale przez ich wargi

Największe żale jęczały i skargi.

Szeroką kiścią dżdżył żar na pustkowie,

Jak śnieg bez wiatru w alpejskim parowie.

Jak Aleksander pod indyjskie słońce

Prowadząc lud swój, widział spadające

Ognie na wojsko w piasku niegasnące,

Po całym wojsku rozkazał z baczeniem

Deptać nogami iskrę, gdy upadnie,

Bo jedna iskra da się zgasić snadnie;

Tak spadał ogień wieczny, a płomieniem

Zapalał piasek jak proch pod krzemieniem.

Płomienia piasek w lot chwytał się suchy,

Dręczyć boleścią podwojoną duchy;

Ich nieszczęśliwe w ciągłym ruchu ręce

I w nieustannym jak wachlarz powiewie,

Do ich ciał lgnące strząsały zarzewie.

«Mistrzu,» mówiłem, «coś wszystkie przeszkody

Usunął, prócz tej, jaką potępieńce

Stawili hardo w progu Disa bramy:

Kto ten cień, powiedz, olbrzymiej urody,

Co leżąc w piasku tak dziko spoziera,

Zda się, że jemu ogień nie doskwiera?

Czy hardy własnej urąga się męce?»

A cień spostrzegłszy, że o nim rozmowa

Toczy się z mistrzem, zakrzyknął w te słowa:

«Jak byłem żywy, jam zmarły ten samy!

Gdyby sam Jowisz, gdy gniew go zapala,

Choć raz zmordował swojego kowala,

Co jemu ukuł strzałę piorunową,

Pod której ostrzem jam legł na skonanie;

Gdyby był czarnych robotników Etny

Wszystkich zmordował, stojąc nad ich głową,

Krzycząc: »Dopomóż mi, dobry Wulkanie!«

Wprzód nim pod Flegrą zdobył triumf świetny;

I gdyby wszystkie we mnie utkwił strzały,

Jeszcze z swej zemsty nie miałby dość chwały».

A mistrz doń mówił z gniewem i zapałem,

Tak mówiącego nigdy nie słyszałem:

«Kapaneusie! Czyliż twojej dumie

Twa kara granic położyć nie umie?

Żadna nie może równać się męczarnia

Z taką wściekłością, jaka cię ogarnia».

A potem do mnie twarzą obrócony,

Słodkimi usty przemówił najczulej:

«On był z tych siedmiu szturmujących króli

Stubramne Teby; pychą zaślepiony,

Pogardził Bogiem, tak wieść o nim głosi,

I wątpię teraz, czy go o co prosi.

Lecz męka dumy, jak mówiłem jemu,

Bodaj największą karą jest dumnemu.

Idź za mną, tylko strzeż się, abyś czasem

Gorącym piaskiem nie obraził nogi,

Przeto ostrożnie idź tuż poza lasem».

Milcząc, przyszliśmy, ja i wódz mój drogi,

Nad brzeg krynicy, co z lasu wynika;

Rażąca tego czerwoność strumyka

Jeszcze mi dzisiaj włos na głowie jeży.

A jak przejrzysty strumień z Bulikamy,

Którym tak rade grzesznice się dzielą,

Znęcone jego chłodzącą kąpielą,

Tak dnem piaszczystym ta krynica bieży.

Oba jej brzegi wysłane granitem,

Trzeba, myślałem, iść wzdłuż jej korytem.

«Wśród mnóstwa rzeczy, co ci, mój kochany,

Już pokazałem po wyjściu z tej bramy,

Której nikomu próg niezakazany,

Jeszcześ nie widział tak ciekawej pono.

Patrz, wody w siebie wszystkie ognie chłoną!»

Mistrz mój tak mówił; więc prosiłem jego,

Aby mi podał pokarm, do którego

Sam wpierw podrażnił chęć mą wygłodzoną.

«Pośrodku morza jest kraj lądu pusty,

Na imię Kreta,» rzekł mistrz złotousty,

«A miał on króla, pod którego rządem

Świat nasz był czysty; nad morzem i lądem

Podnosi garb swój góra, Idą zwana,

Niegdyś gajami, wodą szachowana,

A dzisiaj pusta, jak każda rzecz stara!

Tam Rea syna powiła w połogu;

Chcąc go skryć lepiej, gdy płakało dziecię,

Płacz wrzawą surmy głuszyła i rogu.

Wśród góry stoi starzec jak jej mara,

Plecami stoi on ku Damijecie,

Wzrok utkwił w Romę jak w swoje zwierciadła,

Głowę ma złotą, barki, pierś ze srebra,

A z miedzi członki, począwszy od żebra,

Aż gdzie się biodro na widły rozpadło;

Niżej do pięty, jakby z jednej szyny,

Kształty tworzyły spławione żelazo,

Prócz prawej nogi, ta z palonej gliny,

Dlatego więcej opiera się na niej.

Prócz złota, kruszce bruzdowane skazą,

Kropleją łzami, te, gdy nad brzeg wzbiorą,

Przez grotę płyną w głąb do tej otchłani:

I z łez tych rzeka tworzy się osobna,

Jako Acheron i Styks z Flegetonem;

Potem korytem zstępują zwężonem

W punkt, skąd już niżej zstąpić niepodobna,

Tam tworzą Kocyt; ujrzysz to jezioro,

Dlatego o nim nie śpieszę tu z mową».

Rzekłem: «Gdy płynie ta krynica krwawa

Z naszego świata, dlaczego na skraju

Już jest widzialną tylko tego gaju?»

A on: «Ta otchłań, wiesz, jest okrągława;

Choć długą drogą twe stopy znużone

Zstępują ciągle w głąb na lewą stronę,

Jeszcześ nie obszedł jej całego koła.

Snadź krąg jej tobie zda się rzeczą nową,

Jednak sam przyznasz, że jako poetę,

On cię zadziwiać nie powinien zgoła».

Jeszcze ja: «Gdzie jest Flegeton i Lete?

O jednej milczysz, o drugim, mój wieszczu,

Powiadasz, że on powstaje z łez deszczu».

«Z radością,» mówił, «słyszę niepowszednią

Te dwa pytania powiązane społem;

Jednakże wrzenie tej wody czerwonej

Mogłoby z dwóch ci rozwiązać choć jedno.

