drukowana A5
54.09
Serce

Bezpłatny fragment - Serce


Objętość:
362 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0003-8

Książka ta, przeznaczona szczególnie dla chłopców uczęszczających do szkół elementarnych pomiędzy dziewiątym rokiemżycia a trzynastym, powinna by właściwie nosić taki tytuł:,,Dzieje roku szkolnego, spisane przez ucznia trzeciej klasyszkoły municypalnej we Włoszech”. Mówiąc wszakże, że książka napisana została przez ucznia klasy trzeciej, nie chcęutrzymywać, iż utworzył on ją tak, jak wydrukowana została.Uczeń notował sobie odręcznie i jak umiał to, co widział, co czuł,co myślał w szkole i poza szkołą, a ojciec jego, przejrzawszyw końcu roku notatki owe, spisał podług nich te karty, starając sięnie zmienić w niczym nie tylko myśli swego syna, ale owszem,zachować, o ile można, i słowa jego nawet.

W cztery lata później, i będąc już w gimnazjum, synodczytał rękopis i dodał do niego to i owo, w świeżej mając pamięciludzi i zdarzenia. A teraz czytajcie, chłopcy, tę książkę. Mamnadzieję, że zajmie was ona i ku dobremu pobudzi.

Październik

Pierwszy dzień szkoły

17. poniedziałek

Dzisiaj pierwszy dzień szkoły.

Jak sen przeleciały te trzy miesiące wakacji na wsi!

Mama poprowadziła mnie zaraz rano do Sekcji Baretti, żebymnie zapisać do trzeciej elementarnej. Szedłem dosyć niechętniei myślałem o wsi. A ulice aż się roiły od chłopców. Obie księgarniepo drodze pełne były ojców i matek kupujących tornistry, papier,książki, kajety, a przed szkołą taki był ścisk, że i pedel, i strażnikmiejski musieli pilnować miejsca, żeby się ludzie nie podusili.Wtem we drzwiach ktoś mnie trącił w ramię. Był to mój pierwszynauczyciel z drugiej wyższego oddziału, zawsze wesół, śmiejący,ze swoją rudą, nastroszoną czupryną.

— No, Henryku! — rzekł. — Rozłączamy się tedy nazawsze!

Wiedziałem dobrze, że się rozłączymy, a przecież słowa tebyły mi bardzo przykre.

Weszliśmy z trudem. Panie, panowie, kobiety z ludu, robotnicy, służący, zakonnice — wszyscy prowadzą chłopców jedną ręką, a w drugiej trzymają książeczki z promocjami, zapełniając sienie, schody takim gwarem, że to zupełnie jakby się do teatru szło.

Ucieszyłem się zobaczywszy znowu tę wielką salę parterowąz sześcioma drzwiami wiodącymi do sześciu klas, którą przebiegałem codziennie prawie przez trzy lata z rzędu. I tu był ścisk. Jednenauczycielki wchodziły, drugie wychodziły.

Moja dawna nauczycielka z wyższego oddziału pierwszejskinęła mi głową stając we drzwiach swej klasy i rzekła:

— Idziesz więc, Henryku, na wyższe piętro w tym roku. Niezobaczę cię już przebiegającego tutaj. — I smutnie spojrzała namnie.

Wtem zobaczyłem dyrektora. Otoczony był ze wszystkichstron tłumem zafrasowanych kobiet, dla których synów zabrakłojuż miejsca; a broda jego wydała mi się bardziej szpakowata niżzeszłego roku. Widziałem też niemało dawnych kolegów, którzyprzez wakacje porośli, pogrubieli jakoś.

Na dole, gdzie się już odbywały egzaminy wstępne, była całaczereda małych bębnów, które nie chciały do klasy iść, kłóciły sięi niektóre uciekały z ławek, zaś inne widząc, że już rodziceodchodzą, zaczynały głośno płakać, krzyczeć, tak że się matkimusiały wracać, żeby je uspokoić albo zabrać z sobą, a nauczycielki były w desperacji.

Mój mały braciszek dostał się do klasy panny Delcati, a japoszedłem na pierwsze piętro do oddziału nauczyciela Perboni.

O dziesiątej byliśmy już wszyscy w klasie. Pięćdziesięciuczterech chłopaków, jak obszył. Ale wśród nich znalazło się ledwopiętnastu czy szesnastu dawnych moich kolegów z drugiej;pomiędzy nimi Derossi, ten, który zawsze był prymusem.

Taka mała, taka smutna wydała mi się szkoła, kiedympomyślał o łąkach, o lasach, o górach, w których przepędziłemlato! A i o nauczycielu z drugiej klasy też sobie myślałem; takibył zawsze dobry, tak się śmiał z nami, taki nieduży był, że sięzdawał naszym towarzyszem, i bardzo mi było żal, że już niezobaczę jego rudej, zjeżonej czupryny. Nasz teraźniejszy nauczyciel jest wysoki, nie nosi brody, ale ma za to długie, siwe włosyi prostą zmarszczkę na czole. Ma głos gruby i tak bystro patrzy,jakby nas wszystkich na wylot chciał przejrzeć. Nigdy się też nieśmieje.

Tak tedy powiedziałem sobie: Oto pierwszy dzień szkoły.Jeszcze dziewięć miesięcy. Ile pracy! Ile egzaminów miesięcznych! Ile trudów!

Tak się złożyło, że przy wyjściu spotkałem matkę i pobiegłemucałować jej ręce. Rzekła mi: — Odwagi, Henryku! Będziemy sięrazem uczyli. — Więc wróciłem wesół do domu. Ale nie mam jużmego dawnego nauczyciela, co się tak mile uśmiechał, a szkoła niewydaje mi się tak piękną jak pierwej.

Nasz nauczyciel

18. wtorek

Chociaż nie mogę powiedzieć, bo i nowy nauczyciel podobałmi się po dzisiejszym ranku. Podczas wejścia, kiedy już siedział naswoim miejscu, zatrzymywali się przed drzwiami klasy dawni jegouczniowie z ubiegłego roku, aby go pozdrowić. Zatrzymywali sięprzechodząc i pozdrawiali go:

— Dzień dobry, panie nauczycielu! Dzień dobry, paniePerboni!

Niektórzy wchodzili, podawali mu rękę i schylali głowy.Znać było, że go lubią i chcieliby do niego powrócić.

Odpowiadał: „Dzień dobry!” — ściskał wyciągające się kuniemu ręce, ale na nikogo nie patrzał i wszystkie powitaniaprzyjmował jakby obojętnie, z tą swoją prostopadłą zmarszczką naczole, obrócony do okna i patrzący na dach domu naprzeciwko.Zamiast się cieszyć pozdrowieniami tymi, znać było, że cierpi i żemu jest smutno.

Kiedy przeszli, obrócił się do klasy i patrzał na nas, przejmując wzrokiem jednego po drugim i jak gdyby oczekując czegoś.Wreszcie zaczął dyktować chodząc pomiędzy ławkami, a zobaczywszy chłopca, który miał twarz całą czerwoną od jakichś wyrzutów, przestał dyktować, wziął twarz jego w obie ręce i położyłmu rękę na czole, żeby zobaczyć, czy ma głowę gorącą.

Tymczasem jeden z uczniów zaczął się śmiać w ławce za nim,robić miny i błaznować. Nauczyciel odwrócił się nagle. Chłopaksiadł natychmiast, spuścił głowę i czekał na karę. Ale nauczycielpołożył mu rękę na głowie i rzekł: — Nie czyń tego nadal. — Anisłowa więcej, po czym powrócił do stolika swego i kończyłdyktować.

Skończywszy dyktować patrzył przez chwilę w milczeniu, apotem tak przemówił z wolna swoim grubym, ale dobrym głosem:

— Słuchajcie. Cały rok szkolny mamy spędzić z sobą.Starajmy się spędzić go w pokoju. Uczcie się i bądźcie dobrzy.Nie mam rodziny. Moją rodziną jesteście wy. Jeszcze zeszłegoroku miałem matkę. Umarła mi. Zostałem sam. Was tylko mamteraz na świecie. Wy jesteście moją troską i moją pociechą. Wybędziecie dziećmi moimi. Dobra waszego chcę i wy chciejcie,żeby mi było z wami dobrze. Bolałoby mnie, gdybym któregośz was ukarać musiał. Pokażcie, że macie serce. Szkoła nasza będziemi domem rodzinnym, a wy będziecie moją chlubą i mojąradością.

Nie żądam od was obietnicy, słowa. Wiem, że w swychsercach jużeście je dali. I dziękuję wam.

A wtem wszedł pedel, żeby na „finis” dzwonić. Wyszliśmyz ławek cicho jak w kościele, a ten chłopiec, co się prześmiewał,podszedł do nauczyciela i rzekł drżącym głosem:

— Panie nauczycielu! Niech mi pan przebaczy.

Nauczyciel pocałował go w czoło i rzekł:

— Idź w spokoju, mój synu.

Wypadek

21. piątek

Rok się zaczął nieszczęśliwie. Właśnie powtarzałem ojcusłowa nauczyciela idąc do szkoły dziś rano, kiedyśmy zobaczyliw ulicy tłum ludzi, którzy się cisnęli do drzwi naszej sekcji. Więcojciec zaraz rzekł:

— Wypadek jakiś. Źle się rok zaczyna...

Przepchnęliśmy się z trudem. Wielka sala pełna była rodziców i chłopców, których nauczyciele żadnym sposobem nie mogliw klasach utrzymać, a wszyscy zwróceni byli do kancelariidyrektora i słychać było głosy: „Biedny chłopiec! Biedny Robetti!” A ponad głowami, w głębi zapchanej ludźmi sali, widaćbyło kask gwardzisty i łysą czaszkę dyrektora. Potem przyszedłpan w cylindrze, a ludzie mówili: „Doktor! Doktor!”

Mój ojciec zapytał jednego z nauczycieli:

— Co się stało?

— Koło przeszło chłopcu przez nogę — odpowiedział nauczyciel.

— Nogę ma złamaną — rzekł inny.

Chłopiec jest uczniem z drugiej klasy. Idąc do szkołyi widząc, jak się malec jeden ze wstępnej matce wyrwał i na ulicy padł tuż, tuż przed nadjeżdżającym omnibusem, rzucił siędo tego wstępniaka, porwał go z ziemi i na bezpiecznym miejscu postawił. Sam jednak nie zdążył cofnąć wyciągniętej nogi— i zgruchotało mu ją koło omnibusu. To syn kapitana artylerii.

Kiedy tak ludzie mówili, wpadła do sali jakaś pani, jakszalona rozpychając tłum przed sobą. To była matka Robettiego,po którą posłano. A wtem podbiegła ku niej druga pani i łkającgłośno zarzuciła jej ręce na szyję. To była matka ocalonegowstępniaka. Obie wpadły do pokoju dyrektora, skąd dał się słyszećrozpaczliwy okrzyk:

— O mój Julek! O dziecko moje!

Tymczasem zatrzymał się przed drzwiami szkoły zamknięty powóz, a po chwili ukazał się dyrektor niosąc na ręku biednego chłopca, który miał głowę zwieszoną przez ramię, twarzzupełnie białą i zamknięte oczy. Natychmiast uciszyli się wszyscy; słychać było tylko głośne łkania matki. Wtedy dyrektorzatrzymał się na chwilę, pobladł i uniósł chłopca w obu rękach, aby go pokazać tłumowi. O, wtedy nauczyciele, nauczycielki, rodzice, dzieci — wszyscy razem zaszemrali wzruszonym głosem: „Dzielny Robetti! Dzielny, biedny chłopczyna!” — i posyłali mu pocałunki od ust, a ci, co byli bliżej, całowali jego zwieszone bezwładnie ręce. Ale on otworzył oczyi rzekł:

— A mój tornister?

A matka ocalonego malca pokazała mu tornister i rzekła:

— Niosę ci go, aniele drogi, niosę...

I poszli; matka Robettiego miała twarz obu rękami zakrytą.Poszli, ułożyli chłopca w powozie, powóz ruszył. A my weszliśmydo szkoły w milczeniu.

Mały Kalabryjczyk

22. sobota

Wczoraj wieczór, kiedy nauczyciel mówił z nami o biednymRobettim, który długo, długo będzie musiał chodzić o kulach,wszedł dyrektor z nowo zapisanym uczniem. Ten miał twarzbardzo ciemną, włosy czarne i duże czarne oczy, nad którymi gęstebrwi prawie że się łączyły na czole. Chłopiec był zresztą całyciemno ubrany i przepasany czarnym skórzanym pasem.

Szepnąwszy parę słów nauczycielowi dyrektor wyszedł zostawiając przy nim chłopca, który patrzył na nas swymi czarnymioczyma jakby wystraszony. Wtedy nauczyciel wziął go za rękęi rzekł:

— Cieszcie się, dzieci! Wchodzi oto dziś do szkoły małyWłoch, urodzony w Reggio w Kalabrii, więcej niż pięćset mil odnas dalekiej. Rodzinna jego ziemia jest ziemią pełną chwały, któradała Włochom wielu sławnych ludzi, wielu tęgich pracownikówi dzielnych żołnierzy. A jest to jedna z ziem najpiękniejszychnaszej ojczyzny; dziedzina wielkich lasów i wielkich gór, zamieszkana przez lud pełen zdolności i odwagi.

Bądźcież mu przyjaźni a życzliwi, żeby się nie czuł oddalonym od swych miejsc rodzinnych. Pokażcie mu, że małyWłoch, gdziekolwiek by wszedł do włoskiej szkoły, wszędzieznajdzie braci.

To rzekłszy powstał i naznaczył na wielkiej mapie ściennejten punkt, gdzie jest Reggio i Kalabria. Po czym zawołał głośno:

— Ernest Derossi!

Właśnie ten, co to zawsze nagrody pierwsze bierze. Derossipodniósł się.

— Pójdź, chłopcze! — rzekł nauczyciel.Derossi wyszedł z ławki, zbliżył się do stołu i stanął wprostKalabryjczyka.

— Jako prymus — powiedział nauczyciel — uściskaj w imieniu całej klasy nowego kolegę. Uściskaj syna Kalabrii, ty, dzieckoPiemontu.

Derossi uściskał Kalabryjczyka serdecznie i swoim dźwięcznym głosem rzekł:

— Witaj nam, kolego!

Na co Kalabryjczyk z impetem ucałował go w oba policzki,a reszta zaczęła bić brawo.

— Cicho tam! — zawołał nauczyciel. — W szkole nie daje sięoklasków!

Ale znać było po nim, że z nas kontent. A i Kalabryjczyk byłkontent.

Zaraz mu też nauczyciel wyznaczył miejsce i sam go odprowadził na nie, po czym rzekł:

— Pamiętajcie, com wam powiedział! Bo to jest wielkarzecz! Bo o to, żeby chłopiec z Kalabrii czuł się w Turynie jakw domu, a chłopiec z Turynu czuł się jak w domu w Kalabrii — kraj nasz ojczysty lat pięćdziesiąt walczył, a więcej niżtrzydzieści tysięcy Włochów oddało życie za to! Szanujcie sięwięc i kochajcie wzajem; a gdyby który z was obraził tegotowarzysza za to, że nie w naszej prowincji się rodził, stałby sięniegodnym — słyszycie? — niegodnym podnieść oczu na trójkolorowy sztandar naszej jedności włoskiej.

Zaledwie też Kalabryjczyk usiadł, kiedy co bliżsi obdarowaligo stalówkami i pieczątkami, a jeden z ostatniej ławki przysłał muoślą pocztą prawdziwą szwedzką markę.

Moi koledzy

25. wtorek

Ten chłopiec, co przysłał markę Kalabryjczykowi, nazywasię Garrone i ja go najlepiej lubię. Największy jest z całej klasy, mablisko lat czternaście, dużą głowę i szerokie plecy. Sama w nimdobroć, kiedy się uśmiechnie, ale uśmiecha się rzadko i zwykle jestpoważny jak dorosły człowiek.

Dosyć już dużo z moich kolegów znam bliżej. Drugi, który misię także bardzo podoba, nazywa się Coretti. Nosi bluzę brunatnąi beret z kociej sierści. Zawsze wesół, jest synem handlarza drzewem, który się bił w wojnie 66 roku pod księciem Humbertemi dostał podobno coś aż trzy medale. Lubię też małego Nelli, biednego garbuska, wątłego i bladego na twarzy. Jest także u nas jedenelegant, który po sobie zawsze piórka zbiera, a nazywa się Vatini.W ławce znów przede mną siedzi chłopiec, zwany Mularczykiem,bo ojciec jego jest mularzem; gęba okrągła jak jabłko, nosek jakkłębuszek. Mularczyk ma szczególny talent robienia zajęczegopyszczka. Więc wszyscy mu każą raz w raz robić zajęczy pyszczeki za boki się biorą ze śmiechu. Nosi on mały kapelusik, tęgo jużobszarpany, który zwija i chowa w kieszeń jak chustkę do nosa.

Zaraz przy Mularczyku siedzi Garoffi, chudy i długi dryblas,z nosem jak dziób krogulczy i z bardzo małymi oczkami. Tenciągle handluje, ciągle się mienia na pióra, pudełka zapałek, naobrazki, a zaś lekcje to sobie na paznokciach pisze, żeby je potemczytać, jak go wyrwą. Dalej siedzi paniczyk, Karol Nobis, bardzopyszny w sobie, między dwoma chłopcami, których niezmiernielubię. Jeden syn kowala, mizerak chorowity, nosi kamizelkę, któramu spada do kolan, zawsze jest czegoś przestraszony i nigdy sięnie śmieje, a drugi rudy, z ręką uschniętą, co ją na temblakutrzyma. Ojciec jego wywędrował do Ameryki, a matka chodziz koszem sprzedając jarzyny. Ciekawym także typem jest mójsąsiad z lewej strony, Stardi, krótki i gruby, prawie że bez szyi,mruczek, co do nikogo nie przemówi i niewiele też rozumie, co doniego mówią, ale patrzy w nauczyciela jak w tuza zmarszczywszyczoło i ścisnąwszy zęby, a spytać go o co, kiedy nauczyciel mówi,to za pierwszym i drugim razem nie odpowie, a za trzecim takiegokuksa da ci w bok, że świeczki w oczach stają. Dalej siedziczarniawy i posępny na twarzy jeden, co się nazywa Franti. Biedakbył już wypędzony z jednej sekcji szkolnej.

Są też dwaj bracia jednako odziani i tak są do siebie podobnijak dwie krople wody. Ci noszą kapelusze kalabryjskie na ucho,z bażancim piórem, z wielką fantazją. Ale najurodziwszy zewszystkich, najwięcej zdolny i który z pewnością przez ten roktakże będzie pierwszym uczniem — to Derossi. Nauczyciel się jużna nim poznał i raz w raz go do tablicy wyrywa.

Ja przecież i tak wolę Precossiego, tego syna kowala, co ma tędługą kamizelkę i jest chorowity. Podobno go ojciec bije. Może,bo chłopak jest bardzo zalękniony, a jak kogo trąci albo o co spyta,to zawsze dodaje „przepraszam bardzo” — i tak żałośnie patrzytymi smutnymi oczyma. Ale jednak Garrone jest i największy,i najlepszy ze wszystkich.

Szlachetny postępek

26. środa

Zdarzyło mi się poznać Garronego bliżej tego ranka. Kiedymprzyszedł do szkoły — a spóźniłem się trochę, bo mnie zatrzymałanauczycielka z pierwszej wyższej, aby zapytać, o której godziniemogłaby przyjść nas odwiedzić, tak żeby zastać mnie w domu— nauczyciela jeszcze nie było, a trzej czy czterej chłopcy znęcalisię nad biednym Crossim, tym rudym, co to ma rękę uschniętą,a matka jego sprzedaje jarzyny. Szturchali go liniami, rzucali muw twarz łupiny od kasztanów, przezywali mańkutem i strachem nawróble, przedrzeźniając, jak to on rękę na temblaku nosi. A biedny kaleka stał w głębi ławek blady i milczał patrząc błagalnie tojednemu, to drugiemu w oczy, żeby mu dali spokój. A że chłopcynaigrawali się z niego coraz złośliwiej, zaczął cały drżeć z gniewui czerwienieć. Wtem Franti, ten wyrzutek z brzydką, ponurą twarzą, skoczył na ławkę i udając, że dźwiga dwa kosze na ręku, począłmałpować matkę Crossiego, jak przychodziła i czekała syna u drzwiszkoły, a teraz nie przychodzi, bo jest chora. Cała kupa uczniakówwybuchnęła śmiechem. Wtedy Crossi stracił głowę, chwycił kałamarz i cisnął nim co siły prosto w łeb Frantiego. Ale Franti się uchylił,a kałamarz trafił w samą pierś wchodzącego w tej chwili nauczyciela. Wszyscy umknęli na miejsca i ucichli ze strachu jak trusie.Nauczyciel pobladł, podszedł do stołu i gniewnym głosem zapytał:

— Który to uczynił?

Nie odpowiedział nikt. Więc nauczyciel krzyknął jeszczegniewniej:

— Który?

Wtedy Garrone, ruszony litością nad biednym Crossim,podniósł się w ławce i rzekł:

— To ja!

Nauczyciel spojrzał na niego, popatrzył po uczniach osłupiałych i nagle uspokojonym głosem powiedział:

— Nie! To nie ty. — A po chwili: — Nie ukarzę winnego.Niech wstanie.

Crossi wstał i płacząc tak mówił:

— Szturchali mnie, prześmiewali... straciłem głowę... rzuciłem...

— Siądź — rzekł nauczyciel. — Niech wstaną ci, którzy godoprowadzili do gniewu.

Wstało czterech z pochyloną głową.

— Znieważyliście — mówił nauczyciel — kolegę, któryz wami nie szukał zaczepki, wyśmiewaliście się z nieszczęśliwego,prześladowaliście kalekę, który się nie mógł obronić. Spełniliściejeden z najnikczemniejszych, najhaniebniejszych czynów, jakimsię człowiek zmazać może. Podli!

To powiedziawszy wszedł między ławki, podłożył rękę podbrodę Garronego, który stał z głową schyloną, a podniósłszy mutwarz spojrzał w oczy jego i rzekł:

— Szlachetna dusza w tobie!

Garrone, pomilczawszy chwilę, zamruczał coś niewyraźnie naucho nauczycielowi, a ten odwrócił się do czterech winowajcówi rzekł nagle:

— Przebaczam wam!

Moja nauczycielka z pierwszej wyższej

27. czwartek

Moja nauczycielka dotrzymała obietnicy i przyszła dziś donas, właśnie w chwili kiedym miał wyjść z mamą i zanieść trochębielizny biednej kobiecie, o której wyczytaliśmy w gazecie.

Już rok prawie upłynął od jej ostatnich odwiedzin. Wszyscyśmy się ucieszyli bardzo. Zawsze ta sama. Drobna, mała, z zielonąwoalką wkoło kapelusza, biednie ubrana, źle uczesana, nie mającanigdy czasu, żeby spocząć; trochę tylko bledsza niźli w rokuzeszłym, z kilkoma więcej włosami siwymi, i kaszle ciągle.

Zaraz też matka moja powiedziała:

— Jakże tam ze zdrowiem, droga pani? Pani go nic a nic nieszanuje, jak widzę.

— Ech, co tam zdrowie! — odrzekła nauczycielka z tymswoim uśmiechem, co to przez pół smutny, a przez pół wesoły.

— Pani zanadto głos natęża przy lekcjach — dodała mama.

— Pani się zamęcza z tymi chłopakami...

I prawda! Przez cały czas nauki słychać jej głos w klasie;pamiętam to dobrze, z czasów kiedym do niej chodził. Mówiciągle, mówi głośno, żeby uwagę chłopców utrzymać, a nieusiądzie ani na minutę. Wiedziałem też z góry, że do nas przyjdzie,bo nigdy nie zapomina o swoich uczniach, całymi latami pamiętaich imiona, a przyjdą miesięczne egzaminy, to biegnie pytaćdyrektora, jakie mieli stopnie; nieraz też czeka u wyjścia i każesobie pokazywać zadania, żeby zobaczyć, jakie zrobili postępy.Wielu też przychodzi do niej z gimnazjum jeszcze, choć już nosządługie spodnie i mają zegarki.

Dzisiaj właśnie wróciła okropnie zmęczona z galerii obrazów,gdzie zaprowadziła swoich uczniaków; bo i dawnych lat coczwartek prowadziła chłopców do jakiegoś muzeum i tłumaczyłaim tam różne rzeczy. Biedaczka! Schudła więcej jeszcze. Alezawsze tak samo żywa i zaraz w zapał wpada, gdy mówi o swojejszkole. Chciała koniecznie zobaczyć to łóżko, w którym widziałamnie ciężko chorego przed dwoma laty, a teraz w nim mójmłodszy brat sypia; patrzyła na nie przez chwilę i nie mogłamówić.

Chcieliśmy ją zatrzymać, ale spieszyła się odwiedzić małegoucznia swojej klasy, syna siodłarza, chorego na odrę; a jeszczemiała całą pakę zadań do poprawienia, robotę na cały wieczór,i przed nocą jeszcze jedną lekcję arytmetyki u jakiejś kupcowej.

— No jakże, Henryku — rzekła na odchodnym — kochaszjeszcze swoją nauczycielkę, teraz kiedy odrabiasz takie trudnezadania i piszesz takie długie wypracowania?

Uściskała mnie i już ze schodów zszedłszy zawołała jeszcze:

— Nie zapomnij o mnie, pamiętaj, Henryku!

„O droga, droga nauczycielko, nigdy nie zapomnę ciebie!I jak będę duży, też cię nie zapomnę i pójdę zobaczyć, jak tamw twojej klasie uczysz twoich malców. A ile razy przejdę bliskojakiej szkoły, a głos nauczycielki posłyszę, będzie mi się zdawało,że to jest twój głos, i będę myślał o tych dwóch latach, którespędziłem w twojej szkole, gdziem się tylu rzeczy nauczył, gdziemcię widział tyle razy zmęczoną i chorą, a zawsze czynną, zawszepobłażliwą; zrozpaczoną, kiedy się któremu z nas obierał palec;drżącą, kiedy inspektor zapytał nas o co; szczęśliwą, gdyśmyodpowiedzieli jak należy; zawsze dobrą, zawsze kochającą jakmatka rodzona.

Nigdy, nigdy cię nie zapomnę, nauczycielko moja!”

Na poddaszu

28. piątek

Wczoraj wieczorem poszliśmy z mamą i z moją siostrąSylwią, żeby zanieść bieliznę tej biednej kobiecie, którą polecaliw dzienniku. Ja niosłem pakiet, a Sylwia dziennik, gdzie byłwydrukowany adres i pierwsze litery nazwiska. Wyszliśmy podsam dach jakiegoś starego domu, gdzie był długi korytarzz wieloma drzwiami. Mama zapukała do ostatnich. Otwarła namje kobieta jeszcze dosyć młoda, z jasnymi włosami, wychudzona,a mnie zaraz się wydało, żem już ją gdzieś widział, z tą samąniebieską chusteczką na głowie, którą miała teraz.

— Czy to wy jesteście ta a ta z dziennika? — spytała mama.

— Tak, pani, ja jestem.

— Bo myśmy wam tu przynieśli trochę bielizny.

Więc zaraz zaczęła dziękować i błogosławić, że nie było temukońca.

Tymczasem patrzę ja, a tu w kącie tej pustej, ciemnej izbychłopczyna jakiś przed stołkiem klęczy, odwrócony do nasplecami, i jak gdyby pisze. I naprawdę pisał mając kajet na stołku,a kałamarz na podłodze. Sam nie wiem, jak on mógł tak pisaćw tym mroku. Jeszczem myślał o tym, kiedy nagle poznałem rudewłosy i długą kamizelkę barchanową Crossiego, syna zieleniarki,tego, co to miał uschniętą rękę. Zarazem to mamie powiedział,podczas gdy kobieta składała bieliznę.

— Cicho! — rzekła mama. — Bo może by się wstydził,że dajemy jałmużnę jego matce. Nie mów nic, jakbyś go niewidział.

Ale w tej chwili właśnie odwrócił się Crossi, a widząc, że stojęzmieszany, uśmiechnął się. Zaraz też trąciła mnie mama, żebympobiegł go uściskać. Uściskałem go, a on powstał z klęczek i wziąłmnie za rękę.

— Otom została jak sierota — mówiła tymczasem jego matkado mojej — sama z tym chłopcem kaleką. Mąż od sześciu latw Ameryce, a mnie chwyciła jakaś choroba, że nie mam siłychodzić z jarzynami i zarobić tych kilku groszy na życie. Wyprzedali my wszystko... Nie zostało nawet i stołu dla megobiednego Ludwisia, coby pisał na nim. Jeszcze jakeśmy mielistragan w bramie, to na straganie sobie z boku pisał. Ale już teraznie mamy. Nie mamy też i na światło, żeby do ostatka niemarnować oczów. Dobrze jeszcze, że go mogę posyłać do szkoły,że mu tam dają książki i kajety. A chłopczysko aż drży do nauki.Biedna ja, matka! Biedne my, sieroty!

Więc moja mama dała jej wszystko, co tylko miała pieniędzyw woreczku, uściskała chłopca i prawie że płakała wychodzącz izby.

— Patrz na tego biedaka — rzekła, gdyśmy wyszli — jak sięto uczy, jak pracuje pilnie! Ty masz wszystkie udogodnienia,masz wszystko, czego ci trzeba, a przecież nauka ciężką ci sięzdaje! Ach, Henryku mój, więcej jest zasługi w jednodziennejpracy tego chłopca niżli w twojej przez rok cały.

Takiemu, takiemu należałoby dawać pierwsze nagrody!

Szkoła

28. piątek

Tak, drogi Henryku. Nauka ci jest ciężka, jak ci topowiedziała twoja matka; jeszczem cię nie widział idącegodo szkoły z tą wesołą twarzą i duchem ochotnym, jakie bymchciał widzieć u ciebie. Szkoła odraża cię jeszcze. Alepomyśl tylko, jak marne, jak nic niewarte byłyby dnietwoje, gdybyś nie chodził do szkoły. Jeszcze by tydzień nieminął, a już byś prosił, ze złożonymi rękami, żeby cię znówposłać do niej, przejęty nudą i wstydem, zmęczony rozrywkami i sam sobą.

Wszyscy, wszyscy uczą się teraz, mój drogi Henryku.Pomyśl no o tych robotnikach, którzy idą do szkoły wieczornej po całym dniu krwawej pracy; o tych kobietach, o tychdzieciach chodzących do szkoły niedzielnej po tygodniuciężkich, często ponad siły trudów; o tych żołnierzach, którzy chwytają za książki, za kajety, ledwo wróciwszy z swychmozolnych ćwiczeń; pomyśl o dzieciach niewidomych,niemych, które mimo kalectwa do nauki się garną; pomyślwreszcie o więźniach, bo i ci nawet uczą się czytać i pisać.

Kiedy wychodzisz rankiem z domu, wspomnij, że w tejsamej chwili w tym samym mieście więcej niż trzydzieścitysięcy chłopców tak samo jak ty idzie się zamknąć na trzygodziny w klasie. Ale co!... Wspomnij raczej o tychmilionach dzieci dążących w tym samym czasie, co i ty, doszkoły, po wszystkich krajach świata.

Uprzytomnij sobie, jak cała ta wielka armia przyszlości idzie, idzie przez ciche wioski, przez gwarnemiasta, po brzegach mórz i jezior, gdzie pod upalnymsłońcem, gdzie pod chmurnym niebem, łodziami — gdziebraknie lądu, końmi — gdzie nogi ustają, saniami pośniegach i lodach, przez doliny, przez wzgórza, skroś lasówi potoków, po górskich kamienistych ścieżynach, to pojedynkiem, to kupą, to znów długim rzędem, wszyscy z książkami pod pachą, odziani w tysiąc odmian i sposobów,mówiący tysiącem języków i narzeczy, od szkół kresowychpółnocy, w lodach gdzieś zgubionych, do ostatnich szkółArabii, ocienionych palmą, miliony idą, miliony, uczyć siętych samych rzeczy, tysiącem różnych sposobów! Wyobraźsobie, drogie dziecko, to olbrzymie mrowisko chłopców, stuszczepów, stu ludów, stu krain; ten ruch niezmierny,którego i ty jesteś cząstką, i pomyśl: Gdyby ten ruch ustał,ludzkość popadłaby w dawne barbarzyństwo. Bo on właśnie jest postępem, on jest nadzieją, on jest chwałą świata!

Odwagi zatem, mały żołnierzu milionowej armii!Książki twoje są twoją bronią, twoja klasa jest twoimregimentem, polem bitwy jest ziemia cała, a zwycięstwemjest cywilizacja ludzkości.

Nie bądźże tchórzem w tym boju, mój Henryku drogi!

Twój ojciec.

Mały patriota z Padwy

Opowiadanie miesięczne

29. sobota

Nie będę tchórzem, nie! Ale chodziłbym z dużo większąochotą do szkoły, gdyby nam nauczyciel opowiadał co dzień takierzeczy, jak dziś z rana. Ale cóż! Tylko raz w miesiącu ma być jednotakie i mamy je dostać na piśmie, i będzie zawsze o pięknymi dobrym czynie jakiegoś małego chłopca. To pierwsze opowiadanie ma tytuł „Mały patriota z Padwy”. Oto treść jego:

Pewnego razu parostatek francuski płynął z Barcelony,miasta hiszpańskiego, do Genui; a znajdowali się na pokładzieFrancuzi, Włosi, Hiszpanie i Szwajcarowie. I był tam międzyinnymi chłopiec jedenastoletni, biednie odziany, sam, który siętrzymał ciągle na uboczu jak leśne zwierzątko, poglądając na ludzispode łba! Bo to było tak: Przed dwoma laty jego ojciec i jegomatka, wieśniaczka z okolic Padwy, sprzedali tego chłopcabandzie linoskoczków, którzy nauczywszy go przeróżnych sztukto pięścią, to kopaniem, to głodem, wędrowali z nim przez Francjęi Hiszpanię, bijąc go bez litości i jeść mu nie dając. Więc kiedyprzywędrowali do Barcelony, ów chłopiec, nie mogąc wytrzymaćtego bicia i tego głodzenia i wyniszczony do ostatka sił, uciekł odswego dozorcy i oddał się w opiekę konsula włoskiego, któryulitowawszy się nad nim umieścił go na tym parostatku i dał mulist do kwestora w Genui, żeby tego biedaka do rodziców odesłał.Do tych rodziców, co go to sprzedali, jak gdyby był bydlęciem, nieczłowiekiem. Biedny chłopiec był cały poraniony i ledwo się nanogach trzymał. Dali mu kajutę drugiej klasy. Patrzyli na niegoludzie, niejeden i zapytał o co, ale on nie odpowiadał. I tak sięzdawało, że wszystkich nienawidzi i wszystkimi gardzi, tak mudojadły i struły serce te razy i te głodzenia. Wszakże udało siętrzem podróżnym przez uporczywe pytania rozwiązać mu jakośjęzyk, tak że w kilku szorstkich słowach na pół włoskich, na półhiszpańskich, a na pół francuskich opowiedział im swoją historię.

Ci trzej podróżni to nie byli Włosi, ale zrozumieli, co tenchłopiec mówił, i trochę z litości, a trochę z tego, że im winoszumiało w głowie, dali mu pieniędzy żartując i namawiając, żebyim jeszcze co więcej opowiedział. A że do sali weszło w owej chwilikilka pań, wszyscy trzej chcieli się pokazać i rzucali mu pieniądzewołając: — Trzymaj, chłopcze! Trzymaj jeszcze! — i pobrzękująclirami po stole.

Chłopiec napełnił kieszenie, podziękował półgłosem, zawszejednako dziki, ale ze spojrzeniem pierwszy raz uśmiechniętymi wdzięcznym; po czym zaraz poszedł do swojej kajuty, zaciągnąłfirankę i siedział cicho, rozmyślając o swym dziwnym losie. Mógłteraz za te pieniądze nakupić sobie różnych łakotek, on, któryprzez dwa lata łaknął suchego chleba; mógł też kupić sobiew Genui ubranie, on, co od dwóch lat w łachmanach chodził,i także mógł przynieść je z sobą rodzicom, którzy pewnie inaczejby go wtedy przyjęli, niż gdyby przyszedł z próżnymi rękami.Przecież te pieniądze to były dla niego jakby mały majątek. Tak toon sobie rozmyślał pocieszony, poza firanką kajuty, podczas kiedytrzej podróżni rozmawiali z sobą siedząc przy obiadowym stolew pośrodku sali drugiej klasy. Pili i rozmawiali o podróżachswoich, o krajach, jakie poznali, i od słowa do słowa zaczęli mówićo Włochach.

Zaczął jeden skarżyć się na oberże, drugi na koleje żelazne,a potem wszyscy wpadli w zapał i wygadywali na wszystko, cowłoskie. Ten wolałby podróżować po Laponii, tamten opowiadał,jako w całych Włoszech są sami oszuści i złodzieje, trzeciprześmiewał się, że urzędnicy włoscy nie umieją czytać.

— Naród nieuków! — rzekł pierwszy.

— Brudasów! — rzekł drugi.

— Zło... — zaczął trzeci i chciał powiedzieć złodziei, ale niedokończył słowa.

Grad soldów i półlirówek spadł im nagle na głowy, na plecy,potoczył się po stole, po pokładzie z piekielnym hałasem.

Wszyscy trzej skoczyli wściekli patrząc w górę, a tu im jeszczena twarze runęła garść miedziaków.

— Macie tu swoje pieniądze! Trzymajcie swoje grosze! — krzyknął z pogardą chłopiec zerwawszy firankę swej kajuty. — Nie przyjmuję wsparcia od tych, którzy moją ojczyznęznieważają.

Listopad

Kominiarczyk

1. listopada

Wczoraj wieczorem poszedłem do żeńskiej szkoły, tuż przynaszej, żeby zanieść opowiadanie o chłopcu z Padwy nauczycielceSylwii, która je przeczytać chciała.

Sześćset dziewcząt jest w tej szkole!

Zaczynały właśnie wychodzić, kiedym nadszedł, wesoło, boidą dwa dni wolne, Wszystkich Świętych i Zaduszki — i oto, comtam zobaczył. Wprost wejścia do szkoły, po drugiej stronie ulicy,oparty o mur, zakrywając ręką oczy, stał kominiarczyk, zupełniejeszcze mały i czarny na twarzy, ze swoim workiem, ze swoim drapaczem i gorzko płakał. Zaraz do niego podeszły dwie czy trzystarsze dziewczynki pytając, czego by tak bardzo płakał. Ale kominiarczyk nie odpowiadał, tylko jeszcze głośniej szlochać zaczął.

— Ale powiedz, powiedz, co ci jest i czego tak płaczesz? — dopytywały się dziewczynki.

Wtedy odjął rękę od twarzy zupełnie jeszcze dziecinnej i szlochając opowiedział, że czyścił kominy w kilku domach, zarobiłtrzydzieści soldów i że je zgubił.

— Musiały wypaść przez dziurę w kieszeni — dodał pokazując rozdartą kieszeń — a teraz nie śmiem wrócić do domu, bo mniemajster bić będzie.

Tutaj znów gorzko zaczął płakać zakrywszy twarz ręką.

Dziewczynki spoważniały i patrzyły na biednego chłopcazafrasowane. Tymczasem nadbiegały inne, małe i duże, strojnei ubogie, z teczkami pod pachą, a jedna starsza, z niebieskimpiórkiem w kapelusiku, dobyła z kieszeni dwa soldy i rzekła:

— Ja mam tylko dwa soldy... Złóżmy się na niego!

— I ja mam także dwa soldy — powiedziała inna, czerwonoubrana. — Może się u wszystkich znajdzie ze trzydzieści...

I zaraz zaczęły się zwoływać:

— Amelka! Ludka! Anulka!... Daj no solda!... Kto masolda?... Dawajcie no tu soldy!...

Kilka z nich miało po parę soldów na kwiaty, na kajety.Mniejsze oddawały swoje grosiaki. Wtedy ta z niebieskim piórkiem zebrała wszystko i głośno liczyła:

—... Osiem, dziesięć, piętnaście! — Ale nie stało więcej.

Wtem podeszła największa z nich wszystkich, że prawie mogłaujść za nauczycielkę, i dała pół lira, a dziewczęta zaczęły chwalići dziękować.

Ale brakowało jeszcze pięciu soldów.

— Idą teraz te z czwartej... Te mają! — rzekła jedna.

Jakoż przyszły te z czwartej i posypały się soldy. Wszystkiezaczęły się cisnąć do biedaka. Pięknie było patrzeć na tego małegokominiarczyka, w pośrodku tych jasnych sukienek, tych fruwających wstążek, piórek... Już dawno zebrało się trzydzieści soldów,ale dziewczątka jeszcze dokładały, a te najmniejsze, którymjeszcze nie dawano pieniędzy w domu, przepychały się pomiędzydużymi, dając mu parę kwiatków, żeby tylko i od nich coś było.

A wtem wyszła odźwierna wołając głośno:

— Pani dyrektorka idzie!

Porwały się dziewczęta jakby stado wróbli. A wtedy kominiarczyk ukazał się w pośrodku ulicy sam, ocierający z łez oczy,uśmiechnięty, ściskający w obu rękach swoje soldy, a u kapelusza,u kurtki, po kieszeniach tyle miał kwiatów, że aż się sypały i pełnoich było nawet u nóg jego, na ziemi.

Dzień Zaduszny

2. listopada

... Dzień dzisiejszy poświęcony jest pamięci zmarłych.Czy wiesz, Henryku, o jakich to zmarłych wy, chłopcy, pamiętać dzisiaj powinniście? O tych, mój synu, którzy pomarli za was, za chłopców, za dzieci. A umarło ich niemałoi umiera ciągle. Pomyślałżeś ty kiedy o tych ojcach, którzysobie skracają życie w ciężkiej pracy? O tych matkach,które przedwcześnie w grób idą, umęczone odmawianiemsobie wszystkiego, byle utrzymać swych synów? Czy wiesz,ilu ojców nóż sobie do serc wbiło nie mogąc znieść widokunędzy swoich dzieci? Ile kobiet potopiło się, pomarłow rozpaczy, zwariowało straciwszy ukochane dziecko?

O tych umarłych pomyśl dzisiaj, Henryku.

Myśl o tych nauczycielkach, które w kwiecie młodościzeszły z tego świata, nabywszy suchot w murach szkolnych, w ciężkiej pracy, nie mając serca rozstać się z dziećmi, którym poświęciły życie.

Myśl o tych lekarzach, którzy pomarli młodo zaraziwszy się chorobami leczonych przez siebie dzieci. Myślo tych wszystkich, którzy w powodziach, pożarach, w klęskach głodowych, w chwilach śmiertelnych niebezpieczeństwoddali dzieciom, obcym nawet, ostatni kawałek chleba,ostatnią deskę, ostatnią linę ratunkową, a sami umieraliszczęśliwi, że im się udało ocalić życie niewiniątka. Takichzmarłych, Henryku, tysiące jest, tysiące. Każdy cmentarzma takie mogiły święte, których prochy, gdyby mogły ożyći głos wydać, wymówiłyby imię jakiejś dzieciny, którejpoświęciły szczęście młodości, spokój późnego wieku, uczucia, myśli, życie. A w mogiłach tych leżą młode matki,ludzie w kwiecie lat swoich, starcy posiwiali, młodzieńcy— bohaterscy a nieznani męczennicy dziecięcego świata,szlachetni i wielcy tak, że ziemia nie wydaje tyle kwiatów,ile byśmy na ich mogiły co rok złożyć powinni.

Tak to wy jesteście miłowane, dzieci!

Myślże więc dzisiaj o tych zmarłych z głębokimi wdzięcznym wzruszeniem, a kochaj odtąd więcej tychwszystkich, którzy cię miłują i trudzą się dla ciebie, mójdrogi synu, gdyś jest tak szczęśliwy, że w Dzień Zadusznynie masz jeszcze do opłakiwania nikogo ze swoich!

Twoja matka.

Mój przyjaciel Garrone

4. piątek

Tylko przez te dwa dni świąt nie byłem w szkole, a już mi byłotęskno do mego drogiego Garrone! Im bliżej go poznaję, tymwięcej go kocham; a nie tylko ja, ale wszyscy koledzy, wyjąwszytych dryblasów, co nad innymi chcą przewodzić, a on im nie daje.Więc niech tylko jaki duży rękę na małego podniesie, to mały zarazkrzyczy: — Garrone! Garrone! — a duży umyka.

Ojciec Garronego jest maszynistą na kolei. On sam, biedak,późno zaczął chodzić do szkoły, bo przez parę lat był chory. Najwyższy jest i najmocniejszy z całej naszej klasy. Ławkę jak nicpodniesie jedną ręką. Zawsze ma w kieszeni partykę chleba,pojada raz w raz, ale że jest bardzo dobry, o co go tylko poprosić— o ołówek, o gumę, o papier, o scyzoryk — wszystko zarazpożyczy albo da. W szkole nie śmieje się, nie gada, tylko siedzinieruchomo w ławce trochę dla niego przyciasnej, z pochylonymiplecami i głową wtuloną w ramiona; a gdy na niego spojrzę,uśmiecha się do mnie mrużąc oczy, właśnie jakby chciał powiedzieć: „No i cóż, Henryku, będziemy przyjaciółmi?” — Śmiać misię chce, bo na swój duży wzrost ma wszystko to za krótkie, to zawąskie: kurtkę, majtki, mankiety; kapelusz ledwo że na czubkugłowy, grube buty, a krawat ściśnięty jak postronek. DrogiGarrone! Dosyć raz na niego spojrzeć, żeby go pokochać!

Wszyscy mali pchają się do jego ławki, żeby być jak najbliżej.W arytmetyce mocny. Nosi książki ściągnięte czerwonym rzemykiem. Ma nóż z rękojeścią z perłowej masy, znaleziony przeszłegoroku na placu musztry; skaleczył się raz tym nożem w palec aż dokości prawie, a nikt o tym nie wiedział w szkole — a i w domu anipisnął, żeby nie zmartwić rodziców. Pozwala z siebie nierazżartować i nikomu żartów za złe nie bierze; ale jak mu kto powie,,nieprawda” na to, co on mówi, że prawda, to mu aż skry z oczulecą, a pięści tak ściska, że mało nie połamie ławki. W sobotę ranodał solda jednemu z pierwszej wyższego oddziału, bo go malcowiktoś zabrał i dzieciak beczał na ulicy, że nie ma za co kupić kajetu.

Od trzech dni ślęczy nad listem, którego już jest osiem karteki który ślicznie wyozdobił piórkiem na imieniny swej matki. Tamatka często przychodzi po niego, tak samo jest duża i tęga jak oni bardzo miła. Nauczyciel patrzy na to ślęczenie, a przechodząckoło jego ławki klepie go po karku jak dobrego, spokojnego malca.

Bardzo go lubię i kocham i rad jestem, kiedy uścisnę w swojejjego wielką rękę, która się wydaje ręką dorosłego człowieka. Przysiągłbym, że naraziłby życie dla ocalenia kolegi, żeby się dał zabić zaniego; jasno to widać w jego oczach; a choć raz w raz coś mruczyswoim grubym głosem, znać, że głos ten idzie z szlachetnego serca.

Węglarz i pan

7. poniedziałek

Z pewnością Garrone nigdy by nie powiedział tego, copowiedział wczoraj rano Bettiemu Karol Nobis. Karol Nobispyszni się, bo ojciec jego jest wielkim panem. Jest to wysoki pan,z dużą czarną brodą, bardzo poważny, który prawie co dzieńprzychodzi odprowadzać syna.

Nobis pokłócił się wczoraj z Bettim, jednym z tych najmniejszych w klasie, synkiem węglarza; a nie wiedząc, co już powiedzieć, bo nie miał racji, zawołał głośno:

— Twój ojciec jest gałganiarzem!

Betti zaczerwienił się po samą czuprynę i nie odrzekł nic,tylko mu łzy nabiegały do oczu, a wróciwszy do domu powtórzyłto ojcu. I oto węglarz, mały człowieczek, cały czarny, ukazał się napopołudniowej lekcji prowadząc chłopca za rękę, ze skargą donauczyciela. Właśnie opowiadał zajście nauczycielowi, a myśmywszyscy słuchali w milczeniu, kiedy ojciec Karola, zdejmując jakzwykle płaszcz z syna w progu klasy, posłyszał swoje nazwisko,wszedł i żądał wyjaśnienia.

— Oto ten robotnik — rzekł nauczyciel — przyszedł skarżyćsię na pańskiego syna, Karola, który powiedział jego chłopcu:,,Twój ojciec jest gałganiarzem”.

Zmarszczył czoło pan Nobis, poczerwieniał na twarzy i obróciwszy się do syna zapytał:

— Czy powiedziałeś te słowa?

Ale syn stojąc pośrodku klasy ze spuszczoną głową naprzeciwmałego Bettiego nic nie odpowiedział.

Wtedy ojciec wziął go za ramię, popchnął ku malcowi tak, żesię prawie trącili o siebie, i rzekł:

— Przeproś go natychmiast!

Węglarz chciał przeszkodzić temu mówiąc:

— Nie trzeba, nie!...

Ale pan Nobis nie zważał na to i zawołał raz jeszcze:

— Natychmiast go przeproś! Rozumiesz?... Powtarzaj zamną! Dalej... „Przepraszam cię za moje słowa ubliżające, głupie,niegodne, jakie powiedziałem przeciw twemu ojcu, którego rękęściskając mój ojciec zaszczycony się czuje”.

Rzucił się biedny węglarz i raz jeszcze chciał przeszkodzić,ale pan Nobis nie ustąpił, aż synek jego cienkim głosem, powoli,nie podnosząc oczu od ziemi, powtórzył przeproszenie to co dosłowa. Wtedy pan podał rękę węglarzowi, który ją silnie uścisnął,po czym zaraz popchnął swego chłopaka w ramiona Karola.

— Uczyń mi pan tę łaskę — rzekł wtedy pan Nobis donauczyciela — i posadź ich w jednej ławce.

Nauczyciel posadził Bettiego przy Karolu Nobis, a kiedy jużbyli na miejscu, ojciec jego ukłonił się i wyszedł.

Węglarz stał przez chwilę, jakby odurzony patrząc na obusąsiadujących z sobą chłopców, potem podszedł do ławki i patrzyłna Nobisa, przyjaźnie a żałośnie, tak jakby mu coś miał dopowiedzenia. Ale nie powiedział nic, tylko wyciągnął rękę, żeby gopogłaskać. I tego przecież nie śmiał; musnął mu więc tylko czołoswymi grubymi palcami, zwrócił się ku drzwiom, a obejrzawszysię raz jeszcze, wyszedł cicho.

— Pamiętajcie o tym, coście tu widzieli, chłopcy — rzekłwtedy nauczyciel — bo to jest najpiękniejsza lekcja tegoroczna!

Nauczycielka mojego braciszka

10. czwartek

Synek węglarza był dawniej uczniem panny Delcati, któraprzyszła dziś odwiedzić mojego słabego braciszka i ze śmiechemnam opowiadała, jak dwa lata temu matka tego chłopca przyniosłajej pełny fartuch węgli, z podziękowaniem za medal, jaki syn jejdostał. Biedna kobieta uparła się, żeby te węgle dać koniecznie,i prawie że płakała, kiedy jej pełen fartuch odnieść przyszło.

I o innej jeszcze kobiecie opowiadała nam panna Delcati. Taznów przyniosła jej bukiet kwiatów, a w bukiecie uwiązanąszmatkę z miedziakami. Bardzośmy się ubawili tym opowiadaniem, a brat mój przełknął jakoś lekarstwo, którego pierwej braćnie chciał.

Hej, trzeba to niemało cierpliwości z tymi wstępniakami!Wszystkim brak zębów jak starym; jeden nie wymawia r, drugi niewymawia s; jeden kaszle, drugiemu krew idzie z nosa; ten upuściłpod ławkę tabliczkę; ten się drze, bo się ukłuł piórem; tamtenbeczy, bo zamiast kajetu nr II kupił kajet nr I. Stu pięćdziesięciutakich jegomościów w klasie, co nie umieją nic, mają ręce jakz masła, a tu ich pisać ucz! A co w kieszeniach za niestworzonerzeczy do klasy przynoszą! Guziki, korki od flaszek, kawałkilukrecji, tartą cegłę, mnóstwo drobiazgów, które nauczycielkaodbierać musi, bo się nimi bawią, a tak umieją chować, że tow pończochach nawet.

A jak nic nie uważają, to strach! Niech bąk wleci przez okno,zaraz wszyscy do niego! A przyjdzie wiosna, to naznoszą zielska,chrząszczów, toto potem lata po klasie, łazi po kałamarzachi smaruje kajety atramentem.

Nauczycielka musi, jak matka, ubierać ich, rozbierać, obwijać im pokłute palce, prostować pogniecione berety, uważać,żeby nie pozamieniali płaszczyków, bo później piszczą i miaucząjak koty!

Biedne nauczycielki! A jeszcze przychodzą matki ze skargami:

— Co to znaczy, proszę pani, że mój chłopiec zgubił pióro?

— Co to znaczy, że mój chłopiec nic a nic się nie nauczyłjeszcze?

— Czemu to pani nie wyjmie z ławki tego gwoździa, o którymój Piotruś rozdarł majtki?

Czasem nauczycielka mego brata wpada w złość z tymichłopakami i gdy już nie może wytrzymać, to palce sobie gryzie,żeby nie dać któremu klapsa. A jak straci cierpliwość, to zaraz jejżal i bierze na kolana dzieciaka i pieści; każe któremu urwisowiiść precz, to potem sama płacze i biegnie kłócić się z rodzicami,którzy dzieciom za karę jeść nie dają.

Panna Delcati jest młoda, wysoka, ładnie ubrana, ma czarnewłosy, jest bardzo żywa, wszystko robi nagle, prędka się zdajei porywcza nawet, ale wzrusza się lada drobiazgiem i ma wtedyglos taki tkliwy!

— Przynajmniej to dobrze, że te bębny panią kochają! — rzekła moja matka.

— Prawda, kochają — odpowiedziała — ale niech no się rokskończy, większa część i nie wspomni nawet. Jak już przejdą donauczyciela, to się wstydzą, że byli w klasie nauczycielki. Podwóch latach trudów, przywiązawszy się do jakiegoś malca,smutno jest rozłączać się z nim, ale się mówi: „No, tego jestempewna, ten mnie kocha!” Ale przechodzą wakacje, chłopiecpowraca do szkoły, biegnę naprzeciw niemu. „Dziecko, mojedrogie dziecko!” A on odwraca głowę w inną stronę.

Tu przerwała nauczycielka.

— Ale ty tak nie zrobisz, maleńki? — rzekła podnosząc się zełzami w oczach i całując mego braciszka. — Ty nie odwróciszgłowy w inną stronę! Prawda? Nie zaprzesz się twojej starejprzyjaciółki.

Moja matka

10. czwartek

W obecności nauczycielki twojego małego brata uchybiłeś szacunku winnego twej matce. Niechże się to niepowtórzy już nigdy, Henryku! Nigdy, pamiętaj o tym!Twoje lekkomyślne i uchybiające słowa przeszyły mi sercejakby ostrze stali.

Myślałem o twojej matce, jak przed laty stała pochylona przez noc całą u twego łóżeczka, licząc twójoddech, płacząc krwawymi łzami bólu i szczękając zębamiz przerażenia na myśl, że cię utracić może. Gdy patrzałemna nią, lękałem się, że rozum utraci, i prawie żem wstrętmiał do ciebie.

I ty obrażasz teraz matkę swoją? Matkę, która byoddała rok własnego szczęścia, żeby okupić jedną godzinętwego bólu? Która by żebrała dla ciebie, gdybyś był głodny,która by się dała zabić, żeby ci ocalić życie.

Słuchaj, Henryku, zapisz sobie dobrze w pamięci tesłowa. Wyobraź sobie, że czeka cię w życiu wiele dniokropnych. Najokropniejszym przecie będzie ten, w którym stracisz matkę. Po tysiąc razy, Henryku, kiedy jużbędziesz mężczyzną, człowiekiem silnym, wypróbowanymwe wszystkich burzach życiowych, uczujesz niezwalczonepragnienie, żeby usłyszeć jej drogi głos i ujrzeć jej otwarteramiona, i rzucić się w nie z płaczem jak biedne dziecko bezopieki i podpory. Z jakimże bólem wspomnisz wtedy każdąkroplę goryczy, jakąś ją napoił! Z jakimże wyrzutempoliczysz je wszystkie, nieszczęsny! Bo nie spodziewaj sięradości w życiu, jeśli zasmucisz swą matkę. Będzieszżałował, będziesz wołał jej przebaczenia, będziesz czcił jejpamięć — daremnie! Sumienie twoje nie da ci spokoju. Jejsłodka, dobra twarz ukazywać ci się będzie z wyrazemsmutku i wyrzutu, które ci duszę na tortury wezmą.

Wiedz, Henryku, że uczucie synowskie jest najświętszym z uczuć. Biada temu, który je podepce.

Morderca, który miłuje swą matkę, ma jeszcze coś szlachetnego w sercu, a najsławniejszy z ludzi, który jej zadaje boleść i obraża ją, jest tylko nikczemnym stworzeniem. Niechżewięc z ust twoich nie wyjdzie nigdy twarde słowo przeciw tej,która ci dała życie. A gdyby kiedykolwiek jeszcze wyjśćmiało, nie strach przed gniewem ojca, ale poryw serca niechcię do nóg jej rzuci, z błaganiem, aby pocałunkiem przebaczenia starła z twego czoła haniebną zmazę niewdzięczności.

Kocham cię, synu mój; ty jesteś najdroższą nadziejąmego życia; ale wolałbym widzieć cię umarłym niźliniewdzięcznym twej matce. Bądź zdrów! A przez czasjakiś nie przychodź do mnie z pieszczotą; nie mógłbymteraz odwzajemnić ci jej z całego serca.

Twój ojciec.

Mój kolega Coretti

13. niedziela

Ojciec mi już przebaczył, ale jeszcze jestem i tak trochęsmutny. Więc mama posyła mnie ze starszym synem odźwiernego, żebym się przeszedł i rozerwał trochę.

W połowie alei przechodząc dziś koło wozu, który sięzatrzymał przed jakimś sklepem, posłyszałem, że ktoś woła namnie po imieniu. Oglądam się, a to Coretti, kolega szkolny,w swojej bluzie brunatnej i w swoim kapeluszu z kociej sierści,spocony i wesół, dźwiga dużą wiązkę drzewa na plecach. Człowiekstojący na wozie podawał mu naręcza drzewa, a on je brał i zanosiłdo sklepu swojego ojca, gdzie je z pośpiechem ciskał na kupę.

— Co ty robisz, Coretti? — pytam.

— Nie widzisz to? — odrzekł wyciągając ręce po nowebrzemię — przepowiadam lekcję!

Rozśmiałem się. Ale on mówił to zupełnie serio i wziąwszynaręcze drzewa zaczął recytować pośpiesznie z pamięci:

— Nazywamy koniugacjami słowa te odmiany, jakim onopodlega według liczby i osoby... — po czym cisnąwszy drzewo nakupę: — i według czasu, do którego się odnosi działanie...

Wtem odwrócił się ku wozowni po nową wiązkę i kończył:

—... oraz według sposobu, jakim się działanie wykonywa.

Poznałem! Była to lekcja gramatyki na jutro zadana.

— Co chcesz? — zawołał Coretti. — Korzystam z czasu, jakmogę. Ojciec mój poszedł po zakupna ze służącym, matka chora,więc sam znoszę drzewo, a tymczasem powtarzam gramatykę.Trudna lekcja dziś wypadła... Nie mogę jakoś wbić jej sobiew głowę! — Tu zwrócił się do woźnicy: — Ojciec powiedział, żeo siódmej tu będzie i wtedy wam zapłaci.

Wóz odjechał.

— Wejdź na chwilę do naszego sklepu! — rzekł do mnieCoretti.

Wszedłem. Była to duża izba, pełna wiązek drzewa i chrustu,z prawej strony od wejścia stała waga.

— Ciężki był dziś dzień — zaczął żywo Coretti. — Powiadam ci, że musiałem odrabiać lekcje po kąseczku, po tycim...Ledwom zaczął pisać zadanie, przybyli ludzie kupować. Ledwomsię zabrał znowu do roboty, aż ci masz, zajeżdża ten z wozem. Dziśrano byłem już dwa razy na placu Weneckim, tam gdzie jest targdrzewny. Nóg nie czuję, powiadam ci, a ręce, jakby mi popuchły... — Tak mówiąc podmiatał wielkim miotliskiem zeschłe liściei wióry, które zaścielały kamienną podłogę izby.

— A gdzież ty odrabiasz lekcje? — spytałem ciekawie.

— Z pewnością nie tu! — odrzekł ze śmiechem. — Pójdź,zobacz!

I zaprowadził mnie do małej stancyjki za sklepem, która byłazarazem kuchnią i jadalnią, tam stał w kącie stół, a na nim książki,kajety i owo rozpoczęte zadanie.

— Patrz! Właśniem zostawił drugą odpowiedź w powietrzu... — I zaczął czytać: — „Ze skóry robi się obuwie, rzemienie”; teraz dodam jeszcze: „tłumoki... walizy...” — Tu chwyciłpióro i zaczął pisać swoim pięknym, kaligraficznym pismem.

Ale w tej samej chwili dał się słyszeć głos wołający w sklepie:

— Jest tam kto? Cóż to, nie ma nikogo?

— Jestem! Idę! — Odkrzyknął Coretti, skoczył do pierwszejizby, odważył drzewo, wziął za nie pieniądze, pobiegł do księgiz regestrami, zapisał kupno i powrócił mówiąc: — Zobaczymy,czy mi się uda dokończyć to zdanie. — I pisał dalej — „... workipodróżne, tornistry dla żołnierzy...”

Wtem krzyknął: — Kawa kipi... — i pobiegł do piecyka, żebyodstawić imbryk od ognia.

— To kawa dla mamy — rzekł wtedy — więc muszę sięstarać, żeby była dobra. Zaczekaj chwilkę, to ją zaniesiemy. Mamasię bardzo ucieszy, jak ciebie zobaczy. Już cały tydzień leżyw łóżku... Aj, do licha! Zawsze sobie palce poparzę tym imbrykiem! Co by tu jeszcze dodać do tych tornistrów dla żołnierzy?Chciałbym jeszcze coś, ale już nie wiem. Pójdźmy do mamy!

Otworzył drzwi i weszliśmy do drugiej małej stancyjki; tamw dużym łóżku leżała matka Corettiego z głową obwiązaną białąchusteczką.

— Przyniosłem kawę, mamo! — rzekł Coretti podającfiliżankę. — A to jest mój kolega szkolny...

— Ach, dobry panicz — przemówiła kobieta — przyszedłodwiedzić chorą, nieprawdaż?

Tymczasem Coretti poprawił matce poduszki, ułożył kołdrę,rozdmuchał ogień na kominku i spędził kota ze skrzynki.

— Nie trzeba ci jeszcze, mamo, czego? — zapytał potemodbierając pustą filiżankę. — A wzięła mama lekarstwo? Jakbybrakło, to zaraz do apteki skoczę. Drzewo złożone. O czwartejnastawię mięso na rosół, jak mama mówiła, a jak przyjdziemleczarka, dam jej osiem soldów. Niech się mama nie turbuje!Wszystko będzie dobrze.

— Dziękuję ci, synku! — odrzekła kobieta. — Biedne drogiechłopczysko moje! O wszystkim pamięta!

Poczęstowała mnie kawałkiem cukru, a Coretti pokazał miobrazek, fotografię swego ojca w mundurze wojskowym i z medalem za waleczność, który dostał w 66 roku służąc pod księciemHumbertem. Ta sama twarz, co i u syna, z tymi żywymi oczymai z tym samym wesołym uśmiechem.

Powróciliśmy do kuchni.

— Mam! — krzyknął Coretti i pobiegłszy do stolika dopisałw swoim kajecie: „... a także uprząż na konie”. — Tak! — rzekłkładąc pióro. — Resztę dokończę wieczorem. Może jeszcze codopiszę później. Szczęśliwyś ty, że możesz się uczyć, kiedy chcesz,i jeszcze masz czas iść na spacer!

I ciągle wesół i żywy, pobiegł do sklepu i kładąc większekawałki drzewa na kozłach przerzynał je w pół piłą i mówił:

— To moja gimnastyka! Prawie to samo, co „ręce naprzód”,,,ręce w tył”! Chciałbym, żeby ojciec zastał już drzewo porżnięte,jak wróci. Byłby kontent. To tylko bieda, że jak rżnę drzewo, topotem ręka mi się trzęsie, a moje t i moje l wyglądają jak małewężyczki. Powiada nauczyciel: „Coś ty, chłopcze, robił, że ci siętak ręka trzęsie?” — „Ja, nic, panie nauczycielu! Fechtowałemsię!!...” Co tam, wszystko głupstwo, byle mama była zdrowa!Dziś jej lepiej, dzięki Bogu! A gramatyki nauczę się jutro rano, jaktylko świtać zacznie... A otóż wóz ze szczapami! Do roboty!

Jakoż przed sklepem zatrzymał się wóz naładowany szczapami. Coretti wybiegł rozmówić się z woźnicą i powrócił zaraz.

— Nie mogę ci już dotrzymać towarzystwa — rzekł mi. — Do widzenia jutro! Dobrześ zrobił, żeś mnie odwiedził! Życzęci miłej przechadzki! Ty, szczęśliwcze!...

I uścisnąwszy mi rękę, chwycił pierwszą szczapę i zaczął sięuwijać między wozem a sklepem, z tą swoją kwitnącą twarzą podberetem z kociej sierści, tak żwawo, że aż patrzeć miło.

„Szczęśliwcze!” — powiedział do mnie... Ach, nie, Coretti,nie! Ty jesteś daleko szczęśliwszy, bo się nie tylko uczysz, alei pracujesz, bo jesteś lepszy, sto razy lepszy i więcej wart ode mnie,mój drogi kolego!

Nasz dyrektor

18. piątek

Bardzo rad był Coretti dzisiejszego ranka, bo na egzaminmiesięczny przyszedł jego nauczyciel z drugiej, Caotti, olbrzymz ogromną kędzierzawą czupryną, z wielką czarną brodą, z wielkimi czarnymi oczyma i z głosem tak srogim, jakby z armat bił.Straszy on zawsze chłopców, że ich w kawałki porąbie, że ich zakark weźmie i do kwestury poprowadzi, i okropnie srogie robiminy, ale żadnego nigdy nie trąci, a nawet uśmiecha się podwąsem nie wiedząc sam o tym. Z Caottim jest nauczycieli ośmiu,licząc w to małego suplenta, który jeszcze wąsów nie ma, sam nauczniaka wygląda.

Jest nauczyciel z czwartej, kulawy, poobwijany wełnianymszalikiem; zawsze go coś boli, a tych bólów to się nabawił wtedy,jak był nauczycielem na wsi i mieszkał w szkole straszniewilgotnej, gdzie na ścianach woda marzła.

Jest i drugi nauczyciel z czwartej, stary, siwiuteńki, którydawniej był nauczycielem niewidomych.

Jest znów jeden wyelegantowany, w okularach, z jasnymifaworytami, którego nazywają adwokacikiem, bo kończył prawoi dostał już dyplom i jeszcze napisał książkę: „Jak trzeba listypisać”. Zupełnie za to odmienny jest ten, który uczy gimnastykii ma minę żołnierską. Bił się pod Garibaldim, ma na szyi bliznęod cięcia szablą z bitwy pod Milazzo.

Jest wreszcie dyrektor, wysoki, łysy, w złotych okularach,z siwą spadającą mu na piersi brodą, czarno ubrany i zawszezapięty aż do ostatniego guzika. Bardzo on jest dobry dlachłopców; a kiedy który co zbroi, a zawołają go do kancelarii, a onidzie cały drżący, nigdy nie krzyknie na takiego, ale go bierze zarękę i tak tłumaczy, że nie powinien źle czynić, że trzeba złegopostępku żałować i przyobiecać poprawę, a mówi tak łagodnie,takim dobrym głosem, że każdy wychodzi z czerwonymi oczamii bardziej zawstydzony, niż gdyby ukarany został.

Biedny dyrektor zawsze jest pierwszy na miejscu od samegorana, oczekując uczniów, rozprawiając się z rodzicami, a kiedynauczyciele już dawno do domu idą, on jeszcze koło szkoły chodzii patrzy, czy się chłopcy nie wieszają u dorożek, u wozów, czy sięnie wałęsają po ulicy, nie zaczepiają kogo, czy nie sypią dotornistrów piasku, nie kładą kamieni. A gdzie się ukaże zza węgłajego postać wysoka i ciemna, tam zaraz się rozbiegają gromadkichłopców grających w piłkę i puszczających latawce, a on im tylkoz daleka pogrozi, z tą swoją twarzą smutną a przyjazną. Matkamoja mówi, że nikt go nie widział śmiejącym się od czasu, jak muumarł syn, który był ochotnikiem w armii, i że zawsze ma przedoczyma jego portrecik na stole w kancelarii. I że po tymnieszczęściu chciał miejsce porzucić i już podanie o dymisję domagistratu napisał i na tym stoliku je gotowe miał, ale odkładał jez dnia na dzień, bo mu żal było rozstać się z uczniami. Ale jednegodnia już się zdecydował, a ojciec mój, który był wtedy w dyrekcji,rzekł:

— Jaka szkoda, panie dyrektorze, że nas pan opuszcza!

A wtem wszedł jakiś pan, ażeby zapisać syna, który przechodził do naszej sekcji z innej, bo rodzice jego zmienili mieszkanie.Zobaczywszy chłopca dyrektor aż się ze zdziwienia cofnął,popatrzył chwilę na chłopca, potem na portrecik przed sobąstojący, potem znów na chłopca, którego przyciągnąwszy międzykolana go wziął i twarz jego podniósł ku sobie. A ten chłopiec byłzupełnie podobny do jego zmarłego syna. Więc powiedział:,,Dobrze”. Zapisał ucznia, pożegnał tego pana i tego chłopcai zamyślił się głęboko. A wtedy ojciec mój powtórzył:

— Jaka szkoda, że nas opuszczasz, dyrektorze!

A on wziął swoje podanie o dymisję, rozdarł na dwoje i rzekł:

— Zostaję!

Obrońca garbuska

23. środa

Nelli, biedny garbusek, nosi zawsze długi, czarny ceratowyfartuch.

Matka jego, mała pani, blondynka, czarno ubrana, przychodzi zawsze na „finis” i żeby nie pchał się między innymi,zatrzymuje go i pieści. Z początku, ponieważ jest tak nieszczęśliwy, że ma garb, wielu chłopców naigrawało się z niego i trącałogo w plecy tornistrami. Ale on to znosił cierpliwie i nic matceswojej nie mówił, gdyżby się martwiła, że jej syn jest pośmiewiskiem kolegów. Więc oni mu dokuczali, a on milczał i płakałoparłszy czoło o ławkę.

Aż raz jak nie skoczy Garrone ze swego miejsca, jak niekrzyknie:

— Pierwszemu, który mi się tknie Nellego, dam przez łebtak, że trzy kozły wywinie w powietrzu!

Zrobiło się cicho. Franti tylko na groźbę nie zważał.

Jakoż Garrone zdzielił go tak, że kochaneczek wywinął trzykozły, a od tego czasu nikt nie tknął garbuska. Nauczyciel też posadził go w tej samej ławce, gdzie Garrone siedział. Okropnie sięten Nelli przywiązał do tego Garronego. Nie wyszedł nigdy, żebynie powiedział: „Bądź zdrów, Garrone!”, a Garrone też tak samo.Jak Nelli upuścił pod ławką książkę lub pióro, zaraz się Garroneschylał, żeby się garbusek nie męczył, i podnosił mu je. I jeszczemu pomagał wszystko w tornistrze poskładać i płaszcz włożyć.

Bardzo go za to Nelli kocha, patrzy w niego ciągle, a jaknauczyciel pochwali Garronego, tak się cieszy, jak gdyby jegosamego pochwalił. Teraz musiał opowiedzieć Nelli wszystkoswojej matce i o tych dokuczaniach dawnych, i o tym, cowycierpiał, i jak się za nim ujął jeden kolega, i jak on go za to kocha.Bo oto co się zdarzyło dziś rano.

Nauczyciel posłał mnie do dyrektora, żebym mu zaniósłprogram lekcji, na jakie pół godziny przed „finis”, i właśnie byłem w kancelarii, kiedy weszła pani z jasnymi włosami i czarnoubrana, matka Nellego, i rzekła:

— Panie dyrektorze, czy jest w klasie mego syna chłopiec,który się nazywa Garrone?

— Jest — odpowiedział dyrektor.

— Czy nie zechciałby pan z łaski swojej przywołać go tutaj,bo mam mu słówko do powiedzenia?

Dyrektor zawołał pedela i posłał go do klasy, a za chwilęstanął w progu Garrone ze swoją roztarganą, wielką głową i z dośćgłupią miną. Zobaczywszy go jednak pani podbiegła ku niemu,objęła za szyję i obsypując pocałunkami jego wielką głowę,mówiła:

— Tyżeś to, Garrone, przyjaciel mego synka, obrońca megobiednego dziecka?! Tyżeś to, drogi, poczciwy chłopcze?... Tyżeśto?...

Po czym gwałtownie zaczęła szukać czegoś po kieszeniachi w woreczku, a nie znalazłszy nic, zerwała z szyi łańcuszekz krzyżykiem i włożyła go na szyję Garronego, pod krawatkę,mówiąc:

— Weź go i noś, na pamiątkę ode mnie, drogi chłopcze! Napamiątkę od matki Nellego, która ci dziękuje i błogosławi ciebie.

Prymus naszej klasy

25. piątek

Garrone zdobył sobie przywiązanie, Derossi zaś uwielbieniewszystkich. Wziął pierwszy medal i ciągle będzie prymusem,także i w tym roku; nikt nie może ubiegać się z nim o pierwszeństwo, wszyscy przyznają mu wyższość we wszystkich przedmiotach.

Jest pierwszy w arytmetyce, w gramatyce, w ćwiczeniach,w rysunku; w lot wszystko pojmuje, ma zadziwiającą pamięć,wszystko mu się udaje bez żadnego trudu, a nauka zdaje się być dlaniego zabawą.

Wczoraj powiedział mu nauczyciel tak:

— Wielkie dary otrzymałeś od Boga, o to się więc tylkostaraj, żebyś ich nie zmarnował.

A przy tym postać piękna, wysoka i te śliczne blond włosyw lokach całe! A tak jest lekki, zręczny, że przeskakuje ławkę,jedną tylko ręką oparłszy się o nią. Umie się już nawet fechtować.

Ma lat dwanaście, jest synem przemysłowca, ma niebieskąbluzę ze złoconymi guzikami, zawsze rześki, wesół, uprzejmy dlawszystkich, przy egzaminach pomaga jak może, i nikt nigdy nieośmielił się być dla niego niegrzecznym lub powiedzieć mu jakiebrzydkie słowo.

Nobis tylko i Franti patrzą na niego krzywo, a Vatinizazdrości ukryć nie może. Ale on sobie z tego nic nie robi.

Wszyscy się do niego uśmiechają i biorą go za rękę albo zaramię, kiedy idzie między ławki odbierać ćwiczenia, z tymwdzięcznym ruchem, który mu jest właściwy. Daje kolegomdzienniki ilustrowane, rysunki, wszystko, co sam dostanie w domu. Kalabryjczykowi zrobił śliczną mapkę Kalabrii. A rozdaje, coma, śmiejąc się niedbale, jak wielki pan, i nie wyróżniając nikogo.

Nie sposób nie zazdrościć mu i nie czuć się czymś mniejszymod niego.

I ja mu, tak samo jak Vatini, zazdroszczę i nawet czuję jakąśniechęć ku niemu, kiedy jeszcze ślęczę nad lekcjami w domu,a pomyślę, że on już wszystko odrobił jak najlepiej i bez żadnegotrudu. Ale gdy przyjdę do szkoły i zobaczę, jaki jest śliczny,wesoły, zwycięski; posłyszę, jak na pytania nauczyciela odpowiada szczerze, pewny siebie, i jaki dla wszystkich grzeczny, i jak gowszyscy lubią, wtedy cała ta gorycz, cała ta niechęć znika z megoserca i wstyd mi jest, żem ich doznawał. Chciałbym wtedy byćciągle przy nim, blisko niego. Chciałbym z nim przejść całą szkołęrazem; obecność jego i głos dodają mi otuchy, chęci do pracy,radości.

Nauczyciel dał mu do przepisania opowiadanie miesięczne,które ma być jutro czytane: „Mała wideta lombardzka”. Przepisałje dziś rano i był wzruszony tym bohaterskim wypadkiem: twarzmiał rozpaloną, oczy wilgotne i usta drżące. A kiedym tak patrzyłna niego, jakże mi się pięknym i szlachetnym wydał. Jakże chętniepowiedziałbym mu szczerze, prosto w oczy:

„Derossi, tyś we wszystkim więcej wart ode mnie! Ty jesteśprawdziwym mężczyzną w porównaniu ze mną! Szanuję cięi podziwiam!”

