E-book
20.48
drukowana A5
65.93
Wierzeje Czasu

Bezpłatny fragment - Wierzeje Czasu

Kraków Anno Domini…


5
Objętość:
542 str.
ISBN:
978-83-8155-062-8
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 65.93

Wierzeje Czasu. Kraków Anno Domini…


Udaj się w wędrówkę w czasie, od IV do XXIV wieku.

Przygoda, w której przeszłość przeplata się z przyszłością, a każda decyzja może mieć wpływ na losy świata.


To podróż, która odsłania zagadki dziejów.

Twoim oczom ukaże się Kraków, jakiego jeszcze nie znasz. Jakiego nawet się nie spodziewasz… Pełen uroków i tajemnic, osnuty mrokiem dziejów, pokryty patyną wieków, naznaczony piętnem zbrodni. Gdzieś w zaułkach najbliższych dni czai się morderca.


W pogoni za skarbami przeszłości toczy się walka o istnienie przyszłości.


Lecz pamiętaj: osnowa świata to delikatna materia.

Jeden nieopatrzny ruch, a pęknie ona w szwach.


Podróż. Przygoda. Zagadka.

Czy odważysz się z nią zmierzyć?


www.wierzejeczasu.pl


Przejdź do 1.

1

Szanowny Podróżniku

Wyruszając w podróż pamiętaj, że przebiega ona między dwoma skrajnościami: z jednej strony — masz wolną wolę i decyzję wyboru drogi, którą chcesz podążać, z drugiej strony — nie zapominaj, że jesteś marionetką w rękach losu, który niejednokrotnie potrafi zaskoczyć. A więc, gdy staniesz na rozstajach, w Twej gestii jest wybór dalszego działania, wybieraj więc rozsądnie mając na uwadze cel tej podróży.

Co do reguł, którymi kieruje się Wszechświat… Czas upływa nieubłaganie, czasem się nawet nie spostrzeżesz…, paradoksy są uśmiechem losu, który może zgasnąć, a Wierzeje w pewnym momencie mogą się przed Tobą zatrzasnąć. Tu również masz wybór: albo podporządkujesz się narzuconym z góry prawom, albo je zignorujesz.

Jeśli wybierzesz pierwszą opcję — nie zapomnij o dzienniku podróży. Pokonując progi czasu sumiennie znacz swe działania, aby labirynt światów Cię nie pochłonął. Notatki na tę podróż znajdziesz w dalszej części mych zapisków. Skopiuj je wiernie i trzymaj się wytyczonego szlaku.

Jeśli jednak jesteś dzieckiem szczęścia, które los zwykł brać pod swe skrzydła — wówczas druga opcja jest Ci pisana i nic Cię nie będzie ograniczać. Wędruj swobodnie bez presji po zakamarkach czasu, korzystaj z przychylności gwiazd i przyjaznych ludzi na progu Wierzei Czasu. Wówczas dziennik podróży będzie Ci zbędnym balastem.

Decyduj więc i ponoś konsekwencje własnego wyboru.

Powodzenia i, być może, do zobaczenia.

Zygmunt Wiatorski

Jeśli chcesz grać z ograniczeniami przejdź do 2.

Jeśli grasz bez ograniczeń przejdź do opowiadania „Powrót ad fontes” — 3 lub streszczenia „Powrotu ad fontes” — 4.

2

Karta z DZIENNIKA PODRÓŻY

Pamiętaj o ograniczeniach w podróży...

Dwa rzuty kostką określą Twoje możliwości. Zaznacz kontury tylu kratek ile oczek w sumie wypadło. Każdorazowo, gdy trafisz na swej drodze na informację o zaznaczeniu przejścia, czasu lub paradoksu - odnotuj to na karcie podróży.


Odwiedzone lokalizacje:

____________________________________________________________________

____________________________________________________________________

____________________________________________________________________

____________________________________________________________________

____________________________________________________________________

____________________________________________________________________


Przejdź do opowiadania „Powrót ad fontes” — 3 lub streszczenia „Powrotu ad fontes” — 4.

3

„Powrót ad fontes”


Kraków, 25 marca 2025, wtorek, godzina 11.15.

