E-book
20.34
drukowana A5
65.93
Wierzeje Czasu

Bezpłatny fragment - Wierzeje Czasu

Kraków Anno Domini…


5
Objętość:
542 str.
ISBN:
978-83-8155-062-8
E-book
za 20.34
drukowana A5
za 65.93

Wierzeje Czasu. Kraków Anno Domini…


Udaj się w wędrówkę w czasie, od IV do XXIV wieku.

Przygoda, w której przeszłość przeplata się z przyszłością, a każda decyzja może mieć wpływ na losy świata.


To podróż, która odsłania zagadki dziejów.

Twoim oczom ukaże się Kraków, jakiego jeszcze nie znasz. Jakiego nawet się nie spodziewasz… Pełen uroków i tajemnic, osnuty mrokiem dziejów, pokryty patyną wieków, naznaczony piętnem zbrodni. Gdzieś w zaułkach najbliższych dni czai się morderca.


W pogoni za skarbami przeszłości toczy się walka o istnienie przyszłości.


Lecz pamiętaj: osnowa świata to delikatna materia.

Jeden nieopatrzny ruch, a pęknie ona w szwach.


Podróż. Przygoda. Zagadka.

Czy odważysz się z nią zmierzyć?


www.wierzejeczasu.pl


Przejdź do 1.

1

Szanowny Podróżniku

Wyruszając w podróż pamiętaj, że przebiega ona między dwoma skrajnościami: z jednej strony — masz wolną wolę i decyzję wyboru drogi, którą chcesz podążać, z drugiej strony — nie zapominaj, że jesteś marionetką w rękach losu, który niejednokrotnie potrafi zaskoczyć. A więc, gdy staniesz na rozstajach, w Twej gestii jest wybór dalszego działania, wybieraj więc rozsądnie mając na uwadze cel tej podróży.

Co do reguł, którymi kieruje się Wszechświat… Czas upływa nieubłaganie, czasem się nawet nie spostrzeżesz…, paradoksy są uśmiechem losu, który może zgasnąć, a Wierzeje w pewnym momencie mogą się przed Tobą zatrzasnąć. Tu również masz wybór: albo podporządkujesz się narzuconym z góry prawom, albo je zignorujesz.

Jeśli wybierzesz pierwszą opcję — nie zapomnij o dzienniku podróży. Pokonując progi czasu sumiennie znacz swe działania, aby labirynt światów Cię nie pochłonął. Notatki na tę podróż znajdziesz w dalszej części mych zapisków. Skopiuj je wiernie i trzymaj się wytyczonego szlaku.

Jeśli jednak jesteś dzieckiem szczęścia, które los zwykł brać pod swe skrzydła — wówczas druga opcja jest Ci pisana i nic Cię nie będzie ograniczać. Wędruj swobodnie bez presji po zakamarkach czasu, korzystaj z przychylności gwiazd i przyjaznych ludzi na progu Wierzei Czasu. Wówczas dziennik podróży będzie Ci zbędnym balastem.

Decyduj więc i ponoś konsekwencje własnego wyboru.

Powodzenia i, być może, do zobaczenia.

Zygmunt Wiatorski

Jeśli chcesz grać z ograniczeniami przejdź do 2.

Jeśli grasz bez ograniczeń przejdź do opowiadania „Powrót ad fontes” — 3 lub streszczenia „Powrotu ad fontes” — 4.

2

Karta z DZIENNIKA PODRÓŻY

Pamiętaj o ograniczeniach w podróży...

Dwa rzuty kostką określą Twoje możliwości. Zaznacz kontury tylu kratek ile oczek w sumie wypadło. Każdorazowo, gdy trafisz na swej drodze na informację o zaznaczeniu przejścia, czasu lub paradoksu - odnotuj to na karcie podróży.


Odwiedzone lokalizacje:

____________________________________________________________________

____________________________________________________________________

____________________________________________________________________

____________________________________________________________________

____________________________________________________________________

____________________________________________________________________


Przejdź do opowiadania „Powrót ad fontes” — 3 lub streszczenia „Powrotu ad fontes” — 4.

3

„Powrót ad fontes”


Kraków, 25 marca 2025, wtorek, godzina 11.15.

Wiktoria nigdy nie przyznawała się do własnego wieku. Ale w tym momencie z całą przytłaczającą świadomością poczuła ciężar swych siedemdziesięciu dwóch lat. Próbowała rozprostować plecy, ściągnąć łopatki i dumnie unieść podbródek, ale nic z tego. Dopadło ją zmęczenie, mięśnie zastały się od bezruchu i niewygodnej pozycji. Już od ponad godziny tkwiła w bramie jednej z kamienic przy Mikołajskiej i spoglądała na znajdującą się naprzeciwko księgarnię. Musiała się upewnić, że jej wnuczka nie sprzeniewierzy się zapisom testamentu i podąży wyznaczonym śladem.

Wiedziała, że Eliris jest wystarczająco bystra i zdeterminowana, by pogrzebać jej legendę i odciąć się od dokonań babki. Wiedziała również, że wnuczce potrzebne jest do tego jedno jedyne spektakularne odkrycie. Wiktoria jednak aż za dobrze znała następstwa ingerencji w linie czasowe. Zdawała sobie sprawę, iż najdrobniejszy błąd oznacza zaprzepaszczenie lat pracy, więc z jawną ulgą odetchnęła widząc, jak Eliris w towarzystwie młodego mężczyzny wchodzi przez zielone drzwi do wnętrza sklepu. Skinęła głową sama do siebie i powoli ruszyła w kierunku wewnętrznego dziedzińca, z którego było przejście na sąsiednią ulicę. Nie wiedziała ile czasu zajmie jej wnuczce rozmowa z księgarzem, nie zamierzała się jednak o tym przekonywać. Ich spotkanie byłoby zbyt ryzykowne. Cóż… Eliris pochowała ją już dawno temu, a zmarłych, zresztą tak jak pamięć o nich, należy zostawić w spokoju.

Przekonała się, że wszystko idzie zgodnie z planem, najwyższa więc pora wracać do swojego stulecia. I umrzeć — dodała w myślach z rozbawieniem. Wiedziała, że gdy tylko przekroczy próg czasu natknie się na Richarda Deepre. A on nie pozostawi jej długo wśród żywych. Mogła tylko liczyć na to, że krnąbrna wnuczka tym razem jej nie zwiedzie i sama nie pozwoli się zabić. Teraz wszystko — pomyślała z pewnym niepokojem — zależy już wyłącznie od Eliris.


Kraków, dzień wcześniej — 24 marca 2025, poniedziałek, godzina 8.35.

Tylko w tym czasie można usłyszeć o klasycyzmie Herberta siedząc przy porannej kawie — stwierdziła z rozbawieniem Eliris przysłuchując się rozmowie przy sąsiednim stoliku. Dzień zapowiadał się nadzwyczaj pogodnie. Po porannym deszczu nie było już nawet śladu. Przyszła chwila na zastanowienie i uzupełnienie notatek w dzienniku podróży. Jak każdy wędrowiec Eliris miała obowiązek prowadzenia dokładnych zapisków — na wypadek zawirowań na liniach czasoprzestrzeni. No cóż… Wędrówki do przeszłości należały, z teoretycznego punktu widzenia, do nadzwyczaj niebezpiecznych. Nielicznym udawało się zdobyć licencję na przemieszczenia, a i tak wydawane były one rzadziej niż koncesje na tworzenie własnych klonów.

Przekraczając Wierzeje Czasu niejednokrotnie zastanawiała się nad ich fenomenem. I nad wszelkimi pułapkami, które na jej drodze stawiała przeszłość. Najmniejsza ingerencja mogła zmienić bieg wydarzeń i wpłynąć na tworzącą się właśnie linię czasoprzestrzeni, ale o tym wiedział dokładnie każdy z podróżujących. I dlatego też Eliris, której rodzinna tradycja przeznaczyła los odzyskiwacza książek, już od najmłodszych lat przyzwyczajana była do prowadzenie dokładnych dzienników. W tej chwili jej prywatna kolekcja obejmowała już ponad osiemdziesiąt tomów. Zgodnie z naukami babki — nigdy nie rozstawała się z notatnikiem, a zapiski prowadziła zawsze własnoręcznie. Był to zwyczaj wyróżniający się na tle obyczajów jej czasów, gdyż umiejętność odręcznego pisania była zdolnością dostępną już tylko nielicznym.

Dla Eliris Vermeer była to ósma wyprawa w przeszłość. Od daty jej własnych narodzin dzieliło ją w tej chwili ponad trzysta lat. To kawał czasu. Jej własne życie zdawało się teraz odległym snem, z którego zbudziła się, by powrócić do rzeczywistości. O wiele lepiej czuła się we wcześniejszych wiekach. Może dlatego, że w swoim własnym czasie musiała się wciąż mierzyć z rodzinną tradycją i legendą, jaką wokół siebie stworzyła jej babka Wiktoria. A to nie było łatwe — być na każdym kroku do niej porównywaną.

Siedząc w krakowskiej kawiarni zapisywała po kolei etapy podróży z Budapesztu. To tam zakotwiczono jeden z dwunastu progów czasu istniejących na Ziemi. Nigdy, od momentu ich odkrycia w 2096 roku, nie udało się dodać nowego przęsła do sieci. Współczesna nauka nie znajdywała wyjaśnienia dla funkcjonowania wierzei i z tego powodu, obawiając się ukrytych pułapek, wciąż ograniczano ich użycie. Dlatego też podróżnicy w czasie byli zdeterminowani ich rozmieszczeniem na globie. Eliris należała do nielicznych, których ten układ cieszył.

Dworzec kolejowy, biegnące szybko za oknem krajobrazy, krótkie notatki o spotkanych w przedziale współpasażerach, uwagi o ich rozmowach i o własnych, jakże ograniczonych odpowiedziach. Skrzętnie czyniła zapiski. Ubiory danego czasu zawsze ją fascynowały, była to swoistego rodzaju przebieranka, tak jak wielki bal maskowy, który wymaga odpowiednich strojów, znajomości zasad i obyczajów, i umiejętności wtopienia się w tłum. Tak też było z każdą z jej podróży…

Jeszcze kilka uwag o ostatniej rozmowie z operatorem i Richardem, którą odbyła tuż przed skokiem. Znów przestrzegali ją przed wszelkimi nieplanowanymi zakupami. Tak jakby sama dokładnie nie zdawała sobie sprawy z wszelkich zakazów narzuconych podróżnikom.

Swoje uwagi skończyła opisując kawiarnię i stoliki na wolnym powietrzu. Na każdym z nich ustawione były świeczka i mały bukiecik konwalii. Zastanawiała się, czy jeszcze nie za wcześnie na te kwiaty, ale botanika historyczna nie była akurat jej mocną stroną. Wzruszyła ramionami. Słysząc bicie dzwonów zerknęła na zegarek. Była dokładnie dziewiąta.

— Trzy minuty to za mało. Pięć to już nieścisłość — mruknęła cicho z pewną irytacją.

Wpajane od dzieciństwa zasady zawsze brały górę, nie było nawet sensu starać się ich zmieniać. Ukształtowano ją na doskonałego odzyskiwacza książek i tym właśnie była. Zapisała godzinę: 9.04. Zamknęła dziennik i starannie włożyła go do torby. Najwyższy czas ruszać sprawdzić skrytkę.


Kraków, 24 marca 2025, poniedziałek, godzina 9.00

Spoglądając zza załomu muru widział jak Eliris wstaje od stolika. Najwyższy czas — pomyślał z ulgą. Jeszcze kilka minut. Jak na razie wszystko zgadzało się z danymi, jakie otrzymał. Zerknął na zegarek. Czas powoli odmierzał ostatnie minuty.

Christian obserwował zbliżającą się do niego dziewczynę. Wyglądała dokładnie tak, jak na zachowanych podobiznach. Raczej wysoka, z włosami układającymi się w miedziane loki. Szła pewnie na wysokich obcasach z torbą przewieszoną przez ramię, kończąc ciastko zabrane z kawiarni. Jeśli to wszystko, co o niej słyszał, było prawdą, to czekało go ciężkie zadanie. Zmarszczył brwi ponownie zerkając na zegarek. Niecałe dwie minuty, a ona wciąż była daleko. Z trudem powstrzymał się, by do niej nie podejść. Musiał czekać. Stukot jej obcasów odmierzał czas…, z każdym krokiem zbliżała się do niego.

W momencie, gdy się z nim zrównała, chwycił ją mocno za ramię i wciągnął gwałtownie do bramy. Szybko przytrzymał jej rękę wyszarpującą z kieszenie paralizator. Trzeba było przyznać, że ma refleks. W błękitnych oczach Eliris zaskoczenie powoli ustępowało miejsca wściekłości.

— Puszczaj! Co ty sobie… — zaczęła.

— Uspokój się. Nie teraz.

Musiał silnie przytrzymać szamoczącą się dziewczynę, która w tym momencie spróbowała nadgarstkiem złamać mu nos. Spojrzał na nią z dezaprobatą.

— Może zaczekasz z tym choćby trzy minuty?

Eliris spojrzała na niego z uwagą mrużąc lekko oczy. Powoli skinęła głową. Przynajmniej tyle na razie udało się osiągnąć. Spojrzał jeszcze raz za załom muru, rzucił okiem na zegarek i szybko się wycofał ciągnąc ją dalej w głąb przejścia.


Kraków, 24 marca 2025, poniedziałek, godzina 9.03

Edward nie miał złudzeń co do swej przyszłej żony. Jeśli na dwa miesiące przed ślubem była w stanie wyciąć mu taki numer i pójść do łóżka ze swoim byłym chłopakiem, to raczej nie wróżyło dobrze temu związkowi. Zresztą nie ma co mydlić oczu, stwierdził filozoficznie popijając poranne espresso. Sam sobie był winien. Nikt normalny nie oświadcza się dziewczynie po dwóch tygodniach znajomości. Musiało mu coś na mózg paść, ale teraz, późno bo późno, odzyskiwał jasność widzenia. Z tego ślubu nic nie będzie. Szkoda tylko kasy, którą zdążył już wpakować w tę całą szopkę. Zamiast tego mógł jechać na Kubę, lub choćby do Syrii. A tu…? Ani wycieczki, ani żony. Dopił kawę i zdecydowanie odstawił filiżankę na spodek. Pora zabierać się i iść na zajęcia. Studenci pewnie już czekają.

Nie zdążył jednak podnieść się z krzesła, gdy oślepiło go jasne niebieskie światło. Co za cholera?, zdążył pomyśleć. Chwilę później powietrzem wstrząsnęła eksplozja. Ludzie siedzący przy stolikach osunęli się bezwładnie na ziemię. Niektórzy broniąc się przed upadkiem próbowali chwytać stołów i obrusów. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła.

Wszystko to trwało raptem kilka sekund.

W kawiarni na podłodze leżało dziewięć martwych ciał.


Kraków, 24 marca 2025, poniedziałek, godzina 9.04.

Chociaż znajdowali się dobrych kilkadziesiąt metrów od centrum wybuchu i osłaniał ich mur kamienicy — bezgłośna fala, która uderzyła w nich po eksplozji, wyrywała powietrze z płuc. Eliris osunęła się po ścianie i ciężko usiadła na ziemi. Przycisnęła zwinięte w pięść dłonie do klatki piersiowej i mocno zacisnęła powieki.

Christian przykucnął przed nią. Nic w tej chwili nie mógł zrobić. Nie była uodporniona na ten rodzaj promieniowania. Broń, która właśnie wybuchła w krakowskiej kawiarni, nie pochodziła z jej czasów, siłą rzeczy więc nie miała wszczepionej żadnej ochrony.

Jak przez mgłę słychać było ludzkie krzyki i płacz, chrzęst deptanych odłamków… W dali brzmiały już syreny. Przez uchylone skrzydło bramy widział, jak coraz więcej ludzi podąża w kierunku miejsca eksplozji. Nie mogli tu zostać. Trzeba było bezpiecznie dotrzeć do mieszkania i zastanowić się, co dalej. Czas uciekał. Zabójcy czaili się gdzieś wśród zakamarków najbliższych dni.


Szli wolno Plantami okrążając centrum i kierując się w stronę Karmelickiej. Eliris od czasu do czasu zerkała na swojego towarzysza. Postawny i wysoki, dwadzieścia pięć, siedem lat według miary XX wieku, co w jej czasach da jakieś trzydzieści pięć do czterdziestu — oceniła. Okulary w cienkich oprawach. Zastanawiała się, czy to kwestia dostosowania się do tego czasu, czy też maniery.

Wcześniej nie zaprotestowała, gdy postawił ją na nogi i poprowadził w głąb podwórza. Jak większość kamienic i ta miała bramę wychodzącą na sąsiednią ulicę. Przeszli kilkadziesiąt metrów nie oglądając się za siebie.

— Teoretycznie powinnam była właśnie zginąć — zaczęła spoglądając na jego skupioną twarz.

— Teoretycznie… Według moich informacji właśnie zginęłaś. I dobrze. Na szczęście większość jest o tym święcie przekonana — stwierdził. — Dzięki temu będziemy w stanie uratować ci życie.

— Czyli na razie ocaliło mnie przyzwyczajenie wpojone przez Wiktorię… Nie pytasz jakie przyzwyczajenie — dodała po chwili — więc zakładam, że wiesz. Tak samo jak musisz wiedzieć kim jestem ja i kim była Wiktoria. Mam rację?

Skinął głową.

— Trzy minuty to za mało. Pięć to już nieścisłość w czasie. Cztery dadzą ci przewagę — przytoczył słowa wypisane na jednym z gobelinów wiszących w rodzinnej bibliotece Vermeerów. — I gwoli wyjaśnienia, przysłała mnie twoja siostra.

— Anja? Przecież jestem tu dopiero niecałe dwa dni. Odzyskam księgę i wracam. Nie ma sensu wysyłać po mnie poszukiwacza.

— Nie jestem poszukiwaczem. A te dwa dni mierzysz według czasu subiektywnego.

Eliris przystanęła raptownie. Jej towarzysz odszedł jeszcze kilka kroków i dopiero wówczas się odwrócił.

— Jak się nazywasz? — spytała dziewczyna.

— Christian.

— Dość archaiczne imię — mruknęła.

— Nie mój wybór.

Podeszła do niego z uwagą wpatrując się w ciemne oczy.

— A nazywasz się…?

— Dewey.

Eliris zmarszczyła brwi. Słyszała już gdzieś to nazwisko. Nie mogło ono jednak być choćby pośrednio powiązane z jej dziedziną, gdyż wówczas pamiętałaby je. Dewey…? Czy widziała je w jakiejś publikacji? Nie mogła w tym momencie skojarzyć. A nie był to czas na jałowe przeszukiwanie pamięci.

— A czas obiektywny? Ile go upłynęło po moim przejściu? Przecież nie aż tyle, by Anja zaczęła się martwić.

— Dwadzieścia sześć…

— Jeśli tylko tyle — wpadła mu w słowo — to jeszcze nie powód do wszczynania paniki. Dwadzieścia sześć dni to tylko…

— Nie dni. Lat — rzekł Christian spoglądając na nią z troską. — Wyruszyłem dwadzieścia sześć lat po tobie.

Cisza, która nastała po tych słowach, zaczęła coraz bardziej ciążyć. Słychać było gwar ulicy i głośne rozmowy przechodzących obok ludzi, ale między nimi powietrze zamarło.

— Chodźmy stąd.

Christian chwycił ją w końcu za ramię i zmusił, by ruszyła z miejsca.

W głowie odbijał się głośny krzyk bawiących się nieopodal dzieci i daty, które zdawały się czystą abstrakcją. Przecież sama ma zaledwie dwadzieścia dziewięć lat. Za kolejne dwadzieścia sześć będzie ponad pięćdziesięcioletnią kobietą u szczytu kariery — tak jak planowała. A tu okazuje się, że wcale tych następnych lat nie ma. Że w jakiś sposób zostały jej zabrane. I jest jeszcze Anja. Jej siostra musi mieć prawie sześćdziesiąt lat. Może jest już matką. A może nawet babką.

Wyswobodziła ramię z uścisku Christiana i przysiadła na najbliższej ławce. Mężczyzna usiadł obok. Nie starał się jej pocieszać. Czekał cierpliwie, aż się odezwie.

— Jeśli nie wracałam przez ponad ćwierć wieku, to czemu nie posłali po mnie wcześniej?

— Ponoć posyłali. I to nie raz.

Śmiech przechodzących obok studentów brzmiał jej w uszach tonem złośliwej ironii. Omnia mutantur. Babka ciągle to powtarzała. Nie pozwoliła jej zapomnieć, że otaczający świat jest ciągle zmieniającą się układanką, zagadką, którą dostrzec mają chęć tylko nieliczni.

— Dlaczego więc nie powróciłam?

— Nie mogli cię znaleźć. A przynajmniej tak brzmi wersja z oficjalnego raportu. Wyglądało to tak, jakbyś rozwiała się w niebycie.

— Jakbym zginęła… W tym wybuchu… Świetnie. W takim razie skąd ty się tu wziąłeś i jak mnie znalazłeś?

Christian westchnął. Zaczepny ton Eliris nie ułatwiał mu zadania.

— Twoja siostra jakoś nie wierzyła w oficjalną wersją, to chyba nawyk, dziwactwo wpojone przez waszą rodzinę… W każdym bądź razie od lat starała się ciebie sprowadzić. Jednak od czasu twojego przejścia nikogo spoza służb Instytutu nie dopuszcza się do tego czasu. Samo w sobie jest to zastanawiające, ale w zasadzie nie dziwię się Predericowi.

— Kto to jest?

— Od kilkunastu lat jest szefem Instytutu. Sprawuje pieczę nad Wierzejami Czasu i w zasadzie jest przychylny wszelkim badaniom, pod warunkiem, że nie zagrażają continuum. Chociaż… Mnie też nie chciał dopuścić do tego czasu.

— Więc jak udało ci się tu przenieść?

Głos dziewczyny mimowolnie zdradzał zaciekawienie.

— Mały podstęp — rzekł wstając z ławki.

Poszła w jego ślady i podjęli przerwaną wędrówkę. W dali słychać było jeszcze odgłosy karetek i straży.

— Komuś bardzo zależało, by mnie zabić — stwierdziła podążając wzrokiem za przejeżdżającym ambulansem. — I skoro nie wróciłam do swego czasu to w pewien sposób mu się udało. Więc co to za podstęp? — wróciła do przerwanego toku.

— Prowadzę badania na temat ostatnich wypraw Wiktorii Vermeer.

— Ach…

— Ostatni skok był zakotwiczony niecały rok temu w Budapeszcie. Przeniosłem się tam i przeczekałem.

— Chcesz powiedzieć, że jesteś w tym czasie prawie rok?! — Spojrzała na niego z mieszaniną niedowierzania i strachu. Ale gdzieś w głębi budził się też podziw. — Zdajesz sobie sprawę, ile zawirowań w czasoprzestrzeni mogłeś spowodować?

— Dlatego wolę aż tak tego nie analizować. Uważałem na tyle, na ile byłem w stanie. Mieszkanie mojej rodziny znajduje się tu od stuleci. Jest też w moim czasie. Zawsze przeznaczano go dla podróżników. Więc zamieszkując w nim nikogo nie narażam. Sam niczego nie kupuję. Rodzina je zaopatruje. Moja ingerencja w ten czas ograniczona została do minimum.

Doszli do zbiegu ulic Karmelickiej i Szewskiej. Gdy stali przy przejściu ulicznym minął ich samochód lokalnej telewizji. Tuż za nim podążało żółte auto z anteną przymocowaną do dachu.

— Media ruszyły do boju — skomentował Christian stając w cieniu kamienicy.

— Czy w twoim czasie są zapiski z tego wydarzenia? — spytała Eliris starając się dyskretnie wyjąć z kieszeni komputer i przejrzeć zapis własnych notatek. Nie przypominała sobie, by analizując ten czas trafiła na jakąś informację o wybuchu. Szybko przebiegła pliki. — Nic. Tak jak myślałam.

Christian przyglądał się szybko migającym na czytniku datom.

— Może coś przeoczyłaś?

— Raczej zauważyłabym wybuch w planowanym miejscu i czasie pobytu — rzekła z nieukrywaną ironią. — Tak jak wszystkie większe napady i włamania, lokalne spory, manifestacje i katastrofy w ruchu transportowym. To podstawa

— Dobrze. Więc w momencie twojego wyruszenia tego wybuchu nie było. Ale kiedy ja przygotowywałem się do wyprawy i kompletowałem dane, on już tu był. Jaki stąd wniosek?

Eliris spojrzała na niego z lękiem. Mało co było w stanie ją tak zaskoczyć i przerazić. Ktoś, kto to zrobił, był geniuszem i szaleńcem zarazem. I hazardzistą o stalowych nerwach. Ryzykował życiem własnym i nieokreślonej liczby innych osób.

— Ktoś celowo zmodyfikował continuum — szepnęła.


Miasto M, obszar IV, 234 dzień, 2367 rok, godzina 17.00 czasu lokalnego

W zamkniętym pokoju umieszczonym w samym środku kompleksu siedziały naprzeciw siebie dwie osoby. Różnica między nimi nie dotyczyła tylko wieku. Kobieta mogła mieć około trzydziestu lat. Z jej twarz biły energia i zdecydowanie. Starszy od niej mężczyzna spoglądał przed siebie niewidzącym wzrokiem.

— Zaczynam się zastanawiać, czy twoja decyzja o zabiciu Thomasa była dobrym rozwiązaniem. — Kobieta stukała starannie wypielęgnowanymi paznokciami w szklany blat biurka. — Może należało się z tym wstrzymać? Bezpowrotnie straciliśmy szansę na odzyskanie księgi.

— Wiesz dobrze — głos mężczyzny okazał się nadzwyczaj mocny — że tu nie o niego chodziło. Odkrył, dlaczego zginęła Wiktoria Vermeer. Muszę przyznać, że wina leży po mojej stronie. Byłem zbyt nieostrożny. Ale wiesz równie dobrze jak ja, że trzeba było pochować Wiktorię, aby Richard Deepre mógł się przeistoczyć w Prederica. Nie mogłem pozostać przy dawnej tożsamości, to było zbyt ryzykowne.

— Wiem. Ale w tej chwili znów bardzo ryzykujesz. Christian udał się do przeszłości. Z pewnością będzie chciał znaleźć dowody związane z zabójstwem brata. I prawdopodobnie spróbuje się skontaktować z Eliris Vermeer.

— Tak… Eliris… Dwadzieścia lat temu była piękną młodą kobietą. I tak obiecująco zapowiadała się jej kariera — nie starał się nawet ukryć sarkazmu. — Udało mi się zatrzymać ją w XXI wieku, więc uda mi się zatrzymać tam i Christiana. Niesamowite… Teoretyczna sztuczka logiczna, która znalazła nadzwyczaj praktyczne zastosowanie… Odkryta zupełnie przypadkiem — uśmiechnął się z rozmarzeniem. — Nikt nie może wiedzieć kim jestem. Nikt. Nie po to zabiłem Wiktorię, aby teraz wciąż oglądać się za siebie i nasłuchiwać, czy po mnie nie przychodzą… Więc — dodał po chwili milczenia — udaj się tam, odbierz księgę i postaraj się zamknąć sprawę. Raz na zawsze. Mam nadzieję, że jasno się wyraziłem.

— Tak ojcze — rzekła Malea Rev podnosząc się z krzesła i kierując w stronę drzwi. — Zupełnie jasno.


Kraków, 24 marca 2025, poniedziałek, godzina 9.55

— Opowiedz mi dokładnie, na czym miało polegać twoje zadanie — zaczął Christian stawiając przed nią parujący kubek herbaty i siadając w fotelu naprzeciwko.

Znajdowali się w salonie dwupiętrowego mieszkania. Wokół na wyższym poziomie ciągnęła się antresola zastawiona regałami książek z wnękami kryjącymi drewniane drzwi. Eliris z ciekawością rozglądała się wokoło.

— Nie pochodzisz z rodu podróżników. Gdyby tak było znałabym twoje nazwisko — zaczęła. — Tymczasem masz rodzinę, która w przeszłości sprawowała funkcję opiekunów. Dlaczego?

— Na początku XXII wieku ustalono, że ograniczymy swoje ingerencje w czas. Sporządzono listę przedmiotów, po które ewentualnie będzie się można udać. Tym samym skupiliśmy się na badaniach, a do samych podróży wynajmujemy innych. Zresztą i tak rzadko to się zdarza.

— Dewey… Oczywiście — rzekła Eliris uśmiechając się do siebie. — Wiedziałam, że gdzieś słyszałam to nazwisko. Od prawie trzydziestu lat nie pojawia się ono w oficjalnych raportach. Twoja rodzina wchodzi w skład Rodu Andera. Nikogo nie zatrudnialiście, a ostatnia wyprawa owiana jest mgłą tajemnicy. Nie wiadomo, co sprowadziliście. A według Traktatu, który powstał przy okazji waszego zebrania rodzinnego na początku XXII wieku i który poza rodami podróżników podpisał też Instytut, macie prawo ujawnić artefakt dopiero po pięćdziesięciu latach od jego odzyskania. Niesamowite… — szepnęła. — Nie sądziłam, że kiedykolwiek się spotkamy.

W pomieszczeniu zapanowała cisza. Siedzieli naprzeciwko spoglądając na siebie z uwagą.

— Wiesz, że istnieją różne domysły na temat przedmiotów na tej liście? — rzuciła niby od niechcenia.

Christian skinął głową.

— I tu zaczyna się robić ciekawie — Eliris zawiesiła spojrzenie na gospodarzu. — Według teorii jednym z artefaktów, które postanowiliście odzyskać, jest ten, po który ja właśnie się wybrałam. Więc musisz wiedzieć, co to jest.

— Wiem — przyznał. — Ale to akurat nie był powód mojej podróży. Opowiedz mi zatem dokładnie, jak miało wyglądać twoje zadanie — powtórzył.

— Nie powiesz mi więc, co tu robisz?

— Na razie jest na to za wcześnie. Nie chcę zbyt ingerować w twój tok rozumowania. A więc…

Eliris przymknęła oczy, by zebrać myśli. Musi wszystko opowiedzieć jasno i przejrzyście, punkt po punkcie, zdecydowała. Zdawała sobie sprawę, że gra toczy się nie tylko o jej życie czy poszukiwany artefakt, ale również o całe continuum. A jej jedynym sprzymierzeńcem był siedzący naprzeciwko mężczyzna. Na ile można zaufać dopiero co poznanej osobie? Na tyle, stwierdziła, by w tej sytuacji opowiedzieć całą historię.

— Zazwyczaj zatrzymuję się w miejscach z góry ustalonych — zaczęła. — W czasie, jak wiesz, powstało kilkadziesiąt lokalizacji przeznaczonych dla podróżników, a każda z nich ma przypisanego opiekuna pochodzącego z danego czasu. Zwyczajowo w danej rodzinie przekazuje się tę funkcję i sekret z pokolenia na pokolenie. Tym samym z rodów opiekunów, których genealogia sięga do piętnastego wieku, dziewięćset lat później rekrutują się podróżnicy w czasie. Kilkusetletnie tradycje wywierają swój wpływ. Nie da się uwolnić od podszeptów przeznaczenia. Ale jest też inna kwestia, dość sporna i niezbyt chwalebna. Podróżnicy rzadko kiedy są pozbawieni własnych aspiracji i chęci uświetnienia rodu. Znając przyszłość ciężko powstrzymać się od ingerencji w przeszłość. Nigdy nie jest to jawne i bezpośrednie. Zazwyczaj polega wyłącznie na złożeniu depozytu bankowego na małą sumę. Przez dziesiątki i setki lat ta nieznaczna suma powoli rośnie i gdy podróżnik wraca do swego czasu staje się zamożnym człowiekiem.

