drukowana A5
23.65
Bolesław Śmiały

Bezpłatny fragment - Bolesław Śmiały

Objętość:
120 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-1029-7

I

Siedziałem — gdy to okropne zjawisko,

przed którem wszyscy przysłonili oczy,

wchodziło, — biskup, — ludu zbiegowisko; —

ciżba wylękła ich ku drzwiom się tłoczy, —

ja patrzę, — bo już miałem to przezwisko

Śmiały, — gdy cała ta procesya kroczy...

lecz pocóż niosą chorągiew Anioła...

jakby na walkę Piekła i Kościoła....

II

Pochylały się chorągwie z łomotem

u wrót, nim wstały na izbie przedemną

a chyląc się, mierzały we mnie grotem

krzyżów, — iż trwogę uczułem tajemną,

gdy się Archanioł rozwijał ze złotem,

w perłach, z tą twarzą malowaną ciemno,

a skrzydła w pąsach i mieczysko kręte,

weń łyskawice gromowe zaklęte.

III

I zaciemniała się zwolna komora;

wnosiły mrok i noc te chusty boże,

po siwych ścianach pobielanych dwora

szły cienie jakichś postaci potworze;

lud na kolana rzuciła pokora,

a w tym ponurym pomroków wieczorze

zorze świec twarze roświecały mnisze, —

nad niemi dymne smugi śpiew kołysze.

IV

Nikt nieśmiał oczu podnieść, wszyscy w lęku,

i ten korowód mnichów, co przyklęka

z zapalonemi gromnicami w ręku

i dzwony, śpiewem głuszone bez dźwięku

i lud, któremu z żalu serce pęka;

a wszyscy klątwie rzekli: niech się stanie

i potępiali moje królowanie.

V

Byłbym się zarwał i rozniósł na mieczach

świece, ornaty, chorągwie, kropidła

i rzeź bym sprawił im na martwych rzeczach

bez ducha, gdy mam duchem silne skrzydła,

że nie na jeden dzień mam państwo w pieczach, —

już ta z biskupem kłótnia mi obrzydła;...

— gdym się w tył żachnął i zawadził słupa,

korona moja spadła przed biskupa.

VI

Oni to mieli za znak, czy za czary

i grozą zdjęci klękli przed widziadłem

i że początek już znaczy się kary,

że, w tej koronie spadłej, ja upadłem,

że dla mnie z grobów wychodziły mary,

przed których trupim widokiem pobladłem, —

tak w ich przesądnych oczach coś się stało,

co potępiło mnie i druzgotało.

VII

A oni, — jakby w obłędzie, skazańce,

za biskupiej ręki skinieniem,

bo drżeli, jak wojenne liche brańce,

śpiewy żałosnem mieszając jęczeniem,

ciskali o podłogi ziem kagańce

i przerażenie sami tem zdarzeniem,

obłędne mieli oczy, dech zaparty, —

— Biskupie! — więc to Boży Sąd otwarty!?

VIII

Co miały znaczyć łamane gromnice,

nie wiem, — lecz straszne było to rzucanie;

i wstręt mnie do nich brał i błyskawice

gniewu, — że ledwom nalazł hamowanie,

by nie cisnąć w biskupa twarz mej rękawice

żelaznej — za to księże wyklinanie; — —

poszli — ostałem sam w tronowej sali;

wnątrz piersi mściwa złość wre, gorze, pali.

IX

Ostałem sam i patrzę, — sala mroczna

i te leżące na deskach okruchy

wosku i duszność kadzideł powłoczna

w smugach, — że jakieś wijące się duchy; —

ja sam, — że tak mię opuścili da czna

wszyscy. — Za dworem świszczą zawieruchy, —

brząkają w łuski rybie u okienic,

miecą gałęźmi drzew na płatwy ścienic.

X

A tam, pod stosem świec pogruchotanych,

których trzask, łomot, wciąż trwa i przeraża,

korona, — na głos tych klątew śpiewanych...

korona! którą wziąłem u ołtarza!

w której zakułem pierścień ziem wyrwanych

memu dziadowi, ojcu! — do cmentarza

lecąca, w jakimś rozpędzie, fatalna,

pod stopy Ducha, co klnie, — — Królo-zwalna!!

