drukowana A5
27.71
Kwiaty zła

Bezpłatny fragment - Kwiaty zła


Objętość:
157 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0076-2

Do czytelnika

Głupota — grzechy — błędy — lubieżność i chciwość

Duch i ciało nam gryzą, niby ząb zatruty,

A my karmim te nasze rozkoszne wyrzuty

Tak jak żebracy karmią swych szat robaczywość.

Upór jest w naszych grzechach, strach jest w naszych żalach,

Za skruchę i pokutę płacim sobie drogo —

I wesoło znów kroczym naszą błotną drogą,

Wierząc, że zmyjem winy — w łez mizernych falach.

A na poduszce grzechu szatan TrismegistaNasz duch oczarowany kołysze powoli,

I tak trawi bogaty kruszec naszej woli

Trucizną swą ten stary, mądry alchemista.

Diabeł to trzyma nici, co kierują nami!

Na rzeczy wstrętne patrzym sympatycznym okiem —

Co dzień do piekieł jednym zbliżamy się krokiem

Przez ciemność, która cuchnie i na wieki plami.

Jak żebraczy rozpustnik, co gryząc przyciska

Męczeńską pierś strudzonej starej nierządnicy,

Kradniem rozkosz przejściową — w mroków tajemnicy,

Jak zeschłą pomarańczę, z której sok nie tryska.

Niby rój glist, co mrowiem gęstym się przewala.

W mózgu nam tłum demonów huczy z dzikim śmiechem,

A śmierć ku naszym płucom za każdym oddechem

Spływa z głuchymi skargi jak podziemna fala.

Jeśli gwałt i trucizna, ognie i sztylety

Dotąd swym żartobliwym haftem nie wyszyły

Kanwy naszych przeznaczeń banalnej, niemiłej,

To dlatego, że brak nam odwagi — niestety!

Ale pośród szakalów, śród panter i smoków,

Pośród małp i skorpionów, żmij i nietoperzy,

Śród tworów, których stado wyje, pełza, bieży,

W ohydnej menażerii naszych grzesznych skoków —

Jest potwór — potworniejszy nad to bydląt plemię,

Nuda, co chociaż krzykiem nie utrudza gardła,

Chętnie by całą ziemię na proch miałki starła,

Aby jednym ziewnięciem połknąć całą ziemię.

Łza mimowolna błyska w oczu jej pryzmacie,

Ona marzy szafoty, dymiąc swe haszysze,

Ty znasz tego potwora, co jak sen kołysze —

Hipokryto, słuchaczu, mój bliźni, mój bracie!

Błogosławieństwo

Gdy poeta za potęg najwyższym wyrokiem,

Zstępuje na tej ziemi nudy i nieszczęście:

Jego matka, w rozpaczy, z przerażonem okiem

Bluźni — i przeciw Bogu podnosi swe pięście:

«O, czemuż raczej łona nie strułam gadziną,

Zanim na świat wydałam to szczenię ohydne!

Bądź przeklęta, chwilowej rozkoszy godzino,

Gdy tą pokusą drgnęło me łono bezwstydne.

Boże, skoroś mnie wybrał śród trzody niewieściej

Abym memu mężowi była widmem kary,

I ponieważ nie mogę w całej mej boleści

Jak list miłosny w ogień rzucić tej poczwary:

Więc twą nienawiść dla mnie, ja odbiję w gniewie

Na tym tworze wyklętym twoich złości lutych,

I tak gałęzie pognę w tym nikczemnym drzewie,

Że nigdy nie wypuści pączków swych zatrutych».

Tak szałem nienawiści warga jej się pieni,

I, nie pojmując wiecznych wyroków pochodni,

Sama przygotowuje w piekielnej bezdeni

Stosy dla macierzyńskich zapalone zbrodni.

Ale, pod niewidzialną anioła opieką,

Wyklęte dziecko słońca upaja się czarem,

I zatruty chleb czarny i zatrute mleko —

Zdaje mu się ambrozją i boskim nektarem.

Igra z wiatru powiewem, rozmawia z obłokiem

I upaja się dźwiękiem dróg krzyżowych pieśni,

A duch, co go w wędrówce śledzi krok za krokiem,

Płacze, widząc, że wesół jak ptaszkowie leśni.

Wszyscy, których chce kochać, patrzą nań z bojaźnią,

Albo, rozzuchwaleni dziecięcia spokojem,

Próbują, jaką dotknąć mogliby go kaźnią

I łzy jego wywołać okrucieństwem swojem!

Do wina i do chleba, które on połyka,

Mieszają czarny popiół i nieczyste jady,

Obłudnie precz rzucają, czego on dotyka,

Skarżą się, że stąpali, gdzie nóg jego ślady.

