E-book
6.83
drukowana A5
16.97
drukowana A5
kolorowa
36.47
Wietnam

Bezpłatny fragment - Wietnam

Objętość:
46 str.
ISBN:
978-83-8126-924-7
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 16.97
drukowana A5
kolorowa
za 36.47

Wietnam

Mieszkańcy stolicy, w tym wypadku mam na myśli Warszawę, stolicę Polski, już dawno uznali sajgonki za naszą narodową potrawę. Może nie tak popularną jak kebab, który zdecydowanie jest polskim daniem narodowym numer jeden, ale odkąd do Polski zaczęli zjeżdżać Wietnamczycy rozpoczął się niesamowity run na orientalne kioski z szybkim jedzeniem. Królowały i królują tam właśnie sajgonki, w Wietnamie i wszędzie indziej znane pod nazwą „Spring Rolls”, jakby się ich pochodzenia wstydzili. Tak samo jak Japończycy wypierają się śledzia po japońsku, Francuzi fasolki po bretońsku, a Grecy ryby po grecku. A w końcu sajgonki to sajgonki, żadne tam „wiosenne rolki” — co za kretyńska nazwa.

Po „odzyskaniu niepodległości” liczna już w Polsce wietnamska diaspora „wzięła sprawy” w swoje małe azjatyckie łapki i jak grzyby po deszczu zalała nasze ulice niewielkimi barami o wdzięcznych nazwach, takich jak „Bao Long”, „Co Tu” czy jeszcze lepiej „Sai Gon”. Mój na zawsze najukochańszy nazywał się pieszczotliwie „Lilly” i prosperował przez długie lata na Placu Konstytucji.

Do tego akurat tak się ułożyło w moim życiu, że pracowałem sam u siebie, więc jeździłem cały dzień od klienta do klienta jako IT „komiwojażer”, Plac Konstytucji i bar „Lilly” często były miejscem mojego „obiadowania”, a koronnym daniem były oczywiście wielkie tłuste sajgonki z ryżem, polane czerwonym słodkim sosem chilli. Dziś większości tych barów już nie ma, przybyło za to eleganckich azjatyckich restauracji, prowadzonych pewnie przez tych samych Wietnamczyków, kiedyś kucharzy ulicznych, a dziś rekinów biznesu. Niemniej jednak sajgonki zostały, teraz może ładniej podawane, może mniej tłuste i w lepszym sosie, ale smakowi tamtych nic już nie dorówna, przynajmniej jak dla mnie.

Któregoś dnia poczułem właśnie „smaka” nie na Maca, ale na prawdziwą tłustą sajgonkę. Dalej moje myśli pobiegły już szybko- tyle jeździmy do Azji, więc czemu by nie pojechać do ojczyzny sajgonek? Na sajgonki do Sajgonu- gdy tylko wymówiłem zaklęcie od razu mnie pokręciło, wiec w tym roku jedziemy do stolicy południowego Wietnamu zobaczyć, jak smakuje oryginał.

Do Wietnamu można było polecieć bezpośrednio z Warszawy, ale tylko do Hanoi. Była tam kilka lat temu nasza córka i po jej opowieściach nie zapałaliśmy jakoś chęcią odwiedzenia stolicy Wietnamu, bo ani tam nie ma co oglądać, ani kupić, a poza tym mieszkańcy północnego Wietnamu białych jakoś podobno nie lubią, czemu ja akurat specjalnie się nie dziwię. Na dodatek była to pora deszczowa, co raczej wykluczało rejs po zatoce Ha Long, a to jedna z nielicznych atrakcji w pobliżu Hanoi. Daleko nam do „prawdziwych” turystów, zamiast plecaków taszczymy walizki, nie łazimy po górach, nie spływamy rzekami, więc nie wybieraliśmy się tam na dłużej. O włóczeniu się po górach i dolinach tego górzystego w sumie kraju mowy nie ma- i te odległości. Pociąg z Hanoi do Sajgonu jedzie trzydzieści sześć godzin- ja nawet byłbym chętny, ale żeńska część ekipy, odcięta na półtora dnia od sklepów, mogłyby tego nie przeżyć. W tej sytuacji postanowiłem, że polecimy na kilka dni tylko do Sajgonu, z Bangkoku zresztą, a resztę wakacji spędzimy w Tajlandii. Z Tajlandią już tak jest, że gdzie byśmy się nie wybierali i tak zawsze większość czasu właśnie tam spędzamy.

Jako, że w sierpniu była już wyprzedaż w Air Asia na następny rok, więc tydzień po powrocie z wakacji kupiliśmy bilety Bangkok — Ho Chi Minh na następny rok- w naprawdę dobrej cenie i teraz czekamy jedyne jedenaście miesięcy na wakacje i na oryginalne sajgonki oczywiście.

