E-book
18.9
Winning destiny

Bezpłatny fragment - Winning destiny


Objętość:
489 str.
ISBN:
978-83-8440-803-2

Prolog


Breaking News:


ARON EDWARDS ZNOWU NA SZCZYCIE! Nowy album podbija świat, a to dopiero początek!

Aron znów podbija pierwsze strony serwisów muzycznych i wspina się na sam szczyt list przebojów! Jego najnowszy album, wydany zaledwie kilka dni temu, już teraz okrzyknięto murowanym hitem, który ma realną szansę zdominować tegoroczną sprzedaż. Artysta po raz kolejny udowadnia, że to właśnie on rozdaje karty w świecie pop-rocka, a konkurencja może jedynie próbować dotrzymać mu kroku, bez większych szans na sukces.

Rekordowy album, szał wśród fanów i pełne hale koncertowe przed startem trasy.

A to dopiero początek newsów o Aronie!

Czy Aron podbije także Hollywood?

Według naszych informacji gwiazdor otrzymał propozycję zagrania głównej roli w filmie jednego z najbardziej uznanych reżyserów filmowych współczesnego kina. Jeżeli plotki okażą się prawdziwe, może nas czekać przełom w jego karierze, tym razem aktorskiej!

Jaką postać miałby zagrać? Z kim stanąć na planie?

Obiecujemy, będziemy was informować na bieżąco!

A w życiu prywatnym? Iskry lecą!

W branżowych kuluarach coraz częściej pojawia się nazwisko Cherry Lady, młodej piosenkarki, która szturmem zdobywa scenę, a podobno także serce Arona. Para widziana była już razem na kilku imprezach. Czy szykuje nam się najgorętszy romans tego roku? Czas pokaże!

Sam Aron w wywiadach przyznaje, że wciąż czeka na „tę jedyną.

Czy to właśnie Cherry Lady?

A teraz przed wami najnowszy teledysk artysty do utworu „Destiny”!

Wizualna petarda, muzyczna perełka, oglądajcie koniecznie!

To wszystko od nas, ale o Aronie Edwardsie na pewno usłyszycie jeszcze nie raz. Śledźcie nasze wiadomości, bo ta gwiazda świeci coraz jaśniej!

CZĘŚĆ I

Rozdział 1
Eva

Przyglądam się ekranowi telewizora, gdzie kamera uchwyciła zbliżenie twarzy przystojnego mężczyzny. Jego oczy są zamknięte, a duże słuchawki otulają jego uszy, izolując go od świata zewnętrznego. Stoi nieruchomo przed mikrofonem, całkowicie skupiony na chwili. Kiedy rozbrzmiewa pierwsza nuta muzyki, powoli otwiera oczy, a ja dostrzegam ich głęboki, piwny kolor, idealnie współgrający z jego jasno brązowymi włosami, które opadają luźno na czoło.

Jest coś w jego twarzy, co przykuwa moją uwagę, drobne zmarszczki przy zewnętrznych kącikach oczu. Subtelne i najbardziej widoczne, kiedy uśmiecha się delikatnie, jakby w odpowiedzi na wewnętrzną radość, którą czerpie z muzyki. Te zmarszczki dodają mu charakteru, sprawiając, że staje się bardziej ludzki, mniej odległy od zwykłych ludzi. To one przełamują jego nieskazitelny wizerunek, czyniąc go kimś realnym, autentycznym.

Nie dziwi mnie, że tysiące młodych kobiet wpatruje się w niego jak w obrazek. Jest nie tylko atrakcyjny, ale z jego twarzy emanuje ciepło, które przyciąga. Jego obecność na ekranie nie jest jedynie powierzchowną, fizyczną doskonałością. To bijąca od niego życzliwość i spokój sprawiają, że ma w sobie coś więcej niż zwykły urok. Coś, co sprawia, że czujesz się, jakbyś znał go od dawna, choć widzisz go po raz pierwszy.

Przez chwilę skupiam się na chłopaku na ekranie, a gdy zaczynają rozbrzmiewać pierwsze dźwięki muzyki, pozwalam sobie na zanurzenie w jego świecie. Choć nie należę do jego docelowej grupy odbiorców, szybko dostrzegam coś, co wyróżnia go spośród innych artystów. Jego teksty nie są pustymi frazesami. Są mądre, przemyślane, pełne głębi i znaczenia. Wciągają mnie, skłaniając do refleksji, mimo że zwykle nie sięgam po tego typu brzmienia.

Muzyka, którą tworzy, nie jest prostym i przewidywalnym popem, choć z łatwością mogłaby znaleźć swoje miejsce na listach przebojów. To dźwięki, które, mimo swojej dostępności, mają w sobie coś więcej, artystyczną jakość, która przekracza granice masowej rozrywki. Patrzę na niego z uznaniem, widząc w nim artystę pełnego pasji, nie tylko kolejnego młodego mężczyznę z ekranu telewizora. To nie jego uroda przyciąga uwagę, choć z pewnością nie można jej mu odmówić, a talent, charyzma i autentyczność bijąca z każdego jego występu sprawiają, że pozostaje w pamięci na dłużej.

Jego twarz pełna jest szczerość, skupienia, gdy śpiewa, i radości, kiedy zanurza się w dźwiękach muzyki. To właśnie to połączenie emocji i sztuki, jakie w sobie nosi, przyciąga tłumy i sprawia, że ludzie chcą go słuchać, chcą być częścią tego, co tworzy. Jest kimś więcej niż kolejnym celebrytą. To artysta z przekazem, który potrafi poruszyć serca i umysły. I to dlatego tak wiele osób go uwielbia.

— Złote dziecko, ja pierdolę — burczy pod nosem Matt, wyrywając mnie z zamyślenia. Jak każdego ranka, przed wyjściem do pracy ogląda poranny program informacyjny. Ale dziś na ekranie widnieje twarz Arona, jego młodszego brata. — Skarb rodzinny — kontynuuje, niezadowolony. — Co by bez niego zrobili rodzice. Z kogo byliby dumni?

Jego głos wypełnia kuchnię mieszanką irytacji i żalu. Odwracam wzrok od filiżanki kawy i patrzę na niego.

— O czym ty mówisz? — wtrącam się, próbując zrozumieć, jak znów doszło do tego, że temat Arona go elektryzuje z rana. — Twoi rodzice są równie dumni z ciebie, co z niego.

Matt prycha, jakby moje słowa były ledwie godne uwagi. Odwraca wzrok od telewizora i opiera się ciężko na krześle, jakby sam ten temat był ciężarem, który nosi od lat.

— Taaa, pewnie — rzuca z kpiną. — Ale ja nie jestem takim perfekcyjnym synem jak on. Nie osiągnąłem sukcesu i kariery, którymi mogliby się chwalić. Jestem tylko zwykłym facetem, który stara się przetrwać w tym pojebanym świecie — dodaje, krzywiąc się.

Znam tę twarz. Każdego ranka ta sama ponura mina żegna mnie przed wyjściem do pracy. Jego frustracja, unosi się w powietrzu, jak cień, który zawsze towarzyszy naszej codzienności.

Oczywiście, że przesadza. Znam jego rodziców od dziesięciu lat i widzę, jak cieszą się z sukcesów Arona. Ale to nie oznacza, że traktują Matta gorzej. Staram się nie wyrażać tego na głos, bo wiem, dokąd to prowadzi. Matt zacząłby wyrzucać żale z dzieciństwa, opowiadając mi po raz milionowy, jak Aron miał w życiu łatwiej. Prawda jest taka, że Matt nigdy nie przestał porównywać się do młodszego brata.

Aron, już w wieku dwudziestu lat, był finansowo niezależny. Kupił ogromny apartament w centrum miasta i robił to, co kochał. Teraz, mając trzydzieści lat, może spełniać swoje pasje bez ograniczeń. Matt, z kolei, starszy o trzynaście lat, od dawna pracuje w zawodzie, który go nie cieszy. Mieszkamy w skromnym mieszkaniu na przedmieściach, a nasze życie kręci się wokół kredytów, rachunków i narastających oczekiwań.

Jesteśmy w średnim wieku, ale według Matta nadal nie jesteśmy tam, gdzie powinniśmy być. W jego oczach wciąż gonimy jakiś nieosiągalny cel, cień sukcesu, który stale wymyka się mu z rąk.

— Lecę, bo Tom znowu będzie się dopierdalał o spóźnienie — mówi nagle, podrywając się z krzesła i sięgając po neseser. Jego ruchy są szybkie, jakby chciał uciec od tego, co go tu trzyma.

— O której wrócisz? — pytam, choć nie oczekuję zbyt wiele słów. — Chciałabym wiedzieć, na którą godzinę zrobić obiad.

— Dzisiaj będę późno, bo po pracy mam mecz z chłopakami, a potem pewnie pójdziemy na piwo — mówi, rzucając mimochodem. — Zjem coś na mieście.

Jego wzrok na chwilę wraca do ekranu telewizora, na którym kończy się teledysk Arona. Prycha cicho, jakby sam widok brata wywoływał w nim falę gniewu i rozczarowania.

— Do zobaczenia — dodaje, nie odwracając się już do mnie, po czym wychodzi, zamykając za sobą drzwi.

Zostaję sama w kuchni, wsłuchując się w cichy odgłos zamykającego się zamka. Wzdycham, patrząc na kubek zimnej już kawy, i zastanawiam się, ile jeszcze takich poranków przed nami. Ile jeszcze razy Matt pozwoli, żeby Aron był dla niego miarą wszystkiego, czego sam nie osiągnął.

Może kiedyś coś się zmieni. Może kiedyś zrozumie, że jego wartość nie zależy od tego, jak radzi sobie Aron.

Mam wieczór dla siebie. Z jednej strony kusi mnie, żeby pójść do kina, wtopić się w tłum anonimowych widzów, zatracić się w fikcji filmowej i przez dwie godziny zapomnieć o wszystkim. Z drugiej, może zaproszę Pam na wino? Pogadamy o pracy, o życiu, o tych małych codziennych frustracjach, które nagromadziły się przez ostatnie tygodnie. Pomyślę.

Wracam wzrokiem do telewizora, gdzie na ekranie wciąż widnieje Aron, mój szwagier. Niby część mojej rodziny, ale bardziej przypomina kogoś z zupełnie innego świata. Świata iluzji, migoczących świateł i sztucznej perfekcji, w którym każdy wydaje się być ponadprzeciętny, nieosiągalny dla zwykłych śmiertelników. Patrzę na niego, na ten niewymuszony urok, który sprawia, że nie można odwrócić wzroku. Jest magnetyczny, to jego siła. Ale ta charyzma nie kończy się na wyglądzie. Równoważy ją talent, który podziwiają miliony. To fascynujące i niepokojące zarazem.

Matt żywi do brata niemal chorobliwą antypatię. Odkąd go poznałam, nosi w sobie tę wieczną urazę, to zacietrzewienie, które zawsze wydawało mi się irracjonalne i przesadzone. Może to zazdrość. Może poczucie niesprawiedliwości, że Aron jest jego całkowitym przeciwieństwem — beztroski, utalentowany, odnoszący sukcesy, kochany przez tłumy. Od zawsze unikają kontaktu. Ich relacja jest tak chłodna, że przez osiem lat mojego małżeństwa z Mattem widziałam Arona jedynie kilka razy i to przelotnie, jakby przypadkiem.

Nawet na naszym ślubie pojawił się tylko na krótką chwilę. Tłumaczył wtedy, że ma koncert, którego nie dało się odwołać. Dla Matta stało się to kolejnym pretekstem, by pielęgnować w sobie gniew i pretensje.

A jaki naprawdę jest Aron? Nie wiem. Cała moja wiedza o nim pochodzi z krzykliwych nagłówków tabloidów albo kąśliwych komentarzy mojego męża. W moim wyobrażeniu Aron to przede wszystkim gwiazda, perfekcyjny, wykreowany obraz artysty, którego podziwia się z bezpiecznej odległości, z ekranu telewizora.

Kim jest człowiek poza blaskiem fleszy? Tego wciąż nie potrafię sobie wyobrazić.

Jedno wkrótce ta niewiedza przestanie mieć znaczenie. Moje wyobrażenia na temat Arona Edwardsa, idola milionów i jednego z najbardziej utalentowanych muzyków swojego pokolenia, już niedługo zderzą się z rzeczywistością w sposób, którego nie da się przewidzieć. Bo nagle, zupełnie niespodziewanie, Aron wkroczy w moje życie i wywróci je do góry nogami.

Rozdział 2
Aron

Przyjaciele wyciągnęli mnie do mojego ulubionego klubu, Fire. Choć szczerze mówiąc, wcale nie miałem na to ochoty. Czuję się wykończony. Ostatnio każdy dzień to nieustanna gonitwa, a promocja nowej płyty pożera wszystkie resztki energii. Nie rozumiem, dlaczego Gem, moja menedżerka, tak mocno naciska na dodatkowe wywiady, spotkania i sesje zdjęciowe. Przecież album sprzedaje się świetnie, a moje nazwisko już dawno stało się marką.

Czy naprawdę potrzebuję jeszcze więcej medialnego szumu?

Moim fanom mogę ufać, są wierni i oddani, a kolejne albumy znikają z półek jak świeże bułeczki. Po co więc ten ciągły wyścig o kolejną falę rozgłosu? Przez lata w tym biznesie wypracowałem sobie stabilną pozycję. Zbudowałem coś, czego wielu może mi zazdrościć: niezależność. Kocham swoją pracę. Kocham to, że mogę robić muzykę po swojemu i jednocześnie być finansowo samowystarczalny.

To coś, czego mój starszy brat nigdy nie osiągnął, on wciąż żyje na utrzymaniu rodziców. Wiem, że brzmi to ostro, ale naprawdę doceniam, że nie muszę liczyć na niczyją pomoc.

Jednak moje życie, choć naznaczone sukcesami, bywa też niesamowicie wyczerpujące. Czasem mam ochotę po prostu zamknąć się w swoim apartamencie, odciąć od świata na kilka dni, może nawet na tydzień i wreszcie odpocząć. Bez ludzi, bez pytań, bez konieczności udowadniania, że zawsze wyglądam perfekcyjnie.

Ale to tylko marzenie.

Każde wyjście z domu jest walką o prywatność. Paparazzi koczują pod moimi drzwiami, jakby czekali na moment, w którym powinie mi się noga. Każdy krok, każda nowa osoba obok mnie, natychmiast trafia pod mikroskop opinii publicznej. Nie mogę nawet spontanicznie wyskoczyć z kimś na kolację, bo nim zdążymy zamówić deser, nasze zdjęcia już krążą po mediach na całym świecie.

A potem zaczyna się festiwal nagłówków:

„Nowa miłość Arona Edwardsa?”

„Tajemnicza kobieta u boku gwiazdy!”

I rusza lawina spekulacji, która zdaje się nie mieć końca. Nie ma znaczenia, kim jest ta kobieta ani co naprawdę nas łączy. Wystarczy jedno zdjęcie, jeden kadr wyrwany z kontekstu, a po raz kolejny muszę się tłumaczyć z czegoś, co nigdy nie miało miejsca.

W klubie Fire jak zwykle tłum dopisuje, muzyka dudni w głośnikach, a parkiet pulsuje energią. Wszyscy wokół bawią się, tańczą, śmieją… A ja? Ja chciałbym po prostu odetchnąć. Choć na pozór jestem w swoim żywiole, w środku czuję się dziwnie samotny.

Od zawsze otacza mnie mnóstwo atrakcyjnych kobiet. Nie muszę się nawet starać, jedno spojrzenie, jeden uśmiech i wiem, że mogę mieć, kogo tylko zechcę. Przez lata to wydawało się proste: ja wybieram, one chcą bliskości ze „mną”. Myślałem, że to zabawne, jak szybko moja sława potrafi zburzyć wszelkie zahamowania.

Ale im jestem starszy, tym częściej zadaję sobie pytanie: co właściwie mi to daje?

Mogę zmieniać kobiety jak rękawiczki, jasne. Tylko że żadna z nich nie chce poznać mnie naprawdę. Nie pyta, czego pragnę poza chwilowym uniesieniem. Nie interesuje jej, o czym marzę, czego się boję, co mnie cieszy, co frustruje. Widzą wyłącznie „Arona Edwardsa”, gwiazdora z okładek, ikonę popu, ideał do podziwiania.

Nie widzą Arona, człowieka, który też czasem się gubi. Który chce zwyczajnej rozmowy. Który pragnie bliskości nie tylko fizycznej.

To męczy. Bardziej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

Przestałem czerpać przyjemność z przypadkowych relacji. Mam dość sztucznie wykreowanych piękności, które pojawiają się przede mną w skąpych kreacjach, z idealnie wyrzeźbionymi pośladkami, napompowanymi biustami, plastikowymi paznokciami i rzęsami dłuższymi niż ich zdania. To już mnie nie kręci. Nie szukam kolejnej lalki, którą mogę wykorzystać na jedną noc, a następnego dnia nawet nie pamiętać jej imienia.

Chcę czegoś więcej. Kogoś, kto zobaczy we mnie mężczyznę, nie markę.

Chcę kogoś prawdziwego. Kobiety, która ma własne zdanie, z którą mógłbym spędzić całą noc na rozmowie, siedząc na tarasie, patrząc w gwiazdy, dzieląc się marzeniami, rozmawiając o życiu i sztuce. Bez udawania. Bez presji, by natychmiast lądować w łóżku. Pragnę, by rozmowa potrafiła dać mi taką samą satysfakcję jak seks.

Chcę kobiety, która zobaczy we mnie człowieka, a nie medialny wizerunek. Kogoś, kto zrozumie moje lęki i pragnienia, kto doceni nie tylko to, co pokazuję światu, ale przede wszystkim to, co noszę w środku.

Mam dość tego płytkiego świata, w którym liczy się przede wszystkim fasada. Potrzebuję kogoś, kto wniesie w moje życie coś prawdziwego.

Dziś opuściłem klub wcześniej niż reszta ekipy. W pewnym momencie przysiadła się do mnie atrakcyjna blondynka, jeden uśmiech, kilka spojrzeń i wiedziałem już, dokąd to zmierza. Alkohol buzował we krwi, a moje ciało szybko przypomniało sobie, jak łatwo daję się ponieść pożądaniu. Nie musiałem wiele mówić. Wystarczyła propozycja, by przenieść się do mnie, bez wahania chwyciła za moją dłoń. Bez rozmów, bez pytań, bez potrzeby wymyślania pretekstów. Wszystko potoczyło się tak przewidywalnie. Jak zawsze.

Teraz siedzę na kanapie w swoim salonie, miękka skóra pod moimi dłońmi jest chłodniejsza niż zwykle. Blondynka klęczy przede mną, jej dłonie spoczywają na moich udach, a głowa porusza się w stałym rytmie. Jej usta obejmują mnie szczelnie, mokre i ciepłe. Teoretycznie powinienem czuć przyjemność. Powinienem odlecieć. Ale nie odlatuję.

Oddycham ciężko, próbuję skupić się na fizycznych bodźcach, znaleźć choć cień ekscytacji. W przeszłości bywało różnie, lecz zdarzały się kobiety, które potrafiły doprowadzić mnie do obłędu, ich język, dłonie, pewność ruchów sprawiały, że traciłem nad sobą kontrolę. Ta dziewczyna jest okropna. Jest jak ktoś wykonujący zadanie.

Monotonny ruch góra–dół.

Bez pasji. Bez ciekawości.

Jakby robiła to tylko dlatego, że tak wypada w obecności gwiazdy.

Patrzę na nią i czuję się, jakbym oglądał nieciekawy film, który widziałem setki razy. Zero kontaktu wzrokowego, zero inicjatywy, nawet jednej próby wyczucia mojego ciała. Tylko mechanika. Tylko plastikowa perfekcja, którą mogę znaleźć wszędzie, gdziekolwiek spojrzę.

W mojej głowie pojawia się jedna myśl: po co?

Mój oddech nie przyspiesza z rozkoszy, lecz z narastającej irytacji. Mięśnie mojego ciała nie drżą od napięcia, są rozluźnione, jakby odłączyły się od emocji.

Gdyby ktoś zobaczył nas teraz, powiedziałby, że żyję marzeniem milionów: piękne kobiety, pieniądze, sława. A jednak czuję się pusty. To kolejna noc, kolejna twarz, kolejne ciało. A ja, znów czuję, że jestem tylko obserwatorem własnego życia.

I ta świadomość uderza mnie mocniej niż jakikolwiek brak przyjemności. Bo z każdym takim momentem coraz bardziej wiem, że to nie jest to, czego naprawdę pragnę.

Nie już.

Jestem zrezygnowany, ale próbuję zmusić się do jakiegoś zaangażowania.

— Użyj ręki — mówię, lekko dysząc, pokazując gestem, co dokładnie ma robić. Dziewczyna patrzy na mnie, a potem próbuje, ale jej ruchy są nieudolne, mechaniczne, za mocne. Czuję, że to nie ma sensu. Chcę dojść, ale wiem, że w tym tempie i z takim podejściem nie mam na co liczyć. Zatrzymuję ją, wyjmując penisa z jej ust.

— Rozbierz się — rzucam chłodno, mając nadzieję, że jej ciało będzie wystarczającym bodźcem, by w końcu wyciągnąć z tego wieczoru coś więcej. Dziewczyna uśmiecha się, jakby tylko czekała na taką komendę, i zaczyna zdejmować ubrania.

Ma ładne ciało, zgrabne i proporcjonalne. Choć nic, czego bym już nie widział.

Drażnię ręką penisa, zakładając prezerwatywę, którą przygotowałem wcześniej. Stoi przede mną całkowicie naga, z widocznym błyskiem w oczach, jakby wierzyła, że to coś znaczy. Ale dla mnie to kolejne ciało w kolekcji, kolejna twarz, którą zapomnę, zanim znowu stanę przed lustrem.

— Połóż się — instruuję ją bez emocji. Kładzie się na sofie, wpatrując się we mnie, jakby czekała na coś więcej, może na jakąś grę wstępną. Nie dostanie tego. Nie mam zamiaru tracić czasu. Zbliżam się do niej, rozchylam jej nogi i wchodzę bez ceregieli. Jest wilgotna, co mnie nie zaskakuje. Nigdy nie spotkałem kobiety, która nie byłaby na mnie gotowa.

Wsuwam się łatwo, bez oporu. Zaczynam poruszać się coraz szybciej, przyspieszając tempo. Pojękiwania dziewczyny przemykają mi przez uszy jak biały szum. Nie interesuje mnie, co ona czuje. Jej przyjemność nie jest celem tego aktu. Chcę tylko jednego, dojść. Ulżyć sobie i zakończyć to szybko.

Ściskam jej pierś, starając się wkręcić w to, co robię, ale momentalnie czar pryska, sztuczna. Kolejna. Odwracam wzrok, a w głowie pojawia się złość: czy już nie ma kobiet, które są naturalne? Nawet te dwudziestki muszą coś poprawiać? To jakiś obłęd.

Kilka szybkich, mocnych pchnięć i ona dochodzi.

„Kurwa nie!” — krzyczę w myślach, zaciskając powieki, próbując jak najszybciej dojść, by zakończyć ten mechaniczny akt. Wchodzę w nią kilka razy, bez pasji, tylko po to, by rozładować napięcie. A kiedy osiągam swój cel, dyszę ciężko, jakbym odfajkował kolejną rzecz z listy obowiązków.

Opadam na sofę, oddalając się od niej, szukając przestrzeni, którą w tej chwili desperacko potrzebuję. Dziewczyna leży obok, uśmiechnięta, rozciągnięta na kanapie jakby była dumna z tego, co się właśnie wydarzyło.

— Było świetnie — mówi zadowolona, jej głos przeszywa ciszę, która nagle wydaje się cięższa. Prycham w myślach. Nie ma pojęcia, co znaczy naprawdę dobry seks.

Od czasu rozstania z Amandą seks stał się dla mnie rutynowym sposobem na rozładowanie napięcia. Żadnych emocji, żadnych fajerwerków. To kobiety odwalają większość roboty. Mnie brakuje ochoty, by angażować się bardziej, bo i po co? Przecież to zawsze kończy się tak samo.

— Sorry, ale musisz się już zbierać — mówię, unikając jej wzroku, starając się, żeby to zabrzmiało jak najmniej obcesowo. — Jutro mam wywiad, chciałbym się wyspać.

Kiwa głową ze zrozumieniem. Wstaje, zbierając swoje ubrania, wkłada obcisłą sukienkę. W milczeniu odprowadzam ją do windy, a ona nachyla się, by mnie pocałować w policzek. Uśmiecham się, choć w środku czuję się pusty.

— Dzięki — rzucam, próbując przynajmniej udawać, że jestem uprzejmy. Blondynka odwzajemnia uśmiech, może trochę zbyt promienny na to, co się naprawdę wydarzyło, i znika za zamykającymi się drzwiami windy.

Oddycham z ulgą. W końcu jestem sam.

Większość facetów pewnie zazdrościłaby mi takich przygód. Piękne kobiety, które same lgną, wystarczy, że skinę palcem. Dla nich to bajka, marzenie, a dla mnie puste. Pragnę czegoś więcej niż fizyczne zaspokojenie, które na chwilę rozprasza moją samotność. Tylko na chwilę, bo zaraz wraca jak bumerang.

Czy naprawdę jestem skazany na takie spotkania? Na kobiety, które interesują się tylko tym, żeby znaleźć się w moim łóżku? Na te, które chcą coś zyskać, pojawiając się u mojego boku? Ludzie myślą, że mam wszystko, że żyję w bajkowym świecie. Tylko nikt nie zauważa, że mimo tego wszystkiego, kariery, pieniędzy, przyjaciół, czuję się samotny. Nawet w towarzystwie ludzi, nawet z najbliższymi, czuję się jak obcy. Pragnę więcej, ale czy to „więcej” w ogóle istnieje w moim świecie?

Rozdział 3
Tydzień później
Eva

Stres ogarnia mnie od stóp do głów. Trzymam w dłoni ciężką walizkę, ale to nie bagaż ciąży mi najbardziej, tylko ta przytłaczająca niepewność. Stoję w windzie, która powoli, niemal leniwie, pnie się ku górze, aż na najwyższe piętro: do penthouse’u Arona Edwardsa.

To miejsce na najbliższe miesiące stanie się naszym domem.

Ta myśl jeszcze do mnie nie dociera. Czuję się, jakbym właśnie weszła do czyjegoś snu albo do filmu, w którym dostałam rolę zupełnie przez przypadek. Wszystko wydaje się surrealistyczne, nierealnie idealne i trochę przerażające.

To, co jeszcze niedawno wydawało mi się stabilnym, uporządkowanym życiem, rozsypało się w jednej chwili na drobne kawałki. Pożar, który wybuchł z winy sąsiadki z parteru, w zaledwie godzinę pozbawił dachu nad głową piętnaście rodzin. Płomienie, które pochłonęły nasz blok, wyrwały nas z rutyny, z codziennych przyzwyczajeń i z poczucia bezpieczeństwa, które braliśmy za pewnik. Każdy stracił coś innego, mieszkanie, pamiątki, wspomnienia. A jednak wszystkie te indywidualne tragedie zlały się w jedną wielką niewiadomą, która teraz wisi nad nami jak ciężka chmura.

Matt stoi tuż obok, a na jego twarzy maluje się mieszanka gniewu i bezradności. Pod nosem mamrocze coś o „ciągu niefortunnych zdarzeń”, „niesprawiedliwości” i „pieprzonej idiotce”, ale słowa rozmywają się w tle. Moje myśli uparcie krążą wokół jednego: strach przed nowym początkiem i niepewność, jak teraz będzie wyglądało nasze życie.

— To się kurwa nie dzieje — syczy Matt, zaciskając zęby.

Winda zatrzymuje się, a drzwi rozsuwają się, odsłaniając przestronne, nowoczesne wnętrze penthouse’u. Zamieram, patrząc na luksus, który zupełnie nie pasuje do naszej rzeczywistości, w której każdy cent był przeliczany trzy razy, zanim go wydaliśmy.

Przymykam powieki i biorę głęboki oddech. Nie mam pojęcia, co przyniesie jutro. Ale wiem jedno, nic już nie będzie takie samo.

Nasze mieszkanie nie zostało zniszczone tak mocno jak te na parterze czy pierwszym piętrze. Mieszkamy na trzecim, więc ogień nie doszedł aż tak wysoko. Mimo to strażacy zakazali komukolwiek wchodzić do budynku. Musi przejść kontrolę i gruntowny remont, zanim znów będziemy mogli nazwać go domem.

Byłam załamana. Nie wiedziałam, co robić ani dokąd pójść. Matt zaproponował, żebyśmy wynajęli pokój w motelu, ale na samą myśl o kosztach czułam, jak narasta we mnie panika. Nie mieliśmy środków, by przez kilka miesięcy opłacać nawet najskromniejsze lokum.

Nie mogliśmy też wrócić do rodziców. Jedni mieszkali w zbyt małym mieszkaniu, drugi dom był daleko od naszych codziennych obowiązków. Każda opcja wydawała się zamknięta, jakby los stawiał przed nami same ślepe zaułki.

Właśnie wtedy, kiedy przestałam wierzyć, że znajdzie się jakiekolwiek rozwiązanie, zadzwonił Aron. Wiedział już od rodziców, co nas spotkało, i bez wahania zaoferował pomoc. Byłam zaskoczona, a Matt od razu się zapieklił. Jego duma i lata narastających uprzedzeń wobec brata nie pozwoliły mu przyjąć oferty. Rozmowy z Aronem zawsze go dołują, a frustracja wybucha przy najmniejszym bodźcu.