Jego kochanka stawa na rynkach publicznych,

Wołając: «Gdym dość piękną dlań i dość wspaniałą,

Ażeby on mnie wielbił, więc wzorem klasycznych

Bogiń każę wyzłocić swe różane ciało!

Upoję się kadzidłem i myrrą, i nardem,

Mięsem płeć swą odświeżę, wykąpię się w winie,

Aby poznać ze śmiechem, czy w tym sercu hardem

Wywołam, że mnie będzie czcił jako boginię.

A kiedy się bezbożną tą znudzę zabawą,

Położę na nim dłoń swą mocną, choć bezsilną,

I harpią swych paznokci bezlitośnie krwawą

Do serca jego drogę znajdę nieomylną.

I jak omdlałe ptaszę, co drżąc się szamota,

Wydrę mu z łona serce jeszcze krwią bijące,

I, ażeby nakarmić miłego mi kota,

Z pogardą mu i śmiechem na ziemię je strącę».

Ale tam, gdzie słoneczny widzi tron — w błękity

Wznosi dłoń rozmodloną wieszcz pełen pogody,

I drżą w nim jasnowidzeń błyskawiczne świty,

I nie słyszy, jak huczą wzburzone narody.

«Błogosławionyś Boże, co dajesz cierpienie,

Jako boskie lekarstwo przeciw naszym grzechom,

Jak najlepszej esencji przeczyste płomienie,

Które silnych gotują ku świętym uciechom!

Wiem, że ty zachowujesz miejsce dla poety

W błogosławionych kołach twych świętych legionów,

I że go przywołujesz na wieczne bankiety

Cnoty i rozanieleń, panowań i tronów.

Wiem, że ból — to jedyny herb na tym padole,

Którego nie poruszą piekła ani nieba,

I że, by mą mistyczną upleść aureolę,

Na to wszystkich stuleci, wszech globów potrzeba.

Lecz nieznane metale, perły z głębi morza,

Zatracone klejnoty Palmiry odwiecznej,

Cały ten skarb najdroższy, promienny jak zorza,

Byłby na jasny diadem mój niedostateczny.

Gdyż uwity on będzie z światłości przezroczej,

Czerpanej z pierwotnego ogniska promieni,

Z tych źródeł przenajświętszych, których ludzkie oczy

Są jedynie zwierciadłem nędznym, pełnym cieni».

Albatros

Czasami marynarze dla pustej zabawy

Chwytają albatrosy, wielkie morskie ptaki,

Co niby towarzysze spokojni mkną w szlaki

Gorzkich otchłani morza, które prują nawy.

Zaledwie je na pokład załoga poniosła,

A natychmiast te króle błękitu wspaniałe

Bezsilnie opuszczają swoje skrzydła białe

I ciągną je za sobą jak drewniane wiosła.

Ten skrzydlak, jakże teraz na pokładzie nawy

Niezdarnie się porusza! Jak on śmieszny tobie,

Marynarzu, gdy fajkę twą glinianą dziobie

I na niepewnych nogach się chwieje kulawy!

Poeta jest podobny do tego chmur pana,

Który burze wyzywa, który drwi z łucznika;

Zaledwie gruntu ziemi stopą swą dotyka,

Wnet chodzić przeszkadzają mu skrzydła tytana.

Wzlot

Ach, ponad stawy, ponad doliny,

Nad góry, lasy, chmury i morza,

Aż poza słońce, za eter siny,

Za sfer gwiaździstych dalne przestworza —

Bujasz, mój duchu, zwijasz się w koło,

Jak dobry pływak gdy fale noszą.

Bezmierną głębię bruździsz wesoło

Z niewysłowioną, męską rozkoszą.

Leć! niech cię wyższa sfera otoczy,

Oczyść w niej skrzydła, rzuć brudne męty,

I jasny ogień górnych przezroczy

Pij — jako nektar czysty i święty.

Ach ponad nudy, ponad zgryzoty,

Którymi życie jak mgłą się zmąca,

Szczęsny, kto wzbił się śmiałymi loty,

W pogodne kraje światła i słońca;

Kto jak skowronek myślą w lazury

Wylata rankiem pełen swobody;

Kto zdoła spojrzeć na życie z góry,

Pojąć szept kwiatu, mowę przyrody!

Oddźwięki

Natura jest świątynią, kędy słupy żywe

Niepojęte nam słowa wymawiają czasem.

Człowiek śród nich przechodzi, jak symbolów lasem,

One zaś mu spojrzenia rzucają życzliwe.

