E-book
126
drukowana A5
162
Wielka Księga Wed Sławiańsko-Aryjskich. Tom II

Bezpłatny fragment - Wielka Księga Wed Sławiańsko-Aryjskich. Tom II


Objętość:
910 str.
ISBN:
978-83-8455-564-4
E-book
za 126
drukowana A5
za 162

Przedmowa Janusza Bieszk

Wielka Sława!, bowiem jesteśmy już w posiadaniu Drugiego Tomu Wielkiej Księgi Wed Sławiańsko-Aryjskich, kolejnego grubego tomu liczącego 904 strony, dzięki staraniom w odnalezieniu źródeł oraz mozolnej pracy tłumacza z języka rosyjskiego, badacza Sławii i Lehii pana Waldemara Wróżka. Pierwszy tom liczył 1060 stron tekstu i wizerunków, a w tłumaczeniu jest już trzeci tom o podobnej objętości.

Jest to ogromne osiągnięcie badaczy alternatywnych Historii Lehii i Sławii, propagujących niezakłamane dzieje Sławiańszczyzny oraz naszego dziedzictwa i naszych protoprzodków, na pohybel oficjalnej, akademickiej historiografii, nadal marginalizującej i postponującej Ariów-Sławian i ich osiągnięcia [zob. Ariowie — Sławianie. Królestwo Lehii. Królestwo Wenedów. Bieszk J., Warszawa 2024].

To właśnie między innymi z tych ksiąg daje się wyczuć ducha i naturę Ariów-Sławian, żyjących w zgodzie z wszechobecną przyrodą, o czym świadczą ich praktyczne oraz piękne zwyczaje, mitologia Bogów, pieśni i opowieści. Właśnie w tym tomie wiele z nich poznamy.

Jest to Księga poświęcona Wedom bułgarskim, gdzie pieśni i opowieści zostały zebrane przez badaczy w terenie od ludu w XIX wieku i wydane w tymże. Natomiast wydanie w języku rosyjskim ukazało się dopiero w XXI wieku, które prezentujemy. Niniejsza księga składa się z trzech wewnętrznych tomów, a mianowicie:

Weda Słowena. Tom I

Weda Sławian. Tom II

Weda Sławian. Tom III (fragmenty)

Weda Słowena. Tom I ogólnie zawiera:

— przesiedlenie ludu ze Skrajnej Ziemi nad Dunaj,

— zaślubiny Słońca z panną Wałkaną,

— małżeństwo Tałatinskiego króla z córką Sitskiego króla,

— małżeństwo króla Tałatina z córką Kiticzeskiego króla,

— bitwa króla Tałatina z Surą Łamiją z Ricznej ziemi,

— narodziny Orfeusza,

— małżeństwo Orfeusza z córką Arapskiego króla.

Weda Sławian. Tom II ogólnie zawiera:

— Święto Dzień Koliedy — 14 pieśni,

— Ciemne Dni — 6 pieśni,

— Święto Dzień Sury — 15 pieśni,

— Na Dzień Sury (od drugiego śpiewaka) — 1 pieśń,

— Święto Dzień Własa — 8 pieśni,

— Święto Dzień Jaskółki — 6 pieśni,

— Święto Pierwszy Dzień — 5 pieśni,

— Święto Dzień Masiny — 7 pieśni,

— Na Dzień Masiny (od drugiego śpiewaka) — 2 pieśni,

— Święto Dzień Ugawita — 3 pieśni,

— Na Dzień Ugawita (jeszcze od drugiego śpiewaka) — 2 pieśni,

— Święto Dzień Sira — 1 pieśń,

— Na Święto Sira (od drugiego śpiewaka) — 3 pieśni,

— Święto Dzień Giergiów — 2 pieśni,

— Święto Dzień Witny — 2 pieśni,

— Na Święto Witny (od drugiego śpiewaka) — 3 pieśni,

— Święto Dzień Eniów — 1 pieśń,

— Na Dzień Eniów (od drugiego śpiewaka) — 1 pieśń,

— Święto Dzień Wisznia — 1 pieśń,

— Święto Dzień Zariewa — 1 pieśń,

— Święto Dzień Drawy — 6 pieśni,

— Na Święto Drawy (od drugiego śpiewaka) — 2 pieśni,

— Święto Dzień Izoczny — 1 pieśń,

— Święto Dzień Grozdiny — 1 pieśń,

— Święto Dzień Pazira — 4 pieśni,

— Święto Dzień Kołczy — 4 pieśni,

— Święto Dzień Łady — 6 pieśni,

— Obrzędy — 4 pieśni,

— Pieśni na Lato — 13 pieśni,

— Pieśni na Dzień Giergiowa — 6 pieśni,

— Pieśni na Jaskółkę — 5 pieśni,

— Pieśni na Dzień Enia — 3 pieśni,

— Pieśni na Dzień Koliedy — 4 pieśni,

— Pieśni na Lato — 3 pieśni,

— Pieśń o Orpiu — 1 pieśń.

Weda Sławian. Tom III (fragmenty):

— Wynalezienie pługu, azbuki i pieśni.

— Rozmowy Pomaków (Bułgarów), zapisane przez I. Gołoganowa:

Rozmowa z Chasanem ze wsi Korawa,

Rozmowa z Pomakiem Chasimem ze wsi Czawdarli, z Pazardżyjskiej Kaazy, odnośnie pochodzenia pomackiej narodowości,

Podanie o Judach,

— Wypisy z rozmowy z Pomakiem ze wsi Łakawica niedaleko Dospatu, zapisanej w listopadzie 1869 roku.

Życzę przyjemnej lektury

Janusz Bieszk

Wstęp tłumacza

Z wielką radością oddaję w ręce polskiego Czytelnika drugi tom Wielkiej Księgi Wed Sławiańsko-Aryjskich. Ta księga zawiera pierwszy polski przekład pieśni Bułgarów-Pomaków, zebranych przez wielce zasłużonego badacza Sławiańszczyzny, Stefana Werkowicza. Przez wiele lat szukał i spisywał pieśni zachowane w tradycji ustnej. Opublikował je w dwóch tomach Weda Sławian, oraz zebrał jeszcze więcej pieśni, które nie zostały opublikowane.

W niniejszej publikacji prezentuję przekład następujących tekstów:

Weda Słowena. Tom I: Weda Słowena, Tom 1, wydany w 1874 roku w Belgradzie. Zawiera Przedmowę autora i 15 pieśni.

Weda Sławian. Tom II: Weda Sławian, Tom 2, wydany w 1881 roku w Sankt-Petersburgu. Zawiera Przedmowę autora i 147 pieśni.

Weda Sławian. Tom III (Fragmenty):

— Pieśń: Wynalezienie pługu, azbuki i pieśni, odnaleziona w 2002 roku w Archiwum Rosyjskiej Akademii Nauk w Sankt-Petersburgu;

— Rozmowy Pomaków, zapisane przez I. Gołoganowa, opublikowane przez I. Bogdanowa w książce Werkowicz i „Weda Słowena”, wydanej w 1992 roku w Sofii;

— Wypisy z rozmowy z Pomakiem ze wsi Łakawica niedaleko Dospatu, zapisanej w listopadzie 1869 roku, odnalezione w 2002 roku w Archiwum Rosyjskiej Akademii Nauk w Sankt-Petersburgu.

Przypisy do Tomu I pochodzą z rosyjskiego wydania Weda Sławian. Księga 1, a do Tomu II z rosyjskiego wydania Weda Sławian. Tom II. W Tomie III przypisy pochodzą z wydania A. Asowa Sławiańskie Wedy.

Niestety nieznane są dzieje trzeciego tomu Weda Sławian. W Archiwum Bułgarskiej Akademii Nauk w Sofii znajduje się spis rękopisów przygotowanych przez Werkowicza do trzeciego tomu „Wedy Słowenii”. Wymienia on następujące zbiory:

— 10 pieśni Narodziny Boga Wisznu-boga, liczących 2195 wersów;

— 19 pieśni Car Jaren buduje Nowe miasto, liczących 5251 wersów;

— 11 pieśni o junaku Trojanie, liczących 8022 wersów;

— 7 pieśni o bitwach króla Trajna, liczących 6351 wersów;

— 23 pieśni o dwóch braciach Bricie i Bługu, liczących 6610 wersów;

— 53 pieśni Podróże Białego króla, liczących 8938 wersów.

Bułgarzy przypuszczają, że te rękopisy mogą znajdować się gdzieś w Rosji.

Należy zwrócić uwagę, że w tekście pieśni występują bułgarskie imiona Bogów, co uwzględniono w rosyjskim przekładzie, gdzie podano ich sławiańsko-aryjskie imiona. W niniejszym tłumaczeniu podaję je w formie oryginalnej. Dlatego teraz podaję te imiona:

Gromowy Bóg = Perun;

Ogniowy Bóg = Ogniebóg;

Wisznu Bóg = Najwyższy Bóg;

Biały Bóg = Białobóg;

Czarny Bóg = Czarnobóg;

Witna, Wita = Swietowit;

Włas = Weles;

Jognica, Jogne, Igne = Ogniebog, Agni;

Dażna Bóg = Dażd Bóg

Łazar = Lel

Kolieda, Kulieda = Koliada.

Wedach Sławian jest wymienionych kilka starożytnych ksiąg:

— Księga Wedy — zawierała pieśni śpiewane podczas składania trzeb;

— Gwiezdna Księga — zawierała pieśni dla wołchwów;

— Jasna Księga — zawierała hymny;

— Biała Księga — ofiarowana ludziom przez Boga Koliadę;

— Stara Weda — prawdopodobnie Pra Weda;

— Jasna Księga — zawierała rytualne pieśni śpiewane podczas składania Bogu trzeb;

— Ratina (Księga Wojskowa) — zawierała pieśni śpiewane podczas walki z wrogiem;

— Zwieznica (Księga Gwiezdna) — zawierała pieśni, używane przez wołchów przy wróżeniu z gwiazd;

— Ziemnica (Księga Ziemska) — zawierała pieśni opowiadające o krainie przodków i ich przesiedlaniu się;

— Pietica — zawierała pięć części pieśni do Bogów i Bogiń.

Według świadectw Pomaków, opublikowanych na końcu tej księgi, jeszcze w XVIII i XIX wieku odnajdywano starożytne księgi ukryte w ziemi. Niestety były one niszczone i palone przez islamskich okupantów Bułgarii. Być może część z nich jest nadal ukryta i kiedyś zostanie odkryta. Ze wspomnianych opowieści i tekstu pieśni wiemy, że te księgi były pisane na metalowych płytach, na deskach, skórach i pergaminach.

Oddając niniejszą księgę w ręce Czytelnika, pragnę poinformować, że w kolejnym tomie opublikuję „Pra-Wedę” i „Wedy Rusi”.

Na koniec składam serdeczne podziękowania Panu Januszowi Bieszk za napisanie Przedmowy do niniejszej publikacji.

Waldemar Wróżek

Bartne, maj 2026

Weda Słowena. Tom I

Przedmowa autora

Malo jest plemion rodu ludzkiego, u których starożytna historia jest tak nieznana, jak sławiańska! Przy tym nie zachowaliśmy śladów pamięci o pierwotnych krainach, skąd wywodzi się nasze pochodzenie, jak to ma miejsce u innych cywilizowanych ludów, na przykład chociażby żydowskiego, który, jak wiadomo, przez wszystkie zatrzęsienia i światowe burze, do naszych czasów zachowali tak zwyczaje i podania swojej starożytności, jak i wszystkie swoje dzieła kultury, które są czczone i strzeżone jako świętości, przekazywane z jednego pokolenia na drugie, i takim sposobem wiernie i szczerze przekazują to, co odziedziczyli od ojców. Nie mieliśmy sprzyjających warunków i nie ostała się wiedza o sławiańskiej starożytności do końca naszych pogańskich czasów, ponieważ do nas nic nie przetrwało z ich kulturowych lub materialnych nieskażonych dzieł, według których moglibyśmy ocenić, na ile liczono się z nimi w świecie, i za pośrednictwem których można by było przybliżyć się do nich, dowiedzieć się o sposobie ich życia i wydarzeniach tych tajemniczych dalekich czasów. To bardzo mało, co jest o Sławianach, wiemy z obcych źródeł, w których wszystko jest tak niejasno pomieszane i nieobiektywnie przedstawione, że nie można wyciągnąć wniosków ani czegokolwiek pewnego zrozumieć.

