E-book
2.73
drukowana A5
28.54
Wirtualne róże

Bezpłatny fragment - Wirtualne róże


Objętość:
178 str.
ISBN:
978-83-8104-705-0
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 28.54

Zamek

Klucz zazgrzytał w zamku, ale niestety nie obrócił się. Na domiar złego Joanna poczuła, jak plastikowa torba z zakupami zaczyna się niebezpiecznie rozciągać i pękać.

— Tylko tego brakuje — mruknęła. — Wszystko dzisiaj jest przeciwko mnie! Nawet moje prywatne drzwi! Otwórzcie się, błagam was — zaklinała w myślach.


Ponoć myśl ma wpływ na materię. Niestety w tym przypadku nie zadziałało. Pozostały zamknięte, a na ziemię z rozdartej torby z hukiem wysypały się kartofle. Za nimi potoczyły się pomidory i ogórki. W sąsiednich mieszkaniach niespodziewana kanonada spowodowała lekki niepokój. Poczuła się obserwowana przez sąsiadów, lecz wszystkie drzwi pozostały zamknięte. Po chwili jednak uchyliły się te z naprzeciwka, od kawalerki pana Jana.

— Co się stało, pani Joanno? Pomóc pani? — pan Jan stanął za Joanną i lekko ją odsunął od drzwi. — Siłą nic pani nie zrobi. Trzeba postarać się o nowy zamek, jakiejś lepszej firmy. To, co pani ma, do niczego się nie nadaje. Proponuję wymianę, bo za chwilę trzeba będzie wzywać ślusarza, aby go rozwiercił.

Joanna wyobraziła sobie siebie uwięzioną w mieszkaniu. Byłaby jak księżniczka zamknięta w wieży. Wyjście z trzeciego piętra zapewne nie byłoby możliwe bez pomocy straży pożarnej. Ujrzała siebie na drabinie, w objęciach dzielnego strażaka. Ta myśl ją rozbawiła. Dopiero mieliby sąsiedzi widowisko! A co z jej lękiem wysokości? Nie… chyba lepsza jest opcja niespodziewanego wydatku.

— Panie Janie — zaczęła nieśmiało — ja jestem taka anty-techniczna. Zupełnie nie znam się na zamkach. Czy mogłabym pana prosić o pomoc? Zapłacę panu za usługę. Zacina się coraz częściej i boję się, że pewnego dnia nie wejdę do domu. Będę panu bardzo wdzięczna, jeśli się pan zgodzi.

— Pani Joanno, z przyjemnością pani pomogę — zaoferował się pan Jan. — Muszę tylko otworzyć te drzwi. Trzeba pozbierać zakupy z korytarza i powinna pani trochę odpocząć. Te torby są dla pani zbyt ciężkie. Wygląda pani na zdenerwowaną i zmęczoną. Pójdę po nowy zamek i zamontuję go pani.


Poczuła ulgę i dziwne uczucie. Co to było? Czyżby dawno zapomniane poczucie bezpieczeństwa? Ostatnio musiała się sama o siebie troszczyć. A właściwie to chyba całe życie. Jej eksmąż nie zajmował się przyziemnymi sprawami. Czy Jerzy zauważyłby, że dźwiga tony zakupów do domu? Raczej nie. Miałby co najwyżej pretensje, że czegoś brakuje.

Ocknęła się słysząc głos pana Jana:

— No i otwarte!


Pozbierali razem rozrzucone na korytarzu zakupy i weszli do kawalerki Joanny.

— Ale ma pani piękne mieszkanie! — w głosie pana Jana zabrzmiał niekłamany zachwyt.

— Dziękuję, panie Janie. Małe, ciasne, ale własne. Zapraszam na kawę. Kiedyś lubiłam bibeloty i stare, drewniane meble. Teraz, od kiedy jestem sama, zmieniłam styl. Dążę do minimalizmu. Nie chcę mieć zbyt dużo przedmiotów. Wie pan, zauważyłam, że jestem szczęśliwsza, od kiedy nie muszę ścierać tony kurzów. Tak naprawdę człowiek niewiele potrzebuje do życia. Kiedyś gromadziłam różne rzeczy. Dzisiaj wolę przestrzeń i wygodę.