XI

Zabić! — Jak, kiedy? Gdziekolwiek! Sam skłóję!

Dworaków wezmę rycernych i wpadnę, —

a którzy nas okrzykną: mnnicho-zbóje,

pościnam łby niechętnych i owładnę;

niech wiedzą o mnie, żem król, że panuję; —

tej chwili moich przybocznych zagadnę, —

Po co?! — Rozkażę! Muszą! Krew! Krwi wołam!

Księże! Nad moim mieczem świece połam!

XII

Przeciw zamczyska, przez Wiślane wody,

na ostrowiu skalistej opoce

kościół pośrodku drewnianej zagrody;

w koło szum wiklin i wicher łopoce,

tłukąc wierzbami o mosty i wzwody,

jakby się dawne w nich żalące Moce;

węgły gontyny spróchniałe przez wieki;

jezioro święte obok i pasieki

XIII

święcone; w tych gwarzyły Lele boże

w drzewach lipowych, wieczystych; stuwieczna

Moc; co ramiony objęła przestworze

nieba i Słońcu się śmiała słoneczna; —

w nich skryte niegdyś prastare wielmoże:

Krasy-lud i ich ślubna Żywia śleczna;

stały u wstęgu gaju, nieprzytomne

a chwast je w koło przerastał, niesromne.

XIV

Przypomnę to uroczysko stare,

pełne wężów, plamistych jaszczurów,

co starodawną tam szeleszczą wiarę,

z nor ześlizgnięte podskalnych do murów,

na białe płyty wpełzły ciche, szare

za pozwijane w kłębki u kosturów,

we świętą wodę sadzawki wślepione,

jak wężownice wróżebne, pośpione.

XV

Kto je tam śpiące obaczy, nie spłoszy

i wzrok nasyci rojeniem z tej wody, —

bo się wciąż szkliwo mieni w tej pustoszy,

coraz to inne ukazując spody

a dna zasnute złotem, — ten dla duszy

pojmie tajemną siłę i urody

obleją jemu twarz; — tam te zaskrońce

mają studzienny skarb: zmartwiałe Słońce,

XVI

i króla-węża, któren wiecznie czuwa

na dnie, a węzeł święty ma u czoła,

złocistą obręcz, — zeń jad wody struwa;

z wierzchu się wielkie zakreślają koła

płynne, znów widmo się nagle zasnuwa.

— Kto węża ujrzy, — tego Niebo woła, —

Raj duszy; — ręką niech zaczerpa wody

a pijąc zajdzie w tamten-świat, na Gody!

XVII

Tutaj gromady się wędrowne garną,

z lirnymi, którzy znają moc strumieni;

przystają zadumani na toń czarną,

czy z za porostów i listów kiścieni,

Szczęście uśmiechnie się twarzą figlarną.

I wody czerpią strutej do garścieni,

a męty te chowają, jak lektwarze

z Lalników przyniesione przez pieśniarze.

XVIII

Dziś w zaniedbaniu leżały studniska;

wody zerdzałą zadziergane rząsą;

tylko, jak dawniej; bujne wężowiska

w skałach i sady, które bielmo trząsą

kwietne, gałęźmi ponad te mokrzyska

zwisłe; gontyna i te, co tam z nią są

w ruinach, spadłe bogi, światowitne,

co stopą wryte w ziem, ponad dach szczytne

XIX

łbami, we wionach jabłonek, grusz, śliwek

źrałych, dzierżący w grabach wielkie kroje,

patrzały ślepiem oczu z pod pokrywek

mosiążnych.... na Sobótne ludne roje,

na skoki rześkie chłopców, pląsy dziwek,

co szły częstować stare Bogi swoje. —

Dziś mchów spowite pleśnią i rdzą zjadłe,

króle, we wielkiej walce duchów padłe.

XX

Tam Chrystusową dżwignięto mogiłę,

ze skalistego wykutą wyłomu;

wryto korzenie w skałę dziewięćsiłe

i krzyż zatknięto męczeński na domu.

A Włade, w hańbach leżą w pół-przegniłe;

tylko je gędźce uczczą pokryjomu,

tylko nikt nie śmie zasypać jeziora.

Święta dziś niemoc ich, piorunna wczora.