Wśród zagranicznych pisarzy i przedstawicieli współczesnej cywilizacji istnieje przesąd, że Sławianie nie tylko nie wnieśli niczego własnego do kultury ludzkiej, a bardziej jej szkodzili, od czasu do czasu niszcząc pustoszycielskimi najazdami z wielkim trudem zdobyte kulturowe skarby ludów obdarzonych wybitnymi zdolnościami i talentem. A takimi oświecicielami ludów byli, według ich mniemania, przodkowie Hindusów — Fenicjanie, których uważa się za przodków Hellenów, Egipcjanie i jeszcze nieliczni, którzy, według mniemania zachodnich uczonych, rozprzestrzeniali po ziemskim globie kulturę i edukację między ludźmi. Ci wielcy przedstawiciele Zachodu jednogłośnie twierdzili, że takiego daru nie mieli Sławianie, ale jedyne co tylko pozostawili na świecie to spustoszenie! Najstraszliwsi pustoszyciele świata Średnich wieków, którzy wszystkie osiągnięcia pogańskich czasów obrócili w pył i popiół, jacy byli, na przykład, Hunowie, Tatarzy, Wandalowie, Goci itp., są uważani przez nich, za bliskich towarzyszy i bezpośrednich krewnych Sławian! Oni sądzą, że do chrztu Presławskiego państwowego domu jedynie u Sławian nie było żadnego pojęcia i śladów po azbuce i literaturze, że w dziedzinie moralności i edukacji ich przeszłość mało odróżnia się od tego, co teraz widzimy u najbardziej prymitywnych azjatyckich plemion.

Oto takie jest mniemanie obcego pisarza, który sam zaczął dowiadywać się o Sławianach od innych, zamiast tego aby samemu nauczyć się poznawać świat, a ci, którzy mnie tak uczyli, byli, niestety, sami właśnie Sławianami. Kiedy była okazja wypowiedzieć się o pracy i działalności wyżej wspomnianych niezrównanych oświecicieli ludów, danych ludzkiemu rodowi, to zawsze powstawały tak zawiłe stwierdzenia, że sam czułem wstyd i zazdrość, że ja nie mam zaszczytu przynależeć do jakiegokolwiek ze wspomnianych wspaniałych ludów, a tylko do ostatnich. W to, co oni tylko opowiadali o pochodzeniu światowej cywilizacji, na ogół wszyscy wierzyli. Nigdy od nikogo nie słyszałem niczego złego o Sławianach, dlatego dla mnie nie może być inaczej, ale uważam, że o Sławianach trzeba uczyć, powiedzmy, zaczynając od nauki azbuki i w czasie wszystkich szkolnych lat.

Tymczasem, osiedliwszy się w klasycznej, pełnej cennych wspomnień Macedonii, w celu badania i ochrony zabytków starożytności, w czasie swoich licznych podróży, które odbyłem we wszystkich kierunkach Bałkańskiego półwyspu, w kraju zbierałem starożytne przedmioty, badałem i porównywałem je ze szczególną uwagą i ciekawością. Oprócz zbierania przedmiotów, obserwowałem również typy, skłonności, cechy i zwyczaje różnych plemion, zamieszkujących teraz we wspomnianym wspaniałym starożytnym regionie, ojczyźnie klasycznej edukacji. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, zauważyłem wielkie różnice między tym, co słyszałem w szkole o greckim plemieniu, a tym, co zobaczyłem na własne oczy. A szczególnie, że brakuje mu czegoś w cywilizowanej edukacji, co nie powinno mieć miejsca, jeśli prawdą byłoby to, co w odniesieniu do tego mówi się o nim.

Zostawiając na boku wszystko inne, wspomnę tylko muzykę i poezję, uważane za kamień węgielny pierwotnej ludzkiej kultury: nie zauważyłem ku nim żadnej skłonności wśród współczesnych Greków, podczas gdy bułgarscy Sławianie oddają się im z takim entuzjazmem i miłością, iż jest mało prawdopodobne, że może ich w tym wyprzedzić jakiekolwiek inne sławiańskie plemię.

Wiele razy zdarzyło mi się latem przechodzić przez pola i łąki Greków, przepełnione robotnikami, i nigdy do moich uszu nie dobiegły dźwięki jakiejkolwiek pieśni lub wesołej rozmowy; za każdym razem po obu stronach drogi było na tyle cicho, że wydawało się mi, że pracują tam nie żywe istoty, a jakieś automaty.

Przeciwnie, przechodząc wśród ziem zamieszkałych przez Sławian, jeszcze z daleka poznawałem ich, i nie po czymś innym, a jedynie po dźwięcznym, roznoszącym się daleko po górach i dolinach echu ich pieśni.

Nie wiedząc, jak mam rozwiązać tę zagadkę, jak postąpić w odniesieniu do Sławian z moim ówczesnym zdaniem, później doszedłem do takich wniosków, że bezpodstawne były wnioski o wyjątkowych cywilizacyjnych talentach Greków, że nie tylko byli oni jedynymi nauczycielami i oświecicielami ludzkości, a w szczególności, ludów południowej Europy, ale że i Sławianie mieli od niepamiętnych czasów swoją własną starożytną kulturę.

Ale żadne założenie nie jest wystarczające, nie ważne, jeśli nie można go jednoznacznie poprzeć dowodami, dlatego zacząłem myśleć o tym, jak by to moje założenie można było jednoznacznie udowodnić, potwierdzić i wyjaśnić. W piśmiennych zabytkach, przy badaniu których takie dowody można dojrzeć, nie ma nadziei niczego znaleźć. Najpierw trzeba wiedzieć, że cała sławiańska kultura pogańskich czasów, jak i wszystko inne, miłe i drogie nam z odległej starożytności naszych dziadków, została później niemiłosiernym i okrutnym sposobem zniszczona przez bezsumiennych chrzcicieli. Można z całym prawdopodobieństwem i spójnością założyć, że jeśli kiedykolwiek coś było, to jednoznacznie można potwierdzić podobieństwo z tych wspomnień, jeśli byłaby możliwość przedstawienia jakichkolwiek faktów. Z jednej strony, oznacza to, że założenie to uważa się za słuszne; z drugiej strony, nigdzie nie znaleziono śladu pisemnych zabytków, które mogłyby cokolwiek potwierdzić. Długo dręczyły mnie wszelkie nieprzyjemne wątpliwości, póki w końcu uświadomiłem sobie, że mądre było życie starożytnych przodków Sławian, którzy pozostawili po sobie najwspanialsze i najważniejsze ślady i pomniki w podaniach prostego ludu, ludowych pieśniach, eposach i przypowieściach, w których został wyrażony ich nienaruszony charakter, sposób widzenia i myślenia najwierniejszym obrazem; i taka jasna myśl zrodziła się w mojej głowie: to, czego tak starannie szukamy, spróbujemy odnaleźć w ludowych podaniach we wszystkich sławiańskich ziemiach. Dlatego postanowimy zatrzymać się na tym ostatnim zamyśle i poświęcić się bardzo gorliwie poszukiwaniu starożytnych ludowych pieśni i podań, a także opowieści prostego ludu; nie byliśmy bogami, ale wola dała heroizm, aby odkryć jakiekolwiek pomniki naszych starożytnych minionych czasów, zachować ustne podania naszego prostego dobrodusznego ludu.

Przystąpiwszy do zbierania pieśni i opowieści macedońskich Sławian, od początku miesiąca marca 1856 roku w ciągu czterech lat zdołałem zebrać około tysiąca pieśni i opowieści; przysyłano mi także propozycje wyjaśniającego charakteru, ale niestety, po nim jeszcze nijak nie można było rozjaśnić i wyjaśnić niczego takiego, czego było mi potrzeba, co mogłoby rozwiać moje wątpliwości i założenia, pozwalające potwierdzić się na końcu — to były w większej części kobiece miłosne liryczne pieśni, z ktorych niektóre wydałem i wydrukowałem w Belgradzie w 1860 roku.

Wtedy zwróciłem się z prośbą do niektórych przyjaciół z tamtej części Salonik, aby w ludzie zapytać o pieśni historycznego charakteru, o królach macedońskich Filipie i Aleksandrze, a także i o starodawnych trackich znamienitościach, na przykład o trackim śpiewaku Orfeuszu i innych osobistościach z tych starożytnych obszarów, w szczególności, jeśli znajdą coś podobnego, aby tego nie pominęli i mi to przysłali.

Wszyscy uprzejmie odpowiedzieli na moją prośbę. Ale wśród nich byli i tacy, którzy bardzo zdziwili się i słodko śmiali się z tego mojego, ich zdaniem, bardzo dziwnego przedsięwzięcia i zamiaru, mówiąc mi, że nie mogli się nadziwić, „jak mogła mi przyjść do głowy taka myśl, czemu trzeba dowiedzieć się o Sławianach na Bałkańskim półwyspie, kiedy wiadomo, że ich najmniejszego śladu nie było do czasów króla Herakliusza; w takich okolicznościach, jakże można szukać istniejących pieśni i podań o takich osobowościach ze starożytności, które nie tylko nie byli Sławianami, ale ponadto, żyli wiele wieków wcześniej na świecie przed pojawieniem się Sławian we wspomnianej krainie!” Ale to nie mogło w najmniejszym stopniu zachwiać moim zamiarem i nadzieją, że taką drogą można dojść do ważnych odkryć i udowodnić prawdę o zniszczonych i nieznanych przedhistorycznych świadectwach tych sławiańskich ludów.

Od czasu do czasu, dzięki tym samym przedsięwzięciom, otrzymywałem nowe pieśni i eposy, ale wszystkie one były podobne do zebranych przeze mnie wcześniej. Zgromadziłem mnóstwo pieśni i eposów, ale w nich nie było ani śladu wspomnień o przedhistorycznej i pogańskiej przeszłości Sławian.

Dlaczego to po tak długim czasie moja wytrwałość i odwaga nie zostały nagrodzone możliwością odkrycia czegokolwiek, aby było dzieło, nieznane do tej pory, znaczące i wielkiego archeologicznego znaczenia. Po tym mój duch zaczął słabnąć i ochładzać się; sama nadzieja kończyła się i zaczęła mnie opuszczać; już zaczynałem myśleć, że nadszedł czas, aby odejść od tego ważnego dla mnie, związanego z wydatkami próżnego wysiłku i trudu.

W tym samym czasie, gdy zmagałem się z takimi myślami, pojawił się przede mną niespodziewanie nowy znajomy w okolicach słynnej góry Pierin. Chciałem jeszcze z tym nowym przyjacielem spróbować szczęścia, ale jeśli jeszcze i od niego nie będzie niczego, wtedy będę strofował się niemiłosiernie, bo nie mogłem tego znieść, przecież spodziewałem się otrzymać coś bardzo ważnego i bardzo starożytnego dla wyjaśnienia tych starożytnych nieznanych czasów i miejsc, znaczy, trzeba przy zdrowych zmysłach odejść od daremnej, bezsensownej pracy i wysiłku.

Nowy przyjaciel z ogromną sympatią przyjął moją znajomość i nawet uporczywie obiecał, że musi dla mnie znaleźć pieśni i eposy w całym odrębnym, oddalonym świecie, zamkniętym w niedostępnych górskich miejscach, gdzie nasz lud przez tysiąclecia zachował gotowe niezmienione swoje zwyczaje i tradycje. Przyjaciel ostrożnie wyraził opinię, że mało prawdopodobne jest znalezienie pieśni o Aleksandrze i Orfeuszu, ale zauważył, jak i wcześniejsi przyjaciele, że nie wierzy, aby nie było pieśni i podań w jego okolicach. To był miesiąc marzec 1865 roku, w którym ja sam 19 lat wcześniej zapisałem pierwszą pieśń z opowieści ówczesnej słynnej śpiewaczki Dafiny.

Nawet nie minął jeden miesiąc od tej ostatniej znajomości, a przysłano mi od niego jeden niewielki zbiór pieśni, wśród których, z Bożej woli, była i jedna taka, która zapowiadała potwierdzenie moich śmiałych nadziei i założeń, ale które były całkowicie sprzeczne z tym, co do obecnych czasów powszechnie uważano jako fundamentalne i niepodważalne spojrzenie na starożytności Sławian na tych ziemiach. To była krótka piosenka o Aleksandrze Wielkim.

