drukowana A5
38.3
Bajki i powiastki

Bezpłatny fragment - Bajki i powiastki

Objętość:
253 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0316-9

Dwa pługi

 Raz na podwórzu stanęło dwa pługi:

Jeden długo spoczywał, z pracy wrócił drugi.

«Przyjacielu! rzekł pierwszy, nie rozumiem wcale,

Czemu ja tak przyćmiony, ty błyszczysz wspaniale,

Wszak z jednegośmy kruszcu, przecież nie jednacy,

Skądżeś ty nabył blasku? — Czy chcesz wiedzieć?...

      Z pracy.

Henryś i Waluś

HENRYŚ

   Czemu-to, Walusiu drogi,

     Choć'eś ubogi

   Zawsześ tak schludnie odziany?

WALUŚ

   Nic dziwnego mój kochany!

   Ochraniam grosika mamy:

   Jak mogę strzegę się plamy.

   Gdy dziurka zrobi się mała,

   Proszę mateczki, by ją załatała,

   I nie rozedrze się dalej:

A jak czysto i schludnie, to każdy pochwali.

Pierścionek

Jubiler z Rzeszowa pudełko otwiera,

A mama pierścionek z kamyczkiem wybiera,

 I śliczny wybrała.

 I Maryni dała.

Widziała go Andzia na siostry paluszku,

Nie zazdrość, nie boleść uczuła w serduszku;

Ale się cieszyła, z radości skakała;

Bo Andzia Marynię serdecznie kochała.

 Dobrą dziecinę naśladujcie dzieci!

 Niech brzydka zazdrość serc waszych nie szpeci.

Adelka

Adelciu! twa imienniczka

Napierała się pierniczka;

Myślisz Adelciu, że jej mama dała?

Nie. — A dlaczego? — Bo się napierała.

Dziewczynka i matka

Dziewczynka

Jam przy gościach nie płakała

Choć-em jeszcze taka mała.

«Nic dziwnego, — mama powie,

Kto płacze, beksą się zowie».

Czysty kotek

Czemu się często myjesz? pytano raz kota.

Bo czystość — odpowiedział — jest to piękna cnota,

 Jakoż doprawdy, kocina

 Mył się prawie co godzina;

Chętnie mu do pokoju wchodzić pozwalano,

Powszechnie go kochano,

 Doznawał wszelkich pieszczotek:

 A czemu? bo czysty był kotek.

Zając

Wyszedł zając z za krzaka,

I udawał Junaka:

Wąsy podniósł do góry,

Wzrok nasrożył ponury.

A w tem jakoś z niechcąca,

Wietrzyk z krzaczka liść strąca —

Patrzą... nie ma zająca.

Pierniczek

Henrysiu! na ci pierniczek, rzekł przyjaciel domu,

Ale zjedz go gdzie w kącie i nie daj nikomu. —

Ej, pan chyba żartuje, odpowie Henryczek:

Mam zjeść sam, to dziękuję, schowaj pan pierniczek.

Zgodne rodzeństwo

Kochany braciszku! nie rusz mi stoliczka,

Raz mała Ludmiłka rzekła do Eryczka,

Bo tu moje lalki niedługo usiędą:

Widzisz to nakrycie? tu obiad jeść będą.

ERYCZEK

Masz dla nich przysmaczki?

LUDOMIŁKA

      Nie, bracie kochany.

ERYCZEK

Z wczorajszego balu mam dwa marcypany,

Mam jedno jabłuszko, cukierki, pierniczek. —

Pobiegł i przynosi to wszystko Eryczek.

Bawiły się grzecznie i zgodnie dziateczki,

I same zjadały, co miały laleczki.

Teraz, rzekł Eryczek, bądź siostro wzajemną,

Bawiłem się z tobą, ty się pobaw ze mną.

Widzisz, w tem pudełku mam ja polowanie,

Strzelec będzie strzelał, i zabije łanię. —

Ach żal mi jej bracie! powiada Ludmiła.

ERYCZEK

Eh! to nic nie szkodzi, będzie znowu żyła. —

I tak się bawiły zgodnie i przyjemnie.

I całe się życie kochały wzajemnie.

Siwe włoski

Powiedz mi dziaduniu, jak to się zrobiło,

Że ci coś jak śniegiem włoski opruszyło?

Już śniegi i lody na dworze stopniały,

I słońce dogrzewa, a włosek twój biały.

Dziecino kochana! dziadunio odpowie,

Starością posiwiał mój włosek na głowie:

Żyjemy, rośniemy, jak na polu kłoski

Dojrzeją, zżółknieją, nam — zbieleją włoski:

A kto włosy ma takie, żył długo na świecie,

Szanujże go lube dziecię,

I powstań przed nim, choć biedny, w niedoli,

A Bóg ci siwych włosków doczekać pozwoli.

Zuzia i pokrzywa

MAMA

Na ci Zuziu pokrzywkę. — Kiedy parzy Mamo!

— Niegrzecznym, rzecze mama, dzieje się to samo;

Każdy ich tak unika, jak ty tego ziela;

Bądź łagodną, uprzejmą, znajdziesz przyjaciela.

Matka i dziecię

MATKA

Dam ci wisienkę,

A zaśpiewaj piosenkę.

DZIECIĘ

Kiedy każe mama,

Zaśpiewam i sama.

PIEŚŃ

W ogródeczku rośnie trawka, między trawką kwiatki,

Rwą je dzieci na wianeczki dla ojca, dla matki,

Bo nam Pan Bóg przykazanie zesłał takie z nieba:

Że o mamie i o tacie pamiętać potrzeba.

Teodorek

Teodorek łapał muszki,

Obrywał im skrzydła, nóżki.

Siostra na to patrząc z boku,

Mówiła mu z łezką w oku:

O niedobry Teodorze!

Jak cię też to bawić może?

Cóż ci winny biedne muszki?

Czyż ty im dał skrzydła, nóżki?

Plama i łata

Plama przy łacie raz na sukni siadła,

I tak sąsiadkę zagadła:

Mnie nosi czasem i pani bogata,

A ty cóż jesteś?... godło nędzy... łata.

CZŁOWIEK

Że się tu wmieszam, Jejmość mi przebaczy,

Łata staranność i porządek znaczy,

A plamką się i małą brzydzą pospolicie:

Bo plama zawsze plamą, choć na aksamicie.

Zdzisławek

MAMA

Zdzisławku! pij lekarstwo! — Pił ani się skrzywił;

A kiedy się braciszek młodszy temu dziwił,

Tak Zdzisio odpowiedział: Złem złego zbywamy,

Lepiej wypić lekarstwo, niż widzieć łzy mamy.

Mysz młoda i stara

Wyjdź kochanko z ciasnej chatki,

I posłuchaj głosu matki, —

Mówiła mysz do córki, — w świat cię wyprowadzę,

 Ja ci doradzę:

 Jak zbierać ziarneczka,

 Jak się strzedz koteczka,

 Jak łapki unikać,

 Jak do jamki zmykać:

 Powiem ci, czem słoninka pachnie przypiekana,

 Ale mnie słuchaj córko ukochana. —

Myszka była posłuszna i nie żałowała;

Długo sobie szczęśliwie po świecie bujała;

Tysiąc myszek zginęło, ona jedna żyła:

A czemu? bo posłuszna swojej matce była.

Justynka

Justynko, mówił Ludwiś, czy dobra bułeczka?

Dobra. — A dasz mi trochę? — Ani kawałeczka.

Mama dobywszy ciastko, rzecze do Justynki

To i ja tobie nie dam ani odrobinki.

Piesek Kruczek

Chodź piesku! a ten piesek nazywał się Kruczek,

Chodź, mówił Hipolitek, nauczę cię sztuczek. —

Kiedym ja jeszcze mały, ucz panicz Azora. —

Nie, piesku, rzecze chłopczyk, to najlepsza pora;

Azor stary, nie pojmie, pracować z nim nudno.

 I tobie później byłoby trudno.

O wieleby cię, wiele, pracy kosztowało,

 Teraz zobaczysz jak mało.

 Wkrótce pojętny Kruczek

 Nauczył się wiele sztuczek.

 Służył, podawał i pływał,

 Tysiąc figlów dokazywał,

 A to tak zręcznie, tak śmiało.

  Iż się zdawało,

Że go nic nie kosztowało.

Pamiętaj Hipolitku coś mówił do Kruczka:«Że się z młodu najlepiej nabywa nauczka».

Matka i dziecię (Przyszedł Jaś zrana...)

Przyszedł Jaś zrana do ogródka w lecie,

Patrzy.... łzy na każdym kwiecie.

Biegnie do mamy z rozpaczą.

I woła: patrz, kwiatki płaczą.

Co mają znaczyć te łezki?

MATKA

Jest to ich pokarm niebieski.Łza każda pochodzi z nieba,

Do życia łez im potrzeba.

Tak bywa i u nas ludzi.

W kim się uczucie nie wzbudzi,

Kto serce kamienne nosi,

Łzą nigdy oka nie zrosi,

Choć widzi niedolę czyję;

Możeż powiedzieć, że żyje?

Walercia

Są czasem dziewczynki dobre, jak aniołki,

Posłuszne córeczki, tkliwe przyjaciółki;

Niegrzecznych służącym nie mówią słóweczek,

Kochają braciszków i strzegą się sprzeczek.