Wiktoria nigdy nie przyznawała się do własnego wieku. Ale w tym momencie z całą przytłaczającą świadomością poczuła ciężar swych siedemdziesięciu dwóch lat. Próbowała rozprostować plecy, ściągnąć łopatki i dumnie unieść podbródek, ale nic z tego. Dopadło ją zmęczenie, mięśnie zastały się od bezruchu i niewygodnej pozycji. Już od ponad godziny tkwiła w bramie jednej z kamienic przy Mikołajskiej i spoglądała na znajdującą się naprzeciwko księgarnię. Musiała się upewnić, że jej wnuczka nie sprzeniewierzy się zapisom testamentu i podąży wyznaczonym śladem.

Wiedziała, że Eliris jest wystarczająco bystra i zdeterminowana, by pogrzebać jej legendę i odciąć się od dokonań babki. Wiedziała również, że wnuczce potrzebne jest do tego jedno jedyne spektakularne odkrycie. Wiktoria jednak aż za dobrze znała następstwa ingerencji w linie czasowe. Zdawała sobie sprawę, iż najdrobniejszy błąd oznacza zaprzepaszczenie lat pracy, więc z jawną ulgą odetchnęła widząc, jak Eliris w towarzystwie młodego mężczyzny wchodzi przez zielone drzwi do wnętrza sklepu. Skinęła głową sama do siebie i powoli ruszyła w kierunku wewnętrznego dziedzińca, z którego było przejście na sąsiednią ulicę. Nie wiedziała ile czasu zajmie jej wnuczce rozmowa z księgarzem, nie zamierzała się jednak o tym przekonywać. Ich spotkanie byłoby zbyt ryzykowne. Cóż… Eliris pochowała ją już dawno temu, a zmarłych, zresztą tak jak pamięć o nich, należy zostawić w spokoju.

Przekonała się, że wszystko idzie zgodnie z planem, najwyższa więc pora wracać do swojego stulecia. I umrzeć — dodała w myślach z rozbawieniem. Wiedziała, że gdy tylko przekroczy próg czasu natknie się na Richarda Deepre. A on nie pozostawi jej długo wśród żywych. Mogła tylko liczyć na to, że krnąbrna wnuczka tym razem jej nie zwiedzie i sama nie pozwoli się zabić. Teraz wszystko — pomyślała z pewnym niepokojem — zależy już wyłącznie od Eliris.


Kraków, dzień wcześniej — 24 marca 2025, poniedziałek, godzina 8.35.

Tylko w tym czasie można usłyszeć o klasycyzmie Herberta siedząc przy porannej kawie — stwierdziła z rozbawieniem Eliris przysłuchując się rozmowie przy sąsiednim stoliku. Dzień zapowiadał się nadzwyczaj pogodnie. Po porannym deszczu nie było już nawet śladu. Przyszła chwila na zastanowienie i uzupełnienie notatek w dzienniku podróży. Jak każdy wędrowiec Eliris miała obowiązek prowadzenia dokładnych zapisków — na wypadek zawirowań na liniach czasoprzestrzeni. No cóż… Wędrówki do przeszłości należały, z teoretycznego punktu widzenia, do nadzwyczaj niebezpiecznych. Nielicznym udawało się zdobyć licencję na przemieszczenia, a i tak wydawane były one rzadziej niż koncesje na tworzenie własnych klonów.

Przekraczając Wierzeje Czasu niejednokrotnie zastanawiała się nad ich fenomenem. I nad wszelkimi pułapkami, które na jej drodze stawiała przeszłość. Najmniejsza ingerencja mogła zmienić bieg wydarzeń i wpłynąć na tworzącą się właśnie linię czasoprzestrzeni, ale o tym wiedział dokładnie każdy z podróżujących. I dlatego też Eliris, której rodzinna tradycja przeznaczyła los odzyskiwacza książek, już od najmłodszych lat przyzwyczajana była do prowadzenie dokładnych dzienników. W tej chwili jej prywatna kolekcja obejmowała już ponad osiemdziesiąt tomów. Zgodnie z naukami babki — nigdy nie rozstawała się z notatnikiem, a zapiski prowadziła zawsze własnoręcznie. Był to zwyczaj wyróżniający się na tle obyczajów jej czasów, gdyż umiejętność odręcznego pisania była zdolnością dostępną już tylko nielicznym.