Nie ma słów aby wyrazić to przyjemne uczucie, które poczułem w sobie, ujrzawszy możliwość usprawiedliwienia się, bo byłem w większości osamotniony i budowałem zamki na piasku, podobne do prawdy; znaczy, i nasi rodopscy Sławianie zachowali żywą tradycję nawet o czasach Aleksandra Wielkiego.

I tak, błogosławiłem żarliwie Bożą Opatrzność, która wybrała mnie, nieznanego i niegodnego człowieka, do takiej łaski i raczyła wydobyć z mroków zapomnienia tajemnicę doniosłego znaczenia dla historycznej nauki. Myślałem, że jeszcze gorliwiej i chętniej zacznę zgłębiać podobne dzieła, przeczuwałem, że niepowodzenie opuści mnie w związku z tym sukcesem, abym wtedy odkrył jeszcze więcej podobnych rzeczy w tym regionie. W kolejnym szybkim liście do przyjaciela była prośba, aby biorąc pod uwagę razem z Aleksandrem i innymi królami macedońskimi, nie zapomniał także zapytać o listy o Orfeuszu. Do końca tego roku udało mi się zdobyć jeszcze jedną pieśń o Aleksandrze, która bardzo nieznacznie różniła się od pierwszej, i to układem słów, a nie treścią. Teraz jest ona w mojej kolekcji pod numerem 46 w tym samym zbiorze. W następnym już roku, w sierpniu potwierdziło się w końcu, że odnośnie Orfeusza moje przypuszczenie było uzasadnione. Wtedy otrzymałem dwie pieśni (nr 15 i nr 32), a po nich w następnym roku, w miesiącu styczniu, doszła jedna o przesiedleniu ludów (nr 2). Także przede mną otworzyła się ważna możliwość zaprezentować otrzymane pieśni na moskiewskiej etnograficznej wystawie. Wtedy tę drugą pieśń o Orfeuszu pod numerem 15 przedstawiłem pod ocenę i rozpatrzenie na otwarciu wspomnianej wystawy, o której mnie uprzejmie poinformowano. Potem, dzięki staraniom przewodniczącego wystawy pana W. A. Daszkowa, została ona opublikowana z dokonaniem rosyjskiego tłumaczenia.

Po wystawie szczęście zaczęło się bardziej do mnie uśmiechać, bo do końca tego roku udało mi się otrzymać 56 pieśni podobnej treści, które zawierały 17 000 wersów. Ponieważ te wszystkie pieśni były w jednej księdze, dlatego, aby oddać je do zredagowania i przepisać na czysto, wysłałem ją do Belgradu mojemu staremu przyjacielowi doktorowi J. Szafarikowi, z prośbą, aby się tym zajął i pomógł w tym, aby te pomniki mogły szybciej zwrócić na siebie uwagę w naukowym świecie poprzez ich publikację. Jak moja życzliwa, troskliwa i pełna szacunku prośba, tak i te pomniki, które przetrwały swoje czasu, zasługują na uwagę i szacunek. Więc, za jego zgodą, wysłałem mu jedną część tych starożytnych pomników naszego narodu, w których po całym białym świecie opowiada się o dobrych i złych wydarzeniach naszej dawno zapomnianej przeszłości.

Pierwsza część tych wspomnień pochodzi z prehistorycznych czasów, przedstawia nam jedną, do obecnych czasów nieznaną, zapomnianą światową kulturę, śladów której nie ma w starożytnych kronikach i historycznej literaturze, które wszystkie były zniszczone w Ciemnych wiekach.

Z treści tych tradycji można było założyć, że odnoszą się one do pierwotnego rozwoju rodu ludzkiego. Tu zauważamy to, że w większości niezapomnianych miejsc, gdzie była starożytna sławiańska cywilizacja, otaczały ją takie ludy, które jeszcze nie znały nietypowych sposobów egzystencji, jak to widać na przykładach używanie pługa i pszenicy, potem stad z mlekiem i serem, ale które żywiły się pasieniem na trawie, dosłownie jak zwierzęta! Przede wszystkim w tych pieśniach wspomina się o przesiedleniu osiadłego ludu ze „Skrajnej Ziemi nad biały Dunaj”, i prawdopodobnie, gdzieś przed tą nową krainą był on innym ludem, od którego wszystkie te wspomnienia przez tak długie czasy do współczesności mogły zachować się za pośrednictwem ustnego przekazu z ojca na syna. A pod nazwą Skrajnej Ziemi, jak sądzę, rozumie się jakiś kraj we wschodniej Azji, lub indyjskiego półwyspu, zatem i biały Dunaj mógł być taki, jak nasz Dunaj, ale i jakąś inną dużą rzeką azjatycką, może Indusem lub Gangesem, jeśli nie Oksusem lub Jaksarteksem.

Mitologia tych wspomnień ma takie cudowne pokrewieństwo z tymi samymi hymnami „Rigwedy”, i wydaje mi się, że nie była ona najmłodszą siostrą Wedy, powstała z tego samego źródła i przyczyny, ale że szybciej od wszystkiego nasza mitologia jakby była w swojej prostocie i starości matką tej, która potem przy niezależnym rozwoju w swoim pierwszym podziale poszła jedna jednym, a druga drugim kierunkiem.

Ponieważ jest ona także sanskrycka, ale ma coś, czego w tej wschodniej nie ma, a przyczyna była taka, że wydarzyła się w sprzyjających czasach, z wieloma innowacjami, w naszym zaś przypadku spotykamy nieskrępowaną, nieprzerwaną stałość swojego pierwszego prostego pojawienia się, które pozostało takim samym, jakim było bezpośrednio po opuszczeniu przez lud swojej pierwotnej ziemi, ale co najważniejsze, przy tym pokrewieństwo zachowało się między kierunkami — to Bóg Wisznu i Ognie, jak i obrzęd składania w ofierze czarnej pójki, o którym wspomina się w wielu pieśniach.

W tych wspomnieniach główną rolę odgrywa judinskie imię, które miało całkowicie zniknąć z ludowego podania u południowych Sławian, tak jak bardzo rzadko spotyka się je w znanych księgach ludowego folkloru. Śpiewaczka Dafina, od której sam pierwszy raz usłyszałem to imię, rozumiała pod imieniem „Juda” istotę o nadprzyrodzonych zdolnościach i skłonnościach, bardziej podobną do nieczystych duchów, które są najbardziej złe i okrutne, co i one czynią ludziom, będąc przeciwnikami wszystkiego, co dobre. Jednak, z drugiej strony, mają one bardzo wysokie ucieleśnienie wiedzy o świecie, i być może to przypadek, że nazywano ich odstępcami od sprawiedliwego świata; z tego powodu wzbudzali w ludziach przerażenie i odrazę przy ich wspominaniu, a zazwyczaj Judy miały skrajną psotę i figlarność. Niektórzy uczeni przy nadarzającej się okazji, kiedy sami mają pewne doświadczenie z takimi pieśniami, to dla dobra reputacji swojej nauki oświadczają, że tego imienia nigdy nie było na Ziemi u żadnego ludu, że jest to współczesne baśniowe zmyślenie, i takie samo zdanie mają o moich wnioskach o tych pomnikach. Dlatego, uważam, że imię Juda nie może oznaczać niczego innego, oprócz manifestacji natury (uosobienie żywiołów — pierwotne zło, Złoboga, lub Czarnoboga). Tymczasem, moim zdaniem, nijak nie mogę uwierzyć, że to jest baśniowe zmyślenie; więc załóżmy, że w jakiejś bardzo odległej przeszłości rzeczywiście musiał istnieć jakiś lud pod tym imieniem, który miał wtedy, prawdopodobnie, zupełnie inne znaczenie moralne, biorąc pod uwagę to, jakie mu teraz się przypisuje. Jak mi się wydaje, za nim mogą stać ukryte wydarzenia wielkiego znaczenia dla całej ludzkości, które mogą niespodziewanie pojawić się pod swoją dawną wspaniałością, aby pokazać światu, że prawdy nigdy nie można całkowicie rozdeptać i zapomnieć; no cóż, jeśli by tak było, prawda Boża wyszłaby na świat, i ja na to co najmniej mam nadzieję! Możliwe, że ludzkość kiedyś nie znała tego pogardliwego imienia, ale miała inne na początku swojego rozwoju, ale które jako podstawa wyniosła z czasem wszystko, co ma człowiek pięknego i pożytecznego w kulturowym przeglądzie.

Podobnie rozumiemy i treść tych pieśni, dlatego że nijak nie mogę przekonać się, że wszystko to jest wymysłem; ale niewątpliwie, że ich istota opiera się na historycznej prawdzie, i będę o to walczył. Być może, w nich zawiera się więcej realizmu, niż we wszystkich podobnych światowych dziełach europejskiej lub azjatyckiej przeszłości. Szczególnie wyróżnia się mityczne stworzenie Sura Łamija z trzema głowami i siedmioma ogonami, które zbliża się przez alegorię bardziej do baśni. Skomponowana także jakby do baśni i wielokrotnie wspomina się, że Juda miała skrzydła — ale być może, istniał wspomniany lud, który w ciągu długiego czasu doszedł od takiego poziomu edukacji i umiejętności, że obok innych wynalazków potrafił także robić i skrzydła, za pomocą których można latać; taka sztuka później podczas światowych wstrząsów całkowicie zanikła, a sam proces nauki latania w jakimś bardzo odległym wspomnieniu o tym zachował się w ludowych podaniach o Ikarze i jego ojcu Dedalu, którzy potem zostali wyrzuceni z rzeczywistości w inne znaczenie ze wszystkimi mitami.

Oczywiście, teraz moje założenie, na poparcie którego nie mogę znaleźć wielu dowodów w tych zabytkach, jeszcze nie jest udowodnione, ale poczekam jeszcze, aż postęp odkryć stanie się większy od naszego i ważniejszy, gdyż sam jestem mocno przekonany, że teraz zdobyłem tylko jedną kartkę ogromnej żywej ludzkiej księgi, która z woli Bożej pozostała cała, przetrwawszy i przepuściwszy przez wiele wydarzeń i światowych burz, abyśmy mogli skosztować szczęśliwego pokarmu z tamtych czasów; teraz czekam na uczciwą i patriotyczną osobę, która z dzisiejszego niewiarygodnego miejsca wszystko nieodkryte i niepoznane zbierze i dla wiarygodności umieści to w bezpiecznym miejscu. To zaś, co znaleziono teraz, jest w tej księdze pamięci, i stało się jasne, że kiedy kolejna kartka otworzy się, to otrzymamy jeszcze jeden pomnik ze wspomnianej żywej księgi.

W tej księdze pamięci każda nowina jest niezwykła i mająca wielkie znaczenie, co nie podlega ani najmniejszej wątpliwości, ponieważ mogę zbadać i zgodzić się z tym, co w nich znalazłem: ale nie ja, a sławiańska i obca uczona publiczność jest kompetentna ocenić ich znaczenie, dlatego przedstawiam je bezstronnej ocenie i osądowi.

Ale jeśli ktokolwiek mógłby mnie źle zrozumieć, to jest konieczność, abym tutaj przedstawił jeszcze jakieś wyjaśnienia o motywach, które były główną przyczyną, dlaczego u mnie w głowie zrodziła się podobna myśl.

Niektórzy uczeni, z którymi wszystko ostrożnie omówiłem w temacie tych zabytków i znaczenia, jakie mogły by mieć one w nauce, nie chcieli słyszeć czegokolwiek o mojej opinii i pomimo swojej odmowy oświadczyli: „…przecież wszystko, co do tego czasu świat ma przepięknego i pożytecznego w kulturowym odniesieniu, ma swój pierwszy fundament w Homerze i pochodzi od Greków”. Wszyscy to wiedzą i do obecnych czasów wierzą i piszą tak w odniesieniu do początku światowej cywilizacji, ale postrzegają to za jakiś niepodważalny dogmat, o którym nawet nie śmią prowadzić żadnych badań i dyskusji, i jeszcze żądają ślepej wiary w tę doktrynę. Myślę, że każdy miłośnik prawdy przyznałby, że podobne żądanie jest niewłaściwe i niesprawiedliwe.