Aromat kawy wypełnił przestrzeń. Słońce zajrzało przez okno i wnętrze nabrało wesołego charakteru. Joanna, za poradą przyjaciółki — plastyczki, postanowiła wejść w kolorystykę zielono- żółtą, z elementami błękitu. Zostawiła wszystkie swoje skarby Jerzemu. Wyszła z poprzedniego domu z przysłowiową torebką. Nie miała ochoty i siły, by walczyć o każdy przedmiot. Jerzy, jak zwykle, chciał ją oszukać. Niestety, tym razem sąd był bezwzględny, i musiał oddać żonie większość zgromadzonych oszczędności. Zatrzymał mieszkanie, samochód i działkę. Joanna kupiła sobie małą kawalerkę i zaczęła nowe życie od zera. Czuła ulgę — nic jej nie przypominało dawnych czasów. Była jak tabula rasa. Starała się wyrzucić z pamięci wszystkie złe chwile, nie rozpamiętywać i nie użalać się nad sobą. Od kiedy została sama, odkryła, że ma więcej pieniędzy i stać ją na różne drobne przyjemności. Nie musiała się tłumaczyć z każdego wyjścia i mogła robić to, co chciała. Nie było w domu awantur o każde spotkanie z koleżanką i cichych dni z powodu zakupu bluzki. Na początku ta wolność oszołomiła ją. Później przyszła refleksja — jak ona mogła to wszystko wytrzymać tyle lat? Jakim prawem jeden człowiek ogranicza wolność drugiego? Kim była dla swojego męża? Służącą? Kucharką? Kochanką? Niewolnicą? Jak to się stało, że z zakochanej pary zamienili się w obcych sobie ludzi? Kiedy przestała kochać? Dlaczego?


Dźwięk upadającej łyżeczki przywrócił Joannę do rzeczy-wistości. Z uśmiechem wniosła kawę i postawiła białe filiżanki na stoliku. Usiadła naprzeciwko Jana.

— Panie Janie, tak bardzo bym chciała pana ugościć! Przepraszam bardzo, ale nie mam nic słodkiego do kawy. Jestem łakomczuchem, a silna wola nie jest moją najmocniejszą stroną charakteru. Nie kupuję słodyczy. Staram się trochę schudnąć, ale z marnymi wynikami.

Jan poprawił okulary i przyjrzał się Joannie z uwagą.

— Nie rozumiem, pani Joanno, co pani chce od swojej figury. Jest pani piękną, dojrzała kobietą. Nie musi pani wyglądać jak kościotrup. Ja chyba nigdy nie zrozumiem tych biednych, zagłodzonych kobiet. Osobiście uważam, że anorektyczki są po prostu odrażające. Ach, te dzisiejsze czasy… Kto zrozumie kobiety umierające z głodu w świecie dobrobytu?

Trafna uwaga Jana przywróciła dobry nastrój Joannie.

— Jutro kupię sobie gorzką czekoladę. Odrobina magnezu i endorfiny są każdemu potrzebne. W końcu nie jestem gruba, tylko apetyczna, i tej wersji będę się trzymać! — pomyślała i ukradkiem zerknęła do lustra w przedpokoju.


Wieczorem w drzwiach dumnie błyszczał nowy zamek. Pan Jan kupił i zamontował go sam. Wybrał jakiś szwajcarski, o nazwie trudnej do zapamiętania. Nie chciał zapłaty za montaż, pozwolił się za to zaprosić na niedzielny obiad. Joanna potrafiła smacznie gotować i lubiła eksperymentować w kuchni.

— Co ugotować? — to pytanie dręczyło ją cały wieczór. Do niedzieli zostały dwa dni, niby sporo czasu, ale chciała wymyślić jakieś specjalne danie dla sympatycznego sąsiada.

Wertowała książki kucharskie, podśpiewując stare piosenki. Lubiła zwłaszcza tę o sąsiedzie z repertuaru kabaretu starszych panów. Nagle zdała sobie sprawę, że nie zna dalszych słów piosenki. Podeszła do laptopa, wystukała „kabaret starszych panów” i za parę minut miała wydrukowany tekst w ręce. Naszła ją nagle refleksja.

— Co my byśmy zrobili bez tych komputerów? Ja mam w domu chociaż parę książek, ale młode pokolenie prawie wcale nie czyta i nie pisze. Nie potrafi porządnie skleić kilku zdań. Wyrośli ludzie komunikujący się ze sobą za pomocą SMS-ów i czatów. A czy ja jestem lepsza od nich? Nie znam nawet nazwisk sąsiadów w moim bloku, chociaż mieszkam tu już dość długo. Otrząsnęła się z ponurych myśli o samotności w tłumie i zaczęła dalej śpiewać. Nie miała, co prawda, talentu Haliny Kunickiej, ale melodia sama jakoś płynęła…

Eksmąż

Na stole piętrzył się stos zeszytów i kartek i powoli zapełniał cały blat. Przypominał o swoim istnieniu za każdym powiewem wiatru lub przeciągiem. Nie można było dłużej udawać, że nie istnieje. Uczniowie także dyskretnie dopytywali się o oceny. Joanna postanowiła poświęcić wieczór i zredukować Mount Everest do wielkości niewielkiego pagórka. Sprawdzanie sprawdzianów było nużące i nudne, chociaż lubiła swoją pracę.