Dla Eliris Vermeer była to ósma wyprawa w przeszłość. Od daty jej własnych narodzin dzieliło ją w tej chwili ponad trzysta lat. To kawał czasu. Jej własne życie zdawało się teraz odległym snem, z którego zbudziła się, by powrócić do rzeczywistości. O wiele lepiej czuła się we wcześniejszych wiekach. Może dlatego, że w swoim własnym czasie musiała się wciąż mierzyć z rodzinną tradycją i legendą, jaką wokół siebie stworzyła jej babka Wiktoria. A to nie było łatwe — być na każdym kroku do niej porównywaną.

Siedząc w krakowskiej kawiarni zapisywała po kolei etapy podróży z Budapesztu. To tam zakotwiczono jeden z dwunastu progów czasu istniejących na Ziemi. Nigdy, od momentu ich odkrycia w 2096 roku, nie udało się dodać nowego przęsła do sieci. Współczesna nauka nie znajdywała wyjaśnienia dla funkcjonowania wierzei i z tego powodu, obawiając się ukrytych pułapek, wciąż ograniczano ich użycie. Dlatego też podróżnicy w czasie byli zdeterminowani ich rozmieszczeniem na globie. Eliris należała do nielicznych, których ten układ cieszył.

Dworzec kolejowy, biegnące szybko za oknem krajobrazy, krótkie notatki o spotkanych w przedziale współpasażerach, uwagi o ich rozmowach i o własnych, jakże ograniczonych odpowiedziach. Skrzętnie czyniła zapiski. Ubiory danego czasu zawsze ją fascynowały, była to swoistego rodzaju przebieranka, tak jak wielki bal maskowy, który wymaga odpowiednich strojów, znajomości zasad i obyczajów, i umiejętności wtopienia się w tłum. Tak też było z każdą z jej podróży…

Jeszcze kilka uwag o ostatniej rozmowie z operatorem i Richardem, którą odbyła tuż przed skokiem. Znów przestrzegali ją przed wszelkimi nieplanowanymi zakupami. Tak jakby sama dokładnie nie zdawała sobie sprawy z wszelkich zakazów narzuconych podróżnikom.

Swoje uwagi skończyła opisując kawiarnię i stoliki na wolnym powietrzu. Na każdym z nich ustawione były świeczka i mały bukiecik konwalii. Zastanawiała się, czy jeszcze nie za wcześnie na te kwiaty, ale botanika historyczna nie była akurat jej mocną stroną. Wzruszyła ramionami. Słysząc bicie dzwonów zerknęła na zegarek. Była dokładnie dziewiąta.

— Trzy minuty to za mało. Pięć to już nieścisłość — mruknęła cicho z pewną irytacją.

Wpajane od dzieciństwa zasady zawsze brały górę, nie było nawet sensu starać się ich zmieniać. Ukształtowano ją na doskonałego odzyskiwacza książek i tym właśnie była. Zapisała godzinę: 9.04. Zamknęła dziennik i starannie włożyła go do torby. Najwyższy czas ruszać sprawdzić skrytkę.


Kraków, 24 marca 2025, poniedziałek, godzina 9.00

Spoglądając zza załomu muru widział jak Eliris wstaje od stolika. Najwyższy czas — pomyślał z ulgą. Jeszcze kilka minut. Jak na razie wszystko zgadzało się z danymi, jakie otrzymał. Zerknął na zegarek. Czas powoli odmierzał ostatnie minuty.

Christian obserwował zbliżającą się do niego dziewczynę. Wyglądała dokładnie tak, jak na zachowanych podobiznach. Raczej wysoka, z włosami układającymi się w miedziane loki. Szła pewnie na wysokich obcasach z torbą przewieszoną przez ramię, kończąc ciastko zabrane z kawiarni. Jeśli to wszystko, co o niej słyszał, było prawdą, to czekało go ciężkie zadanie. Zmarszczył brwi ponownie zerkając na zegarek. Niecałe dwie minuty, a ona wciąż była daleko. Z trudem powstrzymał się, by do niej nie podejść. Musiał czekać. Stukot jej obcasów odmierzał czas…, z każdym krokiem zbliżała się do niego.

W momencie, gdy się z nim zrównała, chwycił ją mocno za ramię i wciągnął gwałtownie do bramy. Szybko przytrzymał jej rękę wyszarpującą z kieszenie paralizator. Trzeba było przyznać, że ma refleks. W błękitnych oczach Eliris zaskoczenie powoli ustępowało miejsca wściekłości.

