E-book
18.09
drukowana A5
33.65
Więzi Bogów

Bezpłatny fragment - Więzi Bogów

"Obserwatorzy" Tom 2


Objętość:
188 str.
ISBN:
978-83-8155-361-2
E-book
za 18.09
drukowana A5
za 33.65

Znaki zapisane na złocie

Rozdział 1

Tate


Stałem z kamienną miną, mierząc stojącą przede mną kobietę, która — jeszcze parę tygodni temu — uciekała gdzie pieprz rośnie, kiedy widziała to spojrzenie.

Teraz jednak stała na baczność, nie odwracając wzroku.

— Powiedziałem raz i powiem kolejny, tym razem ostatni: odsuń się.

Stanęła jeszcze bardziej sztywno i w końcu rzekła:

— Wybacz Tate, ale cię nie wpuszczę.

Podszedłem do niej bliżej, wykorzystując swój wzrost jako przewagę.

— Zdaje się, że sama wybrałaś mnie na przywódcę, dlatego ostrzegam, że jeśli się nie odsuniesz, bardzo szybko pożałujesz tego faktu.

— Już żałuję — mruknęła.

Gdybym był człowiekiem nie dosłyszałbym tego, ale oboje aż za dobrze wiedzieliśmy, że słyszałem ją aż nadto dobrze.

— Suń się — warknąłem po raz ostatni.

— Tate, otrzymałam rozkazy — rzekła w końcu, a ja na te słowa wpadłem do środka, nie oglądając się na nią.

Tylko jedna osoba mogła zmusić moich ludzi do tego, by w ogóle podjęli ze mną walkę.

— Co tu się, do cholery, dzieje? — zapytałem.

Wszyscy zmienni zamarli, wieszając dookoła jakieś ozdóbki.

— Więc? — warknąłem, patrząc wściekle, lecz w środku nie mogłem uwierzyć w to, co widzę.

Zamienili salę ćwiczebną w jakieś… cholera, nie umiałem tego nazwać. Wyglądało, jakby szykowało się jakieś święto.

Wszyscy milczeli, skuleni wewnętrznie, sądząc pewnie, że jak tylko na nich spojrzę, padną martwi.

Nagle drzwi z boku sali otworzyły się i usłyszałem słowa:

— Dobra, załatwiłam…

Kobieta zamarła patrząc na nich i nagle zesztywniała. Jednak wzrok, który zaraz ujrzałem, w niczym nie przypominał spojrzeń ludzi, którzy nas otaczali.

— Co ty… Beth!

Poczułem, że kobieta za mną skuliła się za skrzydłem drzwi.

— Co tu się dzieje? — warknąłem.

— W ogóle nie powinno cię tu być — powiedziała. — Wynocha!

Czułem, że wszyscy — jak zwykle — zamarli. I to nie tylko ze strachu.

— Co proszę? — warknąłem ponownie, krzyżując ręce na piersi. — Do kogo z tym tonem?

— Do ciebie — padła błyskawiczna odpowiedź. — Miałeś wrócić za dwie godziny!

— Ale jestem teraz — rzekłem lodowato. — Co to za cyrk?

— Cyrk?

Zobaczyłem, jak jej zielone oczy ciemnieją od gniewu.

— Cyrk?!

Podeszła do mnie kipiąc gniewem, a wszyscy ci, obok których przeszła, wręcz cofali się nie chcąc narazić na jej furię.

Stanęła przede mną — dość wysoka jak na kobietę, ale i tak niska w porównaniu do mnie — długowłosa blondynka z pięknymi, zielonymi niczym soczysta trawa liźnięta śladami mroku oczami, zakrytymi okularami w konkretnej, czarnej oprawie, które — tak naprawdę — czyniły jej oczy równie pięknymi, jak bez nich.

Ubrana była cała na czarno: w czarne skórzane spodnie oraz bluzkę, która odsłaniała lekko jej pełne piersi. Nie za duże, ale i nie małe i — jak aż za dobrze wiedziałem — piękne jak erotyczne marzenie.

— Patrz na mnie, a nie wlepiasz wzrok tam, gdzie nie trzeba — usłyszałem i uniosłem spojrzenie do jej oczu.

Skrzyżowała ręce na piersi.

— Uważasz, że to cyrk, tak? To wszystko jest niepotrzebne?

— Tak — rzekłem bez zastanowienia.

— Dobrze — powiedziała i odwróciła się do pozostałych. — Kochani koniec. Pakujemy wszystko. Wasz przywódca gardzi naszymi staraniami i uważa, że są niepotrzebne!

Jej słowa wzbudziły we mnie niepokój, ale dopiero po chwili dowiedziałem się dlaczego.

— Fajnie było — stwierdziła, mijając mnie wściekle. — Kolejnej setki, Tate.

Odwróciłem się do niej do razu, pojmując wszystko. Spojrzałem na Beth, która ciągle stała przy drzwiach — tylko ona mogła mi pomóc.

I nie zawiodłem się, mimo że sam wpakowałem nas w kłopoty.

Błyskawicznie zamknęła drzwi.

— Beth, suń się.

W innym wypadku byłbym rozbawiony tym, że użyła dokładnie tych samych słów, co ja, ale sytuacja nie była zabawna.

— Beth — warknęła, a ta przełknęła ślinę.

— Przepraszam Nike, ale musicie to wyjaśnić.

— Jak cię kocham, tak teraz nie mam ochoty na gadkę z tym…

Objąłem ją od tyłu i od razu poczułem, jak jej stopa — obyta w eleganckie, lecz ciężkie buciory z lekkim obcasem — ląduje na mojej własnej.

Wziąłem głęboki oddech, ale jej nie puściłem.

— Do diabła… po raz ostatni masz na stopach te buty — zadecydowałem, a ta w odpowiedzi zaczęła się szamotać.

— Puść mnie ty cholerny niewdzięczniku!

— Zapomniałem! — zawołałem, zmuszony unieść ją tak, że wierzgała nogami tylko w powietrzu. — Nawet nie wiedziałem, że o tym wiesz!

— Bo nic mi nie powiedziałeś! — zawołała z wyrzutem. — Sama musiałam się wszystkiego dowiedzieć!

Cholera jasna.

— Przepraszam.

Przestała wierzgać, jednak nadal czułem, że nogi ma podniesione do góry.

— Postaw mnie — rzekła zimno.

Przełknąłem ślinę.

— Postaw. Mnie — wycedziła.

— Masz przy sobie broń? — zapytałem dla pewności.

Od pewnego czasu nosiła przy sobie niewielki pistolet.

— Nie — wyznała sucho. — Raczej nie myślałam, że będę musiała jej użyć, dekorując salę w towarzystwie dwudziestu zmiennych, gotowych bronić „małej ja”.

Mimo tego wszystkiego zdusiłem śmiech. Nikt nie traktował jej tutaj jako „małą” i nie chodziło o to, że według niej była trochę za duża. Zbyt wiele razy udowodniła, że jest równie — jeśli czasem nie bardziej — silna jak ja.

Dlatego była naszą Alfą, naszą Luną i moją partnerką, nie tylko we władaniu, ale i we wszystkim innym.

Dosłownie wszystkim.

— Jeśli zaraz mnie nie postawisz, to przysięgam, że będziesz przez tydzień spał na kanapie.

Czułem, jak naszą „widownię” ogarnia coraz większe rozbawienie.

— Zdaje się, że to też moje łóżko — zauważyłem.

— Dobra — zgodziła się bez oporów. — Więc wyniosę się do Beth.

Postawiłem ją.

Cholera, miała mnie.

Ujrzałem, jak obraca się do mnie ze skrzyżowanymi na piersi ramionami.

Gdyby wiedziała, jak seksownie teraz wygląda…

— Oczy — usłyszałem i uniosłem spojrzenie, nie mogąc opanować lekkiego uśmiechu. — Na twoim miejscu bym się nie cieszyła. Spieprzyłeś wszystko.

