E-book
23.63
drukowana A5
78.48
Wilcze ziele

Bezpłatny fragment - Wilcze ziele


Objętość:
439 str.
ISBN:
978-83-8467-081-1
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 78.48

Drogi Czytelniku, wszelkie podobieństwo zdarzeń i postaci tu występujących do tego, o czym i o kim zdarzy Ci się usłyszeć lub zobaczyć w prasie, internecie i TV, jest zupełnie nieprzypadkowo przypadkowe.

Tak to się zaczęło

Żeby choć nie słyszeć tych dźwięków — pomyślał spanikowany — zamknąć oczy i zniknąć.

Biały krąg, który tak pieczołowicie rozsypał na ziemi, został przerwany, ale on niczego nie zauważył, tak bardzo chciał uciec od tego, co czaiło się na zewnątrz.

Nagle wstrząsnęły nim konwulsje. Otworzył oczy, ale wzrok miał zupełnie nieprzytomny. Głowa uderzyła o podłogę. Krąg był teraz tylko garstką białego, chaotycznie rozsypanego proszku, ale on już tego nie widział.

Okno w pomieszczeniu otworzyło się gwałtownie, a podmuch wiatru wdarł się do środka. Firanka wirowała, sprawiając wrażenie, jakby za chwilę miała się uwolnić i wyfrunąć gdzieś w świat, hen, daleko. Wycie wiatru zagłuszało wszystkie inne dźwięki.

Ciało mężczyzny znieruchomiało. Czarny cień przesunął się za oknem. A potem wszystko ucichło.

Który trup wygląda dobrze?

Dzwonek telefonu rozdarł ciszę tak nagle, że Milena Karska podskoczyła jak oparzona. Nieprzytomnym wzrokiem ogarnęła przeciągającego się obok młodego mężczyznę. Przez ciężkie, bordowe zasłony przenikała tylko odrobina porannego, jesiennego słońca. Telefon dzwonił jak oszalały, a ona chaotycznie szukała go w okolicach łóżka. Okropny ból głowy wzmagał się z każdym ruchem.

W końcu, ciężko dysząc, bo tak się tym szukaniem zmęczyła, znalazła komórkę i słabym głosem burknęła „halo” na tyle, na ile miała jeszcze siły.

— Bierz tyłek w troki. Robota na ciebie czeka — usłyszała.

Chwilę zajęło jej zorientowanie się, że rozmawia z Ryśkiem z kryminalnego.

— Człowieku, ledwo żyję — zajęczała.

— Ty zawsze ledwo żyjesz. Bawiłaś się, to teraz cierp. — Głos zarechotał rubasznie. — Przyjedź najpierw do nas, do komendy. Zobaczysz, co i jak, i podjedziesz na miejsce zdarzenia. Trup jest. A raczej był. Ale dziwny jakiś, popuchnięty. Krew mu z oczu poszła. Źle to wygląda.

— A który trup dobrze wygląda? — zapytała filozoficznie, ale policjant zdążył się już rozłączyć.

Spojrzała na leżącego obok mężczyznę i skrzywiła się z niesmakiem.

— Pobudka! — krzyknęła mu do ucha.

Zareagował zupełnie bez stresu, jakby był przyzwyczajony do podobnego traktowania. Ziewnął, przeciągnął się, wstał i bez słowa zaczął się ubierać. Za cholerę nie mogła sobie przypomnieć jego imienia. Poganiając gościa, łyknęła coś na ból głowy i zatrzasnęła za nim drzwi.

Powlokła się do łazienki i z przerażeniem spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Szczupła szatynka z krótkimi włosami sterczącymi w każdą stronę. Wyglądała na naprawdę przemęczoną. Niechętnie weszła pod prysznic, ale z ulgą poczuła, jak gorąca woda spływa po niej, przywracając ją światu. Stała tak kilka dobrych minut, po czym szybko wyskoczyła na szarą zimną podłogę — efekt pracy ekipy remontowej, którą do tej pory przeklinała w duchu. Wysuszyła krótkie włosy. Na twarz nałożyła odrobinę makijażu. Wciągnęła dżinsy i sweter. Stękając, zasznurowała długie buty i zabierając z szafy czarną skórzaną kurtkę, wybiegła z mieszkania.

Na komendzie była parę minut po jedenastej. Przeskakując schody po dwa, wbiegła na drugie piętro. Rysiek, a właściwie sierżant Ryszard Borowczyk, grubszy za każdym razem, gdy go widziała, pochłaniał właśnie bułę, tak zwaną dupę, z mocno czosnkową kiełbasą i ogórkiem kiszonym, co Milena zdążyła poczuć już w korytarzu.

— W końcu — skomentował z pełnymi ustami i rzucił w jej stronę plik zdjęć.

Spojrzała na nie i mimo woli się skrzywiła. Widok jak zwykle nie należał do przyjemnych.

— Podobno w realu wygląda lepiej — zażartował Rysiek, a kawałki bułki wypadły z jego ogromnej paszczy na zawalone papierami biurko.

Milena przejrzała zdjęcia i poprosiła o adres.

— Dostanę jakieś wsparcie? — zapytała.

Rysiek wyjął z szuflady plik papierów i rzucił niedbale w jej stronę.

— Wszystkie możliwe informacje. Więcej dać nie możemy.

Zagmatwane, podejrzane i dziwne sprawy często trafiały właśnie do niej. Gdy policja rozkładała ręce, a historia pachniała czymś, od czego bezpieczniej było trzymać się z daleka, to ją prosili o pomoc. Tak jak czasem, na prośbę rodziny osoby zaginionej, prosi się o wsparcie jasnowidza. Jednak ona jasnowidzem nie była. Wręcz przeciwnie. Twardo stąpała po ziemi, a do rozwiązania sprawy dochodziła jak po nitce do kłębka, dokładnie analizując wszystkie przesłanki. Zajęcie prywatnej detektywki przynosiło jej spore dochody, dużo ryzyka i jeszcze więcej satysfakcji. Robota do najłatwiejszych nie należała i na pewno nie dawała się zamknąć w ustabilizowanych godzinach od dziewiątej do siedemnastej. Dlatego też i jej życie prywatne do ułożonych nie należało.

Trzaskając drzwiami, wyszła na korytarz i wybrała numer Filipa. Od razu usłyszała znajomy głos.

— Potrzebuję twojej pomocy — zaczęła bez owijania w bawełnę. — Wczoraj zabalowałam, a muszę jechać na robotę…

— …i potrzebujesz kierowcy — dokończył. — Nie chce mi się — uciął szybko.

— Nie bądź żyła. Ciekawa sprawa. Z tego, co zdążyłam się zorientować, zamieszany jest kler, może być wesoło.

— Kler? — Od razu wyczuła niezdrowe podniecenie. — Jak to?

— Ofiara to młody wikary z jakiejś pipidówki. Czekaj, jak się ta miejscowość nazywa… — Zaczęła przeglądać plik papierów. — Mam: Saszyn. Daleko nie jest, chyba gdzieś w łódzkim. Ale jeszcze na mapie nie sprawdzałam.

— Saszyn… Coś mi to mówi. Tam chyba jest taki fajny biały kościół.

— Możliwe — odparła ze śmiechem. — Jak pojedziesz, będziesz miał okazję zobaczyć. To jak? Jedziemy?

— Dobra. Niech ci będzie. Skąd cię zgarnąć? Z komendy? — zapytał.

— Tak. Będę czekać przed budynkiem.

— No to pędzę. Maksymalnie za godzinę powinienem być.

Ktoś tu sobie lubi podjeść

Filipa Łabędzkiego poznała w liceum. Ona, zbuntowana nastolatka, ciągle na bakier z nauczycielami, a często i z kolegami, on — nowo ujawniony gej. Zrozumieli się doskonale, zaprzyjaźnili i w tej przyjaźni trwali również przez lata studiów, choć ich szkolne drogi wówczas się rozeszły.

Filip wylądował na łódzkiej polonistyce, bo marzyła mu się kariera pisarza. Jedyne, co z tego pozostało, to publikacje naukowe, bo koniec końców został na uczelni, by jako doktor polonistyki krzewić kaganek oświaty wśród studentów, którzy później zasilali szeregi często znudzonych i wykończonych psychicznie nauczycieli. Dzięki temu miał spokojną pracę i czas na czytanie. Marzenia o pisaniu beletrystyki bardzo szybko porzucił, pozostając za to wiernym czytelnikiem i sumiennym pracownikiem naukowym.

Milena młode lata poświęciła na studia nad historią sztuki. Zawsze miała ciągotki artystyczne, nie na tyle jednak, by realizować je w praktyce. Wybór tego kierunku był więc namiastką obcowania z prawdziwą sztuką. Po studiach szybko okazało się, że praca naukowa nie jest dla niej. Nudziły ją zajęcia ze studentami i ciągłe siedzenie w tym samym miejscu. Zaczęła więc szukać dla siebie innych opcji i po kilku perypetiach zdobyła licencję prywatnej detektywki. Wtedy złapała wiatr w żagle i trwało to nieprzerwanie od paru lat.

Zaczynała od wyszukiwania dowodów zdrady niewiernych małżonków, aż doszła do etapu, że nawet policja czasem korzystała z jej usług, szczególnie w przypadku spraw dziwnych i śliskich, w które za bardzo nie chcieli się angażować. Ją natomiast do takich najbardziej ciągnęło.

Stała teraz przed budynkiem komendy i paląc cienkiego papierosa, czekała na Filipa. Już z daleka zobaczyła jego steraną, zabłoconą terenówkę. Słabo jej się zrobiło na myśl o tym, jak ją wytrzęsie w czasie jazdy. Kac przypomniał o sobie. Gdy Łabędzki hamował tuż obok z piskiem opon, zgasiła papierosa. Za szybą zobaczyła jego uśmiechniętą twarz.

Blond grzywa opadała mu na oczy, a fantazyjny kaszmirowy szal owijał szyję. Otwierając drzwi, pobrudziła sobie rękę, którą szybko wytarła o dżinsy.

— Nastaw nawigację — zakomenderował — i w drogę, kurs na Saszyn.

Milena wstukała nazwę wsi w telefonie.

— Mój mały komputerek podpowiada, że to miejsce oddalone jest o około sto kilometrów od Łodzi. Powinniśmy tam dotrzeć za półtorej godziny. Jedź najpierw czternastką, potem wbijemy na dwunastkę i S8, a na koniec zjedziemy na czterdziestkę piątkę. No proszę, nasza wioska leży na południe od miejscowości Broszki… ale ciebie to chyba nie zainteresuje — skwitowała, puszczając do niego oko.

— Widzę, żeś już wydobrzała, kac odszedł w zapomnienie i żart się wyostrzył. Ale spokojnie, jak tak dalej będziesz tankować i nie dosypiać, to ci się szare komórki zlasują i twoje wspaniałe zdolności detektywistyczne szlag trafi szybciej, niż zdążysz wychylić kolejną butelkę wina, nie mówiąc już o urodzie — odpalił zadowolony z siebie. — Poważnie, przeginasz — dodał już poważniejszym tonem.

— Dobrze, tatusiu, obiecuję poprawę — odpowiedziała pół żartem, pół serio i zatopiła się w myślach.

Przez chwilę jechali w milczeniu, obserwując jesienny krajobraz za oknem. Z zamyślenia wyrwał ją głos Filipa.

— Słuchaj, a właściwie co to za historia? Masz jakieś materiały?

Milena pogrzebała w papierach i zdjęciach, które dostała od Ryśka.

— Ciężka sprawa — zaczęła. — Dwa miesiące temu proboszcz zgłosił zaginięcie wikarego. Policja najpierw podeszła do sprawy na luzie. Wiesz, młody wikary, może zabalował i takie tam bzdury. Proboszcz podobno się oburzył, bo wikary chętny do imprezowania nie był. Zaczęły się poszukiwania. Szukali go dwa tygodnie i w końcu znaleźli…

— …martwego? — wszedł jej w słowo Filip.

— A gdzie tam, właśnie nie. Żywego, choć w dziwnym stanie, okolicznościach i miejscu. Młody ksiądz siedział w jakimś bunkrze w okolicznym lesie, wytropiły go psy. Przerażony, brudny jak nieboskie stworzenie i jak na niego, uwaga, dość wychudzony. Cały czas coś mamrotał pod nosem. Czekaj, w raporcie jest jeszcze napisane, że miał drgawki, a jak go chcieli wydostać z tego bunkra, to strasznie spanikował i zrobił się agresywny.

— I co dalej?! — zawołał zniecierpliwiony Filip.

— Jezu, spokojnie… Coś taki narwany? Uwaga, teraz będzie najlepsze. Kiedy go w końcu wyciągnęli z tego bunkra, to mu z oczu popłynęła krew i zszedł.

— Jak to zszedł?! Gdzie zszedł?

— A bo ja wiem?! — ryknęła. — Może do piekła! Umarł, o to mi przecież chodziło.

— Masz jakieś zdjęcia? — Zainteresowanie Filipa zaczęło sięgać zenitu.

Bez słowa podsunęła mu fotografie z policyjnego archiwum, na które zerkał, jednocześnie prowadząc samochód. Widać na nich było brudne zwłoki młodego mężczyzny z zakrwawioną twarzą. Trudno było stwierdzić, na ile był otyły, a na ile spuchnięty, jego ciało wyglądało jak dobrze wyrobione drożdżowe ciasto. Sprawiało wrażenie, jakby można było zanurzyć w nim palec przynajmniej do połowy jego długości.

— Podobno od razu zaczął niemiłosiernie śmierdzieć. — Milena skrzywiła się odruchowo. — Na ciele, oprócz brudu i krwi, zresztą jego, żadnych śladów. Dziwne — dodała. — Policja jest bezradna, żadnych poszlak, kompletnie nic. No i wiesz, oni nie lubią tematów związanych z Kościołem, nie chcą się mieszać, nie wiedzą, na ile mogą sobie pozwolić.

Droga minęła szybko i ani się obejrzeli, jak wjechali do wsi o uroczej nazwie Saszyn. Wieś jak każda inna w środkowej Polsce, nic szczególnego. Droga, pola, jesienny, przygnębiający krajobraz. W kępie starych drzew, nieopodal lasu, nad rzeczką stał wyraźnie widoczny z szosy, murowany biały kościół, ten, o którym wcześniej wspominał Filip. Milena fachowym okiem oceniła styl jako eklektyczny.

Tak, to było dobre określenie. Zlepek różnych stylów, tutaj akurat z dominującym neogotykiem, robił jednak całkiem sympatyczne wrażenie. Podjechali pod plebanię i zaparkowali na żwirowym podjeździe. Wysiedli z samochodu i rozejrzeli się dookoła.

Plebania, choć wysłużona, była dobrze utrzymana. Jej ceglane mury odznaczały się swoim ponurym wyglądem na tle białego kościoła, do którego była niemal przyklejona. Widać było dbałość o porządek. W starych drewnianych oknach wisiały śnieżnobiałe firanki, a na ganku, koło drzwi, stała doniczka z jakimś zielonym drzewkiem. Podwórko było uprzątnięte, a na jego środku stała studnia z żurawiem, sprawiająca wrażenie od dawna nie używanej.

Przeszli po chrzęszczącym żwirze do drzwi i zapukali. Przez dłuższą chwilę panowała cisza. Zastukali ponownie.

— Idę, przecie się nie pali — usłyszeli nagle kobiecy głos. Drzwi otworzyły się, a w nich ukazała się postać dość wiekowa, korpulentna, z twarzą jak księżyc w pełni. Po prostu anioł, nie kobieta.

— Dzień dobry — powiedział Filip z uśmiechem, bo i nie można było nie uśmiechnąć się na jej widok. — My do księdza proboszcza.

— Dobry — odpowiedziała, przyglądając im się z ciekawością. — Księdza nie ma, a w jakiej sprawie? — dodała podejrzliwie.

— W sprawie wikarego Nowickiego — włączyła się do rozmowy Milena.

— Policja już była, i to parę razy — kobieta nagle zaczęła się irytować. — Proboszcza nie ma — powtórzyła.

— A możemy zaczekać? — przymilnym głosem zapytał Filip i przywołał na twarz jeden ze swych najbardziej uroczych uśmiechów.

Kobieta biła się z myślami. Najwyraźniej Łabędzki wzbudził jej sympatię, za to na Milenę popatrywała spode łba. Zaczęła przestępować z nogi na nogę, spoglądając to na nią, to na niego, zmarszczyła czoło i nagle, jakby coś sobie przypomniała, wypaliła bardzo z siebie zadowolona:

— A państwo skąd? A jakieś dokumenty mają?

— Milena Karska, jestem prywatną detektywką. — Pokazała licencję. — A to Filip Łabędzki, doktor Filip Łabędzki — podkreśliła słowo „doktor”. — Policja poprosiła o wsparcie w tej sprawie. Mamy wszelkie upoważnienia — dodała dla pewności.

— Ksiądz proboszcz rowerem do sklepu pojechał. — Kobieta w końcu nabrała zaufania. — Po drożdże, na placek — dokończyła.

— Czyli placek będzie — powiedział rozmarzonym głosem Filip — drożdżowy, z kruszonką?

— A jakże! — odpowiedziała kobieta, niemal z oburzeniem. — Bez kruszonki to nie placek przecie.

Milena zaczynała powoli tracić cierpliwość.

— Raczej nie spróbujesz — szorstko burknęła w stronę Filipa. — Nie przyjechaliśmy tu na ciasto.

— Państwo wejdą, herbaty zrobię. — Kobieta w końcu odsunęła się, żeby ich wpuścić, jednak nie na tyle, żeby mogli uniknąć spotkania z jej pokaźnym brzuchem obleczonym w kuchenny fartuch.

Gdy weszli do środka, stanęła jeszcze na progu i obrzuciła podwórko bacznym spojrzeniem, po czym starannie zamknęła za sobą drzwi i zaprosiła ich dalej.

Sień plebanii okazała się ciemna i ponura. Pod stopami skrzypiały deski. W powietrzu unosił się zapach drewna i starości. Całość była jednak utrzymana w należytym porządku. Gosposia zaprowadziła ich do dużej, przestronnej i o wiele jaśniejszej kuchni i posadziła przy okrągłym stole nakrytym ceratą. Tutaj zapachy były przyjemniejsze, ciepło buchało od kuchenki.

Bez słowa zagotowała wodę w czajniku, zrobiła herbatę i postawiła przed nimi dymiące szklanki. Z kredensu wyjęła cukiernicę i podsunęła z nieśmiałym uśmiechem Filipowi. Jego towarzyszkę zupełnie zignorowała.