Jak oddalone echa, wiążące się w chóry,

Tak sobie w tajemniczej, głębokiej jedności,

Wielkiej — jako otchłanie nocy i światłości —

Odpowiadają dźwięki, wonie i kolory.

Są aromaty świeże, jak ciała dziecinne,

Dźwięczne i niby łąki — zielone; są inne

Bogate i zepsute — silne, tryumfalne,

Które się rozlewają w światy idealne,

Jak ambra, benzoina, jako piżma wonie,

Gdzie duch przenika zmysły i wzajem w nich tonie.

Lubię tych nagich epok bawić się wspomnieniem...

Lubię tych nagich epok bawić się wspomnieniem,

Których posągi Febus złocił swym promieniem.

Wówczas mąż i niewiasta, w pełnym sił rozwoju,

Pili rozkosz bez kłamstwa i bez niepokoju,

A niebo, podniecając ich mlecz pacierzowy,

Wzmacniało tylko zdrowie szlachetnej budowy.

Wówczas łono Cybeli, hojnej karmicielki,

Nie liczyło swych dzieci za ciężar zbyt wielki;

Wilczyca, z sercem wzdętym miłością, wspaniała,

U swych brunatnych piersi wszechświat wykarmiała

Mąż wyniosłej postaci, silny, mógł się śmiało

Pysznić gronem piękności, co go królem zwało,

Pysznić się ich powabem, nieskażonym niczym,

Gładkim, twardym, nęcącym ich ciałem dziewiczym!

Poeta, w którym dziś się chęć poznania zbudzi,

Tych wielkości pierwotnych, — gdy wejdzie śród ludzi

Tam, gdzie się ciało mężów i niewiast obnaża,

Chłód mu owiewa duszę, oko się przeraża

Obrazem pełnym grozy ich nędz i skażenia.

Potwory, co zmuszacie żałować odzienia!

O, kalectwa! o, kształty śmieszne, godne maski!

Krzywe, chude: tu brzuchacz, ówdzie szkielet płaski,

Które bożek korzyści twardy, nieugięty,

Jeszcze w pieluchach ścisnął żelaznymi pęty!

I wy, niewiasty biedne, blade jak gromnice,

Które rozpusta żywi i żre; — wy, dziewice,

Dziedziczące występków matek smutne piętno,

I ohydę płodności, w zużytych tak wstrętną!

Mamy wprawdzie my, ludy w zepsuciu chowane,

Piękności starożytnym narodom nieznane:

Twarze, strawione rakiem, który serca toczy,

Rzekłbyś, chorobliwości jakiś wdzięk uroczy;

Lecz wymysły, stworzone przez Muzę późniejszą

Nigdy w schorzałych rasach podziwu nie zmniejszą,

Jakiego młodość ludzka jest przedmiotem godnym:

Święta, pełna prostoty, o czole pogodnym,

Młodość z okiem przejrzystym, jak wodne kryształy,

Co nie troszczy się o nic, tylko na świat cały

Zlewa jak niebo — błękit, jak ptak śpiew, woń — kwiaty,

Swoje ciepło serdeczne, pieśni, aromaty.

Latarnie

Rubens — ogród lenistwa, rzeka zapomnienia,

Puch ciał świeżych, od których miłość stroni z dala,

Lecz gdzie życie wciąż kipi pełne ruchu, wrzenia,

Jak powietrze pod niebem, jako w morzu fala.

   Da Vinci — duch jak głębia ciemnego zwierciadła,

   W którym anioły śliczne, z uśmiechy słodkimi,

   Tajemnicą okryte wstają jak widziadła

   W kraju zamkniętym lody i jodły smukłymi.

Rembrandt — pełen stłumionych gwarów szpital smutny,

Gdzie tylko krzyż wyciąga ramiona olbrzymie,

Gdzie się z brudów modlitwa i płacz rwie pokutny,

I czarem z nagła przemknie błysk słaby, jak w zimie.

   Buonarotti — otchłań, gdzie jawią się oku

   Herkule i Chrystusy, i sztywne jak struny

   Potężnych widm postacie powstające w mroku,

   Które, prostując palce, drą swoje całuny;

Wściekłości zapaśników, faunowe bezwstydy

Tyś oddał, z dumnym sercem wyżółkły szkielecie,

Wielki odkrywco piękna śród nędz i ohydy,

Mocarzu galerników, tęskliwy Pugecie!

   Watteau — karnawał, kędy krocie serc szlachetnych,

   Płomieniąc się, unoszą motylimi loty,

   Tłum ozdób lekkich, świeżych, co przy ogniach świetnych

   Pająków — tchną w balowy wir szału zawroty.