Oklapłem, a mój uśmiech znikł jak zdmuchnięty.

Jeszcze kilka tygodni temu nie potrafiłem tego uczynić w obecności innych.

— A jak przeproszę?

— Ja tylko na to wpadłam. Przeprosić powinieneś swoich ludzi, bo gdyby nie oni, to nie zrobiłabym niczego.

Skrzywiłem się i spytałem cichutko:

— Muszę?

— Duma, mój panie, jest stanowczo przereklamowana w pewnych przypadkach — zauważyła.

Westchnąłem, obróciłem się do swoich ludzi i powiedziałem, choć miałem z tym lekki problem:

— Przepraszam.

Patrzyli na mnie chwilę, by nagle — jak za komendą — w jednym momencie spojrzeć na Nike.

— Co się mówi? — zapytała ich, stając obok mnie.

— Nie ma sprawy — rzekli chórem i w końcu niektórzy zaczęli się śmiać, w tym stojąca obok mnie kobieta.

Łypnąłem na nią, a ta od razu odwróciła wzrok udając, że coś ją zaciekawiło.

— Ty mała cholero — powiedziałem i zarzuciłem ją sobie na ramię, idąc w stronę wyjścia.

— Dacie sobie radę?! — zawołała, kiedy niosłem ją przez przejście.

— Tak jest! — usłyszałem, po czym nastały śmiechy i bez wątpienia zakłady, które z nas pierwsze wyjdzie z sypialni.

— Założę się, że obstawiają, jak długo nas nie będzie — usłyszałem.

— Ja bym raczej postawił na to, że zakładają się, które będzie w stanie.

— Czy to obietnica? — usłyszałem i moja ręka wylądowała na jej tyłku.

— Ej!

— Za dużo mówisz — powiedziałem.

— A ty nie słuchasz. Mówiłam ci, że masz nie zaglądać do tej sali.

Wszedłem do naszej sypialni i rzuciłem ją na łóżko.

— Gdybyś powiedziała to wczoraj to bym posłuchał, ale to trwało ponad tydzień…

Zamilkłem. Cholera jasna — organizowała to przez tydzień, a ja niemal wszystko zniszczyłem.

— Przepraszam — powiedziałem ponownie, tym razem naprawdę szczerze.

Patrzyła na mnie chwilkę, leżąc nadal na łóżku, podparta o nie łokciami. W końcu ujrzałem, jak przechyla głowę.

— Chodź tutaj.

Podszedłem parę kroków.

— Bliżej.

Stanąłem koło łóżka.

— Bliżej — i wyciągnęła do mnie rękę.

Splotłem nasze dłonie i usiadłem na jej udach, oplatając ją nogami.

— Nie sądziłeś, że może chodzić o coś takiego, prawda?

Pokręciłem głową.

— Pięćset siedem lat — rzekła, a ja uniosłem wzrok. — Łał.

Uśmiechała się seksownie, z jednym uniesionym ku górze kącikiem ust — dobrze wiedziałem, że nie zdawała sobie sprawy, jak wygląda mając go na twarzy.

Myślała, że to jej normalny uśmiech, jednak nie miała pojęcia, jak bardzo on na mnie działał.

I jak wiele mi o niej mówił.

— Już nie jesteś zła? — zapytałem, opierając się ramionami po jej bokach.

— Hm… — udawała, że sie zastanawia. — Nie wiem.

— To może sprawię, że się dowiesz — zaproponowałem i delikatnie pocałowałem te rozkoszne wargi. — I jak?

— Nie wiem.

Pocałowałem ją trochę dłużej.

— Chyba musisz się bardziej postarać — usłyszałem i uśmiechnąłem się, całując ją z rozkoszą.

Jej język wychodził mi naprzeciw, a każde jego muśnięcie podnosiło mnie ku niej, aż zacząłem ocierać się o nią całym ciałem tak, jakbym już w niej był.

— Chyba zaczynam czuć trochę przekonania — szepnęła w pewnej chwili, a ja zdarłem z niej bluzkę. — Lubiłam ją — poskarżyła się rozkosznie, a ja chwyciłem za stanik. — Tylko nie…

Stanik poleciał w stronę bluzki.

— Ty bestio — zajęczała, gdy przyssałem sie do jej cudownych piersi. — To już trzecia para.

Zsunąłem się niżej, smakując jej gorące ciało, lecz nagle złapał mnie za włosy.

— Tylko nie spodnie — wręcz zabłagała.

Spojrzałem na nią z uśmiechem.

— Zwierzak — rzekła, widząc moją minę.

Nigdy nie sądziłem, że — słysząc to określenie — kiedykolwiek poczuję akceptację.

Lecz kiedy ona to mówiła…

— Mów tak dalej — poprosiłem i łaskawie rozpiąłem spodnie rękoma, zsuwając je z niej.

— Zwierzak, bestia… kawał mięcha — rozerwałem jej majtki. — Ej!

— To określenie mi się nie podoba. To kara za zachowanie.

— Jezus Maria — padła na poduszkę, zasłoniła oczy i wręcz ryknęła ze złości. — Znowu!

— I tak nosisz tylko komplety — przypomniałem, aż Nike spojrzała na mnie błyskawicznie.

Zawisłem nad nią z wrednym i pełnym politowania uśmiechem.

— Naprawdę sądziłaś, że nie zauważyłem, że każdego dnia nosisz idealnie dopasowaną do siebie bieliznę? Proszę cię.

— Kobieta musi dobrze się czuć — zauważyła, na co moją odpowiedzią było wejście w nią jednym, silnym pchnięciem.

Ruszałem się wolno, lecz równo, patrząc na przyjemność malująca się na jej twarzy.

— Lepiej się czujesz nosząc taką bieliznę, czy kiedy jestem w tobie?

— To… kwestia dyskusyjna.

— Taak? — i zacząłem sie z niej wysuwać.

Od razu oplotła mnie nogami, grożąc:

— Jak wyjdziesz, to już nie wrócisz.

— Serio? — zapytałem, stykając nasze nosy. — A ja sądzę… — pchnąłem mocno, aż wplotła dłoń w moje włosy, zaciskając ją w pięść. — …że za bardzo byś za mną tęskniła.

— Bardziej za twoim kolegą — odparła, a ja przestałem się ruszać.

— Tate!

Stłumiłem śmiech, lecz nie szeroki, zadowolony uśmiech.

— Skoro tak mówisz — i nagle przeturlałem nas, aż zaskoczona znalazła się na mnie. — Z chęcią zobaczę, jak zadowalasz mojego „kolegę”.

— Zboczeniec.

Spojrzała pod nas. Po chwili zabrała ze mnie dłonie i zaczęła się poruszać, nie spuszczając ze mnie wzroku.

Cholera jasna — ale ona była gorąca.

Nagle objęła swoje piersi i zapytała:

— Jak twój kolega?

— Spoko — miałem ochotę wyłożyć język i dyszeć.

— Chciałbyś… — zaczęła nagle — …może się do niego przyłączyć?

Moje ręce jakby same się uniosły, by złapać za jej cudowne biodra.

— Nie sądziłem, że lubisz trójkąty.

— W takim zestawieniu… — i nachyliła się do mojej twarzy z uśmiechem, jaki dopiero od niedawna pojawiał się na jej ustach. — …żadna kobieta by się nie oparła — wyszeptała erotycznie i posiadła moje usta, zaciskając dłonie w moich włosach.

Moje ręce przesunęły się, by objąć mocno jej pośladki.

— Och tak! — odchyliła się do tyłu, a ja — jak jej cień — ruszyłem za nią, przyciskając do siebie mocno i biorąc jej gorące, mokre, ciasne ciało tak, jak nigdy wcześniej, nigdy przed nią żadnej kobiety.