Zobaczysz Letę, lecz poza tym kołem,

Tam, gdzie się czyścić idzie duch skażony,

Kiedy przez skruchę ma grzech przebaczony».

A potem mówił: «Czas odejść od lasa,

Brzegiem tej wody idź za mną pomału!

Tu mniej duszącym jest oddech upału,

Tutaj żar każdy, nim spadnie, zagasa».

Pieśń XV

(Krąg VII. Koło 3. Sodomici. Brunetto, nauczyciel Dantego.)

Teraz idziemy wybrzeżem kamiennym,

Mgła powstająca z dymiących wód łoża,

Strzeże od ognia wodę i jej brzegi.

Jak zatrwożony potopem wiosennym

Flamand swe groble podnosi od morza

Lub jak Padwanie wzdłuż wybrzeża Brenty,

Broniąc swych zamków, wodom czynią wstręty,

Chiarentana nim rozciepli śniegi:

Na mniejszą skalę, lecz na wzór ten samy,

Zdrój ten zamknęła pomiędzy dwie tamy

Nieznajomego ręka budownika.

Jużem za sobą las daleko rzucił,

Gdzie był, nie zgadłbym, gdybym się obrócił.

I oto trzodę duchów spotykamy,

Duchy idące wzdłuż tego strumyka.

Patrzały na nas i oczyma strzygły,

Jak jedni w drugich wpatrujem się lica

Zmrokiem, przy blasku nowego księżyca;

Duchy te pilno utkwiły w nas oczy,

Jak stary krawiec w ucho swojej igły.

Z gromady duchów, co tak patrząc kroczy,

Jeden mnie poznał, ułapił co żywo

Połę mej sukni i krzyknął: «O dziwo!»

W chwili, gdy do mnie wyciągał ramiona,

Spojrzałem, chociaż twarz ogniem spalona

Łatwom ją poznał, nie była zmieniona.

Podając jemu rękę, rzekłem: «Gdzie to?

Azali jesteś tu, panie Brunetto?».

A on: «Mój synu! I któż mię obwini,

Jeśli dla ciebie Brunetto Latini

Pozostał w tyle od swoich szeregu?».

«Jeśli chcesz,» rzekłem, «nad brzegiem tej wody

Przysiądę z tobą; co mogę, to zrobię,

Spędzim chwil kilka naszym sercom gwoli,

Ten, z którym idę, gdy na to przyzwoli».

«Synu mój,» mówił, «wiedz, że z naszej trzody

Na jedną chwilę kto wstrzyma się w biegu,

Sto lat pod ogniem przestoi w otchłani,

Nie mogąc strząsnąć żaru, co go rani.

Idź, krok za krokiem iść będę przy tobie.

Potem dogonię braci nierozdzielnych,

Co idą, płacząc swych mąk nieśmiertelnych».

Nie śmiałem zstąpić, aby z nim iść społem.

Lecz szedłem ze czcią, z pochylonym czołem.

On mówił: «Losu czy wyroku władza

Ciebie przed czasem w tę otchłań sprowadza?

Kto jest wódz twoją kierujący drogą?»

«Tam wyżej żyjąc wesoło i błogo,»

Odpowiedziałem, «zbłądziłem w dolinę,

Przed kresem dni mych myślałem, że zginę;

Lecz zbłąkanego, drżącego od trwogi,

Wódz mnie wprowadził na tor mojej drogi».

A on: «Szczęśliwa twa gwiazda, licz na niej,

Dojdziesz do kresu twej świetnej przystani,

Jeślim się dobrze twej przyszłości radził.

Gdyby śmierć wcześnie ócz mych nie zamknęła.

Wiary twej we mnie pewnie bym nie zdradził,

Widząc nad tobą niebo tak życzliwe,

Sam bym ci zagrzał twe serce do dzieła!

Lecz to niewdzięczne plemię i złośliwe,

Lud, który wyszedł z Fijesoli z dawna,

Dziki jak skała jego nieuprawna,

Za czyn twój dobry stanie się twym wrogiem;

I słusznie, nie dziw, że cię klątwa ściga,

Bo nie przystoi, między cierpkim głogiem

Ażeby słodka dojrzewała figa.

Wieść stara ślepym nazywa go ludem.

Plemię zawistne, dumne i łakome:

Obyś ich nigdy nie kalał się brudem!

Łaski Fortuny tak w tobie widome,

Twój przyszły zaszczyt, że stronnictwa oba,

Gdy swej zawiści stępią ostrze grotu,

Głodne zapragną twojego powrotu.

Lecz bądź, roślino, z dala od ich dzioba,

Zwierz z Fijesoli drapieżnym nałogiem

Niech się podściela ze swych ciał barłogiem;

Lecz niech roślinę zostawi w pokoju,

Gdy jeszcze jaka wyrasta z ich gnoju,

W której odżywa to święte nasienie

Rzymian, co przyszli w tę stronę nie w gości,

Lecz zamieszkali gniazdo takiej złości».

Odpowiedziałem: «Gdyby me życzenie,

Gdyby me chęci wysłuchano z góry,

Nie byłbyś pozwan przed sąd twej natury.

Wierzaj mi, zawsze w pamięci mej stoi

Drogi ojcowski obraz twarzy twojej,

Gdy mnie uczyłeś, jak dzieły wielkiemi

Unieśmiertelnia człek imię na ziemi.

Za to ci wdzięczność serce me przechowa,

Rad, póki żyję, wyznam ją przez słowa.

Co o mej gwieździe mówisz, będę baczył,

Abym tekst drugi o niej wytłumaczył

Słowami pani, która mi odsłoni

Całą mą przyszłość, jeśli dojdę do niej.

Tylko ja chciałbym, byś wiedział, żem gotów

Znieść cios Fortuny, pociski jej grotów,

Abym w sumieniu był czystym aniołem.

Treść wróżb nienowa dla mojego ucha;

Niech więc Fortuna, jak chce, toczy kołem!»

Wtenczas na prawo zwrócił się Wirgili,

Popatrzał na mnie i mówił po chwili:

«Kto w swej pamięci bez błędu zapisze

Rzecz raz słyszaną, taki dobrze słucha».

Idąc i mówiąc wciąż z panem Brunetto,

Pytałem, jacy jego towarzysze

Znajomsi byli jakim czynem, chwałą,

Blaskiem nauki czy własną zaletą.