Milena z ciekawością rozejrzała się po kuchni. Duży, drewniany kredens, stół i krzesła z rzeźbionymi oparciami doskonale pasowały do stylistyki domu. Na ścianie, osadzone na kołkach, wisiały różnego rodzaju kubki, prawdopodobnie nigdy nieużywane. W garnku na gazowej kuchence coś bulgotało, sądząc po zapachu — grochówka.

Gosposia wpisywała się w ten obrazek idealnie. Okrągła i łagodna, z kokiem i w okularach, które założyła i znad których z ciekawością spoglądała na przybyszów. Usiadła z nimi przy stole, składając ręce na podołku. Podniosła się jednak szybko i z kredensu wyjęła talerz pełen ciasteczek — maślanych i pachnących. Z gestem pełnym gościnności postawiła na stole przed Filipem.

Milena chrząknęła i zapytała o wikarego.

— Ksiądz Paweł, dobre to było dziecko, chociaż łasuch z niego był okropny — zaczęła od razu kobieta, jednocześnie sięgając po ciastko. — Ile bym nie ugotowała, to wszystko zjadł, czasem to nawet prosto z garnków wyżerał — opowiadała z coraz większym zaangażowaniem. — Raz pamiętam, jak gulasz wołowy ugotowałam, z kaszą gryczaną, a wołowinkę on lubił, oj, lubił, zjedli już obiad z księdzem proboszczem, już żem pozmywała i poszłam księdzu proboszczowi kawy zanieść, do kuchni wracam, a ten prosto z gara chochlą tak wiosłował, że myślałam, że się udławi. — Zaśmiała się tak perliście, aż jej brzuch zaczął podskakiwać. Nagle chyba sobie przypomniała, że mówi o zmarłym, i twarz jej spoważniała.

— A lubiany był we wsi? — zagaiła Milena, popatrując z boku na Filipa, który zakrztusił się ciastkiem, wysłuchując tych rewelacji.

— A kto by księdza Pawła nie lubił?! Takie nieszczęście, Boże uchowaj. — Gosposia przeżegnała się nagle i ściszając głos, nachyliła się w stronę gości. — Ja już księdzu proboszczowi mówiła, złe go wzięło, licho jakie, nie raz ja widziała jak on…

— Niech Gabichowa głupot nie opowiada!

Wszyscy siedzący przy stole odwrócili się gwałtownie i spojrzeli w stronę drzwi. Gabichowa to się nawet z krzesła podniosła, taka była przejęta swoją opowieścią i pojawieniem się przybysza. W drzwiach stał dość niski ksiądz około sześćdziesiątki, o mocnej budowie ciała, ale zbytnią przesadą byłoby nazwać go grubym. W ręku trzymał siatkę z zakupami.

— Już Gabichowej nie raz mówiłem, że bajki opowiada i w jakieś bzdury wierzy. A państwo skąd? Z gazety może, z telewizji? — zwrócił się zaczepnie w ich stronę. — Tu sensacji żadnej nie ma co szukać.

— Z policji, a raczej policja nas przysyła — spokojnie odpowiedziała Milena.

Podeszła do proboszcza, przedstawiła siebie i Filipa. Pokazała legitymację.

— Proboszcz Antoni Gacki — przedstawił się. — Skoro policja przysyła… — zamruczał pod nosem. — Na policję nie ma rady — dodał niechętnie, nawet nie patrząc na legitymację. — To jak możemy pomóc?

Podszedł do gosposi i podał jej torbę ze sprawunkami. Kobieta podziękowała i zaczęła wypakowywać zawartość na blat, cały czas spoglądając jednak spod oka na całe towarzystwo. Nagle zrobiła się cicha i mniej rozgadana.

— Chcielibyśmy najpierw zobaczyć miejsce, gdzie znaleziono księdza Pawła, a potem, jeśli to możliwe, jego pokój, tu, na plebanii — wolno powiedziała Milena. — No i jakby nam proboszcz trochę o wikarym poopowiadał, czym się interesował, z kim spotykał, jak spędzał wolny czas. To wszystko by nam pewnie bardzo pomogło.

— A ja w tym czasie placek wyrobię — Gabichowa nagle włączyła się do rozmowy i wymownie spojrzała na Filipa, który odwdzięczył jej się szerokim uśmiechem.

Coś tu śmierdzi

Miejsce, gdzie znaleziono nieszczęsnego księdza Pawła, znajdowało się jakieś półtora kilometra od plebanii, w pobliskim lesie. Bunkier, ukryty w niewielkim wzniesieniu przykrytym o tej porze roku opadającymi liśćmi, nie był łatwy do zauważenia. Betonowe wejście porósł mech. Gdy podeszli w jego stronę, uderzył ich zapach stęchlizny. Filip skrzywił się lekko i oświadczył, że poczeka na zewnątrz. Proboszcz wskazał Milenie wejście i zapytał, czy potrzebuje jego pomocy. Kobieta pokręciła przecząco głową. Wyjęła z plecaka latarkę i nie oglądając się na mężczyzn, weszła do środka.

Wewnątrz panował zaduch i wilgoć. Korytarz był niski. Lekko schyliła głowę i oświetliła sobie drogę. Wolno posuwała się do przodu. Z relacji policji i księdza Antoniego wynikało, że ofiarę znaleziono dalej, w okrągłym betonowym pomieszczeniu. Korytarz co chwilę zakręcał, aż dotarła do miejsca, gdzie dzielił się na dwoje. Przypomniała sobie słowa proboszcza, że ma wybrać ten na prawo. Za sobą usłyszała kroki i kątem oka dostrzegła ruch. Odwróciła się gwałtownie, gotowa w każdej chwili zareagować, ale przed nią wyłoniła się jasna czupryna Filipa.

— Kurwa mać! Czyś ty oszalał?! — krzyknęła w jego stronę. — Chcesz, żebym dostała zawału?

— Dopadły mnie wyrzuty sumienia, że puściłem cię samą. — Mężczyzna zrobił niewinną minę. — No i postanowiłem dołączyć. Ksiądz proboszcz pilnuje wejścia, żeby go nikt nie zasypał. — Puścił do niej oko. — To którędy teraz? — zapytał, dostrzegając rozwidlenie.

— Wydaje mi się, że w prawo, chyba tak księżulo mówił, pamiętasz? — rzuciła w jego stronę i ruszyła prawym korytarzem, nie oglądając się za siebie.

Za plecami usłyszała tylko westchnienie Filipa i jego mamrotanie na temat okropnego smrodu i zaduchu.

Po przejściu jakichś dwustu metrów dotarli do okrągłego, betonowego pomieszczenia. Po jednej ze ścian spływały krople wody. W głębi widać było porzuconą kupę starych szmat i gałęzi. W powietrzu unosił się zapach moczu. Wikary mógł robić pod siebie, ale to było na tyle dawno, że smród powinien był już się ulotnić. Za sobą usłyszała narzekania Filipa, który otrzepywał swój jasny płaszcz z pajęczyn.

— Jezu, jaki odór — zajęczał. — Nie da się oddychać.

Uciszyła go ruchem ręki. Teraz i on to usłyszał. W pomieszczeniu coś się poruszyło. Wskazała głową szmaty pod ścianą i gestem nakazała milczenie. Wprawnym ruchem wydobyła broń i ostrożnie podeszła w tamtą stronę. Nagle ciszę rozdarło głośne pierdnięcie.

Filip skrzywił się i odruchowo zakrył twarz szalikiem. Milena wolno opuściła broń i rozsunęła szmaty nogą. Najpierw zobaczyli niemiłosiernie brudne resztki ubrań, a potem ich właściciela. Spod sterty gałęzi zaczął gramolić się jakiś człowiek, mamrocząc pod nosem przekleństwa.

— Niezły numer — roześmiał się Filip, a Milena schowała spluwę.

Mężczyzna bardzo powoli usiadł na swoim posłaniu. Spowijały go niezliczone ilości szmat. Twarzy prawie nie było widać, bo wielka czapa zasłaniała mu oczy, a długa, splątana broda dopełniała reszty. Przeciągając się, pierdnął raz jeszcze i dopiero wtedy dostrzegł nieproszonych gości.

— Czego tu?! — zapytał zaczepnie. — Ja tu pierwszy byłem — dodał.

— Spokojnie — rzuciła Milena. — My tu tylko wizję lokalną robimy. Raz-dwa i nas nie ma — dodała, podchodząc do ścian pomieszczenia i dokładnie oświetlając je latarką. — Sprawdź podłogę — nakazała Filipowi, który już przeczesywał wnętrze.

Mężczyzna obserwował ich bez słowa, ciągle mamrocząc coś pod nosem. Łabędzki rozgarniał ręką walające się po podłodze śmieci i gałęzie. Gdy zbliżył się do bezdomnego, ten odruchowo zakrył twarz rękami.

— Bez paniki — uspokoił go, wyjął z kieszeni dwadzieścia złotych i bez słowa podał mężczyźnie, który nieśmiało, jakby nie wierząc w swoje szczęście, wziął pieniądze. Obejrzał banknot z każdej strony i spróbował wcisnąć go do kieszeni, z której wypadło nagle coś okrągłego. Był cały czas skupiony na pieniądzach, więc nie zwrócił na to najmniejszej uwagi.

Milena szybkim krokiem podeszła w jego stronę. Założyła rękawiczki i podniosła przedmiot z podłogi.

— Patrz — pokazała Filipowi — ciekawe, skąd to ma…

W dłoniach trzymała drewnianą kobiecą głowę wielkości dużej pomarańczy. Filip skierował na nią światło swojej latarki. Wyrzeźbione włosy opadały do tyłu, nagle kończąc się w miejscu, gdzie głowa została ucięta. Ale najdziwniejsze były oczy, nienaturalnie skierowane do góry. Spływały z nich wyżłobione w drewnie krople.

— Skąd to masz? — zapytał mężczyznę Filip. — Masz tu jeszcze dychę — dodał.

Bezdomny chciwie chwycił banknot i spojrzał na niego z niedowierzeniem, po czym spanikowany podniósł wzrok na Milenę, która już podchodziła do niego zdecydowanym krokiem.

— Ja to załatwię. — Łabędzki zastąpił jej drogę. — Z ludźmi to trzeba sposobem, a nie tak szurum-burum i na ostro — rzucił. — Spokojnie, kobieto. Drogi panie, pan nam powie, skąd to ma — zaczął delikatnie. — Tutaj trupa znaleźli jakiś czas temu, księdza — kontynuował. — Chyba nie chcesz mieć policji na karku? — dodał zaczepnie.

Milena przewróciła oczami.

— A bierzta se to, ja tam żadnych problemów nie chcę — odezwał się mężczyzna. — A tam leżało, pod ścianą, tom se wziął, do niczego mi to potrzebne nie jest.

Szybko podeszli we wskazanym kierunku i oświetlili latarkami miejsce pod ścianą. Milena przejechała dłonią po betonie i spojrzała na palce — były wilgotne. Skierowała strumień światła do góry, pod sufit, i dostrzegła tam mały otwór. Na tyle jednak duży, by można było przecisnąć przez niego sporą pomarańczę. Wymienili z Filipem znaczące spojrzenia. Karska wyjęła z plecaka mały pojemnik i zapakowała znalezisko.

— Spadamy — rzuciła krótko. — A temu tu wyślemy proboszcza, niech się zajmie zagubioną owieczką.

Mężczyzna tego już nie słyszał. Smacznie pochrapywał, przykryty szmatami i gałęziami. W dłoni ściskał drugi banknot, którego nie zdążył nawet schować do kieszeni.

Tej choroby się nie da wyleczyć

Ksiądz Antoni, przestępujący na zewnątrz z nogi na nogę, zaczynał się niecierpliwić, więc z ulgą przyjął ich powrót. Na dworze zrobiło się ciemno, a on, w przeciwieństwie do nich, nie miał przy sobie latarki. Poza tym niepokoiła go ich przedłużająca się nieobecność. Tego by jeszcze brakowało, żeby znowu coś się komuś przydarzyło. We wsi i tak już gadali.

Prawie nie rozmawiając, we trójkę ruszyli w stronę plebanii. Zaczął padać drobny deszcz i chcieli jak najszybciej przed nim uciec. Wszechogarniające zimno i wilgoć wszystkim dały się we znaki. Rozświetlone światłem okna budynku przy kościele zachęcały do wejścia. W środku panowało miłe ciepło, a gospodyni od razu uwinęła się przy kuchni i zaparzyła gorącą herbatę.

— A może grochówki zjedzą? — zagadała. — Bo placek to jeszcze niegotowy, dopiero wyrasta — dokończyła.

— Chyba skorzystamy, bo późno się zrobiło — nieśmiało zaczął Filip. — No i jak placka nie ma, to tym bardziej. — Uśmiechnął się do Gabichowej.

Zadowolona kobieta podłączyła gaz pod garnkiem i zaczęła szykować talerze i łyżki. Z kredensu wyjęła okrągły bochen chleba i ukroiła grube pajdy.

— Znaleźliście coś? — zwrócił się do gości proboszcz. — Tam w bunkrze?

— Nie tylko coś, ale nawet kogoś — powiedziała Milena i wyjęła z plecaka fragment figurki. Opowiedziała ze szczegółami o bezdomnym mężczyźnie, o figurce i dziwnym otworze w bunkrze. Ksiądz Antoni przez chwilę się zastanawiał, kim mógł być bezdomny. Nie widywał takiej osoby w parafii. Wieś była mała, a on znał tutaj wszystkich. Często odwiedzał swoich parafian, do knajpy u Kozyry też czasem zaglądał, z ludźmi rozmawiał, ale za nic w świecie osoby opisanej przez Milenę nie mógł sobie przypomnieć.

— Jutro za dnia tam pójdę, nie można przecież człowieka w takich warunkach zostawić — powiedział w końcu. — Może chory, może pomoc potrzebna.

— A figurkę ksiądz rozpoznaje? — zapytała Milena i pokazała mu drewniany fragment. — Wygląda mi na sakralną, drewno lipowe, tak na oko jakiś osiemnasty wiek — dodała.

— Zna się pani na tym? — Podniósł na nią wzrok znad założonych okularów.

— Skończyła historię sztuki — odpowiedział Filip, zanim Milena zdążyła zareagować.

Ksiądz Antoni spojrzał na nią z ciekawością i zaczął dokładnie oglądać przedmiot.

— To figurka z naszego kościoła — powiedział w końcu. — Tak, na pewno. Zaginęła jakieś trzy lub cztery miesiące temu. Ale gdzie jest reszta?

— Tego nie wiemy. Zgłosił to ksiądz na policję?

— Tak. Mają zgłoszenie, ale do tej pory nic się nie wyjaśniło. Szczerze mówiąc, spisałem ją już na straty. — Westchnął i machnął ręką. — Myślicie, że ten bezdomny ją ukradł?

— Twierdzi, że znalazł ją w bunkrze — powiedział Filip z ustami pełnymi grochówki, którą gosposia zdążyła już podać.

Teraz siedziała z nimi przy stole, wysłuchując tych rewelacji z rozdziawioną buzią. Nagle podniosła się szybko, jakby o czymś sobie przypomniała. Zdjęła ścierkę z brytfanki z wyrośniętym ciastem i wstawiła do nagrzanego wcześniej piekarnika. Ze stołu sprzątnęła talerze i zajęła się zmywaniem.

— Zatrzymamy to na razie, jeśli ksiądz pozwoli. — Milena wskazała na fragment figurki. — W końcu została odnaleziona na miejscu przestępstwa, policja też powinna ją obejrzeć. A może i reszta się znajdzie — dodała. — Późno już, ale pokój wikarego chcielibyśmy jeszcze obejrzeć, jeśli to nie kłopot.

— Ja zaprowadzę. — Gabichowa wyrwała się na ochotnika i wycierając dłonie w fartuch, już stała przy drzwiach. — Wszystko tam zostało, jak było — powiedziała.

Krętymi schodami weszli na górę. Pokój znajdował się na samym końcu korytarza. Było to niewielkie, kwadratowe pomieszczenie, dość skromnie urządzone. Oprócz łóżka, małej szafy i regału na książki pod oknem stało jeszcze biurko, a na nim komputer.

Z policyjnych raportów wiedzieli, że w plikach i na poczcie nie znaleziono niczego podejrzanego. Historia przeglądarki również nie wyróżniała się niczym szczególnym. Milena wolała jednak sama na to spojrzeć. Podziękowali Gabichowej i zaczęli rozglądać się po pomieszczeniu.

Filip odruchowo podszedł do regału z książkami. Pismo Święte, Wyznania św. Augustyna, Człowiek w poszukiwaniu sensu Viktora E. Frankla. Oprócz tego polska klasyka. Nic szczególnego. Jakieś wydawnictwa na temat historii sztuki, głównie sakralnej.

Milena usiadła przy komputerze. Hasła nie było, wbrew temu, czego się obawiała. Od razu odpaliła skrzynkę pocztową i przeleciała wzrokiem nadawców i tytuły wiadomości. Dotyczyły głównie spraw kościoła, pomocy potrzebującym. Były też maile od jakiegoś mężczyzny, być może brata, ojca, a może przyjaciela. Wiadomości w tonie swobodnym, opisujące zwykłe, codzienne sprawy. Właśnie — pomyślała Karska — rodzina i przyjaciele. Z nimi też trzeba by porozmawiać.

Zniechęcona przerzuciła się na przeglądarkę. Historia nie była imponująca, bo wikary najwyraźniej dbał o to, by systematycznie ją usuwać. W oczy rzuciła jej się jedna ciekawa strona, coś o egzorcyzmach, choć w sumie mogło to też należeć do zawodowych zainteresowań księdza Pawła. Postanowiła przy okazji zapytać o to proboszcza.

Filip rozglądał się w drugiej części pomieszczenia i w szufladzie szafy znalazł opakowanie po nabojach do pióra. W nim znajdował się kluczyk. Zwykły, mały, taki jak do skrzynki pocztowej. Milena obejrzała go z ciekawością, a następnie zaczęła rozglądać się po pokoju, żeby go do czegoś dopasować, jednak żadna szuflada ani szafka nie były zamykane. Wrzuciła kluczyk do pudełka po zapałkach i szybko schowała do plecaka. Wróciła do komputera, by zapisać adres strony o egzorcyzmach. Przejrzała jeszcze pliki, ale i tam niczego nie znalazła.

Podeszła do szafy i zaczęła przerzucać ubrania. Spomiędzy sterty swetrów wypadła zniszczona i pogięta kartka — oświadczenie o korzystaniu ze skrytki pocztowej w Wieluniu. Dokładnego adresu nie można było odczytać.

