drukowana A5
65
Wilno 1945

Bezpłatny fragment - Wilno 1945

Dzienniki


Objętość:
279 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-8414-236-3

Przedmowa

„Wilno 1945. Dzienniki” Ireny Heilman to cenny i bieżący zapis przeżyć autorki w czasie II wojny światowej i po jej zakończeniu. Rozpoczęta 23 września 1939 r. a kończąca się w tym samym miesiącu w roku 1953 relacja jest bardzo ważnym zapisem ówczesnych wydarzeń. Wydarzeń głównie w sferze duchowej i osobistej na tle zmieniającego się wokół świata, ale ważnym głosem kobiety w tych trudnych czasach.

Cóż zatem możemy znaleźć na kartach tych 85 lat temu rozpoczętych zapisków? Dziennik powstały w przeważającej części w okupowanym Wilnie to przede wszystkim relacje z codziennego, okupacyjnego życia dotyczące warunków, rozważań o rzeczach najważniejszych, ale także zmaganiach zwykłej rodziny o przeżycie. To opowieść o zmieniających się relacjach, losach ludzi, odnajdywaniu siebie i celu życia.

Do roku 1944 r. kolejne okupacje Wilna — sowiecka, litewska, sowiecka i niemiecka są ukazane w oddaleniu. Intensywność zapisów autorki w dzienniku rośnie od momentu ponownej okupacji sowieckiej oraz aresztowania jej i męża Stanisława Heilmana przez NKWD dnia 27 marca 1945 r. Zwolniona po kilkumiesięcznym pobycie w więzieniu Irena swymi zapiskami i szczegółowymi relacjami z aresztu sowieckiego i dalszych losów jej męża umożliwia nam dogłębnie poznać tamte realia, sytuacje w jakich znaleźli się aresztowani, stosunek funkcjonariuszy sowieckich i sowieckiego aparatu represji do nich. To niezwykle cenny, pisany na bieżąco zapis wydarzeń, odczuć, postaci. To zapis losu mieszkańców Wileńszczyzny w rękach sowieckiego terroru.

80 lat od tamtych wydarzeń mimo, iż wiele uczyniono, aby zadbać o upowszechnienie historii Kresów Wschodnich, ustanowiono Dzień Sybiraka oraz Narodowy Dzień Żołnierzy Armii Krajowej w powszechnej świadomości Polaków nadal zbyt mało wiadomo o heroizmie żołnierzy AK walczących na Kresach. Jednym z nich był właśnie mąż Ireny Heilman — Stanisław — major Wojska Polskiego, żołnierz walk o niepodległość Polski i jej granice do roku 1921, w roku 1939, a następnie oficer Okręgu Wileńskiego AK. Jednego z ostatnich komendantów Okręgu już po zajęciu Wileńszczyzny przez Sowietów i podstępnym aresztowania wielu żołnierzy i oficerów AK. Ważne, że dzięki dziennikowi jego żony pozostał zapis Jego losów, relacji innych na jego temat. Tym bardziej, iż 80 lat od jego wywiezienia w październiku 1945 r. do łagrów sowieckich nie ma w Polsce zbiorowej pamięci o żołnierzach Armii Krajowej tak samo Niezłomnych, a Wyklętych i zapomnianych, bo zginęli czy przeżyli często kilkunastoletnie wyroki nie w stalinowskich więzieniach na terenie Polski, ale w sowieckich obozach koncentracyjnych, obozach pracy na terenie ZSRR. Łagiernikach jak siebie nazywali.

Dlatego też z radością przyjęłam inicjatywę rodziny Ireny Heilman o wydaniu Jej zapisków i przywróceniu pamięci o tamtych wydarzeniach i osobach. Jak dobrze, że przetrwały wraz z nią wojnę i tułaczkę, że zachowały się w archiwum jej bliskich. Pisane początkowo z potrzeby serca i umysłu, stały się następnie, o czym pisze sama autorka — ulgą dla niej i „śladem życia Staszka”:

„(…) Zeszyt ten — to dla mnie jakby część Staszka. Takie mam uczucie, gdy zabieram się do pisania, są we mnie takie nawroty tęsknoty, uczucia słodkiego i bolesnego zarazem, że tylko uspokajam się, gdy mogę parę słów o nim napisać albo nawet coś co luźno z nim związane… Staszku! Czy się jeszcze zobaczymy? (…)”.

Świata ściśle związanego z Wilnem — Stanisław Heilman wybrał dla siebie pseudonim konspiracyjny w Armii Krajowej „Wileńczyk”. Jakże to symboliczne. Tak o tym pisała jego żona:

„(…) Chciałabym się go zapytać, dlaczego wziął pseudonim „Wileńczyk”. Czy chciał podkreślić, że aż tak związany z Wilnem? Że już przed dwudziestu paru laty walczył o to Wilno, że zdeptał przez te dwadzieścia parę lat Wileńszczyznę naokoło, tak jak dziesiątki tysięcy wileńczyków nie zdeptało tej ziemi (…)”.

Zachęcam do zagłębienia się w ten świat wojennego Wilna i powojennej Polski, aby poznać przemyślenia kobiety starającej się odnaleźć w wojennej rzeczywistości, która z uwagi na służbę swego męża w konspiracji musiała zdecydować się na zmianę ich relacji. Kobiety silnej, ale też pełnej rozterek i ważnych przemyśleń. Kobiety, która pragnie, aby zapis jej i jej męża przeżyć pozostał dla potomnych. To świadectwo ludzi tamtego pokolenia ówczesnych 30-, 40-latków. Ich wyborów, postaw, trudnych przeżyć.

Wspomnienia Ireny Heilman to także jej komentarze na temat zmian politycznych na Wileńszczyźnie, w Polsce i Europie. Wiele z nich z uwagi na wydarzenia ostatnich lat i miesięcy pozostają albo stają się niestety na nowo aktualne. Ten ważny, pisany na bieżąco zapis z uderzającą siłą ukazuje czytelnikowi aktualność wielu ówczesnych przemyśleń autorki. Jakże nadal mocno brzmią choćby słowa:

„7 lipca 1946 r. Dziś poszłyśmy z Mamą pożegnać Matkę Boską Ostrobramską i trafiłyśmy na mszę litewską. Pod murami i w galerii sporo klęczących. Jezdnią przechodzili bolszewicy, niektórzy obojętni, inni ciekawi, ale czujący się dysonansem w tym miejscu. Przechodzili cicho, nieliczni z czapką w ręku. W kaplicy ksiądz mówił kazanie po litewsku, a obok z kościoła św. Teresy donosił się śpiew: „Boże coś Polskę” po polsku. Godziło się to jedno z drugim przy tej trzeciej, obcej, wrogiej i jednym, i drugim — sile”.

Trzymana przez Państwa publikacja to także zapis tragicznych losów polskich rodzin, które po roku 1945 musiały na Kresach podjąć niezmiernie trudne decyzje o pozostaniu lub opuszczeniu rodzinnej ziemi. Następstwa tych decyzji są odczuwane także przez ich potomków, czego choćby ja sama jestem przykładem. Nie inaczej było w przypadku rodziny Zatorskich i Heilmanów. Z relacji Ireny będą Państwo mogli poznać także i tę część zbyt mało pamiętanej, polskiej historii. Historii tułaczki, która także w przypadku innych narodów nadal ma miejsce.

W roku 80. rocznicy aresztowania majora Stanisława Heilmana — Komendanta Okręgu Wileńskiego Armii Krajowej przez Sowietów, w roku 80. rocznicy Jego zesłania do workuckiego łagru i w roku 80. rocznicy zakończenia II wojny światowej, które nie było końcem katorgi narodu polskiego z rąk sowieckich zagłębmy się w spisane przed laty wspomnienia Ireny Heilman. Nie pozwólmy, aby ich postacie zniknęły w odmętach powszechnej niepamięci.

dr Aneta Hoffmann

Warszawa, marzec 2025 r.

Nota od wydawcy

Niniejsza książka została wydana na podstawie rękopisów wspomnień Ireny Heilman. Zanim to się stało, rękopisy odbyły długą drogę. Najpierw w czasie wyjazdu autorki z Wilna w 1946 r. przez granicę dotarły do Gdańska. Tam przechowywane były aż do jej śmierci w 1968 r. Później zostały wysłane do Australii, gdzie przebywał brat z rodziną — Tadeusz Zatorski, z zawodu architekt tak jak Irena. Z powrotem wspomnienia dotarły do Polski w 2023 r.

I oto zostały zaprezentowane szerszej niż rodzina publiczności. Celem jest upamiętnienie i uhonorowanie dwóch głównych bohaterów — Ireny i Stanisława Heilmanów. Szerzej jest to hołd dla tego pokolenia Polaków, które było świadkiem dwóch wojen światowych, ale czynnym, bo podjęło walkę o Polskę.

W tytule zawarta jest data 1945 r. To kluczowy rok dla życia Ireny i Stanisława Heilmanów. Oboje zostali aresztowani przez NKWD. Najszerzej jest ten rok zrelacjonowany w dziennikach. To też kluczowy rok dla Wilna, którego została pozbawiona Polska.

Dzienniki zostały w pewnym stopniu skrócone, zwłaszcza o treści bieżących komentarzy politycznych, które się zdezaktualizowały. W dziennikach brak jest niektórych kart rękopisów (brak jest informacji kto i kiedy te karty usunął). Mimo dokonanych skróceń, nacisk został położony, aby zachować przeżycia wewnętrzne, opis otaczających wydarzeń i osób.

Duża część z opisanych postaci ma swój udział w historii, więc jest to jeszcze jedna relacja ich życia. Najważniejsze wspomniane osoby zostały ujęte w indeksie na końcu książki, w szczególności te które zostały zidentyfikowane. Pisownia tekstu została zmodernizowana, rozwinięto stosowane skróty, poprawiono błędy i uzupełniono brakujące wyrazy oraz ujednolicono sposób zapisu.

Wydawca wyraża nadzieję, że niniejsza pozycja spotka się z zainteresowaniem czytelników i stanowić będzie cenne uzupełnienie wiedzy o historii Polski.

(na okładce znajduje się grafika z okresu międzywojennego przedstawiająca wieżę kościoła p. w. św. Ducha w Wilnie - ze zbiorów po Irenie Heilman)

Dzienniki

Rok 1939

23 września 1939 r., sobota

Należy wszystko uporządkować, cośmy przeżyli. W niedzielę rano 17 września jakaś znajoma w tajemnicy powiedziała, że bolszewicy przekroczyli rano granice Polski, tłumacząc się tym, że rząd Polski umknął zagranicę. Polska jest w chaosie, wobec czego czują się zwolnieni z zawartego paktu z Polską i w obronie Białorusinów, Ukraińców przychodzą na nasze ziemie.

Tajemnica nie była tajemnicą, gdyż jak wyszłam na miasto, to wszyscy już o tym wiedzieli. W poniedziałek rano, gdy wyszłam na miasto — te przewalające się tłumy ludzi, żołnierzy, oficerów, ten wyraźny pogrom — to był widok straszny. Spotkałam w tym tłumie żonę pułkownika Wincentego Kowalskiego, której powiedziałam, że muszę jej powiedzieć prawdę — to co czuję. Był wyjątkiem, ale reszta wyższego dowództwa, która w ciągu 2 tygodni doprowadziła do upadku Polski, która zawiodła zaufanie do Polski ludności tutejszej (mówiłam, że na 30 lat zabito tu Polskę), zasługuje na powieszenie. Drżącym głosem mówiła, że to tak straszna przewaga. Chciała się tłumaczyć. Mój Boże, jak można było zmarnować entuzjazm ludzi, nas wszystkich.

Dorwali się do żłobu, jeden drugiego ciągnął do tego żłobu. A tymczasem usypiali nas, że wszystko dobrze i w porządku, a był taki bezprzykładny brak broni pancernej, lotnictwa. Nawet nie mieli dla wszystkich broni i umundurowania. Wywieszać ich to za mało.

Miasto wyglądało coraz gorzej. Tymczasem nasza krótkofalówka po obiedzie podała, że Włochy, Rumunia i Jugosławia, i Belgia wystąpiły przeciw Niemcom, że Anglia i Francja zagroziły Sowietom, że jeżeli dalej będą się posuwać w głąb Polski, to będą to traktować jako wypowiedzenie wojny im.

Nie wierzyłam w to wszystko. Było zbyt dobre, aby było prawdopodobne. Ale oświadczenie to pomogło w bardzo względnym porządku wycofać się chociażby częściowo na Litwę, no i Wilno nie rozgrabiono by w ciągu tego odwrotu. W poniedziałek wieczór weszli bolszewicy od dworca. Słyszeliśmy strzały. We wtorek rano weszły pierwsze czołgi.

Widziałam, jak żołnierz nasz bez pasa salutował z uśmiechem bolszewików w czołgu. Bolszewicy mają poczciwe gęby. Może tylko takie bez uśmiechu. Są bardzo grzeczni, kulturalni, agitatorzy doskonali.

Nasi żołnierze tabunami chodzili. Ci którzy pochodzili stąd, to poszli do domów. Resztę gromadzili bolszewicy i dalsza droga ich jest niewiadoma.

Po tych rannych, krótkotrwałych wypadach na miasto, przeleżałam czytając kryminalne powieści. Byłyśmy otępiałe. Najgorsze co mogło nas spotkać to nieświadomość, co z naszymi bliskimi może być, czy się spotkamy. Rozpacz. I ciekawe, na drugi dzień wszyscy w domu wstali w usposobieniu lepszym. Może dlatego żeśmy podświadomie bali się okrucieństw. I tylko od czasu do czasu chwila rozpaczy.

Co dalej? Czyżby to był czwarty rozbiór Polski? Dużo nas woli Polskę sowiecką, ale całą niż rozebraną na części. Warszawa się jeszcze broni. To już przeszło 2 tygodnie. Nie można sobie wyobrazić, co się tam z naszymi dzieje. Jaką straszną rzezią naszych jest ta wojna. Przeklęci wszyscy coście naród ukrzyżowali.

Widziałam taką scenę. Auto ciężarowe pełne oficerów prawdopodobnie zawodowych, otoczonych przez bolszewików jechało. Jeden stał z rękami w kieszeniach. Reszta zbiła się w tłumek zakrywszy sobie twarze ze wstydu czy też bólu.

Podobno jeszcze się bronią grupki w lasach, my zaś jemy, śpimy, nawet się śmiejemy. Co to, samoobrona organizmu, czy bydlęctwo?

Co ze Staszkiem? Tęsknię za nim. Jakaś zemsta losu za to wszystko co o nim myślałam i jak z nim postępowałam.

Wilno, 8 października 1939 r.

Poddała się dnia 27 września z powodu braku amunicji (przede wszystkim), żywności i wody. 2 października wkroczyły w nią wojska niemieckie. Warszawa jest jedną ruiną. Podobno pod czołgi niemieckie rzucały się dziewczynki z granatami i ginęły od wybuchu. Wiem, że czynów bohaterskich ponad ludzką miarę było w tysiące. Znam nasz naród. Żyć, organizować się nie umiemy, umierać pięknie — to owszem. Gdybyż miało się do czynienia nie z maszyną, a ludźmi, każdy naród musiałby przed naszą furią uciekać.

Patrzę na bolszewików. Okropnie to ubrane, wychudzone, ale wszystko zmotoryzowane. Myśmy byli przygotowani do wojny takiej jak sprzed 20 lat. Nie mówię o ubraniach, mieliśmy tego dużo. Za to oni mają czołgi. Można żyć, mając cokolwiek na sobie i coś do jedzenia. Aparat ich gospodarczy musi być okropnie ciężki do uruchomienia, jeżeli są tak podstawowe braki jak cały przemysł odzieżowy.

Dla mnie w ogóle to jest imperializm rosyjski, to zabranie Białej Rusi i Ukrainy. Może podświadomy. Nie jest to żadna międzynarodówka, to jest wielka polityka Katarzyny, czy innego imperialisty.

