drukowana A5
50.33
Serce

Bezpłatny fragment - Serce


Objętość:
362 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0003-8

Książka ta, przeznaczona szczególnie dla chłopców uczęszczających do szkół elementarnych pomiędzy dziewiątym rokiemżycia a trzynastym, powinna by właściwie nosić taki tytuł:,,Dzieje roku szkolnego, spisane przez ucznia trzeciej klasyszkoły municypalnej we Włoszech”. Mówiąc wszakże, że książka napisana została przez ucznia klasy trzeciej, nie chcęutrzymywać, iż utworzył on ją tak, jak wydrukowana została.Uczeń notował sobie odręcznie i jak umiał to, co widział, co czuł,co myślał w szkole i poza szkołą, a ojciec jego, przejrzawszyw końcu roku notatki owe, spisał podług nich te karty, starając sięnie zmienić w niczym nie tylko myśli swego syna, ale owszem,zachować, o ile można, i słowa jego nawet.

W cztery lata później, i będąc już w gimnazjum, synodczytał rękopis i dodał do niego to i owo, w świeżej mając pamięciludzi i zdarzenia. A teraz czytajcie, chłopcy, tę książkę. Mamnadzieję, że zajmie was ona i ku dobremu pobudzi.

Październik

Pierwszy dzień szkoły

17. poniedziałek

Dzisiaj pierwszy dzień szkoły.

Jak sen przeleciały te trzy miesiące wakacji na wsi!

Mama poprowadziła mnie zaraz rano do Sekcji Baretti, żebymnie zapisać do trzeciej elementarnej. Szedłem dosyć niechętniei myślałem o wsi. A ulice aż się roiły od chłopców. Obie księgarniepo drodze pełne były ojców i matek kupujących tornistry, papier,książki, kajety, a przed szkołą taki był ścisk, że i pedel, i strażnikmiejski musieli pilnować miejsca, żeby się ludzie nie podusili.Wtem we drzwiach ktoś mnie trącił w ramię. Był to mój pierwszynauczyciel z drugiej wyższego oddziału, zawsze wesół, śmiejący,ze swoją rudą, nastroszoną czupryną.

— No, Henryku! — rzekł. — Rozłączamy się tedy nazawsze!

Wiedziałem dobrze, że się rozłączymy, a przecież słowa tebyły mi bardzo przykre.

Weszliśmy z trudem. Panie, panowie, kobiety z ludu, robotnicy, służący, zakonnice — wszyscy prowadzą chłopców jedną ręką, a w drugiej trzymają książeczki z promocjami, zapełniając sienie, schody takim gwarem, że to zupełnie jakby się do teatru szło.

Ucieszyłem się zobaczywszy znowu tę wielką salę parterowąz sześcioma drzwiami wiodącymi do sześciu klas, którą przebiegałem codziennie prawie przez trzy lata z rzędu. I tu był ścisk. Jednenauczycielki wchodziły, drugie wychodziły.

Moja dawna nauczycielka z wyższego oddziału pierwszejskinęła mi głową stając we drzwiach swej klasy i rzekła:

— Idziesz więc, Henryku, na wyższe piętro w tym roku. Niezobaczę cię już przebiegającego tutaj. — I smutnie spojrzała namnie.

Wtem zobaczyłem dyrektora. Otoczony był ze wszystkichstron tłumem zafrasowanych kobiet, dla których synów zabrakłojuż miejsca; a broda jego wydała mi się bardziej szpakowata niżzeszłego roku. Widziałem też niemało dawnych kolegów, którzyprzez wakacje porośli, pogrubieli jakoś.

Na dole, gdzie się już odbywały egzaminy wstępne, była całaczereda małych bębnów, które nie chciały do klasy iść, kłóciły sięi niektóre uciekały z ławek, zaś inne widząc, że już rodziceodchodzą, zaczynały głośno płakać, krzyczeć, tak że się matkimusiały wracać, żeby je uspokoić albo zabrać z sobą, a nauczycielki były w desperacji.

Mój mały braciszek dostał się do klasy panny Delcati, a japoszedłem na pierwsze piętro do oddziału nauczyciela Perboni.

O dziesiątej byliśmy już wszyscy w klasie. Pięćdziesięciuczterech chłopaków, jak obszył. Ale wśród nich znalazło się ledwopiętnastu czy szesnastu dawnych moich kolegów z drugiej;pomiędzy nimi Derossi, ten, który zawsze był prymusem.

Taka mała, taka smutna wydała mi się szkoła, kiedympomyślał o łąkach, o lasach, o górach, w których przepędziłemlato! A i o nauczycielu z drugiej klasy też sobie myślałem; takibył zawsze dobry, tak się śmiał z nami, taki nieduży był, że sięzdawał naszym towarzyszem, i bardzo mi było żal, że już niezobaczę jego rudej, zjeżonej czupryny. Nasz teraźniejszy nauczyciel jest wysoki, nie nosi brody, ale ma za to długie, siwe włosyi prostą zmarszczkę na czole. Ma głos gruby i tak bystro patrzy,jakby nas wszystkich na wylot chciał przejrzeć. Nigdy się też nieśmieje.

Tak tedy powiedziałem sobie: Oto pierwszy dzień szkoły.Jeszcze dziewięć miesięcy. Ile pracy! Ile egzaminów miesięcznych! Ile trudów!

Tak się złożyło, że przy wyjściu spotkałem matkę i pobiegłemucałować jej ręce. Rzekła mi: — Odwagi, Henryku! Będziemy sięrazem uczyli. — Więc wróciłem wesół do domu. Ale nie mam jużmego dawnego nauczyciela, co się tak mile uśmiechał, a szkoła niewydaje mi się tak piękną jak pierwej.

Nasz nauczyciel

18. wtorek

Chociaż nie mogę powiedzieć, bo i nowy nauczyciel podobałmi się po dzisiejszym ranku. Podczas wejścia, kiedy już siedział naswoim miejscu, zatrzymywali się przed drzwiami klasy dawni jegouczniowie z ubiegłego roku, aby go pozdrowić. Zatrzymywali sięprzechodząc i pozdrawiali go:

— Dzień dobry, panie nauczycielu! Dzień dobry, paniePerboni!

Niektórzy wchodzili, podawali mu rękę i schylali głowy.Znać było, że go lubią i chcieliby do niego powrócić.

Odpowiadał: „Dzień dobry!” — ściskał wyciągające się kuniemu ręce, ale na nikogo nie patrzał i wszystkie powitaniaprzyjmował jakby obojętnie, z tą swoją prostopadłą zmarszczką naczole, obrócony do okna i patrzący na dach domu naprzeciwko.Zamiast się cieszyć pozdrowieniami tymi, znać było, że cierpi i żemu jest smutno.

Kiedy przeszli, obrócił się do klasy i patrzał na nas, przejmując wzrokiem jednego po drugim i jak gdyby oczekując czegoś.Wreszcie zaczął dyktować chodząc pomiędzy ławkami, a zobaczywszy chłopca, który miał twarz całą czerwoną od jakichś wyrzutów, przestał dyktować, wziął twarz jego w obie ręce i położyłmu rękę na czole, żeby zobaczyć, czy ma głowę gorącą.

Tymczasem jeden z uczniów zaczął się śmiać w ławce za nim,robić miny i błaznować. Nauczyciel odwrócił się nagle. Chłopaksiadł natychmiast, spuścił głowę i czekał na karę. Ale nauczycielpołożył mu rękę na głowie i rzekł: — Nie czyń tego nadal. — Anisłowa więcej, po czym powrócił do stolika swego i kończyłdyktować.

Skończywszy dyktować patrzył przez chwilę w milczeniu, apotem tak przemówił z wolna swoim grubym, ale dobrym głosem:

— Słuchajcie. Cały rok szkolny mamy spędzić z sobą.Starajmy się spędzić go w pokoju. Uczcie się i bądźcie dobrzy.Nie mam rodziny. Moją rodziną jesteście wy. Jeszcze zeszłegoroku miałem matkę. Umarła mi. Zostałem sam. Was tylko mamteraz na świecie. Wy jesteście moją troską i moją pociechą. Wybędziecie dziećmi moimi. Dobra waszego chcę i wy chciejcie,żeby mi było z wami dobrze. Bolałoby mnie, gdybym któregośz was ukarać musiał. Pokażcie, że macie serce. Szkoła nasza będziemi domem rodzinnym, a wy będziecie moją chlubą i mojąradością.

Nie żądam od was obietnicy, słowa. Wiem, że w swychsercach jużeście je dali. I dziękuję wam.

A wtem wszedł pedel, żeby na „finis” dzwonić. Wyszliśmyz ławek cicho jak w kościele, a ten chłopiec, co się prześmiewał,podszedł do nauczyciela i rzekł drżącym głosem:

— Panie nauczycielu! Niech mi pan przebaczy.

Nauczyciel pocałował go w czoło i rzekł:

— Idź w spokoju, mój synu.

Wypadek

21. piątek

Rok się zaczął nieszczęśliwie. Właśnie powtarzałem ojcusłowa nauczyciela idąc do szkoły dziś rano, kiedyśmy zobaczyliw ulicy tłum ludzi, którzy się cisnęli do drzwi naszej sekcji. Więcojciec zaraz rzekł:

— Wypadek jakiś. Źle się rok zaczyna...

Przepchnęliśmy się z trudem. Wielka sala pełna była rodziców i chłopców, których nauczyciele żadnym sposobem nie mogliw klasach utrzymać, a wszyscy zwróceni byli do kancelariidyrektora i słychać było głosy: „Biedny chłopiec! Biedny Robetti!” A ponad głowami, w głębi zapchanej ludźmi sali, widaćbyło kask gwardzisty i łysą czaszkę dyrektora. Potem przyszedłpan w cylindrze, a ludzie mówili: „Doktor! Doktor!”

Mój ojciec zapytał jednego z nauczycieli:

— Co się stało?

— Koło przeszło chłopcu przez nogę — odpowiedział nauczyciel.

— Nogę ma złamaną — rzekł inny.

Chłopiec jest uczniem z drugiej klasy. Idąc do szkołyi widząc, jak się malec jeden ze wstępnej matce wyrwał i na ulicy padł tuż, tuż przed nadjeżdżającym omnibusem, rzucił siędo tego wstępniaka, porwał go z ziemi i na bezpiecznym miejscu postawił. Sam jednak nie zdążył cofnąć wyciągniętej nogi— i zgruchotało mu ją koło omnibusu. To syn kapitana artylerii.

Kiedy tak ludzie mówili, wpadła do sali jakaś pani, jakszalona rozpychając tłum przed sobą. To była matka Robettiego,po którą posłano. A wtem podbiegła ku niej druga pani i łkającgłośno zarzuciła jej ręce na szyję. To była matka ocalonegowstępniaka. Obie wpadły do pokoju dyrektora, skąd dał się słyszećrozpaczliwy okrzyk:

— O mój Julek! O dziecko moje!

Tymczasem zatrzymał się przed drzwiami szkoły zamknięty powóz, a po chwili ukazał się dyrektor niosąc na ręku biednego chłopca, który miał głowę zwieszoną przez ramię, twarzzupełnie białą i zamknięte oczy. Natychmiast uciszyli się wszyscy; słychać było tylko głośne łkania matki. Wtedy dyrektorzatrzymał się na chwilę, pobladł i uniósł chłopca w obu rękach, aby go pokazać tłumowi. O, wtedy nauczyciele, nauczycielki, rodzice, dzieci — wszyscy razem zaszemrali wzruszonym głosem: „Dzielny Robetti! Dzielny, biedny chłopczyna!” — i posyłali mu pocałunki od ust, a ci, co byli bliżej, całowali jego zwieszone bezwładnie ręce. Ale on otworzył oczyi rzekł:

— A mój tornister?

A matka ocalonego malca pokazała mu tornister i rzekła:

— Niosę ci go, aniele drogi, niosę...

I poszli; matka Robettiego miała twarz obu rękami zakrytą.Poszli, ułożyli chłopca w powozie, powóz ruszył. A my weszliśmydo szkoły w milczeniu.

Mały Kalabryjczyk

22. sobota

Wczoraj wieczór, kiedy nauczyciel mówił z nami o biednymRobettim, który długo, długo będzie musiał chodzić o kulach,wszedł dyrektor z nowo zapisanym uczniem. Ten miał twarzbardzo ciemną, włosy czarne i duże czarne oczy, nad którymi gęstebrwi prawie że się łączyły na czole. Chłopiec był zresztą całyciemno ubrany i przepasany czarnym skórzanym pasem.

Szepnąwszy parę słów nauczycielowi dyrektor wyszedł zostawiając przy nim chłopca, który patrzył na nas swymi czarnymioczyma jakby wystraszony. Wtedy nauczyciel wziął go za rękęi rzekł:

— Cieszcie się, dzieci! Wchodzi oto dziś do szkoły małyWłoch, urodzony w Reggio w Kalabrii, więcej niż pięćset mil odnas dalekiej. Rodzinna jego ziemia jest ziemią pełną chwały, któradała Włochom wielu sławnych ludzi, wielu tęgich pracownikówi dzielnych żołnierzy. A jest to jedna z ziem najpiękniejszychnaszej ojczyzny; dziedzina wielkich lasów i wielkich gór, zamieszkana przez lud pełen zdolności i odwagi.

Bądźcież mu przyjaźni a życzliwi, żeby się nie czuł oddalonym od swych miejsc rodzinnych. Pokażcie mu, że małyWłoch, gdziekolwiek by wszedł do włoskiej szkoły, wszędzieznajdzie braci.

To rzekłszy powstał i naznaczył na wielkiej mapie ściennejten punkt, gdzie jest Reggio i Kalabria. Po czym zawołał głośno:

— Ernest Derossi!

Właśnie ten, co to zawsze nagrody pierwsze bierze. Derossipodniósł się.

— Pójdź, chłopcze! — rzekł nauczyciel.Derossi wyszedł z ławki, zbliżył się do stołu i stanął wprostKalabryjczyka.

— Jako prymus — powiedział nauczyciel — uściskaj w imieniu całej klasy nowego kolegę. Uściskaj syna Kalabrii, ty, dzieckoPiemontu.

Derossi uściskał Kalabryjczyka serdecznie i swoim dźwięcznym głosem rzekł:

— Witaj nam, kolego!

Na co Kalabryjczyk z impetem ucałował go w oba policzki,a reszta zaczęła bić brawo.

— Cicho tam! — zawołał nauczyciel. — W szkole nie daje sięoklasków!

Ale znać było po nim, że z nas kontent. A i Kalabryjczyk byłkontent.

Zaraz mu też nauczyciel wyznaczył miejsce i sam go odprowadził na nie, po czym rzekł:

— Pamiętajcie, com wam powiedział! Bo to jest wielkarzecz! Bo o to, żeby chłopiec z Kalabrii czuł się w Turynie jakw domu, a chłopiec z Turynu czuł się jak w domu w Kalabrii — kraj nasz ojczysty lat pięćdziesiąt walczył, a więcej niżtrzydzieści tysięcy Włochów oddało życie za to! Szanujcie sięwięc i kochajcie wzajem; a gdyby który z was obraził tegotowarzysza za to, że nie w naszej prowincji się rodził, stałby sięniegodnym — słyszycie? — niegodnym podnieść oczu na trójkolorowy sztandar naszej jedności włoskiej.

Zaledwie też Kalabryjczyk usiadł, kiedy co bliżsi obdarowaligo stalówkami i pieczątkami, a jeden z ostatniej ławki przysłał muoślą pocztą prawdziwą szwedzką markę.

Moi koledzy

25. wtorek

Ten chłopiec, co przysłał markę Kalabryjczykowi, nazywasię Garrone i ja go najlepiej lubię. Największy jest z całej klasy, mablisko lat czternaście, dużą głowę i szerokie plecy. Sama w nimdobroć, kiedy się uśmiechnie, ale uśmiecha się rzadko i zwykle jestpoważny jak dorosły człowiek.

Dosyć już dużo z moich kolegów znam bliżej. Drugi, który misię także bardzo podoba, nazywa się Coretti. Nosi bluzę brunatnąi beret z kociej sierści. Zawsze wesół, jest synem handlarza drzewem, który się bił w wojnie 66 roku pod księciem Humbertemi dostał podobno coś aż trzy medale. Lubię też małego Nelli, biednego garbuska, wątłego i bladego na twarzy. Jest także u nas jedenelegant, który po sobie zawsze piórka zbiera, a nazywa się Vatini.W ławce znów przede mną siedzi chłopiec, zwany Mularczykiem,bo ojciec jego jest mularzem; gęba okrągła jak jabłko, nosek jakkłębuszek. Mularczyk ma szczególny talent robienia zajęczegopyszczka. Więc wszyscy mu każą raz w raz robić zajęczy pyszczeki za boki się biorą ze śmiechu. Nosi on mały kapelusik, tęgo jużobszarpany, który zwija i chowa w kieszeń jak chustkę do nosa.

Zaraz przy Mularczyku siedzi Garoffi, chudy i długi dryblas,z nosem jak dziób krogulczy i z bardzo małymi oczkami. Tenciągle handluje, ciągle się mienia na pióra, pudełka zapałek, naobrazki, a zaś lekcje to sobie na paznokciach pisze, żeby je potemczytać, jak go wyrwą. Dalej siedzi paniczyk, Karol Nobis, bardzopyszny w sobie, między dwoma chłopcami, których niezmiernielubię. Jeden syn kowala, mizerak chorowity, nosi kamizelkę, któramu spada do kolan, zawsze jest czegoś przestraszony i nigdy sięnie śmieje, a drugi rudy, z ręką uschniętą, co ją na temblakutrzyma. Ojciec jego wywędrował do Ameryki, a matka chodziz koszem sprzedając jarzyny. Ciekawym także typem jest mójsąsiad z lewej strony, Stardi, krótki i gruby, prawie że bez szyi,mruczek, co do nikogo nie przemówi i niewiele też rozumie, co doniego mówią, ale patrzy w nauczyciela jak w tuza zmarszczywszyczoło i ścisnąwszy zęby, a spytać go o co, kiedy nauczyciel mówi,to za pierwszym i drugim razem nie odpowie, a za trzecim takiegokuksa da ci w bok, że świeczki w oczach stają. Dalej siedziczarniawy i posępny na twarzy jeden, co się nazywa Franti. Biedakbył już wypędzony z jednej sekcji szkolnej.

Są też dwaj bracia jednako odziani i tak są do siebie podobnijak dwie krople wody. Ci noszą kapelusze kalabryjskie na ucho,z bażancim piórem, z wielką fantazją. Ale najurodziwszy zewszystkich, najwięcej zdolny i który z pewnością przez ten roktakże będzie pierwszym uczniem — to Derossi. Nauczyciel się jużna nim poznał i raz w raz go do tablicy wyrywa.

Ja przecież i tak wolę Precossiego, tego syna kowala, co ma tędługą kamizelkę i jest chorowity. Podobno go ojciec bije. Może,bo chłopak jest bardzo zalękniony, a jak kogo trąci albo o co spyta,to zawsze dodaje „przepraszam bardzo” — i tak żałośnie patrzytymi smutnymi oczyma. Ale jednak Garrone jest i największy,i najlepszy ze wszystkich.