— Filip — zwróciła się do przyjaciela — a może to kluczyk do skrytki pocztowej? Trzeba to będzie sprawdzić. I masz to — podała mu kartkę z adresem strony — poszperaj tam, poczytaj. Może coś znajdziesz.

Gdy schodzili na dół, owionął ich zapach ciasta drożdżowego. Filip uśmiechnął się z rozmarzeniem. W kuchni Gabichowa krzątała się dziarsko. Proboszcza nie było. Gdy ich dostrzegła, otworzyła piekarnik i wyjęła formę z ciastem.

— Wystudzić trochę trzeba, bo opadnie — powiedziała — a poza tym na żołądek niezdrowo.

— A gdzie ksiądz proboszcz? — zapytała Milena.

— No jak gdzie? Mszę odprawia. — Gabichowa najwyraźniej była zaskoczona pytaniem. — Odprawi, to wróci — dodała.

— My się już będziemy zbierać — zwróciła się do niej Karska, a widząc zawiedzioną minę Filipa, dodała: — Jutro spróbujemy ciasta, zdąży dobrze wystygnąć. A o której jutro możemy złapać proboszcza?

— Najlepiej to tak w porze obiadowej…

— A pani coś o księdzu Pawle wspominała, że raz coś widziała… — zaczął przymilnie Filip. — Może nam pani opowie?

— E, proboszcz nie kazał, pewnie mi się wydawało — zaczęła kręcić, ale widać było, że aż ją świerzbi, żeby o tym porozmawiać. — Ksiądz proboszcz zły będzie, jak się dowie, że ja tu znowu takie rzeczy gadam…

— Ale jak się nie dowie, to zły nie będzie. — Łabędzki puścił do niej oko. — No niech się pani nie da prosić…

— Ano dobrze. — Gabichowa wyraźnie miała do niego słabość, a poza tym strasznie ją korciło, żeby podzielić się rewelacjami. — Raz żem widziała, jak mi sól z kuchni podbierał — powiedziała tajemniczo. — Pomyślałam sobie, że może gdzie w pokoju maszynkę chowa i sobie gotuje, bo mu mało tego, co ja podaję. To poszłam któregoś dnia poszukać, bom się zdenerwowała, że może głodny chodzi i nic nie mówi. Pewna byłam, że go nie ma. Wchodzę do pokoju, a on pośrodku w takim kółku klęczy, w białym, jakby z jakiego proszku usypanym, i cały przerażony się modli, a w okno spoziera, jakby tam coś widział. Jak tom zobaczyła, od razu do niego mówię: „A co tu się wyrabia?!”. Jak się wtedy zerwał, na proste nogi od razu skoczył i na okno, i na mnie się patrzy na zmianę i się pyta: „Gabichowa tego nie widzi?”. Ja na to: „A co mam widzieć? Firany dopierom uprała, czyste są”. I nagle znowu w okno spojrzał i żem ulgę taką na jego twarzy zobaczyła. Potem mi opowiadał, że miał jakieś omamy, a to kółko na podłodze z soli usypał, żeby złe do niego dostępu nie miało. Od razu się przeżegnałam, pomyślałam, co on za głupoty opowiada, w świętym, księżym domu, na plebanii zło jakie? Przecie to niemożliwe. A czerwony był wtedy, rozpalony. Zapytałam, czy nie chory czasem. A on na to, że tej choroby, co on ma, to się nie da wyleczyć, i płakać mi zaczął jak dziecko. I błagał, żeby proboszczowi o niczym nie mówić. Ciężko mi było, alem obiecała, bo błagał przeokrutnie. Dopiero jak nam wikarego Bozia zabrała, księdzu Antoniemu wszystko opowiedziałam jak na spowiedzi, ale mnie tylko zwymyślał i powiedział, że głupoty mówię. Ale ja już nie wiem, może go faktycznie jakie złe chwyciło — skończyła opowiadać i otarła fartuchem łzy wielkie jak grochy.

— Niech się pani nie martwi, dowiemy się, co się stało z księdzem Pawłem. — Filip podszedł do niej i pogłaskał ją po ramieniu. Podziękował, że podzieliła się z nimi historią, i zerknął na Milenę, a potem na zegarek.

— Tak, na nas już czas. — Karska podchwyciła jego spojrzenie. — Bardzo pani dziękujemy i za informacje, i za poczęstunek. Jeśli to nie problem, przyjedziemy jutro. Chciałabym jeszcze porozmawiać z księdzem — powiedziała, podając jej rękę na pożegnanie.

Czyżby coś mnie opętało?

Filip spędził cały wieczór, przeglądając stronę, której adres Milena znalazła w historii przeglądarki księdza Pawła. Wyglądało na to, że wikarego bardzo interesował temat egzorcyzmów. Mogło tak być z powodów zawodowych, jednak po tym, co usłyszeli od Gabichowej, przyczyny tego zainteresowania mogły być zupełnie inne.

Strona zbudowana była w typowy sposób. Opisywała opętanie jako takie, podpowiadała, jak je rozpoznać, mówiła o różnych jego rodzajach i jak z nim walczyć. Nie była to jednak oficjalna strona Kościoła. Wyglądała na amatorską — taką, jakich wiele można znaleźć w internecie. Bardziej była wynikiem czyichś zainteresowań niż rzetelnym źródłem informacji. Czego wikary mógł tu szukać? — zastanawiał się Filip. Przecież jeśli potrzebował pomocy, mógł ją znaleźć na swoim podwórku, w Kościele. Dostęp do tego miał łatwiejszy niż jakikolwiek inny zwykły obywatel.

Przejrzał jeszcze stronę w poszukiwaniu forum. To mogło być dobre źródło informacji, szczególnie o ludziach, którzy z takich stron korzystali i dzielili się na nich swoimi doświadczeniami i przemyśleniami.

Tak jak podejrzewał, forum było, i nawet znajdowało się na nim sporo wpisów. Zaczął je przeglądać od najnowszych postów, jednak zmienił zdanie i cofnął się do okresu, kiedy młody wikary mógł jeszcze z niego korzystać.

W tym momencie zadzwonił telefon. Dzwonił jego były chłopak, Kajetan. Koniecznie chciał się spotkać, i to jak najszybciej. Był podenerwowany i zniecierpliwiony. Filip nie miał ochoty na spotkanie, ale mężczyzna naciskał, a przez telefon nie chciał powiedzieć, o co chodzi. Choć nalegał, by zobaczyli się jak najszybciej, Filip musiał odmówić — mieli jutro z Mileną zaplanowaną kolejną wizytę w Saszynie, a potem wybierali się do Wielunia. Umówili się więc dopiero pojutrze, w małej kawiarni na Moniuszki.

Po dziwnej rozmowie, która na chwilę wytrąciła go z równowagi, Łabędzki wrócił do komputera i swoich poszukiwań. Gdybym był wikarym — pomyślał — i bałbym się czegoś, to co bym tu robił? Szukałbym odpowiedzi na moje pytania na forum, szukałbym ludzi, którzy mieli doświadczenia podobne do moich.

Postanowił raz jeszcze dokładnie przejrzeć posty. Może któryś wpis będzie powiązany z księdzem Pawłem? Z uwagą przeczytał kilka z nich, jednak niczego ciekawego nie znalazł. Wypowiedzi sprawiały wrażenie zamieszczanych przez zakręcone na punkcie okultyzmu nastolatki. Zniechęcony oderwał wzrok od monitora. Po co wikary w ogóle wchodził na taką stronę? I to — jak powiedziała Milena — kilkakrotnie?

— Musiałem coś przeoczyć — powiedział do siebie.

W oknie wyszukiwania na stronie wpisał „opętanie w kościele”. Tym razem krąg jego poszukiwań został zawężony. Przebiegł wzrokiem kilka początkowych wpisów i zatrzymał się na rozmowie między dwoma użytkownikami: Wezyrem i Pokwikiem.

Konwersacja dotyczyła sytuacji, która zdarzyła się jednemu z nich: gdy przebywał sam, czuł czyjąś ciągłą obecność do tego stopnia, że budził się w nocy. Temu wszystkiemu towarzyszyły halucynacje — widział czarną postać podążającą w jego stronę. Modlitwa pomagała, ale sytuacja się powtarzała. Odpowiedź rozmówcy była taka, że prawdopodobnie miejsce jest nawiedzone i w razie niebezpieczeństwa warto wysypać dookoła siebie krąg z soli.

Filip od razu skojarzył to z sytuacją, której świadkiem była gospodyni. Trop mógł jednak być chybiony, ponieważ w całym internecie można było znaleźć informacje tego typu. Sól okazywała się lekiem na całe zło. Postanowił przejrzeć wszystkie wpisy Wezyra. Zastanowił go jeden, w którym ten bardzo kategorycznie odmówił zwrócenia się po poradę do Kościoła. I na tym rozmowa się urwała.

Łabędzki wyłączył komputer, wrzucił do szklanki parę kostek lodu i dopełnił metaxą. Wyciągnął się na kanapie i nagle przypomniał sobie, w jakim stanie znaleziono wikarego.

— Sekcja zwłok — powiedział. — Jeszcze tego nie sprawdziliśmy.

Od razu zadzwonił do Mileny, żeby rano ściągnęła potrzebną dokumentację. Może dzięki temu wyjaśni się temat krwawiących oczu — pomyślał i zasnął.

Kamień piekielny

— Sekcja zwłok wykazała, że krwawienie z oczu zdiagnozowano jako hemolakrię o podłożu prawdopodobnie toksycznym. Spojówki były podrażnione azotanem srebra, ale roztworem o dużym stężeniu.

— Fiuuu… kamień piekielny w oczach wikarego — gwizdnął Filip, gdy Milena skończyła zdawać relację. — Czyżby jego mamusia chorowała na rzeżączkę? — zażartował.

— Nawet jeśli, to było raczej za późno na terapię. Poza tym stężenie było tak duże, że doprowadziło do tego, że płakał krwią. Oprócz tego znaleźli jeszcze jedną rzecz. Okazuje się, że bezpośrednią przyczyną śmierci było niedotlenienie mózgu spowodowane prawdopodobnie uduszeniem.

— Ale z tego, co mówiłaś, na ciele nie było żadnych śladów. No i żył, gdy go znaleźli.

— Nie było, tym bardziej to dziwne. Podobno wyglądał, jakby dusiły go niewidzialne ręce.

— Ale to przecież kompletna bzdura! — krzyknął oburzony Filip. — Wiesz, że ja wierzę w różne rzeczy, ale takich bzdetów dawno nie słyszałem — dodał oburzony.

— Dobra, nie podniecaj się tak. To, co musimy jeszcze dziś zrobić, to pogadać z proboszczem na temat wikarego. Wczoraj jakoś nie było okazji. — Milena najwyraźniej miała już zaplanowany cały dzień. — A potem skrytka na poczcie w Wieluniu.

Na plebanii księdza jednak nie zastali. Gabichowa o mało nóg nie połamała, jak ich zobaczyła. Ledwo otworzyła drzwi, już biegła do kuchni, żeby ukroić placek drożdżowy. A gdy Filip zachwalał jej dzieło, prawie odfrunęła pod niebiosa, taka była uskrzydlona. I trzeba jej było przyznać, że ciasto było doskonałe. Wyrośnięte jak trzeba, puszyste, a jednak wilgotne w środku. A kruszonka! Gruba, słodka, chrupiąca. Palce lizać. Zjedli ćwierć blachy, tak im smakowało. I popili malinową herbatą z miodem.

Zdążyli zjeść, gdy proboszcz wrócił z kościoła. Zaczęli go wypytywać o wikarego. Niestety, niewiele wiedział. Młody ksiądz był sierotą. Jedyną żyjącą rodziną był brat, który mieszkał w Bieszczadach i był kucharzem w jakimś tamtejszym hotelu, podobno rzadko się widywali. Czasem ksiądz Paweł jechał do niego na urlop. W Saszynie nikt go jednak nigdy nie widział.

Z miejscowymi wikary raczej bliskich stosunków nie utrzymywał. Jego życie towarzyskie ograniczało się do spotkań z parafianami i do przesiadywania w kuchni z gospodynią, bo na brak apetytu, jak już wcześniej Gabichowa ich uświadomiła, wikary nie narzekał, wręcz przeciwnie.

Raz podobno się zdarzyło, jakieś pół roku temu, że ksiądz Paweł wybrał się do karczmy u Kozyry, ale była to bardziej — jak to ujął ksiądz Antoni — służbowa wizyta. Jedna z parafianek skarżyła się na męża, że wszystko przepija, śpi i do roboty nie chodzi, do bicia się wyrywa. Młody wikary miał zamiar przemówić mu do rozumu, ale jak się potem okazało, chciał do niego dotrzeć na zasadzie podobieństwa i żeby wspólny język znaleźć, wypił z nim parę kolejek. Tak się to skończyło, że zasnął przy stole i Kozyra po proboszcza dzwonił, jak już chciał zamykać. Ale to zdarzyło się tylko raz i — jak stwierdził proboszcz — to wszystko z tego powodu, że wikary był młody, podatny na wpływy i łatwo go było zmanipulować.

— To chyba raczej kwestia charakteru, nie wieku — skomentowała Milena, a Filip przytakująco kiwnął głową.

— W przypadku księdza Pawła mogło chodzić i o jedno, i drugie — przyznał proboszcz. — Łatwowierny on był bardzo. Szkoda chłopaka, bo dobry był z niego dzieciak. Dużo bym dał, żeby się dowiedzieć, co się naprawdę stało, chociaż mu to już życia nie wróci… — Westchnął.

— Więc ksiądz nie wierzy, że to jakaś siła nieczysta? — zapytał z uśmiechem Filip.

— A gdzież tam, głupoty ludziska opowiadają, sensacji szukają — odpowiedział wzburzony proboszcz Gacki i zna-cząco spojrzał na gospodynię.

— A ta karczma u Kozyry to gdzie? Daleko? — dopytywała się Milena.

— Daleko nie — weszła proboszczowi w słowo Gabichowa. — A tam z siedemset metrów będzie, za sklepem spożywczym — dodała. — Ale to dopiero po połedniu otwarte, tera za wcześnie.

Rozmowę przerwało im pukanie do drzwi. Gospodyni wytarła ręce o fartuch i pobiegła zobaczyć, kogo licho niesie, jak się obrazowo wyraziła. Z oddali usłyszeli jej wzburzony głos i czyjś rubaszny śmiech. Po chwili do kuchni wszedł jowialny wąsaty jegomość z dużą torbą przerzuconą przez ramię.

— Polecony do księdza! — ryknął tak głośno, że wszyscy zgromadzeni aż podskoczyli na krzesłach.

— Panie Leśniak, trochę ciszej — upomniał go proboszcz. — Po co te krzyki?

— Nic nie poradzę, że mam taki donośny głos — odpowiedział, popatrując łakomie na Gabichową i podkręcając wąsa. — A pani Stanisława to coraz dorodniejsza — powiedział, zwracając się bezpośrednio do niej, a pozostałych zupełnie ignorując.

— Pan, panie Leśniak, Boga się nie boi — odpaliła, rumieniąc się i popatrując ukradkiem to na księdza, to na gości, którzy siedzieli i przyglądali się tej scenie z rozdziawionymi gębami. — Nieboszczka żona się w grobie przewraca — dodała.

— Moja nieboszczka żona, niech jej ziemia lekką będzie, już tyle lat nie żyje, a mnie się chyba coś od życia należy — odpowiedział, puszczając do niej oko, ale już tego nie zdążyła zobaczyć, bo się zawstydzona odwróciła plecami do obecnych i znalazła sobie robotę na blacie.

W tej chwili ksiądz Antoni, najwyraźniej przyzwyczajony do podobnych scenek, postanowił przerwać te zaloty, pytając, gdzie ma podpisać. Listonosz podał mu skrawek papieru i długopis i dopiero teraz zauważył gości.

— Uszanowanie. — Skłonił się w ich stronę i uchylił czapkę. — Widzę, że dzisiaj tłum na plebanii, to pewnie i jaki placek jest?

— A jużci, że jest. — Stanisława podbiegała do niego z ukrojonym sporym kawałkiem. — Drożdżowy.

Leśniak zdjął nakrycie głowy, rozpiął kurtkę i nie czekając na zaproszenie, usadowił się między nimi przy stole, i zaczął z apetytem zajadać ciasto. Proboszcz pokręcił tylko głową, a Milena i Filip przesłali sobie rozbawione spojrzenia. Wyglądało na to, że Gabichowa ma we wsi poważnego adoratora, który, patrząc po rumieńcach na jej twarzy, nie był jej obojętnym.

— Pan znał nieżyjącego wikarego? — Karska przerwała niezręczną ciszę.

— Listonosz zna wszystkich, to jego obowiązek — ryknął Leśniak, odsuwając od siebie talerz. — Jakbym miał nie znać? — Spojrzał na nią niemal z oburzeniem. — A pani kto, jeśli można spytać?

— Prowadzę śledztwo w sprawie śmierci księdza Pawła — odpowiedziała spokojnie, patrząc mu w oczy.

Wytrzymał przez chwilę jej wzrok, po czym spojrzał na Filipa, ale o nic już nie pytał.

— Widywał go pan w innych okolicznościach niż służbowe? — drążyła dalej.

— Ja tylko dostarczam listy i emerytury. Pierwszych nie dostawał, na drugie był za młody — odpowiedział i niechętnie podniósł się od stołu, spoglądając znowu pożądliwym wzrokiem na Gabichową. — Czas na mnie, obowiązki wzywają. — Ukłonił się i nie odprowadzony przez nikogo wyszedł.

Gospodyni od razu do okna poleciała, żeby je uchylić, bo, jak stwierdziła, gorąc straszny się zrobił od kuchni. Faktycznie, rumieńce miała zdrowe, aż od niej buchało. Filipowi zrobiło się jej szkoda i zręcznie zmienił temat, by odwrócić uwagę od wizyty doręczyciela.

— To my teraz pojedziemy do Wielunia, a potem zajrzymy do Kozyry, porozglądamy się, może trochę pogadamy z ludźmi — powiedział i dał Milenie znak, żeby się zbierała.

Wsiedli w zabłoconą terenówkę Filipa i pomknęli do Wielunia. Miasto nie zrobiło na nich jakiegoś szczególnego wrażenia, zresztą skupili się na ulicach, na których znajdowały się urzędy pocztowe. Zaczęli od tego, który mieścił się na placu Legionów. W środku, jak na tę godzinę, znajdowało się sporo osób. Ale co się dziwić, stopa bezrobocia w tym mieście oscylowała w granicach sześciu procent, było więc trochę ludzi, którzy kręcili się tu i ówdzie w ciągu dnia.