— Wiem. Instytut, nie mogąc kontrolować tego typu działań, daje na nie ciche przyzwolenie.

— I tym samym — kontynuowała Eliris — zdobycie licencji podróżnika przez osobę spoza ściśle określonego grona graniczy z cudem. I tylko osoby z tego kręgu mogą sprawować pieczę nad kluczami do Wierzei Czasu. Jednak wbrew wszystkiemu nie zawsze sprowadza się wszystkie artefakty. Niektóre z nich zostawia się w przeszłości, bądź przez wzgląd na własny interes, bądź też dla następnych pokoleń. Badałeś ostatnią wyprawę Wiktorii. Wiesz zapewne, po co tu przybyła.

— Oficjalnie po pierwsze wydanie „Ballad i romansów” Mickiewicza. Ale według naszych badań było coś jeszcze. Coś o wiele bardziej cennego.

— To, co znajduje się w waszym Index Librorum Antiquitatum. Pierwodruk Biblii Gutenberga.

Christian przytaknął.

— Jednak nie dostarczyła księgi do swojego czasu. Nie wiadomo, czy ją w ogóle znalazła, gdyż zaraz po powrocie zginęła w wypadku.

— A jakiś czas później wyruszyłam ja i, jak twierdzisz, również zginęłam. To musiało dać do myślenia.

— I dlatego tu jestem. Pośrednio — przyznał. — Jeśli znajduje się tu Biblia Gutenberga zamierzam pomóc ci ją odzyskać. I sprowadzić cię z powrotem.

— A co ty z tego będziesz miał?

— Satysfakcję.

— I co jeszcze? — drążyła ciekawa, czy powie coś więcej.

— Czy Biblia tu jest? — spytał unikając odpowiedzi.

Wahanie Eliris było wyczuwalne.

— Tak — przyznała w końcu i widać było, że potwierdzenie informacji wywarło na siedzącym naprzeciw mężczyźnie spore wrażenie. — Wiktoria, o czym mało kto wie, zostawiła testament — podjęła Eliris. — W rodzinie od początku było jasne, że to ja przejmę po niej funkcję odzyskiwacza. Tym samym niewiele osób nawet z samej rodziny wiedziało, że do testamentu dołączono również dzienniki, mapy i listy. Jeśli nie ma dodatkowych klauzuli, zazwyczaj takie dokumenty są umieszczane w sejfie na dwudziestoletni depozyt. Dopiero po tym czasie można się z nimi zapoznać. W ten sposób moja rodzina stara się uniknąć wewnętrznych sporów, gdyż znając naszą szczerość i złośliwość… Cóż, wiele po tych dziennikach można się spodziewać. Jednak czasami, bardzo rzadko, zdarza się, że dzienniki, o czym się dopiero dowiedziałam po śmierci babki, są przekazywane w zapisie konkretnej osobie. Ona dostała w ten sposób zapiski mojego pradziadka, a ja jej.

— I była tam informacja, która skłoniła cię do podróży — domyślił się Christian.

— Nie tyle informacja, ile bardzo ostro wyrażone polecenie — sprostowała. — Cóż, jakoś obie z babką niespecjalnie za sobą przepadałyśmy. I jak wynika z mojej obecnej sytuacji, tym swoim nakazem wpakowała mnie w sam środek nieistnienia.

— Więc dlaczego nawet po śmierci Wiktorii respektowałaś jej polecenie?

Eliris spojrzała na mężczyznę z nieukrywanym zdziwieniem.

— Coś zaczynam wątpić, czy rzeczywiście zajmujesz się badaniem biografii Wiktorii…

— Dlaczego?

— Jaka ona według ciebie była? — odpowiedziała pytaniem na pytanie.

— Urocza — stwierdził krótko.

— No właśnie! — Eliris gwałtownie podniosła się z fotela i podeszła do okna. — Wyjaśnij mi dlaczego, ilekroć mowa o Wiktorii, pada stwierdzenie, że była urocza? Urocza?! Czy wy w ogóle wiecie, o kim mówicie? Despotyczna egoistka, która poza swoją karierą nic nie dostrzegała! Skrajny egocentryk w typie choleryka! Wariatka!

Christian z zainteresowaniem obserwował Eliris, która szybkimi krokami przemierzała pokój tam i z powrotem wyrzucając z siebie ostre słowa. Wiedział, że między tymi dwiema kobietami panował jawny antagonizm, uprzedzono go o tym, ale nie zdawał sobie sprawy, że Eliris będzie aż tak gwałtownie reagować na wspomnienie babki. Z drugiej jednak strony, chociaż dla niego sprawa ta była już odległa w czasie, to dla niej nie upłynął przecież więcej niż rok od śmierci Wiktorii. Więc jej zachowanie, jakkolwiek impulsywne, było zrozumiałe.

Dziewczyna w końcu zatrzymała się twarzą do ściany, wzięła kilka oddechów, potrząsnęła głową, jakby chcąc pozbyć się złych wspomnień i w miarę uspokojona zajęła miejsce w fotelu naprzeciw.

— Jesteś ciekawy, dlaczego posłuchałam tak kategorycznego polecenia nieboszczki? Wiktoria była świetnym psychologiem i manipulowanie ludźmi miała we krwi. Doskonale wiedziała, że po jej śmierci, gdy obejmę stanowisko, będę się musiała, chcąc nie chcąc, zmierzyć z jej legendą. I tak się stało. Na każdym kroku wciąż mnie do niej porównywali. Do tej despotycznej wariatki, którą wszyscy jakimś sposobem uznawali za uroczą starszą damę! Potrzebowałam jakiegoś znaczącego odkrycia, by się od niej w końcu uwolnić. I co?! I zostawiła mi w testamencie namiary na Biblię Gutenberga z pełną świadomością, że takiego druku nie będę mogła żadnym sposobem zignorować. Wiedziała, że po niego wyruszę. A przecież Richard mnie ostrzegał…

— Richard?

— Richard Deepre. Mój przyjaciel. Rozmawialiśmy jeszcze tuż przed moim przejściem i mówił, że to jest zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Stwierdził, że… — urwała raptownie. — Co się stało? Bo przecież widzę po twojej minie, że znów coś jest nie tak.

Nie lubił być posłańcem złych wieści. Siedząca przed nim dziewczyna z napięciem czekała na odpowiedź. Z każdą chwilą jej twarz przybierała coraz bardziej ponury wygląd.

— Chyba muszę się napić. Herbata nie wystarczy. Masz coś?

Podniósł się i podszedł do barku. Wrócił z dwoma kieliszkami. Eliris wypiła jednym haustem i oczy jej się zaszkliły.

— Mocne — wyksztusiła. — O wiele mocniejsze niż się spodziewałam. Świństwo. A więc Richard nie żyje. A widziałam się z nim zaledwie przed dwoma dniami. Jak to się stało?

— Gdy już zaczęto się niepokoić twoim zniknięciem, choć jeszcze nikt tego tak nie nazywał, Richard Deepre poleciał do ośrodka na Marsie. Tam znajdował się Teofil Re.

— Szef Instytutu.

Przytaknął.

— Tylko on mógł podjąć decyzję o wysłaniu ekipy poszukiwaczy. Jednak statek po drodze uległ wypadkowi. Najprawdopodobniej mikroasteroida. Nikt nie przeżył. Przykro mi.

Eliris wpatrywała się w pustą szklankę trzymaną w dłoniach.

— A teraz ktoś próbuje mnie zabić — stwierdziła na pozór obojętnie. — Czy to ma jakiś związek?

— Nie wiem. Nikt dotąd nie łączył ze sobą tych wypadków. Trudno stwierdzić. Ale na razie, mimo wszystko, trzymajmy się wyznaczonego przez ciebie planu podróży. W jaki sposób miałaś przejąć księgę?


Kraków, 25 marca 2025, wtorek, godzina 11.15

Dzień był słoneczny i ciepły. Eliris, która zgodnie ze swoim zwyczajem wstała przed siódmą, zdążyła już uzupełnić zapiski w dzienniku i przejrzeć bibliotekę na antresoli. Zbiory były doprawdy imponujące. Jeśli przetrwały, czy też „przetrwają”… najbliższe trzysta lat to nie ma nic dziwnego w tym, że rodzina Christiana uznawana jest za jedną z najbogatszych. I przy okazji najbardziej wpływowych. W jej czasach Ród Andera był swego rodzaju szarą eminencją świata nauki i polityki. Jego członkowie sami nie zajmowali żadnych ważniejszych stanowisk, ale i tak znany był ich wkład w różnorakie decyzje Stowarzyszenia i Instytutu.

Rano nie rozmawiali wiele. Każde z nich zajęte było własnymi myślami. Teraz szli w milczeniu w stronę centrum miasta. Takie to niesamowite, że jedna z najcenniejszych ksiąg ludzkości leży sobie spokojnie od wczoraj w krakowskiej księgarni i czeka na odbiorcę, który się nie zjawi. Według rodzinnych badań zaraz po zleceniu kradzieży mocodawca został zabity, ale o tym nikt nie wiedział. Nadarzyła się więc okazja, by przejąć druk. Wystarczyło tylko zgłosić się w umówionym miejscu o określonym czasie i go odebrać. A następnie umieścić w bezpiecznej skrytce, która przetrwa do XXIV wieku. Mimo prostoty tego planu Eliris czuła niepokój. To było zbyt piękne, aby było prawdziwe — powtarzała sobie w myślach. Już sam fakt, że teoretycznie nie żyje, wprowadzał zbyt dużo zamętu.

Przecięli Mały Rynek i weszli na Mikołajską. Stare kamienice stały zwartą zabudową.

— To tu — rzekła Eliris wskazując zielone drzwi do księgarni.

W witrynie rozpięty był wielki plakat z uśmiechniętym mężczyzną, pod spodem leżał stos starannie poukładanych książek.

Pchnęli drzwi i znaleźli się w przyjemnym półmroku. W środku kilka osób kręciło się między półkami, jeszcze inne siedziały przy stolikach w głębi popijając poranną kawę, której aromat roznosił się po wnętrzu.

Podeszli do sprzedawcy.

— Czy dostanę nowe wydanie Shakespeare’a? — spytała Eliris. — Chodzi mi o „Wieczór trzech króli”.

— Proszę poczekać, powinienem go gdzieś jeszcze mieć — odparł sprzedawca i ruszył do regału ukrytego w kącie. — Ach tak, jest! — rzekł radośnie podając jej małą książkę.

Eliris spojrzała na nią ze zdziwieniem. Stojący obok Christian szybko wyjął wolumin z jej rąk i zajrzał do środka. Przerzucił kilka stron. Spojrzał na cenę z tyłu.

— Piękne wydanie… Więc my się jeszcze zastanowimy — rzekł zwracając ją sprzedawcy, który skinął głową z zadowoleniem.

Mężczyzna wziął Eliris pod rękę i wyprowadził ze sklepu.

Gdy tylko znaleźli się na ulicy dziewczyna gniewnie wyszarpnęła się i stanęła naprzeciwko.

— I co tam w środku było? Nie sądzisz, że to ja powinnam zajrzeć do ksiązki? — Ledwo maskowała złość. Co też on sobie wyobraża? To jej sprawa, jej książka! — Więc?!

— Trzeba było nie robić tak zaskoczonej miny. Czy ty myślałaś, że on da ci Biblię w środku pełnego ludzi sklepu? Kazał nam przyjść wieczorem — dodał szybko uprzedzając jej ripostę. — Po zamknięciu księgarni.


Siedzieli przy stoliku w cieniu arkad Collegium Maius. W odnowionych podziemiach znajdowała się kawiarnia zgodnie z podaniem historycznym opatrzona nazwą „U Pęcherza”. Niegdysiejszy właściciel bursy stał się teraz patronem studenckich posiedzeń nad notatkami. Eliris dyskretnie wyciągnęła komputer. Przypominał emaliowaną puderniczkę i z daleka niczym się nie wyróżniał. Zrobiono go na zamówienie właśnie w tym celu. Postawiła go na stoliku i uchyliła wieczko, aby mógł bez przeszkód zbierać informacje z otoczenia.

— Zdaję sobie sprawę, że choć w obecnych czasach istnieje ponad czterdzieści egzemplarzy Biblii Gutenberga, to do XXIV wieku dotrwały tylko cztery. I rzeczywiście Biblia jest jedną z pozycji na naszej liście — zaczął Christian. — Jednak wydaje się dziwne, że Wiktoria aż taką wagę przykładała do tej księgi.

Dziewczyna z błyskiem w oku spojrzała na swego towarzysza.

— Bo to raczej nie była zwykła księga. Przed dwoma miesiącami — zaczęła rozsiadając się wygodnie na krześle i uważnie spoglądając na strażnika obchodzącego dziedziniec — …licząc według obecnej rachuby czasu, odkryto jeszcze jeden egzemplarz „Biblii 42-wierszowej”. W Moguncji. Według badań historycznych to właśnie tam Jan Gutenberg, rzemieślnik zajmujący się złotnictwem, złożył swój pierwszy warsztat. Po erze kodeksów rękopiśmiennych i ksylografów przeszedł czas na czcionkę drukarską. Rozbłysła Galaktyka Gutenberga. Jednak znaleziony egzemplarz różni się od pozostałych, o czym jeszcze nikt nie wie. Jak dotychczas miało go w ręku tylko dwóch naukowców. Pierwszy zrobił standardowy opis i wycenę. I prawdopodobnie, gdyby poprzestano tylko na tym, właściciel wystawiłby Biblię na aukcji. Jednak zdecydowano się na drugą ekspertyzę, chcąc prawdopodobnie potwierdzić autentyczność. Drugi badacz znalazł w druku coś niezwykłego. Analizując krój liter dostrzegł różnice między nowym egzemplarzem a tymi dotychczas znanymi. Drobne przesunięcia. Jednak dało to podstawę do daleko idących wniosków.

— Znaleziono pierwodruk Biblii Gutenberga… — szepnął mężczyzna.

— Właśnie. Dotychczas badacze tylko przypuszczali, że musiał takowy istnieć. Biorąc pod uwagę niezwykłą precyzję składu i, jak na owe czasy, dojrzałą typografię druku Gutenberga prawie niemożliwością było, by tak od razu, bez prób i poprawek, mógł on złożyć „Biblię 42-wersową”. Lecz o odkryciu ktoś się musiał dowiedzieć. Biblia została skradziona, a naukowca znaleziono martwego w jego mieszkaniu. Według oficjalnej wersji popełnił samobójstwo, lecz w świetle naszych danych było to morderstwo. Właściciel zgłosił kradzież Biblii, postawiono na nogi organy ścigania, rozesłano informację do wszelkich handlarzy, ale księga przepadła. Do XXIV wieku nie pojawia się o niej żadna wzmianka.

— Skąd więc wiesz, że był to pierwodruk?

Eliris rzuciła mu rozbawione i pełne satysfakcji spojrzenie.

— Ponieważ naukowiec tuż przed śmiercią wysłał list do swego siostrzeńca i podzielił się w nim tą informacją. A list ten, zupełnym zrządzeniem losu, wraz z innymi papierami, trafił do mojej rodziny podczas aukcji kolekcjonerskiej przed dwudziestoma laty. Wiesz zapewne — kontynuowała — że na takich aukcjach sprzedaje się dokumenty w pakietach. Zazwyczaj dla jednej kartki papieru kolekcjonerzy są w stanie kupić całe pudło bezwartościowych szpargałów. I tym razem było podobnie. Wiktoria chciała mieć jeden z listów Ameliusza Winn…

— Pierwszego biografa i przyjaciela Lirii Calavri. Nie wiedziałem, że macie coś takiego w swej kolekcji. Przecież sprawa Odeonów wciąż fascynuje większość naukowców.

— Tak. I właśnie dlatego trzymamy ten nabytek w tajemnicy. I mam nadzieję, że tak zostanie — zaakcentowała. — W każdym bądź razie… Gdy Wiktoria przywiozła dokumenty do domu i je przejrzała, znalazła właśnie ten list — Eliris wyciągnęła z torby notatnik i podała Christianowi otwierając na zaznaczonej stronie.

Mężczyzna szybko przebiegł wzrokiem tekst.

— Zadziwiające…

— Zadziwiające — przytaknęła. — Wiktoria, nie mówiąc nikomu o tym odkryciu, zaczęła samodzielne badania. O ich wynikach dowiedziałam się dopiero przeglądając jej dzienniki. I tam też znalazłam polecenie, by wyruszyć po księgę i ją sprowadzić. Udało jej się mianowicie dowiedzieć… — Eliris przerwała na chwilę czekając, aż przechodząca obok kobieta znajdzie się poza zasięgiem głosu — że zaraz po kradzieży Biblię przewieziono do Krakowa. I dlatego tu jesteśmy.

— A co z mocodawcami? Przecież zarówno kradzież księgi, jak i zabójstwo naukowca musiał ktoś zlecić i opłacić.

— Tak. Ale ta osoba trzy dni temu zginęła w wypadku samochodowym w północnych Włoszech. A nikt się nawet nie domyśla, że miała cokolwiek wspólnego z kradzieżą Biblii.

— A złodzieje?

— Zawodowcy. Biorą honorarium za wykonanie zadania. Pieniądze wpłynęły na konto, więc dla nich sprawa jest zamknięta i zapomniana.

Od ścian wewnętrznego dziedzińca odbiły się pierwsze takty „Gaudeamus Igitur”. Eliris zerknęła na zegarek. Była dokładnie trzynasta.

— Jest jeszcze sporo czasu. Może masz ochotę zwiedzić Muzeum Uniwersytetu? — spytała wstając i wskazując skinieniem głowy drzwi wejściowe do budynku. — Przechowują tu między innymi berła uniwersyteckie…


Kraków, 25 marca 2025, wtorek, godzina 18.20

— Jak na mój gust, to jest w tej historii zdecydowanie za dużo trupów — rzekł Christian spoglądając na rozlewającą się powoli kałużę krwi. — Najlepiej zrobimy, jeśli się zaraz stąd wyniesiemy.

— A Biblia?

— Chyba nie sądzisz, że jeszcze tu jest. Prawdopodobnie ktoś już ją zabrał. I pozbył się kolejnego świadka. Najwyższa pora, żebyśmy byli daleko stąd. Jeśli policja albo ktokolwiek inny nas tu zastanie, to nie będziemy się mogli z tego wytłumaczyć. Możesz uznać, że księga przepadła. Trzeba poczekać i próbować dostać do wglądu akta ze śledztwa. To chyba jedyne wyjście. Eliris…!

— Kto to mógł być? — dziewczyna uparcie wpatrywała się w leżące na podłodze ciało. — Ktoś z tego, czy z innego czasu?

— Pojęcia nie mam, ale naprawdę musimy już iść. I to najlepiej tylnym wyjściem, żeby nikt nas tu nie zauważył.

— Ktoś mógł widzieć, jak wchodzimy.

— Mógł. Pewności nie ma. Ale i tak znajdą zwłoki najwcześniej jutro rano, więc zyskujemy kilkanaście godzin.

Eliris, uważając by niczego nie dotknąć, weszła za ladę i zajrzała pod nią. Na dolnej półce leżał egzemplarz Shakespeare’a, który sprzedawca pokazywał im rano. Szybko go przekartkowała i schowała do torby.

— No chodź już — niecierpliwił się Christian biorąc ją pod ramię i kierując w stronę zaplecza.

Przechodzili na sąsiednie podwórze, gdy usłyszeli wybuch. W odległym już oknie księgarni pojawiły się płomienie.

— Pożar zrobi swoje — stwierdził mężczyzna przystając na chwilę.

— Komuś bardzo zależy, by zatrzeć za sobą wszelkie ślady — rzekła Eliris sięgając po zabraną książkę. — Jednak albo za bardzo się spieszył, albo po prostu nie był zbyt dociekliwy. Popatrz, co było w środku.

W otwartej dłoni trzymała medalion.

Christian wziął go, by się przyjrzeć. Okrągła metalowa płytka średnicy około siedmiu centymetrów zrobiona była prawdopodobnie z platyny. W środku wtopiono czerwony kamień, naokoło umieszczono sześć mniejszych, kryształowych.

— To jakiś wisiorek? — chciał wiedzieć Christian.

— Nie jakiś, ale bardzo konkretny — Eliris odebrała medalion i schowała go do kieszeni. — To jedna z ulubionych ozdób Wiktorii.

— Hmm… Daje do myślenia. Ale lepiej się ruszmy. — Rozejrzał się wokoło sprawdzając, czy nikogo nie ma w pobliżu. — Wiesz, dokąd powinniśmy teraz iść?

— Tak — rzekła zwracając się do niego z uśmiechem Eliris. — Wydaje mi się, że wiem. Jednak jest pewien problem…

— Jaki?

— Musimy poczekać do jutra. Jeśli się nie mylę chodzi o kościół Dominikanów. Jest już po osiemnastej, więc trwa msza. W kościele jest za dużo ludzi. Po mszy zresztą też tak szybko nie wyjdą, a na noc budynek jest zamykany. Musimy poczekać do rana.


Kraków, 26 marca 2025, środa, godzina 7.40

Coś było nie tak. Wybudził go jakiś hałas, ale do końca nie mógł sprecyzować, czemu go to niepokoi. Leżał więc z zamkniętymi oczami i wsłuchiwał się w dźwięki dochodzące z zewnątrz. Nie tak wyobrażał sobie tę podróż w przeszłość. Wiedział, że Wiktoria Vermeer, wbrew większości utrwalonych opinii, nie była ideałem, ale może właśnie dzięki temu ta postać tak go fascynowała. Jej wnuczka była równie uparta i niezależna, choć z tego podobieństwa nie zdawała sobie sprawy. Jednak Wiktoria doskonale wiedziała co robi, powierzając zadanie sprowadzenia Biblii właśnie Eliris. Christian z zainteresowaniem obserwował jej działania starając się ograniczyć swą ingerencję do minimum. To było jej życie, jej przygoda.

Dzisiejszy dzień jednak miał się różnić od pozostałych i ta świadomość nie była dla niego przyjemna. Lubił wiedzieć, co się stanie i dzięki temu mieć przewagę. Z drugiej jednak strony aż za dobrze znał następstwa ingerencji w czasoprzestrzeń i dlatego pocieszał się, że postępując w myśl wyznaczników doprowadził Eliris aż do tego punktu nie powodując tym samym większych zawirowań.

Jednak ciągle umykało mu to, co najważniejsze. Będąc w tym czasie ponad rok i, wbrew temu, co starał się twierdzić, nieustannie zważając na konsekwencje swych działań, nie miał siły, by po raz nie wiadomo który analizować wydarzenia poprzedzające jego przejście do tego czasu. Wiedział, że ani śmierć Wiktorii, ani też śmierć jego brata Thomasa nie były przypadkowe. Thomas zginął, bo badając nielegalne wykorzystanie przejścia czasowego i nieoficjalny handel artefaktami odkrył zabójców Wiktorii. Jednak nie udało się mu zostawić żadnej wskazówki, co do ich tożsamości. Jedynym więc wyjściem było zbadanie przyczyn śmierci Wiktorii. Skoro Thomasowi się to udało, to również on nie powinien mieć większych problemów. Jednak roczna bezczynność i oczekiwanie na przybycie Eliris spowodowały, że zaczął się już niecierpliwić. To był majstersztyk — pomyślał z rozbawieniem — ukryć przed Prederikiem prawdziwy powód wyprawy.

Nagle wrócił myślami do rzeczywistości i zaczął się wsłuchiwać w dźwięki z mieszkania. Brakowało jednego. Szybko wstał z łóżka i przeszedł piętro zaglądając do pozostałych pomieszczeń. Nigdzie nie było Eliris. Na dole w kuchni przy ekspresie znalazł kartkę. Zmiął ją i cisnął do kosza.

Powinien być bardziej czujny!, wyrzucał sobie idąc szybko na górę. Nie sądził, że dziewczyna wyjdzie tak wcześnie. A teraz musiał się pospieszyć, by uchwycić bieg wydarzeń.

Niecałe pięć minut później zamknął za sobą drzwi mieszkania.


Ławki w parku były zielone. W tym specyficznym odcieniu, który wybija się spośród zieleni traw i drzew, a równocześnie się z nią nie kłóci. Odcień opróżnionych butelek wina, pomyślała Eliris, odrywając na chwilę wzrok od zapisywanej właśnie kartki w dzienniku. Czekała na Christiana. Wiedziała, że zaraz powinien się zjawić.

Wczoraj, zanim zapadła w sen, jeszcze raz przejrzała swoje notatki z podróży. Domyślała się, gdzie może być kolejna wskazówka dotycząca Biblii. Wiktoria, swoim zwyczajem, wszystko komplikowała. Gdy u księgarza zamiast poszukiwanego druku znalazła medalion wiedziała, że odnalezienie księgi wcale nie będzie tak proste, jak się należało spodziewać. Naiwnie zakładała, że przeniesie się do XXI wieku, odbierze Biblię, schowa ją w przygotowanym sejfie i powróci. Jednak teraz zaczęła się domyślać, że gra toczy się nie tylko o cenny artefakt. Ktoś jeszcze był na jego tropie. A Wiktoria zginęła zaraz po powrocie ze swojej ostatniej wyprawy. Teraz zaś tajemniczy przeciwnik podążał jej śladem zostawiając za sobą trupy. I zmieniając continuum. Jeśli jakikolwiek człowiek ważył się na tak niebezpieczne i ryzykowne działanie, to stawka w tej grze musi być naprawdę wysoka. Co może skłonić inteligentną istotę do manipulowania losami świata? Chciwość, zazdrość, instynkt samozachowawczy…?, zastanawiała się podnosząc głowę na dźwięk zbliżających się kroków.

— Jak widzę nie miałeś problemu, by zgadnąć, gdzie jestem — stwierdziła.

Mężczyzna zbył tę uwagę milczeniem i zasiadł na ławce naprzeciwko.

— Mogłeś mnie uprzedzić, że znasz treść mojego dziennika. Anja ci go dała?

— Przechowywano go w twojej rodzinie z wyraźną instrukcją, by nie otwierać zaplombowanej kasety i przekazać ją dopiero, gdy się zgłoszę — twarz Christiana pozostawała w cieniu.

— Mogłeś mnie uprzedzić — powtórzyła.

— Wiesz przecież, że to nie takie proste. Gdybym ci powiedział… To załamanie na linii czasoprzestrzeni, a kto wie, jakie byłyby tego następstwa.

— Ale… — zaczęła i nagle zdała sobie sprawę z własnej ignorancji. Roześmiała się głośno. — I nie wiesz, co jest dalej! Powiedziałeś o dzienniku, bo masz pewność, że to zrobiłeś, ale nie masz pojęcia, co dalej nastąpi!

Eliris sięgnęła po pióro i zapisała:

„Christian wie. Właśnie mi powiedział. Teoretycznie mogłabym sterować jego dalszymi działaniami, zapisując to, co chcę, by zrobił. A on, w obawie przed zaburzeniem czasoprzestrzeni, wykonywałby, nawet wbrew sobie, te polecenia. Na tyle udało mi się go już poznać. A więc jedynym sensownym wyjściem jest zaprzestanie zapisków. Zakładam, że gdy teraz siedzisz na przeciwległej ławce i przyglądasz się z niedbałą uwagą przechodzącym ludziom — dokładnie wiesz, co piszę. Niesamowite! A więc pozwólmy rzeczom po prostu się dziać.”

Zamknęła dziennik i schowała go do torby.

Christian widząc jej ruch podniósł się z ławki gotów do dalszej drogi.

— I co teraz?

Eliris również wstała.

— Teraz idziemy obejrzeć epitafium Kallimacha.


W kościele ojców Dominikanów panował półmrok. Przechodząc pod gotyckim ostrołukowym portalem Eliris jak zwykle szepnęła odwieczną modlitwę podróżników, przekazywaną w jej rodzinie wraz z innymi naukami. „Niech łaska Najwyższego zawsze będzie z nami”. Christian skinął głową na te słowa.

Wnętrze trójnawowej bazyliki otoczone było kaplicami, w drewnianych ławkach siedziało kilka osób, od strony konfesjonału dochodził cichy szept. Chłód kamieni dźwigał ciężar przebytych stuleci. Z pierwotnej romańskiej budowli niewiele pozostało, raptem fragment klasztornego muru, okna i obramowania drzwi. Gotyk był tu zdecydowanie bardziej widoczny. XIV-wieczny, bogato rzeźbiony portal, przez który weszli, był tego doskonałym przykładem. Cisza panująca pod sklepieniem wnikała w rozgorączkowane umysły i uspokajała dusze. W ciągu minionych wieków kamienie wchłaniały w siebie niezliczone modlitwy, żale i dziękczynienia.

— Ten kościół przetrwa jeszcze nieco ponad sto lat — rzekła cicho Eliris kierując się w stronę prezbiterium. — Podczas trzęsienia ziemi w 2132 roku zniszczeniu ulegnie sklepienie. W trakcie odbudowy będzie miało miejsce kolejne trzęsienie i wówczas, na początku 2133 roku cała bazylika przestanie istnieć. Ponad osiem wieków historii obróci się w stertę kamieni. Zawsze mi się wydaje, że to właśnie ten moment opisał Bieńkowski… „Tyś jest budowlą, ja jestem jej stylem. Kiedy natchnione wzrokiem do dotyku kamienne nieba legną w ziemskim pyle, ja będę jeszcze pojęciem gotyku.”

— W twojej rodzinie nieustannie splatają się przeszłość z teraźniejszością — bardziej stwierdził niż spytał Christian.

Skinęła głową.

Wchodzili właśnie do prezbiterium. W drzwiach minęli starszego człowieka wspierającego się na drewnianej lasce; jej stukot odbijał się miarowym rytmem po wnętrzu budowli. Zostali sami.

Eliris podeszła do wiszącego na ścianie epitafium. W centrum płaskorzeźby znajdował się portret mężczyzny siedzącego przy pulpicie do pisania. Na blacie w pewnym nieładzie umieszczono kartę pergaminu, zdobne nożyczki, kałamarz, pióro… Jednak tym, co przyciągnęło uwagę Christiana i Eliris była prawa dłoń mężczyzny trzymająca wstążkę. Na jej końcu zwisał okrągły medalion.

— To tu odesłała nas Wiktoria. Do Kallimacha — rzekła dziewczyna wskazując na ozdobę.

— Dlaczego?