— Puszczaj! Co ty sobie… — zaczęła.

— Uspokój się. Nie teraz.

Musiał silnie przytrzymać szamoczącą się dziewczynę, która w tym momencie spróbowała nadgarstkiem złamać mu nos. Spojrzał na nią z dezaprobatą.

— Może zaczekasz z tym choćby trzy minuty?

Eliris spojrzała na niego z uwagą mrużąc lekko oczy. Powoli skinęła głową. Przynajmniej tyle na razie udało się osiągnąć. Spojrzał jeszcze raz za załom muru, rzucił okiem na zegarek i szybko się wycofał ciągnąc ją dalej w głąb przejścia.


Kraków, 24 marca 2025, poniedziałek, godzina 9.03

Edward nie miał złudzeń co do swej przyszłej żony. Jeśli na dwa miesiące przed ślubem była w stanie wyciąć mu taki numer i pójść do łóżka ze swoim byłym chłopakiem, to raczej nie wróżyło dobrze temu związkowi. Zresztą nie ma co mydlić oczu, stwierdził filozoficznie popijając poranne espresso. Sam sobie był winien. Nikt normalny nie oświadcza się dziewczynie po dwóch tygodniach znajomości. Musiało mu coś na mózg paść, ale teraz, późno bo późno, odzyskiwał jasność widzenia. Z tego ślubu nic nie będzie. Szkoda tylko kasy, którą zdążył już wpakować w tę całą szopkę. Zamiast tego mógł jechać na Kubę, lub choćby do Syrii. A tu…? Ani wycieczki, ani żony. Dopił kawę i zdecydowanie odstawił filiżankę na spodek. Pora zabierać się i iść na zajęcia. Studenci pewnie już czekają.

Nie zdążył jednak podnieść się z krzesła, gdy oślepiło go jasne niebieskie światło. Co za cholera?, zdążył pomyśleć. Chwilę później powietrzem wstrząsnęła eksplozja. Ludzie siedzący przy stolikach osunęli się bezwładnie na ziemię. Niektórzy broniąc się przed upadkiem próbowali chwytać stołów i obrusów. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła.

Wszystko to trwało raptem kilka sekund.

W kawiarni na podłodze leżało dziewięć martwych ciał.


Kraków, 24 marca 2025, poniedziałek, godzina 9.04.

Chociaż znajdowali się dobrych kilkadziesiąt metrów od centrum wybuchu i osłaniał ich mur kamienicy — bezgłośna fala, która uderzyła w nich po eksplozji, wyrywała powietrze z płuc. Eliris osunęła się po ścianie i ciężko usiadła na ziemi. Przycisnęła zwinięte w pięść dłonie do klatki piersiowej i mocno zacisnęła powieki.

Christian przykucnął przed nią. Nic w tej chwili nie mógł zrobić. Nie była uodporniona na ten rodzaj promieniowania. Broń, która właśnie wybuchła w krakowskiej kawiarni, nie pochodziła z jej czasów, siłą rzeczy więc nie miała wszczepionej żadnej ochrony.

Jak przez mgłę słychać było ludzkie krzyki i płacz, chrzęst deptanych odłamków… W dali brzmiały już syreny. Przez uchylone skrzydło bramy widział, jak coraz więcej ludzi podąża w kierunku miejsca eksplozji. Nie mogli tu zostać. Trzeba było bezpiecznie dotrzeć do mieszkania i zastanowić się, co dalej. Czas uciekał. Zabójcy czaili się gdzieś wśród zakamarków najbliższych dni.


Szli wolno Plantami okrążając centrum i kierując się w stronę Karmelickiej. Eliris od czasu do czasu zerkała na swojego towarzysza. Postawny i wysoki, dwadzieścia pięć, siedem lat według miary XX wieku, co w jej czasach da jakieś trzydzieści pięć do czterdziestu — oceniła. Okulary w cienkich oprawach. Zastanawiała się, czy to kwestia dostosowania się do tego czasu, czy też maniery.

Wcześniej nie zaprotestowała, gdy postawił ją na nogi i poprowadził w głąb podwórza. Jak większość kamienic i ta miała bramę wychodzącą na sąsiednią ulicę. Przeszli kilkadziesiąt metrów nie oglądając się za siebie.

— Teoretycznie powinnam była właśnie zginąć — zaczęła spoglądając na jego skupioną twarz.