Któregoś dnia wrócił Tadek. Był ranek, otworzyłam mu sama z łańcucha. Te oczy pełne niepokoju, zmęczenia, nadziei, że oto może zastanie dom w całości. Wrócił jako żołnierz, gdyż chłopi oficerów nie przepuszczali. Gdy mówiono mu: „Tyś oficer”, pokazywał zupełnie ogoloną głowę. Ja w jego sytuacji dążyłabym do czego innego — nie wracałabym do Wilna. Tadek stracił głowę, zresztą Jadzia, z usposobieniem rozbrajającym mężczyzn, zrobiła swoje. Musiał do niej wrócić, aby ją uspokoić, że wyszedł cało z walk. Ma postrzelony trencz, ale nie był ranny. Tadka mi szkoda. Widzę, że się gryzie. Uważa, że nie jest w porządku, że jest tutaj, a nie gdzie indziej.

Tęsknię za Staszkiem. Jest pełen dom ludzi, ale każdy ma kogoś najbliższego, jak Tadeuszowie wzajemnie albo nas wszystkich jak Mama. Ja nie mam właśnie kogoś, kto jest tylko mój. Też zemsta losu. Staszek zawsze miał mi za złe, że on nie jest najważniejszy, najbliższy. Zawsze był tym na drugim miejscu. Teraz o nim myślę i tęsknię. Mam wrażenie, że nawet nikt tego się nie domyśla. Zresztą to jest mój los, że muszą być tą kobietą, która podtrzymuje, ale nie którą się podtrzymuje. Nie jestem typem Jadzi.

Wilno, 14 października 1939 r.

Jeszcze jesteśmy oszołomieni katastrofą Polski. Często nie chcę się wgłębiać w całokształt tej sprawy. Można postradać zmysły. Jedno wiem, że klęska ta i szybkość nie jest współmierna z wartością naszego narodu. Nie zasłużyliśmy na taką klęskę. Rząd — tak, bo mógł naród zmusić do ofiarności jeszcze większej. Mogliśmy jak bolszewicy i Niemcy nie dojadać, ażeby mieć uzbrojenie, bo największy brak był lotnictwa i tanków. Gdy patrzę na wojsko bolszewickie wiem, że wojsko polskie mimo braków w tankach na pewno bolszewików by pokonało.

Dużo żołnierzy wraca, nawet oficerów zawodowych, ale ci są przytrzymywani, odsyłani prawdopodobnie do Rosji. Bardzo dużo jest w ogóle aresztów, specjalnie lekarzy. Aresztowany jest profesor Jakowiecki. Wybierają dobrych specjalistów.

Wilno oddane niby Litwinom. Litwa „przyjęła” protektorat sowiecki. Liczę, że najwyżej za pół roku Litwa będzie zupełnie sowiecka. A tymczasem zobaczymy Wilno jako litewskie. Uczucia patriotyzmu wyrwać ze siebie. Kocham Polskę i jednocześnie tak muszę się wstydzić. Najwięcej denerwujące uczucie to właśnie wstyd za nas wszystkich i za rząd tak katastrofalnie nieudolny, za bezhołowie wojskowe, za tak idiotyczne postępowanie z mniejszościami, że po 20 latach byli to tylko wrogowie, za dzicz naszego narodu (przykład rabunki w zbombardowanej Warszawie lub w Wilnie koszar i domów oficerskich).

Wilno, 16 października 1939 r.

Tyle się przeżywa. Teraz nie powstaje we mnie myśl o samobójstwie. Każdy z nas winien wytrwać na swoim miejscu. Przeżycia gromadzę w sobie jak kapitał. Wciąż myślę, coś przeżywając, że podzielę się tym ze Staszkiem. Nie odczuwam braku jego jako mężczyzny. Brakuje mnie kogoś najbliższego. Wierzę, że wróci. Ale i Staszka wierzyła. Przecież dziś mamy wiadomość, że Janek zabity, i to zabity przez własną piechotę. Trafili krechowiacy między niemiecką, a własną piechotę. Janek zginął od razu. To szczęście. Największe jednak szczęście, że nie dożył tej klęski. Mało tego — że nie dożył do takich chwil jak teraz, gdy się mówi, że oficerowie porzucali żołnierzy.

Wilno, 24 października 1939 r.

Dziś prawdopodobnie wchodzą Litwini. Zniknęły flagi czerwone, są litewskie — trójkolorowe. Będzie im ciężko, miasto zniszczone przez bolszewików w okropny sposób. Wywieziono pieniędzy przeszło 25 milionów z banków i magistratu, wywieziono fabryki, warsztaty kolejowe, teatr (kostiumy), instrumenty z radio, zepsuli urządzenia.

Areszty były nagminne. Całe Wilno, bojąc się nocnych aresztów — przyniosło się na noc do znajomych. Tadek też chodził co wieczór „po produkty”.

Halina Sukiennicka wypuszczona. Stan nerwowy jej straszny. Mówi, że poziom bolszewicki jest tak niski, że nie można było z nimi się dogadać. Nie można było się wprost porozumieć.

Litwinom będzie ciężko. Postarają się nas tu porozbijać, powyrzucać z Wilna. To jest tak polskie miasto, że wątpię, czy im się to uda. Preteksty będą jednak najrozmaitsze, ażeby z Wilna nas wykurzyć. To naród zawzięty, uparty i nie zniechęcający się byle jaką przeszkodą, tak jak Słowianie. Podobniejsi są do Niemców. Ale nas zmóc będzie ciężko. Wszystkich nas nie rozpędzą. Jest to zupełnie niemożliwe.

Janek Herhold napisał, że ocalał cudem, uciekł z niewoli niemieckiej, maszerował do Wilna, ale wynika dalej z zawoalowanej treści, że wpadł w bolszewicką niewolę. Renia się zamartwia.

Maniek Pacholski ciężko widocznie ranny, gdyż w tym dniu zranienia ktoś pisał list za niego, on tylko nieudolnie podpisał — jest zdaje się w niewoli bolszewickiej, bo list z Kowla, ale pierwsza wiadomość była, że był wzięty do niewoli niemieckiej. Nieszczęśliwy człowiek już się raz męczył w niewoli bolszewickiej. Wówczas to dostał ode mnie pięknie opakowane z niebieską wstążeczką ciepłe kalesony.

Były moje imieniny. Smutno mi było i wciąż myślałam o Staszku. Jeżeli żyje, to na pewno cały czas o mnie myślał. Łzy przy śniadaniu płynęły strumieniem tak jakoś lekko, bez żadnej przykrości. Trzeba jednak więcej uważać na siebie. Nie należy wprowadzać w swoje smutki, czy kłopoty nawet najbliższe otoczenie. Denerwuję się codziennie przy wymienianiu w radiu angielskim nazwisk ludzi zagranicą. Codziennie czekam, że Staszek gdzieś się tam znajdzie.

Wilno, 25 października 1939 r.

Czyż to możliwe, aby naród w najgorszych okolicznościach, przynajmniej 20 milionowy mógł zostać zgnieciony i rozbity na zawsze. Niemcy wyrzucają nas z Pomorza i Poznańskiego, przenosząc swoich Niemców z Łotwy i Estonii oraz z terenów polskich pod bolszewikami, w Lubelskim obsadzają zewsząd Żydów, nawet z Wiednia. Podobno ze Lwowa wysiedlają Polaków do Rosji. To przecież taki gwałt, że wprost nie do wiary, aby był w dwudziestym wieku. Ale wszystko to plan niemiecki. Nienawidziłam Niemców teraz. Ta nienawiść wprost jest uczuciem fizycznym. Czuję jak jakiś ból w sobie. Chcą nas zniszczyć zupełnie. Pokazali światu jakim mało wartościowym państwem byliśmy, jeżeli można nas było w ciągu 3 tygodni pokonać. Teraz zniszczą naród. Pomogą bolszewicy, Ukraińcy i Litwini. Ale żeby nie wiem jak robili, kogo uważali za godnych miana obywatela litewskiego, to zawsze będą w Wilnie w przerażającej mniejszości.

Tu są ogólne rzeczy i osobiste. Tadzio chce wyjechać do Francji, Jadzia na toż gwałtem, że: „Nie myśli jak to będzie z jej utrzymaniem”, że dosyć cierpiała przez Ojczyznę. Byłam oburzona, cóż takiego myśmy dla Ojczyzny robili. Jadźka uważa, że przeżyła dosyć cierpień przez Polskę, ale to wszystko bierne odczuwanie, a nie czyn.

To typowo polskie, dużo słów, uczucia, a nic konkretnego. To coś z tego rodzaju, co ten pan, co miał robić tajną organizację, o której, nie kryjąc się przed nami, mówiła jego żona, a który uważał, że trzeba się skupić, policzyć — wiele nas nie jest. Nic na to grzecznie nie mówiłam, ale byłam wściekła na tę „tajną organizację”. Dużo słów, gdzież czyn.

26 listopada 1939 r.

Oto właśnie miesiąc jak wrócił Staszek. Było tak. Przyszłam przypadkowo do domu, przyniosłam spod hali baraninę. Zaczęłam ją chwalić w przedpokoju. Wtem Jadzia mnie trąciła, jakby wskazując na pokój, weszłam więc tam sądząc, że jest jakiś niepożądany interesant. W pokoju na tle białych drzwi odcinała się ciemna sylwetka ze spodniami wypuszczonymi na cholewy, brodata i zarośnięta włosami, ale jednocześnie wiedziałam, że to Staszek — zrobiło mi się ciemno w oczach, zaczęłam jęczeć z wrażenia. Objęliśmy się, ja płakałam, zresztą Mama i Jadzia pochlipywały, patrząc na to.

Za chwilę siedzieliśmy na otomanie. Ja się śmiałam i pytałam, skąd się wziął. Okazało się, że walczył w grupie Kleeberga do 5 października, a właściwie podgrupie czy dywizji pułkownika emerytowanego Brzozy. Wobec poddania się grupy z powodu braku amunicji, Staszek zdecydował nie dostać się do niewoli niemieckiej. Przesiedział w lesie kilka dni (3 zdaje się), a później wyszedł. Na szczęście niedaleko miał do Kocka. Tylko 30 kilometrów tam poszedł — przebrał się i dalej wędrował. Przeszedł 25 października przez Bug w bród. Mówił, że to było ciężkie przejście, woda parzyła wprost. Staszek tak ze 3 dni opowiadał. Bardzo był zdenerwowany. Parę dni się z nim niańczyłam. Teraz już się uspokoił i wlazł w swą starą skórę.

No i od początku sprzeczki, tym bardziej, że więcej tematów. W zasadzie leży niezgodność charakterów, począwszy od drobiazgów jak to, że ja wcześnie się kładę, on późno i nie daje mi spać. Z rana za to ja mu przeszkadzam spać. Najpoważniejsze jednak, ja jestem naturą czynną, prędką, z szerokim gestem, on bierny, powolny do niemożliwości, drobiazgowy i bardzo dokuczliwy. Dokucza Mamie, Jadzi. Mnie to jest naprawdę przykre, bo wiem, jak Tadziom musi ta „łaska” wychodzić bokiem. Staszek wtrąca się do palenia piecu, smarowania jedzenia Markowi. Diabli mnie biorą, że w takich wielkich czasach ludzie się sprzeczają o drobiazgi i drobiazgami zatruwają swoje życie. Ale tego nie mogę Staszkowi wytłumaczyć.

Na dobitek odsuwa mnie przez swoje niechlujstwo. Każda zmiana bielizny nie może przejść bez kilkugodzinnego przypominania. Zgolenie się, a tym bardziej strzyżenie, to już całe duże przejście. Więc mimo, że go żałuję, to na pewno czuję się sama między tą zgraną rodziną (z tym zgraniem różnie bywa), ale on wówczas doprowadzi, że źle postępuję, gdy już mnie odsunie na dłuższy czas.

To są sprawy osobiste. Co do ogólnych, to Litwini weszli. Początkowo Polacy byli bardzo dobrze do nich usposobieni, ale Litwini z miejsca zaczęli w ich pojęciu litwinizować nas i miasto. Więc od razu zwolnili urzędników z poczty, kolei, teraz z izby skarbowej, no i biorą albo tylko z Litwy, albo tutejszych Litwinów. A nas tu jest tak dużo, że to musi być niepokojące. Wyrzucić nie mogą. Chcą zmusić głodem do wyrzeczenia się polskości albo wyemigrowania.

Początkowo martwiłam się o naszą sytuację, czułam się odpowiedzialną za 8 osób. Teraz biorę to filozoficznie. Za dużo nas jest i gdy dojdzie do ostatecznej nędzy, Litwini będą się musieli z tym liczyć, że umierać z głodu nie będziemy cicho. W każdym razie Litwini tracą konsekwentnie sympatię Polaków. Opowiadają o „geniuszu narodu litewskiego, który stworzył Wilno”, o tym, że robią łaskę, zamieniając złote po lichym kursie. My uważamy, że za bogate i piękne Wilno (bogate w gmachy) trzeba zapłacić. My płaciliśmy krwią. W ogóle ciasne umysły, małe głowy, boją się i mają rację — naszej kultury.

Rok 1940

Wilno, 15 stycznia 1940 r.

Zmian żadnych. Na frontach cicho. Walczy już od 1 grudnia Finlandia i to skutecznie z sowietami. Wszyscy to Polsce wytykają, nawet sami Polacy, a przecież Niemcy to nie sowieci, teren Finlandii bardzo trudny, to nie to co u nas, że wszystko spływa w Polsce jak do miski, no i pogoda wrześniowa zupełnie nas dobiła.

Litwini nas chcą gwałtem zlitwinizować. Mówią, że żadnych nie mają z nami spornych kwestii, ale przy współżyciu narodów i ten drugi ma coś do powiedzenia. Otóż Polacy nigdy się nie zgodzą na to, aby byli trzeciorzędnymi obywatelami Wilna, w którym są w większości, mimo wszelkich usiłowań Litwinów, ażeby oficjalnie dzielić nas na przybyszów i ludzi tutejszych. Ustawa o obywatelstwie jest tak zrobiona, że mało kto może przejść przez jej oczka. Wprost trudno udowodnić swoje zamieszkanie przed wojną.

Zewsząd są usuwani Polacy. I nawet mogą już mieć obywatelstwo litewskie. Język polski jest znienawidzony. Wolą posługiwać się rosyjskim niż polskim. Jakaż to krótkowzroczna polityka w stosunku do nas. Dobrocią wzięliby nas zupełnie. Teraz nawet, jeżeli jako rezultat wojny Wilno będzie należało do Litwy, dużo czasu przejdzie zanim Polacy pogodzą się z tym. Myślę nawet, że to nigdy do pogodzenia nie dojdzie.

Ja jeszcze pracuję. Może do pierwszego. Z tym co mamy przetrwamy powiedzmy do maja. No, a co potem? Staszek biernie siedzi, coś majstruje, nawet nigdzie nie wychodzi. Ogolić się jest już wielkim wyczynem. Jest zdenerwowany i tak przykry, nieznośny dla Jadzi i Marka.

W Warszawie i u Ludka wszystko dobrze, tak piszą. Umarł, zdaje się, Maniek Pacholski. Cóż za żal tego człowieka. On miał tyle jeszcze do zrobienia, chociażby napisanie wspomnień w związku z adiutantowaniem przy Marszałku. Ale teraz będzie u największych wielbicieli szalona reakcja. Jak można było takich zarozumiałych (bo nie rozumieli, że nic nie umieją) głupców zostawić jako następców. Najgorsze co teraz przechodzimy, to wysiedlenia nas z Pomorza i Poznańskiego.

Niemcy muszą zginąć, jeżeli jest chociaż trochę sprawiedliwości na świecie. Tylko na tym bazujemy i my tu w Wilnie. Bolszewicy są zupełnie niedojrzali do zmian u siebie. Chyba, że Niemcy ich przeorganizują, ale to się nie da zrobić w krótkim czasie. Na to trzeba by minimum 30 lat. Może stamtąd przyjdzie klęska Niemiec.

Wykryto tu podobno organizację polską. Jeżeli i była jakaś, to w każdym razie mogła być to prowokacja, bo nie sądzę, aby byli tam tacy głupcy, aby robić spisy. Że gadulstwo u nas jest niewiarygodne, to wiem to z praktyki. Ludzie głupstwa publicznie wygadują. Podobno Kazik Samorewicz jest między aresztowanymi.

Wilno, 15 czerwca 1940 r.