Mała wideta lombardzka

Opowiadanie miesięczne

26. sobota

W 1859 roku, podczas wojny o oswobodzenie Lombardii,wkrótce po bitwie pod Solferino i San Martino, w której Francuzii Włosi zwyciężyli Austriaków, w piękny poranek czerwcowy małyoddział konnicy z Saluzzo jechał stępa samotną ścieżyną w kierunku pozycji nieprzyjacielskich, bacznie rozglądając się po okolicy.

Oddział prowadził oficer i wachmistrz, a wszyscy jeźdźcypatrzyli daleko przed siebie wytężonym wzrokiem, w zupełnymmilczeniu, spodziewając się lada chwila ujrzeć poprzez zaroślabielejące mundury austriackie. Tak przybyli do małego wiejskiego domku, otoczonego wierzbami; przed nim stał dwunastoletni może chłopczyna strugając nożem gałązkę, z której sobiewidocznie chciał gładki kij zrobić. Z otwartego okna domkupowiewał szeroki trójkolorowy sztandar, ale wewnątrz nie byłonikogo.. Zapewne mieszkańcy wywiesiwszy chorągiew uciekliw obawie przed Austriakami.

Ujrzawszy kawalerzystów, chłopiec odrzucił gałąź i zdjąłczapkę. Był to piękny chłopczyna z ogorzałą twarzą, z dużyminiebieskimi oczyma, z jasnymi długimi włosami, a przez otwartąkoszulę widać było nagie jego piersi.

— Co ty tu robisz? — zapytał oficer zatrzymując konia.

— Dlaczego nie uciekłeś razem z rodzicami?

— Ja nie mam rodziców — odrzekł chłopczyna. — Jestempodrzutkiem, sierotą, co mi kto każe, to robię, a zostałem tutaj,żeby widzieć wojnę.

— A nie widziałeś ty Austriaków?

— Nie. Od trzech dni nie widziałem.

Oficer pomyślał chwilę, zeskoczył z konia i, zostawiającswoich żołnierzy jak byli, zwróconych w stronę nieprzyjaciela,wszedł do domu, a stamtąd wydrapał się na dach. Dom był niski.Z dachu widać było tylko mały kawałek najbliższej okolicy.

Oficer znów myślał przez chwilę patrząc to na otaczające domek drzewa, to na swoich żołnierzy, po czym nagle zapytał chłopca:

— Słuchaj, bąku! Masz ty dobre oczy?

— Ja? — odrzekł malec. — Ja o wiorstę wróbla dojrzę...

— A potrafiłbyś wyleźć na czubek tego drzewa?

— Na czubek tego drzewa? Ja?... Za pół minuty wylezę!

— A umiałżebyś mi powiedzieć, co stamtąd widać? O tam!Chmury kurzawy, błyszczące bagnety, konie?...

— Co bym zaś nie miał umieć.

— A co chcesz za tę usługę?

— Co ja chcę? — powiedział chłopiec i uśmiechnął się.

— Nic nie chcę. Co mam chcieć! A zresztą, dla Szwabów to bymtego za żadne skarby nie zrobił. Ale dla naszych! Przecie ja jestemLombardczyk.

— Dobrze. Właźże prędko!

— Zaraz, tylko trzewiki zdejmę...

Zdjął trzewiki, ścisnął pasek od spodni, rzucił czapkę w trawęi objął pień wierzby.

— Uważaj!... — krzyknął oficer chcąc go powstrzymać, jakgdyby zdjęty nagłym jakimś strachem.

Chłopiec obrócił się i spojrzał pytająco swymi pięknyminiebieskimi oczyma.

— Nic, już, nic — rzekł oficer. — Wyłaź dalej.

Chłopak wdrapywał się jak kot na drzewo.

— Patrzeć przed siebie! — krzyknął wtedy oficer na swoichżołnierzy.

W parę minut był już malec na samym wierzchołku. Uczepiony u samego czuba, stał pośród gęstwiny liści, lecz z piersiąodkrytą, a słońce tak promiennie biło w jego jasną głowę, że byłajak gdyby złota. Oficer zaledwie mógł go dojrzeć, tak się na tejwyżynie maleńki wydawał.

— Prosto przed siebie patrz i daleko! Jak najdalej możesz! — krzyknął ku niemu.

Dosłyszał chłopak i żeby lepiej widzieć puścił się prawą rękądrzewa i do czoła ją od słońca przystawił.

— Co tam widzisz? — zapytał oficer.

Pochylił się chłopak nieco ku niemu i osłoniwszy ręką ustaz jednej strony, żeby głos łatwiej szedł, odpowiedział:

— Dwóch ludzi konnych na wielkim gościńcu.

— Daleko?

— Będzie z pół mili.

— Ruszają się?

— Nie. Stoją.

— I co jeszcze widzisz? — zapytał oficer po chwili milczenia.

— Patrz teraz w prawo!

Chłopiec odwrócił się w prawo, po czym rzekł:

— Niedaleko cmentarza, pomiędzy drzewami coś błyszczy...Coś jakby bagnety...

— A ludzi widzisz?

— Nie. Pewno się w zbożu skryli.

Wtem dał się słyszeć świst kuli, który przeszywszy wysokopowietrze, daleko gdzieś poza domem skonał.

— Złaź, chłopcze! — krzyknął oficer. — Dojrzeli cię! Niechcę już nic więcej! Złaź zaraz!

— Kiedy ja się nie boję!... — odkrzyknął malec.

— Złaź! — powtórzył oficer. — A co widzisz na lewo?

— Na lewo?

— Tak, na lewo!

Chłopiec obrócił głowę w lewą stronę, w tejże chwili drugiświst ostrzejszy i niżej przeszył powietrze. Chłopak wstrząsnął się cały.

— Do kaduka! — zawołał. — Mierzą we mnie jak w drozda... Kulka przeleciała tuż, tuż...

— Złaź! — krzyknął rozkazująco zirytowany oficer.

— Zaraz zlezę! — odrzekł chłopiec. — Tylko żem się o gałąźzahaczył, proszę pana. Na lewo, chciał pan wiedzieć?...

— Na lewo, ale złaź! — krzyknął oficer.

— Na lewo — zawołał chłopiec odwracając się piersią w tęstronę — tam gdzie kaplica, zdaje mi się, że widzę...

Trzeci świst wściekle zatargał powietrzem i nagle chłopakpoczął na dół lecieć chwytając się gałęzi, po czym spadł głową nadół i z otwartymi ramiony.

— Przekleństwo! — krzyknął oficer skoczywszy ku niemu.

Chłopiec leżał na wznak, z szeroko odrzuconymi rękami,nieprzytomny. Krew cienkim pasemkiem sączyła się po lewejstronie piersi. A już wachmistrz i dwaj żołnierze skoczyli z koni.Schylił się oficer, rozerwał chłopcu koszulę — kula karabinowaprzeszyła mu lewe płuco.

— Nie żyje! — krzyknął oficer.

— Owszem, żyje! — odrzekł stary wachmistrz.

— Ach, biedny, dzielny chłopcze! — wołał oficer. — Odwagi! Odwagi!

Ale gdy tak mówił „odwagi” i przyciskał mu swoją chustkąranę, chłopczyna przymknął oczy i opuścił głowę. Umarł.

Zbladł oficer i patrzył na niego przez chwilę, potem mu głowęmiękko na trawie położył, podniósł się, stanął nad nim i znówpatrzył. Wachmistrz i dwaj żołnierze patrzyli także na chłopcastojąc nieruchomo. Inni zaś zwróceni byli ku nieprzyjacielowi.

— Biedny chłopczyna! Biedne, dzielne dziecko! — powtarzał oficer smutnie.

Po czym zbliżył się do domu, wziął z okna trójkolorowąchorągiew i okrył nią jak całunem małe nieżywe ciałko, zostawiając odsłoniętą twarz tylko. Wachmistrz położył przy zmarłym jego trzewiki, czapkę, kijek na pół ostrugany i nożyk.

Stali tak jeszcze nad nim przez chwilę w milczeniu, po czymoficer zwrócił się do wachmistrza i rzekł:

— Przyślemy po niego ambulans wojskowy. Zginął jakżołnierz. Pochowają go żołnierze! Będzie miał pogrzeb wojskowy!

To powiedziawszy przesłał ręką pocałunek od ust umarłemui krzyknął:

— Na koń!

Skoczyli wszyscy na siodła, oddział się połączył i ruszyłdrogą.

A w kilka godzin później mały poległy odbierał honorywojskowe.

O zachodzie słońca posunęły się przednie straże włoskieszeroko rozwiniętym frontem ku nieprzyjacielowi, a na drodze,którą przebiegał z rana oddział kawalerii, posuwał się dwomaszeregami wielki batalion bersalierów, którzy kilka dni przedtemmężnie zdobyli Wzgórze Św. Marcina.

Wiadomość o śmierci chłopca doszła już tych walecznychżołnierzy, zanim opuścili swój obóz. Ścieżyna biegnąca wzdłużjasnego strumienia o kilka tylko kroków oddalona była od małegodomku.

Więc kiedy pierwsi oficerowie tego batalionu zobaczylimałego trupka, jak leżał u stóp drzewa, przykryty trójkolorowymsztandarem, oddali mu pokłon szpadami; jeden zaś z nich schyliłsię nad brzeg strumyka, zerwał parę kwiatów, których tam byłopełno, i rzucił zmarłemu. Tak zaraz inni bersalierzy, jak szli, taksię schylali, rwali kwiaty i rzucali je tak samo. W kilka minut ciałochłopczyny było nimi zupełnie pokryte, a oficerowie i żołnierzeidąc tak mówili:

— Brawo, mały Lombardczyku!...

— Żegnaj, chłopczyno!

— Niech żyje sława!

— Żegnaj, mały żołnierzu!...

Wtem jeden z oficerów rzucił mu swój medal zasługi. Innyznów pochylił się i ucałował zimne czoło chłopca. A kwiaty padałyciągle na bose nożyny, na piersi skrwawione, na jasną główkę jego.

A on jak gdyby spał na trawie, otulony w sztandar, z tą białątwarzą, cichy, uśmiechnięty... właśnie jak gdyby czuł biednychłopczyna tę pośmiertną sławę i jak gdyby był rad, że życie oddałza Lombardię swoją.

Ubodzy

29. wtorek

Dać życie za ojczyznę, jak mały Lombardczyk,wielka to zasługa; ale nie gardź i małymi zasługami, synu.Dziś rano, idąc przede mną, gdyśmy wracali ze szkoły,przeszedłeś koło ubogiej kobiety, która trzymała na kolanach blade, mizerne dziecko i która cię o jałmużnę prosiła. Spojrzałeś na nią i nie dałeś jej nic, choć miałeś w kieszenipieniądze.

Słuchaj, dziecko! Nie przyzwyczajaj się przechodzićobojętnie mimo nędzy, która rękę wyciąga do ciebie; a tymbardziej mimo matki, która o grosz dla dzieciątka prosi.Pomyśl tylko, że może to maleństwo było głodne, pomyślo trosce tej biednej kobiety. Pomyśl, jakby własnej twojejmatce serce łkało w piersiach, gdyby ci musiała powiedziećkiedy: ,,Henryku, nie mam dziś nic dla ciebie”. Nawetkawałka chleba... Pomyśl tylko!

Kiedy dam grosz żebrakowi, on powie: „Niechaj Bógda zdrowie pani i jej dzieciom!” — nie uwierzysz, jakąsłodycz mam w sercu po tych słowach i jaką wdzięcznośćdla tego ubogiego czuję. Zdaje mi się, że naprawdę życzenieto zachowa mi zdrowie na długo, i rada wracam do domu,i myślę: „Ach, ten biedak dał mi daleko więcej, niżeli jajemu!”

Czyń więc, moje dziecko, tak, żebym czuła niekiedy,że ty sam wywołujesz i sprowadzasz na mnie taką dobrąwróżbę! Wyjmij od czasu do czasu grosz jaki z twegomałego woreczka i daj go to starcowi bez opieki, to matcebez chleba dla dzieci, to dziecku sierocie...

Ubodzy cieszą się bardzo z jałmużny dzieci, bo onaich nie upokarza, a i dlatego, że dzieci są jakby podobne donich, bo też nie posiadają nic swego. Wszak widzisz, jakzawsze pełno jest ubogich przed szkołą.

Jałmużna dorosłych jest czynem litości, ale jałmużnadziecka jest i czynem litości, i jakby pieszczotą. Rozumieszmnie? To jak gdyby z jego ręki upadł razem i grosik,i kwiatek.

Pamiętaj, że tobie nie zbywa na niczym, a imwszystkiego brakuje, że ty pożądasz szczęścia, a oni— tego tylko, by nie umrzeć z głodu. Pomyśl, jaka tozgroza, że pośród tylu bogactw i pałaców, na ulicach,którymi przejeżdżają karety i przechodzą dzieci w aksamitach, spotkać można kobiety i dzieci nie mające co jeść.Nie mieć co jeść! Boże mój! Nie jestże to straszne?! Tacychłopcy jak ty, tak samo jak ty dobrzy i roztropni, którzyw pośrodku wielkiego miasta łakną pożywienia jak dzikiezwierzęta w pustyni!

Nigdy już, nigdy więcej, mój Henryku, nie przejdźokoło żebrzącej matki nie dawszy jej choćby grosika doręki.

Twoja matka.

Grudzień

Handlarz

1. czwartek

Mój ojciec chce, żebym każdego wolnego dnia zaprosił do nasktóregoś z kolegów albo też któregoś odwiedził i żebym się tymsposobem ze wszystkimi bliżej zapoznał. W niedzielę pójdę naspacer z Vatinim, tym elegancikiem, co się raz w raz muska i takDerossiemu zazdrości. A dziś to przyszedł do nas Garoffi, tendługi, chudy, co to ma nos jastrzębi i takie małe, bystre oczki, żezdają się wszystko na wylot świdrować.

Ten Garoffi ma zwyczaj ciągle liczyć pieniądze, jakie maw kieszeni. Umie też nadzwyczaj prędko rachować na palcach,dodawać, odejmować i bez tabliczki każde mnożenie zrobi. Jeston synem kupca towarów kolonialnych i bardzo oryginalnymtypem, powiada ojciec. Zbiera grosz do grosza, ma już własnąksiążeczkę oszczędności w naszej szkolnej kasie. Jest skąpy, niewyda nigdy na nic grosza, a upadnie mu szeląg pod ławkę, to gobędzie tygodniami szukał, dopóki nie znajdzie. „Czyni jak sroka”— powiada Derossi. — Wszystko, co znajdzie: spisane pióra,zużyte marki, opałki świec, wszystko chowa. Od dwóch już latzbiera marki pocztowe i ma już ze sto sztuk z różnych krajóww dużym albumie, który ma zamiar potem, jak będzie pełny,sprzedać księgarzowi. A tymczasem darmo dostaje od tegoksięgarza kajety, bo przyprowadza do sklepu chłopców, żeby tamkupowali.

W szkole ciągle handluje; co dzień urządza zamiany, loterie,wyprzedaże, a potem żałuje, że się zamienił, i chce z powrotemodbierać, co jego. Co kupi za dwa grosze, to sprzeda za cztery.Grywa w piórka, w guziki i nie przegra nigdy. Stare gazetysprzedaje sklepikarzowi z tabaką; ma kajecik, w którym zapisujewszystkie swoje interesy, a na każdej stronie pełno dodawaniai odejmowania.

W szkole uczy się naprawdę chętnie tylko arytmetyki, a jeżelipragnie dostać medal, to tylko dlatego, żeby mieć wolny biletwstępu do teatru marionetek.

Mnie on się podoba, bo mnie bawi.

Bawiliśmy się w targ, dostaliśmy ze spiżarni ciężarki i wagi.Nie mogłem się nadziwić, jak on zna cenę wszystkiego, jak wie, copo ile sprzedać, jak się rozumie na wadze i jak zręcznie robipapierowe tutki. Zupełnie jak duży kupiec. Powiada, że jak tylkoskończy szkołę, zaraz sklep założy, jakiś zupełnie nowy handel,który sam wymyślił. Bardzo był rad, że mu dałem trochęzagranicznych marek, i powiedział mi od razu, po ile którą płacąkolekcjoniści. Kiedyśmy się bawili, mój ojciec udawał, że czytagazetę, ale widziałem, że słucha, uśmiecha się i zajmuje nim.

A zawsze ma kieszenie wypchane swoim towarem i przykrywa je swoim długim płaszczem i zawsze jest roztargnionyi zaaferowany, zupełnie jak kupiec. Ale najbardziej to mu już nasercu jego marki leżą. Ten zbiór to jego skarb i ciągle o nim mówi,jak gdyby na nim majątek miał zrobić. Koledzy nazywają gosknerą i lichwiarzem. Ja tam nie wiem! Lubię go, bo niejednegosię przy nim uczę i zdaje mi się mężczyzną.

Coretti, syn przekupnia drzewa, powiada, że on by tychswoich marek nie dał nawet dla uratowania życia matki. Ale mójojciec nie wierzy temu.

— Wstrzymaj się jeszcze z sądem o tym chłopcu — rzekłmi. — Prawda, ma on brzydką pasję, ale ma i serce.

Próżność

5. poniedziałek

Byłem wczoraj na spacerze w alejach Rivoli z Vatinim i z jego ojcem. Przechodząc przez ulicę Wielkozłotą zobaczyliśmyStardiego, tego, co to daje kuksy, gdy mu się przeszkadzaw szkole. Stał jak słup przed oknem księgami, z oczyma wlepionymi w kartę geograficzną, i kto wie, odkąd już tam stał,bo on się i na ulicy uczy. Ledwo że nam się odkłonił, ten parobas.

Vatini był ślicznie ubrany i nawet zanadto wystrojony.Miał safianowe buciki czerwono wyszyte, haftowaną kurtkęz jedwabnymi potrzebami, biały filcowy kapelusik i zegarek. Ajak się pysznił! Ale mu tym razem na złe próżność wyszła.

Przebiegłszy kawał alei i zostawiwszy daleko za sobą ojcajego, który szedł powoli, zatrzymaliśmy się przy kamiennej ławce,obok jakiegoś skromnie ubranego chłopca, który zdawał się byćzmęczony i wypoczywał ze schyloną głową. Jakiś pan, którypewno był jego ojcem, chodził tam i na powrót pod drzewemi czytał gazetę. Usiedliśmy. Vatini usiadł między mną a chłopcem.I zaraz przypomniał sobie, że jest wystrojony, i chciał, żeby go tenchłopiec podziwiał i żeby mu zazdrościł, podniósł więc nogęi rzekł do mnie:

— Widziałeś moje buciki węgierskie?

Nie tyle mu o mnie szło, tylko żeby ten drugi patrzał. Alechłopiec ani spojrzał nawet. Więc spuścił nogę i pokazującjedwabne szamerowanie swojej kurtki rzekł, spojrzawszy spodoka w stronę chłopca, że mu się to szamerowanie jakoś nie podobai że chce je zamienić na złote guziczki. Ale chłopiec i naszamerunki nie patrzał.

Zaczęło to niecierpliwić Vatiniego, wyciągnął więc zegarek,otworzył go i pokazywał mi kółka i sprężyny. Ale tamten niepodniósł nawet głowy.

— Czy to srebro pozłacane? — spytałem.

— Nie — odrzekł Vatini — to złoto.

— Ale przecież zegarek nie jest cały ze złota — rzekłem na to — musi tam być w nim i srebro.

— Ale nie!... — odpowiedział. I aby zmusić chłopca dopatrzenia, podsunął mu zegarek pod samą twarz i rzekł: — Powiedz sam... Spojrzyj! Czy nieprawda, że cały jest złoty?

A chłopiec odpowiedział krótko:

— Nie wiem.

— Ho, ho! — zawołał Vatini. — Jaki pyszny!

A kiedy to mówił, zbliżył się jego ojciec, popatrzył przezchwilę na tego chłopczyka, a potem rzekł porywczo synowiswemu:

— Milcz! — a schyliwszy mu się do ucha dodał: — Jestślepy!

Vatini skoczył na równe nogi z przestrachem i spojrzałchłopcu w twarz. I prawda! Źrenice jego były szklane, bez wyrazu,bez spojrzenia...

Zawstydził się okropnie Vatini i stał bez słowa spuściwszyoczy na ziemię, po czym wyjąkał:

— Bardzo żałuję... Nie wiedziałem...

Ale niewidomy chłopczyk, który wszystko zrozumiał, rzekłz melancholijnym i miłym uśmiechem:

— Oh, nic nie szkodzi!

Więc tak: Vatini jest próżny, ale nie ma złego serca. Jakożprzez całą powrotną drogę nie roześmiał się ani razu.

Pierwszy śnieg

10. sobota

Bądźcie zdrowe, spacery na Rivoli! Zawitał do nas dobryprzyjaciel chłopców! Zawitał pierwszy śnieg!

Już od wczorajszego wieczora padał miękkimi, szerokimipłatkami, jak kwiatki białych balsamin. Rozkosz była patrzeć dziśrano w szkole, jak puchem osypał szyby i futryny okien; nawetnauczyciel patrzył i zacierał ręce i wszyscyśmy byli radzi, myśląco kulach ze śniegu, o ślizgawce i o ogniu na kominku w domu.Jeden tylko Stardi nie dbał, zagłębiony nosem w książce i obiemapięściami podpierając głowę.

A jak było ślicznie przy wyjściu! Jaka zabawa. Wszyscypędzili przez ulicę krzycząc, nabierając pełne garście śniegu,lepiąc kule i buchając w kupy śniegu jak psiaki w wodę.

Rodzice, którzy czekali przed szkołą, mieli parasole białe,a miejska straż białe kaski, po chwili i tornistry nasze były białe.A my wszyscy jakbyśmy powariowali z uciechy. Nawet Precossi,syn kowala, ten blady, co to się nigdy nie śmieje, rozochocił sięjakoś; nawet Robetti, co to ocalił wstępniaka, skakał biedaczysko na swoich kulach.

Kalabryjczyk, który śniegu jak żyje nie widział, ugniótł sobiez niego kukiełkę i zaczął jeść jakby brzoskwinię. Crossi, synzieleniarki, natkał go sobie w tornister, a z Mularczyka tośmyo mało nie popękali ze śmiechu, kiedy mój ojciec go zaprosił, żebydo nas jutro przyszedł — bo miał pełną gębę śniegu, nie śmiałwypluć, nie mógł połknąć i stał tak, dusząc się i nie mogącprzemówić ni słowa. I nauczycielki wybiegły z klas pędem,śmiejąc się i żartując. Moja nauczycielka z pierwszej wyższejbiegła biedaczka wśród śnieżycy, zakrywszy twarz zieloną swojąwoalką, mocno kaszląc. A tymczasem ze sto dziewcząt wyleciałoz żeńskiego oddziału i piszcząc z uciechy pędziło po tym białymdywanie, a nauczyciele i pedele wszyscy krzyczeli:

— Do domu! Do domu!

Ale widziałem dobrze, że i sami łykali śnieg garściami, bielącsobie wąsy i brody, i sami śmiali się z tych awantur, któreśmywyprawiali witając zimę.

Witacie zimę... Ale przecie są dzieci, które nie mająani płaszczów, ani butów, ani ognia w domu. I takich jesttysiące, którzy idą w dzień mroźny daleko ze wsi do szkoły,niosąc w odmrożonych do krwi rękach kawałek drzewa,żeby ogrzać szkolną izbę. I setki szkół są jakby zagrzebanew śniegu, szare i nagie jak piwnice, gdzie dzieci duszą się oddymu, a zębami od zimna szczękają, z przerażeniempatrząc na te białe płatki, które sypią się bez końca a sypiązawiewając drogi i chaty dalekie, grożąc w górach lawinąśmiertelną...

Witacie zimę, chłopcy! Pamiętajcież, że jest tysiącedzieci, którym ona przynosi nędzę i śmierć z sobą.

Twój ojciec.

Mularczyk

11. poniedziałek

Przyszedł dziś do nas Mularczyk w ubraniu przerabianymz ojcowskiego, jeszcze białym od gipsu i wapna. Więcej sobie mójojciec życzył tych odwiedzin niżeli ja nawet. Bardzo się chłopcemucieszył. Jak tylko wszedł, zaraz zdjął ten obszarpany kapelusz,cały zresztą mokry od śniegu, i wsadził go w kieszeń; po czymszedł przez pokój tym swoim ociężałym krokiem spracowanegorobotnika, który przejął w domu, zwracając to tu, to tam tę swojątwarzyczkę okrągłą jak jabłko, z tym noskiem jak mały kłębuszek,a kiedy wszedł do sali rysunkowej, spojrzał wokół na sprzętyi zatrzymawszy wzrok na obrazku, przedstawiającym Rigoletta,garbatego błazna, zrobił raptem zajęczy pyszczek, jeden z najlepszych, jakie mu się kiedy udały. Nie! Ani sposób wstrzymać się odśmiechu, jak zrobi zajęczy pyszczek!

Zaczęliśmy się bawić drewienkami; jest niezmiernie zręcznyw ustawianiu bram i mostów, które zdają się cudem jakimśtrzymać, a stawia je bardzo cierpliwie i z powagą dorosłegoczłowieka.

Między zbudowaniem jednej bramy a drugiej opowiadał mio swojej rodzinie. Mieszkają na poddaszu, a ojciec jego chodzi dowieczornej szkoły i uczy się czytać.

Muszą go rodzice kochać, bo choć ubogo ubrany, ale odzimna dobrze zabezpieczony, ciepło odziany, w wełnianym szaliku, który mu na szyi zawiązała matczyna ręka. Powiadał mi, żejego ojciec jest bardzo wysoki, jak olbrzym jaki, i musi się zawszewe drzwiach schylać wchodząc — ale jest dobry i nie woła na niegoinaczej jak „zajęczy pyszczek”. A syn taki maluśki.

O czwartej zjedliśmy razem podwieczorek, chleb z powidłami, siedząc na sofie. A kiedyśmy się podnieśli, ojciec nie dał miwyczyścić tej białej plamy, którą Mularczyk zrobił na sofie swoimzawapnionym odzieniem. Zatrzymał mnie za rękę, a potem samwyczyścił po kryjomu.

Bawiąc się Mularczyk oberwał guzik u swojej kapoty, alemoja mama zaraz mu go przyszyła; a on się zaczerwienił, stałbardzo zdziwiony i pomieszany widząc ją szyjącą, prawie żeoddychać nie śmiał. Potem dostaliśmy do oglądania albumz karykaturami, a on, nie spostrzegając tego, sam naśladowałwykrzywienia różnych twarzy tak wybornie, że nawet mój ojciecnie mógł się wstrzymać od śmiechu.

Tak był rad wychodząc od nas, że zupełnie zapomniałwyciągnąć z kieszeni swego obszarpanego kapelusza i włożyć gona głowę, a kiedy już był na podwórzu, raz jeszcze zrobił — żebymi okazać swą wdzięczność — wspaniały zajęczy pyszczek.

Mularczyk nazywa się Antoś Rabucco, ma osiem lat i osiemmiesięcy.

Czy wiesz, mój synu, dlaczego nie chciałem, żebyśczyścił sofę? Bo gdybyś ją był czyścił przy swoim koledze,wyglądałoby to na wyrzut dla niego, że ją zabrudził. A tobyłoby źle z dwóch powodów: bo, po pierwsze, nie zrobiłtego naumyślnie, a po drugie, bo ją ubielił ubraniem zeswego ojca, który te plamy wapna przyniósł do domuz bardzo ciężkiej pracy. A to, co się z pracy przynosi, nigdynie jest brudem. Jest kurzem, jest wapnem, jest farbą, jestwszystkim, co chcesz, ale nigdy brudem.

Praca — nie brudzi. Nie mów nigdy o robotnikuwracającym od pracy: „Jest brudny” — ale mów: „Ma naswojej odzieży ślady swojej pracy”. — Pamiętaj o tym.A co do Mularczyka, to jest miły chłopczyna i chciałbym,żebyś go lubił: najpierw dlatego, że jest twoim kolegą,a potem dlatego, że jest synem robotnika.

Twój ojciec.

Śnieżna kula

16. piątek

A śnieg pada i pada!

Zdarzył się brzydki wypadek z tym śniegiem dziś rano przywyjściu ze szkoły. Gromada chłopców zaledwie wypadłszy naCorso zaczęła ciskać kulami ze śniegu; a śnieg już topniał i kulez niego były ciężkie i twarde jak kamień.

Na trotuarze było dużo ludzi. Jakiś pan krzyknął:

— Na bok, malcy! — a w tej samej chwili dał się słyszeć ostrykrzyk po drugiej stronie ulicy i zobaczyliśmy jakiegoś chwiejącegosię staruszka, któremu kapelusz spadł z głowy i który sobie twarzrękami zakrył, a jakiś chłopczyk przy nim krzyczał: „Ratunku!Ratunku!” — Zlecieli się ludzie z różnych stron, patrzą, a tegostaruszka kula śnieżna trafiła w samo oko.

Chłopcy rozbiegli się jak wiatr. Ja stałem przed drzwiamiksięgarni, do której wszedł mój ojciec, i zobaczyłem, jak ni stąd, nizowąd przybiegło tam kilku moich kolegów i też stanęło udając, żepatrzą na wystawę książek. Był tam Garrone, ze zwykłą pajdąchleba w kieszeni, Coretti, Mularczyk i Garoffi, ten od pocztowych marek.

Tymczasem koło starca uczynił się tłum, a strażnik miejskiikilku innych ludzi biegało to tu, to tam, grożąc i dopytując się:

— Kto to zrobił? Który z was? Czyś ty rzucił? Gadajciezaraz, kto taki? — I oglądali chłopcom ręce, który miał mokre odśniegu. Garoffi stał najbliżej mnie. Zdawało mi się, że drży i że matwarz bladą jak nieżywy.

— Kto rzucił?... Który z was? — krzyczą dokoła nas ludzie.A wtedy posłyszałem, jak Garrone mówił Garoffiemu z cicha:

— Idź, przyznaj się! Byłoby podle z twojej strony pozwolić,żeby przytrzymali innego.

— Ale ja nieumyślnie... — odszepnął Garoffi drżąc jak liśćna wietrze.

— To nic nie znaczy! Uczyń, coś powinien! — powtórzyłGarrone.

— Ale kiedy ja się boję!...

— Nie bój się! Pójdę z tobą.

A tymczasem strażnicy coraz głośniej krzyczeli:

— Kto rzucił?... Który rzucił?... Okulary mu do oka wbili!Oślepili go! Zbóje!...

Myślałem, że Garoffi w ziemię się zagrzebie.

— Pójdź! — rzekł do niego zdecydowany na wszystkoGarrone. — Będę cię bronił!

I chwyciwszy jego ramię popchnął go naprzód podtrzymującgo, jak chorego, własnym ramieniem.

Spostrzegli to ludzie, zrozumieli i kilku ich przyleciałoz podniesionymi pięściami. Ale Garrone zastawił go sobą i rzekł:

— Cóż to? W dziesięciu idziecie na jednego chłopca?

Więc się zaraz wstrzymali, usunęli się, a strażnik wziął zarękę Garoffiego i zaprowadził go przeciskając się przez tłum dosklepu z makaronem, gdzie opatrywano rannego. Zobaczywszygo teraz z bliska poznałem zaraz, że to był ten stary urzędnik,który w naszym domu, na czwartym piętrze, z synowcem swoimmieszkał.

— Ja nienaumyślnie! — wolał Garoffi, na pół umarły zestrachu. — Ja nienaumyślnie!...

Dwóch czy trzech ludzi popychało go gwałtownie, krzycząc:

— Do ziemi czołem! Proś o przebaczenie!

I rzucili go na podłogę. Ale w tejże chwili podniosło go dwojesilnych ramion, dał się słyszeć głos męski:

— Nie, panowie!

Był to nasz dyrektor, który wszystko widział.

— Kiedy miał odwagę przyznać się — mówił dalej — nikt niema prawa poniewierać nim!

Wszyscy stanęli cicho.

— Proś o przebaczenie! — rzekł teraz dyrektor do Garoffiego, który wybuchnął płaczem, obejmując kolana starca.

A ten poszukawszy ręką jego głowy pogłaskał go po włosach.

Wtedy odezwały się wzruszone głosy:

— Idź, chłopcze, do domu! Idź! Wracaj!

A ojciec mój pociągnął mnie z dala od tłumu i tak w drodzemówił:

— Henryku! Czy ty w podobnym wypadku zdobyłbyś się naodwagę, żeby spełnić obowiązek i wyznać winę?

— Tak — odpowiedziałem.

A ojciec:

— Dajże mi, synu, słowo uczciwego i honorowego chłopca,że byś to uczynił.

— Daję ci słowo, mój ojcze!

Nauczycielki

17. sobota

Okropnie się dziś Garoffi bał czekając wielkiej bury odnauczyciela, a tymczasem nauczyciel nie przyszedł, zastępcytakże nie było, a do klasy przyszła pani Cromi, najstarszaz nauczycielek, która ma dwóch dorosłych synów, a uczyła czytać i pisać niejedną z tych pań, które teraz odprowadzają swojedzieci do naszej szkoły. Była smutna dzisiaj, bo jeden z jej synówjest chory.

Jak tylko weszła, zaraz chłopcy zaczęli dokazywać i hałasować. Ale ona, głosem cichym i spokojnym, rzekła:

— Szanujcie moje białe włosy. Nie tylko nauczycielką, alei matką jestem.

Więc żaden już ani nie pisnął, nawet ten cygańczuk Franti,który tak lubi psocić cichaczem.

A do klasy pani Cromi posłana została panna Delcati,nauczycielka mojego braciszka, a na miejsce panny Delcati ta,którą nazywają „zakonnicą” — bo zawsze jest ciemno ubrana i magłosik tak cichy, że kiedy mówi, to się zdaje, że szepce pacierze.

I trudno pojąć, mówi moja matka, bo taka łagodna jest, takatrwożliwa, z tym swoim słabym, zawsze równym głosem, któryledwo że dosłyszeć można, nie krzyczy, nie gniewa się nigdy,a przecież umie utrzymać uczniów swoich tak, że nawet największe urwisy pochylają głowę, jak tylko im pogrozi palcem, a w klasiejej tak zawsze cicho jak w kościele. To pewno i dlatego takżemówią na nią: zakonnica.

Ale ja najlepiej lubię tę małą nauczycielkę z pierwszej niższej,nr 3, która ma twarzyczkę jak róża, dwa śliczne dołeczki w policzkach, nosi duże czerwone pióro na kapelusiku, a krzyżyk bursztynowy na szyi.

Zawsze wesoła i w klasie jej zawsze wesoło. Ciągle sięuśmiecha, krzyczy na swoich malców tym swoim srebrnymgłosikiem, co to jakby śpiewa; uderza laseczką w stół i klaszczew ręce, żeby uczniom nakazać milczenie, a gdy wychodzą, biegniejak mała dziewczynka to za tym, to za owym, żeby ich ustawićw rzędzie, jednemu podnosi kołnierz, drugiemu zapina płaszczyk,żeby się nie zaziębił który, odprowadza ich do rogu ulicy, żeby sięnie pokłócili, błaga rodziców, żeby ich nie karali w domu, przynosipastylki tym, co mają kaszel, pożycza swojej mufki, gdy któremuręce zmarzną — i umęczona jest przez tych najmniejszych, którzyjej się uwieszają u sukni i chcą, żeby całowała, ciągnąc ją za welon,za mantylkę. I pozwala im na to wszystko, i całuje, i śmieje się,i biegnie do domu roztargana, z gołą szyją, spocona i uśmiechnięta, z tymi ślicznymi dołeczkami w twarzy i z swoim czerwonympiórem. Uczy także rysunków w oddziale dziewcząt, a pracą swojąutrzymuje matkę i brata.

W domu zranionego

18. niedziela

A przy nauczycielce z czerwonym piórem mały siostrzeniec starego urzędnika, co mu to Garoffi zranił oko swoją kuląśniegu.

Widziałem go dzisiaj w domu wuja, który go tak kocha jakrodzone dziecko.

Właśnie skończyłem miesięczne opowiadanie na przyszłytydzień: „Mały pisarczyk z Florencji”, które mi nauczyciel dał doprzepisania, kiedy mi ojciec rzekł:

— Pójdźmyż na górę, na czwarte piętro, zobaczyć, co siędzieje z okiem tego pana.

Poszliśmy. W pokoju prawie że zupełnie ciemnym leżał starypan, a raczej siedział w łóżku, obłożony poduszkami wysoko podplecy. W głowach siedziała jego żona, a w kącie bawił się ten małysiostrzeniec.

Stary pan miał zawiązane oko.

Bardzo był rad mojemu ojcu, prosił go, żeby usiadł, i mówił,że mu jest lepiej, że oka nie tylko nie straci, ale za kilka dnizupełnie wydobrzeje na nie.

— Wypadek był — dodał łagodnym głosem — i bardzo miżal, że się ten biedny chłopiec tak przeraził.

Potem zaczął mówić o doktorze, który miał zaraz przyjśći opatrzyć oko. Jeszcze nie skończył, kiedy dzwonek zadzwoniłu drzwi.

— Doktor przyszedł — powiedziała pani.

Wtem otwierają się drzwi i... kogóż widzę? Garoffiegow swym długim płaszczu, jak stoi w progu ze spuszczoną głowąi wejść nie śmie.

— Kto to? — pyta się chory.

— To ten uczeń, który rzucił kulę — rzecze mój ojciec.

A stary pan na to:

— O, biedny chłopcze, a pójdżże tu bliżej! Przyszedłeśdowiedzieć się o zdrowiu zranionego, nieprawdaż? Lepiej mi,bądź spokojny, lepiej! Prawie zupełnie dobrze. Przybliż się,dziecko!

Ale Garoffi tak był zmieszany, że ledwo do łóżka trafił.Zbliżył się wreszcie powstrzymując łkanie, a kiedy stary pangłaskał go i pieścił, nie mógł przemówić słowa.

— Dziękuję ci! — rzekł starzec. — Idź, powiedz ojcu i matce,że wszystko już dobrze i niech się nie martwią.

Ale Garoffi nie ruszał się z miejsca, a ja zaraz zmiarkowałem,że coś powiedzieć chce, a tylko nie śmie. I stary pan teżzmiarkował.

— Cóż mi powiesz? Czego chcesz?

— Ja... niczego.

— No, to bądź zdrów, chłopcze! Do zobaczenia! Idź w spokoju.

Garoffi oddalił się ku drzwiom, ale rychło stanął i obrócił siędo małego siostrzeńca, który poszedł za nim i patrzył na niegociekawie.

Nagle wyciągnął coś spod płaszcza i dał chłopcu do rękimówiąc prędko: — To dla ciebie... — i wyleciał jak oparzony zadrzwi.

Chłopczyna przyszedł do łóżka niosąc pakiet, na którym byłonapisane: „Daruję ci to”. Spojrzałem do wnętrza i aż krzyknąłemze zdumienia. Był to sławny album ze zbiorem marek pocztowychbiednego Garoffiego, ów album, o którym tyle zawsze gadał,w którym pokładał wszystkie swoje nadzieje i który go tyle trudówkosztował. Skarb to był, połowa życia jego, a przecież oddał go,biedaczysko, na okup swej winy!

Mały pisarczyk z Florencji

Opowiadanie miesięczne

Przechodził kurs czwartej klasy w szkole elementarnej.Śliczny to był Florentczyk, z czarnymi włosami a białą twarzą,najstarszy syn pewnego urzędnika kolei żelaznych, który mającliczną rodzinę a małą pensję żył w niedostatku.

Ojciec kochał go bardzo. Pobłażliwy był dla niego i dobry.Pobłażliwy we wszystkim, tylko nie w tym, co dotyczyło szkoły.Na tym punkcie był surowym i wymagającym, bo chłopiec musiałnauki kończyć jak najprędzej i jak naprędzej objąć jakiś urząd,żeby pomagać rodzinie. A wiadomo, że kto chce prędko cośznaczyć, musi tęgo pracować i nie tracić czasu. Więc choć sięchłopiec uczył dobrze, ojciec jeszcze go i tak do nauki zapędzał. Bosam już nie bardzo był młody, a w ciężkiej pracy czuł siępostarzałym przedwcześnie.

Niemniej jednak, choć nią tak obarczony w swym urzędzie,brał jeszcze to stąd, to zowąd jakąś poboczną pracę, żeby tylkonastarczyć potrzebom domowym. Najczęściej było to przepisywanie, na którym mu część nocy schodziła codziennie, a nierazi świt zastawał go przy nim.

W ostatnich czasach podjął się u jednego wydawcy dzienników i książek zapisywania na opaskach nazwisk i adresówabonentów; a za każde pięćset takich opasek, zaadresowanychdużymi literami i czytelnie, dostawał trzy liry. Ale robota owabardzo go męczyła i często się na nią skarżył przed swoją rodziną.

— Tracę oczy — mawiał — dobija mnie ta praca po nocach.

Aż jednego razu powiada do niego ów najstarszy synek:

— Tato, daj mi to robić za siebie! Wiesz przecie, jak ja ładniepiszę i zupełnie podobnie do ciebie.

Ale ojciec odpowiedział:

— Nie, synu! Przede wszystkim nauka. Twoja szkoła dalekoważniejsza niźli te opaski; wyrzucałbym sobie, gdybym ukróciłchoć godzinę. Dziękuję ci, ale nie chcę i nie ma o czym gadać.

A syn wiedział, że w tych rzeczach nie ma co się z ojcemupierać, i nie upierał się.

Ale oto jak sobie poradził.

Wiedział dobrze, że ojciec jego kończy pisanie o północyi idzie do sypialni ze swojej izdebki. Tego był pewny. Kiedy nawielkim zegarze wybiła dwunasta, słyszał zawsze odsuwaniekrzesła od stołu i powolne kroki ojca.

Więc jednej nocy przeczekawszy, aż się ojciec do łóżkapołoży, wstał cicho, ubrał się i po omacku poszedłszy do izdebkiowej zapalił lampę, usiadł przy biurku, na którym bielił się stosopasek wraz z listą adresową, i niewiele myśląc zaczął pisać,naśladując zupełnie pismo swego ojca.

I miło mu było pisać, i rad był, choć się i bał trochę, a opaskizapisane piętrzyły się przed nim. Od czasu do czasu kładł pióro,zacierał ręce, znów zaczynał pisać z zapałem, nastawiając uchai uśmiechając się z lekka.

Zapisał sto sześćdziesiąt. Zarobił lira!

Przestał, położył pióro, skąd je wziął, zagasił światło i napalcach do łóżka powrócił.

Tego dnia w południe siadł ojciec do stołu w wybornymhumorze. Nic a nic nie pomiarkował. Bo tę robotę wykonywałmechanicznie, na godziny ją mierząc, i często przy niej myśląco czym innym, a dopiero nazajutrz liczył zapisane opaski.

Siedząc tak wesół przy stole, poklepał syna po ramieniui rzekł:

— Ech, Julku! Jeszcze z twego ojca lepszy pracownik, niżeśmyślał! W dwie godziny machnąłem wczoraj wieczór o trzeciączęść więcej roboty niż zwykle! Jeszcze moja ręka sprawna,a i oczy pełnią swoją służbę.

A Julek milczał, szczęśliwy, i tylko w duchu tak mówił:,,Biedny tato! Nie tylko mu ułatwiam robotę, ale przyczyniam muradości, że się młodszym i silniejszym czuje. Dobra nasza! Nietraćmy odwagi!”

Tak zachęcony powodzeniem czekał nocy, a gdy dwunastawybiła, znowu wstał cicho i dalej do roboty. I tak przez wiele nocywciąż, jedna po drugiej. A ojciec ciągle jeszcze nic nie miarkował.Raz tylko wychodząc po kolacji rzekł:

— Nie do uwierzenia, co nafty w domu wychodzi od jakiegośczasu!

Julek drgnął, ale rozmowa na tym się skończyła, a nocnarobota szła dalej.

Jednakże, przerywając tak sen każdej nocy, chłopiec niewypoczywał dostatecznie, toteż rankiem wstawał zmęczony,a wieczorem, przy odrabianiu lekcji, ledwo że otwierał oczy. Ażjednego dnia, pierwszy raz w życiu, usnął nad kajetem.

— Chłopak! Co ty!... — krzyknął jego ojciec. — Do roboty!Dalej, śpiochu!

Wstrząsnął się i do lekcji zabrał.

Ale następnego wieczora i później było znów to samo.A nawet było gorzej jeszcze. Drzemał nad książkami, wstawałpóźno, lekcje odbywał, aby zbyć, zdawał się zniechęcony donauk.

Ojciec zaczął na niego uważać, potem zamyślać się, wreszciewyrzucać mu lenistwo.

— Julku! — rzekł pewnego rana. — Co się z tobą stało? Już tynie ten, co dawniej. Bardzo mi się to nie podoba. Bardzo mnie tomartwi! Zważ, że cała nadzieja rodziny na tobie spoczywa. Jestemz ciebie nierad! Rozumiesz?

Ten wyrzut, pierwszy raz tak ostrym wypowiedziany głosem,zmartwił nieboraka ogromnie.

„Prawda — pomyślał. — Nie może tak być dalej. Trzebazakończyć tę pomoc i to złudzenie”...

Ale tegoż wieczora, jakby naumyślnie, ojciec wychodzącz domu rzekł bardzo wesoło:

— Wiecie? W tym miesiącu zarobiłem tymi adresami o trzydzieści dwa liry więcej niżeli w zeszłym! — Co rzekłszy dobyłz szuflady paczkę cukierków, które kupił, żeby dzieciom sprawićuciechę z powodu tak powiększonego zarobku.

Julek znów nabrał otuchy i rzekł sobie:

„Nie, drogi ojcze! Będę cię jeszcze łudził, jeszcze ci pomagał!Dobędę ostatnich sił, żeby lekcjami przez dzień nastarczyć,a nocami będę jeszcze pracował dla ciebie, dla mamy, dla braci”...

A ojciec tak mówił dalej:

— Trzydzieści dwa liry więcej to nie bagatela! Cieszmy się,dzieci! Jedno z was tylko — tu wskazał ręką Julka — martwi mniei smuci.

A Julek wysłuchał wyrzutu tego w milczeniu, połykając łzy,które mu się do oczu cisnęły, a jednocześnie uczuł w sercu wielką,wielką słodycz.

I zapamiętale pracować zaczął. Ale nowe znużenie do dawnego znużenia dodane coraz było trudniejszym do przezwyciężenia.

Tak trwały rzeczy coś przez dwa miesiące. Ojciec strofowałJulka prawie co dzień i patrzył na niego coraz niechętniejszymwzrokiem. Aż dnia pewnego poszedł do nauczyciela, żeby z nimpomówić o tym, a nauczyciel rzekł:

— Owszem, lekcje odrabia, bo to inteligentne dziecko; aletego dawnego zapału do nauki nie ma. Drzemie w klasie, nieuważa, jest roztargniony. Ćwiczenia pisze coraz krótsze, aby zbyć,i bazgrze je po prostu. O, jestem pewny, że mógłby przy dobrejwoli zupełnie inaczej się uczyć!

Tego wieczora wziął ojciec chłopca na stronę i tak do niegomówił, z niebywałą u niego powagą:

— Julku! Wszak widzisz, jak ja pracuję, jak sobie życieskracam dla rodziny. Ty jednak nie chcesz mi ułatwić tego. Niemasz serca ani dla mnie, ani dla matki, ani dla braci!

— Ach nie! Nie mów tak, tato! — zawołał Julek wybuchającpłaczem i już otwierał usta, żeby wyznać wszystko, ale ojciecprzerwał mu i rzekł:

— Wiesz, w jak ciężkich warunkach żyjemy. Wiesz, że abywyżyć, trzeba dobrej woli i poświęcenia wszystkich w rodzinie.Wiesz, że ja sam musiałem podwoić pracę. Tego miesiąca liczyłemna sto lirów gratyfikacji z kolei, a dowiedziałem się, że nie dajążadnej.

Usłyszawszy to Julek cofnął wyznanie, które już mu się nausta cisnęło z duszy, i w mgnieniu oka odzyskując siłę woli rzekłsam sobie:

„Nie, tato! Nic ci nie powiem! Będę jeszcze pracowałtajemnie dla ciebie. Za to strapienie, jakie ci sprawiam, wynagrodzę ci pomocą w twych trudach. W szkole i tak promocjędostanę. Pierwsza rzecz i najpilniejsza, pomagać ci w utrzymaniunas wszystkich i ulżyć ci w tej pracy, która cię zabija!”

Od tej rozmowy przeszło znowu dwa miesiące. Dwa miesiące nocnej pracy i dziennego wyczerpania, rozpaczliwychwysiłków dziecka i gorzkich wymówek ojca. Gorsze jednakod wymówek było to, że ojciec stawał się dla syna corazozięblejszy, że rzadko tylko odzywał się do niego, jakby tobyło dziecko stracone dla jego serca, po którym nic dobregospodziewać się nie można, tak że unikał nawet spojrzenia naniego.

Widział to Julek i cierpiał; a kiedy ojciec odwrócił się odniego, przesyłał mu ręką pocałunek nieśmiały, podnosząc kuniemu wzrok smutny i pełen miłości. Chudł przy tym i coraz byłbledszy z powodu tej pracy i tego cierpienia, a w miarę ubytku siłcoraz bardziej zaniedbywać się musiał w nauce. Zrozumiałwreszcie nieszczęsny chłopczyna, że trzeba mu się zrzec tej pracytajemnej i co wieczór mówił sobie:

„Tej nocy już będę spał. Nie wstanę”.

Zaledwie jednak wybiła dwunasta, zamiast powziąć odważnie to postanowienie, uczuwał wyrzuty. Zdawało mu się, że leżąctak w łóżku uchybia jakiemuś ważnemu obowiązkowi, że wprostwydziera tego lira ojcu i rodzinie.

I wstawał cicho, i myślał, że przecież którejkolwiek nocyojciec obudzi się i na pisaniu go zastanie; że spostrzeże się przeciekiedyś przeliczywszy z wieczora napisane przez siebie opaski,a tak wyda się i skończy naturalnie wszystko, samo przez się, bezjego przyczynienia, bez tego aktu woli, do którego nie miał dosyćsiły. I tak ciągnęło się dalej.

Aż pewnego dnia ojciec wyrzekł jakby naumyślnie słowa,które zdecydowały chłopca ostatecznie. Było to tak: Matkapopatrzyła na Julka, a że jej się zdawał jeszcze bledszy, jeszczemizerniejszy niż zwykle, rzekła:

— Julku, tyś chory, dziecko!... — I zwróciwszy się do ojcadodała: — Julek musi być chory. Zobacz tylko, jaki blady! Julkumój drogi, co tobie?

Ale ojciec rzucił tylko raz okiem na niego i rzekł:

— Kto ma złe sumienie, ten nie może być zdrów. Nie byłotak dawnymi czasy, kiedy był pilnym uczniem i kochającymsynem.

— Ależ on chory! — zawołała matka.

— Nic mnie to już nie obchodzi — odpowiedział ojciec.

A biednemu chłopczynie, gdy usłyszał te słowa, zdawałosię, że mu utkwił nóż w sercu. Ach, nie zniesie tego już dłużej!Nie może! Ojciec jego... ten ojciec, który drżał dawniej, kiedy chłopak zakaszlał tylko... Nie kocha go już więc... Nie masię co łudzić. Umarł więc w sercu swego ojca... „Ach nie, ojcze!— rzekł sobie chłopiec ze ściśniętym jakąś śmiertelną bojaźniąsercem — teraz już naprawdę wszystko skończone, bo żyć niemogę bez twojej miłości. Zdobędę się na siłę, powiem ci wszystko, nie będę cię dłużej oszukiwał, będę się uczył jak pierwej!Niech się dzieje, co chce, byłeś mnie kochał po dawnemu, drogimój, najdroższy ojcze! Och, teraz już jestem zdecydowany nawszystko!”

Ale jeszcze tejże nocy, z nawyknienia po prostu, wstał; a gdywstał, poszedł raz jeszcze popatrzeć wśród ciszy nocnej na tę małąizdebkę, gdzie tak długo skrycie czuwał i pracował, z sercempełnym radości najtkliwszej. A gdy przystąpił do stolika i zapaliłświatło, i zobaczył te czyste opaski białe, na których już nigdy niemiał pisać nazwisk ludzi i miast, tych nazwisk, które już na pamięćumiał, zrobiło mu się okropnie smutno i chwycił nagle za pióro,żeby zwykłą swą pracę rozpocząć. Ale w ruchu tym potrąciłksiążkę, a książka spadla na ziemię. Krew uderzyła mu do głowy.Ojciec mógł się obudzić!... Nie zaszedłby go, prawda, na żadnymzłym uczynku, owszem, on sam postanowił powiedzieć muwszystko. A przecież usłyszeć kroki jego w ciemności... być takprzydybanym w tej ciszy, o tej godzinie... Zbudzić i przestraszyćmatkę... i może jeszcze widzieć po raz pierwszy upokorzenie ojcawobec siebie, gdy wszystko się wyda... Na tę myśl skamieniał poprostu. Ale nie posłyszał nic. Nasłuchiwał przez chwilę u drzwi,które miał za sobą — nic!

Cały dom był głęboko uśpiony.

Zaczął więc pisać z pośpiechem, a opaski piętrzyły się przednim. Tak pisząc słyszał miarowy krok straży miejskiej w pobliskiejpustej uliczce, potem turkot powozu, który nagle ustał; w chwilępóźniej ciężki turkot wozów posuwających się jeden za drugim,a potem jeszcze głęboką ciszę, przerywaną od czasu do czasudalekim szczekaniem psa. I pisał, pisał...

A tymczasem ojciec jego stał za nim. Zbudzony stukiemupadającej książki przeczekał on czas jakiś, wszedł do izdebkiw chwili, kiedy turkot wozów tłumił jego kroki, i stał tam, z swojąsiwą głową ponad ciemną główką syna i widział, jak pióro jegobiega po opaskach, i w jednej chwili odgadł wszystko, wszystkoprzypomniał, zrozumiał, a niezmierna żałość i tkliwość zalała muduszę przykuwając go, bez tchu, za plecami syna. Aż naraz Julekkrzyknął przeraźliwie. Dwoje ramion objęło mu głowę w gwałtownym uścisku.

— O tato, tato, przebacz mi! — zawołał chłopiec poznającojca po płaczu.

— To ty mi przebacz! — odrzekł ojciec łkając i pokrywającpocałunkami jego czoło. — Zrozumiałem wszystko, wiem wszystko, i to ja, ja żądam przebaczenia twego, święte moje dziecko!Pójdź, pójdź w moje ramiona.

I dźwignął go, i w ramionach zaniósł do łóżka zbudzonejmatki, rzucił go w jej objęcia i rzekł:

— Ucałuj to anielskie dziecko, które od wielu miesięcy niesypia i pracuje po nocach za mnie, a jam zasmucał jego serce, jego,co na chleb zarabiał dla nas...

Matka przycisnęła go do piersi nie mogąc słowa przemówićz wielkiego wzruszenia, po czym rzekła:

— Spać, droga dziecino, spać!... Zanieś go do łóżeczka jego...

Ojciec wziął go w ramiona, zaniósł do izdebki jego, położył gow łóżko, całując go i pieszcząc, poprawił mu poduszkę i otuliłkołdrą.

— Dziękuję, tato, dziękuję! — powtarzał Julek. — Idź jużsam spać! Idź, tato! Dobranoc!

Ale ojciec pragnął go widzieć uśpionym; usiadł więc przyjego posłaniu, wziął rękę jego i rzekł:

— Śpij, synu, śpij!

I Julek, zmęczony, usnął wreszcie i spał długo, pierwszymod tylu miesięcy snem cichym, spokojnym... A sny miał miłe, radosne, śmiejące. Kiedy oczy otworzył, a słońce dość jużwysoko było na niebie, najpierw uczuł, a potem zobaczył, tużprzy piersiach swoich, na brzegu łóżeczka siwą głowę ojca,który tak noc całą spędził i spał jeszcze, czołem o serce synaoparty.

Siła woli

28. środa

Jeden Stardi z naszej klasy miałby siłę to zrobić, co zrobiłmały Florentczyk!

Dziś rano były dwa zdarzenia w szkole. Po pierwsze, szalonaradość Garoffiego, któremu odesłano jego drogi album, i toz dodatkiem dwóch rzadkich marek rzeczypospolitej Guatemala,których właśnie poszukiwał już od trzech miesięcy; a po wtóre,zdumienie nas wszystkich, bo Stardi dostał drugi medal i zostałpierwszym po Derossim uczniem w całej klasie. Okropnie byliśmy tym zdziwieni! Kto by to pomyślał w październiku, kiedyojciec przyprowadził go do szkoły odzianego w ten zielony kubraki rzekł do nauczyciela:

— Będzie pan z nim musiał zużyć wiele cierpliwości, bo jesttępy, pojmuje wszystko z wielkim trudem...

Wszyscyśmy wołali na niego: „barania głowa”. A on: — Alboumrę, albo zwyciężę! — i zaraz się wziął do nauki na śmierć i nażycie.

Uczył się w dzień, uczył się w nocy, uczył się w domu, uczyłsię w szkole, uczył się nawet na spacerze, ściskając zęby i pięści, jakwół cierpliwy, jak muł uparty, i szedł tak dzień po dniu nie dbającna przezwiska, obdzielając kuksami tych, co mu przeszkadzali,a przeszedł wszystkich i wszystkich wyprzedził, oprócz Derossiego, ten uparty kozieł! Nie rozumiał ani źdźbła z arytmetyki,w jego ćwiczeniach było tyle głupstw, że to boki zrywać, niepotrafił jednego okresu powtórzyć z pamięci, a teraz rozwiązujezadania, pisze poprawnie, a lekcje tak jak pozytywka trzepie!I znać w nim tę żelazną wolę, z całej tej postaci zsiadłej, z tej głowykwadratowej i prawie bez szyi, z tych rąk krótkich i grubych,z tego głosu szorstkiego.

Uczy się zajadle, nawet ze strzępów gazet, nawet z afiszówteatralnych, a jak tylko uzbiera z dziesięć soldów, zaraz kupujeksiążkę. Już sobie zebrał ładną biblioteczkę, a w jakiejś chwilidobrego humoru wymknęło mu się, że mnie kiedy zaprowadzi dosiebie, żebym ją obejrzał.

Nie przemówi do nikogo zresztą, z nikim się nie bawi i kiedychcesz — spojrzyj, zawsze siedzi w ławce podparłszy pięściamiskronie, nieruchomo jak pieniek, i słucha nauczyciela.

Co on też musiał się napracować, ten biedny Stardi!

Nauczyciel był dziś w złym humorze i zniecierpliwiony,jednak dając mu medal powiedział:

— Brawo, Stardi! Kto jest wytrwały, zwycięża!

Stardi nie zdawał się wcale pysznić tym medalem; nieuśmiechnął się nawet i zaledwie z nim wrócił do ławki, zarazpięściami głowę podparł i siedział jeszcze więcej nieruchomy niżprzedtem.

Ale najśmieszniej to było przy wejściu, bo czekał na niegoojciec — który jest cyrulikiem — tak samo krótki i gruby jak on,z taką samą kwadratową twarzą i z takimże głosem. Nie spodziewał się medalu tego i wierzyć nie chciał, musiał go dopieronauczyciel zapewnić, a wtedy zaczął się śmiać z radości i trzasnąłsyna w kark krzycząc z całej siły:

— A toś się spisał, drogi mój głuptasie! A niechże cię! — I patrzył na niego osłupiały i uśmiechnięty.

Wszyscyśmy się zresztą uśmiechali, prócz Stardiego, któryjuż pod nosem mamrotał, przepowiadając jutrzejszą lekcję ranną.

Wdzięczność

31. sobota

... Twój kolega Stardi nie skarży się nigdy na swegonauczyciela, jestem tego pewny. „Nauczyciel był w złymhumorze, był zniecierpliwiony” — wyraziłeś się świeżoz niechęcią. Ale pomyśl, chłopcze, ileż to razy ty samokazujesz zniecierpliwienie. I to komu? Swojej matce,swemu ojcu, względem których zniecierpliwienie twoje jużjest przekroczeniem. Twój nauczyciel ma nieraz aż nadtopowodów do niecierpliwości. Zastanów się tylko, ile on tojuż lat męczy się z uczniami, którzy przecież nie wszyscysą grzeczni i przywiązani, owszem, większa część jestniewdzięcznych, nadużywających jego dobroci i trudówjego nie uznaje wcale; tak że z was wszystkich ma dalekowięcej goryczy i umartwienia niżeli pociechy.

Zastanów się, że i święty na jego miejscu nieraz by sięrozgniewał. A żebyś wiedział, ile to razy idzie nauczycielna lekcję chory, dlatego tylko, że choroba jego nie jestobłożna i nie uwalnia go od godzin szkolnych. Cierpi, więcsię niecierpliwi, a ból jego powiększa się jeszcze, gdy widzi,że nic sobie z niczego nie robicie albo że nadużywacie jegoosłabienia.

Szanuj, synu, i kochaj nauczyciela swego. Kochaj go,bo twój ojciec kocha go i szanuje; bo życie jego poświęconejest dobru setek dzieci, które kiedyś zapomną o nim; kochajgo, bo on rozwija i oświeca twój rozum, bo on kształci duszętwoją. Kochaj go, bo gdy zostaniesz człowiekiem, a nas jużnie będzie na świecie, ani mnie, ani jego, obraz jego często ciprzed oczyma stanie przy moim obrazie, a wtedy spostrzeżesz ten wyraz bólu i znużenia w jego szlachetnymobliczu, na które dziś nie zważasz, i przypomnisz je sobietak żywo, że nawet po latach trzydziestu jeszcze cięzabolą. A wtedy uczujesz żal i wstyd, żeś go nie kochał, żeśsię źle zachowywał względem niego.

Kochaj twego nauczyciela, bo on należy do wielkiejrodziny pięćdziesięciu tysięcy nauczycieli elementarnych,rozrzuconych po całych Włoszech, którzy są jak gdybyduchowymi ojcami tych milionów chłopców, rówieśnikówtwoich, co są nadzieją twej ojczyzny. Należy do tychpracowników nie dość cenionych, źle wynagradzanych,którzy przygotowują krajowi naszemu godnych go obywateli. Nawet miłość twoja dla mnie cieszyć mnie przestanie,jeśli jej mieć nie będziesz dla tych wszystkich, którzy siętrudzą dla twojego dobra, a między którymi nauczycieltwój pierwszy jest po rodzicach twoich.

Kochaj go więc tak, jak byś brata mego kochał; kochajgo zarówno, czy cię pochwali, czy zgani; czy jest sprawiedliwy, czy ci się niesprawiedliwym wydaje; kochaj go, gdyjest pobłażliwy i wesół, a więcej jeszcze, gdy go smutnymwidzisz. Kochaj go zawsze, mój synu! I zawsze ze czciąwymawiaj to słowo: „nauczyciel”. Ono bowiem, po słowie:,,ojciec” — jest najszlachetniejszą i najmilszą nazwą, jakączłowiek człowiekowi dać może.

Twój ojciec.

Styczeń

Zastępca

4. środa

Miał słuszność mój ojciec! Nauczyciel był w złym humorze,bo był niezdrów. Od trzech dni przychodził za niego do naszejklasy zastępca, ten mały, bez wąsów, co to jeszcze sam mógłby zauczniaka uchodzić.

Brzydka się rzecz u nas zdarzyła dziś z rana. Już pierwszegoi drugiego dnia hałasowała klasa, że strach, bo zastępca jest bardzołagodny; ciągle tylko mówi: „Cicho, cicho, cicho, proszę!”

Naturalnie, że to na nic!

Ale co dziś, to już było nie do wytrzymania! Taki hałas, takiwrzask, że jednego słowa z lekcji usłyszeć nie można było,a zastępca ciągle tylko wołał: „Cicho i cicho!” — aż ochrypł!

Dyrektor, jak to on, często chodzi po korytarzach, dwa razyzatrzymał się we drzwiach naszej klasy i patrzał. Wtedy robiło sięcicho! Ale jak tylko zniknął z oczu, natychmiast robił się jarmark, że uszy puchły. Próżno Garrone i Derossi uciszali kolegów odwracając się, dając im znaki, żeby byli cicho, że to wstydtak się zachowywać w szkole. Żaden nie dbał. Jeden tylko Stardisiedział spokojnie, jak zawsze, podparty obu łokciami i z głową na pięściach, myśląc zapewne o swoim sławnym księgozbiorze, a także Garoffi, ten od albumu marek i z nosempuszczyka, też siedział cicho, zajęty rozpisywaniem biletów podwa grosze sztuka, bo właśnie puszczał na loterię swój kałamarzkieszonkowy.

Inni świstali i wybuchali śmiechem, tłukli piórnikami o ławkii rzucali na siebie kulkami z pożutego papieru, mając za procę gumowe paski od spodni. Zastępca wyciągał to jednego, todrugiego z ławki, trząsł nimi i jednego do kąta postawił. Ale i tosię na nic nie zdało. Tak już nie wiedząc, co robić, znów prosićzaczął:

— I czemu wy to robicie? Dlaczego? Czy chcecie koniecznie,żebym się gniewał na was?

I uderzywszy w stół ręką krzyczał zarazem wściekłymi płaczliwym głosem:

— Ciszej! Ciszej! Ciszej!

Przykro było go słuchać.

Ale hałas wzmógł się jeszcze.

Franti rzucił w niego papierową strzałą, inni zaczęli miauczećjak koty, tamci się za łby darli, zrobił się zamęt nie do opisania,kiedy wtem wszedł pedel i rzekł:

— Panie nauczycielu, pan dyrektor do siebie prosi.

Zastępca podniósł się i wyszedł z pośpiechem, czyniąc gestrozpaczy. A wtedy zrobiło się w klasie prawdziwe piekło.Naraz Garrone skoczył ze srogą twarzą i ścisnąwszy pięście,wołając głosem zduszonym z gniewu:

— Dość tego! Bydlęta! Rozpuściliście się dlatego, że dobry.Żeby was po łbach walił, to byście się mu jak psy łasili! Kupanikczemników, nie chłopcy! Pierwszego, który nie usłucha, będęczekał przy wyjściu i zęby mu połamię, choćby jego rodzony ojciecna to patrzał!

Zamilkli wszyscy.

Ach, jakże pięknie wyglądał Garrone z tymi oczyma rzucającymi iskry i płomienie. Jak młody lew rozżarty. Spojrzałem nanajwiększych krzykaczy: wszyscy mieli głowy spuszczone. Kiedyzastępca wrócił z zaczerwienionymi oczyma, było cicho tak, żeżaden nie zipnął.

Osłupiał zrazu, ale widząc, że Garrone stoi jeszcze na ławcezaczerwieniony i drżący, zrozumiał i rzekł głosem tak wzruszonym, jak gdyby mówił do brata:

— Dziękuję ci, Garrone!

Księgozbiór Stardiego

Byłem dzisiaj u Stardiego, który mieszka naprzeciwko szkoły, i aż mnie zazdrość wzięła, kiedym jego księgozbiór zobaczył.Nie bardzo on bogaty, bo pieniędzy na książki dużo nie ma; aleproszę widzieć, w jakim on porządku utrzymuje swoje książkiszkolne i te, które w podarunku od rodziców dostaje! A każdygrosz chowa i do księgarza niesie! W taki sposób zgromadził sobiemałą bibliotekę, a gdy ojciec spostrzegł to jego upodobanie, kupiłmu półki orzechowe i zieloną firankę i dał mu oprawić wszystkieksiążki w śliczne kolorowe okładki. A teraz pociąga sobie za sznurek, firanka się rozsuwa i widać trzy rzędy różnokolorowych książek, wszystkie w porządku, błyszczące, ze złoconymi tytułami nagrzbietach: opowieści, podróże, poezje; ma nawet z ilustracjami.

A jak je ślicznie ustawiać potrafi. Białooprawne koło czerwonych, żółte koło czarnych, niebieskie koło białych, tak że oczuoderwać nie sposób! I znów wszystko zmienia, znów ustawia inaczej, a coraz to śliczniej. Zrobił też i katalog. Zupełnie jak prawdziwy bibliotekarz. I ciągle ma coś z tymi książkami do roboty;otrzepuje z kurzu, ogląda okładki, przewraca kartki. Wartowidzieć, jak delikatnie otwiera je tymi swymi grubymi, krótkimirękami, dmuchając między karty. Dość już dawno je ma, a wydająsię zupełnie jak nowe. A ja com już przez ten czas książek nadarł!

Dla niego kupno każdej nowej książki jest świętem prawie.Tak ją gładzi, tak ustawia, tak znów wyjmuje, żeby patrzeć na nią;z każdą obchodzi się jak z najdroższym skarbem. Przez całągodzinę tylko tymi książkami mnie bawił. Aż mnie oczy zabolałyod czytania.

Poszliśmy potem do pokoju jego ojca, który jest tak samokrótki i gruby jak syn, i z taką samą jak on dużą głową. Ten uderzył go dwa czy trzy razy w kark i rzekł swoim grubym głosem:

— Cóż mówisz, eh, o tym łbie zakutym? To jest łeb, który doniejednego dojdzie, zaręczam ci! — odpowiedział sam sobie.

A Stardi tylko oczy przymknął pod tą rubaszną pieszczotą,właśnie jak wielki pies od polowania.

Ja nie wiem, ale jakoś nie śmiem bawić się z nim i żartować;zgoła mi się wierzyć nie chce, żeby on był tylko o rok ode mniestarszy. A kiedy mi przy wyjściu powiedział: — Żegnam pana,moje uszanowanie! — tak mi się z tą swoją poważną twarzą wydałjuż dojrzałym.

Więc kiedym wrócił do domu, tak rzekłem ojcu:

— Nie rozumiem! Stardi nie ma zdolności, nie jest pięknieułożony, wygląda prawie śmiesznie, a jednak imponuje mi.

A ojciec odpowiedział:

— Imponuje ci, bo to chłopiec z charakterem.

Więc ja powiedziałem znowu:

— Przez tę godzinę, com tam był u niego, nie wymówiłnawet pięćdziesięciu wyrazów, nie pokazał mi ani jednej zabawki,nie roześmiał się ani razu, a przecież było mi z nim dobrze.

A ojciec mój rzekł:

— Bo go szanujesz.

Synek kowala

Tak, ale przecież i Precossiego szanuję i więcej nawet niższanuję, Precossiego, synka kowala, tego małego mizeraka, co matakie smutne, miłe spojrzenie, wystraszoną minę, a taki jestbojaźliwy, że do wszystkich mówi: „przepraszam”, i choć jestchorowity, tak dobrze się uczy. Ojciec jego wraca do domu częstoprosto z szynku i bije go nie wiedzieć za co, a kajety jego i książkio ziemię ciska. A on przychodzi do szkoły z siniakami na twarzy,a nieraz zapuchnięty, z oczyma czerwonymi od płaczu. Ale za nicw świecie powiedzieć sobie nie da, że ojciec go bije.

— Znów cię ojciec wytłukł! — mówią mu koledzy.

A on krzyczy zaraz: — Nieprawda! Nieprawda! — żeby nibynikt nie śmiał honoru ojca naruszyć.

— Tego arkusza przecież nie spaliłeś sam? — mówi munauczyciel pokazując na pół spalony arkusz.

— Owszem, to ja! — rzecze na to drżącym głosem. — Upadłmi w ogień i...

A wszystkim wiadomo, że to jego ojciec kopnął po pijanemustół, przy którym chłopiec pisał, zrzucając wszystko razem z zapaloną lampą. Bo oni mieszkają na poddaszu w naszym domu, na drugich schodach, a stróżka wszystko opowiada mojej matce. Siostramoja, Sylwia, słyszała, jak raz krzyczał z ganku, że go ojciec chcezrzucić ze schodów, bo go prosił o pieniądze na kupienie gramatyki.Bo ten ojciec jest taki, że tylko pije wódkę, nie pracuje, a rodzina jego głód cierpi. Ile to razy przychodzi Precossi bez śniadania i dopiero ukradkiem zjada bułkę, co mu ją Garrone da, albo jabłko, przyniesione przez tę małą nauczycielkę z czerwonym piórem, której byłuczniem we wstępnej. Ale się jeszcze nie zdarzyło, żeby kiedypowiedział: „Jestem głodny, mój ojciec nie daje mi jeść”. Nigdy!

Kowal wstępuje czasem po niego, kiedy wypadkiem znajdziesię gdzie blisko szkoły, wybladły, chwiejący się na nogach,z ponurą twarzą, z włosami opadającymi na oczy i z czapką nabakier; biedny chłopiec drży cały, kiedy go tak na ulicy zobaczy,ale zaraz biegnie naprzeciw niego z uśmiechem, a ojciec nie widzigo nawet myśląc o czym innym.

Biedny Precossi! Zeszywa sobie, jak umie, poszarpane kajety,książek do nauki pożycza, szpilkami spina porozrywaną koszulinęi aż litość bierze patrzeć, jak się gimnastykuje w tych buciętachpowykrzywianych, w tych spodenkach opadających i w tej kurtcezbyt długiej z rękawami, które aż do łokcia zawijać musi. A uczysię, a stara i z pewnością byłby pierwszym, gdyby mógł spokojniepracować w domu.

Dziś rano przyszedł do szkoły z guzem na czole i z podrapanątwarzą, więc koledzy dalej do niego:

— Oho, urządził cię pięknie twój ojciec! Nie możesz zaprzeczyć, że ojciec!...

A on zaczerwienił się, zerwał z ławki i głosem drżącymz oburzenia krzyknął:

— Nieprawda! Nieprawda! Mój ojciec nigdy mnie nie bije!

Ale potem, w czasie lekcji, łzy mu kapały na pulpit, a spojrzałkto na niego, to się uśmiechał, żeby nie pokazać nic po sobie.Biedny Precossi! Jutro mają przyjść do mnie Derossi, Corettii Nelli; ale jemu też powiem, żeby przyszedł. Zatrzymam go napodwieczorek, podaruję mu parę książek, jeszcze mu i do domu codam i w kieszeń mu owoców włożę, żeby choć raz miał uciechę,nieborak, kiedy taki dobry i mężny!

Miłe odwiedziny

12. czwartek

Dzisiejszy czwartek był dla mnie jednym z najmilszych dniw tym roku. Derossi i Coretti z Nellim garbuskiem przyszlipunktualnie, tak jak obiecali, tylko Precossiemu ojciec nie pozwolił przyjść. Derossi i Coretti jeszcze się śmiali ze spotkaniaz Crossim, synem zieleniarki, tym z bezwładną ręką i rudąłepetyną, który niósł ogromną głowę kapusty na sprzedaż i miał,jak ją sprzeda, kupić sobie pióro i ołówek. Biegł żwawo, był wesół,bo właśnie ojciec jego pisał z Ameryki, żeby go wyglądali, bo ladadzień wróci.

Ach, jakeśmy się też wybornie bawili przez te dwie godziny!Derossi i Coretti to najweselsze zuchy z całej klasy. Ojciec mójstrasznie ich polubił.

Coretti przyszedł w swojej brunatnej bluzie i w swojejczapeczce z kociej sierści.

Diabeł nie chłopak! Ciągle by tylko coś ruszał, przestawiał,przenosił. A choć już z rana pół wozu drzewa przeniósł do sklepu,nie posiedzi chwili, ale po całym domu biega, wszystko oglądai bez ustanku gada, lekki i zwinny jak wiewiórka. Zaraz do kuchniwpadł, zaraz się kucharki zapytywał, ile płaci cetnar drzewa, boojciec jego sprzedaje po czterdzieści pięć centymów. A o tym ojcuto mu się gęba nie zamyka po prostu. Ciągle rozpowiada, jak to onw 49 regimencie służył, jak się pod Custozzą bił, jak walczył podksięciem Humbertem, no i sam bardzo grzeczny i dobrze ułożonychłopiec... „Nie szkodzi mu to nic, że się urodził i wychowałpomiędzy wiązkami drzewa, bo we krwi i w sercu ma szlachectwo” — powiada mój ojciec.

Derossi także ojcu memu bardzo się podobał. Bo też znageografię ten chłopak jak sam nauczyciel! Zamknął oczy i mówi:

— Widzę teraz całe Włochy... Widzę Apeniny, jak się ciągnąaż do Morza Jońskiego, widzę rzeki, jak płyną tu, to tam; widzęmiasta białe, przylądki, zatoki modre, zielone wyspy...

I tak wymieniał ich nazwy właściwe i po porządku, i szybko, jak gdyby je na mapie czytał, a my widząc go tak z podniesioną głową, z tymi jasnymi kędziorami, z zamkniętymi oczyma, w niebieskim ubranku ze złoconymi guzikami i tak ślicznego jak posąg, staliśmy przed nim w podziwie. W godzinęnauczył się na pamięć blisko trzy strony, które ma wypowiedziećpojutrze, na obchodzie rocznicy pogrzebu króla Wiktora Emanuela.

I Nelli patrzył w niego jak w słońce, zachwycony i rozradowany, gładząc fałdy swego brzydkiego czarnego fartuchai uśmiechając się tymi jasnymi i melancholicznymi oczyma.

Wielką przyjemność sprawiły mi te odwiedziny. Zostały mipo nich jak gdyby złote iskierki w sercu i w umyśle. A i to mi siępodobało bardzo, że odchodząc dwaj rośli i silni wzięli pomiędzysiebie garbuska i prowadzili go pod ręce, a on się śmiał tak, jakemgo jeszcze nigdy śmiejącym nie widział.

Wróciwszy do jadalni spostrzegłem, że nie ma na ścianieobrazka, który przedstawiał garbatego błazna, Rigoletta. A toojciec zdjął, żeby go nie widział Nelli.