— Kallimach, a właściwie Filip Buonaccorsi, był uważany za jednego z prekursorów renesansu. Był włoskim pisarzem i myślicielem, który uciekając przed gniewem papieża Pawła II schronił się w Krakowie i został nauczycielem synów Kazimierza Jagiellończyka. Jeśli prześledzić dokładnie drzewo genealogiczne rodziny Vermeerów to, po pierwsze, sięgnie ono dalej niż do XV wieku, a po drugie, jednym z naszych przodków był Laurentii Corvini Novoforensis, wykładowca Akademii Krakowskiej i przyjaciel Kallimacha. Znajdująca się tutaj płyta nagrobna wykonana została co prawda według projektu Wita Stwosza, ale niewielu wie, że jeśli chodzi o szczegóły, to decydujące zdanie miał właśnie Corvini. To z jego kolekcji pochodzi zdobna szafka na księgi pełniąca rolę pulpitu, jak również jego pomysłem było umieszczenie w dłoni Kallimacha medalionu z siedmioma herbami. Sam medalion był własnością Buonaccorsiego, który w swym testamencie przekazał go przyjacielowi. Klejnot znajduje się dotąd w naszej rodzinie i spoczywa bezpiecznie w sejfie. Jednak z okazji uroczystych obchodów 750-tej rocznicy śmierci Kallimacha, które potraktowano również jako swoistego rodzaju rocznicę tryumfu myśli humanistycznej, moja prababka w 2246 roku kazała zrobić kopię medalionu. Zamiast siedmiu herbów centralnie umieszczono rubin, który pierwotnie był osadzony w złotej oprawie pierścienia, a dookoła rozmieszczono sześć kryształów górskich. Potem medalion stał się jedną z ulubionych ozdób Wiktorii, ale zakładała go tylko na rodzinne uroczystości, więc chyba nikt spoza Rodu Vermeerów nie wie o jego znaczeniu i pochodzeniu.

— A najlepszym na to dowodem jest fakt, że badając biografię Wiktorii w ogóle nie trafiłem na jakąkolwiek wzmiankę o nim. Nie widziałem go nawet na żadnym wizerunku.

— I prawdopodobnie dlatego Wiktoria go tu zostawiła. Wiedziała, że znam genezę tej ozdoby i że tu trafię, pod epitafium Kallimacha.

— Dobrze. Ale co dalej — rzekł Christian rozglądając się wokoło. — Raczej nie ukryła tu księgi. Chyba że w ołtarzu…

— Nie. Wiktoria zawsze powtarzała, że do trzech razy sztuka. Więc tu jest tylko wskazówka odnośnie miejsca przechowywania Biblii. Zresztą sam spójrz — rzekła wskazując na epitafium — Hic sepultus est.

— Tu leży pochowany.

— Tak. Ale patrząc na wyrazy pokrewne — rzekła otwierając komputer i spoglądając na holograficzny wyświetlacz — mamy „sepulcralis”, należący do grobu, grobowy, „sepulcrum”, czyli pomnik, grób, grobowiec, mogiła, zmarły i „sepultura”, pogrzeb.

— Dlaczego interesują cię akurat trzy ostatnie słowa z całego epitafium?

— Szukamy kolejnej wskazówki. Jeśli się spytasz: gdzie ona jest?, napis ci odpowie „hic”, tu…, tu jest „pogrzebana”, czyli schowana przed wzrokiem niepowołanych. A jeśli spojrzysz na graficzne rozłożenie wyrazów to linijkę wyżej, masz zapisaną datę śmierci Kallimacha.

— W sposób dość niezwykły…

— Właśnie. Jeśli chce się zapisać rzymskimi cyframi rok 1496, to powinno być MCDXCVI, ale to jest forma uproszczona, stosowana mniej więcej od czasu wieków średnich. A tu zapis jest inny, antyczny. Mamy MCCCCLXXXXVI. To oznakowanie kodu do depozytu.

— Skąd wiesz? — zdziwił się Christian.

— Ponieważ mam coraz większą pewność, że Wiktoria miała okazję sprowadzić Biblię do swojego czasu, ale nie robiąc tego, na wszelki wypadek, zabezpieczyła ją na wszystkie dostępne sposoby i to tak, by w razie jakiegoś niepowodzenia księga bezpiecznie dotrwała do mojego czasu i bym mogła wyjąć ją z depozytu. W zasadzie Wiktoria też to mogła zrobić. Mogła w testamencie przekazać mi szyfr do sejfu, ale wówczas byłoby to zbyt proste i nic sama bym na tym znalezisku nie zyskała.

— A tobie chodzi o sławę i Wiktoria dobrze o tym wiedziała — stwierdził mężczyzna podchodząc bliżej do epitafium. — Doskonale znała smak sukcesu…

— Gorzej jej szło z goryczą porażki — przecięła Eliris. — Kto by się spodziewał, że coś tak cennego zostawi właśnie mnie? — rzekła z nieukrywaną ironią.

— Nie zamierzasz jej odpuścić?

— Nie widzę takiego powodu. Jedno odkrycie w tym kontekście niewiele znaczy. Choć pewnie w jakiś sposób powinnam jej być wdzięczna. Ale na to przyjdzie czas, gdy uwolnię się z tego wieku i wrócę do swojego.

Christian nic nie odpowiedział dalej przyglądając się z uwagą tablicy.

— Więc gdzie znajduje się depozyt?

— Oczywiście w Bibliotece Książąt Czartoryskich. Od chwili powstania, a w zasadzie od sprowadzenia zbiorów do Krakowa w 1876 roku, działa nieustannie. I to głównie z niej korzysta moja rodzina. Zwłaszcza że zawsze w skład Ordynacji zarządzającej zbiorami wchodzi ktoś, kto ma pojęcie o podróżach w czasie. Poza tym od początku istnieją w niej wieczyste depozyty, w których składa się przedmioty, których normalnie nie powierzono by żadnym bankom. Zresztą…, kto by się spodziewał, że budynek biblioteki może kryć takie skarby?

— Więc chcesz powiedzieć, że wystarczy się udać do Biblioteki Czartoryskich i poprosić o wydanie depozytu? — spytał z niedowierzaniem.

Eliris roześmiała się, a jej głos odbił się echem od sklepienia.

— Niestety, to nie takie proste. Trzeba znać szyfr.

— Przecież powiedziałaś, że szyfrem jest sposób zapisu daty na epitafium.

— Tak. Ale to szyfr niekompletny. Ma tylko dwanaście liter, a potrzebnych jest siedemnaście znaków. Liter, cyfr albo symboli. I właśnie tu leży problem. Starałam się znaleźć pięcioliterowe wyrazy pokrewne, ale możliwości jest zbyt wiele. Rozwiązanie musi być wpisane w tablicę. I pewnie jest tak proste, że nie jesteśmy w stanie go zauważyć.

Stanęli obok siebie wpatrując się w epitafium Kallimacha.

— Wiesz… — zaczęła Eliris po kilku minutach — Wiktoria, co muszę przyznać, była przemyślną osobą. Rzeczywiście rozwiązanie jest wpisane w epitafium.

— Więc który z wyrazów uzupełnia szyfr?

— Cały urok tego rozwiązania tkwi w tym, że żaden.

— Przecież powiedziałaś…

— Z czego składa się epitafium? — przerwała Christianowi.

— Z liter. Układają się w łacińskie wyrazy.

— Właśnie. Nie ma cyfr. Nawet daty są zapisane na sposób rzymski, a dzień śmierci, czyli pierwszy listopada, zapisano słownie, jako „calendis novembris”. Jednak cały tekst nie został we wszystkich linijkach wyjustowany.

— Ostatnia linijka jest urwana, a zamiast napisu…

— A zamiast napisu…

Christian zerknął na dziewczynę.

— Jest wrysowanych pięć spirali. Jako uzupełnienie kodu.

Eliris przytaknęła.

— Spirale, które pojawiają się jako symbole w większości znanych kultur i zazwyczaj mają zbliżone znaczenie. Ruch, energia, wzrost, rozwój, stwarzanie i nieśmiertelność — wymieniała. — Odnawialny cykl życia.

— Brawo!

Głośnie oklaski odbiły się we wnętrzu. Christian i Eliris odwrócili się raptownie.

— Jednak muszę stwierdzić, że cię nie doceniałam — rzekła młoda kobieta zbliżając się do nich wolnym krokiem. — Witaj Christianie — zwrócił się do mężczyzny z uśmiechem. — Nie wydajesz się zaskoczony…

— Witaj Maleo.

— Może mnie przedstawisz? — spytała kokieteryjnie.

Zaskoczona Eliris spojrzała na Christiana, który z ledwo ukrywaną niechęcią wpatrywał się w nowoprzybyłą.

— Ależ oczywiście… Pozwól — zwrócił się do dziewczyny — że przedstawię ci Maleę Rev, znaną w swoim czasie kolekcjonerkę dzieł sztuki, o której w pewnych kręgach krąży pogłoska, że nie zawaha się sięgnąć po drastyczne środki, byle tylko dostać w swoje ręce upatrzony okaz.

— Jakaż to surowa ocena. Thomas wcale nie był tak zasadniczy jak ty w potępianiu moich działań.

— Mój brat miał to nieszczęście, że dał się złapać w twoje sidła. I oboje wiemy, jaką cenę za to zapłacił — w głosie Christiana dało się słyszeć narastającą złość.

— Po raz kolejny ci powtarzam, że to nie ja jestem odpowiedzialna za jego śmierć — Malea Rev nie okazywała zdenerwowania.

Eliris z uwagą przysłuchiwała się konwersacji. Wolno sięgnęła do kieszeni i zacisnęła palce na ukrytym w niej medalionie. Jeśli się nie myli i Wiktoria wiedziała, co się stanie, to musiała również mieć świadomość, że w prezbiterium kościoła Dominikanów dojdzie do konfrontacji. W takim razie zginęła, ponieważ…

— Pozwolisz że zachowam swoje zdanie — Christian skupił całą uwagę na stojącej przed nim kobiecie. Spoglądali na siebie z coraz bardziej widoczną nienawiścią.

— Ależ oczywiście. Ciebie przecież nie tak łatwo przekonać…, ani przekupić.

— Wyjaśnij mi tylko jedno… — Christian niedbałym gestem założył ręce. — Kto ci pomaga? Bo przecież sama tak genialna nie jesteś.

Kobieta roześmiała się.

— Ty i to twoje poczucie humoru. — Wydawała się dobrze bawić całą sytuacją. — Ale przykro mi, że cię rozczaruję. Wychodzi na to, że jednak jestem sprytniejsza od ciebie.

Eliris zaczęła wolno przesuwać się w stronę ołtarza. Liczyła na to, że zajęta rozmową Malea Rev nie zwróci uwagi na jej ruch. Myliła się.

— Hola, hola! — archaizm zabrzmiał drwiąco w jej ustach. — Nie radziłabym ci. — Wyciągnęła dłoń w kierunku Eliris. — Poproszę o medalion.

Christian wolno skinął głową.

— A jeśli odmówię? — chciała wiedzieć dziewczyna.

— Cóż… Wybuch w kawiarni zdecydowanie mi się nie udał, ale zapewniam was, że drugi raz nie popełnię tego samego błędu.

Eliris wyciągnęła z kieszeni ozdobę i z ociąganiem podała ją kobiecie. Malea obróciła medalion w dłoni i zawiesiła na szyi. Eliris gwałtownie ruszyła w jej stronę, jednak Christian zdążył ją chwycić za ramię i zatrzymać.

— Nie radzę — stwierdził.

— Widzę, że wciąż jesteś rozsądnym człowiekiem. I spostrzegawczym — dodała Malea z niejakim zdziwieniem. — Poproszę jeszcze o lokalizatory. Tak na wszelki wypadek, gdyby przyszła wam ochota powrotu do XXIV wieku. Lepiej by było, gdybyśmy się tam nie spotkali — odebrała od nich dwa kryształy i schowała je do kieszeni.

Nie wrócimy…, pomyślała Eliris spoglądając na odchodzącą Maleę Rev.

— Rzeczywiście… — rzuciła przez ramię kobieta przystając w drzwiach — jesteś podobna do babki. Ten sam upór i ta sama naiwność.

— Jak długo klatka będzie aktywna? — zawołał jeszcze za nią Christian.

— Nie martw się — w zimnych oczach kobiety czaiła się złośliwa satysfakcja. — Z głodu nie umrzecie.


— O jaką klatkę chodzi? — chciała wiedzieć Eliris.

Po wyjściu Malei Christian schylił się ku posadzce i zaczął uważnie czegoś szukać. Już ponad pięć minut skupiony był na tym zajęciu i w ogóle się nie odzywał. Eliris trwała nieruchomo czekając, chociaż sama nie wiedziała na co, jednak przedłużająca się cisza zaczęła jej już ciążyć.

— Malea chce zyskać na czasie — zaczął mężczyzna. — Odebrać Biblię lub zmienić hasło, wrócić do swojego czasu i tam ją spokojnie wyciągnąć z depozytu. Aby mieć przewagę zostawiła klatkę, rodzaj energetycznej obręczy. Czas jej działania jest zaprogramowany. Znając upodobania Malei… na jakieś dwa dni — dodał posuwając się kilka centymetrów do przodu i badając opuszkami palców szparę w posadzce.

— Skąd tak dobrze znasz tę kobietę?

Eliris zastanowiła się, czy Christian dosłyszał pytanie. Nie podnosił głowy zatopiony w swych własnych myślach.

— Zabiła Thomasa, mojego brata — odparł niespodziewanie. — Chociaż nie zrobiła tego osobiście, jednak ponosi odpowiedzialność za jego śmierć.

— Co się stało?

— Thomas badał rynek nielegalnego handlu artefaktami i ich przemytu z wcześniejszych epok. Po części to on trafił na dowody zabójstwa twojej babki. Nie wydajesz się tym zaskoczona…

— Domyśliłam się, że raczej nie była to śmierć ze starości.

— Przy okazji poznał Maleę i dał się omotać. Zakochał się w wizerunku, jaki dla niego wykreowała. Zginął w niewyjaśnionych okolicznościach.

— Podejrzewasz, że miała z tym coś wspólnego.

— Nie tylko podejrzewam. Ja to wiem. Ale brakowało jakichkolwiek dowodów. Należało więc sprawdzić ostatnią misję Wiktorii i spróbować się z tobą spotkać w XXI wieku. Spodziewałem się, że Malea nie przepuści takiej okazji. I, jak widać, nie pomyliłem się. Tylko teraz twoje szanse na odzyskanie Biblii radykalnie zmalały. Praktycznie do zera.

— Wiktoria lubiła powtarzać: Quidquid agis, prudenter agas et respice finem.

— Cokolwiek czynisz, czyń rozważnie i patrz końca — przetłumaczył Christian.

— Właśnie. Czy jest jakaś szansa, żeby wydostać się z tej klatki? — spytała po chwili.

— Teoretycznie jest. Ale nigdy jakoś nie mogłem w tym względzie przejść od teorii do praktyki. Zresztą Malea ma nad nami przewagę, którą trudno zlekceważyć, a tym bardziej zniwelować.

— Niekoniecznie… — Eliris przysiadła na posadzce koło Christiana.

Mężczyzna popatrzył na nią z uwagą.

— Co wymyśliłaś?

— Musimy jak najszybciej się stąd wydostać i dotrzeć do Collegium Maius zanim Malea się zorientuje, że wyprowadziliśmy ją w pole.

— A wyprowadziliśmy?

Eliris energicznie przytaknęła.

— Biblii wcale nie ma u Czartoryskich — obwieściła radośnie.

Christian zerknął na nią z powątpiewaniem.

— Przecież dopiero co udowodniłaś, że tam jest i znalazłaś kod do depozytu.

— A potem uzmysłowiłam sobie, że Wiktoria musiała to przewidzieć. Poza tym zawsze lubiła potrójne układy.

— Omne trinum perfectum?

— Widzę, że rozumiesz.

— Kolejne powiedzenie Wiktorii?

— Uwielbiała wymarłe języki. W każdym razie zdawała sobie sprawę, że medalion odeśle mnie do kościoła Dominikanów i tu będę szukać kolejnej wskazówki… I ją znajdę. Na potrzeby Malei. Więc zaczęłam się zastanawiać, gdzie jeszcze można było ukryć Biblię traktując przy okazji platynowy wisior jako drogowskaz.

— I…?

— Trzeba sięgnąć do źródeł. Ad fontes. Istnieje starszy pierwowzór medalionu niż płaskorzeźba na nagrobku Kallimacha. A ponieważ zazwyczaj Wiktoria wspominała o renesansowym poecie, więc w pierwszej kolejności też o nim pomyślałam. I zapomniałam o pieczęci.

— O czym?

— O pieczęci majestatycznej Władysława Jagiełły, która uwierzytelniała dyplom odnowienia uniwersytetu z 26 lipca 1400 roku. Na pieczęci tej przedstawiono wizerunek władcy w otoczeniu siedmiu herbów. To był pierwowzór medalionu Kallimacha. I nie wiem, jak mogłam o tym nie pomyśleć wcześniej. Przecież byliśmy w Collegium.

— Więc Biblia znajduje się w Muzeum Uniwersytetu? — upewnił się Christian.

— Jestem tego pewna. Tylko musimy się stąd wydostać — rzekła z niejaką rezygnacją rozglądając się wokoło. — Mówiłeś, że teoretycznie jest sposób…

Christian spojrzał na nią z powagą. Rozważał coś przez chwilę.

— Nie wiem, na ile to jest bezpieczne… Zamknij oczy i cokolwiek się stanie, nie otwieraj ich, póki ci nie powiem — rzekł.

Eliris zacisnęła mocno powieki. Cokolwiek się stanie… Z uwagą wsłuchiwała się w otaczające ich dźwięki. Cisza… Odległy pogłos toczonych daleko rozmów… I nagle, zupełnie blisko, ciche kroki. Ktoś przystanął w niewielkiej odległości. Coś głucho stuknęło o posadzkę. Raz, drugi i trzeci. A potem cisza. I znów trzy stuknięcia. Eliris wstrzymała oddech czekając na ciąg dalszy. Nic się nie działo. Po pewnym czasie znów ten stukot. Tym razem gdzieś za nią. Z trudem powstrzymywała się, by nie zerknąć za siebie. Wypuściła wolno powietrze…

— Nie sądziłem, że to zadziała… — w prezbiterium dał się słyszeć zaskoczony głos Christiana. — Już po wszystkim. Możesz otworzyć oczy.

Dziewczyna wstała rozglądając się wokoło.

— Co zrobiłeś?

— Istnieje zasada, czysto teoretyczna, dotycząca następstw wydarzeń w czasoprzestrzeni. Paradoks. Zapętlenie. Jedno wydarzenie może być jednocześnie dla jednej i tej samej osoby przeszłością i przyszłością. Zależy od punktu obserwacji.

— Słyszałam. Jeśli masz możliwość i siłę woli… — zaczęła. — O Najwyższy! To w ten sposób… — spojrzała na Christiana z przerażeniem.

— Można manipulować continuum — uzupełnił.

— I przerzucać artefakty przez granicę czasów.

— Wiem. Właśnie się przekonałem, że to możliwe.

— Ale jeśli ktoś to robi, oznacza, że ma on możliwość, czyli stały i nieograniczony dostęp do przejścia.

— Prederic — podsunął mężczyzna. — Tylko on pasuje do tego układu.

— Ale jak ci się to udało?

— Postanowiłem, że po powrocie zrobię wszystko, by otrzymać jego posadę i mieć możliwość powrotu do tego czasu…

— Siła woli…

— Właśnie — przytaknął z zadowoleniem.

— Wiktoria o tym wiedziała. Musiała wiedzieć. W jaki inny sposób mogłaby chronić księgę?

— I ciebie.

— I mnie — zgodziła się Eliris. — I mnie…

Christian spoglądał na nią z uwagą. Jej przygoda, jej życie. No cóż… Każda decyzja w danym czasie jest jedyną możliwą. Zdecydowanie był deterministą.

— Co teraz zamierzasz? — spytał spoglądając na dziewczynę.

— To proste. Odzyskać księgę, wrócić do XXIV wieku i pomóc ci zdobyć posadę w Instytucie. Obawiam się tylko, że wcześniej przyjdzie nam zabić Prederica.

Spojrzeli na siebie w pełni świadomi konsekwencji własnych czynów i zamierzeń.

— Pomyślane, dokonane.


Przejście do 5.

4

Streszczenie „Powrotu ad fontes”

Wiktoria Vermeer — znana w XXIV wieku poszukiwaczka rzadkich, unikatowych ksiąg — zostawia w swym testamencie nietypowy zapis. Zobowiązuje wnuczkę, Eliris, by udała się do Krakowa roku 2025 i odnalazła w mieście jeden z pierwszych druków w historii europejskiej cywilizacji — Biblię Gutenberga.

Eliris, choć niechętnie, przekracza Wierzeje Czasu i wyrusza do XXI wieku, by odzyskać cenny artefakt.

Sama Eliris, choć pochodzi z rodu odzyskiwaczy ksiąg i od dzieciństwa przygotowywana była do objęcia tego stanowiska — jest zaskoczona zadaniem, z jakim przyjdzie jej się zmierzyć.

O pierwodruk Biblii Gutenberga przychodzi jej walczyć z nieznanym przeciwnikiem. Dzięki wpojonym przez babkę przyzwyczajeniom, nigdy dokładnie nie zapisuje czasu w swym dzienniku podróży. Bo „trzy minuty to za mało, pięć to już nieścisłość”. Ten nawyk ratuje jej życie, gdy wybuch zmiata z powierzchni ziemi krakowską kawiarnię, w której jeszcze przed chwilą przebywała.

Nieoczekiwanie w swych poszukiwaniach zyskuje sprzymierzeńca — naukowca, który oficjalnie zajmuje się kompletowaniem danych do biografii Wiktorii — Christiana Deweya. Okazuje się, że Christian wyruszył na poszukiwanie Eliris dwadzieścia sześć lat po jej przejściu przez Wierzeje Czasu. Z jakiegoś powodu Eliris nie powróciła ze swej wyprawy, a grupy ratowników wysyłane przez nadzorujący Wierzeje Instytut — nie odnalazły jej.

Eliris wspólnie z Christianem podążają za wytycznymi Wiktorii. Udaje im się dotrzeć do księgarni na ulicy Mikołajskiej, skąd mają odebrać Biblię. Jednak, gdy wieczorem przychodzą na umówione spotkanie ze sklepikarzem — w środku znajdują jego zwłoki, a samo wnętrze w niedługim czasie zaczyna płonąć. Pętla wokół bohaterów coraz bardziej się zacieśnia, a zabójcy czają się gdzieś wśród zakamarków najbliższych dni.

Zbiegiem okoliczności — udaje im się zabrać z antykwariatu przedmiot stanowiąc kolejną wskazówkę. Jest to platynowy wisior z rubinem otoczonym sześcioma kryształami. Eliris rozpoznaje medalion — była to jedna z ulubionych ozdób jej babki. Ponieważ pierwowzorem dla naszyjnika był autentyczny medalion uwieczniony na nagrobku renesansowego humanisty Kallimacha — udają się do kościoła ojców Dominikanów.

Na epitafium odnajdują kolejną wskazówkę. Na podstawie napisu i zdobień ustalają kod do depozytu w Bibliotece Czartoryskich, gdzie prawdopodobnie Wiktoria zdeponowała Biblię.

Skupieni na rozwiązaniu zagadki, nie spostrzegają w porę zbliżającego się niebezpieczeństwa. Wpadają w pułapkę zastawioną przez Maleę Rev. Kobieta okazuje się być jednym z ich głównych przeciwników. To ona w 2025 roku poszukuje Biblii Gutenberga i ma za zadanie zatrzymać w tym czasie Eliris i Christiana.

Malea odbiera im medalion i w tym momencie wszystko wydaje się być stracone.

Jednak Eliris, pomna nauk babki, szuka innej interpretacji znaków. Bo, jak powtarzała Wiktoria: Omne trinum perfectum. Do trzech razy sztuka.

Dziewczyna domyśla się, że Biblia, wbrew wcześniejszym ustaleniom, nie znajduje się w Bibliotece książąt Czartoryskich, lecz w Muzeum Uniwersytetu. Bowiem dla platynowego medalionu istniał jeszcze starszy pierwowzór niż nagrobek Kallimacha. Była nim pieczęć Jagiełły zdeponowana obecnie w Collegium Maius i tam należy szukać artefaktu.

Christianowi udaje się zneutralizować pułapkę Malei. W tym celu wykorzystuje on teoretyczny paradoks związany z podróżami w czasie. Jeśli w dowolnym momencie w przyszłości cofnie się przez Wierzeje do chwili obecnej i zobaczy siebie samego uwięzionego w pułapce — będzie mógł ją wyłączyć z zewnątrz. Wówczas jego drugie, „młodsze” wcielenie kiedyś znów powrócił i uwolnił siebie… W ten sposób Christian tworzy pętlę czasu.

Bohaterowie dochodzą do wniosku, że za wszystkim stoi Prederic, obecny szef Instytutu. Jedynie stały i nieograniczony dostęp do Wierzei Czasu zapewnia możliwość ingerencji w continuum na taką skalę, jakiej są świadkami. Naginanie struktury światów jest dziełem zapatrzonego w siebie szaleńca, który dla własnych celów ryzykuje losy miliardów istnień.

Podróżnicy są świadomi, że aby wygrać potyczkę o cały znany świat — muszą definitywnie rozprawić się ze swoim przeciwnikiem. Trzeba odzyskać księgę, wrócić do XXIV wieku i zdobyć posadę szefa Instytutu. To zapewni im dostęp do Wierzei Czasu i umożliwi korzystanie z paradoksów. Jednak wcześniej, prawdopodobnie, przyjdzie im zabić samego Prederica.

Bo to, co pomyślane w tym czasie, dzięki wystarczająco silnej woli, staje się w przyszłości faktem dokonanym.


Przejście do 5.

5

Dziennik Wiktorii Vermeer

Oto składam w wasze ręce ostatni ze swych dzienników. Miejcie na niego baczenie. To jedyny łącznik między czasami. Podróże wzdłuż linii continuum zawsze naznaczone są pewną dozą ryzyka. Wszak skoro czytacie te słowa — oznacza to, że cali wyszliście z rozgrywki z Prederikiem, a przynajmniej z jej pierwszej części…

Jeśli dobrze rozsupłałam linie czasu i wyznaczyłam wasz cel: zamierzacie pozbyć się Prederica ze stanowiska szefa Instytutu. Należy mu się. Oj, jak bardzo mu się należy! Jednak, jeśli się nie mylę, w tym momencie, choć domyślacie się prawdy, wasze przypuszczenia są li tylko odległym, zniekształconym echem tego, co pogrzebano pod gruzami wieków.

Zacznijmy więc od początku.

Ty, Christianie, znasz Prederica, szefa Instytutu. Mężczyznę ambitnego, zdyscyplinowanego, od lat wspinającego się wytrwale po szczeblach naukowej kariery. I zapewne domyślacie się w tej chwili, że to właśnie on odpowiedzialny jest za przemyt artefaktów do naszych czasów. To jego ścigał kiedyś twój brat.

Ty natomiast, Eliris, wspomnisz teraz swego przyjaciela ze studiów: Richarda Deepre. Nie zginął on w katastrofie, jak większość przypuszcza. To była tylko sprytna mistyfikacja. Umarł Richard, by narodzić się mógł Prederic. Ten intrygant postanowił wprowadzić swój ród w ścisły krąg posiadaczy kluczy do Wierzei Czasu. W krąg Podróżników i Opiekunów. I trzeba przyznać, że wszyscy byliśmy ślepi, gdyż mu się to udało. Prawie…

Jednak pewna sprawa nie dawała mi spokoju. I nie były to zawirowania wśród handlarzy antykami, to nie był mój zakres zainteresowań. Wstyd to przyznać, starzeję się i nie od razu pokojarzyłam fakty. Co mianowicie? Prederic oparł swą karierę naukową na śmiałej teorii o kontrolowanych ingerencjach czasowych naszych przyszłych pokoleń w dzieje przodków. O „przyspieszaniu” ewolucji, nauki i cywilizacji. I dzięki temu wygrał. Zdobył stanowisko w Instytucie. Dopiero przed rokiem moje podejrzenia nabrały realnego kształtu. W antykwariacie, tuż przed wybuchem II wojny światowej, odnalazłam książkę, o której lata temu czytałam w pamiętnikach naszej antenatki. I wszystko wróciło. Wszystkie elementy układanki znalazły się na właściwym miejscu. Teoria Prederica okazała się naukowym plagiatem. Ogłoszenie tego na forum publikum mogłoby go skutecznie zniszczyć. Jednak z jakiegoś powodu, jakiegoś nieodgadnionego i głupiego powodu, nic z tym nie mogę zrobić.

W tym momencie nikt nawet nie domyśla się i nie dostrzega całości planu, jaki stworzył ten szaleniec. W swej wędrówce do celu nie waha się on poświęcić całych światów. Byłam tego świadkiem nieraz. Niejednokrotnie próbowałam mu przeszkodzić, z różnym skutkiem. Aż okazało się, że jedynym sposobem na powstrzymanie tego szaleńca jest pomóc wam…

No cóż. Nie jestem zachwycona tym pomysłem. Nie sądzę też, abyście byli w stanie przygotować się w jakikolwiek sposób do tego zadania. Trudno. Muszę się z tym pogodzić, z faktem, że nie wiadomo dlaczego, gdzieś tam, poza naszą zdolnością pojmowania i postrzegania zależności na sieci uniwersum — podjęto decyzję. To przed wami postawiono zadanie ratowania światów. Bo tu nie idzie tylko o wasze przetrwanie. To, iż jedno z was obejmie posadę szefa Instytutu, że będziecie mogli kiedyś w swobodny sposób korzystać z Wierzei, że niejednokrotnie będziecie wracać, by ratować samych siebie i by uprzedzać wypadki… No cóż. To tylko efekt uboczny. Waszym zadaniem jest zdobyć tę posadę i doprowadzić do upadku Prederica. Tylko w ten sposób zdołacie uratować wszechświat.

Kilka wskazówek, choć znając was albo je zignorujecie, gdyż obydwoje jesteście przecież upartymi idealistami, którzy wszystko zawsze wiedzą lepiej, albo też o nich zapomnicie. Ale jednak — mimo wszystko — ofiaruję wam je. Może zadziała tu wasz instynkt samozachowawczy?

Po pierwsze: ingerencje w czasoprzestrzeń, choćby minimalne, zawsze pociągają za sobą jakieś następstwa. Musicie się z tym liczyć na każdym kroku. Za okładką dziennika znajdziecie zezwolenia na korzystanie z Wierzei. To pozwoli wam ominąć podejrzliwych techników dyżurujących przy kamiennym progu czasów. Niestety, udało mi się skłonić Prederica do asygnowania tylko tych kilku kodów, potem zaczął być nadmiernie podejrzliwy.

Po drugie: skoro czytacie te słowa oznacza to, że poznaliście już praktyczne zastosowanie czasowych paradoksów. Dla jednej osoby dane zdarzenie może być równocześnie przeszłością i przyszłością. Makabra. I choć czasem jest to przydatna sztuczka — nie należy jej nadmiernie wykorzystywać. Gdy gra toczy się na granicy życia i śmierci — wiele pewników zawodzi. Czasem zdaje mi się nawet, że to ktoś tam na górze czuwa, jakiś los, czy też fatum… Czuwa i zważa na to, byśmy nie zapomnieli, iż to nie my jesteśmy twórcami tej gry zwanej życiem. Więc z rozwagą podchodźcie do paradoksów, bo może się i tak zdarzyć, że fortuna się od was odwróci w najmniej spodziewanym momencie. Przede wszystkim pamiętajcie: przypadek i szczęście grają tu równie ważną rolę co logika.

I, w końcu, po trzecie: nie zapominajcie, że czas, jakkolwiek by na to nie spojrzeć, gra na waszą niekorzyść. Nie liczcie, że Prederic będzie spokojnie czekał na swój koniec. Jeśli tylko odgadnie, co się święci — nie odpuści. Będzie was ścigał po wiekach, aż wyeliminuje zagrożenie. Bo dopóki żyjecie — on nie może być bezpieczny. Tak więc strzeżcie się zbędnych działań, bo pogoń z każdą minutą jest coraz bliżej.

