drukowana A5
17.89
Ballada z tamtej strony (tomik)

Bezpłatny fragment - Ballada z tamtej strony (tomik)


Objętość:
58 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0170-7

ballada z tamtej strony - Dedykacja

panu wilamowi horzycy

Pieśń

wieczorze seledynowy łuku pachnący

o wieczorze jaskółek

turkusy chryzolity rubiny berylewśród wizji dawno już czułem

ślubny śpiew nocy

zamknięty w wielkie motyle

o

pachnący wieczorze podaj dłoń

sypie się zmięte powietrze popiołem

do kin przez zapasowe drzwi wbiegają konie

i włosy równo ucięte nad czołem

a ot i różowy dom

i deszcz drobny idzie między buki

seledynowym łukiem

skręcają się jak muskuł elipsy ciemności półzmroku

wąska jest brama

w chłodnej kośbie zapachów

schody i rząd świeczników wiodą cię na zachód

czy ty czy inny w sennych gwiazd otoku

ucz się seledynowymi okrętami kłamać

o wieczorze

o

sierpniowe święto

do kolan dziewczętom

sięgające grą jak morze

jak morze

Więzienie

  maleją źrenice dnia

  przysłonięte rzęsami choin

  od myśli do myśli od pnia do pnia

  po ciemku chodzić się boisz

przed chatą dotykając chust kwiatem podstrzesza

kobieta w słonecznikach bieliznę rozwiesza

kipi rąk oceanem betonowy stadion

gdy gibki bicz biegnących u mety się zagiął

na przestrzeni z szafirów i oliwnej wodzie

statek pod dymem dąży ku białej pogodzie

wszystko wszystko jest na ziemi

w szpitalu zmiele łóżka płonąca pokrzywa

w ślad zębatej gorączki topią się leniwo

nad wiotszą niż łodygi kolumną obliczeń

astrofizyk natchnione unosi oblicze

bijąc młotem w żelazo na niebios otchłani

murarz przy chmur drapaczu świeci jak archanioł

wszystko wszystko jest na ziemi

tak wiele

wszystko

tak mało

Melancholia

rosły

sztywne łodygi anten

dźwięczący na dachach wykres

w godzinach wyniosłych

burzą układał się dzień ten i tamten

i cóż pomogły tu

obrazy nikłe

chęć najdłuższego snu

ach tak

serce serdeczne stuka

ach tak

serce czerwone jak kwitnie lak

odwieczna karuzela

a jeśli nie

niedziela

może zaróżowi mnie

jeśli tak

wiem

nieszczęście kipi i mgła

pod wodą ciemnego dnia

a przecież był złoty krzak

był radością

był tym

pani marii maćkowskiej

W pejzażu

szum kasztanów niżej morski śpiew

gasną o zmierzchu świece ukwieconych drzew

droga w gaju wprost słońca złoci się podwójnie

od szumu i wieczoru ciemnieją ustronia

kołysząc się trawą bujną

dziewczyny smukłe na koniach

wzgórze na drożyn skrzyżowaniu

tam kapliczka chłodna jak koral

w półmroku krzyż tam anioł

opuszczone wota rybaków

zapomniana od dawna pora

w rozbitym dzbanku spleśniała śmierć maków

morze szumi kasztany

konie kopytami złoto nad wodą mącą

z jadących jedna rękę podniosła

i znak daje poruszając nią w powietrzu jak wiosłem

bo został u kaplicy źrebak zabłąkany

zajrzał do wnętrza dotknął miękką wargą drzwi

zarżał dziecinnie wysoko niewiadomo o co

Piłsudski

śnieżne konie śnieżyca po świętym marcinie

zamieć dom tratowała a dom mocny wytrwał

dawny czas w zegarach szafach skrzyniach

litwa litwa

pryzmaty dachów tkwiły na wonnych ścian zrębie

dachy strzegły i drzwi i serca okiennic

ganek raźno skrzykiwał do siebie gołębie

prowadząc na ogródek ze sosnowej sieni

jezioro sine wolno szło do brzegu

usypiając fale jak dzieci

w domu dzieci bez kołysek kołysał spod śniegów

jęczący nieustannie rok 63

inny teraz rok czoło marszczy się inaczej

rusztowania maszty na 20 pięter mur

czerwony ołówek to polityki karabin

