drukowana A5
20.66
Bachantki

Bezpłatny fragment - Bachantki


Objętość:
93 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0208-7

Osoby:

DIONIZOS (Bachus, Bach)

CHÓR BACHANTEK

TEJREZJAS (Teirezjasz), wróżbita

KADMOS, założyciel Teb

PENTHEUS (Penthej), król tebański

SŁUGA

GONIEC I

GONIEC II

AGAWE, córka Kadmosa, matka Pentheusa

Rzecz dzieje się w Tebach.

DIONIZOS

A zatem na tebańskie przybyłem zagony,

Ja, Zeusa syn, Dionizos, ongi urodzony

Z Semeli, latorośli Kadmowego domu,

Co zległa, rozwiązana błyskawicą gromu.

Na ziemskie kształty bożą zmieniwszy urodę,

Mam oto źródła Dirki i Ismenu wodę,

Grobowiec mej zabitej od pioruna matki

I domu królewskiego dymiące ostatki:

Niebieskie jeszcze ognie tlą się w tej ruinie,

Od których, tak się stało, ma rodzica ginie,

Ofiara zemsty Hery. Kadma chwalę sobie,

Że kazał tak ogrodzić to miejsce przy grobie

Swej córki. I me ręce również osłoniły

Bogatym winogradem świętość tej mogiły.

Rzuciwszy ziemię Lidów, gdzie złota bez końca,

I Frygów, równie Persów, spalone od słońca,

Baktryjskie dalej mury, szare Medów niwy

Za sobą zostawiwszy; przebiegłszy szczęśliwy

Arabii kraj i Azję całą u wybrzeży

Mórz słonych, co basztami pięknych miast się jeży,

Gdzie z tłumem barbarzyńców zmieszały się Greki,

Obrządek mój, me pląsy w tej strefie dalekiej

Zaprowadziwszy wszędzie, by miano w pamięci,

Że jestem bóg, do tego według mojej chęci

Przebyłem naprzód miasta, by tebańskie rzesze,

Nim inny kraj helleński zaprawię w uciesze,

Rozwydrzyć, ciała w skóry przyodziać jelenie,

Dać w ręce tyrs, bluszczowy ten mój bełt! Nasienie

Niedobre, siostry matki mojej, co się przecie

Bynajmniej nie godziło, zaczęły po świecie

Rozgłaszać, że Dionizos to nie syn Zeusowy,

Że matka ma, Semele, z Kadmosa namowy

Na bóstwo całą hańbę swojej winy złoży,

Gdy człowiek ją śmiertelny, a nie władca boży,

Zapłodni i że potem — tak ją piętnowały —

Zeus matkę mą uśmiercił za ten wymysł cały.

I dla mnie w tej obeldze dość było powodu,

By zmysły im pomieszać i wypędzić z grodu,

Więc dzisiaj siedzą w górach z obłąkaną duszą

I w godła moich orgii przystrajać się muszą.

I jaka tylko żyła w tych murach niewiasta,

Musiała precz uciekać z Kadmowego miasta,

Ażeby wszystkie razem, z królewskimi córy

Złączywszy się, bez dachu, na złomiskach góry

Samotnych, opoczystych, wśród zieleni jodły

Swój żywot obłąkany dziś i zawsze wiodły.

Bo niechaj grodu tego uczują mieszkańce,

Z swą wolą czy wbrew woli, że dotąd o tańce

Bachijskie i obrzędy nie nazbyt się wiele

Troszczyli. Pragnę także i matkę, Semelę,

Obronić, gdy się ludziom jako bóg ukażę,

Którego to Zeusowi porodziła w darze.

