drukowana A5
22.88
1942, 1943, 1944

Bezpłatny fragment - 1942, 1943, 1944

Objętość:
113 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0049-6

1942, 1943, 1944 - Motto i dedykacja

A nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a duszy zabić nie mogą,

(Mat 10, 28:)

Doskonałemu poecie, najlepszemu synowi,

radości moich oczu, chlubie mego serca,

który mimo to jest krwią z krwi i kością

z kości mnie — niedoskonałej

tę „rzecz ziemską” na gwiazdkę — daję —

SB. 24. XII. 42 r.

(Śnieg jak wieko żelazne...)

Śnieg jak wieko żelazne na oczy opadnie.

O! wy bracia w milczeniu moi — niedorośli.

I Bóg mnie nie przypomni, ani mnie odgadnie

z nagrobka przechodzący, aż w tysiącznej wiośnie

może dłoń jakaś biała odgarnie ciemności

i będzie to prawdziwy czas, czas tej miłości,

której u was nie znałem. Bóg — tak sobie marzę —

w błękicie lotnym nieba wyrysował twarze

naszym cierpieniem, niby maski jasne,

które przymierza tym, tym zapomnianym

czasem podobne rysom, a czasem za ciasne,

aż trafi — wtedy krwawe zasklepiają rany

i taka błogość nieba osiada w błękicie,

że wraca czas zbłądzony, choć nie wraca życie.

Znacie wy, znacie te organów knieje

co wyrastają niby skał mocarny obryw

nawet tutaj na ziemi? — To są te nadzieje.

Jeśli w popiele zgrzebnym taki blask podobny

bożym chyba zamysłem przed oczy się jawi —

nic są te ciemne ciała, które zbrodnia trawi,

nic są te dymy czarne, ta kurzawy ciemność.

To wszystko nic. I żadna trumna nadaremno.

Bóg tchnął jasność. On mocą łagodnego wiosła

pchnął fale burz tajemnych i lawy stuleci,

i co woda pobrała — to woda odniosła.

On świecił nad tą wodą i jak zawsze — świeci.

Śnieg jak wieko żelazne na oczy opadnie;

popiół zostanie z żarów miłości i gniewu,

a na ziemi dalekiej żaden czas nie zgadnie,

jak rośnie niewidzialnie łask wszelakich drzewo.

22. XI. 1942 r.

Świętość

Począłem cię w marmurach światła

i w drzewie wonnych sosen,

moja ty rzeko nieodgadła

dłutami wioseł.

Potem cię wiodłem z gór mocarnych,

z przestworów pełnych głosu,

gdzie noże siklaw śniegi darły

i dzwonił śpiew jak mosiądz.

Łuskałem ciebie z jabłek tęgich

i ziarnem gradu z chmury,

wiodłem cię z łodyg ruchem ręki

jak blasku sznury.

I wyciosałem, wyprosiłem

sercem łomocąc w dłuto,

a dłutem w głaz, i mam cię — siło!

mam cię — pokuto!

Gdzie stąpnę — tętnisz żywą strugą

i jak organy śpiewasz,

i widzę jeszcze we śnie długo —

płynące w tobie drzewa.

A w twojej grzywie iskier złotych

nocą nużają krwawe pyski

rude szakale, ludzie — młoty,

miecze i ślepiów błyski.

I z nich to rosną nocą w tobie

kręte gałęzie trupich ramion,

upiory czarne, serca w grobie,

co sercom kłamią.

I oto mam cię, rzeko święta

jak konar w ciebie wrosły

rzeko zbrukana, z chmur poczęta,

nieodgadniona wiosłem.

dn. 25. XI. 1942 r.

(Dokąd to jeszcze?)

Dokąd to jeszcze? Ten cień stoi we mnie

jak obraz wieczny mego zatracenia,

rdzewieje tarcza i gorzknieje ziemia

pod zamyśleniem moim obosiecznym.

O, bo ja jestem mieczem krzywdy wszelkiej,

przez moje ręce wyciągnięte we śnie

wędrują grzechy jak milczące węże

i wytryskają z palców jako pieśni.