przekreślił pozycję starej rozpaczy

organizować cyfry znaczy prowadzić szturm

czyżby koniec na akcjach gumy i jedwabiu

ile milionów rocznie bluzgają nafciane wieże

iloma miliardami fabryki gwiżdżą i rżą

a jego nie zmierzyć

on jest on

nie deszcz kwiecia czeremchy siny mundur oblepił

krzyżów orderów gwiazd na piersiach jezioro więc srebrno

dom na litwie belweder gorzej albo lepiej

może wszystko jedno

sercem zagrać na mapach jak czerwiennną kartą

stuka pod wstęgą drgnęło zabolało

stukającym będzie otwarto

stukać czy nie za mało

działa bagnety nike to było 10 lat

przygasły wybuchy śmierci ogniste smugi grzywy

westchnieniem maszyn w tęgim znoju

oddychają za miastem niwy

domy ceglane chaty łakną chleba pokoju

belweder to także dom stary biały jak księżyc

dwoje w nim oczu a tyle światła

patrz nocą na tym domu widać jak ziemia cięży

tam dźwiga ją na barach atlas

Bez nut

zapada w biały papier

naprzeciw słońca i wód

odwieczne promienie

spadają też mieczami z chmur

śpiewaczki jedwabne jagnięce

i wy dziewice pożogiprzez wiersz przeświecają wasze ręce

księżycem złowrogim

zorza opada przez chmury

a semafor wybucha wzwyż

drzewa kwitną drzewa wichr łamie

konie fal szaleją u zgliszcz

chrapliwe pierwotne krzyki

trzaskają nad światełkiem muzyki

i wąwozami popłynęła szumu ulewa

te wiersze z mitycznego kraju

niechcące śpiewać

Lato na Wołyniu

łąka huśtawka

sznury pogody chrzęszczą

rozwiewa się nieba kaftan

w rozkołysaniach

kołyszą się gałęzie pachnąc szczęściem

tryumfowania

od chmur dalekich do suchych skał

młot słońca połysk

moich stóp chwała

tratuje wołyńunosimy się falisty dym

to słoneczna głowa i ja

opadamy jak zgaszony wybuch

krąży fosforyczny rym

napowietrzną rybą

z rozkoszą gwiżdżę w czerwcowy czad

skaczę kołuję tętnię

25 lat

nagiego ciała ogień

ręce ptakami w niebie

wiatrem nad trawą nogi

to pięknie

to pięknie słuchaj

gdy karminowy grzebień

południa żłobi upał

gdy lazurowym koniem do nas

przyfruwa z gorącej przestrzeni

asonansukochanej ziemi

hej

Pamięci zniknionego

gdzie czerwona kalina

styka się z niebem słodko

szumiąca wiotka

jest jasno

u kaliny zamyślona dziewczyna

jak piękna

niewiele takich w życiu spotkań

spojrzeć w zachwycie zasnąć

morze morze morze

okręt orzeł

ciemność białą mętną stojącą

łańcuch mocnym sprężeniem trąca

w tej kopule zwróconej w dół

wielkiej jak nicość

łańcuch drży ogniwa idą wzwyż

ostre szpony drą piach i muł dna

wyrywa się z mroku żelazny masyw krzyż

i prąc przez głębię gra

kotwica

morze morze morze

między liny jak deszcz ukośne

wplątał się wiatru proporzec

trzepoce ostro i głośno

ku zorzy

morze morze morze

wysp bukiety różowe granatowe

w słonej burzy jak pięści się trzęsły

głos daleki szybkim biegał krokiem

przez obszary jasne i szerokie

sztywnym jakby przerzucając się przęsłem

głos daleki tulił się nam do głowy

nie wiedział drżał powtarzał

morze morze morze

wichrze wyspach kotwicy burzy

szukał głos duży

orła conrada żeglarza

panu kazimierzowi miernowskiemu

Zdrada

dziewannogrzmiały bryły chmur

dziewojoszmery drzew się stroją

dziewico

błysnęło złote lico sponad gór

on żonę pojął

w półkolu półksiężycu mulistym śniada

wstęgami ciężkim dymem idzie smuga światła

od sadu w noc gorącą dyszącego jak stado

los się gmatwa

a tymczasem woda się czesała

wartkim szumem u wodopoju

w siedmiu lustrach odbijał się pałac

i słowa

on żonę pojął