Król Kadmos rządy państwa przelał już w tym czasie

Na syna drugiej córki, Pentheja, ten zasię

Mą boskość lekceważy, w zalewkach nie sprzyja,

W ofiarach i modlitwach. Zobaczy on, czyja

Jest słuszność, kto mocniejszy! Żem bóg i że godnie

Należy uczcić boga, chyba udowodnię

I jemu, i mieszkańcom jego Teb!… Pod nieba

Zaś inne, zarządziwszy tutaj, co potrzeba,

Wybiorę się w te tropy, aby ludziom w ślepie

Zaświecić swą boskością! Zacnie ja przetrzepię

Tych jego Tebańczyków, gdyby wściec się chcieli

I z gór moje bachantki pędzili. Jeżeli

W tej jawię się posturze, jeżeli się z boga

W człowieka przedzierzgnąłem, to na to, by sroga

Spotkała ich nauka: Menady zgromadzę

I huzia! hej! Zobaczą, kto ma tutaj władzę!

Niewiasty! Posłuchajcie! Za moim rozkazem

Od Tmolu, niw lidyjskich strażnicy, wy razem

Przyszłyście tutaj ze mną, wy, moje podróże

Z ziem cudzych wraz dzielące! Frygijskie — a nuże! —

Brać bębny, wynalazek mój i matki Rhei!

Otoczyć dom królewski z poszumem zawiei,

Bić w błony, co tchu starczy, na słychy i dziwy

Kadmosowego miasta! Ja teraz na niwy

Kithajronowe skoczę, w jar, gdzie jest zebrany

Korowód mych bachantek, i puszczę się w tany!

CHÓR

Azji smug,

Święty Tmol

Opuściłam wśród swych dróg.

By mnie słyszał szumny bóg,

By go uczcił okrzyk mój!

W Bacha cześć

Łatwo znieść

Ten nieznojny, święty znój!

Któż tam, hej!

W gmachu tym?

Któż mi w drodze stanął mej?

Precz mi z oczu! Milczeć chciej,

Kto tu żyw jest, kto tu zdrów!

Bogu my

Ślemy tchy

Wrzących hymnów, wrzących słów!

Szczęśliwy, zaiste, człek,

Kto się do służby bożej

Całą swą duszą przyłoży,

Kto, życia swojego bieg

Kierując w góry

Na wtóry

I tańce bachijskie, najradziej

Im oddan, gładzi

Swe grzechy!

Szczęśliwy, kto się weseli

Wraz z nami

Pląsami

W cześć wielkiej Macierzy Kybeli.

Kto, pełen szalonej uciechy,

Tyrsos w swą ujmie dłoń,

Bluszczem uwieńczy skroń

I wielbi, i chwali

Najdbalej

Dionizową moc!…

Hejże ku mnie

Tłumnie, szumnie,

Ty bachantek ciżbo mnoga,

Coś szumnego tutaj boga,

Którego sam spłodził bóg,

Od górzystej Frygii dróg

Do helleńskich wiodła smug!…

Jakżeż ci on ujrzał świat? —

Znosząc strasznych bólów siła,

Rodzica go poroniła,

Gdy Zeus z swym piorunem spadł.

I przerażona

Wraz skona

Pod razem strasznego gromu.

Lecz z zmarłej domu

Położnej

Kronida Zeus go zabierze

I w biodrze,

Przeszczodrze

Obwiódłszy je złotem, by Herze

Sprzed ócz go usunąć, ostrożny,

Zamyka dziecię

I, wiecie,

Gdy Mojry porodu czas

Wydzwoniły,

Gromosiły

Zrodził bóstwo, co na czole

Pokazało rogi wole

Oraz wieniec, splecion z żmij:

Stąd, Menado, zbrojna w kij,

Z wężów sobie warkocz wij!…

Tebański grodzie mój,

Ojczyste gniazdo Semeli!

Niech się, kto żyw jest, weseli!

W bluszczu leśnego zwój

Każdy swe czoło strój!

Strójcie się, strójcie się w kwiaty,

W powój, zielenią bogaty,

W gałęzie dębu czy jodłę

Na Bacha wesołą modłę!

Skóry zarzućcie jelenie

Na białe z wełny odzienie.

Swawolne chwyciwszy pręty,

Święćcie obyczaj święty,

A wnet, za wami w ślad,

Ruszy się cały świat,

W tan się on puści, w tan,

I ten nasz szumny pan

Do gór powiedzie, do gór

Swój rozpasany chór,

Tam czeka już gawiedź radosna,

Od płochy wygżona i krosna

Przez Dionizosa-boga!