Lotus Ho Sen Hotel

Polecieliśmy z Bangkoku do Ho Chi Minh wieczorem- miało być inaczej, ale wyszło jeszcze inaczej. Ale po kolei- najpierw Wiesław, prawie rok wcześniej, kupował bilety w „szalonej promocji” Air Asia. Była tak szalona, że jak już uzgodniliśmy co i kiedy, to dla niego bilety były, a dla nas już nie, więc kupił nam na następny lot, około południa. Oni lecieli z Bangkoku z samego rana, mając w perspektywie prawie cały dzień na miejscu, my mieliśmy być wczesnym popołudniem, mieliśmy, bo Air Asia po paru miesiącach przysłała mi SMS, że „Your fly to Ho Chi Minh is canceled”. Na szczęście dało się przebukować bilety na lot wieczorny, więc zamiast zwiedzać Sajgon włóczyliśmy się po uliczkach starego Bangkoku, a wycieczka do Wietnamu skróciła się o cały dzień. Wreszcie polecieliśmy.

Podróżując do Wietnamu trzeba mieć wizę- nie będę się rozpisywał o zawiłościach jej uzyskania, ale ani proste, ani tanie to nie jest. Nie wychodząc z domu udało się Wiesławowi załatwić nam promesę wizy (taką jak w ambasadzie USA za 100 USD). Kosztowało nas to sporo, ale nie trzeba było marnować dwóch dni na wizyty w Wietnamskiej ambasadzie. Musieliśmy też wziąć ze sobą stertę papierów i zdjęcia do wizy właściwej. Na lotnisku wszyscy Azjaci poszli sobie prosto do odprawy, tylko białasy z promesami do kolejki, do okienka. Nie było najgorzej. Po godzinie mieliśmy już piękną wizę w paszportach i poszliśmy do kontroli granicznej. Nie radzę nikomu stroić sobie żartów- oficerowie w czapkach z czerwonym otokiem i żółtą gwiazdą, wyglądają i zachowują się jak w porządnym socjalistycznym kraju. To władza, a z władzą się nie zadziera. Obejrzał mnie takim wzrokiem przenikliwym, jak kapitan Sztirlitz, ale puścił i byliśmy w Socjalistycznej Republice Wietnamu.

Jeszcze tylko chcieli nas zrobić na numer z taksówką, ale to standard, nie ma o czym pisać. Rada dla tych, którzy tam lecą, przy wyjściu należy kierować się w lewo, aż do końca terminala. Są tam kantory, gdzie można wymienić walutę, i postój taksówek. Wszyscy włączają grzecznie licznik, ceny są bardzo niskie, my za kurs do centrum zapłaciliśmy około 20 PLN. Deszcz, który padał jeszcze przy lądowaniu, na szczęście zamienił się w małą mżawkę, było równie gorąco i wilgotno jak w Bangkoku, żadna różnica. W hotelu czekał na nas Wiesław z małżonką, bogatszy o cały dzień eksploracji stolicy południowego Wietnamu. Rano mieliśmy jechać na wycieczkę po delcie Mekongu, więc trzeba było szybko iść spać, bo dojechaliśmy około jedenastej wieczorem.

Hotel Lotus Ho Sen położony jest w bardzo dobrym miejscu, kilka minut spacerkiem od centrum, a jeszcze bliżej nadrzecznej promenady. Za to w spokojnej i cichej okolicy, co w Sajgonie jest bardzo ważne. W końcu jest to ten mityczny Sajgon, gdzie ruch uliczny stanowi jedną z największych atrakcji miasta.

W Wietnamie domy buduje się bardzo wąskie- przypomina to znane nam widoki z Amsterdamu czy innych stolic europejskich. Cała kamienica ma raptem z dziesięć metrów szerokości. Tu też jest to zasadą i dotyczy nie tylko starych, ale i nowych budynków. Na zdjęciu widać wejścia do dwóch sąsiednich, osobnych hoteli- nasz to ten po prawej. Na szczęście pokoje były bardzo obszerne, bo budynek był solidnie „wyciągnięty” w głąb. Nasz miał około trzydziestu metrów, był pięknie po wietnamsku urządzony i wyposażony we wszystko co trzeba. Jak za 40 USD, to zupełna rewelacja. Do tego duża łazienka, cała szafa ręczników, szczoteczki, szampony, kapcie, przybory do szycia, szlafroki, wielki telewizor i mini bar. Tu niespodzianka, chyba pierwszy raz nie musimy się szczypać, piwko i inne napoje są w cenach około 3 PLN, co dobrze rokuje. No to się napiliśmy i poszliśmy spać.

Wstajemy o szóstej rano. Od 6:30 do 8:30 jest śniadanie. Nie śniadanie, lecz uczta. Nie dość, że szwedzki stół, to wybór imponujący. Lada na zimno, lada na gorąco, sałatki, kanapki, rogaliki, ciastka i owoce.