Walercia to mi-to wyborna dziewczynka!

Już zaraz jej dobroć pokazuje minka,

Jak niebo bez chmurki, jej czoło pogodne,

Usteczka z uśmiechem, spojrzenie swobodne.

Wejdź tylko, Walercia powita cię mile,

Biednemu uczyni, co tylko w jej sile,

O piesku pamięta, nie drażni koteczka,

To mi-to Walercia, milutka dzieweczka

Chcesz wiedzieć, jak na tem Walercia wychodzi?

Mateczka ją kocha, nieraz jej dogodzi.

Nigdy się tateczko na nią nie rozgniewa.

Walercia wesoła i zawsze szczęśliwa,

Wszyscy ją kochają, niosą upominki,O bierzcie z niej przykład kochane dziecinki.

Marcinek

Do Józia

Między grzecznemi dziećmi są czasem mazgaje,

 Jak ci się też Józiu zdaje,

 Czy dobrze na tem wychodzą?

O! wierz mi, jak cię kocham, same sobie szkodzą.

 Marcinek, jak ty, malutki,

O najmniejszą drobnostkę zaraz stroił dudki:

 Czy mu się co zapowiedziało,

Czyli kiedy od mamy dostał czego mało.

Czy kto nań palec zakrzywił,

 Zaraz się rzewnie roztkliwił;

 Zaraz beczał, zaraz szlochał.

 Nikt go też za to nie kochał;

 Wszyscy się z niego naśmiali,

 Mazgajem go nazywali.

Nareszcie widzi, że to brzydka wada,

Choćby oczy wypłakał, wszystko nic nie nada.

 Wziął się na inny sposób:

 Grzecznym był dla wszystkich osób;

A o co tylko poprosi uprzejmie,

 Każdy od swych ust odejmie:

 I chętnie się z nim podzieli.

O dawnej wadzie wszyscy zapomnieli.

 Ledwie się popatrzy ładnie,

 Już myśl jego każdy zgadnie,

 Nikt mu już w niczem niesprzeczny:

 Bo Marcinek bardzo grzeczny.

Szerszeń i wiewiórka

Co się to znaczy? powiedz, wiewióreczko!

Zawsze coś w pyszczku zanosisz w gniazdeczko

I próżno wracasz... i tak bez ustanku. —

No to wiewiórka: ot widzisz kochanku,

Jesień nadchodzi, owoc spada z drzewa,

Wicher dmie srogi wszystko porozwiewa.

Otóż na zimę dziś się zapas zbiera.Próżniak, niedbalec, to z głodu umiera.

Kwiatek znaleziony

   Leżał kwiatek na drodze,

Niejeden go nie widział, choć go miał przy nodze,

   Niejeden choć widział, minął,

     I byłby zginął.

  Przechodzi dziewczynka mała,

   Podniosła go, rozchuchała,

A potem w szklankę do wody włożyła,

I słaba roślinka na nowo odżyła.

Zajrzyjmy w serduszko tej dobrej dziewczynki:

Ach, co tam uciechy z odżycia roślinki!

I słusznie, bo litość najsłodszą jest cnotą;

A biedny kwiateczek był także sierotą.

Kryś i Leoś

Leoś płakał nad książką, jednak się mozolił;

Kryś niepomny na przyszłość, wesoło swawolił.

Nadszedł wiek dojrzały, wszystko w spak obrócił

Cieszył się Leoś z nauk, Kryś niebaczny smucił,

I westchnął poniewczasie, gdy mu głód dokuczył

«O jakżem ja źle robił, żem się nic nie uczył!»

Pszczółka

Pszczółka spotkawszy człowieka w ogrodzie,

  Rzecze: nieprawdaż? w całym zwierząt rodzie

Nie masz takiego, jak ja, przyjaciela?

Na to człowiek: „mam owcę, co wełny udziela,

Twój miód tylko przyjemny, wełna pożyteczna,

A przytem, prawdę rzekłszy, tyś trochę niegrzeczna:

Owieczka mi swą wełnę daje dobrowolnie,

Pszczółka czasem za miodek dobrze żądłem kolnie”.

Pszczoła i gołąbek

   Wpadła w strumyk pszczółka mała,

   Skrzydełkami trzepotała,

   Już w nich siłę utraciła.

   O! w jakimże strachu była:

   Gołąbeczek śnieżno-pióry,

   Na ratunek bliźnich skory,

   Spuszcza listek... pszczółka rada,

   Na zieloną łódkę siada,

   Skrzydła siłę odzyskały,

   I uleciał owad mały.

Nikt o swem nieszczęściu nie wie.

Jakoś wkrótce gołąbek siadł sobie na drzewie,

      Spokojny! szczęśliwy!

      Aż tu myśliwy

Wymierza strzelbę chcąc go zgładzić z świata:

      Pszczółka przylata,

Utnie go żądłem w rękę, strzał ptaszynę mija;

Ocalona swobodnie w powietrze się wzbija.

Tak zawsze dobroczynność wdzięcznością się płaci.

Nieśmy pomoc w nieszczęściu dla naszych współbraci.

Wychowanek

    Piesku! piesku! masz ty pana?

    — Nie mam dziecino kochana. —

    To chodź z nami, sieroteczko!

    Mieć będziesz miękkie łóżeczko,

    Jeść ci i pić chętnie damy;

    A nawet poproszę mamy,

    Da ci wstążeczkę na szyję:

    Nikt cię u nas nie wybije. —

    Poszedł piesek i był długo

      Wiernym sługą.

A jak ktoś dzieciom chciał zabierać cacka,

      Wpadł znienacka,

      Narobił hałasu.

  Tak, że skraść nie było czasu;

  A więc cacka ocalały.

Patrz! jak wdzięcznym być umie nawet piesek mały.

Bezimienny

Dała mi złotówkę mama,

Bym zobaczył panorama.

Idę ulicą Miodową,

A w tem starzec z siwą głową,

Obraz nędzy i rozpaczy,

Prosi o wsparcie bogaczy.

Przeszli dumnie ci i owi,

Nic nie dali nędzarzowi.

Tak mi się go żal zrobiło,

Że choć nowość widzieć miło,

Wyrzekłem się jej dla cnoty.

I dałem starcowi złoty,

Lecz kto jestem? jak się zowie?

Nikt się odemnie nie dowie;

Bo mi ojciec mawiał: «Synu!

Nie chełp się z dobrego czynu».

Dziecię i dzbanuszek

 Mała dziecina łakoma i chciwa,

 Jak często w świecie bywa,

 Nigdy na tem nie przestała

  Co mama dała.

Były dwa jabłka, trzeciego żąda;

Były trzy gruszki, za czwartą spogląda;

Dano cukierków, to zawsze za mało;

Dano pierniczek, dziecię ciastka chciało.

Raz mu w dzbanuszek wsypano orzechy

  Ach, co to było uciechy!

Dziecina rączkę w wazką szyję wkłada,

  I wszystkieby zabrać rada.

 Ale niestety: wyciągnąć nie może.

Dziecię w płacz. W takim razie i płacz nie pomoże.

Szarpie. Wszystko napróżno: i orzeszków nie ma,

 I dzbanuszek rączkę trzyma.

Ktoś się wreszcie zlitował, i dał rady zdrowe:

«Nie bądź kochanku chciwym, weź tylko połowę,

Wyjmiesz rączkę, orzeszki wybierzesz potrosze.

A pomnij w dalszym wieku tak czerpać rozkosze».

Pudel

A kto mi wypił moje mleko z garnka?

    Mówiła raz kucharka —

Tak, doprawdy, ty widzę: bo masz białą brodę.

Jakże-to było? powiedz, znana mi twa cnota:

I chciałżebyś szkodnego naśladować kota? —

Pies się bardzo zawstydził, i zawył żałośnie,

Wyrzutów takich słuchać było mu nieznośnie;

A gdy go potem chętka brała zrobić szkodę,

Przypomniał sobie w mleku umaczaną brodę.

Siejba

Powiedz mi tatuniu luby,

Czemu rzucasz w ziemię zboże?

Czegóż próżnej szukasz zguby?

Wszak ze zboża chleb być może!

Ja ci wyzbieram troskliwie,

I zaniosę je do młyna;

Na co ma gnić na tej niwie?

Tak mówił mały chłopczyna. —

Synu, rzekł ojciec sędziwy,

To zboże mi tu nie zginie,

Ujrzysz, nim jeszcze rok minie,

Ile zbierzemy z tej niwy.

Siejcie dzieci, w sercu cnoty,

Miłą cieszcie się nadzieją;

One tam pięknie dojrzeją,

I przyniosą wam plon złoty.

Motylek

Z kwiatka na kwiatek przelatał motylek,

Cieszył się życiem, co trwa kilka chwilek;

Różane gaje rozkosznie przebywał,

Przy blasku słońca po powietrzu pływał,

W około rozlicznemi pieścił się widoki,

Z kwiatów słodkie czerpał soki.

Ledwie na chwilę odpoczął wśród cieni,

Znowu igrał wesoło w rozległej przestrzeni,

A czas nieznacznie jak płynął tak płynął.

 Nareszcie motylek zginął. —

Nie jest-to obraz człowieka:

Co go wdziękiem szczęście mami?

Płyną lata za latami,

A nakoniec śmierć go czeka.