Szlachetny postępek

26. środa

Zdarzyło mi się poznać Garronego bliżej tego ranka. Kiedymprzyszedł do szkoły — a spóźniłem się trochę, bo mnie zatrzymałanauczycielka z pierwszej wyższej, aby zapytać, o której godziniemogłaby przyjść nas odwiedzić, tak żeby zastać mnie w domu— nauczyciela jeszcze nie było, a trzej czy czterej chłopcy znęcalisię nad biednym Crossim, tym rudym, co to ma rękę uschniętą,a matka jego sprzedaje jarzyny. Szturchali go liniami, rzucali muw twarz łupiny od kasztanów, przezywali mańkutem i strachem nawróble, przedrzeźniając, jak to on rękę na temblaku nosi. A biedny kaleka stał w głębi ławek blady i milczał patrząc błagalnie tojednemu, to drugiemu w oczy, żeby mu dali spokój. A że chłopcynaigrawali się z niego coraz złośliwiej, zaczął cały drżeć z gniewui czerwienieć. Wtem Franti, ten wyrzutek z brzydką, ponurą twarzą, skoczył na ławkę i udając, że dźwiga dwa kosze na ręku, począłmałpować matkę Crossiego, jak przychodziła i czekała syna u drzwiszkoły, a teraz nie przychodzi, bo jest chora. Cała kupa uczniakówwybuchnęła śmiechem. Wtedy Crossi stracił głowę, chwycił kałamarz i cisnął nim co siły prosto w łeb Frantiego. Ale Franti się uchylił,a kałamarz trafił w samą pierś wchodzącego w tej chwili nauczyciela. Wszyscy umknęli na miejsca i ucichli ze strachu jak trusie.Nauczyciel pobladł, podszedł do stołu i gniewnym głosem zapytał:

— Który to uczynił?

Nie odpowiedział nikt. Więc nauczyciel krzyknął jeszczegniewniej:

— Który?

Wtedy Garrone, ruszony litością nad biednym Crossim,podniósł się w ławce i rzekł:

— To ja!

Nauczyciel spojrzał na niego, popatrzył po uczniach osłupiałych i nagle uspokojonym głosem powiedział:

— Nie! To nie ty. — A po chwili: — Nie ukarzę winnego.Niech wstanie.

Crossi wstał i płacząc tak mówił:

— Szturchali mnie, prześmiewali... straciłem głowę... rzuciłem...

— Siądź — rzekł nauczyciel. — Niech wstaną ci, którzy godoprowadzili do gniewu.

Wstało czterech z pochyloną głową.

— Znieważyliście — mówił nauczyciel — kolegę, któryz wami nie szukał zaczepki, wyśmiewaliście się z nieszczęśliwego,prześladowaliście kalekę, który się nie mógł obronić. Spełniliściejeden z najnikczemniejszych, najhaniebniejszych czynów, jakimsię człowiek zmazać może. Podli!

To powiedziawszy wszedł między ławki, podłożył rękę podbrodę Garronego, który stał z głową schyloną, a podniósłszy mutwarz spojrzał w oczy jego i rzekł:

— Szlachetna dusza w tobie!

Garrone, pomilczawszy chwilę, zamruczał coś niewyraźnie naucho nauczycielowi, a ten odwrócił się do czterech winowajcówi rzekł nagle:

— Przebaczam wam!

Moja nauczycielka z pierwszej wyższej

27. czwartek

Moja nauczycielka dotrzymała obietnicy i przyszła dziś donas, właśnie w chwili kiedym miał wyjść z mamą i zanieść trochębielizny biednej kobiecie, o której wyczytaliśmy w gazecie.

Już rok prawie upłynął od jej ostatnich odwiedzin. Wszyscyśmy się ucieszyli bardzo. Zawsze ta sama. Drobna, mała, z zielonąwoalką wkoło kapelusza, biednie ubrana, źle uczesana, nie mającanigdy czasu, żeby spocząć; trochę tylko bledsza niźli w rokuzeszłym, z kilkoma więcej włosami siwymi, i kaszle ciągle.

Zaraz też matka moja powiedziała:

— Jakże tam ze zdrowiem, droga pani? Pani go nic a nic nieszanuje, jak widzę.

— Ech, co tam zdrowie! — odrzekła nauczycielka z tymswoim uśmiechem, co to przez pół smutny, a przez pół wesoły.

— Pani zanadto głos natęża przy lekcjach — dodała mama.

— Pani się zamęcza z tymi chłopakami...

I prawda! Przez cały czas nauki słychać jej głos w klasie;pamiętam to dobrze, z czasów kiedym do niej chodził. Mówiciągle, mówi głośno, żeby uwagę chłopców utrzymać, a nieusiądzie ani na minutę. Wiedziałem też z góry, że do nas przyjdzie,bo nigdy nie zapomina o swoich uczniach, całymi latami pamiętaich imiona, a przyjdą miesięczne egzaminy, to biegnie pytaćdyrektora, jakie mieli stopnie; nieraz też czeka u wyjścia i każesobie pokazywać zadania, żeby zobaczyć, jakie zrobili postępy.Wielu też przychodzi do niej z gimnazjum jeszcze, choć już nosządługie spodnie i mają zegarki.

Dzisiaj właśnie wróciła okropnie zmęczona z galerii obrazów,gdzie zaprowadziła swoich uczniaków; bo i dawnych lat coczwartek prowadziła chłopców do jakiegoś muzeum i tłumaczyłaim tam różne rzeczy. Biedaczka! Schudła więcej jeszcze. Alezawsze tak samo żywa i zaraz w zapał wpada, gdy mówi o swojejszkole. Chciała koniecznie zobaczyć to łóżko, w którym widziałamnie ciężko chorego przed dwoma laty, a teraz w nim mójmłodszy brat sypia; patrzyła na nie przez chwilę i nie mogłamówić.

Chcieliśmy ją zatrzymać, ale spieszyła się odwiedzić małegoucznia swojej klasy, syna siodłarza, chorego na odrę; a jeszczemiała całą pakę zadań do poprawienia, robotę na cały wieczór,i przed nocą jeszcze jedną lekcję arytmetyki u jakiejś kupcowej.

— No jakże, Henryku — rzekła na odchodnym — kochaszjeszcze swoją nauczycielkę, teraz kiedy odrabiasz takie trudnezadania i piszesz takie długie wypracowania?

Uściskała mnie i już ze schodów zszedłszy zawołała jeszcze:

— Nie zapomnij o mnie, pamiętaj, Henryku!

„O droga, droga nauczycielko, nigdy nie zapomnę ciebie!I jak będę duży, też cię nie zapomnę i pójdę zobaczyć, jak tamw twojej klasie uczysz twoich malców. A ile razy przejdę bliskojakiej szkoły, a głos nauczycielki posłyszę, będzie mi się zdawało,że to jest twój głos, i będę myślał o tych dwóch latach, którespędziłem w twojej szkole, gdziem się tylu rzeczy nauczył, gdziemcię widział tyle razy zmęczoną i chorą, a zawsze czynną, zawszepobłażliwą; zrozpaczoną, kiedy się któremu z nas obierał palec;drżącą, kiedy inspektor zapytał nas o co; szczęśliwą, gdyśmyodpowiedzieli jak należy; zawsze dobrą, zawsze kochającą jakmatka rodzona.

Nigdy, nigdy cię nie zapomnę, nauczycielko moja!”

Na poddaszu

28. piątek

Wczoraj wieczorem poszliśmy z mamą i z moją siostrąSylwią, żeby zanieść bieliznę tej biednej kobiecie, którą polecaliw dzienniku. Ja niosłem pakiet, a Sylwia dziennik, gdzie byłwydrukowany adres i pierwsze litery nazwiska. Wyszliśmy podsam dach jakiegoś starego domu, gdzie był długi korytarzz wieloma drzwiami. Mama zapukała do ostatnich. Otwarła namje kobieta jeszcze dosyć młoda, z jasnymi włosami, wychudzona,a mnie zaraz się wydało, żem już ją gdzieś widział, z tą samąniebieską chusteczką na głowie, którą miała teraz.

— Czy to wy jesteście ta a ta z dziennika? — spytała mama.

— Tak, pani, ja jestem.

— Bo myśmy wam tu przynieśli trochę bielizny.

Więc zaraz zaczęła dziękować i błogosławić, że nie było temukońca.

Tymczasem patrzę ja, a tu w kącie tej pustej, ciemnej izbychłopczyna jakiś przed stołkiem klęczy, odwrócony do nasplecami, i jak gdyby pisze. I naprawdę pisał mając kajet na stołku,a kałamarz na podłodze. Sam nie wiem, jak on mógł tak pisaćw tym mroku. Jeszczem myślał o tym, kiedy nagle poznałem rudewłosy i długą kamizelkę barchanową Crossiego, syna zieleniarki,tego, co to miał uschniętą rękę. Zarazem to mamie powiedział,podczas gdy kobieta składała bieliznę.

— Cicho! — rzekła mama. — Bo może by się wstydził,że dajemy jałmużnę jego matce. Nie mów nic, jakbyś go niewidział.

Ale w tej chwili właśnie odwrócił się Crossi, a widząc, że stojęzmieszany, uśmiechnął się. Zaraz też trąciła mnie mama, żebympobiegł go uściskać. Uściskałem go, a on powstał z klęczek i wziąłmnie za rękę.

— Otom została jak sierota — mówiła tymczasem jego matkado mojej — sama z tym chłopcem kaleką. Mąż od sześciu latw Ameryce, a mnie chwyciła jakaś choroba, że nie mam siłychodzić z jarzynami i zarobić tych kilku groszy na życie. Wyprzedali my wszystko... Nie zostało nawet i stołu dla megobiednego Ludwisia, coby pisał na nim. Jeszcze jakeśmy mielistragan w bramie, to na straganie sobie z boku pisał. Ale już teraznie mamy. Nie mamy też i na światło, żeby do ostatka niemarnować oczów. Dobrze jeszcze, że go mogę posyłać do szkoły,że mu tam dają książki i kajety. A chłopczysko aż drży do nauki.Biedna ja, matka! Biedne my, sieroty!

Więc moja mama dała jej wszystko, co tylko miała pieniędzyw woreczku, uściskała chłopca i prawie że płakała wychodzącz izby.

— Patrz na tego biedaka — rzekła, gdyśmy wyszli — jak sięto uczy, jak pracuje pilnie! Ty masz wszystkie udogodnienia,masz wszystko, czego ci trzeba, a przecież nauka ciężką ci sięzdaje! Ach, Henryku mój, więcej jest zasługi w jednodziennejpracy tego chłopca niżli w twojej przez rok cały.

Takiemu, takiemu należałoby dawać pierwsze nagrody!

Szkoła

28. piątek

Tak, drogi Henryku. Nauka ci jest ciężka, jak ci topowiedziała twoja matka; jeszczem cię nie widział idącegodo szkoły z tą wesołą twarzą i duchem ochotnym, jakie bymchciał widzieć u ciebie. Szkoła odraża cię jeszcze. Alepomyśl tylko, jak marne, jak nic niewarte byłyby dnietwoje, gdybyś nie chodził do szkoły. Jeszcze by tydzień nieminął, a już byś prosił, ze złożonymi rękami, żeby cię znówposłać do niej, przejęty nudą i wstydem, zmęczony rozrywkami i sam sobą.

Wszyscy, wszyscy uczą się teraz, mój drogi Henryku.Pomyśl no o tych robotnikach, którzy idą do szkoły wieczornej po całym dniu krwawej pracy; o tych kobietach, o tychdzieciach chodzących do szkoły niedzielnej po tygodniuciężkich, często ponad siły trudów; o tych żołnierzach, którzy chwytają za książki, za kajety, ledwo wróciwszy z swychmozolnych ćwiczeń; pomyśl o dzieciach niewidomych,niemych, które mimo kalectwa do nauki się garną; pomyślwreszcie o więźniach, bo i ci nawet uczą się czytać i pisać.

Kiedy wychodzisz rankiem z domu, wspomnij, że w tejsamej chwili w tym samym mieście więcej niż trzydzieścitysięcy chłopców tak samo jak ty idzie się zamknąć na trzygodziny w klasie. Ale co!... Wspomnij raczej o tychmilionach dzieci dążących w tym samym czasie, co i ty, doszkoły, po wszystkich krajach świata.

Uprzytomnij sobie, jak cała ta wielka armia przyszlości idzie, idzie przez ciche wioski, przez gwarnemiasta, po brzegach mórz i jezior, gdzie pod upalnymsłońcem, gdzie pod chmurnym niebem, łodziami — gdziebraknie lądu, końmi — gdzie nogi ustają, saniami pośniegach i lodach, przez doliny, przez wzgórza, skroś lasówi potoków, po górskich kamienistych ścieżynach, to pojedynkiem, to kupą, to znów długim rzędem, wszyscy z książkami pod pachą, odziani w tysiąc odmian i sposobów,mówiący tysiącem języków i narzeczy, od szkół kresowychpółnocy, w lodach gdzieś zgubionych, do ostatnich szkółArabii, ocienionych palmą, miliony idą, miliony, uczyć siętych samych rzeczy, tysiącem różnych sposobów! Wyobraźsobie, drogie dziecko, to olbrzymie mrowisko chłopców, stuszczepów, stu ludów, stu krain; ten ruch niezmierny,którego i ty jesteś cząstką, i pomyśl: Gdyby ten ruch ustał,ludzkość popadłaby w dawne barbarzyństwo. Bo on właśnie jest postępem, on jest nadzieją, on jest chwałą świata!

Odwagi zatem, mały żołnierzu milionowej armii!Książki twoje są twoją bronią, twoja klasa jest twoimregimentem, polem bitwy jest ziemia cała, a zwycięstwemjest cywilizacja ludzkości.

Nie bądźże tchórzem w tym boju, mój Henryku drogi!

Twój ojciec.

Mały patriota z Padwy

Opowiadanie miesięczne

29. sobota

Nie będę tchórzem, nie! Ale chodziłbym z dużo większąochotą do szkoły, gdyby nam nauczyciel opowiadał co dzień takierzeczy, jak dziś z rana. Ale cóż! Tylko raz w miesiącu ma być jednotakie i mamy je dostać na piśmie, i będzie zawsze o pięknymi dobrym czynie jakiegoś małego chłopca. To pierwsze opowiadanie ma tytuł „Mały patriota z Padwy”. Oto treść jego:

Pewnego razu parostatek francuski płynął z Barcelony,miasta hiszpańskiego, do Genui; a znajdowali się na pokładzieFrancuzi, Włosi, Hiszpanie i Szwajcarowie. I był tam międzyinnymi chłopiec jedenastoletni, biednie odziany, sam, który siętrzymał ciągle na uboczu jak leśne zwierzątko, poglądając na ludzispode łba! Bo to było tak: Przed dwoma laty jego ojciec i jegomatka, wieśniaczka z okolic Padwy, sprzedali tego chłopcabandzie linoskoczków, którzy nauczywszy go przeróżnych sztukto pięścią, to kopaniem, to głodem, wędrowali z nim przez Francjęi Hiszpanię, bijąc go bez litości i jeść mu nie dając. Więc kiedyprzywędrowali do Barcelony, ów chłopiec, nie mogąc wytrzymaćtego bicia i tego głodzenia i wyniszczony do ostatka sił, uciekł odswego dozorcy i oddał się w opiekę konsula włoskiego, któryulitowawszy się nad nim umieścił go na tym parostatku i dał mulist do kwestora w Genui, żeby tego biedaka do rodziców odesłał.Do tych rodziców, co go to sprzedali, jak gdyby był bydlęciem, nieczłowiekiem. Biedny chłopiec był cały poraniony i ledwo się nanogach trzymał. Dali mu kajutę drugiej klasy. Patrzyli na niegoludzie, niejeden i zapytał o co, ale on nie odpowiadał. I tak sięzdawało, że wszystkich nienawidzi i wszystkimi gardzi, tak mudojadły i struły serce te razy i te głodzenia. Wszakże udało siętrzem podróżnym przez uporczywe pytania rozwiązać mu jakośjęzyk, tak że w kilku szorstkich słowach na pół włoskich, na półhiszpańskich, a na pół francuskich opowiedział im swoją historię.

Ci trzej podróżni to nie byli Włosi, ale zrozumieli, co tenchłopiec mówił, i trochę z litości, a trochę z tego, że im winoszumiało w głowie, dali mu pieniędzy żartując i namawiając, żebyim jeszcze co więcej opowiedział. A że do sali weszło w owej chwilikilka pań, wszyscy trzej chcieli się pokazać i rzucali mu pieniądzewołając: — Trzymaj, chłopcze! Trzymaj jeszcze! — i pobrzękująclirami po stole.

Chłopiec napełnił kieszenie, podziękował półgłosem, zawszejednako dziki, ale ze spojrzeniem pierwszy raz uśmiechniętymi wdzięcznym; po czym zaraz poszedł do swojej kajuty, zaciągnąłfirankę i siedział cicho, rozmyślając o swym dziwnym losie. Mógłteraz za te pieniądze nakupić sobie różnych łakotek, on, któryprzez dwa lata łaknął suchego chleba; mógł też kupić sobiew Genui ubranie, on, co od dwóch lat w łachmanach chodził,i także mógł przynieść je z sobą rodzicom, którzy pewnie inaczejby go wtedy przyjęli, niż gdyby przyszedł z próżnymi rękami.Przecież te pieniądze to były dla niego jakby mały majątek. Tak toon sobie rozmyślał pocieszony, poza firanką kajuty, podczas kiedytrzej podróżni rozmawiali z sobą siedząc przy obiadowym stolew pośrodku sali drugiej klasy. Pili i rozmawiali o podróżachswoich, o krajach, jakie poznali, i od słowa do słowa zaczęli mówićo Włochach.

Zaczął jeden skarżyć się na oberże, drugi na koleje żelazne,a potem wszyscy wpadli w zapał i wygadywali na wszystko, cowłoskie. Ten wolałby podróżować po Laponii, tamten opowiadał,jako w całych Włoszech są sami oszuści i złodzieje, trzeciprześmiewał się, że urzędnicy włoscy nie umieją czytać.

— Naród nieuków! — rzekł pierwszy.

— Brudasów! — rzekł drugi.

— Zło... — zaczął trzeci i chciał powiedzieć złodziei, ale niedokończył słowa.

Grad soldów i półlirówek spadł im nagle na głowy, na plecy,potoczył się po stole, po pokładzie z piekielnym hałasem.

Wszyscy trzej skoczyli wściekli patrząc w górę, a tu im jeszczena twarze runęła garść miedziaków.

— Macie tu swoje pieniądze! Trzymajcie swoje grosze! — krzyknął z pogardą chłopiec zerwawszy firankę swej kajuty. — Nie przyjmuję wsparcia od tych, którzy moją ojczyznęznieważają.

Listopad

Kominiarczyk

1. listopada

Wczoraj wieczorem poszedłem do żeńskiej szkoły, tuż przynaszej, żeby zanieść opowiadanie o chłopcu z Padwy nauczycielceSylwii, która je przeczytać chciała.

Sześćset dziewcząt jest w tej szkole!

Zaczynały właśnie wychodzić, kiedym nadszedł, wesoło, boidą dwa dni wolne, Wszystkich Świętych i Zaduszki — i oto, comtam zobaczył. Wprost wejścia do szkoły, po drugiej stronie ulicy,oparty o mur, zakrywając ręką oczy, stał kominiarczyk, zupełniejeszcze mały i czarny na twarzy, ze swoim workiem, ze swoim drapaczem i gorzko płakał. Zaraz do niego podeszły dwie czy trzystarsze dziewczynki pytając, czego by tak bardzo płakał. Ale kominiarczyk nie odpowiadał, tylko jeszcze głośniej szlochać zaczął.