No cóż. W tym miejscu wypada się pożegnać. Trzeba będzie przekroczyć próg czasu. A zaraz za drzwiami czeka na mnie śmierć. Prederic ma to do siebie, że nigdy nie zapomina i nie odpuszcza.

Sprawdziłam już tyle wersji czasoprzestrzeni… I wszystkie wróżą mi to samo. Nie mam co liczyć na kolejny zjazd klanu z okazji mych urodzin. Choć pewnie niektórym członkom rodziny większą przyjemność niż stawienie się na przyjęciu urodzinowym sprawi stypa urządzona po mym pogrzebie.

A więc do zobaczenia kiedyś po tamtej stronie… Mam nadzieję. I niech Najwyższy ma wszechświaty w swej opiece, bo za wasze zdolności nie ręczę.

Wiktoria Vermeer

Kraków, rok 2025

Przejście do 6.

6

Eliris doczytała ostatnie słowa Wiktorii i ostrożnie zamknęła dziennik. W pokoju zaległa cisza przerywana tylko tykaniem antycznego zegara. Wypolerowane wahadło regularnie odbijało blask lampki stojącej na podręcznym stoliku. Niepokojący nastrój, swoista mieszanina zdziwienia i oczekiwania, wisiał w powietrzu odkąd wraz z Christianem przekroczyli próg domostwa i ujrzeli położony na stoliku w holu dziennik.

Eliris wciąż wpatrywała się w oprawiony w bordową okładkę wolumin. Gdy zaledwie przed dwoma dniami przekraczała Wierzeje Czasu, by powrócić z wyprawy w 2025 rok — nie liczyła na możliwość ponownej ingerencji Wiktorii. W próg XXIV wieku weszła pod obcym nazwiskiem. Nie mogli sobie pozwolić, by Prederic zorientował się, iż skazana przez niego na banicję i zapomnienie Eliris Vermeer powróciła i pała żądzą zemsty. To nie wchodziło w grę. Dzięki pomocy Christiana udało jej się wejść w 2367 rok w czasie, gdy straż przy Wierzejach sprawował jeden z Opiekunów. Wystarczyło powołać się na hasło, przekazywane z pokolenia na pokolenie w jej rodzinie — i zapis o użyciu mechanizmu został usunięty z dokumentacji. Eliris pojawiła się więc niczym duch z odległych zakamarków dziejów, by na kształt Nemesis, antycznej bogini zemsty — dopełnić swego przeznaczenia.

Dwa dni zajęło jej i Christianowi dotarcie do enklawy miasta M. Ścisły kordon, jaki rozpościerał się wokół centrum, był barierą trudną do pokonania. Zresztą Eliris wcale nie zależało, by dostać się do pierwszej strefy. Wystarczyło tylko przejść przez zewnętrzne rogatki, by stanąć na progu Lavender Hill.

Posiadłość wzorowana na starych XVIII-wiecznych angielskich dworach, wybudowana została przez Wiktorię niespełna pięćdziesiąt lat wcześniej. I zgodnie z testamentem, tak jak wszystkie jej dzienniki podróży i sama funkcja odzyskiwacza ksiąg, domostwo przeszło teraz na własność Eliris. Prócz doskonale wyposażonych pracowni, własnego, rozległego księgozbioru obejmującego większość dziedzin nauk, kolekcji starodruków, których pozazdrościł im nawet Instytut — siedziba posiadała jeszcze jedną cechę. Cechę, która niejednokrotnie ratowała Wiktorię z opresji, a której nikt się nie domyślał… Budynek połączono podziemnym tunelem ze ścisłym, zabytkowym centrum miasta. Przejście zaczynało się w piwniczce z winami — według Eliris pomysł tyleż niewygodny, co i oklepany — a kończyło za drugimi rogatkami w podziemiu starych murów miejskich. Wyjście też nie było najszczęśliwiej zlokalizowane. Cały obszar zabytkowej zabudowy miasta był pod stałą obserwacją, więc osoby nagle znikające, bądź pojawiające się w granicy wewnętrznego kordonu, siłą rzeczy wzbudzały uwagę automatycznego systemu nadzorującego.

Trudno. Obecnie nie było już możliwości zmian. Zresztą, szczerze mówiąc, Wiktoria planując tajne przejście też nie miała zbyt wielu opcji wyboru. Wykorzystała po prostu istniejący tunel. Na jego plany natrafiła niegdyś w sposób zupełnie przypadkowy. Nie od razu zdała sobie sprawę z wagi własnego odkrycia. Musiało minąć jeszcze kilka lat, by informacja o istnieniu zapomnianego przejścia łączącego zewnętrzny obszar miasta z jego centrum — znalazła praktyczne zastosowanie. Nie bez powodu babka wybrała właśnie park położony na wzgórzu na obrzeżach VII-go obszaru na lokalizację swej „rodowej” siedziby. To tu niegdyś, w miejscu XIX wiecznego fortu, znajdowało się wejście do systemu tuneli. Wiktoria zakupiła teren, zbudowała swój dworek, po czym postarała się, by o planach podziemnego tunelu nikt się nie dowiedział. Tu przekupstwo, tam szantaż… Oj, umiała ona manipulować ludźmi. Zamierzone cele osiągała prawie zawsze. Tak było i tym razem. O przejściu biegnącym do centrum nikt obecnie nie wiedział poza jej wnuczką.

I była jeszcze jedna tajemnica. Tym razem Wiktoria przerosła samą siebie. W jakiś sposób, nigdy nie zdradziła jak, udało się jej tego dokonać…, w podziemnej sali dworku zakotwiczyła jeden z portali translokacyjnych.

Na kuli ziemskiej odkryto dwanaście kotwic dla Wierzei Czasu. Żadnego z mechanizmów nie udało się przemieścić w poziomie, nie naruszając przy tym jego właściwości do załamywania linii czasowych. Tak więc, by ułatwić podróżnikom korzystanie z urządzeń, zaopatrzono je w sąsiadujące systemy — portale przestrzenne. Ogniwa ich sieci ciasno oplatały Ziemię, jednak Eliris nie słyszała, by jakiekolwiek zakotwiczenie znajdowało się w prywatnej przestrzeni. Oczywiście były portale w posiadaniu instytucji naukowych, państwowych i wojskowych, jednak w prywatnej posiadłości? Jak Wiktoria tego dokonała — na zawsze pozostanie tajemnicą.

To niezwykłe wyposażenie domu powodowało, że można się było do niego dostać niepostrzeżenie i w tenże sam sposób go opuścić. Nie było się też zależnym od zewnętrznej sieci komunikacyjnej. I — dzięki temu — można było uniknąć nadzoru systemów monitorujących.

Jednak tym razem Eliris, wraz z towarzyszącym jej Christianem, musiała dotrzeć do Lavender Hill w sposób bardziej tradycyjny. „Mój dom — moja twierdza” — mawiała babka Wiktoria, i powiedzenie to traktowała jak najbardziej dosłownie. Posiadłość, zaopatrzona w wymyślny system obronny, była fortecą nie do zdobycia. Więc zamiast skorzystać z portalu zakotwiczonego przy Wierzejach Czasu i przenieść się od razu do wnętrza rodowej siedziby, Eliris i Christian musieli osobiście stawić się na progu, by przekroczyć ozdobne kamienne obramowanie drzwi i tym samym zostać przyjętymi przez Lavender Hill.

A w środku czekała na nich niespodzianka.

Kto i jak zdołał podłożyć im dziennik Wiktorii — nie mieli pojęcie. Możliwe zresztą, że była to sprawka samego domu, który w swym arsenale posiadał również inne, nie mniej zaskakujące umiejętności. Czasem zdawało się, że jest on żywą, samodzielną istotą, która spogląda na swych mieszkańców z lekką kpiną i w razie potrzeby — według własnego uznania i humoru — przychodzi im z pomocą.

— A więc kochana babcia znów się wtrąca — rzuciła Eliris z ironią.

Dziennik spoczywający na jej kolanach ciążył niemiłosiernie.

— Jednak, zważywszy na okoliczności — w głosie Christiana znać było lekką przyganę — przyda się każda pomoc. Zwłaszcza jej, jakąkolwiek by formę przybrała.

Dziewczyna skinęła głową. Z tym argumentem nie było jak dyskutować, pozostawało więc tylko się zgodzić.

— Jej wskazówki i sugestie… Cóż, mogą być pomocne. Zwłaszcza, iż nie mamy ani zbyt wiele czasu, ani tym bardziej zbyt wielu możliwości.

— Żeby zdobyć posadę szefa Instytutu, trzeba wcześniej pozbyć się jakoś Prederica — Christian odchylił się w fotelu i splótł palce dłoni. — W zasadzie jest kilka opcji. Możemy poprosić o pomoc Ród Andera, choć pewnie nie będzie to proste, gdyż oni nie rozdają swych przysług za bezcen.

— Można — wtrąciła Eliris — odnaleźć jeden z artefaktów zamieszczonych na liście Instytutu. Gdy go sprowadzimy, automatycznie będziesz mógł objąć posadę Prederica. I istnieje jeszcze trzeci sposób… Najbardziej radykalny… Zabić go — szepnęła.

Christian tylko skinął głową.

Czas uciekał. Trzeba było podjąć decyzję.


Bohaterowie mają następujące opcje wyboru:

* uzyskać poparcie Rodu Andera — 57;

* sprowadzić z przeszłości znany artefakt — 23;

* zabić Prederica — 34.

7

Kraków, lipiec, 1850 rok

[Zaznaczyć przejście.]

Ten czas wymagał zupełnie nowych schematów postępowania. Nie tylko ubiorów i sposobu wyrażania się, ale przede wszystkim orientacji w relacjach społecznych i towarzyskich. Znajomość obyczajów właściwych dla miejsca i czasu podróży była jednym z wymogów przy przekraczaniu Wierzei Czasu. Oni, dzięki Wiktorii, mieli carte blanche. Technik dyżurujący przy kamiennym kręgu rzucił tylko okiem na poziom ich uprawnień i nie zadawał już żadnych pytań. Tym sposobem znaleźli się w czasie, który był dla nich zupełnie obcy. Oczywiście mieli o nim jakieś pojęcie, ale było ono tak mgliste, jak opary nad budzącym się wulkanem. I oni mogli się spodziewać katastrofy…

Zanim opuścili Sekcję Wierzei, obsługa zaopatrzyła ich w stroje odpowiednie do czasu, w którym wylądowali. Dzięki temu nie wzbudzali niepotrzebnej sensacji na ulicach. Teraz chodziło tylko o to, by jak najszybciej udać się do bezpiecznego lokum. A w tym momencie takim miejscem zdawała się być siedziba Rodu Andera. To przecież oni zlecili im zadanie. Niech więc teraz okażą minimum wsparcia i udzielą im schronienia…

Korzystając z przejść translokacyjnych w krótkim czasie pokonali dystans dzielący Budapeszt od Krakowa. Tak było bezpieczniej, nie mogli sobie wszakże pozwolić na ryzyko podróży koleją, choć niedawno doprowadzono tory do Stołecznego Miasta.

Idąc wolnym, spacerowym krokiem niczym nie wyróżniali się spośród pozostałych mieszkańców miasta. Christian pomyślał z wdzięcznością o obsadzie Sekcji, która zadbała o każdy szczegół ich charakteryzacji. Dzierżąc w jednej dłoni laskę prowadził Eliris brukowanymi uliczkami miasta. Początkowy niepokój szybko został wyparty przez ciekawość. Przekonał się, że nawet ich karygodna niewiedza nie stanowi przeszkody do poruszania się w tym czasie. Jednak wolał nie podejmować niepotrzebnego ryzyka. Dlatego gdy stanęli przed portalem siedziby Rodu, bez zastanowienia ujął kołatkę i zastukał.

Odczekali chwilę. Nic się nie działo. Wewnątrz panowała zupełna cisza. Zdziwiony raz jeszcze zastukał. Wreszcie uchyliło się małe okienko w drzwiach. Spojrzały na nich podejrzliwe oczy ukryte pod krzaczastymi brwiami.

— Państwo szanowni w jakiej sprawie? — spytał odźwierny skrzekliwym głosem.

Nie ma tu systemu identyfikacji podróżnych. Odkrycie to zaskoczyło Christiana. Nie ma, bądź jest wymagana dodatkowa procedura… Oczywiście…

— Semper homo bonus tiro est.

Liczył, że prastare zawołanie wędrowców będzie wystarczającą przepustką. Nie pomylił się, gdyż odźwierny mruknął coś niewyraźnie, zatrzasnął okienko, lecz już po chwili ciężkie skrzydło drzwi stało przed nimi otworem.

Zaprowadzono ich do salonu. Sekretarzyk stał w rogu pokoju, ciężkie zielone kotary miękko układały się przewiązane ozdobnym sznurem. Mężczyzna uświadomił sobie, że nic się tu nie zmieni przez najbliższe kilkaset lat. Przekraczając próg pokoju wręcz zachłysnął się tym wrażeniem, tak było ono surrealistyczne. Widział, jak Eliris podchodzi do otomany i dotyka pokrywającego ją aksamitu, jakby chcąc się upewnić, że to nie projekcja. Ale nie… Obicie ugięło się pod jej dłonią. Dziewczyna potrząsnęła głową z niedowierzaniem.

— Mam wrażenie, że to sen… Taki, który za chwilę zmieni się w koszmar… — szepnęła.

Jednak zanim się to stało do pokoju wszedł lokaj. Bez słowa podał im na tacy kopertę. Christian podziękował skinieniem i poczekał, aż zostaną sami. Dopiero wówczas wyciągnął list.

— Możemy pozostać, jak długo chcemy, oddają nam do dyspozycji całe to skrzydło. Udzielą nam wszelkiej pomocy, według swoich możliwości.

— Niezbyt życzliwe przyjęcie — podsumowała Eliris.

— Niezbyt. Powiedziałbym raczej, że typowe dla mojej rodziny. Deweyowie mają więcej z Anderów, niż się wydaje. Dziękować Najwyższemu chociaż za to, że nie noszę nazwiska głównej gałęzi Rodu. To dopiero byłby kłopot…

Trzy pełne dni zajęło im zapoznanie się z czasem. Przejrzeli dostarczone gazety, przeczytali kilka książek i dzienników. Skorzystali z archiwów rodziny, by poznać topografię miasta.

Christian widział, jaką przyjemność czerpie Eliris z kompletowania toalet. Spędziła całe popołudnie z pokojówką i szwaczką, by dopasować stroje. On też został w pewnym momencie zmuszony, by stawić się w sąsiednim salonie i dać zdjąć krawcowi miarę. To nie była prosta sprawa, te czasy miały ściśle określoną etykietę, a dbałość o szczegóły wyznaczała pozycję społeczną. Musieli się temu podporządkować…

Wciąż nie byli pewni, czy są gotowi na konfrontację z tym światem, jednak nie było sensu dłużej zwlekać. Jakiekolwiek zaburzenie w liniach czasu i tak nie powinno pociągać za sobą znacznych konsekwencji. Na to przynajmniej liczyli. Wszechświat w swym dążeniu do równowagi powinien korygować ich pomyłki i naprowadzać zdarzenia na właściwe tory.


Przejście do 161.

8

Kraków, 1817 rok

[Zaznaczyć paradoks.]

— Niewiele z tego wynika — Eliris obracała w dłoniach obtarganą kartkę, będącą częścią listu. — Nic, czego już byśmy nie wiedzieli.

— Jeśli w liście kiedykolwiek było coś znaczącego, to i tak nie dotarło do rąk Lewickiego. Mimo to ta część, którą otrzymał, wystarczyła, by wypełnił prośbę — zauważył Christian.

Ich rozmowę przerwało wejście służby. Poczekali, aż ze stołu znikną talerzyki i filiżanki, po czym wraz z zamknięciem drzwi wrócili do tematu.

— Nie wiemy, kiedy zniknęła druga część listu. Czy może zniszczył ją sam nadawca, czy też może później ktoś otwarł kopertę… Jeśli w grę wchodzi druga opcja, to równie dobrze mogliśmy to być my — dziewczyna rozejrzała się po salonie. — Gdzie można bezpiecznie ukryć część listu?

Christian sięgnął po własny dziennik podróży.

— Na wszelki wypadek… — zaznaczył zapisując polecenie do wykonania w bliżej nieokreślonej przyszłości. — Jeśli przyjmiemy, że weszliśmy tu w jakiś sposób wcześniej i schowaliśmy list, to może… — wskazał na wazony z chińskiej porcelany stojące na gzymsie kominka.

Eliris poderwała się z fotela i podbiegła do paleniska.

— Jest! — krzyknęła uradowana wytrząsając na rękę zawartość schowka. — Na razie nie będę nawet próbować zgadywać, w jaki sposób ją zdobyliśmy…

Znaleziona kartka była drugą częścią listu, idealnie wpasowywała się w posiadany już przez nich kawałek. Rozłożyli oba na stole i zagłębili się w ich treść.


Mój Drogi Przyjacielu!

W tych dniach, gdy los przedziwny zagnał mnie w odległe strony, przez wzgląd na naszą przyjaźń, prosiłbym Cię, drogi Janie, o uwagę. Com robił przez ten rok od ostatniego naszego widzenia, długo by pisać, nie wątp jednak, że zawsze z sentymentem wspominam mój pobyt w Krakowie. Szacuję go tym bardziej, że tak znaczącą przyjaźń udało mi się wówczas zawrzeć. O naszych pierwszych zatargach dziś myślę już tylko, jako o pierwszych zmaganiach dwóch charakterów, które pewne swych racji do ustępstw nie są nawykłe.

Przez wzgląd na te przeszłe dni, proszę nieśmiało, byś raczył wyświadczyć przysługę przyjacielowi, który wskutek oddalenia nie jest sam w stanie wypełnić powziętego zobowiązania.

Przy kościele Michała Archanioła znajduje się grobowiec małej dzieciny, która kilka miesięcy przeżywszy odeszła do chwały Pana. Imię mu było Zygmunt Wiatorski. Pozostawił nieutulonych w żałości rodziców, a ci, wyjeżdżając ze Stołecznego Miasta, jako do krewnego, zwrócili się do mnie z prośbą o pamięć i modlitwę przy posągu srebrnoskrzydłego anioła. Odwiedzałem grób raz w tygodniu, zawsze o wschodzie słońca i składałem na nim białe róże wzdychając do Boga za duszę dziecka.

Ja, jako że zmuszony koniecznością zostałem do podróży, teraz, pomny niegdysiejszego przyrzeczenia, zmuszony jestem szukać u ciebie, Przyjacielu, pomocy.

Zechciej w swej dobroci nawiedzać grób dzieciny i składać na nim wiązankę białych róż. Takie było wszak życzenie rodziców jego, by kwiaty kolor marmuru ateńskiego Akropolu miały. Gwoli możliwości czyń to raz w tygodniu, w niedzielę wczesną porą, gdy świt świadkiem walki dnia i nocy się staje, a Salwator rozbłyska w pierwszych promieniach słońca.

Zgadzając się wielką doprawdy uczynisz mi przysługę i dłużnikiem Twym będę aż do śmierci.

Mam nadzieję, że w rocznicę naszego spotkania, w dzień świętego Józefa, wspomnisz mnie i dobrą modlitwą również obdarzysz. Pozostań w zdrowiu, drogi Janie. Ten, który ma zaszczyt zwać się Twym przyjacielem —

Stanisław Wyspiański

Przejście do 217.

9

Kraków, lipiec, 1850 rok

Szli w pewnym oddaleniu. Z niedowierzaniem spoglądali, jak Prederic kłania się kilku mijanym osobom. Byli to starsi mężczyźni, czasem wojskowi, pełni dystynkcji w ruchach i nabytej surowości oblicza. Eliris starała się zbytnio im nie przypatrywać, by nie ściągnąć przypadkiem na siebie ich uwagi. Za to sięgnęła do sakiewki po dysk komputera. Obudowa dostosowana do tych czasów przypominała emaliowane puzderko z girlandą kwiatów na wieczku i bez trudu mieściła się w dłoni. Zasłaniając się parasolką przed niepowołanym wzrokiem ustawiła parametry. Skaner zaczął zbierać wizerunki osób, które zdawały się znać Prederica. Może później uda się z tych danych wyciągnąć jakiś wniosek? Jak na razie dziwił sam fakt, że podróżnik z przyszłości w sposób tak jawny przyznaje się do znajomości ludzi tych czasów. Gdzie mógł ich poznać, pozostawało tajemnicą, jednak liczyła, że gdy uda im się zidentyfikować mijanych mężczyzn, znajdą nić łączącą ich z szefem Instytutu.

Prederic doszedł do Plant i skręcił w kierunku Wawelu. Cała aleja była pusta aż do widocznego w prześwicie wzgórza. Ni żywego ducha zarówno przed, jak i za nimi.

— Nawet o tym nie myśl… — szepnął cicho Christian.

Eliris starała się przybrać niewinną minę. Zerknęła na niego i już chciała zapytać o czym ma nie myśleć, gdy spotkała się z jego kpiącym wzrokiem.

— No dobrze… — westchnęła. — Ale nie powiesz mi, że i tobie nie wpadł do głowy podobny pomysł. Okoliczności można uznać za sprzyjające. Nawet nie musielibyśmy do niego blisko podejść. Wystarczyłoby skonstruować z plastycznego proszku jakiegoś insekta, pszczołę chociażby, i zaopatrzyć ją w truciznę. Jedno ukłucie i po sprawie.

— Jest tylko jedno ale… — zaznaczył.

— Myślisz, że nie wiem…? Zabić teraz Prederica, to tak, jakby anihilować całą linię czasu i uśmiercić wszystkie istnienia w niej zakotwiczone. Jest jeszcze za młody… Niestety. A my mamy skrupuły, które jemu nawet nie przyszłyby do głowy. Też niestety. Ale musisz przyznać, że rozwiązałoby to część problemów.

— Tak. I stworzyłoby całą masę nowych.


Przejście do 104.

10

Kraków, Planty miejskie, 2013 rok

Informacje o wypadku były nadzwyczaj lakoniczne. Większość not prasowych pojawiła się w mediach elektronicznych tego samego dnia, w dniu następnym lokalna gazeta zamieściła krótkie sprawozdanie. Dwa dni później po wypadku nie było już żadnego śladu.

Christian sięgnął niezauważalnie po własny dysk.

— Jeśli chcemy się czegoś dowiedzieć, to trzeba rzucić okiem na doniesienia policyjne.

Jednak nawet one niewiele pomogły.

Choć minęło już ponad dwa tygodnie — tożsamość ofiary wciąż pozostawała nieznana.

Christian odchylił się na ławce i zapatrzył w korony drzew. Był sposób, by dowiedzieć się, co też się stało z dochodzeniem w sprawie wypadku i do jakich wniosków doszła drogówka. A raczej, do jakich wniosków dojdzie w przyszłości. Trzeba tylko poprosić o spłacenie przysługi sprzed lat.

— Mam znajomego… — wyjął własny dziennik podróży i zapisał w nim jego nazwisko. — Jest jednym z pracowników Instytutu. Zajmuje się nadzorowaniem archiwów i zarządzaniem bazami danych. Jest dobry… Bardzo dobry… Nie ma chyba informacji, do której nie umiałby dotrzeć. I kiedyś mu pomogłem. Umówiłem się z nim wówczas, że spłaci mi przysługę w dowolnym czasie. Dosłownie. Wystarczy zapisać pytanie i umieścić w odpowiednim miejscu. On znajdzie odpowiedź i złoży ją w tym samym miejscu. Co najlepsze, tej odpowiedzi może szukać dowolnie długo, bo i tak będzie ją musiał przesłać w przeszłość przez zaufanego podróżnika, więc czas startowy przejścia przestaje mieć znaczenie… Mogę w tym momencie poprosić go o spłatę długu. Przejrzy dane i powie nam, czy w związku z tym wypadkiem policja coś jeszcze w przyszłości ustali… Albo po prostu możemy sami postarać się znaleźć jakieś informacje — dodał widząc wątpiącą minę Eliris.

— Albo po prostu — powtórzyła dziewczyna — skupimy się na jednym z dwóch pozostałych wypadków.


Bohaterowie mają następujące opcje wyboru:

* korzystają z pomocy technika z przyszłości, by dowiedzieć się czegoś więcej o wypadku samochodowym — 193;

* samodzielnie badają okoliczności wypadku samochodowego — 40;

* badają okoliczności wybuchu gazu w podmiejskiej willi — 202;

* badają okoliczności zasztyletowania mężczyzny — 172.

11

Budapeszt, 8 Sekcja Wierzei Czasu, 2367 rok

[Zaznaczyć przejście.]

Błysk znów został wchłonięty przez sterownik.

Eliris i Christian stali na podwyższeniu kamiennego kręgu Wierzei Czasu.

Powrócili do XXIV wieku.

Obsługa techniczna podeszła do nich, by w razie konieczności udzielić pomocy. Na przegubach lewych dłoni mieli zapięte metalowe bransolety. Platynowe ozdoby nie wiadomo jak i kiedy zostały im założone. Coś przeoczyli? Zapomnieli o jakimś wydarzeniu, czy też celowo zostało im ono usunięte z pamięci?

Eliris uważnie oglądała bransoletę. Wykonano ją z platyny. Gładka obręcz tylko w jednym miejscu poznaczona była grawerunkiem pisma. Kodem niezawisłości.

To dlatego technicy o nic nie pytali. Otoczyli ich milczącym kordonem, gotowi w razie czego służyć wsparciem. Nic więcej.

Oboje zeszli z postumentu.

— Ten mężczyzna — Christian postanowił blefować — ten, który przeszedł przed nami przez próg czasu… Gdzie on jest?

Technicy popatrzyli po sobie zaskoczeni. W końcu jeden z nich, dotąd trzymający się nieco na uboczu, podszedł i stanął przed dwójką podróżników.

— Przykro mi, ale nikogo nie było. Od bardzo dawna…

Do Eliris dopiero po chwili dotarło znaczenie tych słów.

— Jak to? Nikt nie używa Wierzei?

— Nikt — potwierdził technik. — Od przeszło sześćdziesięciu lat. Od czasu, jak straciliśmy wszystkie sterowniki…

Dziewczyna aż przysiadła z wrażenia.

— To koniec — stwierdziła. — Ugrzęźliśmy w tym continuum już na zawsze. W ślepej uliczce swego losu. I nie ma stąd możliwości ucieczki.


KONIEC GRY

12

Miasto M, obszar VII, Lavender Hill, 2367 rok

[Zaznaczyć czas.]

Od momentu, gdy Christian wystartował z terenu Instytutu, minęło zaledwie pół godziny, a oni znów siedzieli w bezpiecznym wnętrzu biblioteki Lavender Hill.

Z ukryciem transportowca nie mieli większych problemów. Siedziba Rodu zaopatrzona została w system podziemnych hal i korytarzy. Do kilku nich można było dotrzeć przez zamaskowane włazy rozmieszczone wokół miasta tak, by nikt nie podejrzewał, że punktem docelowym jest dom Wiktorii Vermeer.

W pobliskim parku znajdowało się jedno z takich wejść. Malownicza pionowa skała wznosząca się nad rwącym potokiem była tylko zgrabnie skonstruowaną iluzją. Podlecieli do niej ze wschodu i na pełnej prędkości przekroczyli zasłonę hologramu. Znajdujące się za nią bufory wyhamowały statek i łagodnie osadziły go na lądowisku. Kolejno zapalały się światła wydobywając z mroku szare ściany jaskini.

Nie obawiali się pościgu. Dzięki zapiskom Wiktorii udało się Christianowi wyłączyć lokalizatory transportowca, nikt nie miał więc szansy ich namierzyć. Dla systemów bezpieczeństwa Instytutu w momencie przekroczenia wrót hangaru na wieży — zniknęli jak kamfora. Systemy ochrony pozostały ślepe.

Teraz Eliris krążyła po bibliotece. Gruby zielonkawy dywan tłumił jej kroki. Wcale nie była pewna, czy słusznie postąpili opuszczając teren Instytutu. Zdawała sobie sprawę, że niewiele czasu im pozostało, mogli zaryzykować i cofnąć się do windy, mogli sprawdzić jeszcze pozostałe możliwości… Ale mogli też definitywnie przegrać. Gdyby przekroczyli wyznaczony czas, komputer ochrony niechybnie podniósłby alarm informując o obecności intruzów. A to oznaczało dochodzenie i dekonspirację. Więc może lepiej, że… — zirytowana potrząsnęła głową próbując rozwiać wątpliwości. Co się stało, to się nie odstanie. Teraz należało skupić się na kolejnej możliwości.

Gong oznajmił przybycie gościa. Po raz kolejny mieli spotkać się z Thomasem. Jeśli nie udało im się ze zbieraniem dowodów przeciw Predericowi w siedzibie Instytutu, to może więcej szczęścia będą mieli teraz. Wciąż aktualna pozostawała sprawa Malei Rev. Pytanie brzmiało tylko, ile uda im się zdziałać w obliczu tak niebezpiecznego przeciwnika. Przy tej kobiecie, o czym doskonale wiedzieli, ryzykowali życiem. Ale przecież gra warta była świeczki.

Christian podążył w kierunku holu, by otworzyć drzwi bratu.

— Oby teraz — rzucił w drzwiach — boginie losu były nam przychylne.


Przejście do 190.

13

Atlantyk, opuszczona baza na platformie naukowej, 2367 rok

Należało to załatwić szybciej. Zdecydowanie szybciej. Tymczasem słowna potyczka z handlarzem nadmiernie przeciągnęła się w czasie. Cena, jaką podyktował, była nie do przyjęcia. Jednak artefakt, który miał w zamian, był im koniecznie potrzebny. Patowa sytuacja.

I może targi trwałyby jeszcze jakiś czas, gdyby nie wyjątkowy pech.

Eliris słyszała o podobnych akcjach. Zawsze między wierszami i nigdy wprost w oficjalnych danych. Sytuacja przedstawiała się tak, jakby walka z nielegalnym handlem artefaktami odbywała się wyłącznie jako teoretyczna potyczka dwóch różnych racji. Lecz czasami, o czym najlepiej wiedział Christian, starcia te przybierały jak najbardziej realny charakter. W poprzednim continuum stracił on brata. Thomas zginął, ponieważ zbyt pochłonęło go śledztwo prowadzone przeciw handlarzom i w którymś momencie, zaaferowany, stracił czujność.

Teraz natomiast sami znaleźli się w środku akcji.

Ogłuszające błyski i fale paraliżującego promieniowania powaliły ich na ziemię. Eliris z opóźnieniem odnotowała treść głośno wykrzykiwanych rozkazów: każdego podejrzanego ułożyć w bezpiecznej pozycji, skontrolować funkcje życiowe, następnie przetransportować do zakładu i odseparować od pozostałych.

Potem była już tylko ciemność.


Przejście do 49.

14

Lokalizacja nieznana, 2367 rok

[Zaznaczyć paradoks.]

— Niech to! — Eliris czując narastającą frustrację chciała tupnąć nogą w posadzkę, by tym dziecinnym gestem dać upust złości. Jednak nie mogła się ruszyć. — Żeby znów dać się złapać w pułapkę…

— Znów? — Uprzejme zdziwienie Malei irytowało tym bardziej, że Eliris nie wiedziała, czy jest autentyczne, czy też tylko świetnie zagrane.