wonią próchna ten dom się odziewa

modlitwami szemrzący w kątach

wśród okrzyków do dziewic dziewann

los się zaplątał

Samobójstwo

ostatnim towarzyszem świt na hafcie firanek

uderzony wystrzałem z bliska

w ognistym huku i złocie

rozszerzył się nagle w czarnych wód ścianę

wody spadły w cień bez nazwiska

cień w olbrzymie paprocie

z dołu posrebrzane

spadał o sny o sny

bardzo głęboko siwy tuman zmurszały

twarze krążą bezwładnie oślepłe

zalane strużącą się krwią

każdej dłoni kwiat biały

ciepły

w atmosferze stojącej pływa drżąc

poprzez gęstwę przepastną

w milczeniu jak rzeka długim

świecąc w ciemnościach niejasno

sennego lotu łukiem

powoli spadł

we mgłą szarawą migocący

nieistniejący

świat

głębiej

tuman zatrzepotał jastrzębiem

nad wieczną nocą

w zawiei form

jak kamień

oszalały wszechmocą

runął mu na spotkanie

sztorm

grzmot grzmot grzmot

nicość

przepaści głodna

żelazna błyskawico

w lot

w odmęt

pęd pęd

ciężkimi tabunami gwiazdy

tratować na szczęt

miażdżyć

wichrem w ryczącej burzy

urastał jego gniew

miotał się palił w ryk zamieniał

nie mogły śpiewać dłużej

sprawy człowiecze wspomnienia

poranek wystrzał ziemia

nawet krew

stopionym lały się brązem żywioły w gromie

on poznał i wrzawą w górę

wzbijał się niby płomień

otchłań krzykiem napełniał wojennym

w miliona głosów zawierusze

z wszechrzeczy chórem

i złudzeń

jesteśmy zjawiska czasy ludzie

śmierci geniuszem jednym

śmierci geniuszem

pani halinie powiadowskiej

Deszcz w Concarneau

nisko nad lądem chmury zwinięte w pięść

dziewczyna białe wiadro zanurza w zatokę

trzepocze się falami horyzontu część

żagle zakryły drugą przed patrzącym okiem

spoza skały wiśniowej wiatr prychał jak zwierzę

obtarłem o liść ręce burza czas mi odejść

gdy barka rozhuśtana gniotła w pianach wodę

płótna jej się wydęły dziewczęco i świeżo

niby daleka bitwa na budynku grzmiał dach

to w źle przybitych blachach i krokwiach wiatr zagrał

znikły kontury rzeczy zaszumiało z nagła

deszcz spadł niby kurtyna w eliptycznych fałdach

Przeczucia

u czarnych okien wicher

brzęk choinkowych świecideł

I wołam przychyl się przychyl

twarzą ślepą

niewidzialny trzepot

szepce idę

więc wówczas pokoju przestrzeń ściany

zbratane z sufitem czworgiem krawędzi górą

siny grzmot przekłuwa na wskroś

pochłania łóżko szafę obrazy stół

więc

jest wielki obszar pod chmurą

ciemny to dół

echem zalany

nawinięty na grzmotu oś

chyba tak płomień szumi

spalając jodłowe wieńce

gdym umilkł

oparłszy głowę na ręce

szumiącą głowę

szumiącą głowę

rozszerzają się mroki granatowe na wszystko

na światłość kobiet

na szybkich pociągów

przytupujący po polach takt

fontanny biura bitwy czeluście szachtszarość armat wieczorów posągów

zjawiska dawne nowe

dogasają ciemnoaniołowe

smugą się leje powolną ni dobra ni zła ni dziwna

ni śmieszna ni straszna

trwoga

po prostu zimna

jak prąd wichru ze szczelin u proga

Imieniny

sobie samemu z goryczą

więc jeszcze jedna mila

wiatr silniejszy we włosach

że godzina godzinę odchyla

łagodnym uchwytem

cały mój posag

Pod popiołem

wichrze popielny czyś po to wiał

by imię moje zetrzeć ze skał

głowy snem owinięte głowy

czarny kozioł prowadzi na makowy zagon

widziałem w czeluści skrzypcowej

jaskółka zawisła wagą

cienie się w cieniach pławią

formy poddają się rytmom

światłością krwawopawią

parne parowy kwitną

z morza kobiety złotorogie

wychodzą szukając pieszczot

w jałowcach czerwony ogień