— Kocham cię! — usłyszałem i na dźwięk tych słów, chyba po raz setny doszedłem, zalewając ją swoim nasieniem.

Kiedy zaraz po mnie przeszył ją orgazm ja ciągle siedziałem, zanurzony w niej po nasadę i czekałem, aż jej cudowne ciało się rozluźni.

W końcu opadła na mnie i stała się tym, co sprawiło, że nie tylko ja, lecz i wszyscy naokoło tak ją pokochali.

Jej ręce objęły mnie mocno, ciało wtuliło się w moje z prawdziwym uczuciem, które poruszało serca wszystkich. Wiedziałem jednak, że największą część tego serca…

Zajmuję właśnie Ja.

A kiedy zmęczona zaczęła całować mnie delikatnie po szyi i ramieniu, objąłem ją z równie silnym uczuciem, gdyż to Ona była moim sercem.

— Kocham cię — wyznałem i usłyszałem ciepłe, przepełnione miłością:

— Wiem.

Oboje zachichotaliśmy cicho.

Westchnęła szczęśliwie i wcisnęła twarz w moją szyję.

— Trochę szkoda, że się wydało.

Wplotłem dłoń w jej włosy.

— Bardzo zepsułem ci plany?

Tylko ona wiedziała, jak bardzo w rzeczywistości czułem się szczęśliwy z tego, co zrobiła.

— Trochę — przyznała. — Będę musiała inaczej to wymyślić.

— Mogę udawać, że będę zaskoczony.

Od razu prychnęła śmiechem i spojrzała na mnie jaśniejącymi oczami.

— Wybacz przystojniaku, ale udawać to ty nie za bardzo potrafisz.

— Obraziłaś mnie teraz — stwierdziłem, a ona z uśmiechem pogłaskała mnie po policzku.

— Zbyt dobrze wiesz, że mam rację. Dlatego twój obecny „foch” nie wygląda wcale jak „foch”.

Skrzywiłem się, na co zachichotała radośnie.

— To co? Wracamy do nich?

Mój wzrok powędrował po jej nagim ciele i mnie samym, ciągle zanurzonym w jej słodkiej cipce.

— Mam lepsze rzeczy do roboty — oznajmiłem i rzuciłem ją — nadal roześmianą — na łóżko, całując ze szczęściem, jakiego nigdy nie wierzyłem, że odnajdę. I dobrze wiedziałem…

Że ona także.

Rozdział 2

Nike


Dekorowałam salę wraz z innymi, mając na ustach szeroki uśmiech. Nie tylko dlatego, że spędziłam boski czas w ramionach najbardziej seksownego faceta we wszechświecie, lecz również dlatego, że wszyscy na stacji sromotnie się zawiedli.

Nikt nie wygrał zakładu, bo Tate i ja razem wyszliśmy za próg, chichocząc na miny tych zmiennych, których „ustawiono” — niby przypadkiem — niedaleko naszych kwater, by poznać wynik.

— Zrobiliście to specjalnie, prawda? — usłyszałam i wyznałam:

— Tja, chcieliśmy trochę utrzeć wam nosa.

Zerknęłam uśmiechnięta na Beth, która wyglądała, jakby miała ochotę mruczeć z niezadowolenia.

— Kiedy właściwie się zorientowaliście?

— Trzy tygodnie temu.

— Co?!

Krzyk dobył się z ust wszystkich na sali, a ja po prostu wybuchłam śmiechem.


— Witaj dziecko. Jak przygotowania? — usłyszałam i obróciłam się z uśmiechem, widząc kapłana Riska.

— Bardzo dobrze, tyle że nasz solenizant musiał, oczywiście, wszystkiego się dowiedzieć.

— Cały Tate — stwierdził i ruszył obok mnie w stronę zbrojnej części stacji. — Widzę, że odnalazłaś się pośród nas. Cieszę się z tego.

Spojrzałam na niego — był troszkę niższy ode mnie.

— Trudno było mi tego nie zrobić — wyznałam. — Nigdy nigdzie nie czułam się akceptowana, lecz tutaj wszyscy przyjęli mnie jak swoją. W pewien sposób nadal myślę, że jest to spowodowane tym, że jestem Luną — wyjawiłam. — Jednak… ostatnie tygodnie pokazały mi, że wcale nie jestem tak bezwartościowa, jak zawsze myślałam.

— …Chodź ze mną na moment — poprosił i poszłam za nim.

Zaprowadził mnie do rzadziej uczęszczanej części skrzydła.

— Nigdy tu nie byłam.

— Jeśli boisz się być ze mną sama, możesz kogoś wezwać.

Stanęłam i zmierzyłam go wzrokiem.

— Wiem, że pan i reszta kapłanów macie swoje za uszami — zauważyłam. — Ale w panu… jest coś takiego, co każe mi zaufać.

— Mówisz jak zmienna — powiedział, lecz uśmiechnął się. — Cieszę się, że tak myślisz.

I położył na ścianie dłoń.

Zobaczyłam, jak od miejsca dotyku rozchodzą się jakiejś szlaczki, które po chwili zajęły całą ścianę.

I ujrzałam drzwi, które po chwili się otworzyły.

— Chcę ci coś pokazać — powiedział. — Jednak to musi zostać między nami.

— Nie mogę ukrywać niczego przed Tate’em.

Znów się uśmiechnął.

— Nie powiedziałem, że nie możesz mu powiedzieć.

Zmarszczyłam brwi.

— Ale…

— Ty i Tate jesteście razem. Jesteście w oczach wszystkich zmiennych jednością.

Przełknęłam ślinę.

— I w naszych oczach także — dodał poważnie i ruszył w przejście.

Chwilę się wahałam, lecz po chwili weszłam do środka.

Wszystko było oświetlone pochodniami — trochę mi to przypominało…

— To wygląda jak przejście do jakiegoś grobowca — wyznałam.

— To nie jest grobowiec — zaprzeczył. — Lecz miejsce spoczynku.

— Aha… ale czy to nie jest to samo?

Zatrzymał się, a gdy do niego podeszłam ujrzałam wielkie pomieszczenie, które wyglądało jak…

— Jaskinia? — zapytałam i obejrzałam się do tyłu. — Przejście jak w egipskiej piramidzie, a na końcu wielgachna jaskinia? — zapytałam. — Coś tu jest nie tak.

— Moja droga, skąd te skojarzenia?

Wzruszyłam ramionami.

— Z filmów.

Stłumił śmiech.

— Twój partner ma rację — zachowujesz w głowie informacje, które dla wielu byłyby mało znaczące.

Wyciągnął rękę i ujrzałam na niej płomyk. Zerknął na mnie.

— Nie wydajesz się zdziwiona.

— Podejrzewałam, że nie jesteście zwyczajni — wzruszyłam ramionami. — Zresztą… — dotknęłam swojej szyi — …moje starcie z jednym z was nie było przyjemne.

— Sert był młody i głupi — rzekł. — Wykorzystanie mocy w ten sposób od razu skreśliło go w naszych oczach. To, że Tate go zabił, było jak ułaskawienie — wyjawił po czym przyglądał mi się chwilkę. — Akceptujesz to — orzekł w końcu. — Co więcej, wiem, że uczysz się strzelać. Nie boisz się?

Zapatrzyłam się we wnętrze groty.

— Śmierć jest częścią — powiedziałam w końcu. — Czeka każdego.

— Lecz twój partner, za niecałe dwa dni, kończy pięćset siedem lat.

Milczałam.

— Tego się jednak boisz — zauważył, a ja spuściłam wzrok.

— Nie rozmawiałam o tym z Tate’em — wyznałam. — Lecz ma pan rację. Boję się. Boję się, że jako człowiek nie przeżyję nawet do setki.

— Dlatego uczysz się strzelać — zawyrokował. — Chcesz mieć pewność, by przeżyć z nim jak najwięcej czasu.

Kiwnęłam głową.