Dopiero po długiej kłótni z rodzicami i jeszcze dłuższej rozmowie ze mną Matt zacisnął zęby i zgodził się. Gdy mi o tym powiedział, w jego głosie brzmiał gniew, tak samo silny jak bezsilność. Widzę w jego spojrzeniu, że walczy z własnymi demonami. Ale prawda jest brutalna: nie mamy innego wyjścia.

Ja natomiast czuję się rozdarta, między lękiem a ciekawością. Co przyniesie nam los? Jakie wyzwania czekają za tymi nowymi drzwiami? Wiem, że będziemy musieli się dostosować, że nasze życie zmieni się bardziej, niż potrafię to sobie wyobrazić. A jednak, gdzieś pod warstwą niepokoju, tli się mała iskierka nadziei. Może właśnie ta sytuacja okaże się szansą. Może przyniesie coś świeżego, coś, co wzmocni naszą więź i otworzy drzwi do zrozumienia, o którym dotąd mogliśmy tylko marzyć.

Gdy drzwi windy rozsuwały się, moją uwagę przykuwa twarz Arona. Przystojna, wyrazista, a jego subtelny uśmiech sprawia, że w kącikach oczu pojawiają się delikatne zmarszczki, jak znak, że to nie jest sztuczny gest na pokaz, ale prawdziwe powitanie. Mój żołądek gwałtownie się ściska, a w głowie wiruje tysiąc myśli. Jak mam się zachować? Czy wyglądam na opanowaną? Błagam, by moje policzki nie przybrały koloru dojrzałych malin… choć serce wybija we mnie rytm, który kompletnie mnie zdradza.

Aron jest wysoki, na pewno ma ponad metr osiemdziesiąt pięć. Jego włosy, lekko potargane, układają się w pozornie przypadkowy, a jednak perfekcyjnie pasujący do niego nieład. Czarny, dopasowany T-shirt obrysowuje szerokie ramiona i wyrzeźbione bicepsy, dając wyobraźni więcej niż powinnam jej pozwalać. Mój wzrok, zupełnie niezależnie ode mnie, sunie w dół, po sylwetce, smukłych biodrach i długich nogach opiętych w idealnie leżące jeansy. To zwyczajny strój. A jednak na nim wygląda jak coś więcej. Jakby każdy detal został uszyty dokładnie pod niego. pod jego pewność siebie, nonszalancję i ten magnetyzm, który trudno zignorować.

Cholera.

Jak można tak dobrze wyglądać?

Fala niepewności błyskawicznie przebiega przez moje ciało, mieszając się z nieprzyzwoicie intensywnym zachwytem.

— Cześć — mówi, podchodzi bliżej i zanim zdążę choćby mrugnąć, muska ustami mój policzek. Tak po prostu. Naturalnie. Jakbyśmy robili to od lat.

Serce przeskakuje mi jedno uderzenie, a oddech grzęźnie gdzieś w gardle. Jestem oszołomiona i zaskakująco szczęśliwa. W tym jednym, niewinnym geście czuję tyle ciepła i swobody, że aż mnie to onieśmiela. Zupełnie jakby dotknął czegoś, czego sama nie potrafię nazwać, potrzeby bliskości, której tak dawno nie czułam.

Aron wita się z Mattem uściskiem dłoni, a mój mąż, naburmuszony od kilku dni, ledwie zdobywa się na sztywne „hej”. Całą drogę powtarzał, że teraz jesteśmy na łasce jego brata. Widzę po nim, że wciąż rośnie w nim złość i zazdrość.

Zanim zdążę pomyśleć, Aron wyciąga do mnie rękę po walizkę. Pozwalam mu ją przejąć i wtedy jego palce muskają moje. To drobne muśnięcie, a jednak wystarcza, by w moim wnętrzu rozbłysła nagła iskra.

Boże. Aron Edwards mnie dotknął.

Dotyk lekki jak piórko, a jednak wystarczająco elektryzujący, by na chwilę zapomnieć, gdzie jestem i z kim tutaj jestem.

Opanuj się, dziewczyno.

To tylko Aron.

Twój szwagier.

Nie żaden fantazmat z ekranu telewizora.

A jednak czuję, jak policzki delikatnie mnie pieką.

Jego zapach dociera do mnie, nim zrobi kolejny krok. Old Spice. Prosty, znajomy, męski.

To nie żadne ekskluzywne perfumy, których nazwy nie umiałabym wymówić. Nie aromat celebryty otoczonego luksusem. To zapach zwykłego faceta, ciepły, bliski, przyjemnie zaskakujący.

Zabawne.

Spodziewałam się przesadnego blichtru, kosztownych nut zapachowych, buteleczek za kilkaset dolarów. Tymczasem właśnie ta zwyczajność bardziej mnie ujmuje i chyba trochę rozbraja.

Stoję jak zaczarowana, z tą absurdalną myślą w głowie: że może ten mężczyzna, którego cały świat widzi jako gwiazdę dla mnie za chwilę stanie się kimś zupełnie innym. Kimś realnym.

Czuję niespodziewany przypływ nostalgii, przez który Aron staje się bliższy. Bardziej ludzki. To przyjemne uczucie, ale jednocześnie niebezpieczne, bo zaczynam patrzeć na niego inaczej. Nie jak na odległą gwiazdę z ekranów telewizji, ale jak na mężczyznę z krwi i kości, stojącego tuż obok mnie.

Ten prosty zapach, tak zwyczajny i swojski, kruszy moje dotychczasowe wyobrażenia o nim. Sprawia, że zaczynam się zastanawiać: kim Aron Edwards jest naprawdę, gdy gaśnie światło reflektorów? Co lubi? Czego się boi? Za czym tęskni? Jakie ma marzenia, o których nikt nie wie?

Myśl o tym, ile tajemnic może skrywać za swoim uśmiechem, sprawia, że serce bije mi szybciej. Jestem zaintrygowana i odrobinę przestraszona tym, jak łatwo ta nowa rzeczywistość może zmienić wszystko, co do tej pory uważałam za pewne.

— Przykro mi, że spotkało was coś takiego. Zostańcie tu tak długo, jak będzie trzeba — mówi z łagodnym uśmiechem. W jego głosie nie ma ani krzty litości, tylko ciepło i szczera troska. To wystarczy, by choć na chwilę rozpuścić twardy lód stresu w mojej piersi.

Aron chwyta moją walizkę tak naturalnie, jakby gościnność była dla niego codziennością. Jego ruchy są swobodne, pewne, zupełnie jak na scenie, choć to przecież zwyczajna sytuacja. A przynajmniej powinna być.

Matt idzie obok, burcząc pod nosem coś o „ostentacyjnym luksusie”. Ledwo przekroczyliśmy próg, a on już krytykuje wszystko wokół i choć wiem, że cała złość jest tylko parawanem dla bezradności, jego szorstkość sprawia, że robi mi się ciężko na sercu.

Ja, Matt i Aron. Ta układanka jeszcze długo nie będzie pasować.

— Dziękujemy, że nas przyjmujesz — mówię cicho, starając się, by mój głos brzmiał spokojnie. To surrealistyczny moment. Jeszcze wczoraj stałam przed zgliszczami naszego domu, a dziś mieszkam pod jednym dachem z Aronen Edwardsem.

— Wasza sypialnia jest w głębi mieszkania. Macie też prywatną łazienkę, więc będziecie się czuli swobodnie — wyjaśnia, kierując spojrzenie prosto na mnie. Uśmiecha się tak, jakby chciał dodać otuchy i to działa. Może aż za dobrze.

Jego wzrok jest miękki, uważny, jakby widział nie tylko zmęczenie wypisane na mojej twarzy, ale też cały chaos, który noszę w środku. I nagle żałuję, że nie miałam czasu poprawić makijażu, rozczesać włosów, choćby zmienić koszulki. Obok niego czuję się jak dziewczyna złapana znienacka przez los, roztrzęsiona, niepewna, kompletnie nieprzygotowana na to, co właśnie się zaczyna.

— Tam będziecie mieć spokój. Czasem wpadają do mnie znajomi i robi się całkiem głośno — dodaje, a jego ton na moment staje się bardziej miękki, niemal intymny.

— Nie przejmuj się nami — odpowiadam szybko, próbując rozładować napięcie, choć czuję je w każdym kroku Matta, który idzie za nami z miną skazańca. — Nie chcemy, żebyś zmieniał dla nas swoje życie.

Aron uśmiecha się ponownie, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że naprawdę niczego nie musimy się obawiać.

Wprowadza nas do pokoju, który jest dosłownie połową wielkości naszego starego mieszkania. Wnętrze jest nowoczesne, ale nie przesadzone. Ciepłe barwy ścian nadają mu przytulności, a brak zbędnych ozdób sprawia, że można tu swobodnie oddychać. Jest jasno, świeżo i zaskakująco domowo.

W centrum stoi duże, eleganckie łóżko z miękką pościelą, aż proszącą, by się w nią zanurzyć. Obok, niewielki stolik i dwa krzesła, a naprzeciwko kanapa, która wygląda jak idealne miejsce do zawinięcia się w koc i udawania, że problemy nie istnieją. W rogu, urocza toaletka przy oknie, jej lustro łapie promienie światła, dodając pokojowi subtelnej magii.

— Dziś rano tu posprzątano, a w łazience macie komplet szlafroków i ręczników — mówi, jego głos brzmi kojąco, jakby każdy szczegół został przemyślany pod nasze potrzeby.

— Mam nadzieję, że nie zajmujemy ci zbyt dużo miejsca? — pytam, a słowa od razu kłują mnie w policzki. Po co ja to mówię?

— Nie — odpowiada lekko. — Moja sypialnia jest po drugiej stronie. Tu będzie wam wygodnie.

Kiwam głową, jednocześnie wewnętrznie przewracając oczami na własną nieporadność. Każda kolejna minuta utwierdza mnie w przekonaniu, że trafiliśmy do miejsca, które może dać nam coś więcej niż tylko dach nad głową.

— Może kolacja? — proponuje Aron naturalnie, jakbyśmy znali się od lat. — Przy okazji omówimy, co najważniejsze.

Jego propozycja brzmi normalnie. Zwyczajnie. A jednak gdzieś pod skórą czuję dreszcz, jakby od tej kolacji mogło zacząć się coś, czego żadne z nas jeszcze nie przewiduje.

Nie wiem, co przyniesie ta kolacja, ale przeczuwam, że może stać się okazją nie tylko do lepszego poznania Arona, lecz także do zbudowania między nami relacji, która da choć odrobinę ulgi w tym wszystkim. Matt, stojący obok, sprawia wrażenie znudzonego samą propozycją, ale ja chcę spróbować. Może dzięki temu pojawi się między nami nowa, spokojniejsza dynamika. Taka, która pozwoli nam przetrwać ten czas w większej harmonii.

— Oczywiście, z przyjemnością — mówię, choć kątem oka widzę, że Matt ani myśli wesprzeć tę pozytywną atmosferę.

— Świetnie. To może za godzinę? — proponuje Aron.

Ponownie kiwam głową, starając się wyglądać na opanowaną, a nie na kogoś, komu zaraz ugną się nogi pod ciężarem emocji.

— Rozpakujcie się i odpocznijcie. Do zobaczenia — dodaje, po czym spokojnie wychodzi z pokoju.

Z ulgą wzdycham, dopiero teraz uświadamiając sobie, jak bardzo byłam spięta od chwili, gdy tu weszliśmy. Mam nadzieję, że wkrótce to minie i że obecność Arona stanie się dla mnie czymś zupełnie naturalnym.

Matt siada na łóżku, wyraźnie obrażony.

— Czy nie możesz się chociaż odrobinę postarać? — pytam, próbując powstrzymać irytację. — Naprawdę nam pomaga. Nie wiem, co byśmy zrobili, gdyby nie zaoferował nam tego pokoju.

— Teraz będzie mógł pokazać swoją wyższość nade mną — burczy, jakby był małym dzieckiem. Jego sposób myślenia frustruje mnie do granic. Brat zapewnił mu darmowy dach nad głową w centrum miasta, skracając drogę do pracy o połowę w porównaniu z naszym starym mieszkaniem. Mamy komfort, bezpieczeństwo i przestrzeń, a on wciąż widzi w tym tylko podstęp i triumf Arona.

— Nie nakręcaj się — próbuję złagodzić atmosferę. — Przecież był miły — dodaję, rozglądając się po pokoju.

— Jebany „milusi typ” — syczy z sarkazmem. Jego ciągłe narzekanie mnie męczy. Nie potrafię sobie wyobrazić, co musiałoby się wydarzyć, żeby w końcu zmienił nastawienie. Obawiam się, że codziennie będzie wyrażał takie niezadowolenie.

Postanawiam przerwać rozmowę i idę do łazienki, żeby sprawdzić, jak wyglądam, próbując choć na chwilę odciąć się od jego wiecznej frustracji.

Jest dokładnie taka, jak się spodziewałam, przestronna i nowoczesna. W łazience znajduje się zarówno kabina prysznicowa, jak i kwadratowa wanna. Nachylam się nad nią, zauważając, że ma hydromasaże. Już sama myśl o relaksującej kąpieli wywołuje u mnie dreszcz przyjemności. Dwie umywalki, przy których leżą świeże ręczniki oraz kubeczki z nowymi szczoteczkami i pastą, dopełniają całości.

Czuję się, jakbym trafiła na wymarzone wakacje w luksusowym hotelu. Na chwilę zapominam o powodach, które nas tu sprowadziły, i pozwalam sobie odetchnąć.

Wracam do pokoju w nieco lepszym nastroju.

— Potraktuj to jak przygodę — mówię do Matta, który właśnie układa ubrania w eleganckiej, czarnej komodzie.

— Taa, jasne — burczy ponownie, co zaczyna mnie irytować.

— Matt, to twój brat. Daj mu szansę. Nie miałeś z nim kontaktu od dawna, więc nie wiesz, jaki naprawdę jest.

— Naprawdę? To rozpieszczony chłopak, który zawsze uważał, że należy mu się więcej niż mnie — odpowiada z niechęcią. — Rodzice wydawali fortunę na jego lekcje śpiewu i aktorstwa, inwestowali w każdy casting, bo on miał talent, a ja nie.

— Co ty wygadujesz? — przerywam, zniecierpliwiona. — Kiedy on chodził na lekcje i casting, ty byłeś już dorosły. — Przypominam mu o różnicy wieku między nimi. Jego pretensje wydają się absurdalne. Rodzice nie zaniedbali jego edukacji kosztem Arona.

Matta jeszcze bardziej denerwuje fakt, że Aron, gdy tylko zaczął dobrze zarabiać, odwdzięczył się rodzicom, kupując im piękny dom na Hawajach. Mąż nie może tego znieść, bo jego nie stać na podobne gesty, ale nie rozumie, że nikt tego od niego nie wymaga.

— Matt, minęło sporo czasu, a ty wciąż nosisz w sobie urazy z dzieciństwa. Spróbuj chociaż na czas naszego pobytu odpuścić.

— Nie chcę się z nim kumplować — odpowiada jak zawsze, z uporem typowego nastolatka.

— Nie musisz, ale przestań zachowywać się, jakbyś był ofiarą. Bo nie jesteś — podkreślam stanowczo.

Znikam w łazience, zostawiając jego burczenie za sobą, by zakończyć tę bezsensowną rozmowę i poprawić makijaż przed kolacją.

Rozdział 4
Aron

— Co za koszmar — szepczę pod nosem, zamykając się w swoim pokoju.

Aby zagłuszyć negatywne myśli, włączam muzykę. Wypełnia przestrzeń i na chwilę pozwala mi zatonąć w jej rytmie. Mam nadzieję, że z czasem będzie łatwiej.

Mówiłem mamie, że to nie jest dobry pomysł, żeby Matt tu zamieszkał. Chciałem zaproponować, że zapłacę mu za mieszkanie lub hotel, ale mama stwierdziła, że taki gest spotkałby się z jeszcze większą niechęcią z jego strony niż sama perspektywa wspólnego mieszkania.

Szczerze mówiąc, nie cieszy mnie jego obecność. Jego wiecznie naburmuszona mina jest irytująca, a poza tym nigdy nie mieliśmy wspólnych tematów i nadal ich nie mamy. Brakuje mu pasji, energii, która popychałaby go do działania lub pozwalała szukać radości w życiu.

Między nami zawsze istniała przepaść wieku, którą on nieustannie podkreślał, powtarzając, że poza rodzicami nic nas nie łączy. Od początku miałem poczucie, że nie był zadowolony z mojego pojawienia się na świecie. Przez trzynaście lat był jedynakiem, a kiedy się urodziłem, według niego wszystko się zepsuło. Już jako dziecko słyszałem od niego, że jego „wspaniałe życie” rozpadło się z mojego powodu.

Długo nie rozumiałem tej niechęci. Starałem się, żeby mnie polubił, chciałem mieć starszego brata. Kiedy jednak zrozumiałem, że to niemożliwe, odpuściłem. Znalazłem własną drogę i ludzi, którzy wypełnili pustkę po nim. Matt mnie odrzucił, więc przestałem walczyć o jego aprobatę.

Nie spotykaliśmy się często przez ostatnie lata, ale teraz widzę, że nic się nie zmieniło. Może tylko tyle, że jego twarz stała się jeszcze bardziej szara i pełna goryczy.

Na szczęście jest z nim jego żona, Eva. Wydaje się miła i może stanowić pewien balans między mną a Mattem. Ma łagodne rysy twarzy, które wcześniej umykały mojej uwadze, dopiero teraz dostrzegam jej delikatność. Wygląda naturalnie, bez przesadnego makijażu. Jej migdałowe oczy pełne są energii i radości, a cała jej postawa emanuje ujmującym wdziękiem.

Na razie wydaje się trochę spięta, ale dam jej czas. Zna mnie raczej z telewizji i gazet niż z rodzinnych spotkań, więc mogę być dla niej tym „facetem ze szklanego ekranu”. Myślę, że przetrwamy ten wspólny czas, o ile ona będzie działać jako bufor między mną a Mattem.

Postaram się też nie martwić na zapas. W końcu jestem u siebie. Apartament jest przestronny, a pracy mam mnóstwo. Jeśli wszystko pójdzie sprawnie, nie będziemy zbyt często na siebie wpadać i jakoś przetrwamy ten okres przymusowej integracji.

Rozdział 5
Eva

Aron zaproponował, żebyśmy zostali w domu na kolację, żeby móc spokojnie porozmawiać. Potrafię sobie wyobrazić, że dla niego każde wyjście do publicznego miejsca wiąże się z koniecznością mierzenia się z nachalnymi fanami i paparazzi. Dlatego uznałam jego pomysł za trafiony. Nie wiem, jak bym się zachowała, gdyby nagle zaczęto nas fotografować albo gdyby ktoś co chwilę go zaczepiał w naszym towarzystwie.

Zamówił kolację, ogromny zestaw sushi, jakiego nigdy wcześniej nie widziałam. Talerze były pełne kolorowych kawałków, artystycznie ułożonych, a różnorodność smaków zapowiadała prawdziwą ucztę. Aromaty świeżego wasabi i imbiru unosiły się w powietrzu, dodając atmosferze odrobinę egzotycznej nuty.

Usiedliśmy przy dużym stole z ciemnego granitu. Cała kuchnia była urządzona na biało, minimalistycznie i elegancko, a ten stół, jedyny ciemny element w pomieszczeniu, stanowił idealny kontrast. Jego chłodna powierzchnia pasowała doskonale do nowoczesnego wnętrza, które emanowało luksusem, ale nie było przesadzone. Byłam oczarowana wielkością tego miejsca, funkcjonalność kuchni zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Wyspa na środku, o której zawsze marzyłam, była miejscem, gdzie można było swobodnie pracować, gotować i przygotowywać posiłki bez najmniejszego problemu. To było spełnienie moich marzeń, miejsce, które inspirowało.

Lubiłam spędzać czas w kuchni, gotować i eksperymentować, kiedy tylko miałam wolną chwilę. Jednak w naszym mieszkaniu kuchnia jest wąska, ciasna, wręcz klaustrofobiczna. Trudno jest w niej cokolwiek robić, ciągle wpadałam na meble, potykałam się o garnki, a każda próba przygotowania większego posiłku kończyła się chaosem. Mimo starań, zawsze panuje tam też bałagan, nawet gdy korzystam z minimalnej ilości naczyń. Tutaj jest inaczej.

Kuchnia w domu Arona jest miejscem, gdzie aż chce się przebywać. Jasne, ciepłe światło idealnie rozjaśnia pomieszczenie, a przy tym nie męczy wzroku, dodając atmosferze przytulności.

Z przyjemnością siadam przy stole, czując się swobodnie. To pierwszy z wielu wspólnych posiłków, które będziemy tutaj spędzać, w tej idealnej przestrzeni, która sprzyjała nie tylko kulinarnym przygodom, ale też rozmowom.

— Masz piękną kuchnię — odezwałam się, rozglądając się z zachwytem. Wszystko jest idealnie dopasowane.

— Podoba ci się? — odpowiedział pytająco, z lekkim uśmiechem. Jego głos ma w sobie nutę satysfakcji, jakby naprawdę cieszyło go moje uznanie.

Kiwałam głową z entuzjazmem.

— Musi się tu świetnie gotować — stwierdziłam, wciąż rozglądając się po przestrzeni. — Jest tyle miejsca.

— Rzadko mam okazję gotować — przyznał, wzruszając ramionami. Jego uśmiech poszerzył się, jakby to wyznanie było żartem. — Zazwyczaj zamawiam jedzenie, tak jak dzisiaj.

— Ale przynajmniej masz idealne miejsce, gdybyś kiedyś postanowił zaszaleć kulinarnie — śmieję się, spoglądając na ogromny talerz sushi.

— Może kiedyś — rzuca od niechcenia, wskazując na sushi na środku stołu. — Częstujcie się — dodaje, zachęcając nas gestem. Sam sięgnął po pierwszy kawałek, chcąc nieco rozluźnić atmosferę.

Przez pierwsze minuty jemy w milczeniu. Choć sushi jest znakomite, w powietrzu wisi napięcie. Matt pochyla się nad talerzem z naburmuszoną miną, jakby chciał pokazać, że nie zamierza się dobrze bawić. Wygląda, jakby na siłę starał się zachować niezadowolenie, choć sięga po kolejny kawałek sushi zbyt zachłannie. Wiem, że mu smakuje, choć nie daje tego po sobie poznać.

— Trafiłeś z zamówieniem — uśmiecham się do Arona, próbując rozładować atmosferę.

— Zawsze się staram — odpowiada z rozbawieniem, nie spuszczając wzroku z Matta, jakby chciał odczytać, co naprawdę myśli jego brat. Ten tylko cicho wzdycha, nie chcąc dać nikomu satysfakcji, że wszystko jest w porządku.

— Lubisz gotować? — pyta mnie, szybko zauważając, że Matt nie zamierza angażować się w rozmowę.

— Bardzo — przyznaję. — Dałabym wiele, żeby mieć tyle miejsca, co tu.

— U siebie masz mniej? — dopytuje, nie mając pojęcia, jak naprawdę mieszkamy.

— Nasze całe mieszkanie jest wielkości twojej kuchni — odpowiadam z lekką przesadą, na co on śmieje się cicho. Pewnie nawet nie potrafi wyobrazić sobie tak małej przestrzeni.

W tym momencie słyszę, jak Matt chrząka, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że zdradzam za dużo o naszym skromnym życiu.

— Nie przesadzaj — burczy ponuro. — Nie potrzebujemy hali zamiast kuchni.

Jest zirytowany. Wiem, że z pozornie niewinnej rozmowy zaraz zrobi problem, a chcę tego uniknąć, zwłaszcza pierwszego dnia.

— Może nie hali, ale dobrze jest mieć trochę przestrzeni do swobodnego ruchu — odpowiadam spokojnie, starając się nadać wypowiedzi lekki ton. Uśmiecham się do Arona, który słucha nas w milczeniu.

— Po powrocie do domu przebijemy się do sąsiadów, bo ty nagle masz potrzebę większej przestrzeni — warczy niemal przez zaciśnięte zęby, a w żołądku czuję ucisk nerwów.

Aron zerka na telefon, który co kilka sekund rozświetla się nowym powiadomieniem.

— Mam nadzieję, że szybko poczujecie się tu jak u siebie — mówi spokojnie. — W kuchni każda szafka jest opisana, co w niej się znajduje. Jeśli czegoś zabraknie, wpiszcie to na listę na lodówce. Raz w tygodniu Alba robi większe zakupy — instruuje, kierując wzrok głównie w moją stronę. — Alba bywa tutaj zwykle dwa razy w tygodniu — dodaje dla jasności.

Nagle dźwięk przychodzącej wiadomości przerywa mu wypowiedź. Aron sprawdza telefon, a po chwili odkłada go na stół.

— Dziękuję, ale dla nas będę robić zakupy sama — mówię, a on przygląda mi się chwilę z zaciekawieniem. Nie chcę żyć na jego koszt.

— Dobrze, będzie tak, jak sobie życzysz — odpowiada lekko, dodając: — Pewnie macie swoje ulubione produkty, których u mnie może nie być. W jego głosie słyszę nutę łagodności.

Smartfon rozbrzmiewa delikatną melodią, a Aron patrzy, kto dzwoni. Przesuwa palcem po ekranie i mówi rozmówcy, że oddzwoni później, bo jest teraz zajęty.

Spoglądam na Matta, który ewidentnie irytuje się tym, że jego brat zajmuje się telefonem.

— Chcielibyśmy ci się odwdzięczyć za to, że pozwoliłeś nam tu zostać — zaczynam wcześniej ułożoną w głowie przemowę. Zerkam też na męża, ale on jest pochłonięty posiłkiem, jakby bał się, że zaraz ktoś mu zabierze talerz, więc stara się skorzystać jak najwięcej.

— Może mogłabym przygotowywać kolacje i pomóc w utrzymaniu porządku w apartamencie? — pytam, a Aron uważnie mi się przygląda i uśmiecha. Na chwilę zatracam się w zmarszczkach przy jego oczach, które idealnie komponują się z przystojną twarzą.

— Nie ma takiej potrzeby — odpowiada spokojnie. — Codziennie dostarczają mi specjalną dietę wspomagającą treningi.

Matt znów burczy coś pod nosem, ale nie jesteśmy w stanie wychwycić słów.

— Jeśli chcecie, mogę też zamówić coś dla was — dodaje, znów patrząc na mnie. Już zrozumiał, że ze mną łatwiej ustalić sprawy.

— Nie, Eva będzie gotować dla nas — wtrąca się stanowczo Matt. Aron spogląda na niego, oczekując dłuższej wypowiedzi, ale ta nie nadchodzi. Przerzucam więc wzrok na niego i kiwam głową, dając do zrozumienia, że zgadzam się z mężem.

— Nie musisz też zajmować się sprzątaniem — dodaje. — Dwa razy w tygodniu przychodzą opłacone panie sprzątające.

— Pozwól mi przynajmniej zająć się naszym pokojem i łazienką — proponuję. W moim głosie pobrzmiewa błagalność, jakbym naprawdę nie wiedziała, co jeszcze mogę zrobić, by okazać mu wdzięczność za pomoc.

Aron znów uśmiecha się na moją prośbę.

— Evo, będzie tak, jak zechcesz — mówi, a ja po raz pierwszy słyszę, jak wymawia moje imię. Fala ciepła rozlewa się po moim wnętrzu. Czuję się jak nastolatka, którą nagle dostrzegł najpopularniejszy chłopak w szkole.

Telefon po raz kolejny daje o sobie znać, ale tym razem Aron jedynie go wycisza, nawet na niego nie patrząc. Nerwowo zerkam na Matta, który tylko czeka na najdrobniejszy pretekst, aby móc przyczepić się do swojego brata.

— Po kolacji pokażę wam, gdzie znajduje się biblioteczka, jeśli będziecie chcieli z niej skorzystać, oraz pokój kinowy. Na kartę wejściową macie też dostęp do siłowni na poziomie -1. Tam jest również basen dla mieszkańców — wyjaśnia. — Numer rejestracyjny waszego samochodu został już zgłoszony do ochrony, więc nie będzie problemu z parkowaniem. — Z każdym kolejnym słowem rośnie we mnie podekscytowanie. Nigdy wcześniej nie mieszkałam w takich warunkach. — A jeśli potrzebowalibyście kierowcy, dajcie mi znać. Mam dwóch, którzy dla mnie pracują.

— Dziękujemy, postaramy się nie sprawiać kłopotów — mówię z uprzejmym uśmiechem. Aron odwzajemnia go, a ja znów czuję, jak coś we mnie mięknie. Mój wzrok niechcący zatrzymuje się na jego wyrzeźbionych bicepsach. Nadal trudno mi uwierzyć, że siedzę tuż obok jego.

Telefon znowu zaczyna dzwonić.

— Na litość boską — warczy Matt. Kopię go pod stołem w łydkę. To nie jego dom i nie powinno go obchodzić, ile razy ktoś do Arona dzwoni, zwłaszcza że on i tak nie odbiera.

— A czy wiecie już coś o planach remontu budynku? — pyta, nakładając kolejną porcję sushi.

— Pierwsze decyzje mają zapaść dopiero w poniedziałek — odpowiadam.

— Jeśli chcecie, mogę poprosić moich prawników, żeby sprawdzili, jaka jest wasza sytuacja prawna w tej sprawie — proponuje. Nim zdążam podziękować, głos zabiera Matt.

— Kurwa! Nie musisz na każdym kroku pokazywać, jaki jesteś uprzywilejowany. Już wiemy, że jesteś lepszy od nas — wybucha, a w jego tonie słyszę więcej żalu niż racjonalnej złości.

Aron wygląda na zaskoczonego. Spogląda na mnie zdezorientowany, jakby szukał potwierdzenia, że powiedział coś niewłaściwego. Na moich policzkach pojawia się rumieniec. Mam ochotę udusić męża. Prosiłam go, by był dyplomatyczny. Prawie godzinę tłumaczyłam mu, gdzie byśmy teraz byli, gdyby nie pomoc Arona. Wydawało mi się, że dotarło.