Szerszeń i pszczoła

Próżne twoje zabiegi, próżne twe mozoły,

Rzekł gnuśny szerszeń do pszczoły,

Daremnie z takim trudem napełniasz spichlerze,

Wpadnie człowiek niewdzięczny i wszystko zabierze.

„Pracując, nie pytam się czy komu, czy sobie,

Praca mię uszczęśliwia i dlatego robię”.

Kruk żebraczek

Patrzcie-no: żebraczek!

W tej czarnej sukmanie,

Głodny nieboraczek,

Gdy zima nastanie.

 Dzieci! dzieci! dla przykładu,

 Dajcie mu też co z obiadu.

Tu ucieszone dziecinki

Dalej zbierać odrobinki,

Ochoczo się ubiegały,

By krukowi jeść podały,

Co pod oknem jak żebraczek,

Chodził głodny nieboraczek.

 Dobroczynny, ludzki, tkliwy,

 Nie pyta kto nieszczęśliwy,

  Komu może,

  To pomoże,

 Boś tak kazał dobry Boże!

Wicuś

Na zmarzniętej sadzawce, w ogrodzie,

Ślizgał się Wicuś po lodzie;

A choć mu brat starszy ganił tę zabawkę,

Gdy sposobność upatrzył, dalej na sadzawkę.

Zaufany w zręczności mniej ważył przestrogę.

O przypadek nie trudno: Wicuś złamał nogę.

Wtedy biedny chłopczyna sam wyznał ze łzami:

Że się nie godzi starszych pogardzać radami.

Szczurek na wędrówce

Młody szczurek, gaduła, wśród podróży swojej —

  Patrzy... a tu na drodze mały domek stoi.

Tego mi też potrzeba: przytułek wśród drogi!

  Swobodnie odpoczną nogi.

Dom mały, jam nie wielki, głodnym, tam słonina.

  I ślinkę łykać zaczyna.

To zapewne szczurów wędrownych gospoda.

  Co za wygoda.

O! trzeba się tam schronić. Cóż się stało dalej?

Trzask! zamknęła się łapka i szczura złapali.

  A jaka tego przyczyna?

Złe sądzenie o rzeczach, próżna gadanina.

Kostuś

Póki miał Kostuś kilka tylko groszy.

Dzieląc się niemi doznawał rozkoszy.

Nadeszły imieniny: aż tu niespodzianie,

Sto nowych groszy dostał na wiązanie.

Mniemacie, że ten chłopczyk, obdarzon sowicie,

Będzie jeszcze hojniejszym? Bardzo się mylicie:

O grosz go prosił żebrak, odmówił mu śmiało,

Boby mu do okrągłej liczby brakowało.

Uczcie się dzieci poskramiać swe żądze.

Dla dobrego użycia daje Bóg pieniądze:

A kto za młodu zbiera, by się patrzył na nie,

Obrzydłym skąpcem na starość zostanie.

Szczęść Boże i Bóg zapłać

«Szczęść Boże!» mówił panicz idąc koło żniwa,

I grzecznie zdjął czapeczkę przed gromadką hożą. —

«Bóg zapłać!» tysiące wdzięcznych głosów się odzywa

«Rośń nam drogi paniczu pod opieką bożą.»

«Mateczko! — rzekło dziecię — jak ci ludzie mili!

«Tak mię słodko pobożnem słówkiem pozdrowili.»

«Prawda, aż miło słyszeć — odpowie mu matka —

«Grzecznyś był dla gromadki, dla ciebie gromadka.»

Władyś

Z małym Władysiem wyszedł ojciec w pole,

A ujrzawszy wśród zboża bławaty, kąkole,

Pyta się go: „co wolisz, czy zboże czy kwiatki?”

   Władyś wybiera bławatki.

   I nie są to dziwy żadne,

Bo u dzieci zazwyczaj, to dobre, co ładne;

Ale kto rozum dojrzalszy posiada,

Niechaj nad owoc kwiatów nie przekłada.

Wróbelek i kurczątko

Przyjdzie czasem bieda wielka,

Niema ziarnek dla wróbelka,

I aż wtenczas się pożywi,

Gdy mu dadzą co poczciwi.

Na podwórzu raz kucharka

Posypała kurom ziarnka:

Biedny wróbel ślinkę łykał,

I powoli się przymykał.

Stara kura, sknera wielka,

Nie chce nic dać dla wróbelka,

,,Ach, ja głód okropny znoszę,

,,O trzy ziarnka tylko proszę,

,,Macie tysiąc; o! mój Boże!

,,A wróbelek umrzeć może.”

Biada ci próżniaku, biada!

Stara kura odpowiada:

Twoja prośba próżna, marna,

Nie dla ciebie nasze ziarna.

A kurczątko to słyszało,

Wróbelkowi ziarnek dało,

I dotychczas przyjaźń wielka

Łączy z kurczątkiem wróbelka.

Braciszek i siostrzyczka

BRAT

Widzisz siostruniu, jabłuszko moje?

Chodź, zjemy sobie oboje.

SIOSTRA

O! dziękuje, moja duszko!

Cóż ja ci dam za jabłuszko!

BRAT

Nic, kochana siostruniu, toby pięknie było,

Żeby jedno drugiemu koniecznie płaciło!

Przyjm, kochana Maryniu, przyjmij i jedz śmiało,

Mnieby samemu nie smakowało.

Z tobą podzielić tak miło:Oby więcej na świecie takich dzieci było.

Staś

Staś na sukni zrobił plamę;

Płacze i przeprasza mamę.

Korzystając z chwili mama,

Rzecze: „na sukni wypierze się plama:

Ale strzeż się moje dziecię,

Brzydkim czynem splamić życie;

Bo ci Stasiu mówię szczerze,

Ta się plama nie wypierze.”

Łódka na wodzie

Dziateczki płynęły, łódeczka się chwiała,

Władysławek śpiewał, a Terenia drżała,

Nie bój się, rzekł Władyś, Bóg czuwa nad nami:

Tam, gdzie strachu niema, nie szukajmy sami.

Tak i w życiu ludzkiem łódka się koleba;

Śmiało patrzeć w górę i bać się nie trzeba,

Nućmy sobie piosnkę: Bóg czuwa nad nami,

My łódką kierujem, Bóg rządzi falami.

Skowronek i dziecię

DZIECIĘ

Gdzie ty lecisz skowroneczku?

SKOWRONEK

Lecę myśleć o gniazdeczku

Znikły mrozy, śnieg topnieje,

Już cieplejszy wietrzyk wieje!

DZIECIĘ

A jak gniazdko zlepisz sobie?

SKOWRONEK

Pytasz, co ja wtenczas zrobię?

Wtedy się w powietrze wzbiję,

Zaśpiewam: niech wiosna żyje!

Zaśpiewam cześć Panu w niebie,

Co mnie zasila w potrzebie,

Co ma opiekę nad nami.

Co przyświeca gwiazdeczkami!

DZIECIĘ

I ja klęknę, rączki złożę,

Podziękuję Tobie Boże!

Zaśpiewam na Twoją chwałę,

Bom ci winien szczęście całe.

Żebrak i kamień

Utknął żebrak na kamieniu,

Zabolało go trochę,

Więc w niebacznem uniesienieniu

Nuż wynurzać myśli płoche:

,,Na co ten kamień wśród drogi?

Próżna przechodniom zawada.”

  Wtem pies ogromny wypada,

On podniósł kamień, pies w nogi.

Często, gdy kogo małe nieszczęście spotyka,

  Większego przeto unika.

Karolek i słońce

Czasem dobrze życzących nie lubimy ludzi.

Raniutko wstało słońce i Karolka budzi.

«Ale dajże mi pokój» rzecze rozgniewany. —

«O nie! odpowie słońce — wstawaj mój kochany!»

«Tylko się chwilę zdrzemię, bo to bardzo miło!»

«Przewyciężyć lenistwo milejby ci było!»

«Ach jakżeś uprzykrzone! A słońce się śmiało

 I w oczy mu zaglądało.

Rad nie rad musiał wstawać... ale cóż za zmiana?

Biegnie zaraz chłopczyna do ogródka zrana:

Ogródek miłą wonią napełniony cały,

Tu się kwiatki krzewiły, tam ptaszki śpiewali;

Tu rosą pokrzepione zielenią się drzewa,

 Łagodny wietrzyk powiewa,

Chłopczyk, jakby na nowo na świat się urodził,

Z nieznanem dotąd uczuciem po ogródku chodził,

Mile wspominał słońce wśród tylu słodyczy,

I rzekł: «Teraz poznaję, kto mi dobrze życzy.»

Wilk i koźlę

    Troskliwa o los dziecięcia,

    Rzekła koza do koźlęcia:

    „Wychodzę teraz na paszę,

    Siedzże tu spokojnie wasze;

    Póki nie wrócę do domu;

    Nie otwieraj mi nikomu,

    Chyba, że białą pokaże ci łapkę.”

Wilk, co od dawna miał na koźlę chrapkę,

Myśląc, że zręcznie uda mu się sztuka,

Ledwie matka odeszła, do koźlęcia puka.

    „Białą łapkę masz nieboże?

    Bo inaczej nie otworzę;

    Mamunia mi kazała,

    Oj! u ciebie coś nie biała.”

    „Masz szczęście — wilk odpowiada,

    Biadaby ci była! biada!”