Znów spojrzał w wejście do groty i wysłał płomyk w jego czeluść, rozświetlając wszystko dookoła.

— Mój Boże — westchnęłam, widząc, co zawiera pieczara.

Cała jaskinia wyglądała jak wyłożona złotem — na ulokowanych na ścianach płytkach były namalowane przeróżne znaki i napisy, które — jak podejrzewałam — musiały być wszelkiego rodzaju dialektów, zarówno tych z Ziemi jak i z innych planet.

— Zabrałabyś coś stąd? — zapytał nagle, wchodząc do środka.

— Cholera, pewnie — wyznałam z rozdziawionymi ustami. — Ale to piękne.

Poszłam za nim i po chwili usłyszałam:

— Co byś z tym zrobiła?

Zamyśliłam się.

— W sumie… to nie wiem. — Co ciekawe przystanął. — Na pewno bym sobie gdzieś coś powiesiła albo…

— Nie sprzedałabyś tego?

— Nie — rzekłam od razu, zdziwiona pytaniem. — Jakbym miała wziąć, to dla siebie. Ale to ładne — pogłaskałam wizerunek zająca, namalowany na jednej ze złotych płytek.

— A nie przetopiłabyś tego?

Rozdziawiłam usta.

— Żartuje pan? Miałabym zniszczyć takie piękne rzeczy?

— A nie wolałabyś mieć z nich naszyjnika albo…

— Nie. Nie wiem, czy pan zauważył, ale nie noszę złota. Jest ładne, ale nie pasuje do mnie. Moja matka je uwielbiała, zawsze się nim obwieszała jak choinka.

— Dlatego go nie lubisz?

— Nie lubię go „nosić” — zaznaczyłam. — Wolę srebro.

— ...naprawdę… jesteś zadziwiająca — orzekł, a ja zamrugałam. — Podejdź do mnie i spójrz tutaj.

Podeszłam i spojrzałam tam, gdzie pokazywał.

— Wygląda… jak jakaś historia obrazkowa — wyznałam.

Śledziłam obrazki wzrokiem, próbując doszukać się w nich czegoś.

Dopiero po chwili zajarzyłam, co widzę.

— Czy to jest…

— Tak. To wilk.

Przyjrzałam się postaci. Czerwony wilk wyjący do księżyca, którego otaczają opary gęstej, czarnej mgły.

Przed oczami stanął mi gwałtownie mój sen.

— Ach! — złapałam się za głowę i padłam na kolana.

Bolało.

— Co widzisz? — usłyszałam.

Lecz nie odpowiedziałam, gdyż straciłam przytomność.


Kiedy się ocknęłam odkryłam, że siedzą wokół mnie wszyscy zmienni, z którymi najbardziej się zaprzyjaźniłam.

— Dobrze się Lady czuje? — zapytał Finn.

— Głowa mnie boli — wyznałam cicho.

— Już ci pomogę skarbie — powiedziała Sarana, pomagając mi usiąść.

Była wśród zmiennych jednym z medyków i to ona zajęła się mną tego pierwszego razu, kiedy miałam uraz biodra.

— Tylko nie igła — zajęczałam od razu.

— Wiem, wiem — i zaczęła smarować mi czoło jakąś maścią.

Zajęczałam z ulgi.

— Czy ona tu umiera? — usłyszałam i zobaczyłam Beth, która dopadła do mnie jednym susem, tuląc mocno. — Ale wszystkich wystraszyłaś.

— Gdzie Tate?

Milczeli, więc wyprostowałam się wolno.

— Gdzie Tate? — wycedziłam.

— Zdaje się… że naskakuje teraz na Riska — odważył się wyznać Finn.

Zamknęłam oczy.

— Zabierz mnie tam.

Bez słowa uniósł mnie na ręce i pognał do pokoju kapłanów.

Rozdział 3

Tate


Podaj jeden powód, dla którego mam nie oderwać ci karku?

— Nie mam go.

Złapałem go za szaty i przycisnąłem do ściany.

— Dlaczego? Dlaczego naraziłeś ją…

— Musiałem Tate — wyznał. — Ona musiała to zobaczyć.

— Co zobaczyć?

— Ty byś tego nie dostrzegł — powiedział od razu. — Ale ona to pojmie.

— O czym ty…

— Tate! Co ty wyprawiasz?!

Warknąłem i puściłam Riska, który spokojnie poprawił szatę i spojrzał na Nike.

— Dobrze się czujesz kochanie?

„Kochanie”?

— Tak — odparła spokojnie i znów mnie skrzyczała: — Masz zbyt duże ciągoty, by wszystkich przyciskać do ściany — zganiła mnie. — Pan Risk nic nie zrobił.

Spojrzałem na nią i mój wzrok powędrował do Finna, który trzymał ją na rękach.

Chłopak był mądry i zapatrzony w nią jak w matkę — choć nie wiem, czy to, że uważa ją za seksowną tego nie negowało — i od razu pojął, co oznacza mój wzrok. Przełknął ślinę i podszedł do nas.

— Finn, co ty… — zaczęła, lecz on spojrzał na nią przepraszająco i powiedział:

— Wybacz, ale to Tate powinien cię trzymać.

Zakręciła oczami i skrzyżowała ręce na piersi, kiedy zwyczajnie zabierałem ją od niego.

— Kazałabym wam obu spadać, ale nie mam siły — warknęła.

— Czyli nie jest okej — stwierdziłem.

— Nic mi nie jest — zaprzeczyła. — Trochę bolała mnie głowa, ale przestała.

— Sarana się tobą zajęła?

— Tak — rzekła.

— Naprawdę przyjemnie się na was patrzy — odezwał się Risk.

Zmierzyłem go wzrokiem, jednak słowa Nike mnie zaskoczyły:

— O co tu chodziło?

Spojrzałem na nią.

— Twoja odpowiedź znajduje się w tamtej chwili — wyznał. — Kiedy ją rozwiążesz, wszystko stanie się jasne.

— A jeśli nie? — w jej oczach było tyle bólu…

Przytuliłem ją mocniej.

— Uwierz w siebie — poprosił, a Nike uniosła się i objęła mnie mocno za szyję.

Po raz pierwszy — od tygodni — poczułem w jej uścisku aż tak wiele bólu.

Rozdział 4

Nike


Tate, naprawdę jest okej — powiedziałam wieczorem, leżąc w łóżku, opatulona kołdrą tak, że ledwo mogłam się ruszyć. Tate w tym czasie łaził po całym pomieszczeniu, łypiąc na mnie jak wielki, zły wilk.

Westchnęłam.

— Nie wciskaj mi kitu — stwierdził w końcu. — Od tygodni nie czułem od ciebie tyle smutku.

Czasami zapominałam, że ten piękny, cudowny facet, ma aż tak wyczulone zmysły.

— Tak, jestem smutna — wyznałam. Nie było sensu tego negować. — Jednak to nie jest ani twoja wina, ani Riska… To ze mną jest problem.

— Jaki niby problem? — warknął.

Zakręciłam oczami.

— Czasem brzmisz tak słodko i romantycznie… normalnie słodziak z ciebie.

— Teraz tym bardziej wiem, że coś jest nie tak — zawyrokował. — Twój sarkazm włącza się zawsze wtedy, gdy chcesz się bronić.

— Poważnie?

— Nike!

Mimo że mnie zganił i tak zadrżałam. Nie kontrolowałam swojego ciała, gdy wymawiał moje imię.

— Bujaj się — stwierdziłam i obróciłam się do niego tyłem.

— Czego mi nie mówisz? — wyszeptał w końcu i wyczułam w jego głosie ból.

Zakryłam oczy, jednak on i tak wyczuł zapach moich łez.

— Nike… — usiadł na łóżku i uniósł mnie, by przytulić do siebie mocno. — Nike, co się dzieje?

Przez chwilę milczałam, zalewając mu koszulkę łzami.