krzaki w ogniu proroczym szeleszczą

do jakich rozwiać się granic

by nie pachniały bagnem

wichru popielny taniec

me imię ściera ze skał

pragnę

Sam

u dna ostrego krzyku

nic się nie jawi

brudna skrwawiona stopa na chodniku

płot afisz

drzewa szeregami bojowo

chcą śpiewać ramionami nad głową

ziemia w kamieniach płowych nie może się uśmiechać

a gdzieś

chociaż nici pajęcze na strzechach

ptaki lecą pod zorzę

świtem

wiatrak ręce ogromne rozłożył

nad żytem

chociaż rola wędruje bruzdami wzdłuż

od horyzontu do horyzontu

od zórz do zórz

nie ma spokoju

pokoju mój z zegarem

przyjacielu z zacisznym objęciem ścian

ty nawet wietrze stary

na ulicach mnie zdradzasz gdziem sam

ach nie noc jedwabi żałobnych

nie burza nad pustki żywiołem

nie sen

słowami czerwonymi

strunami czerwonymi

za rozpalonym czołem

ciemny tors mostu nad ciszą

wszędzie czerwienie kołem

płomienie wisząc

w mętnym strumieniu sekund

grożą

powodzią wieków

straszniej niż noc

straszniej niż burza

niż sen

Pontorson

ósmą godzinęznaczy twardy zegara terkot

dzieci w sabotach śmieją się biegną do szkoły

odprowadza je sad brzoskwiniowy apachnie cierpko

jest tu i ranekjasny jak lusterko

wesoły

to on siekierą z bursztynu podcina drzewa nocy

więc walą się ciemnymi koronami na zachód

w uliczce kościół ma srebrne oczy

domy na kolanach modlą się bez strachu

pole w ciepłychokrzykach

bo tam żółty łubin

swoim nocnym kolorem się upił

a jeszcze słońca połyka

ramieniem pijanym otacza

najmilszą zabawkę swą

miasteczko

płaskie jak taca

stare jak zgrzyt zegara

pontorson

pani stanisławie z gozdeckich horzycowej

Preludium

1

o świcie wybuchły ptaki z mosiężnych ról

smukła kobieta jasność przyniosła na głowie

2

dzwony nienasycone kołyski muzyczne

wspominać wspominać zapominać

3

powiewie różowy jak twarz dziecka

płomyku podcinający niewysoką trawę

ciemnym kwiatem makowym skinę

nieruchomy zapach uderzy mnie i zginę

4

jeleń stoi u źródła struga szepce ave

Ballada z tamtej strony

o śmierci nic już nie wiem

o czarne okna i powieki

trzepoce motylami

pachnie sośniną modrzewiem

dotyka co noc snami

zza cichej rzeki

gdzie mgła noga za nogą

wlecze się w ciemny zakąt

trzyma w skrzynce niebieskawy akord

skrzynki otworzyć nie mogąc

   życie jest snem krótkim

mówi głos z prawej strony

   życie snem krótkim

wtóruje ze smutkiem

głos lewy przyciszony

   życie snem krótkim

to trzeci nieodgadniony

i wzbija się w szare niebo

mgła z nieznanego oblicza

a czas

a ziemia dziewicza

o dlaczego

wzrok twój nie schodzi

z przedmiotów pod oknem leżących na stole

z godziny w której żem się rodził

ze skrzynki zamkniętej jak boleść

z umarłych rąk czechowicza

panu wacławowi gralewskiemu

O matce

rano tęcza na ścianie odbita z lusterka

falisty brzęk zegara wydobywa na jaw

maj się sadem puszystym jak chmura rozćwierkał

w oknie które granicą jest izby i maja

powiewają tu matki ciemne ciche ręce

przebywają tęczowy refleks czy wodospad

nad obrusem ciemnieją ciszej i goręcej

mimo zmarszczek szept smutny niemyślaną groźbą

matko zbudzony patrzę spod rzęs trawy leżąc

matko twe siwe oczy płaczą nade mną może wiatr

jestem tu choć daleko na innym wybrzeżu

twój ostatni kwiat

tak mało wiesz o synu chodząca wśród gromnic

tyle że spajam głazy rymów

tyle że nie mogę zapomnieć

płomienia dymu

jak nikt inny jesteś pośród ludzi

mówić cóż mówić drżeć z niemocy słów