Pogrzeb Wiktora Emanuela

17. stycznia

Dzisiaj o drugiej, zaledwie nauczyciel wszedł do klasy,zawołał Derossiego, który podszedł do stolika, stanął wprost nasi dźwięcznym głosem, podnosząc go i zniżając na przemian,z wzruszeniem na twarzy tak mówił:

— Cztery lata minęło, jak w tym dniu i o tej godzinie zatoczyłsię przed Panteon w Rzymie wóz żałobny, na którym spoczywałyzwłoki Wiktora Emanuela II, pierwszego króla Włoch, zmarłegopo dwudziestu dziewięciu latach panowania, w czasie którychwielka nasza ojczyzna, rozerwana na sześć oddzielnych państwi uciskana przez obcych tyranów, stała się jednym, niepodległym,wolnym królestwem. Po dwudziestu dziewięciu latach panowania, które okrył sławą a udarował męstwem, prawością, odwagąw niebezpieczeństwach, mądrością w chwilach zwycięstw i wytrwaniem w klęskach.

Zatoczył się wóz żałobny, na którym błyszczała korona,przebiegłszy ulice Rzymu pod ulewą kwiatów, wśród uroczystejciszy bolejących tłumów, zebranych z całego kraju — poprzedzany legionem generałów, mnóstwem ministrów i książąt, wiodąc za sobą szeregi inwalidów, las chorągwi, wysłańców z trzystumiast włoskich, wszystko, co przedstawia potęgę i chwałę narodu,zatoczył się wóz żałobny przed wspaniałą świątynię, gdzie czekałkrólewski grobowiec. Natychmiast dwunastu kirasjerów zdjęłotrumnę z wozu. A była to chwila, kiedy naród włoski żegnał po razostatni swego starego, zmarłego króla, którego tak kochał, kiedyżegnał swego żołnierza i swojego ojca, po owych latach najszczęśliwszych sławnych dziejów swoich.

Wielka to była, uroczysta chwila. Wszystkie spojrzenia, caładusza tłumów uniosła się ku tej trumnie, którą sztandary osiemdziesięciu regimentów armii włoskiej, niesione przez osiemdziesięciu chorążych, salutowały już po raz ostatni. Sztandaryokryte chwałą i krwią Włochów, przypominające potoki krwi,tysiące poległych, najwspanialsze zwycięstwa, najświętsze ofiaryi najżywsze bóle.

Więc kiedy kirasjerzy z trumną królewską poczęli iść, a tesztandary pokłon jej dawały, tak nowe jak i stare zdarte chorągwiespod Quito, spod Pastrengo, spod San Martino, spod CastelFidando, osiemdziesiąt chust żałobnych, sto medalów na trumnęupadło, a ten brzęk zmieszany i dźwięczny, który wzburzył kreww żyłach wszystkich, rozległ się jak dzwon tysiąca ludzkich głosówmówiących razem: „Żegnaj nam, żegnaj, ty mężny, ty prawykrólu! Będziesz ty żył w sercach twego ludu, póki nad tą włoskąziemią słońce świecić będzie!”

A wtedy podniosły się sztandary w czysty błękit nieba, a królWiktor wszedł do nieśmiertelnej chwały swego grobu.

Franti wypędzony ze szkoły

21. sobota

Jeden tylko z nas mógł się śmiać, w chwili kiedy Derossimówił o pogrzebie króla, i Franti — śmiał się.

Nie cierpię go! Zły z niego chłopak. Kiedy ojciec przyjdzie doszkoły, żeby dać synowi reprymendę, cieszy się, kiedy płaczektóry z nas, śmieje się z tego.

Drży przed Garronem, bo mocny, a Mularczyka szturchai szczypie, bo mały i słaby; Crossiemu dokucza, bo ma uschniętąrękę, lekceważy Precossiego, choć go wszyscy szanują; naśmiewasię z Robettiego, który uratował malca, bo o kulach chodzi.Napastuje wszystkich słabszych od siebie, a kiedy przyjdzie dobójki, wścieka się i nie dba, choćby okaleczył kolegę.

Ma coś wstrętnego w tym swoim niskim czole i w tychbiegających mętnych oczach, które się kryją prawie pod daszkiemceratowej czapki. Nie boi się niczego, śmieje się w twarz nauczycielowi, chwyta, co może, zapiera się z bezczelną miną, zawsze sięz kimś drze, przynosi do szkoły szpilki, żeby znienacka żgnąćktórego w ławce, i sobie, i innym obrzyna guziki od ubrania i graw nie; jego książki i kajety są brudne, obdarte, porozrywane, liniacała w zęby, pióra pogryzione, paznokcie czarne, ubranie wyplamione i podarte w bójkach codziennych.

Powiadają, że jego matka straciła zdrowie ze zmartwieniaz nim; że go ojciec już trzy razy z domu wypędzał; żal mi ichbardzo! Matka przychodzi czasem dowiedzieć się o synu, alezawsze płacząc odchodzi.

Jak on może być dobry, kiedy nikogo nie kocha. Nie cierpiszkoły, nie cierpi nauczyciela, nie cierpi kolegów. Nauczycieludaje czasem, że nie widzi jego łotrostw, a ten, zamiast sięzawstydzić, jeszcze gorszy wtedy. Próbował z nim nauczycieldobrocią, to się tylko ten niegodziwiec wyśmiał z niego; próbowałgniewem, zwymyślał go strasznie, to twarz sobie rękami zakryłi wszyscyśmy myśleli, że płacze, a on pękał ze śmiechu. Był raz natrzy dni wydalony ze szkoły, to wrócił jeszcze zuchwalszy, jeszczebardziej rozpuszczony.

Mówi kiedyś do niego Derossi:

— Dajże już raz spokój! Widzisz przecie, że nauczyciel sięmartwi, że cierpi przez ciebie.

A on na to:

— Cicho bądź, bo ci gwoździem brzuch rozwalę!

Aż się doczekał, że go dziś rano jak psa wypędzili.

Było tak. Kiedy nauczyciel dawał Garronemu brulion „Sardyńskiego doboszyka” (bo taki ma tytuł miesięczne opowiadaniena styczeń) do przepisania, Franti rzucił na podłogę petardę, którapękła z takim hukiem jak strzał z karabinu. Zatrzęsła się cała klasa,a nauczyciel zerwał się i krzyknął:

— Franti! Precz ze szkoły!

— To nie ja! — odrzekł niegodziwiec i śmiał się bezczelnie.

— Precz! — powtórzył nauczyciel.

— Ani myślę! — odpowiedział hardo.

Wtedy nauczyciel stracił cierpliwość, skoczył, chwycił go zaramię i wyciągnął z ławki. A ten się jeszcze wyrywał, zębamizgrzytał, kopał i trzeba go było gwałtem wlec. Nauczyciel poniósł go za kark aż do dyrektora, po czym wrócił do klasy, siadłprzy swoim stoliku, podparł głowę na rękach, zmęczony, a w twarzy miał tyle troski, tyle znużenia i smutku, że przykro byłopatrzeć.

— Po trzydziestu latach nauczycielstwa! — zawołał żałośnie,trzęsąc siwą głową. Żaden z nas ani pisnął. Ręce mu drżałyz gniewu, a ta prosta zmarszczka na czole była tak głęboka, że sięzdawała jakby rana jaka. Biedny nauczyciel! Wszystkim nam gobyło okropnie żal! Ale Derossi wstał i tak powiedział:

— Panie nauczycielu! Niech się pan nie martwi! My panakochamy!

A nauczyciel rozjaśnił się trochę i rzekł:

— Wróćmy do lekcji, dzieci.

O sardyńskim doboszyku

Opowiadanie miesięczne

W pierwszym dniu bitwy pod Custozzą, 24 lipca 1848 r. ,sześćdziesięciu żołnierzy jednego regimentu naszej piechoty,wysłanych dla zajęcia samotnego domu na wzgórzu, zostałonapadniętych znienacka przez dwie kompanie armii austriackiej,które raziły ich strzałami karabinowymi z różnych stron tak, żezaledwie mieli czas w domu owym się schronić i zabarykadować,zostawiając po drodze kilku rannych i kilku zabitych.

Zaparłszy drzwi jak było można, rzucili się nasi gwałtownie do okien tak na dole, jak na pierwszym piętrze i rozpoczęliżywy ogień przeciw napastnikom. Ci jednak zbliżali się w porządku, zachodząc półkolem i odpowiadając ogniem równiesilnym.

Włoskim oddziałem dowodziło dwóch niższych oficerówi kapitan, wysoki starzec, suchy i surowy, z siwym wąsem i z siwączupryną. A był z nim doboszyk, z Sardynii rodem, chłopaknieduży, mało co więcej nad lat czternaście mający, a tak drobny,że wyglądał ledwo na dwanaście, ze smagłą, prawie oliwkowątwarzą i czarnymi, skrzącymi oczyma. Kapitan kierował obronąz izby na pierwszym piętrze, rzucając krótkie rozkazy jak pistoletowe strzały, a w jego marsowym obliczu nie widać byłożadnego wzruszenia.

Doboszyk, trochę pobladły, ale zwinny w ruchach, skoczył nastół, wyciągnął szyję i chwycił za parapet okna, żeby zobaczyć, cosię za nim dzieje. Jakoż zobaczył skroś dymu białe munduryaustriackie zbliżające się z wolna przez pola.

A dom stał na urwistym wzgórzu, na samym wierzchołku, postronie zaś najbardziej stromej wzgórza tego miał tylko jedno małeokienko w izdebce pod samym dachem. Może też i dlategoAustriacy nie grozili tej stronie domu, prażąc ogniem front i jegooba boki.

A był też to ogień prawdziwie piekielny: grad ołowiu, którydziurawił mury i strącał dachówki zewnątrz, wewnątrz zaśgruchotał sufity, sprzęty, drzwi i okna, ciskając w powietrzekawały drzewa, chmury wapna, ułamki cegieł i szkła, świszcząc,skacząc, rwąc w sztuki, co na drodze, że głowa pękała od trzasku.Od czasu do czasu któryś z żołnierzy strzelających z okien upadałw tył na posadzkę, a wtedy przenoszono go na stronę. Wielu z nichdźwigało się znowu i chwiejąc przechodziło z izby do izby rękomaprzyciskając rany. W kuchni leżał już jeden zabity, z roztrzaskanym czołem. Nieprzyjaciel ściskał swe półkole.

Aż naraz kapitan, który dotychczas był niewzruszony, zaniepokoił się i wyszedł pośpiesznie z izby, prowadząc za sobąsierżanta.

Za chwilę przybiegł sierżant i zawoławszy małego doboszadał mu znak, żeby szedł za nim. Chłopak poprzedzony przezsierżanta skoczył na drewniane schody i wszedł na puste pod dasze, gdzie kapitan pisał coś ołówkiem na arkuszu papieru,oparty przy owym małym okienku, a przy nim sznur od studni.

Skończywszy pisać kapitan złożył papier i przejmując chłopca na wylot swymi szarymi, zimnymi oczyma, przed którymidrżeli wszyscy jego żołnierze, zawołał:

— Doboszu!

Dobosz przyłożył palce do skroni.

— Masz odwagę? — zapytał kapitan nie zdejmując z niegowzroku.

Oczy chłopcu rozbłysły.

— Mam, kapitanie!

— Patrz tam! — rzekł kapitan pociągnąwszy go do okienka.— Widzisz, tam w dole, blisko pierwszych domów w Villa Franca,te błyski bagnetów! Tam stoją nasi. Bierz papier, chwyć sięsznura, spuść się okienkiem, przeleć zbocze wzgórza, pole,dobiegnij do naszych i daj tę ćwiartkę pierwszemu oficerowi,jakiego zobaczysz! Rzucaj pas i tornister!

Doboszyk w mgnieniu oka odpiął pas i tornister, wsunąłpapier za pazuchę, sierżant przerzucił sznur na zewnątrz i oburękami trzymał górny jego koniec, a kapitan pomógł malcowiprzeleźć przez okienko.

— Słuchaj — rzekł. — Ocalenie całego oddziału zależy odtwych nóg i od twej odwagi!

— Licz na mnie, kapitanie! — odpowiedział chłopak zawieszając się u sznura.

— A przychyl się w biegu! — zawołał jeszcze kapitanpodtrzymując sznur z sierżantem razem.

— Ojej? Czemu nie? — odkrzyknął malec.

— Niechże cię Bóg prowadzi!

Za chwilę doboszyk był już na ziemi, sierżant sznur ściągnął, a kapitan, przylgnąwszy niemal wąsami do szyby okienka,ujrzał chłopca, jak zbiegał ze wzgórza. Już pewien był, że sięuda, że chłopca nikt nie spostrzeże, kiedy kilka białych obłoczków dymu, wznoszących się z ziemi przed biegnącym i poza nim,przekonało go, że Austriacy spostrzegli małego dobosza i żestrzelają do niego. Ale chłopiec pędził na skręcenie karku. Naglepadł.

— Zabity! — rykną! kapitan ściskając pięście.

Nie domówił jednak jeszcze tego słowa, kiedy chłopiec zerwałsię i pobiegł znowu.

— Ach, upadł tylko! — szepnął kapitan i odetchnął wolno.

A chłopak leciał co siły, lecz utykał nieco.

„Stłukł nogę...” — pomyślał kapitan.

Jeszcze kilka obłoczków dymu podniosło się za chłopcem tu,to tam, ale już w oddali.

Był ocalony.

Kapitan wydał okrzyk triumfu. Nie ustawał wszakże patrzećza nim i drżał, bo każda chwila była droga. Jeśli nie dobiegnie jaknajprędzej, z wezwaniem o natychmiastową pomoc, dzielni jego żołnierze padną jeden po drugim albo też będzie musiał wraz z nimi oddać się w niewolę.

A chłopiec biegł. Biegł czas jakiś jak wiatr, potem wolnieji kulejąc mocno. I znów się zebrał i biegł, ale znać było, że mu siłubywa i zatrzymywał się coraz, coraz częściej.

„Musiała go drasnąć jakaś kuła” — pomyślał kapitan, z drżeniem prawie śledząc wszystkie jego ruchy i pobudzał go, mówił doniego, przynaglał, jak gdyby chłopiec mógł był go dosłyszeć,mierząc rozognionym okiem przestrzeń między biegnącym chłopcem a tymi błyskami bagnetów, które dostrzegł w dolinie, wśródpól pszenicznych ozłoconych słońcem.

A tymczasem świst kul i huk strzałów wstrząsał izbami podnimi, a rozkazy oficerów gwałtownie ścierały się z ostrymi jękamiranionych i trzaskiem sprzętów, i łomotem cegieł.

— Dalej! Prędzej! — krzyczał stary dowódca ściągającwzrokiem biegnącego dobosza.

— Leć! Spiesz! Przekleństwo! Znów się zatrzymał... Ach!Biegnie znowu!... Prędzej!...

Wtem wszedł oficer donosząc, że nieprzyjaciel nie przerywając ognia wywiesił białą chorągiew i do poddania się wzywaoblężonych.

— Nie odpowiadać — wrzasnął kapitan wściekle, nie odrywając oczu od biegnącego chłopca, który był już w dolinie, lecznie biegł, owszem, zdawał się wlec ledwie. — Ale spiesz!... Ależleć, nieszczęsny! — krzyczał kapitan ściskając zęby i pięście.— Zgiń, trupem padnij, łotrze, ale doleć! Ach, tchórz niegodny!...Ach, tchórz!... Siadł znowu!...

A chłopiec, którego głowę wzniesioną widział ciągle ponadpszennym łanem, rzeczywiście z oczu mu zniknął, jakby padł naziemię. W tej chwili przecież zobaczył ją znowu, tę głowęwzniesioną, aż póki jej w oddaleniu nie zakryły zboża.

Wtedy zbiegł gwałtownie ze schodów. A tam, na piętrze, kulegrzmiały, izby pełne były rannych; niektórzy z nich kręcili sięw kółko jak pijani, czepiając się sprzętów kurczowo; ścianyi podłogi zbryzgane były krwią; trupy zawalały przejścia; młodszyporucznik miał prawe ramię zdruzgotane strzałem, a dym i prochgrubą chmurą zakrywały wszystko.

— Odwagi! — krzyknął kapitan. — Nie ustępować! Staćw miejscu! Posiłki idą! Odwagi...

Tymczasem Austriacy jeszcze się przysunęli bliżej. Wyraźnie teraz poprzez obłok dymu widać było ich złowrogie twarze,a skroś huku strzałów dawały się słyszeć dzikie ich okrzyki,urągające małej załodze i grożące rzezią.

Kilku przerażonych żołnierzy cofnęło się od okna, alesierżant zastąpił im drogę i zawrócił z miejsca. Powoli ogieńoblężonych słabł, a zniechęcenie malowało się na wszystkichtwarzach. Nie sposób było przeciągać obronę.

Wtem kanonada austriacka zwolniała, a jakiś głos grzmiącykrzyknął zrazu po niemiecku, a potem po włosku:

— Poddajcie się!

— Nigdy! — zaryczał kapitan z któregoś okna.

I na nowo zaczęła się palba, wścieklejsza i bardziej zabójczaniż przedtem.

Kilku naszych żołnierzy znów padło.

Niejednemu już oknu zabrakło obrońców, a kapitan wołałzduszonym rozpaczą głosem:

— Nie przyjdą! Nie przyjdą!

I biegał jak szalony, ściskając konwulsyjnie rękojeść szabli,gotów umrzeć raczej niż się poddać. Wtem zbiegł sierżantz poddasza krzycząc co miał siły:

— Idą! Idą...

— Idą! — powtórzył krzyk ten wódz stary, nieprzytomnymod radości głosem.

Na krzyk ten, wszystko, co jeszcze resztę ducha miałow sobie, zdrowi, ranni, oficerowie, żołnierze rzucili się do okien,a ogień morderczy zagrzmiał raz jeszcze. I oto w kilka chwilmożna było dostrzec niepokój, a potem zamieszanie pomiędzyoblegającymi.

Natychmiast kapitan zebrał garść ochotników w dalszej izbie,żeby zrobić wycieczkę i bagnetami odeprzeć Austriaków odwzgórza, po czym znów na schody skoczył.

Zaledwie wpadł do izby, kiedy usłyszano gwałtowny tętent,któremu towarzyszyło przeraźliwe... hura! — a z okien ujrzanoskroś dymu dwurożne czapki karabinierów włoskich, szwadronkawalerii pędzącej co pary w koniach i piorunowe błyski szabelkręcących w powietrzu młyńce i spadających na karki, na głowy...

W tejże chwili ochotnicy wypadli z pochylonymi bagnetami,a nieprzyjacielskie szeregi zachwiały się, zmieszały i zaczęłyuciekać w popłochu. Wkrótce potem plac boju został oczyszczony, dom wolny, a dwa bataliony włoskiej piechoty i dwa działazajęły wzgórze.

Ale stary kapitan złączywszy się ze swoim regimentemwalczył jeszcze wraz z tą garścią mężnych, jaka mu została; a nawetjakaś zabłąkana kulka zraniła go lekko w lewą rękę, w czasie starciana bagnety.

Dzień skończył się triumfem naszych. Ale nazajutrz rozpocząwszy bój na nowo, Włosi pomimo nadludzkich wysiłkówodwagi zwyciężeni zostałi przez przeważające siły austriackie, zaśrankiem 27 zaczęli smutny odwrót ku Mincio.

Dzielny kapitan, lubo ranny, szedł pieszo razem z żołnierzami swymi, znużony i milczący, a przybywszy pod wieczórdo Quito nad Mincio natychmiast zaczął szukać swego porucznika, który zabrany przez nasz ambulans jako ranny w rękę,wpierw od niego nadciągnąć tam już musiał. Jakoż wskazano mukościół, w którym był urządzony naprędce lazaret wojenny.Poszedł. Kościół przepełniony był rannymi, których ułożonow dwa szeregi już to na łóżkach, już na materacach leżących wprost na posadzce. Dwóch lekarzy i kilku posługaczyuwijało się tutaj, a z różnych stron słychać było stłumionekrzyki i jęki.

Zaledwie wszedłszy zatrzymał się kapitan u progu i patrzącdokoła szukał porucznika swego, gdy wtem jakiś głos cienki i słabyzawołał tuż przy nim:

— Panie kapitanie!

Obrócił się — był to mały dobosz.

Leżał on wyciągnięty na tapczanie kozłami podpartym,okryty po pierś czerwoną firanką z kościelnego okna, ręcei ramiona miał odkryte, twarz zbladłą i wychudłą, ale oczy zawszebłyszczące jako perły czarne.

— Tyżeś tu, chłopcze? — zawołał kapitan zdumiony. I zarazdodał surowym głosem: — Brawo! Spełniłeś powinność.

— Com mógł, tom zrobił. Nic wielkiego... — odrzekł małydobosz.

— Byłeś ranny? — rzekł kapitan, szukając wzrokiem swegooficera na bliskich tapczanach.

— A cóż robić! — odpowiedział chłopiec, któremu dodawałaodwagi do mówienia ta ogromna radość, że dostał pierwszą, i toprawdziwą ranę, bez czego nie śmiałby oczywiście ust otworzyćwobec kapitana. — Chociaż przychylałem się jak mogłem, i takmnie zobaczyli zaraz. Byłbym o dwadzieścia minut wcześniejdoleciał, żeby mi nie wpakowali kulki. Szczęście jeszcze, żemzaraz znalazł adiutanta ze sztabu i że mogłem mu oddać tę kartkę.Ale niech licho porwie, jaką miałem drogę! W gardle mi zaschło,umierałem z pragnienia. Bałem się, że już nie dolecę; płakałemz wściekłości myśląc, że każda minuta opóźnienia dla tych tam,co walczą na wzgórzu... No i jakoś się dowlokłem. Chwała Bogu!Ale, za przeproszeniem pana kapitana! Pan kapitan ma rękęskrwawioną...

Istotnie, ze skaleczonej ręki kapitana, spod zrobionegonaprędce opatrunku, sączyło się kilka kropel krwi po jego palcach.

— Ja panu kapitanowi mocniej obwiążę! Pan kapitan pozwoli...

Kapitan podał rękę lewą chłopcu, a prawą wyciągnął, aby mupomóc odwiązać zbyt luźny węzeł bandaża i poprawić go.

Ale chłopiec zaledwie głowę uniósł od poduszki, zbladłmocno i opadł znów na nią.

— Dość już, dość — rzekł kapitan widząc to i usuwałzawiązaną rękę, którą mały dobosz chciał przytrzymać. — Pamiętaj ty o sobie, zamiast o innych, bo nawet i małe draśnięcie możemieć złe skutki, kiedy je zaniedbasz.

Chłopiec wstrząsnął głową.

— O, musiałeś ty, biedaku, niemało krwi stracić — dodałkapitan spojrzawszy na niego uważnie — kiedyś taki słaby!

— Czym stracił dużo krwi?... Ech, panie kapitanie, żebytylko tyle! Niech no pan kapitan spojrzy!

I ściągnął owo pokrycie.

Kapitan cofnął się krok w tył, przejęty zgrozą. Mały doboszmiał już tylko jedną nogę, prawą. Lewą amputowali mu aż dokolana, krwawe szmaty owijały tę straszliwą ranę...

W tej chwili przechodził mimo lekarz wojskowy, małyczłowieczek opasły, bez surduta, w kamizelce tylko.

— A, kapitanie — mówił szybko, zbliżając się do małegodobosza — oto brzydki przypadek! Noga mogła być na pewnowyleczona, i to w najkrótszym czasie, gdyby jej chłopak nie byłsforsował w tak głupi sposób. Ale co z takim?... Ranny był,a leciał... Przyszło zapalenie, gangrena i trzeba było uciąć. No, alechłopak zuch! To trzeba mu przyznać. Żeby zapłakał, żebyzakrzyknął, nie! Najdzielniejszy włoski chłopak, jakiegom kiedykolwiek operował, słowo honoru! Dobra w nim krew!

I spiesząc się odszedł.

A kapitan namarszczył wielkie siwe brwi i utkwił spojrzeniew chłopcu naciągnąwszy na niego przykrycie, po czym, jakbymimowolnie i ciągle patrząc na małego dobosza, podniósł rękę dogłowy i zdjął kepi.

— Panie kapitanie! — wykrzyknął zdumiony chłopiec. — Copan kapitan robi?... Przede mną!

A wtedy ów szorstki żołnierz, który nigdy łagodnego słowanie wyrzekł do swoich podwładnych, odpowiedział głosem niewypowiedzianie słodkim i wzruszonym:

— Kapitanem tylko jestem, a ty... bohaterem! — To mówiąc,rzucił się z otwartymi ramionami na małego dobosza i po trzykroćucałował jego pierś tam, gdzie bije serce.

Miłość ojczyzny

24. wtorek

Ponieważ opowieść o małym doboszu tak ci wzruszyłaserce, łatwo ci powinno było zrobić tego ranka wypracowanie na egzamin: „Dlaczego kochacie Włochy?”

Dlaczego kocham Włochy? Alboż ci się nie nasuwanatychmiast tysiąc odpowiedzi?

Kocham Włochy, bo matka moja jest Włoszką, bokrew, która płynie w mych żyłach, jest włoska, bo włoskajest ziemia, w której pogrzebani są ci, po których płaczematka moja i których czci mój ojciec, bo miasto, gdziem sięurodził, bo język, jakim mówię, książki, z których się uczę,brat mój, moja siostra, moi towarzysze, cały ten wiełkinaród, wśród którego żyję, cała ta piękna przyroda, jakamnie otacza, wszystko, co widzę, co kocham, czego się uczę,co wielkie — jest włoskie!

Ale ty, synu, nie możesz nawet jeszcze znać całej głębitakiego kochania. Poznasz je kiedyś, gdy będziesz dojrzałym człowiekiem, gdy z długiej podróży wracającoprzesz się pewnego ranka o burtę statku i ujrzysz nahoryzoncie wielkie, lazurowe góry twego kraju. Wtedy jąpoznasz, tę miłość, po gwałtownej fali uczuć najtkliwszych,która ci łzy z oczu wyciśnie, a krzyk radości z serca cidobędzie.

Poznasz ją w jakimś wielkim i dalekim mieście po tymutęsknieniu, które wskroś świetnego tłumu popchnie cię doubogiego, nieznanego robotnika, dlatego tylko, że — przechodząc — w twoim rodzinnym języku przemówił. Poznasz ją w tym męskim świętym oburzeniu, które ci krew dogłowy popędzi, kiedy usłyszysz cudzoziemca naśmiewającego się z twojego kraju. Poznasz ją silniej jeszcze, jeszczewznioślej w dniu, w którym groźba obcego ludu błyśnieogniem i mieczem nad ojczyzną twoją; kiedy ręce dzielnychza broń pochwycą, kiedy młodzież wiązać się będziew legiony obrońców, kiedy ojcowie, całując synów, rzeknąim: „odwagi!” — kiedy matki, wstrzymując łzy, wołaćbędą: „Wracajcie zwycięzcami!”

Uczujesz ją, tę miłość, jako boską radość, gdy ujrzyszwracające do miasta legiony mężnych, obszarpane, znużone, przerzedzone, głodne, ale wspaniałe z tym blaskiemtriumfu w oczach, z tymi podartymi sztandarami w ręku,a za nimi całe szeregi rannych, z wysoko podniesioną,obwiązaną głową, z powiewającymi pustymi rękawamiu ramion, wśród tłumów, które zarzucą ich kwieciem,błogosławieństwem i pocałunkami. Wtedy to zrozumiesz,synu, miłość ojczyzny, wtedy i to słowo „ojczyzna”zrozumiesz. Ojczyzna bowiem, synu, jest rzeczą takwielką, tak świętą, że gdybym kiedy ujrzał cię wracającegozdrowo z boju, w którym ona walczyła, ciebie, któryś jestkrew z krwi i kość z moich kości, a wiedział, żeś dlategoocalał, boś się krył przed śmiercią — ja, ojciec twój, którycię witam okrzykiem radości, gdy wracasz ze szkoły,przyjąłbym cię jękiem rozpaczy i nie mógłbym kochać jużciebie, i umarłbym z tej rany w mym sercu.

Twój ojciec.

Zazdrość

25. środa

Naturalnie, że i to wypracowanie o ojczyźnie także najlepiejnapisał Derossi. A tu Vatini spodziewał się na pewniaka, żepierwszy medal weźmie.

Ja Vatiniego lubiłem, choć trochę jest próżny i ciągle się muska, ale teraz obrzydł mi, kiedy siedząc w jednej z nim ławce widzę,jak Derossiemu zazdrości. Chciałby się z nim współubiegać, uczysię, stara — ale i tak nie może mu dorównać w żadnym względzie,bo Derossi dziesięć razy by go sprzedał z każdego przedmiotu. ToVatini aż palce gryzie. I Karol Nobis zazdrości Derossiemu,prawda, ale ma tyle dumy, że tego nie pokazuje po sobie.

Vatini zaś zdradza się co chwila, skarży się o stopnie w domui opowiada, że nauczyciel jest niesprawiedliwy dla niego. A kiedyDerossi odpowiada na pytanie tak szybko i dobrze jak zawsze,zachmurza twarz, spuszcza głowę, udaje, że nie słyszy — i przymusza się do śmiechu. Ale nie jest to śmiech szczery. A że wszyscyo tym wiedzą, więc jak tylko nauczyciel Derossiego pochwali,zaraz się na Vatiniego patrzą, który wygląda, jakby pieprz zgryzł,a Mularczyk robi na niego swój zajęczy pyszczek.

Albo i dzisiaj na przykład... Wchodzi nauczyciel i odczytujestopnie z egzaminów.

— Derossi: dziesięć piątek, pierwszy medal w klasie!

Wtem Vatini kicha jak z moździerza.

Spojrzał nauczyciel i zaraz zrozumiał.

— Vatini! — rzekł. — Nie dopuszczaj do siebie węża zawiści.Ten gad toczy mózg i psuje serce.

Więc wszyscy spojrzeli oprócz Derossiego. Chce Vatiniodpowiedzieć, nie może. Siedzi jak skamieniały i aż pobladł natwarzy. Dopiero później, kiedy się nauczyciel lekcją zajął, patrzęja, a mój Vatini pisze wielkimi literami na ćwiartce papieru: „Niezazdroszczę tym, którzy dostają pierwsze medale przez protekcjęi przez niesprawiedliwość”. Chciał tę ćwiartkę posłać Derossiemu. A wtem spostrzegłem, że sąsiedzi Derossiego coś knują,szepcą między sobą, a jeden wykroił scyzorykiem wielki medalz papieru, na którym namalował czarnego węża atramentem.Vatini nie widział tego. Wkrótce też jakoś nauczyciel wyszedł.

Wtedy sąsiedzi Derossiego podnieśli się z ławki i poszliuroczyście ofiarować Vatiniemu papierowy medal. Cała klasaczekała awantury. Vatini drżał cały. A wtem zakrzyknął Derossi:

— Dajcie no mi ten medal!

A oni: — Dobrze! Jeszcze lepiej! Sam powinieneś mu goofiarować!

Derossi wziął medal i podarł go na drobne kawałki. W tymmomencie właśnie nauczyciel wrócił i wzięliśmy się do lekcji.Miałem Vatiniego na oku. Zaczerwienił się ze wstydu, wziął tęćwiartkę, jakby niechcący, zwinął, włożył w usta, pożuł, a potemwypluł pod ławkę. Przy wyjściu przechodząc koło DerossiegoVatini, zmieszany trochę, upuścił bibułę. Derossi, zawsze uprzejmy, podniósł ją, włożył do tornistra i pomógł zapiąć rzemieniem.

Vatini oczu nie śmiał podnieść.

Matka wypędzonego

28. sobota

Niepoprawny ten Vatini! Wczoraj na lekcji religii, w obecności dyrektora, pyta nauczyciel Derossiego, czy umie na pamięć tedwie zwrotki z naszej książki z wierszami, które się tak zaczynają:

Gdzie tylko zwrócę spojrzenie,

Wszechmoc Twą widzę, o Boże...

Derossi odpowiedział, że nie umie, a Vatini natychmiast:

— Ja umiem! — I uśmiechnął się złośliwie, rad, że Derossiemu choć raz przystawił stołka.

Ale mu się nie udało i wiersza nie wypowiedział, bo nagleweszła do klasy matka Frantiego, wzburzona, z rozwichrzonymisiwymi włosami, cała osypana śniegiem, popychając przed sobąsyna, który był wydalony ze szkoły na cały tydzień. Był toprzejmujący widok. Biedna kobieta upadła prawie na kolanaprzed dyrektorem składając ręce błagalnie:

— O panie dyrektorze, uczyń mi tę łaskę, zmiłuj się, weźchłopca na powrót do szkoły! Już od trzech dni jest w domu,ukrywałam go dotąd, jak mogłam. Ale niechby się, Boże zachowaj,ojciec miał dowiedzieć o wszystkim, zabiłby go chyba. Miej litość,panie, bo już sama nie wiem, co mam robić! Życie moje w rękutwoim, panie!...

Dyrektor usiłował wyprowadzić biedną matkę z klasy, ale niechciała wstać, gorzko płacząc i prosząc za synem.

— O, gdybyś wiedział, panie, ile już wycierpiałam z tymchłopcem, miałbyś litość nade mną nieszczęsną! Przebacz mu tenraz jeszcze, ten raz jedyny! Byłby z kamienia chyba, gdyby siępoprawić nie miał... Niedługo już mego życia, panie. Śmierćmam w sobie... a tak pragnęłabym widzieć przed śmiercią, że siępoprawił... — tu wybuchnęła płaczem — bo to przecież mojedziecko, bo kocham go, bo umarłabym w rozpaczy... Przyjmij go,panie, ten raz jeszcze, żeby się nie stało nieszczęście... Uczyń todla bolejącej matki...

I łkając zakryła oczy rękami.

A Franti stał ze spuszczonym wzrokiem, nieruchomy.

Spojrzał na niego dyrektor, postał chwilę, jakby się namyślał,a potem rzekł:

— Franti, idź na swoje miejsce!

Wtedy kobieta odjęła ręce od twarzy, pocieszona, i zaczęładziękować nie pozwalając dyrektorowi przyjść do słowa, a zwróciwszy się ku wyjściu mówiła jedno przez drugie, ocierając oczy:

— Synu, pamiętaj, dziecko! Przebaczcie mu wszyscy! Jeszcze raz dzięki, panie dyrektorze, żeś się zmiłował nad nim...Sprawiaj się dobrze, synu! Bądźcie zdrowi, chłopcy! Dziękuję! Dowidzenia, panie nauczycielu! Darujcie biednej matce...

I spojrzawszy raz jeszcze błagalnie na syna od progu, wyszłazbierając w ręku szal, który z niej opadł, blada, pochylona,z trzęsącą się głową, a gdy schodziła ze schodów, słyszeliśmy jejgłuchy, ciężki kaszel.

Wtedy spojrzał dyrektor w twarz chłopca i wśród milczeniacałej klasy rzekł głosem, od którego wszyscyśmy zadrżeli:

— Franti! Zabiłeś matkę swoją.

Więc wszystkie oczy zwróciły się ku Frantiemu. A tenniegodziwiec się uśmiechał...

Nadzieja

29. niedziela

...Pięknie to było z twej strony, Henryku, żeś się rzuciłmatce na szyję, wróciwszy z lekcji religii. Istotnie! Usłyszałeś od nauczyciela wielkie i pocieszające słowa! Bóg,który nas sobie rzucił w objęcia, nigdy nas już nie rozłączy,synu! Gdy będę umierała, gdy i ojciec twój będzie umierał,nie wyrzeczemy do ciebie tych strasznych słów rozpaczy:,Już cię nigdy więcej nie zobaczę!” Bo my się zejdziemy,bo się zobaczymy w innym, nowym życiu, w którym ten, cotu cierpiał, pocieszony będzie, a kto miłował na ziemi,odnajdzie drogie sobie duchy w świecie, gdzie nie ma winyni płaczu, ni śmierci.

Na to wszakże nowe, lepsze życie zasłużyć trzeba.Słuchaj, dziecko! Każdy twój dobry czyn, każde poruszenie serca dla tych, którzy cię kochają, każde przychylneuczucie dla twych towarzyszy, każda twoja myśl szlachetna jest jak gdyby porywem tam w górę, w ten lepszy światwłaśnie. I porywem, który cię tam wznosi, jest każdy ból,każde cierpienie, bo każde z nich zmazuje jakąś winę,a każda łza zmywa jakąś plamę.

Postanawiaj sobie codziennie, drogie dziecko, byćlepszym dziś, niźli byłeś wczoraj. Miłować więcej dziś,niźli miłowałeś wczoraj. I mów każdego ranka tak:,,Muszę dziś coś takiego zrobić, żebym uczuł słodyczw sumieniu i żeby się matka moja i ojciec mój cieszyli zemnie; coś takiego, za co by mnie więcej kochał ten lub ówkolega, nauczyciel, mały mój brat lub ktokolwiek inny...”

I proś Boga o siłę do spełnienia przedsięwzięcia tego,i mów tak: „Boże, ja chcę być dobry, szlachetny, odważny,uczciwy, szczery... Pomóż mi! Uczyń, abym co wieczór,gdy matka moja całuje mnie na dobranoc w czoło, mógł jejpowiedzieć: Mamo, całujesz dzisiaj lepsze i godniejszepocałunku twego dziecko niźli wczoraj”.

Myśl często, pamiętaj zawsze o tym Henryku, jużnadziemskim i szczęśliwym wiecznie, jakim będziesz kiedyś po cnotliwym życiu. I módl się. Mów słowa prostei szczere do Potęgi Najwyższej i do Nieskończonej Dobroci, która jest nad nami. Wznoś serce i myśl w światlepszy. Nie możesz sobie wyobrazić, jaką słodycz czuję,jaką siłą wzbiera serce matki, gdy widzi syna ze złożonymiw modlitwie rękami. Gdy widzę, jak mówisz pacierz, zdajemi się niemożliwym, żeby cię ktoś nie widział i nie słyszałw niebie... I wiara moja w ową Najwyższą Potęgę, w owąNieskończoną Dobroć wzmaga się i więcej cię kocham,i z żywszym zapałem pracuję, i z większym wytrwaniemcierpię, i z głębszą miłością przebaczam, i pogodniej myślęo śmierci...

O Boże wielki i dobry! Usłyszeć po śmierci głos matki,odzyskać dzieci, znów ujrzeć mego Henryka, jego duchajasnego i nieśmiertelnego... i objąć go w uścisku, który niebędzie już rozerwanym nigdy, nigdy i na wieczność całą!

O, módl się, synu, módlmy się oboje, miłujmy się,bądźmy dobrzy, żyjmy i umierajmy z tą niebiańskąnadzieją w duszy, moje drogie, moje najdroższe dziecko!

Twoja matka.

Luty

Zasłużony medal

4. sobota

Dziś rano przyszedł rozdawać medale sam rektor, niemłodyjuż pan z siwą brodą i czarno ubrany.

Wszedł z dyrektorem do klasy, mało co przed dzwonkiemna „finis”, i usiadł obok nauczyciela. Zadał nam kilka pytań,po czym dał Derossiemu pierwszy medal; zanim jednak dałdrugi, rozmawiał przez chwilę z nauczycielem i dyrektorempo cichu.

A nam wszystkim serca biły i wszyscyśmy się pytali wzrokiem, komu też da drugi.

A rektor tak przemówił głośno:

— Na drugi medal zasłużył w tym tygodniu uczeń PiotrPrecossi, a to za ćwiczenia odrabiane w domu, za lekcje w szkole,za kaligrafię staranną, za dobre sprawowanie, za wszystko!

Tak my się zaraz poobracali frontem, patrząc na Precossiego;a znać było, że się wszyscy cieszą.

Powstał Precossi tak zmieszany, że sam nie wiedział, gdziejest i co się z nim dzieje.

— Przybliż się, chłopcze! — rzekł rektor.

Precossi wyskoczył z ławki i podszedł do stołu nauczycielskiego. Pan rektor popatrzył ze współczuciem na jego twarzyczkębladą jakby z wosku, na to drobne mizerne ciałko, w pozawijanymi źle leżącym odzieniu, na te dobre smutne oczy, spuszczonenieśmiało, z których odgadnąć było można smutne dzieje chłopca,a potem przypinając mu medal do ramienia tak mówił serdecznymgłosem:

— Oto twój medal, Precossi. Nikt nie jest godniejszy odciebie, ażeby go nosić. Daję ci go nie tylko za naukę i dobre chęci,ale za twoje serce, za twoje męstwo, za twój charakter, zapostępowanie godne dobrego, poczciwego syna. Nieprawdaż— dodał zwracając się do klasy — że i za to na medal zasłużył?

— Tak! Tak! — zawołaliśmy na to wszyscy jednym głosem.

A Precossi poruszył gwałtownie szyją, jakby chciał cośprzełknąć, i powiódł po ławkach słodkim, wyrażającym najżywsząwdzięczność spojrzeniem.

— Idź więc, drogi chłopcze — rzekł rektor — i niech cię Bógwspiera!

A już zaczęli dzwonić „finis” i nasza klasa wychodziłapierwsza.

Zaledwieśmy jednak na korytarz wyszli, kogóż to widzimy?Kto stoi przy drzwiach i czeka? Ojciec Precossiego, ów kowal,jak zwykle wybladły, z wzrokiem mętnym, z włosami na oczy,z czapką na bakier i chwiejący się na nogach. Nauczycielspostrzegł go natychmiast i podszepnął coś rektorowi, któryśpiesznie wyszukawszy wzrokiem Precossiego za rękę go wziąłi do ojca powiódł. Chłopiec drżał cały. Nauczyciel i dyrektorzbliżyli się także, a my, klasa, otoczyliśmy ich kołem.

— To pan jesteś ojcem tego chłopczyny? — zapytał rektorkowala tak wesoło, jak gdyby przyjaciółmi byli. I nie czekającodpowiedzi mówił dalej: — Cieszę się razem z panem, z całegoserca! Patrz pan! Zasłużył sobie na drugi medal spośród pięćdziesięciu czterech współuczniów! Za ćwiczenia, za arytmetykę,za wszystko... Bardzo to zdolny chłopiec i pełen najlepszych chęci.Wysoko on zajdzie! Dobry chłopiec, kochany i szanowany przezwszystkich. Możesz pan z niego być dumny, zapewniam pana!

Kowal słuchał zrazu z gębą otwartą, patrzał to na mówiącego,to na dyrektora, po czym spojrzał na syna, który stał przed nimdrżący, ze spuszczonymi oczyma i jak gdyby przypomniawszysobie i zrozumiawszy po raz pierwszy to wszystko, co musiał odniego przecierpieć ten biedny malec, i tę łagodność, i odwagę,z jaką cierpiał — wstrząsnął się pokazując w twarzy najpierwjakieś wpółprzytomne zdumienie, potem przejmujący ból, a wreszcie gwałtowną, pełną żalu tkliwość, i szybkim ruchem objąwszygłowę syna do piersi ją sobie przytulił. A myśmy się do niegozaczęli zaraz cisnąć jeden przed drugim. Ja go zaprosiłem naczwartek z Derossim i Crossim, inni mu się kłaniali, to gopogłaskał który, to dotknął jego medalu, a każdy mu coś miłegopowiedział. A kowal patrzył osłupiały, jak ze snu zbudzony, ciągle jeszcze przyciskając do piersi głowę syna, który łkał zeszczęścia.

Postanowienie

5. niedziela

Ten medal Precossiego był wyrzutem dla mnie. Tyle czasuprzeszło, a ja nie zasłużyłem dotąd na medal ani razu.

Za mało się uczę. Nie jestem z siebie rad. I nauczyciel,i ojciec, i mama — też nieradzi ze mnie. Nawet mnie już i zabawatak nie ciągnie jak dawniej, kiedym się z zapałem do nauki brał,lekcje odrabiał, a później tak do zabawek moich leciał, jakbym ichz miesiąc nie widział. Do stołu też nie siadam tak wesół, jak bywałodawniej. Zawsze teraz mam jakby jakiś cień w duszy, a głoswewnętrzny ciągle mi jeszcze mówi: „Źle idzie! Źle idzie!”

Kiedy patrzę wieczorem, jak przez plac wśród gromadyróżnych robotników przechodzą wracający od roboty chłopcy,przemęczeni, a jednak weseli, wyciągają nogi, żeby prędzej dodomu na kolację zajść, kiedy słyszę, jak się śmieją, jak głośnorozmawiają, jak się uderzają po plecach czarnymi od węgla albobiałymi od wapna rękami, a pomyślę, że pracowali od świtu ażdotąd, cały dzień stojąc to na dachu, to przed ogniskiem kuźni, tow wodzie, to w podziemnych szybach, za całe pożywienie mająckawałek chleba tylko — to mi tak czegoś wstyd, że oczu podnieśćnie śmiem! Bo cóż ja? Oto przez cały ten czas ledwo nabazgrałemjakieś cztery kartki — i to niechętnie.

Ach, bardzom, bardzom jest niekontent z siebie! Doskonaleteż widzę, że ojciec mój jest w złym humorze, że chciałby mipowiedzieć, że go zasmucam, ale mu żal i czeka jeszcze... Mójdrogi ojcze, który tak pracujesz! Ojcze mój, wszystko jest twoje, nacokolwiek spojrzę w domu, czegokolwiek dotknę. To, co mnieżywi, to, co mnie odziewa i co mnie uczy, i co mnie zabawia,wszystko to owoc pracy twojej, ojcze, a ja nic nie robię! Wszystkoto powstało twoją myślą, twoim trudem, twoimi przykrościami,odmawianiem sobie niejednego, a ja nie pracuję.

Ach, nie, nie! To zbyt niesprawiedliwie i nadto mnie boli!Dzisiaj jeszcze, dziś zaraz zabiorę się do nauki jak Stardi! Pięścieścisnę, zęby ścisnę i całą siłą mojej woli i mojego serca pracowaćzacznę! Przezwyciężę ziewanie wieczorem, jak mi się spać zachce,zerwę się wczesnym rankiem z pościeli, będę sobie w mózgownicęwpajał lekcje bez wytchnienia, będę walczył z lenistwem bezpardonu, żeby tylko raz skończyć to obrzydliwe życie bezczynnei rozlazłe, które mnie upadla, a moich zasmuca.

Dalej! Do roboty! Do pracy całą duszą, wszystkimi siłami!

Do pracy, po której odpoczynek będzie mi słodki, zabawamiła, a posiłek smaczny! Do pracy, która mi powróci uśmiechmego nauczyciela i błogi pocałunek drogiego ojca mego!

Kolej żelazna

10. piątek

Przyszedł do nas wczoraj Precossi i Garrone także. Jakie byłoprzyjęcie! Choćby byli synami książąt, nie mogłoby być lepsze.Garrone był u mnie po raz pierwszy, najpierw dlatego, że jesttrochę dzikus, a potem wstydzi się, że taki dryblas z niego,a jeszcze siedzi w trzeciej. Poszliśmy wszyscy otwierać drzwi,kiedy się dzwonek odezwał. Crossi nie przyszedł, bo ojciec jego posześciu latach nareszcie z Ameryki wrócił. Zaraz mama uściskałaPrecossiego, a ojciec przedstawił jej Garronego mówiąc:

— Oto Garrone! To już nie tylko dobry chłopiec, to rycerzi szlachcic całą gębą!

A Garrone skłonił swoją wielką, rozczochraną głowę uśmiechając się do mnie ukradkiem.

Precossi miał na piersi swej medal i taki był wesół, takiszczęśliwy, bo ojciec jego znów się do roboty zabrał i od pięciu dnijuż nie pił. A syna to rad by ciągle przy sobie w kuźni miałi zupełnie się odmienił.

Zaraz wzięliśmy się do zabawy; powyciągałem, co tylko mam.Precossi stał w zachwycie przed moją koleją żelazną, która malokomotywę i leci sama przez pokój, jak ją nakręcić. Nie widziałjeszcze nigdy takiej zabawki i wprost oczami pożerał te wagonikiczerwone i żółte, które się za lokomotywą toczyły. Dałem klucz donakręcenia, żeby się bawił; ukląkł, nakręcił i oczu nie odrywał odmaszyny. Jeszczem go tak rozbawionym nigdy nie widział.,,Przepraszam... przepraszam”... — powtarzał co słowo, osłaniając rękami maszynę, żebyśmy jej nie zatrzymali, a wagonikiustawiał i przestawiał tak ostrożnie, jakby były szklane; tchnąćprawie nie śmiał na nie i wycierał co chwila, oglądał to z dołu, toz góry, uśmiechając się radośnie sam do siebie.

Staliśmy wszyscy i patrzyli na niego. Patrzyliśmy na tę cienkąszyję, na biedne uszy, którem kiedyś zakrwawione widział, na tenkubrak z pozawijanymi do łokcia rękawami, z których wysuwałysię wątłe rączyny, zmuszone nieraz osłaniać od uderzeń twarzbladą... Tak mi go było żal, że oddałbym mu bez żalu wszystkiezabawki moje, wszystkie książki, odjąłbym sobie od ust ostatnikawałek chleba, żeby mu dać, ściągnąłbym z siebie ostatnieubranie, żeby go odziać, i jeszcze bym przed nim na kolana padłi w ręce go całował...

„Przynajmniej mu tę kolej dam! — pomyślałem sobie.— Muszę się tylko spytać ojca, czy pozwoli”.

W tej chwili uczułem, że ktoś mi do ręki wsunął kartkę.Spojrzałem; była napisana ołówkiem przez mego ojca i zawierałate słowa:

„Precossi zachwycony jest twoją koleją. Nie ma on zabawek,biedaczysko. Czy ci serce nic nie podszepnęło, Henryku?”

Natychmiast zebrałem oburącz maszynę, wagony i dając jePrecossiemu, rzekłem:

— Weź, to twoje!

Patrzył na mnie, słuchał, ale nie rozumiał.

— Twoje! — powtórzyłem. — Daruję ci to!

A on obrócił wtedy zadziwione oczy na mego ojca i na mojąmatkę, a potem zapytał:

— Ale dlaczego?...

Więc ojciec mój rzekł:

— Henryk daje ci to dlatego, ze jest twoim przyjacielem, żecię kocha i że chce tym sposobem uczcić twój medal, drogichłopcze!

Ale on nie mogąc wyjść ze zdumienia rzecze nieśmiałymgłosem:

— I... mogę to zabrać... do domu?

Więc my wszyscy:

— Naturalnie, że możesz! Prosta rzecz, że możesz!

Ale kiedy do odejścia przyszło, był już na progu, a jeszcze nieśmiał wyjść z tym wszystkim. A jaki był rozczulający w tymwahaniu i jaki szczęśliwy! Z dziesięć razy przynajmniej powtórzyłswoje „przepraszam”, a usta jego drżały i uśmiechały się razem.Garrone pomógł mu zawinąć cały pociąg w chustkę, a gdy sięschylił, zachrobotały obwarzanki, którymi miał wypchane kieszenie.

— Przyjdź kiedy do kuźni — rzekł mi na odchodnymPrecossi. — Zobaczysz, jak mój ojciec pracuje! Dam ci teżgwoździ...

Tymczasem mama przypięła do kurtki Garronego bukiecik,żeby go zaniósł w jej imieniu swojej matce. A Garrone swoimgrubym głosem rzekł:

— Dziękuję! — I nawet brody nie podniósł od piersi. Alew jego wzroku błyszczała dusza piękna i szlachetna.

Pycha

11. sobota

I pomyśleć tylko, że Karol Nobis strzepuje sobie z przesadąrękaw, kiedy przechodząc dotknie go Precossi... To pyszałekdopiero, co się nadyma, bo ojciec jego jest bogacz. Ale i ojciecDerossiego jest bogaty przecież! A ten chciałby mieć ławkę samdla siebie, tak się boi, żeby się kto nie otarł o jego fatałaszki;każdego mierzy wzrokiem od głowy do pięty i ma zawszelekceważący uśmiech na ustach. A niech Bóg broni, żeby go któryw nogę trącił, jak wychodzimy parami ze szkoły! O lada głupstwozaraz rzuca w twarz przykre, obrażające słowa albo grozi, że ojciecjego przyjdzie się upomnieć za niego. A przecież ojciec dobrzemu uszów natarł wtedy, kiedy to nazwał gałganiarzem węglarzowego syna!

Nie widziałem jeszcze takiego złego kołegi. Nikt do niego niezagada, nikt przy wyjściu z nim się nie żegna i ani mu pies niepodpowie, jak lekcji nie umie. A on cierpieć nikogo nie możei udaje, że nade wszystko lekceważy Derossiego, dlatego żeprymus, a także Garronego, dlatego że cała klasa go kocha. AleDerossi nawet nie patrzy na niego, tak mu wszystko jedno,a Garrone, kiedy mu kto powtórzy jakie drwinki Nobisa, powiada:

— Taka głupia pycha nie warta nawet plunięcia.

Ale raz Coretti, kiedy Nobis wyśmiewał jego czapeczkęz kociej sierści, rzekł mu:

— Słuchaj no! Do Derossiego idź i od niego ucz się byćpanem!

Wczoraj poskarżył się nauczycielowi, że go Kalabryjczyktrącił nogą w udo. Pyta się nauczyciel Kalabryjczyka:

— Czyś to umyślnie zrobił?

A ów z całą szczerością:

— Nie, panie! Nieumyślnie!

Więc nauczyciel:

— Zanadto jesteś obraźliwy, Nobis.

A on z tą swoją miną wyniosłą:

— To ja to ojcu memu powiem!

Nauczyciel rozgniewał się nagle:

— Owszem! Powiedz! Tak samo ci uszów natrze, jak ci jużnatarł! A potem masz wiedzieć, że w szkole nauczyciel tylkoi sądzi, i karze.

Ale zaraz ochłonąwszy dodał miękkim głosem:

— Słuchaj, Nobis, zmień to twoje niemiłe obejście! Bądźgrzeczny, uprzejmy, dobry dla kolegów! Widzisz przecie, że sąmiędzy nimi chłopcy różnych stanów, bogatych rodziców synowie i ubogich robotników, a wszyscy się kochają, żyją z sobą pobratersku i widzisz, jak im z tym dobrze. Dlaczego nie postępujesztak, jak postępują inni? Tak mało ci potrzeba, żeby cię polubiliwszyscy, i zobaczyłbyś, jak tobie samemu byłoby z tym miło. Nojakże? Nie masz mi nic do powiedzenia?

A Nobis, który stał ze swoją lekceważącą miną, odrzekłzimno:

— Nie, panie!

— Siadaj! — powiedział nauczyciel. — Żal mi cię. Jesteśchłopiec bez serca!

I wszystko zdawało się skończone, kiedy nagle Mularczyk,który siedzi w pierwszej ławce, zwrócił swoją okrągłą twarz doNobisa, siedzącego w ostatniej, i zrobił tak wyborny i pociesznyzajęczy pyszczek, że cała klasa wybuchnęła śmiechem.

Krzyknął na niego nauczyciel, sam jednak musiał usta rękązasłonić, żeby śmiech swój ukryć.

Roześmiał się wreszcie i Nobis, ale jakoś kwaśno.

Ranni na polu pracy

13. poniedziałek

Ten Nobis to mógłby z Frantim chodzić w parze! Anijednego, ani drugiego nie wzruszył okropny widok, na któryśmydzisiaj patrzyli. Było tak:

Wyszedłszy ze szkoły, przystanęliśmy na chwilę z ojcem,żeby popatrzeć, jak kilku wstępniaków z drugiego oddziałurzuciło się na kolana, czapkami i pelerynami garnąc topniejącekawałki lodu, żeby woda prędzej ściekać mogła, kiedy nagle,w głębi ulicy, pokazał się tłum ludzi śpiesznie idących, zafrasowanych, przelękłych, mówiących półgłosem.

Wśród tłumu widać było straż miejską, a za nią dwóchmężczyzn dźwigających nosze. Chłopcy biegli ze wszystkichstron, a tłum zbliżał się ku nam.

Na noszach leżał wyciągnięty człowiek, blady jak trup,z głową zwieszoną na ramię, z rozwichrzonymi i zakrwawionymiwłosami, a krew dobywała mu się z ust i z uszów. Przy noszach szłakobieta z dzieckiem na ręku, która wyglądała jakby obłąkana i odczasu do czasu krzyczała:

— Nie żyje! Nie żyje! Nie żyje!

Za kobietą dreptał mały chłopczyna z książkami pod pachąi głośno płakał.

— Co się stało? — zapytał mój ojciec.

— A to murarz — odrzekł ktoś z bliżej stojących — z czwartego piętra spadł przy budowie domu.

Tymczasem ludzie idący z noszami stanęli, a wiele osóbodwracało oczy, nie mogąc znieść strasznego widoku. Właśniemzobaczył tę małą nauczycielkę z czerwonym piórem, podtrzymującą starszą, z pierwszej wyższej, która mdlała prawie, kiedy mniektoś łokciem trącił.

Był to Mularczyk, blady i cały drżący. Niezawodnie musiałmyśleć o swoim ojcu. I pomyślałem także zaraz o nim. Ja przynajmniej siedząc w szkole mogę być spokojny, bo wiem, że mójojciec jest w domu i pisze przy swoim biurku, z dala od wszelkiegoniebezpieczeństwa; ale iluż to moich kolegów drżeć musi wiedząc,że ojcowie ich pracują w tymże czasie na najwyższych rusztowaniach albo w pobliżu rozpędzonych kół jakiejś maszyny i żejeden ruch, jeden krok fałszywy może ich o śmierć przyprawić.Zupełnie jakby byli synami żołnierzy bijących się na wojnie.

Mularczyk tymczasem patrzył, patrzył i drżał coraz mocniej;spostrzegł to mój ojciec i rzekł:

— Idź do domu, chłopcze! Idź prędko do ojca, przekonaj się,że jest zdrów i cały. Idź, dziecko!

I Mularczyk poszedł z wolna, oglądając się za każdymkrokiem.

Ale tłum poruszył się znowu, a nieszczęśliwa kobieta przynoszach wołała rozdzierającym głosem:

— Nie żyje! Umarł! Nie żyje!

— Ale żyje! Nie umarł! Nie! — mówili ludzie, żeby ją pocieszyć. Wszakże kobieta nie zważała, targając włosy w rozpaczy.

Wtem usłyszałem głos oburzony.

— Śmiejesz się? — i w tej samej chwili zobaczyłem jakiegośpana z brodą, który patrzył prosto w twarz Frantiego, a Frantiuśmiechał się jeszcze.

Wtedy pan z brodą zrzucił mu laską czapkę z głowy i krzyknął:

— Odkryj głowę, hultaju, kiedy niosą ranionego na polupracy!

A tłum oddalił się już i widać było w pośrodku ulicy długąsmugę krwawą...

Więzień

27. piątek

Nie! Coś podobnego chyba się jeszcze nigdy nie zdarzyło!

Ojciec mój poszedł ze mną wczoraj z rana w stronę Moncalieri, żeby obejrzeć willę, która była do wynajęcia na przyszłelato — bo tego roku nie jedziemy już do Chieri — i okazało się, żeklucze miał jeden z nauczycieli będący zarazem sekretarzemwłaściciela willi. Oprowadził nas po całym domu, a potem zaprosiłdo swego pokoju, gdzie nam podano wyborną limonadę. Na stolepomiędzy szklankami stał drewniany kałamarz, wysmukłegokształtu, bardzo szczególnie rzeźbiony. Widząc, że ojciec mój naten kałamarz patrzy, nauczyciel tak się odezwał:

— To pamiątka. Ciekawą historię ma ten drewniany kałamarz.

I tak nam opowiadać zaczął:

Przed kilku laty, kiedy był nauczycielem w Turynie, chodziłprzez zimę dawać lekcje więźniom.

Lekcje odbywały się w kaplicy więziennej, która jest budynkiem zupełnie okrągłym; dookoła w nagich i wysokich ścianachma kwadratowe okienka, zakratowane dwiema sztabami na krzyż,a każde z okienek wychodzi na maleńką celkę.

Więc nauczyciel wykładał swoją lekcję chodząc po tej kaplicyzimnej i mrocznej, a uczniowie jego stali wprost tych zamkniętychsztabami okiennic, tak że nic widać nie było w pomroku, tylkotwarze wynędzniałe, ponure, tylko brody roztargane, siwe, tylkooczy nieruchome zbójców i złoczyńców. Ale pomiędzy wszystkimi najuważniej słuchał tych lekcji jeden, oznaczony 78 numerem, który widocznie bardzo pragnął z nich skorzystać i patrzył nanauczyciela wdzięcznym i pełnym szacunku wzrokiem.

Był to młodzieniec z czarnym zarostem, nie tak może zły, jaknieszczęśliwy, stolarz, który w przystępie szalonego gniewu cisnąłheblem w majstra, co go prześladował od jakiegoś czasu, i taknieszczęśliwie, że zadał majstrowi temu śmiertelną ranę, za coskazany został na kilka lat więzienia.

Był tak zdolny, że w trzy miesiące nauczył się czytać i pisać,książek nie można mu było nastarczyć, a im więcej się uczył, tymstawał się łagodniejszy, lepszy i tym mocniej żałował występkuswojego. Pewnego dnia, po skończeniu lekcji, dał znak nauczycielowi, żeby się do okienka zbliżył, i oznajmił mu ze smutkiem, żejutro będzie wywieziony do Wenecji, aby odbyć resztę karyw tamtejszym więzieniu, i żegnając go prosił pokornym, wzruszonym głosem, aby mógł dotknąć jego ręki. Nauczyciel rękęwyciągnął, więzień ucałował ją, po czym rzekł: „Dziękuję! Dziękuję!” — i zniknął w swej celce. Ręka nauczyciela była od łezwięźnia mokra. I już go nauczyciel nie widział więcej.

Ubiegło lat sześć.

— Już zapomniałem o tym nieszczęśliwym — mówił nauczyciel — kiedy wczoraj z rana spotkałem się oko w oko przedsamym moim progiem z jakimś nieznajomym, licho odzianym,z dużą, czarną, nieco już szpakowatą brodą, który rzekł:

— Czy to pan jest tym a tym nauczycielem?

A ja na to:

— Któż wy jesteście?

— Ja jestem więzień 78 numer — odrzekł. — Pan mnie przedsześciu laty nauczył pisać i czytać. Może pan pamięta, jak pan domnie rękę na ostatniej lekcji wyciągnął. Odsiedziałem karę i terazjestem tutaj i przyszedłem prosić, żeby pan przyjął ode mnie tęmałą pamiątkę... drobnostkę, którą zrobiłem w więzieniu... Niechmi pan nie odmawia, panie nauczycielu!

Oniemiałem na to ze zdumienia. A on myśląc, że przyjąćpracy jego nie chcę, popatrzył na mnie ze smutkiem, właśnie jakbymówił: „Sześć lat cierpienia, męki i nie zdołały rąk moichoczyścić?” A tyle było w oczach jego bólu, żem natychmiast rękęwyciągnął i dar jego przyjął. Oto on...

Spojrzeliśmy na kałamarz. Zdawał się być wyrzeźbionyostrzem gwoździa z nadzwyczajną cierpliwością i wytrwałymtrudem. Rzeźba przedstawiała pióro leżące na kajecie, a dokołataki był napis:

„Mojemu nauczycielowi. Pamiątka numeru 78 — sześć lat”.A pod spodem drobnymi literkami: „Praca i nadzieja”.

Wyszliśmy pożegnawszy się z nauczycielem, który milczałwzruszony.

Ale przez całą drogę z Moncalieri do Turynu nie mogłemsobie wybić z głowy tego więźnia z przyciśniętą do okienka twarzą,tego pożegnania z nauczycielem, tego kałamarza zrobionegow więzieniu, który mówił tyle, tyle rzeczy, i wszystko to mi sięw nocy jeszcze śniło, i rankiem też myślałem o tym, nie domyślającsię bynajmniej, jaka niespodzianka czeka mnie dziś w szkole.

Zaledwiem odrobił arytmetyczne zadanie na miesięcznyegzamin siedząc obok Derossiego w mojej ławce, kiedym zarazopowiedział koledze całą historię o więźniu i o kałamarzu, i jak tenkałamarz był zrobiony z tym piórem na kajecie i z tym napisemdokoła: „sześć lat”!

Zaledwiem to rzekł, Derossi skoczył i zaczął bystro patrzeć tona mnie, to na Crossiego, synka zieleniarki, który siedział w ławceprzed nami, zgarbiony nad kajetem i zagłębiony w swoim zadaniu.

— Cicho! — wyrzekł nagle stłumionym głosem, chwytając mnie za ramię. — Wiesz? Crossi opowiadał mi przedwczoraj,że taki właśnie kałamarz widział ukradkiem w ręku ojca, którywrócił z Ameryki. Kałamarz był jak wieżyczka, ręcznie rzeźbiony, z wyobrażeniem kajetu i pióra; to ten sam! A te „sześć lat”,wiesz, co to mówił, że ojciec jego jest w Ameryce, to on byłw więzieniu!

Crossi był wtedy zupełnie mały, nie pamięta! Matka kryła toprzed nim i on o niczym nie wie... Zmiłuj się, nie piśnij ani słówkao tym!

Oniemiałem ze zdumienia, patrząc nieruchomo na zgarbioneplecy Crossiego. A wtedy Derossi, który już skończył zadanie,przelazł pod ławką, usiadł przy Crossim, wziął mu z rąk opowiadanie miesięczne, które Crossi miał przepisać, żeby za niegoodrobić tę pracę, pogłaskał go, uściskał, dał mu piórnik i ołówek,a ode mnie wziął słowo honoru, że nikomu nie powiem ni słowa.Kiedyśmy zaś mieli wychodzić ze szkoły, szepnął mi z pośpiechem:

— Ojciec jego był tu wczoraj, żeby go odprowadzić, i dziśpewno przyjdzie... Co ja zrobię, i ty rób także, pamiętaj!

Wyszliśmy na ulicę. Ojciec jego stał cokolwiek na stroniei czekał. Był to człowiek z czarną brodą, trochę już szpakowaty,licho odziany, z twarzą znędzniałą i zadumaną.

Derossi uściskał rękę Crossiego w taki sposób, że bladyczłowiek musiał to widzieć, i rzekł głośno:

— Do widzenia, Crossi! Do widzenia, drogi kolego! — I pogłaskał go pieszczotliwie po twarzy.

Ja za nim tak samo.

Ale mówiąc to i czyniąc, Derossi zaczerwienił się jak ogień. Jatakże. Ojciec Crossiego patrzał na nas bystro, a w spojrzeniu jego,chociaż przyjaznym, tyle było podejrzliwego niepokoju, że ażmróz serce przenikał.

Przy łożu „taty”

Opowiadanie miesięczne

Pewnego ranka, w dżdżystym dniu marcowym, mały chłopiec w wieśniaczej odzieży, przemokły i zabłocony, z zawiniątkiem pod pachą, stanął przed odźwiernym „Szpitala Pielgrzymów” w Neapolu i zapytał o swego ojca, podając list, któryprzyniósł z sobą. Chłopiec miał twarz pociągłą, smagłą, bladawą,z zamyślonymi oczyma i zawsze wpółotwartymi grubymi wargami, przez które widać było bardzo białe zęby. Przyszedł z wioskileżącej w okolicach Neapolu. Ojciec jego, wydaliwszy się z domuw roku zeszłym, żeby szukać zarobku we Francji, powrócił był doWłoch i mało co przedtem wylądował w Neapolu, gdzie niespodzianie złożony niemocą, tyle tylko miał czasu, żeby w paru słowach zawiadomić rodzinę o powrocie i o tym, że leży w szpitalu.

Żona jego, zrozpaczona tą wiadomością, a nie mogąc ruszyćsię z domu, bo miała córeczkę słabą, a najmłodszą dziecinę naręku, wysłała do Neapolu najstarszego synka, dawszy mu na drogękilka soldów, żeby pilnował ojca, „tatusia”, jak tam mówią. I takchłopczyna przywędrował dziesięć mil piechotą i stanął w nieznanym mieście.

Odźwierny rzuciwszy na list okiem zawołał dozorcę chorychi powiedział mu, żeby zaprowadził małego do ojca.

— Do jakiego ojca? — zapytał dozorca.

Chłopczyna drżąc cały, żeby się nie dowiedzieć czego złego,powiedział nazwisko. Ale dozorca takiego nazwiska nie przypomniał sobie.

— Taki stary robotnik wędrowny? — zapytał.

— Robotnik — odrzekł chłopiec jeszcze bardziej zalęknionym głosem — ale nie bardzo stary... Wędrowny robotnik... Tak.

— Kiedy przyszedł do szpitala?

Chłopiec rzucił okiem na list.

— Z pięć dni temu będzie.

Dozorca stał chwilę drapiąc się w głowę, po czym jakby nagleprzypomniawszy coś sobie:

— Aha! — rzekł. — Już wiem! Czwarta sala, łóżko w rogu.

— A czy bardzo chory?... Jak się ma? — zapytał trwożliwiechłopczyna.

Dozorca spojrzał na niego i nie odpowiedziawszy na pytanierzekł:

— Pójdź ze mną!

Wstąpili na schody, przeszli szeroki korytarz i stanęli w otwartych drzwiach sali, skąd było widać łóżka ustawione we dwadługie rzędy.

— Pójdź! — powtórzył dozorca wchodząc.

Chłopiec zebrał odwagę i szedł za nim, w prawo i w leworzucając wystraszone spojrzenia na mizerne, blade twarze chorych. Jedni z nich mieli oczy zamknięte i wyglądali jakby jużnieżywi, inni patrzyli przed siebie błyszczącym od gorączki,przerażonym wzrokiem, jeszcze inni jęczeli i skarżyli się jakdzieci. Sala była mroczna, powietrze przesycone ostrą woniąlekarstw; dwie siostry miłosierdzia kręciły się około chorychz flaszeczkami w ręku. Doszedłszy w głąb sali dozorca zatrzymałsię przy jednym z łóżek, rozsunął firankę i rzekł:

— Oto twój ojciec!

Chłopak uderzył w płacz, wypuścił zawiniątko spod pachyi uchwyciwszy rękę chorego, bezwładnie na kołdrze leżącą, głowędo jego piersi przytulił.

Chory nie poruszył się nawet.

Podniósł się chłopczyna, popatrzał na ojca i znowu płaczemwybuchnął — a wtedy zwrócił na niego chory przeciągłe spojrzenie i zdawał się go poznawać.

Usta jego nie poruszyły się jednak. Biedny tata, jakże byłzmieniony. Syn nigdy by go nie poznał.

Posiwiały mu włosy, broda urosła, miał twarz spuchniętą,rozczerwienioną, z naciągniętą i silnie błyszczącą skórą, usta zgrubiałe, oczy widne zaledwie, wszystkie rysy zupełnie zmienione.Tylko czoło i czarne łuki brwi zostały te same. Oddychał z trudem.

— Tatusiu! Mój tatusiu! — zawołał chłopczna. — To ja! Czymnie poznajesz, tato? Ja Szymuś, twój Szymuś... Przyszedłem zewsi... mama mnie przysłała. Przyjrzyj mi się, drogi tatusiu!Przemów słowo!

Ale chory, popatrzywszy na niego uważnie, oczy zamknął.

— Tatusiu, co wam, tatusiu!... Ja jestem synek wasz, Szymuś!...

Wszkże chory nie poruszył się i tylko dyszał ciężko.

Wtedy, płacząc, przysunął sobie chłopiec stołek, usiadłi czekał, nie zdejmując oczu z twarzy ojca.

„Pewno doktor przyjdzie — myślał sobie — to mi co powie”.

I pogrążył się w smutnym rozmyślaniu przypominając sobie,jak to się ojciec w świat puszczał, jak się żegnał z dziećmi na statku,jak go potem wyglądali wszyscy z dobrą myślą i jak przyszławiadomość, że chory, i jak matka wtedy gorzko płakała...

I znów przychodziły mu na myśl straszne rzeczy. Widziałojca swojego umarłym, matkę w żałobie, całą ich gromadkęw nędzy...

Długo tak siedział osłupiały, aż uczuł lekkie dotknięcie rękina ramieniu. Odwrócił się żywo: była to zakonnica.

— Co jest mojemu ojcu? Na co chory? — zapytał z pośpiechem.

— To twój ojciec? — zapytała zakonnica.

— Tak, ojciec... Przyszedłem ze wsi... Co mu jest? Na co onchory?

— Nie smuć się, chłopcze! Bądź dobrej myśli. Zaraz tuprzyjdzie doktor.

I oddaliła się, nic nie mówiąc więcej.

W pół godziny potem posłyszał dzwonek i ujrzał wchodzącego do sali doktora z asystentem swoim. Zakonnica i dozorca szli zanimi. Tak idąc przez długą salę zatrzymywali się przy każdymłóżku. Biednemu chłopcu zdawało się, że nigdy chyba do ojca jegonie dojdą, a za każdym krokiem lekarza trwoga jego rosła wrazz oczekiwaniem.

Nareszcie stanęli u sąsiedniego łóżka. Lekarz był starcemwysokim, przygarbionym nieco, a twarz miał poważną. Zanim sięod owego łóżka oddalił, chłopczyna powstał ze stołka, a gdy sięlekarz do ojca jego zbliżył, nie mogąc łez powstrzymać, zapłakał.

Stary pan popatrzył na niego.

— To synek chorego — rzekła zakonnica — przyszedł ze wsidziś rano.

Lekarz położył chłopcu rękę na ramieniu, po czym pochyliłsię nad chorym, pomacał puls jego, dotknął czoła i zadał kilkapytań siostrze miłosierdzia, która odpowiedziała:

— Wszystko jak było...

Wtedy lekarz zamyślił się, po czym rzekł:

— Jeszcze to samo trzeba robić dalej...

Tu chłopiec odważył się i zapytał drżącym głosem i z twarzązalaną łzami:

— Co jest mojemu ojcu?

— Uspokój się, dziecko! — rzekł doktor kładąc mu znowurękę na ramieniu. — Ojciec twój ma różę w twarzy. Niebezpiecznato rzecz, ale jest jeszcze nadzieja. Pilnuj go. Zostań przy nim. Twoja obecność ulgą jest dla niego.

— Ale kiedy mnie ojciec nie poznaje! — zawołał chłopieczrozpaczonym głosem.

— Ale cię pozna. Nie bój się! Może cię jutro pozna. Miejmynadzieję i bądź dobrej myśli.

Chłopiec chciałby się jeszcze o niejedno zapytać, ale nieśmiał. Tymczasem lekarz poszedł dalej, a on rozpoczął swojeczuwanie przy chorym.

Nie mogąc wiele pomóc, poprawiał mu kołdrę, dotykałdelikatnie jego ręki, opędzał go z much, pochylał się nad nim zakażdym stęknięciem, a kiedy siostra dawała choremu napój lublekarstwo, odbierał od niej szklankę, łyżeczkę lubo też je podawał.

Zdarzało się, że chory otwierał oczy i patrzył na niego; ale niedał dotąd żadnego znaku, że go poznaje, chociaż spojrzenie jegozatrzymywało się na nim coraz dłużej, zwłaszcza gdy chłopiecpłacząc chusteczką oczy zakrywał.

I tak przeszedł dzień pierwszy.

Noc przespał chłopczyna skulony na dwóch zestawionychw kącie sali krzesłach, a ledwo rozedniało, znów się zabrał doswojej posługi przy ojcu.

Dnia tego zdawało się, że spojrzenie chorego zaczyna byćjakby przytomniejsze. Zdawało się, że pieszczotliwe słowa dzieckabudzą jakiś błysk wdzięczności w jego źrenicach. Poruszył raznawet wargami, jak gdyby coś chciał powiedzieć.

Kiedy po krótkim osłupieniu znów otworzył oczy, zdawałosię, że wzrok jego szuka małego dozorcy.

Doktor był tego dnia dwa razy przy chorym i zauważył w stanie jego nieco polepszenia. Pod wieczór, zbliżając do nabrzmiałych ust ojca lekarstwo, spostrzegł chłopczyna jak gdyby lekki uśmiech na nich. Nabrał więc ducha i dobrej nadziei. Zaraz też spodziewając się, że chory słowa jego coś niecoś zrozumie, zaczął muopowiadać o matce, o małej siostrzyczce, o tym, jak to oni powrócąobaj do domu, i zaklinał ojca, żeby był dobrej myśli, głosem wzruszonym i w pełnych miłości wyrazach. A choć chwilami wątpił,czy jest rozumiany, mówił przecież, bo mu się zdawało, że chory,nie rozumiejąc go nawet, z jakąś ulgą i przyjemnością słucha głosujego, w którym drżało głębokie przywiązanie, smutek — i nadzieja. I tak przeszedł dzień drugi i trzeci, i czwarty wśród małych polepszeń, pogorszeń nagłych, a chłopiec tak był swoim zajęciomoddany, że ledwie dwa razy na dzień przełknął kawałek chleba zserem, który mu przyniosła zakonnica, i prawie że nie widział i niesłyszał, co się w sali dzieje; ani umierających, ani pośpiesznychkroków sióstr wśród nocy, ani łkania rozpaczliwego tych, co odchodzili stąd od bliskich swoich bez nadziei żadnej, ani tych wszystkich bolesnych i strasznych scen życia szpitalnego, które w innychokolicznościach przykułyby go do ziemi niewymowną zgrozą.

Godziny i dnie przechodziły, a on był ciągle tam, przy swoimtatusiu, baczny, staranny, drżący za każdym westchnieniemchorego, za każdym jękiem jego; żyjąc pomiędzy nadzieją, któramu dodawała siły, a zwątpieniem, które mu mroziło serce.