Nie ma wątpliwości, że Homerowi przynależą najwspanialsze i najważniejsze dzieła intelektualne ludzkości, ale z tego nie wynika, że nie można popatrzeć dalej za niego w mrok czasu i odkryć, jak wszystko było jeszcze przed nim. My, znaczy, nie zamierzamy zaciemniać i poddawać w wątpliwość ważności i znaczenia, jakie miały dla ludzkości przepiękne i niezrównane intelektualne dzieła Homera, ale chciałbym przypomnieć jego starożytne prawdziwe pochodzenie — wyjaśnić dane i wyeliminować anomalie w myśleniu w odniesieniu do sławiaństwa; gdyż istnieje, jasno poznałem, wielkie pokrewieństwo i wielkie podobieństwo między starohelleńskim i sławiańskim językiem, jako gałęziami jednego indoeuropejskiego drzewa, ale dlaczegoś to rzeczywiście bliskie pokrewieństwo nie jest uznawane i jest postrzegane we krwi ich władców jako wyobcowanie i sprzeczność między Grekami a Sławianami, jak relacje między ogniem i wodą!

Niektórzy uczeni uważają, że greckie i sławiańskie plemiona pierwotnie były całkowicie jednakowe i mieszkały na tych samych miejscach, gdzie powstały i rozrodziły się. Między jednym z czterech starych helleńskich dialektów, doryckim, i sławiańskim językiem w starożytnych czasach nie było wielkich różnic, jak między dialektami jednego i tego samego języka, ale w innym okresie czasu one nieznacznie oddzieliły się jeden od drugiego, zatem stopniowo całkowicie oddaliły się od siebie i rozeszły się w różnych kierunkach, ale ślady ich dawnego pokrewieństwa zachowały się tylko w wymienionych językach.

Mam inne zdanie: uważam, że kultura, w której są ślady i wspomnienia, znajdujące się w zebranych pieśniach, była charakterystyczna tylko dla Sławian; przynieśli oni ją ze sobą jeszcze ze swoich starych osad w dalekim azjatyckim Wschodzie, pielęgnowali ją i wiernie zachowali dla siebie, a na pewno tutaj w Europie od swoich sąsiadów niczego nie przejęli. Znaczy, jeśli między nimi na podstawie wspomnianego podobnego języka można założyć jakieś pokrewieństwo krwi, to ono nie było bezpośrednim, a prawdopodobnie mieszanym — to znaczy dwa całkiem różnego pochodzenia plemiona, początkowo wyrosłe daleko od siebie, z biegiem czasu zmieszały się w jedno. To zmieszanie mogło nastąpić w czasie podczas prymitywnego przesiedlenia rodu ludzkiego.

Dogodnym momentem dla wspomnianych światowych wędrowców było, gdy oddzielne plemiona Sławian natknęły się na Greków lub odwrotnie, to oni przyszli do Sławian; oni dobrowolnie za wzajemną zgodą i porozumieniem, lub siłą podporządkowali sobie jedni drugich, a potem pozostali razem na zawsze. Dlatego można założyć, że między nimi mogła być wzajemna małżeńska więź i niewątpliwie w wielkiej liczbie, w tym czasie, rozumie się samo przez się, bardzo spowinowacili się, ale, jak wspomniałem wcześniej, to pokrewieństwo było tylko pośrednie. To, że język Sławian pierwotnie miał czasami przewagę nad greckim, jak to widzimy na przykładzie doryckiego dialektu, prawdopodobnie, należy przypisać wpływowi kobiety-matki — ona stopniowo, miłością i wychowaniem dzieci, całkowicie zaabsorbowała sławiańską krew w żyłach Greków z semickiej surowości!

Teraz opowiem krótko o pochodzeniu tych pieśni, które moi przyjaciele, kolekcjonerzy i przepisywacze, zdołali mi przesłać; początkowo nie uważali oni za ważne miejsce znalezienia i imię śpiewaka przy zapisywaniu każdej pieśni, dopiero później spełnili tę prośbę dopiero na moje przypomnienie.

Historia ich odkryć zaczyna się już od Orfeusza. To odkrycie ułatwiła znajomość z nauczycielem ze wsi Jelesznica, Bożyczem Atanasowem.

Pieśń zawierała 39 wersów pod numerem 32, która została przepisana od niejakiego Kosty Stojanowa; ten że Kosta jeszcze recytował pieśni pod numerami 8, 10, 37 i 56. Wieś Jelesznica w Wałowisztowskim okręgu jest oddalona od Wałowiszta o dwie godziny pieszej drogi na północny wschód i znajduje się u podnóża góry Szerlii. Od tego samego nauczyciela także dowiedzieliśmy się o słynnym starcu Wiełu Głanczewie ze wsi Radowa, który recytował Orfeuszową pieśń, opublikowaną później w Moskwie. Jeszcze kolejne dwie pieśni pod numerami 28 i 29 przepisał od niego jeden nauczyciel, świętego prekursora i ojciec I. Jekonomow. Ten że sam starzec zmarł wkrótce, gdyż miał już około 70—80 lat, a nie 105, jak to błędnie było podane w przypadku relacji o jego wspomnianych pieśniach w Moskwie — tylko jego ojciec był stary, od którego nauczył się słów pieśni, ten zaś sam przejął je w swoich młodych latach od pewnego śpiewaka-ślepca z Kosturskiego okręgu.

Pewien dziadek Angieł ze wsi Jernekioj z Demir-Chisarskiego okręgu (Wałowisztskiego), która leży niedaleko brzegów rzeki Strumy, opowiedział jeszcze inną, drugą, pieśń o przesiedleniu, a jeden Cygan Janie z tej samej wsi, opowiedział pieśni z numerami 20, 21 i 38. Pomak Dimir Szapka z Górnego Dranowa — pieśni z numerami 7, 22, 23 i 24. Pomak Alija Wyłkodieriec ze wsi Pletiena — pieśni z numerami 11 i 50. Salija Purnariow ze wsi Kocziena — pieśni z numerami 35 i 36. Jumer Asancziew ze wsi Dospata Pazardżikskiego okręgu opowiedział pieśni z numerami 9, 14, 40 i 41. Pomak Alija ze wsi Kocziena — pieśń numer 19. Pomak Asan — pieśni numer 4, 12, 13 i 49. Pomak Alił ze wsi Dżidżiuwo — numer 6. Isiin Łowżie z Dolnego Drianowa — pieśni numer 18 i 47. Pewien stary Pomak ze wsi Kruszewa — pieśni numer 27 i 30. Kola Katarżinow, Marwak ze wsi Kruszewa, opowiedział pieśń numer 44. Pewien Marwak Iowan ze wsi Bieluwa przy górze Pierin — pieśni numer 39 i 55. Pewien Wołoch — pasterz, który latem pasie stado na górze Szerlii, — opowiedział jedną pieśń o przesiedleniu ludów pod numerem 3, której nauczył go w młodości pewien Bułgar. Marwak Iowan Niemcow ze wsi Germana Wałowisztskiego regionu przepisał jedną pieśń o Aleksandrze pod numerem 51 od pewnego Stojana z pomackiej wsi Skriebatnogo. Pod numerem 43 pieśń od pewnego ślepca z Razłoszskiego okręgu. Pod numerem 48 pieśń opowiedział pewien Kosta ze wsi Klepuszna w Zichmanskiego okręgu.

Pieśń 53 — pewien Marwak ze wsi Muklena, która leży na grzbiecie góry Menikion ze wschodniej strony. Ten że słynny starzec znał około 100 pieśni, ale nie mógł ich przepisać, dlatego że wkrótce potem napadli na niego nocą podczas snu jacyś bandyci, którzy poćwiartowali go razem z jego synem. 25-a pieśń nabyta od pewnego Marwaka ze wsi Banica Sieriezkiego okręgu. 26-a pieśń nabyta od pewnej Marwaczki Rumienki, żony Stojana Marinowa ze wsi Kruszewa Wałowisztskiego okręgu, przepisana przez ich syna Todora, ówczesnego nauczyciela w tej samej wsi. O pozostałych pieśniach nie ma żadnych zapisów.

I tak, wszystkie te pieśni pochodzą od pomackich i marwaskich plemion. Pierwsze znajdują się w Tracji w Rodopskich górach, a drugie w północnej części Macedonii, gdzie pierwsze rozwidlenie ma rzeka Miasta (od starej nazwy Nestus lub Mestus). odgrywają znaczącą rolę w języku Marwaków i Mestusów. Różnią się one znacząco nie tylko obyczajami, ale i dialektem. Spotykane litery „я” i ѣ” odgrywają wielką rolę w marwaskim dialekcie: дятя, дяд, дрян, вѣлика, вѣли itd., zamiast: дете, дед, дрен, велика, вели — w poznańskim języku nie ma po tym śladu, ale dźwięk zawsze słyszy się. Oprócz tej różnicy istnieje także znaczenie w mowie, które wymawia się z zamkniętym â, a pisze się jak zwykłe ѫ, na przykład: фѫрка, пѫрва, рѫка, дѫржи itd. lub фâрка, пâрва, рâка, дâржи, — i Pomaków słyszy się wymowę z odblokowaniem lub zamknięciem ô: фôрка, пôрва, рôка, дôржи. Ѫ, znaczy, w dialekcie marwackim nie znaczy „я”, jak niektórzy błędnie sądzili, a z zamknięciem „â”. Prawdopodobnie, takie miało znaczenie i w cyrylickim piśmie tysiąc lat wcześniej. Tak jest różnica między mową Marwaków: ка lub ща — шта, — które wymawia się u Pomaków: ша. Takie krótkie różnice wspomnianych dwóch języków ważniejszych plemion i dialektów bułgarskich.

Po wszystkim uważam za swój obowiązek wyrazić tu moją wdzięczność panu doktorowi Ja. Szafarikowi za wsparcie i zaangażowanie, który ciągle zwracał uwagę na moją ciężką pracę, a szczególnie na tę świątynię i także za jego trud.

St. I. Werkowicz, Serbo-Chorwat,

m. Sieriez, Macedonia, 5—21 marca 1874 r.

I. Przesiedlenie ludu ze Skrajnej Ziemi nad Dunaj

Kamiano, ej Ty, Kamiano!

Czy Ty słyszałaś, Kamiano, czy nie?

Wczoraj przyszła wieść z nizinnej ziemi,

Z nizinnej ziemi pomorskiej,

Błękitny gołąbek przyniósł Białą Księgę,

Białą Księgę czarnego pisma,

Skrzydłami gołąbek trzepocze

Podaje mi Białą Księgę,

Według Białej Księgi ona śpiewa:

„Oj Ty, królu, Dunajski królu!

Jutro rano bądź gotów, przygotuj się,

Poczekaj na młodego Czitajskiego króla.

On swoje wojsko w drogę wyprawił,

Za wszystkie ziemie, król, będzie walczył,

Ziemię swoją chce poszerzyć.

Jego ziemia jest bardzo urodzajna,

Ale jego wioski są gęsto rozmieszczone

Niewiele miejsca, a wioska duża!

Oracze nie mają ziemi, aby orać.

Nie ma pastwiska, aby paść woły.

Twoją modlitwę, królu, Wisznu Bóg wysłucha,

Aby twoją ziemię Czitajski król minął,

Aby zaorał Twoją zapuszczoną ziemię,

Aby oswoił Twoich dzikich ludzi!

Bardzo dobrze go przywitasz,

Nie wolno żadnego zła mu uczynić.”

Z tej Księgi Kamiana śpiewa

Rozmyśla, co robić,

Co robić i co przedsięwziąć:

„Czy bardzo dobrze go powitać,

Czy trzeba zebrać silne wojsko,

Aby nie zdobył mojej cudownej ziemi.”

„Większe, królu, zbierzesz wojsko,

Niezbyt dobrze go powitasz,

Wtedy Ty wszystkie ziemie zdobędziesz.”

Jeszcze mowy Kamiana nie skończyła,

A wieść już do króla doszła,

Że skierował się Czitajski król

Przez tę ziemię Charapską

I przez to wielkie morze.