— Teoretycznie… Według moich informacji właśnie zginęłaś. I dobrze. Na szczęście większość jest o tym święcie przekonana — stwierdził. — Dzięki temu będziemy w stanie uratować ci życie.

— Czyli na razie ocaliło mnie przyzwyczajenie wpojone przez Wiktorię… Nie pytasz jakie przyzwyczajenie — dodała po chwili — więc zakładam, że wiesz. Tak samo jak musisz wiedzieć kim jestem ja i kim była Wiktoria. Mam rację?

Skinął głową.

— Trzy minuty to za mało. Pięć to już nieścisłość w czasie. Cztery dadzą ci przewagę — przytoczył słowa wypisane na jednym z gobelinów wiszących w rodzinnej bibliotece Vermeerów. — I gwoli wyjaśnienia, przysłała mnie twoja siostra.

— Anja? Przecież jestem tu dopiero niecałe dwa dni. Odzyskam księgę i wracam. Nie ma sensu wysyłać po mnie poszukiwacza.

— Nie jestem poszukiwaczem. A te dwa dni mierzysz według czasu subiektywnego.

Eliris przystanęła raptownie. Jej towarzysz odszedł jeszcze kilka kroków i dopiero wówczas się odwrócił.

— Jak się nazywasz? — spytała dziewczyna.

— Christian.

— Dość archaiczne imię — mruknęła.

— Nie mój wybór.

Podeszła do niego z uwagą wpatrując się w ciemne oczy.

— A nazywasz się…?

— Dewey.

Eliris zmarszczyła brwi. Słyszała już gdzieś to nazwisko. Nie mogło ono jednak być choćby pośrednio powiązane z jej dziedziną, gdyż wówczas pamiętałaby je. Dewey…? Czy widziała je w jakiejś publikacji? Nie mogła w tym momencie skojarzyć. A nie był to czas na jałowe przeszukiwanie pamięci.

— A czas obiektywny? Ile go upłynęło po moim przejściu? Przecież nie aż tyle, by Anja zaczęła się martwić.

— Dwadzieścia sześć…

— Jeśli tylko tyle — wpadła mu w słowo — to jeszcze nie powód do wszczynania paniki. Dwadzieścia sześć dni to tylko…

— Nie dni. Lat — rzekł Christian spoglądając na nią z troską. — Wyruszyłem dwadzieścia sześć lat po tobie.

Cisza, która nastała po tych słowach, zaczęła coraz bardziej ciążyć. Słychać było gwar ulicy i głośne rozmowy przechodzących obok ludzi, ale między nimi powietrze zamarło.

— Chodźmy stąd.

Christian chwycił ją w końcu za ramię i zmusił, by ruszyła z miejsca.

W głowie odbijał się głośny krzyk bawiących się nieopodal dzieci i daty, które zdawały się czystą abstrakcją. Przecież sama ma zaledwie dwadzieścia dziewięć lat. Za kolejne dwadzieścia sześć będzie ponad pięćdziesięcioletnią kobietą u szczytu kariery — tak jak planowała. A tu okazuje się, że wcale tych następnych lat nie ma. Że w jakiś sposób zostały jej zabrane. I jest jeszcze Anja. Jej siostra musi mieć prawie sześćdziesiąt lat. Może jest już matką. A może nawet babką.

Wyswobodziła ramię z uścisku Christiana i przysiadła na najbliższej ławce. Mężczyzna usiadł obok. Nie starał się jej pocieszać. Czekał cierpliwie, aż się odezwie.

— Jeśli nie wracałam przez ponad ćwierć wieku, to czemu nie posłali po mnie wcześniej?

— Ponoć posyłali. I to nie raz.

Śmiech przechodzących obok studentów brzmiał jej w uszach tonem złośliwej ironii. Omnia mutantur. Babka ciągle to powtarzała. Nie pozwoliła jej zapomnieć, że otaczający świat jest ciągle zmieniającą się układanką, zagadką, którą dostrzec mają chęć tylko nieliczni.

— Dlaczego więc nie powróciłam?

— Nie mogli cię znaleźć. A przynajmniej tak brzmi wersja z oficjalnego raportu. Wyglądało to tak, jakbyś rozwiała się w niebycie.

— Jakbym zginęła… W tym wybuchu… Świetnie. W takim razie skąd ty się tu wziąłeś i jak mnie znalazłeś?