Teraz widzę, że cały trud poszedł na marne.

Strach ściska mnie w gardle: boję się, że pretensje Matta sprowokują brata i wywiąże się awantura, która przekreśli naszą obecność tutaj. To nie byłby tylko wstyd, to mogłoby wszystko skomplikować.

— Nie miałem zamiaru się przechwalać, tylko… — zaczyna Aron spokojnie.

— Pewnie, pewnie — przerywa mu szyderczo Matt. — Zawsze jesteś taki idealny.

— Matt! — wyrzucam przez zęby, patrząc na niego ze złością.

— Jesteśmy tu od dwóch godzin, a ty już rzucasz nam w twarz swoje luksusy — warczy Matt, jakby furia wylewała mu się z każdej sylaby.

— Co? — Aron mruży oczy z niedowierzaniem. — Zamieszkaliście w moim apartamencie. Chcę, żebyście mogli normalnie z niego korzystać. Gdybym wam nie powiedział, gdzie co jest, oskarżyłbyś mnie, że was ignoruję albo uważam, że nie zasługujecie na ten luksus — akcentuje ostro ostatnie słowo.

— Zamieszkaliśmy w twoim apartamencie. W twoim! — krzyczy Matt. Słyszę, jak bardzo chciał mu wytknąć tę różnicę, ale to, co robi, jest po prostu chamskie.

— Matt, przestań — jęczę z rozpaczą. Ale on przenosi wzrok na mnie z jeszcze większą złością.

— Jeśli chcesz, to mu nawet podziękuj, całując go w tyłek. Ja tego nie zrobię — syczy, po czym zrywa się z krzesła i rusza w stronę windy. — Spadam stąd!

Zaciskam powieki. Wstyd paraliżuje mi ciało, a serce wali jak młotem. Wiem, że on to zrobił celowo, sprowokował tę awanturę. I pękam od złości.

Od miesięcy jest coraz gorszy. Nie tylko wobec mnie, ale wobec wszystkich. Znajomi zaczęli się oddalać, bo na każdej imprezie musi kogoś upokorzyć. Próbuję zrozumieć, co się z nim dzieje, stres, frustracja, może lęk o przyszłość, ale taki wybuch? W tym miejscu? W tej sytuacji?

Tego nie da się usprawiedliwić.

Zostajemy z Aronem sami przy stole. W powietrzu wisi ciężka, dusząca cisza.

— Gwoli ścisłości — odzywa się w końcu Aron. Otwieram oczy i patrzę na niego, przekonana, że będzie zły, ale ku mojemu zdziwieniu wygląda na rozbawionego. — Nie oczekuję, że będziesz mnie w cokolwiek całować — oznajmia z zupełnie poważną miną.

Na moment zamieram, po czym wybucham śmiechem. W tej sytuacji naprawdę nie da się inaczej.

— Chyba że będziesz chciała — dodaje ciszej, z szelmowskim uśmiechem, a ja czuję, jak policzki zaczynają mnie piec. Super. Rumienię się jak nastolatka przed idolem.

I właśnie wtedy rozlega się dźwięk windy. Przez sekundę mam nadzieję, że może Matt jednak się opamiętał, ale Aron zerka na telefon i mówi:

— To moi przyjaciele.

Podnoszę się od stołu i mówię:

— Dziękuję za kolację. I przepraszam za Matta. Ostatnie dni były dla niego trudne, dużo stresu… Obiecuję, że nie zawsze będzie tak okropny.

— On ma za sobą trzydzieści trudnych lat — komentuje sucho Aron. Krzywo się uśmiecham, bo niestety trafił w sedno.

— Pójdę do naszego pokoju — mamroczę, gotowa zniknąć i nie wychodzić, dopóki świat nie zapomni o tej kolacji.

— Nie, zostań. Poznaj moich przyjaciół — zatrzymuje mnie. — Będą tu częściej, więc i tak się zaprzyjaźnicie. I wbrew temu, co twierdzi Matt, nie jesteście tu po to, by poprawiać mi ego.

Kiwam głową, niepewna, czy bardziej mnie to uspokoiło, czy zestresowało. Drzwi windy rozsuwają się i do salonu wchodzi grupa młodych ludzi w barwnych, odważnych stylizacjach. Wyglądają jak wyjęci z teledysku.

A ja? Czuję się, jakbym właśnie prała firanki i ktoś mnie wyrwał z rzeczywistości gospodyni domowej. Wyglądam co najmniej o dekadę dojrzalej, niż bym chciała.

Ale trudno. Nie mam wyjścia, muszę wejść w tę scenę dokładnie taka, jaka jestem.

Rozdział 6
Aron

Na moment zanurzyłem się w ponurych myślach. Już prawie uznałem tę kolację za kompletną katastrofę i zacząłem układać w głowie plan, jak ograniczyć każdy niepotrzebny kontakt z moimi nowymi lokatorami. Ale wtedy Eva wybuchła śmiechem. Spontanicznym, szczerym, zupełnie niekontrolowanym. Jej twarz, dotąd spięta i ostrożna, rozjaśniła się jak po zapaleniu światła. Migdałowe oczy zalśniły radością, a w kącikach ust zatańczyła lekka, dziewczęca beztroska. W tej krótkiej chwili dostrzegłem w niej delikatność, ale też coś żywego i ciepłego, coś, co poruszyło we mnie strunę, której od dawna nikt nie dotykał.

Była piękna, kiedy przestawała się pilnować.

I wtedy przypomniały mi się słowa Matta o całowaniu mnie „w tyłek”. Powiedział to w złości i złośliwie, ale w głowie pozostało mi już tylko to jedno: chciałbym, żeby naprawdę chciała mnie pocałować.

Ta krótka chwila wystarczyła, bym poczuł, że może jednak przetrwam ten wspólny czas z bratem. Bo dopóki ona tu jest, wszystko wydaje się znacznie bardziej znośne.

Teraz zerkam na nią ukradkiem, jak przygląda się moim przyjaciołom.

Denerwuje się. Jest skrępowana i przez to jeszcze bardziej urocza.

Na kolację przebrała się w lekką, zwiewną sukienkę, a teraz odruchowo wygładza materiał i poprawia włosy, jakby chciała schować za ucho kosmyk, którego nawet tam nie ma.

Urocza.

Dorosła kobieta, a jednak widać, jak bardzo przejmuje się tym, jak zostanie odebrana. Jak zostanie oceniona.

— Przybyliśmy na ratunek — oznajmia Micro, wchodząc pewnym krokiem, nie dostrzegając w pierwszej chwili Evy. Moja poważna mina jednak szybko przykuwa jego uwagę i daje mu subtelny sygnał, by nie kontynuował w podobnym tonie. — O, sorry, nie mówiłeś, że będziesz z kobietą — dodaje, zmieniając ton na bardziej uprzejmy, po czym posyła Evie szeroki uśmiech.

Eva odruchowo zerka na mnie, jakby szukała zapewnienia, że może się czuć swobodnie. Uśmiecham się do niej pokrzepiająco, dając znać, że jest w dobrym towarzystwie.

— Poznajcie Evę, moją szwagierkę — mówię, a ona macha w ich stronę z lekkim uśmiechem, choć ani drgnie z miejsca. — A to są Viper, Silly, Micro i Loko — przedstawiam kolejno moich przyjaciół. Każde z nich kiwa głową na powitanie.

Eva patrzy na nich uważnie, jakby próbowała odgadnąć, jacy są. Zapada krótka, ale wymowna cisza.

— Cześć — mówi w końcu, przesuwając spojrzenie po każdym z nich z uprzejmym uśmiechem.

— Ale masz świetny naszyjnik! — reaguje od razu Viper, wykonując krok w jej stronę. Zanim zdążę ją powstrzymać, wyciąga rękę i delikatnie dotyka wisiora. Na sekundę mam ochotę ją zatrzymać, przecież dopiero się poznali, a to może być przekroczenie granic.

Ale Eva tylko ciepło się uśmiecha.

— Dziękuję. Kupiłam go na pchlim targu w zachodniej części miasta — odpowiada spokojnie. Wygląda na to, że bezpośredniość Viper przełamała jej pierwszą rezerwę.

— Ooo, kocham takie miejsca! — zachwyca się Viper. — Szkoda, że przez niego nie mogę tam bywać — rzuca z udawaną pretensją, wskazując na mnie.

— Nie zabraniam ci — mówię natychmiast, przewracając oczami. Wiem, że przesadza dla efektu.

Eva spogląda na mnie rozbawiona, a napięcie przestaje mieć rację bytu.

— Tak, tak, jasne — przeciąga Viper teatralnie. — Wystarczy, że znajdzie mnie tam byle paparazzi i już będą plotki, że stylistka wielkiego Arona Edwardsa ubiera go w stare łachy. Jak dobrze wiesz, nie tylko ty musisz uważać na każdy krok.

— Nie słuchaj jej, Evo — mówię do szwagierki. Widzę, że podoba jej się ta swobodna atmosfera. — Viper oddałaby nerkę za torebkę, buty albo pasek od znanego projektanta.

Eva chichocze, jakby cały ten świat był dla niej czymś nierzeczywistym.

— Wielka moda wymaga poświęceń! — wzdycha dramatycznie Viper, a potem dodaje: — Ale paznokci lepiej nie pokazuj Mambie, bo dostanie białej gorączki.

Zanim ktokolwiek zdąży zareagować, Viper łapie dłonie Evy, żeby przyjrzeć się im bliżej.

Widzę, jak Eva lekko sztywnieje.

— Viper, daj spokój — upominam ją łagodnie, ale stanowczo.

— Co? — patrzy na mnie zdziwiona, po czym macha ręką. — Przecież spotka Mambę, a ta taką okazję wykorzysta. Masz przepiękne dłonie i smukłe palce, trzeba to podkreślić — oznajmia z zawodową powagą.

— Dziękuję… — odpowiada Eva nieco niepewnie, jakby nie do końca wiedziała, czy to komplement, czy sugestia poprawy.

— Czym się zajmujesz? — pyta niespodziewanie Loko, jakby chciał rozładować napięcie.

— Pracuję w przedszkolu. Prowadzę najstarszą grupę — odpowiada Eva.

Patrzę na nią z autentycznym zdziwieniem. Dopiero teraz dociera do mnie, że nigdy nie zapytałem, czym zajmuje się zawodowo. Chyba po prostu założyłem, że zajmuje się tylko domem.

— O Boże, współczuję! — Silly nie czeka nawet chwili. — Ja to nie mam cierpliwości do dzieci. Są takie głośne, no nie? Jak ty to wytrzymujesz — dodaje z wyraźnym grymasem na twarzy.

— Dokładnie! — wtrąca Viper z rozbawieniem. — Jak moja siostra wpada do mnie na obiad ze swoją trójką, to po pół godzinie mam ochotę wyskoczyć przez okno — oznajmia, przewracając oczami. — Kocham te małe potworki, jasne. Ale tylko do momentu, aż nie zaczną gadać wszyscy naraz, coś rozlewać albo jęczeć o byle co. Na miejscu mojej siostry podwiązałabym sobie jajniki, żeby przypadkiem nie było czwartej sztuki! — kończy dramatycznie, wywołując wybuch śmiechu.

Widzę, jak Eva się rozluźnia, na jej twarzy pojawia się naturalny uśmiech. Humor Vipera najwyraźniej działa cuda.

— Nie jest tak źle — odpowiada łagodnie, jakby chciała trochę obronić dzieci. — Mają w sobie mnóstwo energii, ale dają też ogrom radości. — Grupa słucha jej z wyraźnym zainteresowaniem. Eva zdaje się z łatwością przyciągać ludzi do siebie. — To praca, która potrafi zmęczyć. Czasem aż za bardzo. Trzeba uważać, żeby się nie wypalić, bo to intensywne zajęcie — przyznaje.

— Ale lubisz to? — dopytuje Silly, już bardziej poważnie.

Eva kiwa głową bez chwili wahania.

— Bardzo. Moje dzieciaki uczą mnie więcej, niż mogłam się spodziewać. Są szczere, mówią, co myślą, nie udają. I właśnie to jest w nich najpiękniejsze — tłumaczy. — Przy nich łatwiej być sobą. Tu i teraz.

Krótka cisza jaka zapada po tych słowach ma w sobie coś miękkiego i poruszającego. Widać, że jej pasja robi na wszystkich wrażenie.

— Viper, ty to powinnaś pójść do przedszkola — rzuca Micro z niewinnym uśmiechem. — Dzieci nauczą cię nie udawać orgazmu.

Viper pokazuje mu środkowy palec bez chwili zawahania.

— Wal się! Będziesz mi to wypominał do końca życia?! — prycha, a Micro tylko szeroko się szczerzy.

— Nie, jeśli mi to wynagrodzisz — odpowiada. — I dobrze wiesz, w jaki sposób.

— Spoko, „tu i teraz”? — pyta prowokacyjnie Viper. Podchodzi do Micro, bez wahania chwyta go za pasek spodni i zaczyna rozpinać. Micro nie stawia oporu, pozwalając jej na tę frywolność.

Zerkam na Evę i dostrzegam na jej twarzy cień zaniepokojenia.

— Ej, dajcie spokój — mówię rozbawionym tonem, chcąc przerwać napięcie. — Jeszcze Eva pomyśli, że uprawiamy seks publicznie.

— Ooo, czyli będziesz udawał pruderyjnego przed szwagierką? — Viper unosi brew, a w jej oku błyszczy zadziorna iskra, której znaczenie doskonale znam. Już wiem, że się nie zatrzyma. — A pamiętasz, jak pieprzyłeś Carolinę tutaj, przy basenie? I to pod okiem kamer ochrony?

Czuję, jak ciśnienie w jednej chwili mi rośnie. Spojrzenie Evy staje się intensywniejsze, obserwuje nas z zainteresowaniem. Pewnie coś wie o mnie z brukowców, ale zupełnie inaczej brzmią takie historie, gdy ktoś słyszy je w rozmowie między bliskimi przyjaciółmi.

— To był jednorazowy błąd — odpowiadam spokojnie, chcąc zamknąć temat, choć czuję, jak irytacja powoli narasta. Zerkam na Evę, która uważnie chłonie każdy szczegół tej wymiany. — Błąd, za który płacę do dziś — dodaję nieco poważniej, akcentując słowa, żeby Viper zrozumiała, że posunęła się za daleko.

Viper natychmiast łapie zmianę w moim tonie i jej beztroski uśmiech gaśnie. Wygląda na to, że dotarło do niej, że wciąganie Evy w szczegóły z mojego życia seksualnego było co najmniej niestosowne.

Patrzę na Evą i czuję coś na kształt trzeźwiejącego przebudzenia. Uświadamiam sobie, że przez lata moje życie kręciło się wokół luźnych relacji, szumu, zabawy i nieustannego zainteresowania moją osobą. Popularność otwierała przede mną wszystkie drzwi, a ja z tego korzystałem. Bez ograniczeń, bez refleksji, łapiąc krótkie, intensywne emocje, które nigdy nie trwały dłużej niż noc.

Przyjaciele zawsze byli obok, lojalni i gotowi do zabawy, ale coraz częściej dopada mnie myśl, że potrzebuję czegoś innego. Czegoś głębszego. Prawdziwej bliskości, a nie kolejnej imprezy ani przypadkowego ciała w moim łóżku.

Eva, która jeszcze chwilę temu była spięta, teraz patrzy na mnie z delikatnym, uspokajającym uśmiechem. Widzę jednak w jej spojrzeniu cień zagubienia, jakby nie do końca wiedziała, co myśleć o tej rozmowie.

Nagle z innego pokoju rozlega się dźwięk telefonu. Eva wciąga powietrze, jak ktoś, kto właśnie dostał koło ratunkowe.

— Przepraszam, to mój telefon — mówi szybko. — Może to Matt. Miło było was poznać, do zobaczenia! — dodaje i znika w korytarzu szybciej, niż zdążę się odezwać.

Zostawia po sobie dziwnie odczuwalną pustkę — jakby wraz z nią z pokoju uleciało coś istotnego.

Viper unika mojego wzroku. Przez moment sam nie wiem, co powiedzieć.

— Pogięło cię? Po co rzucasz takimi tekstami? — syczę w jej stronę, starając się utrzymać głos na niskim poziomie, choć napięcie we mnie narasta. — Ledwo ją znam. Skąd mam wiedzieć, że nie sprzeda tego mediom? Wystarczy mi, że mam na głowie Carolinę.

— Robi miłe wrażenie, nie sprzedałaby cię — odpowiada Silly, ale ja tylko kręcę głową. — Jest taka… taka… — Silly marszczy brwi, szukając odpowiedniego słowa.

— Jak mały, zagubiony kociak, którym ma się ochotę zaopiekować — podpowiada Micro z szerokim uśmiechem.

— Dokładnie! — potwierdza Silly, klaszcząc w dłonie. — Aro, może ty byś się nią zaopiekował? Przy tobie szybko zamieniłaby się w rasową kotkę!

Wybuch chichotu rozprasza atmosferę, a ja czuję, jak policzki zaczynają mi pulsować od napływu krwi.

— Powariowaliście? To żona mojego brata! — przypominam im oczywistość, choć sam słyszę, że brzmię bardziej defensywnie, niż bym chciał. A jednak nie mogę zaprzeczyć, że Eva naprawdę sprawia wrażenie kogoś, kogo chciałoby się chronić.

Rozglądam się po moich przyjaciołach, którzy nadal mają na twarzach rozbawione uśmiechy i nagle uświadamiam sobie coś, co jeszcze godzinę temu wydawało mi się nie do pomyślenia.

Może to wcale nie jest takie złe, że Eva znalazła się w moim domu.

— Ile ma lat? — pyta Viper, zerkając na mnie spod rzęs, jakby to pytanie miało znaczyć więcej, niż brzmi.

— Matt ma czterdzieści trzy, a ona… jeśli dobrze pamiętam, jest od niego trochę młodsza. Około czterdziestki — odpowiadam, choć w głowie kołacze mi myśl, że powinienem to sprawdzić. Zaskakuje mnie, że tak mało o niej wiem.

— Nie wygląda na czterdziestkę — stwierdza Viper, przechylając głowę. — Dałabym jej może trzydzieści pięć. Maks.

— A jakby wyrzucić te bezkształtne ubrania i zrobić z nią coś sensownego, to gwarantuję, że niejeden koleś dostałby wybrzuszenia w gaciach na jej widok — dorzuca Silly z typową dla siebie bezpośredniością.

— Wzwodu — poprawia ją Micro, parskając.

Słowa Silly trafiają we mnie mocniej, niż powinny. Zbyt łatwo wyobrażam sobie Evę inaczej, w obcisłej sukience, która podkreśla jej talię, biodra, z odsłoniętymi nogami. Z lekkim makijażem, który uwydatnia jej oczy i pełne usta. Wyobraźnia podsuwa mi obraz o wiele bardziej grzeszny, niż wypadałoby mieć o żonie własnego brata. Czuję, jak coś niepokojąco przyjemnego osiada mi nisko w brzuchu.

— Fajna jest — przyznaje Micro. — Zgrabna, drobna, ma miękką urodę, taką, że człowiek ma ochotę ją przyciągnąć do siebie. Przytulić. Ochronić. — Patrzy na mnie znacząco. — No nie mów, że tego nie widzisz.

Doskonale widzę. Zbyt dobrze. I to jest problem.

— O czym wy gadacie? — warczę, bardziej ostro, niż planowałem. — Pieprzycie jak potłuczeni. Ona jest mężatką. Z moim bratem. Po co to rozkręcać?

— Bo pachnie świeżą krwią — odpowiada Viper bezwstydnie, wyciągając się na fotelu jak kotka na słońcu. Zakłada nogę na nogę w sposób, który aż nazbyt przypomina prowokację. — I jest inna. Nie jest z naszego świata. A to działa.

— Aro, chemia to chemia. Jak wjedzie, to nie pyta o nazwisko. — dorzuca Loko, mrużąc oczy.

Przewracam oczami, choć w środku czuję lekkie pieczenie. Za dobrze znają moje słabości.

Odchylam się na oparcie sofy i przecieram dłonią twarz. Moje myśli nie chcą wrócić na bezpieczne tory.

Przed oczami wciąż mam obraz Evy, gdy siedziała obok mnie przy stole i jej wzrok nieco niepewny, a jednak z błyskiem czegoś ciepłego.

I to właśnie ta skromność, ta miękka naturalność uderzyła we mnie najmocniej. Nie wtedy, gdy mówiła. Tylko w tej jednej sekundzie, kiedy się uśmiechnęła. Ten uśmiech mnie oczarował.

Nie było w nim kokieterii. Ani gry. Ani potrzeby imponowania. Był czysty.

I może właśnie dlatego działał mocniej niż wszystkie zmysłowe spojrzenia kobiet, które tak chętnie wskakiwały mi do łóżka.

Przymykam powieki i wyobraźnia podsuwa mi jej obraz jeszcze raz.

Tym razem inaczej.

W mojej głowie Eva nie siedzi już spięta przy stole.

Stoi przede mną. Blisko.

Tak blisko, że czuję zapach jej perfum. Jej spojrzenie jest inne niż wcześniej, już nie niepewne, a bardziej świadome. Pewne swojej kobiecości. Tego, jak na mnie działa.

Przełykam ślinę, odganiam obrazy, nim zabrną za daleko.

Cholera.

To żona mojego brata. I nie mam prawa myśleć o niej w ten sposób.

Otwieram oczy, próbując wziąć głębszy oddech.

Muszę się pilnować.

— To moja szwagierka. Koniec tematu — ucinam ostro, bo jeśli będziemy ciągnąć tę rozmowę choć sekundę dłużej, nie będę w stanie ukryć, że coś we mnie drgnęło.

— No właśnie, a co z bratem? Czemu go nie ma? — pyta Loko z ciekawością, która natychmiast wypełnia przestrzeń.

— Wkurzył się na mnie i wyszedł gdzieś w pizdu — odpowiadam, nalewając wszystkim alkoholu do szklanek. — Nie może znieść, że musi tu mieszkać i patrzeć na to, czego sam nigdy nie osiągnął i pewnie nie osiągnie. — Podaję szklanki przyjaciołom i siadam z nimi na kanapie.

— Grubo się zaczyna — komentuje Viper i pije, jakby ratowała się po długiej wędrówce przez pustynię.

— Nie miałem wyboru — wzdycham. — Mama by mi żyć nie dała, gdybym ich nie przyjął.

— Będziemy tu codziennie, żeby cię wspierać w tej traumie — deklaruje Loko, a reszta kiwnięciem głowy potwierdza solidarność.

— I tak jesteście tu codziennie — przypominam, unosząc brew.

— Bo cię kochamy — rzuca Loko słodko, po czym natychmiast zmienia temat: — Masz coś do jedzenia?

— Wiecznie na moim utrzymaniu. Żrecie i pijecie na mój koszt — zauważam z lekkim uśmiechem. W prawdzie nie mam nic przeciwko temu, że są ze mną niemal każdego dnia. — W kuchni zostało sushi.

Nie zdążam dokończyć, a już podrywają się z kanapy jak stado wygłodniałych wilków.

— Jesteście dramatem — mruczę, obserwując, jak znikają w kuchni.

Na moment zostaję sam. I od razu wraca do mnie obraz Evy. Jej śmiech, szczery, lekki, niekontrolowany. Czuję, jak ciepło rozlewające się nisko w podbrzuszu. Jak przebudzenie czegoś, co było uśpione od lat.

Dawno żadna kobieta nie zrobiła na mnie takiego wrażenia zwykłym uśmiechem.

Nie jest pięknością rodem z kampanii reklamowej, jak dziewczyny, z którymi zwykle sypiam. Nie jest idealnie wystylizowaną, napompowaną lalką.

Eva jest zwyczajna. Autentyczna. Cicha, ale światło bije z niej jak z lampki nocnej, nie oślepia, ale przyciąga, daje ciepło. Może właśnie dlatego mój organizm zareagował tak gwałtownie.

To pytanie krąży we mnie jak echo. Dlaczego akurat ona?

Jej sposób mówienia, łagodność, ale też błysk inteligencji…

Ona nie gra. Nie poluje. Nie próbuje niczego udawać. W świecie pełnym pozorów to jest cholernie pociągające.

To zaczyna być niebezpieczne. Bo jeśli jedna kolacja wystarczyła, żeby coś we mnie drgnęło, to co się stanie, gdy zamieszkamy pod jednym dachem na tygodnie? Miesiące?

Myśl o tym, że mógłbym chcieć czegoś więcej, przeraża mnie bardziej niż oburzenie matki, gdyby dowiedziała się, co chodzi mi po głowie.

Gdyby tylko nie była żoną mojego brata.

— Aro, możemy zjeść wszystko?! — krzyczy Micro z kuchni, przerywając mój torpedujący rozsądek tok myślenia.

— Jasne, nie krępujcie się — odpowiadam ironicznie, po czym podnoszę się i idę do nich. Nie jestem głodny, ale chcę być blisko. Z nimi. Z czymś, co znam. Bo wszystko, co dotyczy Evy, staje się dla mnie niepokojąco nieznane. Początek formularza

Rozdział 7
Dół formularza
Eva

Dźwięk dzwoniącego telefonu w naszym nowym pokoju brzmi jak wybawienie. Nie obchodzi mnie, kto dzwoni, ważne, że mogę uciec z salonu bez konieczności tłumaczenia się komukolwiek. Czuję ulgę, kiedy zamykam za sobą drzwi, choć serce wciąż bije szybciej, jakby chciało przypomnieć, że tam, w salonie, coś się wydarzyło.

Wzrok Arona nadal mam przed oczami.

Ten sposób, w jaki na mnie patrzył, jakby chciał coś odczytać z mojej twarzy, jakby przez chwilę zapomniał, kim jestem.

Jego spojrzenie sprawiło, że po plecach przeszły mi ciarki, a w żołądku pojawiło się dziwne ukłucie, coś między lękiem a czymś, czego nie potrafię nazwać.

Nie wiem, dlaczego tak na mnie patrzył. Może po prostu dawno nie widział kogoś tak zwyczajnego jak ja.

Jego przyjaciółki są uosobieniem wszystkiego, czym ja już dawno przestałam być, młodości, pewności siebie, zmysłowości.

Viper wyglądała, jakby dopiero co zeszła z wybiegu u Armaniego, a Silly, jak grecka bogini, której nawet przypadkowy ruch biodra jest obietnicą grzechu.

A ja?

Od roku nie byłam u fryzjera, paznokcie przypominają o wszystkich obowiązkach, które zawsze stawiam ponad sobą, a moja sukienka — prosta, czarna, o rozmiar za duża, to raczej zbroja wygody niż wybór kobiety, która chce się podobać. Noszę ją, bo nie uciska, bo ukrywa to, czego nie chcę widzieć.

Przy nich wyglądałam jak cień. Jak ktoś, kto przypadkiem wpadł w nieswój świat.

Wydawało mi się, że z moim wyglądem wszystko jest w porządku, dopóki Viper nie rzuciła tego jednego, niewinnego komentarza o paznokciach.

Boże. Wypadłam fatalnie.

Nigdy nie miałam możliwości, by pozwolić sobie na luksusy. Całe życie skupiałam się na tym, by po prostu przetrwać, by żyć tu i teraz, bez marzeń o czymś więcej. Los nie dał mi przestrzeni na szaleństwa z fryzurą, ubraniami czy makijażem, które mogłyby wyrażać to, kim naprawdę jestem.

Dopiero teraz, patrząc na Viper i Silly, zobaczyłam, jak wielka przepaść nas dzieli. Ich styl, pewność siebie, sposób, w jaki poruszają się po świecie, wszystko w nich błyszczy.

A ja, przy nich, wyglądam jak cień. Zbyt zwyczajna, zbyt przygaszona, jak ktoś, kto nie przystaje do tego świata.

I chyba właśnie dlatego Aron tak na mnie patrzył. Z lekkim zakłopotaniem, może nawet z odrobiną współczucia. Pewnie czuł dyskomfort, widząc mnie obok swoich przyjaciół, tak różnych ode mnie. Nie mogę mieć mu tego za złe.

W końcu ja też czułabym się niezręcznie, gdybym miała przedstawiać komuś rodzinę, która tak wyraźnie odstaje od reszty.

Przez chwilę stoję na środku nowego pokoju, z uczuciem, że myśli w mojej głowie wirują jak wściekłe osy. Telefon nie przestaje dzwonić, jego dźwięk odbija się od ścian i rozlewa po całej przestrzeni. W końcu biorę go do ręki, to Pam.

Moja przyjaciółka, która przeżywa moją przeprowadzkę do Arona znacznie bardziej niż ja sama.

Pam jest ode mnie sporo młodsza. Uwielbia muzyków, aktorów i wszystkich, których świat nazywa celebrytami. Wie o nich absolutnie wszystko. Każdy jej poranek zaczyna się od przeglądu portali plotkarskich, a losy gwiazd przeżywa tak, jakby dotyczyły jej najbliższych.

Kiedy dowiedziała się, że Aron jest bratem Matta, przez miesiąc nie dawała mi spokoju. Najpierw błagała, żebym go przedstawiła, a kiedy uświadomiłam jej, że ledwie go znam, zaczęła nalegać, żebym chociaż zdobyła od teściowej zdjęcie z autografem.

Matt był wtedy wściekły, uważał, że to żenujące.

A gdy wczoraj powiedziałam jej, że przez najbliższe miesiące będziemy mieszkać w apartamencie Arona, Pam dosłownie oszalała. Nie byłam w stanie jej uspokoić, ekscytacja kipiała z niej jak z otwartego szampana.