Tylko tyle co je minął,

Wszystkie ziemie wziął w niewolę,

Aby czarna młodzież pracowała.

Robotnicy czarne ręce załamują,

Czarne ręce załamują, łzy ronią,

Że swoją ziemię zostawiają,

Z matką swoją rozłączają.

A kto został ich królem, mówi im:

„Czemu wy, dziewczęta, moje robotnice, płaczecie,

Nie wolno rąk załamywać!

Ja was zawiozę do ziemi urodzajnej,

Jednak tam ludzie nie umieją pracować;

Wy ich tam tego nauczycie,

Jak należy na ziemi pracować,

Tam będziecie ich gospodarzami,

A kiedy umrzecie, będziecie im jak Bogowie,

Dlatego że Wy nauczyliście ich żyć,

Jak na pustej ziemi pracować,

Większy urodzaj osiągać.”

Robotnicy jak to usłyszeli, łzy ocierali

Królowi nisko pokłonili się,

Nisko pokłonili się i pochwałą wysławili,

Dlatego że on chciał przyuczyć dzikich ludzi,

Jak na swojej ziemi pracować.

Tylko jak stąd wyjechać, królu,

Wszyscy chcemy na dzikich popatrzeć;

Dojdziemy tylko do białego Dunaju.

Król ich mówi, przemawia:

„Nie mogą oni przejść białego Dunaju,

Dunaj bardzo mocno roztajał,

I jak przejść biały Dunaj,

Ja zebrałem swoje mocne wojsko,

Aby nie dać im dojść na moją ziemię”.

Czitajski król stanął nad białym Dunajem

Rozmyślał, co robić,

Co robić, jak przejść Dunaj,

Aby wejść na urodzajną ziemię,

Wydaje on wojsku taki rozkaz:

„Wszyscy muszą upaść na kolana

Do Kuliedy Boga z błaganiem modlić się,

Aby przysłał wiejącą wiatrem Samuwiłę,

Ona musi dmuchnąć silny wiatr,

Aż zamarznie biały Dunaj,

Aby po nim jak po suchym lądzie przejść”.

Wszyscy padli kolanami na ziemię,

Do Kuliedy Boga z błaganiem modlili się,

Aby przysłał wiejącą wiatrem Samuwiłę,

Aby ona dmuchnęła silny wiatr,

Aż zamarznie biały Dunaj,

Aby po nim jak po suchym lądzie przejść.

Wtedy ich modlitwę Kulieda Bóg wysłuchał

I posłał do nich wiejącą wiatrem Samuwiłę,

Ona dmuchnęła silny wiatr,

Aż zamarzł biały Dunaj,

I wojsko przeszło po nim jak po suchym lądzie.

Z nimi przeszła i wiejąca wiatrem Samuwiła.

I w wojsku bardzo im pomogła,

Aby pokonać Dunajskiego króla.

Bóg ukarał dziewczynę Kamianę,

Która przepowiedziała Dunajskiemu królowi,

Aby zebrał swoje potężne wojsko

I wystąpił do boju z Czitajskim królem.

Posłuchał on dziewczyny Kamiany,

Która była u niego żerczynią

I niezdecydowanego wodza uwiodła.

Wtedy zebrał on swoje potężne wojsko.

I przyszedł na brzeg białego Dunaju,

Na brzeg białego Dunaju, na szerokie pole,

Aby prowadzić bój z Czitajskim królem,

Nie mogą pozwolić, aby zabrał on ich ziemię.

Wtedy dmuchnęła wiejąca wiatrem Samuwiła

Jednak ciepłym, ale i zimnym wiatrem.

Gdzie było Czitajskie wojsko, ciepłem dmuchała,

A na Dunajskie wojsko zimnym wiała,

Aż wszystko wojsko zamarzło,

Tak, że stało jak odrętwiałe!

I stracił ziemię Dunajski król.

Taka była dziewczyna Kamiana,

Jak usłyszała, że Czitajcy zajęli ziemię

I tę ziemię zasiedliła ich młodzież,

Zasiedlili swoje wioski, oświecili dzikusów,

I nauczyli ich, jak na ziemi pracować,

Z żalu rzuciła się do białego Dunaju

I utopiła, młoda i zielona.

Czitajski król nie bardzo przejmował się,

Że ona była królewską żerczynią.

Taka jest historia Czitajskiego króla!

Od tego czasu ustanowiono,

Aby tę pieśń śpiewać.

Od Boga zdrowie, a ode mnie pieśń.

II. Jeszcze o przesiedleniu, ale inaczej

Wojsko wyruszyło w drogę,

Z Czitajska do bardzo dalekiej ziemi.

Z wojskiem wystąpił i Czitajski król

I walczył ze wszystkimi królami,

Aby rozszerzyć swoje ziemie.

Ma urodzajną ziemię

Wioski zaś są bardzo blisko siebie,

Dla oraczy nie ma ziemi, aby orać,

Nie ma gdzie paść swoich wołów.

Przeszedł przez krainę Charapską,

Przez to wielkie morze,

Tylko gdzie jego wojsko przejdzie,

Cała ziemia zbiera się,

Dziewczyny robotnice zabierają się.

Robotnicy załamują ręce,

Załamują ręce, ronią łzy,

Że zostawiają swoją ziemię,

Od matki zostają oderwane.

Król mówi im, odpowiada:

„Dlaczego Wy, dziewczyny, robotnice, płaczecie!

Ja Was zaprowadzę do ziemi urodzajnej,

Gdzie ludzie nie wiedzą, jak należy pracować,

Wy ich tam tego nauczycie,

Jak pracuje się na ziemi,

Tam staniecie się ich panami,

Kiedy umrzecie, jak Boginie dla nich będziecie,

Dlatego, że Wy ich nauczyliście,

Jak należy pracować na ziemi,

Aby urodziły się większe plony”.

Robotnicy otarli swoje łzy,

Królowi oni nisko pokłonili się,

Nisko mu pokłonili się

I z chwałą go wysławili,

Że chce on ludzi nauczyć,

Jak na ziemi pracuje się.

Tylko gdzie wojsko przechodziło,

Wszyscy oni ze zdziwieniem patrzyli

I dotarli do brzegu wielkiego Dunaju,

Lód na Dunaju topniał,

Nie mogą po nim nijak przejść

I zastanawiają się, co robić,

Co robić, jak przejść Dunaj?

Aby iść do urodzajnej ziemi.

Król im mówi, daje rozkaz:

„Wszystkim trzeba paść na ziemię

I do Koliedy Boga z prośbą pomodlić się,

Aby przysłał potężną Samuwiłę,

Aby powiała zimnym wiatrem,

W Wielki Dunaj, aby zamarzł

I po nim można było przejść”.

Wszyscy popadli na ziemię

I do Kuliedy Boga z prośbą modlili się,

Aby przysłał potężną Samuwiłę,

Dmuchnąć zimnym wiatrem,

Aby zamarzł wielki Dunaj

I po nim można było przejść.

Wtedy ich modlitwy Kulieda Bóg wysłuchał

I wysłał do nich potężną Samuwiłę.

Ona dmuchnęła zimnym wiatrem

I całkowicie zamroziła Dunaj,

I całe wojsko po nim przeszło,

Z nimi przeszła i potężna Samuwiła,

Aby ich wojsku jeszcze pomagać

I pokonać Dunajskiego króla.

Dunajski król, jak ujrzał tyle wojska,

Nie chciał im pokłonić się,

A zebrał swoje potężne wojsko

I podszedł do brzegów Dunaju,

Na brzeg Dunaju, na równe pole,

Aby walczyć z Czitajskim królem,

Aby nie oddać mu ziemi.

Jak tylko wojska starły się,

Potężna Samuwiła zaczął wiać

Cichy wiatr, ciepły i zimny:

Na Czitajskie wojsko wieje ciepłym,

A na Dunajskie wojsko bardzo zimnym,

Aż ich wojsko zamarzło,

Oni stali jak odrętwiali!

I ich króla zniszczyła!

Ich ziemię Czitajcy zajęli,

Tam wsie wszędzie budowali,

Wszystkich ludzi oni zebrali

I nauczyli ich na ziemi pracować.

Od wtedy zaczęto orać i uprawiać ziemię,

I tę pieśń aby śpiewać.

III. Jeszcze o przesiedleniu, ale inaczej

Król Sada nie ma gdzie mieszkać!

Jego ziemia jest bardzo gęsto zaludniona,

Nikt nie może już osiedlić się,

Ludzi jest tyle, ile ptaków na niebie!

Jak bardzo jego ziemia jest urodzajna,

Ale nie może wszystkich wyżywić,

Żyto posiali nawet na kamieniach!

Rozmyślał król Sada, co robić,

Co robić, co przedsięwziąć,

Żeby ocalić ludzi?

Bo będą już jeść jeden drugiego!

Wtedy przyszło mu do głowy,

Wszystkich — starców, królewiczów — zaprosić

I zapytać ich, co robić,

Co robić i co przedsięwziąć:

Może znaleźć niezasiedloną ziemię?

Gdzie by on poszedł, aby zasiedlić,

I zabrał ze sobą wszystkich młodzieńców i dziewczyny,

Lepiej tę pustą ziemię zasiedlić,

A starców i babcie zostawić na ziemi,

Aby oni dobrze żyli.

Wtedy zaprosił on starców i królewiczów,

Pytał ich: gdzie jest niezasiedlona ziemia?

Tam on pójdzie, aby zasiedlić.

Wszyscy starsi wyciągnęli z kieszeni po jednym zwoju

I patrzyli, czy jest gdzieś niezasiedlona ziemia,

Wszystkie zwoje razem zebrano,

Ale nie mogą znaleźć nigdzie niezasiedlonej ziemi.

Najstarszy dziadek tak odpowiedział:

„Oj Ty, królu, nasz królu!

Trzeba dużo rozumu, oczywiście,

Aby szukać niezasiedlonej ziemi,

Ty tam musisz pozostać.

Z sobą zabierzesz wszystkich młodzieńców i dziewczyny,

A starców i babcie zostawisz na ich ziemi,

I oni będą tu dobrze żyć,

Inaczej jeden drugiego już będzie jeść!

Mój ojciec mi opowiadał,

Że jest tu niedaleko biały Dunaj,

Wokół niego są szerokie pola,

Pola szerokie, bardzo zapuszczone,

Są one zasiedlone dzikimi ludźmi,

Którzy nie wiedzą, jak orać ziemię!

Nie mogą zbudować sobie domu!

Jednak są oni bardzo silni,

Bardzo silni i przy tym uparci,

Nikomu nie dają na tych polach osiedlać się,

Tylko ktoś tam idzie, oni od razu pojawiają się!

Jeśli Ty pójdziesz, królu, na te pola,

Ty łatwo ich pokonasz,

Oni mają strzały bardzo trujące,

Trującymi ziołami nasączone,

Jednak jest inna bardziej szkodliwa rzecz,

Na brzegu Dunaju żyje sroga Łamija

Z siedmioma głowami i z siedmioma ogonami,

Nikomu nie daje przejść przez biały Dunaj,

Kto tylko jest bliżej Dunaju, w całości go połyka!

Łamiję niełatwo jest zniszczyć:

Jeśli odetniesz jej jedną głowę,

Na jej miejscu dwie kolejne wyrastają!”

Smok Łamija z Nowogrodu Wielkiego.

Król Sada mówi, odpowiada:

„Dzikich ludzi łatwo pokonamy!

Przyprowadzimy wszystkich młodzieńców,

Aby z tymi starli się w bitwie,

Z naszymi zatrutymi strzałami pokonamy;

Z samą Łamiją powiedzcie, co mam zrobić,

Co zrobić i co przedsięwziąć?”

Łamija, okazuje się, jest bardzo sroga,

Nie możemy nijak jej pokonać,

Wszyscy musimy być ostrożni, żeby nas nie zjadła!”

Starcy mu mówią, odpowiadają:

„Inaczej Łamii, król, nie pokona:

Trzeba z modlitwą prosić Ogniowego Boga,

Kiedy złożymy trzebę Gromowemu Bogu,

Dziewięć pujek i dziewięć gęsi:

Aby Ogniowemu Bogu ogień zapalił,

A Gromowy Bóg aby uderzył gromem,

Aby spłonęła sroga Łamija;

Wtedy przejdziecie Dunaj,

Aby zasiedlić puste pola”.