Goya — zmora, — świat ciemny, gdzie wiedźmy trup dziecka

Warzą pośród sabatów, gdzie u luster baby,

A pończoszki — dziew rzesza naga i zdradziecka

Tak wdziewa, by szatanów skusiły powaby;

   Delacroix — przez piekieł opętany mary,

   Staw krwi pośród zielonych wiecznie sosen cienia,

   Kędy pod niebem chmurnym dziwaczne fanfary

   Płyną, jakby Webera tłumione westchnienia:

Te przekleństwa, bluźnierstwa, te skargi, zachwyty,

Te krzyki i łzy rzewne, i hymny weselne,

To przez sto labiryntów głos echem odbity,

Opium boskie, co serca upaja śmiertelne;

   To hasło, przekazane przez legiony straży,

   To rozkaz, przez tysiączne tuby powtarzany,

   Majak, co się ze szczytu wież tysiąca żarzy,

   Sygnał w puszczy zbłąkanym myśliwcom podany.

Bo, zaprawdę, najlepsze godności swej, Panie,

Świadectwo, jakie ludzkość składa tobie, Bogu,

Jest to wrzące, przeciągłe z wieków w wieki łkanie,

Co aż tam u wieczności twej zamiera progu!

Muza chora

Biedna ty, Muzo moja! cóż ci się dziś stało?

W oczach twych płoną jeszcze nocne twe chimery,

I widzę, jak kolejno mienią blask twej cery

Szał ze zgrozą milczącą i zlodowaciałą.

Czyliż zielony sukkub i diabełek sprzeczny

Miłość i strach ci wlały do swego kielicha?

Czy cię dłoń despotyczna jakiejś mary spycha

W toń jakiejś Minturnowej głębiny bajecznej?

Chciałbym, ażebyś zdrowia zapachem dyszała

I by w łonie twym zawsze silna myśl mieszkała.

I by twa krew chrześcijańska drgała w takt rytmiczny,

Tak jak w melodii greckiej dźwięków szereg liczny,

Gdzie raz Feb, ojciec pieśni, niby król przebywa.

To znów Pan włada boski — wielki ojciec żniwa.

Muza sprzedajna

Muzo moja, tyś prawa pałaców kochanka,

Lecz gdy Styczeń rozpęta swoje Boreasze,

Czy będziesz miała ogrzać czym biedne poddasze

I okryć nogi ciepłem jakiegoś gałganka?

Czy odegnasz od ramion swoich marmurowych

Blask, co wnosi ci oknem swoje mroźne tchnienie,

A że twa kiesa pusta, jak twe podniebienie,

Czyż będziesz zbierać złoto sklepów lazurowych?

Aby codzienny chleb twój zdobyć ciężką pracą,

Jak biedne dziecko chóru, kadzielnicę trzymasz,

I śpiewasz hymn Te Deum, choć weń wiary nie masz,

Albo skaczesz na linie, jak głodny bajazzo,

I śmiejesz się przez gorzkie łzy niedostrzeżone,

By rozweselić tłumów ospałych śledzionę.

Zły mnich

Na swych szerokich murach dawnych lat klasztory

W obrazach wysławiały świętych prawd tajniki,

Których barwy, pobożne grzejąc zakonniki,

Łagodziły surowe modłów ich pokory...

W one dni bujnie kwitły Chrystusowe ziarna

I niejeden, nieznany dziś mnich — silny cnotą,

Chwałę śmierci opiewał z mistyczną prostotą,

A pracownią mu była równina cmentarna.

Moja dusza — to trumna, kędy mnich nikczemny

Przebywam od wieczności, jak noc ciemna — ciemnej;

Żaden obraz w ohydnym tym nie lśni klasztorze.

Gnuśny mnichu! czyż kiedy potrafię i stworzę

Z mojej nędzy ponurej żywego widoku

Dłoniom swoim — robotę, miłość — swemu oku?

Nieszczęście

By tak ciężki unieść głaz

Syzyfowe trza mieć siły;

Choć mi trudów pot jest miły —

Sztuka długa — krótki czas.

W dal od sławnych mogił, w dal

Idzie — w pusty szlak cmentarny

Serce me jak bęben gwarny —

Grzmiąc ponurych marszów żal.

Skarb niejeden pogrzebanyŚpi w ciemności zapomnianej

W głębi — z dala od łopaty!

Z żalem rozlewają kwiaty

Swą — jak tajnia — słodką woń

Na samotnych głębi toń!

Życie poprzednie

Długom ja żył pod cieniem portyków klasycznych,

Które słońca nadmorskie w blask wieńczyły złoty,

A szereg kolumn prostych i majestatycznych

Wieczorami się zdawał jak bazaltów groty.