Kiedyś marzyła, żeby zostać zawodowym tłumaczem i zająć się przekładem światowej literatury. Niestety, tego typu praca wiązała się z nieregularnymi dochodami. Etat nauczycielki dawał stałą pensję i to przeważyło. Jerzy miał wiecznie problemy związane ze znalezieniem pracy. Ciągle coś mu się nie udawało. Czy to był tylko pech? W końcu otworzył swój własny interes. Po wielu perypetiach, związanych z wypełnieniem druków i rejestracji w urzędzie skarbowym, zaczął jeździć tirem. Sprawy rozliczeń, załadunków, rozładunków i leasingu scedował prawie w całości na żonę. Było jej ciężko, do obowiązków domowych i zawodowych doszła jeszcze firma spedycyjna. Jerzy skutecznie wymigiwał się od żmudnych i nudnych prac. Nawet się nie buntowała. W pierwszym etapie małżeństwa chciała być idealną panią domu. Starała się, aby ich dom był miejscem odpoczynku i relaksu, przytulnym, ciepłym, pachnącym obiadem i ciastem w sobotni wieczór. Czy Jerzy dostrzegał te starania? Chyba nie… Powoli stało się normą, że coś musi być zrobione. Nie zauważał jej zmęczenia ani starań, a rejestr obowiązków powiększał się z roku na rok. W pewnym momencie zabrakło jej czasu na punkt zwany przyjemnościami. Wiecznie zabiegana, nawet nie zauważyła, jak powoli życie ograniczyło się do pracy. Wpadła w kierat dom — praca — firma. Wieczorami teoretycznie miała odrobinę czasu dla siebie. Starała się oglądać wiadomości w telewizji i trochę czytać. Niestety, sen przychodził nagle i zasypiała z książką w ręce.


Jerzy skutecznie przejął kontrolę nad jej życiem. Stała się elementem wyposażenia ich mieszkania. Miała być i trwać przy nim, gotowa na każde jego zawołanie. Próby wyjścia do przyjaciółek torpedował jednym krótkim zdaniem:

— Czy musisz tam iść?

Pewnego dnia jednak, ku swojemu zaskoczeniu, odpowiedziała:

— Nie muszę, ale chcę. Wkrótce zapomnę, jak wygląda Beata. Nie widziałam jej chyba rok. Jeśli masz ochotę, to chodź ze mną — zaproponowała. — Wezmę trochę ciasta i możemy razem miło spędzić czas.

— A co ja tam będę robił? — mruknął Jerzy. — Zanudzę się pomiędzy wami.

Nuda — to słowo Jerzy wypowiadał często. Dla Joanny miało ono charakter abstrakcyjny. Nie nudziła się nigdy. Świat był zbyt piękny i ciekawy. Tyle było rzeczy do zobaczenia, książek do przeczytania, można było spotkać tylu ciekawych ludzi. Nie, nie znała tego słowa.


Po paru latach od rozwodu doszła do wniosku, że to Jerzy był nudny — wiecznie zmęczony, niezadowolony i narzekający na wszystko. Jak ona mogła tego nie zauważyć? Dlaczego pokochała malkontenta, nieudacznika i nudziarza? Dlaczego miłość jest ślepa? Dlaczego? Co ją zauroczyło? Czy ludzi łączy ze sobą odwieczny instynkt przedłużania gatunku? Zwykła chemia feromonów? Dlaczego ignoruje się myśli, które wręcz krzyczą: — Uważaj! To nie jest facet dla ciebie!


Znaków ostrzegawczych było dużo i różnego kalibru, poczynając od rodziny Jerzego. Wychowywała go matka, która została wcześnie wdową z siedmiorgiem małych dzieci. Trudno to było nazwać wychowywaniem. Stosowała system przeróżnych kar. Przeważnie za przewinienie lub brak posłuszeństwa biła dzieci kablem od żelazka. Wyzwiska i przekleństwa były na porządku dziennym. Jerzy nie zaznał nigdy miłości, był hodowany i tresowany. Celem matki było zapewnienie dzieciom egzystencji. Strona emocjonalna jej nie interesowała. Brak szczęśliwego dzieciństwa okaleczył Jerzego. Nie nauczono go kochać. Relacje z własnym rodzeństwem też były chore. Nie mieli potrzeby kontaktowania się w dorosłym życiu, ponieważ w dzieciństwie tylko ze sobą rywalizowali. Wyrośli na ludzi obojętnych i nieczułych. Spotykali się sporadycznie, wymieniali zdawkowe zdania i rozjeżdżali w swoje strony. Jerzy podświadomie przenosił zachowania z rodzinnego domu do własnego życia. Chciał, aby było inaczej, ale robił coś zupełnie odwrotnego. Joanna okazywała mu czułość, ale on nie potrafił przebić w sobie pewnego rodzaju skorupy. Nie był otwarty i empatyczny. Zapewne ją kiedyś kochał, ale nie umiał tego okazać. Dla niego miłość wiązała się z toksyczną zazdrością. Joanna była jego kobietą, a on samcem alfa — panem jej ciała i duszy.