Kuretów schronie, hej!

Zeusa prześwięta kolebo,

O Kreto, skąd się pod niebo

Z leśnych unosił kniej

Wrzask Korybantów, rej

Wiodących w bożej uciesze!

Wszakże ci ongi ich rzesze,

Strojne w szyszaku trzy kity,

O, ten nasz skórą obity

Krąg wynalazły i świetnie

Frygijskie, łagodne fletnie,

Dźwięk ich przesłodki, przemiły,

Z jego rozhukiem spoiły!

Do Rhei-macierzy rąk

Bębenny dały krąg,

Ażeby głośniej brzmiał

Święty bachijski szał.

Od niej Satyrów tłum

Wziął go na huk i szum

W to uroczyste trzechlecie,

Którym się cieszy na świecie

Władca nasz Dionizos.

O, jakiż słodki, rozkoszny to żar,

Gdy, górski rzuciwszy jar —

Kiedy ze skalnej krawędzi

W doliny nasz orszak boży

Pędzi —

Kiedy ta rzesza rozwiozła,

Spragniona wrzącej krwi kozła —

Gdy w niej żywego mięsa głód się sroży,

Kiedy jej pachnie krew,

Do Frygii czy Lidii gór

W spłachciu z jelenich skór

Rwie się!

A przed nią po polu, po lesie

Hu! ha! krzyk Bacha się niesie!

I wraz po dolinie, wyżynie

Mleko strugami płynie

I wino płynie w bród,

I płynie nektar-miód,

I całą w okrąg błoń

Syryjska napełnia woń!

I Bachus żywiczne łuczywo

Wyciągnie z swej trzciny co żywo

I, potrząsając ogniami,

Tumani swój orszak i mami,

Do tańców-łamańców

Rwie

W lot!

I głosy w niebiosy

Śle —

Swój zew,

Swe wrzaski hukliwe

Na niwę

Rozlewa.

I bujne swe włosy,

Kędziorów splot,

Na wiater rozpuszcza, na wiew!

I leje się krzyków ulewa

Po polu,

Przez uroczyska

Kniej:

«Hej! cudna kraso Tmolu,

Co szczerym złotem tryska,

Bachantki moje, hej!

O, wy bachantki me!

Hu!

Chodźcie tu! Chodźcie tu!

By, co tylko starczy tchu,

W Dionizosa cześć

Hymn rozgłośny wznieść!

Oszalała w swej ochocie

Przy straszliwym bębnów grzmocie

Oszalałe niech hejnały

Pierś wyrzuca! Oszalały

Chce ją słyszeć bóg!

A frygijskiej, dzikiej burzy,

Łagodząc jej huk,

Niechaj słodki dźwięk zawtórzy —

Niech świętego fletu święta

Płynie nuta i do gór

W ten swój wtór

Mych bachantek wiedzie chór!

I w te tropy,

Wskroś przejęta,

Wyrzucając chyże stopy,

Jurna dziewka, jak źrebięta,

Przy klaczy, swej matce, na łące

Skaczące,

Pędzi za swoim bogiem…

Na scenę wchodzi

TEJREZJAS

Przy bramie kto? Wywołać Agenora plemię,

Kadmosa, co sydońską porzuciwszy ziemię,

Basztami gród ten zjeżył, obwarował Teby.

Niech idzie kto i powie, że nie bez potrzeby

Tejrezjasz chce z nim mówić. Wie, po co się jawię

I w jakiej, stary z starszym, godziłem się sprawie:

Wdziać na się skórę sarnią, tyrs pochwycić w dłonie

I bluszczu latoroślą uwieńczyć swe skronie.