Chory kotek

Pan kotek był chory i leżał w łóżeczku,

I przyszedł kot doktór: «Jak się masz koteczku!»

«Źle bardzo...» i łapkę wyciągnął do niego.

Wziął za puls pan doktór poważnie chorego,

I dziwy mu śpiewa: «zanadto się jadło,

Co gorsza, nie myszki, lecz szynki i sadło;

Źle bardzo... gorączka! źle bardzo koteczku!

Oj długo ty, długo poleżysz w łóżeczku,

I nic jeść nie będziesz, kleiczek i basta:

Broń Boże kiełbaski, słoninki lub ciasta!

«A myszki nie można? zapyta koteczek,

Lub z ptaszka małego choć parę udeczek?»

«Broń Boże! pijawki i dyeta ścisła!

Od tego pomyślność w leczeniu zawisła.»

 I leżał koteczek; kiełbaski i kiszki

 Nietknięte, zdaleka pachniały mu myszki.

Patrzcie, jak złe łakomstwo! kotek przebrał miarę;

Musiał więc nieboraczek srogą ponieść karę:

Tak się i z wami, dziateczki, stać może;

  Od łakomstwa strzeż was Boże!

Franuś

Franuś miał śliczne jabłuszko, czerwone;

Pieści się niem, na każdą obraca je stronę,

I rzecze: «szkodaby cię zgładzić z tego świata;

A przytem, trzebaby dać połówkę dla brata.

 Nie, nie, ja ciebie nie ruszę;

 Cały rok cię chować muszę:

A potem... nie i potem, rzecze mały sknerka,

  I schował je do kuferka.

 Cóż się stało? — jabłko zgniło...

 Jakże mu żal wtedy było!

Przestroga

Schowaj się myszko, do jamki głęboko,

Bo kotka na cię ma oko.

Schowała się myszka, kotek łyka ślinkę,

Że mu tak wyborną spłoszono zwierzynkę.

Ależ moja myszko, żal mi cię nieboże!

Nie dzisiaj, to jutro, kot cię złowić może,

Tyś bardzo łakoma, on mistrz wyuczony,

Ani się spostrzeżesz, gdy mu wpadniesz w szpony.

Piotruś

 Piotruś żwawy, dzielny, śmiały,

  Choć mu wiele piastunki o strachach bajały,

Śmiał się tylko z ich prostoty:

Bo wiedział, co są ludzie, co wyższe istoty.

Patrzcie, co może wyobraźni siła!

Raz, gdy noc ciemnościami już ziemię okryła,

Spostrzega coś białego wśród czarnego zmroku.

  Nie wierzy oku.

Coraz się o tem mocniej przekonywa;

Białe okrycie po ramieniu spływa;

Postać blada, wysoka, przybliżać się zdaje;

  I znowu staje.

Już żwawy chłopiec wytrzymać nie może;

  Porzuca łoże

  I pędzi śmiało;

Aż tu się pokazuje, że płótno wisiało.

Gdyby się nie przekonał i przytomność stracił,

  Byłby to życiem przypłacił.

Pszczółka

Pszczółka spotkawszy człowieka w ogrodzie,

  Rzecze: nieprawdaż? w całym zwierząt rodzie

Nie masz takiego, jak ja, przyjaciela?

Na to człowiek: „mam owcę, co wełny udziela,

Twój miód tylko przyjemny, wełna pożyteczna,

A przytem, prawdę rzekłszy, tyś trochę niegrzeczna:

Owieczka mi swą wełnę daje dobrowolnie,

Pszczółka czasem za miodek dobrze żądłem kolnie”.

Bug i strumyk

Uskarżał się Bug na to, iż gdy w Narew wpadał,

Imię, podobne Stwórcy nazwisku, postradał.

Na to mu rzecze strumyk, który płynął blisko:

«Nie nazwisko nas zdobi, ale my nazwisko».

Woreczek jedwabny i skarbonka gliniana

Piękny woreczek, paciorkami dziany.

Stał przy skarbonce glinianej.

,,Ty przy mnie”, rzecze, co za śmiałość proszę!

  Ja mam złoto, a ty grosze!”

Na to skarbonka odpowie

  Chełpliwemu woreczkowi:

„Nie z posiadania skarbów zaszczyt na nas spływa,

  Ale jak ich kto używa”.

Dziecię i muszki

W poobiedniej godzinie

Zachciało się spać dziecinie,

A trzeba zważać i na to,

Że to skwarne było lato.

Co się zdrzemnie, to jej muszka

Brzęknie głośno koło uszka,

A inna znowu swawolnie

Ostrem ją żądełkiem kolnie.

Moje muszki! rzecze dziecię,

Dlaczegoż wy mnie budzicie?

Ja leżę spokojnie sobie,

I nic złego wam nie robię.

Muszka

W nocy, kto chce, spać może,

Nie przeszkadzamy w tej porze;We dnie każdy ma być czynny,I dzieci spać nie powinny.

Myszka na śniadaniu

Dano śniadanie dla dziatek,

A matka, jak zwyczaj matek,

Łamie bułeczki, mleka nalewa.

Serwetką dzieci okrywa,

Nie żałuje cukru, ciasteczek,

Dla ukochanych dziateczek,

 Myszka się patrzy zdaleka,

   I czeka,

Czyli nie padnie jaka odrobinka;

Jakoż istotnie cukru upadła kruszynka.

 Zbliża się myszka nieśmiała

Pani tupnęła nogą i ruszyć nie dała.

MYSZKA

Przepraszam... ależ pani kochasz dzieci swoje,

 O! i ja kocham moje!

Myślałam, że co upadnie,

Tego podnosić panom nie ładnie;

Że to dla biednych zostanie,

Że mogłabym to znieść dzieciom na śniadanie.

 Ale kiedy się nie godzi,

 To biedna myszka odchodzi.

 Łzy stanęły w oczach pani,

 I bułeczek i ciasteczek

 Dała matce dla dziateczek.

Osioł i dzik

Osioł, zaślepion srodze, drwił sobie raz z dzika,

Dzik chciał zaraz na ćwierci rozszarpać nędznika,

A potem myśli sobie: wszak on rozum stracił —

Uśmiechnął się i tylko wzgardą mu zapłacił.

Kiedy kto nierozsądny na cię potwarz miota,

Wstrzymaj zemstę; przebaczać największa cnota.

Dziecię i zegar

Uderza godzina. «I cóż ten głos znaczy?»

Pytało się dziecko, a matka tłómaczy:

«Dziś jeszcze zrozumieć twój umysł nie zdoła,

Jak całość stanowią te kółka i koła,

Jak człowiek cudownie potrafił czas zmierzyć,

Jak zdziałał, że dzwonek wie kiedy uderzyć;

Lecz będziesz róść dziecię! a zegar powoli

Bić będzie godziny. Nieznacznie czas minie,

Bóg matce szczęśliwej doczekać pozwoli,

 Jak się twój umysł rozwinie.

Znów zegar bić będzie, on i ten czas zmierzy

A wtedy, jak dzisiaj gdy zegar uderzy,

Wyjaśni ci matka, co to wszystko znaczy

Ty pojmiesz, zrozumiesz, co matka tłómaczy.

Dziś tylko pamiętaj kochana dziecino!

Że chwile nie wrócą, skoro raz przeminą.

Choćby długo czekać, choćby żyć najdłużej,

Tej samej godziny zegar nie powtórzy,

Bo każda jest inna, choć niby ta sama:

Jeżeli nie pojmiesz, wiesz, co mówi mama:Z wybiciem godziny czas drogi ucieka,A potem Bóg spyta każdego człowieka:Jak przeżył wiek cały, jak wszystkich sił użył,Czy z czasu korzystał i na co zasłużył!»

Ogródek

Ach! jakżem ja szczęśliwa, mówiła Celinka,

Rzuciłam ziarnko w ziemie, już z niego roślinka.

Takie listeczki!... tam dalej... kwiatki,

Tu groch cukrowy, tam trochę sałatki;

To wszystko moje, wszystkom ja sadziła:

A mieć ogródek, to bardzo rzecz miła!

A na to mama odpowie Celince:

Myślisz, że szczęście w ogródku? w roślince?

To szczęście w tobie, masz je wszędzie z sobą,

Bo cnota, czucie i rozwaga z tobą.

Ludwiś

Kto pilny, pracowity, ten bawić się może!

 Ale próżniak, broń Boże!

Ludwiś się pięknie uczył i wszystko rozumiał,

Kilkanaście bajeczek już na pamięć umiał;

Czytał płynnie, z uwagą, nie przekręcił słowa,

Wiedział gdzie Europa, gdzie szukać Krakowa,

A nawet był tak pilnym, tak chwili żałował,

Że kiedy świeczka zgasła, na pamięć rachował,

Wszyscy mu też pragnęli dostarczyć zabawy,

A mama śliczną piłkę przywiozła z Warszawy

Już po pilności — poszły w kąty dzieła:

  Piłka czas cały zajęła.

  Ledwie przetarł oczy zrana,

Dalej do piłki, książka nietykana.

  Zeszły chwile do obiadu

  A roboty ani śladu.

Tak dzień za dniem marnie ginie,

A czas jak płynie, tak płynie.

Widzi matka, że na nic wszelkie napomnienia,

Więc dla pana Ludwika także się odmienia.