I czego dotknę, to się łzą pokryje

jakoby rosą, tylko że tak słoną,

że się nie pięścią — całą ziemią biję

w pierś, której nigdy win nie odpuszczono.

O, bo i jakże odpuścić, że człowiek

zapomniał głosu, mówiąc w bożej mowie.

I gdzie postąpię, pęknie mi pod stopą

ostatni kamień, a dalej już ciemność,

i jestem jak ten pierwszy człowiek po potopie,

który zawinił. Więc wtedy nade mną

też blasku nie ma i w dłoni mi próżno,

jakby z niej krzyż wyjęto i włożono topór,

i jestem duszą smutku po ciałach podróżną

i jestem sam i ziemi tępy opór.

O, żeby chwila jedna, dzban by dano

ze zdrojem chłodnym, żeby klątwę zdjęto

i żeby serce — sercem, a nie raną,

i żeby droga choć w konaniu — świętą,

i niebo mnie nie skrywa jak ziemi powieka,

i śniegu nawet nie ma, który mię pokryje,

tylko jak głosy łzami po omacku ryję

jak cień, jak cień strudzony, co zgubił człowieka.

6 XII 1942

Narzeczona

Ona stojąc w jeziorze ręce obraca do góry

i z nich unoszą się z wolna kwiaty i białe motyle,

kiedy pod kolanami w wodzie mkną ciche chmury,

niebo się szybko przetacza. Ona się fali przychyla

i bierze w dłoń otwartą jak w pyszczek różowy kuny

niebieskie łodyżki wody, które się prężą jak struny

i grają cicho i miękko:

«W kwiaty nas zamień, panienko».

Więc ręce zwraca w górę, i krople wypryska wysoko,

czyni z nich liście i jabłka, węże i srebrne jaszczury;

zanim opadną znowu, jeszcze podobne są głogom,

co kwitną. Potem, gdy spadną, przemkną w nich szybko chmury.

Ona się z wolna zwróci, unosząc z sobą odbicie,

nie wiedząc jeszcze, czy w sobie, czy w wodnym obrazie prawdziwa,

patrzy w kryształ powietrza i widzi dalekie życie,

raz zapylone trakty, to znów potoków grzywę.

Nie wie i jeszcze czeka. Wtedy na brzegu, w kotlinie,

rycerz ogromny przystaje i jabłko wyciąga na dłoni,

błękitne jak kropla nieba. Ona ku niemu płynie,

powietrze w krąg rozgarniając, co jak pod skrzydłem dzwoni.

Potem ich las zamyka. I tylko drzewa dojrzałe

tak samo stoją w głębinie, jakby najmocniej kochały.

2 XII 1942

Wina

Wśród drzew, co są jak płaskie, zielone motyle,

święty Jerzy cwałuje po czerwonej ścieżce

na koniu, co się wznosi, a za nimi w tyle

czeka mała dziewczynka, włosy ma niebieskie.

Smok się wydął i oczy błękitne wyłupił,

zanim go dopadł rycerz — trzykroć blaskiem rzucił

i zginął. Głupi smoku! O rycerzu głupi,

to wszystko takie krótkie, a już się nie wróci

ani tobie pełzanie po zaklętych sadach,

ani tobie modlitwa w czarnych winogradach.

Truchło leży, paruje z niego zieleń śliska,

jeszcze się gwiazdki jakieś z łusk przebitych sypią,

i rycerz zadumany stoi, mieczem błyska,

tak pół czuje niepokój, a pół gorzką litość.

Cóż to, mała dziewczynko o niebieskich włosach,

czemu płaczesz? Smok leży, zabit twój gnębiciel.

Nasłuchujesz oddechów jego w nocy głosach?

Wspominasz to niezdarne, smutne, smocze życie

i że śpiewałaś czasem jak potok szczęśliwie,

wsparta na jego miękkiej, wypłowiałej grzywie?

I wraca święty Jerzy tam, gdzie lasu smuga

kończy się i zaczyna trakt suchego pyłu,

a na postojach ciemnych marzy mu się długa

smocza szyja przebita i oczy, co były

wypukłe i żałosne, i głos, i łzy słyszy,

i gorzko płacze zbrodni pod sklepieniem ciszy.

grudzień 1942

Polacy

Oto rozmawiam z cieniami rycerzy

w głuchej, wygasłej urnie mojej ziemi,

a głosy jak organy rosną i strudzeni,

tyle wieków zwalając, co nad nimi leżą,

tyle serc w jeden kamień skutych, nim odwalą,

jak ciemność stygną we mnie i jak wiatr się żalą.