— Jesteś tylko moja, księżniczko. Nie pozwolę ci nigdy odejść — szeptał Joannie do ucha w intymnych chwilach — kocham tylko ciebie i nie oddam nikomu.


Joannie na początku znajomości imponował ten rodzaj miłości, ta wieczna adoracja.

Nie słuchała ostrzeżeń matki. Wydawało się jej, że to Jerzy ją kocha do szaleństwa. Nie rozróżniała pojęć — miłość a zazdrość. Jej instynkt samozachowawczy został uśpiony.

— Co ty w nim widzisz? — próbowała ją powstrzymać przed ślubem matka — to zwykły prostak i zazdrośnik. Zrujnuje ci życie!

— Mamo, ty go po prostu nie lubisz — broniła się Joanna.

— Oczywiście, że go nie lubię — spokojnie stwierdziła matka. — On nie daje się lubić. To leń, obibok i cham. Przyjrzyj się jego rodzinie. Ci ludzie są z pogranicza patologii. Słowo „kurwa” zastępuje im przecinki i wykrzykniki. Dziwię się, że tego nie dostrzegasz.

— Jerzy jest inny. Nie biorę ślubu z jego rodziną, tylko z nim.

— Zapominasz, że ci ludzie staną się twoją rodziną, Asiu. Moja słodka córeczka w rynsztoku — w oczach matki pojawiły się łzy.

— Mamo, przesadzasz. Zobaczysz, wszystko się ułoży. To nie wina Jerzego, że urodził się w wielodzietnej rodzinie i że są biedni. Tak samo jak nie jest moją zasługą fakt, że mam cudownych rodziców i wspaniałą siostrę. Daliście mi wszystko, co najlepsze, i doceniam to. Zobaczysz, Jerzy stanie się częścią naszej rodziny. Pomogę mu zdobyć wyższe wykształcenie. On jest zdolny, tylko nie miał szansy, aby się kształcić. Jego matka chciała zapewnić dzieciom możliwość szybkiego usamodzielnienia się. Wszyscy mają fach w ręce. Jerzy jest kierowcą zawodowym. Może przecież studiować i przekwalifikować się. Sama zobaczysz, jaki on ma potencjał.

— Asiu, od dawna nie wierzę w garbate aniołki — przerwała jej matka. — Gdyby bardzo chciał, to by studiował. Twój ojciec też pochodził z chłopskiej rodziny. Wyrwał się z tego środowiska. Skończył studia, uzupełnił braki w wykształceniu i obyciu. A Jerzy? Nawet traktorem nie zaciągniesz go na koncert. Zawsze coś mu stoi na przeszkodzie, aby z tobą gdzieś pójść. Kiedy byliście razem w teatrze lub w kinie? Jego interesuje tylko piwo, żarcie, kumple i mecze. Jak ty tego możesz nie widzieć? Taka inteligentna dziewczyna?

— Mamo, jesteś niesprawiedliwa! — krzyknęła Joanna. — On ciężko pracuje i jest zmęczony!

— Wiecznie zmęczony i znudzony — przerwała jej matka. Jego nic nie interesuje, oprócz przysłowiowej michy i zapewne seksu. Zrobi z ciebie kurę domową i kuchtę. Zapamiętaj moje słowa i nie mów potem, że cię nie ostrzegałam. Miłość jest ślepa, ale nie musi być głupia. Zrobisz, co zechcesz. Pamiętaj, jestem twoją matką i najlepszym przyjacielem. Nigdy cię nie zostawię i zawsze pomogę.


Ślub był wystawny. Matka Jerzego uparła się, aby zaprosić prawie całą rodzinę. Jerzy też chciał, aby ten dzień był szczególny. Nikt nie zwracał uwagi na nieśmiałe protesty Joanny, której marzyła się skromna ceremonia, a potem podróż poślubna do Włoch. Jedyne, co udało jej się wynegocjować, to prosty fason sukienki i kwiat we włosach zamiast welonu. Spotkało się to z niezadowoleniem przyszłej teściowej i obmową przez część gości.

— Taka niby wykształcona, a wygląda jak dziadówka. Tyle jest pięknych sukienek. Zero gustu. W salonie można kupić takie śliczne, tiulowe. Wyglądałaby jak królewna z bajki.

— Dlaczego nie ma welonu? Pewnie w ciąży? — słyszała konspiracyjne szepty poza plecami.


