E-book
2.73
drukowana A5
21.19
Wiosnę przegapiłam

Bezpłatny fragment - Wiosnę przegapiłam

Objętość:
125 str.
ISBN:
978-83-8189-685-6
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 21.19

Głos

cóż z miłości

kiedy wszyscy wiedzą

jak lepiej kochać

nakłuwasz cienką igłą strachu

nagie serce

wybucha jak niebieski balon

skradziony dziecku

w wesołym miasteczku

na tę myśl czekałam

od końca

wejdź do środka czuj się jak u siebie

zlizywałam łzy

z policzków Boga

nie postanawiam poprawy

pokutę zostawię

na potem

samotność kąsa nagie kostki

włamuje do środka

choć drzwi od dawna zaryglowane

nie warto dotykać

grozi śmiercią lub

co grosza

kalectwem

czekałam aż wzejdzie biały ptak

wysłany przez niekochany sen

za rogiem

czeka Bóg

po brodzie ścieka miąższ zakazanego owocu

nie tego wymagałam od marzeń

choć pociąg się wykoleił

pokonam pieszo resztę drogi

czuję zapach łez

znajomą woń dzieciństwa

lęk łasi się do serca

wzlatuje niepokalanym motylem

ostatnie zdanie

stanęło kością w gardle

nie do twarzy Ci z uśmiechem

nie znam kobiety

z lustra

wprowadziła się wczoraj

niosę Twą ciężką powiekę

ciągnę bagaż z cieniem

nie odróżniam dnia od nocy

miłości od nienawiści

strachu od rozkoszy

zbaw mnie tak

żeby zabrakło mi tchu

żeby ludzie mówili

zwierzęcym głosem

Pół kilo sumienia

poprzez ciszę

wpadamy na obojętność

spijamy samotną skargę

zalęgła się w myśli

i błaga o jeszcze

poprosiłabym o pół kilo sumienia

czas wyważył drzwi

żeby nauczyć się oddychania

potrzebowałam trzydziestu lat dzieciństwa

bajka trwa

historia przechodzi do przyszłości

sklejone bujne wargi

przerażają podróżnych

usiłowałam przejrzeć się w lustrze

ktoś podmienił odbicia

patrzę miłości prosto w serce

kryzys przesądzony

nadzieja martwa na dnie

tylko łzy dzielą nas

kurtyną niedokończonego słownika

Poszukiwania

szukam

milczenia broni

naprędce spisany życiorys

sekundy wyblakły

nie czuję smaku

nawet wiatr wieje

w odwrotną stronę

na przekór

palce kurczą się

nie rozpoznam śladów

ryzykuję śmiercią

została wydmuszka czasu

jeszcze kolorowe są

świeżo wypowiedziane słowa

zamknęłam je pieczołowicie

w klatce języka

złuda gryzie w pięty

milczeniu brakuje jedynki

trzeba od nowa

uczyć się starości

Proszę zapytać sąsiadów

ciężkostrawna noc

pamięć bez przeszłości

czas uwierający

w mały palec

miłość tu już nie mieszka

proszę zapytać sąsiadów

szukam różnicy

między życiem a prawdą

gorąco mi w serce

nie mogę spać

choć czas ponagla skargę

z litości rozmazana szminka

krnąbrność zaspokaja przyszłość

zasłużyłeś

na rozkojarzoną chwilę

sen nie widzi wyjścia

zza przerośniętych powiek

pozostał odłamek chwili

bez wstępu i zakończenia

U Pana Boga

cierpliwość

może pozbawić lewej dłoni

tego się trzymajmy

wybuchła myśl

posypały się odłamki żył

trudno wierzyć w Boga

trudniej w człowieka

milczenie przyjdzie

z odsieczą

jutrzenka rozrośnie nowotworem

została porzucona kropla sumienia

czekałam

zanim rozpierzchnie się puenta

znajdziemy ukojenie za kurtyną

której nikt nie udźwignie

tylko śmierć przemija

nie znalazłszy środka początku

oddech zamienia w dotyk

warujący u pięt

spodziewający się Boga

Świeża pamiątka

wyzute kroki

rozsypują się pod powiekami

świat stacza do spierzchniętych warg

brnie z trudem

przez opustoszałe żyły

świeża pamiątka po przyszłości

zwinięta w kłębek

grzeje moje stopy

oprócz życia

został strach

przed tym co warte

nowotwór drąży język

z rozkoszy przed starością

rozrzucam ramiona

w sidła wpada niepełnosprawna noc

nie na szczęście liczyłam Panie