Podeszli do ściany, na której widoczne były skrytki. Głupio tak było wkładać kluczyk do każdego otworu po kolei, ale musieli się przemóc. Trzy od razu odpadły, bo już stały przy nich jakieś osoby. Zaczęli manewrować przy pozostałych. Gdy przy piątej pani z okienka zaczęła im się dziwnie przyglądać, Filip posłał jej jeden ze swoich przymilnych uśmiechów, co spowodowało, że od razu się rozpromieniła i wróciła do swoich zajęć, od czasu do czasu przesyłając mu znad papierów powłóczyste spojrzenie.

Zawsze to samo. Łabędzki działał na kobiety jak magnes. Potrafił ułagodzić największą złośnicę, jednak w kwestiach damsko-męskich w kręgu jego zainteresowań znajdowali się jedynie mężczyźni. Milena wróciła myślami do skrytek. Niestety na tej poczcie kluczyk nie pasował do żadnej. Sytuacja powtórzyła się w dwóch kolejnych placówkach.

W końcu, zmęczeni i sfrustrowani, podjechali na osiedle Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Weszli do dość zatłoczonego budynku. Przy samych skrytkach tłoczyło się kilka osób. Filip próbował otworzyć pierwszą z brzegu, ale bez powodzenia. Sytuacja powtórzyła się przy dwóch kolejnych, więc do następnej podeszli wolno, wyraźnie już zniechęceni. Spojrzeli na siebie ze zdziwieniem, gdy nagle kluczyk przekręcił się gładko i skrytka stanęła otworem. Była pusta.

Pierwsze ostrzeżenie

W drodze powrotnej zastanawiali się, czy skrytka została opróżniona przed śmiercią księdza Pawła. Nie nosiła śladów włamania. Zresztą na poczcie trudno byłoby go nie zauważyć. Wyjścia były więc trzy: albo wikary od początku niczego tam nie przechowywał — ale wtedy do czego potrzebna mu była skrytka — albo sam ją opróżnił, albo ktoś ich ubiegł. Jeśli to ostatnie, to ktoś musiał mieć drugi klucz. Podobno ksiądz Paweł z nikim nie utrzymywał bliskich stosunków, więc mało prawdopodobnym było, by dobrowolnie dzielił z kimś dostęp. Być może więc ktoś wszedł w posiadanie drugiego kluczyka bez jego wiedzy.

Do wsi dojechali około osiemnastej. Postanowili nie niepokoić już proboszcza, tylko od razu pójść do karczmy. Tak jak wspomniała gospodyni, lokal znajdował się kawałek za sklepem spożywczym. Z zewnątrz nic specjalnego. Pomalowany na beżowo budynek, mocno już przybrudzony, z odpadniętym gdzieniegdzie tynkiem i drewnianym szyldem: „Karczma u Kozyry”.

Wspięli się po trzech wyślizganych schodkach do ciasnej sieni. Z niej do głównej sali prowadziły stare, drewniane, przeszklone drzwi. Gdy weszli do środka, uderzył ich zapach golonki i smażonej kiełbasy. Wewnątrz panował półmrok. Przy prostokątnych drewnianych stołach siedziało kilka osób. Ich oczy leniwie omiotły przybyszów. Pewnie nieczęsto widywano tu przyjezdnych. Milena od razu skierowała się w stronę baru, za którym krzątała się tleniona blondynka o obfitych kształtach.

— Może byśmy coś zjedli, skoro już tu jesteśmy? — zaproponował Filip. — Od rana nie miałem niczego konkretnego w ustach — zajęczał i zrobił minę zbitego psa.

— Dobra, w sumie racja — zgodziła się od razu. — Podejdźmy do baru, zamówimy żarcie i coś do picia, a potem tam sobie usiądziemy. — Wskazała głową wolny stół pod oknem.

Kobieta za kontuarem odwrócona była plecami do sali i zmywała szklanki do piwa.

— Dzień dobry! — krzyknęła do niej Milena. — Można poprosić kartę? — dodała.

Barmanka wolno odwróciła się w ich stronę. Była niska i przysadzista, biust, który dosłownie wylewał się jej z dekoltu, miała ogromny.

— A dzień dobry — odpowiedziała wesoło — zaraz się coś znajdzie.

Wytarła ręce w ścierkę i zaczęła szukać menu.

— Tutaj sami miejscowi przychodzą, to wiedzą, co jest — dodała jakby gwoli usprawiedliwienia. — O jest, proszę. — Podała im zalaminowaną kartkę formatu A4.

— Od razu piwo z nalewaka poproszę. — Karska się do niej uśmiechnęła. — Z sokiem.

— A dla pana? — rzuciła do Filipa blondynka.

— Woda mineralna, bez gazu, z lodem i cytryną — wyrecytował.

Zabrali kartę i usiedli przy stole.

— Nie zauważyłeś niczego dziwnego? — zapytała Milena, patrząc na niego z rozbawieniem.

— Nie, a powinienem? — zapytał z nosem utkwionym w karcie. — Chyba wezmę golonkę — powiedział. — A ty?

— No zauważyłam.

— Nie o to pytam. Pytam, co bierzesz…

— Jeszcze nie wiem, bo zabrałeś kartę. Słuchaj — zmieniła temat — ta babka za barem…

— Co z nią?

— Nie leciała na ciebie, to jakaś nowość. — Milena zabrała mu menu.

— Ty chyba przesadzasz — odpowiedział zirytowany. — Jakoś nie widzę, żeby kobiety szczególnie na mnie reagowały. Po prostu jestem miły. Co dajesz, to do ciebie wraca. — Przewrócił oczami. — Polecam, spróbuj.

— Jakoś te teksty nie pasują do kogoś, kto do żarcia zamawia golonkę. Powinieneś wcinać kiełki i sałatę.

— Chcesz, żebym umarł?! — wykrzyknął szczerze oburzony.

Barmanka przyniosła napoje i zapytała o zamówienie. Filip pozostał przy golonce. Milena poprosiła o makaron z serem pleśniowym.

— Właśnie się skończył. — Kobieta wyklepała standardową formułkę. — Nie ma — dodała, żeby była jasność.

— A co jest? — spytała Karska.

— Golonka jest, kiełbasa smażona z cebulką jest i placki.

— Golonka i kiełbasa odpadają. A placki jakie?

— Po węgiersku. Podać?

— Podać — odparła zrezygnowana Milena. — I jeszcze jedno piwo — wskazała na wypitą do połowy szklankę — to samo.

Czekając na jedzenie, rozglądali się po sali. Przy stołach znaleźli się prawdopodobnie sami miejscowi. Siedzieli i pili. Niektórzy piwo, inni wódkę. Tak byli zajęci tym piciem, że nawet nie zwracali szczególnej uwagi na przyjezdnych. Przynajmniej tak im się wydawało. Był tylko jeden facet, który często, jakby ukradkiem, spoglądał w ich stronę. Ryży, z wąsami. Trochę przygarbiony, jakby zmęczony życiem. Aż żal dupę ściskał, jak się na niego patrzyło. Bida taka, z nędzą.

— Golonka i placki. — Milenę z zamyślenia wyrwał głos blondyny. — Do golonki w standardzie podajemy kiszone ogórki i chlebek.

— A do placków? — zaczepnie spytała Milena.

— Do placków jest sos, gulaszowy — stwierdziła barmanka, jakby to była najoczywistsza oczywistość na świecie. — No jak inaczej? — dodała.

— Ja nie wiem, ja się tylko grzecznie pytam — odparowała Karska.

Filip znów tylko przewrócił oczami.

— No co? — powiedziała do niego, gdy barmanka ulotniła się tak szybko, jak się pojawiła. — Kurde, już nawet o nic zapytać nie można, wszyscy tacy wrażliwi… — Niezadowolona zabrała się za drugie piwo.

— Lepiej coś zjedz — poradził Filip. — Placek wygląda całkiem smacznie.

Sam zabrał się za golonkę, która lepiej smakowała, niż wyglądała. Ale przynajmniej skórkę miała ładnie przyrumienioną. Łabędzki był zachwycony. A ogórki, a chlebek… Mlaskał, cmokał, przeżuwał, delektował się, aż mu tłuszcz ściekał po brodzie. Milena patrzyła na niego jak zahipnotyzowana. Jeszcze go takim nie widziała — tak zaangażowanym w jedzenie.

Matko Boska Częstochowska, chyba mi do piwa czegoś dosypali i mi się to wszystko wydaje — pomyślała.

— No jak ten placek? — zapytał znienacka Filip. — Dobry? Daj spróbować. — I już widelcem jechał w stronę jej talerza, a w oczach miał szalony błysk zwierzęcia, które poluje na swoją ofiarę.

— Człowieku, opanuj się — warknęła w jego stronę. — Co cię napadło? Tydzień nie jadłeś?

— Tydzień nie. Ale mięsa od rana na pewno — powiedział z pełnymi ustami. — Ale dobra ta golonka, Jezu! — dodał.

Milena spróbowała placka. Wyglądał jak typowy placek kupowany w przydrożnej knajpie, ale w smaku niebo w gębie. Chrupiący na wierzchu, a ze środka wylewał się pyszny sos gulaszowy. Wkładka, czyli mięso, rozpływała się w ustach. Jadła więc z zapałem, od czasu do czasu popijając piwem.

— Może weź dokładkę — z ironią powiedział Filip i korzystając z jej nieuwagi, dziabnął widelcem po jej talerzu, żeby upolować dla siebie choćby mały ochłap. — Matko, jakie to dobre, mogłem zamówić golonkę z plackiem — stwierdził poważnie. — Aż dziwne, że nasz kościelny smakosz się tu często nie zapuszczał. A właśnie, może byśmy o niego zapytali? — przypomniał sobie nagle, po co tu właściwie przyszli i ruchem ręki przywołał barmankę.

— Pamięta pani wikarego? — zaczął bez ogródek, gdy tylko kobieta zjawiła się przy ich stoliku.

— No pewnie — zaskoczona kobieta odpowiedziała od razu. — Lubił sobie podjeść, świętej pamięci wikary.

Opowiedziała im historię, jak się o mało golonką kiedyś nie udławił, tak łapczywie jadł i takie wielkie kawały odgryzał.

— Na kiełbasę z cebulką też lubił wpaść i piwko wypić. Swój był chłop, szkoda człowieka… — Nagle posmutniała i pochyliła się w ich stronę. — Ludzie gadają, że to jakaś dziwna sprawa z tym wikarym, że go jakieś złe dopadło — dokończyła ściszonym głosem.

— Zaraz — przerwała jej Milena, zupełnie ignorując insynuacje dotyczące udziału sił nieczystych w całym zdarzeniu — mówi pani, że ksiądz Paweł był tu częstym gościem?

— A jakże! Często tu bywał, o, zwykle tam siadał. — Wskazała głową stół naprzeciwko.

— A z kimś się spotykał?

— No raczej. Przecież sam nie pił. — Blondyna się roześmiała. — Z chłopakami ze wsi zwykle przesiadywał, a państwo z gazety, że tak o wszystko pytają? — zaniepokoiła się nagle.

Zapewnili ją, że nie. Kobieta już miała wracać za bar, gdy Filip zagaił, czy nie widziała wikarego z kimś obcym. Barmanka zatrzymała się, pomyślała chwilę, podrapała się po głowie i stwierdziła:

— A jakże, widziałam, raz z kobietą, zwróciłam uwagę, bo to akurat kobieta była bardzo elegancka, na poziomie… ale proszę sobie, broń Boże, niczego nie myśleć, bo ona starsza była, mogłaby być jego matką, a ksiądz Paweł dystans zachowywał, jak na duchownego przystało. A drugi raz był tu z jakimś mężczyzną, trochę wychudzonym, który mniej więcej w wieku wikarego był i widać było, że dobrze się znali.

Zdążyła to powiedzieć i wróciła za bar, bo zapadł wieczór i trochę ludzi się zeszło.

— Ciekawe, to przeczy temu, co powiedzieli nam na plebanii — zwróciła się do Filipa Milena. — Widać ksiądz Paweł miał jakieś swoje sprawy, z którymi nie obnosił się za bardzo przy Gabichowej i proboszczu. No i kim są ci ludzie, z którymi się spotykał? Kobieta i facet… Trzeba będzie przy okazji się jednak jakoś dyskretnie rozeznać, czy ksiądz Gacki i pani Stanisława czegoś nie pamiętają. Może to ktoś z rodziny? — zastanawiała się głośno. — Trzeba by też pogadać z bratem, tym z Bieszczad. Chyba wcześniej czy później czeka nas dłuższa wycieczka.

Zaczęła zastanawiać się nad tym, czy na plebanii powiedzieli im prawdę. Jeśli tak, to oznaczało, że nieboszczyk prowadził podwójne życie, i to w tak małej społeczności. Przecież według relacji proboszcza i gospodyni wikary uchodził za zupełnie inną osobę. Jaki był naprawdę? Kiedy udawał kogoś innego? No i jak to możliwe — oczywiście zakładając, że byli szczerzy — że ani ksiądz, ani gospodyni nie zauważyli, że często bywał u Kozyry?

— Słuchaj, a może on udawał, że ma jakieś inne zajęcia, a tu przychodził? — zwróciła się do przyjaciela.

— Kto? Wikary? Możliwe. Przecież chyba widzieli, że gdzieś chodzi. — Myśli Łabędzkiego powędrowały w tym samym kierunku. — Jeśli zdarzało mu się tu przesiadywać, musiał jakoś tłumaczyć swoją nieobecność.

Zrobiło się późno i zaczęli się zbierać do wyjścia. Filip podszedł do baru, żeby uregulować rachunek. Milena widziała, jak rozmawia z roześmianą barmanką, a potem jak dziarskim krokiem maszeruje w stronę toalety.

Znad szklanki z piwem dostrzegła, że w jej stronę zmierza ten ryży facet, który wcześniej im się przyglądał. Sunął po podłodze, jakby nad nią płynął — powoli i z wysiłkiem. Pochylony kierował się do stolika, przy którym siedziała.

Dopiła piwo i czekała, aż się doczłapie. Kiedy był już bardzo blisko, nagle zmienił kierunek i ruszył do wyjścia. Zirytowana Milena spojrzała w stronę toalety.

Co tak długo? — pomyślała. Chciała wybiec za tym dziwnym człowiekiem na zewnątrz, ale powstrzymywała ją nieobecność przyjaciela. Podniosła się od stołu, zdecydowana zajrzeć do męskiego wychodka. Biorąc pod uwagę tempo, w jakim poruszał się ten facet, mieli duże szanse, by go dogonić. Wstając, dostrzegła pod nogami zmięty kawałek papieru, którego wcześniej nie było. A może był? Nie była pewna. Schyliła się, by go podnieść.

Była to zwykła biała kartka, na której ktoś fioletowym atramentem napisał tylko dwa słowa: „pierwsze ostrzeżenie”.

Karska, przewracając szklankę po piwie, z kartką w dłoni wbiegła do męskiej toalety.

— Filip! — krzyknęła.

Odpowiedziała jej cisza. W środku nikogo nie było.

Upocone pachy Siary

— Uspokój się. Przecież nie mógł się rozpłynąć w powietrzu. — Rysiek próbował jej przemówić do rozsądku, jednak sam wyglądał na zmartwionego. Tak bardzo, że nawet stracił apetyt i dymiąca fasolka po bretońsku stała przed nim nietknięta.

— A jednak się rozpłynął. — Milena, siedząc na parapecie, spoglądała za okno. — Po prostu zniknął. Żadnych śladów szarpaniny, czegokolwiek. W męskiej toalecie jest tylko małe okienko, przez które trudno byłoby mu się przecisnąć. Barmanka twierdzi, że innego wyjścia z tego pomieszczenia nie ma. Zresztą, sama sprawdziłam. Pod oknem z zewnątrz nie było śladów stóp czy upadku z okna. Wiesz, co jest dziwne? — odwróciła się w jego stronę. — Że ta kobieta za barem nie była w stanie przypomnieć sobie tego ryżego faceta, wiesz, tego dziwnego. Pytałam też pozostałych osób, które siedziały wtedy u Kozyry, oczywiście tych, które cokolwiek kontaktowały. Nikt go nie widział, nikt nie znał też takiej osoby, nie kojarzył, żeby był to jakiś miejscowy. Kompletny odpał. Jakbym tylko ja widziała tę postać… Przecież to się kupy nie trzyma — stwierdziła.

Ich rozmowę przerwał dzwonek stojącego na biurku telefonu. Rysiek niechętnie odebrał, przytaknął i odłożył słuchawkę.

— Stary chce się z tobą widzieć — zwrócił się do Mileny.

— Po co? — zapytała. — Mówił coś?

— Nie… nic szczególnego. Tylko tyle, że to pilne.

— Rany, jak ja nie znoszę tego gościa — zajęczała. — Poza tym teraz nie mam za bardzo czasu, jadę pogadać z bratem tego wikarego, a to ładny kawałek drogi.

— To lepiej idź do Starego, zanim wyjedziesz. — Rysiek wyraźnie unikał jej wzroku. A ponieważ nie wiedział, co ze sobą zrobić, to zaczął jeść, parząc sobie usta gorącą fasolką.

Takie zachowanie policjanta znaczyło, że coś jest na rzeczy. Najwyraźniej nie powiedział jej wszystkiego i źle się z tym czuł. Zeskoczyła z parapetu i wyszła z pokoju, podejrzliwie przyglądając się sierżantowi.

W gabinecie Starego, czyli komendanta Henryka Zapały, zwanego właśnie Starym lub Siarą, oprócz niego znajdowała się jeszcze jedna osoba. Była to krótko ostrzyżona, elegancka kobieta w okularach. Komendant Zapała siedział za swoim wielkim biurkiem, zza którego wystawała jedynie jego łysa czaszka. W pomieszczeniu Milena wyczuła napiętą atmosferę, czego dowodem były też spocone pachy Siary, który pozwolił sobie wystąpić w samej koszuli. Góra od munduru wisiała na oparciu krzesła.

Komendant znany był ze skłonności do nadmiernego pocenia się, szczególnie w sytuacjach stresujących. Kobieta wyglądała za to nieskazitelnie, w swoim czarnym, dopasowanym kostiumie. Na widok Mileny uśmiechnęła się sztucznie, pokazując rządek białych, idealnie równych zębów. Był to uśmiech szeroki i wystudiowany.

Milena szybko otaksowała ją wzrokiem. Wysoka i szczupła. Srebrzyste, krótkie, dobrze przycięte włosy. Czerwone oprawki okularów i szminka w tym samym kolorze. Eleganckie, płaskie pantofle. Całość dopracowana w każdym szczególe.