Wczoraj Niemcy weszli do Paryża.

Wilno, 21 lipca 1940 r.

Taką masę rzeczy przeżywamy, że wprost umysł ludzki nie może tego objąć i stara się nie obejmować, aby nie stracić zmysłów Francja już prawie miesiąc jak pokonana. Została tylko Anglia, do której z propozycjami pokojowymi zwrócił się Hitler. Wątpię, aby doszło do pokoju.

Chciałabym jednak opisać, co się działo i przypomnieć sobie nasze reakcje uczuciowe. Wydawało się jesienią, że nic już nie mamy do stracenia. Tymczasem nie było to prawdą — do stracenia mieliśmy nadzieję, że wygrają nasi sojusznicy. Jednakże krótko napiszę co było zimą.

Sowiety w wojnie z Finlandią wygrały. Finlandia nadzwyczaj dzielnie się broniła, lecz i sama wystąpiła (może i nie pamiętam czy sama) o pokój. Sowiety wykazały typowo słowiańską nieumiejętność organizacji, co i u nas było, oraz nieumiejętność bojową. Zresztą to są wnioski z tego, że 168 milionów walczyło kilka miesięcy z 3,5 milionem Finlandczyków.

Teraz co do okupacji. W Niemczech z okupacji polskiej wywożono ludzi (mężczyzn) do pracy na roli lub w fabrykach, kobiety na front do domów publicznych dla „zwycięskich” żołnierzy.

Na Białej Rusi i Ukrainie wszystko co było polskie czy ziemiaństwo, czy rodziny wojskowe, urzędnicze, gajowych itd. wywożono gdzieś za Ural. Gdybyż wywożono całe rodziny. Najczęściej mężczyzn gdzie indziej, kobiety i dzieci gdzie indziej. To jest największe okrucieństwo tych czasów. Uczucia jednostek nic nie są warte i nic nikogo nie obchodzą.

U Litwinów — prześladowanie wszystkiego co polskie. Do obrzydliwości prześladowanie dzieci za głupie wypustki polskiej szkoły czy czapki dawnego uniformu.

23 lipca 1940 r.

Nie skończyłam.

Rozproszenie nas na wszystkich ziemiach polskich i prześladowania zmusiły nas do rewizji naszych przyszłych marzeń. Litwini nie liczyli się zupełnie, pod uwagę braliśmy tylko Niemców i Sowiety. Otóż dopóki wojny zimą zupełnie nie było, aż dochodziło do żartów, że najspokojniej jest na świecie między linią Zygfryda i Maginota. Czekaliśmy z utęsknieniem, kiedyż zacznie się ta wojna. Straszliwa zima, której równej, chyba ze sto lat nie było i która zniszczyła wszystkie sady, a nawet kasztany — zdawała się nie mieć końca.

Anglia i Francja już przy zawieraniu pokoju Finlandii z Sowietami wyglądały jakoś niezdarnie, ale jeszcze łudziliśmy się. Już Norwegia zajęta przez Niemców 9—10 kwietnia pod bokiem marynarki brytyjskiej zaczęła otwierać oczy jakie to marne przygotowania. 10 maja ofensywa na Belgię i Holandię, przed końcem maja kapitulacja Belgii. Niemcy triumfujące, ale bo i ten zachód, Belgowie poddają się mając przeszło 300-tysięczną armię i sojuszników obok. Co prawda Flandria jest odcięta pięknie, lecz mają amunicję, mogą się bronić.

Litwinom dobrze, że się tak stało. Wstrętny małostkowy naród. Ach, i jak się puszyli, że umieją dobrą politykę prowadzić, że bez rozlewu krwi dostali Wilno. Lecz stracili w ogóle własne państwo. Gdy bolszewicy z końcem czerwca wchodzili, byliśmy przygotowani na wojnę między sowietami a Niemcami. Codziennie, gdy budziły mnie aeroplany, czekałam na wybuch bomby, lecz niestety było cicho. Boże, kiedyż ci Niemcy zginą! Do wojny nie doszło — wojska się cofnęły i zgasła nadzieja, że pobiją się ze sobą.

Czekamy teraz ataku na Anglię. Hitler zwrócił się o pokój. Czy teraz, gdy Niemcy uważają, że Szwecja, Norwegia, Belgia, Holandia, Dania, nawet Francja jest częścią imperium niemieckiego, Anglia się nie ugnie? To już ostatnia nadzieja, że Niemcy zginą.

Wiemy, teraz chyba większość narodu tak czuje, że nawet po zwycięstwie Anglii i Ameryki cały świat pójdzie na lewo, lecz, na Boga, niechże to będzie Zachód, a nie ten niski poziom Wschodu. A teraz czuję, jak nas ściągają do tegoż Wschodu.

Rok 1941

7 września 1941 r.

Wczoraj było zamykanie Żydów w getcie. Przeważnie stare kobiety i dzieci taszczyły manatki. Ot, jakieś sienniki wypchane ciągnęły po ulicach. Jakaś rodzina się otruła.

Wyczerpane dociągały do getta swoje pakunki. Niektóre dotarłszy do „spokojnego” celu padały w ataku sercowym, aby nie powstać. Litwin wciągnął ją za nogi głębiej. Krzyki rozpaczy, wyrywanie sobie włosów, rozrywanie odzieży. Nie widziałam tego wszystkiego, chociaż chciałam to widzieć. W człowieku nawet humanistycznym tkwi barbarzyńca „chleba i igrzysk”. Może na to, aby się litować albo aby widzieć, że ma przywilej, jak mówi profesor Krasnopolski, że już to, że ma prawo chodzić chodnikiem podkreśla się, że jest czymś wyższym. Dzięki Bogu, że tego nie widzę robionego przez Polaków.

Kiedyś widziałam pędzoną grupę Żydów złożoną ze 100—150 ludzi prawdopodobnie na Ponary. Żydówki płakały, chciały podejść. Konwój popychał tłum prowadzonych. Stary Żyd upadł i nie mógł się ruszyć. Krzyknęłam: „Jezus Maria”. Jakaś przekupka zaczęła się ze mnie wyśmiewać. Chciała sprowokować zajście. Odeszłam od niej, aby nie było awantury, nie pociągnięta do odpowiedzialności za współczucie.

„Zaparłam się” Chrystusa. I ile razy i w innych sprawach to samo. Nie jest to brak odwagi, tylko nienawiść awantur, przekulturalność mści się, czy też tak zwane dobre wychowanie. Przemoc zawsze istnieje, ale tak strasznie obnażona. I czy nie najgorsze, że nie może powtórzyć się młodość i wiara, że tak było, ale już nie będzie. To jest powrót do średniowiecza. Wydaje mi się, że poprzednia wojna światowa była mniej okrutna, jeżeli chodzi o bezbronnych i pokonanych.

Teraz słyszy się głosy Polaków: „Dobrze im tak, bo to oni kierowali wywożeniem”. Może to i niestety prawda, ale jestem zawsze po stronie bezbronnego i prześladowanego. Ktoś inny mówi: „Czego współczujecie i rozpaczacie, możecie się cieszyć, że tę brudną robotę, którą trzeba byłoby zrobić, zrobili inni”. A znowu słowa Litwina księdza na kazaniu: „Strzelacie, was fotografują, na wiek katami będziecie”.

Rok 1942

Wilno, 28 stycznia 1942 r., w biurze

Obiecuję sobie od dłuższego czasu, że opiszę całą historię pobytu Tadziów u mnie. Fragmenty przeżyć mżą się i skłębiają w jedną całość. Czasami w bezsenne noce wydaje mi się, że tylko siąść, wziąć pióro do ręki, wszystko ożyje, wszystkie osoby dramatu plastycznie się zaprezentują, złożą ukłon przy wejściu na scenę, odegrają swoją rolę i jak kukiełki będzie je można odłożyć do skrzyni i o historii zapomnieć. A jednak z pewnością jeszcze nieraz to wszystko wypłynie na powierzchnię, mocno skrzywione przez pamięć każdego z nas, przez niechęci wzajemne. Dlatego też, póki jeszcze to o tyle o ile jest świeże, chcę opisać, starając się być malarzem o ostrym światłocieniu, sędzią surowym, lecz wszystko biorącym pod uwagę.

A więc uwaga! Historia się zaczyna. Niedziela rano, bodaj 3 października 1939 r. Dzwonek. Idę otworzyć. W drzwiach postać Tadka, w płaszczu żołnierskim bez pasa, nieogolonego, brudnego, bez czapki, z kosturem w ręce i o oczach, które do dziś pamiętam. Strach, co za tymi drzwiami, nadzieja, że swoich zastanie, oczy mające tyle wyrazu i takie biedne.

3 lutego 1942 r., w biurze

Na drugi dzień po powrocie Tadka wrócił ojciec zbiedzony, wystraszony, znad granicy bolszewickiej, gdzie był jak zwykle na lato. W końcu października przybył Staszek. W międzyczasie 15 października wyjechała Staszka. Krąg już był na przeszło 2 lata zamknięty. Było nas 7 osób rodziny z Marysią — 8. My z Tadziem rzuciliśmy się do uzupełniania zapasów, których było bardzo mało. Mama ciągnęła, co tylko mogła z miasta. Pieniędzy miałam dużo, gdyż wszelkie rachunki udało mi się zamknąć. Staszek przywiózł też parę tysięcy złotych.

Pracowałam tylko ja jedna. I gdy przychodziłam do domu, radość we mnie się tliła, że oto pod moim dachem znaleźli Tadziowie i ojciec schronienie, nie mówiąc o Staszku i matce. Tadek kilkakrotnie jeździł do Niemenczyna na rynki, zimą kupiło się 1½ wieprza. Tadziowie w miarę potrzeby wpłacali pieniądze i tak się pchało. Ale już wówczas pierwszej zimy Jadzia dokuczała matce. Łatwo pobudliwa bez powodu podnosiła głos albo w ogóle mówiła nieznośnym tonem.

Staszek czepiał się, że Marek jest rozpieszczony i rozpuszczony, że pcha się w niego wszystko, co najlepsze, gdy tymczasem w pierwszych miesiącach pobytu Litwinów, gdy zapasy były nieduże, zalecana była oszczędność w tłuszczach i cukrze. Jednakże do wiosennej pierwszej awantury życie było możliwe. Warunki materialne, choć ciężkie, ale zupełnie jeszcze dobre, zadrażnienia nie za duże. W tych warunkach można było mieszkać ze sobą tym bardziej, że starałam się wszelkie darcia łagodzić, jeszcze miałam jaki taki wpływ na te stosunki domowe. Jadzia jak dla siebie w domu pracowała i szło to wszystko możliwie. Któregoś dnia, czy nawet to była niedziela, Marek coś przeskrobał, dostał lanie od Jadzi i tak okropnie się wydzierał, a do tego jakoś może i śmiesznie, że Staszek i ojciec siedzący w pokoju obok zaczęli coś tak między sobą dogadywać i śmiać się. Wyskoczyła na to Jadzia z krzykiem, że ma dosyć tego dogadywania Markowi, na co ojciec podniósł głos, to znowuż wpadł Tadek na ojca, jakim prawem krzyczy na Jadzię, no i po-szło! Jadzia z Tadziem oświadczają, że wobec złych wzajemnych stosunków wyprowadzają się. Bardzo mnie to zabolało, bo przecież wszystko co było moje, było ich, że starałam się mitygować mamę, że wciąż w napiętych stosunkach byłam ze Staszkiem, aby tylko im nikt nie dokuczył.

Od tego dnia stosunki Jadzi z ojcem były okropne. Ojciec wciąż dogadywał, czy tylko burczał, nigdy dobrego słowa nie dał Markowi. Jadzia ze Staszkiem nie rozmawiała inaczej jak nieznośnym ostrym tonem, tak samo on z nią. Mama nie chciała być ofiarą Jadzi i odgryzała się. Tak prawie zupełnie nie miałam wpływu na to wszystko. I wciąż myślałam, skąd ja w tej całej gromadzie ludzi nieopanowanych, przeciętnych. Zmęczona byłam tym wszystkim, więc kiedy Tadziowie chcieli się wyprowadzić latem, już nie protestowałam, bo miałam dosyć tego wszystkiego, a Tadziowie mieli niezłe warunki, bo proponowano im mieszkanie z meblami i naczyniami. Wiedziałam, że Jadzia woli być u nas ze względów materialnych, bo taniej by to kosztowało, no i Marek miałby przy kim być w razie wyjścia, że mama i przychodząca służąca zmniejszała pracę jej. Toteż była przykro dotknięta, że ostatecznie zgodziłam się na ich wyprowadzenie się, mimo że też rozumiałam, że lżej jest materialnie razem.

Wprost zagadnięta przez Tadzia udałam, że coś nie tak zrozumiałam i przez delikatność, aby nie czuli się dotknięci, że ja, gospodyni tego domu, nie chcę ich u siebie, powiedziałam, że jasne jest, że chcę, aby zostali. Wciąż jeszcze byłoby możliwe mieszkać razem, gdyby nie doszło do jeszcze dalszych awantur. Otóż któregoś dnia znowuż była awantura z Markiem, który z krzykiem i rzucaniem się zamknął się w łazience, na co Staszek wyskoczył z łóżka w koszuli, aby go zbić, wywalił drzwi, mimo przez Marka zamkniętych na haczyk, dziecko się wystraszyło, Jadzia przybiegła na ratunek, Staszek jej zaczął „machać paluchem przed nosem” (słowa Jadzi) i krzyczeć, że w swoim domu nie pozwoli na niszczenie rzeczy (Marek w wściekłości zaczął rzucać miski i dzbanki w łazience).

Ledwo Jadzię uspokoiłam, że Staszek wyjeżdża, czy też to już było za którymś jego przyjazdem do Wilna, bo wyprowadzać się nie było sensu, mieszkanie tamto bodaj już było nieaktualne. Ale od tego czasu ani Jadzia, ani Tadek nie rozmawiali ze Staszkiem, nie jedli z nim razem. Także jak Staszek przyjeżdżał, to jedli w kuchni. Staszek bywał na święta i raz na dwa tygodnie na 2–3 dni przyjeżdżał. Drżałam zawsze, aby nie było awantury, wypychałam go, tłumacząc, że boję się z innych względów o niego. Bardzo było dla mnie bolesnym, że wilia była osobna. Jadzia czekała przeprosin Staszka, ten zaś w ogóle nie liczy się nigdy ze słowami, świadkami, gada takie rzeczy, że wszystko się we mnie przewraca, potrafi rodzicom powiedzieć, że są na jego łasce, ojcu, że 18 lat już wciąż na nich łoży, więc aby on przeprosił, to dla niego coś czego wprost nie rozumie ani ze względów poczucia winy, ani chęci wyrównania stosunków.

Więc Staszka nie było, ale była mama i ojciec, z którymi co jakiś czas dochodziło do scysji. Jadzia czuła się źle moralnie. Bardzo się opanowała, ale nie na tyle, by co jakiś czas nie pokłócić się z mamą. Ja z nią obchodziłam się jak z kimś, kto jest chory, nieraz zniosłam od niej podniesiony ton, bo doskonale wiedziałam, że jestem jedyną osobą, z którą ma niezłe stosunki, i że inaczej to nie mogłaby więcej w tym wspólnym domu przebywać, że Tadzio wszystko widzi przez jej oczy, więc i stosunki z nim się popsują.

Ale przyszła wojna niemiecko-bolszewicka i Staszek znowuż siedział razem. Stale Tadziowie osobno jedli w kuchni. Staszek odsuwał ją wprost, gdy szedł do szafy, ona straszyła Marka Staszkiem. W lipcu coś 1941 r. wyszła awantura między Jadzią i mamą. Jadzia, choć się wstrzymywała, to jednak nie zawsze mogła nad sobą panować. I już jak zaczęła się awantura, to chyba można końmi ją odciągnąć, aby dała spokój. Zawsze ją irytowała gospodarka mamy. Ona by wszystkich do zamorzenia doprowadziła. Jej charakter kazał oszczędzać, nie troszcząc się wcale albo bardzo mało o zdobycie. Mama i zdobędzie, i wyda, Tadek zdobędzie i oszczędza, ja jak Mama — zdobyć i wydać. Otóż poszło o koty, że tak dużo dostają. Mama jej powiedziała, śmiejąc się, że taki już ma charakter, że nie potrafi oszczędzać, a Jadzia na to, że to głupie gadanie. Otóż mama przyszła do biura, że czuje się dotknięta strasznie, bo Jadzia powiedziała „głupia”. Ja już nie miałam sił walczyć i gdy mama zdecydowała się pójść do ciotki na Antokol, to już nie protestowałam.