Christian westchnął. Zaczepny ton Eliris nie ułatwiał mu zadania.

— Twoja siostra jakoś nie wierzyła w oficjalną wersją, to chyba nawyk, dziwactwo wpojone przez waszą rodzinę… W każdym bądź razie od lat starała się ciebie sprowadzić. Jednak od czasu twojego przejścia nikogo spoza służb Instytutu nie dopuszcza się do tego czasu. Samo w sobie jest to zastanawiające, ale w zasadzie nie dziwię się Predericowi.

— Kto to jest?

— Od kilkunastu lat jest szefem Instytutu. Sprawuje pieczę nad Wierzejami Czasu i w zasadzie jest przychylny wszelkim badaniom, pod warunkiem, że nie zagrażają continuum. Chociaż… Mnie też nie chciał dopuścić do tego czasu.

— Więc jak udało ci się tu przenieść?

Głos dziewczyny mimowolnie zdradzał zaciekawienie.

— Mały podstęp — rzekł wstając z ławki.

Poszła w jego ślady i podjęli przerwaną wędrówkę. W dali słychać było jeszcze odgłosy karetek i straży.

— Komuś bardzo zależało, by mnie zabić — stwierdziła podążając wzrokiem za przejeżdżającym ambulansem. — I skoro nie wróciłam do swego czasu to w pewien sposób mu się udało. Więc co to za podstęp? — wróciła do przerwanego toku.

— Prowadzę badania na temat ostatnich wypraw Wiktorii Vermeer.

— Ach…

— Ostatni skok był zakotwiczony niecały rok temu w Budapeszcie. Przeniosłem się tam i przeczekałem.

— Chcesz powiedzieć, że jesteś w tym czasie prawie rok?! — Spojrzała na niego z mieszaniną niedowierzania i strachu. Ale gdzieś w głębi budził się też podziw. — Zdajesz sobie sprawę, ile zawirowań w czasoprzestrzeni mogłeś spowodować?

— Dlatego wolę aż tak tego nie analizować. Uważałem na tyle, na ile byłem w stanie. Mieszkanie mojej rodziny znajduje się tu od stuleci. Jest też w moim czasie. Zawsze przeznaczano go dla podróżników. Więc zamieszkując w nim nikogo nie narażam. Sam niczego nie kupuję. Rodzina je zaopatruje. Moja ingerencja w ten czas ograniczona została do minimum.

Doszli do zbiegu ulic Karmelickiej i Szewskiej. Gdy stali przy przejściu ulicznym minął ich samochód lokalnej telewizji. Tuż za nim podążało żółte auto z anteną przymocowaną do dachu.

— Media ruszyły do boju — skomentował Christian stając w cieniu kamienicy.

— Czy w twoim czasie są zapiski z tego wydarzenia? — spytała Eliris starając się dyskretnie wyjąć z kieszeni komputer i przejrzeć zapis własnych notatek. Nie przypominała sobie, by analizując ten czas trafiła na jakąś informację o wybuchu. Szybko przebiegła pliki. — Nic. Tak jak myślałam.

Christian przyglądał się szybko migającym na czytniku datom.

— Może coś przeoczyłaś?

— Raczej zauważyłabym wybuch w planowanym miejscu i czasie pobytu — rzekła z nieukrywaną ironią. — Tak jak wszystkie większe napady i włamania, lokalne spory, manifestacje i katastrofy w ruchu transportowym. To podstawa

— Dobrze. Więc w momencie twojego wyruszenia tego wybuchu nie było. Ale kiedy ja przygotowywałem się do wyprawy i kompletowałem dane, on już tu był. Jaki stąd wniosek?

Eliris spojrzała na niego z lękiem. Mało co było w stanie ją tak zaskoczyć i przerazić. Ktoś, kto to zrobił, był geniuszem i szaleńcem zarazem. I hazardzistą o stalowych nerwach. Ryzykował życiem własnym i nieokreślonej liczby innych osób.

— Ktoś celowo zmodyfikował continuum — szepnęła.


Miasto M, obszar IV, 234 dzień, 2367 rok, godzina 17.00 czasu lokalnego

W zamkniętym pokoju umieszczonym w samym środku kompleksu siedziały naprzeciw siebie dwie osoby. Różnica między nimi nie dotyczyła tylko wieku. Kobieta mogła mieć około trzydziestu lat. Z jej twarz biły energia i zdecydowanie. Starszy od niej mężczyzna spoglądał przed siebie niewidzącym wzrokiem.