Chodząca doskonałość zbliżyła się do Karskiej zdecydowanym krokiem i wyciągnęła w jej stronę wypielęgnowaną dłoń ozdobioną wyglądającym na drogi pierścionkiem.

— Marta Aisenborg — przedstawiła się. — Wiele o pani słyszałam — dodała kurtuazyjnie i mocno uścisnęła jej dłoń.

— Milena Karska. Ja za to o pani wcale… — wypaliła. — Podobno chciałeś mnie widzieć — zwróciła się do Zapały i omijając kobietę, skierowała się w jego stronę.

Pot spływał po nim dosłownie ciurkiem. Nawet jej zrobiło się go szkoda. Facet wyglądał, jakby ktoś przeciskał go przez magiel. Jego świńskie wystraszone oczka spoglądały w popłochu to na Milenę, to na kobietę. Wygramolił się zza biurka i kiwając się na swoich kaczych nóżkach, podszedł do nich. Był niższy nawet od Mileny.

Za to Marta Aisenborg wcale nie wyglądała na zmieszaną. Impertynencką odzywkę Mileny puściła mimo uszu. Spokojnie czekała na rozwój wydarzeń. Siara podrapał się po łysej głowie i potarł podbródek. Wyglądało na to, że szykuje się do dłuższej przemowy.

— Doktor Aisenborg jest prezesem fundacji… — Zawiesił się i spojrzał błagalnie w stronę swojego gościa.

— …prezeską fundacji Ratujmy Polskie Zabytki Sakralne — uprzejmie uzupełniła kobieta. — Naszą misją jest odszukiwanie zaginionych polskich zabytków, ale również ratowanie tych, które pozostały i niszczeją gdzieś, gdzie nawet nikt nie zdaje sobie sprawy z ich unikalnej wartości. Interesują nas głównie zabytki kościelne. Wspieramy także finansowo niektóre perełki sakralne, kościoły i kaplice.

— No właśnie — Siara powoli odzyskiwał głos — pani doktor…

— A od czego pani jest doktorem? — weszła mu bezczelnie w słowo Milena, odwracając się w stronę kobiety, która dystyngowanym ruchem wyjmowała już coś ze swojej eleganckiej czarnej torby.

— Przepraszam za niedopatrzenie — zwróciła się do Mileny z udaną uprzejmością i podała jej białą jak śnieg wizytówkę. — Jestem doktorem prawa kanonicznego, a także prezesem, a raczej prezeską, jak to się teraz mówi, wspomnianej wcześniej fundacji. Pewnie zastanawia się pani, co tutaj robię.

Kobieta usiadła na stojącym nieopodal krześle i z gracją założyła nogę na nogę, a potem wyjęła z torby długiego, cienkiego papierosa i obracając go delikatnie w palcach, zaczęła mu się przyglądać. Milena nie wierzyła własnym oczom. Stary, przeciwnik palenia w jego gabinecie — zakaz nie dotyczył rzecz jasna tylko jego samego — o mało nie połamał nóg, podbiegając, by podać jej ogień. Doktor Aisenborg rzuciła mu spojrzenie pełne wdzięczności i zaciągając się powoli, popatrzyła na Milenę.

— Nasza fundacja dowiedziała się, że odnalazła się część figurki, której poszukujemy już od dłuższego czasu. To bardzo cenny zabytek. Mówiąc cenny, mam na myśli wartość raczej historyczną, nie finansową, zresztą pani jako historyczka sztuki na pewno to rozumie. W każdym razie chcielibyśmy wejść w posiadanie tego zabytku, a raczej jego części. Pomożemy też w poszukiwaniu reszty. Komendant twierdzi — spojrzała w jego stronę i wypuściła kółko dymu — że dopóki sprawa jest w toku, nie może udostępnić dowodu rzeczowego.

— W rzeczy samej — Milena zaczynała się niecierpliwić — sprawa w toku, więc głowa musi pozostać w rękach policji.

— Ano właśnie. — Siara znowu podrapał się po łysinie. — Sekcja w sumie niczego szczególnego nie wykazała, wikary żył, jak go znaleźliśmy, trzeba będzie zamknąć to śledztwo.

— Chyba sobie żartujesz?! A Filip? Mamy po prostu zapomnieć o tym, że zaginął, że w ogóle istniał?

— Pewnie gdzieś zabalował. — Stary uśmiechnął się półgębkiem. — Może kogoś poznał…

Nie zdążył dokończyć myśli, bo Milena była już obok niego.

— Słuchaj… — Podeszła tak blisko, że czuła odór jego śmierdzącego potu, aż zrobiło jej się niedobrze. — Gówno mnie obchodzą twoje teorie. Z wami czy bez was, to śledztwo będzie kontynuowane. Nie mam wpływu na wasze durne procedury, ale uważaj, żebyś nie beknął za coś, czego kompletnie nie kapujesz. A, i zniknięcie Filipa oficjalnie zgłosiłam. Nie macie wyboru. Coś musicie zrobić z tym śmierdzącym jajem. A jeśli chodzi o figurkę — zwróciła się bezpośrednio do Marty Aisenborg — została skradziona z kościoła w Saszynie i tam powinna wrócić, jak tylko zostanie skompletowana, a śledztwo się zakończy.

Odwróciła się na pięcie i wychodząc, rzuciła jeszcze w przestrzeń:

— Do widzenia, pani doktor.

Małe dramaty

Po wyjściu z komendy drżącymi rękami zapaliła papierosa i z przyjemnością się zaciągnęła. Spojrzała w okna Siary. Nikt za nią nie wyglądał. Pewnie omawiali teraz to, co się przed chwilą wydarzyło.

Pani doktor, prychnęła pogardliwie. Coś mi ta pani doktor śmierdzi pomimo tego, że używa Chanel no5. Zapach w sam raz dla starych bab — pomyślała mściwie.

Paląc papierosa, szybkim krokiem poszła w stronę samochodu. Przed wyjazdem w Bieszczady musiała się jeszcze spakować, a potem chciała zajrzeć do mieszkania Filipa, żeby trochę powęszyć. Nie mogła pogodzić się z jego zniknięciem. Zżerały ją wyrzuty sumienia, że nie miała go cały czas na oku. Wskoczyła do swojego volvo i pomknęła do domu. Terenówka Filipa została w Saszynie. To on miał przy sobie kluczyki.

Po jego zniknięciu podniosła niezły alarm. Pół wsi go szukało, włącznie z proboszczem. Na nic. Jak kamień w wodę, jak to stwierdziła Gabichowa, której lamenty słyszeli chyba w sąsiedniej wsi.

Do Łodzi Milena wróciła pekaesem, pojechała po swój samochód i od razu zgłosiła zniknięcie Filipa na policję. Teraz jechała do domu, by zgarnąć kilka rzeczy. Bieszczady były daleko i na pewno przyjdzie jej tam zanocować. Adres brata księdza Pawła dostała od proboszcza. Facet nazywał się Piotr Dobrowolski, inaczej niż wikary, i był szefem kuchni w znanym eleganckim hotelu. Zadzwoniła do niego dziś rano. Nie miał ochoty rozmawiać, ale była bardzo stanowcza, wspomniała coś o utrudnianiu śledztwa i w końcu zmiękł.

Zaparkowała pod loftem, w którym mieszkała, i wbiegła szybko na górę. Gdy weszła do środka, uderzył ją zapach niewietrzonego mieszkania. W sypialni przerzuciła kilka szuflad. Z szafy wyjęła plecak i wrzuciła do niego najpotrzebniejsze rzeczy. Ze schowka wyjęła klucze do mieszkania Filipa.

Po drodze starała się poukładać w głowie wszystkie fakty. Filip zniknął tak nagle, że ciągle nie mogła przyzwyczaić się do tej myśli. Poszli do knajpy u Kozyry, by się rozejrzeć, popytać i coś zjeść. Przypomniała sobie twarz tego ryżego faceta, którego nikt z obecnych tam gości nie widział, a może nie pamiętał. I ta kartka z ostrzeżeniem. Żałowała teraz, że przekazała ją policji. Na szczęście zrobiła sobie zdjęcie. W razie czego może rozpozna charakter pisma. Właśnie, dlaczego ktoś tak zaryzykował? Policzyła w myślach liczbę przypadków, kiedy w jej karierze zdarzyło się, żeby ktoś pozostawił napisaną odręcznie groźbę. Nie pamiętała takiej sytuacji.

Nagle gwałtownie zahamowała. Gdyby nie to, skasowałaby staruszka na pasach. Mężczyzna znienacka wtargnął na drogę. Jabłka wysypały się z jego siatki. O mało go nie rozjechała, a on nawet się nie obejrzał. Schylony, z wysiłkiem podnosił owoce. Gdy ochłonęła, postanowiła mu pomóc, ale on był już po drugiej stronie jezdni. Za nim, uroczo truchtając, podążał mały, jasny kundelek przystrojony obrożą, z której zwisały dyndające przy szyi dwie pluszowe kostki do gry.

Przed kamienicą, w której mieszkał Filip, na jednej z bardziej znanych ulic w Łodzi postawiono małą fontannę. Milena zawsze lubiła to małe dzieło sztuki, które wprowadzało trochę radości i kolorytu do szarego otoczenia. Tym razem jednak nie działała. Stała smutna i opuszczona. Karska spojrzała w okna przyjaciela i oniemiała. Budynek wyglądał jak po pożarze. Szybko wbiegła na klatkę schodową, na której unosił się jeszcze smród spalenizny. Na schodach gdzieniegdzie stała woda.

Stanęła przed mieszkaniem numer sześćdziesiąt sześć i aż jęknęła. Drzwi były nadpalone i uchylone. Ostrożnie weszła do środka i od razu wpadła na Kajetana, byłego chłopaka Filipa, który stał na środku mieszkania, załamując ręce.

— Milena! — Niemalże zgniótł ją w uścisku. — Co tu się stało?! Gdzie Filip?

— Matko, nie wiem — odpowiedziała szybko. — A co ty tu właściwie robisz?

— Byliśmy z Filipem umówieni, a ponieważ się nie zjawił, a komórkę miał wyłączoną, postanowiłem sam sprawdzić, co się dzieje. Przychodzę, a tu taki kocioł… Pomyślałem, że może ucierpiał w pożarze, nie wiedziałem, co robić… — zajęczał jak dziecko.

— W pożarze nie ucierpiał, bo go tu nie było. O to możesz być spokojny. Miałeś swój klucz? — zapytała.

— Nie, już dawno oddałem, drzwi były uchylone.

— Dziwne — powiedziała bardziej do siebie niż do niego. — Słuchaj, Filip zniknął. — Opowiedziała mu pokrótce, nie wdając się w szczegóły, co się wydarzyło.

Biedny Kajetan o mało nie dostał zawału. Milena nawet nie myślała, że aż tak może mu jeszcze zależeć na byłym chłopaku.

— Po co właściwie mieliście się spotkać? — nagle zmieniła temat.

Kajetan, unikając jej wzroku, nerwowo oblizał wargi. Skulił się w sobie i próbował zmienić temat. W końcu się złamał i przyznał, że chciał zrobić Filipowi karczemną awanturę, bo widział go w jakimś barze z podejrzanie wyglądającym typkiem.

Na pytanie Mileny, co znaczy „podejrzanym”, odpowiedział, że w sumie to przystojnym. A podobno Filip mówił mu wcześniej, że nie chce się angażować w żaden związek. Karska przewróciła oczami. Była przyzwyczajona do tych dramatów.

Obejrzała zamki. Nie widać było śladów włamania, ktoś otworzył drzwi kluczem. Co do tego nie było wątpliwości. Oprócz niej swój komplet miewali tylko faceci Filipa. Kajetan już nie, a czy istniał ktoś, kto go już ma? Tego nie wiedziała. Łabędzki nie wspominał, by zaangażował się ostatnio w jakiś poważny związek.

Milena przeszła po mieszkaniu z Kajetanem podążającym za nią krok w krok.

— Nie ma laptopa — powiedziała.

— Może miał go przy sobie? — zasugerował Kajetan.

— Nie, w dniu, kiedy zniknął, nie miał go przy sobie, wiem to na pewno. Ktoś musiał go stąd buchnąć. Spóźniłam się. Wygląda na to, że cały czas ktoś jest krok przede mną.

Spławiła marudzącego Kajetana, obiecując mu, że będzie go na bieżąco o wszystkim informować, i zapukała do sąsiadów. Po dłuższej chwili otworzył starszy siwy pan. Zapytała o pożar.

— A, pani kochana, cośmy się z córką strachu najedli, Matko Boska! — zaczął lamentować. — Jak zaczęło się fajczyć nad ranem, to nawet by nikt pewnie nie poczuł, gdyby nie nasz kot. Taki koncert urządził, że nas na szczęście obudził. Życie nam uratował!

Jak na zawołanie w drzwiach pojawił się rudy, dobrze odżywiony dachowiec. Ocierając się, wykonał taniec pomiędzy nogami swego pana, przysiadł i zaczął z ciekawością przyglądać się Milenie. Nagle stracił nią zupełnie zainteresowanie, ziewnął i wycofał się w głąb mieszkania.

— No w każdym razie straż szybko przyjechała i ugasili. Tak, że inne mieszkania nie ucierpiały. Ale wie pani, najdziwniejsze, że tam w środku nikogo nie było. Może jakie żelazko zostawił czy co. Straż tam już lepiej będzie wiedziała — dokończył i zamknął jej drzwi przed nosem.

Zniechęcona Karska zeszła na dół, powłócząc nogami. Wszystko zaczynało się komplikować. Nagle poczuła, że w coś wdeptuje. Na schodach leżała psia kupa. Zaklęła okrutnie. Na zewnątrz spróbowała oczyścić but na trawniku, wzbudzając zainteresowanie przechodniów.

— Jasny szlag — zaklęła raz jeszcze i wsiadła do samochodu.

W komendzie straży pożarnej w Łodzi najpierw nie chcieli jej udzielić żadnych informacji. W końcu była osobą zupełnie niepowiązaną z mieszkaniem. Dopiero pomachanie licencją detektywki i wyjaśnienia, że właściciel mieszkania zaginął i prowadzone jest w tej sprawie śledztwo, zmiękczyło młodego służbistę. Podszedł do metalowych regałów i wyciągnął z nich cienką teczkę. Zajrzał do niej i szybko przeleciał wzrokiem rząd literek.

— Mogę zobaczyć? — Milena o mało nie wsadziła głowy do małego okienka.

Mężczyzna z pewnym wahaniem podszedł w jej stronę. Był naprawdę młody i wyglądało na to, że nie do końca zna wszystkie procedury. Po chwili zastanowienia otworzył drzwi do pokoju i ruchem ręki wskazał jej krzesło przy małym stoliku. Gdy usiadła, podał jej teczkę i nie spuszczając wzroku, stał nad nią, gotowy w każdej chwili bronić zawartości.

Milena spojrzała na niego rozbawiona, a potem zaczęła czytać. Dużo tego nie było. Ofiar żadnych na miejscu zdarzenia nie odnaleziono. Jako prawdopodobną przyczynę pożaru wpisano podpalenie. Sprawa została zgłoszona na policję. Koniec.

Oddała pracownikowi straży akta, podziękowała i wyszła na zewnątrz. Spodziewała się tego. Musiała się jedynie upewnić.

Gulasz z dzika

Arłamów od Łodzi dzieliło jakieś pięćset kilometrów. Milena postanowiła zatrzymywać się tylko w razie konieczności, żeby nie tracić cennego czasu.

Brat księdza Pawła, Piotr Dobrowolski, był szefem kuchni w jednym ze znanych hoteli w Bieszczadach. Gdy rozmawiała z nim przez telefon, podał jej nazwę obiektu i zaproponował spotkanie właśnie tam z racji tego, że większość czasu i tak spędzał w pracy.

Zdążyła sprawdzić, że był rozwiedziony. Dzieci podobno nie miał. Wcześniej mieszkał w Warszawie i pracował w jednej ze znanych korporacji jako szef sprzedaży. Ta jego ucieczka z wielkiego miasta w góry wydawała się dziwna. Z prawdopodobnie dobrze płatnego stanowiska na stanowisko szefa kuchni. Ile zarabiał w tej chwili, nie potrafiła sobie nawet wyobrazić.

Pokój zarezerwowała w hotelu, w którym Dobrowolski pracował. Zaintrygowało ją połączenie nowoczesności z historią. Było to bowiem miejsce, gdzie w czasie stanu wojennego przebywał internowany przewodniczący Solidarności.

Ciekawy obiekt wybrał sobie do pracy brat wikarego — pomyślała.

W starszej części, wybudowanej w czasach PRL, spotykali się niegdyś ówcześni przedstawiciele władz i ich goście, a ona lubiła miejsca, które wiązały się z jakimiś ciekawymi wydarzeniami. Często skrywały mroczne tajemnice, które wychodziły na jaw przez przypadek.

Jadąc do Arłamowa, zatrzymała się tylko raz na stacji benzynowej, żeby zatankować. Kupiła loda, którego zjadła po drodze, i pod wieczór zajechała pod hotel, gdzie zaparkowała swoje volvo. Wytaszczyła plecak z bagażnika i wciągając świeże bieszczadzkie powietrze, weszła do środka.

Bardzo miła dziewczyna w recepcji, ubrana schludnie i bez zarzutu, szybko uwinęła się z wydaniem jej karty do pokoju i Milena wjechała windą na pierwsze piętro. Z ulgą opadła na łóżko. Poczuła, że jest zmęczona. Nie tylko jazdą, ale także wszystkim tym, co wydarzyło się w ostatnim czasie, włącznie ze zniknięciem Filipa. Najwyraźniej głupotą było angażowanie się w tę sprawę, ale teraz nie mogła się już wycofać. Nagle zaczęła się rozklejać. Szybko jednak zapanowała nad sobą. Chwyciła za telefon i zadzwoniła do Piotra Dobrowolskiego. Kończył pracę za dwie godziny. Umówili się w hotelowym barze.

Wzięła prysznic, odświeżyła się i zeszła coś zjeść. W restauracji kręciło się sporo osób. Dojrzała wolny stolik i skierowała się w tamtą stronę. Poprosiła kelnera o piwo i gulasz z dzika. Do tego kasza gryczana i sałata z octem balsamico. Dopiero teraz dotarło do niej, jaka była głodna. Z przyjemnością wypiła piwo i poprosiła o drugie. Napięcie, które czuła od rana, lekko zelżało. Teraz już ze spokojem, bez zbędnego spięcia, rozejrzała się po sali.