Ale piątego dnia uczyniło się choremu nagle gorzej.

Doktor przyszedł, popatrzał i zwiesił głowę, jakby chciałrzec, że wszystko skończone, a chłopczyna padł na stołek wybuchając łkaniem.

Wypłakał się biedak, po czym rozmyślać począł. Pocieszałago rzecz jedna. Bo przy pogorszeniu tym nawet zdawało mu się, żechory jest jakby przytomniejszym. Coraz bardziej patrzył nachłopca, z coraz widoczniejszym rozrzewnieniem; ani lekarstwa,ani napoju nie chciał brać, jak tylko od niego, i coraz częściejporuszał z wysiłkiem usta, jakby chciał przemówić, a nieraz czyniłto tak wyraźnie, że syn chwytał jego rękę, podniecony nagłąotuchą, i wołał radośnie:

— Tatusiu! Drogi tatusiu! Niedługo już będziesz zdrowy!Wrócimy na wieś, do domu, do mamy!... Będziemy się cieszyliwszyscy! Niedługo!... Niedługo!...

Była czwarta z południa, kiedy właśnie w takim przystępierozczulenia i radosnej nadziei chłopiec posłyszał nagle u najbliższych drzwi sali kroki ciężkie i silny głos, który mówił:

— Żegnam siostrę!

Były to tylko dwa słowa, a przecież chłopiec drgnął cały,a głos mu zamarł w piersiach.

W tejże chwili wszedł do sali człowiek z dużym zawinięciemw ręku, a za nim weszła zakonnica.

Chłopiec krzyknął przenikliwie, porwał się, lecz jakby wrósłw ziemię. Człowiek obejrzał się, popatrzył przez chwilę i krzyknąwszy gwałtownie: — Szymuś! — rzucił się ku niemu. Malecpadł w ramiona ojca łkając, bez tchu prawie.

Zakonnice, dozorcy, asystenci zbiegli się i stali zdumieni.Chłopiec nie mógł przemówić ni słowa.

— Mój Szymuś! Mój Szymuś! — powtarzał ojciec i patrzałnie rozumiejąc na łóżko chorego, i znów syna ściskał i całował.

— Powiedzże mi — rzekł wreszcie — co to wszystko znaczy?Przecież ciebie zaprowadzili do innego łóżka! A ja sypiać ponocach nie mogłem, bo tu matka pisze: Posyłam go, a ciebie nie mai nie ma. Odkądżeś ty tutaj, chłopcze?... Jak się to stać mogło? A jaledwom się wygrzebał!... Ale teraz, ho! ho!... A mama? A Kostusia? A braciszek? Jakże się mają?... Ale po co my tu jeszczew szpitalu! Pójdźmy, chłopcze! Jezus, Mario! Kto by to powiedział!...

Nareszcie chłopiec ochłonął i opowiedział naprędce o domu,orodzinie, po czym rzekł:

— Jakim ja szczęśliwy! Jaki szczęśliwy! Jakże to smutne dniebyły! Jakie ciężkie! — I znowu całował ojca, oderwać się od niegonie mogąc. Ale jednak nie ruszał się z miejsca.

— No to pójdźmy! — rzekł ojciec. — Jeszcze tej nocyzajdziemy do domu. Pójdź!

I wziął chłopca za rękę.

Chłopiec odwrócił głowę i na chorego patrzał.

— No! Idziesz, czy nie idziesz? — zapytał ojciec zdziwiony.

Chłopiec raz jeszcze na chorego spojrzał, a ten w tymżemomencie otworzył oczy i też na chłopca patrzył. A wtedy potoksłów rzucił się chłopcu do ust z głębi duszy:

— Nie, tato! Zaczekaj... Nie mogę... Nie mogę... Tenstarzec, widzisz... Od pięciu dni jestem przy nim. Ciągle patrzyna mnie... Myślałem, że to ty... Pokochałem go. Widzisz, jakpatrzy na mnie... Dawałem mu pić, byłem ciągle przy nim... Onbardzo chory... Miej cierpliwość, tato! Ja nie wiem... Ja niemogę... Ja nie mam serca odejść tak od niego... Zostawić...Jutro do domu wrócę... Trochę jeszcze pobędę przy nim tutaj.Widzisz, jak patrzy ciągle... Nie wiem, kto jest, ale gdyby takumarł... sam miałbyś żal do mnie... Pozwól mi zostać przy nim,tato, pozwól!...

— Dzielny malec! — zawołał asystent.

A ojciec stał, niepewny, co czynić, patrząc to na syna, to znówna chorego.

— Co to za jeden? — zapytał wreszcie asystenta.

— Wieśniak jak i wy. Tak samo jak wy wracał z wędrówkii tegoż dnia do szpitala zapisany został. Przynieśli go bezprzytomnego. Nie przemówił dotąd. Może i on ma gdzieś rodzinę, dzieci.Może mu się zdawało, że wasz chłopiec to jedno z dzieci jego.

A gdy tak mówił asystent, chory patrzył na chłopca wytężonym wzrokiem.

— To zostań! — rzekł ojciec do Szymusia.

— Nie na długo już... — szepnął z cicha asystent.

— Zostań! — powtórzył ojciec. — Masz dobre serce, chłopcze!

Ja zaraz idę do domu, żeby pocieszyć jak najprędzej matkę. Masz tutalara na swoje potrzeby. Bądź zdrów! Bądź zdrów, dobre dziecko!

Uściskał go, popatrzył na niego z rozrzewnieniem, raz jeszczeucałował go w czoło i poszedł.

Chłopiec zbliżył się do łóżka, a chory, patrzący dotąd niespokojnie, zdawał się uciszać w uczuciu błogości i pociechy.

Tak tedy Szymuś powrócił do swego zajęcia dozorcy nieznanego starca, nie płacząc już, ale z tą samą baczną tkliwością,z tym samym wytrwaniem co i przedtem. I znowu poprawiał mukołdrę, znowu głaskał jego rozpaloną rękę i słodkimi słowypocieszał go, dodawał odwagi. I tak go pilnował przez dzień tencały i na tę noc przy łóżku jego pozostał, i przez dzień następny.

Ale choremu było coraz gorzej. Twarz jego posiniała okropnie, oddech był utrudniony, rzucał się, wydawał niezrozumiałeokrzyki, a wzrastająca puchlina czyniła go strasznym.

Podczas wieczornej wizyty swojej powiedział doktor, żebiedak nie przeżyje nocy. A wtedy Szymuś podwoił starania i oczunie spuścił z niego. Chory też patrzył a patrzył na chłopca i odczasu do czasu poruszał wargami, jakby coś chciał rzec, a wyrazniezmiernej czułości błyskał wtedy w jego rozszerzonych źrenicach, które jakby uciekały w czaszkę.

I tej nocy także chłopiec go nie odstępował ani na chwilę,póki świt nie zaczął szarzeć w oknach i nie pojawiła się na salisiostra.

Zaledwie jednak siostra podeszła do łóżka i rzuciła na choregookiem, natychmiast poczęła wołać lekarza dyżurnego i dozorcę,który przyniósł światło.

Zbliżył się lekarz dyżurny, spojrzał i rzekł:

— Kona.

Wszyscy milczeli. Chłopiec ujął rękę chorego, jakby go chciałod śmierci bronić. Chory otwarł na chwilę oczy, spojrzał na niegoiznowu je zamknął.

Ale chłopcu zdawało się, że w tej krótkiej chwili czuje uściskjego ręki.

— Ścisnął mi rękę! — zawołał.

Lekarz pochylił się nad chorym, słuchając jego oddechu, poczym wyprostował się z wolna. Zakonnica zdjęła krucyfiks ześciany.

— Umarł! — krzyknął z boleścią chłopczyna.

— Idź, dziecko! — rzekł lekarz. — Twoja święta praca jużskończona. Idź i bądź szczęśliwy, bo zasługujesz na to. Niech cięBóg błogosławi. Bądź zdrów!

Ale siostra, która się oddaliła przed chwilą, podeszła doSzymusia trzymając bukiecik fiołków, wyjęty ze stojącego naoknie kubka.

— Nie mam ci co dać, dziecko! — rzekła. — Weź chociaż tekwiatki na pamiątkę ze szpitala.

— Dziękuję! — odpowiedział, biorąc bukiecik jedną ręką,a drugą ocierając oczy. — Ale ja mam tak daleko iść, że zgubiłbymgo w drodze...

I rozwiązawszy kwiateczki, posypał je po łóżku, przy którymstali, mówiąc:

— Zostawię je memu biednemu zmarłemu...

I zaraz żegnać się począł.

— Dziękuję, siostro! Dziękuję, panie doktorze!

Wtem zwrócił się do zmarłego:

— Żegnam cię... — i urwał szukając w myśli, jakby go tunazwać.

A wtedy, wprost z serca przyszło mu na usta słodkie imię,którym go przed pięciu dniami w łzach witał:

— Żegnam cię, biedny tatusiu!

I wziął swoje zawiniątko pod pachę i wolnym krokiemwyszedł ze szpitalnej sali.

Świtało.

W kuźni

18. sobota

Precossi przyszedł mi przypomnieć wczoraj, żebym obejrzałich kuźnię, która jest w tej samej ulicy, na której mieszkamy. Więcdziś wychodząc z ojcem ze szkoły wstąpiliśmy tam na chwilę. Alekiedyśmy się zbliżyli, spostrzegłem, że z kuźni wybiega pędemGaroffi, ze sporą paczką w ręku, przytrzymując poły wielkiegopłaszcza, pod którym towary swoje zazwyczaj ukrywa.

— Ach, wiem teraz, skąd bierze te żelazne opiłki do polerowania, które sprzedaje potem za stare dzienniki, ten handlarz,Garoffi! To dopiero...

Zaraz ode drzwi kuźni zobaczyliśmy Precossiego, jak siedzącna ułożonych w kupkę cegłach uczył się lekcji z trzymanej nakolanach książki. Zerwał się i zapraszał do wejścia.

Była to izba pełna węglowego pyłu, na której ścianachsterczały młotki, cęgi, sztaby, zawiasy i różnych nie znanych mikształtów żelastwo, w kącie zaś płonęło ognisko, które roziskrzałwielki miech rozdymany przez kowalczyka.

Ojciec Precossiego stał przy kowadle, a drugi pomocniktrzymał cęgami sztabę żelaza w ognisku.

— Ach! — zawołał kowal zobaczywszy nas i zdjął czapkęz głowy! — Oto dobry chłopczyna, co podarował tę kolej żelazną!Przyszedł popatrzeć, jak to w kuźni robota idzie, nieprawda?Zaraz, zaraz się to pokaże!

A mówiąc tak, uśmiechał się i zaraz zauważyłem, że nie ma jużtej ponurej twarzy i nie patrzy spode łba jak dawniej.

Wtem chłopak wyjął z ogniska sztabę rozpaloną na jednymkońcu, a kowal ją na kowadle oparł. Miał być z tej sztaby taki łukżelazny, z jakich się robią altany w kształcie klatek owalnie u górywygiętych. Za czym podniósł okrutnie wielki młot i zaczął nimwalić w rozpalony koniec sztaby okręcając ją to w tę, to w owąstronę na kowadle i nadając jej przy tym coraz nowe kształty.Rozkosz była patrzeć, jak pod szybkimi, pewnymi razami młotażelazo gięło się, zaokrąglało i z wolna przybierało formę pierzastego liścia kwiatu, zupełnie tak, jakby to nie była twarda sztaba, alemiękkie ciasto ugniatane ręką podług woli.

A tymczasem syn patrzył na nas z jakąś dumą. Jak gdybychciał powiedzieć: „Patrzcie tylko, co to mój ojciec potrafi”.

— No, cóż — rzekł wreszcie kowal — widział panicz, jak sięto żelazo kuje?

I pokazywał mi sztukę, która wyglądała teraz jak pastorał biskupi. I zaraz ją odłożywszy na stronę, drugą w ogieńwsadził.

— Piękna robota! Tęga! — rzekł na to mój ojciec. I dodał:

— Wróciliście tedy do pracy? Wróciła wam do niej ochota?

— A wróciła! — odrzekł kowal ocierając pot z twarzyi wypoczywając chwilę. — A wiecie, panie, kto mi ją powrócił?

Ojciec mój udał, że o niczym nie wie.

— Ten poczciwy chłopak — rzekł kowal, palcem wskazującsyna. — To dobre dziecko, co się przykładało do nauki i utrzymywało honor ojca, podczas gdy ojciec... co tam długo gadać, poszynkach pił, a syna jak psa traktował. Dopiero kiedym ten medalzobaczył...

Tu urwał, przełknął ślinę, a wielkie wąsy jego zadrgały jak odtłumionego płaczu. Ale wnet zwróciwszy się do chłopca mówiłżartobliwie:

— A pójdź no tu, malcze! Pójdź no tu, mój wielkoludzie, niewiększy od wróbla na dachu! Niech no na ten twój dzióbekpopatrzę!

Chłopiec podbiegł, kowal go schwycił wpół i prosto przedsobą na kowadle postawił.

— No — rzekł — wyszoruj trochę facjatę temu niegodziwemu ojcu, kiedy tak!

A Precossi zaczął obsypywać pocałunkami czarną twarz ojca,a za chwilę i sam był zupełnie umorusany.

— Dobrze tak! — rzekł wtedy kowal i postawił chłopca naziemi.

— Dobrze tak! Macie słuszność, Precossi! — zawołał z radością mój ojciec.

Pożegnawszy się z kowalem i z jego synem wyszliśmyz kuźni. Wszakże na progu dopędził nas mały Precossi, szepnął,,przepraszam!” — i wsadził mi do kieszeni paczkę gwoździ. Podziękowałem mu serdecznie i zaprosiłem, żeby przyszedł zobaczyć karnawałowy pochód z naszego okna w ostatki.

Gdyśmy już byli na ulicy, ojciec mój rzekł:

— Podarowałeś mu twoją kolej żelazną, mój chłopcze! Alegdyby ona była nie z żelaza, tylko ze złota i z pereł, jeszcze byłabydarem zbyt małym dla tego świętego dziecka, które cierpieniemwłasnym i miłością tak odmieniło serce ojca swego!

„Pajacyk”

20. poniedziałek

Całe miasto aż się trzęsie od karnawałowej wrzawy, bo idąostatki. Na wszystkich placach stoją budy linoskoków, kuglarzy,i przed naszymi oknami też stoi namiot z płótna, w którym dajewidowiska cyrkowe małe towarzystwo z Wenecji, mające wszystkiego pięć koni. Ten cyrk jest w pośrodku placu, a przy nim stojątrzy zakryte wozy, gdzie się te linoskoki przebierają i w którychśpią także. Zupełnie jakby trzy domki na kołach, każdy z kominem, z którego ciągle dym idzie, z okienkami; a między okienkiema okienkiem suszą się na sznurku sukienki dziecinne. Jest tamkobieta, która karmi dzieciątko i gotuje, i tańczy na linie. Biedniludzie! Bo to się mówi: „skoczek na linie” — jakby coś ubliżającego; a oni przecież uczciwie zarabiają na chleb, bawiąc wszystkich i ciężko pracując.

Cały dzień biegają od wozów do namiotu w obcisłych,cienkich trykotach, na takie zimno, przegryzą co nieco naprędce,nie siadając nawet między jednym widowiskiem a drugim;a nieraz, kiedy cyrk pełen, zrywa się wicher, targa płócienne jegościany, gasi światło i bądź zdrów, holenderski śledziu! Musząoddawać pieniądze i pracować nocą, żeby na dzień jako tako znówwyporządzić budę. Mają ze sobą dwóch chłopców, którzy teżpracują. Ojciec mój poznał mniejszego, kiedy przez plac szedł, boto jest synek właściciela cyrku, ten sam, któregośmy widzieliprzeszłego roku na placu Wiktora Emanuela, jak na koniu jeździł.Urósł, może ma z osiem lat i ładny z niego chłopczyna. Ma okrągłąbuzię, smagłą, z mnóstwem czarnych kędziorów, które spadająspod spiczastego kapelusza.

Przebrany jest za pajaca, jakby w biały, czarno wyszywanyworek z rękawami, a trzewiki to ma z płótna, też białe. Istnediabłątko z niego. Wszystkim się podoba. Ciągle czymś zajęty.

Rankiem otulony w dużą chustę przynosi w garnuszku mlekodo swego drewnianego domku; potem biegnie po konia do remizyprzy ulicy Bertola; potem piastuje to najmłodsze, a jak matka weźmieje od niego, to znosi obręcze, drążki, kozły, sznury; czyści wozy,rozpala ogień, a jak ma wolną chwilę, to ciągle się matki trzyma.

Mój ojciec patrzy na niego z okna i raz w raz mówi o nimi o rodzicach jego, którzy zdają się być bardzo poczciwymi ludźmii bardzo do tego chłopczyka przywiązanymi.

Poszliśmy do cyrku wieczorem. Było zimno, buda była jeszczeprawie pusta, ale mały pajacyk nie dał się nudzić i tej małej garstcewidzów. Przewracał nadzwyczajne kozły, stawał na głowie, uwieszał się koniom u ogonów, chodził na rękach trzymając nogiw powietrzu, zwijał się jak skra, śpiewał, śmiał się, zajmował sobąwszystkich, z tą swoją śliczną, smagłą twarzyczką, a ojciec jego,który miał kurtkę czerwoną, białe skórzane spodnie, buty z cholewami i szpicrutę w ręku, też patrzył na pajacyka, ale był smutny.

Mój ojciec posmutniał także, a gdy się do nas zbliżył panDelis, który jest malarzem, tak do niego mówił:

— Biedni ludziska, zabijają się tą pracą, a tak mało zarobićmogą! Taka pustka! A to maleństwo takie miłe! Żeby to można cośuczynić dla nich?

Malarz pomyślał i rzekł:

— Napisz o nich co ładnego do gazety, jak to ty potrafisz.Opowiesz śliczne rzeczy o pajacyku, a ja zrobię portrecik jego.Gazetę wszyscy czytają i przynajmniej raz ludzie się tu zlecą!

I tak zrobili. Mój ojciec napisał artykuł pełen ślicznychżarcików, i tak piękny, że aż się płakać chciało, i opowiedziałw nim wszystko, cośmy widzieli z okna, i jaki ten mały jest miły,i jak go zobaczyć warto; a pan malarz naszkicował portrecik,bardzo podobny i ładny, i gazeta wszystko to wydrukowaław sobotę wieczorem.

Istotnie, na niedzielne widowisko przybyły tłumy.

Na afiszu było wydrukowane: „Przedstawienie na benefispajacyka”.

Tak go nazwali, jak ojciec mój w gazecie. Cyrk był napchany, wiele osób trzymało w ręku gazetę i pokazywało ją pajacykowi, który był uszczęśliwiony, śmiał się i chodził od widza dowidza.

Pomyśleć tylko! Jeszcze żaden dziennik tak go nie uhonorował, a i kasa była pełna. Ojciec mój siedział obok mnie. Międzypublicznością spostrzegłem dużo znajomych. Nauczyciel gimnastyki stał w pobliżu drzwi, którymi wprowadzano konie, ten sam,co to jeszcze pod Garibaldim służył, a naprzeciwko nas w drugichrzędach siedział Mularczyk, ze swoją okrągłą buzią, tuż przyswoim wielkoludzie-ojcu. Ledwiem spojrzał, zaraz mnie zobaczyłi na znak powitania zrobił zajęczy pyszczek. Trochę dalej stałGaroffi i liczył widzów rachując, ile też towarzystwo linoskokówzarobić może.

Niedaleko nas, w pierwszym rzędzie, siedział także biednyRobetti, ten, co uratował malca, trzymając między kolanami obieswoje kule, przytulony do swego ojca, kapitana artylerii, który murękę na ramieniu trzymał.

Zaczęło się przedstawienie.

Pajacyk dokazywał cudów na koniu, na trapezie, na linie, a ilerazy się pokazał — wszyscy bili brawo. Potem popisywali się inni,żonglerzy, ekwilibryści, konnojeźdźcy ubrani w trykoty i błyszczący od srebra. Ale jak chłopca nie było na widowni, wszystkimsię jakoś zaczynało nudzić. Aż naraz widzę, że nauczyciel gimnastyki, stając przy wejściu samym, szepce coś właścicielowi cyrku,a ten patrzy dookoła na widzów, jak gdyby szukał kogo. A oczyjego zatrzymały się na nas.

Spostrzegł to mój ojciec, domyślił się, że nauczyciel gimnastyki wskazał go jako autora owego artykułu, i żeby uniknąćpodziękowań, wyszedł mówiąc do mnie:

— Zostań, Henryku! Poczekam na ciebie na ulicy.

Bo już się przedstawienie kończyło. Ale pajacyk, któremuojciec także coś szepnął, raz jeszcze wystąpił. Pędząc na galopującym koniu, cztery razy zmieniał postać i ubranie ukazując się jużjako pielgrzym, już jako marynarz, już jako akrobata, a ile razyprzelatywał koło mnie blisko, zawsze patrzył na mnie.

Gdy z konia skoczył, zaczął obchodzić dokoła cyrku ze swoimspiczastym kapeluszem pajaca w rękach, a publiczność rzucała musoldy i cukierki.

Trzymałem i ja przygotowane dwa soldy, ale gdy doszedł domnie, spojrzał, usunął kapelusz za siebie i posunął się dalej. Byłęmi to przykre. Za cóż on mnie, pomyślałem, omija? A widowiskotymczasem się skończyło.

Właściciel dziękował publiczności, a wszyscy wstali i zaczęlisię cisnąć do wyjścia. Zagarnięty tłumem znalazłem się już bliskodrzwi, kiedy mnie ktoś trącił w rękę.

Odwróciłem się: to pajacyk z tą swoją miłą twarzyczką, z tymilokami czarnymi, uśmiechał się do mnie trzymając pełne rączętacukierków. Wtedym zrozumiał.

— Czy nie chciałbyś przyjąć od pajacyka tych cukierków?

Skinąłem głową i z nastawionych dłoni wziąłem trzy czycztery.

— No, to weź jeszcze w dodatku całusa...

— Dawaj dwa! — i przychyliłem ku niemu twarzy.

Otarł sobie rękawem umączone usta. Objął mnie ramieniemza szyję i wycisnąwszy dwa głośne pocałunki na moich policzkachrzekł:

— Jeden tobie, a drugi twemu tatusiowi!

Ostatni dzień karnawału

21. wtorek

Widzieliśmy dziś w czasie pochodu masek bardzo smutnąscenę. Dobrze się skończyła, ale mogło być wielkie nieszczęście.

Na placu Św. Karola (San Carlo), który cały był przystrojonyw festony białe, żółte i czerwone, zebrało się mnóstwo ludzi.Kręciły się tam różnobarwne maski, przeciągały wozy złocone,obwieszone chorągwiami w kształcie pagód, teatrzyków, łódek,pełne arlekinów, rycerzy, kucharzy, marynarzy i pasterek. Takiścisk, taki zamęt, że nie wiadomo było, na co patrzeć, a wrzasktrąb, rogów, tamburynów, bębnów uszy po prostu rozdzierał.Maski na wozach skacząc i śpiewając zaczepiały pieszych i tych, coto patrzyli z okien, a oni też nie żałowali gardła krzycząc i ciskającw nie pomarańcze i cukierki. Za wozami zaś i za zbitym tłumem,jak okiem sięgnąć, widać było wiejące chorągiewki, błyszczącekaski, rozchwiane pióropusze, papierowe hełmy, olbrzymie czepce, nadzwyczajne zbroje, ogromne trąbiska, czerwone czapeczki,butle idące na nogach jak ludzie, kapelusze z dzwonkami,a wszyscy wyglądali jak wariaci.

Kiedy nasz powóz wjeżdżał na plac, jechał naprzeciw naswspaniały wóz, zaprzężony w cztery konie pokryte makatamihaftowanymi złotem, cały w girlandach róż sztucznych, naktórym było kilkunastu panów, przebranych w stroje francuskiego dworu, w świetnych jedwabiach, w białych perukach,z kapeluszami składanymi pod pachami i szpadami u boków,z pękami wstążek i w koronkowych żabotach na piersiach— prześlicznych! Panowie ci chórem śpiewali francuską piosenkęi rzucali cukierki publiczności, która biła im brawo i krzyczała,,wiwat”.

Wtem na lewo od nas człowiek jakiś podniósł ponad tłummałą dziewczynkę pięcio-, może sześcioletnią, niebożątko jakieśpłaczące rozpaczliwie, które trzęsło rączkami jak gdyby w konwulsjach. Człowiek ten przedarł się przez wszystkich do wozutych panów, a gdy jeden z nich schylił się, ów zawołał głośno:

— Weźcie, panowie, tę dziewczynkę! Zgubiła matkę w tłumie. Podnieście ją na ręku, matka musi gdzieś tu blisko być, tozobaczy. Nie ma innej rady!

Jakiś pan wziął małą na ręce, inni przestali śpiewać, a dzieciakdarł się wniebogłosy bijąc rękami i nogami w powietrzu. Pan zdjąłmaskę, a wóz posunął się powoli dalej.

Tymczasem na przeciwległym końcu placu jakaś ubogakobieta z na wpół obłąkaną twarzą przedzierała się przez tłumpięściami i łokciami, krzycząc przeraźliwie:

— Mańka! Mańka! Mańka! Dziecko zgubiłam! Porwali midziecko!... Zdusili!... Zdeptali!...

Krzyczała tak już od chwil paru, tu, to tam, popychana przeztłum, wśród którego chciała się gwałtem przedrzeć.

Tymczasem ów pan na wozie trzymał na rękach małą, przytulając ją do wstążek i koronek na piersiach, a wzrokiem szukając matki. Daremnie jednak chciał uspokoić dziewczynkę, która zakrywszy twarz rękami krzyczała, jakby jej serduszko pęknąć miało. Innipanowie z wozu dawali jej cukierki i pomarańcze, ale odtrącaławszystko, coraz bardziej przerażona i coraz niespokojniejsza.

— Ludzie! Szukajcie matki tego dziecka! — krzyknął pan.

Wszystkie głowy zwracały się to w prawo, to w lewo, matkinie było wszakże widać nigdzie. Nareszcie przy samym wylocieulicy Rzymskiej na plac kobieta owa rzuciła się z krzykiem dowozu. Ach, nigdy jej nie zapomnę!

Niepodobna była do ludzkiej istoty.

Włosy rozpięte, zwichrzone, twarz wykrzywiona, odzieżposzarpana a krzyk radości i trwogi, więcej do ryku zwierzęcia niżdo głosu człowieczego podobny. Z rykiem tym wyciągnęła ręce,zakrzywiwszy palce jak szpony.Wóz stanął.

— Macie tu swoją małą! — rzekł pan i ucałowawszy dziewczynkę podawał ją matce. Kobieta chwyciła dziecko jak furia. Alejedna z rączek maleńkiej nie mogła się przez chwilkę wyplątaćz wstążek i koronek pana, który zdjąwszy z palca brylantowypierścień włożył go szybkim ruchem na paluszek dziecka i rzekł:

— Masz! Będziesz miała na zaręczyny!

Matka podniosła głowę i stała jak wryta, a tłum widzów zacząłbić brawo. Wtedy pan włożył szybko maskę, towarzysze jegopodjęli na nowo nutę francuskiej piosenki, a wóz, wśród okrzykówi oklasków, z wolna się oddalił.

Mali niewidomi

23. czwartek

Nauczyciel bardzo jest chory. Przysłał na swoje miejsce tegoz czwartej klasy, który był dawniej nauczycielem w InstytucieNiewidomych, a jest najstarszy ze wszystkich i tak siwy, żezupełnie jakby miał perukę z bawełny, i jeszcze tak jakośszczególnie mówi, że to jak gdyby śpiewał z wolna ogromniesmutną i melancholijną pieśń. Jest wszakże bardzo dobry i bardzouczony. Zaledwie do klasy wszedł i zobaczył jednego z uczniówz zawiązanym okiem, zaraz się do niego zbliżył i zapytał, co mu jestw to oko.

— Szanuj, chłopcze, wzrok! Strzeż oczu! Dbaj o nie! — mówił mu dowiedziawszy się, że to nic wielkiego.

A wtedy Derossi zapytał:

— Czy to prawda, panie nauczycielu, że pan uczył niewidomych chłopców?

— Prawda. I przez długie lata.

A na to Derossi z cicha:

— To niech nam pan co o nich opowie!

Nauczyciel odszedł od ławki i siadł przy swoim stoliku.

Wtedy Coretti rzekł głośno:

— Instytut ślepych jest przy ulicy Nicejskiej.

Nauczyciel pokiwał siwą głową.

— Ślepych... ślepych... Tak mówisz: ślepych, jakbyś mówiłchorych, biednych czy tam co... Ale czy ty dobrze rozumieszznaczenie tego słowa? Pomyśl tylko: być ślepym... Nie widziećnigdy, nigdy nic! Nie odróżniać dnia od nocy, nie widzieć słońcai nieba ani rodziców własnych, ani nic z tego wszystkiego, co nasotacza, czego się dotknąć można. Być pogrążonym w wieczystejciemności i jak gdyby pogrzebanym we wnętrznościach ziemi.Spróbujcie na chwilę zamknąć oczy i pomyśleć, że tak zostanieciena zawsze! Alboż nie czujecie przestrachu i zgrozy? Alboż wam sięnie zdaje, że niepodobna tak wytrzymać, że zaczniecie zarazkrzyczeć, że zwariujecie chyba i pomrzecie...

A przecież, moje dzieci, kto wejdzie po raz pierwszy doInstytutu Niewidomych podczas rekreacji, a posłyszy tych biedaków, jak grają na skrzypcach, na fletach, jak rozmawiają głośno i ześmiechem, kto zobaczy, jak wbiegają na schody i zbiegają z nichszybkimi krokami, z jaką swobodą kręcą się po korytarzach, posypialniach, ten nigdy by nie powiedział, że są tak nieszczęśliwi,jak są w istocie.

Trzeba im się tylko przypatrzeć.

Są tam młodzieńcy szesnasto- i osiemnastoletni, silni i weseli,którzy kalectwo swoje znoszą jakby od niechcenia, owszem, jakbyz brawurą, ale widać z gorzkiego i dzikiego wyrazu ich twarzy, ilewycierpieli, ile przewalczyć musieli, zanim się pogodzili ze swoimnieszczęściem.

Są inni, z twarzą bladą i łagodną, w której uderza wielkarezygnacja, a przy tym taki przejmujący smutek, iż łatwo zrozumieć, że jeszcze nieraz płaczą nad sobą w ukryciu.

Ach, dzieci moje! Pomyślcie tylko, że wielu z tych nieszczęsnych straciło wzrok nagle prawie, w dni kilka, że inni znowuoślepli po latach męczeństwa, po różnych okropnych operacjach, które były daremne. Że jeszcze inni, a takich bardzo jestwielu, urodzili się już niewidomymi, w jakiejś straszliwej nocy,która już nigdy dla nich rozednieć nie miała, i że weszli w świat,jakby w wielki grób czarny, że nie wiedzą, jak twarz ludzkawygląda.

Wyobraźcie teraz sobie, co cierpieć muszą, kiedy pomyśląo tej różnicy, jaka zachodzi pomiędzy nimi a tymi, którzy świat tenwidzą, i kiedy sami siebie pytają z goryczą: „Dlaczego? Cośmyzawinili komu?”

Więc kiedy pomyślę, ja, który na nich patrzyłem lat tyle,kiedy wspomnę wszystkie te oczy raz na zawsze zamknięte,wszystkie te źrenice bez wzroku, bez światła, bez życia, a potemspojrzę na was, to zdaje mi się niepodobieństwem, żebyście nieczuli, jak ogromnie szczęśliwi jesteście! Pomyślcie tylko: Jest weWłoszech około dwudziestu sześciu tysięcy niewidomych!

Dwadzieścia sześć tysięcy ludzi, którzy nie widzą jasnościdziennej! Rozumiecie? Przecież to cała armia, której przejście podoknami naszej szkoły zabrałoby przynajmniej cztery godzinyczasu!

Nauczyciel zamilkł. W całej klasie nie było słychać naweti oddechu.

Po chwili Derossi przerwał tę ogólną ciszę pytając, czyprawda, że ociemniali mają zmysł dotykania delikatniejszy niźlici, co widzą?

Nauczyciel rzekł:

— Prawda! I nie tylko dotykanie. Wszystkie inne zmysłydoskonalą się w nich szybko, bo każdy z nich musi w pewnejmierze wzrok im zastępować. Wyćwiczone więc bywają nieraztak, jak się nie zdarza nigdy u tych, którzy widzą.

Nieraz zbudziwszy się zapyta jeden drugiego w sypialni:

— Czy dziś słońce? — a który się prędzej ubierze, biegnie nadziedziniec, porusza w powietrzu rękami, żeby uczuć słoneczneciepło, i wraca z dobrą nowiną: — Jest słońce!

Po głosie mówiącej osoby umieją wzrost jej rozpoznać. Myz oczu, ze spojrzenia odgadujemy duszę człowieka, oni — z dźwięku mowy. Latami też całymi pamiętają brzmienie czyjegoś głosu,jego intonację. Rozpoznają też, czy w pokoju jest jedna osoba, czywięcej, choć jedna tylko mówi, a inni są całkiem nieruchomi.Dotknięciem samym miarkują, czy łyżka jest dobrze, czy źleoczyszczona. Małe dzieci rozróżnić potrafią, wziąwszy wełnęw palce, czy jest farbowana, czy też ma kolor naturalny. A gdy idąparami przez ulicę, rozróżniają powonieniem każdy sklep nieomal; taki nawet, w którym my żadnej nie czujemy woni.

Strzelają z procy i po świście pocisku wiedzą, gdzie padł,i prosto po niego idą. Biegają za kółkiem, grają w kręgle, skacząprzez sznur, wyrabiają pudełka, wyrzynają skrzypki, zupełniejakby widzieli. Robią kobiałki, koszyki, przeplatając różnobarwną słomą dokładnie podług rysunku. Takie mają czuciew palcach! To czucie jest ich wzrokiem; jedną też z największychprzyjemności jest dla nich dotykać jakiejś rzeczy i odgadywaćw ten sposób jej kształt, jej wygląd zewnętrzny.

Ogromnie to wzruszający widok, kiedy ich poprowadzą domuzeum przemysłowego i pozwolą im tam dotykać wszystkiego!Trzeba widzieć, z jaką radością rzucają się na figury geometryczne, na sprzęty domowe, na instrumenty, narzędzia, na modeledomów, kościołów! Z jaką uciechą obwodzą dłonią kształt każdy,jak pocierają przedmioty palcami, jak wszystko obracają w ręku,żeby widzieć, jak to jest zrobione!

Słuchaliśmy z największym zaciekawieniem, choć nauczycielumilkł, gdy wtem Garoffi zapytał, czy to prawda, że niewidomichłopcy daleko łatwiej uczą się rachunków.

Nauczyciel odpowiedział:

— Prawda. Z wielką łatwością uczą się arytmetyki. Mają dotego umyślnie przygotowane książki z wypukłym drukiem; posuwają po nich palcem, rozpoznają litery i wymawiają wyrazy.Czytają biegle. A jak się to biedactwo wstydzi każdej pomyłki! Jaksię to zaraz czerwieni! A i piszą także.

Zadziwicie się może, gdy wam powiem, że piszą — bezatramentu.

Mają oto przed sobą gruby, twardy papier, z ruchomą ramkąmetalową, która odbija mnóstwo punkcików wklęsłych i ułożonych podług specjalnego alfabetu. Punkciki te wychodzą odbitewypukło po drugiej stronie papieru, tak że odwróciwszy arkuszi wodząc palcem po tych wypukłościach z łatwością czytać mogąi to, co sami napisali, i pismo innych także; tym sposobem pisząwypracowania, a także i listy pomiędzy sobą. Podobnież pisząliczby i robią rachunki. Pamięciowe zadania geometryczne odrabiają z niesłychaną łatwością, może dlatego, że nie przeszkadzaim w zebraniu myśli żaden widok zewnętrznych przedmiotów, jaksię to nam zdarza...

A żebyście wiedzieli, jak szalenie lubią słuchać, kiedy im ktoczyta! Jak uważają, jak pamiętają wszystko, jak malcy nawetrozprawiają między sobą o gramatyce, o historii! Jak siedzącrzędem w jednej ławce i nie obracając się ku sobie rozmawiapierwszy z trzecim, drugi z czwartym albo z piątym, głośno,wszyscy razem, nie tracąc przecież jednego słówka, tak mają słuchbystry i czujny. I zapewnić was mogę, że więcej dbają o egzaminyniż wy i że przywiązują się daleko bardziej do swoich nauczycieli.Każdego nauczyciela rozpoznać potrafią po odgłosie kroków, powoni odzieży. Spostrzegają natychmiast, czy jest w złym, czyw dobrym humorze, czy surowy, czy pobłażliwy, po dźwiękujednego słówka. A gdy ich nauczyciel pochwali, kiedy ich zachęca,proszą, żeby ich dotknął, i głaszczą go po rękawach, żeby wyrazićswą wdzięczność.

I między sobą żyją zgodnie, życzliwie; dobrzy z nich koledzy!

W czasie rekreacji trzymają się zawsze razem albo też kupkami bliżej żyjących z sobą. Dziewczęta na przykład tworzą grupy podług instrumentów muzycznych, na których grają. Jestgrupa skrzypaczek, flecistek, fortepianistek i te nie rozłączają sięnigdy.

Już to jak kogo taki biedaczek pokocha, to — na amen!Przyjaźń jest dla nich ogromną pociechą. A umieją też międzysobą oceniać się właściwie. Mają bardzo jasne, bardzo głębokiepojęcie złego i dobrego. Żaden też z was, moje dzieci, nie odczuwatak żywo, z takim uniesieniem pięknego, szlachetnego czynu!

Vatini zapytał, czy dobrze grają.

— Muzykę miłują nadzwyczajnie! — odrzekł nauczyciel. — Muzyka to ich radość, ich życie! Mali ociemniali, zaledwie doInstytutu przybyli, zdolni są stać dwie, trzy godziny bez zmęczenia słuchając muzyki. Uczą się też jej łatwo i grają z namiętnymzamiłowaniem. Skoro któremu z nich nauczyciel powie, że nie mado muzyki zdolności, sprawia mu to niesłychaną boleść, alezaczyna uczyć się sam, oddzielnie.

Ach, żebyście wy kiedy słyszeć mogli tę ich muzykę! Żebyściemogli widzieć, jak oni tam grają z tym podniosłym czołem, z tymuśmiechem na ustach, zachwyceni jakby tą harmonią, którąrozlewają w nieskończonym mroku, jaki ich otacza. Dopierobyście uczuli, jaka to w muzyce słodycz i boska pociecha. A jacyszczęśliwi, jak promienieją radością, kiedy któremu z nich powienauczyciel: „Zostaniesz artystą”. Dla nich ten, kto w muzycepierwszy, czy to w grze na fortepianie, czy na skrzypcach — jestjakby królem. Kochają go, czczą niemal. Jeśli powstanie spórpomiędzy dwoma — idą do niego, żeby ich rozsądził. Jeśli siędwóch przyjaciół poróżni — idą do niego, żeby ich pojednał. A cinajmniejsi, których taki grać uczy, za ojca go mają. Nie pójdzieżaden spać, póki mu dobranoc nie powie. A i mówią też o muzyceciągle. Już są w łóżkach, godzina późna, oni wszyscy zmęczeninauką i pracą, wpółsenni — a jeszcze rozpowiadają sobie cichymgłosem o operach, o kompozytorach, o instrumentach, o orkiestrze. Pozbawienie zaś lekcji muzyki i odczytywania nut jest dlanich karą tak ciężką i tak bolesną, że nie ma się prawie odwagiukarać którego z nich w ten sposób.

Muzyka dla ich serca tym, czym światło jest dla naszychoczu...

Zamyślił się nauczyciel podparłszy głowę, gdy wtem Derossizapytał, czy nie można by kiedy iść tam ich zobaczyć.

— Owszem, można — odpowiedział nauczyciel — ale wy,chłopcy, teraz jeszcze tam iść nie powinniście. Pójdzieciepóźniej, jak będziecie w stanie pojąć cały ogrom takiego nieszczęścia i uczuć całe współczucie dla tych, którzy są nimdotknięci.

To bolesny widok, moje dzieci.

Wszak przechodząc tam niekiedy widzicie chłopców siedzących w otwartych oknach dla odetchnięcia świeżym powietrzem,którzy, zdaje się, patrzą na szerokie zielone doliny, na błękit gór,które widzicie tam, z dala. I pomyśleć, że oni siedząc tak i patrzącnie widzą nic i nic nigdy nie zobaczą z tej niezmiernej pięknościrodzinnego kraju, czy i to nie ściska duszy tak, jakbyście saminagle wzrok stracili? Jeszcze ci, którzy się urodzili już ślepi, mniejbudzą litości; nie widzieli nigdy nic, nie żałują niczego, booniczym wyobrażenia nie mają.

Ale tam są chłopcy, którzy zaniewidzieli od kilku, parumiesięcy; którzy wszystko mają w żywej pamięci i rozumiejądoskonale to, co utracili! Którzy nadto z niezmierną boleściąspostrzegają, jak co dzień po trochu zacierają się w ich myślinajdroższe obrazy, którzy czują, że najmilsi, najbardziej kochaniumierają jak gdyby w ich duszy...

Jeden z tych nieszczęsnych tak mówił do mnie pewnego dniaz niewysłowionym smutkiem:

— Chciałbym, pragnąłbym gorąco, choć na jeden momentodzyskać wzrok dawny, żeby zobaczyć twarz mamy, bo jej już niepamiętam prawie!

A kiedy matka przyszła go odwiedzić, dotykał twarzy jejrękoma, od czoła wodząc dłonią aż do brody, żeby uczuć jej drogierysy i jakby nie mogąc wyperswadować sobie, że jej nie zobaczy,wołał na nią: „Mamo!” — jak gdyby błagająco, żeby mu się daławidzieć, choć na jedną chwilkę.

Nawet obyci z nieszczęściami, zahartowanego serca ludziepłakali wyszedłszy stamtąd.

A kiedy się stamtąd wychodzi, to zdaje się, że ci, co widząniebo, słońce i ludzi współbraci są jakimś szczęśliwym, niezasłużenie uprzywilejowanym wyjątkiem.

Pewien jestem, że nie ma wpośród was takiego, który byopuszczając tamte smutne progi nie chciał, nie pragnął oddać choćodrobinę swego wzroku tym nieszczęsnym dzieciom, dla którychsłońce nie ma światła, a matka nie ma oblicza!

Chory nauczyciel

25. sobota

Wczoraj, po wyjściu ze szkoły, poszedłem odwiedzić megonauczyciela, który jest chory. Za wiele pracuje i dlatego chory.Pięć godzin lekcji dziennie, i to z takimi jak my łobuzami, do tegojeszcze godzina lekcji gimnastyki i dwie godziny w szkolewieczornej, to znaczy za mało spać, jeść dorywkami tylkoi wytężać siły od rana do nocy, co mu też zrujnowało zdrowie, takmówi moja matka.

Zaczekała mama na mnie w bramie tego domu, a ja poszedłemsam na górę. Na schodach spotkałem tego czarnego brodacza,Coattiego, co to zawsze swoim uczniom grozi, a nigdy ich niekarze. Spojrzał na mnie srogimi oczyma i jak lew ryknął swoimgrubym głosem odpowiadając na moje powitanie. Mimo tegożartu jednak nie roześmiał się wcale. Ja za to śmiałem się jeszczepociągając dzwonek na czwartym piętrze; ale spoważniałemnatychmiast, kiedy służąca wprowadziła mnie do ubogiego,wpółciemnego pokoju, w którym leżał mój nauczyciel. Leżał naniewielkim łóżku żelaznym, był blady, z zarośniętą brodą. Kiedym wszedł, podniósł rękę do czoła, żeby lepiej widzieć, i zawołałswoim miłym, przyjaznym głosem:

— Henryk!

Podszedłem do łóżka, a on mi rękę chudą na ramieniu położyłi rzekł:

— Dobrze, dziecko! Dobrze, żeś przyszedł odwiedzić twegobiednego nauczyciela! Jak widzisz, nietęgo się miewam, mój drogiHenryku! A jakże tam idzie nauka w szkole? Jak się mają koledzytwoi? Wszystko dobrze, co? I beze mnie... Obywacie się doskonale, nieprawdaż, bez swego starego nauczyciela?

Chciałem odpowiedzieć, że nie, ale przerwał:

— Daj spokój, daj spokój! Wiem i tak, żeście mi życzliwi...

I westchnął. Spojrzałem na kilka fotografii, wiszących naścianie. Spostrzegł to i rzekł:

— Widzisz, to wszystko moi uczniowie, którzy mi dali swojeportreciki, od lat dwudziestu przeszło... Dobre chłopczyska. Tomoje najmilsze pamiątki. Jak będę umierał, ostatnie moje spojrzenie będzie dla tych malców, wśród których ubiegło mi życie.Ty także dasz mi swój portrecik, prawda, jak skończysz elementarną szkołę?

Sięgnął do stolika przy łóżku, wziął pomarańczę i dał mi ją doręki.

— Nie mam cię poczęstować czym innym — rzekł. — Takioto poczęstunek chorego...

A ja patrzyłem na jego twarz bladą i miałem serce ściśniętesmutkiem, sam nie wiem czemu.

— Słuchaj, chłopcze — zaczął po chwili znów mówić— spodziewam się wygrzebać jakoś z tej choroby. Ale gdybym sięnie wygrzebał, uważasz, to przykładaj się bardziej do arytmetyki,bo to twoja słaba strona. Przezwycięż się, przemóż. Tylkoo pierwsze przemożenie się chodzi na razie, bo tobie nie zdolnościbrak, ale skupienia myśli, wpatrzenia się w przedmiot, że takpowiem...

Tu odetchnął głęboko; znać było, że cierpi.

— Gorączkę mam — westchnął — że ledwo już żyję... Pamiętajże, dziecko! Arytmetyka, zadania arytmetyczne, do tegosię ostro zabrać musisz! Nie uda się pierwszym razem? Odpocznij— i znowu je za łeb! Nie uda się i drugim razem? Znowu odpoczniji — do nich! A spokojnie, a wytrwale, a bez niepotrzebnegopośpiechu, bez nabijania sobie głowy... Idź. Pokłoń się mamie.

A nie drap się już na te schody... Zobaczymy się w szkole.

A jakbyśmy się już nie zobaczyli, wspomnij czasem twegonauczyciela z trzeciej, który cię kochał.

Na te słowa rozpłakałem się. A on:

— Przychyl głowę...

Przychyliłem głowę do poduszki, pocałował mnie we włosy.

Potem rzekł jeszcze:

— Idź! — i odwrócił twarz do ściany.

A ja zbiegłem jak wiatr ze schodów, tak mi było pilno uściskaćmatkę moją.

Ulica

25. sobota

... Patrzyłem na ciebie z okna, dziś wieczorem, kiedyśpowracał od nauczyciela. Potrąciłeś jakąś kobietę. Uważajlepiej na to, jak się masz na ulicy zachować. Bo i tam sąpewne obowiązki, które wypełniać trzeba.

Jeżeli miarkujesz swoje kroki i swoje ruchy w prywatnym jakimś domu, dlaczego nie miałbyś tak samo czynić naulicy, która jest domem dla wszystkich.

Pamiętaj, Henryku, to, co ci tu powiem: Ilekroćspotkasz starca niemocnego albo kobietę z dzieckiem naręku, albo kalekę na szczudłach, albo człowieka schylonegopod ciężarem, albo rodzinę w żałobie, ustąp na bok przednimi z szacunkiem, gdyż obowiązkiem naszym jest szanować starość, nędzę, miłość macierzyńską, kalectwo, pracęi — śmierć.

Ile razy widzisz, że wóz albo powóz najeżdżana kogo, usuń go, jeśli to dziecko, przestrzeż, jeśli toczłowiek dojrzały. Gdy widzisz dziecko na ulicy płaczące i samo, zapytaj zawsze, co mu jest i dlaczego płacze;a gdy starzec upuścił swą laskę, schyl się i podnieś mu jąśpiesznie. Jeśli się dwoje dzieci bije na ulicy — rozłącz je,jeżeli dwóch dorosłych — oddal się; nie chciej być nigdywidzem brutalnych gwałtów, bo to obraża i zatwardzaserce.

Lecz jeśłibyś spotkał kiedy człowieka w więzach,idącego z dwoma strażnikami, nie przyłączaj się dookrutnej ciekawości tłumu; pomyśl, że człowiek ten niewinnym być może.

Przestań rozmawiać z kolegą i śmiać się, kiedy mijaszlektykę szpitalną i wóz ratunkowy, bo może tam być ktośumierający, a może umarły; a taki smutny pochód z twegodomu wyjść by mógł dnia którego...

Patrz z poważaniem na te długie rzędy dzieci idącychparami z różnych instytucji: na ociemniałych, na niemowy, na ułomnych, na sieroty, na nieszczęśliwe, opuszczonedzieci. Pomyśl wtedy, że oto przechodzi nieszczęściei miłosierdzie ludzkie.

Czyń tak, jakbyś nie widział, gdy napotkasz ułomnośćjakąś wstrętną albo śmieszną.

Miej też zwyczaj przydepnąć, zagasić każdą palącąsię zapałkę, bo może ona być przyczyną smutnego wypadku.

Odpowiadaj zawsze uprzejmie, gdy cię który z przechodniów o drogę zapyta.

Nie przyglądaj się nikomu ze śmiechem, nie biegnij bezpotrzeby, nie krzycz.

Szanuj ulicę — dom wszystkich.

Wyrobienie, cywilizacyjne wykształcenie jakiegoś narodu ocenia się przede wszystkim ze sposobu, w jaki sięnaród ten zachowuje na ulicy. Tam gdzie widzisz nieobyczajność, grubiaństwo na ulicy, znajdziesz je z pewnościąi w domach. I znaj ulice, synu. Ucz się tego miasta,w którym żyjesz. Gdybyś jutro znalazł się daleko od nich,jakże by ci było przyjemnie mieć je w pamięci — jak żywe;przebiegać je myślą, to miasto twoje, twoją małą ojczyznę,które przez tyle lat światem ci całym było. Gdzieś stawiałpierwsze kroki przy boku twej matki, gdzieś doznałpierwszych wrażeń, gdzie umysł twój otwarł się pierwszympojęciom, gdzieś znalazł pierwszych przyjaciół.

Bo i to miasto jest ci jako matka. Uczyło cię,rozweselało, strzegło. Poznawajże je w ulicach jego i w jegomieszkaniach. I kochaj je także, a gdy mu kto urągaćbędzie, stań w jego obronie.

Twój ojciec.

Marzec

Szkoła wieczorna

2. czwartek

Zaprowadził mnie wczoraj ojciec do wieczornej szkoły okręgu naszego, kiedy już światła były zapalone, a robotnicy zaczęli sięschodzić.

Kiedyśmy weszli, dyrektor i nauczyciel byli bardzo rozgniewani, bo właśnie co tylko rzucił ktoś kamieniem w oknoi wybił szybę. Pedel wybiegł na ulicę, przytrzymał jakiegośchłopca, ale zaraz nadszedł Stardi, który mieszka naprzeciwko,i powiedział, że to nie ten.

— Widziałem na własne oczy — mówił — że kamień w oknorzucił Franti i jeszcze krzyknął do mnie: „A piśnij tylko słowo, tozobaczysz!” — Ale ja się nie boję.

Dyrektor powiedział, że Franti będzie wydalony ze szkoły nazawsze.

Przypatrywałem się robotnikom, którzy wchodzili po dwóch,po trzech i już ich było ze dwustu może w sali.

Nie wiedziałem, że to taka piękna rzecz ta wieczorna szkoła.Bo to i chłopcy tam tacy po dwunastu latach, i mężczyźniz wąsami, z brodami, co od roboty wrócili, a teraz przychodzą tu z kajetami, z książkami, zupełnie jak my do klasy! Sąstolarze, są palacze z czarnymi twarzami, są murarze z zawapnionymi rękami, są piekarczyki ubieleni mąką, a na sali czućzapachy lakieru, skór, oliwy, smoły, zapachy wszystkich rzemiosłi warsztatów!

Przyszedł także oddział robotników artyleryjskich, w mundury ubranych, ze swoim kapralem.

Zaraz wszyscy posiadali w ławkach, popodnosili deseczki, naktórych my opieramy nogi, i pochylili nad książkami głowy. Kilkupodeszło z otwartymi kajetami do nauczycieli prosząc o wyjaśnienia.

Zaraz zobaczyłem tego młodego, wyelegantowanego nauczyciela, któregośmy „adwokacikiem” przezwali. Stało przy jegostoliku trzech czy czterech robotników, a on im ćwiczeniapoprawiał. I ten, co utyka na nogę, też był, widziałem, jak się śmiałz jakimś farbiarzem, który mu przyniósł kajet zasmarowany naróżowo i na niebiesko.

Był i mój nauczyciel, który, dzięki Bogu, wyzdrowiał i jutroprzyjdzie do nas.

Drzwi z dolnej ogólnej sali były do wszystkich klas na rościeżotwarte.

Zdumiony byłem, gdy zaczęły się lekcje, jak wszyscy pilnieuważali, jak słuchali wykładów z nieruchomym wzrokiem.

— A przecież — mówił dyrektor — wielu z nich, żeby się niespóźnić, przychodzi tu prosto od roboty, nie wstępując do domu,żeby co przekąsić, i są głodni.

Tylko pomniejszym chłopcom, po jakiej pół godziny lekcji, zaczęły się oczy kleić, a kilku, którzy na dobre chrapnęlioparłszy głowy o ławkę, nauczyciel zbudził trącając ich piórem w ucho. Ale ci dorośli nie! Wszyscy słuchali lekcji z otwartymi ustami i żaden nie mrugnął nawet okiem. Okropnie byłośmiesznie patrzeć, jak ci wąsale i brodacze w naszych ławkachsiedzą.

Poszliśmy także na piętro, pobiegłem do drzwi naszej klasyi zobaczyłem, że na moim miejscu siedzi jakiś robotnik z okrutnymi wąsiskami, z obwiązaną ręką, którą pewno przy maszynieskaleczył, i powoli, powoli usiłuje pisać. Ale najbardziej podobałomi się to, kiedym na miejscu Mularczyka, w tej samej ławcei w tym samym rogu, zobaczył ojca jego, tego olbrzymiegomurarza, który tam siedział podparty łokciami, trzymając brodęna rękach, a oczy utkwiwszy w książce, tak zagłębiony w nauce, żenie tchnął prawie.

Nie był to prosty wypadek. Owszem, on sam przyszedłpierwszego zaraz wieczora do dyrektora i prosił:

— Niechże pan dyrektor będzie taki łaskaw na mnie, żebymmógł siedzieć na miejscu mego „zajęczego pyszczka”. — Bo on gotak zawsze nazywa.

Kiedyśmy nareszcie wyszli z ojcem, zobaczyliśmy, że naulicy dużo bardzo kobiet z dziećmi na ręku czeka mężów swoichi że zaraz w bramie następuje zamiana: ojciec bierze od matkidziecko, oddaje jej książki i kajety, i tak wracają do domu. Przezkilka chwil ulica pełna była ludzi i wrzawy ich głosów.

Po czym ucichło wszystko i zobaczyliśmy tyłko długą,znużoną postać dyrektora, jak się oddalał powoli.

Walka

5. niedziela

Można się było spodziewać tego.

Franti, wypędzony przez dyrektora, postanowił się zemścići zaczaiwszy się za węgłem czekał na Stardiego, który po wyjściuze szkoły wstępował zwykle na ulicę Wielkozłotą po siostrę i razemz nią tędy powracał. Widziała to moja siostra Sylwia i wystraszonaprzybiegła do domu.

I stało się tak: Franti, w swojej ceratowej czapce wsadzonej nabakier, pobiegł na palcach za Stardim i szukając zaczepki pociągnął z tyłu za warkocz siostrę jego tak silnie, że mało jej na wznaknie przewrócił. Dziewczynka krzyknęła, brat jej się odwrócił,Franti o wiele od Stardiego wyższy i silniejszy rzekł:

— Albo nie piśniesz, albo cię zamaluję.

Stardi nie myślał długo i choć tak mały i gruby, rzucił się natego dryblasa i zaczął walić pięścią, gdzie popadło. Niewiele mujednak mógł zrobić, bo Franti chwycił go za oba ramiona. Na ulicybyły tylko dzieciaki i nikt nie mógł bijących się rozdzielić.

Cisnął teraz Franti o ziemię Stardiego, ten zerwał się w mig,ale znów runął, a Franti walił w niego jak w kłodę. W jednej chwilirozerwał mu ucho, podbił oko i trzasnął pięścią w twarz tak, żebiednemu chłopcu krew z nosa poszła. Ale Stardi twardy!Zaryczał tylko:

— Zabijesz mnie, ale ja ci zapłacę!

I oto Franti buch o ziemię, a Stardi na nim, kopie go, łbembodzie jak baran, a kuje po nim pięścią, jakby młotem.

Jakaś kobieta woła z okna:

— Brawo, mały!

A inne:

— On broni swojej siostry.

A jeszcze inne:

— Bij! Nie daruj! A zdzielże go tęgo!

A do Frantiego:

— Na mniejszych się rzuca! Tchórz! Podły!

A wtem Franti się zerwał, podstawił nogę, Stardi padł, a tendopieroż po nim!

— Poddaj się!

— Nie poddam!

— Poddaj się!

— Nie!

W mgnieniu oka Stardi się zerwał, chwycił Frantiego wpół,przegiął go z szalonym wysiłkiem i wściekle o bruk cisnąwszy, padłmu jednym kolanem na piersi.

— O nikczemnik, ma nóż! — krzyknął jakiś człowiek nadbiegając, aby rozbroić Frantiego. Ale już Stardi chwycił niegodziwca obu rękami za ramię i tak go ugryzł w zaciśniętą pięść, że nóżmu z niej wypadł, a krew broczyć zaczęła.

Teraz dopiero nadbiegli inni, rozerwali ich, podnieśli; Frantipowlókł się poturbowany, na czworakach prawie, a Stardi zostałna placu bitwy, podrapany srodze na twarzy, z okiem podbitym,ale zwycięski, obok płaczącej siostry, wpośród chłopców, którzyzbierali rozrzucone po ulicy książki i kajety.

— Dzielny malec! — odzywały się dokoła głosy kobiet. — Nie dał ukrzywdzić siostry! Obronił!...

Ale Stardi, który się bardziej troszczył o swój tornister niźli ozwycięstwo, zaraz zaczął po jednemu oglądać najpierw książki, potem kajety, czy nie brakuje czego, czy wszystko w całości, powycierał rękawem, obejrzał piórnik, każdą rzecz na swoim miejscu ułożył, po czym spokojny i poważny jak zwykle rzekł do swojej siostry:

— Pójdźmy prędko, bo mam robić zadanie na wszystkiecztery działania.

Rodzice uczniów

6. poniedziałek

Dzisiaj rano przyszedł po syna ten gruby Stardi, ojciec, bo siębał, żeby chłopak znowu nie spotkał się z Frantim. Ale Franti,powiadają, że się już nie pokaże w tej ulicy, bo by go chyba do kozyzaraz wzięli. Bardzo dużo rodziców przyszło dziś przed szkołę, botaka się niespokojność przez tę wczorajszą bójkę zrobiła. Był teżmiędzy innymi ten handlarz drzewem, ojciec Corettiego, wykapany portret swego syna! Tak samo zwinny, wesoły, tyle tylko, że maspiczaste wąsiki i dwukolorową wstążeczkę w dziurce od guzika.Ja już prawie wszystkich tych rodziców znam, co po uczniówprzychodzą. Czasem to nie rodzice nawet. Bo na przykład jestjedna babusia, zupełnie pochyła, w białym, wielkim czepcu, któraczy śnieg, czy burza przychodzi cztery razy dziennie odprowadzając swojego wnuczka z pierwszej wstępnej i zdejmuje mu płaszczyk, to znowu nakłada, wiąże mu krawatkę, otrzepuje go, muska,ogląda kajety. To zaraz widać, że ona tylko tym chłopakiem żyje,że o nim tylko myśli i że nie widzi nic na świecie poza nim.Przychodzi także czasem kapitan artylerii, ojciec Robettiego, tegoo kulach, co to uratował dziecko od przejechania, a kto tylkoz kolegów przejdzie koło kaleki, to każdy się uśmiechnie mile ałbogo pogłaska, żeby mu weselej było na świecie, toteż kapitan takżealbo się każdemu odkłoni, albo go popieści. Nie było przypadku,żeby pominął kogo. Do wszystkich się schyla, wita albo żegna,a im który biedniejszy i w gorszej odzieży, tym bardziej zdaje sięuradowany i tym mu więcej dziękuje.

Ale i smutne rzeczy widzi się tam czasem. Na przykład jedenpan, co już od miesiąca nie przychodził do szkoły, bo mu synek, cobył uczniem, umarł, przyszedł znowu z drugim, młodszym,pierwszy raz po tej stracie. Więc kiedy tę klasę zobaczył i tychkolegów swego syna, który już nie żyje, poszedł do kąta i wybuchnął płaczem zakrywszy twarz obu rękami, aż go dyrektor wziąłpod ramię i do swojej kancelarii zaprowadził.

Są także ojcowie i matki, którzy znają po imieniu wszystkichkolegów swoich synów.

Nieraz też przychodzą po braci dziewczynki z pobliskiejszkoły, a także uczniowie z gimnazjum.

Jest także jeden pan, już stary, który gdy widzi, że jakiś malecupuścił na ulicy pióro albo kajet, to zaraz mu podnosi. A przecieżbył pułkownikiem!

Zdarza się też widzieć pięknie ubrane panie, jak gawędząprzed szkołą z prostymi kobietami w chusteczkach na głowiei z koszykiem w ręku.

Jedna mówi:

— Ach, jakie też trudne było dziś zadanie!

A druga:

— A ta gramatyka! Jezus Maria, myślałam, że się ten chłopakdo świtu będzie uczył.

Kiedy który z uczniów zachoruje, zaraz wszystkie o nimwiedzą, a jak wyzdrowieje, to wszystkie się cieszą. Właśnie dzisiajz osiem albo z dziesięć otoczyło zieleniarkę, matkę Crossiego,dowiadując się o zdrowie jednego malca, kolegi mego brataz wstępnej, którego rodzice mieszkają w tym samym co i onapodwórzu, a który jest ciężko chory.

Naprawdę się zdaje, że szkoła to wszystkich równa i wszystkich zaprzyjaźnia z sobą!

Numer 78

8. środa

Widziałem wczoraj wzruszającą scenę.

Już od pewnego czasu można było zauważyć, że ta biednazieleniarka, przechodząc koło Derossiego, wpatrywała się w niegoz głęboką wdzięcznością. Bo też Derossi, po tym odkryciutajemnicy kałamarza i więźnia nr 78, szczególną życzliwościąotacza syna jego, tego małego Crossi, co to ma włosy rudei zmartwiałą rękę. Pomaga mu odrabiać lekcje w szkole, podpowiada, jak się Crossi zatnie, daje mu papier, pióra, ołówki,zupełnie jakby to był brat. A to wszystko dlatego, żeby muwynagrodzić za te nieszczęścia ojca, których się niechcący dowiedział, a o których syn nic nie wie.

Więc już ta matka tak na Derossiego patrzyła, tak patrzyła,jakby mu własne oczy oddać chciała, za tę życzliwość dla dziecka,bo to dobra kobieta i żyje tylko dla syna, a ten Derossi, który sięnim opiekuje, który go wyróżnia, Derossi, panicz, pierwszy uczeńw klasie, wydaje jej się królewiczem z bajki i ma go sobie zaświętego prawie. Wybornie widziałem, że od dni kilku zieleniarkatak na Derossiego patrzy, jakby mu coś powiedzieć chciała, a tylkosię wstydzi. Aż wczoraj z rana odważyła się jakoś, zatrzymała gowe drzwiach i rzekła:

— Niech się panicz nie gniewa, proszę, bo panicz taki dobrydla mojego chłopca, i niech panicz będzie łaskaw przyjąć tę drobnąpamiątkę od ubogiej matki.

I wyciągnęła z koszyka z jarzynami szkatułeczkę z białej,wyzłacanej tektury.

Derossi zaczerwienił się cały, cofnął krokiem i rzekł rezolutnie:

— Niech to pani da synowi. Ja nie przyjmę. Dziękuję!

Kobieta zafrasowała się strasznie i przepraszała zmieszanymgłosem:

— Nie chciałam panicza obrazić... To tyłko trochę karmelków...

Ale Derossi potrząsnął tylko głową, że nie przyjmie.

A wtedy z wielką nieśmiałością wyjęła z koszyka pęczekróżowych rzodkiewek i rzekła:

— Niechże chociaż paniczek te rzodkiewki weźmie, świeżuteńkie, i mamie zaniesie.

Derossi uśmiechnął się na to.

— Nie! Bardzo dziękuję, ale nic nie chcę. Zrobię, co będęmógł dla syna pani, bo jest moim kolegą i poczciwym chłopcem,ale nic nie przyjmę. Dziękuję!

— Ale... przecież się paniczyk nie obraził na mnie? — zapytała trwożliwie kobieta.

— Nie, nie! — powtórzył z uśmiechem Derossi i odszedł,a zieleniarka aż w ręce klasnęła.

— Ale cóż to za dobre dziecko takie! A cóż za kochane!Jeszczem też takiego w życiu nie widziała.

No i tak się skończyło tymczasem. Ale o czwartej zamiastmatki przyszedł po Crossiego ojciec, z tą swoją bladą, smutnątwarzą. Zatrzymał u wyjścia Derossiego, a ze sposobu, w jakiw niego patrzył, poznałem od razu, iż domyśla się, że Derossiodgadł jego tajemnicę.

Więc patrząc tak, rzekł smutnym i wzruszonym głosem:

— Panicz jest bardzo dobry dla mojego dziecka... Dlaczego panicz jest dla niego taki dobry?

Derossi stanął w ogniu cały, tak się zaczerwienił. Widać było,że chciałby po prostu powiedzieć szczerze:

„Bo jest nieszczęśliwy. Bo i wy, ojciec jego, byliście więcejnieszczęśliwi niżeli winni i odpokutowaliście szlachetnie winęswoją, bo macie dobre serce...”

Ale, choć to wszystko można było wyczytać na jego twarzy,brakło mu odwagi, żeby wypowiedzieć w słowach; czuł przy tymjak gdyby jakąś trwogę, jakiś wstręt wobec człowieka, któryprzelał krew bliźniego i sześć lat przesiedział w więzieniu. A tenbiedak, jak gdyby odgadł wszystko, pochylił się do ucha Derossiemu i półgłosem rzekł:

— Panicz jest życzliwy dla dziecka, ale nie pogardza i ojcem... Nieprawdaż?

A Derossi z wybuchem uczucia:

— Nie! O, nie! Całkiem przeciwnie...

A wtedy ten blady, smutny człowiek uczynił nagły ruch,jakby chciał Derossiego objąć za szyję. Ale nie śmiał widaći dotknąwszy tylko jego ślicznych jasnych włosów, poniósł potemrękę swoją do ust i ucałował ją patrząc na chłopca mokrymi od łezoczyna, jakby mu powiedzieć chciał, że to dla niego jest tenpocałunek.

Po czym wziął syna za rękę i odszedł szybkim krokiem.

Mały umarły

13. poniedziałek

Ten chłopczyk, kolega mego brata z wstępnej, ten, co tomieszkał w tym samym korytarzu co i zieleniarka, umarł. PannaDelcati, moja dawna nauczycielka, przyszła powiedzieć o tymnauczycielowi w sobotę po południu, a Garrone i Coretti oświadczyli zaraz, że pomogą trumnę nieść.

Był to bardzo pilny chłopczyna; w przeszłym tygodniu jeszcze dostał medal; i dobry bardzo; ogromnie mego brata lubiłi podarował mu raz skarbonkę. Moja matka zawsze go pieściłaspotkawszy. Nosił czerwoną sukienną czapeczkę, w której wyglądał jak czerwony grzybek.

Ojciec jego jest tragarzem na kolei.

Wczoraj, w niedzielę, o wpół do piątej po południu, poszliśmy tam do nich do domu, żeby go odprowadzić do kościoła.Mieszkają na parterze. W podwórzu zastaliśmy już dużo chłopców z wstępnej wyższego oddziału z matkami. Trzymali palące sięświece. Było także pięciu czy sześciu nauczycieli i kilku sąsiadów.

Panna Delcati i ta młodsza nauczycielka z czerwonym piórembyły już wewnątrz mieszkania, a widzieliśmy przez okno, jaktam płakały. Matka chłopczyka też głośno szlochała. Dwie panie,pewno matki kolegów jego szkolnych, przyniosły dwa wieńcekwiatów. O samej piątej pochód ruszył do kościoła.

Najpierw szedł chłopiec z krzyżem w ręku, potem ksiądz,potem trumna. Taka mała, taka maluśka trumienka! Biednedziecko! I była przykryta czarnym suknem, a wieńce kwiatów, cote panie przyniosły, opasywały ją wkoło. Na suknie czarnymprzypięty był medal i trzy pochwały, które sobie chłopczyna przezten rok wysłużył. Trumnę nieśli: Garrone, Coretti i dwóch jeszczechłopców z tej samej sieni. Za trumną szła najpierw panna Delcatii tak płakała, jakby to małe niebożątko było jej własne. Za nią szlinauczyciele, a za nauczycielami wstępniaki, koledzy; niektórzy,zupełnie mali jeszcze, nieśli bukieciki fiołków, patrząc z osłupieniem na trumnę, a matki prowadziły ich za ręce, trzymajączapalone świece. Jeden z malców spytał:

— To on teraz nie przyjdzie do szkoły?

Kiedy trumnę wynieśli z sieni, dał się słyszeć z okna krzykrozpaczliwy matki małego nieboszczątka, ale ją zaraz wprowadzilina powrót do mieszkania. Wyszedłszy na ulicę spotkaliśmyidących we dwa rzędy uczniów z jakiegoś kolegium, którzy, jaktylko zobaczyli trumnę z medalem, nauczycielki i nauczycieli,zaraz odkryli głowy.

Biedne maleństwo! Idzie już spać na zawsze ze swoimmedalem! Nie zobaczymy już nigdy jego czerwonej czapeczki!

Był zdrów i we cztery dni już go nie ma. Ostatniego dnia,powiadała matka, jeszcze chciał wstać i uczyć się zadanych przedchorobą słówek... A medal to musieli mu na łóżeczku położyć, bosię bał, że mu kto zabierze.

Nikt ci go już nie zabierze, biedny chłopcze. Żegnaj nam! Śpijz Bogiem! Będziemy cię wspominać zawsze w naszej szkole. Śpijw spokoju, dziecko!

Wigilia 14 marca

Dziś był weselszy dzień od wczorajszego. Trzynasty marca!Wigilia rozdawania nagród w teatrze Wiktora Emanuela; doroczna uroczystość, wielkie, piękne święto! Tym razem nie poniosąświadectw na scenę chłopcy, wzięci na chybił trafił z tej albo z tejszkoły, żeby je przedstawić panom mającym rozdać nagrody.Wcale nie!

Dyrektor przyszedł dziś na „finis” i powiedział tak:

— Chłopcy, przynoszę wam piękną wiadomość!

Potem zawołał:

— Coraci! Kalabryjczyk!

Kalabryjczyk podniósł się w ławce.

— Czy chcesz należeć do tych, którzy jutro poniosą świadectwa do nagród, żeby je władzy przedstawić w teatrze?

Kalabryjczyk odpowiedział, że chce.

— Dobrze! — dyrektor na to. — Tym sposobem będzietakże i reprezentant Kalabrii. A będzie to piękna rzecz! Municypium postanowiło, żeby dziesięciu albo dwunastu chłopcówpochodzących z różnych części Włoch, a należących do różnychoddziałów szkolnych, przedstawiło władzom świadectwa do nagród.

Mamy dwadzieścia oddziałów takich i pięć pomocniczychoddziałów i mamy sześć tysięcy uczniów. W tak znacznej liczbiez łatwością przyjdzie znaleźć chłopca z każdej prowincji kraju.W sekcji Torquata Tassa jest dwóch przedstawicieli wysp naszych: jeden Sycylijczyk i jeden Sardyńczyk. W szkole „Boncom pagni” jest mały Florentczyk, synek snycerza; w szkole „Tomasseo” jest mały Rzymianin, z Rzymu rodem; paru Wenecjan,Lombardczyków, Romaniolów znajdziemy również; Neapolitańczyk jest w szkole „Monviso”, synek urzędnika; a my, z naszejszkoły, damy Genueńczyka i Kalabryjczyka — ciebie, Coraci!Dodawszy Piemontczyka będziemy mieli dwunastu. Nieprawdaż,jak pięknie to będzie? Zbiorą się tedy wasi bracia ze wszystkichczęści kraju, aby wam rozdzielić nagrody. Tak, jakby je wamdawały Włochy całe.

Uważajcie sobie: Ukażą się na scenie wszyscy dwunastu.Przyjmijcie ich głośnym oklaskiem. Dzieci to wprawdzie, aleprzedstawiać będą kraj swój jak dorośli ludzie. Wszak i małatrójkolorowa chorągiewka tak samo jest symbolem Włoch, jakduża chorągiew. Nieprawdaż? Powitajcie więc ich gorącym aplauzem. Dajcie dowód, że i wasze małe, dziesięcioletnie sercaczują zapał, że i wasze dusze unoszą się na widok świętego obrazuojczyzny!

To powiedziawszy dyrektor wyszedł, a nauczyciel uśmiechnął się i rzekł:

— A więc, Coraci, zostałeś deputowanym z Kalabrii!

A my dalej śmiać się i klaskać!

I teraz wyszedłszy na ulicę wzięliśmy go za nogi i podnieśliw triumfie, wołając:

— Wiwat deputowany z Kalabrii! Wiwat!

Ma się rozumieć, że to był żart, ale bynajmniej nie dlaośmieszenia, owszem, żeby go uczcić serdecznie, bo tego chłopcawszyscy lubią bardzo. Więc my go tak niesiem i krzyczym, a on sięuśmiecha tylko, a tu na rogu ulicy widzimy pana z czarną brodą,który też się śmieje.

Tak Kalabryjczyk:

— To mój ojciec! Puszczajcie!

A my nic! Maszerujemy precz i dopiero kiedyśmy już się natego pana natknęli, oddaliśmy mu syna w ręce i rozbiegli się,każdy w swoją stronę.

Rozdanie nagród

14. marca

Około drugiej wielki teatr był zapchany ludźmi. Parter,galeria, loże, balkon — wszystko pełne. Tylko że się w oczachmigały te tysiące twarzy, ci uczniowie, te panie, ci nauczyciele, tekobiety z ludu, te dzieci; taki był ruch głów i rąk, taki szum piór,wstążek, jedwabi, taki szmer przeciągły, uroczysty, że aż się cośw sercu działo!

Cały teatr był obwieszony trójkolorowymi draperiami, czerwono, biało i zielono. Z obu stron parteru zrobiono po kilkastopni; z jednej strony mieli uczniowie po nagrody na scenęwchodzić, a z drugiej schodzić dostawszy już nagrody. Na fronciesceny był rząd czerwonych foteli, a na oparciu środkowego wisiałwieniec z wawrzynu; całą zaś głębię sceny ozdabiało mnóstwochorągwi, a po jednej stronie stół pięknie nakryty, na którymleżały nagrody, trójkolorowymi wstążkami związane. Orkiestrastała poniżej sceny jak zwykle w teatrze; nauczyciele i nauczycielkizapełniali już z połowę pierwszej galerii, która była przeznaczonadla nich; ławki i przejścia w orkiestrze zajmowała może setkachłopców, którzy mieli śpiewać chórem i już trzymali w rękachrozwinięte nuty; a jeszcze tu, to tam przechodzili nauczycielei nauczycielki ustawiając rzędem tych, co mieli brać nagrody,a matki poprawiały im włosy i krawatki.

Ledwom wszedł z rodzicami do loży, zarazem zobaczyłw loży przeciwległej tę małą nauczycielkę z czerwonym piórem,która się śmiała, ukazując śliczne dołeczki w okrągłej twarzyczce,a z nią nauczycielkę mego brata i tę, co ją nazywają „zakonnicą”,ubraną zupełnie czarno, i moją drugą nauczycielkę z wyższegooddziału pierwszej; była tak blada i kaszlała tak głośno, że jąz jednego końca sali w drugim było słychać.

W parterze zobaczyłem zaraz tę kochaną facjatę Garronegoi małą blond główkę Nelliego, który stał przytulony do jegoramienia.

Nieco dalej spostrzegłem Garoffiego ze spiczastym nosemjastrzębia, który był silnie zajęty zbieraniem listy nagrodzonychi miał już w ręku sporą paczkę, którą pewnie będzie późniejhandlował. Ano, zobaczymy to jutro.

Tuż przy drzwiach stał przekupień drzewa ze swoją żoną,oboje wystrojeni od święta, a przy nich syn, który ma dostaćtrzecią nagrodę z drugiej klasy. Osłupiałem, nie widząc jegozwykłej czapeczki z kociej sierści ani brązowej kurtki. Wyelegantowany był jak jaki panicz.

W jednej z galerii ujrzałem przelotem Vatiniego, w wielkim koronkowym kołnierzu, ale mi zaraz zniknął gdzieś sprzedoczu.