Muszę jednak przyznać, że dzięki Pam wiem znacznie więcej o najbliższym krewnym mojego męża, niż kiedykolwiek dowiedziałabym się sama. To ona zawsze jako pierwsza informuje mnie, gdy w sieci pojawia się nowy artykuł o Aronie.

Na początku myślała, że będę potwierdzać sensacyjne wiadomości, które czytała, ale szybko zorientowała się, że naprawdę nie wiem o nim nic. Od tamtej pory traktuje mnie jak swoją osobistą linię do świata show-biznesu, z tą różnicą, że to ona przekazuje mi informacje, a nie odwrotnie.

W prasie brukowej Aron pojawia się często. Dziennikarze śledzą każdy jego ruch, a jeśli tylko pokaże się w towarzystwie kobiety, mają pożywkę na cały tydzień. Plotki, spekulacje, domysły. Jego życie jest dla nich niekończącą się telenowelą, w której każda scena musi być bardziej dramatyczna od poprzedniej.

A życie gwiazdora zawsze przyciąga najpiękniejsze kobiety. W jego otoczeniu nieustannie przewijają się nowe twarze, nowe ciała, nowe fascynacje. Czasem zastanawiam się, czy to go nie męczy. Przy takim tempie nie ma szans, by naprawdę kogoś poznać, wejść głębiej, zobaczyć, co kryje się pod powierzchnią. To ciągła rotacja ludzi, relacje krótkie, intensywne, ale puste.

Pam, gdy wypije zbyt dużo wina, zaczyna fantazjować o tym, jak to by było znaleźć się w łóżku z Aronem. Zawsze wtedy powtarzam, że nie chcę słuchać, jak snuje swoje domysły o tym, jakiego mój szwagier ma penisa i jak szybko potrafi doprowadzić kobietę do orgazmu.

Nie wiem, po co to robi. Nie rozumie, że im więcej myśli o jego ciele, tym trudniej będzie jej znaleźć kogoś prawdziwego. Żaden mężczyzna nie dorówna jej platonicznym kochankom, stworzonym z fantazji i wyidealizowanych obrazów.

Pewnie właśnie dlatego teraz dzwoni, żeby wypytać o pierwsze wrażenia.

Tylko co ja mam jej powiedzieć? Nie mogę zdradzić prawdy, bo z miejsca pochwaliłaby się koleżankom z fanklubu, w którym dorosłe kobiety z dziecięcą ekscytacją rozmawiają o niedostępnych idolach. Spotykają się, planują wyjazdy, śledzą każdy krok ludzi, którzy nawet nie wiedzą o ich istnieniu.

Lubię Pam. Jest lojalna, szczera, czasem wręcz rozczulająca w swojej naiwności. Ale różnimy się jak dzień i noc. Ona żyje cudzym życiem, bo we własnym zbyt często czuje się samotna.

Przesuwam palcem po ekranie uporczywie dzwoniącego telefonu. Nie zdążam nic powiedzieć, bo w słuchawce natychmiast rozlega się głos Pam.

— Dlaczego nie dajesz znaku życia?! — niemal krzyczy. — Czekam i czekam, aż zadzwonisz!

— Hej, powinnaś znaleźć sobie jakieś normalne hobby — kwituję z westchnieniem. Jej fascynacja zawsze mnie zadziwia. Gdyby jeszcze chodziło o jedną czy dwie osoby, które naprawdę podziwia za talent, zrozumiałabym. Ale ona żyje życiem całej plejady obcych ludzi, jakby od tego zależało jej własne.

— Nie prawi mi morałów, tylko powiedz, jaki on jest! — wyrzuca z siebie w podnieceniu. — Wysoki? Umięśniony? Seksowny? Jak pachnie? — pytania spadają lawiną, nie dając mi szansy na odpowiedź. — Na pewno pachnie obłędnie!

— Nie wąchałam go — odpowiadam spokojnie, chcąc zakończyć temat, choć w głowie natychmiast przywołuję zapach Old Spice, którym był przesiąknięty, gdy nas witał przy windzie. Nie powiem jej jednak tego, nigdy by mi nie dała spokoju.

— Ja bym się nie powstrzymała — wzdycha rozmarzona. — Jestem pewna, że używa jakichś ultradrogich perfum… — mruczy, a ja przewracam oczami, mimo że nie może tego zobaczyć. — Jaki macie pokój? Włącz kamerkę, pokaż mi!

— Nie, Pam, nie mogę — mówię stanowczo. Wiem, że będzie rozczarowana, ale nie zamierzam zamieniać Arona w atrakcję turystyczną. Zresztą, prawdę mówiąc, nie chcę, by wiedziała o nim więcej, niż pokazują kolorowe media. — Jestem jego gościem — tłumaczę spokojnie. — Nie byłby zachwycony, gdyby część jego domu trafiła do sieci.

Słyszę, że chce coś odpowiedzieć, więc uprzedzam ją tonem, którego zwykle używam, gdy próbuję ją sprowadzić na ziemię.

— Znasz siebie. Wiem, że wysłałabyś zdjęcia dalej. To silniejsze od ciebie.

— Ech, wiem… — jęczy z zawodu, ale nie zaprzecza.

— Musisz mi uwierzyć na słowo, że jest luksusowo — dodaję pojednawczo, a po chwili postanawiam dać jej coś na pocieszenie. — Za to poznałam jego przyjaciół.

— Już?! Kogo?! — pyta natychmiast, w głosie mieszanina zazdrości i ekscytacji.

— Viper, Silly, Micro i Loko — wymieniam, a Pam aż piszczy do słuchawki.

— Nie wierzę! Masz takie szczęście! — wzdycha z zachwytem. — Viper to najlepsza stylistka w branży, geniusz! Zaczynała na YouTubie, zanim skończyła osiemnaście lat. Teraz pracuje z największymi. Aron bez niej nie wychodzi z domu!

— Spodobał się jej mój naszyjnik. Ten, który znalazłaś na pchlim targu — wspominam, wiedząc, że tym ją zachwycę.

— Nie żartuj! — wrzeszczy z entuzjazmem. — Viper go doceniła? Dziewczyny padną, jak im to powiem! A wiesz, że Viper i Micro są razem? — dodaje z zadowoleniem, jakby testowała mnie z wiedzy o świecie celebrytów. — Bardzo wybuchowa para, podobno potrafią się kłócić jak lwy!

Na wspomnienie ich wymiany zdań o udawanym orgazmie uśmiecham się pod nosem, żałując, że nie mogę jej tego opowiedzieć. Pam by oszalała z zachwytu. — Micro i Loko grają z Aronem od początku — kontynuuje. — A Silly śpiewa w jego chórkach. Piękna kobieta i genialny głos.

— Tak, ma wspaniałą figurę i twarz anioła — przyznaję, przywołując obraz Silly w tej jej obcisłej sukience.

— Aron ma w teamie jeszcze Mambę, Gem i Tiny’ego — wylicza dalej, a ja po raz pierwszy zaczynam się zastanawiać, kiedy ich wszystkich poznam.

— Dziś ich nie było — mówię. — Ale Viper chce, żebym Mamba zrobiła mi manicure.

— Eva, ty naprawdę nie masz pojęcia, jakie masz szczęście! — wzdycha z zachwytem. — To ludzie, o których świat będzie jeszcze długo mówił.

— Może — odpowiadam ostrożnie. — Ale na razie po prostu wydają się w porządku.

Słyszę, jak Pam syczy z frustracji, że nie podzielam jej entuzjazmu. Nie rozumie, że dla mnie to nie jest przygoda z plotkarskich magazynów. Dla mnie to codzienność, w której próbuję nie zgubić siebie.

— Możesz mi przynieść coś, co należy do Arona? — pyta nagle, a ja czuję, jak natychmiast podnosi mi się ciśnienie.

— Kompletnie oszalałaś — kwituję ostro. — Po co ci jego rzeczy? — pytam odruchowo, ale zaraz dodaję z rezygnacją: — Właściwie, nie odpowiadaj. Wolę nie wiedzieć, do jakiego stopnia potrafisz być szalona. — Po drugiej stronie słuchawki słyszę jej perlisty śmiech. — Przerabiałyśmy to już setki razy — przypominam jej tonem pełnym cierpliwości, której właśnie zaczyna mi brakować. — Dla mnie on jest bratem mojego męża, Pam. Nie gwiazdą, nie celebrytą, tylko częścią rodziny.

Nie mówię jej, jak bardzo się denerwowałam przed dzisiejszym spotkaniem z Aronem. Nie przyznam się, że i we mnie pojawiły się emocje, które trudno mi było opanować. Pam nie może o tym wiedzieć, nie zrozumiałaby, że czasem najbardziej niepokojące są uczucia, których nie planujemy mieć.

— A no właśnie! Jak się Matt czuje w nowym miejscu? — pyta z przekąsem. Zna doskonale stosunek mojego męża do brata, więc w jej głosie słyszę więcej ciekawości niż troski.

— Wywołał awanturę o nic i sobie poszedł — odpowiadam zrezygnowanym tonem. Mam nadzieję, że każdy nasz dzień tutaj nie będzie wyglądał w ten sposób.

— Nie przejmuj się — mówi spokojniej. — Musi się tylko oswoić z myślą, że mieszka pod dachem młodszego brata. To dla niego cios w ego, nic więcej.

Nagle słyszę ciche pukanie do drzwi. I od razu wiem, że to nie Matt, on nigdy nie zawraca sobie głowy takimi grzecznościami.

— Pam, muszę kończyć. Ktoś puka — informuję ją.

— Jeśli to Aron, zostaw mnie na linii! Chcę usłyszeć jego głos! — woła podekscytowana, ale ja przewracam oczami i kończę rozmowę, zanim zdąży dodać coś jeszcze. Nie zamierzam dawać jej takiej satysfakcji.

— Proszę — mówię głośno.

W drzwiach, zgodnie z przeczuciem, stoi Aron. Czuję, jak całe moje ciało napina się na jego widok, jakby zareagowało szybciej, niż zdążyłam pomyśleć.

— Wszystko w porządku? — pyta, nie wchodząc dalej do środka.

— Tak, oczywiście. Koleżanka dzwoniła, chciała się dowiedzieć, jak się urządziliśmy — odpowiadam, próbując brzmieć swobodnie.

— Świetnie — rzuca, a jego wzrok przez moment zatrzymuje się na mnie. Patrzy uważnie, z lekkim półuśmiechem. Przełykam ślinę. — Viper cię nie uraziła? — dodaje, a ja marszczę brwi. Czy naprawdę mogłam wyglądać na obrażoną?

— Nie, skądże — zapewniam spokojnie.

— To dobrze — mówi, zbliżając się o krok. — Viper jest świetna, ale ma cięty język. Czasem mówi, zanim pomyśli. Potrafi być impulsywna.

— Nie, naprawdę nie uraziła mnie. Twoi przyjaciele są… zabawni — odpowiadam, uśmiechając się delikatnie. Aron odwzajemnia ten uśmiech, a przez chwilę patrzy na mnie tak intensywnie, że czuję, jakby jego spojrzenie przenikało mnie na wskroś.

— Matt się odezwał? — pyta po chwili. Wiem, że to tylko gest grzeczności, ale doceniam go.

— Nie. Pewnie poszedł do swojego ulubionego pubu — tłumaczę. Aron kiwa głową, jakby to było dla niego oczywiste. Już ma odejść, kiedy zatrzymuję go. — Aron… — wypowiadam jego imię, a on natychmiast odwraca się do mnie z zaciekawieniem. — Postaram się, żeby taka sytuacja jak przy kolacji więcej się nie powtórzyła — dodaję cicho.

— Nic złego nie zrobiłaś — odpowiada. — Nie bierz na siebie odpowiedzialności za jego zachowanie.

Wiem, że ma rację, ale od dawna czuję, że muszę tłumaczyć Matta przed innymi, żeby ludzie nas nie skreślili.

— Nie chcę, żebyś żałował, że nam pomogłeś — mówię z autentyczną szczerością. — Matt wie, że bez ciebie byłoby nam trudno, choć nigdy tego nie przyzna, nawet sam przed sobą.

Nie wiem, dlaczego, ale te słowa sprawiają, że Aron wchodzi do pokoju. Zbliża się powoli, jego obecność wypełnia przestrzeń. Serce zaczyna mi bić szybciej.

— Zdradzę ci sekret — mówi cicho, niemal szeptem. Czuję jego ciepły oddech na skórze, tak blisko, że powietrze gęstnieje między nami. Staram się nie zdradzić drżenia głosu.

— Mój brat to idiota. I wiem o tym od dawna — mówi z uśmiechem, który wywołuje u mnie niekontrolowaną reakcję, uśmiecham się również, z lekkim zawstydzeniem.

— Ale wiesz co? — dodaje po chwili. — Dzięki tej sytuacji my przynajmniej lepiej się poznamy.

Kiedy odwraca się i rusza w stronę drzwi, czuję, jak policzki zaczynają mi płonąć.

Idiotka. Zachowuję się jak nastolatka.

— Zapewne będziemy mieli okazję — mówię, starając się, by mój głos zabrzmiał spokojnie.

— Liczę na to — odpowiada, a potem dodaje z lekkim uśmiechem: — Odpoczywaj, Evo.

Zatrzymuję się w miejscu, gdy zamykają się za nim drzwi. Te dwa ostatnie słowa odbijają mi się echem w głowie jeszcze długo później. W tym, jak wypowiada moje imię, jest coś zadziornego i miękkiego jednocześnie. Brzmi jak obietnica.

Dlaczego czuję, że chcę sprawdzić, co się pod nią kryje?

Dlaczego mam wrażenie, że coś we mnie się obudziło, coś, co powinno spać?

Od ośmiu lat jestem żoną Matta. Aron przez cały ten czas był gdzieś w tle, daleki, obojętny. Więc dlaczego teraz po cichu liczę, że będzie inaczej?

Nie rozumiem siebie. Może po prostu brakuje mi czyjejś uwagi. Miłego słowa. Uśmiechu.

Może jestem tak spragniona ciepła, że nawet w jego zwykłej uprzejmości doszukuję się czegoś więcej. Muszę nad sobą zapanować. Aron to młody, atrakcyjny, znany mężczyzna.

A ja nie mogę stać się jedną z tych kobiet, które łudzą się, że ich zauważy.

Nie mogę być jak Pam.

Nawet jeśli właśnie teraz czuję coś, czego nie czułam od bardzo dawna, przyjemne, niepokojące mrowienie w żołądku, które przypomina, że wciąż jestem kobietą.

Rozdział 8
Aron

Nie mogę zasnąć. Myśli o Evie powracają uparcie, jakby nie chciały dać mi spokoju. Słowa moich przyjaciół wciąż dźwięczą mi w głowie — „Mógłbyś sprawić, że stałaby się rasową kotką”. Ten komentarz odbija się echem, wciągając mnie w mroczne zakamarki wyobraźni, w które nie powinienem się zapuszczać.

Widzę przed oczami jej uśmiech, ciepły, szczery, trochę nieśmiały. Jej oczy, gdy się śmiała, błyszczały w sposób, który trudno mi zapomnieć. Widziałem ją dziś tylko przez chwilę, a mimo to zdążyła rozbudzić coś we mnie. Zastanawiam się, jak potoczy się nasza relacja w najbliższych dniach. Mam nadzieję, że poczuje się swobodnie. Chciałbym poznać ją naprawdę, taką, jaka jest, gdy nikt nie patrzy. Bez dystansu, bez roli żony mojego brata.

Nie potrafię przestać myśleć o tym, jak wygląda ich codzienność. Eva wydaje się jego zupełnym przeciwieństwem, łagodna, cierpliwa, spokojna. Matt zawsze był impulsywny, wiecznie poirytowany, jakby cały świat robił coś wbrew niemu. A ona, jakby potrafiła tę burzę łagodzić. Podczas kolacji widać było, że zna go aż za dobrze, że nauczyła się nie reagować. I w tym właśnie było coś smutnego.

Myślę o nich razem. O tym, jak wyglądają, kiedy zostają sami. Czy on w ogóle potrafi być czuły? Czy potrafi ją dotknąć tak, żeby poczuła, że jest kochana? Nie sądzę. Nie widzę w nim czułości. Raczej złość, frustrację, potrzebę kontroli.

Nie mają dzieci. To mnie zastanawia. Eva mówiła o swojej pracy z dziećmi z taką pasją, że trudno mi uwierzyć, by nie chciała mieć własnych. Czy to ich wspólna decyzja, czy może on nie chciał? Albo, gorzej, ona nie może? Mama tyle razy wspominała, że chciałaby zostać babcią, że marzy o tym, by dom znów wypełnił dziecięcy śmiech. A żaden z nas nie spełnił tego pragnienia.

Kiedy wrócił dziś wieczorem, widziałem go przelotnie, był pijany. Przeszedł obok mnie, nawet nie zauważając. I wtedy zaczęła się we mnie rodzić myśl, której nie potrafię się pozbyć. Jak zachowuje się wobec niej, gdy wraca w takim stanie?

Wiem po sobie, że po alkoholu staję się inny. Bardziej natarczywy, bardziej prymitywny. Czasem wypełnia mnie czysta, nieokiełznana potrzeba seksu.

Czy on też tak ma?

I jeśli tak, czy Eva wtedy się przed nim cofa, czy po prostu milczy i pozwala mu robić, co chce?

Boże, co mnie to w ogóle obchodzi?!

Nigdy nie zastanawiałem się, jak czują się kobiety, z którymi śpię po kilku drinkach. Nie pytałem, czy im to przeszkadza. Skoro wracały do mnie, skoro się nie wahały, uznawałem, że wszystko jest w porządku.

Ale myśl o Evie działa inaczej. Zastanawia mnie. Intryguje. I cholernie mnie niepokoi to, że chcę wiedzieć więcej.

Dobrze, że jutro mnie tu nie będzie. Viper zaplanowała wyjazd nad morze, trochę odpoczynku, trochę ciszy, chwila wytchnienia od miasta. Teraz ten pomysł wydaje się jeszcze lepszy. W niedzielę pewnie znów spotkam Matta w apartamencie, a jego towarzystwa wolałbym uniknąć. Za to chętnie spędziłbym więcej czasu z Evą. Sam na sam. Bez jego obecności.

Nie mogę zasnąć. Przewracam się z boku na bok, a jej twarz wciąż pojawia się przed oczami.

Jej uśmiech. Jej głos.

Sposób, w jaki patrzyła na mnie z lekkim zakłopotaniem, jakby chciała coś powiedzieć, ale powstrzymała się w ostatniej chwili.

Nie rozumiem, co się ze mną dzieje. To przecież żona mojego brata.

A jednak myśl o niej rozgrzewa mnie od środka, pulsuje gdzieś pod skórą, jakby ciało wymknęło się spod kontroli.

Muszę sobie ulżyć, bo z tymi emocjami, które czuję, nie zasnę.

Śpię na nago, więc bez wahania moja ręka zaciska się na penisie i zaczynam poruszać nią w górę i w dół. Przyjemne doznania zaczynają napływać.

Zamykam oczy i widzę uśmiechniętą twarz Evy, a podniecenie roślinie.

Cholera!

Moje pożądanie się nasila, dlatego poruszam ręką coraz szybciej.

Przyjemne uczucie przepływa po moim ciele. Myślę o niej. A po chwili, szybciej niż sądziłem dochodzę, czując jak sperma spływa mi po ręce.

Cholera!

Syczę zirytowany sam na siebie! Właśnie zrobiłem sobie dobrze do wizerunku szwagierki.

„Zachowuję się jak nastolatek”, myślę z przekąsem.

Jeśli już pierwszego dnia tak na mnie działa, to co będzie dalej?

Rozdział 9
Eva

Jak dobrze, że nadszedł poniedziałek. Wreszcie mogę wrócić do znajomego rytmu i przestrzeni. Przedszkole jest dla mnie jak bezpieczna przystań, miejsce, w którym czuję się spokojnie i swobodnie, bez obaw, napięcia i nieprzewidywalnych emocji, które ostatnio nieustannie towarzyszyły mi w domu. W pracy mogę odetchnąć pełną piersią.

A weekend był trudny.

W sobotę Matt wrócił późno i w stanie, którego najbardziej się obawiałam, pijany. Nie udało mi się z nim porozmawiać o jego wybuchu przy kolacji. Cieszyłam się, że w pokoju mamy dodatkową sofę, na której mogłam się przespać. Mimo dużego, wygodnego łóżka nie potrafiłam zasnąć obok męża, który przesiąkł zapachem alkoholu.

Niedziela również nie przyniosła ukojenia. Matt większość dnia przespał albo spędził, wpatrując się w ekran telewizora. Ani razu nie wyszedł z pokoju. Jedyne, co robił, to czekał na posiłki, które mu przynosiłam. Tłumaczył, że źle się czuje, ale wiedziałam, że unika spotkania z Aronen.

Ja z kolei z ulgą wychodziłam z naszej części apartamentu. Jego posępna, skacowana obecność tylko mnie przytłaczała. Dlatego spędziłam dzień na tarasie, czytając, przygotowując się do tygodnia zajęć z dziećmi i chłonąc ciszę, która tam panowała. Może trochę zbyt przytłaczającą, ale pozwalającą w końcu złapać oddech.

Aron się nie pojawił. Nie wiedziałam, gdzie jest, ale zaczęłam podejrzewać, że również woli unikać spotkania z Mattem.

Za to Pam dzwoniła i pisała kilkakrotnie, jak zwykle przejęta wszystkim bardziej niż ja sama. Ignorowałam jej coraz bardziej dociekliwe pytania o Arona, te, które balansowały już na granicy intymności. Miałam jednak przeczucie, że dziś w pracy nie uniknę rozmowy z nią na jego temat. Znam ją aż za dobrze. Będzie chciała, żebym jeszcze raz opowiedziała o sobotniej kolacji i o przeprowadzce. I zapewne będzie liczyć, że mimochodem zdradzę coś więcej.

Stoję w kuchni, z kubkiem gorącej kawy w dłoni, przeglądając ceny dywanów i zestawów wypoczynkowych. Zmiany w naszym mieszkaniu są nieuniknione, jeszcze nie wiem dokładnie, ile rzeczy trzeba będzie wymienić, ale spodziewam się, że lista będzie długa. Może to nawet dobra okazja, by odświeżyć przestrzeń; niektóre meble już od dawna błagały o wymianę.

Z rozmyślań wyrywa mnie dźwięk windy. Jest dziewiąta rano, więc spodziewam się tylko jednej osoby — Alby, pomocy domowej Arona. Biorę łyk kawy i wychodzę z kuchni, by ją przywitać. W myślach przygotowuję już krótkie wyjaśnienie, gdyby zaskoczyła ją moja obecność.

Drzwi windy rozsuwają się z cichym dźwiękiem.

I wtedy zamieram.

Zamiast Alby, w progu staje Aron.

Wilgotne włosy przylegają do jego czoła, a po szyi i torsie spływają pojedyncze krople wody. Ma na sobie tylko kąpielówki, ciemne i dopasowane, podkreślające każdy centymetr jego ciała. Ręcznik przerzucony przez ramię wygląda bardziej jak ozdoba niż coś, co miałoby zakrywać jego nagość.

Mój wzrok, zupełnie nieposłuszny, sunie w dół, po szerokich ramionach, po klatce piersiowej, po brzuchu, którego mięśnie układają się w idealny rytm. Krople wody ślizgają się po jego skórze, zatrzymując się na linii bioder.

Czuję, jak moje ciało reaguje szybciej, niż jestem w stanie zapanować nad myślami. Serce przyspiesza, a dłonie mimowolnie zaciskają się na kubku, jakby miały w sobie zbyt dużo napięcia, by je utrzymać.

To widok, którego się nie spodziewałam. I może właśnie dlatego jest tak oszałamiający.

Aron wygląda, jakby wyszedł prosto z jakiegoś snu. Nierealny, zbyt doskonały, by naprawdę stał tu, przede mną.

Na moment zapominam, po co wyszłam z kuchni.

Po prostu stoję, zaskoczona i oczarowana.

— Cześć, nie wiedziałem, że ktoś jeszcze jest w domu — mówi Aron, wyrywając mnie z hipnotycznego zapatrzenia. Z lekkim żalem odrywam wzrok od jego ciała, które jeszcze przed chwilą pochłaniało całe moje skupienie.

— Hej, mam do pracy dopiero na dziesiątą — wyjaśniam, próbując brzmieć swobodnie, choć moje spojrzenie znów nieposłusznie ucieka ku jego kąpielówkom. Dopiero teraz dostrzegam zarys jego penisa, który nie pozostawia zbyt wiele wyobraźni. Oblizuję wargi, zupełnie odruchowo, zanim dociera do mnie, co właśnie zrobiłam. Policzkami uderza fala gorąca. Odwracam się w stronę kuchni, licząc, że kawa pomoże mi odzyskać równowagę.

Słyszę jednak jego kroki za sobą. Serce przyspiesza. Czy idzie za mną, bo czegoś potrzebuje, czy po prostu chce być blisko?

— Myślałam, że to Alba — mówię, by przerwać ciszę, która zaczyna drgać napięciem. — Chciałam się przywitać.

— Alba przychodzi we wtorki i czwartki — odpowiada spokojnie. — I wie, że przez jakiś czas będziecie tu mieszkać.

Kiwam głową, czując, jak jego obecność wypełnia pomieszczenie. Każdy jego ruch wydaje się mieć ciężar, każdy oddech, echo. Otwiera lodówkę, sięga po sok, a ja mimo wszelkich starań śledzę wzrokiem, jak napinają się mięśnie jego ramion i pleców. Gdy odwraca się z pełną szklanką, czuję, że powietrze robi się gęstsze.

— Jak daleko masz do pracy? — pyta, jakby mimochodem, a ja wciąż walczę o spokój.

— Dość daleko, ale mam blisko do metra — odpowiadam, zerkając w dół, na swój kubek, jakby jego porcelanowa powierzchnia mogła mnie przed czymś ochronić.

— Mogę cię podwieźć — proponuje lekko. — Daj mi dziesięć minut.

— To miłe z twojej strony, ale… — waham się, szukając odpowiednich słów. — Twoja popularność mogłaby stanowić pewien problem.

Na jego twarzy pojawia się szeroki, rozbawiony uśmiech.

— Wstydzisz się mnie? — pyta z udawanym oburzeniem, a w jego spojrzeniu błyska przekora.

— Nie o to chodzi — tłumaczę szybko. — Po prostu… koleżanka z pracy jest tobą zafascynowana. Gdyby zobaczyła, że mnie podwozisz, miałabym dzień z głowy.

— Czyli mówiłaby o mnie cały czas? — dopytuje, a jego ton jest figlarny.

— Dokładnie. A ja musiałabym odpowiadać na dziesiątki pytań o to, jaki jesteś i jak wygląda twój dom.

— Fajna ta twoja koleżanka? — pyta z uśmiechem, który wcale nie zwiastuje niewinności.

— Fajna, ale nie w twoim typie — odpowiadam, zaskakująco pewnie.

— A jaki to jest mój typ? — drąży, popijając sok, a ja, zamiast odwrócić wzrok, przez sekundę śledzę ruch jego ust.

— Młoda, wysoka, szczupła. Piękna. Taka, od której trudno oderwać wzrok — wymieniam, ale czuję, jak serce przyspiesza.

Aron unosi brew, a na jego ustach pojawia się uśmiech z nutą drwiny.

— A twoja koleżanka jest stara, niska, gruba i łysa?

Parskam śmiechem.

— Nie, jest po prostu zwyczajna.

— Bycie zwyczajnym to zaleta — mówi cicho, zbliżając się. Jego głos jest niższy, lekko zachrypnięty. — Ważne, żeby nie była nudna.

Ciepło jego ciała dociera do mnie zanim jeszcze poczuję zapach, świeży, czysty, lekko cytrusowy. Wstrzymuję oddech, kiedy jego ramię muskaniem dotyka mojego.

— Nuda nie jest — odpowiadam, próbując brzmieć obojętnie, choć dłonie mam spięte, a tętno wali jak szalone. — Ale rozmowa z nią mogłaby się skończyć tylko na jednym temacie: na tobie.

— To mój ulubiony — przyznaje rozbawiony.

— Po drugie — mówię odruchowo, zanim zdążę się powstrzymać — nie mógłbyś jej „zaliczyć” bez globalnych konsekwencji.

Aron ponownie unosi brwi, a jego śmiech rozlewa się po kuchni.

— Nie każdą kobietę chcę zaliczyć.

— Może ty nie, ale każda chce zaliczyć ciebie — wypalam, a słowa same wyskakują z ust, zanim zdążę je zatrzymać.

Cisza, która zapada, jest elektryczna. Jego spojrzenie wbija się we mnie, intensywne, ciężkie, nieodczytywalne.

— Dobrze wiedzieć — mówi w końcu z uśmiechem, który bardziej przypomina obietnicę niż żart.

Odwracam się gwałtownie, by ukryć drżenie rąk i zaczynam myć swój kubek i sięgam po jego szklankę, która odstawił na blat.

— Mamy zmywarkę — przypomina, ale nie słucham.

— Wiem, ale skoro już myję kubek, mogę i szklankę — mówię, próbując ukryć, że mój głos drży. — Muszę się zbierać.

— Pozdrów koleżankę — rzuca za mną, kiedy wychodzę z kuchni.

— Nie ma mowy! — odkrzykuję przez ramię, słysząc jego śmiech, który towarzyszy mi jeszcze długo po tym, jak zamykam za sobą drzwi.

Wchodzę do pokoju i natychmiast opieram się o drzwi, wypuszczając z siebie ciężkie westchnienie ulgi. Przymykam oczy i uderzam dłonią w czoło, jakbym w ten sposób mogła wytrzebić z głowy to, co właśnie zobaczyłam. Ale nie potrafię. Wystarczy, że mrugnę, a znów widzę jego ciało, krople wody spływające po skórze, napięte mięśnie, to perfekcyjne V, które utkwiło mi w pamięci jak obraz, od którego nie sposób się uwolnić.