O! Straszne, straszne dzieje. Widzę morza głuche,

ziemię z niebem złączoną, a jak step w posuchę,

i tętent burz pod ziemią, i tłumy wśród ogni

wijące się jak węże pocięte w kawały,

i twarze, twarze groźne, o! twarze podobne

obliczom w śnie zabitych. To znów nagle wały,

mury, miecze się wznoszą, krzyk rozcina ziemię;

a potem cisza. Tylko stoją nieme

posągi bohaterów — trzech lub dwu herosów,

a popod nimi przepaść zieje — do dna głosu.

Jeszcze, jeszcze pochody na dalekich lądach,

gdzie huragany armat rwą na strzępy ziemię,

na morzach lśniących, gdzie zamknięci w prądach

mocują się z żyłami golfstromów pod niemi.

I jeszcze, jeszcze dalej — gdzie stąpną — zwycięscy,

I tam jeszcze, w ojczyźnie, z dłońmi zgorzałemi,

tam zawsze podeptani, tam zawsze na klęsce

jak na trumnie orkanu — wieniec serc na ziemi.

I tak mijają lata: rzeki, miasta niosą

jak czarną krę pożogi odbitą aż do dna,

i ciemność, ciemność głuchą. Wyje ziemia głodna

rykiem z pól wyoranym, wydartym z pogromów,

a na niej stoją widma rozrąbanych domów,

gdzie na zgwałconych sercach pohańbione ciała,

jakby się męka boża w ludziach ciałem stała.

0 straszne, straszne dzieje. Huczy czas nad nami.

Kiedy z szubienic dzwony sinych ciał zagrają,

wywloką nas na bruki pokrajane łzami,

na oświęcimskie każnie i warczącą zgrają

do gardeł nam przypadną. My będziemy żyli

i tysiąc lat po śmierci w gałęziach szubienic,

płoszący życie z ślepi tych, co nas zabili.

Ja rozmawiam z cieniami umarłych rycerzy

nad grobowiskiem ziemi, sam jak krzyż zgorzały,

i mówię: „O, przeklęty ten, który nie wierzy

wystygłym prochom ludu i serc żywych grozie;

bo kto na swojej klęsce — klęskę ducha mierzy,

o! tego nie wybawi płomienisty orzeł.

Bo kto nie kochał kraju żadnego i nie żył

chociaż przez chwilę jego ognia drżeniem,

chociaż i dniu potopu w tę miłość nie wierzył,

to temu żadna ziemia nie będzie zbawieniem”?

O, wybudujcie domy, o, nazwijcie wreszcie

Polskę — Polską, nie krzywdą, a miłość — miłością,

i niechaj biegną rzeki, a na każdym mieście

niech słup srebrzystych skrzydeł tryśnie jako kościół,

kościół ciał odkupienia. Każdy jako posąg

śród liści, nie z marmuru, stoi — sobie mały,

ale rosnący w kształtach jak jabłka dojrzałe,

wszyscy razem w kopulę, co odbije glosy

walnych trąb archanielskich jak lawiny nieba,

by chleb był dla miłości, nie miłość dla chleba,

by czas był tym rosnącym, a nie krwi łakomym.

O, wybudujcie domy, jasne, wielkie domy.

23. XII. 42 r.

(Nie stój u ciemnych świata wód...)

Żonie

Nie stój u ciemnych świata wód,

gdzie sny mozolne kłębią się i dławią,

kiedy nad nimi czerwone korabie,

smoki ogniste i obłoków łódź.

O, nie wywołuj po imieniu zła,

o, nie wywołuj przed milczącym lustrem,

tam każde oczy staną mdłe i puste

i pokalana nocą każda twarz.

Nie szukaj, nie patrz w mroczny grób,

gdzie ocienione chłodem zgniłej woni

nawet strzeliste świeczniki jabłoni

i ciało barbarzyńskie — jak gotycki trup.