Stoliki w większości były zajęte. Ludzie najczęściej siedzieli przy nich parami. Przy sąsiednim dostrzegła taką w średnim wieku. Ona, zadbana czterdziestoparolatka, on, zbliżający się do pięćdziesiątki. Kobieta wyglądała na znudzoną, leniwie rozglądała się po sali, sącząc czerwone wino. Mężczyzna trzymał w dłoni telefon i był skupiony na tym, co dzieje się na ekranie.

Kelner przyniósł kolejne piwo i zabrał puste naczynia. Milena delektowała się każdym łykiem. Spojrzała na zegarek. Do spotkania z bratem księdza Pawła miała jeszcze niecałą godzinę. Postanowiła dopić piwo i przenieść się do baru, w którym byli umówieni. Zapłaciła i wyszła z restauracji.

W holu dostrzegła wesołą grupkę Japończyków, którzy oblegali recepcję. Niscy faceci wyglądali jak nastolatkowie. Kobiety miały nieskazitelne cery. Jak one to robią? — pomyślała i z westchnieniem udała się w stronę baru.

Usiadła przy kontuarze i zamówiła dżin z tonikiem. O tej wieczornej godzinie bar dopiero zaczynał się zapełniać. Mogła swobodnie obserwować napływające osoby. Punkt obserwacyjny miała dobry. Próbowała wyobrazić sobie Dobrowolskiego. Od razu przypomniały jej się zdjęcia księdza Pawła i mimowolnie się skrzywiła.

— Nie smakuje? — zapytał barman.

— Smakuje, smakuje. Tylko mi się coś niesmacznego przypomniało.

— Może w takim razie zaproponuję jeszcze jednego?

— Dzięki. Póki co mam dość. — Uśmiechnęła się do mężczyzny. — Ale kto wie, może później. — Puściła do niego oko.

Nagle uświadomiła sobie, że nie dogadała z bratem wikarego, w jaki sposób się rozpoznają. Sprawdziła, czy ma telefon — w razie czego mogą się zdzwonić i po sprawie. Uspokojona wróciła do lustrowania sali.

Podobnie jak w restauracji, i tutaj dominowały pary. Średnią wieku oceniła na trzydzieści pięć plus. Tylko pod ścianą dostrzegła jakąś rozbawioną, mieszaną grupkę. Pewnie wyjazd integracyjny — pomyślała. Była jedyną osobą samotnie siedzącą przy barze. Spojrzała na zegarek. Dochodziła dwudziesta druga. Poczuła, że musi pójść do toalety. Odstawiła pustą szklankę i zeszła schodami do łazienki.

Gdy wróciła, dostrzegła wysokiego przystojnego faceta rozglądającego się po sali. Właśnie podchodził do barmana, żeby o coś go zapytać. Postanowiła zaczekać jeszcze dziesięć minut i w razie czego zadzwonić.

Wysoki mężczyzna obrzucił ją niedbałym spojrzeniem. Potem zawahał się, ale podszedł w jej stronę.

— Pani Milena Karska?

— Tak. Pan Dobrowolski? — zapytała zdziwiona, wyciągając do niego rękę.

Kompletnie nie przypominał swojego brata. Co prawda widziała wikarego jedynie na zdjęciach, i to martwego, ale podobieństwa nie było w ogóle. Nieboszczyk, okrągły i łysy, z obliczem gładkim i poczciwym jak niemowlę. Ten wysoki i szczupły, z dłuższymi włosami i dwudniowym zarostem. Gdy siadali przy jednym ze stolików, Karska przyjrzała mu się z ciekawością. Nie sprawiał wrażenia zbyt wylewnego, a jednak pierwszy wypalił, że spodziewał się spotkać kogoś innego.

Zamówili po drinku i Milena postanowiła przejść do rzeczy. Najpierw zapytała o brata. Dowiedziała się, że byli braćmi przyrodnimi. Ta sama matka, inni ojcowie. To tłumaczyło różne nazwiska. Ksiądz Paweł, młodszy z nich, dopiero w liceum poczuł powołanie. Rodzina, z której pochodzili, nie była specjalnie praktykująca, dlatego jego wybór był sporym zaskoczeniem dla wszystkich.

Matka najpierw starała się zrozumieć, skąd wziął się pęd Pawła do kapłaństwa. Nawet ona nie za bardzo wierzyła w całe to nagłe nawrócenie. Potem bezskutecznie próbowała odwieść młodszego syna od wstąpienia do seminarium. Ojciec Piotra zmarł, gdy ten był małym chłopcem. Matka powtórnie wyszła za mąż właśnie za ojca wikarego, jednak ten zaraz po urodzeniu syna zostawił ją dla jakiejś barmanki i słuch po nim zaginął.

— Dziwne — weszła mu w słowo Milena — proboszcz twierdził, że wikary był sierotą. Jego ojciec zmarł?

— Tego nie wiem, możliwe, matka nie utrzymywała z nim kontaktu. Brat chyba również nie.

Według słów Dobrowolskiego matka nigdy już z nikim się nie związała, sama wychowywała synów. Piotr mówił o tym z żalem. Stwierdził, że zmarnowała sobie życie. Jego zdaniem zrobiła to ze względu na młodszego syna, który nie wyobrażał sobie obcego mężczyzny w domu. Nawet starszego brata traktował jak konkurenta.

— Utrzymywaliście kontakt? — zapytała w końcu Milena.

— Za życia mamy sporadyczny, głównie widywaliśmy się w czasie świąt. Wie pani, takie poprawne stosunki. Nic poza tym. Po jej śmierci, trzy lata temu, zupełnie odcięliśmy się od siebie. Nie było już łącznika między nami pod jej postacią. Zresztą — dodał — nigdy nie byliśmy ze sobą blisko. Jego śmierć zaskoczyła mnie, ale jakoś tego specjalnie nie przeżyłem, jeśli rozumie pani, co mam na myśli. Mam swoje problemy. — Wychylił szklankę z drinkiem i wyraźnie się odprężył.

Milena nagle poczuła do niego dużą sympatię. Zanim pomyślała, wypaliła:

— Wie pan co, a może byśmy przeszli na ty? Proszę mi mówić po imieniu.

Piotr Dobrowolski wyglądał na zaskoczonego taką bezpośredniością, ale się zgodził. Stuknęli się szklankami i wypili po łyku.

— Czyli nie widzieliście się od trzech lat — bardziej stwierdziła, niż zapytała. Od razu przypomniało jej się, że podobno wikary jeździł do brata na wakacje.

Kolejna ściema — pomyślała. Ksiądz Paweł chyba często mijał się z prawdą.

— No właśnie nie… — Piotr jakby się zawahał. — Jakieś pół roku temu zadzwonił, że będzie w Krośnie, i zapytał, czy przy okazji nie moglibyśmy się spotkać. Średnią miałem na to ochotę. — Dobrowolski dał barmanowi znać, że proszą jeszcze raz o to samo. — Bujałem się ze swoimi sprawami, rozwód i te rzeczy… — Odchrząknął. — Ale nalegał. Spotkanie nie trwało długo. Dał mi kopertę i powiedział, że gdyby coś mu się stało, mam otworzyć. Zapytałem, o co mu chodzi, niby co miałoby mu się stać, ale wtedy roześmiał się i stwierdził, że w końcu jesteśmy rodziną, nikogo poza sobą nie mamy i chce, żebym w razie czego zajął się jego osobistymi rzeczami. Nagle zaczęło mu się śpieszyć. Wtedy widziałem go po raz ostatni.

— Otworzyłeś kopertę? — nie wytrzymała.

— Wtedy, zgodnie z tym, co mi powiedział, nie. Po tym spotkaniu, gdy wróciłem do domu, rzuciłem ją do jakiejś szuflady i zapomniałem o jej istnieniu.

— Nie kusiło cię, żeby sprawdzić, co jest w środku?

— Nie, Jezu, czy ja wyglądam na jakąś ciekawską babę? — Piotr się zirytował. — No w każdym razie, jak przyszła wiadomość o jego śmierci, przypomniała mi się ta koperta. Trochę to trwało, zanim ją znalazłem.

W tym momencie zawibrował telefon leżący na blacie. Na ekranie wyświetliło się imię Filipa.

— Halo, Filip? — Milena poderwała się na równe nogi i wrzasnęła tak głośno, że pół baru spojrzało w ich stronę. — Filip!

— Tak, to ja, ale nie drzyj się tak — usłyszała. Łabędzki mówił prawie szeptem.

— Gdzie ty jesteś, do cholery?! Od zmysłów odchodzę! — wrzeszczała Karska.

— Kurwa mać, jakbym wiedział, tobym ci powiedział. Trzymają mnie w jakiejś zatęchłej dziurze. Udało mi się dorwać do telefonu…

Połączenie zostało zerwane.

Kobieta gadająca z kotem

Filip poczuł mocne uderzenie i telefon wypadł mu z dłoni. Rosły łysy facet wyglądał na naprawdę wkurzonego. Masę miał tak wielką, że schylając się po niego, głucho jęknął. Łabędzki pomyślał, że na odkrytej przestrzeni ten grubas nie miałby z nim szans — na pewno by go nie dogonił. Przebywali jednak w jakiejś zatęchłej piwnicy. Tutaj przewaga na pewno była po stronie wielkoluda. Mógłby zgnieść w palcach jego głowę jak wysuszoną makówkę.

Obudził się tu jakiś czas temu. Jedyne, co pamiętał, to że w knajpie u Kozyry poszedł do toalety. Stał nad pisuarem, wesoło sobie pogwizdując, a potem poczuł uderzenie i zapanowała ciemność. Obudził się w tym obskurnym miejscu, z gigantycznym guzem z tyłu głowy. Za towarzysza miał właśnie tego olbrzyma, który nic nie mówił, tylko wydawał z siebie jakieś pomruki. I od czasu do czasu spluwał po kątach. Do jedzenia dawał Filipowi suchy chleb i wodę. Kazał mu się załatwiać do obleśnej dziury w rogu. Po cholerę go tu trzymali, nie miał pojęcia. Telefon i klucze do mieszkania i samochodu oczywiście od razu mu zabrali.

Był pewien, że za jego porwanie musiał być odpowiedzialny ktoś jeszcze. Ten tutaj może i miał krzepę, ale myślenie nie było jego najmocniejszą stroną. Oprócz ograniczonej bystrości nie był też najostrożniejszy i smartfon wypadł mu z kieszeni kubraka w zupełnie nieoczekiwanym momencie. Filip od razu wykorzystał okazję. Trochę się zdziwił, że telefon był naładowany, ale pewnie od razu go wyłączyli, żeby nie było z nim kontaktu. No a teraz tak głupio wpadł, gdy ta wielka góra mięsa wyszła na chwilę po kolejną porcję chleba i wody. Drugi raz pewnie nie będzie miał tyle szczęścia…

Zobaczył, że olbrzym grubymi jak serdelki palcami stuka w telefon. Chyba próbował go wyłączyć. Ekran pociemniał, więc zapewne mu się udało. W tej samej chwili ciężkie drewniane drzwi otworzyły się i do środka wtoczyła się jakaś postać, której Filip wcześniej nie widział. Sądząc po głosie, mogła to być kobieta. Po kształtach nie dało się tego stwierdzić, bo była po prostu krępa i duża, ubrana podobnie jak olbrzym, który go pilnował. Coś mamrotała do tobołka trzymanego w pulchnych łapskach.

Jezu, ja chyba zwariowałem, spanikował Filip. Zacisnął powieki i bardzo zapragnął, żeby to wszystko było tylko koszmarem sennym albo pijacką halucynacją, ale nic z tego. Nadal czuł odór tej zatęchłej dziury, ból głowy i chłód ciągnący od ziemi.

Powoli otworzył oczy. Trzeba było stanąć twarzą w twarz z rzeczywistością.

Osobnik, jak mu się zdawało, płci żeńskiej usadowił się tuż obok niego. Tobołkiem, do którego postać się zwracała, był kot. Czarny jak smoła. Filip nadstawił uszu. Kobieta najwyraźniej prowadziła ze zwierzęciem dialog, bo kot, jak to kot, co prawda ludzkim głosem nie odpowiadał, ale od czasu do czasu wydawał z siebie jakiś pomruk, który na upartego mógł świadczyć o tym, że jednak kontakt werbalny z właścicielką utrzymywał.

— Tak, kochany — przemawiała czule nieznajoma — jak pańcia zostanie księżniczką, to sobie dopiero pożyjemy. Będziemy sobie spali do południa, potem sobie wstaniemy, polewki wypijemy. Potem pańcia cię na dworek wypuści, a sama sobie poleży ze dwie godzinki albo może i trzy. Potem wrócisz, obiadek nam podadzą i tak cały Boży dzień będziemy się opierdalać, aż miło. Ach, świecie ty mój! — krzyknęła nagle, a kot zamiauczał. — To ci dopiero będzie życie, Jezusicku kochany!

Filip patrzył na nią osłupiały. Babka gadająca z kotami to nie był zwyczajny widok. Za to olbrzym w ogóle nie zwracał na nią uwagi. Może był już przyzwyczajony do tego biadolenia. Nagle kot się wyrwał, podbiegł do ściany i podnosząc sztywno ogon siknął zdrowym strumieniem moczu. Łabędzki poczuł smród charakterystyczny dla kocurów, które ominęła względna przyjemność kastracji.

— Widział, jakie to mądre? — właścicielka kota zwróciła się do Filipa. — Pańci nie osikał, pod ścianę se poszedł — dodała. — On ci mądrzejszy od tych uczonych, co im się, kurwa, wydaje, że wszystkie rozumy pozjadali. — Splunęła z obrzydzeniem. — Im kto bardziej głowę zadziera, tym większy cham, ot co! — zakończyła zadowolona z siebie i podniosła się, stękając.

Podeszła do dziury w rogu i nie krępując się obecnością mężczyzn, opuściła gacie i przykucnęła. Filip odwrócił wzrok przekonany, że za chwilę usłyszy wpadający do dziury strumień moczu, ale grubo się pomylił. Kobieta znowu trochę postękała i w tej chwili wiedział już, że dźwięk, jaki dobiegnie jego uszu, będzie głuchym plaśnięciem, które wydają spadające do kibla bobki.

Zdesperowany zatkał nos i ponownie zamknął oczy, bo pierwszy raz w życiu był świadkiem, jak ktoś przy nim załatwia taką potrzebę. Nawet olbrzym wychodził na zewnątrz, a jak Łabędzkiego przypiliło, dyskretnie zostawiał go samego. Jakiś rozum widać jednak miał albo dobrze wykonywał polecenia. Zresztą nie siedział tu z nim cały czas. Zjawiał się, tylko gdy przynosił jedzenie, czasem zajrzał sprawdzić, jak się sprawy mają, i zaraz wychodził.

Skąd nagle wzięła się kobieta z kotem i kim była? Pojawiła się zupełnie znienacka i zaczęła tułać się bez celu po tej zatęchłej norze. Może coś łączyło ją z grubasem. Oby tylko nie zebrało im się na amory — pomyślał z paniką Filip i postarał się jak najszybciej odegnać od siebie tę myśl.

Kobieta nagle wygramoliła się z kąta i zaczęła szukać kota. Chodziła po pomieszczeniu, głośno go nawołując. Drewniane drzwi otworzyły się po raz kolejny. Kot wykorzystał okazję i czmychnął przez nie tak szybko, że nie było szans go zatrzymać. Grubaska zaczęła głośno lamentować i wybiegła za nim na zewnątrz.

Do pomieszczenia weszła kolejna osoba. Był to wysoki mężczyzna o mocnej budowie, w bluzie z kapturem zarzuconym na głowę.

— Zostaw nas — powiedział do olbrzyma, a ten posłusznie poczłapał za kobietą.

Filip poczuł, jak przebiega go dreszcz. Tym razem nie obrzydzenia, ale strachu. Mężczyzna podszedł wolnym krokiem w jego stronę i zapalił papierosa. Zrobił pytający gest, proponując Łabędzkiemu to samo. Ten tylko przecząco pokręcił głową.

— Po cholerę było mieszać się w nie swoje sprawy? — zapytał. — Byście się trzymali z daleka, nie byłoby problemu. Ty byś nie miał i ja też.

— Nie rozumiem… — zaczął Filip i w tym momencie poczuł mocne uderzenie w twarz.

— To było pytanie retoryczne — powiedział ze złością przybysz. — Jakbym chciał, żebyś odpowiedział, zapytałbym bardziej konkretnie, cioto. — Splunął przed siebie, tuż obok siedzącego pod ścianą Łabędzkiego. — W każdym razie zmusimy ją, żeby nie zawracała sobie głowy całym tym śledztwem. Za chwilę nagram twój głos na dyktafon i wyślemy jej wiadomość. Masz — rzucił Filipowi kartkę z zapisanym tekstem — powiesz to, co tam napisane, a potem dostarczymy jej przesyłkę.

Łabędzki chwycił kartkę i przebiegł po niej wzrokiem. Tekst był napisany odręcznie. Zakapturzony wyjął dyktafon.

— Gotowy? — zapytał. Widząc jego niepewną minę, dodał, że tym razem jest to pytanie wymagające odpowiedzi.

Filip szybko przytaknął i zaczęli nagrywanie.

Jak na prawdziwą katoliczkę przystało

Na plebanii panowała cisza. Gabichowa poruszała się bezszelestnie po kuchni, od czasu do czasu ciężko wzdychając. Nie mogła pogodzić się z wydarzeniami ostatnich dni. Ledwo przyzwyczaili się do myśli o śmierci wikarego, a pojawił się nowy powód do zmartwień. Z wielkim zaangażowaniem włączyła się w poszukiwania Filipa. Przeczesali całą knajpę, ba, wieś całą, ale jak kamień w wodę. Nigdzie ani widu, ani słychu.

— A taki młody był, taki ładny, apetyt dobry miał — biadoliła proboszczowi, aż zirytowany zapytał, czy jakby był stary, brzydki i bez apetytu, to by jej było mniej szkoda.

Żachnęła się wtedy i przeżegnała, tłumacząc, że ona tylko tak, tak jej się powiedziało, i urażona zamilkła.

Gdy tak sobie dywagując, gotowała, drzwi otworzyły się i do ciepłej kuchni wszedł proboszcz. Ale nie sam. Gospodyni aż skrzywiła się na widok gościa. To, że wyglądał jak łachmyta, włóczęga jakiś, to było jedno. Najgorsze, że cuchnął tak niemiłosiernie, że aż cofnęła się w głąb pomieszczenia. Słabo jej się zrobiło i najchętniej pogoniłaby go ze swojej czystej i schludnej kuchni, ale groźną miną ksiądz Antoni zaraz przywołał ją do porządku. Rzuciła w stronę proboszcza pytające spojrzenie.