A on: «Niektórzy poznania są godni,

O drugich będzie zamilczeć wygodniej,

Mówić tak długo czasu by nie stało.

Wiedz: słowem, wszyscy byli to klerycy,

A literaci wielcy, piśmiennicy,

A wszyscy grzechem tym samym zbrukani.

Prawnik z Akorso i mistrz Pryscyjani,

Idą pospołu w tym nikczemnym tłoku.

Gdybyś pożądał szpetnego widoku,

Mógłby twojemu przedstawić się oku

Ów Andrzej z Mozzi, którego sług sługa

Przeniósł znad Arna do Bakiglijony,

Gdzie zmarł rozwięzią cały wykrzywiony.

Mówiłbym o nim dłużej, lecz nie mogę,

Dym bucha, idzie trzoda duchów druga,

Z którą mi w jedną nie wolno iść drogę.

Skarbiec mój czasem otwórz i przeczytaj,

W nim tylko żyję; więcej mnie nie pytaj».

Potem zawrócił stopy w inną stronę.

Jak szybkobiegacz bawiący Weronę

Bieży do mety po sukno zielone,

Podobnym krokiem dopędzał swych braci,

Jak ten, co w biegu wygrywa, nie traci.

Pieśń XVI

(Krąg VII. Koło III. Ciąg dalszy. Gwidogwera. Rusticuci).

Już byłem w miejscu, gdzie słychać szum wody,

Która spadała w drugi krąg piekielny

Szumiąc podobnie jak w ulach gwar pszczelny.

Trzy cienie od tej oderwane trzody,

Co przechodziła pod ognistym deszczem,

Podbiegły do nas, krzycząc w uniesieniu:

«O stój, poznajem po twoim odzieniu,

Żeś dziecko naszej występnej ojczyzny».

Widziałem na ich ciałach od płomienia

Świeże i stare wypalone blizny;

Niestety! Jeszcze wspominam je z dreszczem,

Choć czas na poły zatarł ślad wrażenia.

Na krzyk ich brzegiem idący porzecznym

Mistrz stanął; do mnie obrócił się twarzą

I rzekł: «Stań, jeśli chcesz być dla nich grzecznym:

Gdyby nie ognie, co te piaski skwarzą,

Rzekłbym, że witać z skwapliwością całą,

Więcej by tobie niźli im przystało».

Gdyśmy stanęli, starą pieśń okrzyków

Cienie zawyły z boleści wyrazem,

Kręcąc się w kółko wszyscy trzej zarazem

I obyczajem nagich zapaśników

Już namaszczonych, co się okiem mierzą,

Nim w szrankach na się piersią w pierś uderzą,

Cienie wprost do mnie obracając twarze,

W krąg się kręciły po stepu obszarze,

W sposób, że szyja skrzywiona z ich nogą,

Ciągle jak w sporze, przeciwną szły drogą.

Jeden tak mówił: «Chociaż pełen groźby

Step ten ruchomy, smutny i spalony,

Podał w pogardę nas i nasze prośby,

Mów, naszej sławy odgłosem skłoniony,

Kto jesteś, co tu stopami żywemi

Stąpasz po piekle śmiało jak po ziemi?

Patrz, ten, którego ja zacieram ślady,

Nagi, żarami obdarty ze skóry,

Był dobrze większym, jak ty mniemasz mężem;

Był wnukiem skromnej i pięknej Gwalrady

Nazwisko jego było Gwidogwera,

Mąż zawołany radą i orężem.

Drugi, co ze mną, smutny i ponury,

Gorące żwiry stopami rozciera,

Wpatruj się dobrze, to Aldobrandini,

Wieszcz bez słuchacza wśród swojej krainy!

Ich współmęczennik w tej ognia pustyni

Jam Rustikuci; zaiste zła żona

Więcej jak wszystko, wwiodła mnie do winy».

Gdybym był pewny od ognia zachrony,

Skoczyłbym na dół objąć ich w ramiona,

Wierzę, nie byłby mistrz tym zasmucony;

Lecz myśl, że będę na żarach spieczony,

Strach w końcu we mnie dobry zamiar przemógł,

Żem ich uściskiem lubować się nie mógł.

Potem na takie zdobyłem się słowa:

«Nie jest to wzgarda, lecz boleść serdeczna,

Jaką mi sprawia wasza męka wieczna.

Mnie o was mistrza uprzedziła mowa,

Według słów jego pomyślałem wreszcie,

Jacyście przyszli, takimi jesteście,

Jestem wasz ziomek i zawsze z zapałem

O waszych czynach szlachetnych słuchałem.

Żółć porzuciłem, cel mej drogi główny

Dojść do owoców, których treść tak słodka!

Co mi obiecał mój wódz prawdomówny;

Lecz tu wpierw muszę zstąpić aż do środka».

Cień rzekł: «Niech dusza twoimi członkami

Kieruje długo, sława niech obleci

Zakres dni twoich i po tobie świeci.

Mów, czy waleczność i uczucia szczere

Żyją jak niegdyś pomiędzy ziomkami,

Czy już wygnane są u nich w bezcześci?

Bo gość niedawny Wilhelm Borsijere ,

Który tu przybył społem jęczeć z nami,

Przerażające opowiada wieści».

«Zatyli na twym, Florencyjo, chlebie

Przybysze nowi (zysk nagły a lichy),

Zrodzili tyle swawoli i pychy,

Że już złem własnym skarżysz sama siebie».

Tak wykrzyknąłem z podniesioną twarzą:

Słysząc to, cienie po sobie spojrzały,

Jak ci, co głosem prawdy się przerażą.

Potem samotrzeć tak odpowiedziały:

«Jeżeli zawsze, najskąpszy z gadaczy!

Tak małym kosztem zbywasz twych słuchaczy,

Szczęśliwie mierzysz miarą słów twe chęci:

Przecież gdy zdołasz wyjść z tych miejsc rozpaczy

I ujrzysz świat twój z gwiazd światłem tak miłym,

Jeśli ci zda się mówić: ja tam byłem —

Chciej nas przypomnieć żyjących pamięci!»

Wtem rozerwały koło i uciekły

Szybko, jak gdyby skrzydłami wiatr siekły;

I nikt tak prędko Amen nie wymówi,

Jak znikły w stepie, pędząc w ślad swej trzody.