W końcu jednak poruszyłam temat, którego tak bardzo się bałam.

Kiedy powiedziałam mu wszystko, kiedy wyraziłam cały swój strach, on objął mnie mocno i zaczął głaskać, próbując uspokoić.

— Także o tym myślałem — wyznał w końcu cicho. — Jednak nie boję się tego tak, jak ty.

Spojrzałam na niego.

— Jesteś moja — przypomniał. — I zrobię wszystko, byś była ze mną do końca świata. Znajdziemy sposób… na pewno znajdziemy. Będziemy ze sobą żyć tak długo, aż będziesz mnie miała dość.

Objęłam go mocno.

— Obiecujesz? — wychlipałam.

— Tak — powiedział. — Zrobię wszystko, Nike. I nie zawiodę cię. Jest to obietnica dana ci przez Alfę dla Alfy.

Dobrze wiedziałam, co to znaczy.

Poruszy cały świat, by spełnić przyrzeczenie, jednocześnie obiecując, że jeśli go nie spełni, podzieli mój los.

Jeśli ja umrę… On uczyni to samo.

Kiedy śmierć walczy ze śmiercią

Rozdział 1

Nike


Nie miałam pojęcia, jak to się stało. Jednak sytuacja nie była dla mnie komfortowa, co więcej…

— Jak tam Luno? Ocknęłaś się w końcu?

Szarpnięto moją głowę do góry i ujrzałam ciemne, niemal czarne oczy.

— Łzy? — przyjrzał się moim oczom z wrednym uśmiechem. — I tyle gniewu. Chyba nie panujesz nad sobą zbyt dobrze.

— Gdzie moi… — spoliczkował mnie i padłam jak długa na podłogę.

Nigdy nikt mnie nie uderzył, a szczególnie tak mocno, prosto w twarz.

— Nie jesteś w sytuacji, by o cokolwiek pytać — oznajmił. — Twoje bydło cię nie znajdzie, a ty, nim nadejdzie zmrok, oddasz mi swoje moce.

Wyszedł z pokoju i zamknął za sobą drzwi.

Wybuchłam płaczem, modląc się, by mój szloch nie przedostał się przez drzwi.

Dlaczego do tego doszło? Jak?

Szykowałam ze wszystkimi salę na urodziny Tate’a. Dosłownie dzień przed tym rozmawiałam z nim o jego długowieczności i moim krótkim życiu śmiertelnika.

Kiedy wyszłam od nich, by poszukać jakichś dodatków w sieci internetowej, nagle nastał wybuch, który walnął mną o ścianę.

Pamiętałam krzyki, pamiętałam, jak jakieś osoby wpadły do środka przez dziurę i moich ludzi, walczących z nimi.

Nikt się nie spodziewał, że ktokolwiek zaatakuje nas bezpośrednio w naszym domu.

A jednak. Kiedy zjawił się ten facet wszyscy jakby odbijali się od niego –zgarnął mnie na ręce i zabrał jak gdyby nigdy nic.

Ostatnim, co słyszałam, to krzyk Tate’a i straciłam przytomność.

Teraz ją odzyskałam, ale co z tego?

Obolała usiadłam, ciężko opierając się o ścianę. Kiedy wytarłam usta ręką ujrzałam, że była cała we krwi.

Byłam przerażona, ale jeszcze bardziej bałam się, czy wszyscy są cali.

Nagle drzwi znów się otworzyły.

Ostatkiem sił wstałam, opierając o ścianę za sobą.

— Widać nie jesteś takim słabeuszem, na jakiego wyglądasz — usłyszałam i drzwi się zamknęły. Delikatne światło opływało stojącego przede mną mężczyznę.

— Kim jesteś? — zapytałam. — Czego wy…

Zaskoczona ujrzałam, jak przytyka palec do ust.

Podszedł do mnie — oparł się tak, jakby chciał nade mną górować i pokazać mi swoją siłę, lecz wyraz jego oczu…

Słyszałam, jak mówi ustami groźby pod moim adresem, lecz w głowie słyszałam coś całkiem innego.

— Twoi ludzie podążają za nami. Pomogę ci, jednak chcę byś dała mi słowo, że zabierzesz mnie i kilkoro moich ze sobą.

Nie wiem, skąd wiedziałam, jak to zrobić, lecz błagając ustami o litość, przekazałam mu w głowie własne słowa:

— Dlaczego chcecie mi pomóc?

— Bo chcemy odzyskać wolność. Jeśli zostaniemy z nim dłużej, zginiemy tak samo jak ty.

Przyjrzałam mu się.

— Jesteś taki jak ja. Jak on.

— Ale nie jestem z nim z własnej woli.

Gwałtownie wbił rękę w ścianę obok mnie, grożąc:

— Jeśli kwikniesz choć raz, będziesz żałować, że mój Pan nie zabił cię od razu.

Po czym wyszedł, a ja osunęłam się na podłogę.

Udając — choć nie do końca — całkowite załamanie, skuliłam się w kłębek, chowając twarz i oczy.

Jednak w środku modliłam się, by zdążyli.

Wiedziałam, że nie mam wiele czasu.

Rozdział 2

Tate


Nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek będę czuł tak wielkie przerażenie.

Tymczasem teraz ledwo nad nim panowałem.

— Tate! — zganiła mnie w pewnej chwili Beth, która zamiast mnie koordynowała ludzi w statku. — Jeśli się nie ogarniesz, ludzie zaczną panikować. Wszyscy ją kochamy, zrobimy wszystko, by ją odzyskać.

Spojrzałem po otaczających mnie twarzach, wziąłem głęboki oddech i kiwnąłem głową.

— Wiem. Dziękuję wam.

Wrócili do swoich zajęć, lecz nagle usłyszałem słowa Astrena:

— Tate, mam sygnał.

— Co takiego? — podszedłem do monitora.

Ktoś chciał się z nami skontaktować.

Ujrzałem faceta, jednak nie tego, który zabrał Nike.

— Mam tylko chwilę — powiedział patrząc na nas, lecz nie poruszając ustami.

Wyglądał, jakby po prostu zaglądał przez okno.

— Nikt nie wie, że z wami rozmawiam. Widziałem się z waszą panią — jest w kiepskim stanie psychicznym, ale jeszcze daje radę. Musicie się pospieszyć. Dahaka zabrał ją, by odebrać jej moce — jeśli to zrobi, stanie się jeszcze silniejszy.

— Gdzie jesteście? — zapytałem.

— Zbliżamy się do Kallisto.

Obraz znikł.

— To podejrzane — powiedział od razu Astren, lecz ja miałem przed sobą wyraz oczu tego mężczyzny.

Cierpienie ukryte za obojętnością.

— Bierzemy kurs na Jowisza — rozkazałem.

Kallisto było jednym z jego księżyców. Ludzkość Ziemi nie miała pojęcia, że życie może powstać wszędzie — nawet tam, gdzie sądzili, że jest to niemożliwe.

— Tate, sprawdziłam tego Dahake. Nie mam dobrych wieści.

Spojrzałem na nią — jej wzrok był pełen napięcia.

— To imię Boga. Ma kilka innych nazw, lecz wszystkie prowadzą do jednego. Znaczy „Zły Duch” lub „Duch Zniszczenia”. Jest perskim odpowiednikiem Szatana.

Rozdział 3

Nike


Kiedy poczułam, że statek wylądował, byłam w rozsypce.

Traciłam nadzieję.

Do pokoju weszła dwójka ludzi — bez słowa unieśli mnie pod ręce i wyprowadzili z niego.

I ujrzałam widok, który wstrząsnął mną do głębi.

Klatki. Wszędzie były klatki, a obok cele, wypełnione płaczącymi i błagającymi ludźmi. Od razu zauważyłam, że niektórzy różnili się od siebie. Musieli pochodzić z różnych planet.

— Lady! — nagle ktoś dobił do krat. — Lady Luna!