Jadzia czuła się okropnie. Tłumaczyła się przede mną. Jednakże nie widziałam usprawiedliwienia, bo chociaż mama ma ciężki charakter, dlatego że wszędzie się wtrąci. W domu absolutnie nie znosi innej woli niż jej, jeżeli chodzi o gospodarstwo, to jednak można się opanować, aby nie mówić czegoś, co się potem żałuje. Ostatecznie zachorował po kilku dobrych tygodniach (czy nawet koło 2 miesięcy to trwało) Marek i mama wróciła.

Stosunki były niemożliwe, ojciec stale burczał, do Marka tylko syczał i na niego krzyczał, mamę ponosiło i nieraz Jadzię sprowokowała, jak np. że nic dziwnego, że Marek babci nie mówi „dzień dobry”, bo nie słyszy tego od matki itd. Staszek na złość potrafił wnosić rzeczy do ich pokoju, o które prosiły, aby nie stały, i to tak, że ja wyniosłam, a on wnosił. Z Tadziami stosunki nawet moje, sądzę, że na zawsze, się zepsuły. Ale jeszcze smętniej, że prawdopodobnie ich własne stosunki nie będą już takie, jak były, że ja ze Staszkiem prawie że tylko oficjalnie jestem żoną, że strasznie się rozczarowałam co do matki, bo co do ojca, to nic wyższego nie spodziewałam się znaleźć w nim. Możliwe, że jestem wychowana na ideałach książkowych, ale chciałam widzieć w moich bliskich ludzi nie niżej od przeciętnych stojących, a wyżej.

Matkę uważałam za męczennicę, tylko widziałam ojca winy. Możliwe, że życie z niej zrobiło osobę despotyczną, a jednocześnie przesadną, to znaczy że jeżeli usłyszy, że było powiedziane „głupie gadanie”, powie „głupia”, że jeżeli przeszła 2 km, powie znacznie więcej, że nie zmilczała, kiedy na początku Jadzia była do matki niegrzeczna. Przepraszam, zmilczała na początku, lecz nie długo. Mówiłam mamie, że mam pretensję, że potrafiła być ofiarą.

Co do Staszka, to tu sprawa jest zupełnie zła. Szkoda mi obecnie w litości czysto kobiecej było napisać co wyżej, ale tak jest i muszę to z siebie wyłuskać, dlaczego tak czuję i myślę. Był czas, że uważałam go za coś wyższego od siebie. Niestety ja szłam, on powoli się posuwał, aż stanął. Należę do typowych kobiet, co chcą, aby ten ktoś przodował, kto jest tym „ich” mężczyzną. I nie chodzi o okoliczności, że nie jest oficjalnie tą osobistością, co był. Stosunek jego do świata obecnego bierny a wyczekujący, włażenie w babskie drobiazgi, na co ja sobie nie pozwolę, niechlujstwo — wszystko to stworzyło stan pogardliwy w stosunku do niego. I mimo nawet chęci ukrycia przeze mnie tego, wszystko to wyłazi wszelkimi porami i wpływa strasznie na dobitek na sferę stosunków fizycznych.

Często mam chęć krzyczeć: „Zmarnowane życie, zmarnowane życie”. Bo gdybyż chociaż dzieci, ale jeżeliby były tak jak on niechlujne, drobiazgowe, bierne — nie, lepiej nie mieć takich potomków. Namiastka nieśmiertelności — dzieci lub wiara w swą własną nieśmiertelność, to życie byłoby coś warte, a tak gonienie jednych interesów za drugimi, przeszła młodość, przejdzie życie i figa zostanie. Chęć pisania tak mnie męczy. Nie ma dnia, abym o tym nie myślała, ale kołowrót codzienny kręci i kręci, a życie wciąż mija.

Wilno, 6 lutego 1942 r., w biurze

Powyżej opisałam w ogólnych rysach całość pobytu. Jakże to wyglądało w życiu codziennym, w poszczególnych ogniwach.

13 lutego 1942 r., w biurze

Ja jedna wówczas (w pierwszym roku wojny) pracowałam. Budziłam się wcześnie i zimą często Marek przychodził do łóżka. Przeglądaliśmy „Arkady”, musiałam mu opowiadać, co przedstawiają rysunki, opowiadałam bajki. W święta zwykle po obiedzie grywaliśmy z Markiem w różne gry, jak domino, które zrobił mu Staszek, jeszcze w jakieś gry w karty. Marek był uszczęśliwiony, ja zmęczona, ale Jadzia zmęczona była Markiem. Co prawda wówczas w tym pierwszym roku Staszek dużo majstrował i Marek bardzo się majsterką zaciekawił. Staszek go traktował na serio, więc i Marek czuł się dobrze. Sądzę, że pociąg do majsterki zostanie mu do końca życia. Widziałam, ile zręczności w palcach zaczął okazywać, wyobraźni konstrukcyjnej. Skończył w lutym wówczas 6 lat. Czasami chodziłam z nim na spacer, ale to w jesieni 1939 r.

Kiedy patrzyłam na naszą rodzinę zgromadzoną przy stole, to dziwne uczucie radości i opiekuńczości promieniowało we mnie. Radość, że jest dla nich oparcie, radość, że ściąga się jakieś zapasy. Mama szalenie zapracowana i wyszukująca źródła, Tadzio taszczący te wory czy wieprze, Staszek wciąż majstrujący dla domu, Jadzia sprzątająca, ot tak przechodził ten pierwszy rok.

Na drugą zimę Marek, zaprzyjaźniony z dziećmi z naszego domu, już nie potrzebował nas starszych, już świat miał zupełnie swój. Tadzio pracował, Staszka prawie nie było, matka jak zwykle zapracowana, no i Jadzia, która już zupełnie nie pomagała mamie w kuchni.

Latem 1940 r. wszystkie niedziele i święta spędzaliśmy za miastem. I tu ja ciągnęłam wciąż wszystkich. Zbyt ceniłam każdą chwilę odpoczynku za miastem. Zresztą lato było rzeczywiście piękne. Ale te wycieczki często dużo mnie nerwów kosztowały, bo Staszek zawsze znalazł coś, na temat czego warto było gderać. W 1941 r., ponieważ Tadziowie nie rozmawiali ze Staszkiem, chodziliśmy, zresztą rzadko, bo lato było gorsze, osobno.

16 lutego 1942 r., w biurze

Wilia w 1940 r. była przykra. Sama nie wiedziałam, czy nie jechać do Staszka, a tu zostawić rodziców i Tadziów. Miałam pretensję, że ja wszystko ze siebie oddaję dla tej rodziny, że źle żyję ze Staszkiem, więc mogliby i oni uronić coś ze swej obrazy i siąść razem. W ogóle w 1941 r. często, bardzo często wspominali, jak im źle u nas. Nie widzieli nic, co spotkało ich dobrego, bardzo więc było mi przykro. W czasach sprawy honorowej nie brali bielizny pościelowej, oddali kołdry nasze. Trwało to ze 2 miesiące do ich wyjazdu. W ogóle wychodzili z zasady, że nic od nas nie brać, nawet tego, co należało do rodziców.

Rozrachunki materialne były w porządku. Ja je sama robiłam, a zawsze boję się, żeby ktoś nie miał pretensji, więc już tak wszystkiego nie liczyłam. Wszystko to, co zastali w domu, a więc z 10 kg masła, z 50 kg mąki, cukru trochę, kasz, konfitur, co latem zrobiło się, wszystko nie poszło do żadnego rachunku.

Wyjeżdżając, rozdzieliliśmy wszystkie zapasy i konfitury. Niektóre rzeczy, jak kakao, płatki i cukierki, poszły dla Marka w całości lub w większości. Tadziowie zostawili trochę swej żytniej mąki, musztardę itd. Ot, reszta nieważne. I zostawili bardzo potrzebne dla nas drzewo, coś 3 m, a może i więcej. Uważałam, że najlepiej, aby produkty sprzedali i odpowiednią walutę zabrali, ale nie nalegałam. Mogli przypuszczać, że chodzi mi o to, aby coś zostawili dla mnie. Zresztą było to dla mnie nieważne. Otóż wszystkie te produkty przepadły, a było tego sporo. Samego tłuszczu razem z masłem z 15, jeżeli nie więcej, kilo, szynka, miód, skrzynka z konfiturami, ze 20 kg mąki, 10 kg cukru itd. itd.

Szkoda, że dostało to się naszym wrogom, ale nie mam zastrzeżeń. Żeby mnie to zostawili, wciąż byłoby, ile to oni zostawili, a tak nie potrzebuję wdzięczności. Sama jakoś daję radę. Szkoda tylko, że taka nudna jest moja praca obecna.

Wilno, 28 lutego 1942 r., w biurze

Jeszcze chciałabym zanotować parę szczegółów pobytu Tadziów. Oni mieli jeden pokój. Ja sypiałam we wspólnym jadalnym. Kiedy przyjeżdżał Staszek, to spaliśmy mocno niewygodnie razem, ale to mniejsza, bo najwięcej mnie męczyło, że własnego zupełnie nie miałam kąta. I dopiero jak wszyscy poszli spać, przedefilowawszy przed snem x razy, kiedy zostawałam sama, rozkosz ciszy, łóżka i książki stwarzała dla mnie najmilszą godzinę dnia. Wczesne przebudzenie, lampka obok i książka też były bardzo upragnione dla mnie.

Co się tyczy rozrachunków, to przez cały pobyt Staszka poza domem (pół roku), dawałam na dom połowę, mimo że, z grubsza licząc, co 2 tygodnie był kilka dni w domu (2—3), a 5 miesięcy wliczałam do rachunków żywność, którą dowoził od nas, nie licząc zarobionego chleba, kartofli i kaszy czy kapusty, którą dostawał na wsi.

Wysłany materiał na wieś za utrzymanie ojca też poszedł na mój koszt, no i inne ojcowskie wydatki. Po co to notuję. Gdyż znając stosunki warszawskie, boję się, że nawet kwestia materialna będzie rozpatrywana pod kątem krzywdy Tadziów. Prawda, muszę powiedzieć, że często przychodzili goście, których przyjmowałam, więc to by na jedno wyszło, chociaż tu przesadzam na swoją niekorzyść. No, więc teraz to już chyba wszystko wyładowane i teraz odeszło zupełnie ode mnie.

Wobec tego, że wojna wyraźnie się zaciąga i ponieważ nie jestem zbytnio zajęta, myślę pisać tę zaczętą na kilku kartkach powieść „Anna i Teresa”. Chcę tu opowiedzieć historię życia mamy, ale będzie to dużo fantazji, bo chciałabym dać charakterystyczne cechy epoki i naszych stosunków tutaj. Wielki cel, a dużo rzeczy odciąga mnie od tego zamierzenia. Pierwsze to książki. Jest to nałóg, jest to przeżuwanie papieru, z którego mało co się zostanie, to znaczy pewne przemijające nastroje.

Książka jest tylko obroną przed myślami, boję się zostawać ze swymi nerwami sama. Wszelkie niepokoje niespokojnego współczesnego ducha, pragnącego oszołomienia, istnieją we mnie. Brak widocznie samodzielności myślenia, aby w samotności dochodzić do pewnych wniosków i wciąż się doskonalić.

Nie jest to winą rodziców, że nie potrafili wychować człowieka pełnowartościowego, to znaczy takiego, który wszystkie swoje uzdolnienia i pracę potrafi harmonijnie rozwinąć i pogłębić, bo rodzice są ludźmi z przeciętnego mieszczańskiego środowiska i te same męczą ich braki. To prawda — nie ich wina.

Żal mi tylko, że przy moich uzdolnieniach i ambicjach mogłabym znacznie więcej zrobić, gdyby w odpowiednim czasie potrafiono pomóc mnie odnaleźć najwłaściwsze zastosowanie moich zdolności, biorąc pod uwagę i mój charakter. Dużo mógłby zrobić i mąż, gdyby był człowiekiem szerszego oddechu. Niestety, wyprzedziłam go przynajmniej w tym, że w dalszym ciągu chcę iść naprzód, że wciąż marzę, że będę mogła tworzyć.

A teraz zupełnie z innej dziedziny. Z niedawnej przeszłości. Gdzieś rok temu nazad, a właściwie więcej, bo w maju, zachorował i w kilka dni zmarł mój szef, inżynier Gordziewicz. Był to człowiek sporej wiedzy, duszący się w malutkiej Litwie, tym bardziej, że Rosjanin pijaczyna, łapownik, on, człowiek, który miał dryg architektoniczny. Zostawił młodą wdowę — głupią jak but babę. Była to już 3. żona. Mówił zresztą, że namyślał ożenić się jeszcze raz. Z pierwszego małżeństwa pozostał syn — student, miły, entuzjazmujący się chłopak.

Śmierć Gordziewicza wstrząsnęła niejakim towarzyszem Polechowym. Podawał się za inżyniera, ale mówił „mendalion” zamiast „medalion”. Jeden do 10 było dla niego więcej niż jeden do 8.

11 marca 1942 r.

Podawał się za „geroja sowieckiego sojuza”. Ale jak tam było naprawdę, to sądzę, że nawet bolszewicy dobrze nie wiedzieli. Pijak do nieprzyzwoitości, to znaczy pijany przychodził do pracy od samego rana, jechał na komisję i po drodze wyskakiwał z auta, aby się upić, nabierał piwiarnie czy szyneczki, bo wychodził i nic nie płacił. Otóż ten to towarzysz Polechow wstrząśnięty był dlatego, że Gordziewicz umarł raptem prawie, wprost widocznie i jemu zajrzała śmierć w oczy.

Pogrzeb miał być uroczysty, „czerwony”. Jak mówiła wdowa — chciał tego inżynier Gordziewicz. Jak było naprawdę, byłoby ciekawe. Ze względu na wdowę, czy ktoś się o to postarał, aby tak mówiła, czy też Gordziewicz zdążył coś na ten temat powiedzieć.

W trupiarni szpitalnej przed pogrzebem zebrał się tłumek ludzi, urzędników i ciekawych. Wdowa się darła zrozpaczona, malutki synek kręcił się przy niej i był nieszczęśliwy, że będzie jechał z szoferem w aucie ciężarowym. Prawdziwie zrozpaczony, kamienny był syn student.

Kondukt ruszył, naraz szła rodzina i Kupranow, który jako szef gospodarki miejskiej kroczył. Ten to potrzebuje paru słów osobnych, ale to już może później spłynie mi z pióra. Na trumnę zarzucono czerwony sztandar, na przedzie kroczyła orkiestra i bodajże były 2 czerwone sztandary. Orkiestra grała marsza Szopena.

Przed magistratem stanął kondukt na parę minut milczenia. Nie czuło się powagi w tym wszystkim, to zatrzymanie pod magistratem było czczym, konwencjonalnym gestem. Na dobitek Polechow podchodził do wdowy, brał ją pod rękę, coś jej ze śmiechem mówił, widocznie pocieszał, znowuż odchodził, klepał po ramieniu, wracając. To samo zresztą było w trupiarni, takie „pocieszanie” wdowy.

28 marca 1942 r.

Chociaż było tu u nas dużo wydarzeń, piszę dalej o tym pogrzebie. Cmentarz prawosławny jest tu u nas daleko. Był to koniec maja, toteż mocno zgrzani dobrnęliśmy na miejsce. Cmentarz rozłożony jak i Rossa na wzgórzach, pięknie zadrzewiony i zazieleniony. Trumnę spuszczono z ciężarówki i zaniesiono do otwartej mogiły wykopanej w dolince. Plątał się tam u boku pop. Gawiedzi było sporo. Jacyś chłopcy wleźli na drzewo, ażeby obejrzeć sobie nieboszczyka. Któryś z nich wśród ciszy wołał z góry: „Pan! Wziąć ręka, nic nie widać”. Albo też głośne komentarze co do nieboszczyka, że to mężczyzna, nie kobieta, że pierścionków nie ma, itd. itd.