Przeto iść dalej zdało się mistrzowi,

Ja szedłem za nim, wtem — o dziwo nowe!

Tak blisko łoskot zagłuszył nas wody,

Że szumem naszą przerywał rozmowę.

Jak z własnym ujściem zapieniona rzeka

Na wschód od Wizo do morza przecieka,

Z gór Apeninu, zwana Aquachetą,

Nim zstąpi w głębsze na dolinach łoże;

Przy Forli traci to imię, a potem,

Jak z gór kaskada spadając z łoskotem,

Grzmi wód hałasem przy San Benedetto,

Gdzie z tysiąc ludzi pomieścić się może:

Z takim łoskotem ze stromej skał ściany,

Staczał się strumień krwią zafarbowany,

Ażem ogłuchnął na oboje ucho.

A byłem w pasie sznurkiem przepasany,

Jakim tuszyłem — daremna otucho! —

Złowić panterę z skórą cętkowaną.

Sznur odpasawszy, jak mi rozkazano,

Zwinięty w kłębek oddałem mistrzowi,

Mistrz się na prawo zwrócił ku brzegowi

I z brzegu, stojąc nad stromą opoką,

Cisnął go w otchłań strumienia głęboką.

Rzekłem więc w sobie: Pewnie coś nowego

Na ten znak nowy odpowie, jak wróżę,

Gdy mistrz uwagi nie zdejmuje z niego. —

Jak ludzie przy tym powinni być baczni,

Który najskrytszą myśl w nich zbadać może!

Mistrz mówił: «Teraz pilno patrzeć zacznij,

To, na co czekam, zaraz się objawi,

O czym ty marzysz, wnet ujrzysz oczyma».

Niech człowiek prawdę za ustami trzyma,

Jeśli choć pozór z niej kłamstwa wynika,

Bo sam bez winy na wstyd się wystawi.

Lecz tu zatrzymać nie mogę języka:

Na te poemy, czytelniku, tobie,

Klnę się, jak chcę mieć twą łaskę po sobie,

Że przez mgły gęste widziałem i mżące

Jakieś w powietrzu widmo pływające

W postaci nurka, gdy tonie w wód łono,

Aby odwiązać kotew zaczepioną

O głaz podwodny lub wynieść z wód łona

Jakiś tam przedmiot morzem pochłonięty,

W chwili, gdy przed się wyciąga ramiona,

A cały sobą przysiada na pięty.

Pieśń XVII

(Gerion. Ostatni z koła III: lichwiarze. Odjazd.)

«Zarażająca świat tchem jadowitym,

Oto z ogonem stalowym bestyja.

Którym broń łamie i mury przebija!»

Tak mówił wódz mój, a na zwierza skinął,

Aby z powietrza do nas lot swój zwinął,

Na brzeg, gdzie szliśmy nadrzecznym granitem.

I oszukaństwa spadł obraz obrzydły;

Wysunął głowę, pierś pod stopy nasze,

Lecz nie położył ogona na tamie.

Ten latający dziwoląg, nie kłamię,

Sprawiedliwego miał oblicze męża,

A skóra na nim błyszcząca i miękka,

Resztą był ciała podobny do węża.

A miał dwie łapy zakrzywione w widły,

Podszyte puchem pod samo podpasze;

Pierś, grzbiet i boki jak hieroglif jaki

Były pisane w kółka i gzygzaki:

Piękniej Arachny nie dzierzgała ręka,

Tkań, jaką snuje piękna odaliska,

Większym bogactwem barwy nie połyska.

Jak czasem stoją w brzegach rzeki łodzie,

Na pół na ziemi, a na poły w wodzie,

Jak bóbr do walki po pas wynurzony,

W kraju, gdzie żyją żarłoczne Teutony,

Tak zajmowała ta bestyja dzika

Brzeg, co step piasków granitem zamyka.

Całym ogonem potwór na wiatr miotał,

Jak skorpion żądłem zatrutym migotał,

A wódz mi mówił: «Teraz nam z wybrzeży

Zstąpić przystoi, gdzie ten potwór leży».

I schodząc w prawo (któż ostrożność zgani?),

Jeszcze dwa dałem kroki tym wybrzeżem

Z myślą, że w stepie ognia się ustrzeżem.

Gdyśmy stanęli przed tym ptako-zwierzem,

Nieco opodal, u progu otchłani,

Duchy, widziałem, na piasku siedziały.

A mistrz: «Ażebyś poznał krąg ten cały,

Idź, poznaj bliżej ich stan i katusze,

Lecz z nimi długą nie baw się rozmową:

Nim wrócisz, spytać tej bestyi muszę,

Czy nam do jazdy grzbietu nie użyczy».

I sam poszedłem w dolinę stepową,

Gdzie krańcem siódmy krąg z ósmym graniczy,

Tam gdzie siedziały nieszczęśliwe duchy.

Boleść tryskała przez oczy ich łzami,

Podnosząc ręce od ruchu mdlejące,

Żar odsuwały, to piaski gorące;

Jak psy w skwar letni pyskiem, to łapami

Ich kąsające opędzają muchy.

Próżno oczyma przeglądałem twarze

Okaleczałe w tym bolesnym żarze.

Nikogo w takiem zebraniu niemałem,

Nie mogłem poznać, lecz zauważałem,

Z każdego szyi zwisała kaleta,

Godłem i barwą każda rozmaita;

Ich oczy, zda się, że pasły się nimi.

Podszedłszy bliżej, oczyma własnymi

Widziałem, jak na błękitnej kalecie

Siedział lew bury i tonął w błękicie:

Tak robiąc przegląd, postrzegłem z daleka

Drugą kaletę jak w krwi farbowaną,

A na tle krwawym gęś bielszą od mleka;

Jeden, któremu tło białego wora

Zdobiła świnia, błękitna maciora,

Przemówił do mnie: «Co tu robisz żywy?

Wiedz, że mój były sąsiad Witaliano

Siądzie tu przy mnie, po mej lewej stronie:

Padwianin jestem w florentynów gronie,

Często mnie głuszy ich okrzyk wrzaskliwy:

»Oby mąż nadszedł krokiem uroczystym,

Który ma worek o dziobie troistym«».