  Już to nie ta postać miła,

  Co niegdyś trudy słodziła.

Z groźną postawą, łącząc głos surowy,

  Temi przemawia słowy:

Kto nadużył dobroci, zasłużył na karę;

Odbieram piłkę, boś już przebrał miarę

Lubię wesołość, niewinne pustoty,

Lecz po zabawie — zaraz do roboty.

A kto na niczem śmie cały dzień trawić,

  Nie wart się bawić.

Deszczyk

Mamo, rzekł Staś, deszczyk rosi,

Poplami kapelusz Zosi,

Jakże niepotrzebnie pada!

Tu matka dziecku wykłada:

Że deszczyk drogi dar nieba

On skwar słońca ułagadza,

Zieloną trawkę rozradza,

Wszystko rzeźwi, wszystko krzepi,

Kwiatek, drzewko, rośnie lepiej,

Bo Bóg wszystkiem mądrze włada.

«O! kiedy tak, to niech pada!»

Grosz wdowi

W miejscu publicznem była skarbonka przybita,

Niejeden obojętnie jej napis przeczyta:

«Ofiara dla ubogich» — potem się odwróci.

 I grosza nie rzuci.

 Długo, długo próżną była,

Aż uboga kobieta pierwszy grosz wrzuciła.

 Zaraz jakiś pan bogaty

  Rzucił dukaty.

Mniej bogatego wzruszył wdzięk tej cnoty,

  Wkłada złoty.

Znów jakiegoś przechodnia skłania ta ofiara,

  Rzuca talara.

Zkądże ta hojność? Cnoty czarująca władza,

 Do grosza złoto sprowadza.

Dokądby jeszcze może puszka próżną stała,

Gdyby małej ofiary uboga nie dała.

  Piękny przykład cuda działa.

Salusia

Nie wiedzieć, o co raz Salusia mała

Na mamę się rozdąsała:

Zapomniała nieboga, co to znaczy mama!

Zalana łzami idzie w pole sama,

I rzecze: Nie powrócę, choć mama zawoła”;

Wtem ją znienacka utnie żądłem pszczoła.

Salka w płacz. Jak nie płakać, kiedy kogo boli?

Znikła już chęć uporu, wraca mimo woli,

Dotychczas niezatarte nosi jeszcze znamię,

  Uczcie się dzieci nie uchybiać mamie.

Powrót chleba

«Jam smaczny placuszek z mąki jak śnieg białej

Na wierzchu mam rodzynki, cukier i migdały;

 Spodziewam się, lube dziecię!

Że mi nad brzydkim chlebem dasz pierwszeństwo przecie.

 Chodź, chodź dziecino do mnie!»

 Na to chleb odpowie skromnie:

«Idź do niego, mnie opuść, przepowiadam śmiało,

Że się wrócisz niedługo». — Jakoż tak się stało:

Sprzykrzył mu się placuszek, więc dalej do chleba.

«Widzisz, rzecze chleb dziecku, gardzić mną nie trzeba.»

Tadeuszek

   Raz swawolny Tadeuszek

   Nawsadzał w flaszkę muszek,

   A nie chcąc ich możyć głodem,

   Ponarzucał chleba z miodem.

Widząc to ojciec przyniósł mu piernika

I nic nie mówiąc, drzwi na klucz zamyka.

Zaczął się prosić, płakał Tadeuszek,

A ojciec na to: „Nie więź biednych muszek”.

Siedział dzień cały. To go nauczyło:Nie czyń drugiemu, co tobie nie miło.

Dwa kotki

Były dwa kotki:

Jeden ładny, lecz z szafek wyjadał łakotki,

 Drugi brzydki bury,

 Ale płoszył szczury.

Powiedźcież mi dzieci, którego wolicie?

«Burego! burego!» — O dobrze robicie!

 Bo ten godzien przychylności,

 Kto dopełnia powinności;

 A bardzo nieładnie,

 Kiedy kotek kradnie.

Piesek i biedny koteczek

Spotkał raz piesek koteczka biednego,

I temi słowy przemawia do niego:

Żyliśmy kiedyś koteczku w niezgodzie,

Wszystko minęło, gdyś w nędzy i głodzie.

Oto najlepsze daję ci kosteczki

Mięsa kawałek i trochę bułeczki:

Jedz mój koteczku, żal mi cię niebożę!

Pomnij, że piesek dzieli się, czem może;

I ten co warczy, potrafi być tkliwy,

Nie pytam się, kto jesteś, dość, żeś nieszczęśliwy.

Ojciec i dzieci

Szedł ojciec z dziećmi w wiosennej porze,

I szedł w pole, gdzie kmiotek orze,

Skowronek śpiewa, pracę mu słodzi.

«Wkrótce» rzekł ojciec «ziarno powschodzi!»

Ale pytanie czy dojrzeje?

Czy spełni słodkie kmiotka nadzieje?

Może burzliwej ulegnie fali?

Może zbyteczny upał je spali?Może je bydło wydepcze czyje?

Szarańcza zniszczy, lub grad wybije?

Czy już dlatego siać nie potrzeba?

Siejmy! w dobroci ufając nieba!

Emilka

Dobry przykład jest lepszy, niż napomnień krocie.

Emilka przy szlachetnych uczuć swej prostocie,

W całym blasku chlubnymi przymioty jaśniała;

A dlaczego? bo piękny przykład wkoło miała.

Słuchajcie, jak jej mama raz z nią postąpiła.

Emilka szła na wieczór, tak się wystroiła,

Jak gdyby na bal wielki. Nic nie mówi mama,

 Lecz bardzo skromnie ubiera się sama.

Nie trzeba było więcej, domyślna dziecina

Odmienia strój, czemprędzej błyskotki odpina,

  I zą chwilkę

Skromnie ubraną ujrzano Emilkę.

 Tym sposobem Emilka serce ukształcała,

 Nie lękała się groźby, kary nie czekała,

 Każdy za wzór wystawił tę dziecinę lubą.

 Była płci swej zaletą i rodziny chlubą.

Słowik i kukułka

Nucił słowik przyjemnie wśród gęstego krzewu,

Ciekawy, czy też ludzi poruszy wdzięk śpiewu.

Ale gdzietam, w powietrzu słodki odgłos ginie,

A chłopaki motyle gonią po dolinie.

Nowych sprężyn porusza, napróżno pierś sili,

A chłopaki się bawią, tak, jak się bawili.

    Wtem kukułka zakukała.....

    Zrywa się gromada cała,

    Jaki taki ucieszony,

    Naśladuje miłe tony

    A kukułka sławie rada,

    Znowu wdzięcznie odpowiada.

Nareszcie do słowika dumną mowę zwróci;

    „Niech się jegomość nie smuci,

    Jeśli wzgardzona ptaszyna

    Cenioną już być zaczyna.

    Widzę, że ci panicze

    Znają prawdziwe słodycze.

Uzna świat moją wyższość nad tobą słowiku,

    Choć nie robię tyle krzyku”.

    Jeszcze nie stanęła zgoda,

    Nadchodzi pasterka młoda,

Słyszy kukułkę i nie zwraca ucha......

Śpiewa słowik... pasterka z zadumieniem słucha.

Słucha go i nieznaną rozkoszą oddycha.

To ją smutek ogarnie, znowu się uśmiecha,

A kiedy tak z jej sercem walczy jakaś siła,

Po rumianych jagodach łza się potoczyła.

,,To jest tryumf prawdziwy, rzekł śpiewak wzruszony,

Niech odbiera kukułka oklaski, pokłony,

Moje serce do takiej nagrody nie wzdycha:

Nad wszystkie wieńce sławy, milsza mi łza cicha.

Owieczka wypieszczona

 Była to owieczka biała,

Niebieską wstążeczką koło szyjki miała,

A na tej wstążeczce był srebrny dzwoneczek:

Bo też to był klejnot ze wszystkich owieczek.

Ależ tę baziulkę w pieszczotach chowali,

Prawie nóżką ziemi dotknąć jej nie dali,

Kochali jak dziecię, na rękach nosili,

Trawką, kwiateczkami z rączki ją karmili,

A owa owieczka tak bardzo zhardziała,

Że z braćmi, siostrami, bawić się nie chciała.

Aż tu ktoś dziateczkom pieska podarował,

Żeby ich zabawiał, i u nich się chował;

Poszła w kąt owieczka. Czyż nie znacie dzieci?

U nich to najmilsze, co nowo zaświeci.

Musiała owieczka pójść w pole z innemi,

Sama sobie trawki wyszukać po ziemi.

Lecz jej to do smaku wcale nie przypadło,

Nudne towarzystwo, nieprzyjemne jadło;

Nie dla niej, nie dla niej cały ród bydlęcy,

Ona siebie przecież za coś miała więcej.

A więc wszystkie od niej owieczki stroniły.Nigdy się z tą wielką panią nie bawiły,

Była nieszczęśliwą; jakże być nie miała?

Gdy towarzyszkami swemi pogardzała.

Kłódeczka na usta

Kiedy masz co powiedzieć, zastanów się trochę,

Bo nie powróci słówko niegrzeczne lub płoche.

 «Żeby to była taka kłódeczka,

 Coby wstrzymała usteczka,

 Gdy mają wyrzec co złego»,

   Mówił Zygmuntek do tatki swego.