Czuję, jak gorąco rozlewa się po moim ciele, szczególnie w podbrzuszu.

Boże, to przecież mój szwagier.

Zaciskam powieki, próbując odepchnąć od siebie to uczucie, ten dreszcz, który nie chce minąć. Liczę na to, że z czasem się przyzwyczaję i obecność Arona przestanie na mnie tak działać, że wrócę do swojego spokojnego rytmu. Bo jeśli nie, czekają mnie miesiące wewnętrznych tortur.

Rozdział 10
Aron

Nie sądziłem, że dorosła kobieta potrafi być tak uroczo zakłopotana rozmową pełną dwuznaczności. A jednak Eva ma w sobie coś, co wywołuje we mnie emocje, których dawno nie czułem.

Nie spodziewałem się jej spotkać z rana w kuchni. Gdybym wiedział, że tam będzie, zabrałbym na basen szlafrok, nie dlatego, że wstydzę się swojego ciała, ale by nie stawiać jej w niezręcznej sytuacji. Nie chciałem, żeby się speszyła. A mimo to, jej zaskoczenie, to, jak zamarła na mój widok, obudziło we mnie coś pierwotnego.

Jest rozkoszna, kiedy udaje, że mój wygląd nie robi na niej wrażenia.

Dostrzegłem, jak wzrokiem śledziła każdy mój ruch, próbując zachować spokój, jakby walczyła sama ze sobą, by nie zdradzić zainteresowania. I choć starała się z całych sił, nie potrafiła oderwać wzroku. To napięcie między nami było delikatne, ale wyraźne.

Jej nieśmiałość, ten sposób, w jaki usiłuje zapanować nad własnymi reakcjami, fascynuje mnie. Działa na mnie bardziej, niż powinno.

Zaskakuje mnie, że chcę, by czuła się przy mnie swobodnie, byśmy mogli rozmawiać bez tej bariery, którą buduje między sobą a światem.

Nasza wymiana zdań o jej koleżance była przyjemna. Przez chwilę zapomniała, kim jestem, i rozmawiała ze mną jak z facetem, a nie z kimś z okładek gazet. I właśnie wtedy, przez ten krótki moment, zobaczyłem w niej naturalność, której tak bardzo brakuje w moim świecie.

Myśl o tym, że moglibyśmy mieć więcej takich rozmów, nie daje mi spokoju.

Lubię moje poranki w samotności, ale dziś po raz pierwszy od dawna miałem wrażenie, że czyjaś obecność naprawdę mi nie przeszkadza. I wręcz, chcę, by jutro znów tam była.

Od lat prowadzę życie, które dla większości ludzi jest nieosiągalne, błysk świateł, sceny, podróże, ludzie, którzy zawsze czegoś chcą. Z zewnątrz wygląda to jak spełnienie marzeń, ale czasami mam wrażenie, że straciłem coś istotnego po drodze. Nie potrafię już rozmawiać o zwykłych sprawach, bo nie wiem, czym one właściwie są.

Miałem piętnaście lat, gdy przeszedłem na nauczanie domowe. Szkoła kolidowała z próbami, nagraniami, pierwszymi trasami. Od tamtej pory moje życie zaczęło toczyć się w zupełnie innym rytmie, z dala od codzienności, którą znają inni. Kiedy ktoś mówi o rutynie, o drobnych zmartwieniach, o planach na weekend, czuję się jak obserwator, który próbuje zrozumieć świat, z którego dawno wypadł.

Z biegiem lat nauczyłem się funkcjonować w tej izolacji. Odruchowo stawiam mur, zanim ktokolwiek zdąży się zbliżyć. Może dlatego każda rozmowa z kimś spoza mojego świata jest dla mnie czymś wyjątkowym, jak świeże powietrze po długim czasie w dusznym pomieszczeniu. Chciałbym, żeby Eva to dostrzegła. Żeby zrozumiała, że za tą medialną fasadą kryje się zwyczajny facet, który czasem po prostu chciałby być wysłuchany.

Mama od lat wspomina o trudnościach finansowych Matta. Mówi o nim z troską, jakby wciąż był chłopcem, którym trzeba się opiekować. Chciałem pomóc, spłacić jego kredyt, zapewnić im spokój. Wydawało mi się, że tego ode mnie oczekuje. Ale im dłużej o tym myślałem, tym bardziej czułem, że to nie rozwiąże problemu.

Matt zawsze znajdował wymówki. Łatwiej mu było obarczyć mnie winą za swoje życie, za to, że mam więcej, że nie muszę liczyć każdego grosza. Ale on nigdy nie rozumiał, że za moim sukcesem stoi nie tylko talent, ale też lata pracy, wyrzeczeń i rezygnacji z normalności.

Mówi, że rodzice poświęcali mi więcej uwagi. Może to prawda. Ale ja chciałem coś z tą uwagą zrobić. Miałem pasję, muzykę, która wypełniała każdą chwilę. On wolał bunt. Walczył z nimi, z zasadami, z całym światem. Ja po prostu robiłem swoje.

Być może moje narodziny były dla Matta ciosem. Po trzynastu latach bycia jedynakiem musiał nagle dzielić uwagę rodziców z kimś innym. Ale, do diabła, takie jest życie. Dorastamy, uczymy się, że świat nie kręci się tylko wokół nas. On nigdy tego nie zrozumiał.

Kiedy przestałem być dzieckiem, o które był zazdrosny, stałem się nastoletnią gwiazdą, skupiającą na sobie zachwyty, uwagę, podziw. Moje marzenia zaczęły się spełniać, a jego frustracja tylko rosła.

Wydaje mi się, że przez te wszystkie lata jego największym pragnieniem było jedno: żebym się nigdy nie urodził. Trzydzieści trzy lata później nic się nie zmieniło.

Kiedyś naprawdę chciałem to naprawić, zależało mi, żebyśmy choć trochę się zrozumieli. Dziś… jest mi to obojętne. Mam dobre życie, bo sam na nie zapracowałem. Matt może się wściekać, ile chce, ale nigdy nie zrobiłem mu nic złego.

Jedyną rzeczą, której nie potrafię pojąć, jest Eva.

Co ona w nim widzi? Jakim cudem z nim wytrzymuje? Czy przy niej jest inny, łagodniejszy, bardziej obecny? Czy też nosi w sobie ten sam gniew, który pokazuje całemu światu?

Nie wiem. Ale może właśnie teraz, kiedy mieszkają u mnie, wreszcie się tego dowiem.

Jej stwierdzenie, że każda kobieta chciałaby ze mną uprawiać seks, nie daje mi spokoju.

Czy naprawdę tak myśli? A jeśli tak, czy sama też by tego chciała?

Zastanawiam się, co by zrobiła, gdyby miała jedno magiczne zaklęcie, które pozwoliłoby jej spełnić najskrytszą fantazję bez żadnych konsekwencji.

Czy wtedy wybrałaby mnie? Czy pozwoliłaby, żebym ją dotknął, całował, pieścił tak długo, aż zapomniałaby, kim jestem?

Cholera. Co się ze mną dzieje?

W tej chwili rozlega się dźwięk telefonu. Zerkam na ekran, jest przed dziesiątą, a wibrujące imię Viper. Zaskakuje mnie to tylko przez moment. Po chwili przypominam sobie, że dziś mamy przymiarki do nowej kampanii reklamowej i za godzinę powinienem być na planie.

— Cześć, V! — mówię zaraz po odebraniu. — Pamiętam, będę.

Znam ją zbyt dobrze, by nie wiedzieć, po co dzwoni. Viper to perfekcjonistka w każdym calu, uzależniona od mody i detali. Każdy projekt traktuje jak dzieło sztuki. Uwielbiam jej pasję, ten nieustanny błysk w oczach, kiedy mówi o tkaninach, krojach, o tym, jak „światło musi grać z materiałem”. Gdyby nie ona, pewnie chodziłbym w jeansach i starych koszulkach. Pozwalam jej na wszystko, bo wiem, że dzięki niej mój wizerunek działa, jest autentyczny, ale z klasą.

— Świetnie, nie mogę się doczekać — rzuca z entuzjazmem, po czym jej ton gwałtownie się zmienia. To ten ton, który zwiastuje kłopoty. — Aaa, i uprzedzam cię, jak na planie pojawi się ta zołza Dakota i zacznie znowu gadać swoje mądrości, to się wścieknę.

— V, spokojnie — odpowiadam z rozbawieniem. — Wszyscy wiedzą, że to ty rządzisz, jeśli chodzi o mój wizerunek. Kto ma z tym problem, ten nie pracuje ze mną.

— Wiesz, że cię kocham! — piszczy w słuchawkę, a ja uśmiecham się pod nosem.

— Wiem — odpowiadam tym samym tonem i rozłączam się.

Od dawna obowiązuje prosta zasada: pracując ze mną, bierze się cały mój zespół. Viper, Mamba, Loko, Silly, Micro — jesteśmy pakietem. Na początku niektóre marki próbowały się sprzeciwiać, ale szybko zrozumiały, że z nami się nie negocjuje. A Efekty mówią same za siebie.

Podchodzę do szafy i wybieram ubrania od marki, dla której dziś pracuję, koszulę, spodnie i buty, wszystko z ich najnowszej kolekcji. Płacą mi wystarczająco dobrze, żebym potraktował to poważnie. W końcu uczciwość za uczciwe wynagrodzenie, nawet w świecie, który z uczciwością ma niewiele wspólnego.

Rozdział 11
Eva

Wchodząc na teren szkoły, od razu dostrzegam Pam. Stoi przy furtce i wygląda, jakby czekała właśnie na mnie, co samo w sobie jest zaskoczeniem, bo nigdy tego nie robi.

Domyślam się jednak, że miała nadzieję zobaczyć, czy przywiezie mnie kierowca Arona.

Im bardziej się zbliżam, tym mocniej rośnie moje zdziwienie. Pam ma na sobie kwiecistą sukienkę na grubych ramiączkach, sięgającą tuż za kolana, i buty na obcasie. W jej przypadku to prawdziwa rewolucja. Znam ją od dwóch lat, a jeszcze nigdy nie widziałam jej tak wystrojonej. Na co dzień wybiera wygodne, luźne ubrania i sportowe buty. To zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że pracuje z najmłodszą grupą dzieci. Taki strój to raczej ryzyko niż rozsądny wybór, zwłaszcza że w tej grupie często trzeba się schylać, biegać czy klękać obok maluchów.

Do tego wiem, że Pam nie lubi odsłaniać ramion. Wiele razy mówiła, że uważa je za „zbyt pulchne”, choć dla mnie to kompletna bzdura. Jest krąglejsza, owszem, ma pełniejsze kształty, ale nigdy nie nazwałabym jej puszystą. Po prostu ma silną, kobiecą sylwetkę, której powinna być dumna.

Niestety, ona widzi to inaczej. Często powtarza, że chciałaby wyglądać jak ja, a ja nigdy nie wiem, jak na to reagować. Miło słyszeć komplement, ale jej słowa zawsze podszyte są smutkiem i porównywaniem się, które tylko ją umniejsza. A przecież Pam jest piękna. Tylko tego nie zauważyła.

Zatrzymuję się na chwilę, by dokładnie jej się przyjrzeć. Pam wygląda dziś, jakby postanowiła zrobić coś wbrew sobie, zaryzykować i pokazać światu swoje drugie oblicze. Może to nowa wersja jej samej, odważniejsza, bardziej pewna siebie?

W tej chwili przypomina mi się rozmowa z Aronem o niej. Zastanawiam się, czy kobieta, która nie jest modelką ani medialną gwiazdą, mogłaby w ogóle go zainteresować. Mam nadzieję, że nie należy do tych powierzchownych mężczyzn, dla których liczy się tylko wygląd, choć wiem, że przywykł do określonego standardu.

— Co ty masz na sobie? — pytam z lekkim uśmiechem, gdy wreszcie podchodzę bliżej.

— Co? Zwykłe ubranie — odpowiada, ale jej wzrok natychmiast przemyka za moje plecy.

— Przestań — prycham rozbawiona. — Przyjechałam sama, metrem.

Widzę, jak z jej twarzy znika entuzjazm, więc postanawiam dać jej coś na otarcie łez.

— Aron chciał mnie podwieźć, ale mu zabroniłam.

Na te słowa jej oczy rozszerzają się w zdumieniu.

— Dlaczego?! — pyta z nutą rozczarowania, jakby nie mogła uwierzyć, że ktoś odrzucił taką propozycję.

— Bo właśnie tego się obawiałam — wskazuję na jej elegancki strój. Widzę, jak się krzywi, a w jej oczach pojawia się cień niepewności. — Pam, im szybciej zrozumiesz, że nie zamierzam wprowadzać Arona do mojego życia, tym lepiej dla ciebie. To, że chwilowo z nim mieszkam, nie oznacza, że stał się częścią mojej codzienności. On ma swój świat, ja mam swój. Łączy nas tylko wspólna przestrzeń i nic więcej.

Słowa brzmią rozsądnie, ale w sercu czuję ciche ukłucie. Czy naprawdę wierzę w to, co mówię? Czy rzeczywiście uda mi się oddzielić jego świat od mojego?

— Szkoda — mruczy z westchnieniem, gdy wchodzimy do przedszkola. — Ale w sumie masz rację. Dla niego nasze życie to pewnie nuda. On codziennie ma coś nowego: nowy projekt, nową dziewczynę, nową przygodę. Zazdroszczę ci, że możesz to obserwować. — W jej głosie pobrzmiewa tęsknota i dziecięcy zachwyt.

— Pam, proszę cię, wróć na ziemię — mówię spokojnie, choć czuję, jak narasta we mnie zniecierpliwienie. — Nie marnuj energii na fantazje. My mamy własne sprawy i chociaż nie są tak błyszczące, są prawdziwe. A poza tym, przypominam, że musimy zacząć organizować przedstawienie wiosenne, a na razie żadna z nas nie zrobiła nic.

Wolę sprowadzić rozmowę na realne tory. Chcę, żeby zrozumiała, że nasze życie też ma sens, nawet jeśli nie błyszczy fleszami aparatów.

— Wiem, masz rację — przyznaje z niechęcią, ale jej spojrzenie wciąż zdradza, że myślami jest gdzie indziej. — Ale i tak twoje życie teraz będzie fascynujące.

Uśmiecham się, choć w środku czuję narastające znużenie.

Gdyby tylko wiedziała, jak bardzo nie mam ochoty na to „fascynujące życie”.

— Jasne, zwłaszcza że Matt zachowuje się jak idiota, a ja żyję w ciągłym napięciu — mówię z westchnieniem. W moim głosie pobrzmiewa rozżalenie, którego nie próbuję już ukrywać. Pam podchodzi do mnie bez słowa i obejmuje mnie ramionami.

— Prawdziwe życie jest do bani — stwierdza, a po chwili dodaje z nutą bezradności: — Dlatego zrozum, że Aron to dla mnie ucieczka. Taka mała odskocznia od wszystkiego, co trudne.

Nie odpowiadam od razu. Wiem, że mówi szczerze, choć nadal tego nie rozumiem. Jak ktoś, kogo nigdy się nie spotkało, może być dla dorosłej kobiety formą ukojenia? Jak platoniczny idol może zastąpić prawdziwe emocje i obecność?

— Pani Evo, tak mi przykro. Słyszałam o pożarze kamienicy — przerywa naszą rozmowę dyrektorka przedszkola. Jej ton jest pełen szczerego współczucia. — Chcemy pani pomóc — dodaje zdecydowanie, a zanim zdążę cokolwiek odpowiedzieć, kontynuuje: — Wiem, że nie pytałam o zgodę, ale nasza przedszkolna społeczność jest wyjątkowo solidarna. Zapowiedziałam już zorganizowanie balu charytatywnego. Będzie loteria, wypieki, może nawet mały kiermasz. Dochód z imprezy trafi do pani.

— Pani dyrektor, naprawdę nie trzeba — próbuję zaprotestować, ale przerywa mi ruchem dłoni.

— Proszę dać nam szansę, żebyśmy mogli pokazać, jak bardzo panią cenimy — mówi z ciepłym uśmiechem, który trudno zignorować. — Czy udało się państwu znaleźć mieszkanie tymczasowe? Jeśli nie, moja koleżanka ma wolne piętro w domu, mogłaby je wynająć za symboliczne pieniądze.

— To bardzo miłe z pani strony, ale zatrzymaliśmy się u szwagra — odpowiadam spokojnie. Nie dodaję, kim jest mój szwagier. Dyrektorka tego nie wie, a Pam jest jedyną osobą w pracy, która zna ten szczegół z mojego życia.

— Świetnie — stwierdza z ulgą. — Nie będę pani zamęczać organizacyjnymi sprawami. Do piątku wszystko przygotujemy i jestem pewna, że uda nam się zebrać pokaźną sumę.

— Dziękuję, naprawdę to doceniam — uśmiecham się szczerze, choć w środku czuję lekkie zakłopotanie. Nie lubię, gdy inni starają się mi pomóc, zawsze mam wrażenie, że nie zasługuję.

Pracuję tu od kilku lat i każdego dnia wchodzę do tego budynku z poczuciem spokoju. Lubię to miejsce — ludzi, dzieci, zapach farb plakatowych i świeżo parzonej kawy na zapleczu. Kadra nauczycielska jest zgrana, dyrektorka naprawdę się stara, żeby atmosfera była dobra. Wie, że kiedy nauczyciele są zadowoleni, rodzice to czują, a przedszkole zyskuje opinię, której nie da się kupić.

Kiedy zaczynałam tu pracę, była to niewielka placówka dla okolicznych mieszkańców. Teraz jest tu inaczej, prowadzone są zapisy z wyprzedzeniem, a rekrutacja przypomina konkurs. Każdy, kto tu trafia, szybko rozumie, że lepiej trafić się nie dało.

— Czuję się z tym źle — szepczę do Pam, kiedy zostajemy same. — Jeśli dyrektorka dowie się, że Aron jest bratem Matta, pomyśli, że ją oszukałam. Będzie przekonana, że nam pomaga finansowo, a ja mimo to przyjmuję pieniądze ze zbiórki przedszkolnej.

Pam wzdycha i patrzy na mnie ze współczuciem.

— Po pierwsze, wyjaśnisz jej, jaki Matt ma stosunek do pożyczek od brata — mówi cicho, z przekonaniem. — Po drugie, na razie nie dostaliście od Arona ani grosza. A jeśli kiedyś to się zmieni, mimo niezadowolenia Matta, możesz te pieniądze ze zbiórki przekazać na coś dla przedszkola. Wyjdzie z tego piękny gest, wszyscy będą zadowoleni.

Kiwnęłam głową. To rzeczywiście jakiś plan, choć wciąż czuję się nieswojo, że od początku nie powiedziałam prawdy. Nie lubię tego rodzaju półprawd, nawet jeśli mają dobre intencje.

— Dobrze, idę, dzieciaki już czekają — mówię, starając się brzmieć pogodnie. — Widzimy się na placu zabaw.

Pam przytakuje z uśmiechem, a ja ruszam w stronę Sali. Z każdym krokiem utwierdzam się w przekonaniu, że cokolwiek się wydarzy, muszę działać w zgodzie ze sobą. Inaczej nie będę w stanie spojrzeć ani w oczy dzieciom, ani sobie.

— O czym myślisz? — głos Pam wyrywa mnie z zamyślenia. Od dwudziestu minut spacerujemy z dziećmi po parku. Pogoda jest idealna, ciepła, słoneczna, a powietrze pachnie wiosną.

— O tym, jak Matt się zachowuje i jak to wszystko rozwiązać — odpowiadam, świadomie wybierając bezpieczniejszy temat. Nie mogę jej przecież powiedzieć, że cały dzień myślę o poranku, kiedy zobaczyłam więcej Arona, niż kiedykolwiek sądziłam, że zobaczę. — Od soboty jest jeszcze bardziej marudny niż zwykle. Zachowuje się jak dziecko. Wybucha o wszystko, a Aron jest jego zupełnym przeciwieństwem. Spokój w czystej postaci.

— To było do przewidzenia — wzdycha Pam. — Wiesz, że nie lubię twojego męża — mówi bez ogródek, po raz kolejny. Lubię jej szczerość, bo wiem, że płynie z troski, nie z chęci zranienia. — Matt myśli tylko o sobie. Gdyby choć trochę zależało mu na tobie, postarałby się. Pomyślał, jak cię stawia w niezręcznej sytuacji. Nieważne, że Aron to jego brat, jako gospodarzowi powinien mu się okazać choć minimum szacunku. Ale Matt ma to w dupie — ścisza głos przy ostatnich słowach. — Bo mu się nie chce dostosować do kogokolwiek.

Wiem, że ma rację. Chciałam z nim porozmawiać wczoraj, ale nie dało się. Każda próba kończyła się spięciem. Upór Matta działa na mnie jak mur, o który rozbijam się po raz kolejny.

— Może Aron też nie był zachwycony, że musi was przyjąć — dodaje Pam — ale przynajmniej się stara.

— Tak, jest miły — przyznaję cicho.

— Eva, wybacz, ale gdybym była tobą, poczekałabym, aż skończą remont, i kopnęłabym Matta w tyłek — mówi z determinacją, zerkając na dzieci, żeby żadne nie słyszało. — Może nie jestem ekspertką od związków, ale wiem jedno: lepiej być samą niż z kimś, kto cię niszczy.

— On nie zawsze taki był — zaczynam, ale Pam przerywa mi bez wahania.

— Ale taki się stał. I pytanie brzmi: co on ma w sobie, że wciąż z nim jesteś? — mówi, patrząc mi prosto w oczy. — Jesteś piękna, mądra i dobra. Czy on w ogóle docenia, co dla niego robisz? Dziękuje ci za obiady, za to, że się starasz? — pytania spadają na mnie jak kamienie. Nie odpowiadam, bo nie mam co powiedzieć. Odkąd pamiętam, nie usłyszałam od Matta nic ciepłego.

— Lepiej byłoby ci samej — kontynuuje Pam z przekonaniem. — On nie daje ci nic. Nawet w łóżku — dodaje półgłosem, z tym swoim rozbrajającym brakiem filtra. — On się już nawet nie nadaje na żywego wibratora. — Wybucham śmiechem mimo siebie. — Śmiej się, śmiej, ale powiedz mi, kiedy ostatnio się z nim bzykałaś? — pyta szeptem, a ja próbuję sobie przypomnieć. Po chwili w mojej głowie pojawia się obraz Arona w kąpielówkach i czuję, jak robi mi się gorąco.

— Dawno — przyznaję w końcu.

— No właśnie! — triumfuje Pam. — Spędzasz większość czasu sama, weekendy masz do kitu, nie uprawiasz seksu i jeszcze znosisz jego humory. Eva, to nie jest życie. On cię wysysa, nie daje nic w zamian.

— To nie takie proste — odpowiadam, spuszczając wzrok. — Mamy kredyt, wspólne mieszkanie…

— Nie wkurzaj mnie — warczy. — Jakbyś chciała, prawnicy by to ogarnęli. A przynajmniej nie macie dzieci, to ułatwia wszystko. — Wzdycham ciężko. Ma rację, choć trudno mi się do tego przyznać. — No właśnie, dzieci — mówi dalej Pam. — Ty je kochasz, on ich nie znosi. Tak jak wszystkiego, co nie jest nim samym.

— Proszę pani, bo Brian powiedział, że jestem głupia — przerywa nam mała blondyneczka, ciągnąc mnie za rękę.

— O rany, to na pewno nieprawda. Chodź, wyjaśnimy to — mówię, wstając.

Po krótkiej rozmowie z Brianem udaje się załagodzić sytuację, a chwilę później dzieci bawią się znowu razem, jakby nic się nie stało.

Patrzę na nich z uśmiechem. Są tacy niewinni, tacy prostolinijni. Zazdroszczę im tej łatwości przebaczania. Gdyby w dorosłym życiu było tak prosto, wszystko wyglądałoby inaczej.

Matt tak bardzo się zmienił. Wciąż mam nadzieję, że gdzieś w nim jest ten człowiek, którego kiedyś pokochałam, ale coraz trudniej mi w to wierzyć. Boję się rozmów z nim. Boję się jego słów, tonu, spojrzenia.

Wiem, że zachowuję się jak struś chowający głowę w piasek, ale czuję, że tak dłużej się nie da. Nie wiem, jak go zmienić ani jak zmienić swoje życie. Potrzebuję bodźca, iskry, czegokolwiek, co pozwoli mi uwierzyć, że mogę żyć inaczej.

Rozdział 12
Aron

— Aro, jesteś dziś rozkojarzony — głos Marka wyrywa mnie z myśli. Znam go od lat, bo od dawna jestem twarzą tej marki. — Wydajesz się nieobecny. Nie słuchasz poleceń, to do ciebie niepodobne.

Mark Swenson to jeden z najlepszych fotografów modowych w kraju. Ma niesamowite wyczucie chwili, potrafi zamienić zwykłe ujęcie w obraz, który zostaje w pamięci.

— Wybacz, Mark — mówię z lekkim zawstydzeniem. — Przenoszę na plan prywatne emocje. Wiem, że to nieprofesjonalne.

— Potrzebujesz pięciu minut? — pyta.

Kiwam głową.

Schodzę z planu i opadam na kanapę. Napięcie wciąż krąży pod skórą. Po chwili obok mnie pojawia się Viper, jak zawsze czujna na każdy niuans mojego nastroju.

— Co się dzieje? — pyta, unosząc brwi.

— Nie wiem — warczę, przecierając dłonią twarz. — Rano spotkałem Evę w kuchni. Kurwa! — syczę, nie mogąc się powstrzymać.

Viper uśmiecha się pod nosem, jakby już wiedziała wszystko.

— Jest u ciebie trzy dni i już cię rozbroiła. Ciekawe — mówi z rozbawieniem.

— Właśnie. — Oparłem łokcie o kolana. — Spotykam mnóstwo kobiet. Każdej z tych tu — wskazuję brodą w stronę kilku modelek na planie — mógłbym zaproponować szybki numerek w garderobie, i żadna by mi nie odmówiła. Ale nie chcę. Bo w głowie mam żonę mojego chujowego brata.

— Może to chwilowe — stwierdza Viper. — Wprowadziła się do ciebie kobieta inna niż wszystkie, a do tego zakazana. Zakazany owoc, Aro. Klasyka.

— Wiem, że nie mogę jej mieć! — podnoszę głos, czując, że wymyka mi się spod kontroli.

— Nooo… — przeciąga z uśmiechem. — Ale mógłbyś. Gdybyś chciał, potrafiłbyś ją uwieść. Tylko że to zniszczyłoby rodzinne więzi.

— Nie mam z bratem żadnych więzi — odpowiadam sucho, jakby to mogło mnie usprawiedliwić.

Viper parska śmiechem.

— W takim razie dowiedz się, czy ona w ogóle chciałaby się pobawić. Niezobowiązujący seks jeszcze nikomu nie zaszkodził.

— Z nią to nie przejdzie — mówię, patrząc na nią poważnie. — Ty i Micro możecie pozwolić sobie na swobodę. Jesteście w otwartym związku, żyjecie według własnych zasad. Ale Eva? Nie. Dla niej świat jest inny.

— Może właśnie dlatego cię przyciąga — zauważa, patrząc na mnie z przekąsem. — Bo jest inna. Bo nie masz do niej dostępu.

— Eva nie jest jak my — mówię spokojnie. — My przyzwyczailiśmy się do spełniania zachcianek. Nie ograniczamy się. Żyjemy w świecie, w którym każda fantazja jest do zrealizowania. Seks, eksperymenty, nowe twarze, wszystko dostępne na wyciągnięcie ręki. I może właśnie dlatego to mnie już nie kręci.

Viper przez chwilę milczy, wpatrując się we mnie z uważnym spojrzeniem.

— Pierwszy raz od dawna chcesz czegoś, czego nie możesz mieć — mówi w końcu.

Patrzę na nią w milczeniu. Wiem, że ma rację. I to mnie najbardziej przeraża.

— Dziś rano miała problem, żeby spojrzeć na mnie, kiedy wyszedłem z basenu — mówię z lekkim, rozbawionym uśmiechem.

— Wyszedłeś z basenu? — Viper unosi brew. — W jakim stroju?

— W kąpielówkach od Armaniego — odpowiadam. Sam ton mojego głosu zdradza, że dobrze pamiętam, jak na mnie spojrzała.

— Och, te czarne, dopasowane? — dopytuje z błyskiem w oku. — No to nie dziwne, że jej się odebrało mowę. One właściwie mówią same za siebie.

Śmieję się krótko.

— Nie mogła się zdecydować, czy udawać, że nic nie widzi, czy jednak zerknąć. Widziałem, jak walczyła ze sobą.

— Tylko nie udawaj, że ci się to nie spodobało — stwierdza z satysfakcją Viper.

— Może trochę — przyznaję, opierając się wygodniej o kanapę. — Była spięta, jakby każdy jej mięsień próbował ją powstrzymać przed tym, by nie zrobić czegoś, czego później by żałowała. A to tylko sprawiło, że chciałem ją jeszcze bardziej.

Viper śmieje się cicho.

— Dobrze, teraz będzie miała mokre sny — rzuca beztrosko. — Ja bym miała, gdybym widziała cię w tych kąpielówkach.

— Wiem — odpowiadam z przekąsem. — Ty byś nie tylko miała sny. Ty byś nie czekała na noc.

— Prawda — mówi z uśmiechem, zadowolona z tej uwagi. — Ale nie ja jestem żoną twojego brata.