Na początek szukam sajgonek- są w przekąskach, zaraz obok kolorowych kanapek z chleba tostowego. Małe, suche, jakby zupełnie bez tłuszczu, ciasto z zupełnie inną fakturą, no Bar Lilly to to zdecydowanie nie jest. Były pyszne, najpyszniejsze, delikatne jak aksamit o takim samym smaku. Czy tak wyglądają sajgonki w Sajgonie? Odpowiedź przyjdzie później. Potem obowiązkowo zupa PHO, kto nie jadł tej zupy u „Chińczyka” w Warszawie, a tu w wielkiej wazie na małym ogniu powoli bulgocze oryginał. Co mam powiedzieć, że to było właśnie to, taki banał, taka prawda. I największa radość, Kim Chi, trzy różne rodzaje, no to jedziemy bez trzymanki, do bólu i do łez. Samo to, co zjedliśmy na śniadanie, powinno kosztować 40 USD, więc pokój mamy darmo. Na koniec kawa Trung Nguen, za którą tak tęskniłem, ciastka, soki i owoce. Wszystko pyszne, pyszne i pyszne. Jak tu teraz gdzieś jechać skoro cała krew mi odpłynęła do żołądka i spać się chce?

Mekong

Jakoś o 7:30 wychodzimy przed hotel, podjeżdżają po nas busem i zaczynamy wycieczkę. Zawieźli nas do biura, gdzie czekamy na cały autobus. A Sajgon jak to Sajgon, szaleństwo na ulicach. Autobusy, ciężarówki, taksówki, samochody, skutery, rowery i riksze. Wszystko to w bezustannym ruchu, bez żadnych zasad, mijają się na milimetry- od samego patrzenia robi się słabo a czeka nas chodzenie po tych ulicach. Na razie jednak się tym nie martwimy, dziś nas będą wozić.

Zebrali się wszyscy, więc jedziemy. Przewodnik z nienagannym angielskim, mógłby prowadzić wieczorne talk show w telewizji, czarował nas opowiadaniem, co będzie, z zacięciem zawodowego komika, jakby własny talk show w amerykańskiej stacji prowadził. Przez pierwsze pół godziny podróży śmiałem się i płakałem ze śmiechu na przemian, gość ewidentnie się w tej pracy marnuje. Powiedziałem mu to na końcu- „facet to nie jest praca dla Ciebie, Ty zasługujesz na własny show w TV” — chyba mu się spodobało.

Wietnam jawi się nam przez okna autobusu jako kraj jeszcze biedny, ale na pewno rozwijający się w szybkim tempie. Jedziemy przez cały ten „cyrk”. Zapchane drogi, po których krąży wszystko, co ma więcej niż jedno koło. Nie brakuje bardzo egzotycznych, zbudowanych zapewne własnym sumptem, pojazdów przewożących ładunki, których by się człowiek nie spodziewał, jak na przykład świnie na skuterze, czasem także monstrualnie wielkich, jak gość na rowerze, którego widać nie było spod piramidy plastikowych konewek, które gdzieś tam wiózł. Poza drogą mrowie ludzi i tysiące domów, domków, garaży, komórek, dobudówek, nadstawek i co jeszcze człowiek jest w stanie zbudować. Chaos, absolutnie doskonały chaos, czyli Sajgon po prostu. Tajlandia odpada, tu się dopiero dzieje. Aż strach pomyśleć, co to będzie, jak oni się naprawdę rozkręcą.

Wreszcie wyjeżdżamy z miasta- chaos powoli zamienia się w płaską równinę, pokrytą ni mniej ni więcej tylko polami ryżowymi oczywiście. W końcu jesteśmy w Wietnamie.

Po godzinie postój, w sklepie oczywiście. Poza sklepami z pamiątkami, napojami i słodyczami jest dużo cienia, piękny ogród i żadnej namolności ze strony obsługi. Napiliśmy się pysznej, mlecznej i słodkiej jak ulepek kawy, zjedliśmy pyszne, słodkie jak ulepek lody. Od cukrowego uderzenia znów się nam spać zachciało i już bym położył się na hamaku pod palmą, gdy trzeba było jechać dalej- zawsze i wszędzie tak jest i nie tylko mnie się to przydarza. Nawet w telewizji narzekają na ekspresowe tempo wycieczek, więc czemu nie da się tego zmienić. Skoro w powszechnym użyciu jest już termin slow food, to może czas na slow travel. Wtedy ta wycieczka zamiast jednego dnia trwałaby pewnie z tydzień, ale obyłoby się bez tego bezustannego pośpiechu.

Jedziemy dalej. Przed nami most przez Mekong. To jest dopiero rzeka. Szczęka mi opadła, ale kamerę utrzymałem. Mówiąc Mekong mam na myśli jedną z jego licznych odnóg, bo w tym miejscu nie jest to już pojedyncza rzeka, lecz rozdzielona na kilka głównych i niezliczone ilości mniejszych rzek, zmierzających do ujścia w Morzu Południowo-Chińskim. Niemniej jednak wrażenie jest niesamowite, a mosty przeraźliwie długie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 16.97
drukowana A5
kolorowa
za 36.47