Oto się liście z łodyg tęgich rwą,

jak żywe gwiazdy lecą, jak motyle lśnią

nad ludzką nędzą ciemną i kaleką

i dźwięk wydyma kwiaty na kształt złotych trąb.

Poszukaj tam, w splątanych burzach traw,

w naczyniach roślin napełnionych życiem,

gdzie w kroplach deszczu czeka cię odbicie

Boga żywego w łunach żywych barw.

Liście po żyłce odczytaj do dna,

aż w oczach twoich jak drzewa wytrysną,

aż duchy światła w powietrzu zawisną.

Naucz się życia, co przez życie trwa.

Nazwij się w ogniu, w kołysaniu wód,

w niedosięgalnych mocach powstawania.

Wtedy nie starczy słów i ukochania —

— poczujesz owoc nieba na końcach ostrych kłów.

28 XII 1942

Ziemia

Ziemia miłości, ziemia ludów święta

jest jak długa niepamięć, jak jezioro mroku,

przez huragany mroźne czarnym lodem ścięta,

stoi w sobie milcząca jak w grobie wyroków.

Tak wypłoszeni z czasu, my, którzyśmy śmieli

Boga zwać po imieniu i ludzi po czynie,

myśmy czasów nie znali innych, nie widzieli,

a groza w nas przeminie, gdy życie przeminie.

My na środku lodowisk, nie znający domu,

pod śniegami — kamienie i pod gliną — głazy,

ci sami katorżnicy my z kamieniołomów,

ścigani po ulicach i liczący razy

kijów ciężkich, wygnańczych, o! bo nas wygnały

jak sine ciała — z duszy, jak upiory — z ciała.

My po nocach u ściany chłodnej zaczajeni,

w krokach węszący śmierci, w drzew poświście — bata,

w ziemię świętą zamknięci jak w głuche więzienie.

O Panie apokalips! Panie końca świata!

znajdź głos swój i przybitych nad trumien obszarem

wywołaj; głos włóż w usta i w dłonie włóż karę.

15. I. 1943 r.

Wróble

Dzień wróbli i jasności!

w dzbanuszkach małych ptaszków

świat się ustał miłością,

niefrasobliwą łaską.

Na wyciągnięcie ręki

mam czystość ich, puszystość,

jakbym dotykał ciebie

gałęzią ich — wielolistną.

Niebo się ziemi skłania

leżąc śniegiem na drzewach,

oczy mrużysz, zasłaniasz,

piórka w blasku nagrzewasz.

Nie zerwiesz się, nastroszysz

ciepło ptasiego futra,

odpowiesz wróblim głosem

w moją ciemność — malutka.

Bo na tym śniegu ludzie —

— my z ciemnymi sercami.

Ziemio przez nas zabita,

rzeszą twych ptaków czystych

módl się za nami!

2 I 1943

Co jest we mnie

We mnie — góry ciężkie wiatr podnosi,

ponad chmury — groźne młoty jak ciężary,

i rozrywa je mocarnym tchem i głosem,

a zamienia w niepodzielne burz obszary.

Potem morza, które szarpią stropy ciemne,

gwiazdy z bliska biją we mnie ogniem,

poryk gromów, co pod stopą rwą podziemne

bramy blasku — żadnym bramom niepodobne.

I ta ziemia cięższa od orkanów

we mnie ciasnym z hukiem się obraca

i rozdarty nią jak głazem rana

czekam Boga, który nigdy nie powraca.

Albo ptak zimowy w śniegu na mnie woła,

długie pola pod nim, pola smutku,

gdzie się cisza zmienia w głuchy łuk kościoła

i tak w wieczność wchodzę po cichutku.

Albo jeszcze góry cięte strugą

jak wstrzymany pęd obłoków we mnie wstąpią

i jak w rzece zamyślenia długiej

smoki białe w mym odbiciu się wykąpią.

I powrócę między ludzi w gniew i miłość

w kruchym ciele, w nieostrożnym, w szklanej trumnie,

tak poczekać w tym, co jest, i w tym, co było,

całą wieczność tak przeczekać, nim zrozumiem.