Jeśli jednak Malea nie wie o ich poprzednim spotkaniu i o pułapce zastawionej w kościele ojców Dominikanów w XXI wieku, oznacza to, że jeszcze tam nie była. Jej przyszłość jest już ich przeszłością. Mają nad córką Prederica przewagę, posiadają wiedzę o zdarzeniach, które jeszcze nie zaistniały. Jeśli ingerencje nie okażą się zbyt radykalne, może uda im się odtworzyć linię uniwersum w niezmienionym bądź bardzo podobnym kształcie. Wystarczy przeanalizować zapiski z dziennika podróży i skopiować działania…

— Ojciec zbyt się z wami cacka. Może to przez sentyment do ciebie? — zwróciła się w stronę Eliris. — Może nie chce zbytniego zamieszania… Uśmiercenie was byłoby jakimś rozwiązaniem. Przykro mi to stwierdzić, ale… będziecie żyć. Niestety. Posiedzicie sobie tu jakiś czas, dzień, może dwa… Nic złego wam się nie stanie. A gdy stąd wyjdziecie, napotkacie całkiem nową rzeczywistość. — Zaśmiała się zadowolona z własnego żartu.

Widzieli, jak podchodzi do gładkiego blatu stołu i przesuwa palcami po jego powierzchni w sposób celowy. Widocznie na szklanej tafli wmontowano systemy sterownicze, które współgrały z jej siecią neuronową. Dla nich, niestety, pozostawały niewidoczne. Może gdyby udało się dopasować przekaz do ich układów…

W końcu, zadowolona z efektów, odwróciła się do nich, by pomachać na pożegnanie.

— Życzę udanego odpoczynku — rzuciła kierując się w stronę jednej ze ścian. Pół metra przed przeszkodą zaczęła się dematerializacja. Po chwili już jej nie było.

Stali otoczeni przez ciasny krąg pola. Jednak z minuty na minutę słabł on i się rozszerzał. Po godzinie objął cały obwód podestu, na którym zostali uwięzieni. Nie sięgnął wszakże stołu. I nie drgnął już nawet o milimetr. To było maksymalne odchylenie granicy.

— Co teraz? — chciała wiedzieć Eliris. — Malea z każdą chwilą zyskuje nad nami coraz większą przewagę. Trzeba ją dogonić i sprawdzić, co zamierza. Trzeba ją mieć pod stałą obserwacją i liczyć na cud.

Christian usiadł na podeście i wskazał gestem, by do niego dołączyła. Dziewczyna wzruszyła ramionami i przysiadła naprzeciwko. Pytająco uniosła brwi.

— Skoro raz się udało, to z pewnością uda się ponownie — stwierdził enigmatycznie.

— Silna wola i przekonanie o powodzeniu… — Eliris już wiedziała, co jej towarzysz zamierza. — Chcesz znów wykorzystać paradoks czasów…

— I mam pewność, że się powiedzie.

Obydwoje, tak jak przy pierwszej próbie, zamknęli oczy.

Nie czekali zbyt długo. Lekki szum towarzyszący translokacji poinformował ich, że ktoś przybył do pomieszczenia. Słyszeli kroki i stukot o powierzchnię blatu. Eliris zastanawiała się, dlaczego nie mogą spojrzeć na swoje wcielenia z przyszłości. Przecież już zdarzało się, że widziała swe wersje z innych czasów, a nawet z innych linii uniwersum. Co więc takiego było w przyszłości, co Christian starał się przed nią ukryć? Jednak ufała mu na tyle, by szanować nawet tę absurdalną, jej zdaniem, prośbę.

Wsłuchiwała się w przestrzeń starając się po dźwiękach odgadnąć, co robi przybysz. Była prawie pewna, że stoi przy blacie i zmienia ustawienia sieci. Stukot o szklaną powierzchnię towarzyszył kolejnym ruchom.

W końcu szum delokalizacji oznajmił, że to koniec.

Eliris otworzyła oczy i rozejrzała się po pomieszczeniu. W widoczny sposób nic się nie zmieniło. Nic, przynajmniej jeśli chodzi o wystrój. Natomiast powierzchnia stołu jarzyła się seledynową zielenią wskaźników. Ten, kto przed chwilą rozplątał sieć, dostosował układ do ich indywidualnych parametrów. I zostawił jeszcze coś…

Na blacie leżała kartka.

Christian rozwinął ją, przeczytał, po czym bez słowa podał dziewczynie.

Zerknęła na wydruk.

Przejście translokacyjne — według ostatniego zapisu punktu docelowego, Budapeszt, 8 Sekcja Wierzei Czasu. Przejście przez próg czasu — lokalizacja domyślna, 55 % prawdopodobieństwa, Kraków 2025 rok. Prawdopodobieństwo powrotu do punktu wyjścia — 60%.


Bohaterowie mają następujące opcje wyboru:

* oceniając prawdopodobieństwo przejścia przez próg czasu na zbyt niskie i postanawiają poczekać na powrót Malei — 50;

* decydują się wykorzystać paradoks, by uzyskać większe prawdopodobieństwo co do celu przejścia Malei — 145;

* postanawiają skorzystać z Wierzei Czasu i cofną się do spotkania z handlarzem [zaznaczyć przejście] — 146.

15

Kraków, kościół świętej Barbary, 26 marca, 2025 rok

Miejsce, w którym się znaleźli, było tak podobne i zarazem tak różne od tego, które niedawno opuścili… Wnętrze kościoła świętej Barbary na początku XXI wieku zaskoczyło ich swym wystrojem. Mieli jeszcze przed oczyma budowlę rozświetloną drgającymi płomieniami świec, pogrążającą się w mroku wieczora wraz z wybrzmiewaniem kolejnych modlitw. Barokowe ołtarze, teraz to dopiero dostrzegli, pomimo przepychu i kapiących złotem zdobień, były wówczas przykurzone i pokryte sadzą.

Stojąc w tym samym miejscu dzień później czuli na sobie ciężar stu pięćdziesięciu lat, które w ciągu tych kilku godzin minęły. Stroje nie krępowały już ruchów, konwenanse nie ograniczały w działaniu. Przebrzmiały obie wojny światowe i niezliczona ilość innych bitew. Wymarły pokolenia, narodziły się nowe. Żywioły dawały o sobie znać z coraz większą siłą i zaciętością. Ludzie nieświadomie zmierzali w kierunku przełomowych odkryć.

Sam wystrój kościoła też uległ zmianie. Choć pozornie wszystko znajdowało się na swoim miejscu, w niemalże nienaruszonym stanie… To jednak…

Dzień był nadzwyczaj słoneczny. Wczesne godziny przedpołudnia snuły się wolno i leniwie. Wnętrze budowli rozświetlały kolorowe refleksy przedzierające się przez witraże. Smugi światła kładły się na posadzce, rozświetlały tablicę poświęconą Jakubowi Wujkowi, deformowały się na oparciach ławek, przeszywały przestrzeń barwnymi promieniami.

— „Zrazu myślałem, że ten, co się wdziera blask, była struna to z harfy Homera…” — szepnęła Eliris, jakby bojąc się zburzyć panującą we wnętrzu ciszę i przeciągnęła dłonią po świetle promieni.

Wolno obchodzili wnętrze. Kolejny raz odbywali wędrówkę od ołtarza do ołtarza. Jakkolwiek już wcześniej intrygowały one swoim zdobnym przepychem, tak teraz wręcz błyszczały złotem i odcieniami turkusu. Rzeźby wyczyszczono, odrestaurowano, ubytki wypełniono. Całości przywrócono złudny blask.

Christian dyskretnie rozglądał się po wnętrzu. Było wymarłe, tylko z dala, jak przez mgłę, dochodziły odgłosy gwarnego życia toczącego się na Rynku Głównym. Wysoko, ponad linią wzroku, umieszczono kamery. Nie mogli więc podejść do rzeźb i zacząć przy nich majstrować. Zastanawiał się przez chwilę, po czym pociągnął Eliris do ławek. Z punktu widzenia ich czasów rozwiązanie było niemożliwe do zastosowania, ponieważ wszystkie systemy były na nie uodpornione. Jednak w tym wieku, gdy systemy elektrycznego nadzoru nie były jeszcze aż tak rozbudowane, zdalne zapętlenie nagrania z kamer nie stanowiło żadnej przeszkody. Siedzieli chwilę w bezruchu. Eliris bez słowa kątem oka przyglądała się, jak jej towarzysz nieznacznie manipuluje przy wyciągniętym z kieszeni dysku komputera. Tak jak się spodziewał, komputer rejestrujący nagranie nie był daleko. Zmienił ustawienia.

— Droga wolna — podniósł się z ławki i skierował do ambony.

Eliris, zniecierpliwiona, wyprzedziła go i pierwsza dopadła rzeźb. Nie licząc starca wieńczącego zadaszenie, u podstawy umieszczono trzy postacie kobiece.

— I że też nikt go nie znalazł… Wyszukiwanie lub tworzenie enklaw odpornych na upływ czasu i zapewniających nienaruszalność depozytu to sztuka. I trzeba przyznać, że Wiktoria była mistrzynią jeśli idzie o konstruowanie zagadek znaczących drogę do skrytek — rzekła dziewczyna schylając się i zaglądając pod podstawę ambony.

Na pierwszy rzut oka nic nie wskazywało, że istnieje tu jakiś schowek. To, oraz utrudniony dostęp, w końcu nikomu ze zwiedzających kościół nie przychodziło do głowy, by wchodzić pod ambonę, zapewniło przetrwanie księdze. Zeskanowali powierzchnię i znaleźli mechanizm zapadkowy otwierający kryjówkę. Jego konstrukcja, podobna jak w różnego rodzajach biurkach i sekretarzykach, wskazywała na osiemnasty wiek. Musiał więc powstać równocześnie z samą amboną, lub niewiele później, przy okazji jednej z renowacji. Wystarczyło nacisnąć lekko słój w jednej z deseczek i przekręcić listwę.

Mechanizm, mimo upływu dziesięcioleci, działał bezszelestnie. Z podstawy ambony wysunęła się klapka, a na niej, owinięta w szare płótno, spoczywała księga. Ostrożnie ujął ją i uchylił materiał. Słyszał westchnienie Eliris, gdy promień słońca padł na zdobienia okładki i rozbłysnął na czterech szafirach. Mieli w rękach jedną z najbardziej poszukiwanych, legendarnych ksiąg. Indeks glejtów autentyczności.

Ponieważ w kościele nadal panowała pustka, postanowili wrócić do ławki i dokładnie przyjrzeć się znalezisku. Indeks wyglądał dokładnie tak, jak na obrazie Matejki. Książka standardowego formatu, około dwustu kart, zdobiona okuciami, zamykana na dwa zatrzaski, z kilkoma tasiemkami zakładek. Pewnym zaskoczeniem były kamienie na okładce. Gdy przywołali reprodukcję płótna i powiększyli wskazany fragment, ujrzeli złotawą, przypominającą elipsę, plamę farby. Jednak nie można było dopatrzyć się jakichkolwiek szczegółów.

Christian z pewną obawą uchylił okładki. Choć mieli go w rękach i teoretycznie znali jego działanie, Indeks pozostawał wciąż niezgłębioną tajemnicą. Kolejne strony zapisywane były odmiennymi charakterami pisma. Każda nota miała podobny schemat. Zawsze podkreślano nazwę przedmiotu, o którego autentyczność się starano. Były tam oczywiście książki, mapy, znaleźli kilka obrazów, w tym dzieło Rembrandta, były rzeźby i meble. Czasem zdarzały się jakieś szkatułki, czapki, wachlarze i biżuteria. Jednak w prawdziwe osłupienie wprawił ich zapis z końca osiemnastego wieku, gdy jakiś Anglik postarał się o potwierdzenie kilkusetletniego pochodzenia dla wybudowanej niewiele wcześniej we własnym parku ruiny klasztoru. Widać popularność powieści gotyckich i fascynacja nastrojem grozy sięgnęły wówczas swego apogeum. Jak wynikało z zapisu, upragnione potwierdzenie zdobył, na sławę sobie i urąganie tak zwanym autorytetom, które swego czasu mocno zalazły mu za skórę.

W końcu dotarli do ostatniej zapisanej strony. Spodziewali się, że zostanie zapełniona wyraźnym, pochyłym pismem Wiktorii. Pomylili się. Zapisu dokonano w XIX wieku, w roku powstawania dzieła Matejki i uczynił je sam mistrz. Tym, o co prosił, był glejt autentyczności — dla siebie. Zszokowani wpatrywali się w kolejne zdania. A więc dlatego Wiktoria zdecydowała, by na powiernika tajemnicy wybrać malarza… Jednak sekret musiał zostać dochowany. Spojrzeli na siebie w milczeniu. Wędrówki w czasie były niebezpieczne nie tylko ze względu na możliwość zmian w continuum. Innym, może o wiele bardziej groźnym niebezpieczeństwem była okazja poznania tego, co na zawsze powinno zginąć w mrokach przeszłości.

Przewrócili stronę. Kolejna karta pozostała pusta, czekała na ich własny glejt. Jednak między strony wetknięto złożony na pół list.

Po pierwsze — Wiktoria nie trudziła się wstępem i od razu przechodziła do sedna sprawy — zdobycie Indeksu to tylko przygrywka. Nie liczcie, że on coś zmieni. Widocznie continuum jest zbyt naderwane ingerencjami Prederica, by za pomocą glejtów próbować naprawić uszkodzone linie czasoprzestrzeni. Zresztą…, nawet jeżeli potwierdzicie autentyczność któregoś z przedmiotów z listy, bo przecież do tego dążycie, czyż nie? A więc, jeśli nawet potwierdzicie autentyczność, nie tak łatwo będzie wam zdyskredytować dotychczasowego szefa Instytutu. Prederic tak łatwo się nie podda, wierzcie mi. Już kilkakrotnie próbowałam się pozbyć tego łajdaka, jednak zawsze coś idzie nie tak. Tyle już wersji rzeczywistości sprawdzałam, że aż zaczyna to być nudne. Jemu, jakimś niepojętym splotem okoliczności, zawsze udaje się wyjść bez szwanku. Nie pomógł tu nawet Indeks, nie pomogły dziesiątki innych rzeczy, z którymi, miejmy nadzieję, nigdy nie przyjdzie wam się zetknąć. Ale trzeba wciąż próbować. Nie można się poddać. Przez tego szaleńca możemy wszyscy na powrót pogrążyć się w nicości. Ciągle drżę, by kolejna jego ingerencja w czasie nie była przypadkiem tą ostatnią. Bo przecież musi istnieć jakiś limit, jakaś granica wytrzymałości. Ale, ale… Wracając do meritum. Zdaje mi się, że znalazłam sposób, by raz na zawsze pokonać Prederica. Pomysł o tyle genialny, co absurdalny. Jednak sama nie doprowadzę go do końca. Stąd zadanie dla was. Wyjdziecie i zaczekacie ukryci w cieniu pod krużgankami przy kościele Mariackim. Minie was Malea. Podążajcie za nią. A potem… Potem, cóż… Patrzcie. Ale w żadnym wypadku, bez względu na wszystko, nie możecie ingerować w bieg wydarzeń. Wierzcie mi. Sprawdziłam chyba wszystkie opcje. Ta jedna daje szansę powodzenia. Cena nie gra tu roli. Więc obserwujcie i dokumentujcie. To, co stać się musi — i tak się stanie.


Przejście do 38.

16

Miasto M, obszar VII, Lavender Hill, 2367 rok

Przeszli bezpośrednio przez portal translokacyjny umiejscowiony w podziemiach posiadłości. Wspięli się po schodach i udali do swoich pokoi. Choć mieli nieustanną świadomość upływającego czasu, obydwoje potrzebowali chwili wytchnienia i snu. Dawno już przestali funkcjonować w dwudziestoczterogodzinnym systemie doby. Łykali kolejne tabletki energetyczne i w końcu nadszedł czas, by odespać ostatnie wydarzenia. Organizm, zmuszony do skrajnego wysiłku, potrzebował regeneracji. I nie było już sposobu odkładać tego na potem. Przespali siedemnaście godzin.

Powrót na jawę nie był zbyt przyjemny. Po długim śnie pozbawionym marzeń uchylające się powiek objawiły twardą osnowę rzeczywistości. Nie było innego sposobu — musieli stawić jej czoło.

Wraz z wybiciem pełnej godziny zasiedli do pracy. W bibliotece Lavender Hill rozsunięto ciężkie kotary. Słońce wpadało do środka kładąc się długimi smugami na wzorzystym dywanie. Widok łąk rozpościerających się za oknem nęcił i kierował myśli ku sielskim krainom, choć był tylko doskonałą projekcją niegdysiejszego krajobrazu.

Eliris z trudem oderwała wzrok od topoli kołyszących się w jednostajnym rytmie i skupiła go na wyświetlaczu. Rozłożyła się na otomanie, podparła poduszkami, a dysk komputera położyła na kolanach. Co jakiś czas spoglądała na Christiana, który pochylony nad biurkiem wertował kolejne strony. Hologram siłowy wytworzony przez jego dysk przypominał starodawną księgę. Ciekawy wybór — pomyślała. Jak najbardziej pasujący do tego wnętrza. Wydawało jej się, że wręcz słyszy szelest kolejnych przewracanych stron. Pergamin wydawał przecież tak charakterystyczny odgłos…

Godziny płynęły wolno jedna za drugą. Przeglądali kolejne pliki.

Jedyną informacją, która wypłynęła z tego potopu danych, było doniesienie o nieoficjalnych dochodzeniach, bądź postępowaniach wstępnych przeciwko firmie Malei. Jednak nigdy nie było to nic oficjalnego. Nigdy nie sprecyzowano zarzutów, ani tym bardziej ich nie postawiono. Nie znaleźli punktów stycznych pomiędzy Prederikiem a Maleą. Było kilka pogłosek, jakieś plotki, które jednak nie dawały zaczepienia do dalszych działań.

Minęło popołudnie. Dali sobie limit do wieczora. Jeden dzień to i tak nazbyt, gdy tylko bezproduktywnie przeczesuje się bazy danych. Pod wieczór byli w zasadzie w punkcie wyjścia. Trzeba było podjąć decyzję co do dalszych działań.

Usiedli w fotelach naprzeciwko siebie. Christian splótł dłonie i wpatrywał się w graficznie przedstawione opcje. Każda jarzyła się ostrym kolorem w oddzielnej ramce. Były to trzy hasła, które kryły w sobie drogi dalszego postępowania: „kariera Prederica”, „paradoks” i „notatki z dziennika”.

Choć do tej pory wyszukiwanie informacji w dostępnych bazach danych nie szło zbyt efektywnie, mogli zastanowić się nad poświęceniem jeszcze jednego przedpołudnia i prześledzić, powtórnie, karierę naukową Prederica. Może coś przeoczyli? Może coś umknęło ich zmęczonym umysłom?

Inną opcją było zastosowanie paradoksu. Działanie o tyle skuteczne, co niepewne. To była loteria. Poza tym, jeśli się uciekną do paradoksu, mogą zabrnąć w uliczkę, z której nie będzie już powrotu…

I zawsze pozostają dzienniki podróży. Jeśli poświęcą jutro czas na przeanalizowanie zapisów z wyprawy na przedpole masywu karpackiego, może dostrzegą coś, co w natłoku wrażeń wcześniej im umknęło. Być może, już na spokojnie, w zacisznym wnętrzu biblioteki Lavender Hill rozpatrzą podjęcie innej decyzji. Wrócą do sytuacji wyboru i pójdą inną drogą…


Bohaterowie mają następujące opcje wyboru:

* mimo braku dowodów decydują się skupić uwagę na Predericu i uważnie prześledzić jego karierę naukową — 159;

* przeglądają zapiski z wydarzeń z przedpola masywu karpackiego i ponownie dokonują wyboru [zaznaczyć czas] — 22;

*decydują się wykorzystać paradoks licząc, że znajdą w dzienniku jakąś podpowiedź co do dalszych działań — 185.

17

Kraków, obszar V, teren muzealny dawnej kopalni soli, 2367 rok

Spotkanie było nieoficjalne. Od razu to zaznaczono. Jak również fakt, że bez porozumienia z seniorem Rodu nie zostanie podjęta żadna wiążąca decyzja. To, że Christian nosił nazwisko Dewey, tylko w nieznacznym stopniu ułatwiło sprawę. Pozwoliło im umówić się na spotkanie z pełnomocnikiem rodziny i uzyskać zapewnienie, że zostaną wysłuchani z należytą uwagą. Nic więcej. Ród Andera znany był ze swej lojalności, lecz również ze swej chłodnej logiki w podejmowaniu wszelkich decyzji rzutujących na wizerunek rodziny. A udzielenie wsparcia podróżnikom oskarżonym o zabójstwo mogło postawić ich w bardzo niekorzystnym świetle.

Kurierem przesłano do Lavender Hill standardową kartę wizytową. Na pierwszy rzut oka nie zawierała niczego więcej ponad zdawkowe podziękowanie za zaproszenie na spotkanie. Jednak wśród wypukłych zdobień ukryto mikrokryształ pamięci. Christian, znając nawyki własnej rodziny, szybko wyłuskał drobinę i umieścił ją w czytniku.

Spoglądali na dokładny trójwymiarowy plan Krakowa. Zaznaczone na czerwono punkty wyznaczały trasę, jaką mieli pokonać udając się na spotkanie z przedstawicielem Rodu. Uwzględniono środki komunikacji i czas dotarcia do celu. Określono miejsce spotkania.

Zgodnie z instrukcją przybyli do miasta podziemną linią. Wysiedli na głównym dworcu usytuowanym na północnym krańcu trzeciego obszaru i wmieszali się w tłum. Przeszli trzy kilometry w kierunku ścisłego centrum i przy przejściu do pierwszego obszaru wsiedli do stylizowanej dorożki. Potem było jeszcze kilka przesiadek. W końcu koło trzeciej po południu udało im się przekroczyć bramę dawnej kopalni soli.

Zjazd do podziemi. Drewniana winda przypominająca klatkę trzeszczała w takt umiejscowionego wysoko kołowrotu. Drżenie naprężonych stalowych lin towarzyszyło im przy pokonywaniu kolejnych metrów szybu. Otaczająca ich przestrzeń ograniczona została do tej stylizowanej windy transportowej oświetlanej drgającym płomieniem lampy naftowej. To tylko aranżacja, powtarzała w myślach Eliris starając się zbyt dokładnie nie analizować stanu technicznego dźwigu. To tylko aranżacja… Przecież muzeum nie mogło sobie pozwolić, by do przewózki odwiedzających podziemia używać oryginalnych kabin sprzed kilkuset lat. Chodziło tylko o to, by wszystko wyglądało autentycznie. Stąd te drgania i skrzypienie.

Gdy wysiedli, otworzyła się przed nimi ciemna gardziel podziemnego chodnika. W oddali ginęły słabe poświaty kolejnych lamp. Pokonali kilka załomów, zanim spotkali innych zwiedzających. Kobieta i mężczyzna stali nieruchomo przy rozwidleniu korytarzy wyraźnie na coś czekając. Christian z Eliris zbliżyli się do nich powoli.

— Pełnomocnik już na was czeka — głos kobiety zabrzmiał nienaturalnie głośno w pustej przestrzeni tunelu. — Dajcie karty wejścia. Nie chcemy, by namierzyli tę komnatę.

Ściągnęli z nadgarstków paski identyfikacyjne. Kobieta zabrała je i nie oglądając się już za siebie zniknęła ze swym towarzyszem za następnym załomem.

Christian zagłębił się w boczny korytarz. Eliris, po chwili wahania, podążyła za nim. Po niecałych stu metrach natrafili na ślepy zaułek. Zdezorientowani rozglądali się wokoło. Dopiero błysk czerwonej diody wskazał lokalizację przejścia. Gdy stanęli naprzeciw znacznika, bezszelestnie otwarło się przed nimi wejście do śluzy. Bez przeszkód przeszli przez strefę bezpieczeństwa. Drugie rozsuwane drzwi ujawniły reprezentacyjny hol, jakiego nie powstydziłyby się siedziby Instytutu. Byli wewnątrz jednego z tajnych kompleksów archiwalnych Rodu Andera.

Zaprowadzono ich do jednego z gabinetów. Na ich powitanie zza biurka podniósł się lekko szpakowaty mężczyzna. Okulary w cienkiej złotej oprawie kryły przenikliwe spojrzenie. Gospodarz otaksował ich wzrokiem bez żadnej żenady. Jakby zadowolony z efektu, wskazał dwa fotele naprzeciw.

Zajęli miejsca świadomi zadania, jakie ich czeka. Zebranie materiału to jedno. Musieli wszakże przekonać pełnomocnika rodziny, że warto im udzielić pomocy. Że wsparcie Rodu Andera przyniesie obustronne korzyści. I wreszcie — że wspólnie uratują znane im uniwersum.


Przejście do 57.

18

Miasto M, obszar VII, Lavender Hill, 2367 rok

Wszystkie kontakty, które udało im się znaleźć w dziennikach Wiktorii, pochodziły sprzed ponad dwudziestu lat. W najlepszym wypadku. W najgorszym sprzed siedemdziesięciu kilku. Przez te lata niejedno się zmieniło…

Eliris i Christian siedzieli w bibliotece Lavender Hill i analizowali wydarzenia ostatnich dni.

Z listy sporządzonej na podstawie zapisków babki niewiele zostało. W miarę upływu godzin wykreślali kolejne nazwiska. Wielu ludzi zmarło, w bardziej lub mniej niejasnych okolicznościach, kilku zmieniło fach i nie chciało powracać do dawnych zajęć, jeszcze inni wypierali się swych powiązań, choć z pewnością nadal działali na rynku nielegalnego handlu artefaktami.

Nie sądzili, że znalezienie kontaktu okaże się trudniejsze niż wykradzenie Wulgaty z Instytutu. A jednak…

Gdy ostatnie nazwisko zniknęło z ekranu, Eliris chwyciła najbliższą rzecz, jaka leżała na stoliku i cisnęła nią przez pokój. Wolumin w twardych oprawkach poszybował w kierunku regałów, odbił się od pola siłowego chroniącego półki z książkami i upadł miękko na dywanie.

— Szlag by to… Dlaczego mi się wydaje, że niepotrzebnie tracimy czas? — spytała chwytając następny egzemplarz i podrzucając go w dłoni.

Christian niespiesznie podszedł do niej, chwycił w locie książkę i odłożył na stolik.

— Bo jak na razie nie ma rezultatów. Ale przypomnij sobie słowa Wiktorii, którymi już raz mnie uraczyłaś…

Eliris spojrzała na niego groźnie.

— Nie próbuj…

— Quidquid agis, prudenter agas et respice finem — wyrecytował nie zważając na jej prychnięcia.

— Jak nic, utknęliśmy. Więc co proponujesz, panie Rozważny?

— Możemy spróbować przekonać eksperta, by wydał pozytywną opinię, poszukać glejtu autentyczności, choć to doprawdy będzie niemałe zadanie albo… — zawiesił na chwilę głos — kontynuować poszukiwania artefaktu na czarnym rynku. W końcu, wcześniej czy później, musimy na coś trafić.


Bohaterowie maja następujące opcje wyboru:

* rezygnują z tej drogi i starają się przekonać eksperta, by potwierdził autentyczność Biblii [zaznaczyć czas] — 93;

* rezygnują z tej drogi i chcą samodzielnie zdobyć glejt potwierdzający autentyczność Wulgaty [zaznaczyć czas] — 157;

* kontynuują poszukiwania artefaktu z listy na czarnym rynku — 146.

19

Miasto M, obszar IV, 1 Sekcja — główna siedziba Instytutu do spraw badania Wierzei Czasu, 2367 rok

Krótkotrwały szum w uszach.

Cichy gong oznaczał koniec podróży. Drzwi kabiny rozsunęły się ukazując rozległą przestrzeń.

Hol wejściowy umiejscowiono na wysokości antresoli otaczającej pomieszczenie. Czerń nocy wdzierała się przez monumentalne okno. Iluzja godna pochwały.

Christian zerknął na zegar. Mieli jeszcze czas. Należało jak najlepiej wykorzystać okazję, którą właśnie podarowała im Fortuna.

Znaleźli się w głównej sali Instytutu. W sali Wierzei Czasu.


Przejście do 186.

20

Miasto M, obszar VII, Lavender Hill, 2367 rok

Eliris doczytała ostatnie zdanie i zamknęła dziennik.

— Mimo wszystko… — zaczęła z pewnym wahaniem w głosie — Wiktoria miała talent do tej roboty. Odzyskane przez nią księgi są najcenniejszymi egzemplarzami bibliotecznych zbiorów. Jej nazwisko widnieje na wielu tabliczkach upamiętniających zasłużonych darczyńców. I przy tym wszystkim…, przy tym całym blichtrze jej życia i stałym miejscu na świeczniku, udało się jej ukryć tak ważne odkrycie. Niesamowite… Wręcz niewykonalne… Jednak — dodała po chwili — te zapiski niewiele nam dają poza informacją, że Wiktoria miała w rękach Indeks. Nie pisze ani jak go zdobyła, ani do czego go użyła. Nie podaje jak księga wygląda, ani tym bardziej gdzie ją ukryła. Choć to ostatnie i tak niewiele by nam dało, jeśli schowała go w przeszłości to już wielokrotnie mógł zmienić swą lokalizację. I jeszcze to uczucie… Niedosyt? Tak, jakby w całej tej historii brakowało jeszcze jednego elementu, jakby nie wszystko zostało powiedziane.

Zerwał się lekki wiatr. Koronkowy obrus zafalował przy pierwszych podmuchach. Na zachodnim krańcu nieba pojawiły się dawno niewidziane tu sine chmury. Ich fioletowa barwa zwiastowała nadciągającą burzę.

— Znasz to uczucie, gdy coś próbujesz sobie przypomnieć i nie możesz?

Christian przytaknął.

— Jestem prawie pewna, że coś tu jeszcze jest. Coś, o czym powinnam wiedzieć, a co stale mi umyka…

— Zbyt wiele jest niewiadomych — Christian sięgnął po dziennik, lecz go nie otworzył. — Oboje wiemy, jak twoja babka lubiła tajemnice. Jednak nie możemy wciąż poruszać się po omacku. Nie mamy na to czasu. Pytanie więc, czy jesteś pewna, że warto poświęcić czas na szukanie Indeksu. Nie mamy zbyt wielu punktów zaczepienia. A tak w zasadzie, nie mamy żadnego. No, może poza legendami i potwierdzeniem Wiktorii, że Indeks glejtów naprawdę istnieje. Jego zdobycie dałoby nam niepowtarzalną okazję uczynienia autentycznym dowolnego przedmiotu. Cokolwiek jest wymienione w załączniku do dokumentu założycielskiego Instytutu, możemy to mieć i przedstawić Radzie… Bez względu na wszystko…, ty lepiej znałaś Wiktorię. Czy mogła nam chcieć jeszcze coś przekazać? Czy jest tu coś jeszcze do odkrycia?


Jeśli wejście do 99 było z 87 lub 46 — następuje automatyczne przejście do 151.

Jeśli wejście do 99 było z innej lokalizacji bohaterowie mają następujące opcje do wyboru:

* decydują się szukać Indeksu glejtów autentyczności — 151;

* chcą w inny sposób potwierdzić autentyczność posiadanej kopii Wulgaty, mogą starać się o pozytywną opinię eksperta — 93;

* mogą pozorować zniknięcie artefaktu o wątpliwej autentyczności — 65.