A potem dziko żar oczyma wskrzesił,

Wykrzywił wargę i język wywiesił

Jako wół, kiedy swoje nozdrza liże.

A ja z bojaźni, czy nie zabawiłem

Dłużej nad zakres według słów przestrogi,

Grzbiet do tych nędznych duchów obróciłem.

Patrzę, zwierz dziki już oczyma strzyże,

Na grzbiecie jego siedział mój wódz drogi

I mówił: «Teraz bądź krzepki i śmiały!

Ktokolwiek tutaj chce zstąpić z tej skały,

Musi drabiną schodzić tylko taką.

Siądź z przodu, moje do ogona siodło,

Aby cię jego ostrze nie ubodło».

Jak chory febrą zmęczony czworaką,

Patrząc na blade paznokcie, już całem,

Nim dreszcz chorobę poczuje, drży ciałem,

Słowa te wstrzęły mnie drżeniem nieznanem;

Na koniec strach mój na wstyd się przesila,

Który przed dobrym krzepi sługę panem.

Siadłem na barkach szerokich zwierzęcia;

Chciałem rzec: «Trzymaj, weź mnie w swe objęcia!»

Lecz głos nie wyszedł uwięzły w mym łonie.

On, co mię wyrwał z niebezpieczeństw tyla,

Gdym siadł, w ramiona tulił mnie jak dziecię

I mówił: «Teraz ruszaj, Geryjonie!

Tylko pamiętaj, że nie cienie duchów,

Lecz nowy ciężar niesiesz na twym grzbiecie;

Szerokim łukiem spuszczaj się do ziemi».

Jak łódź od brzegu ruchy leniwemi

Zrazu się sunął; a potem, a potem,

Kiedy już poczuł swobodę swych ruchów,

Podniósł się w górę i zwinnym obrotem

Ogon ku piersi przerzucił nad nami,

Rozciągnął ogon, jak węgorz nim miotał,

W powietrzu dwiema wiosłując łapami.

Czy ode mnie Faeton, nie uwierzę,

Czuł większą trwogę, gdy rydwan zdruzgotał

I lejc upuścił pod sferą słoneczną,

Tor swój nieszczęsny znacząc drogą mleczną,

Lub Ikar widząc topniejące pierze,

Gdy ojciec krzyczał: «Słoneczna pożoga

Spali ci skrzydła, zuchwała to droga!»

Jakaż w tej chwili była moja trwoga,

Gdy wszystkie z oczu straciwszy przedmioty

Widziałem tylko powietrze i zwierze!

Ptak-zwierzę płynąc powoli, powoli,

Na przemian skręcał, to zniżał swe loty,

Ledwo odgadłem, co się działo ze mną,

Z wiatru, co dął mi w twarz mą i pode mną.

Otchłań na prawo, podsłuchałem potem,

Grzmiała pod nami potężnym łoskotem;

Na tak straszliwy łoskot mimo woli

Z trwogą spuściłem w dół oczy i głowę:

Wtenczas ta otchłań prawie o połowę

Zwiększyła we mnie grozę przerażenia,

Widziałem ognie, słyszałem jęczenia

I cały drżący w sobie się zebrałem.

Czegom nie widział, w tej chwili widziałem,

Że się spuszczamy między wielkie męki,

Słysząc zbliżone szlochanie i jęki.

Sokół gdy długo na skrzydłach się waży,

A sokolniczy stojący na straży

Nie widząc długo ptaka i zdobyczy:

«Sam tu sokole!» niecierpliwie krzyczy;

Z chmur, gdzie daremnie setne kreślił koła,

Spuszcza się skrzydło znużone sokoła

I ptak, bo wre w nim żółć gniewem zagrzana,

Spada z daleka od swojego pana: —

Tak nas Geryjon wysadził na skałę

Sterczącą na dnie głębokiego jaru

I pierzchnął, zbywszy naszego ciężaru,

Jak widzim z łuku pierzchającą strzałę.

Pieśń XVIII

(Krąg VIII. Tłumok 1 i 2. Rajfury i pochlebcy.)

Jest miejsce w piekle zwane Złe Tłumoki,

Żelaznej barwy, a całe z opoki,

Okólna ściana także granitowa;

Pośrodku jama wrzyna się opoką,

Tworząc szeroką studnię i głęboką,

O której będzie na swym miejscu mowa.

Od zrębu studni aż po skał podnoże,

Przestrzeń okrągła, a całe wydroże

Do dna porznięte na dziesięć oddziałów.

A jako liczne przekopy i jamy

Bronią przystępu do zamkowych wałów —

Pewne schronienie od wrogów napaści —

Na wzór ten były te kamienne tamy;

A jako twierdza fosą otoczona

Na brzeg jej drugi rzuca most od bramy,

Tak od stóp skały szły kamienne zęby,

Które przerżnąwszy fosy i przepaści,

Końcami w studni wpierały się zręby.

Kiedyśmy zsiedli z grzbietu Geryjona,

W takie skaliste weszliśmy warownie.

Z mistrzem na lewo zawróciłem kroku,

Na prawo zasię widziałem w pół zmroku

I nowych katów, i nowe katownie.

Grzesznicy nadzy w tym pierwszym tłumoku 

Jedni szli do nas, połowa szła bokiem

W naszym kierunku, ale sporszym krokiem.

Rzym gdy rok święci jubileuszowy,

Przyjęto zwyczaj, by przez most zamkowy

Dla ogromnego nacisku pątników

Lud, idąc, na dwie dzielił się połowy.

Jedni przechodząc, mają w Santo-Pietro

Twarz obróconą, ci w Monte-Giordano,

Że tłumy ludu nigdy się nie zetrą.

Tak z stron przeciwnych szatany rogale

Idąc z biczami po tej czarnej skale,

Okrutnie z tyłu smagały grzeszników.

I na trzask pierwszy bicza jakby gnano

Trzodę ze szkody, cały tłum uciekał,

Nikt na trzask drugi i trzeci nie czekał.

Podczas gdy szedłem ponad jamą ciemną,

Widzę, znajomy potępieniec kroczy,

I rzekłem: «Znam go, nie mylą mnie oczy».

Wstrzymałem kroku, a nie chcąc mnie smucić,

Wódz mój łagodny zatrzymał się ze mną,

Krok trochę na wstecz pozwolił mi zwrócić.