Wichry, mnąc obraz nieba pod morza błękitem

Uroczyście mistycznym sposobem mieszały

Swej muzyki bogatej potężne hejnały

Ze szkarłatem wieczoru w oczach mych odbitym.

Tam to żyłem ja niegdyś śród rozkoszy cichej —

Śród lazurów — otoczon wszelkimi przepychy!

Oblanych aromatem, nagich dziewic koło

Palmowymi liściami chłodziło me czoło,

A jedyną ich troską było podsycanie

Bólu, który mną targał w wiekuistej ranie!

Cyganie w podróży

Proroczy lud o czarnych źrenicach ognistych

Wczoraj wyruszył w drogę — dzieci na ramionach

Dźwigając — albo karmiąc je falą śnieżystych

Skarbów mleka — co w zwisłych im płynie wymionach.

Mężczyźni idą pieszo z błyskającą bronią

Wzdłuż wozów, gdzie rodziny ich leżą skulone —

I ciężką swą źrenicą po niebiosach gonią,

Żałując mar, co w obcą uleciały stronę!

Świerszcz z głębi swojej nory podziemnej — radośnie

Patrzy na nich, śpiewając swoją pieśń dwugłośnie;

Cybela im powiększa zieleń urodzajną,

W skałach każe bić źródłom, ukwieca pustynie

Tułaczom, dla których się otwierają niniePaństwa mroków przyszłości z ich zasłoną tajną.

Don Juan w piekle

Kiedy Don Juan zstąpił ku brzegom pustkowi

Kocytu — i obola spłacił Charonowi,

Jakiś żebrak z źrenicą dumną i wyniosłą

Ramieniem swoim chciwym chwycił każde wiosło.

Pokazując otwarte suknie, nagie łona,

Pod czarnym się błękitem wiły niewiast grona

I, niby stado owiec, danych na ofiarę,

Długim jękiem swe krzywdy wspominały stare.

Sganarella ze śmiechem żądał swej zapłaty,

A wszystkim, co błądzili przez te śmierci światy,

Don Luiz pokazywał drżeniem swojej dłoni

Syna, który urągał jego siwej skroni.

Elwira — wiotka, czysta, piękna w swej żałobie,

Małżonka i kochanka wraz — w jednej osobie,

Zdała się go o uśmiech prosić ostateczny,

Gdzie promieniał wdzięk pierwszej jej przysięgi wiecznej.

Wyprostowany — zbrojny — jakiś mąż z kamieniaPrzecinał podziemnego ciemną głąb strumienia:

Lecz bohater — na szabli oparty zuchwale,

Nie widział nic — spokojnie patrząc w czarne fale.

Do Teodora De Banville

Ty porwałeś boginię za jej warkocz złoty

Taką dłonią, że — zda się — widząc twe zaloty,

Twą bezceremonialność — i mistrzowską minę,

Żeś chłop, który po ziemi wlecze swą dziewczynę.

Wzrok masz jasny — i ogniem przedwczesnym ognisty

I tyleś wlał powagi w swą duszę artysty,

Że zuchwałość twych wierszy — i form doskonałość

Wróży, czym będzie twego geniuszu dojrzałość.

Poeto! krew nam płynie każdą porą ciała...

Czy przypadkiem Centaura płomienista szata,

Co każdą żyłę w strumień żałobny zmieniała,

Nie była wykąpaną w falach gorzkiej śliny

Tej mściwej, a potwornej stugłowej gadziny,

Którą Herkules dusił w młodociane lata?

Hymn do piękna

Czy znijdziesz z niebios, czyli otchłań cię wyzieje,

Piękności, wzrok twój boski i piekielny razem

Dobrodziejstwa i zbrodnie bez wyboru sieje —

I w tym działania wina jest wiernym obrazem.

  W twym oku zachód słońca i zórz łuny gorą,

  Rozlewasz wkoło wonie jak wieczór burzliwy:

  Twe całusy napojem, usta są amforą,

  Przez nie dziecko jest mężem, mąż słabnie tchórzliwy.

Czyś rodem z czarnych piekieł, czy z krain jutrzenki?

Jak pies, za twoją szatą idzie Przeznaczenie;

Radość i klęski na traf lecą z twojej ręki.

I bezodpowiedzialnie rządzi twe skinienie.

  Po trupach, z których szydzisz, stawiasz swoje kroki,

  Groza nie najmniej wdzięcznym jest z twoich klejnotów,

  A mord między najdroższe twe wliczon breloki

  Na wzdętym dumą łonie pobrzękiwać gotów.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.