21

Kraków, 2013 rok

Okna kawiarni wychodziły na płytę Rynku Głównego. Miał w zasięgu wzroku arkady Sukiennic, wieże kościoła Mariackiego i stoiska kwiaciarek. Oraz tłum turystów, który przemierzał plac w ten upalny dzień.

Hałas i ruch irytowały go. Tylko siłą woli powstrzymywał się, by nie wstać i nie przenieść się w bardziej cywilizowane miejsce. W jego odczuciu musiałoby to być za co najmniej sto pięćdziesiąt lat. Wszystko, co lokowano poniżej 2150 roku uważał za barbarzyństwo. Lubił elegancję i wysublimowane formy, umiał godzinami zachwycać się kunsztem termarskich rzemieślników i finezją ich wyrobów. Nic nie mogło się równać z misterną oprawą szkatuł i parawanów z drzewa cedrowego.

Poza tym formy kultury nie doszły jeszcze do poziomu, który uważałby za znośny. Raziła go krzykliwość przechodniów, ich brak ogłady. Z odrazą spoglądał na ich ubiory, pozbawione smaku mieszaniny wybujałych aspiracji lub dowody zupełnego bezguścia.

Mimo wszystko nie opuszczał swego miejsca. Stąd miał doskonały widok na malarzy wystawiających swe prace. Akwarele z widokami miasta były jedyną godną uwagi pamiątką z podróży. Przez chwilę zastanawiał się nawet, czy nie kupić jednej czy dwóch, ale zrezygnował. Przeniesienie ich przez Wierzeje Czasu mogło być problematyczne, a w tej chwili wolał nie wywoływać zbędnego zamieszania.

Czekał. Musiał się upewnić, że zlecenie zostanie wykonane.

Gratulował sobie pomysłu z monetą. Wiedział, że jeśli Eliris z Christianem dotrą do informacji o zabójstwie przy Starowiślnej, z pewnością odnajdą pozostawiony artefakt. A stąd już tylko krok do poszukiwań jego ostatniego właściciela. Kto mógł mieć lepsze warunki do profilowania niż laboratoria Instytutu? A on przecież sprawował kontrolę nad wszelkimi działaniami swoich pracowników. Nic nie mogło się przed nim ukryć.

Prederic z zadowoleniem sięgnął po filiżankę z kawą. Teraz należało poczekać na ostatnią scenę dramatu. I bić brawa. To zdecydowanie powinna być antyczna tragedia, a on świetnie się bawił odgrywając rolę fatum.

Zauważył ich. Szli obydwoje zmierzając na umówione spotkanie z technikiem. Głupcy. Żadnego spotkania nie będzie i nigdy nie było. Właśnie przystanęli przy akwarelach i dyskutowali ze sprzedawcą. Widać, że już zupełnie nie przejmują się zasadą ograniczenia własnych ingerencji w dany czas. Grali o najwyższą stawkę, o świat. Prawie żałował, że partia ta dobiega końca. Miał trochę zabawy śledząc ich losy i kierując ich krokami. A oni, nieświadomie, podążali wyznaczoną przez niego ścieżką.

Lecz pora już zakończyć tę rozgrywkę.

Dwa strzały rozległy się z kilkusekundową przerwą.

Gołębie całą chmarą poderwały się do lotu.

Jedna kula dla Eliris, jedna dla Christiana.

Miał nadzieję, że, zgodnie z jego życzeniem, snajper umieścił je w samym środku ich czaszek. Tak, by nie było żadnych wątpliwości i możliwości ratowania ofiar.

Prederic uśmiechnął się nieznacznie. Memento mori…


KONIEC GRY

22

Południowe przedpole masywu karpackiego, 2367 rok

Siedzieli oparci plecami o obramowanie studni. W tym momencie nie zastanawiali się dlaczego zamiast normalnego kanału poprowadzonego w głąb podłoża i wbudowanej obok filtrowni w piwnicy znajduje się starodawny wykop ocembrowany kamiennymi blokami. Po szybkim biegu opadli na wilgotne gliniaste podłoże i chciwie łapali hausty powietrza.

Z oddali dochodziły drżenia walących się murów obserwatorium. Tunel pozwolił im wyjść poza obręb pułapki, a teraz, niczym tuba, przynosił odgłosy kolejnych eksplozji. I choć zatrzasnęli za sobą dwoje drzwi — najpierw przy wyjściu z piwnicy pod kuchnią, a teraz te na końcu korytarza — drżenie roznosiło się po ścianach. Czuli je wręcz w sobie. Przy każdym kolejnym odgłosie Eliris mimowolnie się kuliła. Christian spoglądał na nią z niepokojem licząc, że nie ulegnie panice.

Po pięciu minutach odgłos przetaczający się w tunelu i nad ich głowami zmienił się. Teraz kryształy emitowały energię kruszącą mniejsze głazy. Widocznie Malea postanowiła pozostawić za sobą tylko żwir i pył. Po kolejnych dwóch minutach wszystko ucichło.

— Ciekawi mnie, jak uda jej się ukryć tę demolkę przed nadzorem rezerwatu — Eliris podniosła się i przysiadła na obramowaniu studni.

— Może całkiem prosto. Wystarczy rozpiąć sieć maskującą wokół budynku i odpowiednio ustawić hologramy. Jeśli nikt nie podejdzie bliżej, nie ma szans się zorientować, że zamiast budynku jest tylko hałda gruzu…

Rozejrzał się po pomieszczeniu próbując zdławić gorycz porażki. Malea ich przechytrzyła. Znów. Gra trwa więc nadal. Szkoda tylko ukrytego w obserwatorium portalu translokacyjnego. Zniszczenie takiego obiektu…

A może wcale nie uległ zniszczeniu! Christian szybko odtworzył plany obserwatorium. Trzy kompleksy piwniczne, każdy z osobnym wejściem. W jednym właśnie się znajdowali, drugi stanowił podbudowę pod fundamentami, na których osadzono kiedyś teleskop, trzeci znajdował się we wschodnim narożniku budynku i również wychodził poza jego obręb na mniej więcej sto metrów. I też, tak jak ta piwnica, miał dostęp z zewnątrz.

To była jakaś szansa.

Wyszli na powierzchnię. Właz został dobrze zamaskowany, ni to pagórek, ni to obrośnięty mchem zwalony pień. Jeśli ktoś nie wiedział o wejściu, nie miał szans przypadkowo się na nie natknąć. Z pewnością to drugie jest zamaskowane w podobny sposób. Zerknęli na współrzędne i ruszyli w kierunku drugiej piwnicy.

Tu, dla odmiany, nie był to pień, tylko głaz. Zdawało się, że jest wręcz wrośnięty w podłoże. Rozgarnęli paprocie rosnące wokoło. Przy jednym z drobniejszych kamieni znajdował się panel wejściowy. Ukryta pod klapą metalowa drabina prowadziła głęboko w dół i ginęła w mroku.

Schodzili powoli. Ta piwnica znajdowała się o wiele głębiej, niż wynikało z planu. Pomyłka skanowania? Raczej mało prawdopodobne. Chyba że w pobliżu znajduje się silne źródło energii, jak na przykład to zasilające teleportery. To dawało jakąś nadzieję.

Gdy stanęli na dnie włączyły się światła. Rozejrzeli się zdezorientowani spodziewając się ataku. Nic takiego nie nastąpiło. Komputer sterujący pomieszczeniem po prostu zareagował na ich obecność. Kolejne rozświetlane obszary ujawniły dość dużą salę składającą się z na pół przeźroczystych boksów umieszczonych dookoła. Z pewnością stanowiska obsługi. Widać było, że dawno już nie korzystano z tego miejsca. Warstwa kurzu i piasku zalegała na podłodze. Gdzieniegdzie widać było drobne truchła owadów. Z kątów zwieszały się pajęczyny.

Jednak na środku, od wejścia po prawej aż do centralnie umieszczonej platformy biegły ślady. Ktoś wielokrotnie tędy przechodził. Poza tym omieciony panel portalu świadczył, że był on w stałym użyciu.

Christian podszedł do pulpitu i sprawdził współrzędne. Wpisał je do komputera. To samo zrobiła zerkająca mu przez ramię Eliris.

— A więc mamy możliwość wyjścia stąd. I dodatkowo zyskaliśmy adres portalu, o którym niewielu wie. Co teraz?

Mężczyzna kopiował zapisy z komputera sterującego przejściem.

— W zasadzie istnieją trzy opcje — zaczął. — Możemy dalej skupić się na gromadzeniu dowodów przeciwko Malei i Predericowi. Jak się przekonaliśmy, jest to możliwe, ale trzeba zachować większą ostrożność. Malea jest przekonana, że zginęliśmy, a to daje nam przewagę, której szkoda zmarnować. Możemy też rozegrać to inaczej: przenieść się do Wierzei i przejść kilka godzin wcześniej. Znając już adres tego portalu możemy uprzedzić atak Malei. I jest jeszcze trzecia opcja. Jeśli uznamy, że problemy na tej linii continuum wynikają z naszej ingerencji w Betlejem, musimy przenieść się tam jeszcze raz i spróbować to rozegrać na nowo.

— A nie natkniemy się przypadkiem na nas samych? — Eliris nie była do końca przekonana do tego pomysłu.

— Raczej nie… Wychodzimy z innej rzeczywistości.

— Oczywiście! Trzeba tylko uważać, by wszystko powtórzyć dokładnie tak samo, jak odbyło się wcześniej, w najdrobniejszych szczegółach. I po to — ucieszyła się — wpaja się podróżnikom nawyk pisania dzienników. Aby w razie zapętlenia móc z tych notatek skorzystać. I powtórzyć wybór znając już jego następstwa lub zmodyfikować własną decyzję. Więc, albo Lavender Hill i próbujemy układać nową strategię walki z Maleą, albo portal przy Wierzejach Czasu i powrót do przeszłości.

Podeszli do teleportera. Christian zatrzymał się przy jego obramowaniu i wprowadził docelowy adres.


Bohaterowie mają następujące opcje wyboru:

* w dalszym ciągu szukać dowodów przeciwko Malei i Predericowi — 16;

* przenieść się w czasie do momentu poprzedzającego zamach i uprzedzić atak Malei — 77;

* jeżeli na karcie podróży nie ma zaznaczonego S — wrócić do IV wieku, do pracowni świętego Hieronima w Betlejem [zaznaczyć przejście] — 83.

23

Miasto M, obszar VII, Lavender Hill, 2367 rok

Eliris podeszła do regału. Pokój, w którym siedzieli wraz z Christianem, potocznie nazywano biblioteką. I na pierwszy rzut oka rzeczywiście tak wyglądał. Ciągnące się wzdłuż ścian ciemne dębowe regały zastawiono niekończącym się szeregiem tomów. Były wśród nich cymelie pamiętające początki drukarstwa, kilka egzemplarzy, które na początki XVI wieku wyszły z drukarni Jana Hallera, wśród nich jeden z pierwszych druków „Bogurodzicy”. Były księgi oprawione w płótno i te, które w drewnianych obwolutach zamykały karty pokryte starannym, ręcznym pismem. Te kodeksy rękopiśmienne zachwycały precyzją wykonania, urodą miniaturowych ilustracji. Jednak, o dziwo, nie one były najcenniejsze.

Na osobnym regale, za szkłem, w hermetycznym środowisku regulowanym przez armię czujników, spoczywały małe, najczęściej niemiłosiernie wystrzępione książeczki. Oprawa broszurowa, powyginane rogi, nierzadko naddarte pożółkłe kartki, plamy tłuszczu, sadzy i resztek jedzenia. Stan ich był fatalny. Lecz wbrew wszystkiemu to one stanowiły perłę kolekcji tworzonej od kilku lat przez Eliris. Były to broszurowe, tanie, kieszonkowe wydania XIX wiecznych powieści brukowych. Mówiono wówczas o „literaturze” dla służących i lokajów. Jednak mimo swej sensacyjnej, przewidywalnej fabuły zawierały w sobie jakąś cząstkę, odprysk dawnego świata. Dlatego też wnuczka Wiktorii z takim zapałem powiększała kolekcję o kolejne egzemplarze. Trudno było je zdobyć. Niewielkie ich ilości posiadały biblioteki uniwersyteckie. Większość po prostu skończyła swój żywot w piecu lub na śmietniku. Dlatego namierzenie takiej książki i sprowadzenie jej do XXIV wieku było nie lada wyzwaniem.

Większość woluminów w bibliotece oprawiono w identyczne okładki ze skóropodobnego syntetyku. Doskonale imitowały grzbiety spoczywających na sąsiednich półkach książek, jednak nimi nie były. W ten sposób zakamuflowano przenośne bazy danych.

W pokoju zebrano wszystko, co przez pokolenia uznano za przydatne dla odzyskiwaczy ksiąg. Licząca sobie ponad pięćset lat kolekcja zawierała dzienniki podróży i pamiętniki poprzednich odzyskiwaczy, historię literatury i sztuki, dzieła z zakresu filozofii, psychologii i socjologii. Charakterystyki poszczególnych epok, plany miast z różnych wieków, zdjęcia, widokówki i nagrania. Opis obyczajów, ubiorów. Słownictwo właściwe dla danych czasów, próbki wymowy. Był to potężny zbiór informacji, który w założeniu powinien sobie przyswoić każdy z odzyskiwaczy.

Teraz, stojąc przed jednym z regałów, Eliris sunęła palcem po kolejnych grzbietach. W końcu zatrzymała się przy tytule: „Instytut do spraw badania Wierzei Czasu — pakt założycielski wraz z aneksami i ratyfikowanymi traktatami”.

Ściągnęła egzemplarz z półki i zasiadła na fotelu. Odchyliła okładkę i wprowadziła szybko ustawienia. Teraz, zamiast informacji wyświetlanych nad panelem, cała treść rzutowana była na przestrzeń między nią a Christianem. Przez chwilę hologram drżał w słabym świetle lampy, po czym znieruchomiał, ukazując sylwetkę głównej siedziby Instytutu.

— Wśród dokumentów Instytutu istnieje pewien paragraf, o którym obecnie mało kto pamięta. Może dlatego, że nigdy go nie użyto. I chyba nigdy do tej pory nie przyszło komukolwiek do głowy, by go zastosować. W zasadzie… — zastanowiła się — może właśnie stworzono go po to, byśmy my z niego skorzystali.

— Chcesz powiedzieć, że istnieje tu działanie paradoksu? — Wpatrujący się dotąd w odwzorowanie budynku Christian podniósł wzrok na dziewczynę.

— Kto wie? Może to drugi z paradoksów na twej drodze do posady szefa Instytutu? Może, gdy zdobędziesz tę posadę, znów cofniesz się w czasie do momentu układania treści paktu założycielskiego i dzięki tobie ten zapis zostanie zawarty w ostatecznej treści dokumentu?

Eliris przeszła do kolejnego pliku. Tym razem w przestrzeni pokoju pojawił się zrolowany zwój papieru przewiązany czerwoną wstążką. Niewidzialne dłonie powoli rozwiązały kokardę i rozwinęły pergamin. Na białej dotąd karcie zaczęły się pojawiać kolejne zdania. Dziewczyna niecierpliwie machnęła dłonią. Tekst szybko zniknął zastąpiony kolejnym, a potem jeszcze kolejnym…

— I kto by pomyślał, że uczenie się na pamięć tego dokumentu pozwoli nam kiedyś uratować własne istnienia? Pamiętam jak przeklinałam babkę, która wciąż odpytywała mnie z kolejnych paragrafów. O, jest!

Zatrzymała tekst i powiększyła wybrany fragment. Litery zalśniły ostrym szkarłatem, po czym przyblakły.

— „Objęcie posady szefa Instytutu do spraw badania Wierzei Czasu. Tryb nadzwyczajny” — czytała, jakby nie do końca dowierzając własnej pamięci. — „Przedstawienie Radzie Instytutu jednego z artefaktów uwzględnionych na liście stanowiącej załącznik 226 niniejszego dokumentu, po potwierdzeniu przez Radę autentyczności tegoż, daje podstawę do złożenia wniosku o nadzwyczajne przejęcie funkcji szefa Instytutu przez osobę wnioskującą. Zwyczajny tryb uchwalania wniosków przez Radę ulega w wyżej wymienionej sytuacji zawieszeniu. Potwierdzenie autentyczności artefaktu przez dwóch niezależnych ekspertów — po jednym wyznaczonym przez przewodniczącego Rady i przewodniczącego komisji epoki, do której artefakt jest przypisany, skutkuje automatycznym potwierdzeniem autentyczności przedstawionego artefaktu przez całą Radę Instytutu. Potwierdzenie autentyczności pociąga za sobą zwolnienie dotychczasowego szefa Instytutu ze sprawowanej funkcji w trybie natychmiastowym i objęcie wyżej wymienionej funkcji przez osobę wnioskującą i przedstawiającą artefakt będący podstawą wniosku.”

Kolejny arkusz zawierał listę artefaktów.

Christian szybko odczytywał kolejne pozycje. Były tu przedmioty codziennego użytku, mechanizmy z dawnych czasów, nawet rośliny i zwierzęta. Jednak jego uwagę przykuł jeden z ostatnich zapisów.

— Jesteś odzyskiwaczką ksiąg — zwrócił się do Eliris. — Można powiedzieć, że masz już doświadczenie w polowaniu na Biblie. W końcu pierwodruk Biblii Gutenberga to nie byle co. Jednak nie ma go na liście. Proponuję więc przedstawić Instytutowi inną świętą księgę.

Eliris spojrzała na pergamin i skinęła.

— Jeśli jesteś gotów zaryzykować…

— Uwzględniając wszystkie za i przeciw… Cóż, zaryzykuję — w głosie Christiana pobrzmiewała pewność. — Sprowadźmy Biblię świętego Hieronima, Wulgatę.


Przejście do 47.

24

Kraków, komisariat policji, 2013 rok

Christian skierował pytający wzrok na Eliris. Dziewczyna do razu domyśliła się, że podjął ryzyko.

— Powinno gdzieś tu być — mruknęła sięgając do przepastnej torby. Chwilę szperała we wnętrzu, aż w końcu wyciągnęła małą fotografię do dokumentów. Przedstawiała ona Prederica na jasnym tle, z wygładzonym obliczem, które rzadko kiedy prezentował światu. Dziewczyna podała zdjęcie, a on wręcz zacisnął kciuki w archaicznym geście pomyślności.

Policjanci porównywali wizerunki, przystawili zdjęcie do monitora i przenosili wzrok tam i z powrotem. Coś musiało im się nie zgadzać. Im dłużej to trwało, tym Christian zyskiwał większą pewność, że gdzieś się pomylili. Widocznie zamordowany mężczyzna to jednak nie był Prederic.

Ironia losu. Chcieli sprawdzić, czy zegarek nie należał przypadkiem do szefa Instytutu, by w ten sposób potwierdzić, że zasztyletowanym mężczyzną jest Prederic. Tymczasem dzięki tej wizycie zyskali pewność, że się pomylili. Widocznie źle wybrali wypadek, lub podczas realizacji planu coś musiało zawieść. Istniało tysiące wytłumaczeń „co” i „dlaczego” poszło nie po ich myśli, każde równie prawdopodobne w jednym z wybranych wszechświatów…

Lecz nie była to pora, by snuć jałowe rozważania. Należało jak najszybciej opuścić komisariat i zatrzeć wszelkie ślady swej bytności w tym miejscu. I należało to zrobić, zanim podejrzliwość policjanta wzrośnie na tyle, że zacznie on zadawać niewygodne pytania.

Dźwięk alarmu przeciwpożarowego był wybawieniem. Jak najbardziej spodziewanym i dokładnie zaplanowanym. Policjanci zajęci poszukiwaniem jakiegokolwiek podobieństwa między zasztyletowanym mężczyzną i otrzymanym na zdjęciu wizerunkiem przestali zwracać jakąkolwiek uwagę na Eliris. A ona dalej przeszukiwała swą torbę. Na dany przez Christiana znak dyskretnie otwarła dysk i aktywowała wcześniej przygotowaną sekwencję. Wypadki potoczyły się błyskawicznie.

Pierwszy szok szybko minął i ludzie zwartą masą ruszyli w kierunku wyjścia. Natłok ciał przypominał wezbraną rzekę, która trafiła na przeszkodę, spiętrzyła się, zwarła, po czym przełamując blokadę rozlała tracąc swój impet. Ci, którym udało się opuścić już budynek, teraz, uspokojeni, stali po przeciwnej stronie i komentowali wydarzenia. Nie zamierzali się oddalać, gdyż mieli oto przed oczami darmowy spektakl akcji. Tak więc z zapartym tchem czekali na finał, a ich niecierpliwość została nagrodzona, gdy w oddali rozległ się sygnał nadjeżdżającego wozu straży pożarnej. Co bardziej wnikliwi zastanawiali się, dlaczego nie widać płomieni, a dym unosi się raczej tylko symbolicznie.

Christian z Eliris przystanęli na rogu pod rozłożystym drzewem. Ze swego punktu mieli rozległy widok zarówno na budynek, jak i na wszystkich gapiów zgromadzonych wokoło. Gdy upewnili się, że zarówno zgotowana przez nich mała dywersja, jak i ewakuacja, która po niej nastąpiła, nie przyniosły żadnych poważnych szkód, niespiesznie oddalili się w kierunku mieszkania opiekunów.

Obydwoje doskonale zdawali sobie sprawę, że oto w sposób niedopuszczalny naruszyli ciągłość continuum. Ich ingerencja była na tyle poważna, że zaburzyła węzły na liniach czasu i wpłynęła na losy zbyt wielu ludzi. Niestety, w tym momencie musieli się pogodzić z tą nieprawidłowością. A w obliczu planowanego zabójstwa Prederica — było to doprawdy niewielkie uchybienie.


Bohaterowie mają następujące opcje wyboru:

* badają okoliczności wypadku samochodowego — 10;

* badają okoliczności wybuchu gazu w podmiejskiej willi — 202;

* ryzykują dalsze naruszenie continuum i mimo wszystko przygotowują pułapkę bazując na zasztyletowaniu nieznanego mężczyzny — 212;

* postanawiają wykorzystać paradoks, by uzyskać jakąś wskazówkę — 102.

25

Kraków, lipiec, 1850 rok

[Zaznaczyć paradoks.]

Wracali do siedziby Rodu okrężną drogą. Postanowili skorzystać z okazji i przyjrzeć się miastu. Jakiś dziwny niepokój czaił się w zakamarkach, w podcieniach domów. Doszli do głównego Rynku i przystanęli. Eliris ze smutkiem spoglądała na fasadę Sukiennic, którą szpeciły kramy i przybudówki. Chwiejące się ku upadkowi budy, zadymione powały, zsuwające się z dachów łaty — to wszystko oblepiało budynek niszcząc jego bryłę. Przyjdzie jeszcze poczekać kilkadziesiąt lat, nim miasto pozbędzie się tych narośli.

Zamyśleni dotarli do kamienicy Anderów. W salonie dziewczyna skierowała się wprost do sekretarzyka. Pootwierała kilka szufladek, szukając pióra i kałamarza. To było pewnego rodzaju urozmaicenie, posługiwać się przedmiotami typowymi dla tych czasów. Osadziła stalówkę i sprawdziła jej wytrzymałość. W skupieniu przystąpiła do kaligrafowania pytania w dzienniku podróży.

Aż za dobrze zdawała sobie sprawę, że zdają się na wyroki losu. Paradoksy czasowe, o czym uprzedzała ich Wiktoria, były nader kapryśnymi pomocnikami. Działały według własnych praw, a czasami miało się wrażenie, że wręcz według własnego uznania, tak, jakby były co najmniej świadomymi istotami mającymi wgląd w tajemnice czasów… Myśl trochę przerażająca. Stawiała kolejne litery prosząc Najwyższego, by w tym wypadku nadeszła oczekiwana pomoc. Potrzebowali wskazówki, gdzie skierować swe kroki, w którym roku szukać Wiatorskiego.

Wreszcie postawiła kropkę i krytycznie spojrzała na własne dzieło. Nie był to może wzór kaligrafii, ale przynajmniej pismo było staranne i czytelne. Jak na pierwszy raz całkiem zadowalające.

Rozejrzała się po pokoju. Teraz trzeba było tak ulokować dziennik, by dać możliwość uczynienia wpisu innej osobie. Nie wiedziała, czy sama go dokona w przyszłości, czy też zleci to zadanie komuś innemu i jak na razie nie zamierzała tego sprawdzać. Coś w rodzaju zabobonu powstrzymywało jej nadmierną ciekawość. Wolała nie ryzykować. W końcu zdecydowała się na gabinet po drugiej stronie korytarza. Weszła tam, zostawiła dziennik na siedzisku we framudze okiennej i starannie zamknęła za sobą drzwi.

Pięć minut, które postanowiła dać ewentualnemu respondentowi, dłużyło jej się w nieskończoność. Raz po raz spoglądała na kominkowy zegar.

Wreszcie poderwała się z miejsca i pobiegła po dziennik. Christian spokojnie podążył za nią poprawiając okulary.

W notesie na zaznaczonej stronie pojawiła się nowa informacja. Jednak żadne z nich nie spodziewało się takiego zapisu. Zamiast jednej konkretnej daty docelowej mieli ich aż trzy. Każda zapisana innym charakterem pisma, każda z inną lokalizacją.

Pierwsza była najmniej zaskakująca. Rok 1817, czyli punkt, który sami typowali jako jedną z możliwości. Druga lokalizacja również była umiejscowiona w Krakowie. Miejsce spotkania wyznaczono w Katedrze Wawelskiej, nocą, z soboty na Niedzielę Wielkanocną 1903 roku. Trzecia data przenosiła ich do 2072 roku. Zapis punktu w przestrzeni odpowiadał lokalizacji platformy Parrera na Atlantyku. Było to intrygujące… Jeśli wierzyć niektórym przekazom to właśnie wtedy zaczęto rozkodowywać znaki na kamiennych kręgach Wierzei… A Sekcja na Atlantyku miała numer „0”, była pierwszą uruchomioną placówką…

— Ciekawy wybór — zauważył Christian nie kryjąc ironii. — Tyleż samo osiągniemy ciągnąc karty. Wybór ślepego losu…

Eliris wzruszyła ramionami.

— Może czasem zdanie się na łaskawość Fortuny jest najlepszym wyjściem.


Bohaterowie mają następujące opcje wyboru:

* udają się do roku 1903 — 135;

* udają się na platformę Parrera w rok 2072 — 71;

* cofają się w czasie do roku 1817 [zaznaczyć przejście] — 44.

26

Dziennik podróży. Lokalizacja: Kraków, siedziba Rodu Andera, 14 października, 1817 rok, wtorek, godzina 23.00

[Zaznaczyć czas.]

To była doprawdy dziwna rozmowa. Zgodnie z sugestią pierwszego rezydenta Rodu Andera, poszliśmy do jednej z szynkowni na Sławkowskiej, by znaleźć Feliksa. Tak jak nas zapewniono, wystarczy imię, wszyscy go przecież znali. Dość dziwna rekomendacja dla złodzieja. Powołanie się na jakieś dawniejsze długi do spłacenia było przekonującym argumentem. Cóż. Złodzieje też mają swój kodeks honorowy, jakkolwiek by na to patrzeć.

Sama rozmowa…

Feliks chciał wiedzieć, czy będzie za to jakieś łomaństwo, czy wystarczy kogoś bałuchować, czy też trzeba będzie generałem szabrować.

Jakoś uniwersalny słownik zawarty w dysku nie do końca radził sobie z tym złodziejskim żargonem. Komputer potrzebował dobrych kilku minut, by zarejestrować wszystkie rozmowy toczące się w zadymionej sali, ustalić ich konteksty i dopasować zakresy semantyczne.

Wyszło na to, że Feliksa najbardziej interesowała zapłata za wykonaną robotę, czy dostanie srebrne, brzęczące monety, czy tylko będzie się musiał zadowolić zwykłym „dziękuję” i anulowaniem długu. Gdy Christian napomknął, że coś do kiesy wpadnie, mina złodzieja zdecydowanie poweselała. Ciąg dalszy dotyczył zlecenia. Czy ma on kogoś podsłuchać, by zdobyć potrzebne informacje? A może szykuje się włamanie? Twierdzącą odpowiedź przyjął z wyraźnym ukontentowaniem, zwłaszcza, gdy Christian zapewnił go, że Ród Andera bardzo chwali sobie jego usługi.

Złodziej uważnie wysłuchał, czego ma szukać w mieszkaniu Lewickiego. Zapewnił, że nie weźmie żadnych fantów poza listem i obiecał dostarczyć go najszybciej, jak to tylko możliwe.

Liczę, że podjęliśmy właściwą decyzję…


Dziennik podróży. Lokalizacja: Kraków, siedziba Rodu Andera, 16 października, 1817 rok kalendarza gregoriańskiego, czwartek, godzina 9.35

Dwa dni spisane na stratę.

W mieszkaniu Lewickiego nie było listu. Zresztą sam Lewicki od dwóch dni też się tam nie pojawił. I nie wiemy dlaczego.

Mam okropne wrażenie, że wszystkie nici prowadzące do Zygmunta Wiatorskiego powoli i nieuchronnie wyślizgują nam się z rąk.

W tym czasie został jeszcze jeden trop. Jeśli uda nam się odnaleźć osobę, z którą rozmawiał Lewicki przy kościele Michała Archanioła… Jeśli…


Przejście do 106.

27

Kraków, plac przed Kościołem ojców Franciszkanów, 18 lipca, 1850 rok

Rzęsisty deszcz, który spadł na Kraków przed tygodniem, był już tylko odległym wspomnieniem ginącym w oparach miasta. Lipcowy upał, który wziął w posiadanie gród Kraka, z dnia na dzień stawał się coraz bardziej nieznośny. Woda w studniach obniżyła swój poziom, Wisła opadła, a na jej brzegach gniły zbutwiałe rośliny wydzielając nieznośny fetor. Cuchnące opary przedostawały się do miasta i więziły w domach mieszkańców. Jeśli kto nie miał naglącej potrzeby, nie wychodził na ulicę, chowając się za zamkniętymi oknami i szczelnie zaciągniętymi kotarami. Tylko wczesnym rankiem, gdy słońce jeszcze zbytnio nie dopiekało, ulice przemierzały przekupki, służące i gospodynie, by jak najwcześniej kupić wiktuały i schronić się w domach. Wraz z nastaniem południa miasto wymierało.

Eliris szła pod ramię z Christianem. Przemierzali Planty wolnym, spacerowym krokiem i choć pozostawali w cieniu drzew, upał i tak dawał im się we znaki. Ciężka suknia z kilkoma halkami, kapelusz, rękawiczki — były wystarczającą torturą przy tej temperaturze. Rano stoczyła bój z garderobianą i wzbudziła jej zgorszenie, gdy poprosiła, by służąca nie ściskała tak mocno tasiemek przy gorsecie. Musiała wysłuchać biadoleń, że przecież pani tak nie wypada, i jak to tak można… W końcu służąca, trochę nadąsana, wypełniła polecenie. Lecz i tak nie było mowy o swobodnym poruszaniu się.

Tylko łyknięte przez nią stymulanty pozwalały w jakiś sposób funkcjonować przy tym upale sztucznie obniżając temperaturę ciała i wspomagając krążenie. Ten antagonizm był niebezpieczny dla organizmu, jednak nie miała innego wyjścia. Musieli się dziś stawić w wyznaczonym miejscu.