Na proscenium, pełnym publiczności, stał kapitan artylerii,ojciec Robettiego, tego, co to o kulach chodzi, co wyratował odśmierci wstępniaka.

Równo z uderzeniem drugiej godziny orkiestra poczęła grać,a jednocześnie przez schodki z prawej strony wszedł na scenę pansyndyk, pan prefekt, pan asesor, pan inspektor i wielu innychpanów, ubranych czarno, którzy zasiadali na owych czerwonychfotelach. Nagle orkiestra urwała, a nauczyciel szkoły śpiewuzbliżył się z laseczką w ręku. Na jego znak wszyscy chłopcysiedzący w ławkach orkiestry powstali i zaczęli śpiewać chórem.Ach, jak to było prześlicznie! Wszyscy słuchali nieruchomie jakzaczarowani. Bo to był taki słodki, czysty, powolny śpiew, jakgdyby w kościele albo w raju... Gdy umilkł, zagrzmiały oklaski,a potem zrobiło się cicho. Miało się zacząć rozdawanie nagród. Jużstał na scenie mój mały nauczyciel z drugiej, ten z rudą głowąi bystrymi oczyma, bo to on właśnie miał czytać nazwiskanagrodzonych. Czekano tylko przybycia tych dwunastu chłopców, którzy mieli przedstawiać świadectwa.

Dzienniki zapowiedziały, że chłopcy wybrani zostali zewszystkich części Włoch. Publiczność wiedziała o tym i wyglądałaich przyjścia, patrząc ciekawie w drzwi boczne, którymi wejśćmieli. Pan syndyk, inni panowie milczeli i cały teatr milczał w tymoczekiwaniu...

Naraz wbiegli aż na proscenium samo i stanęli rzędem,wszyscy dwunastu z uśmiechem radości i dumy. Cały teatr, trzytysiące ludu zerwało się z miejsc, wybuchając grzmotem oklaskówjak burza.

Chłopcy stali przez chwilę zupełnie oszołomieni.

— Oto Włochy! — zawołał jakiś głos donośny z loży.

Ludzie byli bardzo wzruszeni, a choć nie było smutno, jakośsię płakać chciało. Poznałem zaraz Coraciego, naszego Kalabryjczyka; był czarno ubrany jak zawsze.

Jeden pan z municypium, który był z nami, a znał wszystkich,pokazywał ich po jednemu mojej matce.

— Ten mały blondynek jest przedstawicielem Wenecji.Rzymianin to ten wysoki, kędzierzawy.

Ze trzech może było paniczyków między nimi, a reszta dziecirobotników. Ależ ślicznie wyglądali w swych ludowych strojach!Florentczyk, najmniejszy ze wszystkich, był przepasany wpółbłękitną szarfą.

I zaraz poczęli przed panem syndykiem z paradą iść, a onkażdego z nich całował w czoło; podczas gdy pan, co przy nimsiedział, mówił mu z uśmiechem, z jakiego miasta który:

— Florencja, Neapol, Bolonia, Palermo...

A co który przeszedł, to mu cały teatr oklaski walił, ażgrzmiało. Po tej paradzie przed panem syndykiem pobiegliwszyscy do stolika po leżące na nim świadectwa; nauczyciel zacząłodczytywać z listy imiona szkół, klas oraz nazwiska nagrodzonych, którzy zaczęli wstępować na scenę równym, wolnymkrokiem.

Zaledwie wstąpili pierwsi, kiedy za sceną odezwała się cichamuzyka samych skrzypiec. Przez cały czas rozdawania nagródtrwała ich słodka, jednostajna pieśń, zupełnie jakby szmer wielułagodnych głosów; głosów matek, nauczycieli i nauczycielekcieszących się razem z nagrodzonymi chłopcami.

A chłopcy, wywoływani z listy, zbliżali się jeden po drugimdo siedzących panów, którzy im podawali nagrody głaszcząc ichgłowy i mile przemawiając do nich. A pokazał się który maluśki, tozaraz ci najmniejsi w galeriach i w parterze klaskali w ręce;niemało też osób klaskało tym, którzy byli biednie odziani albomieli długie, wijące się w puklach po ramionach włosy, alboubrania w narodowych barwach.

A te wstępniaki! Wgramoliło się to na scenę, stanęło i niewiedziało, co ze sobą zrobić i gdzie się obrócić. To cały teatr pękałod śmiechu! Aż jeden, może na łokieć wysoki, z wielką różowąkokardą na plecach, ledwo się wdrapawszy na schodki zaplątał sięw dywan i bęc, leży! Skoczył pan prefekt, podniósł go, postawił nanogi, a wszyscy się śmieją i klaszczą, że taki bohater po nagrodęidzie...

Któryś tam znowu, przyciskając nagrodę obu rękami, pośliznął się przy zejściu na schodach i spadł.

Panie krzyknęły, ale nic mu się nie stało i choć parę kozłówwywrócił, nagrody nie puścił!

Różni tam byli pomiędzy nimi, można się było napatrzeć!Były twarzyczki poważne, były wystraszone, były czerwone jakwisienki, a były też i błazenki małe, które się wszystkim tympanom prosto w oczy śmiały, a ledwie zeszły ze sceny, zaraz jechwytały matki na ręce i zabierały z sobą do domu.

A dopiero jak przyszła na naszą szkołę kolej! No, z tychbardzo wielu znałem. Szedł Coretti w nowym ubraniu od stóp dogłów, z tym pięknym, rześkim uśmiechem, który mu odsłaniarzędy białych zębów. Nikt by się nie domyślał, ile on dziś jużcentarów drzewa przydźwigał od rana! Pan syndyk, dając muatestat zapytał, co znaczy ten czerwony znak, który ma na czole,i trzymał na ramieniu rękę. Poszukałem oczyma na parterzerodziców jego: śmiali się oboje, zakrywając usta dłonią.

Potem szedł Derossi, cały niebiesko ubrany, w błyszczącychbucikach, z tymi złotymi kędziorami, szczupły, zgrabny, z podniesionym czołem, tak piękny, tak ujmujący, że rad bym go byłuściskał! Wszyscy też ci panowie w fotelach ściskali go za rękęi każdy mu coś miłego powiedział.

Wtem rudy nauczyciel zawołał:

— Juliusz Robetti!

I oto ukazał się kaleka nasz drogi na szczudłach... Wszyscy uczniowie szkół naszego miasta wiedzieli o jego przypadku. W mgnieniu oka przebiegł szept między publicznością. I rozległy się oklaski jak teatr długi i szeroki! Odokrzyków ściany drżały! Mężczyźni powstali z miejsc, paniepowiewały chusteczkami, a biedny chłopiec zatrzymał sięw pośrodku sceny, drżący i oszołomiony. Pan syndyk wstał,podprowadził go sam, a wręczywszy mu nagrodę, ucałowałw czoło. Potem myślałem, że ryknę płaczem — odczepiłten wianek z wawrzynu, który był nad fotelem jego, i zawiesił mu go na rączce od kuli. A że chłopiec drżał coraz silniej, odprowadził go sam do parterowej loży, gdzie stał ojciecjego, kapitan, a ten chwycił chłopca na ręce i posadził go przysobie w loży wśród nieopisanej burzy okrzyków: „Niech żyje!Niech żyje!”

Tymczasem ciągle jeszcze za sceną grały skrzypce swojącudną, słodką pieśń, a chłopcy szli i szli...

Szli ze szkoły „Consolata” (Pocieszenia), prawie wszyscysynowie kupców; szli ze szkoły „Vanchiglia”, synowie robotników; szli z „Boncompagni”, gdzie przeważnie oddają na naukędzieci swe wieśniacy; szli na koniec ze szkoły „Rayneri”, którabyła ostatnia.

Zaledwie przeszli, sześciuset chłopców w orkiestrze odśpiewało inną znowu pieśń prześliczną; potem przemawiał pansyndyk, potem pan asesor, który mowę swoją skończył zwróciwszy się do chłopców tak:

— Zanim opuścicie te mury, pokłońcie się z miłościąi czcią tym, którzy pracują nad wami; którzy wam poświęcająwszystkie siły i ciała, i ducha; którzy dla was żyją i umierają dlawas! Oto oni! — I skłoniwszy głowę, ukazał ruchem ręki galerięnauczycieli.

A wtedy chłopcy powskakiwali na ławki, na krzesła wyciągając ręce do nauczycieli i nauczycielek, wywoływali imionatych, co im najbliżsi i najmilsi byli, wydając okrzyki idące prostoz serca.

A w galerii zrobił się też ruch nieopisany. Nauczycielei nauczycielki odpowiadali uczniom także okrzykami wzruszonych głosów, a kapelusze, ręce, chusteczki, wszystko to chwiałosię w powietrzu ku chłopcom.

Za czym orkiestra jeszcze raz zagrała hymn narodowy,a publiczność raz jeszcze pozdrowiła grzmiącym oklaskiem dwunastu małych reprezentantów prowincji włoskich, którzy w prześlicznej grupie, ramionami i rękoma spleceni stali na proscenium,pod ulewą rzucanych im kwiatów.

Spór

20. poniedziałek

A przecież, nie! To nie przez zazdrość, że on dostał nagrodę,a ja nie, pokłóciłem się dziś rano z Corettim. Wcale nie przezzazdrość! Ale on zawinił. Nauczyciel posadził go przy mnie, a japisałem kaligrafię w moim nowym kajecie. Wtem trącił mniełokciem tak, że nie tylko zrobiłem okropnego żyda na kaligrafii, alejeszcze i na miesięcznym opowiadaniu, którem wziął do przepisania od chorego Mularczyka i podłożył sobie pod kajet. Powiedziałem mu naturalnie kilka słów z brzegu.

A on na to z uśmiechem:

— To nienaumyślnie!

Wiem dobrze, że nienaumyślnie; znam go przecież, ale mnieto rozgniewało, że się uśmiecha, i zaraz pomyślałem sobie:

„Dostałeś, ptaszku, nagrodę, to zaraz się puszysz!” — I ażwszystko zatrzęsło się we mnie.

Niedługo też myśląc, jak go nie wyrżnę łokciem, tak zamazałsobie rękawem całą zapisaną stronę.

Zaczerwienił się ze złości i krzyknął:

— Ale ty — umyślnie! — I podniósł rękę.

Nauczyciel zobaczył i powstrzymał go. Siadł, ale mi szepnął:

— Czekać cię będę przed szkołą.

A mnie złość już ominęła, było mi żal i wstyd. „Nie— myślałem — Coretti z pewnością nie chciał mi się spsocić! Ondobry!” I zaraz mi się przypomniało, jakem go to widział w jegodomu, jak pracował, jak posługiwał chorej matce, a potemjakeśmy go przyjmowali, kiedy mnie odwiedził, i jak się ojcumojemu podobał. Dałbym nie wiem co, żeby się to wszystkoodstało! Żebym nie był tak paskudnie względem niego postąpił!A jeszcze i to przypomniałem sobie, co mi radził ojciec!

„Zawinisz — proś o przebaczenie!”

Ale coś mnie wstrzymywało jednak. Było mi wstyd przyznaćsię, przepraszać. Patrzyłem więc na niego spod oka i widziałem, żema kurtkę rozdartą na plecach, może właśnie od noszenia drzewa,i uczułem, że go bardzo lubię, i mówiłem sam do siebie. „Co tam,przeproszę go!” A jednak to małe słówko „przepraszam” uwięzłomi w gardle. On zaś spoglądał na mnie z ukosa od czasu do czasui zdawał się być więcej zmartwiony niźli rozgniewany. A wtedy i japatrzyłem na niego z ukosa, bom chciał pokazać, że go się nie boję.

Wtedy powtórzył raz jeszcze:

— Zobaczymy się przed szkołą!

A ja:

— Zobaczymy się przed szkołą!

I znowu mi się przypomiało, co raz mówił ojciec:

„Jeśliś zawinił, broń się, ale nie uderzaj”.

I zaraz sobie postanowiłem.

„Będę się bronił, ale go nie uderzę”. — Ale tak byłem z siebienierad, tak smutny, żem nie słyszał wcale, co nauczyciel wykłada.

Aż przyszła chwila wyjścia.

Kiedym się znalazł na ulicy sam, spostrzegłem, że idzie zamną.

Zatrzymałem się i czekałem na niego z linią w ręku.

Podszedł — podniosłem linię.

A on:

— Nie, Henryku! — rzekł z tym swoim miłym, dobrymuśmiechem, biorąc mnie za rękę z linią. — Nie! Bądźmy przyjaciółmi po dawnemu!

Jakoś mi się głupio zrobiło na sercu i tak zupełnie, jakby mikto kuksa w plecy dał, rzuciłem mu się na szyję.

Ucałował mnie i rzekł:

— Nigdy już żadnych kłótni między mną a tobą! Prawda?

— Nigdy! Przenigdy! — odrzekłem.

I rozstaliśmy się uradowani, szczęśliwi.

Ale kiedym wrócił do domu i opowiedział ojcu wszystko, jakbyło, myśląc, że mu tym przyjemność sprawię, ojciec się zachmurzył i rzekł:

— Nie on, ale tyś był powinien pierwszy rękę do zgodypodać, boś ty zawinił!

A po chwili:

— Nie powinieneś się był ośmielić podnieść linii na kolegęlepszego od ciebie, na syna żołnierza!

I rozgniewany wyrwał mi linię z ręki, złamał ją na dwojei cisnął o ścianę.

Moja siostra

24. piątek

... Czemu ty, Henryku, już i tak rozgniewawszy ojcaswoim złym postępkiem względem Corettiego, i mniejeszcze dokuczyć chciałeś?

Nie uwierzysz, jaką mi zrobiłeś przykrość! Czy niewiesz, że jak byłeś malutki, całymi godzinami stałam przytwojej kołysce, zamiast się bawić z innymi dziećmi, a jakeśzachorował, wstawałam w nocy z mego łóżeczka, żebyzobaczyć, czy masz gorące czoło. I czy nie wiesz, obrażając siostrę, że gdyby nieszczęście najstraszniejszew dom nasz uderzyło, ja byłabym ci za matkę i tak bym cięjak matka kochała? Czy nie wiesz, że gdy nam jużzabraknie i ojca, i matki, najlepszą twoją przyjaciółką jabędę? Jedyna, z którą będziesz mógł mówić o naszychdrogich umarłych i o dzieciństwie swoim i która — gdybytrzeba było — pracowałaby dla ciebie, Henryku, żebyśmiał co jeść i mógł się uczyć. Czy nie wiesz, że cię kochaćbędę zawsze, choć już będziesz duży, że myśl moja pójdzieza tobą, gdy będziesz daleko, że ci zawsze będę wiernąsercem, bośmy razem w jednym gnieździe wzrośli?

O, Henryku, bądź pewien, że gdy już będzieszmężczyzną, a spotka cię nieszczęście i uczujesz się samotnywśród ludzi, bądź pewien, że będziesz mnie szukał i przyjdziesz do mnie, i powiesz:

„Sylwio, siostro, daj mi zostać z tobą, mówmy o tychczasach, kiedyśmy byli szczęśliwi. Mówmy o naszej matce,o naszym domu, o tych dniach dobrych, a takich dalekich!”

I będziemy o nich mówili, Henryku, i znajdzieszzawsze ramiona siostry otwarte!

Tak, mój drogi Henryku! Przebacz mi, że cię dzisiajtym wyrzutem zasmucam! Nie będę ci pamiętała żadnejwiny twojej i choćbyś mi powiedział znowu coś niemiłego— zapomnę!

Ty i tak pozostaniesz zawsze moim drogim bratemi o tym tylko pamiętać będę, żem cię niegdyś piastowała,kiedyś był malutki, żem razem z tobą kochała ojca i matkę,żem patrzyła na ciebie, jakeś rósł, i żem przez tyle lat byłanajwierniejszą towarzyszką twego życia.

Więc napisz mi teraz jakie dobre słowo na tym samymkajecie, a ja przeczytam je przed wieczorem jeszcze.

Tymczasem zaś, żeby ci dać dowód, że wcale się niegniewam, a także widząc cię zmęczonym, przepisałam zaciebie miesięczne opowiadanie „Krew romańska”, któremiałeś przepisać za chorego Mularczyka; znajdziesz jew lewej szufladzie twojego stolika. Pisałam je dziś w nocy,kiedyś spał. Napisz mi więc dobre słówko, mój Henrysiu,proszę!

Twoja siostra Sylwia.

... Nie jestem godzien rąk twych ucałować.

Henryk.

Krew romańska

Opowiadanie miesięczne

Tego wieczora dom Ferruccia cichszy był jeszcze niżelizazwyczaj. Ojciec jego, który utrzymywał mały sklepik z prowiantami, udał się po zakupy do Ford, matka poniosła tam także małąLudwisię do doktora, mającego jej operować chore oko, i ledwienazajutrz z rana powrócić mieli oboje.

Północ była już blisko. Posługująca we dnie kobieta odeszłajeszcze o zmroku. W domu pozostał tylko trzynastoletni Ferruccio i stara babka jego, na obie nogi sparaliżowana.

Ten dom to był właściwie — domek. Mały parterowy domekstojący tuż przy gościńcu na dobry strzał z fuzji od wioski, niezbytdalekiej od Forti, które jest miastem Romanii.

Za całe zaś sąsiedztwo miał on nie zamieszkaną ruderę, przeddwoma miesiącami zgorzałą, na której widać było jeszcze napis,,Oberża”.

Poza domkiem był mały ogródek otoczony żywopłotem, doktórego prowadziła niska, wiejska bramka; drzwi zaś sklepiku,będące drzwiami domu, wychodziły na gościniec prosto. Dokołazaś rozciągała się okolica pusta, szerokie pola uprawne zasadzonemorwą.

Wieczór był wietrzny, dżdżysty, północ dochodziła jużprawie.

Ani babka, ani Ferruccio nie spali jeszcze i siedzieli w jadalnej izbie, która była i kuchnią zarazem, przedzieloną od ogrodumałą stancyjką, zastawioną starymi gratami.

Ferruccio powrócił do domu ledwie o jedenastej po kilkugodzinnej wyprawie, a babka czekała na niego nie zmrużywszyoka, pełna niepokoju, przykuta do swego obszernego fotela, naktórym spędzała dnie całe, a często i kawał nocy, gdyż ciężkaduszność nie zawsze pozwalała jej w łóżku się położyć.

Deszcz wzmagał się, wiatr bił nim w małe szyby okien; nocstała się zupełnie czarna.

Ferruccio powrócił zmęczony, zabłocony, w podartej kurtcei z wielkim siniakiem na czole. Jak zazwyczaj, on i jego towarzyszeciskali na siebie kamieniami, najpierw dla zabawy, a potemprzyszło do bijatyki; co gorsza, przegrał wszystkie swoje groszaki,a czapkę zostawił gdzieś w rowie.

W kuchni oświetlonej tylko małą lampką stojącą w rogu stołu,tuż blisko fotela — nie było zbyt jasno: a przecież biedna babkadojrzała natychmiast, w jak nędznym stanie wnuk wraca, i częściąsama odgadła, częścią dobyła z niego szczegóły jego włóczęgi.Ogromnie babka kochała tego chłopca. Ile razy się z kim pobił,zawsze się spłakała. I teraz także tak było.

— Ach nie! — mówiła później po długim milczeniu. — Niemasz ty serca dla twej starej babki! Nie masz ty serca, kiedy w takisposób korzystasz z tego, że nie ma w domu ojca ani matki i takmnie ciężko zasmucasz! Przez cały prawie dzień zostawiłeś mniesamą. Bez żadnego współczucia jesteś dla kaleki! Strzeż się,Ferruccio. Na złą drogę wchodzisz! Na drogę, co cię możezaprowadzić do smutnego końca. Stara już jestem... Widziałamniejednego, co tak zaczynał jak ty, a bardzo źle kończył. Zaczynasię od wałęsania poza domem, od ciskania kamieniami, odprzegrywania groszy, a potem, powoli, powoli przechodzi się odkamieni do noża, od zabawy do hazardu, od gry do innychwystępków, do nadużyć aż i... do kradzieży!

Ferruccio stał i słuchał, o trzy kroki od fotelu babki, opartyo kredens, z głową spuszczoną, z namarszczonymi brwiami, całyjeszcze rozgrzany świeżo stoczoną bójką. Piękne jego kasztanowate włosy spadały mu na czoło, błękitne oczy były nieruchome.

— Od gry prosta do kradzieży droga! — powtórzyła babka,ocierając łzy ze starych oczu. — Pamiętaj, dziecko moje, o tym!Przypomnij sobie tę zakałę całej okolicy, tego Witka Mozzoni,który teraz po mieście się wałęsa, nie miał ci on dwudziestuczterech lat jeszcze, kiedy już dwa razy w więzieniu siedział; ażjego biedne matczysko przeżyć tego nie mogło i serce jej pękło...Znałam ją! A jakże! A ojciec to aż gdzieś za morze wywędrowałz tego wstydu i z tej desperacji! Pomyśl tylko o tym hultaju,którego ojciec twój pozdrawiać się wstydzi, choć go zna dobrze!Nie zobaczysz go inaczej, tylko w kompanii takich samych jak i onłotrzyków albo i gorszych jeszcze, aż do tego niechybnego dniai terminu, w którym na galery pójdzie! Otóż znam go od dziecka,patrzyłam na niego. I tak samo zaczynał, jako ty zaczynasz! Bacz,chłopcze, abyś nie doprowadził ojca i matki do tego, do czego ondoprowadził swoich rodziców.

Ferruccio milczał. Nie był to chłopiec zły. Przeciwnie,owszem. Całe też to jego urwisostwo wynikało raczej z nadmiarużycia, z dzikiej jakiejś fantazji, z odwagi nieokiełzanej — a nie zezłych skłonności. Czuł ojciec jego, że syn w głębi serca zdolny jestdo uczuć zacnych, a w danym razie do męskiego, szlachetnegoczynu, i nie hamował go zbytnio czekając, aż sam osądzi przekroczenia swoje. Jakoż był to chłopiec dobry, ale uparty, samowolny strasznie, a choć mu się serce ściskało od żalu, nigdy słowoprzyznania się do winy i prośby o przebaczenie przez usta mu nieprzeszło. Nieraz miał duszę pełną najtkliwszych wyrazów, aleduma i zaciętość trzymały je jakby na uwięzi.

Tymczasem staruszka widząc go tak milczącym znowuzaczęła wyrzekać:

— Ach, Ferruccio! Żebyś też choć jedno słówko żalu przemówił! Jedno słówko skruchy! Widzisz przecie moje ciężkiekalectwo i że mi już mało do śmierci brakuje! I ty masz sercezasmucać do łez matkę twojej matki, starą babkę twoją, dla którejdzień ostatni już bliski.

A jam cię kołysała, kiedyś był maleńki, i mówiłam zawsze: tobędzie moja pociecha! A teraz — śmierć mi przyspieszasz! Nie żalmi życia. Oddałabym chętnie resztę dni moich, byłeś był znowutak dobrym, tak posłusznym dzieckiem jak wówczas, kiedym cięzaprowadziła po raz pierwszy do kościoła, pamiętasz, Ferruccio,a tyś mi kwiateczków i trawy do kieszeni nakładł, a jam cięśpiącego do domu na ręku przyniosła. Wtedy kochałeś jeszczeswoją babkę. A teraz, kiedy mi to kalectwo nogi odjęło, kiedy mitak przywiązania twego trzeba jak właśnie powietrza do oddechu,kiedy już nikogo nie mam na ziemi, przez pół nieżywa... teraz...Boże mój!

Już, już miał się Ferruccio rzucić do kolan babki, tak gozwyciężyło wzruszenie, kiedy wtem wydało mu się, że słyszy jakiśszmer w owej zastawionej rupieciami stancyjce, która wychodziłana ogród. Nie mógł jednak pomiarkować, czy to okiennicą wiatrporusza, czy też co innego.

Nadstawił ucha...

Deszcz ustawał. Szmer się powtórzył. Babka go słyszałanawet.

— Co to? — spytała zaniepokojona.

— To deszcz — zamruczał chłopak.

— A więc jakże, Ferruccio — przemówiła po chwili ocierającłzy — przyrzekasz mi, że będziesz dobry? Że już te stare oczy niebędą przez ciebie płakały?

Wtem nowy szmer dał się słyszeć.

— To nie deszcz chyba?!... — zawołała staruszka blednąc. — Idź no i zobacz!

Natychmiast jednak chwyciła go za rękę.

— Nie! Nie! Zostań tutaj...

I zostali tak wstrzymując oddech. Ale nie było słychać nic,tylko krople spadającej wody.

Wtem dreszcz przeszył serce obojga. I babce, i wnukowiwydało się, że podłoga w stancyjce skrzypnęła pod czyimiśkrokami.

— Kto tam? — zapytał chłopiec z trudnością odzyskującoddech.

Nikt nie odpowiedział.

— Kto tam? — powtórzył Ferruccio na wpół zmartwiałyz przestrachu.

Zaledwie wszakże słowa te wymówił, kiedy oboje z babkąwydali okrzyk przerażenia. Dwóch ludzi wpadło do izby, jedenpochwycił chłopca i usta mu ręką zatknął, drugi zaś gardłostaruszce zacisnął. Pierwszy rzekł:

— Ani piśnij, jeśli ci życie miłe!

A drugi:

— Milcz! — i podniósł nóż nad kaleką.

Jeden i drugi mieli twarze obwiązane ciemnymi chustkami,że tylko oczy błyszczały złowrogo.

Przez chwilę słychać było tylko przyśpieszony oddechwszystkich czworga, zmieszany ze szmerem słabnącego deszczu. Staruszka dyszała chrapliwie, oczy jej były wysadzonez głowy.

Wtem złoczyńca trzymający chłopca zaszeptał mu do ucha:

— Gdzie ojciec pieniądze chowa?

Chłopiec szczękając zębami odpowiedział cicho:

— Tam... w skrzyni...

— Pójdź, prowadź — rzekł człowiek.

I powlókł go do stancyjki, trzymając mu rękę na gardle.

W stancyjce stała ślepa latarka na podłodze.

— Gdzie skrzynia? — zapytał.

Chłopiec pokazał skrzynię. Wtedy, żeby być pewnym chłopca, rabuś rzucił go na klęczki przed skrzynią, ścisnął mu kolanamiszyję, tak że gdyby krzyknął, mógłby być zduszony, i trzymającnóż w zębach, a latarkę w jednej ręce, wydobył drugą z kieszenizakrzywione żelazo, podważył zamek, zakręcił, wyłamał, oderwałwieko, zaczął gwałtownie wszystko przewracać, naładował kieszenie, skrzynię zatrzasnął, a ścisnąwszy znów chłopca za gardło,powlókł go tam, gdzie drugi trzymał w garści staruszkę na wpółzduszoną, z twarzą posiniałą i otwartymi ustami.

— Znalezione? — zapytał z cicha.

— Znalezione! — odrzekł tak samo towarzysz. I zaraz dodał:

— Pilnuj teraz wyjścia.

Puścił na to zbój staruszkę i pobiegł do drzwi do ogrodu,nasłuchując, czy nikt nie nadchodzi, po chwili cichym, podobnymdo gwizdnięcia głosem zawołał ze stancyjki:

— Pójdź!

Wtedy ów, który jeszcze trzymał chłopca, pokazał munóż, potrząsnął nim przed staruszką, z wolna otwierającą oczy,i rzekł:

— Jeżeli które piśnie, wrócę i zabiję! — I patrzył na obojestrasznymi oczyma.

W tej chwili wszakże dało się na gościńcu słyszeć śpiewaniewielu głosów.

Rabuś zwrócił się gwałtownie ku drzwiom, a w ruchu tymchustka opadła mu z twarzy.

— Mozzoni! — krzyknęła babka.

— A przeklęta! — ryknął poznany złoczyńca. — Musiszumrzeć!

I rzucił się z podniesionym nożem do staruszki, która opadłazemdlona.

Zbój cios wymierzył.

Zanim jednak ostrze noża jej dotknęło, Ferruccio krzyknąłprzeraźliwie i błyskawicznym rzutem zasłonił babkę swym ciałem.

Morderca umknął potrąciwszy stół, tak że lampka spadłai zgasła.

Chłopiec osunął się z wolna z łona babki, upadł na klęczkii tak pozostał, z rękoma obejmującymi ją wpół, z głową o jej kolanaopartą.

Przeszło chwil kilka. Ciemność zalegała izbę. Śpiew idącychwieśniaków rozpłynął się z wolna po dalekich polach. Staruszkazbudziła się z omdlenia.

— Ferruccio! — zawołała ledwo zrozumiałym głosem, szczękając zębami.

— Babciu! — odpowiedział chłopiec.

Staruszka usiłowała przemówić, ale zgroza paraliżowała jejjęzyk. Trzęsła się więc tylko przez chwilę w milczeniu. Nareszciezapytała z wysiłkiem:

— Czy... już... ich... nie ma?

— Nie.

— Nie... zabili mnie? — zaszeptała jeszcze stłumionymgłosem.

— Nie, babciu! Babcia jest... ocalona! — odparł Ferruccio słabym głosem. — Babcia żyje... Droga babciu... Tylkopieniądze zabrali. Ale... niedużo. Tata prawie wszystko z sobąwziął.

Staruszka zaczęła lżej oddychać.

— Babciu! — przemówił Ferruccio, ciągle jeszcze na klęczkach, ściskając ją wpół rękoma. — Droga babciu. Babcia mniekocha, prawda?

— Oh, Ferruccio, biedny mój chłopczyna! — odpowiedziałakaleka kładąc mu ręce na głowie — jakże się musiałeś przerazić!O Boże miłosierny! Zapal no światło, dziecko! Albo nie! Zostańmytak jeszcze po ciemku. Jeszcze się boję.

— Babciu — rzekł chłopiec. — Babcia tyle zawsze miałazmartwienia ze mną.

— Nie, dziecko! Nie! Kto by tam o tym myślał teraz.Zapomniałam już o wszystkim, drogie dziecko moje. Mojeukochanie!

— Tyle zmartwienia miała babcia ze mną — mówił dalejFerruccio głosem, który drżał — ale... ja przecież babcię zawszekochałem... Zawsze... Babcia mi przebaczy? Niech babcia miprzebaczy!

— Ale tak, dziecko drogie! Przebaczam! Przebaczam ciz serca! Jakżebym ja się na ciebie gniewać mogła? Podnieś sięz kolan, drogi chłopczyno, podnieś! Tyś dobry! Tyś bardzo dobry i kochany! Zapalmy światło! Nabierzmy odwagi! Wstań, Ferruccio, wstań!

— Dziękuję ci, babciu! — mówił chłopiec coraz słabszymgłosem. — I jestem teraz taki szczęśliwy! Babcia zawsze pamiętaćomnie będzie... Nieprawdaż? Zawsze... pamiętać będzie babciaoswoim... Ferruccio...

— Ferruccio! Dziecko! Co tobie? — zawołała niespokojniestaruszka i kładąc mu na ramionach ręce pochyliła się nad głowąjego, jakby mu chciała w twarz spojrzeć.

— Niech babcia pamięta... — zaszeptał jeszcze chłopiecgasnącym głosem. — I uściska... mamę i... ojca... i... Ludwisię...Bądź zdrowa... Babciu!

— Na imię boskie, co ci jest? — zawołała babka, podnoszącz trudem głowę chłopca, która jej na kolana opadła, a potemz nagłym przenikliwym krzykiem: — Ferruccio!... Ferruccio!...Ferruccio!... Dziecko moje!... Kochanie moje!... O, ratujciemnie, wy rajscy anieli!...

Ale Ferruccio już nie odpowiedział. Mały bohater, zbawcamatki swej matki, uderzony w krzyż nożem mordercy oddał jużBogu piękną i gorącą duszę.

Mularczyk umierający

28. wtorek

Biedny Mularczyk bardzo ciężko chory. Powiedział namnauczyciel, żebyśmy go odwiedzili; więc umówiliśmy się: Garrone, Derossi i ja, że pójdziemy razem, Stardi także miał iść,ale że nam nauczyciel zadał ćwiczenie o pomniku Cavoura, więcposzedł ten pomnik oglądać, żeby opis był dokładniejszy.

Tak na próbę zaprosiliśmy też z sobą tego pyszałka Nobisa, ale powiedział krótko: „Nie” — i koniec. Vatini takżesię wymówił, może ze strachu, żeby sobie ubrania nie pobielić.

Poszliśmy we trzech po wyjściu ze szkoły o czwartej. Deszczlał jak z cebra. Na ulicy zatrzymał się Garrone i z gębą zapchanąchlebem zapytał:

— A co mu się kupi? — Tu zabrząkał dwoma soldami, któremiał w kieszeni.

Daliśmy każdy po dwa soldy i kupiliśmy trzy duże pomarańcze, po czym weszliśmy na poddasze. Derossi odpiął przededrzwiami swój medal i schował go do kieszeni.

— Dlaczego? — zapytałem.

— Nie wiem — odpowiedział. — Żeby nie myślał... tak misię zdaje, delikatniej jakoś bez medalu iść...

Zapukaliśmy. Otworzył nam ojciec, ten wielkolud murarz.Twarz miał stroskaną i jakby przestraszoną.

— A co to panicze za jedni?

Garrone wysunął się naprzód.

— My koledzy szkolni Antosia i przynieśliśmy mu trzypomarańcze...

Olbrzymi murarz pokiwał głową i westchnął:

— Oj, biedny Antek! Nie poje on już może tych pomarańcz...nie poje... — I wierzchem ręki otarłszy sobie oczy zaprosił,żebyśmy weszli.

Weszliśmy do izdebki na strychu i ujrzeliśmy Mularczyka,który spał na małym łóżku żelaznym. Matka pochylona, opartaoto łóżeczko, z zakrytą rękami twarzą, ledwie się odwróciła, żebyspojrzeć na nas. Na ścianie nad nim wisiały pędzle, sito do wapna,kielnie. Nogi chorego okryte były ojcową kapotą ubieloną gipsem.Biedny chłopiec okropnie wychudł, nosina mu się wydłużyła, byłstrasznie blady i tak prędko oddychał...

O drogi Antosiu, mały mój towarzyszu, taki dobry i takiwesoły, jakże mi cię żal, jak żal! Co bym dał za to, żebym mógłzobaczyć, jak robisz „zajęczy pyszczek”, biedny Mularczyku!

Garrone położył mu pomarańcze tuż przy twarzy, na poduszce. Zapach go zbudził. Wziął pomarańczę do ręki, ale ją zarazwypuścił i wlepił oczy w Garronego.

— To ja, Garrone — rzekł mu ów wtedy. — Czy mniepoznajesz?

Mularczyk uśmiechnął się lekuchno, podniósł z trudnościąz łóżka krótką swoją łapkę i podał ją koledze.

Garrone ujął ją w obie dłonie i przycisnął sobie do piersimówiąc:

— Nie bój się, nie bój. Drogi Mularczyku! Wyzdrowiejeszniedługo, przyjdziesz znów do szkoły, a nauczyciel posadzi cięzaraz przy mnie! Czy dobrze?

Ale Mularczyk nic nie odpowiedział, tylko matka jegoszlochać zaczęła.

— Ach, biedaczysko moje, biedaczysko! Taki dobry, takipoczciwy, a teraz Pan Bóg go nam chce zabrać! O Jezu!...

— Ciszej — krzyknął zrozpaczony murarz — ciszej, namiłość boską, bo zwariuję. — A potem do nas dysząc ciężko:

— Idźcie, idźcie, chłopcy! Dziękuję... Idźcie! Tu nie macieco robić... Do domu idźcie! Dziękuję...

A Mularczyk zamknął oczy i zdawał się umierać.

— Może byśmy w czym posłużyli? — zapytał Garrone.

— Nie, dobry paniczu, nie! Idźcie do domu. — Mówiąc tozagarnął nas ręką ku drzwiom i zamknął je za nami. Zaledwieśmyjednak byli w połowie schodów, słyszymy, woła:

— Garrone! Garrone!

Tak pędzimy wszyscy trzej z powrotem.

— Który to Garrone? — pyta murarz ze zmienioną twarzą. — Niech idzie... Dwa razy go po nazwisku wołał... Czeka... Niechprędko idzie! Ach, Boże Wszechmogący! Może to dobry znak!

— Do widzenia! — rzekł nam Garrone. — Zostaję tutaj!

I skoczył do izby za ojcem.

Derossi miał pełne łez oczy. Rzekłem mu:

— Czy Mularczyka płaczesz? Kiedy przemówił, to możejeszcze wyzdrowieje.

— Może! — odpowiedział Derossi. — Ale nie o nimmyślałem. Myślałem, jaki dobry i jaką piękną duszę ma Garrone!

Hrabia Cavour

29. środa

... Masz opisać pomnik hrabiego Cavoura. Nie jest torzecz trudna. Kim wszakże był Cavour dla ojczyznytwojej, tego jeszcze teraz zrozumieć nie możesz. Terazpamiętaj tylko to, że przez długie lata był on pierwszymministrem w Piemoncie, że wysłał na Krym naszą armiępiemoncką, która przez zwycięstwo pod Czernają zmazała klęskę dawną pod Novarą i przywróciła sławę orężawłoskiego, że on przeprawiał przez Alpy sto pięćdziesiąttysięcy Francuzów, ażeby wypędzić Austriaków z Lombardii, że on rządził Wiochami w najświetniejszej epocenaszej rewolucji, że dał najpotężniejszą pobudkę do naszego zjednoczenia, że dzisiejsze Włochy są przeważniedziełem jego genialnego umysłu, jego stałości niewzruszoneji jego pracowitości prawie że nadludzkiej.

Straszne godziny przeżyło wielu jenerałów na polachbitew, ale on przeżył straszniejszą wśród czterech ściangabinetu swego, w śmiertelnej trwodze, aby olbrzymie jegodzieło — odrodzenie ojczyzny, nie runęło lada chwila jaknie dokończony gmach, gdy ziemia drży w swych posadach.A takie to właśnie godziny biły mu w te bezsenne noce, którespędzał w walce z sobą w niepewności tak srogiej, że rozummógł się obłąkać, a serce pęknąć mogło.

I ta to olbrzymia i burzliwa praca skróciła mu życieo jakie lat dwadzieścia.

A przecież, pożerany gorączką, która go do grobuwtrącić miała, walczył z chorobą, żeby tylko dłużej jeszczesłużyć swej ojczyźnie.

— Dziwna rzecz — mówił na łożu śmierci. — Niemogę już czytać, nie mogę pisać, a tyle jest do roboty!

A kiedy gorączka się wzmagała i opuszczały go siły,tak mówił do lekarzy głosem rozkazującym prawie:

— Leczcie mnie, śpieszcie, bo umysł mój się zaciemnia, a potrzebuję koniecznie całej jasności jego dła ważnychspraw kraju.

Kiedy już godziny jego były policzone, kiedy całemiasto oblegało z niepokojem dom jego, a krół stał przy jegowezgłowiu, tak mówił z wysiłkiem:

— Wiele ci rzeczy miałbym mówić, królu... wiele cirzeczy pokazać... ale już sił nie mam... Nie mogę... I tomnie zabija, że już nic dla ziemi mojej i dla ciebie, królu,uczynić nie mogę...

Myśl jego zwracała się ciągle gorączkowo do sprawpaństwa, do prowincji, które się połączyć miały z nami, dowielkiego, nie skończonego jeszcze dzieła jedności narodowej.

Świadomość nikła już prawie, a jeszcze wołał:

— Nauczajcie dzieci... kształćcie młodzież... Rządźcie wolnomyślnie krajem!

Już śmierć była nad nim i ogarniał go obłęd konania,a jeszcze wołał generała Garibaldiego, z którym byłporóżnił się dawniej, żeby szedł naprzód, naprzód...Jeszcze dopominał się o Rzym dla Włoch, o Wenecję. Miałogromne widzenia przyszłości Włoch i Europy, śniło mu sięjakieś najście obcych ras, obcych plemion, pytał o wojsko,o wodzów, drżał i wtedy jeszcze o swój lud, o kraj...

Wielkim jego, ostatnim bólem nie było to, że życie muucieka, ale to, że musi odejść już, a ojczyźnie służby jegotrzeba. Tej służby, która strawiła w niewielu latachpotężne siły jego niezwykłego organizmu.

Umarł z okrzykiem bojowym na ustach, a śmierć jegobyła tak wielką, jak życie.

A teraz pomyśl, Henryku, czym jest praca naszawobec tych olbrzymich wysiłków ducha i umysłu, praca,która ci przecież nieraz cięży!

I czym są nasze troski, nasze bóle, nasza śmierć nawet,w porównaniu z tytanicznymi trudami, z lękiem śmiertelnym o losy narodu całego, z ostatnią godziną tych olbrzymów, którzy sercem podparłszy rosnącą budowę ojczyzny, czują, że serce to zamiera...

Synu! Myśl ty o tym, gdy będziesz przechodził przedtym marmurem, drogim dla każdego Włocha, a pochyliwszy ze czcią czoło, mów w sercu swoim: „Chwała”!

Twój ojciec.

Kwiecień

Wiosna

1. sobota

Pierwszy kwietnia! Jeszcze tylko trzy miesiące! Dzisiejszyporanek był chyba najpiękniejszy z roku. W szkole byłem bardzowesół, wszystko mi dobrze szło, bośmy się umówili z Corettim, żepojutrze pójdziemy zobaczyć króla. To jest Coretti mnie weźmiez sobą, bo jego ojciec zna króla. A i tym się cieszyłem, że matkamoja obiecała mnie zaprowadzić do ochronki małych dzieci naCorso Valdocco. Ale już chyba najwięcej tym, że Mularczyk masię lepiej i że wczoraj wieczorem nauczyciel przechodząc powiedział mojemu ojcu:

— Dobrze idzie! Dobrze!

A jaki był cudny ten wiosenny ranek! Z okien szkoły widaćbyło czysty lazur nieba, drzewa pokryte świeżą zielonością, a naoknach, na balkonach, wszędzie gdzie spojrzeć — doniczkii bukiety kwiatów.

Nauczyciel wprawdzie się nie śmiał, bo on się nigdy nieśmieje, ale był w humorze tak wybornym, że nawet ta prostopadłazmarszczka w pośrodku czoła gdzieś mu się podziała i żartująctłumaczył nam zadanie przy tablicy. Zaraz można było poznać, żez ogromną przyjemnością oddycha świeżym powietrzem, którez ogrodu przez okna do klasy szło pełne zapachu kwiatów i skopanej ziemi, tak że się zaraz musiało myśleć o spacerach na wsi.

Więc że tak okna były otwarte, to było słychać, jak gdzieś nieopodal w ulicy kowal bije w kowadło, a kobieta jakaś śpiewausypiając dziecko. A z daleka, z daleka gdzieś dolatywał dźwięktrąb ze szkoły wojskowej. Wszyscyśmy byli radzi temu gwarowi,ale nie Stardi. Więc kiedy kowal zaczął silniej kuć, a kobietagłośniej śpiewać, nauczyciel przerwał sobie i słuchał chwilę.Potem patrząc w okno rzekł z wolna:

— Niebo, które się uśmiecha, matka, która śpiewa, obywatel, który pracuje, dzieci, które się uczą — oto rzeczy pięknei dobre!

Jakoż przy wyjściu ze szkoły zauważyłem, że wszyscy inni teżbyli weseli; chłopcy szli raźno, tupiąc mocno, wielu nuciłopółgłosem, zupełnie jak przed czterodniowymi feriami. Nauczycielki żartowały; ta z czerwonym piórem skakała ze swoimiwstępniakami jak pensjonareczka; rodzice uczniów rozmawiali zesobą śmiejąc się, a matka Crossiego, zieleniarka, miała w koszutaką moc fiołków, że w całym przysionku pachniało. Nigdym sięteż tak nie uradował jak tego ranka zobaczywszy mamę, która namnie w ulicy czekała. Więc pobiegłem do niej mówiąc:

— Takim rad! Takim wesół! Czego ja, mamo, taki jestemwesół?

A mama uśmiechnęła się i rzekła:

— Bo jest pogoda wiosenna w tobie i na świecie!

Król Humbert

3. poniedziałek

Punkt o dziesiątej spostrzegł mój ojciec przez okno Corettiego, który handluje drzewem, oraz jego syna, jak mnie oczekiwali, podług umowy, na placu. Zaraz mnie zawołał i rzekł:

— Spiesz się, Henryku, nie daj im czekać. Idź zobacztwojego króla!

Skoczyłem jak strzała.

Obydwaj Coretti, i duży, i mały, szczególnie byli dziś rześcy,weseli, a ich nadzwyczajne podobieństwo nie uderzyło mnie takjeszcze nigdy, jak tego ranka. Ojciec miał u kurtki medal zaodwagę i dwa odznaczenia, a wąsiki tak zaostrzone jak szpilki.

Ruszyliśmy zaraz ku dworcowi kolei żelaznej, gdzie król miałprzybyć o wpół do jedenastej. Ojciec Coretti palił fajkę i zacierałręce.

— Wiecie wy, dzieci, żem ja nie widział króla od wojny w 66?Bagatela! Piętnaście lat i sześć miesięcy jak obszył! Najpierw trzylata we Francji, potem w Modovi... Dobrze mówię! Piętnaście!A tu, gdziem go przecież mógł widzieć, trzeba trafu, żem ani razunie był w mieście, kiedy król przyjeżdżał! I oto powiadają, że niema przeznaczenia...

Ojciec Coretti mówił o królu: Humbert — jakby to był jegokolega. Humbert dowodził 16 dywizją, Humbert miał dwadzieścia dwa lata i tyle a tyle miesięcy, Humbert dosiadał konia tak i tak.

— Piętnaście lat — powtórzył idąc wielkimi krokami, żeśmyledwie nadążyć mogli. — Okrutniem go ciekaw zobaczyć! Zostawiłem go książęciem, a zobaczę królem... No i ja też się zmieniłemtrochę... Z żołnierza przeszedłem na przekupnia drzewa.

I rozśmiał się głośno.

Syn go zapytał:

— Czy jakby ojca król zobaczył, to by ojca poznał?

Ojciec śmiał się.

— Głupiś, mój kochany! Że ja go poznam, to co innego! Onbył jeden jak tuz pomiędzy nami. Ale takich jak ja było jak much.Cóż to, miał się nam po jednemu przypatrywać, czy co?

Skręciliśmy na Corso Wiktora Emanuela. Mnóstwo osób szłotędy w stronę stacji kolejowej. Szła kompania alpejska z trąbami.Dwóch karabinierów pędziło galopem na koniach. Jeden koń byłsiwy i strasznie się wspinał.

Ojciec Coretti ożywiał się coraz.

— Bardzo, ale to bardzom rad, że go znów zobaczę. Przecieżto generał mojej dywizji! Ot, jak się to człowiek prędko postarzał!A pamiętam, jakby wczoraj ten poranek 24 czerwca. Tornister naplecach, karabin w ręku, a tu dookoła... proch aż pachnie, bo zarazbitwa zacząć się miała. Humbert przelatywał z adiutantami tu, totam, a tu już armaty zaczynały grzmieć. Wszyscy patrzyliśmy naniego, a żołnierze mówili: „Żeby go aby która kulka liznąć niechciała!” — O tysiąc mil byłem od tej myśli, że za niewiele czasuznajdę się przed lancami austriackimi. Ale to o cztery kroki,powiadam wam, nie więcej! Piękny to był dzień! Niebo — jaklustro. A upał! — Chryste Panie! Zobaczymy teraz, czy możnawejść. Spróbujmy!

Doszliśmy właśnie do stacji. Były tu już tłumy ludzi, powozy, stowarzyszenia z chorągiewkami. Muzyka wojskowagrała. Ojciec Coretti próbował wejść na podjazd, ale mu się nieudało. Postanowił więc stanąć w pierwszym rzędzie tych, którzy się tłoczyli u wyjścia. Jakoż rozstawiwszy łokcie nie tylkosam się przepchnął, ale i nam miejsce przy sobie zrobił. Aletłum chwiał się i popychał nas to w tę, to w ową stronę. Corettizauważył pierwszy słup podjazdu, gdzie straż nikomu stać niepozwala.

— Chodźcie, dzieci! — zawołał nagle i ciągnąc nas za ręcew dwóch skokach przebył pustą przestrzeń i przy owym słupie,oparty plecami, stanął.

Natychmiast przybył brygadier i rzekł:

— Tu nie wolno stać.

— Jestem z czwartego batalionu czterdziestej dziewiątejdywizji — odpowiedział Coretti dotykając swojego medalu.

Brygadier popatrzył na niego i rzekł:

— Zostańcie.

— A co? Nie mówiłem — zawołał triumfujący Coretti. — Tojest zaczarowane słowo, ten czwarty z czterdziestej dziewiątej!Jeszcze czego! Żebym ja nie mógł tu stać i patrzeć wygodnie namojego jenerała, ja, com był w karabatalionie! Jeślim go wtedymógł widzieć nos w nos, to i teraz słuszna rzecz, żebym go takwidział! I co ja nawet gadam: jenerał. Przecież był komendantemmego batalionu przez dobre pół godziny, bo jużci on komenderował batalionem, kiedy nas ustawiał, a nie major Ulbrich, dokaduka!

Tymczasem widać było w sali poczekalnej i przed niąogromny ruch panów i oficerów, a u podjazdu stawały rzędempowozy ze służbą w czerwonej liberii.

Mały Coretti zapytał ojca, czy książę Humbert miał szablęw ręku, kiedy ustawiał karabataliony.

— Naturalnie, że musiał mieć szablę, ażeby odbić lancę,która tak dobrze jego, jak innego dźgnąć mogła! Ach, te łotry,z piekła urwane! Jak ta szarańcza spadli nam na karki. Jakże się niezaczną uwijać! A my też! To ludzie, armaty, co tylko żyło, tak sięw oczach kręciło jak ten młyn diabelski! A w takie otręby szło,jakby ten wicher kola obracał... Wszystko się pomieszało jak grochz kapustą. Szwoleżery z Aleksandrii, ułan z Foggi, bersaliery,kawaleria, diabeł wie nie co, tak że ani komendy zrozumieć niemożna było. Aż tu słyszę krzyk: „Książę! Książę!” — I widzęlance jak te błyskawice.

Cel! pal!

Chmura dymu zakryła naraz wszystko.

Kiedy opadła, ziemia była pokryta końmi i ułanami, co ichprzez pół było martwych, a zaś przez pół rannych. Obejrzę ja sięi widzę w pośrodku naszego batalionu stoi Humbert na koniu,spokojnie, i tylko patrzy po nas, jakby chciał zapytać:

„Nie podrapali mi tam moich zuchów?”

Tak my zaraz poczęli krzyczeć: „Wiwat!” Tak prostow twarz my mu krzyczeli, jak wariaty. To była chwila!... Niechlicho porwie, jaka to była chwila!...

A otóż i pociąg...

Muzyka zaczęła grać hymn narodowy; panowie cywilniiwojskowi podbiegli, publiczność wspięła się na palce.

— E, nie wyjdzie jeszcze tak zaraz, bo będą mowy — rzekłjeden ze straży.

Ojciec Coretti nie mógł się powstrzymać w opowiadaniu.

— Hej, kiedy o nim myślę, to jakbym go tam widział... Byłyprzecie i cholery, i trzęsienia ziemi, i licho wie nie co, i tam teżwszędzie mężnie stał; ale ja go tak widzę, jakem go widział wtedyw pośrodku naszego karabatalionu z tą spokojną twarzą. I pewnyjestem, że on też dobrze naszą czwórkę pamięta, nawet teraz,kiedy już królem jest, i że chciałby nas kiedy tak wszystkich razemprzy swoim stole zobaczyć, jak nas wówczas widział. Cóż! Terazma jenerałów, szambelanów, dwór. A wtedy miał tylko nas,żołnierzy biedaków... Oj, żebym ja mógł z nim pogadać tak wecztery oczy... Nasz jenerał!... Dwadzieścia dwa lat! Jak świeca!Nasz książę, co naszym bagnetom się powierzył! Piętnaściem latgo nie widział... Nasz Humbert! E!... A jeszcze ta muzykaczłowiekowi wątrobę przewraca! Eh!...

Wtem przerwał mu wybuch okrzyków. Tysiące kapeluszyzaczęło powiewać w powietrzu. Czterech panów czarno ubranychwsiadło do pierwszego pojazdu.

— To on! — krzyknął Coretti i wpatrzył się jakby urzeczony.

Potem rzekł cicho:

— Matko Boska! Jak też posiwiał!

Wszyscy trzej odkryliśmy głowy; pojazd odkryty z wolna sięku nam toczył, wśród okrzykującego, machającego kapeluszamitłumu. Spojrzałem na ojca Corettiego. Wydał mi się zupełnieinnym. Był jakby wyższy, poważny, trochę bladawy, sztywnookolumnę oparty.

Pojazd zbliżył się tak, że ledwie o dwa kroki był od niego.

— Niech żyje! — krzyczano dokoła.

— Niech żyje! — krzyknął z innymi Coretti.

Król spojrzał mu prosto w twarz i zatrzymał wzrok przezchwilę na jego medalach.

A Coretti całkiem głowę stracił i jakże nie ryknie:

— Czwarty batalion czterdziestej dziewiątej kompanii!

Król, który tymczasem patrzył gdzie indziej, zwrócił sięznów nagle w naszą stronę i patrząc bystro w oczy Corettiemu,rękę do niego wyciągnął.

Skoczył Coretti, chwycił ją, uścisnął z całej mocy. Pojazd ruszył, tłum się ruszył, zakołysał i oddzielił nas na chwilę od ojca Corettiego. Aleśmy go zaraz zobaczyli znowu. Zdyszany był, oczy miał wilgotne, i wyciągnąwszy rękę w górę syna po imieniu zawołał. Mały Coretti rzucił się ku ojcu, a ówkrzyknął:

— Prędzej, chłopcze! Prędzej, póki ręka ciepła jeszcze... — I powiódł mu ręką dokoła twarzy mówiąc: — To jakby cię królpogłaskał.

I stał jak senny utkwiwszy oczy w dalekim już pojeździe,uśmiechnięty, z zagasłą fajką w ręku, wpośród ciekawego tłumu,który go otoczył dokoła.

— To jeden z karabatalionu czterdziestej dziewiątej! — mówiono.

— To żołnierz, co króła zna...

— To król poznał tego żołnierza...

— Król do niego rękę wyciągnął...

— Suplikę królowi dał... — rzekł jeden głośniej.

Wyprostował się na to Coretti i nagle odwrócił.

— Nie! — zawołał. — Nie dałem mu żadnej supliki! Dałemmu zupełnie co innego, jeśli chcecie wiedzieć!

Wszyscy wlepili w niego oczy, a on z prostotą odparł:

— Dałem mu krew moją!

W ochronce

4. wtorek

Zaprowadziła mnie mama wczoraj pod wieczór, tak jak toobiecała, do ochronki przy Corso Valdocco, gdzie chciała polecićprzełożonej małą siostrzyczkę Precossiego.

Pierwszy raz w życiu widziałem ochronkę. Bardzo mi siępodobała! Między dziewczętami i chłopcami było ze dwieście takmałych, że nasze wstępniaki mogły uchodzić w porównaniu z nimiza dorosłych ludzi!

Przyszliśmy w chwili, kiedy się to wszystko pakowało rzędemdo refektarza, gdzie były dwa niskie, ogromne, długie stoły,z mnóstwem okrągłych wgłębień, a w każdym wgłębieniu czarnamiseczka, pełna ryżu i fasoli, a przy niej łyżka blaszana. Wielez tego drobiazgu przewracało się idąc i leżało to jak gruszki naziemi, póki która z ochroniarek nie przybiegła i nie postawiła tegona nogi. Inne zatrzymywały się przed pierwszą lepszą miseczkąi dalej łyżkę do buzi! Krzyknie ochroniarka: „Dalej! Dalej!” — tozrobi parę kroków i znów łap za łyżkę! I tak idzie to „dalej!” — i topochłeptywanie, że nim miejsc swoich dojdą, w miseczkach— zupy już połowa tylko.

Nareszcie z wielkim mozołem i po wielu wołaniach: „Namiejsca! Na miejsca!” — ustawiono je w jakim takim porządku;zaczął się pacierz. Ale oba te rzędy, które miały się do stołuplecami obrócić i na obraz patrzeć, nie mogły się jakoś z miseczkami rozstać i trzymając głowy w tył na oku miały swoje porcje,żeby im kto nie ujadł. A tak, ręce były złożone, pacierz na ustach,a fasola z ryżem w sercu.

Zaczęło się jedzenie. Co za widowisko! Tu jedno dwiemałyżkami zajada, tu drugie ręką wprost się napycha, tu trzeciewybiera po jednym ziarnku fasoli i do kieszeni kładzie, a inneprzez fartuszek zupę cedzi i z pozostałej fasoli ciasto sobiew fartuszku ugniata.

Były i takie, co nie jadły, tylko muchy łapały po stole; i takie,co zakrztusiwszy się rozpryskiwały fontanny ryżu dokoła. Takwyglądała zupełnie ta sala jak wielki kurnik z kurczętami. Alebardzo było ładnie patrzeć na nie! Szczególniej te dwa długie,długie rzędy dziewczynek, wszystkie z włosami związanymiw czubek, że tylko się mieniły w oczach te wstążeczki czerwone,niebieskie, zielone.

Wtem pyta ochroniarka jakichś ośmiu rzędem stojącychdziewczynek:

— A gdzie ryż rośnie?

A one wszystkie razem z buzią zupełnie zapchaną:

— W kuchni!

A inne poprawiając:

— W wodzie!

Więc ochroniarka znowu:

— Ręce do góry!

Trzeba było widzieć, jak się nagle podniosły te wszystkieramionka, które niedawno jeszcze były w powijakach, jak sięzatrzepotały te wszystkie małe rączki, zupełnie jak motyle białeiróżowe.

Po zupie — wyjście na spacer. Ale przed wyjściem pobrałydzieci swoje koszyczki wiszące nisko na ścianie i rozproszyły się,wyciągając z nich różne przyniesione z domu zapasy: chleb, śliwkisuszone, kawałeczek sera, jajko gotowane, małe jabłuszko, garsteczka bobu, skrzydełko kury. W jednej chwili ogród pokrył sięokruszynami, jak gdyby kto je posypał dla całej chmary ptactwa.A jadły w najdziwaczniejsze sposoby! Jak króliki, jak myszy, jakkoty, przeżuwając, liżąc, wysysając. Jakiś malec przytrzymywałsobie grzankę na piersiach i wecował ją jabłuszkiem, jakby ostrzeszabli. Małe dziewczątka wyciskały w garstkach twaróg, z któregoim serwatka po palcach ciekła, chowały go w rękawy, nic sobie nierobiąc z nikogo. Biegały i goniły się z chlebem i jabłkami w zębach,zupełnie jak małe psiątka. Widziałem też trzech chłopców, którzystali w kupce pochyliwszy głowy i dłubiąc patyczkiem w gotowanym jajku, jakby się tam skarb jakiś spodziewali znaleźć; a cowydłubali na ziemię, to później podnosili z największą cierpliwością, jakby to były perły drogocenne.

A niech się u którego w koszyczku znalazło coś osobliwego, tocala kupka stawała nad nim i patrzyła jak na księżyc w studni.

Ze dwunastu może stało tak dokoła jakiegoś tyciego szczęśliwca — który trzymał tutkę miałkiego cukru — nadskakując mui dworując, żeby pozwolił chleb w niej raz umaczać; a on jednympozwalał, a innym, kiedy go już bardzo prosili, palec umaczawszyw tym cukrze polizać dawał.

Tymczasem przyszła i matka moja do ogrodu i zaczęła pieścićto jedno, to drugie. Przyszła do niej cała kupka, pchając się i takpodnosząc buzie do pocałunku jakby gdzieś do trzeciego piętra.

Jedno ofiarowało jej skórkę pomarańczy, drugie kromeczkęchleba, którego już dojeść nie mogło, a jakaś dziewczynkaobdarzyła ją zerwanym z krzaka liściem. Aż przyszła „ta chora”,z wielką asystą towarzyszek, i pokazała jakiś maluśki pęcherzyk nakońcu paluszka, którym wczoraj dotknęła zapalonej świecy. Aleinne przykolebawszy się do mojej matki, która na trawie przysiadła, podsuwały jej przed same oczy jakieś małe robaczki, jakieśmuszki, które nie wiem jak nawet dojrzeć mogły, to znów guziczkiod koszulek swoich, to kwiateczki jakieś, z miną ważną, jakbynajwiększe dziwo!

Jakiś malec z obwiązaną głową, który chciał koniecznie byćsłyszanym, rozpowiadał krzykliwie jakąś historię o tym, jakskądciś spadł, z czego jednak ani słówka nie można było zrozumieć.

Inny przypiął się do niej jak bąk i szeptał jej w ucho: — A mójtatuś robi miotły, aha!

A tymczasem tysiące nieszczęść okropnych przytrafiało sięna wszystkich ścieżkach ogrodu i na wszystkich grządkach. Tudzieciak darł się, że nie może rozwiązać węzełka u chustki od nosa;tu dwaj inni skakali sobie do oczu o większą z dwóch cząstekjabłka; tu jeszcze jakoweś bobo przewróciło się przez rozbitystołek i gorzko na tych ruinach losy swe opłakiwało, nosek tylkonad nie podniósłszy.

Przed odejściem matka moja wzięła na ręce jedno, drugie,trzecie; a wtedy zaczął ten drobiazg ze wszystkich stron się zbiegaćz umazanymi buziami, i dalej się czepiać, jak które mogło, zasuknię, za ręce, dalej oglądać pierścionki, pociągać za łańcuszek odzegarka, za włosy.

— Na nic pani suknię poplamią! — mówiły ochroniarki.

Ale matce mojej nie szło wcale o suknię, więc je tylkocałowała, a one cisnęły się coraz natarczywiej, te bliższe wyciągając ręce, żeby je wziąć, te dalsze wołając cienkim głosikiem:

— Adie! Adie! Adie!

Ledwie że się jej udało uciec od nich z ogrodu. A wtedypobiegły wszystkie do sztachet, poprzystawiały buzie jakmogły do żelaznych prętów, a rączyny między nie, machając nimi,podając skórki chleba, łupinki jabłek z ogryzkiem sera i wołając:

— Adie! Adie!... Niech pani jutro przyjdzie! Niech paniznów przyjdzie!

A moja matka, idąc szybko, przeciągnęła jeszcze ręką po tychłapkach wyciągniętych — jak po girlandzie żywych róż, i nareszcieuszła cało na ulicę, z suknią poplamioną i pełną okruszyn,wygnieciona, roztargana, z pełną ręką kwiecia, z oczyma nabrzmiałymi od łez, a tak wesoła, jakby wyszła z najlepszej zabawy.

A z wewnątrz dolatywał jeszcze świergot, podobny doświergotu ptasząt:

— Adie, pani, adie! Niech pani tu do nas znowu przyjdzie!...

Na gimnastyce

5. środa

Taka prześliczna ciągle jest pogoda, żeśmy przeszli z gimnastyki pokojowej na gimnastykę ogrodową.

Garrone był wczoraj w kancelarii dyrektora, kiedy przyszłamatka Nelliego, ta pani czarno ubrana z jasnymi włosami,i prosiła, żeby dyrektor zwolnił jej syna od tych nowych ćwiczeń.Widać było, że każde słowo dużo ją kosztuje, a mówiąc trzymałarękę na głowie Nelliego.

— On nie może... — mówiła do dyrektora.

Ale Nelli był strasznie zmartwiony, że go mają wyłączyćz tych ćwiczeń, że jeszcze to jedno upokorzenie będzie miał...

— Zobaczysz, mamo — prosił prawie ze łzami — zobaczysz,że potrafię wszystko jak i drudzy!

Matka popatrzyła się na niego z wyrazem smutku i przywiązania, potem zawahała się i rzekła:

— Obawiam się, że jego koledzy...

Chciała pewno powiedzieć: „Boję się, że go wyśmieją”... — Ale nie skończyła.

Nelli przerwał:

— Niech tam, mamo! Co mi szkodzi! Zresztą jest Garrone.Jak on się nie śmieje ze mnie, to mi dość.

Więc go do nas puścili.

Nauczyciel, ten z blizną na szyi, co to pod Garibaldim służył,zaprowadził nas zaraz do słupów, które są bardzo wysokie i trzebawleźć na sam czubek, i stanąć prosto na poprzecznej belce u góry.

Derossi i Coretti wdrapali się jak wiewiórki. Także i małyPrecossi zwinnie wlazł, chociaż mu przeszkadzała ta długa dokolan kapota, co ją po ojcu dodziera. A jeszcze w dodatku stanęłokilku pod słupem i żeby go rozśmieszyć, wołali ciągle: — Przepraszam! Przepraszam! — przedrzeźniając przysłowie jego.

Stardi zasapał się, rozczerwienił jak indyk, zgrzytał zębamijak pies, kiedy się wścieknie, ale żeby miał pęknąć zaraz, to by i taksię wdrapał. Jakoż wydrapał się. Nobis także; ale kiedy już byłu samej góry i na belce stanął, to zrobił taką minę, jakby byłcesarzem. Vatini dwa razy się zesunął, pomimo swego pięknegoubranka w niebieskie paski, które mu umyślnie do gimnastykiuszyli.

Żeby łatwiej wyleżć, wszyscyśmy sobie ręce nacierali kalafonią. Kalafonię przyniósł ze sobą, naturalnie, ten handlarz, Garoffi. Nakupił tego, porobił tutki z papieru, ponasypywał i co byłogrosz albo i pół grosza warte, po trzy nam sprzedawał.

Co do Garronego, to lazł na słup z zapchaną chlebem gębą,jakby to była zabawka tylko; jestem pewny, że gdyby mu jednegoz nas na plecy wsadzono, to i z nim byłby się wydrapał. Gruby, bogruby, ale mocny jak wół!

Ale po Garronem miał włazić Nelli. Ledwie go zobaczyli, żesię chwycił słupa tymi swymi długimi, cienkimi rękami, zarazzaczęli jedni podśpiewywać, drudzy śmiać się. Garrone chlebprzełknął, te grube swoje ramiona skrzyżował na piersiach i takimwzrokiem dokoła popatrzył, że śmiech w momencie ustał.

Nelli zaczął się wdrapywać. Odpoczywał co chwila, ciężkodyszał, na twarzy zrobił się prawie fioletowy, a pot mu kapałz czoła.

— Schodź! — zawołał nauczyciel.

A on — nie! Zaciął się, uparł, i nie!

Tylkom czekał, jak się puści i zleci wpółżywy. Biedny Nelli!I zaraz sobie pomyślałem, jakby to musiała cierpieć moja matka,gdybym ja był na jego miejscu, a ona patrzyła na mnie. I tak mi sięgo zrobiło żal, że nie wiem co bym dał za to, żeby on tylko wdrapaćsię mógł... Żeby go jakoś od dołu pchać, a żeby nikt nie widział...

Tymczasem Garrone, Derossi, Coretti wołali:

— Dalej, Nelli!... Dalej!... Dobrze! Trzymaj się! Jeszczetrochę! Jeszcze!

Zrobił więc gwałtowny wysiłek, aż jęknął, ale był już terazo jakie dwie dłonie zaledwie od poprzecznej belki.

— Brawo! Brawo! Brawo! — krzyczeli tamci. — Jeszczeodrobinę! Dalej — go! Jeszcze!

Aż Nelli pochwycił belkę.

Wszyscyśmy klaskać zaczęli.

— Brawo — rzekł nauczyciel — i dość tego! Schodź no,schodź!

Ale Nelli koniecznie tak samo na czubek chciał się dostać jakinni.

Więc odpocząwszy trochę, znowu sił natężył i udało mu sięłokcie za belkę przełożyć; tak zaparty, dźwignął się, zaparł kolana,potem stopy i podniósł się wyprostowany, promieniejący, uśmiechnięty. Więc my tu znowu dalej brawo bić, a on głowę zwróciłi patrzył w ulicę.

Spojrzałem także i poprzez krzewy pnące się po sztachetachogrodu zobaczyłem matkę jego, która chodziła po trotuarze niemając odwagi patrzeć. Zszedł wreszcie Nelli, wszyscy mu winszowali, a on podniecony, rozgrzany, z błyszczącymi oczymazdawał się jakby nie ten sam. Więc przy wyjściu, kiedy matkapodeszła ku niemu, z niepokojem zapytała:

— Jakże ci tam, biedactwo moje, poszło? Jak?

Wszyscy, ilu nas było, zaczęliśmy jeden przez drugiegowołać:

— Doskonale! Świetnie!

— Tak się wdrapał jak kot!

— Jak każdy z nas!

— Silny, mocny!

— I taki zgrabny!

— Od żadnego z nas niegorszy!

Więc my tak krzyczym na wyścigi, a ta pani aż topniejez radości! Chciała dziękować, ale przemówić nie mogła, tylko rękętrzem czy czterem uścisnęła, pogłaskała tego dryblasa Garronego,jakby małym dzieckiem był, i odeszła z synem.

Kawałek już byli od szkoły, a jeszcześmy patrzyli za nimi, jakidą śpiesznym krokiem, jak rozmawiają żywo, oboje tak szczęśliwi, jakby szczęśliwszych od nich nie było na całym świecie.

Nauczyciel mego ojca

11. wtorek

Prześliczną wycieczkę zrobiłem z ojcem wczoraj. Tak było:Przedwczoraj przy obiedzie ojciec czytał dziennik. Naraz wydałokrzyk zadziwienia, a potem rzekł:

— A jam myślał, że nie żyje od jakich lat dwudziestu!Wiecie? Jeszcze żyje mój pierwszy nauczyciel ze szkoły elementarnej, Wincenty Crosetti, który ma teraz osiemdziesiąt czterylata. Czytam właśnie, że ministerium dało mu medal za sześćdziesiąt lat nauczania. Sześć-dzie-siąt lat! Rozumiecie? I dopierood dwóch lat przestał uczyć w szkole! Biedny Crosetti! Mieszkaogodzinę stąd drogi koleją, w Cordowie, tam, skąd to była naszadawna ogrodniczka z willi Chieri...

I dodał pomyślawszy chwilkę:

— Henryku, pojedziemy go odwiedzić!

I już przez cały wieczór o nim tylko mówił. To wyczytaneniespodzianie nazwisko pierwszego nauczyciela przypomniałomu tysiące rzeczy z tych czasów, kiedy był małym chłopcem:imiona kolegów, śmierć matki.

— Crosetti! — wołał co chwila i uspokoić się nie mógł.

— Mógł mieć — opowiadał nam — ze czterdzieści łat,kiedym był w jego klasie. Dziś jeszcze go widzę! Mały człowieczyna, pochyły trochę, z jasnymi oczyma, z wygoloną twarzą. Surowybył, ale w obejściu pełen dobroci, zupełnie jak ojciec, który dziecikocha, ale im nie przebacza, kiedy przeskrobią. Z ludu prostegowyszedł, ze wsi, wykształcił się pracą ciężką, odmawianiem sobiewszystkiego. Sam sobie winien był szlachectwo swoje. Matkamoja bardzo go szanowała i lubiła, a ojciec mój za przyjaciela gomiał. Bardzom ciekaw, co spowodowało, że się z Turynu doCordowy przeniósł. Pewno mnie nie pozna... Nic nie szkodzi! Jago z pewnością poznam. Czterdzieści cztery łata przeszło...Czterdzieści cztery lata... Henryku! Pojedziemy jutro go odwiedzić!

I oto wczoraj o dziesiątej rano byliśmy na dworcu koleiżelaznej. Bardzom chciał, żeby i Garrone jechał z nami, ale niemógł, bo matka jego zasłabła. A jaki był cudny dzień! Takaprawdziwa wiosna.

Pociąg leciał wpośród łąk zielonych i kwitnących żywopłotów, a powietrze pachniało, jakby cały świat był ogrodem. Ojciec był wesół, a co i raz to mi ramię na szyję zakładałi mówił do mnie, jak do przyjaciela już dużego, patrząc na szerokiepola.

— Biedny, stary Crosetti! — mówił. — To pierwszy pomoim ojcu człowiek, który mnie kochał i był dobroczyńcą moim.Nigdy nie mogłem zapomnieć niektórych dobrych rad jego i tychjego suchych wymówek, po których wracałem do domu ześciśnionym gardłem. Ręce to miał takie grube, krótkie. Widzę goprawie, jak wchodzi do szkoły, jak stawia laskę w kącie, jak wieszapłaszcz na wieszadle, zawsze co dzień systematycznie jednostajnym ruchem. I zawsze w jednakim usposobieniu, cichym, pogodnym, zawsze sumienny, uważny, życzliwy, jak gdyby każdegodnia odbywał z nami lekcję po raz pierwszy. I głos jego pamiętam,jakbym go słyszał, kiedy spojrzał na mnie:

„Bottini, he, Bottini! Środkowy i wskazujący palec na piórowyżej!” — Musiał się ogromnie zmienić po czterdziestu czterechlatach!

Jakeśmy tylko przyjechali do Cordowy, poszliśmy zarazszukać naszej dawnej ogrodniczki z Chieri, która ma tu jakiśsklepik w małej uliczce.

Zastaliśmy ją z dziećmi w domu. Ogromnie się ucieszyła, żenas widzi, zaczęła nam opowiadać o mężu swoim, który od trzechlat do Grecji za zarobkiem wywędrował, a teraz ma wrócić,o swojej najstarszej córce, która jest w Instytucie Głuchoniemychw Turynie. Potem wskazała nam drogę do tego nauczyciela, bo gotutaj wszyscy znają.

Wyszliśmy z wioski na ścieżynę wijącą się po wzgórzu wśródkwitnących krzewów. Ojciec nie mówił nic, pogrążony w swoichwspomnieniach, czasem tylko się uśmiechnął, czasem wstrząsnąłgłową.

Nagle zatrzymał się i rzekł:

— To on! Założę się, że to on!

A ścieżką szedł ku nam mały staruszek z brodą zupełnie białą,w dużym kapeluszu, opierając się na lasce. Powłóczył trochęnogami, a ręce mu się trzęsły.

— On! — powtórzył mój ojciec i przyśpieszył kroku. Kiedyśmy byli już zupełnie blisko, stanęliśmy na ścieżynie. Staruszekstanął także i patrzył na ojca. Twarz miał czerstwą jeszcze, oczyjasne, żywe.

— Wszak to pan — rzekł mój ojciec zdejmując kapelusz. — Wszak to pan jest nauczycielem Wincentym Crosettim?

Staruszek też zdjął kapelusz.

— Tak, panie!

Głos jego drżał trochę, ale był dźwięczny, czysty.

— No, to niechże pan pozwoli — zawołał mój ojciec, ujmującjego rękę — niech pan pozwoli dawnemu uczniowi swojemuuścisnąć zacną dłoń swoją i powitać się serdecznie... serdecznie!Przybywam z Turynu, żeby odwiedzić pana.

Staruszek patrzał zdumiony. Potem rzekł:

— Zaszczyt to dla mnie... Nie wiem prawdziwie... Kiedypan był moim uczniem? Przepraszam! Nazwisko pana? Jeśliłaska...

Ojciec mój powiedział swoje nazwisko: Albert Bottini, i rok,w którym był w jego klasie i gdzie, a potem dodał:

— Pan nie może mnie pamiętać, to rzecz prosta. Ale jawybornie pana pamiętam!

Stary nauczyciel pochylił głowę i patrząc w ziemię zamyślonypowtórzył kilka razy nazwisko mego ojca, który patrzył na niegotymczasem z uśmiechem i rozrzewnionym wzrokiem.

Naraz podniósł staruszek twarz z rozrzewnionymi oczyma.

— Albert Bottini? Syn inżyniera Bottiniego? Tego, którymieszkał na placu Consolata?

— Ten sam! — zawołał ojciec wyciągając ręce.

— Jak tak — rzekł staruszek — to niechże mi będzie wolno...drogi panie... niech mi będzie wolno...

I mówiąc tak, objął mego ojca. Biała jego głowa sięgała ojculedwie do ramienia. Ojciec pochylił się i przytulił twarz do jegotwarzy.

— Bądźcie łaskawi do mnie — mówił nauczyciel.

I zaraz się zawrócił na ścieżynie, prowadząc nas do swegodomu. W kilka minut weszliśmy na małe podwórko przed niskimdomkiem o dwóch wyjściach. Przed jednym z nich wznosił siękawałek wybielonego muru.

Nauczyciel otworzył drugie wejście i zaprowadził nas dopokoju. Cztery białe ściany, w kącie łóżko składane, przykrytekołdrą w białe i niebieskie kraty, w drugim kącie biurko z małąbiblioteczką, cztery krzesła, wielka, stara mapa przybita do ścianyi rzeźwy zapach jabłek.

Siedliśmy wszyscy trzej. Nauczyciel i mój ojciec patrzyli nasiebie przez chwilę w milczeniu.

— Bottini! — zawołał wreszcie nauczyciel utkwiwszy oczyw ceglaną podłogę, na której słońce kładło złote plamy. — Jakżebynie?... Pamiętam! Doskonale pamiętam!... Miał matkę, takądobrą, taką zacną panią! Jakże nie? Przecież pan siedziałeśw pierwszej ławce na lewo, niedaleko okna! Widzisz pan, żepamiętam pana! Taka ciemna, kędzierzawa głowa!

Zamyślił się na chwilę.