Fotograf długo ustawiał trumnę tymczasem do fotografii, wdowa kilkakrotnie upozowywała się odpowiednio. Nareszcie fotografia była zrobiona. Miał przemawiać jeden z techników, z pochodzenia Rosjanin, lecz bardzo zlitwinizowany. Ponieważ jednak z trudnością zaczął czytać napisane odręcznie przemówienie (to znaczy nie czytał głośno, ale dopiero zaczął przeglądać kartki papieru i widać było, że trudno mu idzie odczytanie tekstu), zaczął się ruch. Polechow wziął kartki, stanął na wykopanej ziemi i zamiast czytać, zaczął przemówienie w te słowa: „Drodzy towarzysze. Oto dzisiaj chowamy naszego nieodżałowanego towarzysza Gordziewicza, który z nami pracował dla Związku Sowieckiego, który z nami był w Kronsztadzie w czasie rewolucji i walczył za nią (wydaje mi się to wymysłem), i który zostawił swoją liczną rodzinę w biedzie, wobec czego, drodzy towarzysze, dajmy co kto może, 20 rubli, 15, 10 czy 5 rubli”. Tu już Kupranow przerwał, mówiąc, że Związek Sowiecki na tyle jest bogaty, że sam zaopiekuje się rodziną, a nie potrzebuje żebraniny, i dalej już przemawiał, jak to, ażeby prowadzić dalej dzieło inżyniera Gordziewicza, my wszyscy wytężymy siły na pożytek i chwałę itd. itd. To wszystko, co w każdym ustroju mówi się na oficjalnych pogrzebach czy uroczystościach. Efekt jednak przemówienia Polechowa był niczym niezatarty i mnie samej służy to jako anegdotka o istniejących w każdym ustroju „пришазавшился людях”.

W kilka dni później, gdy siedziałam z dwoma technikami Litwinami, wpadła jedna maszynistka, tutejsza Rosjanka, z nożyczkami w ręku, prosząc, ażeby zabrać z pokoju maszynistek Polechowa, który wyprawia tam brewerie. Okazało się, że w dalszym ciągu pił z żalu po Gordziewiczu, i nożyczki właśnie służyły maszynistce do obrony. Ponieważ żaden z mężczyzn będących w pokoju (zresztą Litwinów) nie chciał się narazić, poszłam pomóc tym niewiastom.

Scena wyglądała tak. Drzwi otwarte, na korytarzu sporo osób zaglądających do pokoju. W pokoju przyparta do okna i do stolika siedzi pracująca maszynistka, a na jej łonie głowa Polechowa błogo uśmiechnięta. Maszynistka ta, starawa panna, wiecznie opuchnięta z jednej strony, o ustach od ucha do ucha, kaczym nosie i obfitym biuście, wydawała się w ostatniej rozpaczy i strachu. Stolik więc odsunęłam, kazałam jej wyjść spoza niego, tymczasem znaleźli się i mężczyźni za mną i wzięli Polechowa, tłumacząc, że gdzie indziej wygodniej sobie odpocznie. Ma się rozumieć, wszystko bało się jego munduru. W kilka godzin przyszła do mnie podziękować owa maszynistka za to, że ją uratowałam z tej głupiej sytuacji, gdy cały tłum patrzał i nikt nie pomógł.

Wilno, 14 kwietnia 1942 r.

Czytam dużo. Czytam tylko książki coś warte. Jeżeli nie znajduję książki przeze mnie nieczytanej, biorę książki dobre, aby czytać po raz drugi. Zaraz na początku wojny rzuciłam się do książek tylko polskich autorów, chciałam poznać przekrój Polski sprzed 1939 r., wyszukać te przyczyny klęski polskiej. Teraz rozumiem, że tak czy inaczej uleglibyśmy. To było pierwsze uderzenie taranu. Gdybyśmy mieli armię zmotoryzowaną, bronilibyśmy się dłużej, więcej byłoby zniszczenia w materiale ludzkim i zniszczenia kraju. Dalej przyszło zgłębianie przeszłości jeszcze dalszej, to znaczy połączenie teraźniejszości i przeszłości, cech naszego narodu, stosunków mniejszościowych od końca XVIII wieku. Zbadanie wkorzenienia się naszego w ziemie tutejsze. Oprócz tego zbadanie błędów naszego przedwojennego ustroju według wypowiedzeń się społeczników.

Obecnie czytam „Pamiętniki lekarzy”. Wiem, że to nie jest zupełny przekrój, gdyż lekarz z zasady swego fachu styka się przeważnie z człowiekiem chorym, czyli upośledzonym. Gdybym brała te poważnie opracowane pamiętniki za pełny przekrój Polski, to myliłabym się w tym samym stopniu, jak myliło mnie uczucie, gdy po tygodniowym pobycie wyszłam z kliniki położniczej. Wydawało mi się, że każda kobieta, którą spotykam, musi mieć guz, ponieważ w klinice czy młoda, czy stara, panna czy mężatka, mająca dużo dzieci, jak i bezdzietna skarżyła się na guzy.

W każdym razie z powyższych pamiętników wyciągam wniosek najważniejszy: 1) los rolnika małorolnego, a także służby folwarcznej, jest — czy był — bardzo ciężki. Cięższy znacznie niż robotnika, gdyż nawet w chorobie był opuszczony i zdany na łaskę pana lub biednej gminy. 2) stan dróg w Polsce wpływał na śmiertelność przez niemożność szybkiego skomunikowania się z lekarzem i szpitalem. Dlatego też: 1) należałoby rozciągnąć ubezpieczenie i na rolników, 2) stan dróg podnieść znacznie wyżej.

Tak, to prawda, ale skąd na to wziąć pieniądze. Podatki obarczały ludzi bardzo. Wydaje mi się na mój prosty rozum i pewne doświadczenie w przeszłości: 1) budować skromniej, a więcej, 2) uposażenie i remuneracje na wyższych szczeblach obliczyć, 3) zachęcić i zaciągnąć do usilnej pracy cały naród polski, ażeby chcieli pracować, to znaczy tak jak u bolszewików i Niemców, chociażby pozornie należy, ażeby naród był współpracownikiem, a nie najemnym pracownikiem w państwie. Ażeby on i państwo to było jedno.

Wilno, 4 maja 1942 r., biuro

Mam uczucie, że muszę się spieszyć, jeżeli chcę coś zrobić w życiu. To, co zrobiłam w architekturze, wydaje mi się czymś, co wbrew wewnętrznemu powołaniu zrobione. Nie mam uczucia dumy, ale i nawet poczucia własności w pojęciu twórczości, gdy patrzę na lombard lub stanicę. Możliwe, że jest to zawsze w twórczości, że gdy się coś skończy, pępowina jest już przecięta i wydaje się, że dziecko jest nie moje.

Zaczynam się źle czuć z kobiecymi sprawami. Wydaje mi się to bardzo poważne. Brak pieniędzy na leczenie wstrzymywał mnie od wizyt, ale ponieważ dziś stwierdziłam wydzieliny z krwią, więc muszę się leczyć. A jeżeli to rak? Panicznie boję się tej choroby, bo prawie nieuleczalna i tak podstępna, że dopiero gdy się rozwinie, ażeby zabić człowieka, sprawia cierpienie. Początkowo nic się nie wie, że się jest ciężko chorym. Myślałam dziś: no dobrze, co się właściwie stanie, jeżeli umrzesz. Nie masz dzieci, mąż bez ciebie też przeżyje, w społeczeństwie jesteś do zastąpienia. A jednak uczucie, że jeszcze można byłoby coś stworzyć, uczucie nienasycenia, pragnienie wzięcia udziału w odbudowie Polski, takiej pracy z całych sił, to wszystko protestuje przeciwko śmierci, no i jeszcze strach przed bólem.

Wczoraj rozmawiałam z Irką na temat podania się za Litwina czy Niemca. Irka uważa, że najważniejsze jest, aby przetrwać, więc i zmiana narodowości jest czymś usprawiedliwionym. Ja zaś stanowczo stawiam tę sprawę, że minimum, jakie wymagać może ojczyzna od obywatela, to niewyrzekanie się swej narodowości. Irka właściwie broniła w tej dyskusji swego ojca i brata, którzy podali się za Litwinów. A powód rozmowy był taki. W sobotę przyszła pani Maria Ł., dowiedzieć się, czy to prawda, że Marylka zmieniła obywatelstwo, bo via Berlin przyszła ta wiadomość. Pani Maria, kobieta z wyższym wykształceniem, nawet pracująca naukowo, pod innymi względami kumoszka z suteren, bardzo się czuła dotknięta, że ktoś, kto nosi nazwisko Plackowskich, mógł zrobić coś podobnego, gdyż przypuszczalnie zmiana obywatelstwa na litewskie mogła tylko być zrobiona przy podaniu narodowości litewskiej. Dla mnie smętnym w ogóle może być fakt, że Polacy zmieniają swoją narodowość. Nieważne, czy się tak, czy inaczej nazywają. Na szczęście, mówiąc nawiasem, dużo takich osobników nie ma.

Marylka kiedyś napisała do mnie, że wyprzedaje się. Dla pani Marii było to kamieniem obrazy, bo uważała, że jest to skarga, że rodzina Wacka Marylkę opuściła. Pani Maria zrobiła z tego wielką sprawę, napisała do Łodzi, dowiedziała się, że Marylka wyprzedaje się na szmatki dla siebie i Rutki, mnie to zaraz doniosła.

Teraz wzięła drugą kartkę Marylki z moich rąk, ażeby przeczytać, czy coś oprócz prośby o dokumenty nie pisze. No i znalazła, że Marylka donosi, że Zbyszek pracuje. Zaczęła z naciskiem zaznaczać, że u jej szwagra, więc już nie wytrzymałam i powiedziałam, że lepiej, że pracuje, niż jest na łaskawym chlebie. Sądzę, że przy najdelikatniejszym podejściu i serdeczności, być na takim łaskawym chlebie u męża rodziny jest zawsze uciążliwe, tym bardziej, że w osobie będącej na czyimś utrzymaniu przeważnie rozwija się nadwrażliwość.

Wilno, 12 maja 1942 r.

Rocznica śmierci marszałka Piłsudskiego. Dwa lata temu chodziłam ze Staszkiem na grób serca. Ludzie po kilka osób przechodzili nad mauzoleum. Na płycie siedziała Litwinka i śmiała się, zresztą nieszczerze, wyczuwała niewłaściwość zachowania, a może świadomie obrażała nasze uczucia. Mam wrażenie, że teraz by tego nie zrobiła, bo, jak to na wojnie, nic nie wiadomo, jak się zakończy, a już tym bardziej dla nich. Czy w jednym, czy w drugim wypadku powrotu do dawnych form nie będzie. Dziwne, nawet szkoda mi ich, bo jako typowa inteligentka zawsze szanuję wolność narodu, mimo że tak zaleźć za skórę nam tutaj, jak oni, chyba że nikt by nie potrafił.

Jakiś stary Litwin, siedemdziesięciolatek, mówił, że do 12 lat mówił po polsku, ale na uwagę rozmówcy, dlaczego porzucił bogatszą kulturę polską dla litewskiej, przypomniał Polaków, co się odniemczali i wracali do tej tak zwanej niższej kultury polskiej. Tenże Litwin mówił, że marszałkowi Piłsudskiemu winni byli Litwini wystawić pomnik, gdyż zagadnienie Wilna stało się dla Litwinów zagadnieniem państwa i Litwa stała się państwem zjednoczona w nienawiści do Polaków i miłości do nieznanego Wilna.

Ale, według tegoż Litwina, Polacy winni wystawić pomnik tym Litwinom, co przyszli jesienią 1939 r. do Wilna i którzy w taki sposób postępowali z tutejszą ludnością, „spolonizowanymi” Litwinami, że ludność ta poczuła się tylko i jedynie polską i znienawidziła Litwinów.

Wracając do rozmowy z Irką, co do wyrzeczenia się narodowości w imię przetrwania, dałam jej jeszcze kontrargument, że przyjmując powyższą tezę za słuszną, możemy, idąc dalej w tym kierunku, zacząć donosić na swych krewnych, przyjaciół i znajomych. Zawsze dlatego, aby przetrwać.

Czuję się lepiej. Wydaje się, że to tylko zestarzała sprawa kataralna i nic więcej. Uczucie jednak mijającego jałowo życia stale mnie dokucza. W biurze pracy malutko, toteż przepisuję stary sprzed prawie 30 lat dziennik albo robię domek dla Myszki, ale ponieważ stałe uczucie bycia na pogotowiu nie pozwala mi się oddać pracy twórczej w wypadku projektowania, więc rezultaty w porównaniu do czasu są bardzo znikome. Po obiedzie zawsze dentystka, siostra, w wolnych popołudniach jakieś pranie czy coś z porządków, to wszystko jest namiastką życia. A ja już nie mam czasu.

Ciekawam jak by wyglądało życie, gdybym miała dzieci. Bałabym się teraz straszliwie, osobistego życia w ogóle by nie było. Ale osobiste życie wtenczas coś warte, gdy zostawia jakiś stały ślad w twórczości. Przeciętne kobiety są tylko wówczas do zniesienia, gdy mają i potrafią wychowywać dzieci, w innym wypadku dla mnie nie istnieją. Specjalnie nie znoszę babskich typów, które nie potrafią ani logicznie myśleć, ani żyć, kierują się jakimiś tylko odruchami, w głowie zaś puściutko. Póki jest młoda i z wdziękiem, przebaczają im i mężczyźni, i kobiety, bo są jak ptaszki czy kotki i bawią nas. Na starość są obrzydliwe. Kiedyś przyszło mi do głowy, że do jakichś lat 30 rozwijamy się, stajemy się sobą, wiemy już, jak potrafimy się zachować w razie niebezpieczeństwa, w miłości czy cierpieniu, a później, gdy jesteśmy już sobą, chcielibyśmy odejść od siebie, chcielibyśmy być dla siebie niespodzianką, a jesteśmy ci sami, nudni i znani.

Wilno, 14 maja 1942 r., biuro

Dotąd przyroda współdźwięczała z człowiekiem. Straszliwie ostra i długa zima prawie aż do wczoraj była okrutna i sroga jak człowiek. Wydawało się, że zmiany w naturze, może spowodowane plamami na słońcu, idą razem z niezwyczajnymi wojnami, burzeniem miast, wieszaniem wzajemnym ludzi, w ogóle z okrucieństwem.

Od kilku jednak dni zaczęła się nareszcie wiosna. Pączki drzew po tej, zdawałoby się, niekończącej się zimie, budzą czułość i chęć przytulenia jak do przyjaciela. Zielona mgiełka, jak zawsze na wiosnę, otula pokręcone w męce konary. Tylko człowiek jest okrutny. Dochodzi do kresu i oto zaczyna stosować gazy.

U nas wybiera się młodzież. Cztery roczniki do „transportu”. Oprócz tego zabiera się niewolników do pracy w Niemczech. Niech kręcą sobie pęta. A tu jednak jest okrucieństwo natury. Bo jest inna, uwodząca, a obca. Nie pomaga czerpać, a tylko rozdrażnia swoim innym, pięknym istnieniem. Obok na Dominikańskiej 3 jest oddział powołanych do transportu. Płacz matki przeplata się ze śpiewem ptaków. Jesteś więc sam, człowieku! I sam cierpisz, i sam się łamiesz, i sam umierasz.

Wilno, 23 maja 1942 r., biuro

Parę dni temu pod Święcianami zostało zabitych przez nieznanych sprawców 3 Niemców. Jeden oficer i dwóch komisarzy. Zostało podobno za karę rozstrzelanych dużo ludzi. Pogłoski o rozstrzelanych wahają się od osób 40 do 1500. Możliwość prowokacji ze strony czynników dążących do zniszczenia jak najwięcej Polaków — niewykluczona. Ciśnienie dobiega najwyższego naprężenia. Kto wyjdzie i dożyje dobrego końca, będzie szczęśliwy.

Dziś otoczono Zwierzyniec i dzielnicę kalwaryjską, poszukując niezameldowanych i podejrzanych. Systematycznie wszystkie mieszkania przeglądano i sprawdzano dokumenty osób tam się znajdujących.

