Pogoda jak przygoda.
Zbiór „Wierszy na pogodę ducha” Jarosława Bogusiaka jest ofertą dokładnie taką, jak mówi tytuł. Autor bawi odbiorcę różnorodnością wątków tematycznych, ale także zróżnicowanymi formami wiersza regularnego. Esencją przekazu jest przymrużenie oka na rzeczywistość oraz umiejętność zabawy słowem i wierszowaniem.
Słowna gra jest widoczna już w wierszu otwierającym zbiór pt „Bez mała”. Autor znakomicie gra słowami „bez”, „lilak”. Moim zdaniem mistrzowska robota.
Dalej znaleźć można lipogramy, zabawne teksty, które opisał Julian Tuwim w swojej głośnej książce „Pegaz dęba”. Chwyt polega na opuszczeniu głoski, częstej w danym języku.
Humor, żart, ironia, gra słowami wypełnia każdy utwór w zbiorze, a co za tym idzie, autor umie wyprowadzić z ustalonych, utrwalonych schematów. Literatura bowiem (szczególnie ta wysoka) zamyka nas w pewnych obrazach kogoś lub czegoś. Dobrym przykładem jest wiersz „Nie ma Romea”.
Czytelnik tego zbioru może się też przekonać, że frywolność jest niezbędna, by rozkwitał dobry humor. Bo jak nie być frywolnym i nie rozpalić wyobraźni, gdy pisze się o seksie nie z tej ziemi.
Nietrudno zauważyć, że autora „Wierszy na pogodę ducha” łączą więzy humoru z tuwimowską tradycją żartu i satyry. A ta sięga jeszcze czasów rzymskich, gdy swoje satyry tworzył Horacy.
Sposobów wierszowania i gatunków poetyckich jest więcej. Znajdziemy cykl limeryków, moskalików i formę o nazwie „Geografomaniaki”, co sugeruje, że podróżowanie jest autorowi bliskie, żeby nie powiedzieć mocniej — bliskie obsesji.
W wierszu „Cisza nad jeziorem” poeta używa metafory „krzywy horyzont”. To określenie znakomicie oddaje punkt widzenia i sposób wyrażania własnego odbioru świata. Różnorodność jest podstawą, pogodny duch nie lubi linii prostych. Linia łamana oddaje ducha autora.
Przygoda — to krzywy horyzont Jarosława Bogusiaka.
Bardzo polecam tę twórczą przygodę.
Hanna Prosnak
Bez mała
Raz Lilka mała
W ogrodzie bez miała.
A że była dociekliwa,
Spenetrowała archiwa,
Atlas kwiatów i słowniki,
Nawet Tuwima tomiki.
LILAK — wyczytała, to jakby brat Lilki.
Pokraśniały lica wrażliwej dziewczynki.
A lilak pełen siostrzanej miłości
Oddawał nadmierne zapachu ilości.
Jeden gość, tym zapachem odurzony
Narwać chciał bukiet bzu dla żony.
Po pierwszych gałęzi trzasku
Doczekał się Lilki wrzasku:
A TY TAKI OWAKI
ZOSTAW LILKI LILAKI!
Lecz cyniczny bęcwał
W te słowa się ozwał:
Coś ty sobie ubzdurała,
To zwykły bez, Mała.
Wieża Babel
Na budowie wieży Babel
Bóg pomieszał języki
Był to semantyczny bubel
Co wywołało głośne krzyki.
Panie, Master, Towariszcz
Rozbrzmiewało z wysoka
Zabierz nas z tych zgliszcz
Z tego świata rynsztoka.
Bóg zatyczki douszne
Bez pośpiechu założył.
— Choć protesty są słuszne,
Słów już nie będę mnożył.
Czyś ty rycerz czy kmieć
Taka jest wola nieba
Żeby się porozumieć
Zamenhofa wam trzeba.
Seks nie z tej ziemi
Starship muska chmury
Dziarsko opada z wysoka
Zadzieram głowę do góry
A cóż to za dziwna wywłoka?
Czepiła się nóg lądownika
I własne nogi rozkłada
Czy to złudzenie, omam błędnika?