— Taki żywy chłopak... eh? Jak iskra. Na drugim kursie miałgrypę... Przywieźli go po niej do szkoły wychudzonego, w dużymciepłym szalu. Ze czterdzieści lat temu chyba będzie, nieprawdaż?I pan tak dobry, żeś przypomniał sobie starego nauczycielaswego... A przychodzą tu, przychodzą... Pułkownik jeden, księża... Różni panowie. Dawni uczniowie moi.

I zaczął pytać mego ojca, jaki by był zawód jego. Po czymrzekł:

— Cieszę się! Serdecznie się cieszę! Dziękuję panu! Kawałekjuż czasu, jak tu nie widziałem nikogo. I myślę sobie, że pan możebędziesz ostatnim, drogi panie!...

— Ale co pan profesor mówi! — zawołał mój ojciec. — Widzę pana, dzięki Bogu, zdrowym, czerstwym! Nie trzeba takmówić!

— Ej, nie! — uśmiechnął się stary nauczyciel. — Widziszpan to drżenie? — i pokazał ręce. — To jest zły znak, panie.Zaczęło się to przed trzema laty, kiedym jeszcze uczył w szkole.Z początku nie dbałem, myślałem, że samo przejdzie. Ale nieprzeszło, kochany panie. Owszem, z dnia na dzień gorzej.Niedługo nie będę mógł wcale pisać. Ach, tego dnia, kiedy poraz pierwszy ręka mi tak zadrżała, żem zrobił kleksa na kajecie ucznia, to, panie drogi, jakby mi kto nóż w serce tknął! Szło totam jeszcze jakiś czas, wlokło się, ciągnęło, alem już czuł, że niemogę dłużej. I tak, po sześćdziesięciu latach nauczycielstwarozstać się musiałem ze szkołą, z uczniami, z pracą. Nie było tolekko, nie!

Kiedym skończył ostatnią już lekcję, wszyscy mnie odprowadzili do domu, wszyscy winszowali... Ale jam był smutny,rozumiałem, że życie moje — skończone...

Na rok przedtem jeszcze — kończył po chwili milczenia— straciłem żonę i jedynego syna. Zostało mi tylko dwóchsynowców, prostych wieśniaków. I tak oto żyję z tych parusetlirów emerytury. Nie pracuję już. Te dni, to mi się zdaje, że końcanie mają, takie długie. Jedyne zajęcie moje, widzi pan, to ot tam— wskazał małą biblioteczkę. — Przerzucam stare moje szkolnepodręczniki, szkolne czasopisma, te kilka książek, którem w podarunku dostał. Tam wspomnienia. Tam cała przeszłość moja. Nicwięcej nie mam już na świecie.

Naraz podniósł głowę i głosem rozweselonym rzekł:

— Muszę też panu zrobić niespodziankę, kochany panieBottini!

Podniósł się i podszedłszy do biurka otwarł długą szufladę,w której było mnóstwo małych paczek powiązanych sznurkiem,a na każdej data z czterech cyfr złożona. Szukał przez chwilę, wyjąłjedną z paczek, otworzył, przerzucił kilka ćwiartek papieru, poczym wyciągnął jakiś arkusz pożółkły i ojcu mojemu podał.U wierzchu arkusza było napisane: „Albert Bottini, 3 kwietnia1838 r.”

Ojciec mój poznał natychmiast swoje grube, chłopięce pismoi czytał je z uśmiechem. Naraz łzy mu w oczach stanęły.Podniosłem się i zapytałem: — Dlaczego? — A ojciec objął mniewpół, przytulił do swego boku i rzekł:

— Patrz, dziecko! To są poprawki mojej matki jeszcze...Zawsze mi pogrubiała moje l i moje r... A ostatnie linie, to pismojej ręki... Wyuczyła się pisać podobnie do mnie, a kiedym był zmęczony i śpiący, kończyła moją robotę sama... Święta matka moja!

Ucałował kartkę.

— Oto — rzekł nauczyciel ukazując powiązane pakieciki— pamiętniki moje. — Rokrocznie odkładałem na bok jakąś częśćprac każdego z moich uczniów i mam ich tu wszystkich w porządku, ponumerowanych. Więc to tu sobie przerzucam czasem, tukartkę, tam kartkę, i przychodzi mi na myśl tysiąc rzeczyminionych i zdaje mi się, że jeszcze żyję w tych dawnych, dawnychczasach. Iluż to ich przeszło, drogi panie! Jak zamknę oczy, towidzę — głowy przy głowach, twarze przy twarzach, klasy zaklasami, setki, setki chłopców, z których — kto wie — ilu jużpomarło! Wielu pamiętam dobrze. Pamiętam dobrze — tychnajlepszych i tych znów — najgorszych. Tych, co mi sprawilidużo radości, i tych, przez których miałem dużo ciężkich godzin.Boć w takim mnóstwie są i gadziny, są, mój drogi panie! Ale jużteraz żalu do nich nie mam... Zupełnie jakbym już na drugimświecie był... Życzliwy jestem dla wszystkich... dla wszystkichrówno!

Usiadł i wziął moją rękę w swoje drżące dłonie.

— A niech mi pan powie, drogi profesorze — zapytał mójojciec z uśmiechem — nie pamięta pan żadnego urwisostwa...

— Pańskiego urwisostwa? — podjął staruszek także z uśmiechem. — W tej chwili nie. Ale to bynajmniej nie ma znaczyć, żebyśpan ich nie wyprawiał! Ale przecież byłeś pan dość rozsądny,poważny nawet, jak na swoje lata. Pamiętam, jak wielkie przywiązanie miałeś pan do matki swojej... — A po chwili: — Aleś też panbardzo dobry, bardzo łaskaw, żeś mnie odwiedził... Porzuciłeśswoje zajęcia dla zobaczenia starego, biednego nauczyciela...

— Panie Crosetti — odparł żywo mój ojciec — nie zapomniałem dotąd tego dnia, kiedy mnie matka moja po raz pierwszyodprowadziła do szkoły. Pierwszy raz miała rozstać się ze mną nadwie godziny i zostawić mnie w innych rękach niżli w rękach ojca.Mnie oddać komuś — nieznanemu. Moje wejście do szkoły byłodla niej jakby wejściem w świat moim — pierwszym z szeregu tychkoniecznych a bolesnych rozstań, jakie sprowadza życie. Ono tozabierało jej dziecko, żeby go już nigdy nie oddać takim, jakimbyło i tak zupełnie jej własnym. Wzruszona była, a i ja także, choćnie pojmowałem dlaczego. Polecała mnie panu głosem drżącym,a odchodząc żegnała mnie jeszcze przez okienko we drzwiachmając pełne łez oczy. I pamiętam, że pan wtedy położył rękę napiersiach i uczynił drugą taki ruch, jakby chciał rzec: „Niech panimi zaufa!”

Otóż tego ruchu, tego spojrzenia, które dowiodło, żeś panzrozumiał wszystkie myśli i uczucia matki mojej, spojrzenia, którezdawało się mówić: „Odwagi!”, tego gestu, który był uczciwąobietnicą opieki, dobroci, pobłażania — ja, panie, nigdy niezapomniałem już tego i na zawsze zachowałem to w sercu wyryte.I dlatego przyjechałem z Turynu, i dlatego jestem tu po czterdziestu latach, żeby powiedzieć panu: Dziękuję ci, mój droginauczycielu!

Staruszek milczał. Drżąca jego ręka gładziła mi włosy trzęsącsię coraz silniej, z włosów opadając na czoło, z czoła na ramię.

A ojciec mój tymczasem patrzył na te nagie ściany, na ubogiełóżko, na kromkę chleba i ampułkę oliwy będące na oknie, a twarzmiał taką, jak gdyby chciał mówić:

„O biedny nauczycielu! I to cały twój dobytek, cała nagrodapo sześćdziesięciu latach ciężkiej pracy?”

Ale staruszek wcale nie był smutny i z wielką żywością zacząłmówić o naszej rodzinie, o innych nauczycielach z tamtych lat dawnych, o kolegach mego ojca. Ojciec jednych pamiętał, innych niemógł sobie przypomnieć, więc sobie obydwaj udzielali wiadomościto o tym, to o tym, aż wreszcie ojciec przerwał tę rozmowę proszącnauczyciela, żeby poszedł razem z nami zjeść śniadanie we wsi.

Staruszek serdecznie dziękował, ale zdawał się niepewny, czyma przyjąć to zaproszenie. Ojciec nie ustępował i ująwszy obiejego ręce prośbę swą ponowił.

— Ale jakże ja będę jadł tymi trzęsącymi rękami? — mówiłnauczyciel. — Przecież to i dla drugich przykry widok.

— Już my panu pomożemy — rzekł na to mój ojciec.

Przystał więc staruszek i tylko głową kiwał, i uśmiechał się.

— Co za dzień! Co za piękny dzień, kochany panie Bottini!— mówił zamykając na klucz drzwi wchodowe. — Do końca życiabędę go pamiętał!

Podał ramię mój ojciec nauczycielowi, on zaś wziął mnie zarękę i zaczęliśmy schodzić ścieżyną.

W drodze spotkaliśmy dwie bose dziewczynki, które pędziłykrowy, i chłopca biegnącego z pękiem zielska na plecach. Poznałich nauczyciel i objaśnił nas, że to są dwie uczennice i uczeńtutejszej dwuklasowej szkoły. Rano pasą bydło i pracują w poluboso, a potem się obuwają i do szkoły idą.

Południe dochodziło. Na ścieżce było pusto. W parę minutbyliśmy już w oberży przy dużym stole, nauczyciel w pośrodkunas obu i zaraz wzięliśmy się do jedzenia.

W oberży było cicho jak w klasztorze. Staruszek był niezmiernie kontent, ale ze wzruszenia tak mu ręce drżały, że prawiejeść nie mógł. Więc mu ojciec mój krajał mięso, łamał chleb, sypałdo talerza sól. A kieliszek, szklankę, to musiał starowina w oburękach trzymać i jeszcze mu zęby o brzeg szkła szczękały.

Rozmawiał jednak bardzo żywo i z wielkim zapałem o książkach, które czytywano za jego młodości, o rozkładach jazdyz onych czasów, o pochwałach otrzymanych od zwierzchności, o zarządzeniach szkolnych z lat ostatnich, a wszystkowesołym głosem, z twarzą pogodną, trochę więcej może zarumienioną niż pierwej, a nawet ze śmiechem zupełnie młodzieńczym.

A mój ojciec patrzył na niego, a patrzył, zupełnie tak samo,jak czasem patrzy na mnie w domu, jak gdyby myślał o czymś,i uśmiechał się mimo woli, przechyliwszy nieco na bok głowę.

A wtem staruszek pijąc rozlał po sobie wino. Zerwał się mójojciec i starannie serwetą go ocierał.

— Ale nie! Ale nie! Nie pozwalam — mówił nauczycieli śmiał się, i coś po łacinie powiedział.

Wreszcie podniósł kieliszek, który mu się trząsł w ręku,i z wielką powagą rzekł:

— Piję za zdrowie twoje, panie inżynierze, i za zdrowietwoich dzieci, i za pamięć twojej dobrej matki.

— A ja za wasze zdrowie piję, mój drogi, mój kochanymistrzu!

I uścisnęli sobie ręce mocno, długo. A w głębi izby siedziałoberżysta i inni jeszcze, którzy przypatrywali się nam z uśmiechem, widocznie radzi, że tak fetują nauczyciela z ich wioski.

Było już po drugiej, kiedyśmy wyszli.

Staruszek chciał nas koniecznie odprowadzić do stacji. Więcmój ojciec znów go wziął pod ramię, a on mnie za rękę. Ja zaśniosłem jego laskę. Ludzie stawali po drodze patrząc, bo wszyscygo tu znają. Niektórzy kłaniali mu się.

Wtem posłyszeliśmy przez otwarte okno głosy wielu chłopców, którzy — sylabizując — razem czytali.

Staruszek zatrzymał się i zdawał się być zasmucony.

— Oto, drogi panie Bottini — rzekł — co mnie zasmuca!Słyszeć te głosy uczących się chłopców, a nie iść już do szkołyi wiedzieć, że tam inny uczy! Nasłuchałem się tej muzyki przezsześćdziesiąt lat, mam jej pełne serce... A teraz jestem jakby bezrodziny. Sam. Sierota... Nie mam już dzieci!

— Nie, drogi mój nauczycielu! Nie! — odrzekł mój ojcieci znowu iść zaczął. — Pan masz jeszcze dużo dzieci! Dużorozproszonych po świecie, ale kochających cię synów! Pamiętająoni pana tak, jak i ja pamiętałem zawsze!

— Nie, nie! — powtarzał starowina trzęsąc ze smutkiem głową. — Nie mam już szkoły, to i dzieci nie mam. A bez dzieci to jajuż nie pożyję długo... Tylko słuchać, jak moja godzina uderzy...

— Drogi, drogi panie! Nie mów, nie myśl o tym! O tym myśl,ileś uczynił dobrego! Jakim szlachetnym trudem było całe twojeżycie!

Stary nauczyciel przytulił głowę do ramienia ojca, a mnie zarękę uścisnął.

Doszliśmy do stacji. Pociąg już stał przed nią.

— Bądź zdrów, drogi mój nauczycielu! — mówił ojcieccałując staruszka w oba policzki.

— Żegnaj... dziękuję... żegnaj! — odpowiedział nauczyciel iwziąwszy w drżące dłonie rękę mego ojca przycisnął ją sobie do serca.

Potem ja go ucałowałem i uczułem, że ma twarz od łez mokrą.Ojciec podsadził mnie do wagonu i w chwili, gdy wsiadał, wziął kijnauczyciela, a dał mu w rękę swoją piękną laskę z srebrną gałką i zeswoją cyfrą mówiąc:

— Zachowaj to, panie, jako pamiątkę moją.

Bronił się staruszek, usiłował oddać laskę, a kij swój odebrać,ale mój ojciec był już w wagonie i drzwiczki zatrzasnął.

— Bywaj mi zdrów, mistrzu mój drogi!

— Bywaj zdrów, synu! — zawołał staruszek, gdy pociągpoczął poruszać się z wolna. — Niech ci Bóg błogosławi zapociechę, za radość, jakąś sprawił biednemu starcowi!

— Do widzenia — krzyknął mój ojciec wzruszonym głosem.

Ale stary nauczyciel potrząsnął głową przecząco, jakbypowiedzieć chciał, że już się nie zobaczą więcej.

— Tak! Tak! Do widzenia! — powtórzył mój ojciec.

A wtedy starzec podniósł ku niebu drżącą swoją rękęi zawołał:

— Tam!

I takeśmy go, z tą ręką wzniesioną, utracili z oczu.

Wyzdrowienie

20. czwartek

Kto by to powiedział, kiedym tak wesół wracał z ojcem z tejpięknej wycieczki, że przez dziesięć dni z rzędu nie zobaczę aninieba, ani pola.

Byłem bardzo, bardzo chory. Jak nic mogłem umrzeć,powiadają.

Słyszałem, jak mama płakała, widziałem, jak mój ojciec takiblady, taki mizerny patrzył na mnie godzinami całymi, a Sylwiai mały mój braciszek rozmawiali zupełnie po cichu, a doktorw okularach ciągle przychodził i ciągle coś mówił, a ja niewiedziałem co. Niewiele brakowało, żebym wszystkim powiedział: „Adie państwu!”

Dobrze teraz żartować! Ale co też ze mną przeszła biednamoja mama! Przez jakieś trzy, cztery dni tom wcale nie wiedział,co się ze mną dzieje i wcale ich sobie nie mogę przypomnieć, takjakbym ten czas przespał w jakim śnie ciężkim i męczącym.

Zdawało mi się chwilami, że widzę przy sobie moją dobrąnauczycielkę z pierwszej wyższego oddziału, jak zasłaniała ustachusteczką powstrzymując kaszel, żeby mnie nie zbudzić; trochęteż przypominam sobie, niejasno, jak nauczyciel mój pochylił sięnade mną, żeby mnie pocałować, i po twarzy mnie brodą drapnął.Jak przez mgłę także widziałem rudą głowę Crossiego i jasnewłosy Derossiego, i Kalabryjczyka w czerni, i Garronego, co miprzyniósł mandarynkę na gałązce z listkami, i zaraz odszedł, bomatka jego chora...

A potem — jakbym się ze snu długiego obudził i zarazpoznałem, że mi lepiej, bo ojciec i mama uśmiechali się do mnie,a Sylwia śpiewała. Więcem się cieszył, bo to był taki smutny,smutny sen.A potem było mi już co dzień weselej; a jak przyszedłMularczyk, tom się pierwszy raz roześmiał z tego zajęczegopyszczka, co go do mnie zrobił. A robi go tak wybornie, jak nigdy,bo schudł i tak mu się twarz, biedakowi, wydłużyła w chorobie.

Odwiedził mnie też Coretti i Garoffi przyniósł mi w podarunku dwa bilety do swojej nowej loterii na scyzoryk o pięciuostrzach, który kupił u tandeciarza na ulicy Bertola. Ale wczoraj,kiedym spał, przyszedł Precossi i przyłożył twarz do mojej ręki,a że szedł prosto z kuźni swego ojca i był poczerniony węglami,więc mi zostawił czarny znak na ręku i było mi bardzo przyjemnie,kiedym się obudził i ten znak zobaczył.

A jakie się drzewa zrobiły zielone przez te kilka dni! Jakamnie zazdrość bierze, kiedy widzę, jak chłopcy biegną z książkamido szkoły, a ja tylko patrzę z daleka, gdy mnie ojciec do oknaprzyniesie! Ale już niedługo i ja pójdę! Tak bym już chciał, takchciał zobaczyć wszystkich kolegów, moją ławkę, ogród, ulicę;i o wszystkim się dowiedzieć, co się tam przez ten czas stało,i znów się zabrać do kajetów, do książek, co zdaje mi się, żem ichrok nie widział...

A jak przy tym mama zmizerniała. Jaka teraz blada! A ojciecjak wygląda strasznie zmęczony!

I ci moi przyjaciele, co mnie odwiedzić przyszli, a potemodchodzili na palcach pocałowawszy mnie w czoło! Okropnie mismutno, jak pomyślę, że się z nimi będę musiał rozstać. Z Derossim i z kilku jeszcze będziemy się jeszcze pewno razem dalejuczyli; ale ci wszyscy inni?...

Jak skończymy czwartą, bądź zdrów, nie zobaczymy sięwięcej! Nie zobaczę już przy łóżku moim, kiedy będę chory,Garronego, Precossiego, Corettiego, takich dzielnych, dobrychchłopców, takich kochanych kolegów!... Już nigdy!...

Przyjaciele robotnicy

20. czwartek

... Dlaczego, Henryku,,Już nigdy!”? Przecież tobędzie zależało od ciebie. Jak skończysz czwartą klasętwojej szkoły, pójdziesz do gimnazjum, a oni zacznąpracować; prawda! A przecież będziecie w jednym mieście,być może przez długie lata.

Więc dlaczegóż byście się widywać nie mieli? — Kiedywstąpisz na uniwersytet albo do liceum jakiego, będzieszich odwiedzał w ich sklepach, w ich warsztatach i zobaczysz, jak to ci będzie miło mieć przyjaciół i towarzyszy latdziecinnych między ludźmi pracy.

Chciałbym to widzieć, czy nie pobiegłbyś do Corettiego, do Precossiego, gdziekolwiek by byli! Pobiegniesz,pobiegniesz nieraz, spędzisz niejedną godzinę wraz z nimii zobaczysz — poznawszy świat i życie — ilu od tych dawnych kolegów będziesz mógł nauczyć się takich rzeczy, których nikt inny nauczyć by cię nie potrafił. I o ich rzemiosłach, i o ich stanie społecznym, i o twoim własnym kraju.

I to jeszcze uważ, że gdybyś tych przyjaźni zachowaćnie miał, to byłoby ci niezmiernie trudno zawrzeć w przyszłości podobne; przyjaźni, mówię, poza klasą towarzyską, do której należysz. A tak umiałbyś żyć w zakresiejednej tyłko klasy swojego narodu. Człowiek zaś, którytylko w zakresie swojej klasy żyje, podobny jest do tego, ktoumie czytać tylko z jednej książki.

Postanówże zaraz, mój chłopcze, dotrzymać przyjaźni twoim towarzyszom szkolnym i wtedy także, kiedy sięrozłączycie ze sobą, i od razu zacznij wyróżniać tych przyjaciół twoich, właśnie dłatego, że są dziećmi robotników.

Widzisz, to tak: ludzie należący do klas wyższych sąjakby oficerami, a robotnicy jakby żołnierzami wielkiej narodowej armii. Ale tak samo w społeczeństwie, jak i w wojskużołnierz nie jest mniej godnym niżeli oficer; bo godność w pracy leży, a nie w zapłacie, i leży w wartości, a nie w stopniu.Owszem, jest prawie że coś godniejszego tak w żołnierzu,jak i w robotniku, którzy, ciężej pracując, mniejszy zyskodnoszą.

Kochaj więc ich nad innych swych kolegów, szanuj synów wielkiej armii pracowników, uczcij w nich trudyi ciężką dolę ich rodziców; wzgardź różnicami klas i stanów, podług których nikczemni tylko stopniują grzecznośćswoją i uczucia swoje; pamiętaj, że ta krew błogosławiona,która ci odrodziła ojczyznę, wypłynęła wszystka niemalz żył robotników pracujących w polach i przy warsztatach.Kochaj Garronego, kochaj Precossiego, kochaj małegoCorettiego, kochaj twojego Mularczyka, bo oni w swoichpiersiach małych robotników mają książęce serca, przysięgnij sam sobie, że żadna odmiana losu nie wydrze ci z duszytych świętych dziecięcych przyjaźni.

Przysięgnij, że jeśli po latach czterdziestu przechodząc kolo jakiejś stacji kolei żelaznej poznasz w bluziemaszynisty swojego dawnego Garronego, z czarną od dymutwarzą... Ach, nie wymagam, żebyś przysięgał! Jestempewny, że skoczysz na maszynę i zarzucisz mu ręce naszyję, choćbyś też był senatorem państwa.

Twój ojciec.

Matka Garronego

28. piątek

Ledwiem powrócił do szkoły, zaraz smutna wiadomość. Odkilku dni Garrone nie przychodził, bo matka jego była bardzochora. W sobotę wieczór umarła. Wczoraj rano wszedłszy do klasynauczyciel powiedział:

— Biednego Garronego spotkało największe nieszczęście,jakie dziecko spotkać może. Stracił matkę. Jutro powraca doszkoły. Proszę was, chłopcy, uszanujcie tę straszną boleść, któramu duszę rozrywa.

Gdy wejdzie, powitajcie go serdecznie a z powagą, żadnychżartów, żadnych śmieszków, bardzo was o to proszę!

I oto dziś z rana, trochę później niż inni, wszedł biednyGarrone. Jakby mi serce kto przebił, jakem na niego spojrzał.

Twarz wybladła, oczy zaczerwienione, cały aż chwiał się nanogach. Można by myśleć, że z miesiąc chorował. Prawie nie dopoznania się zmienił i w dodatku był czarno ubrany. Litość brałapatrzeć. Żaden z nas nie pisnął; patrzyliśmy na niego ze smutkiem.Gdy wszedł i zobaczył tę klasę, gdzie matka prawie co dzieńprzychodziła po niego, tę ławkę, nad którą tyle razy pochylała sięw dzień egzaminu dając mu ostatnie polecenia i na której siedząctyle razy myślał o matce, niecierpliwie czekając wyjścia, abypobiec do niej, kiedy tak spojrzał na to wszystko, wybuchnąłrozpaczliwym płaczem.

Nauczyciel przyciągnął go do siebie, przytulił do piersi i rzekł:

— Płacz, płacz, biedny chłopcze, a tym się pocieszaj, że choćtwojej matki nie ma, patrzy ona przecież na ciebie, kocha cię podawnemu, żyje blisko ciebie i że przyjdzie dzień, w którym ją zobaczysz, bo masz, jak ona, duszę czystą i prawą. Odwagi, dziecko!

Powiedziawszy to poprowadził go sam do ławki i przy mnieposadził. Nie śmiałem spojrzeć na niego. Wydostał swoje książkii kajety nie ruszane od wielu dni, a otworzywszy czytania w tymmiejscu, gdzie jest winieta, która przedstawia matkę idącą z synemza rękę, znowu płaczem wybuchnął i głowę pochylił na ramię.

Nauczyciel dał nam znak, żeby go tak zostawić, i rozpocząłlekcję.

Pragnąłem koniecznie coś przemówić do Garronego, ale nieśmiałem. Wsunąłem mu tylko rękę pod ramię i szepnąłem doucha: — Nie płacz, Garrone! — Nie odpowiedział i nie podnoszącgłowy znad ławki włożył swoją rękę w moją i tak ją przez chwilętrzymał.

Przy wyjściu było okropnie cicho, bo nikt nic nie mówił i wszyscy obchodzili Garronego z daleka, z szacunkiem i w milczeniu.

Zobaczyłem, że mama czeka na mnie, i pobiegłem ją uściskać;ale ona odsunęła mnie od siebie, patrząc na Garronego. Z początkunie zrozumiałem tego, ale spostrzegłem się, że Garrone stoi sam nastronie i pogląda na mnie niewypowiedzianie smutnym wzrokiem, jak gdyby chciał mówić: „Ty całujesz swoją matkę, a jamojej nigdy już nie ucałuję! Ty masz jeszcze swoją matkę, a mojajuż nie żyje!” — Więc zrozumiałem, dlaczego mama odsunęłamnie od siebie, i wyszedłem nie trzymając jej ręki.

Józef Mazzini

29. sobota

I dzisiaj też Garrone przyszedł bardzo blady, z oczamizapuchniętymi od płaczu i ledwie spojrzał na małe podarunki, któreśmy mu położyli na ławce, żeby go pocieszyć. Alenauczyciel przyniósł z sobą książkę i dał mu do czytania, żeby gorozerwać.

Wpierw jednak zapowiedział nam, że pójdziemy jutro w samo południe do ratusza, gdzie chłopcu, który uratował tonącedziecko, mają dać medal za „odwagę cywilną”, i że w poniedziałekpodyktuje nam opis tej uroczystości zamiast miesięcznego opowiadania. Potem zwrócił się do Garronego, który stał z głowąspuszczoną, i rzekł:

— Garrone, przezwycięż się i pisz także, co będę dyktował.

Wszyscy wzięliśmy pióra. Nauczyciel dyktować zaczął:

— ...Józef Mazzini urodził się w Genui 1805 roku, umarłw Pizie 1872 roku. Wielka dusza patrioty, wielki geniusz pisarstwa, pierwszy apostoł i twórca rewolucji włoskiej, który dla miłościojczyzny żył przez czterdzieści lat w biedzie na wygnaniu,prześladowany w tułactwie, a bohatersko niewzruszony w swoichsłowach i zasadach. Józef Mazzini, który uwielbiał matkę swoją,a odziedziczył po niej wszystko, co miał najwyższego i najszlachetniejszego w duszy, pisał do wiernego przyjaciela, aby go pocieszyćw najsroższym z nieszczęść tymi prawie słowy:

„Przyjacielu, nie zobaczysz już nigdy matki twej na tej ziemi.To jest straszna i okrutna prawda. Nie spieszę cię odwiedzić, botwoja boleść jest jedną z tych boleści uroczystych i świętych, któreczłowiek sam przecierpieć i sam przezwyciężyć musi. Rozumieszdobrze, co chcę powiedzieć, gdy mówię, że boleść zwyciężyćtrzeba? Bo tu chodzi o zwyciężenie tego, co w boleści jest mniejświętym, mniej oczyszczającym, tego, co zamiast ducha wznosići umacniać, osłabia go i poniża. Ale ta druga część boleści, jej częśćszlachetna, od której dusza rośnie i dostaje skrzydeł, ta powinnaz tobą pozostać i nie opuścić cię nigdy.

Tu, na ziemi, nic nie zastąpi dobrej, kochającej matki. Czyżycie przyniesie ci smutki, czy cię obdarzy pociechą, nigdy jej niezapomnisz i będziesz o niej myślał z utęsknieniem.

Ale musisz ją wspominać, kochać i smucić się jej śmierciąw sposób jej godny. O przyjacielu, posłuchaj mnie: Śmierć nieistnieje. Śmierci nie ma zgoła. Trudno pojąć, a jednak to pewne.Życie jest życiem, a prawem jego jest postęp. Wczoraj miałeśmatkę na ziemi, a dziś masz anioła — w niebie.

Wszystko, co dobre, co święte — przerasta życie ziemskie,idzie wyżej. Tu też należy miłość twojej matki. Miłuje cię onateraz więcej niżli kiedyś. A ty bardziej niż wpierw odpowiedzialnyjesteś przed nią za czyny swoje. Od ciebie, od twych czynówzależy spotkać ją i zobaczyć w nowym, wyższym istnieniu.

Trzeba ci więc przez miłość i cześć dla niej być coraz lepszymi duszę jej radować sobą. Trzeba ci odtąd przy każdym postępkuzapytać samego siebie: „Co by też powiedziała na to moja matka?”

To przemienienie, jakie się w niej dopełniło z ujściemziemskiego żywota — zrodziło dla ciebie anioła stróża, któremupowinieneś powierzać wszystkie twoje sprawy. Bądź silny i dobry;przezwycięż boleść rozpaczliwą, ludziom pospolitą; miej spokójwielkich bólów milczących w wielkich sercach. Tego chce ona”.

Skończył, a po chwili rzekł:

— Garrone, bądź silny i spokojny. Tego chce ona. Rozumiesz?

Kiwnął głową Garrone na znak, że rozumie, a łzy wielkie,rzęsiste zaczęły mu lecieć z oczu na ręce, na kajet, na ławkę.

Odwaga cywilna

Punkt o dwunastej stanęliśmy z nauczycielem naszym przedratuszowym gmachem, gdzie miano dawać medal chłopcu, któryuratował towarzysza od utonięcia w Po.

Na frontowym tarasie powiewała wielka trójkolorowa chorągiew. Weszliśmy dwójkami na dziedziniec. Pełno już się tamtłoczyło ludzi.

W głębi stół czerwonym dywanem przykryty, na stolepapiery, a za stołem rząd wyzłacanych foteli dla pana syndyka i dlapanów radnych. Szwajcarzy municypalni w niebieskich koletach i białych spodniach otaczali tę przestrzeń, pilnując porządku. Poprawej stronie dziedzińca stali miejscy gwardziści, każdy z medalami na piersiach, a przy nich straż celna; z drugiej stronypompierzy w paradnych mundurach i dużo luźno stojącychżołnierzy, którzy przyszli patrzeć: kawalerzyści, bersalierzy,artylerzyści.

A dookoła panie, panowie, robotnicy, kilku urzędników,proste kobiety, dzieci, a wszystko to jedno drugiemu patrząceprzez głowę.

Wcisnęliśmy się w kąt, gdzie już było dużo uczniów z innychszkolnych sekcji z nauczycielami swoimi; a tuż przy nas stała sporakupka wyrostków, tak pomiędzy dziesiątym a osiemnastymrokiem, którzy śmiali się i mówili głośno, i znać było, że wszyscysą z przedmieścia nadrzecznego, znajomi i towarzysze chłopca,który miał dostać medal. A dookoła dziedzińca wszystkie oknazapchane głowami urzędników municypalnych. Nawet loża nadbiblioteką miejską pełna była ludzi, którzy się do balustradycisnęli; w loży zaś przeciwległej, tej nad bramą wchodową, cisnęłysię uczennice szkół publicznych i „Córki żołnierzy”, w pięknychswoich niebieskich welonach.

Cały dziedziniec wyglądał zupełnie jak teatr.

Wszyscy rozmawiali wesoło, co chwila poglądając ku czerwonemu stołowi, czy nikt się nie pojawił jeszcze. W głębi portykuorkiestra poczynała grać z cicha. Wysokie mury stały w jasnymsłońcu. Było pięknie.

Naraz wszyscy zaczęli klaskać. W dziedzińcu, w lożach,w oknach. Wspiąłem się na końce palców, żeby coś zobaczyć.Tłum, który się cisnął poza czerwonym stołem, poruszył się nagle,a z tłumu wystąpili naprzód jakiś mężczyzna i jakaś kobieta. Mężczyzna trzymał za rękę chłopca. To był ten chłopiec, który ocaliłkolegę. Mężczyzna zaś to był ojciec chłopca, mularz, w odświętnym ubraniu. Matka zaś chłopca to była ta kobieta niska, drobna,z włosami jasnymi i w czarnej sukni. Chłopiec, także blondyneki drobny, ubrany był w szarą kurteczkę. I stanęli tak wszystkotroje patrząc na te tłumy ludzi, ogłuszeni tą burzą oklasków,onieśmieleni, nie wiedząc, co z sobą zrobić i jak się poruszyć.Szwajcar municypalny posunął ich z lekka ku stołowi, w prawo.

Ucichło wszystko na chwilę, po czym znowu wybuchłyoklaski. Chłopczyna poglądał po oknach, potem zadarłszy jasnągłówkę patrzył na lożę, w której stały „Córki żołnierzy”, obracałkapelusz w ręku i taką miał minę, jakby nie zdawał sobie sprawy,skąd się tu wziął i gdzie się znajduje. Był jakby troszkę podobny doCorettiego, ale rumieńszy w twarzy. Ojciec jego i matka trzymalioczy w stół utkwione.

Tymczasem wszystkie stojące przy nas wyrostki z nadrzecznego przedmieścia Po, patrzyli się naprzód, kiwali na chłopcai dając znaki, żeby na nich spojrzał, wołali z cicha: — Pin... Pin...Pino!... — póki nie usłyszał.

Odwrócił ku nim głowę, spojrzał i ukrył uśmiech, zakrywszyusta kapeluszem.

A wtem straże stanęły w pozycji. Wszedł syndyk, a z nimwielu panów. Syndyk, zupełnie siwy, z trójkolorową szerokąszarfą, stanął za stołem, panowie zaś nieco za syndykiem po obujego stronach. Orkiestra przestała grać, syndyk dał znak, zrobiłasię cisza.

Wtedy zaczął mówić.

Pierwszych słów nie dosłyszałem dobrze; alem zrozumiał, żeopowiadał postępek chłopca.

Potem głos jego wzmógł się i jasnym brzmieniem wypełniłtak dziedziniec cały, że słychać było dobrze każde słówko.

—... Kiedy zobaczył z brzegu kolegę, który walczył z falą,ogarnion już grozą śmierci, zerwał z siebie odzież i nie wahając sięani chwili, na ratunek biegł.

„Utoniesz!” — krzyczano z brzegu. Nie odpowiadał. Chciano go przytrzymać — wyrwał się; wołano na niego po imieniu— był już w wodzie.

Rzeka była wezbrana, pędziła z szumem, straszliwe niebezpieczeństwo groziło nawet dorosłemu człowiekowi w jej wzburzonych falach. On jednak rzucił się przeciw śmierci całą siłą swegodrobnego ciała i swego wielkiego serca, pochwycił tonącego, któryjuż pod wodą był, i wyciągnął nieszczęśnika za włosy, walcząc zajadle z falą, która w niego wściekle biła, i z uratowanym, który gosię czepiał i ruchy jego tamował. To znikał pod wodą, to z rozpaczliwym wysiłkiem dobywał się na powierzchnię, uparty w dziele swoim nie jak chłopiec chcący uratować drugiego chłopca, alejak dojrzały mężczyzna, jak ojciec walczący śmiertelnym bojemdla ocalenia dziecka, które jest życiem jego i całą nadzieją.

Na koniec — Bóg nie pozwolił, żeby to męstwo, tak szlachetne, zostało daremnym. Mały pływak wydarł rzece jej drobnąofiarę i oddał ją ziemi, tam jeszcze na brzegu ratując z innymimałego topielca, po czym powrócił do domu sam, spokojny,z prostotą opowiadając rodzicom o całym zdarzeniu.

Panowie! Piękną, czcigodną jest rzeczą heroizm mężczyzny!Ale w dziecku nie znającym jeszcze ambicji ani jakichkolwiekpobudek osobistego interesu, w dziecku, które musi mieć o tylewięcej odwagi, o ile siły jego są słabsze, w dziecku, od którego niewymagamy nic jeszcze i które do niczego nie jest obowiązane,które nam już dobrym i szlachetnym się wydaje, kiedy rozumiei uznaje poświęcenie innych — heroizm w dziecku takim jestczymś boskim.

Nic więcej nie powiem, panowie!

Nie chcę obniżać pochwałami tej wielkoduszności tak prostej. Oto macie tu przed sobą tego mężnego wybawcę, tę świętądziecinę!

Żołnierze! Powitajcie go jak brata!

Matki! Błogosławcie go jak syna!

Dzieci! Uczcie się imienia jego, wyryjcie sobie w sercach rysyjego twarzy, żebyście go już nie zapomniały, nigdy, nigdy.

Przybliż się, chłopcze!

W imieniu króla Włoch daję ci medal za cywilną odwagę!

Ogromny okrzyk wznoszonych głosów zatrząsł muramigmachu, tysiącznym echem w nich odbity.

Syndyk wziął ze stołu medal i przypiął go chłopcu napiersiach, potem go objął i ucałował serdecznie.

Matka chłopczyny zasłoniła ręką oczy, ojciec stał ze spuszczoną głową.

Syndyk uścisnął rękę obojgu, a wręczywszy dekret królewski,dotyczący medalu tego i związany wstążką, podał go matce.

Zwrócił się potem raz jeszcze do chłopca i rzekł:

— Niechaj wspomnienie dnia tego, który cię w oczachwspółobywateli chlubą okrywa, a jest dniem szczęścia dla ojcatwego i dla matki twojej, niech to wspomnienie utrzymuje cięprzez całe życie na drodze prawości i honoru!

Bądź zdrów, bohaterze mały!

Oddalił się syndyk, muzyka zabrzmiała i wszystko zdawałosię skończone, kiedy spoza oddziału pompierów chłopczyna latośmiu lub dziewięciu może, popchnięty przez kobietę, którazaraz cofnęła się sama, rzucił się do udekorowanego i padł muw ramiona.

Nowy grzmot oklasków wstrząsnął murami dziedzińca.

Wszyscy zrozumieli od razu, że to uratowany dziękuje wybawcy swemu. Wycałowali się, uściskali, po czym ten mniejszywziął chłopca z medalem za rękę i tak, oni dwaj najpierw, a za nimiojciec i matka skierowali się ku wyjściu, torując sobie drogę wśródstraży, gwardzistów, dzieci, kobiet, żołnierzy, pań i panów, którzysię rozstąpili przed nimi w dwa skrzydła, niemniej się pchająci wspinając jedni przez drugich, żeby tylko chłopca z medalem zobaczyć. Ci, co byli najbliżej, ściskali mu ręce. Kiedy przechodziłkoło uczniów szkół, wszystkie czapki wiewały w powietrzu. Ale ciz przedmieścia Po to już sami nie wiedzieli, co robić. Ciągnęli goza kurtkę, chwytali za ramiona, wrzeszcząc jak opętani:

— Pin!... Brawo, Pin! Brawo nasz Pino!

Ja go też widziałem z bliska, jak przechodził. Miał twarzrozpaloną, znać było, że szczęśliwy. Przy medalu widniała wstążeczka biała, czerwona i zielona.

Matka śmiała się i płakała razem, ojciec pomuskiwał wąsa,a ręka tak mu drżała, jak gdyby miał febrę.

A z góry, z okien, z balkonów leciały okrzyki i oklaski. Naraz,kiedy już mieli wejść pod portyk, spadł z loży „Córek żołnierzy”prawdziwy deszcz kwiatów, fiołków, stokrotek na głowę chłopca,na głowy ojca, matki i usłał im jakby dywan pod nogi.

Rzuciło się wielu zbierać, podawać matce. A muzyka tamw głębi grała prześliczną pieśń, zupełnie jakby tysiące srebrzystych głosów śpiewało oddalając się z wolna z szumem wielkiejrzeki.

Maj

Rachityczne dzieci

5. piątek

Dziś miałem wolny dzień, bo nie bardzo jakoś zdrów byłem,więc matka wzięła mnie z sobą do zakładu rachitycznych dzieci,gdzie chciała polecić córeczkę odźwiernej, ale nie pozwoliła miwejść tam do ich szkoły.

... Czyś nie zrozumiał, Henryku, dlaczegom ci wejśćnie pozwoliła? Dlatego, widzisz, żeby im nie stawiać naoczy, tym nieszczęśliwym dzieciom, i to jeszcze w szkole,jakby dla popisu, zdrowego i silnego chłopca, bo oni i takmają aż nadto sposobności do bolesnych dla siebie porównań. Jakaż to smutna, smutna rzecz, takie zbiorowiskoupośledzonych od natury dzieci!

Płakać mi się chce, kiedy tam wchodzę. Sześćdziesiątich było, chłopców i dziewczynek. Biedne, wymęczonekostki! Biedne ręce, biedne nóżki powykręcane, nieforemne, słabe. Biedne ciałka ułomne, bezkształtne. Widziałamtwarze wdzięczne, spojrzenia pełne inteligencji i uczucia,to znów jakąś twarzyczkę dziewczynki z nosem wydłużonym i spiczastą brodą, która się wydawała twarząpodeszłej staruszki, a miała uśmiech niebiańskiej słodyczy.

Niektóre z dzieci, widziane z przodu, są śliczne i niewidać w nich żadnej ułomności; ale niech no się któreobróci, serce ściska patrzeć. Był właśnie doktor i oglądał je.Stawiał je na ławce, podnosił ubranka, żeby opukać ichwzdęte brzuszyny, ich zgrubiałe wiązania kostne; a one,biedne, wcale się nie wstydziły; przywykły już widać, żebyje tak rozbierano, oglądano, obracano na wszystkie strony.I pomyśleć tylko, że to już jednak okres polepszenia w ichchorobie; że prawie wcale nie cierpią.

Ale któż obliczy, ile wycierpiały od pierwszego pojawienia się ich ułomności, kiedy w miarę rozwoju chorobywidziały się z dnia na dzień coraz mniej kochane, kiedybyły zostawiane godzinami gdzieś w kącie izby albopodwórza, źle żywione, a nieraz wyśmiane albo miesiącamicałymi torturowane jakimiś bandażami albo ortopedycznymi przyrządami, które im nie miały nic pomóc! Terazprzynajmniej dzięki staraniom rozumnym, dobremu pożywieniu, gimnastyce wiele z nich ma się znacznie lepiej.Odbywała z nimi nauczycielka niektóre ćwiczenia gimnastyczne. Przykro było patrzeć, jak te biedactwa wyciągałypod ławkami nogi. Ściśnięte w łupkach, węzłowate, niekształtne, kalekie nogi małych Łazarzy, które by się okryćchciało pocałunkami litości. Niektóre z dzieci nie mogłypodnieść się z ławki, siedziały więc z główkami przechylonymi na ramię głaszcząc swoje szczudła. Innym, kiedy imprzyszło wyciągnąć prosto ramię, zaczynało braknąćoddechu, tak że opadały na ławkę blade, ale uśmiechającesię, żeby pokryć ten ciężki wysiłek.

Ach, Henryku, jak wy też nie umiecie cenić zdrowiai jaką małą rzeczą wydaje wam się być zdrowym!

Więc kiedym pomyślała o tych silnych i kwitnącychdzieciach, które matki jak w triumfie obnoszą dokoła,dumne z ich piękności, miałam ochotę wszystkie te biednegłowiny przycisnąć do serca z rozpaczą, za ich los, za ichdolę! I mówiłam sobie, gdybym była sama na świecie, niewyszłabym już stąd i oddała życie, aby im służyć, aby jepocieszać, aby im być matką aż do ostatniej godziny mojej.

A one tymczasem śpiewały. A były to głosy wątłe,słodkie, smutne, które wprost do duszy szły. Pochwaliła jenauczycielka, więc były uszczęśliwione i przechodzącąpomiędzy ławkami całowały w ręce, bo są ogromnie wdzięczne za dobroć dla siebie i niezmiernie uczuciowe. I zdolnościokazują duże, i uczą się dobrze — mówiła nauczycielka.

Miła, młoda nauczycielka, która na dobrotliwej twarzy ma jakiś wyraz troski, jakby odbicie tej niedoli, którąkoi, pielęgnuje i pociesza.

Drogie, serdeczne dziewczę! Między istotami ludzkimi, które pracą zarabiają na życie, nie ma chyba anijednej, która by zarabiała na nie święciej i ofiarniej!

Twoja matka.

Poświęcenie

9. wtorek

Jaka też moja mama dobra! A Sylwia — zupełnie tak samo!Tak samo ma wielkie szlachetne serce!

Właśniem przepisywał wczoraj wieczór moją część miesięcznego opowiadania: „Od Apeninów do Andów”, które nauczycielpodzielił między nas do skopiowania, takie jest długie, gdy Sylwiaweszła na palcach pośpiesznie a z cicha:

— Pójdź ze mną do mamy! Słyszałam, jak ojciec z mamąrozmawiał dziś z rana. Ojcu źle poszła jakaś sprawa i bardzo byłzmartwiony, mama go pocieszała. Jesteśmy w ciężkim położeniu,rozumiesz. Nie mamy już pieniędzy. Ojciec mówił, że trzebabędzie wyrzec się niejednego, żeby koniec z końcem związać.Więc i nam trzeba ograniczyć się, uczynić jakąś ofiarę, nieprawdaż? Czyś gotów to zrobić? Dobrze! Ja będę mówiła z mamą, a tymi przytakuj tylko i na twój honor przyrzeknij sobie, że wszystko,co powiem — uczynisz!

Powiedziawszy to wzięła mnie za rękę i poszliśmy do mamy,która szyła coś, pogrążona w myślach. Siadłem na sofie z jednejstrony przy mamie, Sylwia siadła z drugiej i zaraz zaczęła:

— Mamo! Ja chcę z mamą pomówić o czymś. Oboje chcemyz mamą pomówić.

Mama spojrzała zdziwiona, a Sylwia:

— Ojciec nie ma pieniędzy, prawda?

— Co ty mówisz? — rzekła mama zaczerwieniwszy się lekko — To nieprawda! Skądże ty to wiesz? Kto ci to powiedział?

— Już ja wiem! — odrzekła rezolutnie Sylwia. — Więc niechtylko mama posłucha! Myśmy także powinni uczynić jakąś ofiaręz siebie. Chcemy bardzo! Mama mi obiecała kupić wachlarzw końcu maja, a Henryk też miał dostać szkatułkę z farbami. Aleteraz my nic nie chcemy! Nie chcemy, żeby rodzice wydawalipieniądze. I tak będziemy kontenci. Jeszcze bardziej. Wie mama?

Matka nasza chciała coś mówić, ale Sylwia rzekła:

— Nie, mamo! Tak musi być. Tak będzie. I póki tata niebędzie miał pieniędzy, nie chcemy ani owoców, ani żadnychdobrych rzeczy, nic. Wystarczy nam zupa na obiad, a na śniadaniei na kolację będziemy tylko chleb jedli. Tym sposobem wyda sięmniej na życie; bo teraz to się za dużo wydaje, a my przyrzekamy mamie, że będziemy tak samo kontenci i jeszcze bardziej!Nieprawdaż, Henryku!

Kiwnąłem głową z zapałem.

— Zawsze jednako będziemy kontenci — powtórzyła Sylwiazasłaniając mamie usta ręką. — A jeśli można zrobić jakąś ofiaręczy to w ubraniu, czy w czym innym, to też zrobimy ją najchętniej!I posprzedajemy także wszystkie nasze podarunki. Ja wszystkooddam, co mam, i będę mamie posługiwała sama, i nie będziemyoddawali nic do roboty z domu, bo ja z mamą będę pracowała całydzień, będę wszystko robiła, co mama zechce, gotowa jestem — nawszystko! Na wszystko! — zawołała głośniej zarzucając ręce naszyję mamy. — Żeby tylko tata i mama nie mieli kłopotów i żebymznowu widziała, że są spokojni, weseli, jak przedtem, i radzi zeswoich dzieci, które was bardzo, bardzo kochają! Tak kochają,żeby oddały życie za was!

Nigdym jeszcze chyba nie widział mamy tak szczęśliwej, jakkiedy słów tych słuchała; nigdy nie całowała Sylwii z takączułością, płacząc i śmiejąc się razem i wcale przemówić niemogąc.

Uspokoiła się wreszcie i zapewniła Sylwię, że tak źle nie jest,że nie jesteśmy przyprowadzeni do takiego niedostatku bynajmniej, i dziękowała jej, i przez resztę dnia była wesoła, a kiedyojciec wrócił, wszystko mu opowiedziała. A biedny ojciec ust nieotworzył nawet.

Ale nazajutrz w południe siadając do stołu uczułem radośći smutek zarazem. Pod moją serwetą była szkatułka z farbami,a Sylwia znalazła pod swoją serwetą — wachlarz.

Pożar

11. czwartek

Skończyłem dziś rano przepisywać moją część opowiadania: „Od Apeninów do Andów”, i obmyślałem właśnie, o czymby tu napisać wypracowanie dowolne, które nam nauczycielzadał, kiedym usłyszał jakiś niezwykły hałas na schodach, a zarazpotem weszli do naszego mieszkania dwaj pompierzy ze strażyogniowej i powiedzieli memu ojcu, że muszą zbadać piecei kominki, bo się sadze palą w domu, a nie wiadomo, skąd ogieńpochodzi.

Ojciec rzekł:

— Owszem, proszę! — I chociaż u nas nigdzie ogień się niepalił, zaczęli chodzić po pokojach i przykładać ucho do ściannasłuchując, czy w przewodach kominowych wiodących nawyższe piętra nie huczy gdzie pożar.

A kiedy tak chodzili, rzekł mi ojciec:

— No i masz, chłopcze, temat do wypracowania: „Strażogniowa”. Spróbuj opisać to, co ci opowiem:

Widziałem ich przy robocie przed dwoma laty, późną jużnocą, wyszedłszy z teatru Balbi. Dochodziłem właśnie do ulicyRoma, kiedym ujrzał jakieś niezwykłe światło i tłum biegnącychludzi. Palił się dom. Języki ognia i chmury dymu wydobywały sięz okien jego i z dachu, mężczyźni i kobiety ukazywali się wśródnich i znikali zaraz, wydając okrzyki rozpaczy, przed bramątłoczył się tłum wołając:

— Ratunku! Żywcem się palą! Ratunku! Pompierzy! Pompierzy!

W tej chwili stanął przed bramą wóz, czterech strażaków, jacybyli na razie w ratuszu, skoczyło z niego i rzuciło się do płonącegodomu.

Ledwo tam weszli, kiedy okropny widok krew nam w żyłachzmroził. Jakaś kobieta z nieludzkim rykiem podbiegła do oknatrzeciego piętra, chwyciła za rynnę i przerzuciwszy się nazewnątrz muru zawisła w próżni, smagana dymem i ogniem, któreza nią oknem buchnęły.

Tłum krzyknął ze zgrozy. Strażacy zatrzymani na drugimpiętrze przez wystraszonych mieszkańców już ścianę tam rozbijaćzaczęli, kiedy tysiączne głosy buchnęły z ulicy:

— Na trzecie! Na trzecie piętro! Na trzecie!...

Skoczyli na trzecie. Całe piekło ognia! Gorejące belki dachuprzebijały sufity, korytarze w płomieniach i w duszącym dymie.

Żeby się dostać do mieszkań zamkniętych, nie było innejdrogi jak przez dach. Rzucili się więc na strychy, a w chwilępóźniej ujrzeliśmy jakby czarne widmo skaczące skroś dymui płonących belek. Był to kapral, który dobiegł pierwszy.

Ale żeby się od strony dachu dostać do zamkniętego mieszkanka, trzeba było przejść przez niezmiernie wąską przestrzeńmiędzy wylotem strychowego okienka a kominem. Nie było innejdrogi, gdyż pożar wszystko już objął, tę zaś jedyną, po spadzistościdachu wiodącą, pokrywał w owej porze śnieg i lód, a uchwycić sięnie było czego.

Nie przejdzie! Niepodobna! — wołał tłum z ulicy.

Kapral posunął się aż na brzeg dachu, a dosięgnąwszypunktu, na którym mógł wesprzeć nogę, zaczął gwałtownierozbijać belki, krokwie, rynny, żeby sobie otwór do wnętrzauczynić. A kobieta ciągle wisiała za oknem, a ogień huczał nad jejgłową, a dym owijał ją jak w całun śmiertelny. Chwila jeszcze,a upadnie na bruk ulicy. Ale otwór już wybity został, kapral sparłsię na haku i zesunął do wewnątrz. Inni nadbiegli tymczasemi skoczyli za nim.

W tymże momencie ustawiono olbrzymią drabinę, przywiezioną właśnie, oparłszy ją pod oknami, z których buchały płomienie i krzyki szaleństwa. Wszyscy jednak myśleli, że to już zapóźno.

— Nie uratujecie aikogo! — krzyczał tłum w ulicy.

— Popalą się, poduszą nawet i strażacy!

— Skończone!

— Daremne!

Nagle w okienku nad rynną ukazała się czarna postać kaprala,oświetlona jaskrawym płomieniem. Schylił się, kobieta chwyciłago za szyję, ujął ją oburącz wpół i wciągnął do wnętrza. Okrzyktysiąca głosów zagłuszył na chwilę huk ognia.

Ale inni.

Jak zejdą? Drabina, oparta o dach pod innym oknem, oddalonabyła jednakże od niego dość znacznie. Jakże się jej uczepią?

Lecz kiedy tak pytano z bijącym trwogą sercem, jeden zestrażaków stanął na gzymsie jedną nogą, drugą na drabinie i takwyprostowany w powietrzu brał w ramiona jednego po drugimmieszkańców płonącego domu, których mu inni podawali z wnętrza, i oddawał stojącemu na drabinie towarzyszowi, a ten uwiązywał ich silnie na linie i przy pomocy przybyłych z drabinąspuszczał na dół.

Pierwsza uratowana została w ten sposób kobieta uczepionaprzedtem rynny, po niej dziecko jakieś, potem znów drugakobieta, potem starzec. Wszyscy ocaleni zostali! Po nich dopierozaczęli spuszczać się strażacy. Ostatni spuścił się kapral, ten, którypierwszy na ratunek przybiegł. Zebrany w ulicy tłum przyjął ichgrzmotem oklasków. Ale kiedy się ukazał kapral, wódz tejgromadki zbawców, ten, który wobec wszystkich nad przepaściązawisł, ten, który byłby zginął, gdyby jeden z nich zginąć musiał,tłum powitał go jak triumfatora krzycząc i wyciągając ku niemuramiona z uniesieniem wdzięczności i podziwu, a imię jego,nikomu przedtem nie znane imię: „Józef Robino”, brzmiało nawszystkich ustach.

Czy zrozumiałeś?

To jest odwaga! Odwaga serca, która nie rozumuje, nie wahasię, ale jak ślepy piorun tam bije, gdzie krzyk śmiertelny posłyszy.

Muszę cię którego dnia zaprowadzić na ćwiczenia strażaków.I pokażę ci też kaprala Robino! Rad będziesz, że go poznasz,nieprawda?

— Tak, prawda — odrzekłem.

A wtem ojciec:

— Otóż i on!

Odwróciłem się w bok. Dwaj strażacy skończywszy swojeoględziny przechodzili przez pokój do wyjścia.

Ojciec pokazał mi mniejszego, który miał galon na ramieniu,i rzekł:

— Uściśnij rękę kapralowi Robino!

Kapral zatrzymał się i podał mi rękę z uśmiechem. Ścisnąłemją z całej siły, a on się skłonił i wyszedł.

— Nie zapomnijże go — dorzucił ojciec — bo z tych tysięcyrąk, jakie ci w życiu uścisnąć przyjdzie, nie wiem, czy będziez dziesięć godnych jego ręki!

Od Apeninów do Andów

Opowiadanie miesięczne

Przed wielu laty chłopiec jeden, Genueńczyk, mający lattrzynaście, syn robotnika, wybrał się z Genui do Ameryki sam,aby odszukać swą matkę.

Matka jego przed dwoma laty wywędrowała do BuenosAires, stołecznego miasta Republiki Argentyńskiej, aby tamprzyjąć służbę w jakim bogatym domu i zarobić w krótkim czasietyle, żeby poratować jakoś swoją rodzinę, przywiedzioną doostatniego ubóstwa i zadłużoną nawet skutkiem różnych nieszczęść.

Niemało u nas w kraju jest odważnych kobiet, które siępuszczają w tak daleką drogę z tym samym zamiarem, i dziękiwysokiej zapłacie, jaką tam otrzymuje uzdolniona służba, poniewielu latach wracają do domu z kilkoma tysiącami lirów.

Kiedy biednej matce przyszło się rozstać ze swoimi synami,z których jeden miał lat osiemnaście, a drugi jedenasty kończył,zapłakała krwawymi łzami z serdecznego żalu, wszakże wiedząc,że to dla ich dobra, ruszyła w drogę mężnie i pełna nadziei. Podróżbyła pomyślna. Zaledwie stanąwszy w Buenos Aires, odważnakobieta, za pośrednictwem mężowskiego krewniaka, który oddawna byl tam osiedlony, znalazła dobrą służbę u jakiejś argentyńskiej rodziny, gdzie płacono ją hojnie i obchodzono się z niążyczliwie. Rada była tedy i przez czas dłuższy pisywała do rodzinyregularnie, donosząc o powodzeniu swoim. Jeszcze przedtemumówili się oboje, że mąż będzie posyłał listy na ręce owegokrewniaka, który je doręczy żonie, żona zaś będzie oddawałaodpowiedź także krewniakowi temu, a on ją do Genui pośledodawszy co nieco od siebie.

Tak zarabiając osiemdziesiąt lirów miesięcznie, a nie wydając na siebie nic, posyłała dzielna kobieta co kwartał do domuwcale ładną sumkę, z której mąż, człowiek uczciwy, spłacał copilniejsze długi, odzyskując z wolna dobrą opinię i niecierpliwiewyglądając chwili, w której żona wróci, gdyż dom bez niejwydawał się pusty, a młodszy z synów, ogromnie przywiązany domatki, tęsknił za nią bardzo i nie mógł do tego rozłączenianawyknąć w żaden sposób.

Ale po upływie roku, po krótkim liście, w którym kobietazawiadamiała swoich, że niezupełnie jest zdrowa, wiadomości odniej przestały nadchodzić.

Pisali dwa razy do owego krewniaka — i on nie odpowiedział.

Pisali do owej rodziny argentyńskiej, u której kobieta służyła,ale nie wiadomo, czy list doszedł, czy nie, nazwiska bowiem niepamiętali dobrze, dość że i stamtąd nie mieli żadnej wieści.

Wtedy w obawie nieszczęścia napisał ojciec do konsulatuwłoskiego w Buenos Aires prosząc o zarządzenie poszukiwań,wszakże po trzech miesiącach tyle się dowiedział tylko, że naogłoszenie dane przez konsulat do tamtejszych gazet nikt się niezgłosił i że nie znaleziono śladu zaginionej.

I nie mogło też być inaczej! Dobrej kobiecie bowiem przyszłodo głowy, żeby dla ocalenia rodzinnego honoru, który wejście dosłużby poniżać jej się zdawało — zmienić nazwisko i podać innezgoła tam, gdzie przebywała.

Przeszło kilka miesięcy bez najmniejszej wieści. Ojcieci synowie byli bardzo zmartwieni, młodszy zaś z tęsknotyniezwyciężonej zapadał na zdrowiu. Co czynić? Do kogo się udać?Pierwszą myślą ojca było jechać i szukać żony w Ameryce. Alerobota? I kto przez ten czas utrzymywałby dom i dzieci? Nie mógłteż jechać syn starszy, który właśnie coś niecoś zarabiać zacząłi był potrzebny rodzinie.

I tak w ciężkiej tej trosce żyli z dnia na dzień powtarzając tobolesne pytanie: „Co czynić?” — i patrząc na siebie w milczeniu.Aż raz wystąpił mały Marek i rzekł rezolutnie:

— Ja pojadę do Ameryki i wyszukam mamę!

Ojciec pokiwał głową ze smutkiem, nie odpowiadając. Tak!To był pomysł serdeczny, ale rzecz — nie do wykonania!W trzynastu latach sam do Ameryki, kiedy podróż trwała miesiącblisko!

Ale chłopiec nie ustępował. Nalegał tego dnia, nalegałdrugiego, trzeciego, nalegał co dzień, z wielką bystrością rozumując jak dorosły człowiek.

— Pojechało już tam wielu i młodszych ode mnie! — mówił. — Jak tylko już na okręcie będę, to przecież dopłynę, czym mały,czy duży. Nie bójcie się, już mnie tam dowiozą!

A jak już tam będę na miejscu — cóż to? Nie potrafię toodszukać sklepu owego krewniaka? Przecież tam tylu Włochówjest, to mi pierwszy lepszy pokaże ulicę! A jak do niego trafię, tojakbym trafił do mamy!

Gdybym zaś nie znalazł, to prosto pójdę do konsula i dopytam się o tych państwa, gdzie mama była. Co się stanie, zresztą, tosię stanie, a tam roboty nikomu nie zabraknie. Znajdę robotę i jai zapracuję tyle przynajmniej, żeby do domu wrócić! — I tak potrochu, po trochu, prawie że przekonał ojca.

Ojciec mu ufał. Wiedział, że chłopiec jest roztropny i odważny, widział też, że do niedostatku, do biedy nawykł oddzieciństwa i że do spełnienia zamiaru tego znajdzie siły w sercu,dla którego odnalezienie ukochanej matki było świętym celem.Zdarzyło się przy tym, że kapitan parostatku, udającego się namorze, posłyszawszy coś o tym od znajomego, zobowiązał siędać chłopcu darmo bilet trzeciej klasy aż do Argentyny. I takojciec po krótkim wahaniu przystał, a podróż została zdecydowana. Naładowali małemu Markowi pełną torbę żywności, dali mudo kieszeni kilka skudów, zaopatrzyli go w adres krewniakai pewnego pięknego dnia, w kwietniu, odprowadzili go na pokładokrętu.

— Synu mój, Marku drogi! — mówił ojciec, ściskając go razjeszcze na schodach parostatku, z pełnymi łez oczyma. — Sprawżesię dobrze! Jedź z Bogiem! Syna, co matki szuka, Pan Bóg nieopuści!

Biedny Marek! Miał serce mężne i przygotowane na najcięższe próby w tej podróży, ale kiedy piękna jego Genua zniknęła muz oczu, kiedy znalazł się na pełnym morzu, wśród tłumu emigrantów zapełniających cały parostatek — sam, nie znany nikomu, z tąmałą torbą, która zamykała w sobie całe jego mienie, ogarnęła gowielka żałość i wielkie zwątpienie. Jak pies bezpański leżał przezdwa dni na przodzie pokładu, nie mogąc nic przełknąć, a tylko musię chciało płakać, płakać. Różne myśli chodziły mu po głowie,a jedna smutniejsza od drugiej; a najcięższa z nich i najsmutniejszawracała uporczywie, ciągle: myśl, że matka jego, kto wie — nieżyje już może...

W niespokojnych, przerywanych snach swoich widział ciągletwarz jakiegoś nieznajomego, który pochylał się nad nim, patrzyłz współczuciem i mówił mu do ucha: „Twoja matka umarła!”— A on się budził tłumiąc krzyk rozpaczy.

Dopiero kiedy okręt przebył Cieśninę Gibraltarską i wypłynął na Ocean Atlantycki, nieco nadziei, nieco otuchy wstąpiłow ducha Marka. Na krótko wszakże. To niezmierzone, ciąglejednostajne morze, ten wzrastający upał, ten ścisk tłumu biedaków, który go otaczał, a nade wszystko uczucie zupełnej samotności i oderwania od swoich, pogrążyły go prędko w stan bliskirozpaczy. Więc te dnie puste, jednostajne, wlokące się po sobiebez żadnej odmiany, tak mu się mąciły w pamięci, jak się tochorym przytrafia. Zdawało mu się, że już rok przynajmniej potym morzu płynie. I każdego ranka budząc się zdumiony był nanowo, że jest sam wpośród tych wód niezmierzonych i płynie doAmeryki oto!

Te śliczne latające ryby, które czasem spadały na pokład, tenadzwyczajne zachody i wschody słońca w pobliżu równika; temgły srebrzyste wieczorów, te zadziwiające fosforescencje morza w nocy — wszystko to zdawało mu się być nie zjawiskiemrzeczywistym, lecz dziwem przyśnionym tylko. Ale potem byłogorzej jeszcze. Potem przyszły dnie dżdżyste, podczas którychciągle przebywał w zamknięciu międzypokładowym, gdzie wszystko trzęsło się i przewracało i gdzie nie słyszał nic próczwyrzekania i strasznych kłótni. Wtedy to myślał, biedak, żeostatnia godzina jego już nadeszła.

A potem znów zmiana. Dnie ciężkie, duszne, skwar nieznośny, morze gładkie żółtawe, bez ruchu, milczące, w martwympowietrzu brak tchu, nuda nieskończona; dnie posępne, śmiertelne, ciężkie nie do udźwignięcia, w ciągu których pasażerowierozciągnięci nieruchomo na podłodze, na ławkach, zdawali siętrupami. A drogi nie ubywało jakby. Niebo i morze, morzei niebo, dziś jak wczoraj, jutro jak dziś, i jeszcze, i ciągle,i wiecznie.

I stał tak chłopczyna oparty o poręcz pokładu, wlepiwszywzrok w ten ocean bez początku i bez końca, ogłuszony, oszołomiony, niejasno a uparcie myślący o matce, póki mu powieki niezaciężyły, a głowa nie spadła na ręce. A wtedy — spostrzegałznowu tę twarz nieznaną, która patrzyła na niego litośnie, i słyszałjej szept cichy: „Matka twoja umarła”. — I budził się, i zrywałnagle, aby znów śnić na jawie, zapatrzony w horyzont cichy,nieruchomy.

Dwadzieścia siedem dni trwała podróż taka! Ostatnie z nichprzecież były lepsze. Powietrze się odświeżyło, pogoda byłapiękna. Marek zaznajomił się z jednym starym Lombardczykiem,który jechał do Ameryki, aby odwiedzić syna mającego kawałekziemi niedaleko miasta Rosario. Opowiedział mu wszystko o swojej rodzinie, a stary słuchając klepał go po ramieniu i raz w razpowtarzał: „Odwagi, chłopcze! Odnajdziesz matkę zdrowąi szczęśliwą!”

Te rozmowy, ten tak odmiennego wieku towarzysz wzmocniły go trochę, przeczucia smutne zmieniły się w oczekiwanieradosne.

Siedząc na tylnym pokładzie obok starego wieśniaka palącegofajkę, pod pięknym, gwiaździstym niebem, wpośród gromadekemigrantów, którzy śpiewali, po sto razy przedstawiał sobiew myśli, jak to on przyjedzie do Buenos Aires; widział się już nawskazanej sobie ulicy, odnajdywał sklepik krewniaka i biegł doniego z okrzykiem: „Mama czy zdrowa?... Gdzie mama?... Idźmyprędko! Idźmy prędko do niej!” — Więc wybiegali razem,wstępowali na schody, drzwi się otwierały — i... I tu urywała sięgra jego wyobraźni, głosy, którymi sam przemawiał, milkły, a całeserce jego zalewało uczucie niewypowiedzianej tkliwości. Wyjmował wtedy z zanadrza mały medalik, całował go i odmawiałz cicha swe modlitwy.

Dwudziestego siódmego dnia od wyruszenia z Genui przybyli nareszcie. Majowa różana zorza stała na niebie, kiedy okrętzarzucił kotwicę w zatoce olbrzymiej rzeki La Plata, na którejbrzegu wznosi się obszerne miasto Buenos Aires, stolica Republiki Argentyńskiej.

Ta zorza wydawała się dobrą wróżbą naszemu chłopcu.Radość i niecierpliwość zmysły mu odbierały niemal. Jego droga,ukochana matka była już tak blisko, tak blisko! Za parę godzinzobaczy ją, uściska! I oto był w Ameryce, w tym Nowym Świecie,i odważył się na tę drogę sam, i dobił do celu!

Wszystko, co przeszedł, przecierpiał w podróży, wydało musię być niczym. Leciał, ot, widać tak we śnie, a teraz się obudził.A tak był szczęśliwy, że ani się zdumiał, ani też zasmucił, kiedysięgnąwszy do kieszeni nie znalazł w niej jednego z dwóchwęzełków, w których zawiązał swój mały skarb, rozdzieliwszy gona połowy, dla większej pewności, że nie zgubi wszystkiego.I otóż jeden z węzełków tych wyciągnął mu jakiś zły człowiek,tak że mu pozostało tylko kilka lirów. Ale cóż go to mogłoobchodzić teraz, kiedy był blisko swej matki?

Wziąwszy tedy torbę w rękę zeszedł razem z wielu innymiWłochami do małego parowego statku, który ich dostawił nieopodal portu, ze statku przesiadł się na łódź, noszącą imię,,Andrzej Doria”, ta go doniosła do portu, skąd — pożegnawszystarego Lombardczyka — ruszył wielkimi krokami ku miastu.

Doszedłszy do zakrętu pierwszej ulicy zatrzymał przechodnia i grzecznie prosił o wskazanie mu, w jakim kierunku ma sięudać, aby dojść do ulicy Los Artes. Wypadek zdarzył, że ówprzechodzień był robotnikiem — Włochem. Spojrzał ciekawie nachłopca i zapytał go, czy umie czytać. Chłopiec potwierdził, żeumie.

— A więc — rzekł ów robotnik wskazując mu ulicę, z którejzszedł — idź ciągle prosto, prosto i czytaj nazwy ulic nawszystkich rogach, to znajdziesz i swoją.

Chłopiec podziękował i puścił się przed siebie.

Ulica to była prosta, niezmiernie długa, choć wąska, obudowana po obu stronach białymi, niskimi domkami, które wyglądałyjakby dworki wiejskie, pełna ruchu ludzi, pojazdów i ciężkichwozów, toczących się z ogłuszającym hałasem; tu i ówdzie zaśpowiewały olbrzymie chorągwie, na których wypisano wielkimi,różnokolorowymi literami, gdzie i kiedy okręt jaki odpływa. Byłyto nazwy miast nie znanych mu zgoła.

Co i raz idąc, na prawo i na lewo, widział poprzeczne ulice,tak samo proste i długie, i tak samo zabudowane małymi, niskimidomami, i tak samo pełne ludzi i powozów, przecięte w głębiprostą linią nieskończonej płaszczyzny amerykańskiej, podobnejdo widnokręgu morza.

Miasta niepodobna było objąć wzrokiem. Zdawało mu się, żemógłby tak całymi dniami, całymi tygodniami iść a iść, nie widzącnic innego, tylko takie proste przecinające się ulice, jak te, którespostrzegł, i że cała Ameryka musi być nimi pokryta.

Uważnie przecież bardzo czytał na wszystkich rogach nazwyulic; były mu one, te nazwy, całkiem obce i wyczytywał jez trudem. Przy każdym rogu serce zaczynało mu bić silniej namyśl, że to tu już może. Bacznie też patrzył na przechodzącekobiety, nabiwszy sobie głowę, że mógłby matkę wprost spotkać.Zdarzyło się, że zobaczył dość daleko przed sobą idącą kobietę,która mu się wzrostem dość podobna wydała. Krew uderzyła mudo głowy. Dobiegł jej i ujrzał, że była to Murzynka. Szedł więca szedł, przyspieszając coraz kroku. Nareszcie na którymś rozstajuuciekającej w prawo i w lewo ulicy zaczął czytać i stanął, jak gdybywrósł w ziemię. Była to ulica jego. Ulica Los Artes.

Odwrócił się i zobaczył nr 117. Sklep krewniaka zaś znajdować się miał pod 175. Zaczął iść teraz tak śpiesznie, że prawiebiegiem. Przed nr 171 musiał stanąć, żeby tchu nabrać. I mówiłsobie: „O matko moja! Matko moja! Czyż to prawda, że ja cię zarazzobaczę?...”

Pobiegł dalej, spostrzegł mały sklepik z wiktuałami. Tensam. Wszedł. W sklepiku siedziała kobieta w okularach, z siwymiwłosami.

— A czego to, chłopcze? — spytała po hiszpańsku.

— Czy to nie tu — rzekł chłopiec usiłując głos dobyćz ściśnionego gardła — czy to nie tu sklep Franciszka Merelli?

— Franciszek Merelli umarł! — odrzekła kobieta po włosku.

Chłopiec zachwiał się jakby uderzony w piersi.

— Kiedy umarł?

— Eh, kawałek już czasu, moje dziecko! — odpowiedziałakobieta. — Kilka miesięcy temu. Nie wiodło mu się. Przedał. Wyprowadził się. Słyszałam, że daleko stąd, aż do Bahii, gdziezaraz też podobno miał umrzeć. Sklepik teraz mój.

Chłopiec zbladł.

Przezwyciężył się jednak i rzekł szybko:

— Merelli znał moją matkę. Moja matka służyła tutaju państwa Mequinez. On sam tylko mógłby mi powiedzieć, gdziemam jej szukać. Bo ja przyjechałem do Ameryki po to, żebyodszukać moją matkę. Merelli posyłał jej listy nasze. Ja przecieżmuszę znaleźć moją matkę.

— Biedny chłopiec! — westchnęła kobieta. — Ja nie wiem.Mogę się zapytać stróża. On znał chłopaka, który Merelliemuposyłki załatwiał. Może być, że wie cokolwiek.

I zaraz poszła w głąb sklepu wołając przez drzwi stróża.

Przybiegł natychmiast.

— Powiedz mi — rzekła sklepikarka — czy pamiętasz, żebyten chłopak od Merelliego nosił listy do kobiety służącej u jednychtu, wiesz, tutejszych...

— U państwa Mequinez! — odpowiedział stróż. — Tak,proszę pani, nosił czasem. Tam dalej, w tej samej ulicy.

— Ach, dziękuję pani! — zawołał Marek. — Proszę mi tylkopowiedzieć numer... Nie wiecie? Niech pani każe mnie zaprowadzić! Zaprowadźcie mnie, stróżu! Mam jeszcze pieniądze...

Mówił tak żarliwie, że stróż, nie czekając na to, co powiesklepikarka, rzekł:

— To idźmy! — I wyszedł pierwszy prędkim krokiem.

Biegnąc niemal i bez słowa doszli w głąb tej nadzwyczajdługiej ulicy, przeszli korytarz wiodący wskroś małego białegodomku i zatrzymali się przed piękną kratą, przez którą widać byłodziedzińczyk umeblowany i pełen gazonów z kwiatów. Marekpociągnął za dzwonek. Ukazała się młoda panna.

— Czy tu mieszkają państwo Mequinez? — zapytał chłopiectrwożliwie.

— Mieszkali — odpowiedziała panna po włosku, ale akcentem hiszpańskim. — Teraz my tu mieszkamy, Zeballoz.

— A gdzie się wyprowadzili państwo Mequinez? — zapytałMarek z bijącym sercem.

— Wyjechali do Kordowy.

— Kordowa? — wykrzyknął Marek. — Gdzież to Kordowa?... A ta służąca, która u nich była? Ta kobieta? Moja matka?Ich służąca była moją matką... Czy zabrali także matkę mojąz sobą?

Panna spojrzała na niego i rzekła:

— Nie wiem. Może mój ojciec będzie wiedział, bo znał sięz nimi, zanim wyjechali. Proszę poczekać chwilę.

Odeszła, a za chwilę powróciła z ojcem, wysokim panemz siwą brodą. Pan popatrzył chwilę na sympatyczną postać małegogenueńskiego marynarza, z noskiem orlim i jasnymi włosami, poczym zapytał nietęgą włoszczyzną:

— Twoja matka była z Genui?

— Z Genui, panie!

— No to ta służąca z Genui wyjechała razem z państwem.Wiem o tym na pewno.

— A gdzie wyjechali?

— Do Kordowy... Do takiego miasta.

Westchnął ciężko chłopczyna, a potem z rezygnacją odrzekł:

— Kiedy tak, to ja muszę także udać się do Kordowy.

— Ach, biedny malcze! — zawołał pan patrząc na niegolitośnie. — Ależ to przecie o jakie sto mil stąd!

Marek zbladł jak trup i oparł się ręką o kratę.

— Zobaczymy, zobaczymy — mówił pan, tknięty współczuciem, i otwierając drzwi dodał:

— Wejdź na chwilę, zobaczymy, czy ci w czym pomócmożna.

Kazał mu usiąść i opowiedzieć rzecz całą, a wysłuchawszyz wielką uwagą namyślał się czas jakiś, po czym rzekł szybko:

— Nie masz pieniędzy, nieprawdaż?

— Mam jeszcze... trochę — odpowiedział Marek.

Pan znów myślał przez parę minut, potem siadł do stolika,napisał list i podając go chłopcu rzekł:

— Słuchaj, mały Włoszku! Idź z tym listem do Boca. Jest tomiasteczko przez pół genueńskie o dwie godziny drogi stąd.Każdy ci pokaże drogę. Idź tam i wyszukaj tego pana, któregonazwisko masz tu na adresie. Znają go wszyscy. Zanieś mu ten list.Ten pan wyprawi cię jutro do Rosario i poleci komuś, kto siępostara ułatwić ci dalszą drogę aż do Kordowy, gdzie znajdzieszpaństwa Mequinez i matkę twoją. Tymczasem, masz tu oto— włożył mu kilka lirów do ręki — idź śmiało, nie bój się!Wszędzie tu znajdziesz Włochów, wszędzie się rozmówisz i niebędziesz opuszczony! Adios!