Wtedy wstali wszyscy starcy i królowie,

Do Ogniowego Boga z prośbą pomodlili się

Aby rozpalił płomienny ogień.

A kto by był pierwszym królem,

Wziął do ręki srebrny nóż

I złożył trzeby Gromowemu Bogu,

Dziewięć pujek i dziewięć gęsi,

Aby z gromem spłonęła sroga Łamija.

Jeszcze modlitwa nie skończyła się,

Jeszcze całej trzeby nie odprawili,

A ogień już na niebie zapłonął,

Grom runął na ziemię,

I spłonęła sroga Łamija.

Król Sada schował nóż

I przeszedł przez jej ziemię.

Kto był, młodzieńcy i dziewczyny,

Wszyscy wyprawią się nad biały Dunaj,

Starcy i babcie sami pozostaną;

Jeśli ktoś z młodych postanie,

To wkrótce wyznaczą go wodzem.

I poprowadzi wszystkich młodzieńców i dziewczyny nad biały Dunaj.

Potem pojawił się król Sada,

Prosił starców i babcie o przebaczenie,

Oni dali mu przebaczenie, on przyjął przebaczenie;

A młodzieńcom i dziewczynom odpowiedział:

„Popłyniemy wszyscy i przepłyniemy biały Dunaj,

Aby iść na ziemię dzikich ludzi,

Dziki lud pobijemy

I ich ziemię posiądziemy;

I nauczymy ich, jak na ziemi pracować,

Oni będą pracować dla nas jako robotnicy!”

Wtedy popłynęli wszyscy młodzieńcy i dziewczyny przez biały Dunaj;

Za dwa dni w końcu go przepłynęli,

Za trzy dni przyszli na ziemię dzikich ludzi.

Dzikusy, jak ujrzeli tylu obcych ludzi,

Którzy zajęli ich pustą ziemię,

Wystąpili, aby zetrzeć się w bitwie,

Chcą, aby ich pokonać

I aby zjeść ich żywych.

Jak król Sada wypuścił w nich swoje srogie strzały,

I sam ich pokonał.

I wziął w niewolę wszystkich dzikich ludzi;

Ich dzieci nauczył on pracować.

Wtedy zaś nauczył dzikich ludzi,

Jak należy pracować na ziemi,

I swoje plony dawał na jedzenie;

Ziemię im oni obrabiali,

A ci pracowali jak robotnicy.

IV. Jeszcze o przesiedleniu, ale inaczej

Czitska ziemia gęsto zaludniła się,

Pas ziemi, a wieś duża!

Oracze ze sobą walczą,

Dlatego że nie ma ziemi, aby orać;

Całe bydło domowe wymarło,

Dlatego że nie ma miejsca, gdzie paść.

Płacz doszedł nawet do króla:

„Oj Ty, nasz królu, Sado królu!

Czemu Ty siedzisz na tronie

I patrzysz żałośnie na ziemię?

Wstawaj i nie siedź na tronie,

Tylko popatrz, gdzie ludzi rozmieścić,

Jeden drugiego wkrótce będzie jeść,

Dlatego nie ma ziemi, aby orać.

Nie ma białego prosa, aby siać”.

Wieść o płaczu do króla doszła,

A on nie wie, co trzeba robić,

Co trzeba robić i dokąd iść?

Wtedy zebrał on swoich książąt

I pyta ich, i wypytuje ich,

Co trzeba robić i dokąd iść.

Wszyscy książęta mówią takie słowa:

„Bądź zdrów, królu, Sado królu!

Czemu pytasz nas, czemu wypytujesz!

Nigdzie nie ma miejsca za zalewem rzeki,

Cała ziemia jest bardzo gęsto zaludniona;

Tylko w dole, bliżej białego Dunaju

Jest duże i szerokie pole;

Mieszkają tam ludzie dzicy, przedzicy,

Oni nie wiedzą, jak w polu pracować,

Nikt tam białego prosa nie sieje!

Tam można osiedlić się, przejąć tę ziemię;

Twoi ludzie zaorzą szerokie pole

I obsieją je białym prosem.

Jednak nad białym Dunajem leży Sura Łamija,

Ma trzy głowy i siedem ogonów

I nie daje przejść ani jednemu człowiekowi,

Nawet ptak tam nie przeleci.

Także dzicy ludzie są bardzo uparci;

Jak tylko ci ludzie zobaczą,

Że przyszli obcy, aby pracować,

To ponieważ są dzicy, przedzicy,

Mają jeszcze ogromną siłę,

To kamieniami ci ludzie mogą zabić!

Szczególnie pola mogą nie dać”.

Odpowiada im król Sada:

„Ale teraz powiedzcie mi, co robić

Co robić i co przedsięwziąć?

Co odnosi się Sury Łamii,

To znajdziemy najemników i ją zabijemy;

Co zrobić z ludźmi dzikimi, przedzikimi?

Którzy mają siłę i upór”.

Swoich słów król jeszcze nie dokończył,

Jak pojawiła się Juda Samuwiła:

Z jej twarzy świeci jasne słońce!

Na piersiach jest jasny księżyc!

Na brzegu jej sukni drobne gwiazdy!

Zwraca się do króla, mówi:

„Czy za swoje słowa, królu, niepokoisz się?

Abyś jutro, póki jeszcze będzie wcześnie, mógł zebrać poddanych przy sobie:

Kto jest, od małego do dziadków mających sto lat.

Kiedy tylko wzejdzie słońce,

Wszyscy idźcie nad biały Dunaj

I zabierzcie ze sobą kobiety i dzieci:

Będziemy iść na szerokie pole,

Aby im zaorać szerokie pole.

I zasiać je białym prosem.

Kiedy wszyscy przyjdą nad biały Dunaj,

I aby młodzieniec z ukochaną podeszli,

Tylko muszą wziąć pujkę, ale nie białą i ani pstrą,

A żeby była czarna, przeczarna,

Aby złożyć trzebę, aby była pożądana,

A czego trzeba Twojej pierwszej miłości,

To przyprowadzić jałową krowę,

Nad białym Dunajem trzeby złożyć:

Młodzieniec złoży trzeby Ogniowemu Bogu,

Który wykrzesze iskrę i ogień,

Aby spłonęła Sura Łamija.

Aby Twoja pierwsza miłość oddała trzeby Gromowemu Bogu,

On gromem uderzy w Surę Łamiję,

Aby w pamięci nie pozostała.

Kiedy przejdziecie biały Dunaj,

To ja Wam będę pomagać,

Aby pokonać ludzi dzikich, przedzikich”.

Jeszcze Juda nie skończyła swojej przemowy,

A poderwała się i skierowała się do lasu.

Tu zbiera, póki jest jeszcze wcześnie, król Sada przy sobie poddanych:

Kto jest, od małego do dziadków mających sto lat.

Gdy tylko wzeszło słońce,

Wszyscy przybyli nad biały Dunaj

I wzięli ze sobą kobiety i dzieci,

Aby iść na szerokie pole

Aby tam zaorać szerokie pole.

I zasiać je białym prosem.

Aby ziemia była młoda przez sto lat.

Wszyscy przybyli nad biały Dunaj.

Potem przyszedł i król Sada,

Z sobą przyprowadził młodą królową;

Jak zobaczyła ich Sura Łamija, zgrzytnęła zębami!

I zaprasza wszystkich, aby ich zgubić.

Wtedy król Sada polecił im złożyć trzebę:

Czarną pujkę dla Ogniowego Boga,

Aby podpalił Surę Łamiję.

A królowa też zażądała trzeby,

Jałowej krowy dla Gromowego Boga,

Aby gromem uderzył Surę Łamiję,

Aby i w pamięci po niej nic nie pozostało.

Jeszcze trzeby przygotować nie zdążyli,

Niebo zagrzmiało, echo oddało,

Na niebie wybuchnął ogień.

Perun z doliny Swintoroga pod Wilnem.

I grom uderzył w biały Dunaj,

Który też poraził Surę Łamiję,

Aby ona i w pamięci nie pozostała.

Od tego, że ogień był bardzo silny,

Od ciepła roztopił się biały Dunaj,

I płynie już rzeka bardzo wielka;

Nie mogą przejść białego Dunaju;

I zastanawiają się, co robić,

Co robić, jak przejść Dunaj,

Aby dotrzeć na szerokie pole?

Wtedy podeszła Juda Samuiła

I powiała silnym wiatrem,

Aż ponownie zamarzł biały Dunaj;

I wszyscy przeszli przez biały Dunaj;

Z nimi przeszła i Juda Samuiła,

Aby im pomóc na polu bitwy

I pokonać dzikiego króla, przedzikiego.

A co odnosi się do dzikiego króla, przedzikiego,

To jak zobaczył, że podchodzi król Sada,

Nie chciał mu nisko pokłonić się,

Tylko zebrał swoje silne wojsko

I odszedł na brzeg Dunaju,

Na brzeg Dunaju, na otwarte pole,

Aby uderzyć na Czitskiego króla;

Potem wszystka jego młodzież kamieniami chce ich pobić,

Nie chcą oddać mu ziemi.

Wtedy dmuchnęła Juda Samuiła ciepły i zimny wiatr;

Na Czitskiego króla ciepłym wieje,

A na dzikiego króla zimnym wieje,

Aż dzicy ludzie zamarzli

I stali jak odrętwiali!

Tak król Sady zajął szerokie pole,

Aby byli dzicy ludzie zaczęli pracować.

Oni teraz orzą szerokie pole

I obsiewają to pole białym prosem.

Król Sada dotrzymał swoich słów!

I od wtedy pozostawili pieśń, aby śpiewać:

Od Boga zdrowie, ode mnie pieśń.

V. Jeszcze o przesiedleniu, ale inaczej

Gdzie to ją, Boże, słyszeli i widzieli,

Sura Łamija z wielkim królem walczy,

I walczy tak, aby go pokonać;

Łamija była sama-samusieńka,

A wielki król przewodził nad tysiącem dusz, wszystkich z wyboru,

Ale póki co, nie może pokonać Łamii.

Ona nie dawała mu przejść Białego morza,

Aby wejść na wielkie pole,

Które było puste, zapuszczone,

Gdzie mieszkała sama Sura Łamija

I nie dawała nikomu tam przejść,

Ani samemu królowi, ani nawet ptakowi;

Tylko chce patrzeć na szerokie pole

Sama na nie w całej szerokości,

I paść się tam na zielonej trawie

I pić tam zimną wodę;

Mówi i rozmawia z Judą Samuiłą.

Bóg ukarał Judę Samuiłę,

Bo pokochała wielkiego króla,

Ona go kochała tylko dwa lata

I powiedziała mu, gdzie jest szerokie pole,

Aby tam osiedliła się cała młodzież;

I aby zbudował im nowe miasto,

Aby zaorali i rozkopali szerokie pole.

Wielki król posłuchał Judy

I zebrał tysiąc dusz ze wszystkich junaków,

Aby przyprowadzić ich na największe pole

I zbudować tam wielkie miasto.

A kiedy pokona Surę Łamiję,

Wtedy sprowadzi całą młodzież ze swej ziemi,

Aby oni zasiedlili szerokie pole;

A co do osób w podeszłym wieku i starszych,

To oni pozostaną na swojej ziemi,

Tam będą mieć gdzie rozsiedlać się.

A my pójdziemy i całkiem odejdziemy,

I dotrzemy do Białego morza;

I pomyślimy, jak ominąć Białe morze?

Jak pomyśleć i jak stawiać opór,

Gdzie wystąpić przeciw Suri Łamii.

Tu pyta Juda króla i zapytuje:

„Bądź zdrów, królu, gdzie Ty idziesz?

Czy polowałeś na?

Lub chodziłeś na to szerokie pole?

Nie poluj na płową zwierzynę,

Tylko idź na szerokie pole,

Tam stolicę swoją założysz,

Całą swoją młodzież na tym polu osiedlisz;

Pole nie będzie tam puste, zaniedbane”.

Jak usłyszała ich Sura Łamija,

Nie stała i nie czekała,

Tylko wyszła z głębokiego morza,

A w rękach niczego nie trzymała,

Tylko patrzy na jasne słońce,

Patrzy i z modlitwą je prosi:

„Słoneczko, miłe Słoneczko!

