drukowana A5
17.14
I część: krzyż człowieczy

Bezpłatny fragment - I część: krzyż człowieczy

Objętość:
61 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0050-2

(Pod nieba dłoniastą palmą nie daj mi chodzić samotnie...)

Pod nieba dłoniastą palmą nie daj mi chodzić samotnie,

Agni.

Otwórz rzeki, a sosny krzykiem z ognia i wiosny

podpal i nagnij.

W jakie zimy prowadzisz, jakich kolęd słuchać

śmiertelnych?

Otom jest syn wygnany z ziemi niepoznanej,

niewiernej.

Obco mi niebo czarne i białe zawieszasz

nad czas samotny;

oceany z kamienia, w które się przemieniam

jak w lodach okręt.

Nad dniem ostatnim stawiasz mi długie, woskowe

świec rzędy,

które są stare drzewa, kiedy w portów brzegach

rżą argonauckie okręty.

Odbierz mi ziemię, miłość rozumną oderwij

i porwij

spośród umarłych rzeczy, gdzie dojrzewa wieczór

o woni morwy.

Daj mi konia, o Agni, z żółtych, strasznych płomieni

i białych,

bo oto spadam — owoc w grób ziemi pod sobą

dojrzały.

3 grudzień 1940 r.

Pieśń o ciemności

Sny leżą na mnie warując milczenia

jak lwy z pomników co warują śmierci

i liść opada czasem, śnieg, albo i obłok,

albo ptaków pióropusz wzbije się i przyjdzie.

I niebo stoi. Wtedy mam podobną

twarz do nieba, choć cienia niema w niej, ni żalu

słyszę jak się sodomy w cichym trzasku palą.

O nie sędzią ja czekam! Dzień płonie jak listek

na płytę pieca opadły i zwija

sieć żyłek delikatną, a z nim giną wszystkie

chwile nerwem łączone. Noc i dzień przemija.

I w katakumbach czasu od sklepień odbija

głos, może napomnienie, może bitwa walna —

— wszystko nierozróżnione i rozdarte wszystko.

I noc przechodzi górą jak śmierć — triumfalna

i spływa obraz do mórz wrzących pysków.

W huku werbli, w burz wrzawie, w łoskocie pokoleń

idą chłopcy o oczach z największych przeznaczeń,

idą, aż za daleko przechodzą — do ziemi,

idą, kiedy za nimi świt nie zapłacze

mlekiem błękitnym. I tak stygną z niemi

i przechodzą żelazem — karty czarnej ziemi.

A tyle rzeczy czeka jak spod dłoni — nowych

na nadawanie imion. Jak zwierzęta stoją,

tak smutnieją mijane i schylają głowy,

aby przeżuwać zapomnienia zmierzch.

O zatrzymać! Płacz milknie. Znów przywala grób,

znów sen się kładzie głazem mruczący jak lew

i niebo jak kolumna. Stygnie w urnach krew,

a burza ciężko pełznie nad doliną.

Noc. Po nocy powstają upiory i z ciała

wychodzą, aby truć oczy i zmieniać je w popiół,

aby smutnym dziewczynkom twarz jak orzech gnieść,

i słuchać w płaczu cichym zwycięstwa i śmiechu

swojej strasznej postaci jak uschnięty badyl

natchniony śmiercią, lub serc wodospadem,

który się w ciemność toczy. Znowu dym spowija

i snem przybitą leżąc umieram. Wiek mija.

O! Zatrzymać! Milczenie. Widzę jeszcze ludy

i naród pod kopułą, gdzie szalone wozy

wypruwają z obłoków deszcze krwawych nożyc.

I pada mór i ludzie wypłoszeni

do bram łomoczą, a bramy z kamieni

więc przypadają do stóp drżącej ziemi,

a ta otwiera paszcze, całuje i wchłania,

a niebo drga, nie woła żaden głos.

Milczenie. Sny ziewają. Puszcze płyną górą

i leżą tak, a w dłoniach kolumny z marmuru

wbite warują ciszy. Nie przychodzi śmierć

i tylko niebo błyszczy oparte o pierś,

a ciało jeszcze raz zmienia się w sypki popiół.

Pieśń o klęsce

Mija godzina, która nie na tarczy:

ciało zmienia się w popiół, a wzrok w ołów.

Łez na powstanie z martwych nie starczy:

poznanie — koło.

To tylko ziemia gaśnie — kula pusta,

na której Bóg rozdarty tysiącem szatanów chodzi —

— tysiącem ludzi. Zieją kamienne lustra,

barwa nie rodzi.

To z wysokości, czy z grobu widziana

urna spełnienia jest wzgórzem skorup.

O drzewo! drzewo! Czyś tylko trumną

pod ruchów korą?

Tak się w pogardzie odosobniony

przestaje czuwać w śnie i godzinie.

Jeszcze ton przejdzie, nie będąc tonem,

przechodząc — minie.

Jeszcze łodygi zielone co w tobie

jak kolumnady pułapu rosły

są u zsiniałych wód po potopie

strzaskanym wiosłem.

Jeszcze łzy płynąc staną się gromem

co serc naczyniom grającym tobie

rozbije obraz; nigdy zielone,

nigdy na grobie.

I nad żyjącym żadna przyczyna

i żaden koniec. Popiół i droga,

bo głosy klątwy w pogardzie wszczęte

nie głosem Boga.

O drzewo! drzewo! mija godzina,

a czzas jej wiekiem.

Drzewo przeklęte w nieznanych winach

jakżeś człowiekiem?

Spojrzenie

Nic nie powróci. Oto czasy

już zapomniane; tylko w lustrach

zsiada się ciemność w moje własne

odbicia — jakże zła i pusta.