W tym wszystkim jest drażniący fakt. Wszystko się robi w imię oswobodzenia kraju wschodniego od bolszewizmu jako przedpola Rzeszy. Litwini, mam wrażenie, już dobrze wiedzą, że będą tylko prowincją niemiecką z pewną dozą swobody wypływającą z „rozsądnych” żądań quasi-wolnego człowieka. W ogóle irytuje mnie zakłamanie. Nic nie zmienia brutalnych faktów przemocy, zabierania koni, wywożenia „dobrowolnych” robotników do Niemiec, ogałacania z żywności, że to się robi dla naszego dobra. Dlaczego nie powiedzieć: jesteście niewolnicy i dla nas pracujecie.

Wilno, 28 maja 1942 r., biuro

Nastrój w ogóle ponury, a w biurze nie lepszy. Obecnie wywożenie na roboty do Niemiec przybrało rozmiary straszliwe. Wygląda to gorzej niż zeszły rok, gdy brano stosunkowo niedużo ludzi. Teraz przetrzebienie Polaków jest masowe. Litwini chcą jak najwięcej zostawić swoich (co jest zrozumiałe), więc wyszukują, robią szczegółowe obławy, zwalniają, aby kontyngent Polakami zapełnić. To polowanie na ludzi jest jednym z najuciążliwszych objawów wojny.

Drugi objaw polowania to znowuż bombardowanie miast. Wczoraj, a właściwie dziś w nocy, był alarm. Na gwałt ubrałam się i razem z mamą zeszłyśmy na dół. To okropne uczucie strachu mnie opanowuje tak, że taka kobieta na schwał trzęsie się jak w gorączce.

Mówię sobie: nie masz dzieci, właściwie nic cię tu nie trzyma, czego właściwie się boisz, a jednak ciało jest „mądre” i mimo perswazji serce zamiera ze strachu, gdy samolot przelatuje nad domem.

Wilno, 5 czerwca 1942 r.

Krąg coraz więcej się zacieśnia. Wszystka młodzież ma być wywieziona, zresztą nie tylko młodzież, a w ogóle wszyscy ludzie w sile wieku. Co raz się słyszy do tego plotki, że dojdzie z Polakami do stosunków jak z Żydami, włącznie do panów.

Jeżeli zacząć uświadamiać sobie od początku do końca, co się dzieje, wmyślić się w stan ludzi wyrzynanych, jak pod Święcianami byli mordowani, to umysł ludzki może tylko z grozy zaćmić się. Dlatego też każdy z nas, aby przeżyć do końca wojny, o ile warunki zewnętrzne pozwolą, stwarza jakąś mgłę między sobą a rzeczywistością. Inaczej mówiąc, bez przesady, straciłby rozum, oszalał, wył i masowo odbierał sobie życie.

Stłamszony przez strach, wygłodzony, żyje przeciętny tutejszy obywatel i tylko czeka końca. Wczoraj, w dzień Bożego Ciała, przechodziłam koło św. Katarzyny. Weszłam właśnie, gdy śpiewali: „Od powietrza, głodu, ognia i wojny wybaw nas, Panie” i dalej święty Boże: „od nagłej i niespodziewanej śmierci zachowaj nas, Panie”.

Żal ścisnął gardło, wzruszenie zaszkliło oczy. Oto tylko możesz błagać „Najwyższe Moce”. Sam nic nie możesz uczynić. Czekasz na kulę, co cię zabije, czy też na bombę, co cię rozszarpie i tylko czekasz, nic więcej nie robisz.

Wilno, 29 czerwca 1942 r.

Fala pewnego spokoju, oprócz plotek, że będą zabierane dla zbombardowanych rodzin niemieckich mieszkania, wraz z meblami. Jak plotka informuje, zabrać będzie można tylko walizki z rzeczami osobistymi. Nawet pościel należy zostawić. Ano, przekonamy się.

Właściwie jest jeszcze jeden kompleks, co mnie męczy i kusi do analizowania. Są to nasze stosunki ze Staszkiem albo właściwie osoba Staszka. Dlaczego jest taki teraz, a nie inny? Czy nie ma mojej też winy albo też czy oddziaływania wzajemne takie, a nie inne dały rezultaty?

Saszek kiedyś był bardzo wesoły, dowcipny, teraz zgryźliwy wiecznie i gderliwy. Gderliwość co prawda zarysowywała się już i wtenczas. Pamiętam, że o jakieś nożyczki chodziło, to mówił o tym od Jasińskiego do Wileńskiej. Już wówczas uczyłam się słuchać i nie odpowiadać w wypadkach mniejszej wagi. Przy ważniejszych i poruszających kwestiach płakałam i tłumaczyłam. Teraz stale milczę. Ale widzę, że dla niego jest to boleśniejsze, bo wyczuwa w tym mój ironiczny stosunek do jego gderania.

Więc przypomnijmy sobie. Był dla mnie ciekawy jako umysł. Dowcipny, paradoksalny, o błyskawicznej orientacji, o zainteresowaniach wspólnych, subtelny i przyjacielski. Tym wszystkim wziął. Zauważałam, że w wojsku był trochę nie na miejscu. O tę odrobinę nieuchwytną za mało żołnierz. Opuszczony (mówiło się, że pomaga siostrze), ale pełen werwy i szalonych pomysłów, więc pięknie — pobraliśmy się. Od razu okazało się, że szereg drobnych rzeczy nas różni.

Ja lubię przestrzeń, dużo powietrza, spać wcześnie, ale takoż wstawać. Staszek odwrotnie. To wszystko dałoby się wyrównać. Pieniędzy było tak mało, że moja szczodra ręka była wąziutkim lejem. Przyciąganie zmysłowe było duże, więc to jeszcze by się wszystko tuszowało.

Jednakże po paru latach wspólnego studiowania architektury Staszek poszedł drogą czysto wojskową. Literatura coraz mniej go interesowała. Zaczął mówić, że chcę, aby wiecznie chodził na koturnach, a on chce zwyczajnie żyć. Na dobitek niechlujstwo stale działające mnie na nerwy. Potem stosunki z mamą, która jest bardzo trudną we współżyciu, bo musi być wszystko tak, jak ona chce (w gospodarstwie) i która we wszystko się wtrąca.

Otóż póki nie ma z nami nikogo, to żyliśmy dobrze. Gdy tylko ktoś był, gdy patrzyłam na niego czy oczami znajomych, czy krewnych, widziałam i brud, i brak gościnności, i indolencję w wielu sprawach.

Jestem człowiekiem książkowym. To znaczy chcę widzieć obok siebie ludzi na jak najwyższym poziomie. Razi mnie pewność siebie przy braku podstaw. Możliwe, że to wszystko, co ja czerpię od drugich — przez książki, tę całą wiedzę życia Staszek czerpie ze siebie przy wszelkich swoich fizycznych pracach.

Cóż, pamięć mam jak sito, gruntowne wiadomości wobec tego słabe. Staszek dzieciństwo i młodość spędził na gruntownych studiach. Wszystko to możliwe, ale mnie razi brak u niego zainteresowań. I właściwie jego radość życia znikła bardzo dawno. Chyba w pierwszych latach małżeństwa, więc może moja wina, że unieszczęśliwiłam człowieka, żądając od niego za dużo.

No, a już wojna i jego życie na marginesie społeczeństwa zupełnie go rozgoryczyło. A jednocześnie straszna pasywność, to mnie irytuje. Robię za siebie i za niego w sensie zabiegania o dalsze przetrwanie i chociaż nazywają mnie męskim typem, chciałabym, żeby był mężczyzną, żeby sam coś pomyślał, a nie wymyślał, że mało i źle.

Oprócz pretensji prawie nic nie słyszę, toteż staram się jak najmniej mówić. I mam sobie za zasługę, że trudno mnie sprowokować. Inaczej wiecznie byłoby piekło. A znowuż mamę i względnie łatwo sprowokować (gdy ja jestem, staram się wpłynąć, by nie odpowiadała), i często sama prowokuje, mimo że musi wiedzieć, co go z równowagi od razu wyprowadzi.

Ja wiem i czuję, że jest nieszczęśliwy. Mogę nie powiedzieć i nie mówię, co o nim myślę, ale on to wszystko czuje. I gdybyż choć dbał trochę o czystość przy sobie. Chodzi jak ostatni nędzarz, koszulę gwałtem trzeba z niego ściągać, ale nic przez te 20 lat nie zyskał na czystości przy mnie. Żeby nauczył się i oduczył czyścić.

Ot, zachciało mu się ciekawej kobiety na żonę. A tu nic darmo. Trzeba samemu też pracować. I w rezultacie obopólne rozczarowanie. Z jego strony, bo taka krytyczna żona, to nie żona, a sędzia. Z mojej strony rozczarowanie, że zamiast wspólnego podejścia do różnych ciekawych objawów życia konieczność podciągania do siebie.

Gdyby były dzieci, miałby komu imponować i przekazałby swe gruntowne znajomości (co prawda od szeregu lat nieodnawiane), ja bym też uważała, że w tym wypadku małżeństwo moje ma jakiś sens.

Matka zaś moja jest dobrą, doskonałą matką, dzielną Polką, rzutką, energiczną, bezgranicznie pracowitą kobietą, ale często powie coś, nie pomyślawszy. No jest bardzo despotyczną. To ostatnie wyrobiło życie, gdyż prawie całe życie utrzymywała dom na swych barkach, bardzo często bezpośrednio pracując na jego utrzymanie, i to przerzucając się od jednego rodzaju pracy do innego. Raz to były sztuczne kwiaty, sklep z zabawkami, pracownia krawiecka czy plisowania, posada bony czy siostry miłosierdzia. Zawsze praca była ciężka i zawsze mniej opłacająca się niż taka sama praca męska.

Wilno, 21 lipca 1942 r.

Dziś w bibliotece zastałam drzwi wewnętrzne zamknięte i opieczętowane. Pani Żukowska, 78-letnia staruszka podniecona szła na Gestapo na wezwanie. Mówiła: „Życzcie mi powodzenia”. Znałam ją i jej zmarłą siostrę 32 lata. Postacie z „Emancypantek” Prusa. Praca u podstaw, praca dla narodu, a więc najlepsza tego realizacja to biblioteka polska. Obie stare panny, prowadzące cały czas bibliotekę tylko z myślą o jak najwyższym poziomie, wpływające na rodzaj książek czytanych przez młodzież. Były one jedyne w swoim rodzaju. Starsza z nich w 1939 r. po katastrofie, miała już 80 lat. Była chorą, często wpadała w stan niepamięci, lecz zawsze przytomna czy nie, pytała: „Czy będzie Polska?” albo też: „Czy mi się śniło, że Polska była wolna?”. Bo przecież 60 lat jej życia przeszło, gdy powstała Polska w 1918 r. To jest już całe życie. Te 20 lat do lat 80 było jakby darowane. Nic dziwnego, że pytała, czy jej się tylko śniło, że była Polska. Ostatecznie nie doczekawszy się końca wojny — zmarła.

Parę dni temu w magistracie przez okno zobaczyłam szereg wozów ze zgrzybiałymi Żydami. Wozy były zwykłe od żwiru czy kamienia. Na każdym siedziało po kilku starców i staruszek, i młody policjant żydowski. Twarze były kamienne, a może tylko zwyczajne, ale jednak niemniejsze wrażenie na mnie zrobiły niż te wozy z wywożonymi w zeszłym roku.

Powiedziano mnie, że to wiozą ich na letnisko do Wołokumpii. Nie chciałam wyprowadzać opowiadającego z iluzji. Zresztą na drugi dzień wiedzieliśmy na pewno, że wywieziono ich na stracenie.

Czytając to wszystko, mogłoby się wydawać, że tylko groza jest nad nami. A przecież tak nie jest. Jemy. Śpimy. Gramy w brydża, śmiejemy się, wszystko dlatego, że raczej nie doczekalibyśmy końca wojny. Zostawałoby tylko szaleństwo lub sznurek. Że tak być musi, że jest to normalna samoobrona ludzi, widzę choćby z „Wojny i pokoju” Tołstoja. Piotr Bezuchow stwarza też zasłonę między sobą, a okrutną rzeczywistością. Nawet w chwili gdy ginie jego przyjaciel, ktoś kogo on ceni, potrafi Piotr nie słyszeć wystrzałów, nie widzieć przedtem proszącego o coś wzruszonego przyjaciela. Potrafi myśleć o czymś zupełnie oderwanym i niczym niezwiązanym z rzeczywistością.

Wilno, 3 września 1942 r.

Dwukrotnie bombardowano Warszawę. „Bombardowania” słowo jak i inne teraz straciło swą dawną grozę, gdyż i słowo „śmierć”, „rozstrzelanie” są czymś często spotykanym. Ale jednak przy tym przykładzie teorii względności nie można nie podłożyć czyjegoś obezwładniającego strachu, gdy drżące ręce nie mogą trafić do rękawów, a nogi do obuwia, gdy pomimo woli strach kołysze jak wiatr drzewo. A przecież bombardowanie Warszawy jest normalne w porównaniu do bombardowań angielskich. Huk to mogą przez dłuższy czas wytrzymać kobiety i dzieci.

Końca wojny nie widać. Zima z okropieństwem mrozu już się zbliża. Brak ogólny opału i tłuszczu wielu ludzi zabierze do grobu. Pensja czy zarobek robotnika jest śmieszny, gdyż z kartek nie można się utrzymać. Toteż inteligencja wyprzedaje się do szczętu. Robotnik kradnie, zresztą należy na to patrzeć przez palce, gdyż inaczej zginie.

A dzisiaj rozmówka z Litwinem tutejszym, bardzo dobrym człowiekiem. „Czyż pani brakuje chleba?”. „No tak”. „Ot, a u nas zostaje chleb, bo żona moja je kartofle i bułkę”. „No to i mnie zostawałby chleb, gdybym miała bułkę”. Zdaje się dopiero wówczas zrozumiał, że nie wszyscy, a właściwie niewielu jada bułki.

Co do robotników, to rozmawiałam z malarzem. „Kiedyś było co kraść, ale nie umieliśmy wówczas kraść. Teraz już umiemy, ale nie ma co kraść. Teraz jak przyjdziemy, to jakby burza przeszła, wszystko wymieciono. Czy instalacja elektryczna, drzwiczki do pieca, klamki, czy szkła, wszystko można opylić”.

W fabryce futer, gdzie szyją kamizelki z porwanych płaszczy, robotnice przychodzą w bluzkach i koszulach pod płaszczem, wychodzą w spódniczkach wyciętych z zepsutych kawałków. To jest wojna, a każdy z nich chce przeżyć. Obawiam się, że demoralizacja jest taka, że to dużego wysiłku społeczeństwa będzie trzeba, aby wykorzenić kradzieże, nieróbstwo i nierząd dziewcząt.

Oto już czwarty rok wojny. Niedawno jeszcze wydawało się, że z olbrzymimi siłami zabierzemy się do roboty po wojnie. Teraz wydaje mi się, że przez dłuższy czas taka praca w próżni (brak poważniejszych zagadnień i katastrofalny brak materiałów) wyjaławia i dezorganizuje każdego z nas. Może to uczucie powstaje dlatego, że coraz więcej jesteśmy słabi fizycznie.

Wilno, 9 października 1942 r., biuro

Włosy powstają na głowie przy myśli, że wojna może się skończyć wbrew interesom naszego narodu. Trzeba się położyć do grobu od razu nie czekając, aż powoli Niemcy nas złożą.

Już są i tutaj wysiedlani Polacy z zaścianków i majątków. Na ich miejsce przychodzą Litwini, których wyrzucono dla zrobienia miejsca kolonistom niemieckim. Litwini, wobec mocno niepewnego zakończenia wojny, woleliby, aby wysiedleń nie było. Nienawiść skupi się na nich. Bezwzględność niemiecka jest taka, że się nie zwraca uwagi na jakiś wewnętrzny opór, tym bardziej tak słabo wyrażany.