— Właśnie — wzdycham, przelotnie przeczesując włosy dłonią. — Gdyby chodziło o jakąkolwiek inną kobietę, już dawno wiedziałbym, co zrobić. A z nią nie wiem. To nie jest ktoś, kogo mogę potraktować jak przelotną zabawę.

— I dlatego cię ciągnie do niej — podsumowuje spokojnie Viper. — Bo jest inna. Niełatwa. Zakazana. A ty masz słabość do rzeczy, których nie możesz mieć.

Milczę. Wie, że ma rację.

Jej obraz wraca do mnie nieustannie, delikatnie zaróżowione policzki, spojrzenie uciekające w bok, jakby próbowała ochronić się przed czymś, co i tak już w niej pracowało. Czułem to. Między nami było napięcie, którego nie sposób było nie zauważyć.

— Może powinieneś zrobić jakiś gest w jej kierunku — przerywa ciszę Viper. — Nic wielkiego, ale zobaczysz, jak zareaguje.

— Może — mówię po chwili. W moim głosie słychać więcej, niż chciałbym zdradzić. Bo już teraz czuję, że to nie jest tylko chwilowy impuls. — Może to nie tylko kaprys.

Viper uśmiecha się szeroko.

— Ale pamiętaj, że czasem jeden gest potrafi uruchomić lawinę.

Zanim zdążę odpowiedzieć, słyszymy głos Marka:

— Aro, możemy wracać do pracy?

— Jasne, Mark. Obiecuję poprawę — mówię, wstając i rozciągając ramiona.

Wracam na plan, ale myślami wciąż jestem w tamtym poranku.

Widzę Evę, jak stoi przy drzwiach windy, z kubkiem kawy w dłoni, jak na moment traci panowanie nad sobą. I wiem, że to dopiero początek.


— V, mam dość. To już jest przesada — mówię znużonym tonem, patrząc w lustro. Mam wrażenie, że dziś przymierzyłem więcej ubrań niż w całym ostatnim miesiącu. Najpierw pół dnia na planie reklamy, gdzie zmieniałem stylizacje jak rękawiczki, a teraz Viper znów katuje mnie kolejnymi przymiarkami. A wszystko dlatego, że wieczorem mam wystąpić w jednym z najpopularniejszych talk-show.

Viper chce, żebym wyglądał tak, żeby przez najbliższy tydzień wszystkie portale o modzie i plotkach żyły tylko moim wyglądem.

Patrzę na siebie w lustrze i od razu wiem, że tym razem posunęła się za daleko.

— Nie pokażę się w tym ludziom na oczy — oznajmiam stanowczo. — To jest niedorzeczne.

Viper staje przede mną, ręce ma na biodrach, mina jak u generała przed bitwą.

— Chcę, żebyś pokazał coś nowego, Aro. Coś, czego jeszcze nie było. — Jej oczy błyszczą z pasji, a ja czuję, jak moja cierpliwość się kończy.

W tej chwili słychać dźwięk windy.

— Oby to była Mamba — burczy Viper. — Może jej uda się przemówić ci do rozsądku.

Rusza w stronę korytarza, a ja odwracam się od lustra, licząc na ratunek.

Ale zamiast Mamby słyszę zupełnie inny głos — miękki, spokojny, znajomy. Głos Evy.

Spoglądam na zegarek. Szesnasta. Wraca z pracy.

Po chwili Viper prowadzi ją do salonu. Eva wygląda na zmęczoną, w dłoni trzyma torbę wypchaną po brzegi. Marszczę brwi. Po co to dźwiga? Przecież mogła poprosić kierowcę. Albo… Matt. Ale nie, jego oczywiście nie ma. Muszę z nią o tym porozmawiać.

Gdy tylko na mnie patrzy, jej brwi ściągają się w geście zaskoczenia.

Już wiem, że moje obawy co do tej stylizacji były uzasadnione. Rano, gdy widziała mnie w kąpielówkach, w jej oczach było podziw i zawstydzenie. Teraz jest czyste przerażenie.

— Potrzebujemy postronnej opinii — mówi Viper z miną dyrygentki, która właśnie zarządziła koncert. — Co sądzisz o stylizacji Aro?

Eva mruży oczy, jakby nie była pewna, czy pytanie to żart, czy test odwagi.

— Cóż… — zaczyna nieśmiało, przełykając ślinę. — Nie znam się na modzie, więc może nie powinnam się wypowiadać.

— Nie musisz być stylistką — przerywa jej Viper. — Wystarczy, że powiesz, czy wygląda dobrze, czy nie.

Eva waha się jeszcze chwilę, a potem wzdycha.

— Sylwetkę ma świetną — mówi, przygryzając wargę, i od razu żałuje, że to powiedziała.

— Nie o sylwetkę pytam, tylko o strój — przypomina Viper.

Zapada chwila ciszy. Widzę, jak Eva walczy sama ze sobą. W końcu bierze głęboki oddech.

— Gdzie zamierzasz się w tym pokazać? — pyta z pozornym spokojem.

— Występuję dziś u Tommy’ego Sparka — odpowiada Viper za mnie.

Eva ponownie mruży oczy, jakby próbowała przetworzyć tę informację, po czym mówi:

— W takim razie… Aron wygląda jak mała syrenka, która zaplątała się w sieć rybacką.

Przez chwilę jest zupełna cisza, a potem wybucham śmiechem.

— Co? — Viper wygląda, jakby dostała obuchem w głowę.

— Naprawdę — kontynuuje Eva z powagą, chociaż w jej oczach błyszczy rozbawienie. — Nie wiadomo, gdzie jest góra, a gdzie dół. I nie jestem pewna, czy ta siatka ma coś zasłaniać, czy przeciwnie.

Nie mogę przestać się śmiać.

— Słyszałaś, V? Lud mówi! — mówię, wskazując na Evę. — Wyglądam karykaturalnie, a ty chcesz, żebym w tym wystąpił na żywo?

— Jesteście beznadziejni — jęczy Viper, teatralnie opadając na sofę.

Eva natychmiast wygląda na skruszoną. Patrzy na mnie z zakłopotaniem, jakby obawiała się, że mnie uraziła.

— Spokojnie — uspokajam ją, uśmiechając się ciepło. — Masz rację. Jeśli dla ciebie to wygląda dziwnie, to dla większości widzów też. Nie zamierzam być memem.

— Aro, to jest LeeMore! — jęczy Viper, łapiąc się za głowę. — To nowa kolekcja, której jeszcze nikt nie widział! Miałeś być prekursorem!

— Prekursorem męskiej wersji syrenki — rzuca Eva półszeptem, a ja ledwo powstrzymuję śmiech.

— Boże, nie! — fuka Viper. — Nie każdy rozumie modę Prêt-à-Porter!

— Ja jej nie rozumiem wcale — mówię z rozbrajającą szczerością. — Lubię jeansy, T-shirty i klasyczne garnitury.

— Nudaaa! — krzyczy Viper, ale już widzę, że zaczyna mięknąć.

— Garnitur — mówię jednocześnie z Evą.

Zapada cisza, po której oboje wybuchamy śmiechem.

Viper przewraca oczami.

— Oczywiście. Czarno-biały, klasyczny, bezpieczny. Zero ryzyka.

— Za to sto procent stylu — dodaje Eva z lekkim uśmiechem.

— I elegancji — dorzucam.

— I nudy — kończy Viper, przewracając oczami, po czym teatralnie wzdycha. — Dobrze, niech będzie garnitur.

— Czy jestem jeszcze potrzebna? — pyta Eva. — Muszę przygotować obiad.

— Możesz iść, dziękuję za pomoc — odpowiadam, uśmiechając się z wdzięcznością.

— Jeśli macie ochotę, możecie przyjść do nas za godzinę — proponuje. — Będą klopsiki w sosie serowym.

— Dzięki, ale nie jem mięsa, poza tym mam jeszcze sporo roboty przed wieczorem — odcina się Viper, zmierzając w stronę garderoby. — Zniszczyliście moją koncepcję.

— Dziękuję — szepczę do Evy, a ona odwzajemnia uśmiech, lekko się rumieniąc. Kurczę, jest ujmująca. — Chętnie dołączę do obiadu, od dziecka uwielbiałem klopsiki — dodaję, choć od razu przypominam sobie, jak ostatnia wspólna kolacja skończyła się nerwowo. — Nie będę wam przeszkadzać?

— Oczywiście, że nie — zapewnia Eva z entuzjazmem. — Będzie miło, obiecuję. — Mówi to z naturalnym ciepłem, bez cienia osądu.

— Super, więc do zobaczenia — uśmiecham się i ruszam za Viper, której muszę jakoś wmówić, żeby wybrała coś mniej krzykliwego niż ostatnie propozycje.


— Ależ pięknie pachnie! — mówię, wchodząc do kuchni w moim ulubionym białym T-shircie i luźnych jeansach. Po całym dniu przymiarek w końcu mogę odetchnąć i poczuć się sobą.

Eva wzdryga się na dźwięk mojego głosu, wygląda na to, że znowu ją zaskoczyłem.

— Przepraszam — dodaję z lekkim uśmiechem.

— Może powinnam założyć ci dzwoneczek na szyję — żartuje, odwracając się w moją stronę. To już drugi raz dziś, kiedy ją zaskoczyłem, ale tym razem mój strój nie wybija jej z rytmu.

— Dzięki, że mnie uratowałaś. Nie ośmieszę się przed milionami ludzi — mówię, siadając na wysokim krześle przy wyspie kuchennej.

— Tylko powiedziałam, co widziałam — odpowiada spokojnie.

Stawia przede mną szklankę z lemoniadą. Nie prosiłem o nią, ale gest jest tak naturalny, że uśmiecham się sam do siebie.

— Czy to jakiś odruch z przedszkola? — rzucam z rozbawieniem, a ona na moment przystaje, próbując zrozumieć, co mam na myśli.

— Oj, przepraszam — mówi z lekkim zażenowaniem. — Chcesz coś innego?

Kręcę głową.

— Lemoniada jest idealna. Jeśli będę chciał coś innego, sam się obsłużę. — Nie chcę, by czuła się, jakby miała mi usługiwać.

Rozkłada talerze, poruszając się po kuchni z naturalną gracją. Obserwuję ją, każdy jej ruch jest spokojny, dokładny, pewny.

— Wszystko gotowe — mówi w końcu, przerzucając włosy za ucho. — Klopsiki, pieczone ziemniaczki i trochę warzyw.

— Jakich warzyw? — pytam, a ona, wyczuwając w moim tonie lekką niechęć, zatrzymuje się i spogląda na mnie przez ramię.

— Zdrowych — odpowiada z rozbawieniem. — Jeśli zjesz wszystko, będzie deser. — Uśmiecha się, a w jej spojrzeniu jest coś, co rozbraja.

Uwielbiam tę swobodę, którą zyskuje, gdy się rozluźni. Wtedy cała promienieje, nie ma w niej skrępowania, tylko naturalne ciepło. Patrzę, jak się porusza, jak mówi, i myślę, że ta kobieta ma w sobie coś hipnotyzującego.

— Deser, mówisz? — podchwytuję, chcąc podtrzymać rozmowę. — Daj mi chociaż wskazówkę. Bo jeśli okaże się, że to jakaś galaretka z rodzynkami, to się obrażę.

Śmieje się, cicho, szczerze. Ten dźwięk uderza we mnie jak prąd.

— Moje dzieciaki w przedszkolu dałyby się pokroić za galaretkę z rodzynkami — żartuje. — Ale spokojnie, dla ciebie mam coś lepszego. Coś… słodszego.

Jej spojrzenie na sekundę spotyka się z moim. Przygryza dolną wargę, zupełnie nieświadomie, a ja czuję, jak gorąco momentalnie rozlewa się po moim ciele. W głowie pojawia się obraz, który nie ma prawa tam być: Eva, stojąca blisko, jej usta tuż przy moich, jej zapach, jej oddech.

Zamykam na moment oczy, próbując przywołać się do porządku. Kurwa, Aron, ogarnij się.

— Pancakes z wiśniami — mówi w końcu, znów się uśmiechając.

Mruży oczy, patrząc na mnie z rozbawieniem. Jakby coś wyczuła. Jakby wiedziała, że przez moją głowę przeszło coś, czego lepiej nie wypowiadać na głos.

A ja nagle mam ochotę dowiedzieć się, jak smakują te jej pancakes i czy tak samo słodkie byłyby jej usta.

— Nie lubisz? — pyta, a ja czuję ulgę, że doszła do takich wniosków. Na szczęście część kuchennej wyspy zasłania mnie od pasa w dół, bo czuję, jak mój penis zaczyna pulsować, a napięcie w ciele staje się trudne do opanowania. Wystarczył jeden jej uśmiech, jedno spojrzenie i już muszę walczyć z samym sobą, żeby nie dać po sobie nic poznać.

— Lubię. Przekonałaś mnie — odpowiadam, starając się, by mój głos brzmiał normalnie. Mówię jednak przez zaciśnięte gardło i mam nadzieję, że tego nie słychać.

— O której musisz wyjść? — dopytuje. Potrzebuję kilku długich sekund, żeby pozbierać myśli.

— O dwudziestej — odpowiadam w końcu.

— Super, czyli nie musisz się spieszyć. Jedzenie w pośpiechu i stresie to najgorsze, co może się przydarzyć — mówi ze spokojną troską, która działa na mnie bardziej niż powinna. Kiwam głową, próbując się uspokoić, ale im dłużej na nią patrzę, tym trudniej o spokój. Dlaczego tak na mnie działa? Czym różni się od wszystkich kobiet, które znałem?

— Zapraszam do stołu — mówi, wskazując na gotowe talerze. Siadam naprzeciwko niej i biorę głęboki wdech, czując, jak napięcie we mnie powoli ustępuje.

— Nie czekamy na Matta? — pytam po chwili.

— Napisał, że po pracy wpadnie do naszego mieszkania, żeby zobaczyć, co się dzieje i czy może coś jeszcze zabrać. Nie mieliśmy czasu, żeby się porządnie spakować — wyjaśnia, nakładając mi porcję.

— Jeśli czegoś wam brakuje, mogę to kupić — proponuję odruchowo.

— Miło z twojej strony, ale… — zaczyna, po czym milknie.

— Matt by się wkurzył — kończę za nią, a ona tylko lekko kiwa głową. Cmokam z irytacją. — Nie musi wiedzieć o wszystkim. Jeśli czegoś nie zabrałaś, po prostu mi powiedz. To naprawdę żaden problem.

Eva spogląda na mnie z zaskoczeniem, a w jej oczach błyszczy coś, czego nie potrafię nazwać. Przez moment czuję, jak fala ciepła przechodzi mi przez ciało. Wiem, że postawiłem ją w trudnej sytuacji, proszę ją, by zrobiła coś za plecami męża, a to nie w jej stylu. Ale nie mogę patrzeć, jak się męczy przez jego upór.

— Jesteście moją rodziną, Evo. Nie ma nic złego w tym, że chcę wam pomóc — dodaję szczerze.

— Oczywiście, że nie — zapewnia łagodnie, a potem mówi coś, co wywołuje u mnie uśmiech. — Dobrze. Jak będę potrzebować czegoś, dam ci znać. — Patrzę na nią i przez moment wszystko wydaje się proste. Tylko my, stół, zapach jedzenia i jej głos. — Nie ulegniemy marudzie — dodaje z wesołym błyskiem w oku, a jej śmiech jest lekki. Widać, że potrafi mieć dystans do humorów Matta i dobrze, bo inaczej dawno by przy nim nie wytrzymała.

— Właśnie! — odpowiadam z rozbawieniem. — A tak przy okazji, nie wiem, co dzisiaj niosłaś w torbach, ale wyglądało, jakbyś dźwigała pół sklepu. Mam kierowcę, który może cię odbierać, jeśli będziesz robić zakupy sama.

Patrzy na mnie z wahaniem, jakby chciała coś odpowiedzieć, ale się powstrzymała. W jej oczach widzę rozterkę, jakby zastanawiała się, czy powinna przyjąć moją propozycję. A ja wiem, że jeśli jeszcze przez chwilę będzie tak na mnie patrzeć, przekroczę granicę, po której nie będzie już odwrotu.

— Kupiłam parę rzeczy w drodze do domu. Nie spodziewałam się, że tyle wyjdzie — tłumaczy. — Zresztą, przyzwyczaiłam się — dodaje ciszej.

To krótkie zdanie uderza we mnie jak cios. „Przyzwyczaiłam się.” Czyli dźwiga torby codziennie. Sama. A Matt? Nic. Nawet jej nie odciąży. Idiota. Zaciskam szczękę, żeby nie powiedzieć tego na głos.

Zapada cisza. Tylko delikatne stukanie sztućców o talerze wypełnia przestrzeń. Sięgam po pierwszy kęs i natychmiast czuję, jak rozlewa się we mnie ciepło. Smak jest znajomy, domowy. Przez chwilę czuję się, jakbym znów był dzieckiem spędzającym lato u babci, bez zobowiązań, bez kamer, bez udawania. Tylko zapach jedzenia i spokój.

— Przepyszne — mówię z pełnymi ustami, a ona się uśmiecha. To ten rodzaj uśmiechu, który pojawia się, kiedy ktoś słyszy szczery komplement.

— Lubisz takie wywiady, jak ten dzisiejszy? — zagaduje po chwili, dolewając mi lemoniady. Jej gesty są naturalne, swobodne, ciepłe.

— Zależy, do kogo idę — odpowiadam, przełykając kęs. — Jeśli Spark ma dobry dzień i lubi swojego gościa, to bywa całkiem znośnie. Ale jeśli coś mu nie pasuje, potrafi być prawdziwym palantem.

— To po co kogoś zapraszać, jeśli się go nie lubi? — pyta z pełną powagą, jakby szukała w tym sensu.

Uśmiecham się, bo to pytanie pokazuje, jak bardzo nie jest z mojego świata.

— Bo ma oglądalność. Jest popularny. Dla producentów liczą się liczby, nie sympatie. Czasem konflikt w programie daje lepszy wynik niż udany wywiad.

Kiwa głową z niedowierzaniem.

— Czyli dziś będzie fajnie, czy raczej… niekoniecznie?

— Mnie Spark lubi, więc przeżyję — odpowiadam, odwzajemniając jej spojrzenie z uśmiechem.

Przez chwilę milczymy, a potem nachylam się lekko, chcąc zmienić temat.

— A jak u ciebie w pracy? — pytam z autentycznym zainteresowaniem. — Nauczyłaś dzieci czegoś nowego? — dodaję żartobliwym tonem, bo naprawdę nie wiem, jak wygląda jej dzień.

Śmieje się, potrząsając głową.

— O tak, dziś mieliśmy dramaty z plasteliną i kłótnie o kredki. Prawdziwa szkoła życia — mówi, a jej oczy błyszczą.

Słucham jej i po raz pierwszy od dawna mam wrażenie, że ktoś mówi o swoim dniu bez udawania, bez medialnych masek. Po prostu z pasją. I to jest kurewsko pociągające.

— Brzmi fascynująco — rzucam z uśmiechem, opierając łokcie o stół.

— Pracujemy też nad przedstawieniem wiosennym — odpowiada z entuzjazmem. — Jest dużo do zrobienia i wiele do nauczenia się, ale mamy czas. — Jej oczy błyszczą, kiedy o tym mówi. — Przedszkole, w którym pracuję, stawia na kreatywność i samodzielność. Dlatego poza nauką ról, dzieci same w osiemdziesięciu procentach tworzą scenografię i wymyślają stroje.

Patrzę na nią z niedowierzaniem. Pięciolatki i samodzielna scenografia? Serio? Eva chyba zauważa moje zdziwienie, bo uśmiecha się i dodaje:

— To są mali ludzie. Trzeba im tylko dać szansę. Potrafią więcej, niż się wydaje. Są pomysłowi, zaangażowani i wkładają serce w to, co robią.

— Brzmi naprawdę dobrze — przyznaję, a ona kiwa głową z dumą. — Zawsze chciałaś to robić? — pytam, bo rozmowa z nią jest zaskakująco przyjemna. Ciepła. Oczyszczająca.

— Kiedyś chciałam być detektywem — mówi z figlarnym uśmiechem. — Ale nie wyszło. Choć… pewne umiejętności detektywistyczne w przedszkolu bardzo się przydają. Na przykład, gdy trzeba zdemaskować tych, którzy tylko udają, że jedzą warzywa. — Śmieje się lekko, a ja czuję, że robi się we mnie jaśniej.

— No przecież jem — protestuję, pokazując jej swój prawie pusty talerz.

— Grzeczny Aron — odpowiada z udawanym powagą i nagle, zupełnie spontanicznie, czochra mi włosy.

Zastygam. Ten gest jest drobny, ale czuję, jak coś we mnie drga. Jej dłoń ledwie muska moją skórę, a przez moje ciało przebiega impuls, szybki, gorący, nieproszony.

Co jest, do cholery, ze mną?

Spałem z wieloma kobietami. Zbyt wieloma, żeby takie dotknięcie miało robić na mnie wrażenie. A jednak, Eva ma w sobie coś, co działa na mnie jak ładunek wybuchowy, delikatny, ale wystarczy iskra.

Miła atmosfera nagle pryska, gdy z korytarza dobiega dźwięk windy. Obserwuję, jak natychmiast się spina. Ramiona napinają jej się jak u kota gotowego do ucieczki.

— To pewnie Matt — mówi z wymuszonym spokojem. Ale ja widzę zmianę. Entuzjazm znika z jej twarzy w sekundę. Z ciepłej, rozluźnionej kobiety zostaje cień.

Nie podoba mi się to. Ani trochę. I wiem, że muszę to obserwować.

— Pójdę już — mówię, wstając od stołu, by dać jej odetchnąć.

— A deser? — pyta z delikatnym uśmiechem, ale jej głos drży lekko.

— Zostaw mi, zjem później — odpowiadam, sięgając po talerz.

— Zostaw, wrzucę do zmywarki — mówi pośpiesznie, niemal nerwowo.

Wiem, że chce, żebym wyszedł. Nie dlatego, że nie chce mojej obecności, ale dlatego, że nie chce ryzykować. Nie chce, żeby Matt nas zobaczył razem w tej domowej scenie.

Odkładam talerz, nie naciskam. Ale w środku aż mnie pali. Nie znoszę tego, że w moim własnym domu muszę się usuwać z drogi dla faceta, który nie zasługuje na nią nawet w połowie.

— Jeszcze raz dzięki — mówię miękko. — Dawno nie jadłem czegoś tak dobrego.

Uśmiecha się, ale jej wzrok ucieka w stronę drzwi. Wiem, że nasłuchuje.

Nie chcę jej stresować, więc odchodzę. Kieruję się w stronę swojego pokoju, czując w sobie mieszankę gniewu i pożądania, której nie potrafię nazwać.

To absurdalne, że we własnym domu czuję się jak intruz. Ale jeśli moja obecność ma ją chronić, nawet z ukrycia, to niech tak będzie.

Rozdział 13
Eva

Poczułam ulgę, że Aron okazał się wyrozumiały i nie zależało mu na konfrontacji z Mattem. W końcu to jego apartament, miał pełne prawo zostać i zmierzyć się z bratem, zwłaszcza że nie widzieli się od feralnej kolacji sprzed dwóch dni. Ale chyba tak samo jak ja nie czerpię żadnej przyjemności z jego towarzystwa.

Jest w nim coś, co sprawia, że czuję się przy nim inaczej. Nie jak ktoś, kogo trzeba znosić z grzeczności czy z obowiązku. On naprawdę chce ze mną być, rozmawiać, słuchać, po prostu spędzać czas. Przecież nie musiał dołączać do mnie na obiad. Zrobił to z własnej woli.

Mimo że dzieli nas tak wiele, dwa zupełnie różne światy, inne doświadczenia, inne codzienności, to te krótkie chwile, które dotąd ze sobą dzieliliśmy, były zaskakująco przyjemne. Lekkie, naturalne, pełne śmiechu. Czegoś, czego w moim życiu od dawna brakowało.

Z każdą kolejną rozmową zaczynam darzyć Arona coraz większą sympatią. Cieszę się, że w tak krótkim czasie udało nam się nawiązać pozytywny kontakt. Coś, czego zupełnie się nie spodziewałam. Przez lata słuchałam od Matta, że jego brat to zarozumiały, wyniosły narcyz, zapatrzony w siebie kmiotek, który myśli, że świat kręci się wokół niego. Nigdy, dosłownie nigdy, nie powiedział o nim nic dobrego.

Rodzice Matta dobrze znają jego stosunek do Arona, dlatego podczas wizyt w ich domu temat młodszego syna pojawia się rzadko, mimo że jego obecność jest tam wyczuwalna na każdym kroku — zdjęcia, pamiątki, nagrody, wycinki z gazet. Matt nigdy nie pyta, co u brata. A jeśli jego mama przypadkiem wspomni o Aronie, natychmiast widzę, jak twarz mojego męża tężeje, jak jego humor się psuje, a atmosfera gęstnieje.

Kiedy dwa dni temu wprowadzałam się tutaj, byłam pełna obaw. Stresowało mnie nie tylko to, że to dom Arona, ale też świadomość, że muszę spędzać czas w przestrzeni należącej do kogoś, o kim przez lata słyszałam wyłącznie złe rzeczy. A jednak teraz czuję ulgę, wiem, że potrafimy się dogadać.

Owszem, czasami mnie zawstydza, a niekiedy budzi we mnie coś, czego wolałabym nie czuć. Jak dziś rano. Ale po drodze do pracy zrozumiałam, że nie ma w tym nic złego. Aron to młody, atrakcyjny mężczyzna, świetnie zbudowany i pełen naturalnego magnetyzmu. To chyba normalne, że moje ciało zareagowało na ten widok.

Matt też jest przystojny, ma zadbaną sylwetkę i mógłby przyciągać spojrzenia, nadal przyciąga, zwłaszcza wśród rozwódek z naszego osiedla, które chętnie rzucają mu ukradkowe spojrzenia. Ale jego urok dawno gdzieś uleciał. Zniknął pod ciężarem niezadowolenia, gniewu i obojętności, które wypełniły każdy aspekt jego życia.

Coraz częściej mam wrażenie, że nie jesteśmy już małżeństwem. Jesteśmy współlokatorami, których łączy tylko kredyt i rachunki.

Mam czterdzieści lat, od ośmiu jestem mężatką, a mimo to nie wiem, co przyniesie przyszłość. Coraz częściej czuję niepewność i pustkę, która wdziera się we mnie powoli, dzień po dniu. Brakuje mi miłych emocji, drobnych gestów, podniecenia, choćby świadomości, że osoba, z którą dzielę życie, wciąż mnie lubi, wciąż mnie dostrzega.

Matt stał się obojętny. Nawet kiedy się staram, ubieram ładnie, układam włosy, licząc na jedno spojrzenie, nic. Jakby mnie nie widział. A może po prostu już nie chce widzieć.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz mnie dotknął. Nie z obowiązku, ale z pragnienia. Brakuje mi czułości, tej zwykłej bliskości, iskry, od której serce zaczyna bić szybciej. Brakuje mi poczucia, że jeszcze potrafię kogoś poruszyć.

Dlatego to, że Aron dziś podziękował za obiad, naprawdę mnie zaskoczyło. On. gwiazda, która mogłaby jadać w najlepszych restauracjach świata, docenił coś tak prostego, zwyczajnego, mojego. Poczułam ciepło w sercu. Czasem jedno szczere słowo potrafi znaczyć więcej niż cokolwiek innego.

Mam nadzieję, że z każdym dniem będę się coraz bardziej oswajać z jego obecnością i z tym, jak wygląda jego świat. To coś zupełnie innego, ekscytująca odskocznia od szarej codzienności. Pam miała rację, to pewnego rodzaju ucieczka. I choć jeszcze niedawno próbowałam to przed sobą ukryć, zaczynam czuć, że ta ucieczka naprawdę sprawia mi przyjemność.

Wiem, że muszę sama wyrobić sobie opinię o Aronie, bo to, co zobaczyłam na własne oczy, całkowicie odbiega od tego, co przez lata słyszałam. I, co więcej, zaskoczyło mnie to pozytywnie.

Lubię, gdy Aron zagaduje mnie o rzeczy, na których kompletnie się nie zna. Wtedy wychodzi z niego coś rozbrajająco ludzkiego, lekko zagubionego, a przy tym ujmującego. Lubię też, gdy się uśmiecha; ten jego uśmiech ma w sobie coś ciepłego, szczerego, jakby na moment znikała cała ta otoczka sławy i blasku.

Podoba mi się, kiedy widzę go w zwykłych ubraniach, bez tego scenicznego przepychu i dopracowanego wizerunku. Wydaje się taki normalny. Prawdziwy. I właśnie wtedy rozmowa z nim przychodzi mi zaskakująco łatwo.

Matt wchodzi do kuchni i zdecydowanym ruchem kładzie neseser na krześle, uderzając nim o oparcie tak mocno, że aż podskakuję. Hałas, który robi, nie jest przypadkowy, to jego sposób na zamanifestowanie złego humoru. Twarz ma napiętą, oczy błyszczą złością.

— Tę idiotkę Clarens należałoby surowo ukarać — zaczyna bez przywitania, zrzucając na mnie potok słów. — Przez nią trzy mieszkania na parterze wymagają całkowitego remontu. Trzeba będzie skuć ściany do zera, sprawdzić fundamenty! — mówi coraz głośniej, jakby chciał, żeby cała dzielnica go usłyszała. — A ci z pierwszego piętra? Załatwieni na amen! Stara kretynka.

— Z kim rozmawiałeś? — pytam spokojnie, choć jego ton przypomina raczej raport wojenny niż rozmowę o sąsiedzkim nieszczęściu.

— Z właścicielem kamienicy, ale było też kilku sąsiadów — warczy. — Ta stara idiotka zrujnowała życie tylu ludziom!