— Ale powiedz, powiedz, co ci jest i czego tak płaczesz? — dopytywały się dziewczynki.

Wtedy odjął rękę od twarzy zupełnie jeszcze dziecinnej i szlochając opowiedział, że czyścił kominy w kilku domach, zarobiłtrzydzieści soldów i że je zgubił.

— Musiały wypaść przez dziurę w kieszeni — dodał pokazując rozdartą kieszeń — a teraz nie śmiem wrócić do domu, bo mniemajster bić będzie.

Tutaj znów gorzko zaczął płakać zakrywszy twarz ręką.

Dziewczynki spoważniały i patrzyły na biednego chłopcazafrasowane. Tymczasem nadbiegały inne, małe i duże, strojnei ubogie, z teczkami pod pachą, a jedna starsza, z niebieskimpiórkiem w kapelusiku, dobyła z kieszeni dwa soldy i rzekła:

— Ja mam tylko dwa soldy... Złóżmy się na niego!

— I ja mam także dwa soldy — powiedziała inna, czerwonoubrana. — Może się u wszystkich znajdzie ze trzydzieści...

I zaraz zaczęły się zwoływać:

— Amelka! Ludka! Anulka!... Daj no solda!... Kto masolda?... Dawajcie no tu soldy!...

Kilka z nich miało po parę soldów na kwiaty, na kajety.Mniejsze oddawały swoje grosiaki. Wtedy ta z niebieskim piórkiem zebrała wszystko i głośno liczyła:

—... Osiem, dziesięć, piętnaście! — Ale nie stało więcej.

Wtem podeszła największa z nich wszystkich, że prawie mogłaujść za nauczycielkę, i dała pół lira, a dziewczęta zaczęły chwalići dziękować.

Ale brakowało jeszcze pięciu soldów.

— Idą teraz te z czwartej... Te mają! — rzekła jedna.

Jakoż przyszły te z czwartej i posypały się soldy. Wszystkiezaczęły się cisnąć do biedaka. Pięknie było patrzeć na tego małegokominiarczyka, w pośrodku tych jasnych sukienek, tych fruwających wstążek, piórek... Już dawno zebrało się trzydzieści soldów,ale dziewczątka jeszcze dokładały, a te najmniejsze, którymjeszcze nie dawano pieniędzy w domu, przepychały się pomiędzydużymi, dając mu parę kwiatków, żeby tylko i od nich coś było.

A wtem wyszła odźwierna wołając głośno:

— Pani dyrektorka idzie!

Porwały się dziewczęta jakby stado wróbli. A wtedy kominiarczyk ukazał się w pośrodku ulicy sam, ocierający z łez oczy,uśmiechnięty, ściskający w obu rękach swoje soldy, a u kapelusza,u kurtki, po kieszeniach tyle miał kwiatów, że aż się sypały i pełnoich było nawet u nóg jego, na ziemi.

Dzień Zaduszny

2. listopada

... Dzień dzisiejszy poświęcony jest pamięci zmarłych.Czy wiesz, Henryku, o jakich to zmarłych wy, chłopcy, pamiętać dzisiaj powinniście? O tych, mój synu, którzy pomarli za was, za chłopców, za dzieci. A umarło ich niemałoi umiera ciągle. Pomyślałżeś ty kiedy o tych ojcach, którzysobie skracają życie w ciężkiej pracy? O tych matkach,które przedwcześnie w grób idą, umęczone odmawianiemsobie wszystkiego, byle utrzymać swych synów? Czy wiesz,ilu ojców nóż sobie do serc wbiło nie mogąc znieść widokunędzy swoich dzieci? Ile kobiet potopiło się, pomarłow rozpaczy, zwariowało straciwszy ukochane dziecko?

O tych umarłych pomyśl dzisiaj, Henryku.

Myśl o tych nauczycielkach, które w kwiecie młodościzeszły z tego świata, nabywszy suchot w murach szkolnych, w ciężkiej pracy, nie mając serca rozstać się z dziećmi, którym poświęciły życie.

Myśl o tych lekarzach, którzy pomarli młodo zaraziwszy się chorobami leczonych przez siebie dzieci. Myślo tych wszystkich, którzy w powodziach, pożarach, w klęskach głodowych, w chwilach śmiertelnych niebezpieczeństwoddali dzieciom, obcym nawet, ostatni kawałek chleba,ostatnią deskę, ostatnią linę ratunkową, a sami umieraliszczęśliwi, że im się udało ocalić życie niewiniątka. Takichzmarłych, Henryku, tysiące jest, tysiące. Każdy cmentarzma takie mogiły święte, których prochy, gdyby mogły ożyći głos wydać, wymówiłyby imię jakiejś dzieciny, którejpoświęciły szczęście młodości, spokój późnego wieku, uczucia, myśli, życie. A w mogiłach tych leżą młode matki,ludzie w kwiecie lat swoich, starcy posiwiali, młodzieńcy— bohaterscy a nieznani męczennicy dziecięcego świata,szlachetni i wielcy tak, że ziemia nie wydaje tyle kwiatów,ile byśmy na ich mogiły co rok złożyć powinni.

Tak to wy jesteście miłowane, dzieci!

Myślże więc dzisiaj o tych zmarłych z głębokimi wdzięcznym wzruszeniem, a kochaj odtąd więcej tychwszystkich, którzy cię miłują i trudzą się dla ciebie, mójdrogi synu, gdyś jest tak szczęśliwy, że w Dzień Zadusznynie masz jeszcze do opłakiwania nikogo ze swoich!

Twoja matka.

Mój przyjaciel Garrone

4. piątek

Tylko przez te dwa dni świąt nie byłem w szkole, a już mi byłotęskno do mego drogiego Garrone! Im bliżej go poznaję, tymwięcej go kocham; a nie tylko ja, ale wszyscy koledzy, wyjąwszytych dryblasów, co nad innymi chcą przewodzić, a on im nie daje.Więc niech tylko jaki duży rękę na małego podniesie, to mały zarazkrzyczy: — Garrone! Garrone! — a duży umyka.

Ojciec Garronego jest maszynistą na kolei. On sam, biedak,późno zaczął chodzić do szkoły, bo przez parę lat był chory. Najwyższy jest i najmocniejszy z całej naszej klasy. Ławkę jak nicpodniesie jedną ręką. Zawsze ma w kieszeni partykę chleba,pojada raz w raz, ale że jest bardzo dobry, o co go tylko poprosić— o ołówek, o gumę, o papier, o scyzoryk — wszystko zarazpożyczy albo da. W szkole nie śmieje się, nie gada, tylko siedzinieruchomo w ławce trochę dla niego przyciasnej, z pochylonymiplecami i głową wtuloną w ramiona; a gdy na niego spojrzę,uśmiecha się do mnie mrużąc oczy, właśnie jakby chciał powiedzieć: „No i cóż, Henryku, będziemy przyjaciółmi?” — Śmiać misię chce, bo na swój duży wzrost ma wszystko to za krótkie, to zawąskie: kurtkę, majtki, mankiety; kapelusz ledwo że na czubkugłowy, grube buty, a krawat ściśnięty jak postronek. DrogiGarrone! Dosyć raz na niego spojrzeć, żeby go pokochać!

Wszyscy mali pchają się do jego ławki, żeby być jak najbliżej.W arytmetyce mocny. Nosi książki ściągnięte czerwonym rzemykiem. Ma nóż z rękojeścią z perłowej masy, znaleziony przeszłegoroku na placu musztry; skaleczył się raz tym nożem w palec aż dokości prawie, a nikt o tym nie wiedział w szkole — a i w domu anipisnął, żeby nie zmartwić rodziców. Pozwala z siebie nierazżartować i nikomu żartów za złe nie bierze; ale jak mu kto powie,,nieprawda” na to, co on mówi, że prawda, to mu aż skry z oczulecą, a pięści tak ściska, że mało nie połamie ławki. W sobotę ranodał solda jednemu z pierwszej wyższego oddziału, bo go malcowiktoś zabrał i dzieciak beczał na ulicy, że nie ma za co kupić kajetu.

Od trzech dni ślęczy nad listem, którego już jest osiem karteki który ślicznie wyozdobił piórkiem na imieniny swej matki. Tamatka często przychodzi po niego, tak samo jest duża i tęga jak oni bardzo miła. Nauczyciel patrzy na to ślęczenie, a przechodząckoło jego ławki klepie go po karku jak dobrego, spokojnego malca.

Bardzo go lubię i kocham i rad jestem, kiedy uścisnę w swojejjego wielką rękę, która się wydaje ręką dorosłego człowieka. Przysiągłbym, że naraziłby życie dla ocalenia kolegi, żeby się dał zabić zaniego; jasno to widać w jego oczach; a choć raz w raz coś mruczyswoim grubym głosem, znać, że głos ten idzie z szlachetnego serca.

Węglarz i pan

7. poniedziałek

Z pewnością Garrone nigdy by nie powiedział tego, copowiedział wczoraj rano Bettiemu Karol Nobis. Karol Nobispyszni się, bo ojciec jego jest wielkim panem. Jest to wysoki pan,z dużą czarną brodą, bardzo poważny, który prawie co dzieńprzychodzi odprowadzać syna.

Nobis pokłócił się wczoraj z Bettim, jednym z tych najmniejszych w klasie, synkiem węglarza; a nie wiedząc, co już powiedzieć, bo nie miał racji, zawołał głośno:

— Twój ojciec jest gałganiarzem!

Betti zaczerwienił się po samą czuprynę i nie odrzekł nic,tylko mu łzy nabiegały do oczu, a wróciwszy do domu powtórzyłto ojcu. I oto węglarz, mały człowieczek, cały czarny, ukazał się napopołudniowej lekcji prowadząc chłopca za rękę, ze skargą donauczyciela. Właśnie opowiadał zajście nauczycielowi, a myśmywszyscy słuchali w milczeniu, kiedy ojciec Karola, zdejmując jakzwykle płaszcz z syna w progu klasy, posłyszał swoje nazwisko,wszedł i żądał wyjaśnienia.

— Oto ten robotnik — rzekł nauczyciel — przyszedł skarżyćsię na pańskiego syna, Karola, który powiedział jego chłopcu:,,Twój ojciec jest gałganiarzem”.

Zmarszczył czoło pan Nobis, poczerwieniał na twarzy i obróciwszy się do syna zapytał:

— Czy powiedziałeś te słowa?

Ale syn stojąc pośrodku klasy ze spuszczoną głową naprzeciwmałego Bettiego nic nie odpowiedział.

Wtedy ojciec wziął go za ramię, popchnął ku malcowi tak, żesię prawie trącili o siebie, i rzekł:

— Przeproś go natychmiast!

Węglarz chciał przeszkodzić temu mówiąc:

— Nie trzeba, nie!...

Ale pan Nobis nie zważał na to i zawołał raz jeszcze:

— Natychmiast go przeproś! Rozumiesz?... Powtarzaj zamną! Dalej... „Przepraszam cię za moje słowa ubliżające, głupie,niegodne, jakie powiedziałem przeciw twemu ojcu, którego rękęściskając mój ojciec zaszczycony się czuje”.

Rzucił się biedny węglarz i raz jeszcze chciał przeszkodzić,ale pan Nobis nie ustąpił, aż synek jego cienkim głosem, powoli,nie podnosząc oczu od ziemi, powtórzył przeproszenie to co dosłowa. Wtedy pan podał rękę węglarzowi, który ją silnie uścisnął,po czym zaraz popchnął swego chłopaka w ramiona Karola.

— Uczyń mi pan tę łaskę — rzekł wtedy pan Nobis donauczyciela — i posadź ich w jednej ławce.

Nauczyciel posadził Bettiego przy Karolu Nobis, a kiedy jużbyli na miejscu, ojciec jego ukłonił się i wyszedł.

Węglarz stał przez chwilę, jakby odurzony patrząc na obusąsiadujących z sobą chłopców, potem podszedł do ławki i patrzyłna Nobisa, przyjaźnie a żałośnie, tak jakby mu coś miał dopowiedzenia. Ale nie powiedział nic, tylko wyciągnął rękę, żeby gopogłaskać. I tego przecież nie śmiał; musnął mu więc tylko czołoswymi grubymi palcami, zwrócił się ku drzwiom, a obejrzawszysię raz jeszcze, wyszedł cicho.

— Pamiętajcie o tym, coście tu widzieli, chłopcy — rzekłwtedy nauczyciel — bo to jest najpiękniejsza lekcja tegoroczna!

Nauczycielka mojego braciszka

10. czwartek

Synek węglarza był dawniej uczniem panny Delcati, któraprzyszła dziś odwiedzić mojego słabego braciszka i ze śmiechemnam opowiadała, jak dwa lata temu matka tego chłopca przyniosłajej pełny fartuch węgli, z podziękowaniem za medal, jaki syn jejdostał. Biedna kobieta uparła się, żeby te węgle dać koniecznie,i prawie że płakała, kiedy jej pełen fartuch odnieść przyszło.

I o innej jeszcze kobiecie opowiadała nam panna Delcati. Taznów przyniosła jej bukiet kwiatów, a w bukiecie uwiązanąszmatkę z miedziakami. Bardzośmy się ubawili tym opowiadaniem, a brat mój przełknął jakoś lekarstwo, którego pierwej braćnie chciał.

Hej, trzeba to niemało cierpliwości z tymi wstępniakami!Wszystkim brak zębów jak starym; jeden nie wymawia r, drugi niewymawia s; jeden kaszle, drugiemu krew idzie z nosa; ten upuściłpod ławkę tabliczkę; ten się drze, bo się ukłuł piórem; tamtenbeczy, bo zamiast kajetu nr II kupił kajet nr I. Stu pięćdziesięciutakich jegomościów w klasie, co nie umieją nic, mają ręce jakz masła, a tu ich pisać ucz! A co w kieszeniach za niestworzonerzeczy do klasy przynoszą! Guziki, korki od flaszek, kawałkilukrecji, tartą cegłę, mnóstwo drobiazgów, które nauczycielkaodbierać musi, bo się nimi bawią, a tak umieją chować, że tow pończochach nawet.

A jak nic nie uważają, to strach! Niech bąk wleci przez okno,zaraz wszyscy do niego! A przyjdzie wiosna, to naznoszą zielska,chrząszczów, toto potem lata po klasie, łazi po kałamarzachi smaruje kajety atramentem.

Nauczycielka musi, jak matka, ubierać ich, rozbierać, obwijać im pokłute palce, prostować pogniecione berety, uważać,żeby nie pozamieniali płaszczyków, bo później piszczą i miaucząjak koty!

Biedne nauczycielki! A jeszcze przychodzą matki ze skargami:

— Co to znaczy, proszę pani, że mój chłopiec zgubił pióro?

— Co to znaczy, że mój chłopiec nic a nic się nie nauczyłjeszcze?

— Czemu to pani nie wyjmie z ławki tego gwoździa, o którymój Piotruś rozdarł majtki?

Czasem nauczycielka mego brata wpada w złość z tymichłopakami i gdy już nie może wytrzymać, to palce sobie gryzie,żeby nie dać któremu klapsa. A jak straci cierpliwość, to zaraz jejżal i bierze na kolana dzieciaka i pieści; każe któremu urwisowiiść precz, to potem sama płacze i biegnie kłócić się z rodzicami,którzy dzieciom za karę jeść nie dają.

Panna Delcati jest młoda, wysoka, ładnie ubrana, ma czarnewłosy, jest bardzo żywa, wszystko robi nagle, prędka się zdajei porywcza nawet, ale wzrusza się lada drobiazgiem i ma wtedyglos taki tkliwy!

— Przynajmniej to dobrze, że te bębny panią kochają! — rzekła moja matka.

— Prawda, kochają — odpowiedziała — ale niech no się rokskończy, większa część i nie wspomni nawet. Jak już przejdą donauczyciela, to się wstydzą, że byli w klasie nauczycielki. Podwóch latach trudów, przywiązawszy się do jakiegoś malca,smutno jest rozłączać się z nim, ale się mówi: „No, tego jestempewna, ten mnie kocha!” Ale przechodzą wakacje, chłopiecpowraca do szkoły, biegnę naprzeciw niemu. „Dziecko, mojedrogie dziecko!” A on odwraca głowę w inną stronę.

Tu przerwała nauczycielka.

— Ale ty tak nie zrobisz, maleńki? — rzekła podnosząc się zełzami w oczach i całując mego braciszka. — Ty nie odwróciszgłowy w inną stronę! Prawda? Nie zaprzesz się twojej starejprzyjaciółki.

Moja matka

10. czwartek

W obecności nauczycielki twojego małego brata uchybiłeś szacunku winnego twej matce. Niechże się to niepowtórzy już nigdy, Henryku! Nigdy, pamiętaj o tym!Twoje lekkomyślne i uchybiające słowa przeszyły mi sercejakby ostrze stali.

Myślałem o twojej matce, jak przed laty stała pochylona przez noc całą u twego łóżeczka, licząc twójoddech, płacząc krwawymi łzami bólu i szczękając zębamiz przerażenia na myśl, że cię utracić może. Gdy patrzałemna nią, lękałem się, że rozum utraci, i prawie żem wstrętmiał do ciebie.

I ty obrażasz teraz matkę swoją? Matkę, która byoddała rok własnego szczęścia, żeby okupić jedną godzinętwego bólu? Która by żebrała dla ciebie, gdybyś był głodny,która by się dała zabić, żeby ci ocalić życie.

Słuchaj, Henryku, zapisz sobie dobrze w pamięci tesłowa. Wyobraź sobie, że czeka cię w życiu wiele dniokropnych. Najokropniejszym przecie będzie ten, w którym stracisz matkę. Po tysiąc razy, Henryku, kiedy jużbędziesz mężczyzną, człowiekiem silnym, wypróbowanymwe wszystkich burzach życiowych, uczujesz niezwalczonepragnienie, żeby usłyszeć jej drogi głos i ujrzeć jej otwarteramiona, i rzucić się w nie z płaczem jak biedne dziecko bezopieki i podpory. Z jakimże bólem wspomnisz wtedy każdąkroplę goryczy, jakąś ją napoił! Z jakimże wyrzutempoliczysz je wszystkie, nieszczęsny! Bo nie spodziewaj sięradości w życiu, jeśli zasmucisz swą matkę. Będzieszżałował, będziesz wołał jej przebaczenia, będziesz czcił jejpamięć — daremnie! Sumienie twoje nie da ci spokoju. Jejsłodka, dobra twarz ukazywać ci się będzie z wyrazemsmutku i wyrzutu, które ci duszę na tortury wezmą.

Wiedz, Henryku, że uczucie synowskie jest najświętszym z uczuć. Biada temu, który je podepce.

Morderca, który miłuje swą matkę, ma jeszcze coś szlachetnego w sercu, a najsławniejszy z ludzi, który jej zadaje boleść i obraża ją, jest tylko nikczemnym stworzeniem. Niechżewięc z ust twoich nie wyjdzie nigdy twarde słowo przeciw tej,która ci dała życie. A gdyby kiedykolwiek jeszcze wyjśćmiało, nie strach przed gniewem ojca, ale poryw serca niechcię do nóg jej rzuci, z błaganiem, aby pocałunkiem przebaczenia starła z twego czoła haniebną zmazę niewdzięczności.

Kocham cię, synu mój; ty jesteś najdroższą nadziejąmego życia; ale wolałbym widzieć cię umarłym niźliniewdzięcznym twej matce. Bądź zdrów! A przez czasjakiś nie przychodź do mnie z pieszczotą; nie mógłbymteraz odwzajemnić ci jej z całego serca.