— Gabichowa panu łazienkę pokaże, czyste ręczniki da i jakieś ubrania. — Proboszcz zwrócił się do mężczyzny. — Potem pan zejdzie, zje coś i porozmawiamy — dodał.

Gabichowej o mało szlag nie trafił, gdy pomyślała, że to brudne barachło będzie się kąpać w jej wysprzątanej łazience, ale powstrzymała się od uwag i komentarzy, jak na prawdziwą katoliczkę przystało. Skoro proboszcz karze, to tak stać się musi. Z rezygnacją odwiesiła ścierkę i poprowadziła gościa na górę. Gdy wróciła do kuchni, spojrzała na księdza Antoniego wzrokiem pełnym wyrzutu, ale nic się nie odezwała. Myślała, że się zacznie tłumaczyć, coś wyjaśni, ale cisza w uszach aż dzwoniła. W końcu nie wytrzymała i wypaliła:

— Chryste panie, skąd ksiądz go wziął! Może to zbir jaki i nas pozabija, jak się tylko odwrócimy! — nie mogła opanować wzburzenia. — Przecie trzeba być rozsądnym, ja wiem, że proboszcz tak po chrześcijańsku, że serce ma dobre, ale czasem i pomyślunek jaki się przyda — dodała łagodnie. — Nie można byle kogo do domu sprowadzać, na litość boską!

— Niech Gabichowa imienia Pana Boga nadaremno nie wymawia! — Ksiądz Antoni nie wytrzymał i tak się rozdarł, że aż sam się zdziwił, że tak potrafi. — Wiem, co robię — dodał już spokojniej. — To jest ten człowiek, co go w bunkrze znaleźli. Po tym wszystkim czasu nie było i głowy do tego nie miałem, ale i tak chciałem po niego wrócić. To dziś w końcu poszedłem. I wciąż tam siedział…

— I tak z księdzem od razu poszedł? — Gospodyni nie byłaby sobą, gdyby się nie wtrąciła.

— Od razu to nie. Najpierw się opierał, mówił, że mu tam dobrze, ale jak o jedzeniu zacząłem gadać, to stwierdził, że zjeść, to by coś zjadł, no i przyszedł.

Przewróciła tylko oczami na te wszystkie rewelacje i zabrała się do odgrzewania zupy. Naszykowała dwa talerze, nałożyła makaron.

— A może on coś wie? — Nagle odwróciła się do proboszcza.

— Niczego nie wie — mężczyzna machnął ręką — już pytałem. Nikogo od naszej poprzedniej wizyty tam podobno nie było. Tak mówi.

— I ksiądz mu wierzy? — Gabichowa pokręciła głową z politowaniem.

— Co za kobieta! Wszędzie tylko spiski, niebezpieczeństwa, oszaleć można! A wierzę! Ja w ogóle w ludzi wierzę — dodał nagle trochę ciszej.

— Nawet w tych, co nam wikarego zakatrupili i teraz pana Filipa porwali?

— A skąd Gabichowa wie, że ktoś go porwał i że to ci sami, co wikarego załatwili? He?

— No bo ja, proszę księdza, prosta kobieta jestem. Sam się chyba nie porwał?

I już miała mu swoją teorię na to wszystko przedstawić, ale do kuchni wkroczył ich dzisiejszy gość. Po umyciu, uczesany prezentował się całkiem, całkiem. Nawet gospodyni poprawiła na sobie fartuch, żeby się nie marszczył, i przejechała rękami po włosach. Mężczyzna był z niego całkiem mocnej i rosłej budowy, choć raczej wychudzony. Rozglądał się po kuchni zagubionym wzrokiem, a na Gabichową to nawet popatrywał ze strachem.

Usiedli do stołu i podała im po talerzu zupy pomidorowej z makaronem. Chłopinie aż się ręce zatrzęsły, jak łyżkę do ust podnosił, i nawet zrobiło jej się go żal. Pewnie wieki całe porządnego obiadu nie jadł. Tylko obserwowała jego minę, czy smakuje. Najwyraźniej smakowało, bo z zapamiętaniem zaczął wiosłować, aż mu resztki makaronu zostały na brodzie.

Zadowolona Gabichowa wyjęła z garnka sztukę mięsa i pokroiła na równej grubości plastry. Na gazie w garnuszku bulgotał już sos chrzanowy. Mięso rozłożyła na talerzach i obficie polała sosem. Tym razem nałożyła i sobie. Ze słoika wyjęła buraczki. I gdy tak sobie w ciszy siedzieli i z namaszczeniem zajadali te dobroci wszelakie, nagle zgasło światło i wszędzie zapanowały egipskie ciemności. Oprócz krzyku gospodyni proboszcz usłyszał tylko dźwięk spadających sztućców i czegoś zdecydowanie cięższego.

Koperta

Po telefonie od Filipa Milena na chwilę straciła głowę. Gdy połączenie zostało zerwane, oczywiście od razu próbowała oddzwonić. Bezskutecznie. Odezwała się poczta głosowa. Dobrowolski patrzył na nią jak na wariatkę. Z trudem udało jej się uspokoić. Odnalazła numer Ryśka. Bardzo długo nie odbierał, a kiedy już to zrobił, był bardzo wkurzony. Zapomniała, że było już późno, ale pora nie miała w tej chwili dla niej znaczenia.

— Czyś ty oszalała?! Wiesz, która jest godzina?!

— Filip dzwonił — zaczęła bez ogródek. — Słuchaj, chyba został porwany, zadzwonił, a potem nagle połączenie zostało przerwane, ale żyje! Możecie przecież namierzyć jego numer! — krzyczała do słuchawki.

— Myślałem, że Stary kazał ci to zostawić. — Rysiek nie sprawiał wrażenia chętnego do współpracy, szczególnie o tej porze. — Śledztwo jest nadal prowadzone, ale w sprawie zaginięcia Filipa i bez ciebie. Nie będę ci niczego namierzał, bo to wbrew procedurom. Przyjdź jutro, złóż zeznania, zobaczymy, co z tym dalej. A teraz chcę spać! Nara! — rzucił i się rozłączył.

— Co za idiota! — nie kryła zdenerwowania. Nagle przypomniała sobie o Piotrze, który osłupiały ciągle jej się przyglądał. — Dobra — zwróciła się do niego zrezygnowana — oprócz śmierci twojego brata wydarzyło się coś jeszcze…

Karska opowiedziała mu całą historię od początku. Dobrowolski słuchał tych rewelacji z wielkim zainteresowaniem i prawie jej nie przerywał. Ona gadała jak nakręcona. Gdy skończyła, w końcu udało mu się dojść do głosu.

— Słuchaj, nie zdążyłem ci opowiedzieć, co było w kopercie, którą otworzyłem po śmierci Pawła… — Na chwilę zawiesił głos. — Teraz to wszystko zaczyna nabierać sensu — powiedział bardziej do siebie i spojrzał na zegarek. — Cholera, strasznie późno, a jutro pracuję.

— No właśnie, koperta, co z nią?

— W kopercie była kartka z adresem skrytki pocztowej w Wieluniu. Był tam też klucz, jak się domyślam, do skrytki.

— Jak to: jak się domyślam? Nie sprawdziłeś tego?

— Nie. Nie miałem czasu się tam wybrać. Wieluń jest parę ładnych kilometrów stąd, a mnie nie jest łatwo wyrwać się z pracy. Nawet na pogrzebie nie byłem — dodał jakby zawstydzony.

— Chryste panie! Pokaż mi tę kartkę i kluczyk. Masz tu? W hotelu?

— Nie, w domu. Mieszkam niedaleko. Wynajmuję pokój w jednej z okolicznych willi.

— No to na co czekamy?! — Milena zerwała się jak oparzona. — Chodźmy!

Popatrzył na nią ze zdziwieniem.

— Teraz? W nocy? Jutro wstaję — zaczął marudzić. — A potem jeszcze będę musiał cię odprowadzić. Możemy to odłożyć do jutra?

— Słuchaj, mój przyjaciel potrzebuje pomocy, nie mam czasu czekać do jutra. Każda chwila się liczy. Najwyżej kimnę się u ciebie. No co? — zapytała zaczepnie, widząc jego niepewną minę. — Nie zachowuj się jak prawiczek, chyba miałeś żonę, nie?

Od razu pożałowała, że to powiedziała. Mina mu się momentalnie zmieniła. Podniósł się i stanowczo oświadczył, że zaprasza ją jutro. W tej sytuacji nie miała innego wyjścia, jak tylko się zgodzić. Umówili się kolejnego dnia przy hotelowej recepcji o piętnastej, pożegnali i każde poszło w swoją stronę.

Milena nie miała jednak zamiaru dawać za wygraną. Gdyby Piotr ją znał, wydałoby mu się podejrzane, że tak szybko odpuściła. Gdy tylko się rozstali, pobiegła do pokoju po kurtkę i plecak i podążyła jego śladem. Pora była późna, dookoła żywej duszy, trudno więc było go zgubić, ale trzeba też było uważać, by jej nie zauważył.

Droga z hotelu schodziła w stronę zabudowań. Szedł zgodnie z przepisami lewą stroną jezdni, szybkim, zdecydowanym krokiem. Po obu stronach szosy był las i cisza jak makiem zasiał. Milena trzymała bezpieczną odległość, by w razie czego ukryć się za drzewami.

Nagle Dobrowolski się zatrzymał. Było ciemno i Karska nie do końca mogła zauważyć, jaki był tego powód. Schowała się za krzakiem i czekała, aż ruszy. Chyba sprawdzał coś w komórce, bo dojrzała ekran jaśniejący w ciemnościach. To przypomniało jej, żeby upewnić się, czy ma wyciszone dzwonki. Zaczęła grzebać w plecaku. Jak na złość nie mogła niczego znaleźć. Pod wpływem napięcia spanikowała i była niemal pewna, że dźwięki były włączone. Gdyby ktoś teraz zadzwonił, jej plan trafiłby szlag. W końcu wydobyła smartfon tylko po to, żeby zobaczyć, że jednak był wyciszony. Odetchnęła z ulgą i spojrzała na drogę, ale Dobrowolski zniknął.

Zaklęła pod nosem i wybiegła na jezdnię. Zdyszała się, pędząc w stronę, gdzie ostatnio go widziała. Zatrzymała się. Droga w tym miejscu była prosta jak strzała. Aż tak daleko nie mógł ujść, powinna go widzieć…

— Szukasz kogoś? — usłyszała za sobą głos i natychmiast się odwróciła, gotowa w razie czego zareagować ciosem.

Dobrowolski stał z telefonem w dłoni i spokojnie jej się przyglądał. Dała się podejść jak uczniak. Była na siebie wściekła.

— Nie dajesz za wygraną, prawda? — Nawet nie wyglądał na specjalnie zaskoczonego. Najwyraźniej go nie doceniła.

— Po prostu — zaczęła i głos jej się załamał — po prostu chodzi o mojego przyjaciela. Nigdy bym sobie nie darowała, gdyby coś mu się stało. Wciągnęłam go w tę sprawę, sama do niego zadzwoniłam, niemal zmusiłam, żeby mi pomógł. Przez to, że podchodzę do tego zbyt emocjonalnie…

— …popełniasz błąd za błędem. Skądś to znam. Dobra. Skoro jesteśmy już tutaj, chodźmy. Przez ciebie będę jutro nieprzytomny — dodał oskarżycielskim tonem.

Przez chwilę szli w milczeniu.

— Mam nadzieję, że masz w domu jakiś alkohol, zimno jak cholera — zagaiła rozmowę.

— Jezu, jeszcze ci mało? Nie do uwierzenia, ile potrafisz w siebie wlać. — Popatrzył na nią z ukosa. — Coś tam się znajdzie, ale na mnie nie licz. Niektórzy muszą jutro, a raczej dziś, iść do pracy.

W końcu dotarli do willi, która znajdowała się na końcu lasu. Dom z zewnątrz wyglądał na duży, wielorodzinny. Z tego, co mówił Piotr, oprócz niego mieszkały tu jeszcze dwie rodziny. Zaletą pokoi było to, że każdy miał swoją łazienkę i toaletę. Kuchnia była wspólna, ale ze względu na zajęcie, które wykonywał, i tak praktycznie z niej nie korzystał.

Gdy otwierali furtkę, do bramy podbiegł bernardyn, wesoło machając ogonem. Dobrowolski nachylił się i pogłaskał psa, a potem weszli zewnętrznymi schodami na górę. Otworzył drzwi i puścił ją przodem. Mała sień poprzedzała duży przestronny pokój. W środku panował rozgardiasz, ale nie bałagan. Piotr zapytał, czego się napije, a potem bez słowa wyszedł do kuchni. Za chwilę wrócił, trzymając w dłoniach dwie butelki piwa.

— Chyba wystarczy, co? — zapytał z ironią.

— Jak nie ma więcej, to musi. Dobra, gdzie ta kartka i klucz? — zmieniła temat.

— No właśnie, z tym nie będzie łatwo… — Podrapał się po głowie. — Za nic nie mogę sobie przypomnieć, gdzie to potem wcisnąłem. — Zrezygnowany zaczął rozglądać się po pokoju.

— Chcesz mi powiedzieć, że lazłam tu przez las taki kawał, zrobiłam z siebie idiotkę, i to wszystko na nic?!

— Spokojnie, zaraz się znajdzie, po co te nerwy? — powiedział bardziej do siebie niż do niej i podszedł do stojącej w kącie pokoju komody. Po kolei otwierał szuflady i przeglądał ich zawartość. Bezskutecznie.

Milena usiadła na łóżku i sącząc piwo, przyglądała mu się z zainteresowaniem. Tak, mógł uchodzić za przystojnego. Wysoki, dobrze zbudowany, szczupły. I ten zarost. Nagle przypomniała sobie o Filipie i wybrała jego numer. Oczywiście, zgodnie z podejrzeniami, telefon był wyłączony. Westchnęła i zrezygnowana schowała smartfon do plecaka.

Dobrowolski skończył z komodą i zabrał się za przeglądanie papierów z jakiegoś starego podniszczonego kuferka. Zaproponowała, że mu pomoże, ale tylko odburknął, że za mało się znają, żeby grzebała w jego rzeczach, więc położyła się na łóżku z butelką piwa i nadal obserwowała jego poczynania. Nagle poczuła, jak ogarnia ją senność, ale resztką sił starała się panować nad tym, żeby nie zasnąć.

W pewnym momencie góra papierów spadła Dobrowolskiemu z pawlacza prosto na głowę. Zaklął i zaczął je sprzątać. Zwlekła się z łóżka i zaczęła mu pomagać w ogarnięciu bałaganu. Dotarło do niej, że przyjście tu w środku nocy nie miało najmniejszego sensu. Spojrzała na jego zmęczoną twarz i zaproponowała, że może jednak poszukają jutro. Na zegarze dochodziła trzecia nad ranem.

Tata nie może mieć koleżanek

Milena obudziła się z rozdzierającym bólem głowy. Kac to było mało powiedziane. Do tego, jak się czuła, pasowało chyba tylko stwierdzenie „kac gigant”. Gdy zaczęła ledwo widzącym wzrokiem rozglądać się po pokoju, nad komodą naprzeciw dostrzegła okrągły ścienny zegar. Zmrużyła oczy, by lepiej widzieć, i z przerażeniem zorientowała się, że jest po jedenastej. Prawie południe, a ona nadal znajdowała się w martwym punkcie. Piotr pewnie wyszedł do pracy.

Przypomniała sobie wydarzenia minionego wieczoru. Chyba do niczego nie doszło, pamiętałaby. Koperty też nie zaleźli. Powoli wstała z łóżka i wyszła do toalety. Na umywalce znalazła kartkę, najwyraźniej zaadresowaną do niej: „Do niczego nie doszło, jestem w pracy, zadzwonię — Piotr”. Karska obmyła twarz zimną wodą i od razu poczuła się lepiej. Zrzuciła ciuchy i weszła pod prysznic. Ciepła woda potrafi czynić cuda.

Znowu zaczęła racjonalnie myśleć. Jeszcze raz przeanalizowała wszystkie dostępne informacje. Komuś bardzo zależało, żeby trzymała się od tej sprawy z daleka — tak bardzo, że nawet był w stanie wpłynąć na policję. Właśnie, policja. Szybko się wytarła i zadzwoniła do Ryśka.

— Wyspany? — zapytała zaczepnie.

— Nie. W nocy jakaś wariatka do mnie wydzwaniała. No ale gdzie jesteś? Podobno to takie ważne było, żeby ten numer sprawdzić…

— W Bieszczadach, więc raczej dzisiaj nie dojadę. Słuchaj, potrzebuję twojej pomocy.

— W Bieszczadach? Czyli odpoczywasz sobie, a potem dzwonisz do mnie po nocy i mi zawracasz dupę? Zaraz mnie chyba trafi szlag! — Rysiek się rozkręcał.

— Słuchaj — powiedziała stanowczo — prowadzę tu śledztwo. A teraz przymknij się i koduj. Potrzebuję, żebyś mi sprawdził, skąd dzwonił wczoraj Filip. Jego numer znasz, więc sobie poradzisz. I nie gadaj mi o żadnych procedurach — uprzedziła. — Tym razem je ominiesz, rozumiemy się?

Po drugiej stronie usłyszała sapanie, chrząkanie i w końcu Rysiek potwierdził, że znowu to dla niej zrobi, i się rozłączył. Odetchnęła głęboko i opadła na fotel. Jednak długo nie posiedziała, bo telefon zabrzęczał i na wyświetlaczu pojawił się nieznany numer. Szybko odebrała, mając nadzieję, że to Filip.

Bardzo się zdziwiła, gdy usłyszała głos księdza Antoniego. Wieści, które miał do przekazania, nie były wesołe i dotyczyły bezdomnego, którego spotkali w bunkrze. O tym, jak ten człowiek znalazł się na plebanii, proboszcz opowiedział zwięźle i krótko, a potem szybko przeszedł do momentu, gdy zgasło światło. Gdy w końcu udało się je zapalić, mężczyzna leżał na podłodze w kałuży krwi z podciętym gardłem. Gabichowa podobno do tej pory nie doszła do siebie. Dostała jakieś środki uspakajające od miejscowego lekarza, ale niewiele to pomogło.

— A zdążył cokolwiek księdzu powiedzieć? — Milena myślami była już na plebanii.

— Nic. Pary z gęby nie puścił. Pytałem, ale twierdził, że nic nie wie. Może i nie wiedział i ktoś go na wszelki wypadek załatwił, a może coś widział, a nawet nie miał świadomości, że to ważne… Teraz już się nie dowiemy. — Westchnął. — A najgorsze, że znowu na plebanii takie rzeczy się dzieją — zawodził.