Na palcu przed kościołem, mimo zbliżającego się południa, spacerowało kilka osób, bez wyjątku mężczyźni. Każdego z nich dyskretnie lustrowali, ale ten ogląd na niewiele się zdał. I tak nie umieli określić, który z nich jest poszukiwanym Zygmuntem Wiatorskim.

Wreszcie Christian sięgnął po zegarek, którego złoty łańcuszek wystawał mu z kieszeni. Jak na owe czasy było to oznaką statusu, jednak zdziwiłby się ten, kto by zajrzał do grawerowanej koperty. Mężczyzna uchylił wieko. Wewnątrz osadzono kryształ komputera, ograniczono wyświetlacz do obszaru dysku, by nie wzbudzać niepotrzebnych sensacji pokazami hologramów. Christian dotknął gładkiej powierzchni, która pod wpływem nacisku zmatowiała.

— Spróbuję namierzyć kogoś, kto przekroczył Wierzeje Czasu. Oddziaływanie pola na granicy membran zawsze daje odczyt. Działanie uboczne, które daje tyle pożytku, co i szkody — stwierdził kierując skaner na plac przed nimi.

Nie minęła minuta i mieli cztery namiary. Każdy niewyraźny i z dużym marginesem błędu. Dyskretnie zaczęli obserwować podanych przez komputer kandydatów. Zdawali sobie sprawę, że każde ich potknięcie może spłoszyć Wiatorskiego, więc z uwagą lustrowali mężczyzn.

Pierwszy z nich znajdował się niecałe pięć metrów od nich. Stał w cieniu rozłożystego kasztana i z pewną dozą niecierpliwości spoglądał na zegarek. Starannie ubrany, postukiwał spacerową laską w bruk. Widać było, że na kogoś czeka. Spod zmarszczonych ciemnych brwi rzucał wokoło uważne spojrzenia.

Kolejny namiar wskazał na woźnicę siedzącego na koźle. Znudzony opierał łokcie na kolanach i widać było, że za chwilę zaśnie. Jego głowa opadała coraz niżej, jeszcze chwila a straci równowagę. Eliris spoglądała, jak dorożkarz wybudzony nagłym rżeniem konia rozgląda się zdezorientowany wokoło, po czym bez pardonu odchyla na siedzeniu, nasuwa czapkę na oczy i zasypia.

Trzecia osoba zaskoczyła ich. Eliris zerkając Christianowi przez ramię jeszcze raz upewniła się, czy właściwie odczytała dane. Ale tak. Trzeci typ wskazał na stojącego u wejścia do kościoła franciszkanina. Zakonnik w burym habicie rozmawiał z jakimś niskim jegomościem, raz za razem potakując głową niby marionetka. Wreszcie zastygł na moment, jakby słowa rozmówcy wyszły poza utarty tor i w końcu przykuły jego uwagę. Nerwowo przebiegł palcami po wiszącym u pasa różańcu. Widzieli, jak odstępuje krok do tyłu, lecz nie słyszeli stąd rozmowy. A musiało to być coś nadzwyczaj frapującego, skoro zakonnik odwrócił się, zrobił kilka kroków tam i z powrotem, po czym wrócił do rozmówcy i znów się nad nim pochylił.

Ostatni wskazany przez komputer mężczyzna siedział na ławce zagłębiony w lekturze. Mógł mieć około trzydziestu pięciu lat, ubrany w starannie skrojony garnitur, nie zwracał uwagi na otoczenie pochłonięty czytaną książką. Szybko przewracał kolejne strony i mruczał z ukontentowaniem. Widok niecodzienny, oceniła dziewczyna. Lekturze oddawano się raczej w domowym zaciszu, nie było przyjęte, by wychodzić z książką na miasto i zaczytywać się w miejscach publicznych. Było to wyraźnie przełamanie normy, choć zdawała sobie sprawę, że takie generalizacje bardzo często prowadzą do błędnych wniosków. Może po prostu mieli przed sobą zamiłowanego czytelnika, który uciekał z domu, gdyż przy żonie nie było mowy o spokojnej lekturze…

Zastanawiali się właśnie, do którego z nich podejść, gdy na plac wkroczył oddział policji złożony z sześciu mężczyzn. A więc informacja wysłana go garnizonu trafiła na podatny grunt. Co prawda policja w Krakowie nie podlegała bezpośrednio stacjonującym na Wawelu Austriakom, jednak sieć powiązań i zależności funkcjonowała zgodnie z oczekiwaniem. Chcieli zmusić Wiatorskiego do działania, jednocześnie sami zapewniając sobie pełną anonimowość. Postanowili obserwować rozwój wypadków licząc, że poszukiwany przez nich mężczyzna zostanie ujęty przez mundurowych, a oni później przejmą go z karceru.

Gdy oddział skierował się ku środkowi placu, drobny dzieciak siedzący dotąd pod murem zerwał się i rzucił do ucieczki. Rozległy się gwizdy i pokrzykiwania. Chłopak mógł mieć osiem, dziewięć lat, był pewnie synem jakiegoś rzemieślnika, może chłopa z okolicznej wioski. W potarganej koszuli i kapocie prezentował się dość mizernie. Jednak był zwinny. Widząc goniących go mężczyzn dał susa pod dorożkę. Spłoszony hałasami koń wierzgnął parę razy nim woźnica ciągnąc mocno za lejce zdołał go uspokoić. Chłopak wystawił głowę z drugiej strony, wyszczerzył zęby w krzywym uśmiechu i pognał dalej. Dwóch policjantów pobiegło za nim.

Zdarzenie przyciągnęło uwagę przechodniów. Obserwowali poczynania policji w duchu dopingując dzieciakowi. Eliris również gratulowała mu szybkości zastanawiając się równocześnie, dlaczego pojawianie się oddziału skłoniło go do ucieczki.

— Dorożkarz odjeżdża — zwrócił jej uwagę Christian wskazując na oddalający się powóz. — Nie ma też franciszkanina. Musiał podczas tego zamieszania wejść do kościoła.

Rozejrzeli się dyskretnie. Mężczyzna z laską dalej na kogoś czekał, a siedzący na ławce miłośnik książek znów wrócił do przerwanej lektury.

Eliris poprawiając parasolkę na ramieniu przeniosła wzrok z jednego na drugiego.

— To z którym, według ciebie, warto zamienić kilka słów?


Bohaterowie chcą porozmawiać z domniemanym Zygmuntem Wiatorskim. Mają następujące opcje wyboru:

* podejść do mężczyzny z laską — 162;

* podejść do mężczyzny z książką — 124;

* wejść do kościoła i starać się odnaleźć franciszkanina — 219.

28

Kraków, 1817 rok

Poświęcili prawie kwadrans na znalezienie lokum Lewickiego. Okazało się, że wynajmuje izbę na poddaszu. Odczekali, aż stróż, znudzony wysiadywaniem na stołeczku, zejdzie ze swego posterunku i przemknęli się do sieni. Schody na strych trzeszczały niemiłosiernie przy każdym kroku, szczęście, że przedpołudniowa krzątanina gospodyń tłumiła ich nieudolne próby zakradania się.

Dopiero gdy zamknęli za sobą drzwi, odetchnęli z ulgą. Na mieszkanie Lewickiego składały się dwie połączone izby na poddaszu. Pierwsza pełniła rolę salonu, druga, mniejsza, sypialni. Wszędzie pełno było luźnych kartek z rysunkami. Eliris przeglądała kolejne szkice, były na nich krakowskie kościoły, kamienice, widoki perspektywiczne, twarze rzemieślników, scenki rodzajowe, słowem wszystko, co można było dostrzec przechadzając się po ulicach podwawelskiego grodu.

— I jak znaleźć list w tym bałaganie? — rozejrzała się wokół zrezygnowana.

Christian wzruszył ramionami zajęty przetrząsaniem zawartości podróżnego kufra stojącego w sypialni. Eliris wróciła do papierów na stole w pierwszej izbie. Przejrzała wszystkie i odłożyła w na miejsce. Potem przyszła pora na skanowanie rysunków złożonych na krześle, na parapecie masandrowego okna i wystających z teczek zatkniętych koło niskiego kredensu.

— Ciebie zostawiłam sobie na koniec — stwierdziła podchodząc do małego sekretarzyka i wodząc dłonią po wymyślnych zdobieniach, które w ogóle nie pasowały do tego skromnego pomieszczenia. — A nuż zaskoczysz mnie czymś miłym?

Otwierała kolejne szufladki, a jej rozczarowanie rosło. Wszędzie pełno było ołówków, węgla do rysowania, piór i nożyków do ich ostrzenia. Znalazła nawet flaszeczki z kilkoma kolorami inkaustu. Jednak żadnego listu tu nie było.

Pochłonięci poszukiwaniem, zignorowali skrzypienie schodów. Dopiero gdy kroki nie zatrzymały się na piętrze i zaczęły zbliżać do drzwi Lewickiego, zamarli. Przez szpary we framudze słyszeli toczącą się po drugiej stronie rozmowę. To dwie służące, spotkawszy się na schodach, zaczęły plotkować o gospodarzach i mieszkańcach.

— A pana nie ma, toć prania nie weźmie — zauważyła jedna.

— Kosz się postawi pode drzwiami. Co to mam nosić tam i nazad?

Coś stuknęło. Widocznie kosz z bielizną właśnie wylądował na deskach podłogi.

— A pan Lewicki to taki zmartwiony wyszedł…

— Raczej zły. Oj! Bardzo on był zły! To ta pani, co z wizytą u niego wcześniej zaszła. Toż to takie nieobyczajne, by młody mężczyzna kobietę sam na sam przyjmował. Toż to zgorszenie i obraza domu…

— A ta pani taka dziwna. Niby kumoszka, ale… No, dziwna taka jakaś…

Eliris z Christianem uważnie wsłuchani w tę wymianę zdań, w tym momencie spojrzeli po sobie. To Maleę widziały te kobiety. Jej wizyta zdenerwowała Lewickiego. Ciekawe czemu?

Ale ciągu dalszego już nie usłyszeli. Kobiety zaczęły schodzić na dół i ich głosy zginęły w gwarze dziecięcych okrzyków.


Przejście do 69.

29

Miasto M, obszar IV, 1 Sekcja — główna siedziba Instytutu do spraw badania Wierzei Czasu, 2367 rok

Procedury były niezmienne. Znów stanęli przed obliczem siedmiu przedstawicieli Rady w jednej z reprezentacyjnych sal. Jasne światło poranka przedzierało się przez panoramiczne szyby i rzucało długie cienie. Półkoliście ustawione fotele okalały centralny postument. Imitujący marmur syntetyk zdobiony został roślinnymi motywami. Kiście winogron szczelnie oplatały kolumnę, liście ostrymi blaszkami cięły przestrzeń. I tylko ci, co wiedzieli, umieli między tą plątaniną znaleźć wężowe sploty. Z siedmiu otwartych paszczy wysuwały się rozdwojone języki. Zakrzywione zęby jadowe gotowe były, by zanurzyć się w ciele ofiary.

Eliris zafascynowana wpatrywała się w wężową głowę. Skupiona na podziwianiu zdobień ocknęła się dopiero na dźwięk głosu jednego z przedstawicieli. Minęła chwila, zanim dotarła do niej treść jego słów. Siedziała wpatrzona w spoczywający na postumencie relikwiarz. Miał on być dla nich przepustką do stanowiska szefa Instytutu. I choć zdawali sobie sprawę z ryzyka, jakie ponoszą przedstawiając Radzie artefakt obciążony wątpliwym pochodzeniem, to jednak byli pewni potwierdzenia jego autentyczności. To był przecież oryginał!

Jednak Rada znów pokazała swoje umiłowanie do formalności.

Przedstawiciele, nie chcąc przyjmować na siebie jakiegokolwiek podejrzenia o współdziałanie z mordercami postanowili, wbrew zwyczajowi, wydać ich służbom bezpieczeństwa. Było to z ich strony jawne naruszenie niepisanych zasad rządzących światem podróżników w czasie. Tym samym przedstawiciele Rady skazywali się na nieprzychylną opinię pozostałych, jednak widocznie po skalkulowaniu wszystkich „za” i „przeciw” doszli do wniosku, że lepsze głosy potępienia rzucone w ich kierunku, które po pewnym czasie i tak same ucichną, niż zatargi z przedstawicielami prawa, którzy słynęli ze swego uporu.

Cóż. Christian wstał na widok wkraczających do sali mundurowych. Wiedzieli, jakie jest ryzyko. Teraz muszą się pogodzić z konsekwencjami podjętych działań.

Przegrali.

Lecz choć nie mieli już możliwości ruchu — nie zamierzali się poddać. Stawka była zbyt wysoka. Kiedyś znów staną do gry.

Oby tylko w najbliższym czasie Prederic nie unicestwił znanych im światów.


KONIEC GRY

30

Wyżyna przedkarpacka, Silesia, 2367 rok

Zdobycie pozwolenia okazało się trudniejsze, niż się spodziewali. Aby wejść na teren ścisłego rezerwatu nie wystarczyło postarać się o przychylność rady zarządzającej dziedzictwem naturalnym. Okazało się, że teren pochodzi z fundacji osób prywatnych i jako taki, dodatkowo, podlega osobnym regulacjom.

W końcu po trzech dniach udało im się umówić na spotkanie z odpowiednią osobą. Nazwisko jej, skrzętnie ukrywane przez radę, zdobyli tylko dzięki ingerencji Rodu Veermerów. Czasami nie było po prostu innego wyjścia, jak skorzystać z rozbudowanej przez wieki sieci koneksji.

Wizyta była nadzwyczaj szybka. Zdziwiło ich, gdy na powitanie wyszedł młody, może dwudziestoletni, chłopak. Poprosił ich o zajęcie miejsc w fotelach i sam zasiadł za biurkiem. O nic nie pytał. Zerknął tylko na nich przelotnie i z szuflady wyjął dokument. Podał im go bez słowa.

Christian rozwinął hologram i przeczytał. Miał przed sobą pełne, bezterminowe upoważnienie wystawione na dwa nazwiska: swoje i Eliris. Mogli bez przeszkód nie tylko wchodzić na tern rezerwatu, ale też — i to było najbardziej zaskakujące — eksploatować go według potrzeb. Właśnie w ten sposób zyskiwali sposobność, by, jeśli zajdzie potrzeba, wgłębić się w ten obszar dosłownie, wbić łopaty i przekopać go metr po metrze.

Tak więc teraz, zaopatrzeni w identyfikatory, przekroczyli granicę rezerwatu. W jego obszarze nie było żadnych portali translokacyjnych, jedynym więc środkiem transportu okazały się ścigacze antygrawitacyjne. Lekkie pojazdy rozwijały w tym terenie prędkość nie większą niż siedemdziesiąt kilometrów na godzinę, ale i tak musiało to wystarczyć. Gdyby przyszło im poruszać się pieszo… Wówczas wyprawa od razu skazana byłaby na klęskę.

Wybrali pozostałość starej trakcji kolejowej. Jeszcze na przełomie XX i XXI wieku kursowały tu pociągi łącząc w ten sposób pobliskie kopalnie, elektrownie i fabryki. Potem wszystko zaczęło zamierać. Teren się wyludnił, budynki popadły w ruinę i przez te kilkaset lat w większości pozostawały po nich tylko nieregularnie wzniesienia pokryte już murawą. Lasy wdarły się do miast i skutecznie rozprzestrzeniały swe panowanie. Jedyną więc szansą, by nie zgubić się w tym terenie, było trzymanie się ścieżki wyznaczonej przez kolejowe tory. Nie wiadomo z jakich przyczyn nie działały tu lokalizatory, a satelity śledzące traciły sygnał na zbyt dużych obszarach rezerwatu, by lekkomyślnie ograniczyć się tylko do zaufania technice. Trzeba było więc wgrać w dyski jak najdokładniejsze mapy i zdać się na atawistyczną umiejętność orientacji w przestrzeni.

Przemykając nad skorodowanymi szynami i podkładami, które dawno już rozsypały się w pył, musieli wciąż omijać potężne pnie drzew, które wyrastały spomiędzy torów. Jazda w tym terenie nie należała do łatwych.

Prawie niezauważenie minęły wczesne godziny poranka i nastało południe, a oni wciąż byli jeszcze dwieście kilometrów przed celem. Krótkie przerwy robione po drodze nie wpływały znacząco na tempo podróży. Powoli zieleń kolejnych metrów zaczynała się zlewać w zamglone smugi. Nie dostrzegając detali topili się w jednostajnym krajobrazie. Lecz nie przybyli tu, by podziwiać odradzającą się przyrodę. Mieli jasno wyznaczony cel. I liczyli, że osiągnięcie go da im do rąk kolejną kartę przetargową w walce z Prederikiem.

W końcu, gdy słońce coraz bardziej przesuwało się ku zachodniej granicy nieba, zatrzymali się przed ruinami fabryki.

Budynek wznosił się przed nimi na wysokość dwóch pięter. Puste oczodoły okien spoglądały na przybyszów bez wrogości. Las rozpościerający się wokoło przebił się już do środka, widać było gałęzie rosnących wewnątrz drzew. Lecz, jakby wbrew oczekiwaniom, całość nie sprawiała przygnębiającego wrażenia. Może to kwestia soczystej zieleni tła, może pogody, bezchmurnego nieba widzianego poprzez baldachim konarów, ostrych promieni słońca przedzierających się ku ziemi, odległego poszumu listowia i śpiewu ptaków…? Miejsce to tchnęło niezwykłym spokojem, zawieszone poza biegiem codzienności, dawało przystań skołatanym myślom.

Ostrożnie weszli do środka przez pozostałości dwuskrzydłowych drzwi. Hala, która niegdyś tu była, w tym momencie przypominała gęsto porośnięty zagajnik. Wysokie drzewa przebiły strop i ułatwiły dostęp światłu. Tak więc nad głowami mieli mieszaninę gałęzi i żelaznych belek. Pod ścianami, nawiane przez wiatr, zalegały suche liście, które wolno i systematycznie odkładały się w kolejny pagórek.

Christian widział, jak Eliris lawiruje między drzewami. Dotykała ich pni i konsekwentnie podążała na drugą stronę pomieszczenia. Miękka murawa uginała się pod ich stopami tłumiąc kroki. W końcu dostrzegł, dokąd dziewczyna zmierza.

W przeciwległej ścianie znajdowały się drzwi. Otwarte na oścież ukazywały wejście do zaciemnionego korytarza.

— Jesteś pewna? — spytał.

Jednak albo go nie dosłyszała, albo zignorowała. Idąc wciąż w tym samym tempie, prawie że tanecznym krokiem, Eliris zagłębiła się w tunelu.

Miał nadzieję, że przynajmniej ona wie, co robić. Postępując za nią krok w krok zastanawiał się, skąd w nim coraz większe, nie wiadomo skąd brane przekonanie, że zmierzają we właściwym kierunku. Nie było przecież po temu żadnych racjonalnych przesłanek.

W końcu znaleźli się u wylotu tunelu. Pod nimi rozpościerała się potężna hala, a niegdyś szklany kopułowy dach był teraz tylko wystrzępioną przez gałęzie drzew kratownicą. Jeszcze tylko tu i ówdzie widać było wypełnienia drobnych szybek, które przywodziły na myśl ogromną szklarnię, czy też może palmiarnię, które swego czasu były tak popularne w przypałacowych ogrodach.

Stojąca na szczycie schodów Eliris mocno zaciskała dłonie na barierce i spoglądała w dół ku rozpychającym się korzeniom drzew.

— Znam to miejsce — powiedziała po chwili cicho, jakby sama do siebie. — Znam je…, aż nazbyt dobrze. To nie może być przypadek…

Mężczyzna, nie chcąc ingerować w tok jej myśli, cierpliwie czekał na ciąg dalszy.

— Mówiłam ci kiedyś — podjęła dziewczyna — o listach Ameliusza Winn. Był on pierwszym biografem Lirii Calavrii. Tak w zasadzie biografia ta była nad wyraz ugładzoną wersją jej życiorysu. Większości badań nie można było przedstawić szerszej opinii publicznej ze względu na utajnienie projektów, nad którymi pracowała. W publikacji znajdują się tylko ogólniki. Jednak do naszych czasów zachowało się kilka listów. Co ciekawe, korespondencja ta prowadzona jest między pięcioma osobami: Lirią Calavrii, jej mężem Carelem, bratem Lenem Gorgonem, jego przyjaciółką Mirandolą Pad i właśnie Ameliuszem Winnem. I nie istnieje w wersji elektronicznej. Wszystkie listy są pisane ręcznie na papierze. W naszych czasach nie do pomyślenia, w XXI wieku też już dość rzadko spotykany zwyczaj. Dlatego jest to taki unikat. Sama forma… Treść też nie jest bez znaczenia. W listach, które udało się zdobyć Wiktorii, powtarza się kilkakrotnie informacja o starej fabryce położonej na obszarze Silesii. Byli tam Gorgon i Pad. Coś się wydarzyło. Coś tak zaskakującego, że zmieniło kierunek badań nad naturą Odeonów. Jednak nigdzie nie jest dokładnie opisane co.

Przerwała i przymknęła oczy.

— W tych listach — wróciła po chwili do przerwanego wątku — pojawia się też informacja, że w fabryce trafili na Odeony.

— Niemożliwe — zaoponował. — To kłóci się radykalnie z naszym stanem wiedzy. Odeony nie występują na Ziemi. Nigdy nie odkryto tu żadnego okazu.

— Tak zawsze sądzono. Jednak listy podają co innego. I to na pewno — dodała spoglądając na niego — jest ta fabryka, którą odwiedzili Len Gorgon i Mirandola Pad.

— Skąd pewność, że to jest to miejsce? — nie mógł powstrzymać własnego sceptycyzmu.

Eliris przesunęła się nieznacznie i skinęła na niego, by podszedł bliżej.

Christian stanął na jej miejscu i pytająco uniósł brwi. Wskazała mu ręką na sam środek pomieszczenia.

W centrum, wokół niewielkiego nasypu tworzącego idealny okrąg, posadzono pięć drzew. Stanowiły ramiona rozrysowanej na ziemi gwiazdy. Pentagramu. Wcześniej tego nie widział, bo widok zasłaniał jeden z pni. Teraz cały rysunek jawił się z zaskakującą wyrazistością.

Lecz tym, co zdumiewało najbardziej, była połyskująca turkusowa kula unosząca się metr nad centrum okręgu. Patrzył z niedowierzaniem, jak istota stopniowo zmienia barwę i przyjmuje fioletowy kolor.

Mieli przed sobą gatunek nie spotykany na Ziemi. Stworzenie istniejące tylko w jałowych przestrzeniach Księżyca i Marsa. Zszokowani spoglądali na Odeona.


Przejście do 87.

31

Kraków, styk III i IV obszaru miasta, 2367 rok

[Zaznaczyć czas.]

Znów przysiedli przy stoliku. Eliris z lubością wdychała aromat kawy, który odpowiadał jej wspomnieniom z XIX wiecznych wiedeńskich kawiarni. Obecnie rzadko kiedy udawało się uzyskać tak wyrazisty zapach i smak. Tu, co przyznała mile zdziwiona, były one bliskie ideału.

Postanowili zaczekać, aż Prederic znów pojawi się na horyzoncie. Założyli, że gdy upewni się, iż nikt się już nie kręci wokół bramy posiadłości, sam wejdzie na jej teren. A wówczas oni będą mieli okazję, by podążyć jego tropem. Pocieszająca była myśl, że prawdopodobnie system nie posiadał nadzoru wizualnego. Przy utrzymaniu tak rozległego hologramu, jaki krył się za murami, każdy, choćby minimalny, ubytek energii mógł zakłócić stabilność obrazu. I gdy ujrzeli Prederica skanującego przestrzeń — zyskali prawie pewność.

Teraz mieli przewagę. Szef Instytutu nie zdawał sobie sprawy z ich obecności. Wypadało tylko zaczekać na kolejny ruch z jego strony…

Po upływie dziesięciu minut zaczęli się niepokoić. Jeśli Prederic chciał zyskać pewność, że nikt nie będzie nadmiernie zainteresowany jego działaniami — to do tej pory powinien już to zrobić. Komputer skanujący przestrzeń konstruował mapę na bieżąco. Jeśli nawet mężczyzna dodał kilka minut dla bezpieczeństwa, to i tak już dawno powinien wyjść z kawiarni i skierować się w stronę willi.

Podnieśli się ze swych miejsc i przeszli do sąsiedniego lokalu.

Znów dźwięk dzwonka oznajmił przybycie nowych gości. Jego brzęczenie wibrowało w pustej przestrzeni. W kawiarni nikogo nie było.

Stanęli pośrodku sali wśród czerwonych foteli i okrągłych stolików. Bezradnie rozglądali się wokoło, jakby oczekując, że Prederic pojawi się nagle niczym podczas seansu sztukmistrza. Sprawdzili przestrzeń, chcąc się upewnić, czy nie ma w niej maskujących hologramów. Przyjrzeli się rozwieszonym na ścianach gobelinom, które jarzyły się czystymi barwami kwiatów… Niczego nie znaleźli. Prederic zniknął.

Czekał ich niewesoły powrót do Lavender Hill.

Musieli po raz kolejny zwrócić się do Thomasa o pomoc.


Przejście do 190.

32

Kraków, kamienica przy ulicy Starowiślnej, 2013 rok

Widok rozciągający się z ławki nie był imponujący. Szarość brudnych tynków działała przygnębiająco, bez względu na starania, by kwiatami rozweselić tę przestrzeń. Eliris odchyliła się na oparcie i zapatrzyła w błękitny, czworokątny skrawek nieba ponad głową. W ogóle przestała zwracać uwagę na staruszkę tkwiącą w oknie. Nie wydawało się, by lokatorka zamierzała w najbliższym czasie opuścić swój posterunek, więc pogodzili się z faktem, że są pod stałą obserwacją. Nie wpływało to znacząco na ich działania. I tak postronna osoba nie mogła się zorientować, że właśnie skanują całą przestrzeń kamienicy, nie tylko podwórka poddane zostały opisaniu, ale również mieszkania i ich lokatorzy. Ukryty w plecaku kryształ Christiana współpracował z jej własnym, a efekty mieli dostępne na jakże adekwatnych do tego czasu tabletach.

Po skończonej pracy komputer wyświetlił na ekranie trzy czerwone obszary. Nachyliła się, by lepiej przyjrzeć się ich umiejscowieniu. Dwa większe odpowiadały ich własnej lokalizacji. To skaner wychwycił w polu zmienne znaczniki, które zawsze powstawały na skutek przekroczenia Wierzei Czasu. Nic niezwykłego. Bardziej interesując było trzecie oznakowanie. Znacznie mniejsze, położone koło rozłożystej lipy.

Zerknęli w stronę okien. Staruszka wciąż tkwiła wsparta o parapet.

Christian ograniczył skalę wyszukiwań. Nie musieli nawet podnosić się ze swoich miejsc, wystarczyło poczekać, by komputer określił parametry znaleziska i wyświetlił je na ekranie.

Po chwili mieli kompletne dane.

Okrągły przedmiot z miedzi, ze śladową domieszką innych pierwiastków. Średnica dwadzieścia sześć milimetrów, gładkie brzegi i tłoczenia z obu stron.

— Moneta. Prawie dwustuletnia, z tego co wskazują dane katalogowe.

— Do dwustu lat jeszcze trochę jej brakuje — sprostował Christian. — Według informacji numizmatycznych jest to trzygroszówka Wolnego Miasta Krakowa. Wybito ją w mennicy w Wiedniu, w 1835 roku — przeczytał. — Tylko co ona tu robi i jakim sposobem przekroczyła Wierzeje?

Eliris wskazała na kolejną linijkę na wyświetlaczu.

— Stopień utlenienie wskazuje, że ma najwyżej pięć lat. Z pewnością ktoś ją przeniósł przez próg czasu.

Christian porównał zestawienie skanu monety z wzorcem znajdującym się w ich bazie. Nie dało się wskazać znaczących różnic, więc był to oryginał. Otwarte bramy miasta otaczały orła z rozpostartymi skrzydłami. Prosta, wyraźna symbolika.

Eliris powiększyła obraz.

— XIX-wieczna moneta w miejscu zbrodni. Ciekawe… Może to być zbieg okoliczności. W końcu niejednokrotnie się zdarza, że podróżując między czasami gubimy różne drobiazgi, albo celowo je zostawiamy. Ta moneta wcale nie musi mieć związku z naszymi działaniami…

— Albo wręcz przeciwnie — stwierdził Christian zwracając się w jej stronę. — Ma związek ogromny…


Bohaterowie mają następujące opcje wyboru:

* postanawiają dokładniej przyjrzeć się monecie — 98;

* uznają, że moneta nie ma nic wspólnego z ich działaniami — 153.

33

Kraków, kamienica przy ulicy Starowiślnej, 23 sierpnia, 2013 rok

Chyba nic nie wzbudziło jego niepokoju, gdyż podszedł do ławki i usiadł. Eliris wciąż nie widziała jego twarzy, mimo to jakieś przeczucie…, odległa myśl niby drzazga tkwiąca w podświadomości próbowała się przedostać na powierzchnię. Zignorowała trawiący ją niepokój. To tylko nerwy. Powoli, ostrożnie stawiając krok za krokiem, ruszyła w kierunku Prederica.

— Dziwne miejsce wybraliście na spotkanie — jego głos zabrzmiał nienaturalnie głośno w otaczającej ich ciszy.

Eliris stała już w cieniu lipy za jego plecami. Nie mógł jej widzieć. Może usłyszał jakiś szelest? Może kątem oka dostrzegł ruch? Cień?

Postawiła kolejny krok i skamieniała porażona myślą, która wreszcie utorowała sobie drogę do jej świadomości.

W jednym oślepiającym błysku zrozumiała przerażającą prawdę. Jakże mogli się tak pomylić? Nie była w stanie nawet odwrócić głowy, by spojrzeć na stojącego obok niej Christiana. Obydwoje zostali uwięzieni w polu siłowym. Tkwili w pułapce zdani na łaskę Prederica. Lecz ona wiedziała, że o żadnej łasce nie może być mowy. Szef Instytutu pojawił się tu, by osobiście dokończyć sprawę, którą spartaczyła Malea.

Gdy Prederic podniósł się z ławki i do nich odwrócił, w jego ręku lśnił nóż.

— Cóż — stwierdził obojętnie — Chcieliście mieć w tej historii ofiarę nożownika. Zgodnie z waszym życzeniem… A nawet więcej. Będziecie mieć dwie ofiary. Trzeba było słuchać babki — zwrócił się w stronę Eliris. — Wiktoria zawsze powtarzała, by trzymać się z dala od policji. Bo widzicie… Policjanci mają dziwny zwyczaj…, zupełnie jak podróżnicy. Oni też wszystko lubią notować. A z tych ich notatek wiele można wyczytać… Na przykład opowieść o dwóch oszustach podających się za krewnych zasztyletowanego mężczyzny. — Zbliżył do niej twarz tak, że mogła zajrzeć w jego puste oczy. — Cóż za pech. Niedoszli sprawcy w roli ofiar. To dopiero ironia losu…

Eliris widziała wszystko jak na zwolnionym filmie.

Prederic chwycił ją za prawe ramię, spojrzał na nóż i zatopił ostrze w jej brzuchu. Dźgnął kilka razy.