Twój ojciec.

Mój kolega Coretti

13. niedziela

Ojciec mi już przebaczył, ale jeszcze jestem i tak trochęsmutny. Więc mama posyła mnie ze starszym synem odźwiernego, żebym się przeszedł i rozerwał trochę.

W połowie alei przechodząc dziś koło wozu, który sięzatrzymał przed jakimś sklepem, posłyszałem, że ktoś woła namnie po imieniu. Oglądam się, a to Coretti, kolega szkolny,w swojej bluzie brunatnej i w swoim kapeluszu z kociej sierści,spocony i wesół, dźwiga dużą wiązkę drzewa na plecach. Człowiekstojący na wozie podawał mu naręcza drzewa, a on je brał i zanosiłdo sklepu swojego ojca, gdzie je z pośpiechem ciskał na kupę.

— Co ty robisz, Coretti? — pytam.

— Nie widzisz to? — odrzekł wyciągając ręce po nowebrzemię — przepowiadam lekcję!

Rozśmiałem się. Ale on mówił to zupełnie serio i wziąwszynaręcze drzewa zaczął recytować pośpiesznie z pamięci:

— Nazywamy koniugacjami słowa te odmiany, jakim onopodlega według liczby i osoby... — po czym cisnąwszy drzewo nakupę: — i według czasu, do którego się odnosi działanie...

Wtem odwrócił się ku wozowni po nową wiązkę i kończył:

—... oraz według sposobu, jakim się działanie wykonywa.

Poznałem! Była to lekcja gramatyki na jutro zadana.

— Co chcesz? — zawołał Coretti. — Korzystam z czasu, jakmogę. Ojciec mój poszedł po zakupna ze służącym, matka chora,więc sam znoszę drzewo, a tymczasem powtarzam gramatykę.Trudna lekcja dziś wypadła... Nie mogę jakoś wbić jej sobiew głowę! — Tu zwrócił się do woźnicy: — Ojciec powiedział, żeo siódmej tu będzie i wtedy wam zapłaci.

Wóz odjechał.

— Wejdź na chwilę do naszego sklepu! — rzekł do mnieCoretti.

Wszedłem. Była to duża izba, pełna wiązek drzewa i chrustu,z prawej strony od wejścia stała waga.

— Ciężki był dziś dzień — zaczął żywo Coretti. — Powiadam ci, że musiałem odrabiać lekcje po kąseczku, po tycim...Ledwom zaczął pisać zadanie, przybyli ludzie kupować. Ledwomsię zabrał znowu do roboty, aż ci masz, zajeżdża ten z wozem. Dziśrano byłem już dwa razy na placu Weneckim, tam gdzie jest targdrzewny. Nóg nie czuję, powiadam ci, a ręce, jakby mi popuchły... — Tak mówiąc podmiatał wielkim miotliskiem zeschłe liściei wióry, które zaścielały kamienną podłogę izby.

— A gdzież ty odrabiasz lekcje? — spytałem ciekawie.

— Z pewnością nie tu! — odrzekł ze śmiechem. — Pójdź,zobacz!

I zaprowadził mnie do małej stancyjki za sklepem, która byłazarazem kuchnią i jadalnią, tam stał w kącie stół, a na nim książki,kajety i owo rozpoczęte zadanie.

— Patrz! Właśniem zostawił drugą odpowiedź w powietrzu... — I zaczął czytać: — „Ze skóry robi się obuwie, rzemienie”; teraz dodam jeszcze: „tłumoki... walizy...” — Tu chwyciłpióro i zaczął pisać swoim pięknym, kaligraficznym pismem.

Ale w tej samej chwili dał się słyszeć głos wołający w sklepie:

— Jest tam kto? Cóż to, nie ma nikogo?

— Jestem! Idę! — Odkrzyknął Coretti, skoczył do pierwszejizby, odważył drzewo, wziął za nie pieniądze, pobiegł do księgiz regestrami, zapisał kupno i powrócił mówiąc: — Zobaczymy,czy mi się uda dokończyć to zdanie. — I pisał dalej — „... workipodróżne, tornistry dla żołnierzy...”

Wtem krzyknął: — Kawa kipi... — i pobiegł do piecyka, żebyodstawić imbryk od ognia.

— To kawa dla mamy — rzekł wtedy — więc muszę sięstarać, żeby była dobra. Zaczekaj chwilkę, to ją zaniesiemy. Mamasię bardzo ucieszy, jak ciebie zobaczy. Już cały tydzień leżyw łóżku... Aj, do licha! Zawsze sobie palce poparzę tym imbrykiem! Co by tu jeszcze dodać do tych tornistrów dla żołnierzy?Chciałbym jeszcze coś, ale już nie wiem. Pójdźmy do mamy!

Otworzył drzwi i weszliśmy do drugiej małej stancyjki; tamw dużym łóżku leżała matka Corettiego z głową obwiązaną białąchusteczką.

— Przyniosłem kawę, mamo! — rzekł Coretti podającfiliżankę. — A to jest mój kolega szkolny...

— Ach, dobry panicz — przemówiła kobieta — przyszedłodwiedzić chorą, nieprawdaż?

Tymczasem Coretti poprawił matce poduszki, ułożył kołdrę,rozdmuchał ogień na kominku i spędził kota ze skrzynki.

— Nie trzeba ci jeszcze, mamo, czego? — zapytał potemodbierając pustą filiżankę. — A wzięła mama lekarstwo? Jakbybrakło, to zaraz do apteki skoczę. Drzewo złożone. O czwartejnastawię mięso na rosół, jak mama mówiła, a jak przyjdziemleczarka, dam jej osiem soldów. Niech się mama nie turbuje!Wszystko będzie dobrze.

— Dziękuję ci, synku! — odrzekła kobieta. — Biedne drogiechłopczysko moje! O wszystkim pamięta!

Poczęstowała mnie kawałkiem cukru, a Coretti pokazał miobrazek, fotografię swego ojca w mundurze wojskowym i z medalem za waleczność, który dostał w 66 roku służąc pod księciemHumbertem. Ta sama twarz, co i u syna, z tymi żywymi oczymai z tym samym wesołym uśmiechem.

Powróciliśmy do kuchni.

— Mam! — krzyknął Coretti i pobiegłszy do stolika dopisałw swoim kajecie: „... a także uprząż na konie”. — Tak! — rzekłkładąc pióro. — Resztę dokończę wieczorem. Może jeszcze codopiszę później. Szczęśliwyś ty, że możesz się uczyć, kiedy chcesz,i jeszcze masz czas iść na spacer!

I ciągle wesół i żywy, pobiegł do sklepu i kładąc większekawałki drzewa na kozłach przerzynał je w pół piłą i mówił:

— To moja gimnastyka! Prawie to samo, co „ręce naprzód”,,,ręce w tył”! Chciałbym, żeby ojciec zastał już drzewo porżnięte,jak wróci. Byłby kontent. To tylko bieda, że jak rżnę drzewo, topotem ręka mi się trzęsie, a moje t i moje l wyglądają jak małewężyczki. Powiada nauczyciel: „Coś ty, chłopcze, robił, że ci siętak ręka trzęsie?” — „Ja, nic, panie nauczycielu! Fechtowałemsię!!...” Co tam, wszystko głupstwo, byle mama była zdrowa!Dziś jej lepiej, dzięki Bogu! A gramatyki nauczę się jutro rano, jaktylko świtać zacznie... A otóż wóz ze szczapami! Do roboty!

Jakoż przed sklepem zatrzymał się wóz naładowany szczapami. Coretti wybiegł rozmówić się z woźnicą i powrócił zaraz.

— Nie mogę ci już dotrzymać towarzystwa — rzekł mi. — Do widzenia jutro! Dobrześ zrobił, żeś mnie odwiedził! Życzęci miłej przechadzki! Ty, szczęśliwcze!...

I uścisnąwszy mi rękę, chwycił pierwszą szczapę i zaczął sięuwijać między wozem a sklepem, z tą swoją kwitnącą twarzą podberetem z kociej sierści, tak żwawo, że aż patrzeć miło.

„Szczęśliwcze!” — powiedział do mnie... Ach, nie, Coretti,nie! Ty jesteś daleko szczęśliwszy, bo się nie tylko uczysz, alei pracujesz, bo jesteś lepszy, sto razy lepszy i więcej wart ode mnie,mój drogi kolego!

Nasz dyrektor

18. piątek

Bardzo rad był Coretti dzisiejszego ranka, bo na egzaminmiesięczny przyszedł jego nauczyciel z drugiej, Caotti, olbrzymz ogromną kędzierzawą czupryną, z wielką czarną brodą, z wielkimi czarnymi oczyma i z głosem tak srogim, jakby z armat bił.Straszy on zawsze chłopców, że ich w kawałki porąbie, że ich zakark weźmie i do kwestury poprowadzi, i okropnie srogie robiminy, ale żadnego nigdy nie trąci, a nawet uśmiecha się podwąsem nie wiedząc sam o tym. Z Caottim jest nauczycieli ośmiu,licząc w to małego suplenta, który jeszcze wąsów nie ma, sam nauczniaka wygląda.

Jest nauczyciel z czwartej, kulawy, poobwijany wełnianymszalikiem; zawsze go coś boli, a tych bólów to się nabawił wtedy,jak był nauczycielem na wsi i mieszkał w szkole straszniewilgotnej, gdzie na ścianach woda marzła.

Jest i drugi nauczyciel z czwartej, stary, siwiuteńki, którydawniej był nauczycielem niewidomych.

Jest znów jeden wyelegantowany, w okularach, z jasnymifaworytami, którego nazywają adwokacikiem, bo kończył prawoi dostał już dyplom i jeszcze napisał książkę: „Jak trzeba listypisać”. Zupełnie za to odmienny jest ten, który uczy gimnastykii ma minę żołnierską. Bił się pod Garibaldim, ma na szyi bliznęod cięcia szablą z bitwy pod Milazzo.

Jest wreszcie dyrektor, wysoki, łysy, w złotych okularach,z siwą spadającą mu na piersi brodą, czarno ubrany i zawszezapięty aż do ostatniego guzika. Bardzo on jest dobry dlachłopców; a kiedy który co zbroi, a zawołają go do kancelarii, a onidzie cały drżący, nigdy nie krzyknie na takiego, ale go bierze zarękę i tak tłumaczy, że nie powinien źle czynić, że trzeba złegopostępku żałować i przyobiecać poprawę, a mówi tak łagodnie,takim dobrym głosem, że każdy wychodzi z czerwonymi oczamii bardziej zawstydzony, niż gdyby ukarany został.

Biedny dyrektor zawsze jest pierwszy na miejscu od samegorana, oczekując uczniów, rozprawiając się z rodzicami, a kiedynauczyciele już dawno do domu idą, on jeszcze koło szkoły chodzii patrzy, czy się chłopcy nie wieszają u dorożek, u wozów, czy sięnie wałęsają po ulicy, nie zaczepiają kogo, czy nie sypią dotornistrów piasku, nie kładą kamieni. A gdzie się ukaże zza węgłajego postać wysoka i ciemna, tam zaraz się rozbiegają gromadkichłopców grających w piłkę i puszczających latawce, a on im tylkoz daleka pogrozi, z tą swoją twarzą smutną a przyjazną. Matkamoja mówi, że nikt go nie widział śmiejącym się od czasu, jak muumarł syn, który był ochotnikiem w armii, i że zawsze ma przedoczyma jego portrecik na stole w kancelarii. I że po tymnieszczęściu chciał miejsce porzucić i już podanie o dymisję domagistratu napisał i na tym stoliku je gotowe miał, ale odkładał jez dnia na dzień, bo mu żal było rozstać się z uczniami. Ale jednegodnia już się zdecydował, a ojciec mój, który był wtedy w dyrekcji,rzekł:

— Jaka szkoda, panie dyrektorze, że nas pan opuszcza!

A wtem wszedł jakiś pan, ażeby zapisać syna, który przechodził do naszej sekcji z innej, bo rodzice jego zmienili mieszkanie.Zobaczywszy chłopca dyrektor aż się ze zdziwienia cofnął,popatrzył chwilę na chłopca, potem na portrecik przed sobąstojący, potem znów na chłopca, którego przyciągnąwszy międzykolana go wziął i twarz jego podniósł ku sobie. A ten chłopiec byłzupełnie podobny do jego zmarłego syna. Więc powiedział:,,Dobrze”. Zapisał ucznia, pożegnał tego pana i tego chłopcai zamyślił się głęboko. A wtedy ojciec mój powtórzył:

— Jaka szkoda, że nas opuszczasz, dyrektorze!

A on wziął swoje podanie o dymisję, rozdarł na dwoje i rzekł:

— Zostaję!

Obrońca garbuska

23. środa

Nelli, biedny garbusek, nosi zawsze długi, czarny ceratowyfartuch.

Matka jego, mała pani, blondynka, czarno ubrana, przychodzi zawsze na „finis” i żeby nie pchał się między innymi,zatrzymuje go i pieści. Z początku, ponieważ jest tak nieszczęśliwy, że ma garb, wielu chłopców naigrawało się z niego i trącałogo w plecy tornistrami. Ale on to znosił cierpliwie i nic matceswojej nie mówił, gdyżby się martwiła, że jej syn jest pośmiewiskiem kolegów. Więc oni mu dokuczali, a on milczał i płakałoparłszy czoło o ławkę.

Aż raz jak nie skoczy Garrone ze swego miejsca, jak niekrzyknie:

— Pierwszemu, który mi się tknie Nellego, dam przez łebtak, że trzy kozły wywinie w powietrzu!

Zrobiło się cicho. Franti tylko na groźbę nie zważał.

Jakoż Garrone zdzielił go tak, że kochaneczek wywinął trzykozły, a od tego czasu nikt nie tknął garbuska. Nauczyciel też posadził go w tej samej ławce, gdzie Garrone siedział. Okropnie sięten Nelli przywiązał do tego Garronego. Nie wyszedł nigdy, żebynie powiedział: „Bądź zdrów, Garrone!”, a Garrone też tak samo.Jak Nelli upuścił pod ławką książkę lub pióro, zaraz się Garroneschylał, żeby się garbusek nie męczył, i podnosił mu je. I jeszczemu pomagał wszystko w tornistrze poskładać i płaszcz włożyć.

Bardzo go za to Nelli kocha, patrzy w niego ciągle, a jaknauczyciel pochwali Garronego, tak się cieszy, jak gdyby jegosamego pochwalił. Teraz musiał opowiedzieć Nelli wszystkoswojej matce i o tych dokuczaniach dawnych, i o tym, cowycierpiał, i jak się za nim ujął jeden kolega, i jak on go za to kocha.Bo oto co się zdarzyło dziś rano.

Nauczyciel posłał mnie do dyrektora, żebym mu zaniósłprogram lekcji, na jakie pół godziny przed „finis”, i właśnie byłem w kancelarii, kiedy weszła pani z jasnymi włosami i czarnoubrana, matka Nellego, i rzekła:

— Panie dyrektorze, czy jest w klasie mego syna chłopiec,który się nazywa Garrone?

— Jest — odpowiedział dyrektor.

— Czy nie zechciałby pan z łaski swojej przywołać go tutaj,bo mam mu słówko do powiedzenia?

Dyrektor zawołał pedela i posłał go do klasy, a za chwilęstanął w progu Garrone ze swoją roztarganą, wielką głową i z dośćgłupią miną. Zobaczywszy go jednak pani podbiegła ku niemu,objęła za szyję i obsypując pocałunkami jego wielką głowę,mówiła:

— Tyżeś to, Garrone, przyjaciel mego synka, obrońca megobiednego dziecka?! Tyżeś to, drogi, poczciwy chłopcze?... Tyżeśto?...

Po czym gwałtownie zaczęła szukać czegoś po kieszeniachi w woreczku, a nie znalazłszy nic, zerwała z szyi łańcuszekz krzyżykiem i włożyła go na szyję Garronego, pod krawatkę,mówiąc:

— Weź go i noś, na pamiątkę ode mnie, drogi chłopcze! Napamiątkę od matki Nellego, która ci dziękuje i błogosławi ciebie.

Prymus naszej klasy

25. piątek

Garrone zdobył sobie przywiązanie, Derossi zaś uwielbieniewszystkich. Wziął pierwszy medal i ciągle będzie prymusem,także i w tym roku; nikt nie może ubiegać się z nim o pierwszeństwo, wszyscy przyznają mu wyższość we wszystkich przedmiotach.

Jest pierwszy w arytmetyce, w gramatyce, w ćwiczeniach,w rysunku; w lot wszystko pojmuje, ma zadziwiającą pamięć,wszystko mu się udaje bez żadnego trudu, a nauka zdaje się być dlaniego zabawą.

Wczoraj powiedział mu nauczyciel tak:

— Wielkie dary otrzymałeś od Boga, o to się więc tylkostaraj, żebyś ich nie zmarnował.

A przy tym postać piękna, wysoka i te śliczne blond włosyw lokach całe! A tak jest lekki, zręczny, że przeskakuje ławkę,jedną tylko ręką oparłszy się o nią. Umie się już nawet fechtować.

Ma lat dwanaście, jest synem przemysłowca, ma niebieskąbluzę ze złoconymi guzikami, zawsze rześki, wesół, uprzejmy dlawszystkich, przy egzaminach pomaga jak może, i nikt nigdy nieośmielił się być dla niego niegrzecznym lub powiedzieć mu jakiebrzydkie słowo.

Nobis tylko i Franti patrzą na niego krzywo, a Vatinizazdrości ukryć nie może. Ale on sobie z tego nic nie robi.

Wszyscy się do niego uśmiechają i biorą go za rękę albo zaramię, kiedy idzie między ławki odbierać ćwiczenia, z tymwdzięcznym ruchem, który mu jest właściwy. Daje kolegomdzienniki ilustrowane, rysunki, wszystko, co sam dostanie w domu. Kalabryjczykowi zrobił śliczną mapkę Kalabrii. A rozdaje, coma, śmiejąc się niedbale, jak wielki pan, i nie wyróżniając nikogo.

Nie sposób nie zazdrościć mu i nie czuć się czymś mniejszymod niego.

I ja mu, tak samo jak Vatini, zazdroszczę i nawet czuję jakąśniechęć ku niemu, kiedy jeszcze ślęczę nad lekcjami w domu,a pomyślę, że on już wszystko odrobił jak najlepiej i bez żadnegotrudu. Ale gdy przyjdę do szkoły i zobaczę, jaki jest śliczny,wesoły, zwycięski; posłyszę, jak na pytania nauczyciela odpowiada szczerze, pewny siebie, i jaki dla wszystkich grzeczny, i jak gowszyscy lubią, wtedy cała ta gorycz, cała ta niechęć znika z megoserca i wstyd mi jest, żem ich doznawał. Chciałbym wtedy byćciągle przy nim, blisko niego. Chciałbym z nim przejść całą szkołęrazem; obecność jego i głos dodają mi otuchy, chęci do pracy,radości.

Nauczyciel dał mu do przepisania opowiadanie miesięczne,które ma być jutro czytane: „Mała wideta lombardzka”. Przepisałje dziś rano i był wzruszony tym bohaterskim wypadkiem: twarzmiał rozpaloną, oczy wilgotne i usta drżące. A kiedym tak patrzyłna niego, jakże mi się pięknym i szlachetnym wydał. Jakże chętniepowiedziałbym mu szczerze, prosto w oczy:

„Derossi, tyś we wszystkim więcej wart ode mnie! Ty jesteśprawdziwym mężczyzną w porównaniu ze mną! Szanuję cięi podziwiam!”