— Zaczynam się zastanawiać, czy twoja decyzja o zabiciu Thomasa była dobrym rozwiązaniem. — Kobieta stukała starannie wypielęgnowanymi paznokciami w szklany blat biurka. — Może należało się z tym wstrzymać? Bezpowrotnie straciliśmy szansę na odzyskanie księgi.

— Wiesz dobrze — głos mężczyzny okazał się nadzwyczaj mocny — że tu nie o niego chodziło. Odkrył, dlaczego zginęła Wiktoria Vermeer. Muszę przyznać, że wina leży po mojej stronie. Byłem zbyt nieostrożny. Ale wiesz równie dobrze jak ja, że trzeba było pochować Wiktorię, aby Richard Deepre mógł się przeistoczyć w Prederica. Nie mogłem pozostać przy dawnej tożsamości, to było zbyt ryzykowne.

— Wiem. Ale w tej chwili znów bardzo ryzykujesz. Christian udał się do przeszłości. Z pewnością będzie chciał znaleźć dowody związane z zabójstwem brata. I prawdopodobnie spróbuje się skontaktować z Eliris Vermeer.

— Tak… Eliris… Dwadzieścia lat temu była piękną młodą kobietą. I tak obiecująco zapowiadała się jej kariera — nie starał się nawet ukryć sarkazmu. — Udało mi się zatrzymać ją w XXI wieku, więc uda mi się zatrzymać tam i Christiana. Niesamowite… Teoretyczna sztuczka logiczna, która znalazła nadzwyczaj praktyczne zastosowanie… Odkryta zupełnie przypadkiem — uśmiechnął się z rozmarzeniem. — Nikt nie może wiedzieć kim jestem. Nikt. Nie po to zabiłem Wiktorię, aby teraz wciąż oglądać się za siebie i nasłuchiwać, czy po mnie nie przychodzą… Więc — dodał po chwili milczenia — udaj się tam, odbierz księgę i postaraj się zamknąć sprawę. Raz na zawsze. Mam nadzieję, że jasno się wyraziłem.

— Tak ojcze — rzekła Malea Rev podnosząc się z krzesła i kierując w stronę drzwi. — Zupełnie jasno.


Kraków, 24 marca 2025, poniedziałek, godzina 9.55

— Opowiedz mi dokładnie, na czym miało polegać twoje zadanie — zaczął Christian stawiając przed nią parujący kubek herbaty i siadając w fotelu naprzeciwko.

Znajdowali się w salonie dwupiętrowego mieszkania. Wokół na wyższym poziomie ciągnęła się antresola zastawiona regałami książek z wnękami kryjącymi drewniane drzwi. Eliris z ciekawością rozglądała się wokoło.

— Nie pochodzisz z rodu podróżników. Gdyby tak było znałabym twoje nazwisko — zaczęła. — Tymczasem masz rodzinę, która w przeszłości sprawowała funkcję opiekunów. Dlaczego?

— Na początku XXII wieku ustalono, że ograniczymy swoje ingerencje w czas. Sporządzono listę przedmiotów, po które ewentualnie będzie się można udać. Tym samym skupiliśmy się na badaniach, a do samych podróży wynajmujemy innych. Zresztą i tak rzadko to się zdarza.

— Dewey… Oczywiście — rzekła Eliris uśmiechając się do siebie. — Wiedziałam, że gdzieś słyszałam to nazwisko. Od prawie trzydziestu lat nie pojawia się ono w oficjalnych raportach. Twoja rodzina wchodzi w skład Rodu Andera. Nikogo nie zatrudnialiście, a ostatnia wyprawa owiana jest mgłą tajemnicy. Nie wiadomo, co sprowadziliście. A według Traktatu, który powstał przy okazji waszego zebrania rodzinnego na początku XXII wieku i który poza rodami podróżników podpisał też Instytut, macie prawo ujawnić artefakt dopiero po pięćdziesięciu latach od jego odzyskania. Niesamowite… — szepnęła. — Nie sądziłam, że kiedykolwiek się spotkamy.

W pomieszczeniu zapanowała cisza. Siedzieli naprzeciwko spoglądając na siebie z uwagą.