jestem okruchem na Twoim talerzu

pamięcią jak nie należy być

to noc chora na białaczkę

niewidomy świt

w którą stronę do przeszłości

do przeterminowanej winy

chodźmy pokażmy światu drogę

do ciepłych krajów

chwila rozproszy wieczność

bezczelnie się wprosiła

i została

Pozostałości sumienia

cisza przesiąknięta językiem

żyję przykładnie

lecz

uczą mnie obcego języka

nie potrafię spać

noc zarumieniła się

zasępiony uśmiech

ginie za plecami

nikt nie obroni niedbałego słowa

obietnica przypomina

lękliwe kroki

złości na niedokończoną śmierć

przez całą starość

nie zamykałam powiek

musiałam opiekować się

niedomagającym czasem

zlituj się

oddam Ci swoje powietrze

ogień płonie w ustach

nabiera kształtów

wieczór nie pozwolił spać

liczę kroki

porzućmy wstrętne uśmiechy

nie wstydźmy się

iskrzą się zamrożone wspomnienia

targane napadami kaszlu

w dzieciństwie zawsze chciałam

mieszkać z Panem Bogiem

ale łóżko było zajęte

przez szparę w sercu

podglądam ciężarną noc

zmywającą z siebie

pozostałości sumienia

Skostnienie

nie ma czasu dla życia

pośród złudzeń

nie zagnieździ się krew

błędne koło

niczyich łez

strach na wróble

podobny Bogu

choć jestem

nie czuję duszy

odchodzę

nie spodziewam się

czuję zielony zapach

Twoich warg

ślady ku niedokończonym zmysłom

biegnę

cień plącze się

powstałam z cudzej miłości

z niedokończonego mrugnięcia

owijam się w kłęby fascynacji

pożądanie wpadło na moment

lodowate kości

od oddechu marzną stopy

szanuję krzyk

tłamszący się w gardle

kiedy brakuje mostu

tam skończona jawa

obopólnego skostnienia

Letnie spacery

taniec nicości

ze śmiertelnie obrażonym czasem

między powiekami

nieoswojone obłoki snów

stoimy na warcie

bronimy niewinności

i nieokrzesanych zdrad

mieszka w nas pozostałość

po świetle

po letnich spacerach

nie bronię przyrzeczeń

pomyliłam drzwi

zaufajmy zakazanej godzinie

niech zaczeka w bramie

jedynie odległość

schwytana w kajdany

nie traci na pięknie

nie obawia się

życie się wynaturzyło

zostało niewiele

podziękujmy nocy

za piękny świt

nie milczenie nas dzieli

a ciernie pod powiekami

nie umiem rysować

więc

napiszę jeszcze jeden wiersz

muszę przecież

napalić w piecu

Boże

naucz się pukać

Aniele

popsuj nastrój

komuś innemu

Oko nocy

zaryglowane oko

dzień bez smaku

i skończonych myśli

chaos gotów odejść

w nieznane

bronię się przed niedorzecznością

współczesnych granic

mieszka we mnie ktoś

zna smak myśli

nie pozostał mi

gram duszy

zniewieściały powiew muska

zmęczone czoła

sztucznymi ustami

rozum wypadł z rąk

została nieskończoność serca

zaglądam do Twego ciała

tylko w bieliźnie

uśmiecham się od smutku

do smutku

porywcze sny

są nie dla mnie

zabierz je stąd

podziękuję

nie jestem zainteresowana

ofertą

nie liczą się drobne błędy

podnieś różę mojego strachu

i złóż na ołtarzu

zabolała mnie lewa myśl

to chyba początek świata

obietnica

co się przypadkiem wymsknęła

nienaturalne te przecinki

trzeba się wreszcie wyspowiadać

Krzyk bez właściciela

naderwana skóra wiatru

sen spóźnił się na życie

śmiertelny dzwonek

u duszy

Bóg podstawił mi nogę

w decydującym momencie

nie milczenie zdradza

a krzyk bez właściciela

sumiennie rozgryzam

cienką skórę

czas sprawdza puls

chodźmy na przechadzkę

po ludzkich sumieniach

droga to długa wąska wyboista

modlę się do swych wyrzutów

unoszę zdrętwiały palec

i uczę języka

wybija zmęczona północ

sny udają się na odpoczynek

bezpański szept żywi się

echem straconych wieków

sycę regularnie próżność

Bóg mnie stąd nie usłyszy