Mała wideta lombardzka

Opowiadanie miesięczne

26. sobota

W 1859 roku, podczas wojny o oswobodzenie Lombardii,wkrótce po bitwie pod Solferino i San Martino, w której Francuzii Włosi zwyciężyli Austriaków, w piękny poranek czerwcowy małyoddział konnicy z Saluzzo jechał stępa samotną ścieżyną w kierunku pozycji nieprzyjacielskich, bacznie rozglądając się po okolicy.

Oddział prowadził oficer i wachmistrz, a wszyscy jeźdźcypatrzyli daleko przed siebie wytężonym wzrokiem, w zupełnymmilczeniu, spodziewając się lada chwila ujrzeć poprzez zaroślabielejące mundury austriackie. Tak przybyli do małego wiejskiego domku, otoczonego wierzbami; przed nim stał dwunastoletni może chłopczyna strugając nożem gałązkę, z której sobiewidocznie chciał gładki kij zrobić. Z otwartego okna domkupowiewał szeroki trójkolorowy sztandar, ale wewnątrz nie byłonikogo.. Zapewne mieszkańcy wywiesiwszy chorągiew uciekliw obawie przed Austriakami.

Ujrzawszy kawalerzystów, chłopiec odrzucił gałąź i zdjąłczapkę. Był to piękny chłopczyna z ogorzałą twarzą, z dużyminiebieskimi oczyma, z jasnymi długimi włosami, a przez otwartąkoszulę widać było nagie jego piersi.

— Co ty tu robisz? — zapytał oficer zatrzymując konia.

— Dlaczego nie uciekłeś razem z rodzicami?

— Ja nie mam rodziców — odrzekł chłopczyna. — Jestempodrzutkiem, sierotą, co mi kto każe, to robię, a zostałem tutaj,żeby widzieć wojnę.

— A nie widziałeś ty Austriaków?

— Nie. Od trzech dni nie widziałem.

Oficer pomyślał chwilę, zeskoczył z konia i, zostawiającswoich żołnierzy jak byli, zwróconych w stronę nieprzyjaciela,wszedł do domu, a stamtąd wydrapał się na dach. Dom był niski.Z dachu widać było tylko mały kawałek najbliższej okolicy.

Oficer znów myślał przez chwilę patrząc to na otaczające domek drzewa, to na swoich żołnierzy, po czym nagle zapytał chłopca:

— Słuchaj, bąku! Masz ty dobre oczy?

— Ja? — odrzekł malec. — Ja o wiorstę wróbla dojrzę...

— A potrafiłbyś wyleźć na czubek tego drzewa?

— Na czubek tego drzewa? Ja?... Za pół minuty wylezę!

— A umiałżebyś mi powiedzieć, co stamtąd widać? O tam!Chmury kurzawy, błyszczące bagnety, konie?...

— Co bym zaś nie miał umieć.

— A co chcesz za tę usługę?

— Co ja chcę? — powiedział chłopiec i uśmiechnął się.

— Nic nie chcę. Co mam chcieć! A zresztą, dla Szwabów to bymtego za żadne skarby nie zrobił. Ale dla naszych! Przecie ja jestemLombardczyk.

— Dobrze. Właźże prędko!

— Zaraz, tylko trzewiki zdejmę...

Zdjął trzewiki, ścisnął pasek od spodni, rzucił czapkę w trawęi objął pień wierzby.

— Uważaj!... — krzyknął oficer chcąc go powstrzymać, jakgdyby zdjęty nagłym jakimś strachem.

Chłopiec obrócił się i spojrzał pytająco swymi pięknyminiebieskimi oczyma.

— Nic, już, nic — rzekł oficer. — Wyłaź dalej.

Chłopak wdrapywał się jak kot na drzewo.

— Patrzeć przed siebie! — krzyknął wtedy oficer na swoichżołnierzy.

W parę minut był już malec na samym wierzchołku. Uczepiony u samego czuba, stał pośród gęstwiny liści, lecz z piersiąodkrytą, a słońce tak promiennie biło w jego jasną głowę, że byłajak gdyby złota. Oficer zaledwie mógł go dojrzeć, tak się na tejwyżynie maleńki wydawał.

— Prosto przed siebie patrz i daleko! Jak najdalej możesz! — krzyknął ku niemu.

Dosłyszał chłopak i żeby lepiej widzieć puścił się prawą rękądrzewa i do czoła ją od słońca przystawił.

— Co tam widzisz? — zapytał oficer.

Pochylił się chłopak nieco ku niemu i osłoniwszy ręką ustaz jednej strony, żeby głos łatwiej szedł, odpowiedział:

— Dwóch ludzi konnych na wielkim gościńcu.

— Daleko?

— Będzie z pół mili.

— Ruszają się?

— Nie. Stoją.

— I co jeszcze widzisz? — zapytał oficer po chwili milczenia.

— Patrz teraz w prawo!

Chłopiec odwrócił się w prawo, po czym rzekł:

— Niedaleko cmentarza, pomiędzy drzewami coś błyszczy...Coś jakby bagnety...

— A ludzi widzisz?

— Nie. Pewno się w zbożu skryli.

Wtem dał się słyszeć świst kuli, który przeszywszy wysokopowietrze, daleko gdzieś poza domem skonał.

— Złaź, chłopcze! — krzyknął oficer. — Dojrzeli cię! Niechcę już nic więcej! Złaź zaraz!

— Kiedy ja się nie boję!... — odkrzyknął malec.

— Złaź! — powtórzył oficer. — A co widzisz na lewo?

— Na lewo?

— Tak, na lewo!

Chłopiec obrócił głowę w lewą stronę, w tejże chwili drugiświst ostrzejszy i niżej przeszył powietrze. Chłopak wstrząsnął się cały.

— Do kaduka! — zawołał. — Mierzą we mnie jak w drozda... Kulka przeleciała tuż, tuż...

— Złaź! — krzyknął rozkazująco zirytowany oficer.

— Zaraz zlezę! — odrzekł chłopiec. — Tylko żem się o gałąźzahaczył, proszę pana. Na lewo, chciał pan wiedzieć?...

— Na lewo, ale złaź! — krzyknął oficer.

— Na lewo — zawołał chłopiec odwracając się piersią w tęstronę — tam gdzie kaplica, zdaje mi się, że widzę...

Trzeci świst wściekle zatargał powietrzem i nagle chłopakpoczął na dół lecieć chwytając się gałęzi, po czym spadł głową nadół i z otwartymi ramiony.

— Przekleństwo! — krzyknął oficer skoczywszy ku niemu.

Chłopiec leżał na wznak, z szeroko odrzuconymi rękami,nieprzytomny. Krew cienkim pasemkiem sączyła się po lewejstronie piersi. A już wachmistrz i dwaj żołnierze skoczyli z koni.Schylił się oficer, rozerwał chłopcu koszulę — kula karabinowaprzeszyła mu lewe płuco.

— Nie żyje! — krzyknął oficer.

— Owszem, żyje! — odrzekł stary wachmistrz.

— Ach, biedny, dzielny chłopcze! — wołał oficer. — Odwagi! Odwagi!

Ale gdy tak mówił „odwagi” i przyciskał mu swoją chustkąranę, chłopczyna przymknął oczy i opuścił głowę. Umarł.

Zbladł oficer i patrzył na niego przez chwilę, potem mu głowęmiękko na trawie położył, podniósł się, stanął nad nim i znówpatrzył. Wachmistrz i dwaj żołnierze patrzyli także na chłopcastojąc nieruchomo. Inni zaś zwróceni byli ku nieprzyjacielowi.

— Biedny chłopczyna! Biedne, dzielne dziecko! — powtarzał oficer smutnie.

Po czym zbliżył się do domu, wziął z okna trójkolorowąchorągiew i okrył nią jak całunem małe nieżywe ciałko, zostawiając odsłoniętą twarz tylko. Wachmistrz położył przy zmarłym jego trzewiki, czapkę, kijek na pół ostrugany i nożyk.

Stali tak jeszcze nad nim przez chwilę w milczeniu, po czymoficer zwrócił się do wachmistrza i rzekł:

— Przyślemy po niego ambulans wojskowy. Zginął jakżołnierz. Pochowają go żołnierze! Będzie miał pogrzeb wojskowy!

To powiedziawszy przesłał ręką pocałunek od ust umarłemui krzyknął:

— Na koń!

Skoczyli wszyscy na siodła, oddział się połączył i ruszyłdrogą.

A w kilka godzin później mały poległy odbierał honorywojskowe.

O zachodzie słońca posunęły się przednie straże włoskieszeroko rozwiniętym frontem ku nieprzyjacielowi, a na drodze,którą przebiegał z rana oddział kawalerii, posuwał się dwomaszeregami wielki batalion bersalierów, którzy kilka dni przedtemmężnie zdobyli Wzgórze Św. Marcina.

Wiadomość o śmierci chłopca doszła już tych walecznychżołnierzy, zanim opuścili swój obóz. Ścieżyna biegnąca wzdłużjasnego strumienia o kilka tylko kroków oddalona była od małegodomku.

Więc kiedy pierwsi oficerowie tego batalionu zobaczylimałego trupka, jak leżał u stóp drzewa, przykryty trójkolorowymsztandarem, oddali mu pokłon szpadami; jeden zaś z nich schyliłsię nad brzeg strumyka, zerwał parę kwiatów, których tam byłopełno, i rzucił zmarłemu. Tak zaraz inni bersalierzy, jak szli, taksię schylali, rwali kwiaty i rzucali je tak samo. W kilka minut ciałochłopczyny było nimi zupełnie pokryte, a oficerowie i żołnierzeidąc tak mówili:

— Brawo, mały Lombardczyku!...

— Żegnaj, chłopczyno!

— Niech żyje sława!

— Żegnaj, mały żołnierzu!...

Wtem jeden z oficerów rzucił mu swój medal zasługi. Innyznów pochylił się i ucałował zimne czoło chłopca. A kwiaty padałyciągle na bose nożyny, na piersi skrwawione, na jasną główkę jego.

A on jak gdyby spał na trawie, otulony w sztandar, z tą białątwarzą, cichy, uśmiechnięty... właśnie jak gdyby czuł biednychłopczyna tę pośmiertną sławę i jak gdyby był rad, że życie oddałza Lombardię swoją.

Ubodzy

29. wtorek

Dać życie za ojczyznę, jak mały Lombardczyk,wielka to zasługa; ale nie gardź i małymi zasługami, synu.Dziś rano, idąc przede mną, gdyśmy wracali ze szkoły,przeszedłeś koło ubogiej kobiety, która trzymała na kolanach blade, mizerne dziecko i która cię o jałmużnę prosiła. Spojrzałeś na nią i nie dałeś jej nic, choć miałeś w kieszenipieniądze.

Słuchaj, dziecko! Nie przyzwyczajaj się przechodzićobojętnie mimo nędzy, która rękę wyciąga do ciebie; a tymbardziej mimo matki, która o grosz dla dzieciątka prosi.Pomyśl tylko, że może to maleństwo było głodne, pomyślo trosce tej biednej kobiety. Pomyśl, jakby własnej twojejmatce serce łkało w piersiach, gdyby ci musiała powiedziećkiedy: ,,Henryku, nie mam dziś nic dla ciebie”. Nawetkawałka chleba... Pomyśl tylko!

Kiedy dam grosz żebrakowi, on powie: „Niechaj Bógda zdrowie pani i jej dzieciom!” — nie uwierzysz, jakąsłodycz mam w sercu po tych słowach i jaką wdzięcznośćdla tego ubogiego czuję. Zdaje mi się, że naprawdę życzenieto zachowa mi zdrowie na długo, i rada wracam do domu,i myślę: „Ach, ten biedak dał mi daleko więcej, niżeli jajemu!”

Czyń więc, moje dziecko, tak, żebym czuła niekiedy,że ty sam wywołujesz i sprowadzasz na mnie taką dobrąwróżbę! Wyjmij od czasu do czasu grosz jaki z twegomałego woreczka i daj go to starcowi bez opieki, to matcebez chleba dla dzieci, to dziecku sierocie...

Ubodzy cieszą się bardzo z jałmużny dzieci, bo onaich nie upokarza, a i dlatego, że dzieci są jakby podobne donich, bo też nie posiadają nic swego. Wszak widzisz, jakzawsze pełno jest ubogich przed szkołą.

Jałmużna dorosłych jest czynem litości, ale jałmużnadziecka jest i czynem litości, i jakby pieszczotą. Rozumieszmnie? To jak gdyby z jego ręki upadł razem i grosik,i kwiatek.

Pamiętaj, że tobie nie zbywa na niczym, a imwszystkiego brakuje, że ty pożądasz szczęścia, a oni— tego tylko, by nie umrzeć z głodu. Pomyśl, jaka tozgroza, że pośród tylu bogactw i pałaców, na ulicach,którymi przejeżdżają karety i przechodzą dzieci w aksamitach, spotkać można kobiety i dzieci nie mające co jeść.Nie mieć co jeść! Boże mój! Nie jestże to straszne?! Tacychłopcy jak ty, tak samo jak ty dobrzy i roztropni, którzyw pośrodku wielkiego miasta łakną pożywienia jak dzikiezwierzęta w pustyni!

Nigdy już, nigdy więcej, mój Henryku, nie przejdźokoło żebrzącej matki nie dawszy jej choćby grosika doręki.

Twoja matka.

Grudzień

Handlarz

1. czwartek

Mój ojciec chce, żebym każdego wolnego dnia zaprosił do nasktóregoś z kolegów albo też któregoś odwiedził i żebym się tymsposobem ze wszystkimi bliżej zapoznał. W niedzielę pójdę naspacer z Vatinim, tym elegancikiem, co się raz w raz muska i takDerossiemu zazdrości. A dziś to przyszedł do nas Garoffi, tendługi, chudy, co to ma nos jastrzębi i takie małe, bystre oczki, żezdają się wszystko na wylot świdrować.

Ten Garoffi ma zwyczaj ciągle liczyć pieniądze, jakie maw kieszeni. Umie też nadzwyczaj prędko rachować na palcach,dodawać, odejmować i bez tabliczki każde mnożenie zrobi. Jeston synem kupca towarów kolonialnych i bardzo oryginalnymtypem, powiada ojciec. Zbiera grosz do grosza, ma już własnąksiążeczkę oszczędności w naszej szkolnej kasie. Jest skąpy, niewyda nigdy na nic grosza, a upadnie mu szeląg pod ławkę, to gobędzie tygodniami szukał, dopóki nie znajdzie. „Czyni jak sroka”— powiada Derossi. — Wszystko, co znajdzie: spisane pióra,zużyte marki, opałki świec, wszystko chowa. Od dwóch już latzbiera marki pocztowe i ma już ze sto sztuk z różnych krajóww dużym albumie, który ma zamiar potem, jak będzie pełny,sprzedać księgarzowi. A tymczasem darmo dostaje od tegoksięgarza kajety, bo przyprowadza do sklepu chłopców, żeby tamkupowali.

W szkole ciągle handluje; co dzień urządza zamiany, loterie,wyprzedaże, a potem żałuje, że się zamienił, i chce z powrotemodbierać, co jego. Co kupi za dwa grosze, to sprzeda za cztery.Grywa w piórka, w guziki i nie przegra nigdy. Stare gazetysprzedaje sklepikarzowi z tabaką; ma kajecik, w którym zapisujewszystkie swoje interesy, a na każdej stronie pełno dodawaniai odejmowania.

W szkole uczy się naprawdę chętnie tylko arytmetyki, a jeżelipragnie dostać medal, to tylko dlatego, żeby mieć wolny biletwstępu do teatru marionetek.

Mnie on się podoba, bo mnie bawi.

Bawiliśmy się w targ, dostaliśmy ze spiżarni ciężarki i wagi.Nie mogłem się nadziwić, jak on zna cenę wszystkiego, jak wie, copo ile sprzedać, jak się rozumie na wadze i jak zręcznie robipapierowe tutki. Zupełnie jak duży kupiec. Powiada, że jak tylkoskończy szkołę, zaraz sklep założy, jakiś zupełnie nowy handel,który sam wymyślił. Bardzo był rad, że mu dałem trochęzagranicznych marek, i powiedział mi od razu, po ile którą płacąkolekcjoniści. Kiedyśmy się bawili, mój ojciec udawał, że czytagazetę, ale widziałem, że słucha, uśmiecha się i zajmuje nim.

A zawsze ma kieszenie wypchane swoim towarem i przykrywa je swoim długim płaszczem i zawsze jest roztargnionyi zaaferowany, zupełnie jak kupiec. Ale najbardziej to mu już nasercu jego marki leżą. Ten zbiór to jego skarb i ciągle o nim mówi,jak gdyby na nim majątek miał zrobić. Koledzy nazywają gosknerą i lichwiarzem. Ja tam nie wiem! Lubię go, bo niejednegosię przy nim uczę i zdaje mi się mężczyzną.

Coretti, syn przekupnia drzewa, powiada, że on by tychswoich marek nie dał nawet dla uratowania życia matki. Ale mójojciec nie wierzy temu.

— Wstrzymaj się jeszcze z sądem o tym chłopcu — rzekłmi. — Prawda, ma on brzydką pasję, ale ma i serce.

Próżność

5. poniedziałek

Byłem wczoraj na spacerze w alejach Rivoli z Vatinim i z jego ojcem. Przechodząc przez ulicę Wielkozłotą zobaczyliśmyStardiego, tego, co to daje kuksy, gdy mu się przeszkadzaw szkole. Stał jak słup przed oknem księgami, z oczyma wlepionymi w kartę geograficzną, i kto wie, odkąd już tam stał,bo on się i na ulicy uczy. Ledwo że nam się odkłonił, ten parobas.

Vatini był ślicznie ubrany i nawet zanadto wystrojony.Miał safianowe buciki czerwono wyszyte, haftowaną kurtkęz jedwabnymi potrzebami, biały filcowy kapelusik i zegarek. Ajak się pysznił! Ale mu tym razem na złe próżność wyszła.

Przebiegłszy kawał alei i zostawiwszy daleko za sobą ojcajego, który szedł powoli, zatrzymaliśmy się przy kamiennej ławce,obok jakiegoś skromnie ubranego chłopca, który zdawał się byćzmęczony i wypoczywał ze schyloną głową. Jakiś pan, którypewno był jego ojcem, chodził tam i na powrót pod drzewemi czytał gazetę. Usiedliśmy. Vatini usiadł między mną a chłopcem.I zaraz przypomniał sobie, że jest wystrojony, i chciał, żeby go tenchłopiec podziwiał i żeby mu zazdrościł, podniósł więc nogęi rzekł do mnie:

— Widziałeś moje buciki węgierskie?

Nie tyle mu o mnie szło, tylko żeby ten drugi patrzał. Alechłopiec ani spojrzał nawet. Więc spuścił nogę i pokazującjedwabne szamerowanie swojej kurtki rzekł, spojrzawszy spodoka w stronę chłopca, że mu się to szamerowanie jakoś nie podobai że chce je zamienić na złote guziczki. Ale chłopiec i naszamerunki nie patrzał.

Zaczęło to niecierpliwić Vatiniego, wyciągnął więc zegarek,otworzył go i pokazywał mi kółka i sprężyny. Ale tamten niepodniósł nawet głowy.

— Czy to srebro pozłacane? — spytałem.

— Nie — odrzekł Vatini — to złoto.

— Ale przecież zegarek nie jest cały ze złota — rzekłem na to — musi tam być w nim i srebro.