Te oczy… miał tu mieszańca.

— Rusz się — pogonił jeden z trzymających mnie ludzi, kiedy zwolniłam, patrząc na uwiezionego zmiennego.

— Lady! — panikował, widząc moją minę. — Lady nie poddawaj się!

Zaparłam się nogami, walcząc z trzymającymi mnie strażnikami.

— Pani, prosimy — usłyszałam od jednego z nich i poczułam, jak pchają mnie do jakiegoś pomieszczenia.

Obróciłam się, by na nich spojrzeć — zanim drzwi się zasunęły ujrzałam tylko ich oczy.

Oczy błagające mnie o pomoc.


Stałam chwilę w mroku, dysząc ze świadomości tego, co widziałam. Nagle ciemność wokół mnie… zawirowała, jak w czasie mojego snu. Jednak, gdy się obróciłam, ujrzałam nie polanę i księżyc, lecz tego sukinsyna, stojącego z szalonym uśmiechem koło oświetlonego koła. Dopiero po chwili zorientowałam się, że otaczają nas przeróżni ludzie, skuci, zakneblowani.

Jedynie ich oczy mówiły, że są świadomi.

— Podoba ci się to? — zapytał i spojrzałam na niego.

— O, a cóż to — zaczął. — Trochę zmienił ci się wzrok. Wolałem tamten.

Wyciągnął rękę i coś uderzyło we mnie, aż padłam na drzwi — poczułam ten cios w całym ciele.

Upadłam na podłogę, lecz od razu — z całą siłą woli — zaparłam się, by wstać.

— Hm, ciekawe. Inni w tym momencie już skamleli.

Nagle podszedł i uniósł mnie za włosy.

— Jak to jest mieć świadomość, że za chwilę się umrze? — zapytał i rzucił mną o podłogę.

— Dlaczego? — zdołałam zapytać, próbując robić cokolwiek, tylko nie leżeć.

— Mogę ci powiedzieć, trochę mnie zaintrygowałaś — wyznał nagle. — Dla mocy, a po co innego? Jesteś jeszcze młodziutkim Bogiem, nie masz pojęcia, jak wiele potrafisz. Źle dla ciebie, dobrze dla mnie.

Zaczął iść w moją stronę, co zmobilizowało mnie i zdołałam się podnieść.

— Trochę to dziwne mówiąc szczerze. Poprzednie kobiety Bogów błagały mnie, bym je zabił. Jedna nawet zaoferowała swoje ciało, bym jej nie zabijał.

— I tak to zrobiłeś.

— Tak, a dlaczego nie? Tacy pośledni Bogowie jak wy, nie mają pojęcia, jak wielkie mają szczęście rodząc się z mocą. A skoro tego nie wiecie, to po co wam ona?

Złapał mnie mocno za szyję.

— Nadal nie podoba mi się twój wzrok — powiedział nagle, a z jego głosu znikły resztki rozbawienia.

Dobrze wiedziałam, o co mu chodziło — płakałam z bólu, lecz nie rozpaczałam.

— Pośledni… — Ścisnął mocniej. — Co chcesz przez to…

— Sądzisz, że jestem taki jak Ty? — zaśmiał się głośno. — Ja jestem ponad was. Nie jestem jakimś pośrednim Bóstwem.

Puścił mnie i padłam silnie na kolana, kaszląc.

— Jam jest Dahaka, Bóg Ciemności.

Z ledwością uniosłam na niego wzrok — szyja bolała mnie potwornie.

— Jestem reinkarnacją Szatana.

Rozdział 4

Tate


Kiedy wylądowaliśmy na Kallisto, od razu zostaliśmy otoczeni.

Jednak, kiedy wypadliśmy ze statku, część wojowników wyrwała się do nas, a pozostali zaatakowali tych, co się ruszyli.

Padli w dosłownie kilka sekund, a ja ujrzałem tamtego faceta.

— Pospieszcie się — powiedział i pognaliśmy za nimi.

Zrównałem się z mężczyzną i zapytałem:

— Dlaczego?

— Nie ma czasu — odparł od razu. — Dahaka całkowicie oszalał. Zaraz ją zabije.

— Po moim trupie — obwieściłem i nagle ten złapał mnie za ramię, zatrzymując.

Patrzył na moją szyję.

— Ty jesteś… — zacisnął dłoń na moim ramieniu. — Chodź ze mną.

— Idźcie za nimi! — zawołałem bez zastanowienia i pobiegłem za tym facetem. — Gdzie mnie prowadzisz?

— Do miejsca, gdzie wszystko się wyjaśni.

Wpadliśmy do korytarza, a tam stanęli przed nami jacyś ludzie — mężczyzna przeciął ich mieczem bez żadnego słowa.

— Są za słabi — wyjaśnił, widząc moje spojrzenie. — Ułaskawieniem jest ich zabić.

— Nie rozumiem.

— Dahaka panuje nad każdym na księżycu i to dosłownie — nikt tu nie jest z własnej woli.

— Lecz wy walczycie.

— Tylko dzięki twojej Pani — wyznał i otworzył jakieś drzwi. — Dahaka tego nie poczuł, lecz gdy zaczęliśmy się zbliżać do Kallisto, jego władza zaczęła nad większością z nas słabnąć.

— Bo ona jest panią księżyca — domyśliłem się.

— Tak.

Weszliśmy do jakiegoś pomieszczenia i te rozjaśniło się.

Ujrzałem na środku sali koło, podobne do globusa.

— Dotknij to.

Nie wiedziałem, czemu mu ufałem, ale tak było — zrobiłem co mówił i globus zajaśniał, otaczając się chmurą czarnej mgły.

— A więc mam rację. Chodźmy.

Trochę zbaraniały podbiegłem za nim.

— Co się dzieje?

— Jesteś jednym z nich.

— Co takiego?

Dobiliśmy do miejsca, gdzie toczyła się teraz jatka.

— Tamte drzwi — wskazał wielkie odrzwia. — Jest za nimi.

Walnęliśmy w nie równocześnie.

— Jeszcze raz — powiedziałem.

Walnęliśmy z całej siły, lecz te ani drgnęły.

Po chwili usłyszałem dwa zwierzęce ryki i w drzwi walnęła Beth pod postacią tygrysa i Finn pod postacią niedźwiedzia.

W czwórkę rozpieprzyliśmy drzwi.

Lecz to, co ujrzałem wewnątrz, zalało moje serce lodem, zabierając całe ciepło, jakie czułem przez ostatnie tygodnie.

Rozdział 5

Nike


Nie miałam już siły. Tyle razy pieprznął mną o ścianę, tyle razy kopnął mnie w żołądek, że nie wiem jakim cudem nadal byłam przytomna. Jakim cudem jeszcze żyłam.

W pewnym momencie rzucił mną koło tego światła — gdy go dotknęłam, przestrzeń naokoło zmieniła się w podobną do tej, która była w moim śnie.

— Naprawdę jesteś wyjątkowa — rzekł rozglądając się i unosząc mnie ponownie za włosy. — Widzę, że masz dość woli by zmieniać otoczenie. No i takiej walki ze mną nie podjął się przed tobą jeszcze nikt — masz wyrazy mojego szacunku.

Wtedy coś rąbnęło w ciągle widoczne drzwi.

— Co to? — odwrócił się w ich stronę.

Kolejne rąbniecie, jeszcze silniejsze. I nagle coś wpadło do środka.

Dahaka zesztywniał, lecz ja już nic nie widziałam — ból odbierał mi zmysły.

Poczułam, jak mnie puszcza, a ja bezwładnie padłam na ziemię, tracąc przytomność.

Rozdział 6

Tate


Rafaelu, co to ma znaczyć?! — huknął tamten facet, ale ja nie mogłem oderwać oczu od Nike.

Moje ciało, moje serce zalały lód i pustka.