1 I 1943

Obozy

Gdy na niebo wieczorne spienione gwiazdami

wypływa ciężki okręt,

a siwi marynarze wysoko nad nami

sieci spuszczają w dół,

my jesteśmy tam w dole jak dzieci samotne,

co zrywają jagódki z umarłego krzewu

gorzkie i czarne, gorzkie i czarne owoce,

kiedy nad nami stoją dni i noce,

ciemności szumi drzewo.

Błogosławimy dni mleczne i krowie

i cień lipowy, i liści lot,

i krew, co płynie po ściętej głowie,

my zawsze pewni, zawsze gotowi

na sąd: co dobro, zło.

Błogosławimy straszne pociągi

odjeżdżające w smutek bez granic —

— z nich jęk jak dym. — To jadą ranni,

uczuć skręcone kabłąki.

Błogosławimy pola bitewne

i mądrość ludów, i mądrość maszyn,

krzywdy i wiary, i żale rzewne.

Grozo! Ojczyzno nasza!

Wtedy jesteśmy jak dzieci samotne,

a oczy ciemne i drapieżne są,

kiedy zapuszcza sieci ciężki okręt

i chwyta nas za fale wyciągniętych rąk.

Dźwigaliśmy brzemiona, broń czarną dźwigali

i śpiąc w obozach dusz wspólnych i ciemnych,

takeśmy z wolna pozapominali

snów — nie daremnych,

że uchwyceni przez sieci rybacze,

porwani w górę i rzuceni obok,

słyszymy: ziemia pokonana płacze,

ale nie śpiewa zwycięski obłok.

Próżne miłości były nasze ciała,

bo nie dość było pokochać gromadzie

tą rozdzieloną na tysiąc miłością,

co nas prowadzi.

O, bo i nie dość było kochać jedno,

i tak czujemy, ziemi oddaleni,

jak nas rozdziera ogromna samotność —

nieba powolne milczenie.

19, 20 II 43 r.

Deszcze

Deszcz jak siwe łodygi, szary szum,

a u okien smutek i konanie.

Taki deszcz kochasz, taki szelest strun,

deszcz — życiu zmiłowanie.

Dalekie pociągi jeszcze jadą dalej

bez ciebie. Cóż? Bez ciebie. Cóż?

w ogrody wód, w jeziora żalu,

w liście, w aleje szklanych róż.

I czekasz jeszcze? Jeszcze czekasz?

Deszcz jest jak litość — wszystko zetrze;

i krew z bojowisk, i człowieka,

i skamieniałe z trwóg powietrze.

A ty u okien jeszcze marzysz,

nagrobku smutny. Czasu napis

spływa po mrocznej, głuchej twarzy,

może to deszczem, może łzami.

I to, że miłość, a nie taka,

i to, że nie dość cios bolesny,

a tylko ciemny jak krzyk ptaka,

i to, że płacz, a tak cielesny.

I to, że winy niepowrotne,

a jedna drugą coraz woła,

i to, jakbyś u wrót kościoła

widzenie miał jak sen samotne.

I stojąc tak w szeleście szklanym,

czuję, jak ląd odpływa w poszum.

Odejdą wszyscy ukochani,

po jednym wszyscy — krzyże niosąc,

a jeszcze innych deszcz oddali,

a jeszcze inni w mroku zginą,

staną za szkłem, co jak ze stali,

i nie doznani miną, miną.

I przejdą deszcze, zetną deszcze,

jak kosy ciche i bolesne,

i cień pokryje, cień omyje.

A tak kochając, walcząc, prosząc

stanę u źródeł — studni ciemnych,

w groźnym milczeniu ręce wznosząc;

jak pies pod pustym biczem głosu.

Nie pokochany, nie zabity,

nie napełniony, niedorzeczny,

poczuję deszcz czy płacz serdeczny,

że wszystko Bogu nadaremno.

Zostanę sam. Ja sam i ciemność.

I tylko krople, deszcze, deszcze

coraz to cichsze, bezbolesne.

ukończ. 21 II 1943

Lodowisko

Gdzie stanę, widzę słup powietrza,

od tych oddechów złych zamarzły,

w którym spojrzenia chłodne gwiazdy

i ta mijania trwoga wieczna.