Chłopiec rzekł tylko: — Dziękuję!... — Nie mógł znaleźćinnych słów, wyszedł ze swoją torbą i pożegnawszy przewodnika,zaczął iść z wolna ku onemu Boca, pełen smutku i zdumienia,przez to duże, hałaśliwe, tętniące przyśpieszonym ruchem miasto.

Wszystko, co mu się od chwili tej aż do wieczora następnegodnia zdarzyło, zostało mu w pamięci zmącone, niejasne, podobnedo gorączkowych majaczeń w chorobie, tak był znużony, stroskany, upadły na duchu.

Dopiero kiedy drugiego dnia wieczorem przespawszy nocw jakiejś komórce obok tragarza portowego w Boca i przesiedziawszy dzień cały prawie na stosie belek, wpółsennym wzrokiemwpatrzony w tysiące łodzi, statków parowych i okrętów, znalazłsię wreszcie na dużej, żaglowej, naładowanej owocami barce,uczyniło mu się jakoś rzeźwiej w duszy.

Barkę prowadziło trzech silnych, na brąz spalonych słońcemgenueńskich żeglarzy, których głos i ten miły mu, znajomy oddzieciństwa akcent ich wymowy, dodawały biedakowi otuchy,odwagi.

Ruszyli.

Podróż trwała trzy dni i cztery noce, a była jednym wielkimzdumieniem dla naszego małego wędrowca. Trzy dni i cztery nocespędził na tej olbrzymiej, pełnej zadziwiających widoków rzeceParanie, wobec której nasza Po — też przecie duża rzeka— drobnym jest strumyczkiem zaledwie, a której długość przewyższa długość Włoch cztery razy wziętą.

Barka posuwała się z wolna, płynąc mozolnie pod falę tychwód niezmiernych. To mijała podłużne wyspy, niegdyś tygrysów i wężów siedliska, teraz uprawne, pokryte plantacjamipomarańcz gaje; to przesuwała się przez kanały tak wąskie, iżzdawało się niepodobieństwem, aby z nich wyjść mogła; towypływała na szerokie wodne roztocze mające pozór wielkich,cichych jezior. A potem znów inne wyspy i znowu kręte kanałyskroś archipelagu, wpośród ogromnych gąszczów dzikiej roślinności. Te brzegi, te wody samotne szeroko rozlane, czyniłyniekiedy wrażenie jakichś nowych światów, na które ta ubogabarka przedzierała się pierwsza od stworzenia ziemi. A im sięposuwali dalej, tym ta potworna rzeka straszniejszą się zdawałabiednemu Markowi.

Wyobraził sobie, że matka jego jest gdzieś u jej źródeł i żebędzie tak płynął do niej lata, lata.

Dwa razy dziennie spożywał nieco chleba i solonego mięsarazem z wioślarzami, którzy widząc go smutnym, przestali się doniego odzywać. Nocą sypiał na pokładzie, budząc się wszakże cochwila, zdumiony nadzwyczajnym blaskiem księżyca, który wysrebrzał niezmierne wody i dalekie brzegi, a wtedy ściskało mu sięserce.

— Kordowa! — Tak powtarzał to słowo „Kordowa”, jakbyto była nazwa tajemniczego miasta, o którym gdzieś, kiedyś,w bajce jakiejś słyszał.

I zaraz poddawał się myślom słodkim i cieszącym.

„Mama tędy płynęła także... Mama także patrzyła na tewyspy, na te brzegi”.

A wtedy miejsca i widoki utracały dla niego coś z obcościswojej i nie zdawały mu się tak samotne, bo przecież zostało w nichcoś ze spojrzenia matki jego.

Nocą, żeby nie usnąć, jeden z wioślarzy śpiewał. Jakże muśpiew ten przypominał słodkie pieśni, którymi usypiała go matka.

Ostatniej nocy, słuchając owego śpiewania, zapłakał głośno.Wioślarz przerwał piosenkę, chwilę milczał, a potem zawołał:

— A nie bądźże babą, chłopcze! Cóż u licha! Genueńczyk— i beczy, że mu dom daleko... A nie wiesz to, że Genueńczycyświat opłynęli dokoła w sławie i w triumfie?

Więc biedak zwyciężył się jakoś, poczuł krew genueńskąw żyłach i podniósł mężnie czoło uderzając pięścią w rudel dlanadania sobie bardziej męskiej miny.

„A więc dobrze! — myślał. — I ja tak będę! I ja muszęopłynąć cały świat dokoła, i będę płynął lata, lata całe, a potembędę szedł pieszo setki, setki mil, będę szedł ciągle, póki nie znajdęmamy! Choćbym miał dojść umierający i paść u nóg jej nieżywy!Niech tam, bylebym ją raz zobaczył! Będę odważny. Będęodważny! Będę mężny! Będę!”...

I z tak umocnioną duszą przybył o chłodnym, wczesnymbrzasku dnia czwartego do miasta Rosario, które leżało nawysokim brzegu Parany, tam gdzie tysiące powiewających chorągwiami masztów przeglądało się w uciszonych jej wodach.

Zaraz po wylądowaniu udał się Marek do miasta z swojątorbą w ręku, aby odszukać owego Argentyńczyka, do któregoprotektor z Boca dał mu na wizytowym bilecie kilka słówpolecających.

Kiedy wszedł do Rosario, zdawało mu się, że wchodzi domiasta już znanego. Były to te same nieskończenie długie i prosteulice, zabudowane niskimi, białymi domami, zasnute ponaddachami niezmierną siecią telefonicznych i telegraficznych drutów, które wisiały niby pajęczyna olbrzymia, a na brukach tętentkoni, huk wozów, wrzawa ludzi. W głowie mu się mieszało.Chwilami takie miał wrażenie, że oto przybył do Buenos Airesi ma szukać owego krewniaka raz jeszcze.

Chodził tak z godzinę może, zawracając to tu, to tam, wśródogłuszającej jednostajności widoków, zupełnie jakby ciągle siękręcił w tej samej ulicy, aż, dopytując się usilnie, znalazł dom nowego protektora swego. Zadzwonił. We drzwiach ukazał się jakiśgrubas z jasnymi włosami, z twarzą niemiłą, wyglądający na rządcę domu, który go opryskliwie i cudzoziemską wymową zapytał:

— Czego chcesz?

Chłopiec wymienił nazwisko pana domu.

— Pan — odpowiedział rządca — wyjechał wczoraj wieczórdo Buenos Aires z całą rodziną.

Chłopiec oniemiał. Potem rzekł zmieszany:

— Ale ja... Ja tu nie mam nikogo... jestem sam. — I podał ówpolecający bilet.

Rządca go wziął, odczytał i rzekł niechętnym głosem:

— Ja tam nic nie wiem. Dam panu za miesiąc, jak wróci.

— Ale ja, ja tu sam... Mnie koniecznie trzeba! — zawołałbłagalnie chłopczyna.

— Eh, ruszaj sobie! — odpowiedział grubas. — Mało tojeszcze mamy tych obieżyświatów z twego kraju! Idź do Włochżebrać, do Włoch!

I zamknął mu drzwi przed nosem. Chłopiec stał jak skamieniały.

Wziął wreszcie torbę swoją i odszedł z wolna, z sercem jakbyprzebitym i zamętem w głowie.

Co czynić? Gdzie iść?

Z Rosario do Kordowy był jeszcze dzień jazdy koleją. AleMarek miał już tylko parę lirów. Odjąwszy to, co musi dziś jeszczewydać — cóż mu zostanie? Skąd wziąć pieniędzy, żeby kupić biletdo Kordowy. Mógłby zarobić... Ale gdzie, kogo prosić o zajęciejakie, o pracę? Żebrać? Ach nie! Te odmowy, obelgi, upokorzenia,jak tego świeżo doznał... Nigdy, nigdy! Sto razy lepiej najpierwumrzeć...

Kiedy tak rozmyślając spojrzał w tę nieskończenie długąulicę, która ginęła gdzieś daleko, na niezmiernej, nie objętej okiempłaszczyźnie, poczuł, że cała odwaga z serca mu uchodzi... Rzuciłwięc torbę na chodnik, siadł na niej, oparł się o mur plecamii ukrywszy twarz w rękach, bez jednej łzy nawet, pozostał taknieruchomy jak obraz rozpaczy.

Przechodnie potrącali go nogami: ulica drżała od turkotuładownych wozów; kilku chłopców zatrzymało się i patrzyło naniego.

Jak długo to trwało, sam nie czuł. Nagle zbudził go jakiś głos,mówiący wpół po włosku, a wpół po lombardzku:

— A co ci to, dziecko?

Podniósł twarz na te słowa i spojrzawszy skoczył z okrzykiemzdziwienia:

— Wy tutaj?...

Przed nim stał ów wieśniak, Lombardczyk, z którym sięzaprzyjaźnił przepływając morze.

Ale i stary wieśniak nie mniej był od chłopca zdziwiony.Marek wszakże w nagłym podnieceniu nie dał mu nawet czasu napytania, tylko sam zaczął opowiadać pośpiesznie wszystko, co good owego czasu spotkało.

— A teraz — kończył — nie mam już pieniędzy i trzeba mikoniecznie na drogę zarobić. Zmiłujcie się, znajdźcie mi jakąrobotę, żebym mógł uciułać kilka lirów! Każdą robotę chętniepodejmę... Mogę nosić pakunki, mogę zamiatać ulicę, mogębiegać za posyłkami, mogę także na wsi pracować. Niechbymczarnym suchym chlebem żył, bylebym mógł jak najprędzejjechać i odnaleźć już raz moją matkę!

Więc się ulitujcie nade mną i znajdźcie mi jaką robotę! Namiłość boską, znajdźcie, bo już nie wytrzymam dłużej!...

— Diaski! Diaski! — powtarzał wieśniak patrząc dokołai drapiąc się w brodę. — Co za awantura!... Robota!... Łatwopowiedzieć: robota! Ale skąd jej wziąć? Posłuchaj no... A niedałoby się zebrać jakich trzydziestu lirów tak pomiędzy naszymi?... Przecie tu tylu naszych jest!

Chłopiec spojrzał na niego z odbłyskiem nadziei w oku.

— Pójdź no ze mną! — rzekł wieśniak po nowym namyśle.

— Gdzie? — zapytał chłopczyna schylając się po torbę.

— Jak mówię pójdź, to pójdź!

I zaraz ruszył z miejsca.

Marek szedł za nim. Tak przeszli razem duży kawał ulicyw zupełnym milczeniu. Nareszcie zatrzymał się wieśniak przedoberżą, na której szyldzie była gwiazda, a pod nią napis: „Jutrzenka Włoch”, wsadził głowę przez drzwi i cofnąwszy ją zaraz,obrócił się do chłopca i rzekł wesoło:

— W dobrą chwilę my przyszli! Chodź!

I weszli do izby. W izbie było kilka stołów, a przy stołachsiedziało dużo ludzi pijąc i rozprawiając głośno. Stary Lombardczyk zbliżył się do pierwszego stołu z brzegu, a po sposobie, jakimpowitał sześciu siedzących przy nim gości, zaraz można byłopoznać, że tylko co, przed niedawną chwilą, należał do ichkompanii. Goście mieli twarze czerwone i brząkali szklankamiśmiejąc się i krzycząc razem.

— Towarzysze! — rzekł wieśniak bez żadnego wstępu, stojąc i trzymając Marka ze rękę. — Oto jest biedny chłopak, naszrodak, który przybył z Genui do Buenos Aires szukając matki.Tam jej nie znalazł, bo jest aż w Kordowie. Zabrali go na barkę doRosario. Płynął trzy dni i cztery noce z paroma słowami polecającymi. Przedstawił kartkę, wykrzywili gębę na niego. Nie ma anigrosza. Jest sam i nikogo nie zna. Chłopak pełen serca. Pomyślećtylko: z Genui do Rosario!... Dalej, towarzysze! Nie trząsnęlibyście też tak kieszenią, żeby miał za co bilet kupić do Kordowyi matkę odszukać? Bo jakże! Mamy go tak jak psa zostawić naulicy?...

— Nigdy w świecie, na Boga!... Nigdy się to po nas niepokaże! — krzyczeli wszyscy razem tłukąc w stół pięściami. — Rodak nasz przecie!... Chodź no tu, mały! My jesteśmyemigranci! Patrzcie, jaki bęben ładny!

— Dalej towarzysze, na stół miedziaki!

— A to zuch! Sam, przez takie morze!...

— Dzielny chłopak! Napijże się, rodaku!

— Nie może inaczej być, tylko cię wyprawim do matki!

I już jeden klepał go po ramieniu, już drugi uszczypnął gow policzek, już trzeci odejmował mu torbę. Inni emigranci zaczęlisię też zbliżać od stołów swoich powstawszy.

Historia chłopca obleciała w mig oberżę całą; z sąsiedniejstancji przyszło kilku Argentyńców i mniej niż w dziesięć minutstary Lombardczyk, który nadstawiał kapelusza, miał już w nimczterdzieści dwa liry.

— Widziałeś — rzekł wtedy zwracając się do chłopca — jakto wszystko galopem w Ameryce idzie?

— Pij, zuchu! — zawołał któryś z gości podając Markowiszklankę wina. — Za zdrowie twojej matki!

Wszyscy podnieśli szklanki, zaczęli się trącać, a Marekpowtarzał:

— Za zdrowie... mojej... — A wtem radosne jakieś łkanie takmu ścisnęło gardło, że postawił szklankę na stole i rzucił się naszyję staremu.

Nazajutrz rano, o pierwszym dnia brzasku, mały podróżny byłjuż w drodze do Kordowy, ufny, wesoły i pełen najlepszych przeczuć. Ale nie ma takiej wesołości, która by się długo ostała wobecposępnych widoków natury. Dzień był pochmurny, szary, pociągprawie że pusty przebiegał olbrzymią równinę pozbawioną wszelkich śladów pomieszkań ludzkich. Marek siedział sam w niezmiernie długim wagonie, podobnym do tych, którymi przewożąrannych. Patrzał na prawo, patrzał na lewo, ale i na prawo, i na lewo była głucha pustka, na której to tu, to tam sterczały drobnekarłowate drzewa, pnie potworne, gałęzie powykręcane w nigdy niewidzianych kształtach, jak gdyby z gniewu i z przerażenia przyjęłytę dziwaczną postać. Cała wegetacja ciemna, rzadka, smutnadawała tej ogromnej równinie pozór niezmierzonego cmentarza.

Drzemał pół godziny, drzemał godzinę, otworzył oczy,spojrzał, zawsze ten sam widok. Stacje, które mijali lub przedktórymi zatrzymywali się, były samotne jak domy pustelników,a kiedy pociąg stawał, nie słychać było żadnego głosu. Zdawało sięwięc chłopcu, że jedzie tak w jakimś straconym pociągu, o którymnikt nie wie i który przez pustynię pędzi. A i to mu się zdawało, żelada stacja będzie już ostatnią i że wprost z niej będzie wyjście natajemnicze i straszliwe siedziby dzikich plemion. Zimny wiatrtwarz mu owiewał. Wsadzając go w Genui na pokład okrętu w końcu kwietnia ojciec jego nie spodziewał się, żeby w Ameryce za jegoprzybyciem zima jeszcze była, i wyprawił go w letniej odzieży.Więc po kilku godzinach tej ponurej jazdy uczuł wielkie zimno,a razem z zimnem ciężkie znużenie dni ubiegłych, pełnych gwałtownych wzruszeń, a także bezsennych albo nie dospanych nocy.

Zdjął go sen. Spał długo i przebudził się całkiem skostniały.Uczuł, że mu źle jakoś. A wtedy ogarnął go jakiś głuchy niepokój,że może zachorować i umrzeć w tej drodze, i być porzuconym tu,na tej równinie rozpaczliwie smutnej, gdzie ciało jego byłobyposzarpane przez drapieżne ptaki albo rozwleczone przez psy, jakto się działo w oczach jego z ciałami krów i koni, porzuconymi naprzydrożu, od których oczy ze wstrętem odwracał. Otóż z tymuczuciem niedomagania, wpośród ponurego milczenia natury,myśli jego i uczucia stały się posępne, złowróżbne.

Czyż to już takie pewne, że matkę znajdzie w Kordowie?A jeśli jej tam wcale nie było? Jeśli pan z ulicy Los Artes pomyliłsię co do niej? A jeśli też... jeśli już nie żyje?

W myślach tych zasnąwszy śnił, że jest w Kordowie, że noc,że on idzie ulicą, a tu ze wszystkich drzwi, ze wszystkich okienkrzyk słyszy: „Nie ma jej! Nie ma! Nie ma!”

Zbudził się nagle, zmarznięty srodze, i zobaczył w głębiwagonu trzech jakichś brodaczy, otulonych w szale kolorowe,którzy z cicha z sobą gadając patrzyli na niego.

Jakiś błysk podejrzenia go przeniknął. Kto wie, czy nie są tozbóje, którzy chcą go zamordować i ukraść mu torbę? Ogarnęła gowięc trwoga, której dreszcz równie był przykry jak dreszcz zimna,a wyobraźnia jego podniecona zaczęła snuć coraz to bardziejprzerażające widziadła.

Tymczasem trzej podróżni patrzyli na niego ciągłe, a jedenz nich podniósł się i ku niemu posuwać się zaczął. Wtedy chłopiecgłowę stracił i biegnąc do człowieka owego z otwartymi ramionami zakrzyknął:

— Nie mam nic! Jestem biedny chłopak! Idę z Włoch szukaćmatki mojej! Jestem sam, bezbronny, nie czyńcie mi nic złego!

Zrozumieli tę trwogę biednego chłopca podróżni, użalili się,ugłaskali go, uspokoili mówiąc do niego wyrazami, których nierozumiał zgoła; a widząc, że szczęka zębami, owinęli go jednymz swoich trzech szalów i namówili, żeby się w kątku przytuliii zasnął, a oni go na czas obudzą.

Jakoż zasnął, gdy mrok już zapadał. Kiedy go obudzili, byłw Kordowie.

Ach, jakże głęboko odetchnął, z jakim pośpiechem wyskoczyłz wagonu! Zaraz na stacji zapytał jednego z urzędników, gdzie jestdom inżyniera Mequinez. Urzędnik wymienił nazwę kościoła,obok którego dom ten się znajdował. Chłopiec pobiegł, ledwozdążywszy powiedzieć „dziękuję”.

Była noc. Wszedł do miasta. I zdawało mu się, że znowudo Rosario powrócił, bo znów zobaczył tak samo proste i taksamo nieskończenie długie ulice, przy których stały domy niskie, białe, ulice tak samo pocięte przecznicami, równie długimi i równie prostymi. Były one wszakże dość puste, a kiedyprzy świetle rzadko stojących latami spojrzał w twarze nielicznych przechodniów, wydały mu się one dziwne co do rysów,a koloru także nie widzianego nigdy, niby czarnego, niby oliwkowego.

Podniósł tedy oczy i zaczął szukać wzrokiem kościołów.Ujrzał ich kilka, rysujących się na czamości nocy ciężkimi,dziwacznymi kształty.

Miasto było ciemne i milczące, ale po przebyciu tej śmiertelnie ponurej i nieskończenie wlokącej się równiny wydało mu sięprawie że wesołe.

Spotkał księdza: zapytał o kościół, znalazł go niebawem,a także dom przy nim. Drżącą ręką pociągnął za dzwonek, a drugąprzycisnął z całej siły do piersi, żeby powstrzymać gwałtowneuderzenia serca, które go aż w gardle dusiło.

Na odgłos dzwonka wyszła jakaś starsza kobieta ze światłem.Ale chłopiec przemówić nie mógł.

— Do kogo to? — zapytała po hiszpańsku stara.

— Do inżyniera Mequinez — odrzekł Marek.

Stara zrobiła taki ruch, jakby chciała ręce skrzyżować napiersi, i kiwając głową rzekła:

— Jeszcze i ty?... Jeszcze do inżyniera Mequinez? Zdaje się,że byłby już czas z tym skończyć! Trzy miesiące, jak go nie ma, a cigo precz szukają!... Nie dosyć, żeśmy dali ogłoszenie do gazet?Jeszcze może na rogach ulic drukować, że pan inżynier Mequinezwyprowadził się do Tucuman!

Markowi opadły ręce, lecz zaraz chwycił go nagły gniewrozpaczy.

— Cóż to? — zawołał. — Przekleństwo jakie czy co?... Mamumrzeć tak na ulicy, na drodze, nie znalazłszy matki mojej? Jaoszaleję!... Ja się zabiję! Boże, Boże! Jak się nazywa ten kraj?...Gdzie jest? Daleko stąd?

— Czy daleko, mój biedny chłopcze! Bagatela... Jakieśczterysta czy pięćset mil rachując lekko...

Marek zakrył twarz rękami. Gniew jego rozpłynął się w dziecięcych łzach bezsilności. Płakał i powtarzał z cicha:

— Co ja pocznę?... Co ja pocznę? Co ja teraz pocznę?

— A skądże ja mogę wiedzieć, mój biedaku! — odpowiedziała kobieta. — Ja też nie wiem!

Ale w tej chwili przeleciał jej przez głowę błysk jakby, więcrzekła spiesznie:

— Słuchajże, chłopcze! Spróbuj jeszcze! Idź na prawow ulicę, znajdziesz za trzecią bramą duży dziedziniec. Tammieszka capataz, taki kupiec, wiesz?... On jedzie jutro do Tucuman ze swoimi wozami i wołami. Spróbuj proś... Może by cięzabrał za posługę w drodze. Może by ci się dał przysiąść na którywóz... Tylko się spiesz... Leć!...

Chwycił chłopak torbę i pobiegł dziękując. W dwie minutypóźniej był już w obszernym dziedzińcu, oświetlonym latarniami,gdzie kilku ludzi pakowało worki pszenicy na ogromne wozy,podobne do tych ruchomych domów, w których mieszkająi przenoszą się z miejsca na miejsce linoskoki; wozy miały dachypółokrągłe i nadzwyczaj wysokie koła. Robotą zarządzał wysoki,barczysty mężczyzna, owinięty obszernym płaszczem w biało-czarne kraty i w wysokich butach z cholewami. Podszedł doniego chłopczyna i nieśmiałym głosem przedstawił mu swojąprośbę dodając, że przybył z Włoch i że szuka matki swojej.Capataz, co znaczy tyleż prawie w tych wyprawach lądowych, cokapitan w wyprawach morskich, obrzucił go bystrym okiem odstóp do głowy i rzekł krótko:

— Nie ma miejsca.

— Panie — rzekł chłopiec głosem błagalnym — ja mampiętnaście lirów... Ja panu dam te piętnaście lirów... Za drogębędę pracował, służył... Będę nosił wodę, paszę dła bydła... Będęwszystko robił, co pan każe. Niech mi pan pozwoli się przysiąść naktórym wozie... Ja nie jestem ciężki...

Capataz popatrzył znowu, tym razem przyjaźniej nieco.

— Nie ma miejsca! A potem, widzisz, my nie jedziemy doTucuman. Jedziemy do innego miasta, do Santiago dell'Estero.Więc musielibyśmy puścić cię stamtąd samego, a to jeszcze dużykawał drogi. Musiałbyś pieszo iść.

— Pójdę panie. Jeszcze dwa razy taki kawał pójdę! Ja dobrzechodzę. Czy tak, czy owak, ja już się tam dostanę... Niech mniepan tylko weźmie na wóz. Niech mnie pan zabierze! Malutki kącikjaki, proszę pana! Ja się skurczę... Niech się pan zmiłuje nade mną!Niech mnie pan nie zostawia tutaj samego!

— Ale, chłopcze! To jest dwadzieścia dni drogi stąd.

— Niech będzie! Nie szkodzi!

— I to jest ciężka podróż!

— Już ja wytrzymam, proszę pana! Ja mocny!

— I pamiętaj, że będziesz musiał potem sam iść.

— Pójdę, panie! Ja się niczego nie boję. Żebym tylko matkęznalazł! Niech się pan ulituje nade mną!

Capataz zbliżył mu do twarzy trzymaną w ręku latarnięi przez chwilę patrzył. Po czym rzekł:

— Dobrze.

Chłopiec pocałował go w rękę.

— Prześpisz się na wozie. Jutro o czwartej rano cię obudzę. Buenos noches... — dodał po hiszpańsku, co znaczy:,,dobranoc”.

O czwartej rano, przy świetle gwiazd jeszcze, długi rządładownych wozów ruszył z wielkim łoskotem i brzękiem łańcuchów, każdy wóz ciągniony przez zaprzęg dwóch wołów, a zakażdym wozem uwiązane dwie jeszcze pary na zmianę.

Chłopiec, zbudzony i umieszczony w jednym z wozów nastosie worków, zasnął powtórnie zaraz.

Kiedy się obudził, cały konwój wypoczywał w ustronnym,słonecznym miejscu, a ludzie należący do wyprawy, los peoneszwani, siedzieli na ziemi wokoło dopiekającej się ćwierci cielęciny,nadzianej na rodzaj rożna, opartego na koziołkach przy dużymognisku, które wiatr rozdymał.

Gdy pieczeń była gotowa, zjedli ją razem wszyscy, przespalisię i ruszyli dalej. I tak szła ta podróż równym trybem, regularniejak pochód żołnierzy. Każdego rana ruszali o piątej, zatrzymywalisię o dziesiątej, znów wyruszali o piątej z południa, a o dziesiątejstawali na nocleg.

Peoni jechali konno i poganiali woły długimi prętami.Chłopiec rozpalał ognisko, dawał jeść bydłu, czyścił latarnie,przynosił wodę do picia.

Kraj, który przebywali, wydawał mu się być niewyraźnąjakąś wizją: były to obszerne zarośla drzew drobnych, prawie żebrunatnych, osady o niewielu rozrzuconych domach, którychfronty były ząbkowane i malowane czerwono, olbrzymie przestrzenie, może pradawne łożyska wielkich słonych jezior, bielejącesolą, jak tylko okiem zajrzeć, a wszędzie i zawsze płaszczyzna,pustka i milczenie.

Niezmiernie rzadko spotykali dwóch, trzech konno jadącychpodróżnych z uwiązanymi zapasowymi końmi, którzy przelatywali jak wicher galopem, i znów wielka pustka i szeroka cisza.Dnie były tak jednostajne, jak na pełnym morzu, znojne, nudnenieskończenie długie.

Ale czas był prześliczny.

Wszakże peoni co dzień stawali się bardziej wymagający,zupełnie tak, jakby chłopiec był ich płatnym służącym, niektórzytraktowali go brutalnie, a wszyscy żądali ciągłych posług, bezżadnego względu. Kazali mu dźwigać ogromne brzemiona paszy,posyłali go po wodę w bardzo oddalone miejsca, a on złamany tąciężką dzienną pracą, nie mógł się nawet dobrze wyspać, budzonynocą rykiem bydła, rżeniem koni, ujadaniem wielkich psów, któremieli z sobą, a rankiem wstrząsany nieustannie podskakującymruchem wozów, skrzypieniem kół i brzękiem żelastwa. W dodatku, niech tylko wiatr się zerwał, a zrywał się często, czerwonawy,tłusty pył pokrywał wszystko, dostawał się do wozu, przenikał podubranie, napełniał mu usta i oczy, tamując oddech, przeszkadzającpatrzeć, uporczywy, niezbyty, nieznośny.

Zmęczony ciężką pracą i niespaniem, obdarty i brudny,poniewierany od rana do nocy, biedny chłopiec z dnia na dzieńcoraz bardziej marniał i byłby zupełnie upadł na duchu, gdybycapataz nie przemówił do niego od czasu do czasu paru słówżyczliwych. Często też skulony w kącie wozu, nie widziany przeznikogo, płakał gorzko — oparłszy twarz o swoją torbę, w której jużnic nie było, prócz trochy łachmanów. Co rano wstawał słabszy,bardziej zniechęcony, a patrząc na tę równinę nieskończoną,nielitosną, nieprzebytą, zupełnie jak ocean ziem pustych, milczących, myślał sobie:

„Ach, tego wieczora to już nie doczekam. Już co dzisiaj, tozamrę z pewnością!”

A roboty przybywało, a dokuczliwe obejście coraz byłocięższym.

Pewnego ranka, że wody na czas nie przyniósł, w nieobecności capataza, jeden z peonów go uderzył i odtąd w zwyczaj wprostweszło, że wszyscy razem z rozkazem jakimś dawali mu szturchańca mówiąc:

— Weź to do torby, włóczęgo! Weź dla matki!

A jemu serce pękało. Znosił, ale nie mógł znieść i zachorował.

Trzy dni leżał w wozie, okryty kołdrą, szczękając zębamiw okrutnej febrze i nie widując nikogo prócz capataza, któryprzynosił mu pić i liczył puls jego. Więc się już za zgubionego miałi wzywał matki z rozpaczą śmiertelną, słodkie jej imię ciągle naustach mając:

— O matko! Droga mamo! Ratuj mnie! Przyjdź, zanimumrę, żebym się pożegnał! O mamo, czy ja cię już nigdy niezobaczę? Czy mnie mamo, umarłego, znajdziesz na tej drodze?

I składał ręce, i tulił je do piersi, i modlił się żarliwie, gorąco.

Aż dzięki staraniom poczciwego capataza ozdrowiał jakośi począł mieć się lepiej. Ale właśnie wtedy nadszedł dzieńnajstraszniejszy dla niego; dzień, w którym miał zostać sam.

Dwa tygodnie byli już w drodze.

Kiedy więc przyciągnęli do tego rozstaju, gdzie od drogi,idącej ku Tucuman, odgałęzia się droga idąca do Santiagodell'Estero, capataz oznajmił chłopcu, że tu się rozłączą. Dał mukilka wskazówek co do dalszej podróży, założył mu torbę na plecytak, żeby mu łatwiej było iść, i --- jak gdyby obawiał się własnegorozczulenia — krótko się z nim pożegnał, tak że chłopak ledwiemiał czas pocałować go w rękę. Ale i peoni, którzy mu tylenadokuczali, zdaje się, że byli wzruszeni litością, widząc go taksamym, stojącym bezradnie na drodze, gdyż oddalając się, pożegnali go przyjaznym ruchem ręki. A on, oddawszy im z sercapożegnanie owo, stał i patrzał, póki cala wyprawa nie znikła muw chmurze czerwonego pyłu, po czym westchnął i puścił sięw drogę.

Jedna rzecz wszakże dodała mu ducha zaraz na wstępie. Otopo tak długiej podróży skroś nieskończonej, śmiertelnie jednostajnej płaszczyzny, spostrzegł wznoszące się przed sobą na dalekimwidnokręgu niezmiernie wysokie, lazurowe góry z białymi szczytami, które mu przypominały Alpy i dawały złudzenie czegośswojskiego, czegoś, co go do oddalonej ojczyzny zbliżało. Były toAndy, skalisty grzbiet amerykańskiego lądu, olbrzymi łańcuch,ciągnący się od Ziemi Ognistej do morza podbiegunowych lądów,na przestrzeni stu dziesięciu stopni szerokości geograficznej.

A i to go orzeźwiło bardzo, że powiew wiatru stawał się corazcieplejszy, wprost jakby ogrzane powietrze biegło naprzeciwniego. I nie dziw; gdyż droga jego, wstępująca teraz znowu kupółnocy, zbliżała go powoli ku sferom zwrotnikowym.

Uszedł już kawał, kiedy spotkał nareszcie grupę małychdomków z dość nędznym kramikiem, do którego wstąpił, żeby cośdo jedzenia kupić. Jakoż był porządnie głodny. Posiliwszy sięnieco szedł dalej. Droga była całkiem pusta.

Spotykał mężczyzn jadących konno, widział kobiety i dziecisiedzące na trawie, nieruchome poważne, z twarzami całkiemosobliwymi, koloru ziemi, o mocno wystających policzkowychkościach i podłużnych oczach, które wpatrywały się w niegouparcie i przeprowadzały spojrzeniem, powoli obracając głowyzupełnie jak automaty. Byli to Indianie.Pierwszego dnia szedł Marek, dopóki mu sił starczyło, noczaś przespał pod drzewem. Drugiego uszedł mniej trochę i z większym wysiłkiem. Buty miał dziurawe, nogi poobijane, a i w sobiejakoś nie czuł się dobrze przy lichym posiłku. Pod wieczór strachgo ogarnął. Przypomniał sobie, że mówiono we Włoszech, jakobyw krajach tych były jadowite węże, zaraz też wydało mu się, żesłyszy w trawach jakieś podejrzane świsty. Zatrzymywał się,słuchał, potem szedł znowu, a kości mu przenikał dreszcz strachu.To znów ogarniała go wielka litość nad samym sobą, że płakał idącw milczeniu. Zaraz wszakże otrząsał się z tego:

„Ach — myślał — jakże by się mama o mnie martwiła, gdybywiedziała, że ja się tak boję!”

I to wracało mu odwagę. Więc czepiał się tej myśli o matce jakdeski ratunku. Przypominał sobie o niej różne rzeczy. Jej drogątwarz, jej głos, jej słowa, którymi go żegnała, opuszczając Genuę...to znów przypominał sobie, jak mu poprawiała kołdrę i poduszkęw łóżeczku, kiedy był mały, jak go brała na kolana, mówiąc:

„Posiedź trochę u mnie!” — i oparłszy głowę długo tak nierazsiedziała zamyślona, zadumana... Więc orzeźwiwszy się wspomnieniami tymi nabierał otuchy:

„Przecież ja cię znów, droga mamo, zobaczę! Przecież jadojdę kiedyś do końca tej drogi, prawda, mamo?”...

I szedł, szedł, pośród nieznanych drzew, pośród wielkichplantacji trzciny cukrowej, przez ogromne stepy trawiaste, zawszeku onym lazurowym górom, które wierzchołkami ośnieżonymiprzecinały niebo. Tak przeszło cztery dni, pięć dni, przeszedłtydzień cały.

Siły chłopca znikały, topniały jakby, stopy miał pokaleczone.

Aż pewnego dnia o zachodzie słońca zapytany przechodzieńodpowiedział mu:

— Tucuman? Pięć mil stąd będzie jeszcze do Tucuman.

Marek wydał okrzyk radości i przyspieszył kroku, jakbycudem odzyskał utracone siły. Ale było to złudne podniecenie. Zachwilę pociemniało mu w oczach, siły go opuściły i padł nadbrzegiem przydrożnego rowu.

Serce przecież uderzyło mu w piersi radośnie, radośnie!Niebo, iskrzące promiennymi gwiazdami, nigdy mu się jeszczenie wydawało tak pięknym. Patrzył w nie, wyciągnięty na trawiei do snu się mając, a jednocześnie myślał, że może w tej samejchwili i matka jego na te gwiazdy patrzy. I mówił:

Gdzie jesteś, mamo droga! Co robisz teraz? Czy myśliszo twoim Marku, który już tak blisko jest ciebie?”

Biedny Marek! Gdyby wiedział, w jakim stanie matka jegowłaśnie się znajduje, byłby zrobił nadludzki wysiłek, żeby tylkobyć przy niej parę godzin wcześniej. Była chora, leżała w łóżkuw parterowym pokoiku pięknej willi, zamieszkiwanej przezrodzinę inżyniera Mequinez, która dobrą kobietę polubiła serdecznie i opiekowała się nią najtroskliwiej.

Biedna kobieta była już słaba nieco, kiedy inżynierowiMequinez wypadło niespodziewanie opuścić Buenos Aires, wprędce jednak wyborny klimat Kordowy powrócił jej siły.

Ale kiedy na listy pisane i do męża i do owego krewniaka nieotrzymała żadnej odpowiedzi, przeczucie jakiegoś nieszczęścia,obawa ciągła, w której żyła z dnia na dzień, pozbawiona wszelkichwieści o dzieciach, o domu, wahanie, czy jechać, czy zostać,szalony niepokój odbierający jej sen w nocy i możność posiłku wednie — wszystko to pogorszyło stan jej w niezwykły sposób.W końcu rozwinęła się choroba groźna, jakieś ostre, wewnętrznezapalenie, które ją od dni piętnastu trzymało pomiędzy życiema śmiercią. Żeby ocalić to życie, trzeba było zdecydować się naoperację chirurgiczną.

I właśnie w chwili, kiedy jej wzywał Marek, państwoMequinez stali oboje przy jej łóżku, przekładając jej łagodnymisłowy, dlaczego operacja ta konieczna była, a ona upierała siępłacząc, że jej nie chce.

Zdolny lekarz z Tucuman zeszłego już tygodnia przybył tu napróżno.

— Nie, drodzy państwo! — mówiła słabym głosem chora. — Nie liczcie już na to! Ja już na to za słaba... umarłabym podnożem doktora... Toć już wolę tak umierać. Co mi już po życiu.Już dla mnie się wszystko skończyło. Lepiej mi umrzeć nawetwpierw, zanim się dowiem, co się tam z moimi biedakami stało!

A państwo perswadowali. Toż trzeba przecie mieć trochęodwagi! Trochę ufności! Toć gdyby pisała do Genui wprost, a nieprzez krewnego, byłaby już dawno miała wiadomość od rodziny.Że nie może lekceważyć zdrowia, że musi poddać się tej operacji,jeśli nie dla siebie, to dla dzieci swoich. Ale to słowo „dzieci”powiększyło tylko srogą boleść i rozpaczliwą tęsknotę, która jąprzygnębiała od długiego czasu.

— Ach, moje dzieci! Moje dzieci! — zawołała składającwychudzone ręce. — Nie ma już was może na świecie! Niechże i jalepiej nie będę na nim! Dziękuję wam, drodzy państwo! Z sercawam dziękuję, ale wolę już umrzeć raz niż co dzień z żałościumierać! Ja i z tą operacją nie będę już zdrowa! Wiem, że nie będę!Dziękuję za te wszystkie koszty i starunki. Niech już ten doktornie przyjeżdża tu pojutrze, jak mówił! Ja już chcę tak umrzeć. Jużtak przeznaczone, żeby tu była śmierć moja. Już niech będzie, coma być!

Ale państwo Mequinez nie ustępowali:

— Dlaboga! Nie mówcie tego! Nie można! — I brali jej rękęw swoje dłonie i prosili, i pocieszali, jak mogli. Wszakże chorazamknęła oczy i zapadła w osłupienie, które wydawało się jakgdyby już śmiercią.

A pani i pan przy świetle małej lampki patrzyli z ogromnymwspółczuciem na tę bohaterską matkę, która dla ratowaniarodziny umiera oto o sześć tysięcy mil od ojczyzny swojej, po tylutrudach, po tylu cierpieniach, taka zacna, taka dobra, a taknieszczęśliwa.

Następnego dnia, wczesnym rankiem, ze swoją torbą naplecach, zgarbiony i kulejący, ale pełen otuchy w sercu, wchodziłMarek do miasta Tucuman, jednego z najmłodszych i najbardziejkwitnących grodów Republiki Argentyńskiej.

I zaraz przypomniały się chłopcu jak żywe: Buenos Aires,Rosario, Kordowa, gdyż i tu były takież same proste, niezmierniedługie ulice i takież same, z obu ich stron, białe, niskie domy.Tylko że gdzie spojrzał, widział wspaniałą i świeżą roślinność,niebo głębokie i przeczyste, tak nieskalanego szafiru, jakiego nigdy, nigdzie i we Włoszech nawet nie oglądał; powietrze zaś, którym oddychał, miało przecudny zapach pomieszanych kwiatów.Tak idąc spiesznie przez ulice, czuł to samo gorączkowe wzruszenie, jakiego doznał w Buenos Aires. Drżał cały jakimś dziwnymwewnętrznym dreszczem przyglądając się oknom i drzwiomdomów i obrzucając badawczym spojrzeniem przechodzące niewiasty z jakąś trwożną nadzieją, że ujrzy swą matkę. Chciałbywszystkich o nią pytać, a przecież nie śmiał zatrzymać nikogo. Cijednak, którzy go spotkali, zatrzymywali się na progach domówpatrząc na biednego, obdartego, pokrytego kurzawą chłopca, naktórym znać było, że idzie z jakiegoś niezmiernego daleka...

A on tymczasem upatrywał twarzy, która by go ośmieliła dotrwożnych zapytań, kiedy mu wpadł w oczy szyld jakiegoś sklepuz włoskim nazwiskiem właściciela. W sklepie spostrzegł mężczyznę w okularach i dwie kobiety. Zbliżył się z wolna do drzwii zebrawszy całą odwagę zapytał:

— Czy nie mógłby mi pan powiedzieć, gdzie tu mieszka panMequinez?

— Pan inżynier Mequinez? — zapytał właściciel sklepu.

— Pan inżynier Mequinez — odpowiedział chłopiec drżącym głosem.

— Państwa Mequinez — rzekł właściciel sklepu — nie maw Tucuman.

Krzyk rozpaczliwego bólu, jak gdyby z piersi przebitejnożem idący, był echem słów jego. Zerwał się kupiec, zerwały siękobiety, kilku przechodniów stanęło na trotuarze, kilku sąsiadówprzybiegło.

— Co to? Co ci to, chłopcze? — pytał wystraszony kupiecprowadząc Marka do sklepu i sadzając go na krześle. — Dlaboga,nie ma desperować czego! Państwa Mequinez tu nie ma, ale sąniedaleko, o kilka godzin od Tucuman...

— Gdzie? Gdzie? — zakrzyknął Marek i skoczył z krzesła jakgdyby wskrzeszony.

— Będzie z piętnaście mil stąd — mówił kupiec. — Nabrzegu Saladilli, w tym miejscu, gdzie budują wielką cukrownięi osadę przy niej. Tam teraz mieszka pan inżynier, wszyscy wiedząo tym, a byleś tęgo nogi zbierał, będziesz tam w kilka godzin.

— Ja tam byłem miesiąc temu — rzekł jakiś młodzieniec,który na krzyk do sklepu podbiegł.

Marek spojrzał na niego prawie że wystraszonym wzrokiemi blednąc, zapytał nagle:

— Czy pan tam widział służącą państwa Mequinez, Włoszkę?

— Genuenkę? Widziałem.

Marek wybuchnął konwulsyjnym łkaniem, płacząc i śmiejącsię razem. I zaraz porwał się gwałtownie biec pytając jedno przezdrugie:

— Jak się idzie? Prędko! Jaką drogą? Na miłość Boską! Prędko! Zaraz muszę biec... Pokażcie mi drogę!...

— Ale to cały dzień trzeba tam iść! — mówili wszyscy razem. — Jesteś zmęczony... Musisz odpocząć do jutra. Jutro pójdzieszz rana.

— Nie mogę! Nie mogę! — wołał chłopiec. — Powiedzcie mitylko, gdzie. Pokażcie! Ani chwili nie mogę czekać. Idę zaraz,choćbym miał paść... Drogę mi pokażcie!

Widząc go tedy tak zdecydowanym, nikt się już nie przeciwiłbiednemu chłopczynie.

— Niechże cię Bóg prowadzi! — mówili. — A pilnuj sięw drodze przez las. Szczęśliwej drogi, mały Włoszku!

Ów młodzieniec wyprowadził go z miasta, pokazał gościniec, udzielił kilku objaśnień i patrzył za nim, kiedy chłopiecruszył. Po kilku chwilach mały wędrowiec, kulejący, z torbą naplecach, zniknął mu z oczu poza drzewami wysadzonymi z obustron ulicy.

Noc, która po dniu tym zapadła, była okropna dla chorej.Biedna kobieta cierpiała straszliwe bóle, które jej wydzierałynieprzytomne jęki i wprawiały ją w szał jakiś chwilami. Osobyczuwające nad nią traciły głowę. Pani przybiegała przerażona, odczasu do czasu daremnie szukając, czym by ulżyć w męce.Wszyscy zaczęli się obawiać, że gdyby nawet chora zdecydowałasię na operację, lekarz, który miał przybyć z Tucuman nazajutrzrano, mógłby już przybyć za późno.

Wszakże w chwilach kiedy kobieta odzyskiwała przytomność, można było poznać, że najcięższym cierpieniem była niemęka ciała, lecz męka duszy, myśl rozpaczliwa o dalekiej, dalekiejrodzinie. Blada, wycieńczona, z twarzą zmienioną chwytała się zawłosy ruchem rozpaczy, który przenikał serca.

— Boże mój! Boże mój! Umierać tak daleko! Umierać i niewidzieć nikogo, nikogo! O dzieci moje, moje sieroty! O nieszczęsne sieroty wy moje! O Marku mój! Takie małe, takie dobre, takiekochające dziecko! Nie wiecie wy ludzie, nikt nie wie, co to zakochające było dziecko! O, żeby pani wiedziała! Od szyi go sobienie mogłam oderwać, kiedym odjeżdżała, a płakał!... Tak płakał,że mało mu serce nie pękło. Oj, wiedziałeś ty, wiedziałeś, sieroto,że matki nie zobaczysz więcej! Żem też ja wtedy trupem nie padła!Że się też wtedy Pan Bóg nie zmiłował i śmierci mi nie dał! Oj,żebym ja była tam padła przy tym pożegnaniu! Żeby we mniepiorun Boży był trzasnął!

Bez matki... Takie dziecko... Takie serdeczne... Takie kochające... A to tylko wisiało przy mnie cały dzień... w sieroctwie...w nędzy zmarnieje to, na żebry pójdzie... Oj, dziecko mojewygłodniałe... rękę wyciągające po kawałek chleba... Och! Stwórco litościwy! Nie! Nie! Nie chcę umierać! Doktora! Wołajcieprędko doktora. Niech idzie, niech się spieszy, niech mnie kraje,niech ja zwariuję, ale niech mnie ocali! Chcę życia, chcę zdrowia,chcę za morze jechać, zaraz chcę do swoich... do dzieci...Ratujcie!... Ratujcie...

I wpadła w straszny szał rozpaczy. Pilnujące kobiety chwytały ją za ręce, trzeźwiły, uspokajały, mówiły jej o Bogu, o ufności, ażz wolna, z wolna przychodziła do siebie zapadając w śmiertelnezgnębienie lub płacząc jak dziecko. A z piersi jej, razem z tympłaczem, dobywały się ciche jęki i westchnienia:

— O Genuo! O miasto moje... O mój domu... O ty, morzemoje! O mój Marku! Gdzieżeś ty, drogie, drogie dziecko!

Północ była. Marek, wypocząwszy parę godzin na brzegu rowu, zaczął iść przez ogromny las, przez puszczę zarosłą olbrzymimi drzewami, potworną roślinnością, pniami podobnymi dokolumn w jakiejś katedrze, które na niezmiernej wysokości splatały korony swoje, wysrebrzone księżycowym światłem. W półmroku tej gęstwy i miesięcznej nocy widział zastępujące mu drogę miliony drzew najrozliczniejszych kształtów, prostych, pochylonych, pokręconych, pokrzyżowanych, poplątanych z sobą w najdziwaczniejszych ruchach, jak gdyby walki, zaczajenia, groźby.

Niektóre z pni, leżące na ziemi jak powalone bramy, pokrytebyły bujną roślinnością, która zdawała się być tłumem wydzierającym sobie każdą ich piędź w zażartym boju. Inne,ściśnięte i prostopadłe, zebrane w wielkie grupy wyglądały jakpowięzie tytanicznych lanc, których ostrze przebijało chmury.Jakaś pycha wielkości, jakiś cudowny zamęt olbrzymich kształtów, jakiś straszliwy i majestatyczny widok, na jaki natura rzadkotylko się zdobywa w wielkim swoim roślinnym państwie. Marekzatrzymywał się niekiedy w podziwie i osłupieniu, ale wnet duszajego porywała się znowu ku matce. Szedł więc dalej, choćomdlewał ze znużenia, a stopy miał krwawe. Szedł sam, skroś tejpotwornej puszczy, gdzie tylko w rzadkich odstępach czasuspotykał nędzne, mrowiskom podobne siedziby ludzkie, przytulone do tych pni olbrzymich, i stada bawołów uśpione nad drogą.Omdlewający był, a nie czuł zmęczenia; sam był, a nie czułbojaźni. Ta królewska potęga natury duszę mu podniosła. Bliskość matki dawała mu siłę i wytrwanie męskie, wspomnienieoceanu, przerażeń, zawodów, boleści przecierpianych i zwyciężonych, trudów podjętych i prac wykonanych, poczucie żelazneji niezłomnej woli czoło jego podnosiło wysoko, wysoko! Wszystkajego szlachetna genueńska krew zalewała mu serce gorącą faląwielkodusznego męstwa.

I zaszła w nim jedna jeszcze rzecz niespodziewana. Ten obrazmatki, który nosił w sercu i w myśli aż dotąd, obraz zamierzchłyi wyblakły przez te dwa lata jej nieobecności, rozjaśnił mu sięjakimś wielkim światłem wśród tych majestatycznych widokównatury. Ujrzał tę drogą twarz tak widną, tak czystą, jak gdybypatrzał na nią swymi oczyma, ujrzał ją bliską siebie, mówiącą,wzruszoną, rozróżniał każdy ruch jej oczu, jej ust, każdy gest jejręki, każdy cień jej zamyślenia. I popchnięty wspomnieniamitymi, które prawie że mu się jawą stawały, przyśpieszał, przyśpieszał kroku. A serce rozpływało mu się w jakimś nowym,stokroć mocniejszym kochaniu, w jakiejś tkliwości niezmiernej,która wzbierała, wzbierała, aż uczuł płynące po twarzy łzy słodkiei ciche. Więc idąc tak coraz dalej, mówił do niej słowa rzewne,gorące, jakie za czas mały powtórzyć jej miał w uścisku.

„Otom jest, matko ukochana! Otom jest przy tobie! Nigdy cięjuż nie opuszczę, nie zostawię samą. Razem powrócimy do domu! Naokręcie będę stał ciągle przy tobie, blisko, przez całe morze. Nikt nieoderwie mnie od ciebie. Nikt, nigdy, aż do końca życia mojego”.

I nie spostrzegł się nawet, że ponad wierzchołkami tychdrzew-olbrzymów srebrzyste światło miesięczne gasło w rozbieleniu wschodzącej jutrzenki.

O ósmej godzinie rano lekarz z Tucuman, młody Argentyńczyk, stał przy łożu chorej w towarzystwie asystenta i przekładałpo raz ostatni konieczność operacji. Pan Mequinez i jego żonałączyli do rad lekarza gorące swe słowa. Wszystko jednak byłodaremne.

Kobieta, czując się zupełnie wyczerpaną z sił, nie wierzyła jużw tę operację. Była pewna, że albo umrze w czasie jej trwania, alboprzeżyje ją o kilka godzin, po wycierpieniu mąk stokroć straszniejszych niż te, które ją o śmierć naturalną drogą przyprawić miały.

— Ale operacja uda się jak najpewniej. Ozdrowienie waszejest niezawodne. Więc odwagi trochę, odwagi! Bo i śmierć waszarównie jest niezawodna, jeśli odmówicie.

Ale słowa te, którymi lekarz starał się ją przekonać, były jakna wiatr rzucane.

— Nie! — mówiła słabym głosem. — Ja się nie boję śmierci,ale nie mam odwagi cierpieć bezużytecznie. Dziękuję panubardzo, panie doktorze. Pan jest tak dobry, ale to już przeznaczone. Dajcie mi już umrzeć spokojnie!

Lekarz, zniechęcony, ustąpił. Nikt już o tym nie mówiłwięcej. Wtedy chora, zwróciwszy twarz ku swojej pani, polecała jejostatnie prośby swoje zamierającym już głosem:

— Droga, dobra moja pani — mówiła z wielkim trudem. — Proszę posłać te trochę pieniędzy i te moje biedne odzieniemojej rodzinie przez pana konsula. Ufam, że żyją jeszcze. Sercemoje mi to wróży w tych ostatecznych momentach. I niechże mipani moja dobra tę łaskę uczyni i napisze, żem o nich zawszemyślała, żem dla nich zawsze pracowała, dla moich dzieci, i żenajbardziej ze wszystkiego to mnie bolało, żem ich już zobaczyćnie mogła. I to, żem umierała odważnie, na Boga miłosiernegozdana i błogosławiąca dzieciom... I że polecam mężowi i starszemu synowi mego najmłodszego, mego biednego Marka, któregom miała w sercu do ostatniego tchu mego.

A wtem, w nagłym uniesieniu i składając ręce:

— Marek mój! Dziecko moje! Życie moje!

Ale potoczywszy dokoła pełnymi łez oczyma spostrzegła, żepani już nie ma. Ktoś przyszedł i odwołał ją nagle. Oglądała siętedy za panem, ale i jego nie było. Przy łóżku jej stał tylko asystenti dwie posługaczki. Wszakże w pokoju obok słychać było przyspieszone kroki, szmer rozmów prędkich, zmieszanych i powstrzymywane okrzyki. Chora utkwiła we drzwiach oczy gasnące— i czekała.

Po kilku minutach wszedł lekarz z twarzą dziwnie zmienioną, po lekarzu pan i pani silnie wzruszeni. Wszyscy trojepatrzyli na chorą wzrokiem dziwnym i zamieniali z sobą wymowne słowa cichym głosem. Chorej zdawało się, że lekarz mówi dopani:

— Lepiej zaraz!

Nie zrozumiała tego.

— Józefo — przemówiła pani drżącym głosem — mamdobrą wiadomość dla ciebie! Przygotuj się w sercu na dobrąnowinę!

Kobieta patrzyła bacznie na mówiącą.

— Na taką nowinę — mówiła pani coraz bardziej wzruszona — która ci sprawi wielką, wielką radość!....

Oczy chorej rozszerzyły się nagle.

— Przygotuj się na to, że zobaczysz kogoś... pewną osobę...którą bardzo kochasz.

Kobieta silnym ruchem podniosła głowę i poczęła patrzećpłonącymi oczyma to na panią, to na drzwi...

— Osobę — mówiła pani blednąc, jakby sama zemdleć miała — która tylko co... przybyła... niespodziewanie.

— Kto przyjechał?! — zawołała kobieta głosem zduszonym, nieswoim, głosem śmiertelnie przerażonego człowieka.

I nagle, porwawszy się z pościeli z przenikliwym krzykiem, siadłanieruchoma, z oczyma szeroko otwartymi, a rękami podniesionymi do skroni, jakby wobec nadludzkiego widma. Marek,obdarty, okryty kurzawą, stał w progu podtrzymywany ramieniem lekarza.

Chora wydała trzykrotny, w jakieś wyżyny szału wznoszącysię okrzyk:

— Boże! Boże! Boże mój!...

Rzucił się Marek. Chora wyciągnęła wychudłe ramionai cisnąc głowę jego do swej piersi z konwulsyjną siłą, wybuchnęłagwałtownym śmiechem, przerywanym jakimś suchym, bez jednejłzy, łkaniem, które ją powaliło na pościel jak martwą. Ale sięzerwała natychmiast i szalona ze szczęścia pokrywała głowę synapocałunkami — także szalonymi.

— Jesteś?... Skąd?... Jak?... Dlaczego jesteś?... Czy to ty? Jakurósł! Boże! Jakeś się tu dostał? Kto cię przyprowadził? Samjesteś? Czyś nie chory? Czy to ty, Marku? Czy mi się tylko tak śni!Boże... Boże mój! Przemów! Mów do mnie!

I nagle zmieniając ton głosu:

— Nie! Nie mów nic! Nic... Czekaj! — Zwróciła się dodoktora gwałtownie: — Prędko! Prędko, doktorze! Bo ja chcę byćzdrowa! Ja muszę być zdrowa! Jestem gotowa. Niech pan anichwili nie traci. Zabierzcie Marka... Niech Marek nie słyszy...

I słodko do syna:

— Nic, Marku! Nic, dziecko! Mają mi coś powiedzieć.Ucałuj matkę. Idź! Doktorze, już... już...

Wyprowadzono chłopca.

Państwo Mequinez — posługujące kobiety, wszyscy wyszlipośpiesznie. Został chirurg i asystent, który za nimi drzwizamknął.

Pan Mequinez próbował zabrać z sobą Marka do oddalonegopokoju. Ale okazało się to niepodobnym. Chłopiec był jakbyprzygwożdżony do posadzki. Oczy jego stały się jakby obłąkane,usta mu drżały, chwiał się i ledwo mógł przemówić głośno:

— Co to?... Co jest mamie? Co oni tam z mamą robią?

Więc pan Mequinez, ciągle usiłując go poprowadzić dalej,tak mówił z cicha:

— Słuchaj! Zaraz ci powiem. Matka twoja jest chora. Trzebajej zrobić małą operację... Pójdź, to ci opowiem wszystko!

I pociągał go za sobą.

— Nie! — odrzekł chłopiec opierając się. — Ja chcę tu być.Tu niech mi pan opowie.

Wtedy inżynier opowiadając bezładnymi słowy niebywałejakieś rzeczy, wprost ciągnąć go zaczął.

Chłopiec przeraził się i drżał cały.

Naraz krzyk przenikliwy, jak gdyby krzyk śmiertelnie ranionej osoby, rozległ się po całym domu.

Odpowiedział mu krzyk chłopca, jak echo boleści:

— Umarła matka moja!

Lekarz stanął we drzwiach:

— Twoja matka ocalona, chłopcze!

Marek patrzył na niego przez chwilę, a potem do nóg mu sięrzucił z głośnym łkaniem:

— Dziękuję, panie doktorze, dziękuję, dziękuję...

Ale doktor podniósł go i rzekł:

— Wstań, dziecko! To nie ja, to ty, mały bohaterze, ocaliłeśmatkę!

Lato

24. środa

Marek Genueńczyk jest przedostatnim małym bohaterem,z którym zapoznaliśmy się w tym roku; jeden nam jeszcze naczerwiec zostaje.

I dwa już tylko egzaminy miesięczne, i tylko dwadzieściasześć dni lekcji, i sześć czwartków, i pięć niedziel. Już zalatujejakby końcem roku! Zagęściły się liście na drzewach kwitnącychw ogrodzie; śliczny już cień mamy podczas gimnastyki. Uczniowie chodzą w letnich ubraniach. Aż miło spojrzeć przy wyjściu zeszkoły! Zupełnie inaczej niż za tamtych szarych miesięcy. I wszystkie te długie włosy — też poszły precz; chłopaki postrzyżone jakowce. Ten chodzi bez pończoch, ten boso, szyje gołe, kapeluszesłomiane przeróżnej formy przepasane wstążkami spadającymi naplecy; koszule i krawatki kolorowe, a ci mali zawsze coś majączerwonego albo niebieskiego: jakiś fular, jakiś gałganek, jakieśobszycie, jakąś kokardkę w żywym kolorze, przypiętą gdziekolwiek przez mamę, bo teraz paradują najbiedniejsi nawet. A wieluteż przychodzi do szkoły z gołą głową, bez kapelusza, tak jakwylecieli z domu. Niektórzy eleganci ubierają się do gimnastykicałkiem biało. Jest też jeden chłopak z klasy panny Delcati ubranycały czerwono, a wygląda jak rak gotowany. Kilku nosi marynarskie ubranka. Ale najpiękniejszy ze wszystkich jest Mularczyk,który chodzi w jakimś olbrzymim kapeluchu słomianym (też musichyba po ojcu być!) i zupełnie tak wygląda, jak upalona do połowyświeca z abażurem. Pęknąć można od śmiechu, kiedy pod tymkapeluszem zajęczy pyszczek zrobi!

Coretti także już nie nosi swojej czapeczki z kociej skórki,tylko jakąś starą czapczynę podróżną z szarej jedwabnej materii.Vatini nosi jakiś rodzaj szkockiego kostiumu i ciągle po nimpogląda. Crossi ani jednego guzika nie ma w koszuli i słońce muwprost na gołe piersi świeci. Precossiego ledwo widać z jakowejśletniej, niebieskiej tatusiowej kapoty, którą po starym kowaludonasza.

A Garoffi?... Że musiał teraz rozstać się z swoją wielkąpeleryną, pod którą cały swój handel ukrywał, wyszły na jawwszystkie jego wypchane przenośnym kramem kieszenie, a listyloteryjne to aż z nich wyłażą. Teraz wszystko widać, co tylko ktonosi: wachlarzyki ze starej gazety, sikawki z trzciny, strzały(jeszcze zimowe) na wrony, zioła różne, żuczki majowe albo teżchrabąszcze, które wyłażą z kieszeni i po kurtkach spacerują sobie.Wstępniaki zaś jeden w drugiego przynoszą bukieciki nauczycielkom, czasem z kwiatków, a czasem z byle jakiego chwastu, abyprzynieść. I nauczycielki także w letnich sukniach i jasnychkolorach, oprócz „zakonnicy”, która zawsze czarna. A ta małanauczycielka z czerwonym piórem ciągle nosi swoje czerwonepióro, ale wiąże teraz różową wstążkę na szyi. I wstążka, i piórostrasznie są wygniecione łapkami jej kochanych wstępniaków,z którymi zawsze ugania się i śmieje.

Nastała pora czereśni, motylów, grania po ulicach, wycieczekna miasto. U nas i tacy są, co o czwartej, prosto z klasy, do rzeki siękąpać lecą!

Wszystkim już wakacje pachną! Każdego dnia wychodzi sięze szkoły prędzej, niecierpliwiej i z większą radością, że znówjeden przeszedł. Smutno mi tylko patrzeć na Garronego w żałobiei na moją dawną nauczycielkę z pierwszej wyższego oddziału,która jest coraz mizerniejsza i bledsza i coraz bardziej kaszle. Taksię pochyla idąc i tak smutno uśmiecha się do mnie!

Poezja

26. piątek

Zaczynasz pojmować poezję szkoły swej, Henryku;ale teraz widzisz szkołę tylko z wewnątrz. Daleko jednakpiękniejszą, daleko poetyczniejszą wyda ci się za jakie lattrzydzieści, kiedy poprowadzisz tam dzieci swoje, zobaczysz ją z zewnątrz, tak jak ja ją widzę. Nieraz czekając,aż wyjdziesz, obchodzę cichymi ulicami dokoła twej szkołyi nastawiam ucha ku parterowym, zasłoniętym żaluzjamioknom. Z jednego okna słyszę głos nauczycielki, któramówi:

—... Ach, cóż to za t?... Zmiłuj się, chłopcze! Co byna takie t powiedział twój ojciec?

Z drugiego okna słyszę gruby głos nauczyciela, którydyktuje z wolna:

— Kupiłem trzydzieści metrów materii po cztery liryi pięćdziesiąt centymów metr. Odprzedałem ją zaś po...

Tam znów ta mala nauczycielka z czerwonym pióremna glos czyta:

— A wtedy Piotr Micca z zapalonym lontem...

Ale z klasy ubocznej dolatuje mnie świergot całego stada wróbli, co znaczy, że nauczyciel oddalił się nachwilę.

Idę dalej i na zakręcie narożnym słyszę, jak uczniakpłacze, a nauczycielka strofuje go i pociesza razem. Naglewylatują z okna brzmiące wiersze, imiona wielkich i szlachetnych ludzi, jakieś porywające nawoływania do cnoty,do miłości ojczyzny, do męstwa... A potem przychodząchwile ciszy, w której, rzekłbyś, że szkoła pusta, i wierzyć się nie chce, że wewnątrz jest sześciuset chłopców.Wtem wybuch hałaśliwej wesołości z powodu żarcikunauczyciela, który jest w dobrym humorze. A przechodnie zatrzymują się i słuchają i każdy mile patrzy na tenmiły budynek, który zamyka w sobie tyle młodości i tylenadziei.

Nagle — słyszę głuchą wrzawę, łoskot zamykanychksiążek, szelest kajetów, tupotanie nóg, gwar rozchodzącysię od klasy do klasy, z dołu na górę, jak gdyby jakaś dobranowina obiegała szkołę całą: to pedel obchodzi gmach całyi na „finis” dzwoni.

Natychmiast tłum kobiet, mężczyzn, dziewcząti młodzieńców zaczyna się cisnąć ze wszech stron kubramie, wypatrując synów, wnuków, braci i siostrzeńców!

Tymczasem, jakby wystrzelone z armaty, wylatująprzez drzwi klasy do przedsionka te malcy ze wstępnej,potykają się, podskakują do wieszadeł, ściągają z kołkówokrycia, czapki, zwalają całą kupę tego na podłogęi przebierają w niej, grzebią, póki ich pedel po jednemujakoś nie wysadzi za próg. Wreszcie wychodzą długimirzędami i z raźnym tupotem. A wtedy grad pytań z tejchmury, co czeka u bramy:

— Umiałeś lekcję?

— Co masz zadane na jutro?

— Dużo masz roboty?

— Kiedy egzamin miesięczny?

Nawet te biedne matki, które nie umieją czytać, biorąod synów kajety, otwierają je, patrzą na zadanie, pytająo stopnie.

— Ósemka tylko?...

— A! Dziesiątka z pochwałą!

— Dziewiątka za lekcje?...

I niepokoją się, i radują, i rozpytują nauczycieli,i rozprawiają o programach, o egzaminach. Ach, dziecko,jakie to wszystko piękne, jakie wielkie — i jaka w tymogromna obietnica dla przyszłości świata.

Twój ojciec.

Głuchoniema

28. niedziela

Nie mógł mi się lepiej maj skończyć jak dzisiejszym rankiem!Słyszymy — dzwoni ktoś. Biegniemy wszyscy. Otwieramy, a tumój ojciec tonem największego zdziwienia:

— Wy tutaj, Grzegorzu?...

Bo to właśnie był Grzegorz, nasz dawny ogrodnik z Chieri,którego rodzina mieszka w Kordowie i który tylko co przybyłz Genui, dokąd przedtem przypłynął na okręcie z Grecji, potrzech latach pracy przy kolei żelaznej. Dźwigał duży tłumok,postarzał się, ale zawsze czerwony na twarzy i wesół.

Chciał mój ojciec, żeby do pokoju wszedł, ale Grzegorz sięwymówił; poważniejąc spytał prędko:

— Jakże się tam moi miewają? Jakże tam Ludwisia?

— Dobrze się miała przed niewielu dniami, kiedym jąwidziała — odrzekła matka moja.

Grzegorz westchnął z głębi:

— Ach, Bogu dzięki!... A tom odwagi nie miał do tychgłuchoniemych iść, póki się tu czego u państwa nie dowiem.Dziękuję pani! To ja teraz zostawię tu mój tłumok i skoczę po nią.Trzy lata już, jakem nie widział biednego dziecka! Trzy lata, jaknikogom ze swoich nie widział!

Ojciec mój skinął na mnie.

— Idź z nim razem.

— Jeszcze słówko, za przeproszeniem państwa! — rzekłogrodnik, gdyśmy byli w sieni.

Ojciec przerwał mu:

— A jakże tam interesy?

— Dobrze — odpowiedział — Bogu dziękować! Przyniosłosię trochę grosza! Ale ja się chciałem spytać. Nauczyli oni teżczego tę moją biedotę? Bom ją to tak zostawił, jak tę rybę niemą...Niewiele ja to tam tym naukom wierzę... Czy aby choć znakijakowe rozumie? Pisała mi tam moja, że niby się uczy mówić, żeniby tam coś niecoś potrafią. Ale co mi tam z tego, że oni ją wyuczątak abo tak, kiedy ja takich znaków nie umiem robić, jak ona jerozumie...

To jakże się z nią zrozumiem?

Biedactwo to moje! Te znaki to aby między nimi, biedakami, dobre, co jedno w drugie jako ryby nieme!... Więc niewiem, proszę łaski pana, i chciałem właśnie spytać, jak to tam jest?

Ojciec mój uśmiechnął się i rzekł:

— Nie powiem nic, zobaczycie sami. Idźcie, idźcie! Niechsię jak najprędzej ucieszy!...

Wyszliśmy. Instytut Głuchoniemych jest niedaleko od nas.Po drodze, stawiając olbrzymie kroki, żem nadążyć nie mógł,Grzegorz zasępił się i tak mówił:

— Ach, moja biedna Ludwisia! Urodziło się to już z tymkalectwem!... I pomyśleć, żem ani razu nie słyszał, żeby do mniepowiedziała: „Mój ojcze!” — A ona ani razu nie słyszała, żebymdo niej powiedział: „Moja córko!” — Nigdy w życiu nie rozumiałajednego ludzkiego słowa! Bogu i za to jeszcze dziękować, że ją dotego tam Instytutu wzięli darmo... Aleśmy się naczekali, naczekali! Że to musiała osiem lat wpierw skończyć, dopiero ją wzięli...Teraz trzy lata mnie nie było w domu, to osiem, a trzy... To będziemiała jedenaście lat teraz. Czy też urosła, paniczu? Panicz jąwidział? Urosła? Czy też wesoła?

— Zaraz Grzegorz zobaczy sam! Zaraz zobaczy! — odrzekłem, nadążając jego wielkim krokom.

— A gdzież to będzie ten Instytut? Daleko? Bo to już mnie tunie było, jak ją odprowadziła matka... niby, żona moja. Widzi misię, że to gdzieś w tej stronie...

Właśnieśmy przed nim stanęli. Weszliśmy zaraz do poczekalni, a odźwierny wyszedł naprzeciw nas.

— Ja jestem ojciec Ludwisi... Ludwisi Voggi — objaśniałogrodnik. — Niech tu przyjdzie moja córka prędko, prędko!

— Są na pauzie — odpowiedział odźwierny — pójdę powiedzieć nauczycielce. — I zniknął.

Ogrodnik zamilkł, ale nie mógł znaleźć sobie miejsca. Oglądał obrazy na ścianach, ale znać było, że ich nie widzi wcale.

Wtem drzwi się otwarły, weszła nauczycielka czarno ubrana,prowadząc za rękę dziewczynkę.

Ojciec i córka patrzyli na siebie przez chwilę, a potem rzucilisię sobie z okrzykiem radości w objęcia. Dziewczynka była ubranaw sukienkę w paski różowe i białe i w biały fartuszek. Wyższa jestode mnie. Rozpłakała się i ściskała ojca za szyję obu rękami.

Wreszcie oderwał ją od siebie ojciec i zaczął ją od stóp dogłowy oglądać rozpromienionym wzrokiem, dysząc tak, jakbygdzieś z daleka przybiegł, aż zawołał:

— Ach, jak urosła! Jak wyładniała! Ach, mojeż kochanie!Moja biedna Ludwisia! Moje niemowlątko drogie! — Tu zwróciłsię do nauczycielki: — Proszę też, łaski pani, pokazać mi jakieznaki, coby mnie choć trochę rozumiała! Ja się duchem nauczę...Żeby aby mnie choć oskubinkę rozumiała!

Nauczycielka uśmiechnęła się i zapytała dziewczynki z cicha:

— Kto jest ten człowiek, co cię odwiedzić przyszedł?

A dziewczynka grubym jakimś, dziwnym głosem, zupełniejakby dziki jaki pierwszy raz mówił po włosku:

— To... mój... oj... ciec...

Ogrodnik cofnął się krokiem i wrzasnął jak wariat:

— Mówi! Jak Boga kocham, mówi!... Cud czy co? Mówi! Dziecko moje drogie! Ty mówisz? Mówisz? Gadajże mi:mówisz?

I znowu chwycił ją i całował.

— Jakże to, proszę łaski pani! To nie na migi? Nie na znaki?Nie na palce? Tylko tak wprost? Jakże to może być?...

— Nie, panie Voggi — odrzekła nauczycielka. — Nie namigi. To stara już metoda. Tu się dzieci uczą nową metodą,pamięciową. Nie wiedział pan o tym?

— Ale pierwszy raz w życiu słyszę! — zawołał ogrodnikzdumiony. — Nie wiedziałem nic! Zgoła! Trzy lata nie było mniew domu. A może mi i pisali, a ja nie zrozumiał! Taki ze mnie łebzakuty! — I zaraz zwrócił się do dziewczynki: — Dziecko moje!To ty mnie rozumiesz? To ty słyszysz mój głos? Odpowiedzżeojcu! Słyszysz? Czy słyszysz, co ja do ciebie mówię?

— Ależ nie, kochany panie! — rzekła nauczycielka. — Głosuona nie słyszy, bo głucha. Ale rozumie z ruchu ust, jakie słowa panwymawia do niej. Pojmuje pan? Ani słów pana nie słyszy, ani tego,co sama do pana mówi; wymawia zaś słowa, bośmy ją nauczyli, litera po literze, układać usta, poruszać gardłem i nadawać piersiomruch taki, że może głos wydać i każdą z tych liter wymówić.

Ogrodnik patrzył osłupiały, stojąc z otwartą gębą. Znać było,że nie rozumie ani słowa z tego całego wykładu i że zresztą niedowierzał temu. Więc sam próbować zaczął:

— Powiedzże mi, Ludwisiu — rzekł schyliwszy się jej doucha — czyś kontenta, że ojciec powrócił?

I podniósłszy twarz czekał, co powie. Dziewczynka patrzyłana niego zadumana i nic nie odpowiedziała.

Stał więc zmieszany, a nauczycielka roześmiała się i rzekła:

— Dobry człowieku, nie odpowiada wam, bo nie widziałaporuszeń ust waszych, boście jej do ucha mówili! Powtórzcieżteraz swoje pytanie, trzymając twarz prosto przed jej twarzą!

Nastawił się Grzegorz i powtórzył:

— Kontentna jesteś, że ojciec wrócił? Że już nie odjedzie?

Dziewczynka, która uważnie patrzyła mu na usta, gdy mówił,usiłując widzieć nawet ruch języka — odpowiedziała swobodnie:

— Bar-dzo kon-ten-ta je-stem, że oj-ciec wró-cił, że już niepo-je-dzie ni-gdy!

Ojciec zaczął ją gwałtownie ściskać i całować i zaraz, żeby siębardziej upewnić, zarzucił ją pytaniami:

— Jak się nazywa mama?

— An-to-nia.

— Jak się nazywa mała siostrzyczka?

— A-de-la-i-da.

— Jak się nazywa ten Instytut?

— Głu-cho-nie-mych.

— Ile będzie dwa razy dziesięć?

— Dwa-dzie-ścia.

No, i kiedyśmy myśleli, że się zacznie śmiać z radości — naglepłakać zaczął.

— Ależ, panie — przekładała mu nauczycielka — zamiast sięcieszyć, to pan płacze? Wszak pan ma powód do radości, nie dosmutku! Patrz pan! Córka pana także płacze. Niechże więc panprzestanie i powie mi, czyś pan zadowolony.

Ogrodnik pochwycił rękę nauczycielki i całując ją po wielerazy mówił:

— Dziękuję! Dziękuję stokrotnie! Tysiąckrotnie dziękujędobrej, drogiej pani! I niech mi też pani wybaczy, że tego lepiejpowiedzieć nie umiem.

— Ale córka pana umie i pisać także — dodała nauczycielka — i rachować. Wie, jak się co nazywa w domu. Umie takżetrochę historii, trochę geografii. Jest teraz w normalnej klasie. Alejak jeszcze dwie wyższe klasy ukończy, będzie umiała o wielewięcej. Po wyjściu stąd będzie mogła zająć się czymś, wybraćsobie profesję jakąś. Niektóre z dawnych naszych uczennicgłuchoniemych są w sklepach i tak dobrze obsługują kupujących,jak i inne.

Ogrodnik znów usta otwarł osłupiały. W głowie mu się towszystko mieszało. Patrzył na córkę, drapiąc się za uchem. Wzrokjego domagał się jeszcze nowych objaśnień.

Wtedy nauczycielka zwracając się do odźwiernego rzekła:

— Zawołajcie mi tu którą małą z klasy przygotowawczej!

Odźwierny wrócił za chwilę z małą głuchoniemą, ośmiu lubdziewięciu lat może, która świeżo do Instytutu weszła.

— Oto tę małą — mówiła nauczycielka — zaczynamydopiero uczyć. Patrzcież, jak się to robi! Chcę, żeby wymówiła e.Niechże pan uważa teraz.

Tu nauczycielka otwarła usta w taki sposób, w jaki jeotworzyć trzeba dla wymówienia e, i ułożyła usta owej małejw podobny sposób. Dziewczynka trzymała je posłusznie w tymukładzie. Wtedy nauczycielka dała jej znak, żeby głos z siebiewydała. Jakoż wydała go, ale zamiast e zrobiło się z tego o.

— Nie — rzekła nauczycielka. — To nie to! — I wziąwszyobie ręce malej położyła sobie jedną na gardle, a drugą napiersiach i powtarzała: e, e.

Mała, czując pod ręką ruch gardła i ruch piersi nauczycielki,otwarła usta tak samo, jak wpierw, i wybornie wymówiła: — e.

W tenże sposób kazała jej nauczycielka wymówić: e i d,trzymając ciągle obie rączki na swoim gardle i na swoich piersiach.Po czym zwróciła się do ogrodnika:

— Zrozumieliście teraz?

Zrozumiał nareszcie! Wszakże jeszcze bardziej był zdumionyniż wtedy, kiedy nie rozumiał.

I one się tak uczą mówić? — zapytał po chwili namysłupatrząc na nauczycielkę. — I to mają cierpliwość tak po ździebkuuczyć mówienia te wszystkie kaleki? Jedną po drugiej? Przez całelata? A to święte są! — zawołał nagle składając jak do pacierzadłonie. — A to są anioły rajskie! A to caluśki świat by im dać i takby mało nagrody! Cóżem to chciał powiedzieć? A! Prosiłbym łaskipani, żebym tak mógł na chwilę z dzieckiem sam być... Nacieszyćsię... Pięć minut aby... sam...

I pociągnąwszy dziewczynkę na stronę zaczął ją pytać, a onazaczęła odpowiadać. Śmiał się, bił pięściami w kolana, oczy mubłyszczały, a co i raz to córkę za ręce brał i przyglądał jej się,odchodził prawie od zmysłów z radości i zachwytu, gdy mówiła,zupełnie jakby to był głos idący z nieba.