— Ale nie!... — odpowiedział. I aby zmusić chłopca dopatrzenia, podsunął mu zegarek pod samą twarz i rzekł: — Powiedz sam... Spojrzyj! Czy nieprawda, że cały jest złoty?

A chłopiec odpowiedział krótko:

— Nie wiem.

— Ho, ho! — zawołał Vatini. — Jaki pyszny!

A kiedy to mówił, zbliżył się jego ojciec, popatrzył przezchwilę na tego chłopczyka, a potem rzekł porywczo synowiswemu:

— Milcz! — a schyliwszy mu się do ucha dodał: — Jestślepy!

Vatini skoczył na równe nogi z przestrachem i spojrzałchłopcu w twarz. I prawda! Źrenice jego były szklane, bez wyrazu,bez spojrzenia...

Zawstydził się okropnie Vatini i stał bez słowa spuściwszyoczy na ziemię, po czym wyjąkał:

— Bardzo żałuję... Nie wiedziałem...

Ale niewidomy chłopczyk, który wszystko zrozumiał, rzekłz melancholijnym i miłym uśmiechem:

— Oh, nic nie szkodzi!

Więc tak: Vatini jest próżny, ale nie ma złego serca. Jakożprzez całą powrotną drogę nie roześmiał się ani razu.

Pierwszy śnieg

10. sobota

Bądźcie zdrowe, spacery na Rivoli! Zawitał do nas dobryprzyjaciel chłopców! Zawitał pierwszy śnieg!

Już od wczorajszego wieczora padał miękkimi, szerokimipłatkami, jak kwiatki białych balsamin. Rozkosz była patrzeć dziśrano w szkole, jak puchem osypał szyby i futryny okien; nawetnauczyciel patrzył i zacierał ręce i wszyscyśmy byli radzi, myśląco kulach ze śniegu, o ślizgawce i o ogniu na kominku w domu.Jeden tylko Stardi nie dbał, zagłębiony nosem w książce i obiemapięściami podpierając głowę.

A jak było ślicznie przy wyjściu! Jaka zabawa. Wszyscypędzili przez ulicę krzycząc, nabierając pełne garście śniegu,lepiąc kule i buchając w kupy śniegu jak psiaki w wodę.

Rodzice, którzy czekali przed szkołą, mieli parasole białe,a miejska straż białe kaski, po chwili i tornistry nasze były białe.A my wszyscy jakbyśmy powariowali z uciechy. Nawet Precossi,syn kowala, ten blady, co to się nigdy nie śmieje, rozochocił sięjakoś; nawet Robetti, co to ocalił wstępniaka, skakał biedaczysko na swoich kulach.

Kalabryjczyk, który śniegu jak żyje nie widział, ugniótł sobiez niego kukiełkę i zaczął jeść jakby brzoskwinię. Crossi, synzieleniarki, natkał go sobie w tornister, a z Mularczyka tośmyo mało nie popękali ze śmiechu, kiedy mój ojciec go zaprosił, żebydo nas jutro przyszedł — bo miał pełną gębę śniegu, nie śmiałwypluć, nie mógł połknąć i stał tak, dusząc się i nie mogącprzemówić ni słowa. I nauczycielki wybiegły z klas pędem,śmiejąc się i żartując. Moja nauczycielka z pierwszej wyższejbiegła biedaczka wśród śnieżycy, zakrywszy twarz zieloną swojąwoalką, mocno kaszląc. A tymczasem ze sto dziewcząt wyleciałoz żeńskiego oddziału i piszcząc z uciechy pędziło po tym białymdywanie, a nauczyciele i pedele wszyscy krzyczeli:

— Do domu! Do domu!

Ale widziałem dobrze, że i sami łykali śnieg garściami, bielącsobie wąsy i brody, i sami śmiali się z tych awantur, któreśmywyprawiali witając zimę.

Witacie zimę... Ale przecie są dzieci, które nie mająani płaszczów, ani butów, ani ognia w domu. I takich jesttysiące, którzy idą w dzień mroźny daleko ze wsi do szkoły,niosąc w odmrożonych do krwi rękach kawałek drzewa,żeby ogrzać szkolną izbę. I setki szkół są jakby zagrzebanew śniegu, szare i nagie jak piwnice, gdzie dzieci duszą się oddymu, a zębami od zimna szczękają, z przerażeniempatrząc na te białe płatki, które sypią się bez końca a sypiązawiewając drogi i chaty dalekie, grożąc w górach lawinąśmiertelną...

Witacie zimę, chłopcy! Pamiętajcież, że jest tysiącedzieci, którym ona przynosi nędzę i śmierć z sobą.

Twój ojciec.

Mularczyk

11. poniedziałek

Przyszedł dziś do nas Mularczyk w ubraniu przerabianymz ojcowskiego, jeszcze białym od gipsu i wapna. Więcej sobie mójojciec życzył tych odwiedzin niżeli ja nawet. Bardzo się chłopcemucieszył. Jak tylko wszedł, zaraz zdjął ten obszarpany kapelusz,cały zresztą mokry od śniegu, i wsadził go w kieszeń; po czymszedł przez pokój tym swoim ociężałym krokiem spracowanegorobotnika, który przejął w domu, zwracając to tu, to tam tę swojątwarzyczkę okrągłą jak jabłko, z tym noskiem jak mały kłębuszek,a kiedy wszedł do sali rysunkowej, spojrzał wokół na sprzętyi zatrzymawszy wzrok na obrazku, przedstawiającym Rigoletta,garbatego błazna, zrobił raptem zajęczy pyszczek, jeden z najlepszych, jakie mu się kiedy udały. Nie! Ani sposób wstrzymać się odśmiechu, jak zrobi zajęczy pyszczek!

Zaczęliśmy się bawić drewienkami; jest niezmiernie zręcznyw ustawianiu bram i mostów, które zdają się cudem jakimśtrzymać, a stawia je bardzo cierpliwie i z powagą dorosłegoczłowieka.

Między zbudowaniem jednej bramy a drugiej opowiadał mio swojej rodzinie. Mieszkają na poddaszu, a ojciec jego chodzi dowieczornej szkoły i uczy się czytać.

Muszą go rodzice kochać, bo choć ubogo ubrany, ale odzimna dobrze zabezpieczony, ciepło odziany, w wełnianym szaliku, który mu na szyi zawiązała matczyna ręka. Powiadał mi, żejego ojciec jest bardzo wysoki, jak olbrzym jaki, i musi się zawszewe drzwiach schylać wchodząc — ale jest dobry i nie woła na niegoinaczej jak „zajęczy pyszczek”. A syn taki maluśki.

O czwartej zjedliśmy razem podwieczorek, chleb z powidłami, siedząc na sofie. A kiedyśmy się podnieśli, ojciec nie dał miwyczyścić tej białej plamy, którą Mularczyk zrobił na sofie swoimzawapnionym odzieniem. Zatrzymał mnie za rękę, a potem samwyczyścił po kryjomu.

Bawiąc się Mularczyk oberwał guzik u swojej kapoty, alemoja mama zaraz mu go przyszyła; a on się zaczerwienił, stałbardzo zdziwiony i pomieszany widząc ją szyjącą, prawie żeoddychać nie śmiał. Potem dostaliśmy do oglądania albumz karykaturami, a on, nie spostrzegając tego, sam naśladowałwykrzywienia różnych twarzy tak wybornie, że nawet mój ojciecnie mógł się wstrzymać od śmiechu.

Tak był rad wychodząc od nas, że zupełnie zapomniałwyciągnąć z kieszeni swego obszarpanego kapelusza i włożyć gona głowę, a kiedy już był na podwórzu, raz jeszcze zrobił — żebymi okazać swą wdzięczność — wspaniały zajęczy pyszczek.

Mularczyk nazywa się Antoś Rabucco, ma osiem lat i osiemmiesięcy.

Czy wiesz, mój synu, dlaczego nie chciałem, żebyśczyścił sofę? Bo gdybyś ją był czyścił przy swoim koledze,wyglądałoby to na wyrzut dla niego, że ją zabrudził. A tobyłoby źle z dwóch powodów: bo, po pierwsze, nie zrobiłtego naumyślnie, a po drugie, bo ją ubielił ubraniem zeswego ojca, który te plamy wapna przyniósł do domuz bardzo ciężkiej pracy. A to, co się z pracy przynosi, nigdynie jest brudem. Jest kurzem, jest wapnem, jest farbą, jestwszystkim, co chcesz, ale nigdy brudem.

Praca — nie brudzi. Nie mów nigdy o robotnikuwracającym od pracy: „Jest brudny” — ale mów: „Ma naswojej odzieży ślady swojej pracy”. — Pamiętaj o tym.A co do Mularczyka, to jest miły chłopczyna i chciałbym,żebyś go lubił: najpierw dlatego, że jest twoim kolegą,a potem dlatego, że jest synem robotnika.

Twój ojciec.

Śnieżna kula

16. piątek

A śnieg pada i pada!

Zdarzył się brzydki wypadek z tym śniegiem dziś rano przywyjściu ze szkoły. Gromada chłopców zaledwie wypadłszy naCorso zaczęła ciskać kulami ze śniegu; a śnieg już topniał i kulez niego były ciężkie i twarde jak kamień.

Na trotuarze było dużo ludzi. Jakiś pan krzyknął:

— Na bok, malcy! — a w tej samej chwili dał się słyszeć ostrykrzyk po drugiej stronie ulicy i zobaczyliśmy jakiegoś chwiejącegosię staruszka, któremu kapelusz spadł z głowy i który sobie twarzrękami zakrył, a jakiś chłopczyk przy nim krzyczał: „Ratunku!Ratunku!” — Zlecieli się ludzie z różnych stron, patrzą, a tegostaruszka kula śnieżna trafiła w samo oko.

Chłopcy rozbiegli się jak wiatr. Ja stałem przed drzwiamiksięgarni, do której wszedł mój ojciec, i zobaczyłem, jak ni stąd, nizowąd przybiegło tam kilku moich kolegów i też stanęło udając, żepatrzą na wystawę książek. Był tam Garrone, ze zwykłą pajdąchleba w kieszeni, Coretti, Mularczyk i Garoffi, ten od pocztowych marek.

Tymczasem koło starca uczynił się tłum, a strażnik miejskiikilku innych ludzi biegało to tu, to tam, grożąc i dopytując się:

— Kto to zrobił? Który z was? Czyś ty rzucił? Gadajciezaraz, kto taki? — I oglądali chłopcom ręce, który miał mokre odśniegu. Garoffi stał najbliżej mnie. Zdawało mi się, że drży i że matwarz bladą jak nieżywy.

— Kto rzucił?... Który z was? — krzyczą dokoła nas ludzie.A wtedy posłyszałem, jak Garrone mówił Garoffiemu z cicha:

— Idź, przyznaj się! Byłoby podle z twojej strony pozwolić,żeby przytrzymali innego.

— Ale ja nieumyślnie... — odszepnął Garoffi drżąc jak liśćna wietrze.

— To nic nie znaczy! Uczyń, coś powinien! — powtórzyłGarrone.

— Ale kiedy ja się boję!...

— Nie bój się! Pójdę z tobą.

A tymczasem strażnicy coraz głośniej krzyczeli:

— Kto rzucił?... Który rzucił?... Okulary mu do oka wbili!Oślepili go! Zbóje!...

Myślałem, że Garoffi w ziemię się zagrzebie.

— Pójdź! — rzekł do niego zdecydowany na wszystkoGarrone. — Będę cię bronił!

I chwyciwszy jego ramię popchnął go naprzód podtrzymującgo, jak chorego, własnym ramieniem.

Spostrzegli to ludzie, zrozumieli i kilku ich przyleciałoz podniesionymi pięściami. Ale Garrone zastawił go sobą i rzekł:

— Cóż to? W dziesięciu idziecie na jednego chłopca?

Więc się zaraz wstrzymali, usunęli się, a strażnik wziął zarękę Garoffiego i zaprowadził go przeciskając się przez tłum dosklepu z makaronem, gdzie opatrywano rannego. Zobaczywszygo teraz z bliska poznałem zaraz, że to był ten stary urzędnik,który w naszym domu, na czwartym piętrze, z synowcem swoimmieszkał.

— Ja nienaumyślnie! — wolał Garoffi, na pół umarły zestrachu. — Ja nienaumyślnie!...

Dwóch czy trzech ludzi popychało go gwałtownie, krzycząc:

— Do ziemi czołem! Proś o przebaczenie!

I rzucili go na podłogę. Ale w tejże chwili podniosło go dwojesilnych ramion, dał się słyszeć głos męski:

— Nie, panowie!

Był to nasz dyrektor, który wszystko widział.

— Kiedy miał odwagę przyznać się — mówił dalej — nikt niema prawa poniewierać nim!

Wszyscy stanęli cicho.

— Proś o przebaczenie! — rzekł teraz dyrektor do Garoffiego, który wybuchnął płaczem, obejmując kolana starca.

A ten poszukawszy ręką jego głowy pogłaskał go po włosach.

Wtedy odezwały się wzruszone głosy:

— Idź, chłopcze, do domu! Idź! Wracaj!

A ojciec mój pociągnął mnie z dala od tłumu i tak w drodzemówił:

— Henryku! Czy ty w podobnym wypadku zdobyłbyś się naodwagę, żeby spełnić obowiązek i wyznać winę?

— Tak — odpowiedziałem.

A ojciec:

— Dajże mi, synu, słowo uczciwego i honorowego chłopca,że byś to uczynił.

— Daję ci słowo, mój ojcze!

Nauczycielki

17. sobota

Okropnie się dziś Garoffi bał czekając wielkiej bury odnauczyciela, a tymczasem nauczyciel nie przyszedł, zastępcytakże nie było, a do klasy przyszła pani Cromi, najstarszaz nauczycielek, która ma dwóch dorosłych synów, a uczyła czytać i pisać niejedną z tych pań, które teraz odprowadzają swojedzieci do naszej szkoły. Była smutna dzisiaj, bo jeden z jej synówjest chory.

Jak tylko weszła, zaraz chłopcy zaczęli dokazywać i hałasować. Ale ona, głosem cichym i spokojnym, rzekła:

— Szanujcie moje białe włosy. Nie tylko nauczycielką, alei matką jestem.

Więc żaden już ani nie pisnął, nawet ten cygańczuk Franti,który tak lubi psocić cichaczem.

A do klasy pani Cromi posłana została panna Delcati,nauczycielka mojego braciszka, a na miejsce panny Delcati ta,którą nazywają „zakonnicą” — bo zawsze jest ciemno ubrana i magłosik tak cichy, że kiedy mówi, to się zdaje, że szepce pacierze.

I trudno pojąć, mówi moja matka, bo taka łagodna jest, takatrwożliwa, z tym swoim słabym, zawsze równym głosem, któryledwo że dosłyszeć można, nie krzyczy, nie gniewa się nigdy,a przecież umie utrzymać uczniów swoich tak, że nawet największe urwisy pochylają głowę, jak tylko im pogrozi palcem, a w klasiejej tak zawsze cicho jak w kościele. To pewno i dlatego takżemówią na nią: zakonnica.

Ale ja najlepiej lubię tę małą nauczycielkę z pierwszej niższej,nr 3, która ma twarzyczkę jak róża, dwa śliczne dołeczki w policzkach, nosi duże czerwone pióro na kapelusiku, a krzyżyk bursztynowy na szyi.

Zawsze wesoła i w klasie jej zawsze wesoło. Ciągle sięuśmiecha, krzyczy na swoich malców tym swoim srebrnymgłosikiem, co to jakby śpiewa; uderza laseczką w stół i klaszczew ręce, żeby uczniom nakazać milczenie, a gdy wychodzą, biegniejak mała dziewczynka to za tym, to za owym, żeby ich ustawićw rzędzie, jednemu podnosi kołnierz, drugiemu zapina płaszczyk,żeby się nie zaziębił który, odprowadza ich do rogu ulicy, żeby sięnie pokłócili, błaga rodziców, żeby ich nie karali w domu, przynosipastylki tym, co mają kaszel, pożycza swojej mufki, gdy któremuręce zmarzną — i umęczona jest przez tych najmniejszych, którzyjej się uwieszają u sukni i chcą, żeby całowała, ciągnąc ją za welon,za mantylkę. I pozwala im na to wszystko, i całuje, i śmieje się,i biegnie do domu roztargana, z gołą szyją, spocona i uśmiechnięta, z tymi ślicznymi dołeczkami w twarzy i z swoim czerwonympiórem. Uczy także rysunków w oddziale dziewcząt, a pracą swojąutrzymuje matkę i brata.

W domu zranionego

18. niedziela

A przy nauczycielce z czerwonym piórem mały siostrzeniec starego urzędnika, co mu to Garoffi zranił oko swoją kuląśniegu.

Widziałem go dzisiaj w domu wuja, który go tak kocha jakrodzone dziecko.

Właśnie skończyłem miesięczne opowiadanie na przyszłytydzień: „Mały pisarczyk z Florencji”, które mi nauczyciel dał doprzepisania, kiedy mi ojciec rzekł:

— Pójdźmyż na górę, na czwarte piętro, zobaczyć, co siędzieje z okiem tego pana.

Poszliśmy. W pokoju prawie że zupełnie ciemnym leżał starypan, a raczej siedział w łóżku, obłożony poduszkami wysoko podplecy. W głowach siedziała jego żona, a w kącie bawił się ten małysiostrzeniec.

Stary pan miał zawiązane oko.

Bardzo był rad mojemu ojcu, prosił go, żeby usiadł, i mówił,że mu jest lepiej, że oka nie tylko nie straci, ale za kilka dnizupełnie wydobrzeje na nie.

— Wypadek był — dodał łagodnym głosem — i bardzo miżal, że się ten biedny chłopiec tak przeraził.

Potem zaczął mówić o doktorze, który miał zaraz przyjśći opatrzyć oko. Jeszcze nie skończył, kiedy dzwonek zadzwoniłu drzwi.

— Doktor przyszedł — powiedziała pani.

Wtem otwierają się drzwi i... kogóż widzę? Garoffiegow swym długim płaszczu, jak stoi w progu ze spuszczoną głowąi wejść nie śmie.

— Kto to? — pyta się chory.

— To ten uczeń, który rzucił kulę — rzecze mój ojciec.

A stary pan na to:

— O, biedny chłopcze, a pójdżże tu bliżej! Przyszedłeśdowiedzieć się o zdrowiu zranionego, nieprawdaż? Lepiej mi,bądź spokojny, lepiej! Prawie zupełnie dobrze. Przybliż się,dziecko!

Ale Garoffi tak był zmieszany, że ledwo do łóżka trafił.Zbliżył się wreszcie powstrzymując łkanie, a kiedy stary pangłaskał go i pieścił, nie mógł przemówić słowa.

— Dziękuję ci! — rzekł starzec. — Idź, powiedz ojcu i matce,że wszystko już dobrze i niech się nie martwią.

Ale Garoffi nie ruszał się z miejsca, a ja zaraz zmiarkowałem,że coś powiedzieć chce, a tylko nie śmie. I stary pan teżzmiarkował.

— Cóż mi powiesz? Czego chcesz?

— Ja... niczego.

— No, to bądź zdrów, chłopcze! Do zobaczenia! Idź w spokoju.

Garoffi oddalił się ku drzwiom, ale rychło stanął i obrócił siędo małego siostrzeńca, który poszedł za nim i patrzył na niegociekawie.

Nagle wyciągnął coś spod płaszcza i dał chłopcu do rękimówiąc prędko: — To dla ciebie... — i wyleciał jak oparzony zadrzwi.