Z domu wychodzi

KADMOS

Poznałem właśnie głos twój, usłyszałem, panie,

Mądrego iście męża przemądre wezwanie

I, gotów, idę z wszystkim, co potrzeba będzie,

Ażeby według sił swych w świątecznym obrzędzie

Wziąć udział i przyczynić się do pomnożenia

Czci syna mojej córki, co jest dla plemienia

Ludzkiego na świat posłan jako bóg. Więc powiedz,

Gdzie tańczyć mam, na jaki zwrócić się manowiec

I siwą wstrząsać głową. Starszemu ty stary

Przewodzić chciej, boś mędrzec. A ja tu bez miary

Bluszczowym będę prętem bił o ziem, zapomnę,

Że starość mi pisana…

TEJREZJAS

      I ja też ogromne

Mam chęci! Odmłodniałem i do pląsów stanę.

KADMOS

Na wozie brać się w góry? Czy to jest wskazane?

TEJREZJAS

Nie! Mniej byśmy tak bożą uczcili wszechwładzę!

KADMOS

Więc ja cię tam, człek stary, starca poprowadzę.

TEJREZJAS

Sam bóg nam dzisiaj drogę bez trudu pokaże.

KADMOS

Czy miasto weźmie udział w tym bachanckim żarze?

TEJREZJAS

My jedni mamy rozum, innym on nie służy.

KADMOS

Więc chwyć się mojej ręki, po co zwlekać dłużej?

TEJREZJAS

A ty na mym ramieniu oprzyj się i w drogę.

KADMOS

Śmiertelny człek, bogami gardzić ja nie mogę.

TEJREZJAS

Tu na nic mędrkowanie! Wszelkie z niebem kwasy

Daremne. Wiary ojców, którą po te czasy

Przez wieki nam przodkowie nasi przekazali,

Nie zniszczy nikt, jej ustaw żaden mózg nie zwali,

Choć pomysł najbystrzejszy znajdzie człek w swej głowie.

Być może: «jesteś stary», tak niejeden powie,

Lecz ja się tego wcale nie wstydzę, ja w bluszcze

Przystroję skroń i w pląsy serdecznie się puszczę.

Bóg przecież nie przepisał, kto ma iść w zawody

Bachanckie: człowiek stary, czy też tylko młody.

Od wszystkich czci on żąda i nie z lat jedynie,

Nie z liczby ich cześć większa dlań lub mniejsza płynie.

KADMOS

Ponieważ dnia bożego nie widzisz, więc ja się

Podaję za proroka, mój Teirezjasie.

I powiem ci, co widzą tej chwili me oczy:

Pospiesznie oto Penthej w stronę zamku kroczy,

Mój wnuk, ten Echionida, któremu oddałem

Swe berło. Cóż mi powie? Jest jak zdjęty szałem!

Na scenę wchodzi

PENTHEUS

Bawiłem poza domem, powracam do kraju

I słyszę o złym, nowym w tym mieście zwyczaju.

Niewiasty oto nasze porzuciły domy

I, niby szał udając, przepełne oskomy,

W lesistych rozłożyły się górach, pląsami

Nowego wielbiąc boga — kim on między nami

Być może — Dionizosa. Są pijackie dzbany,

Co chwila ta lub owa w chuci rozpasanej

W ustronne znika miejsce, mężczyznom dogadza.

To znaczy: pod pozorem, że bożego władza

Natchnienia je porywa, niecne białogłowy

Dla Bacha i Kiprydy mają czas gotowy.

Ile ich pochwycono, każda ma już pęta

I w miejskim jest więzieniu uczciwie zamknięta.

Na te, co jeszcze w górach, urządzę obławę —

Pochwycić każę Ino i matkę Agawę

Co mnie Echionowi zrodziła i, dalej,

Nic tutaj Antonoi również nie ocali,

Rodzicy Aktajona! W żelazne je dyby

Zakuwszy, wnet odwiodę od bachanckiej chyby.

Podobno miał z lidyjskiej przybyć tutaj ziemi

Czarownik jakiś, oszust z oczami ciemnemi

O słodkiej barwie wina; jak u Afrodity.

Włos jasny ma, utrefion, w śliczne pukle zwity.

Z dziewkami on młodymi, ten młodzieniec chwacki,

Przepędza dnie i noce pod pozorem schadzki

Świątecznej na cześć bogów. Jeśli pod tym dachem

Pochwycę go, doprawdy! nie ujdzie li z strachem!