Lecz duch smagany wpadł na wybieg nowy,

Chciał mi się ukryć nachyleniem głowy;

Ja mówię: «Ty, co wzrok spuszczasz tak dziko,

Jeśli twych rysów wyraz niekłamany,

Poznaję ciebie, witaj Wenediko

Za jaką winę jesteś tak chłostany?»

«Ze wstrętem mówię, jaka moja wina,

Chociaż wstręt głos twój łagodzi srebrzysty,

Głos, co mi świat mój niegdyś przypomina.

Jestem ten, który jako duch nieczysty

Skusiłem piękną mą siostrę Gizolę,

Aby się zdała na margrafa wolę.

Różnie w powieściach brzmi ta historyja!

Niejeden tutaj grzbiet biczami sieką,

Pełno tu moich ziomków Bolończyków;

Pomiędzy Reno a Saweny rzeką,

Więcej nie spotkasz nawykłych języków

Do wymawiania sipa zamiast sia;

Gdy chcesz świadectwo mieć tej prawdy godne,

Wspomnij na nasze łakomstwo przyrodne.

Gdy mówił, szatan uderzył go biczem:

«Idź,» krzyknął, «z swoim gronem wszetecznieczem,

Tu nie ma targów na wdzięki niewieście!»

Ja do mojego wracam przewodnika;

Idąc znów za nim przyszliśmy nareszcie,

Gdzie skała ramię kamienne wytyka.

I szliśmy lekko po skale i żwawo,

Dalszy nasz pochód zwracając na prawo.

Gdyśmy wstąpili na łuk jej arkady,

Pod którą duchów przechodzą gromady,

Mój wódz «Stój,» mówił, «daj folgę krokowi!

Patrz, oto idą potępieńcy nowi,

Jeszcześ ich widzieć nie mógł oko w oko,

Bo w tym kierunku idą pod opoką».

Z starego mostu, pod jego łukami,

Widzę, cug duchów przeciągał przed nami,

Biczem jak pierwszy zarówno smagany.

A dobry mistrz mój mówił niepytany:

«Patrz, wyższy głową nad wszystkich cień idzie,

A który mimo częstych razów bicza,

Zda się, łzą jedną nie zwilżył oblicza.

Jaka królewska w nim postać z powagą!

To Jazon, który mądrością, odwagą

Zmyliwszy straże, skradł runo w Kolchidzie.

Przez wyspę Lemnos przechodził w tę chwilę,

Kiedy niewiasty do samych jej krańców,

Mszcząc się okrutnie za mężów rozpustę,

Wymordowały jej męskich mieszkańców.

Tam przez namowy słowa złotouste,

Zwiódł i pogwałcił młodą Hipsypilę,

Która płeć swoją w całej okolicy

Zwiodła zarównież zdradą niepowszedną,

I tam ją w ciąży zostawił i jedną.

Grzech ten go wtrącił w męki tej otchłani,

Aby w niej poczuć mógł zemstę Medei.

Z nim idą jemu podobni zwodnicy.

Poznałeś pierwszy tłumok, a z kolei

Tych, co są biczem szatanów smagani».

Byliśmy w miejscu, gdzie wąska drożyna

W krzyż drugą tamę kamienną przecina

I z drugą pierwszą połączą arkadę;

Tam nową duchów widziałem gromadę,

Płaczącą w jamie drugiego tłumoka.

Każdy duch bił się własnymi pięściami,

Zawracał głowę i dyszał nozdrzami.

Wilgotny wyziew buchając z dna jamy,

Jak ciasto pleśnią przylegał do tamy,

Odrażający dla nosa i oka;

Dna trudno dojrzeć, tak jama głęboka.

Widziałem jednak, stojąc na tej skale,

Na dnie ugrzęzły duchy w ludzkim kale:

Kiedym się wpatrzył, jakaś rudo-płowa

Sterczała kałem tak zbrukana głowa,

Że darmo w myśli sam siebie zagadłem,

Kto on był, świeckim czy mnichem? nie zgadłem.

Głowa ta rzekła: «Co tak pilno tobie,

Jednej się mojej przyglądać osobie?»

«Jeślim cię» rzekłem «w pamięci zachował,

Znałem cię niegdyś z włosami suchemi,

Aleksym z Lukki zwano cię na ziemi.

Dlatego pilniej jak drugich w około

Oglądam ciebie». On bijąc się w czoło:

«Pochlebstwo» rzekł «mnie wtrąciło w tę jamę,

Którym mój język tak dzielnie szermował!»

Wódz do mnie mówił: «Za kamienną tamę

Wyciągnij szyję, a spojrzyj w głębinę,

Tam ujrzysz na dnie stojącą dziewczynę

Z rozczochranymi jak wiedźma włosami;

Pierś swą aż do krwi szarpie paznokciami,

Ruchy jej ciała dzikie i gwałtowne,

To raz przysiada, to wstaje na nogi,

To dworka Tais! raz przez usta sługi,

Kiedy kochanek pochlebnie jej pyta:

Mam li ja wielkie w twych oczach zasługi?

Odpowiedziała: Zaiste cudowne!

Prędzej przechodźmy te skalne progi,

Tu wzrok się brudu napatrzył do syta».

Pieśń XIX

(Krąg VIII. Tłumok III. Symoniacy. Mikołaj III i inni papieże).

Mistrzu Symonie! Wy, jego sektarze,

Co rzeczy boże, o łakome dusze,

Jako goniący za zyskiem kramarze,

Cudzołożycie za srebro i złoto,

Gdy być powinno żenione z szczodrotą:

Teraz ja dla was zadąć w trąbę muszę,

Boście trzeciego tłumoka mieszkańce.

Już wstąpiliśmy na same skał krańce,

Skąd wzrok, jak stromą opoką kaskada,

Na dno otchłani prostopadle spada.

O jakże wielki twojej kunszt, o Panie,

Arcymądrości, którą Tyś przyodział

Stosownie niebo, ziemię i otchłanie!

Jak sprawiedliwy przez ciebie jej podział!

Widziałem z brzegu i na dnie głaz szary,

Pełen dziur krągłych, wszystkie jednej miary:

Takie są w moim pięknym Świętym Janie,

Gdzie kąpią dzieci przy chrzestnym obrzędzie;

Jedną z nich stłukłem niewiele lat temu,

Podając pomoc dziecku tonącemu;

A co przynajmniej niech dowodem będzie,

Aby człek każdy spostrzegał się w błędzie.