— Nie masz już nade mną władzy, nikt już cię nie posłucha.

— Ty zdrajco — rzucił czymś w nas i Rafael padł na ziemię, lecz zaraz znów się uniósł.

Nagle Beth wydarła do przodu, rycząc z bólu i wściekłości, a za nią pognał równie wściekły Finn.

— Pieprzone zwierzęta.

Czułem, jak oboje z nim walczą, czułem zapach ich krwi.

Lecz ja widziałem tylko Ją.

Ruszyłem wpatrzony w jej zalane krwią ciało, posiniaczone nawet na twarzy.

Padłem przy niej na kolana.

Jak w zwolnionym tempie, najostrożniej jak tylko umiałem, uniosłem ją i przytuliłem do siebie — czułem, że jej ciało jest połamane, oddech ledwo przedostaje się przez płuca.

Serce ledwo bije.

— Przywódco zmiennych, otrząśnij się! — usłyszałem głos Rafaela, który po chwili walnął obok nas o ziemię. — Otrząśnij się — błagał. — Jeśli on wygra, to wszyscy podzielą jej los!

— T… Ta…

Usłyszeliśmy cichutkie i spojrzeliśmy na nią. Jej oczy były niewidome, lecz i tak patrzyły na mnie.

— Nike — zapłakałem. — Nike… Nike…

— Ratuj ich — usłyszałem. — Ko… Kocham cię…

— Niech mi pan ją da — poprosił Rafael. — Zrobię co będę mógł, tylko proszę…

— Tate — usłyszałem nagle w głowie i spojrzałem na nią. — Jestem taka zmęczona.

— Trzymaj się — błagałem. — Proszę cię.

— Ratuj ich — prosiła. — Oni wszyscy… wszyscy cierpią. Nie chcę… by cierpieli.

— Wystarczy tego — usłyszałem i Rafael skoczył, zasłaniając nas własnym ciałem.

— Umrzecie wszyscy — powiedział ten psychol. — Dowiecie się, co to piekło z ręki wcielenia Szatana.

— Dahaka przestań — Rafel próbował. — Ty nie jesteś Szatanem!

— Milcz.

Poczułem podmuch i wszyscy runęliśmy na ziemię. Pilnowałem jednak, by Nike nic więcej się nie stało.

— On jest taki jak Ty! — zawołał znów Rafael, a tamten wrzasnął oszalały:

— Nikt nie jest taki jak ja! To ja jestem wybrańcem.

— Tate — znów usłyszałem i spojrzałem na nią. — Widzę Śmierć.

Przeraziłem się jeszcze bardziej.

— Ni…

— Ty… — przerwała mi i nagle jej oczy zaczęły się zmieniać. — Teraz rozumiem.

— Nike?

— Szukałeś mnie — szeptała. — Poprzez śmierć. Przez wieki… — jej zakrwawiona dłoń uniosła się drżąc do mojego mokrego policzka. — I znalazłeś mnie… Tanatosie.

Moje serce stanęło.

A wspomnienia zalały mnie tak, jak morze zalewa brzegi.

Rozdział 7

Rafael nie miał już sił, jednak bronił stojącej za nim dwójki całą swoją mocą, modląc się, by miał rację.

Kiedy poczuł za sobą mocne zawirowanie magii nie tylko on, ale i Dahaka wręcz zamarli.

— Rafaelu — usłyszał warkotliwy głos. — Zaopiekuj się nią.

Rafael bez słów, wykorzystując to, że Dahaka jest wstrząśnięty, kucnął przed Luną i jej partnerem, biorąc delikatnie od niego kobietę.

— Nie pozwolę jej umrzeć — obiecał.

Spojrzenie, które ujrzał, u Dahaki przeraziłoby go, lecz ten mężczyzna nie był taki jak Dahaka. Co więcej…

To spojrzenie miało zupełnie inne podłoże.

Mężczyzna wstał, a otaczające go wstęgi czerni tylko dodały grozy temu czarnemu, pełnemu zimnej nienawiści spojrzeniu.

Po chwili mężczyźni zaczęli walczyć, a Rafael skupił resztkę swoich mocy na uratowaniu Luny.

— Cholera — powiedział widząc, że jego moc leczenia jest zbyt osłabiona, a jej ciało zbyt wyniszczone, by wszystko współgrało tak, jakby chciał.

— Nike — nagle koło niego padła na kolana dość mocno zakrwawiona kobieta o długich, czarnych włosach. — Boże, Nike. Czy ona żyje?

Spojrzała mu w oczy, a on poznał po tych błękitnych oczach tygrysicę, która pomogła im wejść i jako pierwsza rzuciła się na Dahakę.

— Żyje, ale jest cała połamana. Próbuję, ale mam za mało mocy.

— Co mam zrobić? — zapytała.

Spojrzał na nią ponownie.

— Mogłabyś coś zrobić, tylko mając z nią więź.

— Więź? — zaczęła nagle podwijać rękaw bluzki. — Chodzi o to?

Zaskoczony ujrzał na jej nadgarstku tatuaż.

Spojrzał na nią ponownie.

— Daj jej krew. Jednak w ten sposób zwiążesz się z nią na wieczność.

Zobaczył, jak zębami rozgryza sobie bez wahania rękę.

— Moje życie i tak do niej należy.

Nie wiedział czemu, ale powstrzymał ją, nim przyłożyła kobiecie nadgarstek do ust.

— Umrzesz kiedy ona. Będziesz do niej należeć.

— Możesz tego nie zrozumieć. Jednak Nike jest dla nas najważniejsza. Nie dlatego, że jest Luną. Tylko dlatego, że to Nike.

Puścił jej dłoń.

Spojrzał na ledwo żyjącą kobietę w jego ramionach i powiedział, podejmując decyzję:

— Zaczynajmy.

Rozdział 8

Nike


Czułam się, jakbym płynęła w wodzie, która zabierała cały mój ból. Wszystko ogarniało ciepło — każda rana po prostu znikała.

W końcu zaczęłam czuć. Potem poczułam zapachy, moje uszy zaczęły wypełniać dźwięki.

Zdołałam otworzyć oczy.

— Nike! — Beth przytuliła mnie mocno.

— Beth — powiedziałam, tuląc ją w odpowiedzi. — Beth, jakim cudem ja… — spojrzałam na siebie, lecz mimo krwi na ciele i ubraniu byłam cała. — Jak? — zapytałam, a ona wyjaśniła:

— To dzięki niemu.

Spojrzałam w bok i zobaczyłam…

— To ty.

Mężczyzna uśmiechnął się słabo i nagle oparł się rękoma o podłogę.

— Jezu, dobrze się czujesz? — złapałam go za ramię, a on spojrzał na mnie wykończony.

— Jestem osłabiony. Ale to nie ważne — i spojrzał w bok.

Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, co się dzieje.

— Twój partner się przebudził — wyznał, a ja zaczęłam wstawać. Zaraz jednak mnie przytrzymał. — Nie podchodź teraz. To jest walka między nimi.

— Ale…

— Dahaka wierzył, że jest wcieleniem Szatana. Całkowicie oszalał, a teraz już nie ma w nim nic z człowieka. Kiedy twój partner się przebudził zrozumiał w końcu, że nie jest tym, kim myślał. Wiesz dlaczego?

Spojrzałam znów na dwa czarne cienie walczące ze sobą. Jeden miał w ręku ogromny miecz, drugi…

Zamarłam.

— Nawet nie wiemy, który jest który — wyznała Beth. — Wszyscy nasi czekają na koniec walki, ale go nie widać. Nawet nie wiemy, jak pomóc.

— Dlaczego nie wiecie? — zapytałam. — Przecież zapach…

— Jego zapach zniknął — wyznała Beth. — Jakby stał się kimś innym.

Mimo ich sprzeciwów wstałam.

— Czy uwolniliście wszystkich? — zapytałam.