Nikt nie chciał uwierzyć, że nie podobają się jej sukienki ślubne w stylu napuszonej bezy. Sukienka z białej koronki była urzekająco piękna. Kwiat we włosach nadawał jej dziewczęcy urok. Wyglądała ślicznie. Szczęście w oczach rozjaśniało twarz. Nie była królewną, tylko elfem, zwiewnym duszkiem, który zstąpił na ziemię.

— Nie wiedziałem, że mam taką piękną córkę — szepnął jej ojciec tuż przed ceremonią — wyglądasz zjawiskowo, moja panno.

Ojciec oddał swój skarb w ręce mężczyzny, który, jak się potem okazało, nie za bardzo wiedział, co z nim zrobić.


Obydwoje się pomylili. Pobrali się, ze swoimi wyobrażeniami i marzeniami o szczęśliwej przyszłości. Prawda docierała do nich powoli i brutalnie obdzierała ze złudzeń. Przebudzenie było bardzo bolesne. Joanna dojrzewała i zmieniała się, a Jerzy pozostał na swoim poziomie. Uwił sobie wygodne gniazdko i nie czuł potrzeby dokonywania zmian. Nie poszedł na studia. Pracował, nie przepijał wypłaty. Czego więcej można żądać? W domu wymagał obecności żony i jej bezwarunkowego posłuszeństwa, porządku i smacznego jedzenia. Czy to było dużo? W zasadzie nie — zwykła podstawa egzystencji. Czy to była jego wina, że miał inne zainteresowania? Sztuka, muzyka poważna, literatura nudziły go. Nie miał wielkich potrzeb intelektualnych. W końcu każdy człowiek jest inny. Jerzego fascynowała za to motoryzacja i piłka nożna. Był typowym macho, a nie wyblakłym intelektualistą w okularach. Joanna z kolei nigdy nie nauczyła się odróżniać marek samochodów i ziewała na meczach. Kupili sobie dwa telewizory, aby móc oglądać interesujące ich programy. Powoli zaczęli mieć coraz mniej wspólnych tematów. Ich wieczorne rozmowy ograniczały się do sprawozdań z dnia i planów na najbliższą przyszłość. Analiza konta była podstawą do dalszych działań. Przypominali bardziej radę nadzorczą instytucji finansowej niż kochanków. Pieniądze, a raczej ich brak, były dla nich najważniejszym tematem. Finanse Jerzego przypominały ocean z jego przypływami i odpływami. Przez konto przechodziły ogromne sumy pieniędzy. Obroty zamykały się w dużych kwotach, niestety do prywatnego portfela trafiało niewiele. Ciągle trzeba było płacić podatki, ubezpieczenia i rachunki za naprawy samochodu. Pensja Joanny często ratowała firmę z opresji. Zdarzało się jej płacić za faktury częściowo, w ratach. Wiedziała, że uchroni to firmę przed niepożądaną ingerencją komornika. Wykazywała tak zwaną „dobrą wolę”. Nauczyła ją tego koleżanka z pracy, której mąż był prawnikiem. Przeważnie balansowali na skraju plajty. Bywały też chwile, kiedy Jerzemu wpadały dobre zarobki. Wtedy ze skromnego kierowcy zamieniał się w pana.

— Aśka, zrób dzisiaj fajną kolację. Zaprosiłem rodzinkę na wieczór. Będą koło dwudziestej — dzwonił do żony.

Na stole pojawiały się wykwintne trunki i smaczne jedzenie. Jerzy, w wielkopańskim geście, potrafił kupić Joannie drogie perfumy lub biżuterię, którą wręczał w obecności zgromadzonej przy stole rodziny.

— Ty to masz dobrze — zazdrościła jej szwagierka. — Mój to mi nawet prymulki na walentynki nie kupi. Pewnie za droga? — rzuciła pytanie do męża, patrząc na niego z nieukrywaną niechęcią. — Ciekawa jestem, komu robisz prezenty — wysyczała.


Czas prosperity oznaczał zakupy różnego rodzaju gadżetów. Jerzy wydawał pieniądze, jakby zapominając, że jutro też jest dzień. Niestety, szybko powracała szara rzeczywistość i na lodówce Joanna przyklejała kolejne niezapłacone rachunki. Brak stabilizacji był męczący. W celu ratowania rodzinnego budżetu zaczęła dorabiać na kursach jako lektor. Czasami zdarzały się jej prywatne lekcje i tłumaczenia. Pieniądze z tego były niewielkie, ale pozwalały na drobne zakupy i przyjemności. Jerzy doskonale orientował się w finansach i potrafił wyciągnąć każdy grosz. Przedstawiał żonie listę życzeń i dawał rachunki do zapłaty. Jedynie tłumaczenia i korepetycje wymykały się spod jego kontroli. Joanna stopniowo zaczęła ukrywać przed Jerzym swoje tajne finansowe źródło. Kłamstwo powoli zamieszkało w ich domu. Wyrzucała metki od ubrań, wmawiając mężowi, że kupiła na przecenie za marne grosze.