Grzesznik wytykał z jamy każdej dziury

Nogi po uda, resztę jego ciała

Więziła w środku swego lochu skała.

Dwie stopy płomień przypalał jaskrawy,

Boleść tak silnie miotała nóg stawy,

Że mógłby zerwać i więzy, i sznury.

Jak napojone przedmioty oliwą

Pochwycą płomień w sam wierzch wyciągnięty,

Tak płomień sięgał ich palców od pięty.

«Pojaśń mi mistrzu,» zagadłem go żywo,

«Kto by w tej dziurze rzucał się jak wściekły,

Czy mu tak ognie czerwone dopiekły?»

«Jeśli chcesz» mówił «zejść na dno tej jamy,

Dzieje ich zbrodni z ichże ust poznamy».

A ja: «Ty pan mój, jam sługa twej woli,

A sługa robi, co mu pan pozwoli».

I wstąpiliśmy na łuk czwartej tamy,

Tuż ponad fosę pokłutą dziurami.

Mistrz na dno fosy sprowadzał mnie z góry

I przyprowadził do otworu dziury,

Skąd duch boleśnie skarżył się udami.

«O kto bądź jesteś, jak pal w dziurę wbity,»

Począłem mówić, «duchu nieszczęśliwy,

Jeżeli możesz, miarkuj ból twój żywy».

I stałem jak mnich kapturem zakryty,

Spowiadający zbójcę w jego jamie,

Co się ma nad nim za chwilę zawalić;

Gdy spowiedź chytry złoczyńca odkłada,

To woła mnicha, a ten go spowiada,

Chciałby na chwilę bliską śmierć oddalić.

Duch krzyknął: «Ha, tu jesteś, Bonifacy?

Już mi od dawna przepowiednia kłamie:

Gdzie skarby twoje, owoce twej pracy?

Dla których zdradą, drogami krzywemi,

Śmiałeś odważny zaślubić na ziemi

Piękną niewiastę, dać ją na targ zysku,

Abyś ją wzgardą zbrukał w twym uścisku».

Jak ten, co słysząc niepojęte słowa,

Ze wstydu milczy, stałem jak niemowa.

«Mów, odpowiadaj»: zawołał Wirgili,

«Zupełnie inne, nie to noszę miano,

Jak się domyślasz». Nie zwlekając chwili

Odpowiedziałem, tak jak mi kazano.

Duch kręcąc stopy konwulsyjnym ruchem,

Mówił z westchnieniem głębokiem i głuchem:

«O co mnie pytasz? Jeśliś wiedzieć chciwy,

Jaki w tej dziurze jest duch nieszczęśliwy,

Wiedz, że płaszcz wielki był moją odzieżą.

Jam syn, zaiste, niedźwiedzicy matki

Pragnąc wychować pokrewne niedźwiadki,

Aby na złotym wierzgały obroku,

W mój wór złożyłem z całej ziemi złoto

A w końcu siebie w tym ciasnym tłumoku.

Jeszcze tu drudzy pod mą głową leżą

Symonijacy, co w tę jamę ciemną,

Między jej lochy zapadli przede mną.

Tam ja zapadnę, gdy tu, o sromoto!

Przyjdzie i w lochach tych skał się zagrzebie

Ten, za którego mylnie wziąłem ciebie.

Lecz on nie będzie tak długo swej nogi,

Jak ja, wystawiał na ognia pożogi:

W ślad za nim przyjdzie pasterz od Zachodu

Nieprawościami obciążon od młodu,

Gdy mu ostatnia godzina wybije,

On tu mnie sobą i jego nakryje.

Będzie to nowy Jazon w pysze swojej,

O którym w Księdze Machabejskiej stoi;

W Filipie znajdzie swego Antyjocha».

Czy mnie uniosła żarliwość zbyt płocha,

Nie wiem, lecz jego zgromiłem w te słowa:

«Mów, czego Pasterz nasz i Pan żywota

Żądał od Piotra? Może skarbów, złota?

Nim zdał klucz, taka była jego mowa:

Idź i dopełniaj dzieła mego dalej.

Czyż Piotr i drudzy przekupić się dali,

Gdy los wyboru padł na Mateusza,

Miejsce swe chytra gdy straciła dusza?

Nie skarż, zaiste, słuszna twa katusza,

Zważ sam, do czego złoto cię przywiodło,

Twych walk z Karolem przyczyna i źródło.

Gdyby nie wzgląd mój, jak wiara poucza,

Poszanowania dla twojego klucza,

Któryś piastował w stolicy Piotrowej,

Dałbym ci uczuć większą gorycz mowy.

Pasterze, widział was Ewangelista,

W owej niewieście, co ciałem nieczysta

Cudzołożyła z ziemskimi królami.

Ona, zrodzona aż z siedmiu głowami,

Moc swą czerpała z dziesięciu swych rogów,

Póki wdzięk miała dla jej męża cnota.

Wyście, o zgrozo! ze srebra i złota

Bez liku ziemskich natworzyli bogów;

Od bałwochwalcy w czym się wy różnicie?

On czci jednego, wy ich ze sto czcicie.

Ach! Źródło złego płynęło i płynie

Nie z nawrócenia twego, Konstantynie,

Lecz z twych posagów danych w dobrej wierze,

Na których pierwsi stanęli papieże».

Podczas gdym jemu nucił pieśń tej nuty,

Bądź gniew, bądź ostre sumienia wyrzuty

Tak dojmowały boleśnie duchowi,

Aż trząsł gwałtownie obiema stopami.

Jam się podobał mojemu wodzowi,

Który, pamiętam, zawsze rad mnie słuchał,

Gdy duch mój w słowach szczerością wybuchał.

I objął, wziął mnie na ręce po prostu,

I szedł, jak zstąpił, drożyną tą samą,

Do piersi mojej tulił się piersiami,

Aż wyszedł ze mną na arkadę mostu,

Gdzie czwarta z piątą połączą się tamą.

Słodki swój ciężar tam powoli złożył

Na skale śliskiej dla stóp podróżnika,

Gdzie ledwo może skakać koza dzika —

Skąd widok nowy oczom się otworzył.