Podobno są już Litwini, którzy chcą iść zgodnie z Polakami. W ogóle to naród, który zawsze znajdzie pomiędzy sobą takich, co przed każdym rządem będą udawać zwolenników, aby w końcu powiedzieć żeśmy razem z wami. Tak było z bolszewikami, tak jest z Niemcami, tak będzie z Anglią i Ameryką.

Nabieram linii i czuję się z tego powodu bardzo dobrze psychicznie. Z przyjemnością patrzę na swoje długie nogi i proporcje ciała i myślę, że za mało miałam silnej woli, aby przeprowadzić kurację, a właściwie, aby stale niedojadać. Nie znosiłam kupowania sukien czy płaszczy, bo musiałam wówczas przyglądać się grubej damie. Teraz mogę ruszać się zręczniej. A Mama jak zawsze kracze: „Ciesz się, ciesz się!”. Niby, że będę żałować. Obecnie nie mam czego. Któregoś dnia robiłam nawet szkice ze swego aktu w lustrze. Staszek powiedziałby na pewno: „Te kobiety, nawet z wyższym wykształceniem mają fiu-bzdziu w głowie”.

Rok 1943

24 marca 1943 r.

Drugi dzień jestem na Łachmance z Irką. Wyjątkowo piękne słońce na dworze, ale ja siedzę w domu. Czuję się osowiała, niewyspana. Wczoraj położyłyśmy się wcześnie spać po dłuższych wzajemnych zwierzeniach. W nocy obudziłam się, księżyc świecił. Wypłynęły wszelkie kwestie naszego wzajemnego stosunku ze Staszkiem. Już zasnąć nie mogłam aż do rana. Noc jasna przechodziła w świt. Wówczas trochę się zdrzemnęłam.

Okazuje się, że jesteśmy sami dla siebie często zagadką. I to nawet ci, którym wydaje się, że znają siebie dobrze, gdyż stale są pod samoobserwacją. Pod wpływem pogorszonych naszych stosunków ze Staszkiem, zaczęłam poważnie myśleć o rozstaniu z nim. Ostatecznie teraz zabawkami zarabia, więc nie czuje się na mojej łasce i mogłam mu powiedzieć, że uważam, że lepiej rozstać się nam po wojnie. Wszystko co robiłam dla niego jest niewystarczające. Jest tak niesprawiedliwy, że mimo, że staramy się obie z Mamą, aby miał lepiej niż my, wprost dla świętego spokoju, mógł powiedzieć, że ja właśnie jestem uprzywilejowana. To jest zbyt bolesne, gdy wciąż i wciąż uważa, że jest mu źle, gdy absolutnie nie liczy się z tym co mówi, gdy mógł powiedzieć, że: „Wy wszyscy tylko myślicie o brzuchach, ja tym się nigdy nie zajmuję”, gdy z Mamą kłótnie wszczynał o drobne rzeczy. O zupę taką czy inną, czy kartofle potłuczone. I najgorsze, że w to wszystko święcie wierzy. Mam wówczas uczucie bezsilności, milknę, bo nie potrafię przy tej jego fanatycznej wierze w swoją prawdę, mówić z nim. Zniechęcenie mnie ogarnia.

Otóż Staszek jednak był trochę jakby tym moim postawieniem sprawy zaskoczony. Powiedział, że jakże to chcę go zostawić samego tu w domu, że jeżeli jestem tym kim jestem, to zawdzięczam to jemu. Odpowiedziałam, że słusznie, że bardzo mu dziękuję za pomoc, ale przecież nie można z wdzięczności robić łańcucha, którym można udusić. Że nie lubię tych starych kłótni, że chcę spokoju. Przy tym wszystkim łzy mnie zalewały, wprost byłam rozżalona, że stale ma pretensje, że nie dojada itd. Bo właściwie po cóż starać się, aby mu było dobrze, gdy stale uważa, że jest źle. To uczucie bezsilności stale mnie ogarnia. Staszek powiedział, że odchodząc, zrobię mu krzywdę, ale on nic nie powie, nie zatrzyma. Jakoś od tego czasu zrozumiałam, że on jest samotny, że ma tak trudny charakter, który odstręcza otoczenie. Zaczęłam myśleć, że będę musiała rozstać się z Mamą, chociaż boli mnie bardzo myśleć, że mając troje dzieci będzie samotna. Dwadzieścia lat jednakże mego życia razem ze Staszkiem stwarza trudne do rozerwania więzy. Na szczęście Mama sama kiedyś powiedziała, że po wojnie będzie musiała sama gdzieś zamieszkać. Staszkowi nic z tego nie mówiłam, tym bardziej, że jak mi dokuczy, to nie znoszę go z całego serca i nie chcę myśleć, że stale, stale będzie to samo.

Mam wrażenie, że Staszek zrozumiał, jak poważnie to zagadnienie stoi przede mną. Stara się nie gderać, nie dokuczać Mamie, gdyż to ostatnie wyprowadza mnie z równowagi od razu. Ale sercem wiem, że w warsztacie podoba mu się jedna z malarek i jestem z tego powodu zła. I nie rozumiem siebie. Czy to uczucie posiadacza, czy też myśl rozstania się nie jest aż do głębi prawdziwa?

Wiem, że jeżeli rozstaniemy się — będę cierpiała z tego powodu. Mam wrażenie, że nie możemy już ze sobą żyć naprawdę dobrze. Mówiliśmy tak gorzkie sobie rzeczy, że podświadomie, jeżeli nie świadomie żal będzie o nie istniał, będą one ciążyły na naszych stosunkach. Do żadnego nowego uczucia, tak pewnego, aby dało zapomnienie ono tym 20 latom, nie jestem zdolna. Mam wrażenie, że tak samo jest ze Staszkiem. Chociaż myślę, że może być z nim, jak z Chodźką, który po pięćdziesiątce ożenił się po raz drugi, znalazł odpowiednią żonę do swego despotycznego charakteru i czuł się z nią bardzo szczęśliwy. I to okropne. Żyć razem trudno, a rozstać się też nie można, bo przyniesie to cierpienie.

26 marca 1943 r.

Właściwie jestem zupełnie przepełniona myślą o Staszku. Czyż tylko popęd płciowy każe godzić się na nasze wady? Później widzimy je znowuż tak samo ostro. Jak to się skończy? Czy wyjdziemy cało z tego kryzysu? Nic tu tłumaczenie nie pomaga. Cierpienie od tego się nie zmniejsza. A jednocześnie uczucie zmarnowania życia. Dlaczego? Gdybyż trochę podobieństwa w charakterach albo widzenia przeze mnie w tym mężczyźnie człowieka skrojonego na moją miarę. Niestety świat mój szeroki. Miara zbyt duża! Jest mi smutno z powodu bezsilności, samotności swojej, samotności Staszka. Czyż można jeszcze co naprawić?

Patrzę na Irkę. W zeszłym roku był jeden, teraz drugi. Potrafi wciąż na nowo kochać się w kimś, wciąż tak samo ostro. Ale mnie to mierzi, takie przechodzenie od jednego do drugiego. Wcale tego mnie nie potrzeba. Owszem, może nie ma racji wierność, bo przez nowe uczucia wzbogacamy się, ale to musi być naprawdę uczucie, a nie wprost kolejny kochanek.

Rok 1944

Wilno, 12 marca 1944 r.

Co jakiś czas czuję w sobie mus wyrzucenia z siebie wszelkich przeżyć i myśli w jakiejś zorganizowanej postaci na piśmie. Wydaje się, że mam jakiś mocno splątany kłębek białego jedwabiu (dlaczego białego?), który muszę powoli rozsupłać. Ale na to, aby to wyszło choć trochę planowo, trzeba rozdzielić te przeżycia i myśli na kilka odłamów. Zacznijmy od siebie i domu, a potem automatycznie znajdziemy się w samym centrum wojny i zagadnień wszystkich nas dotyczących. Cóż więc z nami? Piąty rok wojny przechodzi w nienajgorszych warunkach materialnych. Ludek dużo pomaga i „zabawki” Staszka przynoszą dochody. Od paru miesięcy nie ma awantur, ale aż boję się pisać w ten sposób, aby nie zauroczyć, więc dom jest spokojny i miły, gdyby nie różne obawy jak na przykład o zdrowie Mamy. Ma anginę pectoris i przy jej ruchliwym usposobieniu łatwo może dojść do katastrofy. Już i tak dużo z cięższych robót w domu biorę na siebie, ale Mama stale bierze na siebie poza mną ciężar pracy domowej. Nie znoszę tej roboty i tego okresu czasu, gdy oprócz chodzenia przy własnych tyłkach nie ma nic się więcej. Ileż tak zmarnowanej energii ludzkiej, ileż jeszcze więcej jej marnuje się na zgładzenie innych ludzi. Ale o tym jeszcze dalej.

Teraz co do innych obaw. Obecnie są łapanki na ludzi do wyjazdu do Niemiec na pracę. Ot, takie wyłapywanie niewolników współczesnych. Wymknięcie się z tych sieci czyż nie jest istotnym motorem życia naszego? Ach! A to jest jeszcze łagodniejsza forma wojny. W guberni zachowanie głowy na karku jest motorem codziennego systemu współżycia. W ogóle na to co się dzieje wyświechtane słowa „świat zwariował” są za słabe i banalne. Tu tylko sztuka Goyi może być prawdziwym wyrazem obecnych czasów. 24 powieszonych na balkonach w Warszawie, tysiące rozstrzelanych na ulicach, przywożonych z zakneblowanymi ustami na miejsce straceń, kilka tysięcy mężczyzn zastrzelonych w Katyniu, wymieranie z głodu jeńców bolszewickich po kilkanaście tysięcy albo bombardowanie miast niemieckich bombami zapalającymi i fosforem płonącym w postaci płatków. Na to język ludzki nie ma już przymiotników. Tu nie wystarczy „okrutny, straszny, nieludzki”, tu trzeba nowych określeń tak przejmujących i strasznych, jak te wszystkie straszne wydarzenia.

Żyć można tylko w ten sposób, że nie pozwala się sobie na wgłębianie się w tę niemożebną rzeźnię. Wystarczyłaby jedna kwestia żydowska i ich likwidacja, ażeby na zawsze stracić wiarę w człowieka i jego człowieczeństwo, a tu mamy i inne narody, które stopniowo likwidują i inne metody tej likwidacji. A teraz co nas Polaków czeka? Tych wszystkich, którzy przeżyją jeszcze parę miesięcy. Prawdopodobnie bombardowanie Wilna, ewentualnie ewakuacja, przyjście bolszewików, potem znowuż likwidacja, wywiezienia do Kazachstanów, czy gdzie indziej.

19 marca 1944 r.

W zeszłą niedzielę przerwała mi pisanie Irka. A ja cały tydzień czekam soboty i niedzieli. Wydaje się, że Bóg wie co ma mnie spotkać, a właściwie to jest radość z paru godzin, które mam tylko dla siebie, bo rozkład dnia jest taki, że wstaję o wpół do siódmej, czyszczę kury, sprzątam łazienkę, klozet i przedpokój. Później śniadanie, biuro, z biura przychodzę na parę godzin albo sprzątam albo coś innego przy sobie robię. Znowuż biuro, obiad, sprzątnięcie po obiedzie, czasami dentystka albo ktoś przyjdzie. Dwa razy w tygodniu brydż i tak wiecznie w kołowrocie. Niedziela rano to jest dla mnie. Często też popołudniu w ciszy sobie czytam albo piszę.

Cóż więc z nami. Sytuacja geopolityczna stale nas stawia w tragicznych zmaganiach. Albo Niemcy chcą nas zjeść, albo Rosja. I nic nie pomogą hasła komunistyczne rosyjskie. Dla mnie to wyraźny imperializm rosyjski. Przecież w vademecum komunistycznym czytałam wyraźnie co do tych ziem białoruskich, ukraińskich aż do Bugu. To Rosja prze na zachód. Wejdą do Polski, naród polski sam zechce zostać którąś tam republiką sowiecką i koniec. Ja tylko jedno wyrażam życzenie… Jeżeli Polska ma być komunistyczna, niech nią będzie cała Europa. Dość sto przeszło lat siedzieliśmy w niewoli u Rosjan. My jesteśmy Zachodem i chcemy być razem z Zachodem. Wieki całe idziemy razem z Zachodem. Wówczas gdy byliśmy z Zachodem, w Rosji rządziła Złota Orda tatarska, gdy wysłannicy jej byli witani przez wielkiego księcia moskiewskiego czarą wina, a gdy wysłannikowi chana krople z wąsisków padały na ziemię obowiązkiem wielkiego księcia było je zlizywać. Takie 200 lat musiało potężne ślady zostawić w narodzie.

Szary człowiek przed tą wojną nie odczuwał, ale ci wszyscy, którzy choć trochę się zastanowili, widzieli miotanie się polskiej myśli politycznej między bolszewizmem a hitleryzmem. Ani jedno, ani drugie nie odpowiadało, a nie mogliśmy ani potrafiliśmy zdobyć się na coś własnego, na ideę, która by nas wszystkich porwała. Teraz za to płacimy serdeczną krwią. Tracimy stale mózg narodu w postaci mordowanej inteligencji. Czasami mię właśnie z tego powodu taki strach ogarnia, że chcę prędzej nie widzieć skutków tej rzezi. „Zasnąć, umrzeć”. Obserwuję pewne ciekawe zjawisko. Otóż ani ja, ani szereg innych osób nie czuje, ażeby Wilno miało być specjalnie zniszczone i ewakuowane. Otóż interesuje mnie to jako zbiorowa sugestia, czy też zbiorowe przeczucie. Może będę mogła sama to sprawdzić, jeżeli przeżyję tę wojnę, może sprawdzą już inni. W każdym razie doszliśmy już do stanu, jak mówi p. Char., żuczka, który idzie, idzie, natrafia na przeszkodę, stara się ją ominąć, przeszkoda z drugiej strony powstaje, wówczas i tu żuczek stara się ominąć, wreszcie gdy przeszkoda zbyt wielka i zagraża życiu żuczka, żuczek podkurcza nóżki, udaje, że go nie ma, zdany na tę siłę wyższą, która go stworzyła.

Wilno, niedziela 26 marca 1944 r.

I znowuż popołudnie niedzielne mam dla siebie… Staje się to trochę rachunkiem sumienia to pisanie do bliskich i do swego narodu, ale ileż razy uczucie goryczy żarło mi serce, żeśmy powierzchowni, lekkomyślni, nie potrafimy prawie nic bez bałaganu wykonać. I z żalem patrzę na organizację Niemców. I ten hurra patriotyzm na słowach, w gębie Polska, ale to tylko w gębie, a później za to ci, co i w czynie są Polakami — giną!

Ileż podłostek drobnych, jakichś drobnych oszustw ludzie z wyższym wykształceniem robią macherki przy grze w karty, ktoś inny nabiera robotnika. Jak zbierze się taka porcja — obrzydzenie mnie ogarnia i smutek… smutek… Lepsi wyginą — szmelc zostanie. Czyż ze szmelcu coś można zbudować? Oprócz tego zewnętrzna atmosfera naprężona. Łańcuch zaciska się coraz bardziej. Czemuż to się nie skończy dla nas wszystkich?

Wilno, 5 lipca 1944 r.

Jeszcze w Wilnie i ja jeszcze w całości piszę te słowa. Odwrót chaotyczny w całej pełni. Bombardowania co noc. Dzień się ślimaczy w upale i niewyspaniu. Brak dyrektyw, jakiejś polskiej inicjatywy gryzą moją świadomość. Zmęczona jestem bombardowaniem i przed nocą drżę ze strachu. Na dodatek jeszcze zabita została Drotlewowa z córką. W tym samym miejscu doktor Borodziczówna z mężem. Byłam przy wydobywaniu siedmiu trupów, które kładziono w ogrodzie na skwerze. Zdejmowałam obrączkę i pierścionek z ręki doktor Borodziczówny. Ręka przykurczona, lecz z łatwością się odgięła, aby chwytawszy nazad się skurczyć. Jakby mnie przyciągała do siebie.

Nie ma słów na okrucieństwa tej wojny. Więźniów wypuszczono, aby potem ich strzelać. Podobno wieszano, aby nie rozstrzeliwać, ponieważ nie krzyczeli inni przy odgłosie strzałów. Za kilka dni będą bolszewicy — dowiemy się dużo rzeczy. Któż z nas zostanie i zostaje? Jak ciężko na sercu.

