drukowana A5
11.72
Adam Asnyk. Sylwetka literacka

Bezpłatny fragment - Adam Asnyk. Sylwetka literacka


Objętość:
12 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
zeszytowa
ISBN:
978-83-288-0955-0

Adamowi Asnykowi przypada w dziejach literatury wielki zaszczyt: do lutni, na której grali wielcy poeci romantyzmu, nawiązał kilka strun nowych, nie tak donośnych, jak dawne, ale bardzo dźwięcznych i czystych. Sprowadził poezyę naszą bliżej ziemi z wyżyn podniebnych, gdzie ją wzniósł Mickiewicz, Słowacki, Krasiński. Żadna poezya bowiem nie miała w ogóle swoim tak wysokiego lotu, jak nasza, i żadna nie była tak ściśle narodową t. j. tak nierozerwanie spojoną z historycznemi przejściami narodu. Romantycy wspomnieniami dzieciństwa sięgają jeszcze starej Rzeczypospolitej, a w wieku dojrzałym żyją pogromem 31 roku. I ogarnia ich wielkie zdumienie. Jakto? Tyle wysiłków, tyle odwagi, tyle świętych haseł na nic? Przemoc zwycięska, wolność zdeptana? I wszyscy zgodnym głosem wołają: cudu! Cały naród żąda tego cudu i próbuje go ściągnąć na ziemię wybuchami i spiskami. Nikt nie potępia powstania, ale próbuje natychmiast nad siły — zrobić lepsze. Poeci, jak żeglarze w bocianich gniazdach na masztach, wpatrują się z wyżyn w mgłę przyszłości, aby pierwsi dostrzec i oznajmić zapowiedź cudu. Więc Mickiewicz wyzywa Boga „na serca” i dla szczęścia ludu swego chce mu wyrwać „rząd dusz”; Krasiński odkłada zbawienie w messyaniczną dal i przed Tołstojem głosi dogmat: „nie opierać się złu”; Słowacki, najgorętszy i najzapaleńszy, własną fantazyą opętany, w każdym kurczu chce dostrzec początek zmartwychwstania i przed rzezią galicyjską nie waha się wróżyć:

Więc się bój: — bo duch się wdziera

Zewsząd i podważa wieże.

Słaby, mówisz, rzeź wybiera.

A czy wiesz, co on wybierze?

Może ludów zatracenie,

Może nam przyniesie w dłoni

Komet wichry i płomienie,

W których drży król, matka roni,

Działa, wozy, hufce, konie

Ogień pali, ziemia chłonie;

A nikt z mogił nie korzysta,

Jeno wszczynający ruch,

Wieczny rewolucyonista,

Pod męką ciał — leżący duch!

Ale wszyscy mają zgodnie głęboką, fantastyczną wiarę w bliskość odrodzenia, w czynne wmieszanie się Opatrzności, która naprawić musi swe błędy.

Asnyk jest inny, bo jest dzieckiem innej epoki, roku 63, „roku nieszczęścia”. To już nie było chwilowe powalenie przeciwnika, ale, zda się, pogrom bezlitośny i ostateczny, orgja zniszczenia rozpasana nad krajem, gwałtowne zapadanie się w przepaść wszystkiego, co wieki tworzyły. Im większe były wysiłki i przygotowania, tym większa rozpacz ogarnąć musiała uczestników. A nie spotykano ich zagranicą, jak bohaterów okrzykami: Noch ist Polen nicht verloren, ale nawet we własnym kraju nieraz, jak zbrodniarzy. Zakradło się do ich dusz zwątpienie, niepewność: czyśmy dobrze zrobili? Dokonawszy dzieła, zaczęli dopiero dlań szukać usprawiedliwienia, gdyż własna wiara nie wystarczała ani im, ani innym. Jedni, jak Asnyk, znaleźli to usprawiedliwienie w prawdach wiedzy, w niezłomnych prawach przyrody i społeczeństwa; odzyskali w ten sposób pewność, ale nie zdobyli wiary. Nie nakażą rozpaczać, ale nie zachęcą do czynów. Asnyk nie jest zrozpaczony, lecz zrezygnowany, bo rezygnacya jest właśnie wiarą w przyrodzoną rzeczy konieczność. Do wiary naszych wielkich romantyków ta wiara w konieczność tak się mniej więcej ma, jak uczucie w piersiach Aristogitona lub Żelabowa, do tego, które ożywiać by mogło cegłę, spadającą na skroń tyrana.

Asnyk mówi (Pobudka):

Precz z małoduszną rozpaczą,

Nie wolno rozpaczać nam!

Niech myśli zuchwale skaczą

Do niebios zamkniętych bram!

Ale w tym samym, najbardziej może ufnym swoim wierszu, kilka zwrotek dalej nie zdobywa się już na zapewnienie, tylko na restrykcyę:

Duch ludzki wszak nie na wieki

W krwiożerczych zatonął w snach,

I szydząc z jutrzni dalekiej

Uwielbił przemoc i strach.

Ta niepewność ściga poetę wszędzie, ona nie pozwala mu rozstrzygać, ale przy zetknięciu z każdem nowem zjawiskiem każe mu smutnie pytać dalekiej przyszłości:

Czy to pożarów łuna, czy też słońce.

Rezygnacya jego jest zaś tak wielka, że zdobywa się w prześlicznym wierszu na apoteozę śmierci:

Śmierć — to ciągłego postępu chorąży!

Który na nowe świat prowadzi tory,

Wschodzącym kiełkom usuwa zapory

I z rzeszą istot w nieskończoność dąży.

Z jego opatrznej, choć surowej łaski

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.