Puść, Słoneczko, twoją jasną strzałę,

Jeszcze też puść silny ogień

Z tej strzały, aby pokonać wrogów;

Aby nie mogli zabrać mojego pola;

Jeśli, Słoneczko, usłyszysz moją modlitwę

I puścisz swoją jasną strzałę,

To mam młodszą siostrę,

Wydam za mąż, i będzie pierwszą miłością”.

Jeszcze Łamija mowy nie skończyła,

A z nieba zaczęła spadać jasna strzała.

Jeszcze strzała nie zdążyła spaść,

A Łamija śmieje się i szydzi,

I krzyknęła i zawołała:

„Bądź zdrów, królu, mój wrogu,

Idź tutaj, teraz z Tobą zetrzemy się;

Tylko kto z nas w bitwie zwycięży,

Ten zajmie całe szerokie pole”.

Ona wylazła na suchy ląd,

Wtedy poleciała jasna strzała na młodych junaków,

Strzała jeszcze na ziemię nie spadła,

A wszyscy młodzi junacy w ogniu spłonęli!

Pozostał tylko jeden król na ziemi

I zamyślił się, co robić,

Co robić i co przedsięwziąć?

Co do Sury Łamii, to ona mu mówi:

„Czemu zamyśliłeś się, królu, i stoisz?

Uciekaj szybko, a jeśli nie to zginiesz!

Życzę abyś nie był wielkim królem na ziemi,

Jeszcze strzała w Ciebie nie trafiła,

Wtedy, abyś w ogniu spłonął”.

Jak król to usłyszał, bardzo przestraszył się

I osiodłał swego szybkiego konia,

Wskoczył na niego i szybko pogalopował,

Aby dotrzeć do swojego domu

I zapytał swoją ukochaną Judę Samuiłę,

Jak można pokonać Łamiję?

I zabrać jej całe szerokie pole,

Które jest jeszcze puste i zapuszczone.

On przyjechał, a dom ciemny, przeciemny.

Bramy były zamknięte;

Zapukał do bramy i trzasnął;

Nikogo nie było, żeby mu otworzył!

Rozsierdził się on, rozgniewał,

I wskoczyłby na konia z nogami

I krzyknąłby przez wysoki mur,

I koń był bardzo silny, i junak

Tylko wskoczył na niego z nogami

I zakrzyknął przez wysoki mur;

Chodzi ktoś po dworze,

Nie ma nikogo, kto by go usłyszał!

Do balkonu na koniu podskoczył,

Też nie ma nikogo, aby go usłyszał!

Wszyscy śpią na łóżku.

Na koniec wszedł do królewskiej sypialni,

Tam znalazł on swoją pierwszą miłość Judę Samuiłę,

Gdzie ona spała głębokim snem,

I dotknął jej prawą nogą,

Ustami powiedział jej słowa:

„Wstawaj, wstawaj, moja pierwsza miłości!

Ty powiedziałaś, że zdobędziesz tę ziemię.

Bóg ukarze tę Surę Łamiję,

Która leży bardzo głęboko w morzu.

Jak ujrzy, że idziemy na szerokie pole,

Wyłazi z morza na suchy ląd,

A w rękach niczego nie trzyma,

Tylko z modlitwą prosi Słońce,

Aby puściło jej z nieba swoją jasną strzałę,

Jeszcze aby puściło silny ogień

Aby strzałą nas w bitwie pokonać,

Za to odda za mąż swoją małą siostrę,

I będzie mu pierwszą miłością.

Jeszcze Łamija nie skończyła swojej mowy,

Jak jej z nieba zaczęła spadać jasna strzała.

Jeszcze strzała nie spadła z nieba,

A Łamija krzyknęła, zawołała:

„Chodź tu, królu, teraz z Tobą powalczymy.

Tylko kto w bitwie zwycięży,

Ten zajmie ziemię na szerokim polu”.

Wtedy wypełzła na suchą ziemię

I puściła jasną strzałę na junaków,

Strzała jeszcze nie spadła na ziemię,

A cała młodzież spłonęła w ogniu!

Ja postałem na ziemi sam-samiusieńki.

I pomyślałem, co robić,

Co robić i co przedsięwziąć?

Tylko wtedy Łamija słowa przemyślała,

I mi tak odpowiada:

„Czemu zamyśliłeś się, królu, czemu stoisz?

Uciekaj szybko i Ty, aby nie zginąć!”

Chcę wiedzieć, dlaczego Ty jesteś wielkim królem na ziemi,

W Ciebie strzała jeszcze nie trafiła,

Tak w Ciebie, aby w ogniu spalić”.

Jak to usłyszałem, Judo, bardzo przestraszyłem się

I wskoczyłem na szybkiego konia,

Aby galopem dotrzeć do pałacu

I spytać Ciebie, co robić,

Co robić i co przedsięwziąć?

Co Ty teraz mi powiesz,

Jak w bitwie pokonać Surę Łamiję?

I zabrać jej szerokie pole,

I aby moim było polem?

Tam została cała młodzież”.

Juda Samuiła mówi mu, odpowiada:

„Bądź zdrów, królu, moja pierwsza miłości:

Oto sposób, jak pokonać Łamiję:

Znajdź i weź ognistą strzałę,

I ogniem ją wtedy spalisz;

Tylko strzały nie masz.

Weźmiesz czarną pujkę, która latała,

Którą przyniosą młodzi junacy,

Niech wszyscy wezmą jeszcze ptaka gołębia,

Kiedy pójdą już nad Białe morze,

I powtórzysz Boże imię

W ciągu trzech dni i trzech nocy;

Potem złożysz trzebę, czarną pujką dla Ogniowego Boga,

Czarną pujkę, która tylko latał;

Aby zesłał jasny ogień z nieba,

Jasny ogień, aby spłonęła Sura Łamija.

A co odnosi się do młodych junaków,

To niech złożą trzebę, ptaka gołębia dla Wisznu Boga,

Który może wam pomóc.

Białe morze wtedy przepłyniecie

I pójdziecie na to szerokie pole,

Które jest jeszcze puste i zapuszczone,

Tam zbudujecie nowe miasto”.

Główny król posłuchał jej, swojej żony, pierwszej miłości,

I zebrał tysiąc junaków, wszystkich z wyboru.

Na trzebę dał im w tece ptaki gołębie,

A sam wziął w ręce czarną pujkę,

Czarną pujkę, która latała,

I wyruszyli w drogę na szerokie pole.

Jak tylko doszli do białego Dunaju,

Zaczęli powtarzać Boże imię,

I w ciągu trzech dni i trzech nocy;

Wtedy król złożył trzebę, czarną pujkę dla Ogniowego Boga,

Który ześle jasny ogień z nieba,

Jasny ogień, aby spłonęła Sura Łamija.

Dunajska stela. Na górze Najwyższy [Wyszeń] (Mitra). Dalej Matka Sława (Nika). Niżej Perun (Jowisz Dolichenus) na krowie Ziemun (Byku). Poniżej trzy twarze Welesa i jego żony.

Tylko złożyli trzebę z czarnej pujki,

Z nieba spadł jasny ogień

I zapłonęła Sura Łamija;

Ledwo łapiąc oddech, jej dusza powiedziała:

„Bóg ukarze króla, Judo Samuiło!

Że kochał Ciebie już dwa lata

I powiedziałam Tobie, że złoży trzebę”.

Łamija nie skończyła swojej mowy

I rzuciła się na dno morskie.

Pozostał sam król z junakami,

I myślą, jak że przejść to morze?

Aby przejść na szerokie pole.

Wtedy przyszło mu do głowy

I powiedział swojemu tysiącu junaków:

Aby wszyscy złożyli ptaka gołębia

I posłali trzebę Wisznu Bogu.

Wszyscy junacy złożyli trzebę Wisznu Bogu, ptaka gołębia.

Wszystkich ich było tysiąc dusz,

I oni złożyli tysiąc gołębi,

Wszyscy odprawili trzebę Wisznu Bogu,

Aby Wisznu Bóg im pomógł

Białe morze piechotą przejść;

Aby pójść na swoje szerokie pole,

Które było puste zapuszczone.

Kiedy składali ptaki gołębie,

Białe morze rozstąpiło się na dwie części,

I stało się suche, jak na lądzie!

Wszyscy pieszo przez morze przeszli

I skierowali się na swoje szerokie pole.

Pole to jest bardzo urodzajne,

I zostało zajęte przez Surę Łamiję,

Nie dawała tam nikomu przejść,

Ani samemu królowi, ani nawet ptakowi.

Wtedy wielki król zbudował nowe miasto,

Że takiego nie było nigdzie na ziemi;

Miasto zasiedliła cała młodzież,

Zaorali i przekopali puste zapuszczone pole,

I stało się pole teraz urodzajnym,

Że takiego nigdzie nie ma na ziemi,

Tam latają i fruwają ptaki,

I śpiewają i fruwają nad polem.

Bóg ukarał mniejszą Surę Łamiję,

Kto była siostrą większej:

Jak podniosła ona głowę nad morzem

I spojrzała na szerokie pole,

I ujrzała, jak ludzie chodzą po polu,

I małe ptaszki fruwają,

Pozazdrościła bardzo wielkiemu królowi.

Zapragnęła ona zgubić króla,

Za to, że on zgubił jej siostrę,

Której już nie ma nigdzie na Ziemi,

I wylazła ona z Białego morza,

I poszła przez szerokie pole,

Kogo znajdzie, tego zjadała,

Jednak o króla wypytywała,

Gdzie on mieszka i gdzie znajduje się?

Przybliżyła się już do miasta,

Miasto chciała już spustoszyć.

Rozmyśla król, co robić,

Co robić i co przedsięwziąć?

Ponownie złapał czarną pujkę

I złożył trzebę dla Ogniowego Boga,

Aby zesłał ogień z nieba

I aby spłonęła przeklęta Sura Łamija.

Jak tylko złożył on trzebę,

Spadł silny ogień z nieba,

I spłonęła ta Sura Łamija.

Tylko wtedy już pole było ocalone,

Nikt już go nie opustoszy;

Całe zasiedlone od skraja do skraja.

Stamtąd ludzie wyjechali i zasiedlili całą ziemię!

Od tego ustanowiono, aby tę pieśń śpiewać,

Od Boga zdrowie, ode mnie pieśń.

VI. Zaślubiny Słońca z panną Wałkaną

Oj Ty, Boże, rodzimy Boże!

Który nam stworzyłeś, Boże, cud i znak uczyniłeś dla nas,

Cuda na niebie i nawet na ziemi,

Zadziwia się jeszcze siedemdziesięciu królów.

Nawet Juda Samuiła w górach.

Trzy tygodnie słońce nie wschodziło na niebie,

Aby grzać i oświetlać ziemię;

Ziemia obleczona w czarne szaty,

Że nie może nikt wyjść z jaskini,

Aby iść na szerokie pole

I żąć białe zboże, które dojrzało na polu,

Które sypie się, jak ziarno na ziemię!

Lato oto już mija,

Przychodzi sroga i zimna zima,

A w jaskini nie ma niczego z zapasów.

Tu rozmyśla siedemdziesięciu królów,

Co robić, co będzie?

I pójdziemy na krańce ziemi,

Nawet na kraniec ziemi do pierwszego króla,

Który zbudował nowe wielkie miasto;

Ma on wspaniałych, znamienitych majstrów,

Że takich nie ma nigdzie na ziemi;

Wszyscy mają skrzydła pod pachami,

A co odnosi się do głównego majstra,

To on miał złote skrzydła,

I był on także Królem Węży;

A w rękach trzymał dwa srebrne klucze,

Nimi zamykano dwie tajemne studnie;

Pierwsza studnia trzymała mocny deszcz,

Kiedy chcą to otworzyć,

To mocny deszcz pada na ziemię,

Aby rosło na polu białe zboże;

Druga studnia trzyma mocny grad,

Kiedy król Wąż jest bardzo zły, to go otwiera

I mocny grad zsyła na ziemię.

I bije białe zboże na polu.

Jasne Słońce poleciło królowi Węży,

Aby zbudował on nowe przepiękne miasto,

Aby takiego nie było nigdzie na ziemi;

Kto go zobaczy, aby zadziwił się,

By pierwszego króla chwałą wysławiał,

Że ma takie przepiękne miasto;

A w nim mieszka dziewica Wałkana,

Którą kocha jasne Słońce.