Wilno, 9 lipca 1944 r., schron Lombard

Trzeci dzień (właściwie dobę) siedzimy w schronie. Drugi dzień walki wyglądają już na przedmieściach Wilna. W krótkich odstępach czasu, od pół do dwóch godzin naloty samolotów bolszewickich. U nas w domu nie mogliśmy wysiedzieć w piwnicy, bombardowanie wyglądało tak wstrząsająco. W schronie jest spokojniej, bo tak nie słychać ani samolotów, ani bomb. Od przedwczoraj płonie Śródmieście. A więc Mickiewicza, 3-Maja, Zawalna. Wygląda, że to spadochroniarze opanowują Wilno.

W schronie dużo ludzi z dziećmi, kobieta, której termin rozwiązania już minął cztery dni temu, staruszka 89-letnia chora i córki swej nie poznająca. Wody mamy minimalnie, a wodociągi tak samo jak elektrownia wysadzone w powietrze. Byliśmy zupełnie bez światła (trochę świec), ale od wczoraj jest karbidówka. Ale do niej też potrzeba chociaż trochę wody. Jeszcze parę dni i katastrofa. Wilno jest zrujnowane na lat 50. A iluż ludzi zginęło.

11 lipca 1944 r., Ubezpieczalnia

Wieczorem dziewiątego zaczął się obstrzał naszej dzielnicy przez ciężką artylerię. Było strasznie siedzieć. Obok walnęło kilkukrotnie tak, że serce zatrzymywało się na część sekundy. Z rana dziś wyrzucili nas z Lombardu w ciągu kwadransa do Ubezpieczalni. Pełno tu ludzi. Wyrzuceni są z najrozmaitszych domów. Z niektórych domów brani są tylko mężczyźni. Wyraźnie tworzą masę zakładniczą, gdyż podobno są zupełnie otoczeni. Właściwie straszne to, a jednak mam nadzieję, że wyjdziemy z Mamą. Ale prawdopodobnie Żydzi do końca życia, do ostatniej chwili nie wierzyli, że mogą ich zabić ot tak dla czyjegoś rozkazu. Obok, gdzie na dole siedzimy, jest otwór do wyjścia, ale Niemcy nie puszczają. Rozmówiłam się z jednym. On mówi po czesku, ja po polsku. Ale mówi, że iść nie wolno.

Jak to sobie będzie wyobrażał Staszek nasze przejścia. Najgorsze było przejście z Lombardu do Ubezpieczalni. Tęskno mi za nim i smutno. A może wyjdziemy z tego wszystkiego?

Godzina 3 popołudniu.

W piątek popołudniu zostały spalone baraki na placu Łukiskim. Od nich zapalił się dom z apteką Jundziłła. Z Lombardu piękny był widok, ale i straszny. Poszłam do domu, bo i dalej płonęły na 3 Maja, więc była obawa, że i nasz dom się zapali, ale teraz poszła Mama, bo w płocie była dziura od Ubezpieczalni. Omal Niemiec nie zabił (strzelał) na podwórzu, ani kawałka drzewa, ani składu naszego.

W tamtym schronie byli prości ludzie (przeważnie), ale uspołecznieni. Tutaj stare baby, coś nieprawdopodobnego w swej mentalności. Jakaś staruszka z „arystokracji” ze służącą inteligentką, która głośno dała nam określenie, że to osoby kulturalne. „Co prawda przed chwilą rugałam ją, że nie chciała pić wody wprost z butelki, jak ja to sama robiłam”. Nie tak dawno kłóciły się ze służącą o jakieś 2 jaja, które niby ta służąca zjadła. Ale zdaje się staruszka zupełnie nienormalna.

3 października 1944 r.

Niemożliwością jest opisać tego, co przeżywamy i my tu na miejscu, a już tym bardziej nasi bliscy w Warszawie. Oto wyszliśmy z walk o Wilno. Nawet dom nasz jest cały, oprócz spalonych składów z drzewem. Miasto jest w 40% zrujnowane i spalone. Wyć mi się chciało, gdym przechodziła przez puste prawie miasto 14 lipca — tak… 14 lipca. Ta data jest pamiętną dla mnie. Już pracuję od tegoż 14 lipca. Pracę mam w swoim zawodzie. Pracuję dla Wilna, ale wszystko mi jest niemiłe. Ten imperializm rosyjski, ten system życia tak obcy obrzydził mi Wilno.

Od 1 sierpnia, czyli 3 miesiące jest powstanie w Warszawie, które już dobiega końca. Warszawa jest u progu kapitulacji. Zresztą Warszawy już nie ma. Są kupy gruzów i tysiące trupów. Tam jest gros inteligencji polskiej, niewymordowanej w Katyniu, niewymordowanej w obozach. Teraz giną w Warszawie. Tam są bracia moi z małymi dziećmi. Boże, Boże, czemuś mnie opuścił?!

29 listopada 1944 r.

Gdym ostatnio pisała, Warszawa skapitulowała. Stało się to 2 października. A pisałam dlatego, że dziwny niepokój męczył mnie drugiego. Bo w nocy z pierwszego na drugiego śniło mi się, że ktoś się dobija do drzwi kuchennych. Budzę Mamę, że ktoś stuka i we śnie tłumaczę sobie, że to przecież nie sen, że nie śpimy i ktoś naprawdę stuka. Wychodzę do kuchni, a tam już ktoś młody i wysoki w półmroku nocnym stoi. To Ludek. Pytam: „Żyjecie?”. „Tak, żyjemy, ale Tadek nie będzie żył, bo nie ma pieniędzy”. Już jesteśmy w korytarzu. Biegnę do Mamy, co śpi ze mną w pokoju i krzyczę: „To Ludek”. Budzę się i już spać więcej nie mogę. I teraz cały ten czas nie pozwalam sobie myśleć o nich. W nocy, gdy się obudzę, usuwam się myślą w dzieciństwo. Tego wszystkiego siły nasze nie mogą wytrzymać.

Co do politycznych stosunków, to teraz nie chodzi już o Wilno, czy Lwów. Teraz już jest kwestia, gdzie Związek Sowiecki będzie miał swoje granice. Może Odra (to w najgorszym razie, a może jeszcze dalej). Tak zwana Polska byłaby przynajmniej do Odry według agentów sowieckich ze związku tak zwanych patriotów polskich.

Kurczowo trzymamy się nadziei, że będziemy wolnymi, my, którzy nimi byliśmy, a którzy nie rozumieliśmy tego, że traktujemy wolność jak powietrze, które jest, ale nie uświadamiając, że ono jest i że bez niego można się udusić.

Oto giniemy, wiedząc, że giniemy, zmiażdżeni prawie jak Żydzi, w mękach fizycznych jak w Warszawie, moralnych, tracąc już nadzieję, spychani w przepaść niewoli przez masę tępą niewiarygodnie. Czyż warto było mieć wolność, aby ją utracić? I to naród, który potrafił tak walczyć, jak walczył w Warszawie. Sami Niemcy mówili, że walczą Polacy jak diabli o swą wolność, bo Polaków można pokonać, panować nad nimi nigdy.

Prawdopodobnym jest, że nie będę wiedziała, jeżeli moi bracia nie żyją, jak zginęli, czy w walce, czy zamęczeni w obozach, czy zadręczeni w Polsce, czy w Niemczech, czy od razu od kuli, czy od gazu.

Patrzę na Mamę. Jest spokojna. Czasami tylko ciężko wzdycha, omal nie jęknie i modli się o nich. Rozumiem wierzących. Oto jeszcze ostatnia, a złudna nadzieja spotkania się ze sobą w innym świecie.

Udręczeni przez los, na co jeszcze czekamy? Po co czepiamy się życia. Wciąż jeszcze mamy nadzieję na to, na owo. Wyraźnie mówi i Anglia, i Ameryka. Nic wam nie chcemy pomóc. Poddajcie się sile. A panowało między nami zdanie, że choć raz postawiliśmy na dobrego, bo angielskiego konia.

Jeżeli mamy być w jarzmie rosyjskim, niechże i przejdą dalej. Niech cały świat zobaczy (to wystarczy) ich poziom przeciętny. Niech ten Wschód roztopi się w Zachodzie, to i nam będzie lżej, bo trochę kultury Zachodu nam zostanie.

Nieraz myślę, że jak to dobrze nie mieć teraz dzieci. Ostatecznie dokołatam się do końca życia i „apres nous la deluge”. Nikt z najbliższych nie zostanie do przefasonowania. A najmłodszych wychowają na tych ćwierćinteligentów, którym zawsze dobrze, ponieważ za mało wiedzą, aby rozumieć, że nie wiedzą.

Rok 1945

Wilno, 2 stycznia 1945 r.

Oto piszę dalej, więc nie jestem w liczbie tysięcy nieszczęsnych, którzy wzięci zostali już przed świętami, przed Nowym Rokiem, i którzy wkrótce powiększą ludność Kazachstanów czy innych Sybirów. Każdej chwili czeka każdego z nas ten los. Codziennie rano, gdy budzę się, westchnienie posyłam do Opatrzności, że oto dane mi było jeszcze w spokoju noc przebyć. W swym małym gronie czujemy się szczęśliwi, że jesteśmy jeszcze razem i że czujemy swą obecność. To jedno jeszcze uspokaja.

Wszystkiego nawet nie można napisać, bojąc się wystraszyć to swoje „szczęście”. Jesteśmy przesądni jak praprzodkowie, bo tylko wiara może jeszcze dać możliwość żyć. Staramy się nie tracić głowy, aby je naprawdę nie stracić. Ale jak długo jeszcze nam się to uda? Jutro czy za tydzień, a może nawet mamy szczęścia przed sobą. Te słowa są za blade, za banalne do tego co się przeżywa. Ten obłędny strach, który czasem opanowuje, można chyba tylko wyrazić jękiem lub wyciem. Okres od 15 grudnia do Nowego Roku wydawał mi się najtrudniejszym do przebycia. Chociaż nic się od wczoraj nie zmieniło, ale jakoś dziś czuję się spokojniej. Nowy Rok spędziliśmy w ciszy i spokoju, a ponieważ jestem przesądna — wróżę nam spokój i dalej. Aby tylko tym oświadczeniem nie spłoszyć spokoju.

W 1938 r. byliśmy na święta chorzy. Nowy Rok 1939 zaczęliśmy chorobą Staszka (właściwie ledwo zwlókł się z łóżka). W zeszłym roku w Sylwestra wieczorem biegłam po doktora, bo miał atak sercowy. Nota bene był wyjątkowy wieczór. Cisza, obfity śnieg i mały mróz. Coś z bajki miało miasto. Trochę snuło się przechodniów w nadzwyczajnej ciszy. Wydawało się, że można było wędrować, a wędrować w ten wieczór. Wczoraj wspominałam sobie raniutko różne spotkania noworoczne. Nie było ich dużo. Najwcześniejszym chyba to było w Ostrowiu. A może to był wspólna wilia w sierocińcu polskim? Pamiętam, że ksiądz Moniuszko (to był rok 1916/1917!) opowiadał po powrocie z Petrogradu o Rasputinie.

W następnym bodaj roku był Polski Bal w dawnym szlacheckim czy kupieckim klubie. Wówczas był tam już jakiś ispołkom. Całą noc przetańczyłam z zaproszonym przeze mnie uczniakiem. Typek był nieciekawy w ogóle, a w szczególe kobieciarz od urodzenia, ale właśnie z tego ostatniego powodu podobał się, chociaż w ten wieczór byłam znudzona pod koniec jego towarzystwem. To było z 1917 na 1918 r. A z 1918 na 1919 r. — dobrze nie pamiętam, ale to już był inny ensemble i inne nadzieje. Bodajże z Irką herbatą naszych uczniaków napoiłyśmy, gdy zmarzli na dworze. Później rok 1919/1920. Też tego nie pamiętam. Przyszedł tylko 3 stycznia i kulig. Znowu 1920/1921 zupełnie w innym otoczeniu. Bogate życie.

Tak samo 1921/1922. Dalej zaczęło być dostojnie i nudnie. Dobrze jeszcze jeżeli w domu. W 1934 r. u Hali Urbanowicz, a później w łóżku. W 1935 r. na 1936 r. nad pasjansami. W 1936 r. na 1937 r. u Fukiera. Ależ to był nudny wieczór! Niewiarygodnie. Jedno wrażenie było coś warte. Warszawa o 12 w nocy, dziwnie ciepła noc. Auta u zbiegu Alei [Jerozolimskich] i Marszałkowskiej sunęły jedno za drugim. Na chodnikach taki tłok, że trudno się było przesunąć. Pełno też baloników. Robiło to naprawdę odświętne wrażenie. Gra świateł na tych balonikach, podniecenie wyczuwalne u wszystkich podnosiło nastrój.

W 1937/1938 był nudny Sylwester. Wieczór w Warszawie u Raczkowskich, bodaj składkowy. W poprzednim roku było nudno, bo taka szacowna i burżujska restauracja, chociaż i stara się robić nastrój — nic z tego nie wychodzi. Może dlatego żeśmy byli rodzinnie. Zatorscy z mężami i żonami. W 1938/1939 r. jakieś dorywcze towarzystwo, też nie sprawiło mi przyjemności. Inna kwestia, że po zamążpójściu nie pamiętam, abym się dobrze bawiła na większych zebraniach. Zawsze wszystko na jeden ład, zawsze takie same zabawy czy rozmowy. Restauracja była dobra na godzinę-półtora. Po cóż siedzieć całą noc. Robiło mi się do nudności nudno. Lubiłam znacznie więcej parę osób ciekawych u siebie, ale najwięcej dobra książka albo teatr, albo kino mnie uszczęśliwiało. W 1940 r. na 1941 r. na Nowy Rok był Puterman. Znacznie to było milsze niż restauracje. Dalej już chyba było bez Sylwestra czy gości, bo nie pamiętam. Z 1939 r. na 1940 r. byliśmy u Stefanów. Wówczas dowiedziałam się, że Maniek nie żyje. Przyjęcie było niewojenne — nastroje robione, w zasadzie smutne. Musimy patrzeć z nadzieją dalej. Ale to słowa. Właściwie przyjmujemy tylko ciosy, co na nas spadają.

Wilno, 13 czerwca 1945 r., środa

Uważam za swój obowiązek względem swej przeszłości ze Staszkiem, a także względem przyszłej historii, dla której każdy taki pamiętnik będzie cenny, napisanie możliwie najściślej jak odbył się areszt jego i mnie, a także badanie moje i to wszystko co w jego sprawie wyjaśniło się dla mnie.

Oprócz tego chciałabym opisać te wszystkie kobiety, co siedziały ze mną, całe życie więzienne, uważając, że przyszły historyk, o ile wcześniej nie ulegnie zniszczeniu to co opiszę, potrafi wyciągnąć odpowiednie wnioski, odrzucając wszelkie moje osobiste reminiscencje. Reminiscencje będą, być muszą, jako że traktuję ten opis także jako ostateczne wyzwolenie się od tej zmory, jaką jest więzienie.

W tej chwili jestem przybita tym, że ja jestem na wolności, syta, gdy on kurczy się prawdopodobnie z głodu, zżerany bezczynnością, możliwe, że na dobitek w pojedynce. Mój stan psychiczny taki, że rzygać się chce, uczucie nieustalenia. Nie to, że się fruwa gdzieś pod sufitem, tłukąc w niego głową, jak to bywa we śnie. Nie to, że się jest przywiązanym do kołka, naokoło którego się włóczę. Coś specjalnego, nie do opisania, coś obrzydliwego. Może to jest zwykła reakcja człowieka przeniesionego do świata o innym ciśnieniu i innych jakby wymiarach.

Jeżeli to piszę, to też jako coś co charakteryzuje stan ludzi zwolnionych. Zresztą wiem, że robota to będzie długa, ten cały opis, co piszę. Jednocześnie zaznaczać będę to wszystko, co ważniejszego przesunie się w moim obecnym życiu. W tej chwili mam trochę strachu przed tym przedsięwzięciem, ale: „Na lwa srogiego bez obrazy wsiądziesz, i na ogromnym smoku jeździć będziesz”.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.