XXI

Na skale Kościół-katedra, biskupia;

kamień do różnych przyciosany garbów

biały; — — a w światłach nocy twarz się trupia

patrzała z okien wązkich i wyszczarbów;

jak gdy się włos i ubiór zeskorupia

prastary, jakby Sezam klętych skarbów:

Wid-truchło, — tak jawiła się twarz sroga

w kamieniach, które miały rysy Boga....

XXII

Choćby i starość twoja i włos siwy,

żeś ty kościelne obrzędy przesądził,

żeś ty przez jakichś potęg czar straszliwy

wobec mnie i wobec Boga pobłądził,

żem ja potruchlał na potworne dziwy

a potruchlał, żem fałszywie sądził, —

aż się przed oczy moje stawił zmarły, iż się przez ciebie podziemia rozwarły,

XXIII

I zatrwożyły mnie króla-człowieka,

duchem mnie poraziwszy i mieczem,

gdy się rozpadał grób i wstały wieka

trumny, z przegniłem widziadłem człowieczem,

że choć rzecz była w pół-śnie i daleka, —

z ciałem przez ziemne gliny pół kaleczem,

co na świadectwo przyszło, gdy sąd ważem,

dech na mnie trupi wiał.... byłeś grabarzem!

XXIV

To Bóg mnie dzisiaj dłoń daje karzącą

na cię, — a tobie Bóg myśli zamyla,

że ty ze zdradą przeciw mnie knującą

dziś, gdy się państwo waży i przesila,

ty mnie chcesz zwłóczyć twoją ręką klnącą

i nie dość, żeś już zmiażdżył mnie do tyla,

dajesz me berło w ręce zdrajcy-brata,

że ja purpurę zmieniam w czerwień kata.

XXV

Mszę sprawiał, — gdy rozwarłem drzwi kościoła;

lud klęczy, — wszyscy modłami zajęci,

na ołtarz patrzą, do bożego stoła

przystępujący; — u wrót my przeklęci

z mieczami; oni nas nie widzą zgoła,

tylko z ołtarza na mnie patrzą święci.

I właśnie biskup podnosił opłatek

maleńki..............................

XXVI

I zaślepiło mnie, — stałem wpatrzony

w ten ołtarz, w modły, we świece płonące,

które zagasły dla mnie, — jak uśpiony

w mych władzach wszystkich, — a serce bijące

młotem pod zbroją, — że byłem zdradzony

przez duchy, dotąd mię potęgujące,

opuszczon, marny, jakby moja siła

w niego, tam przed ołtarzem przechodziła.

XXVII

Naraz się biskup odwrócił do ludu,

by podniesioną krzyż kreślić prawicą,

błogosławiący, — — o stój chwilo cudu!

może nad moją skreśli go przyłbicą,

przeżegna mnie, że zbędę klątwy brudu;

gdy byłbym klęknął, — już goreje lico....

Naraz On! — poznał, — o wiekowa męko! —

stał z podniesioną wciąż do krzyża ręką,

XXVIII

ale nie kreślił znaku, — stał w milczeniu,

z oczyma w jakąś straszną dal pozamną,

jakbym w tem Jego nie istniał widzeniu,

przepaść otwierał straszliwą, rozłamną

pośrodku nas obydwu, — w rozdwojeniu

tem głębiąc moją duszę jako kłamną....

— że już leciałem na oślep przed siebie,

we krwawym wszystko nurzając pogrzebie.

XXIX

Zabiłem. — a rycerze moi go wywlekli

po za drewniane ganki na podwórze

i ciało tam odarłszy z szat posiekli

przy studni, której zrąb kowan w marmurze;

potem nad wodą stali i krwią ciekli

z mieczów i zbroi; czekając aż stróże,

przysłani z zamku, nadejdą z ptakami,

bom kazał sprzątnąć kawalce orłami.

XXX

Na moim zamku, na tyłach, w ogrodzie,

miałem zwierzyńce, — w nich chowałem ptaki:

orły; orłowie są mem godłem w rodzie,

więc się chowały, a na łbach czapraki

pąsowe, żeby nie były ku szkodzie;

ciskało im się zwierz mały wszelaki;

więc, jako kaci w kapturach krwi chciwi,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.