Chłopczyna przyszedł do łóżka niosąc pakiet, na którym byłonapisane: „Daruję ci to”. Spojrzałem do wnętrza i aż krzyknąłemze zdumienia. Był to sławny album ze zbiorem marek pocztowychbiednego Garoffiego, ów album, o którym tyle zawsze gadał,w którym pokładał wszystkie swoje nadzieje i który go tyle trudówkosztował. Skarb to był, połowa życia jego, a przecież oddał go,biedaczysko, na okup swej winy!

Mały pisarczyk z Florencji

Opowiadanie miesięczne

Przechodził kurs czwartej klasy w szkole elementarnej.Śliczny to był Florentczyk, z czarnymi włosami a białą twarzą,najstarszy syn pewnego urzędnika kolei żelaznych, który mającliczną rodzinę a małą pensję żył w niedostatku.

Ojciec kochał go bardzo. Pobłażliwy był dla niego i dobry.Pobłażliwy we wszystkim, tylko nie w tym, co dotyczyło szkoły.Na tym punkcie był surowym i wymagającym, bo chłopiec musiałnauki kończyć jak najprędzej i jak naprędzej objąć jakiś urząd,żeby pomagać rodzinie. A wiadomo, że kto chce prędko cośznaczyć, musi tęgo pracować i nie tracić czasu. Więc choć sięchłopiec uczył dobrze, ojciec jeszcze go i tak do nauki zapędzał. Bosam już nie bardzo był młody, a w ciężkiej pracy czuł siępostarzałym przedwcześnie.

Niemniej jednak, choć nią tak obarczony w swym urzędzie,brał jeszcze to stąd, to zowąd jakąś poboczną pracę, żeby tylkonastarczyć potrzebom domowym. Najczęściej było to przepisywanie, na którym mu część nocy schodziła codziennie, a nierazi świt zastawał go przy nim.

W ostatnich czasach podjął się u jednego wydawcy dzienników i książek zapisywania na opaskach nazwisk i adresówabonentów; a za każde pięćset takich opasek, zaadresowanychdużymi literami i czytelnie, dostawał trzy liry. Ale robota owabardzo go męczyła i często się na nią skarżył przed swoją rodziną.

— Tracę oczy — mawiał — dobija mnie ta praca po nocach.

Aż jednego razu powiada do niego ów najstarszy synek:

— Tato, daj mi to robić za siebie! Wiesz przecie, jak ja ładniepiszę i zupełnie podobnie do ciebie.

Ale ojciec odpowiedział:

— Nie, synu! Przede wszystkim nauka. Twoja szkoła dalekoważniejsza niźli te opaski; wyrzucałbym sobie, gdybym ukróciłchoć godzinę. Dziękuję ci, ale nie chcę i nie ma o czym gadać.

A syn wiedział, że w tych rzeczach nie ma co się z ojcemupierać, i nie upierał się.

Ale oto jak sobie poradził.

Wiedział dobrze, że ojciec jego kończy pisanie o północyi idzie do sypialni ze swojej izdebki. Tego był pewny. Kiedy nawielkim zegarze wybiła dwunasta, słyszał zawsze odsuwaniekrzesła od stołu i powolne kroki ojca.

Więc jednej nocy przeczekawszy, aż się ojciec do łóżkapołoży, wstał cicho, ubrał się i po omacku poszedłszy do izdebkiowej zapalił lampę, usiadł przy biurku, na którym bielił się stosopasek wraz z listą adresową, i niewiele myśląc zaczął pisać,naśladując zupełnie pismo swego ojca.

I miło mu było pisać, i rad był, choć się i bał trochę, a opaskizapisane piętrzyły się przed nim. Od czasu do czasu kładł pióro,zacierał ręce, znów zaczynał pisać z zapałem, nastawiając uchai uśmiechając się z lekka.

Zapisał sto sześćdziesiąt. Zarobił lira!

Przestał, położył pióro, skąd je wziął, zagasił światło i napalcach do łóżka powrócił.

Tego dnia w południe siadł ojciec do stołu w wybornymhumorze. Nic a nic nie pomiarkował. Bo tę robotę wykonywałmechanicznie, na godziny ją mierząc, i często przy niej myśląco czym innym, a dopiero nazajutrz liczył zapisane opaski.

Siedząc tak wesół przy stole, poklepał syna po ramieniui rzekł:

— Ech, Julku! Jeszcze z twego ojca lepszy pracownik, niżeśmyślał! W dwie godziny machnąłem wczoraj wieczór o trzeciączęść więcej roboty niż zwykle! Jeszcze moja ręka sprawna,a i oczy pełnią swoją służbę.

A Julek milczał, szczęśliwy, i tylko w duchu tak mówił:,,Biedny tato! Nie tylko mu ułatwiam robotę, ale przyczyniam muradości, że się młodszym i silniejszym czuje. Dobra nasza! Nietraćmy odwagi!”

Tak zachęcony powodzeniem czekał nocy, a gdy dwunastawybiła, znowu wstał cicho i dalej do roboty. I tak przez wiele nocywciąż, jedna po drugiej. A ojciec ciągle jeszcze nic nie miarkował.Raz tylko wychodząc po kolacji rzekł:

— Nie do uwierzenia, co nafty w domu wychodzi od jakiegośczasu!

Julek drgnął, ale rozmowa na tym się skończyła, a nocnarobota szła dalej.

Jednakże, przerywając tak sen każdej nocy, chłopiec niewypoczywał dostatecznie, toteż rankiem wstawał zmęczony,a wieczorem, przy odrabianiu lekcji, ledwo że otwierał oczy. Ażjednego dnia, pierwszy raz w życiu, usnął nad kajetem.

— Chłopak! Co ty!... — krzyknął jego ojciec. — Do roboty!Dalej, śpiochu!

Wstrząsnął się i do lekcji zabrał.

Ale następnego wieczora i później było znów to samo.A nawet było gorzej jeszcze. Drzemał nad książkami, wstawałpóźno, lekcje odbywał, aby zbyć, zdawał się zniechęcony donauk.

Ojciec zaczął na niego uważać, potem zamyślać się, wreszciewyrzucać mu lenistwo.

— Julku! — rzekł pewnego rana. — Co się z tobą stało? Już tynie ten, co dawniej. Bardzo mi się to nie podoba. Bardzo mnie tomartwi! Zważ, że cała nadzieja rodziny na tobie spoczywa. Jestemz ciebie nierad! Rozumiesz?

Ten wyrzut, pierwszy raz tak ostrym wypowiedziany głosem,zmartwił nieboraka ogromnie.

„Prawda — pomyślał. — Nie może tak być dalej. Trzebazakończyć tę pomoc i to złudzenie”...

Ale tegoż wieczora, jakby naumyślnie, ojciec wychodzącz domu rzekł bardzo wesoło:

— Wiecie? W tym miesiącu zarobiłem tymi adresami o trzydzieści dwa liry więcej niżeli w zeszłym! — Co rzekłszy dobyłz szuflady paczkę cukierków, które kupił, żeby dzieciom sprawićuciechę z powodu tak powiększonego zarobku.

Julek znów nabrał otuchy i rzekł sobie:

„Nie, drogi ojcze! Będę cię jeszcze łudził, jeszcze ci pomagał!Dobędę ostatnich sił, żeby lekcjami przez dzień nastarczyć,a nocami będę jeszcze pracował dla ciebie, dla mamy, dla braci”...

A ojciec tak mówił dalej:

— Trzydzieści dwa liry więcej to nie bagatela! Cieszmy się,dzieci! Jedno z was tylko — tu wskazał ręką Julka — martwi mniei smuci.

A Julek wysłuchał wyrzutu tego w milczeniu, połykając łzy,które mu się do oczu cisnęły, a jednocześnie uczuł w sercu wielką,wielką słodycz.

I zapamiętale pracować zaczął. Ale nowe znużenie do dawnego znużenia dodane coraz było trudniejszym do przezwyciężenia.

Tak trwały rzeczy coś przez dwa miesiące. Ojciec strofowałJulka prawie co dzień i patrzył na niego coraz niechętniejszymwzrokiem. Aż dnia pewnego poszedł do nauczyciela, żeby z nimpomówić o tym, a nauczyciel rzekł:

— Owszem, lekcje odrabia, bo to inteligentne dziecko; aletego dawnego zapału do nauki nie ma. Drzemie w klasie, nieuważa, jest roztargniony. Ćwiczenia pisze coraz krótsze, aby zbyć,i bazgrze je po prostu. O, jestem pewny, że mógłby przy dobrejwoli zupełnie inaczej się uczyć!

Tego wieczora wziął ojciec chłopca na stronę i tak do niegomówił, z niebywałą u niego powagą:

— Julku! Wszak widzisz, jak ja pracuję, jak sobie życieskracam dla rodziny. Ty jednak nie chcesz mi ułatwić tego. Niemasz serca ani dla mnie, ani dla matki, ani dla braci!

— Ach nie! Nie mów tak, tato! — zawołał Julek wybuchającpłaczem i już otwierał usta, żeby wyznać wszystko, ale ojciecprzerwał mu i rzekł:

— Wiesz, w jak ciężkich warunkach żyjemy. Wiesz, że abywyżyć, trzeba dobrej woli i poświęcenia wszystkich w rodzinie.Wiesz, że ja sam musiałem podwoić pracę. Tego miesiąca liczyłemna sto lirów gratyfikacji z kolei, a dowiedziałem się, że nie dajążadnej.

Usłyszawszy to Julek cofnął wyznanie, które już mu się nausta cisnęło z duszy, i w mgnieniu oka odzyskując siłę woli rzekłsam sobie:

„Nie, tato! Nic ci nie powiem! Będę jeszcze pracowałtajemnie dla ciebie. Za to strapienie, jakie ci sprawiam, wynagrodzę ci pomocą w twych trudach. W szkole i tak promocjędostanę. Pierwsza rzecz i najpilniejsza, pomagać ci w utrzymaniunas wszystkich i ulżyć ci w tej pracy, która cię zabija!”

Od tej rozmowy przeszło znowu dwa miesiące. Dwa miesiące nocnej pracy i dziennego wyczerpania, rozpaczliwychwysiłków dziecka i gorzkich wymówek ojca. Gorsze jednakod wymówek było to, że ojciec stawał się dla syna corazozięblejszy, że rzadko tylko odzywał się do niego, jakby tobyło dziecko stracone dla jego serca, po którym nic dobregospodziewać się nie można, tak że unikał nawet spojrzenia naniego.

Widział to Julek i cierpiał; a kiedy ojciec odwrócił się odniego, przesyłał mu ręką pocałunek nieśmiały, podnosząc kuniemu wzrok smutny i pełen miłości. Chudł przy tym i coraz byłbledszy z powodu tej pracy i tego cierpienia, a w miarę ubytku siłcoraz bardziej zaniedbywać się musiał w nauce. Zrozumiałwreszcie nieszczęsny chłopczyna, że trzeba mu się zrzec tej pracytajemnej i co wieczór mówił sobie:

„Tej nocy już będę spał. Nie wstanę”.

Zaledwie jednak wybiła dwunasta, zamiast powziąć odważnie to postanowienie, uczuwał wyrzuty. Zdawało mu się, że leżąctak w łóżku uchybia jakiemuś ważnemu obowiązkowi, że wprostwydziera tego lira ojcu i rodzinie.

I wstawał cicho, i myślał, że przecież którejkolwiek nocyojciec obudzi się i na pisaniu go zastanie; że spostrzeże się przeciekiedyś przeliczywszy z wieczora napisane przez siebie opaski,a tak wyda się i skończy naturalnie wszystko, samo przez się, bezjego przyczynienia, bez tego aktu woli, do którego nie miał dosyćsiły. I tak ciągnęło się dalej.

Aż pewnego dnia ojciec wyrzekł jakby naumyślnie słowa,które zdecydowały chłopca ostatecznie. Było to tak: Matkapopatrzyła na Julka, a że jej się zdawał jeszcze bledszy, jeszczemizerniejszy niż zwykle, rzekła:

— Julku, tyś chory, dziecko!... — I zwróciwszy się do ojcadodała: — Julek musi być chory. Zobacz tylko, jaki blady! Julkumój drogi, co tobie?

Ale ojciec rzucił tylko raz okiem na niego i rzekł:

— Kto ma złe sumienie, ten nie może być zdrów. Nie byłotak dawnymi czasy, kiedy był pilnym uczniem i kochającymsynem.

— Ależ on chory! — zawołała matka.

— Nic mnie to już nie obchodzi — odpowiedział ojciec.

A biednemu chłopczynie, gdy usłyszał te słowa, zdawałosię, że mu utkwił nóż w sercu. Ach, nie zniesie tego już dłużej!Nie może! Ojciec jego... ten ojciec, który drżał dawniej, kiedy chłopak zakaszlał tylko... Nie kocha go już więc... Nie masię co łudzić. Umarł więc w sercu swego ojca... „Ach nie, ojcze!— rzekł sobie chłopiec ze ściśniętym jakąś śmiertelną bojaźniąsercem — teraz już naprawdę wszystko skończone, bo żyć niemogę bez twojej miłości. Zdobędę się na siłę, powiem ci wszystko, nie będę cię dłużej oszukiwał, będę się uczył jak pierwej!Niech się dzieje, co chce, byłeś mnie kochał po dawnemu, drogimój, najdroższy ojcze! Och, teraz już jestem zdecydowany nawszystko!”

Ale jeszcze tejże nocy, z nawyknienia po prostu, wstał; a gdywstał, poszedł raz jeszcze popatrzeć wśród ciszy nocnej na tę małąizdebkę, gdzie tak długo skrycie czuwał i pracował, z sercempełnym radości najtkliwszej. A gdy przystąpił do stolika i zapaliłświatło, i zobaczył te czyste opaski białe, na których już nigdy niemiał pisać nazwisk ludzi i miast, tych nazwisk, które już na pamięćumiał, zrobiło mu się okropnie smutno i chwycił nagle za pióro,żeby zwykłą swą pracę rozpocząć. Ale w ruchu tym potrąciłksiążkę, a książka spadla na ziemię. Krew uderzyła mu do głowy.Ojciec mógł się obudzić!... Nie zaszedłby go, prawda, na żadnymzłym uczynku, owszem, on sam postanowił powiedzieć muwszystko. A przecież usłyszeć kroki jego w ciemności... być takprzydybanym w tej ciszy, o tej godzinie... Zbudzić i przestraszyćmatkę... i może jeszcze widzieć po raz pierwszy upokorzenie ojcawobec siebie, gdy wszystko się wyda... Na tę myśl skamieniał poprostu. Ale nie posłyszał nic. Nasłuchiwał przez chwilę u drzwi,które miał za sobą — nic!

Cały dom był głęboko uśpiony.

Zaczął więc pisać z pośpiechem, a opaski piętrzyły się przednim. Tak pisząc słyszał miarowy krok straży miejskiej w pobliskiejpustej uliczce, potem turkot powozu, który nagle ustał; w chwilępóźniej ciężki turkot wozów posuwających się jeden za drugim,a potem jeszcze głęboką ciszę, przerywaną od czasu do czasudalekim szczekaniem psa. I pisał, pisał...

A tymczasem ojciec jego stał za nim. Zbudzony stukiemupadającej książki przeczekał on czas jakiś, wszedł do izdebkiw chwili, kiedy turkot wozów tłumił jego kroki, i stał tam, z swojąsiwą głową ponad ciemną główką syna i widział, jak pióro jegobiega po opaskach, i w jednej chwili odgadł wszystko, wszystkoprzypomniał, zrozumiał, a niezmierna żałość i tkliwość zalała muduszę przykuwając go, bez tchu, za plecami syna. Aż naraz Julekkrzyknął przeraźliwie. Dwoje ramion objęło mu głowę w gwałtownym uścisku.

— O tato, tato, przebacz mi! — zawołał chłopiec poznającojca po płaczu.

— To ty mi przebacz! — odrzekł ojciec łkając i pokrywającpocałunkami jego czoło. — Zrozumiałem wszystko, wiem wszystko, i to ja, ja żądam przebaczenia twego, święte moje dziecko!Pójdź, pójdź w moje ramiona.

I dźwignął go, i w ramionach zaniósł do łóżka zbudzonejmatki, rzucił go w jej objęcia i rzekł:

— Ucałuj to anielskie dziecko, które od wielu miesięcy niesypia i pracuje po nocach za mnie, a jam zasmucał jego serce, jego,co na chleb zarabiał dla nas...

Matka przycisnęła go do piersi nie mogąc słowa przemówićz wielkiego wzruszenia, po czym rzekła:

— Spać, droga dziecino, spać!... Zanieś go do łóżeczka jego...

Ojciec wziął go w ramiona, zaniósł do izdebki jego, położył gow łóżko, całując go i pieszcząc, poprawił mu poduszkę i otuliłkołdrą.

— Dziękuję, tato, dziękuję! — powtarzał Julek. — Idź jużsam spać! Idź, tato! Dobranoc!

Ale ojciec pragnął go widzieć uśpionym; usiadł więc przyjego posłaniu, wziął rękę jego i rzekł:

— Śpij, synu, śpij!

I Julek, zmęczony, usnął wreszcie i spał długo, pierwszymod tylu miesięcy snem cichym, spokojnym... A sny miał miłe, radosne, śmiejące. Kiedy oczy otworzył, a słońce dość jużwysoko było na niebie, najpierw uczuł, a potem zobaczył, tużprzy piersiach swoich, na brzegu łóżeczka siwą głowę ojca,który tak noc całą spędził i spał jeszcze, czołem o serce synaoparty.

Siła woli

28. środa

Jeden Stardi z naszej klasy miałby siłę to zrobić, co zrobiłmały Florentczyk!

Dziś rano były dwa zdarzenia w szkole. Po pierwsze, szalonaradość Garoffiego, któremu odesłano jego drogi album, i toz dodatkiem dwóch rzadkich marek rzeczypospolitej Guatemala,których właśnie poszukiwał już od trzech miesięcy; a po wtóre,zdumienie nas wszystkich, bo Stardi dostał drugi medal i zostałpierwszym po Derossim uczniem w całej klasie. Okropnie byliśmy tym zdziwieni! Kto by to pomyślał w październiku, kiedyojciec przyprowadził go do szkoły odzianego w ten zielony kubraki rzekł do nauczyciela:

— Będzie pan z nim musiał zużyć wiele cierpliwości, bo jesttępy, pojmuje wszystko z wielkim trudem...

Wszyscyśmy wołali na niego: „barania głowa”. A on: — Alboumrę, albo zwyciężę! — i zaraz się wziął do nauki na śmierć i nażycie.

Uczył się w dzień, uczył się w nocy, uczył się w domu, uczyłsię w szkole, uczył się nawet na spacerze, ściskając zęby i pięści, jakwół cierpliwy, jak muł uparty, i szedł tak dzień po dniu nie dbającna przezwiska, obdzielając kuksami tych, co mu przeszkadzali,a przeszedł wszystkich i wszystkich wyprzedził, oprócz Derossiego, ten uparty kozieł! Nie rozumiał ani źdźbła z arytmetyki,w jego ćwiczeniach było tyle głupstw, że to boki zrywać, niepotrafił jednego okresu powtórzyć z pamięci, a teraz rozwiązujezadania, pisze poprawnie, a lekcje tak jak pozytywka trzepie!I znać w nim tę żelazną wolę, z całej tej postaci zsiadłej, z tej głowykwadratowej i prawie bez szyi, z tych rąk krótkich i grubych,z tego głosu szorstkiego.