Nagle zapytał nauczycielkę:

— Czyżbym też nie mógł, proszę łaski pani, podziękowaćpanu dyrektorowi?

— Dyrektora nie ma — odpowiedziała — ale jest ktoś inny,komuście podziękować powinni. Tu u nas każda mała uczennica oddawana jest w opiekę starszej koleżance, która jest jej jaksiostrą, jak matką. Waszą powierzyliśmy siedemnastoletniejgłuchoniemej, córce zduna, która jest dla niej bardzo dobrai bardzo ją kocha. Od dwóch lat pomaga jej codziennie ubierać się,czesze ją, uczy ją szyć, naprawia jej sukienki, opiekuje się nią nakażdym kroku. Ludwisiu! Jak się nazywa twoja mamusia z Instytutu?

Dziewczynka uśmiechnęła się i odpowiedziała:

— Ka-ta-rzy-na Gior-da-no. — A zwróciwszy się do ojcadodała: — Bar-dzo, bar-dzo do-bra.

Odźwierny, który na znak nauczycielki oddalił się był, wróciłpuszczając przed sobą panienkę z jasnymi włosami, silną, wesołą,w takiej samej sukience w paski białe i różowe i w szarymfartuszku. Panienka zatrzymała się u progu zarumieniona, a później spuściła głowę i roześmiała się. Wyglądała jak osoba dorosła,a zdawała się dzieckiem.

Córeczka Grzegorza pobiegła naprzeciw niej, wzięła ją zarękę i przyprowadziła do ojca mówiąc swoim grubym głosem:

— Ka-ta-rzy-na Gior-da-no!

— Ach, dobra panienko! — zawołał ogrodnik i wyciągnąłrękę, jak gdyby chciał ją pogłaskać, ale wnet cofnął się zmieszany. — Ach, dobra panienko! A niechże ci Bóg błogosławi! A niechże cida szczęście na ziemi i w niebie! I całej familii! Taka panna, mójBoże, a taka dobra! Dla mego dziecka taka, dla mojej Ludwisi!A niechże cię anieli niebiescy piastują. Robotnik ubogi jestem,ojciec tego biedactwa. A dziękuję ci, panienko, z duszy, serca!

Panna pogłaskała małą, trzymając ciągle głowę spuszczonąi uśmiechając się. Ogrodnik złożył ręce przy ustach i patrzył w niąjak w cudowny obraz.

— A jak chcecie, to możecie teraz zabrać z sobą waszą córkę.

— Czy chcę? — odrzekł wesoło. — Zabiorę ją ze sobą doKordowy dziś, a jutro to znów ją tu odprowadzę.

Dziewczynka pobiegła się ubrać.

— Tociem jej trzy lata nie oglądał. Ale teraz patrzajcież— mówi! Zaraz ją do Kordowy biorę. Niech się wszyscy cieszą!A jeszcze wpierw to po Turynie trochę pochodzę z moją tąniemotą! Niech ją wszyscy widzą! I zaprowadzę ją do moichznajomych, żeby też słyszeli! O Boże, Boże, żem też tej pociechydożył! Dawajże rękę, Ludwisiu! Bierz ojca pod rękę!

Dziewczynka, która wróciła w czepeczku i w pelerynce,wsunęła mu rękę pod ramię.

— I kłaniam się wszystkim pięknie! — mówił Grzegorz jużz proga. — I wszystkim z duszy, serca dziękuję! I jeszcze się tupowrócę, żeby wszystkim dziękować!

Nagle zatrzymał się, jakby uderzony jakąś myślą, puściłdziewczynkę, wrócił z ręką w kieszonce od kamizelki i krzyknął jakwariat:

— Co tam! Biedne ze mnie licho, ale przecie dwadzieścialirów dam na ten Instytut! Nową dam, piękną sztukę!

I grzmotnąwszy garścią w stół, zostawił na nim swoją ofiarę.

— Nie, nie, poczciwy człowieku! — zawołała nauczycielkawzruszona. — Zabierzcie swoje pieniądze. Nie mogę ich przyjąć.Zabierzcie. To nie należy do mnie. Dacie, jak wróci dyrektor. Alei on nie przyjmie, możecie być pewni. Ciężkoście zapracowali tozłoto! I bez tego będziemy wam zawsze radzi!

— Nie, zostawię! Muszę zostawić! — odpowiedział Grzegorz uparcie. — A zresztą się zobaczy.

Ale nauczycielka włożyła mu do kamizelki na powrót owąsztukę złota, nie dając czasu na odmowę. Poddał się więc i tylkopokiwał głową, po czym przesławszy pocałunek od ust paniencei nauczycielce, wziął córkę pod rękę i wyszedł wołając:

— Pójdźmy, pójdźmy, córuchno! Biedna niemowo moja!Mój skarbie!

A ona stojąc we drzwiach otwartych swoim okropnie grubymgłosem:

— Och, ja-kie ślicz-ne słori-ce!

Czerwiec

Garibaldi

3. lipca

Jutro Święto narodowe

Dzisiaj jest żałoba narodowa. Wczoraj wieczoremumarł Garibaldi. Czy wiesz, kto to był? To ten, którywyzwolił dziesięć milionów Włochów spod tyranii Burbonów. Umarł mając lat siedemdziesiąt pięć.

Urodził się w Nizzy; był synem kapitana okrętu.Mając lat osiem ocalił życie pewnej kobiecie. W trzynastym uratował barkę tonącą z jego kolegami. W dwudziestym siódmym wyciągnął w Marsylii z wody młodzieńca,który się topił. W czterdziestym pierwszym wyrwał z pożaru okręt na oceanie.

Przez dziesięć lat bił się w Ameryce za wolność obcegoludu; przeciw Austrii walczył w trzech wojnach dlawyzwolenia Lombardii i Trydentu; bronił Rzymu przeciwFrancuzom w 1849 r.; wyswobodził Palermo i Neapolw 1860; bił się drugi raz o Rzym w 67, a w 1870 stawałw obronie Francji przeciw Niemcom.

Pałił się w nim płomień heroizmu: był udarowany odnatury geniuszem wojennym. Bił się w czterdziestu bitwach, a w trzydziestu sześciu zwyciężył.

Pomiędzy wojną a wojną pracował na kawałek chlebaalbo zamykał się na samotnej wyspie i uprawiał ziemię. Byłnauczycielem, marynarzem, robotnikiem, kupcem, żołnierzem, jenerałem, dyktatorem. Był wielki, prosty i dobry.

Nienawidził ucisku, miłował wszystkie ludy, broniłsłabych. Nie miał innego pragnienia nad dobro ludzkości.Odrzucił zaszczyty, gardził śmiercią, uwielbiał Włochy.Kiedy rzucił okrzyk bojowy, legiony mężnych biegły zewszech stron pod jego sztandary. Panowie opuszczalipałace, robotnicy warsztaty, młodzież szkoły, aby walczyćw słońcu jego chwały.

W czasie wojny nosił koszułę czerwoną. Był todorodny, piękny mężczyzna z jasnymi włosami.

Na polu bitwy byl — piorunem, w uczuciach swoich— dzieckiem, w cierpieniu — świętym.

Tysiące Włochów umarło za ojczyznę z uśmiechem,gdy umierając widzieli go choćby z daleka, jak bije sięi zwycięża; tysiące dałoby się porąbać za niego. Milionybłogosławiły go i zawsze błogosławić będą.

Umarł. Cały świat go opłakuje. Ty jeszcze tego zrozumieć dziś nie możesz. Ale później będziesz czytał o jegoczynach i będziesz słyszał ustawicznie w życiu — jego imię.

W miarę jak będziesz rósł, obraz jego będzie rósł przedoczyma twymi; a gdy zostaniesz człowiekiem, ujrzysz goolbrzymem; a kiedy cię już nie będzie na świecie, kiedy jużżyć przestaniesz, synowie synów twoich i ich dzieci, jeszczepokolenia całe widzieć będą wysoko przed sobą promiennągłowę wybawcy łudów, uwieńczoną gwiaździstym diademem zwycięstw, a każdy Włoch wymawiając imię jegopodniesie czoło i rozjaśni duszę!

Twój ojciec.

Wojsko

11. niedziela

Święto narodowe (opóźnione o siedemdni z powodu śmierci Garibaldiego)

Poszliśmy na plac Castello, żeby zobaczyć ćwiczenia żołnierzy,którzy defilowali przed komendantem korpusu wojskowego wpośród dwóch wielkich skrzydeł przypatrującego się tej paradzie ludu.

A gdy tak defilowali, przy hucznej muzyce trąb i odgłosiebębnów, ojciec mój objaśniał mi nazwy oddziałów wojska i opowiadał chwałę ich sztandarów.

Pierwsi szli uczniowie Akademii Wojennej, którzy się kształcą na oficerów inżynierii i artylerii. Było ich trzystu, mieli czarnemundury, szli z jakąś wytworną pewnością siebie, na wpółstudenci, a na wpół żołnierze. Po nich rozwinęła się rzędempiechota. Szła brygada Aosty, która biła się pod Goitą i pod SanMartino; szła brygada Bergamo, która się biła pod Castelfidardo;cztery regimenty, kompanie za kompaniami, tysiąc czerwonychpomponów u kasków, które wydawały się girlandą krwawychkwiatów wyciągniętych za dwa końce i niesioną wśród tłumuw powietrzu.

Po piechocie defilował oddział inżynierii wojskowej, robotnicy wojny, z czarnymi grzywami u kasków i z galonami karmazynowymi. A podczas tej defilady widać było poza oddziałem stopiór sterczących prosto i wysoko ponad głowami widzów: byli togórale, przednia straż Włoch, wszyscy rośli, czerstwi, silni, włosyz kalabryjska strzyżone, a mundury pięknego zielonego koloru,jakby odblask tej zieleni, która ich góry pokrywa. Jeszcze szli,kiedy szmer przebiegł między tłumem i ukazali się bersalierzy,dawny 12 batalion, ten, który pierwszy do Rzymu wszedł przezwyłom Porta Pia. Śniadzi, zwinni, szybcy, z rozwianymi pióropuszami przeszli jak fala czarnego strumienia, pod ostrym głosemtrąb, które zdawały się radosnym krzykiem napełniać plac cały.

Ale fanfara ich pokryta została głuchym, przerywanymtętentem zbliżającej się artylerii polowej. I wnet się ukazalisiedzący na wysokich jaszczach, ciągnionych przez trzysta parprzepysznych koni, dzielni żołnierze z żółtymi sznurami przezpierś i długie armaty z brązu i ze stali, błyszczące na lekkichpółwoziach, które podskakiwały grzmiąc po bruku tak, że ziemiasię trzęsła pod nimi.

A po nich, z wolna, poważnie wspaniała w swoim spracowanym i twardym wyglądzie, ze swymi rosłymi żołnierzami, zeswymi potężnymi mułami ukazała się artyleria górska, która niesieklęskę i śmierć aż na szczyty, gdzie tylko stopa ludzka dotrzećmoże.

Na koniec, galopem, z hełmami w słońcu iskrząc od srebrai złota, z lancami wzniesionymi, napełniając powietrze brzękiemi tętentem, przeleciał piękny regiment kawalerii genueńskiej,która walczyła i zwyciężała na dziesięciu polach bitwy od SantaLucia aż do Villafranca.

— Ach, jakiż to piękny widok! — wykrzyknąłem.

Ale ojciec mój spojrzał na mnie jakby z wyrzutem i rzekł:

— Nie należy patrzeć na wojsko jak na piękny widok. Cała tamłodzież, wszyscy ci ludzie pełni sił i nadziei mogą być z dnia nadzień powołani do obrony kraju i w kilka godzin śmierć ponieść odkuli.

Więc kiedy przy uroczystości podobnej słyszysz okrzyki:,,Niech żyją Włochy! Niech żyją żołnierze!” — przedstaw sobiepoza tymi regimentami defilującymi w paradzie — wielkiepobojowisko, pełne trupów i krwią ociekające... A wtedy to:,,Niech żyje” wybuchnie goręcej z głębi twego serca, a obrazWłoch, obraz ojczyzny, za którą tysiące umiera, ukaże ci sięwiększy i surowszy.

Włochy

13. wtorek

Pozdrawiaj tak, synu, ojczyznę w dnie jej uroczyste:

„Włochy, ojczyzno moja, starodawna i droga ziemio,na której urodził się ojciec mój i urodziła się matka moja,a zaś oboje w tobie pogrzebani będą; ziemio, na której jasam żyć i umrzeć się spodziewam, a dzieci moje też wzrosnąi poumierają. Italio piękna, wielka i od wieków sławna,a od niedawna wolna i zjednoczona, ty, któraś tyle promieni światła geniuszów rzuciła na świat cały, za którą tyłu mężnych zginęło na połach bitew, a tylu bohateróww kaźniach i na szubienicach — matko trzystu grodów i trzydziestomilionowego potomstwa — oto ja, dziecko twoje,które cię nie znam jeszcze w całej piękności twojej i w całejpotędze, czczę cię i kocham z całej duszy mojej i dumnyjestem, żem się z ciebie narodził i że się synem twoim zowię!

Kocham twoje wspaniale i ogromne morza; kochamgóry twoje wyniosłe; kocham pomniki chwały twojej i pamiątki twoje nieśmiertelne; kocham twą sławę i piękność,kocham cię i czczę całą tak jak tę cząstkę twoją, gdziem poraz pierwszy wzrok podniósł do słońca, gdziem po razpierwszy imię twe posłyszał! Kocham was jednako wdzięcznie i gorąco.

Turynie dzielny, Genuo wspaniała, uczona Bolonio,Wenecjo czarująca, Mediolanie potężny! Kocham wasjednakim uczuciem synowskim, Florencjo szlachetna, Palermo groźne, Neapolu cudny i ty, wieczny Rzymie!

Kocham cię, ojczyzno święta!

Ślubuję ci, że synowie twoi braćmi moimi będą. Żewielcy twoi, żywi i umarli, uczczeni będą zawsze w sercumoim! Ślubuję ci, że będę prawym i użytecznym obywatelem twoim, dążącym ciągle do uszlachetnienia się, bygodnym być ciebie! I to ci ślubuję, że ile sił starczy,pracować będę nad tym, żeby zetrzeć z powierzchni twojejnędzę, ciemnotę, krzywdę i występek, żebyś mogła żyći rozwijać się spokojnie i w powadze praw twoich, w potędzesił twoich. Ślubuję służyć ci, jakąkolwiek wyznaczysz misłużbę, umysłem, ręką, sercem, pokornie a gorąco. A jeśliprzyjdzie taki dzień, że krwi i życia zażądasz ode mnie,oddam ci krew i oddam ci życie i umrę z okrzykiem drogiegoimienia twojego, ostatnie spojrzenie, ostatni pocałunekprzesyłając świętemu sztandarowi twemu!”

32 stopnie

16. piątek

Przez te pięć dni od narodowego święta przybyło trzy stopnieciepła. Jest już zupełne lato, wszyscy, zmęczeni jacyś, potracilipiękne wiosenne rumieńce. Nogi i szyje się powyciągały, głowy sięchwieją, a oczy zamykają same.

Biedny Nelli bardzo z tych upałów osłabł. Twarz ma jakz wosku i zasypia głęboko, oparłszy czoło o kajet; dobrze jeszcze,że Garrone czuwa i stawia przed nim otwartą książkę, żeby gonauczyciel nie widział. Crossi opiera o ławkę swoją rudą łepetynęw tak szczególny sposób, że wydaje się jakby urwana od kadłubai tak tylko sobie położona z osobna. Nobis wyrzeka, że nas jest zadużo i że zabieramy powietrze.

Ach, jak się też teraz trzeba wysilać, żeby odbyć lekcje!

A z okien domu patrzę na piękne, cieniste drzewa, gdzie takichłód się zdaje i gdzie bym tak chętnie pobiegał sobie, i wściekłyjestem, że muszę iść i siedzieć zamknięty w ławce! Ale że mamaprzychodzi teraz po mnie co dzień i tak na mnie patrzy, czymblady, i po każdym badaniu pyta: ”Jak się tam czujesz?” — więcsobie jak mogę dodaję odwagi. A mama co rano budząc mnieo, szóstej mówi: „Odwagi! Odwagi! Już niedługo tego! Potembędziesz wolny i wypoczniesz sobie, i pójdziesz w taki cień, w takichłód, tak daleko... daleko...”

Prawda! Ma słuszność mama przypominając mi, że przecież tylu chłopców pracuje w polu, na żywym słońcu albo napiaskach nadrzecznych, których rozpalona białość parzyi oślepia. Albo znów ci, co po hutach szklanych cały dzień staćmuszą z twarzą nad płomieniem gazu pochyloną... A wszyscy ci chłopcy jeszcze przecież raniej wstają, wcale nie mająwakacji!

Więc — śmiało naprzód!

A Derossi i w tym także między wszystkimi prym trzyma.Ani mu za gorąco, ani mu się spać nie chce, zawsze żywy, wesół,nawet mu tych jasnych, długich kędziorów obcinać nie trzebabyło, i tak je nosi, jak zimą, i uczy się bez wysilenia, i wszystkichorzeźwia przy sobie, zupełnie jakby się od głosu jego i śmiechupowietrze świeższym stawało.

A oprócz niego dwóch jeszcze, którzy nie drzemią i zawsze sąuważni. Ten uparciuch Stardi, który sobie szczypie gębę, żeby niezasnąć, a im większy upał, tym bardziej zaciska zęby i wytrzeszczaoczy, zupełnie jakby chciał połknąć nauczyciela z całą jego lekcją;i ten handlarz Garoffi, zapracowany nad wyrobem wachlarzykówz czerwonego papieru, ozdobionych obrazkami ze starych pudełek od zapałek, które to wachlarzyki sprzedaje w klasie po dwacentymy sztuka.

Najdzielniejszy wszakże jest Coretti, biedny Coretti, którywstaje o piątej rano i pomaga ojcu nosić drzewo! Za to o jedenastejw szkole oczy mu się same zamykają, a głowa opada na piersi.A przecież rzeźwi się jak może. To się pięścią w kark palnie, toprosi, żeby mógł wyjść, i głowę w wodę wsadza, to prosi tych, coprzy nim siedzą, żeby go trącali, szczypali. Ale jednak niewytrzymał dziś rano i zasnął jak suseł. Nauczyciel woła głośno:

— Coretti!

A ten nie słyszy.

Nauczyciel rozgniewany powtarza:

— Coretti!

Myślałem już, że z nim źle będzie! A zatem podnosi się synwęglarza, który mu w pobok siedzi, i powiada:

— Coretti od piątej do siódmej nosi wiązki drzewa...

Więc już go nauczyciel zostawił tak śpiącym i prowadziłlekcję jeszcze pół godziny. Potem podszedł do ławki Corettiegoi powoli w twarz mu dmuchając — obudził. Chłopak aż skoczył zestrachu, zobaczywszy nauczyciela tuż przed sobą. Ale ten wziąłjego głowę w ręce i całując go we włosy, rzekł:

— Nie gniewam się, dziecko! Twój sen nie jest snemlenistwa: to jest sen pracy.

Mój ojciec

17. sobota

Ani twój kolega Coretti, ani Garrone nie odpowiedziałby z pewnością swemu ojcu tak, jak ty twojemu dziśodpowiedziałeś, Henryku! Czy podobna?...

Musisz uroczyście przyrzec, że się to już nigdy, nigdynie powtórzy, póki ja żyję! Za każdym razem, kiedy ojciecbędzie cię strofował, a jakieś niecierpliwe, złe słowo będziesię cisnąć na usta twoje, pomyśl o dniu i o chwili, któraprzecież niechybnie przyjdzie, gdy ojciec przywoła cię doswego łóżka, aby ci rzec: „Henryku, opuszczam ciebie!”

O synu, kiedy usłyszysz głos jego po raz ostatnii długo, długo jeszcze potem, gdy będziesz płakałw jego pustym pokoju, wpośród książek, których jużręka jego nigdy nie otworzy — wtedy przypominając sobie, żeś mu uchybił szacunku, i ty zapytasz sam siebie:,,Czy podobna?” — I zrozumiesz wówczas, że był onnajlepszym przyjacielem twoim. Że kiedy zmuszony byłukarać ciebie, to więcej niż ty cierpiał nad tym; i że nigdynie wycisnął ci jednej łzy, jak tylko dla dobra twego.

I będziesz żałował, i ucałujesz ten stół, przy którympracując dla dzieci życie sobie skracał.

Teraz nie rozumiesz jeszcze; teraz ukrywa on przedtobą wszystko, prócz dobroci i miłości swojej. Nie wiesz, jaknieraz zmęczony do ostatka pracą mniema, że mu niewielejuż dni do życia zostaje i że w takich chwilach mówi tylkoo tobie, troszczy się tylko o ciebie, bolejąc, że cię tak bezopieki zostawi.

A ileż to razy, z myślą o tym, idzie do twego pokoiku,kiedy już śpisz dawno, i patrzy na ciebie ze świecą w rękuprzy łóżku twoim stojąc, i dobywa reszty sił, i do pracywraca. I o tym też nie wiesz, że często szuka cię i siedziprzy tobie dlatego, że mu gorzko w sercu, że ma troski,które nie oszczędzają nikogo na świecie, więc szuka cię jakprzyjaciela, żeby się pokrzepić na duszy, żeby zapomnieć... Czując potrzebę ukojenia się przy tobie, przytwoim sercu, żeby odzyskać odwagę, pogodę ducha.

Pomyśl więc, jaka to boleść dla niego być musi, kiedyzamiast przywiązania, zamiast uczucia, znajduje w tobieobojętność, brak należnej mu od ciebie czci synowskiej!

Nigdy więc już, dziecko moje, nigdy nie splam sięniewdzięcznością taką! Pomyśl tylko, że gdybyś nawetdobry byl jak anioł, jeszcze byś mu nie odpłacił tego, co dlaciebie uczynił i co ciągle czyni. I o tym pomyśl, że w życiuna nic liczyć nie można. Nieszczęście może cię ojcapozbawić jeszcze w tym chłopięcym wieku. Za lat dwa, zakilka miesięcy, za dni kilka, jutro...

O biedne dziecko! Jakże by się wówczas wszystkozmieniło dokoła ciebie! Jakże pustym, smutnym przeraźliwie stałby się dom z twoją matką odzianą w żałobę!...

Idź, synu! Idź do ojca twego, jest w swoim pokojui pisze; idź po cichutku, żeby nie usłyszał twego wejścia,idź, oprzyj czoło o jego kolana i mów mu, żeby ciprzebaczył, żeby pobłogosławił ciebie!

Twoja matka.

Na wsi

19. poniedziałek

Wszystko dobrze! Tatuś mi i tym razem przebaczył i pozwoliłmi iść na majówkę, którąśmy ułożyli we środę jeszcze z ojcemCorettiego, przekupniem drzewa.

Okropnie już nam było wszystkim trzeba odetchnąć powietrzem wzgórz, pól, łąk... Było prawdziwe święto! Prawdziwamajówka!

Spotkaliśmy się wszyscy na placu Konstytucji: Derossi,Garrone, Garoffi, Precossi, Coretti z ojcem i ja, z naszymiprowiantami. Były owoce, wędliny, gotowane jajka. Mieliśmytakże cynowe kubki.

Garrone przyniósł wydrążoną dynię, a w niej białe wino;Coretti manierkę żołnierską ojca z winem czerwonym, a małyPrecossi, w swojej kowalskiej bluzie, trzymał pod pachą czterofuntowy bochen chleba.

Pojechało się omnibusem aż do Matki Boskiej Łaskawej,a stamtąd na przełaj po wzgórzach!

Co za zieleń! Co za cień! Co za świeżość! Taczaliśmy się potrawie, maczali twarze i głowy w strumieniach, skakali przezpłoty.

Duży Coretti z daleka za nami szedł, kurtkę zdjął, tylko tak jąna plecy zarzucił, palił swoją glinianą fajeczkę i od czasu do czasugroził nam ręką, żebyśmy sobie spodni nie porozdzierali.

Precossi gwizdał. Nigdym go jeszcze gwiżdżącego nie słyszał.Mały Coretti ciągle coś dłubał po drodze. On wszystko potrafiwydłubać, ten majster, swoim zakrzywionym nożykiem na palecdługim: kółka, wiatraczki, widełki, sikawki. A jeszcze konieczniesię uparł, żeby wszystkie nasze ubrania nieść, i taki był obładowany, że pot z niego kapał, a i tak żwawy jak młody koziołek.

Derossi zatrzymywał się co chwiła i powiadał nam, jak sięnazywa jaka rośłina, jaki owad. Nie pojmuję, skąd on możewiedzieć tyle rzeczy?

A Garrone zapychał się chlebem w zupełnym milczeniu;alem zauważył, że teraz już nie gryzie i nie zajada tak wesoło, odczasu jak stracił matkę. A zresztą zawsze jednako dobry! Kiedyktóry z nas rozpędzał się, żeby skoczyć przez rów, to zaraz biegł nadrugi brzeg i podawał rękę; a że Precossi bał się krów, bo go jedna,jak był mały, ubodła, to jak tylko spotkaliśmy którą, zaraz Garroneod jej strony szedł i Precossiego zasłaniał.

Doszliśmy pieszo aż do Santa Margerita, a potem na dółw skokach, w kozłach, na łeb na szyję! Wtem Precossi zaplątawszysię w krzaku rozdarł swoją kapotę i był ogromnie zawstydzonytym wiszącym strzępem; ale Garoffi, że to on ma nawtykanychszpilek w kurtkę dosyć, pospinał mu jakoś kapotę, podczas gdyPrecossi zaczerwieniony powtarzał: „Przepraszam... przepraszam.. — po czym znów puścił się biegiem.

Garoffi także nie tracił czasu w drodze; zbierał po łąkachrzeżuchę na sałatę, szczaw na zupę, ślimaki, na drodze podnosiłkamyki, które troszkę błyszczały, i tkał je do kieszeni pewnomyśląc, że może to srebro albo złoto.

I tak biegnąc, wspinając się, żartując, w cieniu i w słońcu,w górę i w dół, przez wyniosłości i zakręty drożyn doszliśmynareszcie zziajani i spoceni na szczyt wzgórza i siadłszy na trawierozłożyliśmy swój podwieczorek. Widać było z tego wzgórzaniezmierną równinę i Alpy szafirowe, z śnieżnymi szczytami.

Głodni byliśmy jak wilki. A chleb znikał w oczach, jakby tajałwłaśnie. Ojciec Coretti powydzielał nam wędlinę, każdemu porcjępodając na liściu. A wtedy zaczęliśmy wszyscy gadać razem:o nauczycielach, o kolegach, którzy nie mogli tu z nami przyjść,i o egzaminach.

Precossi jakoś się wstydził jeść, a Garrone kładł mu gwałtemdo ust najlepsze swoje kawałki; Coretti siedział przy ojcu skrzyżowawszy nogi. Wyglądali raczej na braci niźli na ojca i syna, obajczerwoni i pokazujący w uśmiechu równe białe zęby. Ojciecpopijał ze smakiem, a wypróżniając nawet szklaneczki i kubeczki,któreśmy rozpoczęli ledwo, tak mówił:

— Dla was, co się jeszcze uczycie, wino jest nicpotem; ale dlaprzekupniów drzewa to zbawienna rzecz!

Po czym chwycił syna za nos i pociągając go rzekł:

— Chłopcy, kochajcie tego oto trznadla, bo to jest sam kwiatrycerstwa! Już ja wam powiadam!

A wszyscy się śmiali, prócz Garronego.

A on znów popił i rzekł:

— Żal, żal! Eh!... Teraz wszyscyście sobie dobre kompany;a za lat kilka, kto wie, Henryk i Derossi będą adwokatami,profesorami, Bóg sam wie czym, a wy znów czterej będzieciew sklepach, w rzemiosłach, licho wie gdzie... A tedy — dobranoc,kompanija cała!...

— Ale co! — żywo zaprzeczył Derossi. — Dla mnie Garronebędzie zawsze Garronem, a Precossi Precossim, a inni tak samo,choćby pozostawali cesarzami chińskimi. Gdzie będą, tam do nichi ja trafię!

— Zuch! — zawołał Coretti-ojciec przechylając flaszkę.— Tak się mówi! Do kroćset bomb! Nie inaczej! Dalej! Trąćmysię! Niech żyją dobrzy koledzy! Niech żyje szkoła, która łączy namchłopaków w jedną rodzinę, na pociechę kraju! Która daje bracitym, co braci nie mają.

Trąciliśmy wszyscy jego flaszkę naszymi kubkami, pijąc połyku, a on:

— Wiwat czwartaki z 49 kompanii! — i skoczył na nogi,i stojąc wychylił, co było we flaszce, do ostatniej kropli. Po czymspojrzawszy po nas:

— A jakby wam kiedy przyszło, chłopcy, robić karabatalion,pamiętajcie tak twardo stać, jak my stali!

Tymczasem zaczęło się już robić późno, więceśmy ze wzgórza zeszli śpiewając i trzymając się pod ręce i przyszliśmy nad Po,który już zachodził zmierzchem, a tysiące świetlików latało nadbrzegiem i nie rozłączyliśmy się aż na placu Konstytucji, ułożywszy się po drodze, że wszyscy spotkamy się znów w niedzielę, żebyiść do teatru Wiktora Emanuela, gdzie mają rozdawać nagrodyuczniom szkół wieczornych.

Piękny był ten dzień! Jakże wesół byłbym powrócił do domu,gdybym był nie spotkał mojej biednej nauczycielki. Spotkałem jąna schodach naszego domu. Wychodziła od nas. Był zmrok, ale jaktylko mnie poznała, wzięła obie moje ręce i rzekła mi szeptem doucha:

— Bądź zdrów, Henryku! Pamiętaj o mnie. — Wydało misię, że płacze. Przyszedłszy opowiedziałem mamie.

— Spotkałem moją nauczycielkę.

— Poszła się położyć do łóżka — odrzekła mama i zarazspostrzegłem, że oczy ma czerwone. A potem spojrzawszy na mniesmutnie dodała:

— Twoja biedna nauczycielka jest bardzo, bardzo chora.

Uczniowie-robotnicy

25. niedziela

Jakeśmy się umówili, takeśmy wszyscy razem poszli do teatruWiktora Emanuela na uroczystość rozdania nagród robotnikom.

Teatr był przystrojony wspaniale, zupełnie tak jak 14 marca,i po brzegi pełny, ale prawie samych rodzin robotniczych. Scenazaś zajęta była przez uczniów i uczennice szkoły śpiewu chóralnego, którzy śpiewali hymn poświęcony pamięci rodaków poległych na Krymie, tak piękny, że po skończeniu go cała publicznośćwstała klaszcząc i krzycząc, a tak musiał chór jeszcze raz hymn tenodśpiewać.

Zaraz potem ci, którzy przedstawieni byli do nagród, zaczęlikolejno zbliżać się do syndyka, prefekta i innych panów i dostawali książki, książeczki kasy oszczędności, dyplomy i medale.W rogu sceny zobaczyłem Mularczyka, siedzącego obok matki,a z drugiej strony naszego dyrektora, a za nim rudą głowę mojego nauczyciela z drugiej. Szli najpierw uczniowie szkół wieczornych rysunkowych: złotnicy, snycerze, litografi, a także stolarzei murarze. Potem szli uczniowie szkoły przemysłowej. Po nichprezentowała się szkoła muzyczna. Niektóre z niej dziewczęta,robotnice, były postrojone świątecznie i bardzo im klaskano, a onesię śmiały.

Na koniec wystąpili uczniowie szkól wieczornych elementarnych i to było najpiękniejsze.

Byli to ludzie wszelkiego wieku, robotnicy rozmaici i naróżny sposób, mężczyźni z siwymi włosami, chłopcy z warsztatów, wyrobnicy z wielkimi, czarnymi brodami.

Malcy mieli tęgą minę, ale mężczyźni byli trochę zakłopotani. Publiczność biła brawa tym najmłodszym i tym najstarszym. Ale nikt się nie śmiał pomiędzy widzami, jak toczyniono przy naszym popisie, przeciwnie, wszystkie twarzebyły poważne i pełne skupionej uwagi. Wielu nagrodzonychmiało żony i dzieci w parterze, więc kiedy które z tego drobiazgu zobaczyło, że ojciec przechodzi, wołało na niego głośnoalbo pokazywało rączką, śmiejąc się z uciechy. Przechodzilii wieśniacy, i posłańcy, ci byli ze szkoły „Buoncompanii”.Ze szkoły „Warowni” był jeden czyściciel butów, którego mójojciec zna; prefekt podał mu dyplom. Ale zaraz za nim zobaczyłem, że zbliża się ogromnie wysoki człowiek, olbrzym jakiś, i zdawało mi się, że ja go już kiedyś widziałem. I naturalnie,żem go widział, bo to przecież był nie kto inny, tylko ojciecMularczyka! Dzielny! Wziął drugą nagrodę! I tak mi się toprzypomniało, kiedym go widział na poddaszu, przy łóżeczkuchorego syna, żem co rychlej zaczął oczyma szukać Mularczykaw parterze. Biedny Mularczyk! Patrzył w ojca błyszczącymwzrokiem, a żeby ukryć wzruszenie, zrobił prześliczny zajęczypyszczek!

W tej chwili zaczęto klaskać. Spojrzałem na scenę, był to małykominiarczyk z twarzą wymytą, ale w swej zwykłej odzieży odpracy. Syndyk rozmawiał z nim, trzymając go za rękę. Pokominiarczyku wystąpił kucharz, a po kucharzu miejski zamiataczulic, który dostał medal. Ten był ze szkoły „Raineri”.

A ja tak coś w sercu czułem zupełnie, jakbym tych wszystkichludzi bardzo kochał i bardzo szanował. Bo tylko zastanowić się, ilete nagrody kosztowały tych robotników, ojców rodzin, skłopotanych, zmęczonych, ile pracy dodanej do ich pracy na chleb, ilegodzin ujętych od snu, którego tak im potrzeba, a także ilewysiłków myśli, nie nawykłej do nauki, i rąk zgrubiałych,zesztywniałych i namozolonych w trudzie.

A oto przechodzi chłopak z warsztatu jakiegoś, któremuwidać ojciec pożyczył spencera na tę uroczystość, bo mu rękawywiszą tak, że aby móc wziąć nagrodę, musiał je najpierw pozawijaći ledwo z nich wygramolił ręce. Paru śmieszków parsknęło, ale ichwnet zgłuszyły rozgłośne oklaski. Po chłopcu staruszek zupełniełysy, z dużą białą brodą. Wyglądał jakby z obrazu, a głowa mu siętrochę chwiała ze wzruszenia. Widziałem też kilku żołnierzyz artylerii, z tych, którzy uczęszczają do naszej sekcji na wieczornąnaukę. Po nich zaś szła straż celna, a także ze straży miejskiej ten,co szkoły naszej pilnuje. Ten zamykał pochód.

Na zakończenie uczniowie szkół wieczornych odśpiewali tensam hymn do poległych na Krymie, ale z takim zapałem, z takimuczuciem wprost z serca idącym, że ludzie wcale nie klaskali,tylko wysłuchawszy śpiewu tego stojąc jak do modlitwy powolii w milczeniu opuścili salę. Dopiero na ulicy zaroiło się towszystko jak w ulu! Przed wejściem do teatru stał kominiarczyk ze swoją czerwono oprawną książką, a dokoła kilku panów, którzy z nim rozmawiali. Wiele osób pozdrawiało się głośnoprzez szerokość ulicy, nauczyciele, chłopcy, robotnicy. Mójnauczyciel z drugiej wyszedł razem z dwoma artylerzystami. Aleco było pociesznie widzieć, to dzieci na rękach matek, trzymającew rączkach ojcowski dyplom i pokazujące go ludziom z wielkąpychą!

Śmierć mojej nauczycielki

27. wtorek

W tym samym czasie, kiedyśmy byli w teatrze WiktoraEmanuela, moja biedna nauczycielka umarła. Umarła o drugiej,w siedem dni po bytności swojej u nas. Dyrektor przyszedł do naswczoraj rano, żeby nas zawiadomić o tym. I mówił tak:

— Ci z was, którzy byli jej uczniami, wiedzą, jak była dobra,jak kochała dzieci i że była dla nich jak matka. Już jej nie maz nami. Okrutna choroba nurtowała ją od długiego czasu. Gdybynie potrzebowała zarabiać na chleb, byłaby się leczyła, być możeozdrowiałaby, a przynajmniej przedłużyłaby swe życie o kilkamiesięcy, gdyby była rzuciła te trudy. Ale pragnęła zostać zeswymi uczniami aż do ostatniego dnia prawie.

W sobotę wieczór siedemnastego rozstając się z nimi z tąświadomością, że nigdy już ich nie zobaczy, jeszcze im udzielałarad dobrych, jeszcze ich ucałowała wszystkich i oddaliła się łkając.A teraz nigdy jej już nikt z nas nie zobaczy. Pamiętajcież o niej,dzieci!

Mały Precossi, który był jej uczniem w pierwszej wyższej,pochylił głowę na ławkę i rozpłakał się.

Wczoraj wieczorem poszliśmy wszyscy razem do domuzmarłej, żeby ją odprowadzić do kościoła. Już stał tam w ulicykarawan zaprzężony w parę koni i dużo osób mówiących cichymgłosem czekało przed domem. Był dyrektor, byli wszyscy nauczyciele i nauczycielki z naszej szkoły i także z innych sekcji, gdzie zalat dawnych uczyła, byli prawie wszyscy malcy z jej klasytrzymając się matek jedną ręką, a drugą niosąc świece, było teżbardzo wielu uczniów z klas innych i z pięćdziesiąt uczennicz Sekcji Baretti, z wieńcami kwiatów, z bukiecikami róż w ręku.Kwiatów i bukietów było też niemało na żałobnym wozie, doktórego przymocowany był wielki wieniec z kwiatów akacji, nadktórym był taki napis:

„Drogiej nauczycielce dawne uczennice z czwartej klasy”.

A pod tym wielkim mały wianuszek, który przynieśli jejmalcy.

Pomiędzy zebranymi widać było dużo służących ze świecamiw ręku, przysłanych przez panie swoje, było także dwóch lokajóww liberii z zapalonymi pochodniami, a jakiś bogaty pan, ojciec jednego z uczniów zmarłej, przysłał karetę, wybitą niebieskim atłasem.

Wszyscy się ustawili przed domem. Wielu chłopców ocierałołzy rzewne. I tak chwilę czekaliśmy w milczeniu. Wyniesionowreszcie trumnę.

Kiedy zobaczyli, że trumnę wstawiają wewnątrz wozu,niektórzy mali uczniowie zaczęli głośno płakać, a jedno bobo taksię rozkrzyczało, że musieli je zabrać do domu. Orszak ruszyłz wolna.

Szły najpierw dziewczęta z przytułku „Concezione”, w zielonych sukienkach, potem szły „Dzieci Marii”, całe w bieliz niebieskimi wstążkami, potem księża. A za karawanem nauczyciele i nauczycielki, uczniowie pierwszej wyższego oddziału i inni,a potem reszta tłumu.

Na ulicy ludzie stawali w oknach, we drzwiach i widzącwszystkie te dzieci, mówili: „To nauczycielka”. Wszystkim byłookropnie żal i nawet wiele z tych pań, co przyprowadziły dzieci,także płakało. Kiedy orszak przybył przed kościół, zdjęto trumnęz wozu i ustawiono ją w środkowej nawie, przed wielkim ołtarzem.Nauczycielki pierwszy wieniec położyły na trumnie, dzieci pokryły ją kwiatami, a ci, co stali dokoła z zapalonymi świecami,zaczęli śpiewać modlitwy w mrocznym i wielkim kościele. Poczym nagle, kiedy ksiądz wyrzekł: „Amen” — zgasły wszystkieświece, ludzie wyszli pośpiesznie z kościoła, a nauczycielka zostałasama.

Biedna, biedna nauczycielka, taka dobra dla mnie, takacierpliwa, tak się napracowała przez lat tyle! Te książki, co ichtrochę miała, zostawiła uczniom swoim; jednemu kałamarz dała,drugiemu obrazek — wszystko oddała, co miała. A na dwa dniprzed śmiercią prosiła dyrektora, żeby nie pozwolił tym najmniejszym iść za jej trumną, bo nie chciała, żeby płakały.

Była dobra, cierpiała, umarła. Biedna nauczycielka, samaw tym ciemnym kościele! Żegnaj, żegnaj na zawsze, słodkiei smutne wspomnienie mojego dzieciństwa!

Dziękuję!

28. środa

Chciała koniecznie dokończyć roku szkolnego moja biednanauczycielka, tylko trzy dni brakowało do ostatniej lekcji, kiedyodeszła od nas.

Pojutrze pójdziemy jeszcze raz do klasy, bo nauczyciel maprzeczytać opowiadanie miesięczne „Rozbicie okrętu”, a potem— basta!

W sobotę, pierwszego lipca, egzaminy. A więc znowu rok,czwarty już — przeszedł. I gdyby nie śmierć mójej nauczycielki,mógłbym powiedzieć, że przeszedł dobrze.

Tak sobie myślę o tym, com umiał w październiku zeszłegoroku, i zdaje mi się, że dziś umiem znacznie więcej. Tyle nowychrzeczy mam w głowie! I potrafię daleko lepiej teraz napisać, comyślę, co czuję. Mógłbym także robić rachunki i za dużych,którzy nie potrafią, i pomóc im w interesach, i rozumiem dalekolepiej, rozumiem prawie wszystko, co czytam.

Kontent jestem!

Ale ileż to rzeczy i ludzi składało się na moją naukęi pobudzało mnie do niej, i pomagało mi się uczyć, ten w domu,ten w szkole, ten na ulicy, wszędzie, gdziem tylko był i widziałcokolwiek. Więc teraz wszystkim dziękuję!

Najpierw dziękuję tobie, mój drogi nauczycielu, który byłeśtak pobłażliwy i życzliwy dla mnie i dla którego każda umiejętność, z jakiej się dziś cieszę, była nowym trudem.

I tobie dziękuję, Derossi, mój ukochany kolego, któryś tyletrudnych dla mnie rzeczy wytłumaczył mi tak jasno, tak chętnie,i tyle przeszkód pomogłeś mi przezwyciężyć przy egzaminach!I tobie dziękuję, poczciwy i mocny Stardi, któryś mi pokazał, jakwszystko można żelazną wolą przełamać. I tobie, szlachetny,dobry Garrone, któryś uszlachetniał i dobrymi czynił tych, coprzestawali z tobą. I wam, Precossi i Coretti, którzyście mi zawszedawali przykład odwagi w cierpieniu i wesela przy pracy. Dziękuję wam! Dziękuję wszystkim innym!

Ale nad wszystkich tobie dziękuję, ojcze mój kochany, typierwszy mój nauczycielu, któryś mi tyle rad dobrych udzieliłi tylu rzeczy nauczył pracując dla mnie, ukrywając przede mnąsmutki swoje i starając się wszelkim sposobem uczynić naukęłatwą, a życie pięknym.

I tobie, najmilsza matko moja, aniele stróżu mój ukochanyi uwielbiony, któraś cieszyła się każdą moją radością, a smuciłakażdym smutkiem moim, któraś się uczyła ze mną, pracowała zemną, płakała ze mną gładząc jedną ręką moje czoło, a drugąukazując mi niebo!

Klękam przed wami, jak kiedym był małym dzieckiem,i dziękuję wam, dziękuję z całą tkliwością, jakąście zbudzili w mejduszy przez dwanaście lat poświęcenia swego i miłości swojej.

Rozbicie okrętu

Ostatnie opowiadanie miesięczne

Przed kilku laty, pewnego grudniowego ranka, wypłynąłz Liverpoolu wielki okręt parowy, na którego pokładzie znajdowało się więcej niźli dwieście osób, między którymi byłosiedemdziesięciu ludzi załogi. Tak kapitan, jak i wszyscy prawiemarynarze byli Anglikami. Wśród pasażerów zaś było niecoWłochów: trzy panie, ksiądz i kilku muzykantów. Okręt udawałsię do wyspy Malty. Czas był pochmurny.

Wśród podróżnych trzeciej klasy, zebranych na przodziepokładu, znajdował się dwunastoletni chłopiec, Włoch rodem,mały na swój wiek, ale silny, piękny typ sycyliański, z surowąi odważną twarzą.

Chłopiec siedział sam, nie opodal przedniego masztu, nakupie lin okrętowych, obok małej wyszarzałej walizki, w którejmiał swoje rzeczy i na której trzymał rękę. Był śniady, włosy miałczarne, wijące się i tak długie, że mu prawie na ramiona spadały.Odziany był ubogo, w jakąś obdartą kurtkę, a na szyi miał starątorbę skórzaną. Siedząc tak, patrzył zamyślony na pasażerów, naokręt, na marynarzy przebiegających obok niego z pośpiechemi na morze, które coraz niespokojniejszym się stawało. A wyglądałów chłopiec tak, jakby świeżo przebył jakieś wielkie nieszczęścierodzinne; twarz dziecka miała wyraz dojrzałego człowieka.

Wkrótce po wypłynięciu z portu jeden z majtków okrętowych, Włoch z siwą już głową, ukazał się na przodzie okrętu,prowadząc małą dziewczynkę za rękę i zatrzymawszy się przedSycylijczykiem rzekł:

— Masz tutaj towarzyszkę podróży, Manio! — Po czymodszedł.

Dziewczynka siadła na kupie lin, obok chłopca, i oboje nasiebie patrzyli. Mały Sycylijczyk zapytał:

— Gdzie ty jedziesz?

A dziewczynka:

— Do Malty, a stamtąd do Neapolu. — I dodała: — Do ojcajadę i do matki, bo oni tam są i czekają na mnie. A ja jestem JulietaFaggiani.

Chłopiec nic nie odpowiedział. Po jakimś czasie wydobyłz torby chleb i suszone owoce, dziewczynka miała biszkopty, więcjedli.

— Baczność — krzyknął włoski marynarz przechodząc z pośpiechem. — Zaraz się tu taniec zacznie!

Jakoż istotnie wiatr się wzmógł, a okręt kołysał się gwałtownie. Ale siedzące na linach dzieci nie bardzo na to zważały. Dziewczynka uśmiechała się. Była ona prawie w tym samymwieku, co jej towarzysz, ale znacznie od niego wyższa. Byłasmagła, brunetka, szczupła, wątła i mniej niż skromnie ubrana.Włosy miała kędzierzawe, krótko obcięte, czerwoną chusteczkązwiązane dokoła głowy, i srebrne, duże koła w uszach.

Jedząc opowiadali sobie swoje losy.

Chłopiec nie miał już ani ojca, ani matki! Ojciec, robotnik,umarł niedawno w Liverpoolu, zostawiając go samego na świecie,a konsul włoski odsyłał go właśnie do Palermo, gdzie mały sierotamiał dalekich krewnych.

Dziewczynkę zabrała z sobą do Londynu przed rokiemciotka, wdowa, która ją bardzo kochała i której rodzice oddali ją najakiś czas, licząc na obiecaną sukcesję, ale w kilka miesięcy potemprzejechał ciotkę omnibus i umarła nie pozostawiwszy po sobieani szeląga. Dziewczynce poradzono także udać się do konsula.Konsul się nią zaopiekował i oto ją do rodziców odsyła.

Oboje poleceni zostali owemu Włochowi, który do załogiokrętu należał.

— Więc tam ojciec i matka — kończyła dziewczynka — myślą, że ja z majątkiem wrócę, a ja nie mam nic. Ale i tak będą mniekochali. A moi bracia! Czterech braci mam, takich małych,malutkich... Ja najstarsza w domu. Ubieram ich, myję. Okropniesię ucieszą! A ja po cichutku na palcach wejdę... Jakie morzebrzydkie!... — Potem nagle do chłopca: — A ty będziesz tamu tych krewnych?

— Będę... Jeśli mnie zechcą trzymać — odrzekł.

— A oni cię nie kochają?

— Czy ja wiem?

— Ja na Boże Narodzenie zacznę trzynasty rok — przemówiła dziewczynka.

I zaraz zaczęli mówić o morzu, o podróżnych, którzy ichotaczali. Tak przesiedzieli przy sobie dzień cały, gawędząc odczasu do czasu. Pasażerowie myśleli, że to brat i siostra. Dziewczynka robiła pończochę, chłopiec rozmyślał, morze stawało sięburzliwszym coraz. Kiedy się rozchodzili wieczorem, dziewczynka rzekła:

— Śpij spokojnie!

— Nikt tu, moje dzieci, nie będzie spokojnie spał! — Rzekłprzebiegając ów włoski marynarz, którego wzywał kapitan.

Chciał właśnie chłopiec odpowiedzieć małej towarzyszce:,,Dobranoc!” — kiedy gwałtowny strumień wody chlusnął naniego znienacka i powalił go na ławkę.

— Jezus Maria! Krew leci! — krzyknęła dziewczynka rzucając się do malca.

Pasażerowie schodzący śpiesznie pod pokład nie zauważylitego.

Dziewczynka uklękła przy chłopcu, który był ogłuszony tymnagłym upadkiem, obtarła mu zakrwawione czoło i zdjąwszyprędko swoją czerwoną chusteczkę, usiłowała jak najmocniejobwiązać mu głowę. Gdy ją wszakże przycisnęła do piersi, abyścisnąć lepiej oba końce chustki, na żółtej jej sukienczynie, nadpaskiem, została krwawa plama. Manio ocknął się i podniósł się pochwili.

— Czy cię boli? — zapytała Julieta.

— Nic mnie nie boli!

— Dobranoc ci!

— Dobranoc! — odpowiedział Manio.

I zeszli po dwojgu obocznych schodkach, do swoich sypialni.

Stary marynarz dobrze przepowiedział. Jeszcze dzieci nieposnęły, kiedy się rozpętała straszliwa burza. Ogromne bałwanytak gwałtownie natarły na okręt, że w parę minut jeden z wielkichmasztów powalony został, trzy łodzie ratunkowe, z tych, którebyły uczepione w tyle okrętu, fale uniosły jak liście, a szturmująceokręt morze zmiotło cztery woły z przedniego pokładu.

Pomiędzy pasażerami zrobił się okrutny zamęt. Krzykiprzerażenia, rozpacz, płacz, modlitwy buchnęły jak druga burza.Włosy stawały na głowie słuchając ich. Morze wrzało. Nawałnicanoc całą szalała wzmagając się ciągle na sile. Dniało już, a onajeszcze rosła. Olbrzymie fale bijące w statek z ukosa zalewałypokład tłukąc, łamiąc i zmiatając w otchłań, co tylko na nim było.

Platforma pokrywająca maszynę była zgnieciona, a wodanalewała się do wnętrza ze straszliwym hukiem; ognie pogasły,maszyniści uciekli pod pokład przed niechybną śmiercią; szerokiestrugi wdzierały się zewsząd.

Wtem grzmiący głos krzyknął:

— Do pomp!

Był to głos kapitana, marynarze rzucili się do pomp. Ale wtejże chwili nagłe uderzenie fal przechyliwszy okręt w tył zgruchotało poręcze i drzwiczki kajut, a woda strumieniem wlewać siędo nich poczęła. Pasażerowie w śmiertelnym przestrachu zebralisię w wielkiej sali. Wtem kapitan ukazał się w progu.

— Kapitanie! Panie kapitanie! — krzyknęli wszyscy razem.

— Co się dzieje?... Co się z nami stanie?... Czy jest nadzieja? Czyjest ratunek?...

Kapitan przeczekał, aż się krzyk uciszył, a potem zimnymgłosem rzekł:

— Trzeba się poddać losowi.

Jakaś kobieta krzyknęła: — Litości! — Był to jedyny okrzyk.

Nikt inny głosu dobyć nie mógł. Zgroza ścisnęła wszystkiegardła. Minuty przechodziły, w wielkiej sali śmiertelna panowałacisza.

Ludzie patrzyli na siebie zbolałą z przerażenia twarzą.A morze tymczasem szalało. Okręt pogrążać się zaczął.

W jakiejś chwili kapitan próbował spuścić łódź ratunkową. Pięciu marynarzy wstąpiło w nią, barka została odcięta. Natychmiast jednak przechyliła ją gwałtowna fala i dwóch marynarzyposzło na dno. Jednym z nich był stary Włoch, opiekun dzieci. Pozostałym udało się z wielkim trudem zarzucić sznury na okręti dostać na niego z powrotem. Po tej śmiertelnej próbie załogastraciła nadzieję.

W dwie godziny potem okręt był zalany wodą aż dowysokości osady głównego masztu. Pod pokładem tymczasemrozgrywały się rozdzierające sceny.

Matki rozpaczliwie tuliły dzieci swe do łona, przyjacielepadali sobie w objęcia i żegnali się, niektórzy schodzili do kajut, bytam umierać, nie patrząc na rozpętane i huczące morze. Jedenz podróżnych roztrzaskał sobie czaszkę z pistoletu i skonał naschodach sypialni. Ludzie czepiali się konwulsyjnie jedni drugich, kobiety mdlały i wpadały w szał nieopisany.

Wielu klęczało dokoła księdza wznosząc ku niemu złożone do modlitwy ręce. Krzyk, jęki, płacz dzieci, łkania, głosydzikie, ostre tworzyły jakiś chór piekielny, jakąś symfonię rozpaczy, a tu, to tam stali ludzie nieruchomi jak posągi, z rozszerzonymi źrenicami, które nie widziały nic, z twarzami szaleńców i trupów.

Ale dwoje dzieci, Manio i Julieta, trzymając się co siłyjednego z okrętowych masztów, patrzyło w morze osłupiałymwzrokiem jakby nieprzytomne.

Morze zaczęło się uspokajać wreszcie, ale okręt zanurzał sięz wolna coraz głębiej. Kilka minut zaledwie i musiał zniknąć podwodą.

— Spuszczaj szalupę! — krzyknął kapitan.

Spuszczono ostatnią szalupę, jaka pozostała. Czternastumarynarzy i trzech podróżnych w nią zeszło.

Kapitan patrzył z pokładu.

— Kapitanie! Schodź z nami! — krzyczano na niego z szalupy — Zginę na stanowisku!... To powinność moja! — odkrzyknął kapitan.

— Spotkamy jakiś statek! Ocalimy cię! Schodź! Ratuj się!— wołali marynarze.

— Zostaję tutaj!

— Jest jeszcze miejsce! — krzyknęli wtedy marynarze zwracając się do pasażerów. — Niech zejdzie kobieta.

Zbliżyła się kobieta, podtrzymywana przez kapitana, alezobaczywszy odległość, w jakiej się znajdowała szalupa, nie mogłaodważyć się na skok i padła na pokład zemdlona.

Inne kobiety były bezprzytomne i na wpół nieżywe.

— Dawać dziecko! — krzyczeli teraz marynarze.

Na ten krzyk mały Sycylijczyk i towarzyszka jego, jakbyskamieniali dotąd od nadludzkiej zgrozy, wstrząśnięci gwałtownym instynktem życia, puścili drzewo masztu w tym samymmomencie i rzuciwszy się na brzeg pokładu wrzasnęli jednymgłosem: — Ja!... Ja!... — odtrącając się wzajem od zejścia jak dzikiezwierzęta.

Mniejsze! — krzyczano z szalupy. — Łódź jest przeładowana! Mniejsze!

A na ten krzyk dziewczynka opuściła ręce jak trafionagromem i stanęła nieruchoma patrząc na Mania martwymioczyma.

Manio spojrzał na nią i zobaczył krwawą plamę na żółtejsukience. Przypomniał sobie i jakiś błysk niebiański przeleciał mupo twarzy.

— Mniejsze! Prędzej! — wołali marynarze z najwyższąniecierpliwością. — Odbijamy!

A wtedy Manio krzyknął jakimś dziwnym głosem:

— Ona lżejsza! Schodź, Julieto! Masz ojca i matkę. Ja sam.Oddaję ci miejsce. Schodź!

— Rzucić ją w wodę!... Złapiemy!

Manio chwycił ja wpół i rzucił w morze. Wrzasnęła dziewczynka i zanurzyła się z głową. Ale w tejże chwili jeden z marynarzy chwycił ją i wciągnął na łódź.

Chłopiec stał wyprostowany na brzegu pokładu, z czołempodniesionym, z włosami rozwianymi przez wiatr, stał nieruchomy, spokojny, wzniosły.

Plusnęły wiosła. Szalupa miała zaledwie czas oddalić się odniebezpiecznego leja, jaki tworzył okręt idący pod wodę, a któryłatwo mógł ją wciągnąć w przepaść.

Wtedy dziewczynka, dotąd bezprzytomna jakby, podniosłaoczy ku chłopcu i wybuchła płaczem.

— Żegnaj, Manio! — krzyknęła wyciągając ręce ze łkaniem.— Żegnaj! Żegnaj!

— Bądź zdrowa! — odkrzyknął chłopiec podnosząc rękę.Barka zaczęła się oddalać z pośpiechem, skroś wzburzonegomorza, pod zamroczonym niebem.

Na okręcie ucichło wszystko.

Woda zatapiała ostatni skrawek pokładu.

Nagle chłopczyna upadł na kolana ze złożonymi rękami i oczywzniósł w niebo.

Ocalona dziewczynka ukryła twarz w dłoniach. Kiedy jąpodniosła i powiodła wzrokiem po morzu dokoła, okrętu nie byłojuż na nim.

Lipiec

Ostatnia kartka mojej matki

11. sobota

A więc skończył się, Henryku, rok szkolny i pięknie tojest, że ci jako wspomnienie ostatniego dnia w tym rokuzostaje obraz wzniosłego chłopczyny, który ustąpił życiamałej przyjaciółce.

Więc masz się rozłączyć z nauczycielami, z kolegamitwymi, a ja ci muszę powiedzieć rzecz smutną, że nie natrzy miesiące rozłączasz się z nimi, ale już na zawsze. Tobowiem wypadło ze spraw związanych z zawodem ojcatwojego, że opuszcza Turyn, a z nim i my wszyscy.

Jesienią wyprowadzimy się stąd, a ty wstąpisz dojakiejś innej szkoły. Przykro ci to, prawda? Bo jestempewna, że kochasz twoją starą szkołę, gdzie przez latcztery, dwa razy dziennie, doświadczałeś radości pożytecznej pracy. Gdzie przez czas tak długi widywałeś tychsamych chłopców, tych samych nauczycieli, tych samychrodziców i twego ojca, i twoją matkę, którzy na ciebiez uśmiechem czekali. Tę dobrą, starą szkołę, gdzie umysłtwój otwarł się do światła, gdzieś znalazł dobrych kolegów,gdzie każde słowo, któreś słyszał, miało za cel dobro twojei gdzieś nie doznał żadnej przykrości prócz takiej, która cipożyteczną była. Zachowajże więc w sercu to przywiązanie, Henryku, a pożegnaj serdecznie towarzyszy twoich!

Niektórzy z nich doznają może nieszczęścia, możestracą wcześnie ojca, matkę, inni sami może młodo zejdą zeświata. Będą i tacy, którzy w obronie ojczyzny krewmężnie przeleją, a wielu zostanie dzielnymi, uczciwymirobotnikami, ojcami rodzin pracowitych i zacnych, jaksami, a kto wie, znajdzie się pomiędzy nimi i taki może,który odda wielkie usługi swemu krajowi i wsławi jego imię!

Pożegnaj więc ich z miłością! Zostaw nieco duszyswojej w tej wielkiej rodzinie, do której wszedłeś dzieckiem,a z której wychodzisz młodzieńczykiem, a którą twój ojcieci twoja matka tak kochali, boś ty był w niej kochany.

Szkoła to też matka, Henryku! Zabrała mi cięz objęcia, kiedyś był mały i mówił zaledwie, a teraz otooddaje mi cię dużym, silnym, dobrym i chętnym do nauk.Niechże więc będzie błogosławiona, a ty, mój synu, nigdynie zapomnisz o niej. Nie, to niepodobna, żebyś ją zapomniał! Dorośniesz, pójdziesz w świat, zobaczysz wielkiemiasta, zadziwiające pomniki i gmachy i wiele rzeczytymczasem wyjdzie z twej pamięci, ale ten skromny, białybudynek z tymi zapuszczonymi firankami, ten mały ogród,w którym zerwałeś pierwszy kwiat wiedzy twojej, ten cizostanie w oczach do ostatniego tchu życia i tak go widziećbędziesz, gdziekolwiek cię los poniesie, jak ja widzę tendom, w którym usłyszałam głos twój po raz pierwszy.

Egzaminy

4, wtorek

Otóż i egzaminy nareszcie!

Na wszystkich ulicach dookoła szkoły nikt o niczym innymnie mówi: rodzice, dzieci — aż do kucharek.

„Egzaminy, stopnie, tematy, przeciętne, obcięty, promowany” — wszyscy to na ustach mają.

Wczoraj rano były wypracowania piśmienne, dziś ranoarytmetyka. Wzruszające było patrzeć na wszystkich tych rodziców, którzy prowadząc dzieci do szkoły, dawali im ostatnie radyprzez drogę. Matki to aż do ławek towarzyszyły synom, żebyzobaczyć, czy atrament jest w kałamarzu, czy pióro dobre,a jeszcze z progu odwracały się mówiąc:

— A uważaj! Bój się Boga, uważaj! A nie bój się nic! Pamiętaj!

W naszej klasie nauczycielem-asystentem był Coatti,ten z czarnym brodziskiem, co to jak lew ryczy, a dobry jakbaranek.

Niektórzy chłopcy wyglądali tak biało na twarzy, jak kreda,ze strachu. Kiedy nauczyciel rozpieczętował przyniesioną z Ratusza kopertę i wyjął z niej zadanie, tchu nie było słychać w całejklasie.

Więc podyktował zadanie owo grubym głosem, patrząc to natego, to na owego srogimi oczyma, ale widać było, że gdyby mógłnam podyktować i rozwiązanie także, żeby wszyscy promocjedostać mogli, sprawiłoby mu to najwyższą przyjemność.

Po godzinie pracy wielu już bardzo się pomęczyło, bo zadaniebyło istotnie trudne. Jeden płakał. Crossi walił się pięścią w głowę.A przecież nie było to winą tych biednych chłopców, że niewielewiedzieli, bo mało czasu mieli do nauki i rodzice odrywali ich odniej.

Ale Opatrzność czuwała!

Trzeba wiedzieć, co wyprawiał Derossi, żeby im tylkopomóc. Jakie pomysły miał, żeby puścić między ławki cyfrę lubpodpowiedzieć, jakiego użyć działania, a nie być odkrytym, taktroskliwy o wszystkich, jakby to on był nauczycielem naszym.

No i Garrone, który jest w arytmetyce mocny, pomagał,komu się dało, aż do Nobisa, który zaplątawszy się w rachunkachzupełnie zmiękł i bardzo był uprzejmy.

Stardi więcej niż przez godzinę siedział nieruchomy z wzrokiem wlepionym w zadanie, z głową pięściami podpartą, po czymwziął pióro i w pięć minut skończył.

Nauczyciel chodził między ławkami i powtarzał:

— Spokojnie! Spokojnie myśleć, chłopcy! Zalecam wamspokój myśli!

A kiedy spostrzegł, że który sam nie wie, co robi ze strachu,otwierał szeroko usta, żeby go rozśmieszyć, i udawał lwa, że chcego połknąć.

Około jedenastej patrząc przez zapuszczone firanki widziałem, jak niektórzy rodzice niecierpliwie chodzili tam i na powrótw ulicy. Był tam ojciec Precossiego w swojej kamizelce niebieskiej, który dopiero co wybiegł widać z kuźni i twarz miałzupełnie czarną. Była matka Crossiego, zieleniarka, matka Nelliego, czarno ubrana, która ani chwili spocząć nie mogła. Przedsamym południem przyszedł mój ojciec i podniósł oczy ku oknumojemu: drogi, kochany mój ojciec! O dwunastej wszyscy robotęskończyli.

A co się to działo przy wyjściu! Ledwo który przez próg, zarazdo niego! A to pytać, w kajety zaglądać, a to porównywaćz kajetami kolegów!

Ile działań? Jaka suma? A odejmowanie? A odpowiedź?A gdzie przecinek ułamka dziesiętnego?

Nauczyciele nie wiedzieli, gdzie mają iść, tak ich wołano zewszystkich stron. Mój ojciec wziął ode mnie brulion, spojrzałi rzekł:

— Dobrze.

Obok nas stał kowal Precossi, który także oglądał robotę syna,trochę niespokojny, bo nie mógł się jakoś połapać. Więc zwróciłsię do mego ojca.

— Czy nie byłby pan łaskaw powiedzieć mi sumy?

Ojciec przeczytał cyfry. Spojrzał kowal w kajet i porównał.

— Brawo! Ależ brawo, malcze! — zawołał uszczęśliwiony.

I patrzyli na siebie przez chwilę z uśmiechem, on i mój ojciec,jak dwaj przyjaciele. Ojciec podał mu rękę, kowal ją uścisnął.Rozstali się mówiąc:

— Do zobaczenia na „ustnym”!

— Na „ustnym”!

Uszedłszy kilka kroków posłyszeliśmy jakiś nadzwyczajnyfalset, tak że się głowa sama odwracała. Spojrzałem: to kowalśpiewał, wyciągając głos w nieprawdopodobne trele!

Ostatni egzamin

7. piątek

Dziś rano odbyły się egzaminy ustne.

O ósmej byliśmy już wszyscy w klasie, a o kwadrans nadziewiątą zaczęli nas wywoływać po czterech do sali, gdzie stałduży stół, nakryty zielonym suknem, a przy stole siedział dyrektori czterech nauczycieli, pomiędzy którymi był i nasz także.

Mnie wywołali prawie na samym początku.

Biedny nauczyciel. Dopiero dziś z rana przekonałem się, jakja go kocham. Kiedy tamci pytali, patrzył w nas, jakby nam duszęwłasną chciał oddać. Zachmurzał się, kiedy który palnął bąka,rozjaśniał, kiedy dobrze szło. Słuchał każdego słówka, a głowąi rękami dawał nam znaki, jakby mówił:

— Dobrze... Źle! Uważaj... Wolniej. Nie bój się!

Pewno by i podpowiadał, żeby mu tylko wolno było mówić.Gdyby na jego miejscu znajdowali się, jeden po drugim, ojcowie wszystkich uczniów, nie mogliby zrobić nic więcej. I jeszcze by dziesięć razy głośno krzyczeli: „dziękuję!”, nawet przydyrektorze. Więc kiedy mi tam u tego zielonego stołu powiedzieli:

— Dobrze. Możesz odejść — to jemu aż oczy zaświeciłyz radości.

Wróciłem zaraz do klasy i czekałem na ojca. Wszyscy jeszczeprawie byli w ławkach. Siadłem przy Garronem, ale mi wcale niebyło wesoło, bynajmniej, bo mi zaraz na myśl przyszło, że już ostatni raz siedzimy tak obok siebie. Garrone nie wie jeszcze o niczym. Jeszcze mu nie mówiłem, że czwartej klasy nie będziemyprzechodzili razem i że opuszczamy Turyn razem z ojcem.

Siedział zgarbiony, prawie złożony we dwoje i pochyliwszydużą swoją głowę nad ławką rysował jakieś ornamenty dokołafotografii swojego ojca w mundurze maszynisty! Tęgi mężczyznaz tego ojca! Wysoki, barczysty, szyja jak u wołu, a twarz poważnai uczciwa. Zupełnie jak u syna. Więc kiedy tak siedział schylony,z rozwartą trochę koszulą, zobaczyłem na gołych jego piersiach ówzłoty krzyżyk, który mu matka Nelliego podarowała dowiedziawszy się, że taki dobry dla jej syna. Zdecydowałem się powiedziećmu wszystko.

— Garrone — rzekłem — mój ojciec wyjeżdża z Turynu tejjesieni już na dobre.

— No, a ty?

— Ja też.

— To nie będziesz z nami razem w czwartej?

— Nie.

Rysował przez chwilę w milczeniu. Po czym nie podnoszącgłowy zapytał:

— A będziesz pamiętał o kolegach z trzeciej?

— Będę. O wszystkich. Ale o tobie... więcej niż o wszystkich.Kto by cię mógł zapomnieć?

A on głowę podniósł i utkwił we mnie spojrzenie, któremówiło różne, różne rzeczy, sam jednak nie rzekł nic, tylko mipodał lewą rękę udając, że prawą rysuje dalej, a ja uścisnąłemserdecznie w obu dłoniach tę rękę silną i zacną.

W tejże jednak chwili wszedł pośpiesznie nauczyciel z twarzązaczerwienioną i cichym, wesołym głosem rzekł prędko:

— Dobrze idzie! Aż dotąd wszystko dobrze! Niech tylko ci,co zostali, równie dobrze się sprawią! Dzielne chłopaki! Nic się niebójcie, nic! Bardzom z was kontent!

I żeby nas rozweselić i sam swoją wesołość nam pokazać, udałwychodząc, że się potknął i oparł się o mur, żeby się nieprzewrócić niby. On, cośmy nigdy nie widzieli, żeby się roześmiałkiedy. Więc nam się to tak osobliwym zdało, że wszyscy zrazuosłupieli, potem uśmiechnęli się, ale śmiechu szczerego nie było.Nawet powiem, że sam nie wiem czemu, ale mnie zasmuciłi rozrzewnił razem ten dziecinny figiel. Więc ta chwila wesołegożartu była całą nagrodą za dziewięć miesięcy cierpliwości, dobrocii różnych kłopotów z nami? Więc dla takiej chwili pracował tyleczasu, przychodził do klasy i odbywał lekcje niezdrów... Biednynauczyciel! Więc tylko tego, tego śmiechu wesołego chciał od nas,za tyle przywiązania, za tyle starań!

I zdawało mi się, że go tak już na zawsze w tym ruchuzachowam w pamięci, że go tak widzieć będę zawsze, gdy pomyślęo nim. A jak już będę mężczyzną, a on będzie żył jeszczei spotkamy się, przypomnę mu ten żarcik, który mi wzruszyłserce, i ucałuję głowę jego siwą.

Pożegnanie

10. poniedziałek

Punkt o dwunastej zebraliśmy się już po raz ostatni w szkole,gdzie miano ogłosić rezultat egzaminów i rozdać promocje.

Przed szkołą pełno było rodziców. Pełno ich było takżew wielkiej parterowej sali, a nawet w klasach, gdzie się cisnęli donauczycielskiego stolika. W naszej zajęli całą wolną przestrzeńpomiędzy pierwszymi ławkami a ścianą. Był ojciec Garronego,matka Derossiego, był kowal Precossi, był Coretti, była paniNelli, była zieleniarka, był ojciec Mularczyka, ojciec Stardiego,byli też i tacy, których nigdy nie widziałem dotąd; a taki był hałas,taki gwar — jak na jarmarku. Dopiero kiedy nauczyciel wszedł,zrobiło się cicho. Nauczyciel miał w ręku listę i zaraz czytać zaczął:

— Abatucci, promocja, sześćdziesiąt sześćdziesiątych. Archini, promocja, pięćdziesiąt pięć sześćdziesiątych...

I Mularczyk promocja, i Crossi promocja. Potem czytałgłośniej:

— Ernest Derossi, promocja, siedemdziesiąt siedemdziesiątych — i pierwsza nagroda!

A że go tam wszyscy znali, więc zrobił się szmer, bo każdychciał mu coś miłego powiedzieć. Więc mówili:

— Brawo, brawo, Derossi!

A on potrząsnął tylko w tył te swoje jasne kędziory z swobodnym, ślicznym uśmiechem i spojrzał na matkę, która mu od ustpocałunek przesłała.

Nauczyciel czytał dalej:

— Garrone, Garoffi, Kalabryjczyk — wszyscy promowani.

Potem trzech czy czterech — obciętych. Więc jeden zarazw bek, bo ojciec jego stał w progu i pogroził mu ręką.

Spostrzegł to nauczyciel i rzekł:

— Nie, panie! Przepraszam pana! To nie zawsze jest winąucznia. To często nieprzyjazny zbieg okoliczności. A to właśniema miejsce w obecnym wypadku, mogę pana zapewnić sumiennie!

Potem czytał:

— Nelli, promocja, sześćdziesiąt dwa siedemdziesiątych.

Matka Nelliego zrobiła śliczny gest czarnym wachlarzykiemku synowi i uśmiechnęła się do niego.

— Stardi, promocja, sześćdziesiąt siedem siedemdziesiątych.

Myśleliśmy, że się szalenie ucieszy. Tak bliski Derossiego!Tak wysoko stanął! A ten się nie uśmiechnął nawet i nawet pięściod czoła nie odjął, tylko tak siedział jak zwykle podparty! Ostatnibył Vatini, który przyszedł wystrojony, wyświeżony. Wziąłpromocję.

Nauczyciel podniósł się teraz i rzekł:

— Chłopcy! Oto ostatni raz zebraliśmy się tu razem. Przebyliśmy z sobą cały rok szkolny, a teraz rozstajemy się jakoprzyjaciele. Nieprawdaż? Żal mi bardzo rozstawać się z wami,drogie dzieci!

Tu milczał przez chwilę, a potem tak mówił:

— Jeśli mi kiedy brakło cierpliwości, jeżelim kiedy, mimo woli mojej, był niesprawiedliwy albo zbyt surowy — przebaczcie mi.

W klasie podniósł się chór głosów:

— Nie! Nie! — mówili rodzice i uczniowie. — Nie, panienauczycielu! Nigdy!

— Przebaczcie mi — powtórzył nauczyciel — i bądźcie miżyczliwi! Na przyszły rok nie będziecie już ze mną, ale was znowuzobaczę, a w sercu — zachowam na zawsze. Do widzenia, chłopcy!

Powiedziawszy to wszedł między nas, a wszyscy go zaczęliściskać za ręce, wchodząc na ławki, ciągnęli go za rękawy, za połysurduta, ściskali go, całowali, co śmielsi, a pięćdziesiąt głosówkrzyczało razem:

— Do widzenia, panie nauczycielu!

— Dziękujemy panu nauczycielowi!

— Żegnamy pana!

— Niechaj pan nauczyciel będzie zdrów!

— Niech pan nie zapomni o nas!

Kiedy wychodził, zdawał się być bardzo wzruszony.

I my zaczęliśmy wychodzić, pchając się we drzwi jeden przezdrugiego. Inne klasy wychodziły także. Zrobiło się zamieszanie,gwar, hałas, bo i rodzice, i dzieci żegnali się z nauczycielami,i z nauczycielkami, i sami też z sobą.

Mała nauczycielka z czerwonym piórem miała coś czworo czypięcioro wstępniaków swoich na karku, a ciągnęło ją za suknię zedwudziestu może, tak że tchnąć nie mogła.

„Zakonnicy” zaś prawie że na pół porozrywały kapeluszi nakładły jej do tej czarnej sukni, za stanik, po kieszeniach,w rękawy, gdzie tylko mogły, bukieciki kwiatów. Wielu teżwinszowało Robettiemu, który właśnie w tym dniu pierwszy razprzyszedł bez szczudeł. Ze wszystkich stron okrzyki, wołania:

— Do przyszłego szkolnego roku!

— Do dwudziestego października!

— Do widzenia na Wszystkich Świętych!

My takżeśmy się żegnali. Ach, jak się to zapomina w takiejchwili o wszystkich niesnaskach! Vatini, który tak zawsze Derossiemu zazdrościł, pierwszy teraz wyciągnął ręce i rzucił mu się naszyję.

Ja zaś żegnałem się z Mularczykiem i właśniem go w tej chwilicałował, kiedy mi zrobił ostatniego „zajęczego pyszczka” napamiątkę; kochany chłopiec!

Pożegnałem się z Precossim, pożegnałem się z Garoffim,który mi powiedział, że mój bilet na ostatniej jego loterii byłwygrany, i wręczył mi mały majolikowy przycisk, trochę obtłuczony w jednym rogu.

Pożegnałem się ze wszystkimi.

Ale jak się Nelli zaczął z Garronem ściskać, to go oderwać niebyła można. Wszyscy zresztą pchali się do Garonnego i nic niebyło przez chwilę słychać tylko:

— Bądź zdrów, Garrone!

— Do widzenia, Garrone!

— Dziękuję ci, Garrone!

— Żegnaj, Garrone!

— Bądź zdrów! Bądź zdrów! Bądź zdrów!

I dalej ściskać, całować, ciągnąć każdy w swoją stronę tegodrogiego, kochanego, świętego chłopca! Aż ojciec jego był tymzupełnie zdumiony i stał, i patrzył z uśmiechem, a usta mu drżały.

Garrone był ostatnim, któregom uściskał już na ulicy,przytuliwszy mu głowę do piersi, żeby stłumić łkanie. Onpocałował mnie w czoło.

Więc zaraz potem pobiegłem do ojca i do mamy, którzyczekali na mnie. Ojciec zapytał:

— Pożegnałeś się ze wszystkimi kolegami?

— Pożegnałem.

— Bo jeśli zrobiłeś któremu jakąś przykrość, jeśliś coktóremu zawinił, idź, przeproś, niech ci nie pamięta tego. Jakże?Jest kto taki?

— Nie, nie ma!

— No, to mi żegnaj! — rzekł ojciec głosem wzruszonym,obejmując ostatnim spojrzeniem mury naszej szkoły.

A mama też ku szkole spojrzała i powtórzyła:

— Żegnaj!

Ja tylko nie mogłem przemówić słowa.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.