— Ale sobie też, Matt. — Staram się zachować łagodny ton. — Nie sądzę, żeby zrobiła to celowo. To był wypadek, nie podpalenie.

Marszczy brwi i odwraca wzrok, jakby moje słowa tylko go drażniły.

— Będziemy mogli kiedyś wejść do mieszkania po dodatkowe rzeczy? — pytam ostrożnie.

— Strażacy mają zadzwonić, jak będzie bezpiecznie. Ale i tak tylko z ich asystą — odpowiada chłodno, a potem z westchnieniem dodaje: — Remont ruszy najwcześniej za dwa tygodnie. Wszystkie sensowne ekipy są zajęte. Więc pewnie utkwimy tu na długie miesiące. — Rzuca przekleństwo i zaciska szczękę.

— Damy radę — próbuję go pocieszyć. Uśmiecham się, ale on nawet nie unosi wzroku.

— Matka będzie miała temat — syczy. — Jak to Aron wspaniale się zachował. Przyjął nas, bo oczywiście biedny Matt i jego żona nie potrafią sami sobie poradzić.

— Dlaczego wszystko widzisz w takim świetle? — pytam zirytowana. — Aron nie zrobił tego, żeby się chwalić. Pomaga nam, bo jesteśmy rodziną.

— Rodziną? — prycha z pogardą. — On nigdy nie był rodziną. Zawsze tylko myślał o sobie. A teraz co? Wielka gwiazda z litości otworzyła nam drzwi swojego luksusowego apartamentu?

— Nie mów tak — proszę, coraz bardziej poirytowana. — Aron naprawdę stara się, żebyśmy czuli się tu dobrze. Nie robi z tego żadnego widowiska.

— Pewnie — prycha. — Już cię zaczarował? Mój wspaniały brat, który wszystko robi idealnie?

Patrzę na niego z niedowierzaniem.

— Nie, Matt. Po prostu widzę człowieka, a nie potwora, jakim go malujesz. Aron jest uprzejmy, normalny, nie zachowuje się, jakbyśmy mu przeszkadzali.

Matt mruży oczy, jakby moje słowa go ugodziły.

— Zawsze był dobrym aktorem — mówi chłodno. — Wiesz, jak oczarować ludzi, którzy nie znają jego prawdziwego oblicza.

— Może ty po prostu nie chcesz zobaczyć jego innego oblicza? — odpowiadam. — Wciąż tkwisz w dawnych urazach.

Milczy przez chwilę, patrzy gdzieś w bok. Wiem, że w nim się gotuje, bo nienawidzi, kiedy ktoś mu się sprzeciwia.

— Co na obiad? — rzuca nagle, zmieniając temat z typową dla siebie chłodną obojętnością.

— Klopsiki w sosie serowym — mówię.

— Może być. — Wzdycha ciężko. — Przygotuj piwo. Idę się przebrać, za godzinę mecz.

Znika z kuchni, zostawiając po sobie ciszę i zapach wściekłości.

Patrzę na stół, na dwa talerze i na szklankę po lemoniadzie, z której jeszcze niedawno pił Aron.

Ironia losu. Jeden brat potrafi podziękować za obiad, drugi nawet nie zauważy, że został zrobiony.

Wiem jedno, wieczór spędzę sama. Z telefonem w ręce, oglądając występ Arona na żywo. I po raz pierwszy od dawna czuję, że to właśnie jego obecność, choćby przez ekran, będzie tym, co ukoi mój dzień.

Rozdział 14
Aron

Zaraz mam wejście na scenę w popularnym talk-show o banalnym tytule Good Evening Tommy’ego Sparka. Nazwa programu jest tak samo przeciętna, jak jego prowadzący, ale właśnie o to mu chodzi. W tym show nie liczą się goście, tylko on sam. Cała koncepcja opiera się na jego nazwisku, ego i stylu bycia. Goście to tylko dodatek do autopromocji. Mimo to, albo właśnie dlatego, jego program od lat bije rekordy oglądalności, a ludzie sami się wpraszają, by usiąść na jego kanapie.

Za kulisami jestem z moją ekipą — Viper i Mambą. Viper jak zawsze postawiła na swoim i wymogła, żebym do klasycznego, ciemnego garnituru założył koszulę, która „ma odrobinę pazura”. Według niej nudny Aron Edwards nie istnieje, dopóki ona żyje. Mamba z kolei kończy poprawiać mi włosy i przypudrowywać twarz, jakby od tego zależało całe moje życie. Z nimi czuję się spokojniej, są moją tarczą. Nie znoszę obcych ludzi, którzy dotykają mnie bez pytania, zadają głupie, nachalne pytania, a potem i tak proszą o selfie. Dla większości ludzi to drobiazg, ale ja od dawna czuję się przez to, jak towar wystawiony na półkę. Dlatego w moich kontraktach jest jasno zapisane: pracuję tylko z własną ekipą.

Viper i Mamba, jak zwykle, gadają żywiołowo obok mnie. Dociera do mnie jedynie urywek zdania Viper, która z entuzjazmem tłumaczy Mambie, jak długo musiała mnie przekonywać, żebym „nie wyglądał jak przeciętny nudziarz w reklamie pasty do zębów”. Uśmiecham się pod nosem. One dwie potrafią mnie rozbawić nawet w najgorszym momencie.

Ale moje myśli odpływają do Evy.

Zanim wyszedłem, przyniosła mi deser do pokoju. Potem spotkałem ją w kuchni, gdy wyciągała naczynia ze zmywarki. Była sama. Zapytałem o Matta, odpowiedziała, że ogląda mecz. Typowe. Mój brat to skończony palant. Nie było go cały dzień, a gdy wreszcie wrócił, nawet nie spojrzał na swoją żonę.

Na pożegnanie Eva uśmiechnęła się do mnie. Powiedziała, że wyglądam świetnie, że trzyma kciuki i że spróbuje obejrzeć mój występ. Te kilka prostych słów, zabrzmiało lepiej niż wszystkie pochlebstwa, jakie słyszę na co dzień. Poradziłem jej, żeby obejrzała program w salonie, skoro Matt okupuje telewizor w sypialni. Miałem wrażenie, że zamierzała oglądać na telefonie, po cichu, żeby tylko nie prowokować jego złości.

To zaskakująco przyjemne uczucie, wiedzieć, że ktoś taki jak ona będzie mnie oglądał. Że w moim mieszkaniu, wśród czterech ścian, gdzie zawsze panowała cisza, jest teraz ktoś żywy, obecny. Nie pracownik, nie współpracownik, nieprzypadkowa kobieta z jednonocnej przygody.

Od piętnastu lat mieszkam sam. Jasne, moi przyjaciele często wpadają, zawsze ktoś się kręci, zawsze coś się dzieje. Ale gdy zamykają za sobą drzwi, wraca cisza. Ta nieznośna, gęsta cisza, która aż dzwoni w uszach. Kobiety, które zapraszam do łóżka, też jej nie przerywają. One nie zostają na śniadanie, nie pytają, jak się czuję. Są tylko na chwilę, jak drink po koncercie.

Z Evą jest inaczej. Gdy jest w pobliżu, czuję, że oddycham inaczej. Spokojniej. Głębiej. Kiedy się śmieje, to jakby coś we mnie puszczało. Ma w sobie lekkość, której od dawna mi brakowało. Ciepło, które nie wymaga niczego w zamian.

I to mnie cholernie przeraża. Bo zaczynam myśleć o niej częściej, niż powinienem.

Zastanawiam się, czy jest szczęśliwa. Czy śpi spokojnie obok Matta, czy może też czuje się samotna, nawet kiedy on jest tuż obok. Czy w ogóle jeszcze się uśmiecha przy nim tak, jak przy mnie.

A potem przychodzi ten moment, w którym mój rozsądek wrzeszczy: to żona twojego brata!

Zaciskam pięści i zamykam oczy, biorąc głęboki oddech.

Muszę to sobie wybić z głowy.

— To przyjemność ponownie gościć Arona Edwardsa! — słyszę głos Tommy’ego Sparka, rozbrzmiewający z przesadnym entuzjazmem. Viper lekko ciągnie mnie za łokieć, najwidoczniej znów odpłynąłem myślami.

Wchodzę na scenę, a widownia eksploduje oklaskami, piskiem i pohukiwaniem. Uśmiecham się, macham, kiwam głową, wszystko zgodnie z telewizyjnym rytuałem. Siadam na wskazanym miejscu, czekając, aż publiczność się uspokoi. Ich entuzjazm zawsze mnie zaskakuje. Nadal trudno mi uwierzyć, że tylu ludzi naprawdę mnie lubi i że to właśnie ich reakcje sprawiają, że wciąż chce mi się to robić.

— Aron, wspaniale cię znów widzieć — zaczyna Spark, tonem jakbyśmy byli starymi kumplami. — Ostatnim razem byłeś tu po zakończeniu jednej z najbardziej dochodowych tras koncertowych w historii. A dziś znów świętujesz sukces. Twój nowy album od trzech tygodni utrzymuje się na pierwszym miejscu wszystkich list przebojów. No i krążą plotki, że wrócisz na duży ekran. Jak ty to robisz?

— Dobry wieczór — odpowiadam, a publiczność reaguje kolejnym aplauzem. Czekam chwilę, aż ucichną. — Nie wiem, czy robię coś wyjątkowego. Po prostu ciężko pracuję i kocham to, co robię. A kiedy kochasz to, co robisz, zawsze wkładasz w to dwieście procent siebie. Myślę, że ludzie to czują.

— Zdecydowanie czują — śmieje się Spark. — Wiesz, moje córki są twoimi wielkimi fankami. Kiedy zapytałem, za co cię tak uwielbiają, powiedziały, że tego, co masz w sobie, nie da się opisać słowami. To się po prostu czuje.

— Muzykę trzeba czuć — odpowiadam z uśmiechem.

— Obawiam się, że one nie miały na myśli tylko muzyki — żartuje prowadzący, a sala wybucha śmiechem i piskami.

Uśmiecham się, lekko kręcąc głową.

— Dzięki, to miłe. Też myślę, że sam głos to za mało. Trzeba lubić ludzi, życie, i czerpać z tego to, co dobre. Ja w muzyce zostawiam cząstkę siebie. Może dlatego słuchacze to czują.

— Słuchałem dziś twojego nowego albumu — mówi Spark, pokazując płytę do kamery, co wywołuje kolejną falę entuzjazmu. — I muszę przyznać, że to nie jest lekka muzyka. Twoje teksty są metaforyczne, momentami mroczne, pełne emocji. Czuć w nich ból, samotność. Pisałeś je sam?

— Tak. Zawsze piszę sam — odpowiadam bez wahania. — Nie potrafiłbym śpiewać cudzych słów. Teksty muszą wychodzić z mojego wnętrza, z doświadczeń, które naprawdę czuję.

— Skoro wspomniałeś o związkach z emocjami — zaczyna z chytrym uśmiechem — to przejdźmy do innego rodzaju związków. — Publiczność reaguje śmiechem i ożywieniem, a ja już wiem, co nadchodzi. — W ostatnich miesiącach byłeś kilkukrotnie widziany z Cherry Lady. Podobno łączy was coś więcej niż współpraca…

Na ekranie za mną pojawia się zdjęcie Cherry Lady — Carolina, jak naprawdę ma na imię. W czerwonej sukience, z idealnym makijażem i tym sztucznym uśmiechem, który zawsze wydawał mi się wymuszony.

W myślach wzdycham.

Gem, moja menedżerka, przekonywała mnie, że ta „relacja” to świetny ruch PR-owy. Miałem się tylko kilka razy pokazać z tą dziewczyną publicznie, nic więcej. Miał to być układ, jej rozpoznawalność w zamian za moje nazwisko. I faktycznie, początkowo to wydawało się proste. Do czasu, aż Carolina zaczęła wierzyć, że to coś więcej.

Była piękna, to fakt. Ciało idealne, spojrzenie, które wiedziało, jak prowokować. Przyszła do mojego apartamentu ubrana w cienki, przezroczysty płaszcz i nic więcej. Chciała, żebym to zobaczył, i nie musiała się długo starać. Zadziałały instynkty, a ja pozwoliłem, żeby pożądanie przejęło kontrolę. Basen, woda, jej dłonie na mojej skórze, to było czyste, dzikie, bezmyślne. I głupie. Bo tydzień później Carolina opowiadała dziennikarzom o „miłości swojego życia”.

Powiedziałem Gem, że to koniec tej farsy. Ale Carolina wciąż wydzwania, pisze, wmawia mediom, że coś nas łączy.

Patrzę na Tommiego i unoszę kącik ust w wyćwiczonym, spokojnym uśmiechu.

— Cherry Lady to wspaniała dziewczyna — mówię dyplomatycznie. — Spotkaliśmy się kilka razy, ale oboje mamy napięte grafiki. Praca pochłania nas bez reszty, więc trudno znaleźć czas, żeby się lepiej poznać.

— Czyli jednak coś iskrzy? — dopytuje prowadzący z błyskiem w oku.

— Iskrzy między nami a sceną — odpowiadam żartobliwie, a widownia wybucha śmiechem. — Cherry Lady ma ogromny potencjał. Myślę, że jeszcze nie raz o niej usłyszymy.

Śmiech publiczności łagodzi napięcie, a Spark kiwa głową z uznaniem.

— Zawsze wiesz, jak dyplomatycznie wybrnąć z pytania — mówi z uznaniem.

Uśmiecham się szerzej. Nie miał pojęcia, jak bardzo musiałem się powstrzymywać, żeby nie powiedzieć prawdy. Bo prawda jest taka, że jedyną kobietą, o której dziś myślę, nie jest Cherry Lady. I na pewno nie siedzi w żadnym studiu telewizyjnym.

— A co myślisz o pogłoskach, że twoją partnerką filmową w nowym projekcie może zostać Anna Scott? — pyta Tommy, a publiczność natychmiast reaguje piskami i oklaskami.

Uśmiecham się, dając im chwilę na uspokojenie.

— Cenię Annę za jej talent i warsztat aktorski — zaczynam. — Widziałem Do głębi siebie kilka razy i jestem przekonany, że gdyby główną rolę zagrała inna aktorka, film nie miałby tej samej głębi. Anna potrafi wnieść w postać emocje, które się czuje. Ma w sobie prawdę. — Zawieszam głos, uśmiechając się lekko. — Nie wiem tylko, czy byłbym godnym jej partnerem.

Publiczność reaguje gromkimi oklaskami i śmiechem, a Tommy kiwa głową z zadowoleniem.

— Widzowie chyba są przekonani, że dałbyś radę — komentuje, gdy sala wciąż szaleje. — Aron Edwards, człowiek, który spełnia marzenia, ale ciągle chce więcej. Masz karierę, którą kochasz, życie pełne przygód. Powiedz, czy jest jeszcze coś, o czym marzysz?

Przez chwilę się zastanawiam.

— Wiesz, ludzie często marzą o rzeczach, które wydają im się nieosiągalne: wielkich podróżach, luksusowych miejscach, życiu w świetle reflektorów. Marzenia, które blokuje brak pieniędzy. — Publiczność milknie, wsłuchując się w każde słowo. — Ja to wszystko już mam. I właśnie dlatego czasem brakuje mi zwyczajności.

Tommy unosi brew.

— Zwyczajności?

— Tak. Chciałbym móc wyjść z przyjaciółmi na pizzę do pobliskiej knajpy, usiąść na ławce w parku, posłuchać rozmów ludzi, nie myśląc o tym, że ktoś mnie rozpozna. Chciałbym po prostu przez jeden dzień być anonimowy.

— Czyli zamieniłbyś swoją sławę na jeden dzień normalności? — dopytuje prowadzący.

— Tak. Chciałbym tego spróbować — przyznaję. — Nie zrozumcie mnie źle. — Zwracam się do publiczności. — Kocham to, co robię. Jestem wdzięczny fanom, bo dzięki nim mogę żyć muzyką. Ale ciągłe bycie na świeczniku potrafi zmęczyć. Zawsze muszę wyglądać dobrze, mieć energię, uśmiech. Nie mogę sobie pozwolić na gorszy dzień, bo każdy ruch, każde słowo może być ocenione. — Wzruszam ramionami z uśmiechem. — Nie mogę wyjść pobiegać w starym dresie czy podkoszulku z dziurą, bo następnego dnia ktoś wrzuciłby to do sieci. Zresztą, Viper by mnie za to zabiła.

Publiczność wybucha śmiechem, a Tommy od razu to podchwytuje.

— Właśnie, Viper! Masz swój stały zespół, ludzi, którzy są z tobą od lat. Nie korzystasz z pomocy przypadkowych osób.

— Zgadza się — potwierdzam. — Viper, Mamba, Micro… to moi przyjaciele, nie tylko współpracownicy. Ufam im. Wiedzą, jak ze mną pracować i czego potrzebuję. Bez nich nie byłbym tu, gdzie jestem. — Publiczność reaguje wzruszonym westchnieniem, a Tommy z uśmiechem kiwa głową.

— Wiemy, że nie prowadzisz hulaszczego trybu życia — mówi prowadzący z udawaną powagą. — Nie pijesz, nie imprezujesz, nie zażywasz narkotyków…

— Staram się — odpowiadam z uśmiechem. Wizerunek musi być nieskazitelny. To, co robię prywatnie, pozostaje prywatne i niech tak zostanie.

— Ale czy masz jakieś uzależnienia? — pyta Tommy, nachylając się z zainteresowaniem.

Zastanawiam się przez moment.

— Chyba od treningów — przyznaję, a kobieca część widowni reaguje piskami. — Ćwiczę codziennie rano przez dwie godziny. To mnie resetuje i daje energię. No i od muzyki też jestem uzależniony. Bez niej nie umiałbym funkcjonować.

Tommy śmieje się.

— Odkąd pojawiłeś się na scenie, ludzie cię uwielbiają właśnie za to, że jesteś normalny. Spokojny, zrównoważony, jak chłopak z sąsiedztwa. A twoja muzyka, choć dojrzała, emocjonalna, ma w sobie coś, co trafia do wszystkich. I to mimo że masz dopiero trzydzieści lat.

— Lubię obserwować ludzi — odpowiadam szczerze. — Jeśli mam okazję, rozmawiam ze starszymi osobami. Mają w sobie mądrość i dystans, którego nam często brakuje. Moje życie jest inne niż większości, więc staram się czerpać doświadczenia od tych, którzy naprawdę coś przeżyli. Może właśnie dlatego moja muzyka trafia zarówno do młodych, jak i starszych.

— I to właśnie twój fenomen! — podsumowuje Tommy z entuzjazmem. — Łączysz pokolenia, bo twoja muzyka działa na emocje. A emocje, jak sam powiedziałeś, nie mają wieku.

Publiczność bije brawo, a ja uśmiecham się szeroko, choć w środku czuję dziwny ucisk.

Na scenie jestem pewny siebie. Ale w głowie mam jedno pytanie, którego nikt mi tu nie zada: co by było, gdyby ktoś poznał prawdziwego mnie?

— Twoja działalność poza sceną również jest godna podziwu — mówi Tommy, z uznaniem w głosie. — Rok temu założyłeś fundację wspierającą uzdolnione dzieci z ubogich rodzin. Udało ci się już znaleźć jakieś diamenty do oszlifowania?

— Nawet kilka — odpowiadam z uśmiechem. — Fundacja nie tylko szuka utalentowanych młodych ludzi, ale też daje im przestrzeń do rozwijania pasji. To miejsce, w którym dzieci i nastolatki mogą spędzać czas w kreatywny sposób, uczą się śpiewu, gry na instrumentach, tańca, a także pracy zespołowej. Pomagają im moi ludzie, fantastyczni profesjonaliści, którzy wierzą w ten projekt tak samo jak ja.

— Brzmi imponująco — przyznaje prowadzący.

— Kiedy jesteś młody i masz wrażenie, że świat jest przeciwko tobie, często pojawiają się głupie pomysły — mówię, patrząc w kamerę. — Chcieliśmy stworzyć miejsce, w którym dzieciaki dostaną szansę na coś więcej. Bo czasem wystarczy, że ktoś wyciągnie do nich rękę, a może uratować im życie.

Publiczność wzdycha cicho, a Tommy kiwa głową z uznaniem.

— Jesteś bardzo szlachetny.

— To nie kwestia szlachetności — prostuję. — Chodzi o sprawiedliwość. Ja miałem szczęście, rodziców, którzy mnie wspierali. Wiele z tych dzieci nie ma nikogo. Dlatego czuję, że jestem im to winien. Jeśli ja dostałem swoją szansę, to teraz mogę dać ją komuś innemu.

— Czy sam uczestniczysz w zajęciach, czy masz od tego ludzi? — pyta Tommy z ciekawością.

— Staram się być w fundacji przynajmniej raz w tygodniu — odpowiadam. — Lubię tam przebywać, obserwować ich, rozmawiać. Te dzieciaki mają w sobie coś niesamowitego, energię, pasję, czystą radość tworzenia. Dla mnie to lepsze niż jakikolwiek odpoczynek.

— To może zorganizujecie wspólny koncert z tymi młodymi talentami? — sugeruje gospodarz.

— Świetny pomysł — przyznaję z uśmiechem. — Właśnie dziesiątka z nich nagrywa swoją pierwszą płytę. Każde dziecko zaśpiewa po jednym utworze. Cały dochód z płyty zostanie przeznaczony na dalszy rozwój fundacji i edukację kolejnych uzdolnionych dzieciaków.

— To cudowne! — mówi z entuzjazmem Tommy. — W takim razie oficjalnie zapraszam ciebie i tę dziesiątkę do programu, gdy płyta się ukaże. Chciałbym poznać tych młodych artystów osobiście.

— Z przyjemnością — zapewniam.

— A teraz pytanie, które interesuje naszych widzów — mówi, zmieniając temat. — Gdzie i kiedy będzie można cię zobaczyć na żywo?

— Trasa rusza za miesiąc — odpowiadam. — Zaczynam w naszym mieście, potem jedziemy przez cały kraj. Wszystkie szczegóły są na mojej stronie, Facebooku i Instagramie.

— Czyli klasycznie — śmieje się Tommy. — A bilety? Znowu wyprzedały się jak świeże bułeczki?

— Na koncert w naszym mieście już nie ma miejsc — przyznaję. — Ale w innych miastach jeszcze można coś upolować.

— Może warto dorzucić dodatkowy termin? — dopytuje.

— Możliwe, że na koniec trasy zrobimy koncert bonusowy. Ale to zależy od wielu czynników. Na razie skupiam się na starcie — wyjaśniam.

— Życzę ci więc zdrowia, siły i wytrwałości — mówi z szerokim uśmiechem Tommy. — No i oczywiście fantastycznej zabawy podczas trasy.

— Dziękuję, Tommy — odpowiadam. Wiem, że po programie dostanie od mojej menedżerki cztery bilety VIP dla siebie i swojej rodziny. Tak to działa, układy, które sprawiają, że każdy jest zadowolony.

— No i czekamy na film z tobą i Anną Scott w rolach głównych! — dodaje na koniec z błyskiem w oku.

— Jeśli uda się zgrać grafiki, może być ciekawie — odpowiadam. Wstaję, macham do widowni i schodzę ze sceny, żegnany gromkimi brawami.

— Świetnie ci poszło — szepcze mi do ucha Viper, gdy tylko znikam za kulisami.

Najchętniej wróciłbym od razu do domu, ale muszę jeszcze podpisać płyty i gadżety, które Tommy rozda widzom.

Przez chwilę, gdy siadam w garderobie, nie potrafię skupić się na niczym. Zastanawiam się, czy Eva oglądała wywiad. Czy uśmiechnęła się, gdy mówiłem o dzieciach z fundacji? Czy uznała, że wypadłem autentycznie?

Cholera.

Znam ją dopiero kilka dni, a już zależy mi na jej opinii bardziej niż na tysiącu komentarzy w sieci.

Mam nadzieję, że nie będzie spała, kiedy wrócę. Chciałbym po prostu z nią porozmawiać.

Rozmyślania przerywa mi Tommy, który z rozmachem wpada za kulisy.

— Aron! — woła głośno. — To było złoto, człowieku! Publiczność cię uwielbia!

Uśmiecham się grzecznie, ale w środku jestem już zupełnie gdzie indziej.

Myślami w kuchni, z Evą.

Rozdział 15
Eva

Postanowiłam skorzystać z propozycji Arona i włączyłam wywiad z nim na dużym telewizorze w salonie. Matt nawet nie zauważył, że mnie nie ma w sypialni. Pewnie zasnął w trakcie oglądania meczu. Ale to dobrze. Dzięki temu mogę spokojnie posłuchać Arona.

Prezentuje się doskonale. Garnitur leży na nim perfekcyjnie, a ta ekstrawagancka koszula, którą wcześniej próbował z siebie zrzucić, teraz nadaje mu charakteru. Kamera lubi jego twarz, te lekkie zmarszczki wokół oczu dodają mu uroku. Ma w sobie coś, co trudno opisać: pewność siebie, spokój, opanowanie. Patrząc na niego, mam wrażenie, że wszystko, co mówi, jest przemyślane, autentyczne.

Mimo że ma dopiero trzydzieści lat, brzmi dojrzale, jak ktoś, kto naprawdę wie, kim jest. Matt, choć starszy o trzynaście lat, nigdy nie potrafił tak dobierać słów. Działa impulsywnie, często kieruje się dumą, a nie rozumem. Potrafi zranić jednym zdaniem, nie zdając sobie z tego sprawy. Kiedy patrzę teraz na Arona, trudno mi uwierzyć, że łączy ich to samo nazwisko.

W trakcie programu odruchowo sięgam po telefon. Czysta ciekawość, chcę zobaczyć, jak wyglądają te kobiety, o których wspomina prowadzący. Wpisuję nazwisko Cherry Lady i po chwili już wiem. Carolina. Ta sama dziewczyna, o której Viper mówiła pierwszego dnia. Ta, z którą Aron uprawiał seks w basenie.

Otwieram jej profil. Oczywiście, perfekcyjna. Długie nogi, idealne ciało, uśmiech, który wygląda, jakby był zaprojektowany przez specjalistów od marketingu. Jest uosobieniem wszystkiego, czego kobiety się boją: młodości, pewności siebie, seksapilu. Ale kiedy wracam do Arona, do jego tonu, do tego, jak reaguje na pytania, czuję, że coś tu nie gra. Nie ma w nim nic z typowego mężczyzny, który chwali się zdobyczami. Mówi o niej z chłodnym dystansem, bez zaangażowania. Jakby to był temat, który chciałby zamknąć raz na zawsze.

Mimo to nie mogę się powstrzymać przed gorzką refleksją, ilu mężczyzn na jego miejscu by odmówiło? Piękna, młoda kobieta sama wchodzi ci do łóżka. Większość nawet by się nie zastanawiała. I nie mam pewności, że Matt zachowałby się inaczej. Wręcz przeciwnie. Gdyby taka Carolina zapukała do jego drzwi, pewnie nawet by się nie zawahał.

Czuję lekkie ukłucie zazdrości, choć natychmiast próbuję je stłumić. Na litość boską, to brat twojego męża, a ty zachowujesz się jak nastolatka!

Kiedy w programie pojawia się temat Anny Scott, przyglądam się zdjęciom aktorki. Kojarzę ją, ale nie widziałam filmu, o którym wspomina Aron. Muszę to nadrobić. Jest przepiękna. Delikatna, a przy tym zmysłowa. Idealna partnerka ekranowa. Patrząc na ich zdjęcia obok siebie, czuję, jak serce mi się ściska. Oni wyglądają razem tak dobrze. Zbyt dobrze.

Nie bądź idiotką, ganię się w myślach. To tylko film. Praca.

Ale gdy temat schodzi na jego fundację, czuję, jak we mnie coś mięknie. Nie wiedziałam, że jest w coś takiego zaangażowany. Nikt nigdy o tym nie wspominał, ani Matt, ani jego rodzice, ani nawet Pam. A przecież to nie jest drobiazg. Słucham, jak mówi o dzieciach, o dawaniu szansy tym, którzy jej nie mają, i nagle widzę w nim zupełnie inną stronę. Nie tylko artystę, ale człowieka z sercem, wrażliwego, mądrego, odpowiedzialnego.

Z każdą minutą wywiadu czuję, jak coś we mnie się zmienia. Negatywny obraz, który przez lata malował Matt, zaczyna się rozpływać. W jego miejsce pojawia się ktoś, kogo naprawdę chciałabym poznać.

Aron staje się dla mnie coraz bardziej interesujący. Fascynujący.

I to mnie przeraża. Bo czuję ciepło w brzuchu, to delikatne mrowienie, które rozlewa się coraz wyżej. I nagle zdaję sobie sprawę, że się uśmiecham. Do ekranu. Do niego.

Boże, co się ze mną dzieje? To brat mojego męża.

Młodszy ode mnie o dekadę.

Mężczyzna, który powinien być tylko gościem w moim życiu.

Znowu spoglądam na zdjęcie Cherry Lady i prychnę pod nosem.

— Jesteś żałosna, Eva — mówię półgłosem. — Kompletnie żałosna.

Ale kiedy wracam wzrokiem do telewizora i widzę jego uśmiech, wiem, że to nie jest ostatni raz, gdy tak się czuję.


***

Jest pierwsza w nocy, a ja wciąż nie zmrużyłam oka. Matt chrapie obok, a moje myśli krążą jak szalone, nie dając mi chwili wytchnienia. Za każdym razem, gdy zamykam oczy, widzę Arona, w tych przylegających kąpielówkach, z mokrymi włosami, z tym spokojnym, pewnym siebie spojrzeniem. Ten obraz natychmiast przyspiesza mój oddech i sprawia, że całe ciało pulsuje od napięcia.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam coś tak intensywnego.