— Po co ci ta sukienka? Dla kogo chcesz się tak stroić? — dopytywał się podejrzliwie.

Zazdrość straciła swój uroczy charakter i stała się zmorą codziennego dnia.

— Po co tam idziesz? Kto tam będzie? — te pytania stały się normą.

Każde wyjście Joanny było torpedowane. Nie było mowy o spotkaniach z koleżankami i beztroskich pogaduszkach. Nawet spotkania na rodzinnych obiadach budziły podejrzenia.

— Znowu ta twoja matka coś wymyśla. Wtrąca się do naszego życia. Zaprasza na obiad, żeby potem mącić w naszej rodzinie. Nie powinniśmy iść. Ona nastawia cię przeciwko mnie. Wiem, że mnie nie lubi. Marzyła o królewiczu z bajki dla ciebie. Ja nie pójdę, a ty, jak mnie kochasz, też nie powinnaś.


Z czasem Joanna nazwała ten okres „odcinaniem”. Jerzy odcinał ją od starych przyjaciół i rodziny. Stosował najprostsze zasady szantażu psychicznego. Gościom dawał do zrozumienia, że nie są mile widziani. Telefon dzwonił coraz rzadziej, a koleżanki zapominały o niej coraz częściej. Jedynie rodzina nie poddawała się.

— Asiu, co się z tobą dzieje? — dopytywała się matka. — Byłaś kiedyś duszą towarzystwa, a teraz przypominasz zahukaną kobiecinę z zapadłej wsi. Ten twój Jerzy pomylił chyba kraje, zachowuje się jak Arab. Nie zdziwię się, jak zaczniesz nosić czador. On jest chory psychicznie!

— Mamo, przesadzasz. Ja po prostu nie mam czasu — wykręcała się Joanna, jednocześnie czując, że matka ma rację. Było jej wstyd za siebie i męża.


Jerzy kontrolował żonę coraz bardziej. Zaczął ją rozliczać z czasu spędzonego poza domem.

— Gdzie byłaś tak długo? Nie mów, że wracasz prosto z pracy! Jesteś spóźniona pół godziny! Z kim rozmawiałaś? Kto jest dla ciebie taki ważny, że nie odbierasz telefonu ode mnie? — Zadawał pytanie za pytaniem. Był to rodzaj przesłuchania. Czuła się osaczona, a jej wolność osobista stała się abstrakcją. Podejrzenia o kochanków zabierały poczucie bezpieczeństwa. Jerzy w każdym znajomym widział rywala i robił Joannie sceny zazdrości godne Otella. Ich spokojny dom zaczynał przypominać grobowiec z horroru — cichy i ponury, pełen podejrzliwości i strachu. Zazdrość przybrała formę obłędu. Mąż wyliczał czas dojścia z pracy do domu co do minuty. Potrafił zrobić karczemną awanturę o słomkę pod podeszwą buta, która według niego była dowodem schadzki i zdrady małżeńskiej. Wieczne podejrzenia i ograniczenie wolności zaczęły powodować narastający bunt u Joanny. Nie mówiła nic, zamykała się w sobie coraz bardziej. Jerzy przestał być kochankiem. Zamienił się w tyrana i ciemiężyciela, a kolejne bukiety na przeprosiny nic nie zmieniały. Ich relacje coraz bardziej stygły. Stawał się obcym człowiekiem, którego już nawet nie lubiła. Zaczęła się go bać, a wieczne awantury wywołały depresję. Tabletki, przepisane przez rodzinnego lekarza, tłumiły emocje. Zapadała się w smutku i zamykała się w sobie coraz bardziej. Jerzy niczego nie zauważał. Cieszył się, że żona nie wychodzi z domu. Nie przeszkadzało mu to, że patrzy obojętnie całymi godzinami przez okno i że już nawet nie rozmawiają o pieniądzach.

Tłumaczenia

Prawie nikt nie chce tłumaczyć poezji, bo trzeba oprócz perfekcyjnej znajomości języka obcego mieć pewien rodzaj wrażliwości. Z reguły tłumacze nie są zainteresowani. Zarobek jest niewielki, a praca dość specyficzna. Joanna traktowała tę pracę jako rodzaj wyzwania i hobby. Robiła to za darmo, co się oczywiście bardzo nie podobało Jerzemu.

— Co ty z tego masz? Siedzisz po nocach i tylko marnujesz czas. Mogłabyś na przykład posprzątać sobie w szufladach. Znowu jest bałagan. Ostatnio znalazłem przeterminowane przyprawy. Bujasz w obłokach… zupełnie bez sensu.