Przestanie on mi stukać o ziemię tyrsosem

I tłumić się po świecie z tym rozwianym włosem,

Gdy łeb mu od tułowia oddzielę! Zbyt szczodrze

Mieni się Dionizosem-bogiem i że w biodrze

Zeusowem był zamknięty, jakkolwiek rzecz znana

Iż z matką padł od ciosu gromowego pana,

Iż zginął od pioruna, gdy ta zaślubiny

Z Zeusem wymyśliła!… Czyż za takie winy

Nie warto go powiesić? Jak on śmie w ten sposób

Natrząsać się swą butą z wszelkich ludzkich osób,

Ten przybysz, kimbykolwiek był!… Lecz nowe cuda

Przed sobą mam! Tejrezjas, wieszczek, nakrył uda

Skórkami jelenimi, a tu — widok rzadki!

Trzymajcie mnie, bo pęknę ze śmiechu!… mej matki

Rodziciel z tyrsem w ręku szaleje! Zaiste!

Człek straci rozum, patrząc na to oczywiste

Błazeństwo! Co? Nie puścisz z ręki tego pręta?

Nie praśniesz tego bluszczu? Rzecz to niepojęta,

Ty, ojcze mojej matki!… Czyje to znów baje?

Teirezjasa pewnie?… Czy się tobie zdaje,

Że, boga wprowadzając nowego wśród ludzi,

Zysk nowy z wróżb mieć będziesz? Że ich znowu złudzi

Twój ogień, czy lot ptaków? Tylko włos twój siwy

Wstrzymuje mnie, że za ten obrzęd niegodziwy

Nie każę z bachantkami wrzucić cię do kaźni!

Obrządek to nicpotem, sam on siebie błaźni,

Jeżeli się podwika spija przy biesiadzie.

PRZODOWNICA CHÓRU

Ach! Cóż to za bezbożnik! Niebu ty na zdradzie

I plemieniu Kadmosa, który rzucił w ziemię

Na mężów siew, ty, ojca Echiona plemię!

TEJREZJAS

Gdy wątek mądry człowiek znalazł do przemowy,

Nie sztuka być wymownym. Język masz gotowy,

Obrotny, zdałoby się, że jakiś mądrala

Przemawia, lecz rozsądku twego nie zachwala

Ten sposób. Mąż zuchwały, pyskaty, a duży

Co do swojego stanu, jeśli mu nie służy

Rozsądek, złym doradcą będzie swego grodu.

Ten nowy bóg, z którego szydzisz bez powodu,

W Helladzie takie miejsce zajmie niepoślednie,

Że brak mi na to słowa! Dwie są rzeczy przednie

Na świecie — wiedz to, synu: Demeter, to znaczy

Mać-ziemia, bo tak zwij ją, albo tak, jak raczy

Twa wola. Suchą strawą karmi ludzi ona,

Zaś ten wynalazł płynny sok winnego grona;

Na rzecz całkiem przeciwną wpadł ów syn Semeli

I ludziom podał środek, który ich weseli,

Rozgrzewa serca biednych, uśmierza ich troski,

Zaciera pamięć dziennych mozołów i boski

Sprowadza sen — pokrótce mówiąc, dobry trunek

Zgotował człowiekowi na wszelki frasunek.

Ba, nawet samym bogom leje się w ofierze

To bóstwo… Ciebie, widzę, pusty śmiech tu bierze,

Iż Zeus go zamknął w biodrze. Ja ci to wyjaśnię.

Pokażę ci, że sens jest w tej powieści właśnie:

Gdy Zeus go uratował z ognia swego gromu,

Wziął z sobą go na Olimp, by w niebiańskim domu

Pomieścić swą latorośl, przecież Hera w złości

Wyrzucić chciała dziecię z bożych wysokości.

I Zeus, jako że bogiem jest, miał środek na to:

Z powietrza przejrzystego, które tak bogato

Okrąża naszą ziemię, jakąś cząstkę zrywa

I postać z niej stworzywszy, która była żywa

Z pozoru, da ją Herze, by jej gniew uśmierzyć,

Dionizosa zaś ukrył. I lud począł wierzyć.