Nie czuła bólu. Może to efekt szoku, może działanie pola siłowego? Widziała tylko rozlewającą się po bluzce plamę czerwieni. Chciała zatamować krew, lecz nie była w stanie unieść rąk. Bezsilnie patrzyła, jak uchodzi z niej życie. Była świadoma jeszcze długo po tym, jak przestało działać pole i upadła na bruk. Nie mogła nic zrobić. Spoglądała w martwe oczy Christiana. Nóż tkwił w jego sercu.


KONIEC GRY

34

Miasto M, obszar VII, Lavender Hill, 2367 rok

Na parterze posiadłości Lavender Hill, na lewo od holu wejściowego, umieszczono rodzinną bibliotekę. Pomieszczenie przypominało po części gabinet rodem z XIX-wiecznych powieści, po części nowoczesne archiwum. Autentyczne, drewniane meble z epoki sąsiadowały z zabezpieczonymi gablotami zawierającymi zbiory. Wzdłuż ścian ciągnęły się regały zastawione woluminami i, w większości, stylizowanymi na okładki ksiąg oprawami kryształów pamięci. Ogrom zgromadzonej tu przez pokolenia wiedzy mógł przytłaczać, lecz członkowie rodziny Vermeerów przywykli do tej kolekcji i w większości wypadków traktowali go niczym podręczny zbiór ciekawostek.

Jednak od momentu śmierci Wiktorii wszystko się zmieniło. Majątek, zgodnie z zapisami testamentu, w większości przeszedł na jej wnuczkę. Teraz Eliris stała się więc jedyną właścicielką posiadłości, w dodatku właścicielką obwarowaną całą listą nakazów i zakazów pozostawionych przez zmarłą babkę. Przyjęcie tego dziedzictwa okazało się nad zwyczaj uciążliwe. A jeśli dodać do tego przeżycia z wyprawy do Krakowa 2025 roku, do której zobligowała ją Wiktoria… Cóż. Objęcie we władanie Lavender Hill było tylko preludium do kolejnych problemów.

Teraz jednak domostwo zyskiwało na znaczeniu. Wraz z poznawaniem kolejnych zakamarków Eliris dochodziła do wniosku, że nie doceniła ogromu pracy babki włożonej w budowanie posiadłości. Biblioteka była właśnie jedną z niespodzianek. Zgromadzone tu zbiory z łatwością mogły konkurować z tymi deponowanymi w Instytucie do spraw badania Wierzei Czasu.

A poza tym — domostwo było skutecznie odseparowane od zewnętrznego świata. I nie chodziło tu tylko o ekranowanie całego terenu. Dodatkowo zaopatrzono go w bąbel przestrzenny, który rzutował na zewnątrz dowolny obraz domu. Obserwatorowi umieszczonemu za murem mogło się zdawać, że na oknach stoją skrzynie z kwiatami, a w środku toczy się huczne przyjęcie, że tłumy gości przemierzają liczne pokoje… Albo mógł mieć wrażenie, że dom stoi zupełnie opuszczony, strzeżony tylko przez armię automatycznych strażników.

I teraz dzięki temu mogli mieć zupełny spokój. Lavender Hill stało się dla Eliris i Christiana idealnym schronieniem. Umieszczony w fundamentach domu portal translokacyjny dopełniał poczucia całkowitej niezależności.

Ustawione naprzeciwko siebie dwa fotele zdominowały przestrzeń gabinetu. A to dlatego, że między nimi rzutowano holograficzny obraz z dysków. Eliris z Christianem przeglądali skany dzienników Wiktorii. Szukali jakiegoś punktu zaczepienia. Oboje byli świadomi, że podjęta decyzja pociągnie za sobą dalekosiężne konsekwencje. Chcieli przecież zabić Prederica. Bez względu na usprawiedliwienia porywali się na życie drugiego człowieka. I musieli to na zimno skalkulować i zaplanować. Jeśli chcieli mieć jakieś szanse w tej rozgrywce — koniecznością było pozbycie się emocji.

Analiza wcześniejszych dzienników Wiktorii potwierdziła jej ostatni wpis. Odkryte przez nich paradoksy na węzłach uniwersum były niespotykanym dotąd narzędziem. A może tylko niezbyt wiele się o nim mówiło? Dać do rąk ludziom możliwość wręcz dowolnego kreowania linii czasu — to było samobójstwo świata. Więc musiał automatycznie powstać mechanizm zabezpieczający ciągłość uniwersum. I o tym mechanizmie pisała Wiktoria, gdy zaznaczała, że paradoksy bywają nieprzewidywalne w działaniach, gdy ingerencja ociera się o granicę życia i śmierci. A tu tak miało być. Planowali przecież zabójstwo. Więc na paradoksy nie mieli zbytnio co liczyć.

Próbowali stworzyć prawdopodobny scenariusz wydarzeń, który miałby szansę powodzenia, a jednocześnie stawiał ich poza wszelkim podejrzeniem. Eliris wolno spacerowała wśród regałów, co pewien czas zdejmując z półki kolejną książkę. Kryminały. Były ich tu setki, ponieważ jedna z pra-prababek zaczytywała się w tej literaturze i z równą pasją ją gromadziła. Ona sama jako nastolatka przeczytała wiele z tych powieści i liczyła, że teraz znajdzie tu jakąś podpowiedź. Nie przeliczyła się.

Zadowolona z nagłej myśli wróciła na fotel i zasiadła naprzeciw Christiana.

— Najbezpieczniej jest zmusić Prederica, by udał się w przeszłość i tam go zabić — zaczęła. — Zabójstwo zostanie wówczas ukryte w czasie, a to, jak wiemy, jest doskonałym rozwiązaniem. Pod warunkiem oczywiście, że Prederic się nie zorientuje.

Mężczyzna chwilę milczał zastanawiając się nad trudnościami.

— Trzeba znaleźć kogoś, kto dobrze zna Prederica, jego sposób działania, mocne i słabe strony, kto będzie w stanie stworzyć jego profil… I zechce nam pomóc.

Eliris przytaknęła. Istniała taka osoba.

— Wiktoria.


Przejście do 130.

35

Miasto M, obszar IV, 1 Sekcja — główna siedziba Instytutu do spraw badania Wierzei Czasu, 2367 rok

Zaczęła naciskać poszczególne płaszczyzny sterownika zanim jeszcze zrobiła krok w kierunku Wierzei. Wprowadzenie pierwszej sekwencji startowej zajmowało zazwyczaj około minuty, pod warunkiem, że znało się jej układ na tyle dobrze, by wykluczyć możliwość pomyłki.

Eliris miała nadzieję, że wpajane przez lata nawyki w tej chwili jej nie zawiodą. Jej babka, nadzorująca tok edukacji wnuczki, wymagała ścisłego przestrzegania wyznaczonego planu. Jednym z jego elementów była nauka szybkiego posługiwania się sterownikami Wierzei Czasu. Dziewczyna przypomniała sobie, jak Wiktoria stojąc przy niej i kontrolując na holograficznym modelu szybkość wpisywania sekwencji, snuła jednocześnie historie rodem z osiemnastowiecznych powieści grozy. Miało to rozproszyć uwagę, zdekoncentrować. Te godziny ćwiczeń na coś się jednak przydały — pomyślała Eliris, po raz kolejny z lekkim oporem wyrażając wdzięczność babce. W tej chwili, zupełnie automatycznie przebiegła palcami po dwustu osiemdziesięciu siedmiu płaszczyznach srebrnego mechanizmu przypominającego kubistyczną kulę.

Zbliżający się technicy nie dostrzegli jeszcze zagrożenia. Eliris skończyła kodowanie sekwencji startowej. Przytknęła kciuk do ostrej krawędzi sterownika i pozwoliła, by nacięcie skóry spłynęło krwią. Szybko chwyciła dłoń Christiana i ją rozcięła. Mechanizm zakwalifikował ich jako podróżników. Zrobiła to na wszelki wypadek. Rodzaj zabezpieczenia, które może się kiedyś przydać. Zgodnie z radą zawartą w dziennikach Wiktorii, nie zamierzała używać sekwencji powrotu, która wymagała takiego rozpoznania poprzez genotyp zawarty w krwi. Każde przejście przez Wierzeje Czasu miało być dokonywane z tak zwanego punktu zerowego, każde wymagało kolejnego pozwolenia, ponieważ zastosowanie sekwencji „powrotu” było zbyt ryzykowne. Mogli się wówczas natknąć na nieprzyjemną niespodziankę czekającą na nich po przekroczeniu progu continuum i wejściu w swój własny czas. A tego musieli unikać. Jednak…

Jednak Wiktoria wpoiła jej również, by nie pomijać żadnej możliwości zabezpieczenia sobie odwrotu. Gdyby musieli się ratować szybką ucieczką, gdyby powrót, bez względu na późniejsze konsekwencje, stanowił jedyną możliwą opcję przeżycia… Niczego nie mogli zaniechać.

Gdy weszli na kamienny postument, technicy zamarli. W końcu dotarło do nich, co się właśnie dzieje. Eliris wiedziała, że to zaskoczenie zaraz ustąpi miejsca działaniu. Nie było czasu do stracenia. Trzeba było rozpocząć wybieranie drugiej sekwencji kodującej docelowe miejsce i czas. O konsultacjach z Christianem też nie było mowy. Tu liczyły się sekundy.

Sama musiała podjąć decyzję i przyjąć na siebie jej następstwa.

Mogą próbować ratować Biblię świętego Hieronima, Wulgatę. Wiedzą już, jaką niespodziankę zgotowała im Malea, mogą ją przechytrzyć. Albo… — Eliris zachłysnęła się własnym pomysłem, jego prostotą i absurdalnością zarazem — mogą przejść do 2025 roku, udać się do Krakowa i już w tym momencie rozbroić pułapkę w kościele ojców Dominikanów.

Nacisnęła ostatnie zapadnie na kuli. Srebro przeszło o różową poświatę.

Przekroczyli próg czasów.


Istnieją dwie opcje do wyboru:

* próba odzyskania Biblii świętego Hieronima [zaznaczyć przejście] [zaznaczyć czas] — 166;

* przejście do 2025 roku i rozbrojenie pułapki w kościele ojców Dominikanów [zaznaczyć przejście] — 74.

36

Miasto M, obszar IX, 2339 rok

[Zaznaczyć przejście.]

Podążając za wskazówkami z dziennika Wiktorii pokonali sześć przejść translokacyjnych. Dlaczego wyznaczono tak skomplikowaną drogę zamiast od razu doprowadzić ich do miejsca przeznaczenia? — Eliris mogła się tego tylko domyślać.

Przerażały ją za to słowa, które pojawiły się w jej własnym dzienniku. Lokalizacja miejsca, w którym znaleziono zwłoki babki. I czas, który niepokojąco pokrywał się z domniemanym czasem zgonu. W tym momencie zdała sobie sprawę, że Wiktoria uczyniła ich świadkami swej śmierci. Kolejne materializujące się zdania utwierdziły ją w tym mniemaniu.

Ciało Wiktorii Vermeer odnaleziono w jednej z replik latarni portowych, które postawiono wokół jeziora ograniczającego od północy miasto. Jako przyczynę zgonu podano udar, było to o tyle prawdopodobne, że Wiktoria nie była zwolenniczką genetycznych modyfikacji i jej zdrowie szwankowało już od lat.

Jednak gdy Christian poinformował ją o dochodzeniu swego brata, jej własne podejrzenia zyskały uzasadnienie. Wiktoria była typem niezniszczalnym, zdolnym przeżyć wszystkich krewnych i do ostatnich dni irytować otoczenie swoimi manipulacjami.

A teraz, patrząc na kartę w dzienniku zapisaną wyraźnym pismem Wiktorii — Eliris zaczynała sobie uświadamiać, że śmierć babki to nie tylko zabójstwo dokonane przez Prederica… To zabójstwo, które dokładnie ona sama zaplanowała.

Bez względu na to, co się stanie, pod żadnym pozorem nie wolno wam się mieszać. Macie pozostać niezauważeni i dokumentować. Oto wasza rola.

Jednoznaczne polecenie nie uwzględniało jakiegokolwiek sprzeciwu. No tak… Wiktoria nawet po śmierci pozostawała despotką. Udowodniła to wysyłając Eliris po Biblię Gutenberga. Zapis testamentu też był jednoznaczny. Wówczas wszakże istniał wąski margines na sprzeciw. Mogła zignorować polecenie. Jednak babka zbyt dobrze ją znała. Eliris przekroczyła próg czasu, by odzyskać jedną z najcenniejszych ksiąg w kulturze. I tym samym, nieświadomie, uruchomiła machinę zdarzeń, która doprowadziła ich do momentu śmierci Wiktorii. Dalsze słowa potwierdzały znany im już zapis z dziennika i powstrzymywały wszelką dyskusję.

Sprawdziłam chyba wszystkie możliwości rozwiązania tej sytuacji. Wszystkie skazane są na porażkę. Tylko ta jedna daje jakąś szansę powodzenia.

A więc to tak…

Wrócić do własnego czasu tylko po to, by dać się zabić. I w ten sposób uratować wszechświat. Cóż za heroizm. Mam nadzieję, że go docenicie…

Eliris zamknęła dziennik i ukryła go we wnętrzu torby. Nie mogła zdecydować, czy działania babki to rzeczywiście wyraz niebywałej odwagi, czy też skrajnej głupoty. Wiktoria w równym stopniu zdolna była do obu tych szaleństw.

Zgodnie z poleceniem zajęli miejsce na poddaszu latarni. Z zewnątrz nie wyglądała ona imponująco. Ceglana okrągłą budowla zwieńczona była stożkowym dachem i ozdobiona wyrastającą z boku miniaturową wieżyczką. Miała średnicę około dwóch i pół metra, wysokość nie przekraczała pięciu. Jak na latarnię — niezbyt znaczące rozmiary.

Pierwowzór tej budowli uległ zniszczeniu podczas ruchów tektonicznych pod koniec XXI wieku i tylko kopia, która powstała sto lat później, przypominała o mieście pochłoniętym przez wodne odmęty. A było co wspominać… i opłakiwać. Mówiono, że to świadek jedynego konklawe, które odbyło się na północ od Alp. Miasto, które przez wieki przeglądało się w turkusowych wodach górskiego jeziora zniknęło pod jego powierzchnią w ciągu niespełna czterech dni. Na powierzchni nie pozostały nawet gruzy.

Wnętrze latarni zrekonstruowanej na obrzeżach miasta M w niczym jednak nie przypominało oryginału. Tam przestrzeń była znacznie ograniczona, tu było wręcz przestronnie. Drobna sztuczka z polami siłowymi i bąblami przestrzeni dała zaskakujące efekty.

Ulokowani na górnym podeście mieli doskonały widok na znajdujący się poniżej hol z punktem translokacyjnym. Nie pozostawało nic innego, jak oczekiwać na przybycie głównych postaci tego dramatu.

Nie upłynęło zbyt wiele czasu, gdy portal ożył. Pierwszy zjawił się Prederic. A raczej — Richard Deepre. W 2339 roku Prederic jeszcze nie istniał, natomiast Richard — jeszcze nie zginął. Najpierw trzeba było uśmiercić Wiktorię i wysłać jej wnuczkę na wygnanie w przeszłość, by mógł się narodzić przyszły szef Instytutu.

Na razie wyglądał tak, jak go Eliris pamiętała. Przecież widziała go zaledwie kilka tygodni temu. Niecały miesiąc dzielił ją od pierwszego przejścia do 2025 roku. A zdawało się, że było to w zupełnie innym wcieleniu… Miała teraz przez sobą mężczyznę w sile wieku. Wysoki i postawny, w doskonale dopasowanym szarym uniformie. Perfekcyjny w każdym calu.

Kolejny szum oznajmił przybycie Wiktorii Vermeer. Stanęła na środku pomieszczenia i poprawiła fałdy zielonego płaszcza. Nawet nie udawała zaskoczenia tym spotkaniem. Spokojnie spoglądała w zimne oczy Prederica. Obydwoje trwali w bezruchu.

— No cóż… — Wiktoria przełamała nieznośną ciszę. — Mogłam się tego spodziewać. Zbyt mierny, by wspiąć się na wyżyny i zbyt ambitny, by odpuścić.

Wyraźnie go prowokowała.

Prederic bez słowa sięgnął po ukryty w kieszeni kryształ i umieścił go na wklęsłej powierzchni dysku. Starsza kobieta nawet nie spojrzała.

Ukryta na podeście Eliris zakryła oczy dłońmi. Słyszała toczącą się poniżej rozmowę. Wiktoria w ostatnich chwilach życia pokazywała jeszcze swój manipulatorski kunszt. Wszystko toczyło się według jej planu. Lecz mimo całej maestrii tej sytuacji dziewczyna nie była w stanie spojrzeć na egzekucję babki. Nawet jeśli było to jedyne wyjście z sytuacji, świadomie podjęta decyzja… I nawet, jeśli w całej tej scenie, patos przyćmiewał cel.

— Kacie… — ironia w głosie Wiktorii cięła głęboko dumę Richarda Deepre. — Czyń swą powinność.

— Ależ z przyjemnością, ty stara jędzo.

Oślepiający błysk.

Nie trwało to długo. Bezwładne ciało osunęło się na posadzkę.

Wiktoria poświęciła życie, by oni uratowali wszechświat.

Teraz tylko należało wypełnić jej ostatnią wolę.


Przejście do 165.

37

Kraków, dom Jana Matejki, 1864 rok

[Zaznaczyć przejście.]

W pracowni panowała cisza. Zaciągnięte bordowe kotary kryły w półcieniu wnętrze wypełnione rekwizytami. Na drewnianym, prostym stole ustawionym w kącie rozłożono naszyjniki, kolczyki i pierścienie, obok, na dwóch manekinach, rozwieszono kontusze zdobne w pasy słuckie i szable. Wszystko z miękkich, barwnych materiałów, które przelewały się w palcach. Mistrz Matejko dbał o szczegóły.

Pod ścianami stało opartych kilka płócien. Odwrócone nie ujawniały swej zawartości. Eliris podeszła do nich i dłonią obleczoną w czarną, koronkową rękawiczkę zaczęła je przekładać uważając, by nie czynić zbytniego hałasu. Choć drzwi pracowni były starannie zamknięte, jednak w domu zgromadziło się przy okazji odczytu sporo gości i któryś z nich, zwabiony hałasem, mógł tu zajrzeć. Wówczas trudno byłoby im wytłumaczyć swą obecność w prywatnej części domostwa.

Nagle cicho krzyknęła. Przestraszona szybko zakryła usta dłonią.

Wśród obrazów znalazła unikat. Płótno, co do którego wciąż, mimo licznych badań, miano wątpliwości, czy w ogóle powstało. Badacze znali kilka jego opisów, znano nawet kompozycję na podstawie zachowanej akwareli, która ponoć powstała jako kopia, jednak nigdy nikomu z poszukiwaczy przeczesujących linie czasu nie udało się znaleźć oryginału „Kochanowskiego nad zwłokami Urszulki”. A teraz ona spoglądała na dzieło ukryte w pracowni malarza.

Christian nachylił się nad jej ramieniem, by spojrzeć na wizerunek czarnoleskiego poety. Spokój na jego obliczu maskował tylko wielki ból ukryty w zmarszczkach wokół oczu.

Skupieni na obrazie nie dostrzegli, że ktoś ich obserwuje. Dopiero poruszenie kotary odsłaniającej ukryte za nią boczne drzwi kazało im poderwać wzrok i skierować go na przybysza. Zaskoczeni zastygli czekając na rozwój sytuacji.

Mężczyzna pozostawał w cieniu. Widzieli jego szczupłą sylwetkę, owalny zarys głowy, jednak nie mogli rozpoznać, z kim mają do czynienia. Eliris próbowała nieznacznie sięgnąć do torebki, by wydobyć z niej przypominający lusterko dysk komputera. Jeden skan wystarczy, by wiedzieć, kto przed nimi stoi.

— Nie radzę — cichy głos zatrzymał ją w pół ruchu.

Zirytowała się. I na obcego, który przewidział jej działania, i na siebie, za to, że wcześniej nie pomyślała o wyciągnięciu dysku, choćby po to, by skatalogować obrazy w pracowni. Jednak zafascynowana otaczającymi ją dziełami pozwoliła sobie na chwilę nieuwagi.

— Spodziewałem się, że mnie odwiedzicie — rzekła postać wychodząc na środek pomieszczenia. Mieli przed sobą samego Matejkę.

— I cóż? Nic nie rzekniecie? — dodał z lekką kpiną.

Eliris próbowała zyskać na czasie, by wybadać intencje rozmówcy. Plączące się linie czasu mogły go postawić po dowolnej stronie tej rozgrywki.

— Ten obraz ponoć nie istnieje — wskazała na portret Kochanowskiego.

— Chciała pani powiedzieć: ponoć nie będzie istniał. Jak widzimy w chwili obecnej jest on jak najbardziej prawdziwy. Fakt, że za sto lat będą się głowić nad pytaniem, czy go namalowałem czy nie, w tej chwili nie posiada dla mnie większego znaczenia. Ale… — podszedł do ściany i sam zaczął przeglądać płótna — nie o tym chcieliście przecież ze mną rozmawiać. Nie po to przekroczyliście progi czasu, by rozwiązywać kwestie historii malarstwa. Nie… Wy macie o wiele bardziej konkretny cel.

Na rozstawionych sztalugach umieścił jeszcze nie oprawiony obraz. „Kazanie Piotra Skargi”.

— Skąd pan wie o progach czasu? — Christian zignorował karcące spojrzenie dziewczyny.

Malarz roześmiał się wyraźnie rozbawiony.

— A strażnicy? — odpowiedział pytaniem na pytanie.

A więc to tak… Eliris szybko przypomniała sobie to, co kiedyś mówiła babka, że zainteresowanie historią, zwłaszcza takie, co daleko wychodzi poza normy, zawsze ma w sobie jakiś podtekst. A najczęściej jest nim wiedza o mechanizmach działania linii czasu i Wierzejach. A wiedzę takową, poza podróżnikami, posiadają tylko strażnicy, rody opiekunów.

Matejko wskazał na obraz.

— Jak się domyślam, liczyliście na moment, gdy będę miał w swej pracowni tę książkę. Indeks. Tak go przecież nazywają. Jednak muszę was rozczarować. Widziałem go tylko raz. Jeden dzień, dokładnie ten, w którym umieściłem go na obrazie. Właściciel uprzedził mnie, że przybędziecie. I na jego prośbę zmieniłem trochę zapis datowania.

— Jak to?

— Obraz powstał pod koniec sześćdziesiątego trzeciego roku. Jednak poproszono mnie, bym opatrzył go datą późniejszą. Prawdopodobnie, by was zmylić. Przykro mi… — dodał z żalem, który wydawał się być szczery. — W tej sprawie nie pomogę wam.


Przejście do 110.

38

Kraków, w drodze do Biblioteki książąt Czartoryskich, 26 marca, 2025 rok

Malea Rev minęła Mały Rynek. Nie mogła oderwać dłoni od zawieszonego na szyi medalionu. Wciąż nieświadomie sięgała po niego i gładziła wtopione w platynę kamienie. Środkowy rubin jarzył się ostrą czerwienią i przyciągał wzrok. Wręcz czuła pod palcami, jak rozgrzewa się i płonie. Tak też czuła się ona. Rozpierała ją energia zwycięstwa! Udało się jej pokonać Wiktorię Vermeer, zażegnała niebezpieczeństwo związane ze śledztwem Thomasa i uwięziła w tym czasie dwójkę podróżników. Jeśli Wiktoria Vermeer była wyzwaniem — pomyślała z ironią — to jej wnuczka okazała się marnym przeciwnikiem. Szkoda… Nawet Christian ze swą inteligencją i wiedzą nie mógł wyrównać szans w tej rozgrywce.

Głupcy.

A teraz ona przejmie Biblię Gutenberga. Ciekawe, jaką wartość zyska wolumina za kolejne dwa tysiące lat. Bo przecież o to chodziło, o zachowanie najcenniejszych artefaktów, by potem, w odpowiedni czasie, móc je wprowadzić na rynek z odpowiednim zyskiem. A co równie ważnie, dzięki temu rodzina zyskiwała kolejne stopnie prestiżu w tej jakże zatwardziałej klice podróżników i opiekunów. Jeszcze pokolenie, dwa… i oni również dołączą do ścisłego grona dzierżących symboliczne klucze do Wierzei Czasu.


Przejście do 105.

39

Gdzieś na południe od Krakowa, 2013 rok

[Zaznaczyć M.]

Nie wszystkie staruszki są tak szalone, za jakie się je powszechnie uważa, stwierdził Christian odczytując tekst wyświetlony przez kryształ.

Znajdowali się przy jednej z jego lokalizacji depozytowych. Przed laty przygotował to miejsce, by móc swobodnie, bez udziału rodziny czy Instytutu, przerzucać wiadomości i przedmioty przez granicę czasów. Teraz zamierzał poprosić o spłatę starego długu. Za trzy wieki technik pracujący w Instytucie wyjmie ze skrytki tuleję z pytaniem. Jego obowiązkiem będzie znaleźć odpowiedź, bez względu na ilość czasu, którą będzie musiał temu zadaniu poświęcić. Potem, przez zaufanego podróżnika z Rodu Andera, wyśle tuleję do przeszłości, a ta, w tej bezpiecznej skrytce, będzie czekała na wydobycie.

Znalezienie miejsca depozytowego nie było łatwym zadaniem. Wybór Christiana padł na mały gotycki kościółek położony poza wielkimi aglomeracjami. Nigdy, nawet za trzysta lat, miejsce to nie stanie się ośrodkiem wielkomiejskim. Zawsze pozostanie na uboczu, poza głównymi trakcjami komunikacyjnymi i właśnie dlatego będzie tak cenne. Świątynia przetrwa, tak jak otaczający ją cmentarz. Christian miał wrażenie, że w obrębie kamiennego muru dusze zmarłych strzegą swej domeny przed upływem czasu. Przy całym swym racjonalizmie to jedno nielogiczne odczucie był skłonny uznać za prawdę.

We wschodnią ścianę zakrystii wmurowano kilka tablic z epitafiami. Różnorodność rozmiarów i kształtów tworzyła chaotyczną mieszankę stylów. Większość pochodziła z XIX wieku, choć między nimi znajdowały się i takie z końca XVIII. Nazwiska zmarłych przeplatały się z imionami fundatorów, kilka niemieckojęzycznych dedykacji przypominało o dawnej przynależności Galicji do monarchii Habsburskiej. Wiele oddawało Bogu pod opiekę dusze zmarłych, prosząc o westchnienie…

Christian właśnie skończył rekonstruować jedną z nich. Ponad łacińskim skrótem D.O.M. umieszczono płaskorzeźbę pucołowatego aniołka. Jego rysy zatarły się pod brzemieniem lat, pióra skrzydeł w kilku miejscach się utłukły. Spoglądając w dal niewidzącymi oczami przypominał o nieubłaganym przemijaniu. Przed chwilą wbito mu w oczodół srebrny pręt i wyciągnięto małą tuleję. Jej miejsce zajęła druga, identyczna, z pytaniem, po czym wgłębienie zostało dokładnie odtworzone.

Christian kończył właśnie porównywać uzyskany efekt z zapisanym w krysztale komputera pierwowzorem, gdy Eliris włożyła tuleję do własnego czytnika.

Ponad dyskiem wyświetliła się oczekiwana informacja.

Model i numer rejestracyjny auta.

A więc jednak wścibska staruszka coś widziała…


Przejść do 52.

40

Kraków, Ogród Profesorski, 2013 rok

Mieli jeszcze niecałą godzinę. Wyznaczyli sobie określoną ilość czasu na wykonanie tego zadania i nie zamierzali przekraczać terminu. Jeśli coś znajdą — świetnie, jeśli nie — będą szukać innej drogi. Usadzili się na jednej z ławek w niedawno założonym Ogrodzie Profesorskim obok Collegium Maius. Było zastanawiające, że bez uzgodnień oboje skierowali się właśnie tu, do miejsca, które w jakiś dziwny sposób stawało się epicentrum wydarzeń.

Dyskusja toczyła się w zasadzie bez słów. Obydwoje wpatrzeni we własne ekrany skoncentrowali się na szukaniu wszelkich dostępnych informacji o czasie i miejscu wypadku. Eliris badała doniesienia prasowe i szukała ewentualnych świadków, on starał się znaleźć jakieś nieścisłości w przedstawionych danych oraz analizował parametry geofizyczne. Ciekawsze informacje przesyłali sobie do wglądu, powstrzymując się na razie od komentarzy.

Z tego, co udało mu się ustalić, wypadek miał miejsce wczesnym rankiem, gdy na drodze było w zasadzie pusto. Według danych meteorologicznych panowała duża wilgotność powietrza, nad okolicznymi łąkami i polami unosiła się mgła, droga mogła być pokryta rosą.

Według domniemań policji kierowca jechał zbyt szybko, na jednym z zakrętów wpadł w poślizg i uderzył w drzewo. Twarz denata w wyniku zderzenia została zmiażdżona, więc z punktu widzenia policji ustalenie obecnie tożsamości ofiary było niemożliwe, zwłaszcza że nie znaleziono przy nim żadnych dokumentów.

— Co najgorsze — Christian odezwał się na tyle cicho, by tylko siedząca obok Eliris mogła go usłyszeć — nie ma żadnych zdjęć satelitarnych. Te, które pokazują interesujący nas obszar w zadanym czasie mają zbyt małą rozdzielczość, by wypatrzyć jakiekolwiek szczegóły. Te zaś, które dałyby zadowalające zbliżenie w tym czasie akurat były gdzie indziej.

— Jeśli ten wypadek to nasza robota, to naprawdę dobrze się spisaliśmy. Nie ma żadnych świadków. Nie ma punktu zaczepienia.

— Może nie do końca…

Na jego ekranie pojawiła się właśnie nowa wiadomość.

— Policja zamieściła informację, że auto, które poszło do kasacji, zostało wcześniej skradzione…


Przejście do 208.

41

Kraków, Ogród Profesorski, 23 sierpnia 2013 rok

Siedli na jednej z ławek przy bramie ogrodu. Naprzeciwko siebie mieli srebrzysty zegar słoneczny, który w tych wczesnych godzinach przedpołudniowych odbijał drgające promienie centralnej gwiazdy. Zieleń bluszczu ścielącego się wokół ścieżki i intensywna barwa krzewów hortensji stanowiły ciekawy kontrast z ceglaną połacią zewnętrznych murów Collegium Maius.

Gdy przebrzmiały ostatnie takty „Gaudeamus”, oboje sięgnęli po własne dzienniki podróży, by zapisać w niech relacje z dzisiejszego poranka. Ale jak ubrać w słowa widok śmierci drugiego człowieka? Christian wpatrywał się w czystą kartkę próbując zebrać myśli. Wciąż miał przed oczyma tę przerażoną twarz. Wciąż słyszał zgrzyt metalu i krzyk człowieka. Choć tego ostatniego nie był pewien. Może tylko jego wyobraźnia dodała do całej kakofonii dźwięków i ten, który tak pasował do rozwartych ust i strachu wyzierającego z oblicza kierowcy.

Niejednokrotnie stał już twarzą w twarz ze śmiercią i nie był to tylko czysty frazes. Widział umierających ludzi, kilku z nich znał, z dwoma łączyła go przyjaźń. Jednak jeszcze żadna z tych sytuacji granicznych nie wywarła na nim takiego wrażenia. Teraz próbował uzmysłowić sobie, dlaczego akurat dzisiejszy wypadek tak bardzo nim wstrząsnął…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.34
drukowana A5
za 65.93