Gardło mam suche, a w głowie pojawia się znowu zawstydzająca świadomość: to brat mojego męża. Jak mogę pozwalać sobie na takie myśli? Wzdycham ciężko i próbuję odgonić te obrazy, ale one wracają, bardziej natarczywe, bardziej realne.

Wstaję z łóżka. Chodzę po pokoju tam i z powrotem, jakby ruch mógł uspokoić rozbiegane emocje. Jestem rozdrażniona i zmęczona sobą, swoim ciałem, które reaguje wbrew rozsądkowi, i myślami, które wymykają się spod kontroli.

W końcu się poddaję. Muszę napić się wody, zrobić cokolwiek, by na chwilę odzyskać spokój. Powietrze w sypialni jest gęste i duszne, jakby samo przenosiło to napięcie, które we mnie narasta.

Cicho wychodzę z łóżka, starając się nie obudzić Matta. Chrapie głośno, nieprzerwanie, co tylko potęguje moją frustrację. Po trzech piwach zawsze zasypia jak zabity, nieświadomy niczego. W naszym mieszkaniu w takich sytuacjach przenosiłam się na kanapę, żeby choć trochę odpocząć, ale tutaj nie mam dokąd uciec.

Nie wiem nawet, o której Aron wrócił, jeśli w ogóle wrócił. Po zakończonym wywiadzie wyłączyłam telewizor, wróciłam do siebie i próbowałam zasnąć, ale każda myśl o nim tylko pogarszała sprawę. Teraz, idąc boso przez korytarz, czuję, że moje ciało reaguje na samą świadomość, że on może być w sąsiednim pokoju.

To absurdalne. To niebezpieczne. A jednak nie potrafię się zatrzymać.

Idąc do kuchni, słyszę cichą melodię. Delikatne dźwięki płyną gdzieś z salonu, znajome, więc na moment się zatrzymuję. To utwór kompletnie niszowy, jeden z tych, o których mało kto słyszał. Zaskakuje mnie to. W środku nocy spodziewałabym się ciszy, ewentualnie szumu miasta, ale nie tej melancholijnej melodii.

Zaintrygowana ruszam w stronę dźwięków. Im jestem bliżej, tym wyraźniej słyszę, że to gitara, miękka, czysta, grana z wyczuciem.

Wchodzę do salonu i zatrzymuję się w drzwiach.

Aron siedzi na kanapie, pochylony nad gitarą, całkowicie zanurzony w muzyce. Włosy opadają mu na czoło, a palce płynnie suną po strunach. Jest sam, tylko on i melodia, której oddaje całą uwagę.

Widok jest tak intymny, że aż brakuje mi tchu. Jakby wkraczała w przestrzeń, której nie powinnam przekraczać. Przez chwilę waham się, czy powinnam wrócić do sypialni i udawać, że niczego nie widziałam.

Ale utwór…

Chcę wiedzieć, skąd go zna. Dlaczego gra akurat tę melodię.

Podchodzę bliżej, cicho, niemal na wstrzymanym oddechu. Staję tuż obok kanapy. Dopiero wtedy Aron podnosi głowę.

Nasze spojrzenia spotykają się na dłużej, niż powinny.

I nagle jest ciepło. Coś we mnie drga, przesuwa się i jest natarczywie przyjemne.

Aron uśmiecha się lekko, zaskoczony, a ja czuję, jak moje serce przyspiesza.

Dopiero gdy kończy utwór, odzywam się cicho, jakbym bała się przerwać coś kruchego:

— Wow… skąd znasz Diuka Goodmana? — pytam z nutą podziwu.

Aron unosi wzrok.

— Trafiłem na niego przypadkiem jakiś czas temu. Genialny muzyk — odpowiada, unosząc brew. — Znasz go?

— Mój dziadek miał jego płyty winylowe, niesamowite wydania — tłumaczę, a na mojej twarzy pojawia się uśmiech. — Kiedy bywałam u niego na wakacjach, robił nam wielkie puchary lodowe, a potem siadaliśmy po dwóch stronach gramofonu i słuchaliśmy tych płyt. Uwielbiałam te wieczory. Czekałam na nie cały rok.

Zawieszam głos, pozwalając wspomnieniom wybrzmieć.

— Mieszkał na odludziu, w lesie. Zawsze powtarzał, że już wystarczająco nagadał się z ludźmi i teraz woli muzykę, książki i spacery wśród drzew.

Aron słucha uważnie. W jego oczach pojawia się coś miękkiego, łagodnego, może nawet trochę melancholijnego.

— A słyszałeś o Larrym Clintonie? — pytam z ciekawością, obserwując jego reakcję.

— Nie, chyba nie — odpowiada, kręcąc lekko głową.

Sięgam do kieszeni szlafroka po telefon, obchodzę kanapę i siadam obok niego. Wpisuję nazwisko w wyszukiwarkę Spotify, wybieram jeden z utworów i odtwarzam go.

Ciche dźwięki powoli wypełniają salon. Muzyka układa się między nami jak miękki kokon, a cisza przestaje być niezręczna, staje się naturalna.

Siedzimy tak przez chwilę, wsłuchani, zanurzeni w melodię, która zdaje się spowalniać czas. W tej jednej chwili czuję, że rozumiemy się bez słów, jakby muzyka była wspólnym językiem, który oboje znamy.

— To artysta, który czerpie z różnych kultur i wplata je w subtelny sposób — mówię po chwili, gdy utwór dobiega końca. — Nie narzuca ich słuchaczowi, tylko pozwala, by powoli przenikały do zmysłów.

Zauważam, że Aron przygląda mi się uważnie. Jego spojrzenie jest intensywne. Serce mi przyspiesza. I speszona, pytam:

— Co?

Uśmiecha się, jakby moje zakłopotanie sprawiało mu przyjemność.

— Masz niezwykłą wrażliwość na muzykę — mówi.

Czuję, jak policzki zaczynają mnie piec.

— Dziadek zawsze mówił, że mam dobry słuch — odpowiadam, czując, że rumieniec powoli wpełza mi na szyję.

Niespodziewanie Aron zmienia temat:

— A co myślisz o mojej muzyce? — Zaskakuje mnie to pytanie. Na moment milknę, szukając słów, a on dodaje z rozbawionym błyskiem w oku: — Tylko szczerze. Jak wtedy ze strojem od Vipera.

Śmieję się, wspominając tamtą sytuację.

— Lubię twoją muzykę, naprawdę. Twoje teksty mają głębię, są przemyślane, nie opierasz się tylko na prostych rymach — mówię szczerze. — Ale… pewnie nie jestem twoją grupą docelową. Mimo to słucham cię — robię krótką pauzę i kończę ciszej: — …gdy jestem sama.

Aron wybucha cichym śmiechem, a ten dźwięk wywołuje u mnie gęsią skórkę.

— Dlaczego myślisz, że nie jesteś moją grupą docelową? — pyta, pochylając głowę, jakby naprawdę go to interesowało. W jego oczach pojawia się łagodny błysk.

— Bo masz głównie młode fanki — odpowiadam półżartem.

Aron mruży oczy, jakby go to naprawdę bawiło.

— Może i mam — przyznaje z uśmiechem. — Ale wiesz, bardziej niż wiek liczy się dla mnie autentyczność. To, czy ktoś naprawdę czuje to, co chcę przekazać.

Jego słowa zaskakują mnie bardziej, niż chciałabym przyznać. Nim zdążę cokolwiek odpowiedzieć, on znów mnie zagaduje:

— A gdybyś miała wybrać jeden mój utwór, który do ciebie przemawia…? Tylko jeden.

Zamyślam się chwilę. Wiem dokładnie, który.

— The Echo of Silence — mówię pewnie. — Ma w sobie autentyczność. Gdy go słucham, czuję, jakbym zaglądała do twojego świata, takiego prawdziwego, bez sceny, fleszy i całej gwiazdorskiej otoczki.

Aron patrzy na mnie inaczej niż wcześniej, z czymś na kształt uznania. Jego uśmiech łagodnieje.

— Mało kto o nim wspomina — przyznaje. — Dziękuję. To dla mnie ważne.

Przez chwilę po prostu patrzy mi w oczy, jakby szukał w nich czegoś więcej, niż mówię na głos.

— Muzyka ma działać na zmysły i odprężać — dodaje po chwili. — Nie sądzę, że tylko młodzi mogą czerpać z niej przyjemność. A jeśli oglądałaś wywiad, to wiesz, że nawet Tommy się wkręcił.

Kiwam głową z lekkim uśmiechem.

— Masz rację. Twoja muzyka naprawdę mi się podoba.

Aron odwzajemnia mój uśmiech. I w tej chwili mam dziwne wrażenie, że usłyszał w mojej odpowiedzi coś więcej, niż powiedziałam.

Zerka na mnie kątem oka.

— Poza tym jesteś młoda — dodaje z szelmowskim uśmiechem.

Wybucham śmiechem, czując, jak napięcie choć na moment ze mnie opada.

— Wywiad był świetny. Wypadłeś bardzo dobrze — mówię, zmieniając temat. — Nie wiedziałam, że założyłeś fundację.

Aron wzdycha, a w jego głosie pobrzmiewa ironia:

— Naprawdę? Matt nie wspomniał, że czasem robię coś pożytecznego dla ludzi?

Jego lekko kpiący ton sprawia, że kręcę głową z rozbawieniem.

— To wspaniałe, że myślisz o innych — mówię szczerze. — Dzieci potrzebują uwagi, obecności, zainteresowania. Kiedy je dostają, potrafią być niesamowicie kreatywne i mądre. Praca z nimi daje ogrom radości.

Aron milczy przez chwilę, przyglądając mi się uważnie. Czuję na sobie jego wzrok, niemal namacalny. Zanim zdążę zapytać, czego szuka w mojej twarzy, on zabiera głos:

— Lubisz dzieci, prawda?

Kiwam głową.

— To mogę zadać ci osobiste pytanie? — pyta nagle, a jego głos poważnieje. Moje ciało napina się odruchowo, ale nie chcę się zamknąć.

— Jasne. Pytaj.

— Dlaczego nie macie dzieci z Mattem? — pyta prosto, bez owijania. — Jesteście małżeństwem od lat.

Słowa uderzają we mnie mocno, aż czuję, jak mięśnie w mojej dłoni się spinają. Nerwowo przesuwam palcami po brzegu szlafroka, próbując zebrać myśli i nie dopuścić łez do oczu. Widzę, jak Aron czeka. Nie ocenia. Po prostu czeka.

— Dla Matta nigdy nie ma odpowiedniego momentu — mówię w końcu, starając się ukryć drżenie w głosie. — Najpierw nie mieliśmy mieszkania, potem zaczęliśmy spłacać kredyt. Powtarza, że dziecko kosztuje, że nie możemy sobie na nie pozwolić.

Aron marszczy brwi, a jego twarz poważnieje.

— A ty? Też tak myślisz? — pyta.

Wzdycham ciężko.

— Są setki, tysiące ludzi w podobnej sytuacji jak my. Mają dzieci i dają radę. Normalnie żyjemy i pracujemy. To tylko wymówki — przyznaję szczerze, jeszcze zanim zdążę to przemyśleć.

Aron kiwa głową powoli, jakby właśnie potwierdził swoje przypuszczenia.

— On po prostu ich nie chce? — pyta.

— Nie lubi dzieci — odpowiadam bez wahania. — Zawsze narzeka po spotkaniach, na których były. Krytykuje rodziców, krytykuje dzieci. On nie ma cierpliwości. Myśli, że wszystko da się załatwić rozkazem, a dzieci tak nie działają.

Zapada krótka cisza.

— I jak się z tym czujesz? — pyta, a w jego głosie słyszę coś, czego już dawno nikt we mnie nie wywołał: prawdziwą troskę.

Zawstydza mnie to, ale też porusza.

— Nie mogę go zmusić, żeby chciał dzieci — mówię. — Nie chcę stawiać go w sytuacji, której nie pragnie.

Aron unosi brew.

— Ale on może ciebie? — rzuca spokojnie, ale jego słowa trafiają we mnie jak cios. — Wiedziałaś o tym, kiedy za niego wychodziłaś?

Kręcę głową, czując, jak gardło ściska mi się od emocji.

— Rok po ślubie zaczęłam z nim rozmowę na ten temat. Dopiero wtedy wyszło na jaw, jak bardzo się w tej kwestii różnimy — wyjaśniam.

Aron marszczy brwi.

— Chcesz poświęcić coś, co jest dla ciebie ważne, tylko dlatego, że on tego nie chce? — w jego głosie słyszę szczere niedowierzanie.

Wzruszam ramionami, choć w środku czuję ukłucie bólu.

— Przeniosłam swoje oczekiwania gdzie indziej. Mam dzieciaki w przedszkolu — uśmiecham się słabo. — W życiu nie zawsze można mieć wszystko.

— Nie zgadzam się — odpowiada natychmiast. Wbijam w niego spojrzenie, czekając na rozwinięcie. — Jak już ustaliliśmy, jesteś młoda — uśmiechamy się do siebie. — Znalazłabyś kogoś, kto podziela twoje wyobrażenie o rodzinie.

— Radzisz mi zostawić twojego brata? — śmieję się, żeby rozładować napięcie, bo wiem, że jego słowa nie mają być złośliwe.

— Jesteście tu krótko, mało się znamy i pewnie nie powinienem się wtrącać — zaczyna ostrożniej. — Ale wiem jedno: on myśli wyłącznie o sobie. Zawsze tak było. Od lat jest skupiony na własnym żalu i tym, jak potoczyło się jego życie. — Patrzy na mnie poważnie. — A ty jesteś jego przeciwieństwem. Masz w sobie ciepło, energię, optymizm.

Nim zdążę cokolwiek powiedzieć, Aron sięga po moją dłoń.

Czuję dreszcz, który wstrząsa całym ciałem, choć ukrywa to gruby szlafrok. Patrzę najpierw na nasze dłonie, potem na niego.

— Uważam, że powinnaś być szczęśliwa — mówi, po czym powoli puszcza moją rękę. Mimo to nadal czuję ciepło jego dotyku, jak echo na skórze.

— Nie wiem, czy umiałabym zacząć od nowa — przyznaję. — W moim wieku nie jest łatwo znaleźć wolnego mężczyznę. Ci po czterdziestce to albo zatwardziali kawalerowie, których nie da się ruszyć z ich rutyny, albo rozwodnicy walczący o dzieci czy majątek. — Kręcę głową. — To już nie jest takie proste jak kiedyś.

— To szukaj młodszego — rzuca, jakby to było oczywiste.

Śmieję się, zupełnie szczerze, a on dołącza.

— Co? — parska. — Co cię tak bawi?

— A ty chciałbyś starszą babkę? — droczę się.

— Ty nie jesteś starsza — odpowiada bez wahania. — I nie mam uprzedzeń — dodaje z uśmiechem, który wywołuje we mnie irracjonalne gorąco.

— Zabawne — mruczę pod nosem. Czuję, że patrzy, więc wyjaśniam: — Widziałam w internecie Carolinę i Annę Scott. One nie są kobietami w średnim wieku.

Aron przerywa na moment, jakby zastanawiał się, jak ująć swoje słowa.

— Carolina jest ładna, ale nic więcej — mówi w końcu. — Menedżerka poprosiła mnie, żebym się z nią parę razy pokazał, ale nie miałem z nią absolutnie o czym rozmawiać. Ją interesuje tylko sława.

Unoszę brwi.

— Ale uprawiałeś z nią seks w basenie — przypominam, uśmiechając się złośliwie.

Aron parska.

— No tak. Nie zaprzeczę. — Chrząka, jakby próbował ukryć zakłopotanie. — Miałem w życiu wiele kobiet, bo miałem takie możliwości. Ale…

— Aron, nie tłumacz się — wchodzę mu w słowo, machając ręką. — Żartowałam.

Gdy nasze spojrzenia ponownie się spotykają, w powietrzu pojawia się coś ciężkiego, gęstego i zupełnie nieodpowiedniego.

Patrzy na mnie, jakby naprawdę ważył każde moje słowo. W końcu mówi pewnym tonem:

— Jeśli spotkam ciekawą kobietę, to wiek nie będzie miał znaczenia.

Jego pewność łagodzi coś we mnie, jakby na moment ktoś zdjął mi ciężar z ramion.

Ale zaraz czuję, jak ta rozmowa robi się zbyt osobista, zbyt niebezpieczna. Próbuję przywrócić racjonalność.

— Może na początku — przyznaję — ale czy wytrzymałbyś presję mediów? Komentarze o różnicy wieku? Porównywanie twojej partnerki z młodszymi, ładniejszymi, bardziej „odpowiednimi”?

Aron wzdycha.

— Evo, przez prawie piętnaście lat jest na celowniku. Cokolwiek zrobię, kogokolwiek dotknę, ktoś będzie hejtował, ktoś inny będzie zachwycony. — Wzrusza ramionami z rezygnacją. — A ja… chciałbym po prostu być szczęśliwy.

— Nie jesteś? — pytam, bo wydaje mi się, że on ma wszystko. Karierę, pieniądze, adorację.

Patrzy gdzieś w bok, na swoje dłonie, i pierwszy raz dziś słyszę w jego głosie cień przygnębienia.

— Ze mną jest trochę jak z tobą — mówi. — Powtarzam sobie, że mogłoby być gorzej. Ale braków nie zasypiesz ani pieniędzmi, ani znajomościami, ani seksem. — Uśmiecha się krótko, bez radości. — A próbowałem wszystkiego.

Coś we mnie drga, mięknie.

— Chłopaku, masz trzydzieści lat. Jeśli wiesz, czego albo kogo chcesz, to szukaj tego — mówię, chcąc mu dodać otuchy.

— Mogę dokładnie to samo powiedzieć tobie — odpowiada od razu, a jego uśmiech sprawia, że robi mi się cieplej.

— Aron, jesteś zdolny, przystojny, empatyczny i inteligentny. Masz do wyboru tysiące kobiet — mówię, a on natychmiast unosi brwi.

— Fiu fiu — mruczy rozbawiony. — Gdyby nie to, że jesteś żoną mojego brata, uznałbym, że zaczynasz dobry flirt.

Rumieniec rozlewa mi się po policzkach szybciej, niż zdążę zapanować nad własną twarzą.

— Tak łatwo cię zbajerować — odbijam piłeczkę, próbując brzmieć swobodnie.

— Jeśli tego chcę — puszcza mi oczko. Przewracam teatralnie oczami, choć w środku czuję ekscytujące ukłucie, które absolutnie nie powinno tam być. — A tak w ogóle, czemu nie śpisz? — pyta.

Wzdycham ciężko.

— Matt chrapie i nie mogę zasnąć, a do tego umieram z pragnienia — mówię prosto, bo co tu więcej wyjaśniać.

Aron kiwa głową ze zrozumieniem.

— Obok waszej sypialni jest drugi pokój. Jest tam wygodne łóżko i świeża pościel. Połóż się tam.

— Nie chcę robić kłopotu — protestuję. — I tak już zajmujemy ci pół mieszkania.

— Evo — mówi spokojnie — ten apartament jest ogromny. W końcu ktoś zacznie go używać tak, jak powinien.

Uśmiecha się do mnie zachęcająco, a ja czuję, że mam zgodę, żeby przestać się tłumaczyć.

— Dziękuję — mówię, podnosząc się z kanapy. — Dobranoc.

— Dobranoc, Evo — odpowiada i od razu sięga po telefon.

Zerkam kątem oka i widzę, jak włącza YouTube. Wyszukuje Larry’ego Clintona.

I nie potrafię się nie uśmiechnąć, idąc w stronę korytarza.

Rozdział 16
Aron

Mój brat to palant. Niestety, tacy ludzie w zadziwiający sposób potrafią przyciągać świetne kobiety. Nie mam pojęcia, jak to działa, ale im większy cham, tym większa szansa, że trafi na sensowną, dobrą, mądrą kobietę, która będzie go znosić. Jakby miała w sobie coś, co każe jej wierzyć, że on w końcu się zmieni. A ona jest zbyt porządna, by go kopnąć w tyłek i odejść.

To frustrujące obserwować, jak takie kobiety marnują swój czas na kogoś, kto nie docenia ich wartości. Czasem zastanawiam się, skąd to się bierze, czy to nadzieja, naiwność, czy potrzeba naprawienia kogoś, kogo nie da się naprawić?

Mam sporo kobiet w swoim otoczeniu, ale niewiele takich, które chciałbym zobaczyć ponownie. Przez lata skupiałem się na pracy, a relacje ograniczałem do zaspokajania podstawowych potrzeb. Sypiałem z kobietami, zmieniałem je jak skarpetki, nie inwestowałem w to żadnych emocji.

Jeszcze nie spotkałem takiej kobiety jak Eva. Jej widok mnie cieszy. Rozpala. Kiedy na nią patrzę, chcę, żeby czas się zatrzymał.

To, co opowiedziała mi o stosunku mojego brata do dzieci, zdenerwowało mnie bardziej, niż powinno. Jak można tak traktować kobietę, wiedząc, jak bardzo kocha dzieci?

To najlepszy dowód na to, że o takich rzeczach powinno się rozmawiać przed ślubem. Nie ma nic złego w tym, że ktoś nie chce mieć dzieci. Złe jest zmuszanie partnera, by zrezygnował z czegoś, co dla niego ważne.

Uważałem, że małżeństwa są przereklamowane. Że wiążą ręce i bardziej komplikują życie, niż je upraszczają. Przez lata to się sprawdzało aż w końcu zdałem sobie sprawę, że jestem zmęczony swoją rutyną. Że mam dość anonimowego seksu i pustych poranków.

Chcę mieć kogoś, z kim mogę rozmawiać w środku nocy.

Kogoś, z kim wypiję rano kawę, kto opowie, co będzie robił w ciągu dnia.

Mój brat, ten wiecznie obrażony na życie egoista, ma coś, czego ja nie mam i nie ma o tym pojęcia. Bo jest przekonany, że Eva nigdy nie zaryzykuje i nie odejdzie.

Czasem zastanawiam się, dlaczego ta mądra, wrażliwa, subtelna kobieta w ogóle go toleruje.

Gdybym ja ją miał pragnąłbym, żeby każdego dnia się uśmiechała. Jej ciepły uśmiech potrafi rozjaśnić wszystko.

To, że przyszła do mnie w szlafroku i bez makijażu, kompletnie mnie rozbroiło. Wiele kobiet, z którymi byłem, panicznie bało się pokazać bez makijażu. Większość z nich uciekała do łazienki w środku nocy, żeby poprawić kreskę na oku. Trauma przed „naturalnością”.

A Eva?

Po prostu przyszła. Prawdziwa. Obecna. A ten puchaty szlafrok… Oczarował mnie.

I oczywiście zacząłem się zastanawiać, co ma pod nim. W czym śpi. Koszula nocna? Delikatna piżama?

Przy niej czuję się inaczej. Lżej. Naturalniej.

Rozmawia się z nią łatwo. Pyta, słucha, myśli, potrafi bronić swojego zdania. Nie jest nudna. Nie jest „kolejną fanką”. Jest kobietą, którą chce się poznawać dalej.

Zasługuje na kogoś lepszego niż mój brat.

Ta myśl nie daje mi spokoju.

A gdybym spróbował przekonać ją do siebie? Czy miałbym szansę?

Taki krok wywołałby rodzinny skandal. Mój brat nigdy by mi tego nie wybaczył, ale szczerze mówiąc? Nie wiem, czy miałbym wyrzuty sumienia.

Zanim jednak spróbuję cokolwiek jej uświadomić, muszę to przemyśleć. Nie chcę wprowadzać zamieszania w jej głowie. Nie chcę robić jej krzywdy.

Jednocześnie wiem, że zasługuje na więcej, niż Matt jej daje.

I wiem, że ja mógłbym jej to „więcej” dać. Szczęście. Bliskość. Zrozumienie.

Tylko, czy ona byłaby gotowa na taki krok?

Czy mogłaby zobaczyć we mnie kogoś więcej niż tylko brata swojego męża?

Te pytania krążą mi po głowie i nie chcą przestać. A ja bardzo chcę znaleźć na nie odpowiedzi.

Rozdział 17
Aron

Po porannym treningu i szybkim prysznicu zakładam luźniejsze ubrania, koszulkę i spodnie dresowe. Czuję przyjemne zmęczenie w mięśniach i tę charakterystyczną lekkość po dobrze wykonanej sesji. Zamierzam zejść do kuchni, licząc na to, że jeszcze spotkam Evę.

Może znów porozmawiamy i ją zobaczę.

Lecz nie widziałem jej, kiedy wracałem z basenu. Nie wiem nawet, czy jest w domu. Może zaczyna pracę wcześniej niż wczoraj. A może nie mogła spać w nocy i teraz nadrabia brak snu?

Po wczorajszej rozmowie trudno mi przestać o niej myśleć.

Dzisiejszy dzień zapowiada się spokojnie. W końcu. Gem zostawiła mi stertę płyt do podpisania, kilka kontraktów do przejrzenia i listę zadań dotyczących fundacji. Ogarnę to w swoim tempie, nigdzie się nie spieszę.

Już mam kierować do wyjścia z pokoju, kiedy z rozmyślań wyrywają mnie stłumione głosy dochodzące z korytarza. Ktoś tam jest. I ewidentnie o coś się sprzecza.

Marszczę brwi.

Panie sprzątające? Niemożliwe, one zawsze poruszają się cicho jak duchy i raczej nie dyskutują w moim apartamencie.

Podchodzę więc do drzwi, próbując rozszyfrować podniesione głosy. Jedno z nich brzmi znajomo, drugie również, choć jest pełne napięcia i gniewu.

I wtedy — pukanie.

Krótkie, mocne, stanowcze.

Otwieram drzwi zaskoczony, przygotowany na cokolwiek, ale nie na to, co widzę.

Eva.

Stoi w progu, blada i spięta, z ustami zaciśniętymi w wąską linię. Jej oczy błyszczą niepokojem, aż mnie ściska w środku. Odruchowo prostuję się, jakby ktoś krzyknął „baczność”.

Coś jest bardzo nie tak.

— Evo? — pytam ostrożnie, w jednej sekundzie szukając w jej twarzy odpowiedzi. — Stało się coś?

Wszystko we mnie napina się jak przed uderzeniem.

Moje myśli natychmiast biegną do jednego człowieka. Z góry czuję, jak rośnie we mnie irytacja.

Czy to Matt? Czy znowu wywołał awanturę, znowu ją zranił, znowu zrobił coś głupiego?

Zaciskam szczękę, czując narastające napięcie w karku.

Jeśli on jej coś powiedział albo ją zdenerwował, trudno będzie mi zachować spokój.

— Czy możesz pójść do salonu? — pyta Eva bez cienia uśmiechu. — Przyszła Carolina i chce się z tobą spotkać. — Robię wielkie oczy. Carolina? O tej porze? — Myśli, że spałam z tobą i mnie zwyzywała — dodaje, a moje ciało momentalnie napina się ze złości.

— Słucham? — pytam, ale Eva nie ma szans powiedzieć nic więcej, bo zza jej pleców pojawia się ona, nieproszona, rozwrzeszczana, wystrojona jak na nocne wyjście, a nie poranek. Skórzana mini, krótki top, obcasy. Carolina wygląda jak chodzący krzyk o uwagę.

— Możesz mi wyjaśnić, kim jest ta pani w szlafroku rodem z domu seniora? — zaczyna z pogardą, nie spuszczając wzroku z Evy. — Przychodzę rano, żeby twój poranek był lepszy, a tu w salonie widzę… to. — Wskazuje na Evę z teatralnym oburzeniem, a mój żołądek zaciska się w złości.

Eva stoi spokojna, jakby ktoś wyciszył jej reakcje. Ale ja wręcz czuję, jak moja irytacja rośnie.

— Evo, przepraszam. Czy mogę zostać z Caroliną sam na sam? — proszę, starając się, żeby mój głos nie brzmiał tak wściekle, jak się czuję.

Kiwa głową i odchodzi bez słowa, znikając w korytarzu. Patrzę za nią, dopóki nie znika z pola widzenia, dopiero wtedy zwracam uwagę na tornado, które zostało.

Carolina natychmiast zaczyna kolejną tyradę:

— No! Kto to jest?! — rzuca, przewracając dramatycznie oczami. — Wchodzę tutaj, robię ci miłą niespodziankę, a ty masz w domu jakąś babę?

To mnie dobija.

— Jak tu weszłaś? — pytam chłodno, ignorując jej histerię.

— Powiedziałam porterowi, kim jestem i że przyszłam zrobić poranną niespodziankę wyjątkowemu facetowi — odpowiada i puszcza mi oczko. Reaguję na to tylko kolejnym przewróceniem oczami. — Ale nie spodziewałam się zastać tu innej kobiety. Kim ona jest? — wraca do swojego „tematu”, jakby jej życie od tego zależało.

Mam dość.

— Nie muszę się przed tobą tłumaczyć. — Mówię spokojnie, ale stanowczo. — Nie jesteśmy w żadnym związku. Nawet koleżeńskim.

Patrzę na nią zimno. Nie mam zamiaru wdawać się w tę farsę. Nie dziś.

— Nie drocz się ze mną — uśmiecha się zalotnie, kompletnie nie rejestrując, że mam jej dość już po pierwszym zdaniu. — Oglądałam wczoraj twój wywiad. Powiedziałeś, że jestem fajna. — cytuje mnie z samozadowoleniem, jakby miało to znaczyć coś więcej niż dyplomatyczne wykręcenie się z pytania.

— A co według ciebie miałem powiedzieć, kiedy Tommy o ciebie zapytał? — rzucam chłodno. — Że nudzi mnie po pięciu minutach rozmowy? — Myślę, ale nie mówię. Nawet ona nie potrafiłaby złożyć sensownej interpretacji takiego pytania, więc milknie, marszcząc nos.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.