 «Ma tę kłódeczkę — tata odpowie,

 Kto baczny w swojej rozmowie,

 Kto nie mówi słówka,

 Póki nie pomyśli główka,

A potem, jak kluczykiem, odmyka usteczka.

Rozwaga, to najlepsza na usta kłódeczka».

Walerek

Mały Walerek

Dostał cukierek.

Z początku, swą słodyczą, rozkosz dziecku sprawił,

Ale cóż? wkrótce zniknął, niesmak pozostawił.

,,Mamo! — rzecze Walerek, pełen podziwienia —

Dlaczegóż ten cukierek tak prędko smak zmienia?”

Matka na to odpowie: Nie dziw się, kochanie!

Z każdą rozkoszą zmysłów tak się zawsze stanie;

Tylko w rozkoszach serca nie doznasz tej zmiany:

Gardź tamtemi, a w tych smakuj, mój kochany”.

Chłopczyk ukarany

Piął się chłopczyk na drzewo, co nad rzeką stało,

Bo cudzych paniczowi gruszek się zachciało.

Ale na takich sprawkach każdy źle wychodzi:

Cudza własność jest świętą, tknąć się jej nie godzi.

I nasz chłopczyk to poznał, ale już po szkodzie.

Spadł, i gruszek nie dostał, i skąpał się w wodzie.

Słowik i paw

Słowik, co wdziękiem głosu serca rozwesela,

Tysiące miał zazdrosnych, nie miał przyjaciela;

Może go, rzecze, znajdę w innych ptaków rodzie,

Idzie i właśnie pawia spotyka w ogrodzie.

,,Witaj pawiu, rzekł słowik, zaszedłszy mu drogę,

Ja się twojej piękności wydziwić nie mogę.”

„A mnie, paw mu odpowie, twe pienie zdumiewa,

Bo któż na świecie piękniej od słowika śpiewa?”

Więc bądźmy przyjaciółmi zazdrość nas nie zmieni,

Ty postacią zachwycasz, ja wdziękiem mych pieni;

Tam tylko nienawiści największa obawa,

Gdzie dwóch do jednej sławy rości sobie prawa.”

Druciarz

Szedł druciarz ulicą. Wy znacie druciarza?

Co «garnki drutować!» raz po raz powtarza.

Szedł w lichej odzieży, a mróz był niemały,

I ręce zacierał, i z zimna drżał cały.

Dwa złote mu chciała dać matka Marcyni;

Dziewczynka wstrzymuje: «Ach co mama czyni?

Wszakże on nie żebrak, ręki nie nadstawia?

On tylko drucikiem garnuszki naprawia».

Matka

Gdy widzisz biednego nie czekaj aż prosi,

Ten czasem co błaga i łzami twarz rosi,

Jest chytry, podstępny; a nędza prawdziwa

Przed okiem litosnem nieraz się ukrywa.

Ręka prawa i lewa

Żyjcie, dzieci, zgodnie z sobą,

Bo zgoda najpiękniejszą rodziny ozdobą;

  Szanujcie te lube związki,

  Wy kwiaty jednej gałązki.

Wszakże codziennie widzicie,

Jak dwie rodzone siostry zgodne wiodą życie:

Z ręką prawą ręka lewa.

Jedna na drugą nigdy się nie gniewa,

  Jedna dla drugiej uprzejma i szczera,

  Jedna drugą wiernie wspiera.

A chociaż czasem jedna z nich leniwa,

Druga jej bez mruczenia na pomoc przybywa.

Ale też za to jak piękna nagroda!

  Ta śliczna zgoda

Obudwom niesie korzyści wzajemne.

  Wiodąc życie przyjemne,

Żadna się z nich zbyteczną pracą nie obarcza,

Jedna i druga ciału posiłku dostarcza,

A ztąd obiedwie czerstwe mają siły.

Oby to tak rodzeństwa wszystkie z sobą żyły!

Broniś i ptaszki

  Ujrzawszy ptaszek chłopczyka,

  Jak się z siatkami przymyka,

  Skoczył po rozum do głowy,

  I temi zaśpiewał słowy:

«Widzę, masz na mnie chrapkę, ślęczysz nie daremnie

 Lecz cóżby ci przyszło ze mnie?

Zbawiłbyś mię swobody, zamknąłbyś mię w klatkę,

  A ja mam matkę.

  Matkę, którą kocham tkliwie,

  Teraz słaba, ja ją żywię,

  Pośród wygód w twojej klatce,

  Myślałbym tylko o matce.

  A udręczon z każdej strony.

  Zginąłbym osierocony.

  Pomyśl, gdyby rozbójniki,

  Nie dbając na płacze, krzyki,

  W swej złości zapamiętali

  Od matki cię oderwali!

Gdyby cię to nieszczęście w tej chwili spotkało,

  Jakby ci się też wydawało?

Bóg mi dał życie; na życia osłodę

  Przydał swobodę,

Cieszę się z tego daru, nie chciałbym umierać,

A ty biednej ptaszynie chcesz życie wydzierać!...»

«Nie, rzekł chłopczyk wzruszony, żyj ptaszku kochany,

Nie doznawaj w szczęściu zmiany,

  Bądź pociechą drogiej matki,

  Poniszczę już moje siatki.

  I ty i twoi towarzysze mili,

   Będziecie spokojnie żyli.

  Niechaj ci piórka odrosną,

  Ucz się śpiewać, wzbijać w górę;

  A z każdą wiosną,

Nowym wdziękiem swych pieni ożywiaj naturę.»

Krzyżyk złoty

DZIECIĘ

Mamo! daj mi krzyżyk złoty.

MAMA

Dobrze, dziecię ukochane.

Krzyżyk będzie stróżem cnoty,

Doprowadzi cię do nieba,

Ale jedno przyrzec trzeba.

DZIECIĘ

O! ja na wszystko przystanę.

MAMA

Oto, pomnij, znak zbawienia

Na twej piersi odpoczywa;

Nie obraź niczem sumienia,

Niech się z ust twych wydobywa

Święta prawda słowo Boże;

W dobrem krzyżyk dopomoże,

Kiedy złe powstają chęci,

To miej krzyżyk na pamięci;

Kiedy serce smutek ciśnie,

Rzuć nań okiem, radość błyśnie,

Bo Ten, który niebem władnie,

Ziemskie troski gładzi snadnie. —

Dziecię matki usłuchało,

Słodki pokój w sercu miało,

I nosząc ów krzyżyk złoty,

Codziennie wzrastało w cnoty.

Motylki

Słońce nam błysnęło, łąki zielenieją,

Do słoneczka w górze kwiateczki się śmieją.

Tysiące motylków do kwiatów się zlata,

Każdy skrzydełkami podobny do kwiata.

A dziatki wesoło przepędzają chwilki

W cieniuchne siateczki chwytają motylki.

Hej! co wy robicie? dajcie pokój dziatki!

Wszak nie dla was samych dał Pan Bóg te kwiatki.

Dziadek przy kominku

W późnej, dżdżystej jesieni, w wieczornej godzinie,

Nałożono stos suchych drewek na kominie,

Palił się suty ogień, drewienka trzaskały;

W garnuszkach dzieci piwo dla dziadunia grzały:

Opodal nieco siedział dziadzio posiwiały,

Wdzięcznem okiem spoglądał na kochane wnuczki,

A że wiedział, jak lubią moralne nauczki,

 Aby dziecinki zabawić

 Tak im zaczął prawić:

«Patrzajcie, jaka słota, jak smutno na dworze!

Nie lepiej przy kominku posiedzieć w tej porze?

Nie zawsze tak wygodnie spoczywać będziecie,

Z ciepłego pokoiku w słotny świat pójdziecie,

Musicie znosić trudy, troski, niewygody,

Póki wam służy wiek czerstwy, wiek młody.

Ale gdy pożytecznie ten czas przepędzicie,

Z siwą głową do tego kominka wrócicie;

Mile się piękne czyny będą wspominały.

Wnuki wam, jak wy dla mnie, będą piwo grzały

Nie zapomnijcież nauk dziadka przy kominku:

Młodość do pracy, trudów, starość do spoczynku.»

Łza matki

Cicho, cicho, Feluniu, mamę głowa boli,

Położy się, a Felcio niechaj nie swawoli

Lubię kiedyś wesoły, lecz teraz kochanie,

Niechaj na chwilkę wszelka zabawa ustanie.

Ja wiem, ty mamę kochasz, mama chce spoczynku,

Uspokójże się trochę, uspokój mój synku.»

Dość było dla dobrego, jak Felcio chłopczyka,

   Poszedł do kącika,

   Wziął książeczkę, usiadł cicho;

   Ale jak na licho,

   Patrzy, bębenek leży,

Jakoś niechcący raz, drugi uderzy,

Z początku lekko, potem głośniej trocha...

A mama, na wpół z płaczem: «Tak mnie Felcio kocha?»

Zapomniałem się mamo, ach przepraszam mamę!»

   I zadrżał na tę myśl samę.

«Wierzę ci moje dziecię, nie chciałbyś źle czynić,

   Nie śmiem cię nawet winić;

Ale bądźże już cicho.” Pełen dobrej chęci,

   Miał zakaz mamy w pamięci;

Cichuteńkko karteczkę po kartce rozkładał,

Lękał się kiedy wietrzyk między kartki wpadał.

   Lecz niedługo tego było.