— Wiesz, że istnieją różne domysły na temat przedmiotów na tej liście? — rzuciła niby od niechcenia.

Christian skinął głową.

— I tu zaczyna się robić ciekawie — Eliris zawiesiła spojrzenie na gospodarzu. — Według teorii jednym z artefaktów, które postanowiliście odzyskać, jest ten, po który ja właśnie się wybrałam. Więc musisz wiedzieć, co to jest.

— Wiem — przyznał. — Ale to akurat nie był powód mojej podróży. Opowiedz mi zatem dokładnie, jak miało wyglądać twoje zadanie — powtórzył.

— Nie powiesz mi więc, co tu robisz?

— Na razie jest na to za wcześnie. Nie chcę zbyt ingerować w twój tok rozumowania. A więc…

Eliris przymknęła oczy, by zebrać myśli. Musi wszystko opowiedzieć jasno i przejrzyście, punkt po punkcie, zdecydowała. Zdawała sobie sprawę, że gra toczy się nie tylko o jej życie czy poszukiwany artefakt, ale również o całe continuum. A jej jedynym sprzymierzeńcem był siedzący naprzeciwko mężczyzna. Na ile można zaufać dopiero co poznanej osobie? Na tyle, stwierdziła, by w tej sytuacji opowiedzieć całą historię.

— Zazwyczaj zatrzymuję się w miejscach z góry ustalonych — zaczęła. — W czasie, jak wiesz, powstało kilkadziesiąt lokalizacji przeznaczonych dla podróżników, a każda z nich ma przypisanego opiekuna pochodzącego z danego czasu. Zwyczajowo w danej rodzinie przekazuje się tę funkcję i sekret z pokolenia na pokolenie. Tym samym z rodów opiekunów, których genealogia sięga do piętnastego wieku, dziewięćset lat później rekrutują się podróżnicy w czasie. Kilkusetletnie tradycje wywierają swój wpływ. Nie da się uwolnić od podszeptów przeznaczenia. Ale jest też inna kwestia, dość sporna i niezbyt chwalebna. Podróżnicy rzadko kiedy są pozbawieni własnych aspiracji i chęci uświetnienia rodu. Znając przyszłość ciężko powstrzymać się od ingerencji w przeszłość. Nigdy nie jest to jawne i bezpośrednie. Zazwyczaj polega wyłącznie na złożeniu depozytu bankowego na małą sumę. Przez dziesiątki i setki lat ta nieznaczna suma powoli rośnie i gdy podróżnik wraca do swego czasu staje się zamożnym człowiekiem.

— Wiem. Instytut, nie mogąc kontrolować tego typu działań, daje na nie ciche przyzwolenie.

— I tym samym — kontynuowała Eliris — zdobycie licencji podróżnika przez osobę spoza ściśle określonego grona graniczy z cudem. I tylko osoby z tego kręgu mogą sprawować pieczę nad kluczami do Wierzei Czasu. Jednak wbrew wszystkiemu nie zawsze sprowadza się wszystkie artefakty. Niektóre z nich zostawia się w przeszłości, bądź przez wzgląd na własny interes, bądź też dla następnych pokoleń. Badałeś ostatnią wyprawę Wiktorii. Wiesz zapewne, po co tu przybyła.

— Oficjalnie po pierwsze wydanie „Ballad i romansów” Mickiewicza. Ale według naszych badań było coś jeszcze. Coś o wiele bardziej cennego.

— To, co znajduje się w waszym Index Librorum Antiquitatum. Pierwodruk Biblii Gutenberga.

Christian przytaknął.

— Jednak nie dostarczyła księgi do swojego czasu. Nie wiadomo, czy ją w ogóle znalazła, gdyż zaraz po powrocie zginęła w wypadku.

— A jakiś czas później wyruszyłam ja i, jak twierdzisz, również zginęłam. To musiało dać do myślenia.

— I dlatego tu jestem. Pośrednio — przyznał. — Jeśli znajduje się tu Biblia Gutenberga zamierzam pomóc ci ją odzyskać. I sprowadzić cię z powrotem.

— A co ty z tego będziesz miał?

— Satysfakcję.

— I co jeszcze? — drążyła ciekawa, czy powie coś więcej.

— Czy Biblia tu jest? — spytał unikając odpowiedzi.

Wahanie Eliris było wyczuwalne.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 65.93