śniło mi się Twoje serce

opróżnione odbarwione

strach który dopada znienacka

pozbawia

nie znam ciekawszej modlitwy

mój wypożyczony Panie

Musiałam zwątpić

czas z gołymi kolanami

bez wytchnienia

chciałam zaufać Twojemu miłosierdziu

musiałam zwątpić

w połowie

życie jest w zmowie

z przegraną

śmierć zalęgła się

pod mostkiem i czeka na jeszcze

trzask rozsypanych łez

nikt nie rozpozna zasłużonej intencji

pod żebrem ukryło się serce

zdradzają zielone oczy

i niedokończone usta

ukryłam zazdrość

po drugiej stronie rzeki

słyszę jak naprędce recytuje modlitwę

nie wytykaj mi słabości

sam błagasz ją

gdy nikt nie patrzy

nie o takim wyroku marzyłam

nie takiej kary się spodziewałam

może nauczę się płakać?

dam zamknąć

w celi?

poczuję się lepiej

gdy odmienię przez przypadki Twoje imię?

Superbohater

na zmyślonych skałach

kwitną czarne kwiaty

na rozwieszonych powiekach

osadza się popiół niczyich radości

rozstraja się

w duszy brakuje miejsca

dla epilogu

narysuj lęk

przywróć zasłużone imię

paciorkom bezczasu

nie chciałam marzyć

to wbrew zasadom

na szczęście doczekałam się

kresu słów których nikt nie pożąda

dosiadam tęczy

jestem daltonistką

zdrapuję ze skóry

pozostałość po Twoich palcach

ślad po krzyku

przestań ufać gwiazdom

to niedokończona opowieść

spomiędzy rzęs wynurza się

cień wędruje wzdłuż ciała

zwisa z najwyższego obłoku

Pan Bóg

nieszczęśliwy superbohater

zagnieździł się na strychu

czasem tylko sprawdzamy

czy nikt Go nie zastąpił

Na wstępie

szepcę wniebogłosy

pożyczonym wiatrem

pozostałość po świetle

może nas odrodzić

ma siłę pokonać

człowiek rozmieniony na drobne

roni ostatnią w tym sezonie łzę

złożona pieczęć

zaczeka do kolejnego wieku

aby wrócić z nieznanego

trzeba przełknąć słodką pigułkę

sumienia

ziściły się sny

o niedokończonej skardze

nie każ mi się spowiadać

moja dusza dawno zrzuciła ciało

na wstępie

pragnę Ci podziękować

za lata odległości

nie ze mnie pochodzi wschodząca noc

serce zaniosłam

do Biura Rzeczy Znalezionych

przeciśnijmy się przez szparę

dzień jak zwykle spóźnił się

na noc

Diament

spopielała cisza rąk

łaskawe dno strachu

ciąży na duszy

poznaję ten dotyk

brzmi bardzo znajomo

wertuję kolejne sekundy

ani jedna nie nadaje się do użytku

język uwiera

zmięte palce szukają ratunku

z obawy przed świtem

namakam cierpliwością

po drabinie lewej ręki

wspinam się

na drugą stronę słońca

na przekór zwątpieniu

pielęgnuję swą doczesność

zostałabym do kolejnego sezonu

ale wszystkie miejsca już zajęte

Uciekam

uciekłam

w ostatniej chwili

ukryłam się na strychu

przed wątpliwością

skazana na sen

oddycham tej nocy

bardzo wybiórczo

chciałabym zaprosić Cię

do tańca ale zapominam

nie potrafię tańczyć

półsłówka uwierają

w niczyje ciało

niedouczona wiara staje na palcach

szuka pamiątki

po deszczowym popołudniu

nie życia trzeba się spodziewać

a milczenia co pilnuje skrzętnie

niewinnych decyzji

tylko przewinienie

rości sobie prawo

do złudzenia

byłabym mądrzejsza gdybym

nauczyła się tabliczki mnożenia

stoję u progu

nikt nie otwiera

pukam do Twojego okna

ukryty za firanką wierzysz

że milczenie przeminęło

na życzenie Boga

Podyktowane

sprzedałabym miłość

gdyby życie było trudniejsze

pozbyłabym się wiary z piwnicy

gdyby Bóg nie patrzył

na zakończenie dzisiejszej myśli

rozpadam się na oddechy

najcięższy jest pierwszy bo

drażni czułe zwoje języka

tylko złożoność

uwzględnia późną porę

napoczęte światło nocy

tym razem nie zgrzeszy

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 21.19