Słychać szmer na ulicy, chłopczyka skorciło.

Powstaje i stołeczek przewraca z hałasem;

A mama się już ze snu ocknęła tymczasem.

Przypomniał sobie Feluś o mamy chorobie,

   I czyniąc wyrzuty sobie,

Idzie przepraszać... ależ o smutny widoku

   Postrzegł łzę w matki oku —

   «Ach co to się znaczy?

   Rzecze w rozpaczy,

   Czyli się co mamie stało?

MATKA

 «Tak serce mnie zabolało,

 Że mam niegrzecznego syna,

 Który o prośbie matki zapomina.»

Sprawiedliwe wyrzuty do serca trafiły,

Ukochaną jej rękę ścisnął z całej siły,

I całował serdecznie, oblał łez potokiem,

A matka rozczulona tym tkliwym widokiem,

Zapyta: «Czy kochasz mnie?» «Kocham,» odpowiedział

«Więc już odtąd Felunio będzie cicho siedział.»

I przebaczyła z serca. Szczęśliwy chłopczyna,

O napomnieniach matki już nie zapomina,

Wytrwał w dobrem do ostatka;

Ale długo pamiętał, że płakała matka.

Kłamstwo

Ach ratujcie! ratujcie! wołał pasterz młody,

Najpiękniejszą owieczkę, wilk mi porwał z trzody.

O ratujcie, ratujcie!» Przybiegli pasterze,

A on w śmiech: «Jam żartował, on jeszcze nie bierze,

Chciałem tylko doświadczyć, czy dobrze czuwacie:

 Może mi się kiedy zdacie.

Ha, ha, ha, jakżem was też wyprowadził w pole,»

 Raz, drugi się udały podobne swawole

   Ale jednego ranka,

Wilk doprawdy pięknego porwał mu baranka.

Pasterz w krzyk i pomocy zewsząd z płaczem wzywa,

   Nikt nie przybywa.

   I prosi i błaga,

   Nic nie pomaga.

Wilk uniósł zdobycz, pasterz poniósł stratę.

 Taką się to za kłamstwo odbiera zapłatę!

Dziecię i konwalia

«Moja ty konwalijko, kochany kwiateczku!

Wyglądasz z za liści, jak gdyby z domeczku,

I na świat wyzierasz, a ziemia wesoło,

Przyjemnym widokiem otacza cię wkoło.

Ty rośniesz, domeczek opuszczasz zielony,

I wonność na wszystkie rozsypujesz strony; —

Tak mówił chłopczyna do kwiatka ślicznego.

Tyś u mnie najmilszy z ogródka całego;

Ja pracę, troskliwość poświęcę ci moję,

 Oczyszczę, napoję.»

«Dzięki ci chłopczyku — kwiatek odpowiedział,

Trzeba jednak, żebyś wiedział,

Że nie z twojej łaski, dziecię!

Moja wonność, moje życie.

O! i mój wzrost nie od ciebie;

Mamy razem Ojca w niebie.

On nam dał wszystko, on nam dał życie,

Jego chwalmy lube dziecię!»

Wdzięczność

Gdy nadejdzie mroźna zima,

Biedny ptaszek nieraz w głodzie;

Bo na polu kłosów niema

Pusto w sadach i w ogrodzie.

W takiej tedy porze roku,

Wróbelek biedny, zgłodniały,

Usiadł na żłobie nieśmiały,

Gdzie konik miał dość obroku.

  Gościnne zwierzę chętnie sie podziela,

I pozyskuje w ptaszku przyjaciela,

A ten przyjaciel był wierny i stały

  Kiedy nadeszły upały,

  Muchy bardzo dokuczały,

  Czynnie oganiał konika.

  Z dobroci wdzięczność wynika.

Litośna dziewczyna

DZIECIĘ

Ostrożnie! ostrożnie! zdaleka, zdaleka!

Bo wielkie nieszczęście, motylku cię czeka,

To nie jest słoneczko, to świeca motylku,

W mych oczach niedawno zginęło tu kilku.

Trzymaj się okienek, lataj blisko ściany,

Bo zginiesz w męczarniach, motylku kochany.

 I dziecię zawczasu motylka złapało,

Za oknem w kąciku schronienie mu dało.

 Drżał z zimna nieborak, na dziecię narzekał;

Lecz skoro się zrana słoneczka doczekał,

Gdy okno otwarto, skrzydełka rozwinął,

Gdy poznał jak wielkie nieszczęście ominął,

Pomyślał; ach Boże! chwała Tobie! chwała!

Nagródź też dziecinie, co mnie uchowała.

Dwie mrówki

Mrówki dobre gospodynie,

Każda z nich rządnością słynie,

Przezorności przykład daje;

Lecz i tej cnoty różne są rodzaje.

Odmiennemi siostrzyczki dwie poszły drogami;

Która lepszą wybrała, osądzicie sami.

Jedna, łakoma przy swej przezorności,

Wsunęła się do domu pana bliskiej włości,

 Co znalazła, to chwytała:

 Odrobinka cukru mała,

 Galaretka, konfiturki,

 Cytrynowej trochę skórki,

Kawałeczki migdałów, jak od szpilek główki,

Wszystko się zdało dla mrówki,

Wszystko wlokła do kryjówki.

 A wesoła i szczęśliwa,

 Ze zapasów jej przybywa,

 Często sobie powtarzała:

 Któraż mrówka tyle miała!

Dnia pogodnego, w poranne godziny,

Idzie do siostry swojej w odwiedziny,

I zastaje ją w komorze.

Ta przesypuje uzbierane zboże:

 Tu pszenicy zdrowe ziarnka,

 Owdzie proso, tam tatarka.

PIERWSZA

 Śliczne widzę masz zapasy,

 Na zimowe ciężkie czasy?

DRUGA

 Mam, Bogu dzięki, zapasik niemały

PIERWSZA

 Zboże! to mi specjały:

 Luba siostro! przyznaj przecie,

 Są lepsze rzeczy na świecie.

 U mnie całe z cukru ściany,

 Konfitury, marcepany,

 Różne przyprawki

 Do każdej potrawki.

 Na to jej siostra odpowie:

 Niechaj ci będzie na zdrowie,

Każdy się stara jak może.

Miej ty sobie łakocie, dla mnie dobre zboże.

 Nadszedł wrzesień,

 Wilgotna była jesień,

 Częste deszcze padały,

 Cukry mrówce stopniały,

 Zresztą wszystko pogniło,

 Nic na zimę nie było.

Znowu mrówka do siostry. A siostra w komorze.

Jakżeś szczęśliwa, rzecze, żeś zbierała zboże!

 Znikły już moje zapasy,

 A najcięższe idą czasy.

 I łzami się zalała.

Nie turbuj się, odpowie siostrunia wspaniała,

Będzie tu i dla ciebie; ale od tej chwili

Rozważ i poznaj, że ci nie błądzili,

Co przestając na prostych tylko darach nieba,

Zbierali, co dla życia koniecznie potrzeba.

Lew i owieczka

«Broń się owco, lub zginiesz!» rzekł lew niespodzianie.

«Jażbym się miała bronić, najjaśniejszy panie?

Mnie łaskawa natura oręża nie dała,

Pokora i niewinność, to moja broń cała.»

«O niewinność nie pytam, pokory nie cenię.

Broń się, albo krwi twojej popłyną strumienie.»

«Czyń co chcesz, gdy niewinnej cnota nie zasłoni.

Ja znosić tylko umiem; innej nie mam broni.»

«Podoba mi się twoja skromność i odwaga,

Jej potęga nad samą dzikością przemaga,

Jesteś wolna, żyć będziesz, jest to tylko próba.

Nigdy ja nie myślałem pastwić się nad tobą:

Bo kto gnębi niewinność, bohater niewielki,

On w sercu krwi szlachetnej nie ma i kropelki.»

Listek

Wziął chłopczyk listek w rękę i na ziemię rzucił;

Listeczek nieboraczek bardzo się zasmucił.

«Ty mną gardzisz, powiedział, o! gardzić nie trzeba,

Ja tak jak ty, kochanku, mam początek z nieba;

Ja na tej pięknej ziemi razem z tobą żyję;

Jestem młody, wesoły, boską rosę piję;

Przyjdzie czas to zwiędnieję, i ty legniesz w grobie.

Cóż? nieprawdaż paniczu? podobniśmy sobie?

 Zdjął chłopczyk listek z ziemi, podumał troszeczkę:

«Prawdę mówisz, powiedział, schowam cię w książeczkę,

A jeśli o tem kiedy znów zapomnę może,

To mi listku, przypomnij, gdy książkę otworzę.»

Skoczek dobroczynny

    Podobało się dziecinie

    Jak zwinnie skoczek na linie

    Cuda prawie dokazywał.

    Tysiące zręcznych obrotów

    W jednej chwili zrobić gotów,

    Po powietrzu jakby pływał,

    A szybki jak błyskawica,

    Wszystkich dziwi i zachwyca,

    Każdy wielbi, każdy chwali;

    Jednogłośny oklask dali.

    I naszemu się chłopczynie

    Podobał skoczek na linie.

„Ach jak to pięknie, rzecze, mój kochany tato!”

    Ojciec odpowiedział na to:

„Pięknie oklaski odbierać,

Ale on więcej umie, umie bliźnich wspierać.