Kosmita w formie owada.
Drodzy Ziemianie- rzecze poczwara
Przybyłem na wasze wezwanie
Nieziemskie marzy mi się bara-bara
Z samicą intymne spotkanie.
Na kopulodrom panią proszę
Darmostój mój już czeka
Kwantowy igrzec ci przynoszę
I fifułkę, co dynda z lekka.
Flańtanie czeka na babiznę
I chłostak całkiem nowy
Zedrę ja z ciebie gać i bieliznę
Bzdyk we mnie wzbiera zdrowy.
Mam tu sepulek duże ilości
Do których Lem tak wzdychał
I conradowskie jądro ciemności
Jako rezerwę na finał.
Ale ziemianka nosem kręci
Daj spokój Ufoludzie
Kiedy na seks biorą mnie chęci
Gustuję w ziemskiej urodzie.
Mój facet jak mi odpali
Trzy człony swojej rakiety
To niech się kosmos cały wali
I twoje fikuśne gadżety.
Na przełaj
Raz Ankę z miasta Biłgoraj,
Poślubił w trymiga Mikołaj.
Przełaj nosił on nazwisko.
Na skróty poszli, ot i wszystko.
Smutku nie znali,
bo się kochali
Bo Przełaj kochał ją,
a ona go.
W redakcji znanej gazety
(„Na przełaj” się zwała, niestety)
Gdzie Anka była dzielnym
Redaktorem naczelnym.
Zwalczała tam łatwizn plagę,
Częstego chodzenia „na szagę”.
I była załogi postrachem,
Szokując inwektyw rozmachem.
Bo nie jest to czcza połajanka,
Gdy zelży cię Przełaj Anka.
Nad wyraz
Raz pewien gość w Alcatraz
Odniósł w bójce lekki głowy uraz.
Choć rozcięty miał łuk brwiowy
A pod okiem siniak zdrowy
To pogodny był nad wyraz.
Bo przeciwnik, z którym bił się nieraz
Inteligencji miał niski iloraz
A facjatę jak z Picassa obrazów
I w dodatku od zadanych razów
Jeszcze głupszy wyraz twarzy miał teraz.
Nie do zdarcia
Radził mi kiedyś Marquez Garcia
Bym kupił farbę nie do zdarcia,
O której pisał w swej młodości
W powieści „Sto lat odporności”
Lata mijały. Przeminął wiek złoty,
Aż na suficie zalśniły kłopoty
Bo sąsiad z góry pijał trunki często,
Ale do szklanki nie trafiał zbyt gęsto.
I przyszło do mnie to zalanie.
Było odporne na ścieranie,
Plamy jak dłonie Lady Makbet
Koloru — mazowiecki pasztet.
Więc łapię szpachlę, raszplę, pilnik
Szoruję, ścieram, drę już tynki.
Wreszcie ustałem, bowiem w dziurze
Ujrzałem barchanowe róże
Na pupie starszej sąsiadeczki
Wielkiej jak stulitrowe beczki.
Ach, nie tknę tego materiału
Aby nie pójść do kryminału.
Bo majtki, jak mawiała babcia
W tym wieku już są nie do zdarcia
Dziadek i wnuczek
Raz głuchy dziadek nakarmić chciał wnuczka
I spotkała go w nagrodę okrutna nauczka.
Starzyk by niejadka namówić na jadło
Używa wybiegów, by do ust coś wpadło.
By odwrócić uwagę od łyżki kopiastej
Pełnej obrzydliwej kaszy kleistej
Dziadek rzecze: spójrz lecą kluczem gęsi
A wnuczek na to odpowiada: „ęsi”
…I już po ptaku nie ma nawet znaku…
Mało słów zna chłopiec, ale to zna: „Kaku”
…Pewnie odleciały w pole, za chałupę…
Malec już nie mówi, ale drze się „Kupę!!!”
Gdy do nosa dziadka dotarły złe wonie
Pomyślał:
Po aparat słuchowy jutro już zadzwonię.
Listopad na plus
Listopadzie!
Jesieni minorowy akordzie
Co brzmisz w Szopena nokturnach,