żebyś młoda i piękna w uśmiech mogła wrócić

znów

Przez kresy

monotonnie koń głowę unosi

grzywa spływa raz po raz rytmem

koła koła

zioła

terkocze senne półżycie

drożyną leśną łąkową

dołem dołem

polem

nad wieczorem o rżyska zawadza

księżyc ciemny czerwony

wołam

złoty kołacz

nic nie ma nawet snu tylko kół skrzyp

mgława noc jawa rozlewna

wołam kołacz złoty

wołam koła dołem polem kołacz złoty

Erotyk

błękitne pierwsze litery

żałobne zaślubiny

pełnia drapieżna

suto cieknie srebro atmosfery

na głębiny

ty ich nie znasz

iskry czarnego metalu

myśli od prądów osłabłe

opad żalu

z nagła zorza zadrżała

świetlistość widzę ciała

świeższą od złotych jabłek

stopione razem

wiersze za mgłą

noce nizinne

szklane

jak upał i chłód

ze snu schodzących potęg

czy wiesz te wiersze co cichną

dla ciebie erotyk

srebrna duszyczko zwrotek

marychno

Elegia niemocy

stąpają posłowie nocy

w ciężkich szatach z buczackich makatszafirowy żwir spod karocy

zaskakał

idę z orszakiem jesiennym

butwieją poetom śpiewy

ciemna

prycha koń we skrzydłach ogniobrewy

w dolinie tej za liściem liść

jak pieczęcie spadają na rude traw niebo

iść dokąd iść

z wierszem jak dym niepotrzebnym

posługiwały mi burze

widziałem dno

cień mnie swym głosem urzekł

apokalipsą zbudził

czy to

jest sprawa ludzi

opowiadać komu

nucę

powinien bym błyskać i grzmieć

tak oto snują się słowa listopadowe

szemrzące sennym listowiem

o czas

o ręce puste

nie mieć białego gromu

a chmurę mieć

Elegia żalu

ja:

zielona gwiazdo z norwegii

gładkim na śniegu śladem

majowe u drzew noclegi

opowiadaj

gwiazda:

ogniste święta kobiet schodziły ku wodom

lekki wiatr kołysał świat nasz nucąc

chodził smugą złotą

blaskiem gwiazdy zasmucał

dymiły karminowe pieśni

leśny wieczór się prężył

stojąc w gęstwie wonnych paproci

ja:

skądże przyszedł jak czary zwyciężył

cień przedwczesny

w chłodnym przelocie

gwiazda:

zwyciężył święta święte schodzące ku wodom

bo myśl mą przeczuł

żałuję umarłych młodo

i mieczów

ja:

zakrywam się przed rozpaczą dłonią otwartą

listopad mocno trzyma mnie w ramionach

wiersz ten rozdarto

spojrzyj już kona

gwiazda:

gdy umilknie śmiercią olśniony

stoczy się na me ręce rosą

poniosę go niemo

sinawą szosą

której nie ma

to na niej gasły drzewa wiatr szepty mórz

to tędy szli pomarli zbyt rychło

snuje się mieczów strzaskanych metaliczny kurz

i ja gwiazda północna przetoczę się cicho

to tędy ty idziesz

zanim jeszcze twe serce ucichło

Elegia uśpienia

godziny gorzkie bez godów

czarny druk na pożółkłych stronicach

jakby ze stromych schodów

spływała w mroku żywica

zwija się zaułek zawiły

zagubiony we własnych załomachtętnią mu rynsztoków żyły

rytmami dwoma

niebo sine niebo szare

domy szare domy sine

beznamiętnym obszarem

to niebo to miasto rodzinne

tylko myśli się miłość żywą

w myśli na bruku się klęka

naprawdę złotą niwą

faluje tylko piosenka

sen życie ujął

osłoda sen ciężki a nieważki

piękne zjawy sennie kołują

w krwawych ciemnościach czaszki

dni malowane zmierzchemśniąc także jak zły list potargam

wtedy

kwiaty na gwiazdach wierzchem

rajskie ptaki obsiadają parkan

rzeką świateł ścieka śnieg zbrudzony

tęcz jest tyle tęcze lecą ulicą

jedna niesie konew

z żywicą

z żywicą

znów po ogniowych ogrodach

znowu ciemne korony

i w takt ociężałych kroków

spływa po czarnych schodach

żywica i miasto mroku

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.