Joannę zawsze dziwiły stwierdzenia Jerzego, że mogłaby sobie coś zrobić. To coś to były porządki, gotowanie lub prasowanie. Jerzy zachowywał się, jakby wszystkie prace domowe były przypisane do kobiety. Po rozwodzie stwierdziła, że poniekąd sama ponosiła winę za to, że Jerzy traktował dom jak hotel pięciogwiazdkowy. Postępował według zasad — płacę i wymagam. Sama go tego nauczyła. Na początku małżeństwa chciała mu stworzyć raj na ziemi. Przyzwyczaił się, że wszystko jest zrobione. Wydawało mu się, że w domu działa niewidzialna armia krasnoludków. Joanna nie angażowała męża do przyziemnych spraw domowych, takich jak gotowanie, sprzątanie, zakupy. Jerzy był oderwany od rzeczywistości. Nie wiedział, jakie rachunki płacą i ile co kosztuje, a domowy budżet go nie interesował. Czasami, kiedy brakowało pieniędzy, zarzucał żonie rozrzutność.

— Znowu sobie kupiłaś bluzkę. Szafa pełna ciuchów, a ty znosisz kolejne.

— Była wyprzedaż. Kupiłam za trzydzieści procent ceny. Czasami muszę mieć coś nowego. Mam sporo ciuchów — to prawda, ale większość jest już zniszczona — tłumaczyła się nieporadnie Joanna.

— Ciekawy jestem, z czego zapłacimy podatek? Jesteś lekkomyślna i wydajesz pieniądze na głupoty.

Prawie zawsze były jakieś wydatki. Rachunki przypięte magnesami do lodówki czekały na swoją kolejkę do zapłaty. Joanna zaczęła uciekać się do drobnych trików.

— Mamo, kupiłam sobie dzisiaj fajne spodnie. Mam do ciebie prośbę. Przyniosę je do ciebie, a ty mi je podarujesz. Nie chcę, aby Jerzy znowu marudził. On jest ostatnio bardzo drażliwy — tłumaczyła się matce przez telefon.

— Zupełnie ciebie nie rozumiem, córeczko. Pracujesz, zarabiasz i masz prawo do swoich wydatków. On rozlicza ciebie, jakbyś była na jego utrzymaniu i nie znała wartości pieniądza.

Wiem dobrze, że trzymasz cały dom w garści. Co on by zrobił bez ciebie? Przynieś te spodnie. Zmuszasz mnie do jakiejś dziwnej konspiracji, no ale trudno.

Bardzo pomocna do szmuglowania ciuchów była Zosia, siostra Joanny. O dziwo, Jerzy nawet ją lubił. Teściów unikał, nie tolerował ich obecności w swoim domu. Robił wszystko, by nie uczestniczyć w rodzinnych uroczystościach. Przeważnie tak się dziwnie składało, że miał w tym czasie wyjazd w trasę. Niechęć była obopólna. Zwłaszcza matka Joanny nie kryła swojej awersji do zięcia. Była uprzejma, grzeczna, lecz w głosie dawało się wyczuć ironię i lekceważenie. Lubił tylko szwagierkę, bo Zosia była bardzo podobna do Joanny, zarówno fizycznie, jak i z charakteru. Zawsze uśmiechnięta i rozszczebiotana, przypominała kolorowego ptaszka. Ubierała się dość ekstrawagancko. Lubiła śpiewać, tańczyć i wszędzie było jej pełno. Jasne, długie włosy czesała w koński ogon lub warkocz. Obdarzona talentem plastycznym studiowała w akademii sztuk pięknych. W domu na ścianach wisiały jej obrazy i grafiki. Joanna zazdrościła siostrze beztroskiego podejścia do życia.

— Jakoś to będzie — mówiła Zosia i faktycznie jakoś było, przeważnie dobrze.

Zosia żyła z dnia na dzień i nie przejmowała się sprawami bytowymi. Jej chłopak Tomek pochodził z zamożnej lekarskiej rodziny. Rodzice kupili mu na okres studiów mieszkanie w Poznaniu. Jeździł fordem i korzystali razem z Zosią z uroków życia studenckiego. Do domu Joanny listonosz co chwila przynosił widokówki z różnych stron świata. Po wakacjach Zosia zapraszała siostrę na kawę i razem oglądały stosy kolorowych zdjęć.

— Nawet nie wiesz, jak tam było cudnie. Chyba zakochałam się w Teneryfie! Rafy koralowe są piękne, takie kolorowe i ciekawe! Uwielbiam nurkować. Wyobraź sobie, że żółw chciał mnie ugryźć w palec!

Joanna, słuchając wspomnień siostry, wracała myślą do swoich wakacji. Jerzy nie lubił dalekich wyjazdów.