— Tak. Ci, których nie można było ocalić, nie żyją — zrelacjonowała Beth.

— A lochy?

Poczułam, jak Rafael próbuje wstać i zaskoczona dojrzałam, że Beth pomaga mu się podnieść — zaraz jednak wróciłam spojrzeniem do walki.

— Uwolniliśmy ich — powiedział. — Teraz wszyscy czekamy.

Nie mogłam oderwać oczu od walczących. To była walka cienia przeciw cieniu — jedynie ich bronie jaśniały srebrem pośród światła gwiazd.

— Są niesamowici — powiedział Rafael. — Nigdy nie sądziłem, że ujrzę kogoś, kto jest w stanie walczyć przeciw Dahace na tym samym poziomie. Jednak jeśli wasz przywódca polegnie…

— Nie polegnie — rzekłam.

— Musisz wiedzieć, że przebudzenie w ten sposób bardzo wielu zgubiło. Twój partner jest wcieleniem Śmierci. Nawet jeśli wygra, będzie potrzebował chwili, by wrócić — będziemy musieli go złapać, żeby nikogo nie uśmiercił.

Wtedy nagle tamci zwarli się w powietrzu i walnęli o ziemię.

Ostrze tego, co był na górze opadło, odrąbując głowę drugiemu — tamten zamienił się w mgłę, która po chwili zniknęła.

— Na trzy — usłyszałam głos Rafaela, lecz rozkazałam ostro:

— Nie ruszać się!

Poszłam w stronę cienia.

— To może być Dahaka! — zawołał Rafael.

— Nike, stój! — zawtórowała Beth.

W tamtej chwili żyjące wcielenie Śmierci stanęło prosto, ustawiając się jak w moim śnie.

Szłam dalej.

Nagle ten — jednym ruchem — wycelował we mnie swoją srebrną kosą.

Czułam, że wszyscy chcą się rzucić ku mnie, lecz po raz pierwszy sięgnęłam w głąb siebie — do swoich mocy — by ich wszystkich unieruchomić.

Rozległy się krzyki, błagania bym nie szła, lecz ja szłam nadal, aż do chwili, gdy stanęłam naprzeciw kosy i trzymającego ją mężczyzny.

Spojrzałam na nią i po chwili spojrzałam na jej właściciela, w miejscu, gdzie powinna być twarz.

Dobrze wiedziałam, co wyrażają moje oczy i wiedziałam, co wszyscy naokoło myślą.

Czy ona zwariowała?

Podeszłam bliżej, napierając na górną część ogromnej broni.

— Dalej — powiedziałam z wyzwaniem. Nie tylko w oczach, ale i głosie. — Zrób to.

Uniósł ostrze, a ja dalej nęciłam:

— Dalej. Zrób to. Nie chybisz.

Nagle dłoń trzymająca kosę zadrżała, a ja rzuciłam się na postać z całym impetem.

Rozdział 9

Beth i Rafael — nie wiadomo skąd — znaleźli siłę, by za nią pobiec, lecz usłyszawszy jej słowa, a potem widząc unoszącą się kosę, Beth gwałtownie się zatrzymała, zatrzymując również Rafaela.

— Przecież ona jest wariatką — powiedział, lecz Beth nadal go nie puszczała.

— Patrz na nich — poprosiła tylko.

Wtedy nagle Nike skoczyła na postać, która… po prostu upadła do tyłu, poddając się jej ciężarowi.

— Co do… — Rafaela zatkało, gdy kosa — zamiast wbić się w kobietę — po prostu znikła, a czarna postać objęła nagle szlochającą dziewczynę.

Wszyscy wydarli do nich, gdyż ta wypuściła ich ze swojej mocy i otoczyli ich przejęci — Beth przeprosiła go i także pobiegła między nich.

— Rafaelu — usłyszał i jego ludzie, wszyscy co przeżyli, wszyscy co byli na tyle silni, by wyrwać się z mocy Dahaki, stanęli wokół niego. — Oni wygrali.

— Tak — przyznał, lecz nadal nie umiał w to uwierzyć.

W końcu podeszli do zebranych wokół dwojga Bogów zmiennych i przedostali się do nich — musieli mieć pewność…

Ujrzeli na ziemi przytulonych do siebie przywódców zmiennych, płaczących otwarcie w swoich ramionach.

Rafael padł na kolana, czując jak łzy ulgi zalewają jego policzki. Spojrzał w niebo, dziękując każdemu, kto tylko mógł go usłyszeć.

Nareszcie byli wolni.

Rozdział 10

Tate


Nie potrafiłem się nacieszyć. Nie potrafiłem nacieszyć się tym, że znów trzymałem swoją ukochaną Nike w ramionach.

— Tak się bałem — wyznałem cicho, zalewając się łzami. — Tak się bałem, że umrzesz.

— Ja także — wyznała płacząc i zaczęła całować mnie po twarzy. — Ale żyję, oboje żyjemy.

— Tak — przytuliłem ją mocniej. — Boli cię coś?

Pokręciła głową.

— Jak?

— To dzięki Rafaelowi — wyznała i spojrzeliśmy na siebie. — Nie wiem jak, ale uleczył mnie.

Spojrzałem obok niej, a ona podążyła za moim wzrokiem.

Ujrzeliśmy Rafaela i resztę jego ludzi, płaczących i patrzących na nas jak na zbawicieli.

— Dziękujemy — powiedział, wycierając łzy. — Uwolniliście nas. Co więcej, uratowaliście następnych przed tym samym losem.

Nike pociągła nosem i zaczęła macać się po kieszeniach.

Wyjęła chusteczkę, ale ta byłą cała we krwi.

— Przepraszam — rzekła do Rafaela. — Nie mam czystej chusteczki.

Wszyscy zaczęli się śmiać.

Lecz nie Rafael.

Wyglądał, jakby miał zamiar płakać jeszcze więcej.

— Dziękuję — powiedział jednak.

Złapałem delikatnie Nike i wstałem.

— Jedno pytanie — rzekł wtedy Finn, walcząc z cieknącym od płaczu nosem. — Tate, czym ty w końcu jesteś? Wilkiem? Czy Bogiem?

Nie wiedziałem co powiedzieć, lecz wyręczyła mnie Nike.

— Obojgiem — wyznała, obejmując mnie za szyję i wszyscy na nią spojrzeliśmy. — Podejrzewałam już dawno, że coś tu jest nie tak — pogłaskała mnie po policzku. — Aluzje kapłanów. Mój sen. Tamten rysunek.

— Rysunek? — zapytał Rafael.

Kiwnęła głową.

— Jeden z Obserwatorów pokazał mi bardzo stary rysunek. A gdy go zobaczyłam, mój mózg od razu pokazał mi mój sen. Sen, w którym widziałam Śmierć. Śmierć ze srebrną kosą.

Spojrzałem na nią bez słowa, przyglądając badawczo.

— Nie mogłaś być pewna, że to będę ja — powiedziałem w końcu.

— Nie — przyznała. — Pod tamtą postacią byliście identyczni, nawet wzrostem. Jednak miałam pewne wskazówki. W moim śnie widziałam śmierć trzymająca kosę, a w tle słyszałam wycie wilka. Poza tym… w ogóle się jej nie bałam — wyznała, a wszystkich aż zatkało. — Rysunek dopełnił całości. Przedstawiał rudego wilka, otoczonego przez opary gęstej, czarnej mgły przy łapach, wyjącego do księżyca.

Objęła mój policzek i spojrzała głęboko w oczy, aż nie mogłem oderwać od niej spojrzenia.

— I ostatnia wskazówka. Była już dawno, na samym początku tego, gdy się poznaliśmy.

— Jaka? — zapytałem.

— „Tanatos Terum” — zacytowała, a mnie zamurowało. — Dlaczego się tak podpisałeś w tamtej widomości pożegnalnej?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 18.09
drukowana A5
za 33.65