Uczy się zajadle, nawet ze strzępów gazet, nawet z afiszówteatralnych, a jak tylko uzbiera z dziesięć soldów, zaraz kupujeksiążkę. Już sobie zebrał ładną biblioteczkę, a w jakiejś chwilidobrego humoru wymknęło mu się, że mnie kiedy zaprowadzi dosiebie, żebym ją obejrzał.

Nie przemówi do nikogo zresztą, z nikim się nie bawi i kiedychcesz — spojrzyj, zawsze siedzi w ławce podparłszy pięściamiskronie, nieruchomo jak pieniek, i słucha nauczyciela.

Co on też musiał się napracować, ten biedny Stardi!

Nauczyciel był dziś w złym humorze i zniecierpliwiony,jednak dając mu medal powiedział:

— Brawo, Stardi! Kto jest wytrwały, zwycięża!

Stardi nie zdawał się wcale pysznić tym medalem; nieuśmiechnął się nawet i zaledwie z nim wrócił do ławki, zarazpięściami głowę podparł i siedział jeszcze więcej nieruchomy niżprzedtem.

Ale najśmieszniej to było przy wejściu, bo czekał na niegoojciec — który jest cyrulikiem — tak samo krótki i gruby jak on,z taką samą kwadratową twarzą i z takimże głosem. Nie spodziewał się medalu tego i wierzyć nie chciał, musiał go dopieronauczyciel zapewnić, a wtedy zaczął się śmiać z radości i trzasnąłsyna w kark krzycząc z całej siły:

— A toś się spisał, drogi mój głuptasie! A niechże cię! — I patrzył na niego osłupiały i uśmiechnięty.

Wszyscyśmy się zresztą uśmiechali, prócz Stardiego, któryjuż pod nosem mamrotał, przepowiadając jutrzejszą lekcję ranną.

Wdzięczność

31. sobota

... Twój kolega Stardi nie skarży się nigdy na swegonauczyciela, jestem tego pewny. „Nauczyciel był w złymhumorze, był zniecierpliwiony” — wyraziłeś się świeżoz niechęcią. Ale pomyśl, chłopcze, ileż to razy ty samokazujesz zniecierpliwienie. I to komu? Swojej matce,swemu ojcu, względem których zniecierpliwienie twoje jużjest przekroczeniem. Twój nauczyciel ma nieraz aż nadtopowodów do niecierpliwości. Zastanów się tylko, ile on tojuż lat męczy się z uczniami, którzy przecież nie wszyscysą grzeczni i przywiązani, owszem, większa część jestniewdzięcznych, nadużywających jego dobroci i trudówjego nie uznaje wcale; tak że z was wszystkich ma dalekowięcej goryczy i umartwienia niżeli pociechy.

Zastanów się, że i święty na jego miejscu nieraz by sięrozgniewał. A żebyś wiedział, ile to razy idzie nauczycielna lekcję chory, dlatego tylko, że choroba jego nie jestobłożna i nie uwalnia go od godzin szkolnych. Cierpi, więcsię niecierpliwi, a ból jego powiększa się jeszcze, gdy widzi,że nic sobie z niczego nie robicie albo że nadużywacie jegoosłabienia.

Szanuj, synu, i kochaj nauczyciela swego. Kochaj go,bo twój ojciec kocha go i szanuje; bo życie jego poświęconejest dobru setek dzieci, które kiedyś zapomną o nim; kochajgo, bo on rozwija i oświeca twój rozum, bo on kształci duszętwoją. Kochaj go, bo gdy zostaniesz człowiekiem, a nas jużnie będzie na świecie, ani mnie, ani jego, obraz jego często ciprzed oczyma stanie przy moim obrazie, a wtedy spostrzeżesz ten wyraz bólu i znużenia w jego szlachetnymobliczu, na które dziś nie zważasz, i przypomnisz je sobietak żywo, że nawet po latach trzydziestu jeszcze cięzabolą. A wtedy uczujesz żal i wstyd, żeś go nie kochał, żeśsię źle zachowywał względem niego.

Kochaj twego nauczyciela, bo on należy do wielkiejrodziny pięćdziesięciu tysięcy nauczycieli elementarnych,rozrzuconych po całych Włoszech, którzy są jak gdybyduchowymi ojcami tych milionów chłopców, rówieśnikówtwoich, co są nadzieją twej ojczyzny. Należy do tychpracowników nie dość cenionych, źle wynagradzanych,którzy przygotowują krajowi naszemu godnych go obywateli. Nawet miłość twoja dla mnie cieszyć mnie przestanie,jeśli jej mieć nie będziesz dla tych wszystkich, którzy siętrudzą dla twojego dobra, a między którymi nauczycieltwój pierwszy jest po rodzicach twoich.

Kochaj go więc tak, jak byś brata mego kochał; kochajgo zarówno, czy cię pochwali, czy zgani; czy jest sprawiedliwy, czy ci się niesprawiedliwym wydaje; kochaj go, gdyjest pobłażliwy i wesół, a więcej jeszcze, gdy go smutnymwidzisz. Kochaj go zawsze, mój synu! I zawsze ze czciąwymawiaj to słowo: „nauczyciel”. Ono bowiem, po słowie:,,ojciec” — jest najszlachetniejszą i najmilszą nazwą, jakączłowiek człowiekowi dać może.

Twój ojciec.

Styczeń

Zastępca

4. środa

Miał słuszność mój ojciec! Nauczyciel był w złym humorze,bo był niezdrów. Od trzech dni przychodził za niego do naszejklasy zastępca, ten mały, bez wąsów, co to jeszcze sam mógłby zauczniaka uchodzić.

Brzydka się rzecz u nas zdarzyła dziś z rana. Już pierwszegoi drugiego dnia hałasowała klasa, że strach, bo zastępca jest bardzołagodny; ciągle tylko mówi: „Cicho, cicho, cicho, proszę!”

Naturalnie, że to na nic!

Ale co dziś, to już było nie do wytrzymania! Taki hałas, takiwrzask, że jednego słowa z lekcji usłyszeć nie można było,a zastępca ciągle tylko wołał: „Cicho i cicho!” — aż ochrypł!

Dyrektor, jak to on, często chodzi po korytarzach, dwa razyzatrzymał się we drzwiach naszej klasy i patrzał. Wtedy robiło sięcicho! Ale jak tylko zniknął z oczu, natychmiast robił się jarmark, że uszy puchły. Próżno Garrone i Derossi uciszali kolegów odwracając się, dając im znaki, żeby byli cicho, że to wstydtak się zachowywać w szkole. Żaden nie dbał. Jeden tylko Stardisiedział spokojnie, jak zawsze, podparty obu łokciami i z głową na pięściach, myśląc zapewne o swoim sławnym księgozbiorze, a także Garoffi, ten od albumu marek i z nosempuszczyka, też siedział cicho, zajęty rozpisywaniem biletów podwa grosze sztuka, bo właśnie puszczał na loterię swój kałamarzkieszonkowy.

Inni świstali i wybuchali śmiechem, tłukli piórnikami o ławkii rzucali na siebie kulkami z pożutego papieru, mając za procę gumowe paski od spodni. Zastępca wyciągał to jednego, todrugiego z ławki, trząsł nimi i jednego do kąta postawił. Ale i tosię na nic nie zdało. Tak już nie wiedząc, co robić, znów prosićzaczął:

— I czemu wy to robicie? Dlaczego? Czy chcecie koniecznie,żebym się gniewał na was?

I uderzywszy w stół ręką krzyczał zarazem wściekłymi płaczliwym głosem:

— Ciszej! Ciszej! Ciszej!

Przykro było go słuchać.

Ale hałas wzmógł się jeszcze.

Franti rzucił w niego papierową strzałą, inni zaczęli miauczećjak koty, tamci się za łby darli, zrobił się zamęt nie do opisania,kiedy wtem wszedł pedel i rzekł:

— Panie nauczycielu, pan dyrektor do siebie prosi.

Zastępca podniósł się i wyszedł z pośpiechem, czyniąc gestrozpaczy. A wtedy zrobiło się w klasie prawdziwe piekło.Naraz Garrone skoczył ze srogą twarzą i ścisnąwszy pięście,wołając głosem zduszonym z gniewu:

— Dość tego! Bydlęta! Rozpuściliście się dlatego, że dobry.Żeby was po łbach walił, to byście się mu jak psy łasili! Kupanikczemników, nie chłopcy! Pierwszego, który nie usłucha, będęczekał przy wyjściu i zęby mu połamię, choćby jego rodzony ojciecna to patrzał!

Zamilkli wszyscy.

Ach, jakże pięknie wyglądał Garrone z tymi oczyma rzucającymi iskry i płomienie. Jak młody lew rozżarty. Spojrzałem nanajwiększych krzykaczy: wszyscy mieli głowy spuszczone. Kiedyzastępca wrócił z zaczerwienionymi oczyma, było cicho tak, żeżaden nie zipnął.

Osłupiał zrazu, ale widząc, że Garrone stoi jeszcze na ławcezaczerwieniony i drżący, zrozumiał i rzekł głosem tak wzruszonym, jak gdyby mówił do brata:

— Dziękuję ci, Garrone!

Księgozbiór Stardiego

Byłem dzisiaj u Stardiego, który mieszka naprzeciwko szkoły, i aż mnie zazdrość wzięła, kiedym jego księgozbiór zobaczył.Nie bardzo on bogaty, bo pieniędzy na książki dużo nie ma; aleproszę widzieć, w jakim on porządku utrzymuje swoje książkiszkolne i te, które w podarunku od rodziców dostaje! A każdygrosz chowa i do księgarza niesie! W taki sposób zgromadził sobiemałą bibliotekę, a gdy ojciec spostrzegł to jego upodobanie, kupiłmu półki orzechowe i zieloną firankę i dał mu oprawić wszystkieksiążki w śliczne kolorowe okładki. A teraz pociąga sobie za sznurek, firanka się rozsuwa i widać trzy rzędy różnokolorowych książek, wszystkie w porządku, błyszczące, ze złoconymi tytułami nagrzbietach: opowieści, podróże, poezje; ma nawet z ilustracjami.

A jak je ślicznie ustawiać potrafi. Białooprawne koło czerwonych, żółte koło czarnych, niebieskie koło białych, tak że oczuoderwać nie sposób! I znów wszystko zmienia, znów ustawia inaczej, a coraz to śliczniej. Zrobił też i katalog. Zupełnie jak prawdziwy bibliotekarz. I ciągle ma coś z tymi książkami do roboty;otrzepuje z kurzu, ogląda okładki, przewraca kartki. Wartowidzieć, jak delikatnie otwiera je tymi swymi grubymi, krótkimirękami, dmuchając między karty. Dość już dawno je ma, a wydająsię zupełnie jak nowe. A ja com już przez ten czas książek nadarł!

Dla niego kupno każdej nowej książki jest świętem prawie.Tak ją gładzi, tak ustawia, tak znów wyjmuje, żeby patrzeć na nią;z każdą obchodzi się jak z najdroższym skarbem. Przez całągodzinę tylko tymi książkami mnie bawił. Aż mnie oczy zabolałyod czytania.

Poszliśmy potem do pokoju jego ojca, który jest tak samokrótki i gruby jak syn, i z taką samą jak on dużą głową. Ten uderzył go dwa czy trzy razy w kark i rzekł swoim grubym głosem:

— Cóż mówisz, eh, o tym łbie zakutym? To jest łeb, który doniejednego dojdzie, zaręczam ci! — odpowiedział sam sobie.

A Stardi tylko oczy przymknął pod tą rubaszną pieszczotą,właśnie jak wielki pies od polowania.

Ja nie wiem, ale jakoś nie śmiem bawić się z nim i żartować;zgoła mi się wierzyć nie chce, żeby on był tylko o rok ode mniestarszy. A kiedy mi przy wyjściu powiedział: — Żegnam pana,moje uszanowanie! — tak mi się z tą swoją poważną twarzą wydałjuż dojrzałym.

Więc kiedym wrócił do domu, tak rzekłem ojcu:

— Nie rozumiem! Stardi nie ma zdolności, nie jest pięknieułożony, wygląda prawie śmiesznie, a jednak imponuje mi.

A ojciec odpowiedział:

— Imponuje ci, bo to chłopiec z charakterem.

Więc ja powiedziałem znowu:

— Przez tę godzinę, com tam był u niego, nie wymówiłnawet pięćdziesięciu wyrazów, nie pokazał mi ani jednej zabawki,nie roześmiał się ani razu, a przecież było mi z nim dobrze.

A ojciec mój rzekł:

— Bo go szanujesz.

Synek kowala

Tak, ale przecież i Precossiego szanuję i więcej nawet niższanuję, Precossiego, synka kowala, tego małego mizeraka, co matakie smutne, miłe spojrzenie, wystraszoną minę, a taki jestbojaźliwy, że do wszystkich mówi: „przepraszam”, i choć jestchorowity, tak dobrze się uczy. Ojciec jego wraca do domu częstoprosto z szynku i bije go nie wiedzieć za co, a kajety jego i książkio ziemię ciska. A on przychodzi do szkoły z siniakami na twarzy,a nieraz zapuchnięty, z oczyma czerwonymi od płaczu. Ale za nicw świecie powiedzieć sobie nie da, że ojciec go bije.

— Znów cię ojciec wytłukł! — mówią mu koledzy.

A on krzyczy zaraz: — Nieprawda! Nieprawda! — żeby nibynikt nie śmiał honoru ojca naruszyć.

— Tego arkusza przecież nie spaliłeś sam? — mówi munauczyciel pokazując na pół spalony arkusz.

— Owszem, to ja! — rzecze na to drżącym głosem. — Upadłmi w ogień i...

A wszystkim wiadomo, że to jego ojciec kopnął po pijanemustół, przy którym chłopiec pisał, zrzucając wszystko razem z zapaloną lampą. Bo oni mieszkają na poddaszu w naszym domu, na drugich schodach, a stróżka wszystko opowiada mojej matce. Siostramoja, Sylwia, słyszała, jak raz krzyczał z ganku, że go ojciec chcezrzucić ze schodów, bo go prosił o pieniądze na kupienie gramatyki.Bo ten ojciec jest taki, że tylko pije wódkę, nie pracuje, a rodzina jego głód cierpi. Ile to razy przychodzi Precossi bez śniadania i dopiero ukradkiem zjada bułkę, co mu ją Garrone da, albo jabłko, przyniesione przez tę małą nauczycielkę z czerwonym piórem, której byłuczniem we wstępnej. Ale się jeszcze nie zdarzyło, żeby kiedypowiedział: „Jestem głodny, mój ojciec nie daje mi jeść”. Nigdy!

Kowal wstępuje czasem po niego, kiedy wypadkiem znajdziesię gdzie blisko szkoły, wybladły, chwiejący się na nogach,z ponurą twarzą, z włosami opadającymi na oczy i z czapką nabakier; biedny chłopiec drży cały, kiedy go tak na ulicy zobaczy,ale zaraz biegnie naprzeciw niego z uśmiechem, a ojciec nie widzigo nawet myśląc o czym innym.

Biedny Precossi! Zeszywa sobie, jak umie, poszarpane kajety,książek do nauki pożycza, szpilkami spina porozrywaną koszulinęi aż litość bierze patrzeć, jak się gimnastykuje w tych buciętachpowykrzywianych, w tych spodenkach opadających i w tej kurtcezbyt długiej z rękawami, które aż do łokcia zawijać musi. A uczysię, a stara i z pewnością byłby pierwszym, gdyby mógł spokojniepracować w domu.

Dziś rano przyszedł do szkoły z guzem na czole i z podrapanątwarzą, więc koledzy dalej do niego:

— Oho, urządził cię pięknie twój ojciec! Nie możesz zaprzeczyć, że ojciec!...

A on zaczerwienił się, zerwał z ławki i głosem drżącymz oburzenia krzyknął:

— Nieprawda! Nieprawda! Mój ojciec nigdy mnie nie bije!

Ale potem, w czasie lekcji, łzy mu kapały na pulpit, a spojrzałkto na niego, to się uśmiechał, żeby nie pokazać nic po sobie.Biedny Precossi! Jutro mają przyjść do mnie Derossi, Corettii Nelli; ale jemu też powiem, żeby przyszedł. Zatrzymam go napodwieczorek, podaruję mu parę książek, jeszcze mu i do domu codam i w kieszeń mu owoców włożę, żeby choć raz miał uciechę,nieborak, kiedy taki dobry i mężny!

Miłe odwiedziny

12. czwartek

Dzisiejszy czwartek był dla mnie jednym z najmilszych dniw tym roku. Derossi i Coretti z Nellim garbuskiem przyszlipunktualnie, tak jak obiecali, tylko Precossiemu ojciec nie pozwolił przyjść. Derossi i Coretti jeszcze się śmiali ze spotkaniaz Crossim, synem zieleniarki, tym z bezwładną ręką i rudąłepetyną, który niósł ogromną głowę kapusty na sprzedaż i miał,jak ją sprzeda, kupić sobie pióro i ołówek. Biegł żwawo, był wesół,bo właśnie ojciec jego pisał z Ameryki, żeby go wyglądali, bo ladadzień wróci.

Ach, jakeśmy się też wybornie bawili przez te dwie godziny!Derossi i Coretti to najweselsze zuchy z całej klasy. Ojciec mójstrasznie ich polubił.

Coretti przyszedł w swojej brunatnej bluzie i w swojejczapeczce z kociej sierści.

Diabeł nie chłopak! Ciągle by tylko coś ruszał, przestawiał,przenosił. A choć już z rana pół wozu drzewa przeniósł do sklepu,nie posiedzi chwili, ale po całym domu biega, wszystko oglądai bez ustanku gada, lekki i zwinny jak wiewiórka. Zaraz do kuchniwpadł, zaraz się kucharki zapytywał, ile płaci cetnar drzewa, boojciec jego sprzedaje po czterdzieści pięć centymów. A o tym ojcuto mu się gęba nie zamyka po prostu. Ciągle rozpowiada, jak to onw 49 regimencie służył, jak się pod Custozzą bił, jak walczył podksięciem Humbertem, no i sam bardzo grzeczny i dobrze ułożonychłopiec... „Nie szkodzi mu to nic, że się urodził i wychowałpomiędzy wiązkami drzewa, bo we krwi i w sercu ma szlachectwo” — powiada mój ojciec.

Derossi także ojcu memu bardzo się podobał. Bo też znageografię ten chłopak jak sam nauczyciel! Zamknął oczy i mówi:

— Widzę teraz całe Włochy... Widzę Apeniny, jak się ciągnąaż do Morza Jońskiego, widzę rzeki, jak płyną tu, to tam; widzęmiasta białe, przylądki, zatoki modre, zielone wyspy...

I tak wymieniał ich nazwy właściwe i po porządku, i szybko, jak gdyby je na mapie czytał, a my widząc go tak z podniesioną głową, z tymi jasnymi kędziorami, z zamkniętymi oczyma, w niebieskim ubranku ze złoconymi guzikami i tak ślicznego jak posąg, staliśmy przed nim w podziwie. W godzinęnauczył się na pamięć blisko trzy strony, które ma wypowiedziećpojutrze, na obchodzie rocznicy pogrzebu króla Wiktora Emanuela.

I Nelli patrzył w niego jak w słońce, zachwycony i rozradowany, gładząc fałdy swego brzydkiego czarnego fartuchai uśmiechając się tymi jasnymi i melancholicznymi oczyma.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.