To z owym pomieszawszy, jak to nieraz szczodrze

Zwykł czynić, że swe dziecko Zeus donosił w biodrze

To bóstwo jest i wieszczem, opętanie bowiem

Bachijskie i natchnienie wieszcze — to ci powiem —

Z wspólnego płyną źródła — szał mają proroczy;

Bo kogo, mówię, bóg ten przeniknie, ten zoczy

Przed sobą i obwieści nam przyszłość. I z wojną

Jest również w jakimś związku to bóstwo; wszak zbrojną

Rozprasza nieraz ciżbę niewymowna trwoga,

Nim chwycił broń przeciwnik. I to dziełem boga —

Od Dionizosa idzie szał lęku! O, jeszcze

Wśród skał delfickich ujrzysz ono bóstwo wieszcze,

Jak w blasku swej pochodni będzie brał dwie turnie,

Tyrsosem potrząsając, niosący się górnie

Ten możny pan Hellady! Przeto, Pentheusie,

Nie dawajże się dumnej porywać pokusie

I nie myśl, że kto królem, ten jest wszystkim w świecie!

A jeśliś tego zdania, a zdanie to przecie

Jest fałszem, ty za mędrca się nie miej! W swe kraje

Nowego przyjmij boga i jego zwyczaje:

Ofiary i obiaty składaj mu, swe czoło

Wieńcz bluszczem i w bachijskie rad pospieszaj koło.

Nie Dionizosa rzeczą, wierzaj, uczyć sromu

Niewiasty, gdy Kipryda zagości w ich domu.

Wstydliwość zawsze bywa wrodzoną i szały

Bachijskie jeszcze żadnej z nich nie zepsowały,

Jeżeli były skromne z natury. Należy

Pamiętać o tym zawsze! A gdy do twych dźwierzy

Tłum ciśnie się, Pentheju, gdy twoje nazwisko

Rozbrzmiewa naokoło z daleka i blisko,

Czyż ty się nie radujesz? Więc i on się cieszy,

Tak mniemam, gdy się spotka z czcią u ludzkiej rzeszy.

Więc ja, a ze mną Kadmos, z którego tak szydzisz,

Pójdziemy dzisiaj w pląsy: ty nam nie obrzydzisz

Ni bluszczu, ani tańca, choć siwa z nas para!

Nie myślę walczyć z bogiem, choć mnie pchnąć się stara

Do tego twa namowa!… Szalejesz, człowieku!

Nic ciebie nie uleczy, choć nie ujdziesz leku!

PRZODOWNICA CHÓRU

(do Tejrezjasa)

W Fojbosie słowa twoje nie obudzą wstrętu,

Bożego Rozwichrzeńca choć folgujesz świętu.

KADMOS

Syneczku mój! Tejrezjas dobreć dał przestrogi!

Bądź z nami i zakonu nie opuszczaj drogi.

Dziś skrzydła cię ponoszą i, jakkolwiek sądzisz,

Że rozum masz, w rozumie swoim wielce błądzisz.

Jeśli on nie jest bogiem, jak pleciesz, wmów w siebie

I krztynę pięknie pokłam, że nim jest — w potrzebie

Wszak warto się połudzić: Bóg to, choć Semele

Zrodziła go, świat mówi. I owszem, stąd wiele

Zaszczytu spada dzisiaj na nasz ród! A, proszę,

Pamiętaj, jakie sobie zgotował rozkosze

Aktajon! Toć psy własne, które sam wychował,

Rozdarły go na strzępy, bo wrzeszczał do pował

Niebieskich w swojej pysze, że w myśliwskiej sztuce

Bieglejszy, niż Artemis. Ażebyś nauce

Tej samej dziś nie uległ, bluszczem uwieńcz czoło,

Naszego uczcij boga, w nasze pospiesz koło.

PENTHEUS

Precz z ręką tą! Idź, szalej, ile masz ochoty,

Lecz o mnie nie obcieraj tej swojej głupoty.

A mistrz twój, nauczyciel tej błazeńskiej nędzy,

Ten będzie miał się z pyszna!… (Do służby:)

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.