— Dość się najeżdżę. Odpocząć chcę w domu lub w Polsce i nie mam ochoty ciągać się po świecie. Nigdzie nie jadę — protestował, kiedy Joanna podsuwała mu kolorowe katalogi biur podróży.


Pierwszy wyjazd zagraniczny o mało co nie zakończył się wielką awanturą. Joanna w tajemnicy przed Jerzym kupiła wycieczkę do Wiednia. Miała to być niespodzianka z okazji dziesiątej rocznicy ślubu.

— Chyba zwariowałaś — skwitował prezent Jerzy — co ja będę w tym Wiedniu robił? Łaził za tobą po muzeach? Wydałaś bezmyślnie kupę kasy! Jeśli można, to zwróć tę wycieczkę.

Niestety okazało się, że jest to niemożliwe. Uprzejma panienka z biura podróży wytłumaczyła Joannie, że straciliby większość wpłaty. Pojechali razem. Jerzy z miną cierpiętnika chodził po ulicach i parkach Wiednia. Nic go nie interesowało. Wieczorem trochę ożywiał się, kiedy wracali do hotelu na Słowacji, ponieważ w pobliżu była dobrze zaopatrzona piwiarnia.

— Wiesz, jedź dzisiaj sama do Wiednia. Nie interesują mnie muzea. Bolą mnie nogi i kręgosłup. Odpocznę trochę w hotelu — powiedział pod koniec pobytu.

— Naprawdę nie chcesz zobaczyć Schatzkammery? — dziwiła się Joanna.

Wieczorem po powrocie z Wiednia znalazła męża pijanego w pokoju hotelowym. Kolejne dni były podobne. Wrócili do domu zadowoleni, lecz bez wielu wspólnych przeżyć.


Jerzy lubił urządzać grille na działce. Goście przynosili piwo, a Joanna robiła sałatki i przygotowywała kiełbaski i mięso. Siedzieli do późnego wieczora.

— To jest prawdziwy wypoczynek — mawiał. — Polska jest wystarczająco piękna. Ci nowobogaccy jeżdżą po Afryce, a swojego kraju nie znają.

Sporo w tych zdaniach było prawdy. Koleżanki z pracy jeździły po całym świecie. Nie potrafiły jednak powiedzieć, jakie zabytki i pomniki przyrody znajdują się w najbliższej okolicy. Wycieczki all inclusive i hotele świadczyły o ich statusie społecznym. Zagraniczne wakacje zawsze ponoć były udane. Nikt nie chciał się przyznać, że nie wszystko było tak, jak w kolorowym folderze.

— Nawet sobie nie wyobrażasz, co to znaczy złapać zemstę faraona — zwierzyła się jej kiedyś Iwona, matematyczka — flaki z ciebie wyrywa. Zamówiliśmy wczasy w Egipcie w sierpniu.

Żar lal się z nieba. W kranie z zimną wodą była ciepła. Stefan nie wychodził wcale na plażę. Bał się poparzyć, bo on ma taką jasną karnację. Przesiedział prawie cały pobyt w klimatyzowanym pokoju, a ja pierwszy tydzień spędziłam w łazience. Nasze leki tam nie działają. Dopiero tamtejsze medykamenty uratowały mi życie. Kochana, tam trzeba pić alkohol! Ja jestem po operacji woreczka i mnie nie wolno. Lepiej bym chyba zrobiła, pijąc czysty spirytus niż lemoniadę. Tragedia! Trzeba to przeżyć. Najgorszemu wrogowi nie życzę. To świństwo dopadło prawie jedną trzecią naszej grupy. Jedna kobieta z Warszawy to nawet w szpitalu wylądowała. Pamiętaj, żeby wykupić sobie ubezpieczenie zdrowotne, jak będziesz jechać za granicę.

— My z Jerzym wolimy wypoczywać w kraju. On się tyle najeździ, że aż ma awersję do dalekich podróży. Może kiedyś?

— Aaa… to co innego — Iwona kiwnęła głową, patrząc na przyjaciółkę z politowaniem.

Joanna nie udawała, że nie marzy o dalekich podróżach. Namiastką były opowieści i kolorowe zdjęcia w Internecie, a także programy podróżnicze w telewizji.

— Może kiedyś i my tam pojedziemy — marzyła — będziemy podróżować na emeryturze.

Wiedziała, że jest to nierealne, bo Jerzy będzie zawsze się wykręcał. Finanse też ich poważnie ograniczały. Nie była żoną lekarza, architekta lub prawnika, tylko kierowcy tira. Jerzy nie miał duszy biznesmena i umiał pracować tylko w cudzej firmie. Próba pracy na własny rachunek zakończyła się katastrofą. Stracili mnóstwo pieniędzy i zdrowia.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 28.54