Pieśń XX

(Krąg VIII. Tłumok IV. Czarnoksiężnicy i wróżbici.)

Nowa męczarnia wierszem wyśpiewana

Da treść dwudziestej z mojej pierwszej pieśni,

Która opiewa kary potępionych.

Skłoniony zajrzeć do rozwartej cieśni,

Co się czerniła wśród skał rozszczepionych,

A cała we łzach bolesnych skąpana:

Widziałem duchy; krągłą jej doliną,

Cicho płaczące, wciąż idą i płyną,

Jako na ziemi lud za procesyją.

Ci potępieńcy z wykrzywioną szyją,

Skrzywione brody wspierali na krzyżu,

Twarz ich wyraźnie była wykręcona

Między łopatki grzbietu za ramiona.

A szli wstecz, tyłem, tak idą od chwili

Gdy zmysł widzenia przed się utracili.

Może się komu na ziemi zdarzyło

Widzieć tak zgiętych kurczem paraliżu,

Nie widząc, nie śmiem wierzyć, że tak było.

Mój czytelniku! jeśli Bóg cię skłania,

Zebrać tu owoc z twojego czytania,

Jeśli masz serce na boleść niegłuche,

Osądź, czy mogłem ja mieć oczy suche,

Widząc nasz obraz, nasze podobieństwo,

Tak wykrzywione przez dziwne męczeństwo,

I widząc łzy ich (któż temu uwierzy!),

Jak z ócz spadały bruzdą ich pacierzy.

Zaiste, wsparty o skałę płakałem,

A wódz mój wołał: «Czyś rażon ich szałem?

Tu litość żyje wtenczas, gdy zamarła!

Gdzie tak zuchwali, co się nie zatrwożą,

Przesądzać żalem sprawiedliwość bożą?

Wznieś wyżej głowę, patrz, oto duch kroczy,

Pod którym ziemia swą przepaść rozwarła.

Wobec Tebanów, ledwo w przepaść wskoczy,

»Amfiaraus zapadł!« Krzyk się szerzy

»Już on do szturmu jutro nie uderzy«.

Gdy go chłonęła w głąb ta przepaść dzika,

Minos, co sądzi każdego grzesznika,

Widzi, pierś jego z ramion się wytyka;

Za to, że w przyszłość zagłębiał się okiem,

Tutaj wstecz patrzy, wstecznym idzie krokiem.

Patrz, Tyrezyjasz, co czarów zaklęciem

Z męża w niewiastę zmienił się, dziw nowy!

Przeobrażony od stóp aż do głowy.

I wprzódy musiał laską czarnoksięską

Dwóch sprzęgłych wężów zabić jednym cięciem,

Nim się na powrót oblekł w skórę męską.

Patrz, który idąc w zad zatacza brzuchem,

To Aruns, głośny niegdyś wieszczym duchem.

W góry od ludzi skrył się za żywota;

Biała z marmurów kararyjskich grota

Była mu domem, skąd mógł w każdej porze

Patrzeć na gwiazdy, to na pełne morze.

Ta, co włosami rozwianych warkoczy

Kryje pierś, której nie widzą twe oczy,

To Manto, niegdyś ziem i wysep siła,

Niejedne lądy i morza zwiedziła,

Aż przyszła w stronę, która mnie zrodziła.

Młoda i piękna, w samym wieku kwiecie,

Przez swego ojca śmierć osierocona,

Gdy miasto Teby zdobył miecz Kreona,

Przeżyła młodość, wędrując po świecie.

Tam w pięknej ziemi, gdzie Alpy półkolem

Ściskają Niemcy wyżej za Tyrolem,

Tuż pod alpejską ścianą granitową,

Leży jezioro, Benako je zową.

Tysiąc strumieni, myślę, więcej może,

Pomiędzy Gardą a Apeninami

Kryształowymi leją się krużami

W wodę, co drzemie w tym pięknym jeziorze.

Trzy pogranicza tworzą jej wybrzeże,

Gdzie z Trentu, z Bresci, z Werony pasterze,

Razem swym trzodom błogosławić mogą,

Jeśliby razem jechali tą drogą.

Niżej, gdzie woda nad brzegi się wzbiera,

Usiadła piękna twierdza Peskijera,

Zdolna od wrogów swą kamienną tamą

Bronić mieszkańców Bresci i Bergamo.

Z czary jeziora wody przepełnione

Wzbierają rzeką na łąki zielone,

Ta Mincio zwana, bieży po dolinie

Aż pod Gowerno, gdzie w rzece Po ginie.

Dalej płaszczyzną nurtując krynice,

Z wód ścieku tworzą stęchłe trzęsawice,

Gdzie woda parą chorobliwą dysze.

Tam sobie Manto obrała zacisze,

Z dala od ludzi, nieznane nikomu,

Gdzie się czarami bawiąc po kryjomu,

Żyła lat wiele, aż wiekiem schyloną

Taż sama ziemia przyjęła w swe łono.

Wkrótce w to miejsce lud ciągnął tłumami,

Obwarowane wokoło bagnami;

Na kościach zmarłej miasto zbudowane

Od miana Manty Mantuą nazwane.

Niegdyś to miasto było więcej ludne,

Nim Pinamonte przez rady obłudne

Zniszczenia jego pierwszy osnuł wątek.

To mówię tobie, gdyby się zdarzyło

Słyszeć ojczyzny mej inny początek,

Ażeby kłamstwo prawdy nie zaćmiło».

Ja na to: «Mistrzu! ty mówisz tak jasno,

Słowo twe tyle ma dla mnie powagi;

Przy jego blasku wszelkie drugich słowa

Jak chłodne węgle przy zarzewiu gasną

Powiedz, czy jeszcze jaka postać nowa

Między tym tłumem jest godną uwagi?

Bo tym się tylko troska moja głowa».

Mistrz mówił. «Ten, co dno tej jamy depcze

A brodę zwiesza długą aż do pasa,

Był wieszczkiem greckim; gdy Grecyja cała

Do broni wszystek lud męski wzywała,

Że ledwo który pozostał w kolebce,

Dał znak w Aulidzie za radą Kalchasa

Zerwać kotwice, łódź puścić na fale.

Że on Eurypil, któż się nie domniema?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.