— Proszę księdza, jutro przyjadę do Saszyna. A właśnie — przypomniała sobie — przez sekundę rozmawiałam wczoraj z Filipem. Żyje. Przynajmniej wczoraj żył — dodała. Powtórzyła, że będzie jutro, i się rozłączyła.

Ubrała się i zadzwoniła do Dobrowolskiego. Miał dla niej dobrą i złą wiadomość.

— Dawaj najpierw dobrą — powiedziała.

— Znalazłem kopertę — zaczął.

— Super! A zła?

— Była pusta…

— Kurwa! Czy ktoś cały czas musi mnie uprzedzać? To wyjaśnia, dlaczego skrytka w Wieluniu była wyczyszczona. Ktoś już sobie tam pogrzebał. Najwyraźniej wiedział lepiej od ciebie, gdzie trzymasz istotne rzeczy. Dobra, zbieram się do hotelu. Jutro skoro świt wyjeżdżam do Saszyna.

— Kolacja dzisiaj? — zapytał.

— Może być, ale z mniejszą ilością alkoholu, jutro muszę jakoś dojechać. To co? O osiemnastej?

— Bezpieczniejsza będzie dziewiętnasta. Widzimy się w hotelowej knajpie. Ja stawiam — rzucił, zanim się rozłączył.

Zapasowy klucz, tak jak wcześniej jej powiedział, znalazła w szufladzie stołu. Wychodząc z willi, natknęła się na dziewuszkę, która obrzuciła ją bacznym spojrzeniem.

— A pani tu teraz mieszka? — zapytała.

— A ty musisz wszystko wiedzieć? — Milena nie miała ochoty na rozmowy z przygodnie spotkanymi dziewczynkami.

Mała pobiegła za nią aż do furtki.

— Nie powinnaś być teraz w szkole?

— Dziś sobota, szkoły nie ma — rezolutnie odparła mała. — Zresztą jakby nie była sobota, pani byłaby w pracy.

Milenie coś przyszło na myśl.

— A ty często tak po podwórku biegasz?

— Jak szkoły nie ma, to często.

— A nie widziałaś czasami, żeby od pana Dobrowolskiego, o tam, spod trójki — wskazała brodą drzwi wejściowe do mieszkania Piotra — wychodził jeszcze ktoś inny?

Dziewczynka uśmiechnęła się szelmowsko i uważnie przyjrzała się pytającej.

— A pani jest zazdrosna? Bo moja mama to jest, tata tak mówi.

— Strasznie. To jak? Widziałaś?

Mała spoglądała na nią jeszcze przez chwilę, jakby coś rozważając, i zaczęła robić butem dziurę w ziemi. Milena wyjęła z kieszeni dwadzieścia złotych.

— To jak? Widziałaś coś?

— Nie wolno mi brać czegokolwiek od obcych. — Dziewczynka wyraźnie się z nią droczyła. — I skarżyć też nie wolno. No ale — westchnęła jednocześnie biorąc banknot — okłamywać też nie jest ładnie. Raz widziałam takiego grubego pana, takiego okrągłego na buzi z błyszczącą głową, jak od wujka wychodził.

— Łysego?

— Tak, łysy był i tak śmiesznie mówił. — Dziewczynka zaśmiała się na wspomnienie swojego rozmówcy.

— Śmiesznie, czyli jak?

— No tak śmiesznie, jak u nas Bartek w szkole. Bartek mówi „skole”, a nie „szkole”. Tak śmiesznie. Wszyscy się z niego śmieją, ale ten pan był duży i też tak mówił. — Widać było, że wspomnienie tej rozmowy nadal ją bawi.

— Czyli seplenił?

— Chyba tak to się nazywa. A pani jest narzeczoną wujka?

— Nie, tylko koleżanką.

— Moja mama mówi, że tata nie może mieć koleżanek.

— Mama dobrze kombinuje. — Milena nie potrafiła już powstrzymać śmiechu. — A kiedy tego pana widziałaś? — wróciła do tematu.

— Kiedyś, nie pamiętam dokładnie.

— Dobra. To pa, mała! I dziękuję.

Droga do hotelu zajęła jej dość dużo czasu. Myślała o tym, czego się przed chwilą dowiedziała. Informacja o wizycie u Piotra kogoś, kto mówił w tak charakterystyczny sposób, mogła być cenną poszlaką. Postanowiła zapytać go przy kolacji, czy ma jakiegoś znajomego z wadą wymowy.

Gdy odbierała w holu kartę do pokoju, urocza recepcjonistka wręczyła jej kopertę. Milena się zdziwiła. Oprócz Piotra nikt nie wiedział, że tu jest. Przywołała windę i wjechała na górę. W pokoju zajrzała do przesyłki. Znalazła USB, które od razu umieściła w swoim laptopie. Usłyszała drżący głos Filipa, który, jakby czytając z kartki, przekazywał jej wiadomość, że ma się odpieprzyć od tej sprawy. Jeśli nie, nie zobaczą się już nigdy więcej.

Roztrzęsiona odsłuchała nagranie raz jeszcze. Biła się z myślami, co powinna zrobić. Z doświadczenia wiedziała, że jeśli ktoś cię straszy, sam się boi i nie powinno się ulegać. Zastraszanie ludzi jest słabością. Podobnie jak granie na ich uczuciach, manipulowanie, wykorzystywanie ich słabych punktów.

A jednak w momencie, gdy chodziło o nią samą, a raczej o ważną dla niej osobę, od razu inaczej zaczęła podchodzić do sprawy. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, jak mówiło stare porzekadło. Prawdziwe jak cholera — pomyślała.

Opanowała się i zdecydowała spojrzeć na wszystko obiektywnie. W miarę obiektywnie. Wzięła głęboki wdech i postanowiła działać.

Zapach podłości

Pomimo płaskich obcasów słychać było odgłos, jaki pozostawiały kroki kobiety. Posadzka z drewna dębowego o różnych odcieniach ułożona była w fantazyjne wzory. Ktoś musiał wykonać niezłą pracę, żeby porządnie ją wypolerować. Wysokie okna wpuszczały do wnętrza dużo światła. Kobieta podeszła do dużych i ciężkich drewnianych drzwi i otworzyła je, pociągając za mosiężną, ozdobną klamkę. W kolejnym pomieszczeniu panował już półmrok. Bordowe zasłony prawie w całości zakrywały okna. W rogu na sekretarzyku paliła się lampa.

Wysoki, szczupły mężczyzna stał odwrócony plecami do wejścia. Spoglądał na ulicę przez szparę w zasłonach. Kobieta wolno podeszła w jego stronę.

— Ojcze?

— Witaj, Marto — powiedział spokojnie, nie zadając sobie trudu, by się odwrócić. — Jakie wieści?

— Obawiam się, że nie najlepsze, proszę ekscelencji…

— Co masz na myśli?

— Póki co nie zrezygnowała. Cały czas węszy. Komendant najwyraźniej nie ma na nią żadnego wpływu.

— Przy okazji trzeba będzie go wymienić, jest kompletnie bezużyteczny. — Mężczyzna wetchnął. — A co z tym chłopakiem? — Skrzywił się z obrzydzeniem.

— Wysłaliśmy do niej nagraną wiadomość. Zobaczymy. Może to ją zniechęci.

— Uważaj tylko, żeby się nie zapędzili. Jeśli go stracimy, nie będziemy już mieć żadnej karty przetargowej. Z drugiej strony chętnie pozbyłbym się tego szatańskiego pomiotu. To, jak on żyje, jest kompletnie niedopuszczalne i wbrew naturze. Ale tym zajmiemy się później. Na spokojnie. A co z figurką?

— Cały czas szukamy brakującej części. — Kobieta wyraźnie się zmieszała. — Ale…

Mężczyzna wykonał szybki ruch ręką i w pomieszczeniu rozległ się huk spadającej na ziemię lampy. Marta mimo woli się wzdrygnęła.

— Kończy mi się cierpliwość — wycedził przez zęby. — Macie jeszcze tydzień. Tydzień i ani dnia dłużej. Nie mam zamiaru powtarzać po raz kolejny, jakie to ważne. Macie nieograniczone środki pieniężne, nieograniczone wsparcie i nadal nie potraficie być skuteczni?! A może powinienem was wymienić tak jak komendanta?

Wściekłość wykrzywiła mu twarz. Spojrzał na nią takim wzrokiem, że poczuła ciarki na plecach. Nie było z nim żartów. Wiedziała, że gdy jest wściekły, potrafi być nieobliczalny, przykładów na to miała aż nadto. Postanowiła się opanować, żeby go nie sprowokować i bardziej nie rozwścieczyć. Zacisnęła zęby. W chwilach takich jak ta marzyła o tym, by w końcu uwolnić się, zostawić to wszystko i się uniezależnić. Wiedziała jednak, że czas na to jeszcze nie nadszedł.

Wolnym krokiem podszedł do krzesła. Usiadł na nim i spojrzał na nią łagodniejszym okiem. Od razu poczuła sympatię do tego starszego, eleganckiego mężczyzny. W sumie nie był aż taki zły, jak jej się przed chwilą wydawało. Być może to jej wina, może to ona go sprowokowała swoją opieszałością w działaniu; tym, że nie potrafiła załatwić tak prostej rzeczy, o którą ją poprosił. Miał prawo się zdenerwować. W przyszłości postara się dokładniej i szybciej wykonywać jego polecenia. Postara się go zadowolić.

Potok myśli zalewał jej głowę. Nagle się ocknęła. Przecież to niedorzeczne. Ten człowiek po prostu gra na moich uczuciach, doskonale potrafi wykorzystać sytuację i wprowadzić mnie w taki stan, że zaczynam obwiniać siebie…

Nie cierpiała tego. Przypomniało jej się, jak bardzo go nienawidzi. Jak podłą jest osobą. Na jego twarzy dostrzegła obrzydliwy grymas, którego widoku nie mogła znieść. Poczuła, że musi jak najszybciej wyjść i zaczerpnąć świeżego powietrza. Wykonała ruch w stronę drzwi.

Mężczyzna podniósł się z krzesła i wyciągnął w jej stronę dłoń. Zawahała się, ale coś zmusiło ją do ujęcia jego ręki i złożenia na niej pocałunku. Poczuła zapach starego człowieka i czegoś jeszcze.

Tak, w ten sposób musi pachnieć podłość — pomyślała i wyszła z pomieszczenia.

Wino potrafi zdziałać cuda

— Słuchaj, czy znasz jakiegoś łysego grubasa, który sepleni? — Milena z wielkim zaangażowaniem zbierała widelcem resztki wątróbki z talerza, z drugiej ręki nie wypuszczając kieliszka z czerwonym winem.

— Grubasa, który sepleni?

— Ehe, łysego. — Przechyliła kieliszek i dopiła resztę trunku.

— Skąd to pytanie? — Piotr najwyraźniej szukał w pamięci wszystkich łysych sepleniących grubasów.

— Ktoś go widział, jak wychodził od ciebie…

— Ode mnie? Kiedy?!

— Jakiś czas temu, ale mówiła mi o tym ta mała, która mieszka w twojej willi, więc sam rozumiesz, dzieciaki nie potrafią dokładnie określić czasu…

— Kurde, jedyny znany mi łysy, okrągły facet, który sepleni, a raczej seplenił, bo już nie żyje, to mój brat…

— Wikary? Wiedziałam, że był łysy i całkiem przy kości, ale nie wiedziałam niczego o seplenieniu. Jak on niby msze odprawiał?

— Był to jeden z jego kompleksów, ale widać, że jakoś musiał dawać radę.

— Twierdziłeś, że nie widziałeś się z nim od pół roku, odkąd w Krośnie dał ci kopertę. — Spojrzała na niego podejrzliwie.

— Bo to prawda, nie widziałem się z nim potem.

— Ta mała twierdzi coś innego…

— Po pierwsze, mała twierdzi, że widziała sepleniącego łysego grubasa. Takich mężczyzn może być wielu. Po drugie, nawet jeśli to był Paweł, ja się z nim nie spotkałem. — Piotr zaczynał się irytować.

— Dobra. Mam pomysł. Wrócimy do willi, pokażemy małej zdjęcie twojego brata. Mam nadzieję, że masz jakieś, bo ja dysponuję tylko tymi, na których widać jego zwłoki, a tego chyba chcemy dziecku oszczędzić, prawda? — spytała, jednak nie dała mu dojść do słowa i kontynuowała: — Jeśli potwierdzi, że to faktycznie on, zastanowimy się, po jaką cholerę był u ciebie, jak rozumiem pod twoją nieobecność… — Nagle przerwała, jakby coś jej przyszło na myśl. — Słuchaj, a może to on opróżnił kopertę?

— Niby po co, skoro wcześniej mi ją dał? — Dobrowolski nie wyglądał na przekonanego.

— Nie wiem, może zmienił zdanie albo jakieś okoliczności zmusiły go do tego? Nie mam pojęcia, tak tylko głośno myślę. — Pociągnęła spory łyk wina i wyciągnęła się na krześle. — To co? Masz jakąś fotę?

— Coś powinno się znaleźć. Poszukam.

Leżąca na stole komórka Piotra zawibrowała. Gdy na nią spojrzał, na jego twarzy pojawił się grymas niezadowolenia. Długo wahał się, czy odebrać, w końcu zrezygnował.

— Nie odbierzesz? — nie wytrzymała.

— Nie — uciął krótko. — I nie ma to nic wspólnego z naszą sprawą — uprzedził jej ewentualne podejrzenia.

— Aha, a skąd ta pewność?

— Bo to moja była żona — powiedział z wyraźną niechęcią.

— Chyba się nie lubicie, co? — Uśmiechnęła się.

— Jakbyśmy się lubili, tobyśmy się nie rozwiedli, prawda? — Najwyraźniej nie było mu do śmiechu. Temat widocznie nadal był drażliwy.

— To po co do ciebie dzwoni, skoro nie jesteście już małżeństwem i nie macie dzieci?

— Jesteś bardzo dobrze poinformowana… — Spojrzał na nią badawczo.

— To moja praca: być dobrze poinformowaną.

— Nie chcę o tym rozmawiać, okej?

— Okej. To co? Zbieramy się do ciebie?

Dobrowolski trochę się ociągał. Spojrzał tęsknie na nie do końca opróżnioną butelkę wina.

— Wiesz co — stwierdził — nie wiem, czy to jest najlepszy pomysł, przecież jest późno, dzieciak pewnie już śpi.

— Cholera jasna, racja. Nie ma sensu się tam teraz pchać. Trzeba będzie sprawdzić to rano przed moim wyjazdem — odparła Milena. Nagle o czymś sobie przypomniała. — Wiem, że nie byliście z bratem blisko, ale nie wiesz, czy miał może jakichś znajomych?

— Nie sądzę. Zawsze był odludkiem, ale ręki sobie nie dam uciąć. Czemu pytasz?

— Podobno widziano go w Saszynie, w knajpie, w towarzystwie jakiejś starszej kobiety i młodego mężczyzny.

— Nic o tym nie wiem, żeby utrzymywał jakieś kontakty towarzyskie, szczególnie ze starszymi kobietami. — Piotr wydawał się trochę podchmielony. — Już szybciej z młodymi facetami.

— Co masz na myśli? — Milena nadstawiła uszu.

— Nic. Tak tylko żartuję.

— Chyba nie bez powodu, co? — Przysunęła się do niego i chciała dolać wina, ale zasłonił kieliszek ręką.

Nie zdążyła się odsunąć i nagle poczuła jego zarost na swojej twarzy. Wcale nie miała ochoty protestować. Ledwo udało jej się oderwać i zaproponować, żeby butelkę skończyli w jej pokoju. Nawet nie pamiętała, jak uregulowali rachunek i znaleźli się na górze.

Tête-à-tête

Przeciągnęła się i ziewnęła. Poczuła obok siebie czyjąś obecność. Obecność Piotra. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się do swoich wspomnień. Tak, ostatnia noc zdecydowanie należała do udanych. Nie chciało jej się wstawać z łóżka i jechać do Saszyna.

Zmobilizowało ją wspomnienie Filipa, który gdzieś tam, pewnie o głodzie i chłodzie, cierpiał teraz, podczas gdy ona wylegiwała się w ciepłym łóżku z facetem, którego poznała dwa dni temu. Ta myśl spowodowała, że od razu się rozbudziła i wskoczyła pod prysznic. Gdy myła włosy, poczuła, że ktoś ładuje jej się pod natrysk. Jeszcze chwila i muszę się zbierać — pomyślała.

Gdy wycierała włosy ręcznikiem, Piotr rozmawiał z kimś przez telefon. Mimo woli nadstawiła uszu. Podniesiony głos i napięcie. Z ciekawością przybliżyła się do drzwi. Usłyszała tylko urywki rozmowy, która wcale nie brzmiała sympatycznie. Nagła cisza spowodowała, że szybko wycofała się do łazienki, udając, że jest bardzo zainteresowana swoją twarzą. Piotr wszedł, umył zęby i pocałował ją w czubek głowy. Był od niej sporo wyższy.

— Jakie plany na dziś? — zapytał.

— Tak jak mówiłam, jadę do Saszyna — odpowiedziała, przecierając twarz tonikiem. — A ty?

— To samo co zwykle, kuchnia, kotlety i inne bzdety.

— No, no, przeleciałam wierszokletę — zadrwiła.

— Na to wygląda. Słuchaj — zmienił temat — kiedy się zobaczymy? — Na jego twarzy dostrzegła powagę, która ją przeraziła.

Powoli odwróciła się w jego stronę.

— Piotr — zaczęła — nie chciałabym, żebyś myślał, że my, no wiesz…

— O co ci chodzi? — wyglądał na zdezorientowanego.

— To, że spędziliśmy razem noc…

— Okej, nie musisz kończyć. Spoko. Było, minęło — powiedział i uśmiechnął się do niej. — To ja spadam do pracy. — Zebrał swoje rzeczy i pocałował ją w policzek na pożegnanie.

— Zaraz! A zdjęcie?

— A tak, zapomniałem. Ale mamy mało czasu. Zbieraj rzeczy i jedźmy do mnie. Potem mnie podrzucisz tu z powrotem, okej? Zaczekam w holu na dole. — I już go nie było.

Gdy usłyszała dźwięk zamykanych drzwi, zrobiło jej się smutno. Spojrzała w lustro i powiedziała do siebie, że jest głupia, po prostu głupia jak but. Spakowała się i zjechała windą na dół, żeby się wymeldować. Uregulowała rachunek i dołączyła do Piotra. Czekał na nią, nerwowo spoglądając na zegarek.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 78.48