Straszne, strzaskane ludzkie wozy,

ciała bez sumień, ciemne węże,

gdzie się odwrócę, za mną prężą

— w zwierciadle lodu — oczy grozy.

I zanim słowo płomieniste

jak drzewo ptaków tryśnie w niebo,

za mną się ciała ich kolebią

i spada głos jak zlękły listek.

I zanim dłoń uniosę w górę

i chmur wędrówkę kreślić pocznę,

widzę te oczy złe, wyroczne

i te spojrzenia, co jak sznury.

I pobojowisk wężowiska,

i mrówki ciemnych słów oblepią,

i zamarznięta przestrzeń, niebo,

i droga szklana stoi, śliska.

A jeszcze widzę krajobrazy,

gdy się unoszą jako domy

po tych wybuchach — niewidome,

a w krajobrazach zimne twarze.

I czuję, jak mi dłoń przymarzła

jedna z płomieniem u niebiosów,

a druga w ziemi — próżna głosu,

jak wbita w glinę spadła gwiazda.

28 II 43 r.

(Ziemia jak ognia słup...)

Ziemia jak ognia słup. Tnie bat;

a nie zna czasu — kamień kruszy,

na oślep rzeźbi ciemne dusze

w zwalistych trumnach lat.

I katorżnicza huczy noc,

pod niebem skośnym ogień dławi,

i jęk szubienic jak żurawi

u studzien pełnych głów i rąk.

A kiedy ryczy butów huk

po twarzach żon i synów, matek,

to każdy trup jest żywych bratem,

co orzą swój ojczysty grób.

My mamy usta — szabli sztych,

od głodów wyschłe, z grozy sine;

my mamy oczy — śmierci krzyk —

— celne, co trafią krwawą winę.

My mamy serca — młotów młot,

co przez stulecia ziemię kuły,

szybkie jak ostry cios jaskółek

i orlich skrzydeł — orli lot.

Przez nasze oczy próżne łez

o ziemio! płyń polami swemi,

aż każdy z garścią wolnej ziemi

będziem szturmować czas, co jest

jak popiół wiary. Wzniesiem dom

żelazny — ludom, burzom, snom.

7 I 43 r.

(Oddycha miasto ciemne długimi wiekami...)

Oddycha miasto ciemne długimi wiekami,

spowiada miasto ciemne dawnych grobów żałość;

rozrąbane żelazem, utulone snami,

nie nasycone płaczem, nie spełnione chwałą.

Nie wierz, jeżeli ci się ulice pogłębią

i staną się jak otchłań, w której śmierć się przyśni,

powierz swą myśl mieniącym się nad nią gołębiom

i obłokom kwitnącym jak gałęzie wiśni,

i chmurom, które zawsze te same tam, w górze,

jak oblicze tęsknoty wykutej w marmurze.

Nie wierz nawet pragnieniom, jeśli cię zawiodą

nad brzeg spalonych domów i każą ci skoczyć

przez wytłuczone okno do czarnych ogrodów,

ażeby na zhańbione prochy — zamknąć oczy.

Ale uwierz tym głazom, co z kamieni bruku

jak psy zdeptane wyją i krwią ludu chluszczą,

i rwą się nie pomszczone, i o bramy tłuką.

O! niech ci one będą jako słowa ustom,

niech ci wydrapią czułość z wzroku i krew z rany,

abyś kochając wieki, sam był pokochany.

O pij, pij te ciemności z zawalonych ruder,

przyjmij w siebie to miasto gromów, które biją,

tych Kilińskich, Okrzejów, jak oskardy trudu,

i kiedy runą w bruki — niech w tobie ożyją.

Stań się krzywdą i zemstą, miłością i ludem.

O, chwyć za miecz historii i uderz! i uderz!

II. 43 r.

Warszawa

Bryła ciemna, gdzie dymy bure,

poczerniałe twarze pokoleń,

niedotknięte miłości chmury,

przeorane cierpienia role.

Miasto groźne jak obryw trumny.

Czasem głuchym jak burz maczugą

zawalone w przepaść i dumne

jak lew czarny, co kona długo.

Wparło łapy ludzkich rojowisk

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.