    Jego zręczność, jego siła,

    Nieraz pożar ugasiła;

    Nieraz jego ręka śmiała

    Z płomienia dziecię wyrwała;

    Uszlachetnił swoją sztukę,

    Z sercem połączył naukę.

    Dziś, gdy oko twoje bawi,

    Niech mu serce błogosławi;

    Wielki w sztuce, wielki w czynie,

    Niechaj imię jego słynie.”

Przechadzka

Był to dzień majowy, wesoły, pogodny,

I wietrzyk od wschodu powiewał łagodny,

I konik świergotał, ptaszęta śpiewały,

Dziewczynki szły łąką, kwiateczki zbierały,

I doszły do lasku, usiadły pod cieniem.

Cieszył je strumyczek łagodnym mruczeniem,

Niewinne kwiateczki spostrzegły na brzegu,

Widziały wiewiórkę i jelenia w biegu,

Widziały motylków skrzydełka w promyki,

I pilne pszczółeczki i złote chrząszczyki.

I były szczęśliwe, i wesołe były,

I z słodkiem uczuciem do domu wróciły.

«Ach jakże tam ślicznie, Elżbietko na dworze,

I jutro, siostruniu, pójdziemy tam może.»

Tak młodsza siostrzyczka do starszej mówiła.

«Zapewne pójdziemy, byleś grzeczną była,

Pójdziemy gdzie łączka w kwiateczki ubrana,

Uwielbiać będziemy Wszechmocnego Pana,

Co wszystko utworzył, upięknia i żywi,

Byśmy go kochali i byli szczęśliwi.

Gniazdo jaskółki

«Patrz mamo.» I dziecię mamie

Wskazało gniazdeczko w bramie.

«To ciekawe mamo droga,

Jak tam pod opieką Boga,

Bezpiecznie żyją ptaszęta.»

MATKA

Pan Bóg o każdem stworzeniu pamięta.

DZIECIĘ

Ależ, mamo, tamtędy wiele ludzi chodzi.

MATKA

Każdy wie, że jaskółki krzywdzić się nie godzi.

DZIECIĘ

Dzieci w bramie w piłkę grają.

MATKA

I dzieci mają serca, ostrożnie rzucają,

Zresztą Bóg niewinnych broni,

Nieraz gniazdo aniołek skrzydełkiem osłoni.

Zboże we młynie

 Zboże na mąkę oddane do młyna,

Widząc zgon bliski, tak mówić poczyna,

„Panie młynarzu! uważcie też przecie,

Jakąż z mej śmierci korzyść mieć będziecie?

Nie lepiejby to było rozsiać na zagony,

   I obfite zbierać plony?

Na to młynarz odpowie: „śmierć nas wszystkich czeka,

Tak was ziarnka, jak człowieka.

Wszystko ma przeznaczenie; już zasiane pola,

Wam inny los przeznacza odwiecznego wola.

Lecz nie drżyjcie przed śmiercią; żadne z was nie zginie

    Postać zmienicie jedynie.

  Wszystko, co was teraz szpeci,

    Na bok odleci.

  W drobnym pyłku, pyłku czystym,

  Jaśniejąc blaskiem śnieżystym,

  Wnijdziecie w wspaniałe sale,

  W postaci świetnej na bale,

  A za mężną śmierć w tej chwili,

  Będą was wszyscy wielbili.”

Skończył, a chlubnie umrzeć wszystkie sobie życzą,

Śmierć utraca okropność, staje się słodyczą.

Gołębnik

W starym się gołębniku gołębie gnieździły.

Choć niekształtny i szczupły, był im jednak miły,

 Bo tam ich karmiły matki,

 Tam im się rodziły dziatki.

Właścicielowi przyszło coś do głowy

 Wystawić gołębnik nowy.

 Gustownie go wybudował,

Z wierzchu i wewnątrz nawet pomalował.

Sypał ziarna do tej budowy wspaniałej;

 Gołębie do starego jednak uciekały.

Właściciel kazał stary gołębnik rozrzucić;

 Zaczęły się bardzo smucić;

Lecz na zwaliskach jeszcze się gnieździły:

 Bo im ten kącik był miły.

To wzruszyło ich pana, zebrał dawne szczątki,

 I dla lubej im pamiątki,

W tem samem miejscu i takiej budowy,

 Ze starego zrobił nowy,

Bo poznał, że i w ptakach są uczucia tkliwe,

 I że nie wszędzie mogą być szczęśliwe.

Jaś

  Jaś niepomny na przestrogi,

  Zerwał kłosek blisko drogi.

  A że przykład wiele może,

  Prawie każdy skubał zboże.

  Na odpust do Czerniakowa

  Pobożnych śpieszyło wiele,

  Ludnej Warszawy połowa

  Wyległa w ową niedzielę.

  Tak kłosek po kłosku znika,

  Rzednieje zboże nieznacznie.

  Wtem się nawija kaleka,

  I o wsparcie prosić zacznie.

  Jaki taki go omija,

  Rzadko ręka wesprze czyja.

  Z westchnieniem rzekł Jasio tkliwy:

  «O jakże on nieszczęśliwy!

  Czyby się każdy zubożył,

  Gdyby mu choć grosz położył;

   Ziarnko do ziarnka,

   Byłaby miarka.»

«Niebaczny Jasiu! — nauczyciel przerwał —

Czemuś o tem zapomniał, kiedyś kłosek zerwał?

Pierwszą jest sprawiedliwość, dobroczynność potem

Jednej łzy skrzywdzonego nie opłacisz złotem.»

Wieczór pod drzewkami

  Nie na tem szczęście nie na tem,

  Ażeby być bogatym.

  Znałem ja ubogie dziatki,

    Pociechy ojca i matki,

  Na górze chatka ich stała,

  Drzewina ją ocieniała,

  A pod cieniem tej drzewiny,

  Siadały nieraz z dziaduniem dzieciny.

  A on się z niemi bawił,

    Albo nauczki prawił.

  Wśród rozrywki, wśród pieszczoty,

  Wpajał w serca piękne cnoty.

    Jednego wieczora,

  Tak pamiętam jakby wczora,

Siedział ten starzec pod drzewem na ławie.

Miłej się wnucząt przyglądał zabawie,

Potem starszego, Zygmuntka, zawoła:

,,Rzućno, kochane dziecię, okiem dookoła,

A potem w niebo wznieś oko niewinne,

Tu i tam mieszka Bóstwo dobroczynne,

Tu i tam szczęścia, miłości kraina,

Choć twoja nie upływa w dostatki rodzina.

Jeżeli myśleć będziesz o serca ozdobie,

Codzień przyswoisz nową cnotę sobie,

Pójdziesz gościńcem od Boga wskazanym,

Oprzesz się złemu z męztwem niezachwianem.

Zniesiesz ubóstwo i ciężar niedoli,

A Bóg ci szczęścia na ziemi pozwoli,

I w przyszłym życiu zgotuje nagrodę.”

Weszła nauczka w serduszko młode,

  I inne dzieci, co to słyszały

  Pobożnie rączki składały,

I rzekły razem: „Dziaduniu miły!

Wszystko co mówisz, będziemy robiły.”

  A on ich żegnał, twarz łzami rosił,

  I Boga dla nich o pomoc prosił.

Ludmiłka

«Jakże piękne książeczki musi mieć Ludmiła,

Z nich się pewnie grzeczności takiej nauczyła,

Nic dziwnego, że każdy jej postępki chwali,» —

Tak Wicuś i Karolek z sobą rozmawiali.

Raz byli u niej w domu. Karolek się pyta:

   «Jakie też książki czyta?»

Na to odpowie Ludmiła:

«Jeszcze mnie mama czytać nie uczyła.

A jeżeli co kiedy dobrego uczynię,

   To z przykładu jedynie.

Skoro się moja lalka zbytecznie wystroi,

Mama mówi: jej taki ubiór nie przystoi.

Odmieniam zaraz suknię. Ztąd wnioskuję sobie

Ludmiło! i ty nie myśl o próżnej ozdobie.

Gdy się myje kanarek, to myślę: Ludmiło!

Zapomnieć o porządku pięknieżby to było?

Kiedy wołam na pieska, on zaraz przybiega,

   To mnie nieznacznie ostrzega,

Ażeby być posłuszną na mamy rozkazy,

Bo jej przykro, gdy mówi o jedno dwa razy.

Takich tylko nauczek trzyma się Ludmiła,

Im winna, jeśli serce trochę poprawiła.»

Pelikan i bocian

Opuszczon od rodziców, przyjaciół, rodziny,

Żył samotnie pelikan pośród gęstej trzciny,

I tem jedynie gorycz osładzał tęsknoty,

Że nie zboczył z drogi cnoty.

Chociaż go wszystko prawie opuściło w świecie

   Znalazł on rozkosze przecie,

I nie zazdrościł gdy marnej igraszki

Inne po borach używały ptaszki.

Bocian, którego miłość ku rodzicom znana,

Napotkał samotnego w brzegach pelikana.

Oddawna pragnął po znać tego pustelnika;

Widok jego postawy czcią gościa przenika;

Dobremu jak on dziecku jakąż radość sprawia,

Widzieć tego, co dzieciom własną pierś rozkrwawia?

«Synu zacnych rodziców! rzekł bocian wzruszony,

Przypadek mię tu w twoje przyprowadza strony,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.