O znam, na pamięć znam i nie chcę

powtórzyć, naprzód znać nie mogę

moich postaci. Tak umieram

z pół-objawionym w ustach Bogiem.

I teraz znów siedzimy kołem,

i planet dudni deszcz — o mury,

i ciężki wzrok jak sznur nad stołem,

i stoją ciszy chmury.

I jeden z nas — to jestem ja,

którym pokochał. Świat mi rozkwitł

jak wielki obłok, ogień w snach

i tak jak drzewo jestem — prosty.

A drugi z nas — to jestem ja,

którym nienawiść drżącą począł,

i nóż mi błyska, to nie łza,

z drętwych jak woda oczu.

A trzeci z nas — to jestem ja

odbity w wypłakanych łzach,

i ból mój jest jak wielka ciemność.

I czwarty ten, którego znam,

który nauczę znów pokory

te moje czasy nadaremne

i serce moje bardzo chore

na śmierć, która się lęgnie we mnie.

18 X 1943

Rycerz

W noc zjeżoną kwiatami martwego powietrza

nie nasłuchuj, nie jadą rycerze

w zbrojach blasku, w kaskach na wietrze

rozwiewających kity płomieni, a miecze

obronie słabych — tylko w pochwach rdzawych

albo zalane płaszczyznami śniegu,

albo jak gwiazdy pogubione w biegu.

Witaj, a nie płacz mi. Ja zawsze senny,

w nocy skrojony na kształt owych dawnych,

idę w pochodach, w cieniach jak sam ciemnych

i nigdy znaleziony, nigdy wiarą sławny,

a tylko ręce wspieram o ten słup z przestrzeni.

Gram. Jestem rycerz — Boga zamyślenie.

Ach, lądy jak pióropusz dymu ogień wzbija.

Mijam morza rozległe jak błyszczące ryby.

Gwiazdy spadają w ciszę. Psy przed domem wyją

i złote deszcze iskier — jak żuki o szyby.

I czegóż ja dostanę, czegóż pragnę jeszcze,

zamarzły w lodem martwą, niebieskawą przestrzeń?

A szukają i złota, i chleba, szukają,

choć jak krety korzeni, które w słońcu rosną

kwiatami czy rudawą o zachodzie sosną,

i zawsze kopiąc tak — nad ziemię nie dostają.

I podkopując tak — są złej planety jękiem

pod tym pułapem, co jest światła dźwiękiem.

Ja wierząc tak w umarłych żywym obcowanie

i poznając — do krzywdy przykładam miecz rdzawy,

który jest krzywdzie miłość — rozpoznanie

i jest jak pod stopami szatana — kłos trawy,

a choć znam płomień zaklęć jak piorun wśród ciszy,

nie zawołam — w mórz szumie nikt go nie usłyszy.

I tak przez ciało czekam, choć ognia potopy

niby wojsk krwawych skrzydła ciągną czarnym stropem.

I jestem. Czym ja jestem? Wierzący przez małość —

rycerz gór zapomnianych — w zmartwychwstałe ciało.

dn. 21 lutego 1942 r.

Żal

Pozcinano drzewa światowidom,

ścięto głowy buntom dziecięcym,

bo nie przyjdą anioły z ptasich puchów, nie przyjdą.

Oto nóż szafotów do chleba. Cóż więcej?

Zatroskane madonny mdleją

jakbyś podniósł ziemi upiorną powiekę

więc żal mi, żal, bo świat to żal

za utraconym człowiekiem.

luty 41 r.

Z szopką

Górą białe konie przeszły,

trop dymiący w kłębach stanął,

w gwiazdach płonąc cicho trzeszczy

wigilijne siano.

Spoza gór czy sponad ziemi

anioł biały? kruchy mróz?

starcy w niebo nachyleni?

Anioł biały szopkę niósł.

Zamknąć tak — to ironicznie —

w daszek gwiazdom pobielany,

płomień wieków i człowieka

w tekturowe cztery ściany.

Zamknąć tak — to z odległości —

w dwie figurki — czarną, białą,

rozdeptanych epok kości

i spalone żądzą ciało.

W naprężone kusze burz

anioł biały — szopkę niósł.

A figurki w męce gasnąc

coraz słabły, zanikały

w napowietrzną gwiazdy jasność,

tekturowo — popielały.

Śmiał się anioł półuśmiechem

z ich uporu, a nie grzechu,

że tak jedni — choć ich stu.

Anioł biały szopkę niósł.

Aż na grudzie stopą lekką;

stanął niby mgłą i skałą.

i koślawe, głodem ścięte

ujrzał w grudę wbite — ciało,

żeber czarnych łuki, spięte,

poskręcane rydle rąk,

brzuch jak bęben życia — wzdęty,

brzuch zsiniały, brzuch jak tłok,

I zawrócił. W nieba plusk

poczerniałą szopkę niósł.

2 XII 41 r.

Historia

Arkebuzy dymiące jeszcze widzę,

jakby to wczoraj u głowic lont spłonął

i kanonier jeszcze rękę trzymał,

gdzie dziś wyrasta liść zielony.

W błękicie powietrza jeszcze te miejsca puste,

gdzie brak dłoni i rapierów śpiewu,

gdzie teraz dzbany wrzące jak usta

pełne, kipiące od gniewu.

Ach, pułki kolorowe, kity u czaka,

pożegnania wiotkie jak motyl świtu

i rzęs trzepot, śpiew ptaka,

pożegnalnego ptaka w ogrodzie.

Nie to, że marzyć, bo marzyć krew,

to krew ta sama spod kity czy hełmu.

Czas tylko warczy jak lew

przeciągając obłoków wełną.

Płacz, matko, kochanko, przebacz,

bo nie anioł, nie anioł prowadzi.

Wy te same drżące u nieba,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.