Zanim siedemdziesięciu królów poszło na kraniec ziemi,

Majstrowie już zbudowali miasto.

A w środku pola świeci ono jak słońce!

Jednak świeci tylko na pierwszego króla,

Dla innych zaś było ciemno-przeciemno!

Pierwszy król składa trzebę dla Boga,

Że ma takie przepiękne miasto;

Składa trzebę z siedemdziesięciu krów,

I dotarła trzeba już do Boga;

Potem ugościł jadłem wszystkich majstrów,

Usiedli do królewskiego posiłku,

Ale jeszcze niczego do ust nie wzięli,

Jak przybyło i siedemdziesięciu królów

I pierwszemu królowi nisko pokłonili się.

Ten im mówi, powiada:

„Dobrze widzieć, siedemdziesięciu królów!

Usiądźcie ze mną do posiłku,

I chcę Was ugościć jadłem,

Że mam takie przepiękne miasto,

Jakiego więcej nigdzie nie ma na Ziemi”.

Zasiadło do posiłku siedemdziesięciu królów,

Tylko zasiadło do posiłku siedemdziesięciu królów,

Wszyscy majstrowie zerwali się na nogi,

I polecieli, jak ptaki na morze!

Jak ujrzał ich pierwszy król, sam bardzo zdenerwował się rozgniewał,

I królom mówi, powiada:

„Bądźcie zdrowi, siedemdziesięciu królów, moi pobratymcy!

Proszę was wszystkich i błagam,

Zatrzymajcie się chwilę i czekaj,

Aż nie opróżni się moja beczka szkarłatnego wina,

Która mieści tysiąc wiader,

I wylewajcie wino do szerokiego morza;

Niech chociaż moi majstrowie napiją się wina”.

„Będziemy czekać, królu, albo nie poczekamy,

Trzeba, na pomoc Tobie przyjdziemy.”

I szkarłatne wino ciekło dwa tygodnie,

Płynie ono z beczki i wylewa się do morza,

Nawet morze już poczerwieniało!

Z morza krzyczy król Wąż:

„Wystarczy już, Królu, wina wylewać,

Bo już wszyscy na śmierć upili się!

Dołożysz nam trzebę, której nie byłeś dłużny,

A Wy gośćcie się na uczcie”.

Król dopiero wtedy uspokoił serce

I zasiadł do posiłku na wieczerzę.

Jadłem gości siedemdziesięciu królów,

Obsługuje ich dziewica Wałkana,

Że takiej nie ma nigdzie na Ziemi:

Od jej twarzy jaśnieje jasne słońce!

Na jej piersi jasny księżyc!

Na brzegu jej sukni drobne gwiazdy!

Oczy jej błyszczą, jak u kuropatwy!

Warkocz jej aż do ziemi!

I jeszcze złotem pozłacany!

Jak spojrzało na nią siedemdziesięciu królów,

Wszyscy zapragnęli, aby była ich synową,

Jednak ona była zaręczona z królem Brachiłem,

Który był junakiem nad junakami!

Ale nikt nie chciał z nim rywalizować.

Uczta trwała tam trzy tygodnie.

Siedemdziesięciu królów czekało kiedy już wzejdzie słońce,

A ciemna ciemność i tak nie odchodzi.

Ale ile oni nie czekali,

Jeszcze bardziej na ziemi ciemniało!

Zapłakało siedemdziesięciu królów i zaczęło narzekać:

„Oj Ty Boże, drogi Boże!

Powiedz, Boże, co za grzech popełniliśmy?

Dlaczego Słońce na niebie nie wschodzi,

Aby grzać i świecić na ziemi?

Jeśli popełniliśmy grzech,

Wszyscy królowie złożą Tobie trzebę”.

Płacze siedemdziesięciu królów

I jeszcze z błaganiem modlą się,

Ale Gospodzin ich modlitwy nie słyszy!

Pierwszy król im mówi, odpowiada:

„Bądźcie zdrowi, Wy, siedemdziesięciu królów!

Czyż nie wiecie, że Wy grzech popełniliście?

Dlatego Słońce nie wschodzi nad ziemią!

Idźcie tu i Bogu złóżcie trzebę,

I milczcie, bo popełniliście grzech,

Aby tylko na nas nie złościł się”.

Siedemdziesięciu królów posłuchało pierwszego króla

I złożyli trzebę dla Boga.

Jego trzeba trwała trzy dni i trzy noce,

Dopiero wtedy Miesięczina powiedziała słowo

Do siedemdziesięciu królów i mówi:

Scyto-aryjski Słońcebog. Ozdoba rydwanu

„Bądźcie zdrowi, Wy, siedemdziesięciu królów!

Z Was grzechu nikt nie popełnił,

Grzech został popełniony przez pierwszego króla,

Który wydaje pannę Wałkanę za króla Brachiła

I oszukał mojego brata jasne Słońce!

Przez to Słońce rozgniewało się

I nie chce wschodzić nad ziemię.

Mój brat pokochał dziewicę Wałkanę,

Że takiej nie ma nigdzie na ziemi;

Póki nie pojawi się Wałkana dziewczyna w naszych pałacach,

Słońce nie będzie wschodzić nad ziemią!”

Siedemdziesięciu królów jej mówi, odpowiada:

„Miesięczino, nasza droga siostro!

A powiedz nam, Miesięczino, co mamy robić,

Jak uspokoić Twego brata jasne Słońce?

Aby wziął i wzniósł się nad ziemię,

Dlatego że lato już mija,

A my niczego w jaskini nie przygotowali,

Całe ziarno wysypało się na ziemię!

Jeśli nie litujecie się nad nami, że my starzy,

To zlitujcie się chociaż nad naszymi małymi dziećmi,

Które chodzą po polu i rozkładają ręce,

Dlatego że nie ma niczego, aby zjeść!”

„Mój brat bardzo mocno rozgniewał się,

Nie może on nijak pogodzić się,

Że jego dziewczyna Wałkana bardzo go oszukała,

Ona kochała go całych siedem lat!

Słońce wczoraj skarżył się mi,

Z trudem mówił mi słowa:

„Miesięczino, moja droga siostro!

Wielu mi, siostro, groziło!

Jeszcze dwa dni wytrzymam, będę poczekał.

Jeśli nie zobaczę panny Wałkany w moim pałacu,

Będę palił na niebie, jak srogi ogień,

Tak, że spłoną wszyscy ludzie na Ziemi!

Tylko wtedy moje serce będzie rade

I będę wschodzić i świecić na ziemię”.”

Jak siedemdziesięciu królów to usłyszało, zapłakali oni i zalamentowali,

I pytają Miesięczinę i ją zapytają:

„Powiedz nam, Miesięczino, co mamy robić,

Jak możemy wydać dziewczynę Wałkanę za Twego brata,

Aby uradować jego serce?

I nie możemy już więcej pomóc;

Przez pannę Wałkanę cała Ziemia spłonie!”

Łuna tak im mówi i odpowiada:

„Jeszcze jutro z rana złóżcie trzeby dla Boga,

Królewskimi przysmakami ugośćcie się.

Usługiwać Wam powinna panna Wałkana.

Kiedy już wszyscy nasycą się jedzeniem

I napiją się dowoli szkarłatnego wina,

Aby zaśpiewali weselne pieśni;

Kiedy wyśpiewacie pieśni,

Z nieba zstąpi gwiaździsta kołyska

I trafi także na Wasze przyjęcie.

Wy wszyscy na kołysce pohuśtajcie się,

Następnie dajcie i dziewicy Wałkanie,

Następnie dajcie jej, aby na kołysce pohuśtała się,

Wtedy kołyska z nią wzniesie się do nieba.

Jak mój brat ujrzy dziewicę Wałkanę,

Że ona siedzi u niego w pałacu,

Jego serce bardzo rozraduje się

I zdejmie on z ziemi swoją czarną szatę

I zabłyśnie, aby oświetlić i ogrzać ziemię.”

Jeszcze Miesięczina nie zakończyła mowy

I pobiegła do pałacu matki,

Aby zjeść smaczną wieczerzę.

A siedemdziesięciu królów poszło do pierwszego króla.

I mówią mu i powiadają:

„Wstawaj, królu, więcej nie trzeba płakać!

Nasza modlitwa została wysłuchana:

Bóg zesłał gwiazdę Miesięczinę, ale nie powiedział,

Że Słońce nie będzie wschodzić,

Aby grzać i oświecać ziemię.

Bóg chciał, aby złożyć mu trzebę,

Ale i aby król gości ugościł,

I aby tam usługiwała dziewica Wałkana.

Ta dziewczyna jest czysta, jak Diefczinka,

Która służy i okazuje pomoc Bogu”.

Pierwszy król bardzo uradował się

I podskoczył z prawej nogi,

Swoim pomocnikom mówi i nakazuje:

„Bądźcie zdrowi, pomocnicy, moi wierni słudzy!

Idźcie szybko na pole do jaskini,

Gdzie jest moje stado, całe wyborowe,

I przyprowadźcie tysiąc jałowych krów,

Aby złożyć trzebę dla Boga.

Wejdźcie do mojej wielkiej jaskini,

Gdzie jest trzyletnie szkarłatne wino,

Nalejcie mi największą beczkę,

Która pomieści tysiąc wiader czystego wina.

Wino załadujcie na mój ognisty wóz,

Który lata, jak szybki ptak,

Za godzinę dotrze do pola,

Godzinę posiedzicie w mojej jaskini,

A za pół godziny wrócicie do mnie,

Aby wcześniej złożyć jeszcze trzebę Bogu

No i ugościć jadłem siedemdziesięciu królów”.

Wtedy udali się oni na pole do jaskini,

Gdzie było królewskie stado, całe wyborne;

Tam zabrali tysiąc krów jałowych,

Aby złożyć trzebę dla Boga,

Weszli i do królewskiej jaskini,

Gdzie było trzyletnie szkarłatne wino,

Nalali do największej beczki,

Która mieści tysiąc wiader czystego wina,

Wino załadowani na ognisty wóz.

Wóz lata, jak najszybszy ptak,

Jednak krowy nie idą i nie latają!

Rozmyślają słudzy, co robić?

Z modlitwą proszą samego Boga:

„Oj Ty, Boże, drogi Boże!

Król nam, Bóg, rozkazał:

Za godzinę dotrzeć do pola,

Godzinę w jaskini trzeba posiedzieć,

A za pół godziny powrócić już do niego,

Aby złożyć trzebę jeszcze wczesnym rankiem.

Ognisty wóz leci, Boże, jak ptak.

Tylko jałowe krowy u nad nie latają!

Modlimy się do Ciebie, Boże, prosimy,

Aby powiał silny wiatr na ziemię

I nagonił szybko jałowe krowy;

Tylko aby ognisty wóz

odwiózł ich na królewski dwór jałowe krowy w dworze mogły zejść,

Inaczej król może użyć siły

I zamknąć w ciemnym lochu,

Aby zjadły ich srogi wąż i Łamija,

Jeśli my nie uszanujemy jego królewskiego rozkazu”.

Tam wysoko w niebie słucha ich Gospodzin.

I ich modlitwę usłyszał;

Wyciągnął złote klucze z kieszeni

I otworzył złote wietrzne komnaty,

Aby zesłać silny wiatr na ziemię.

Jak powiał silny wiatr, to połamał las,

Połamał las, wszystko na polu zniszczył.

Dmuchnął on i na te krowy jałowe;

Wtedy nadleciał ognisty wóz,

Poleciały z nim krowy jałowe;

Za połowę godziny oni już przybyli do królewskiego pałacu.

Pierwszy król jak ich zobaczył,

Że idą jego pomocnicy,

Serce jego bardzo rozradowało się,

I darami nagrodził wszystkich pomocników.

Potem wezwał siedemdziesięciu królów,

Aby zeszli w dół na szeroki dziedziniec,

I należy złożyć trzeby dla Boga,

Aby słońce wzeszło na niebie

I aby świeciło i grzało ziemię.

Siedemdziesięciu królów nie stanęło, nie poczekało,

Zeszli w dół na szeroki dziedziniec

I już złożyli jako trzebę dla Boga wszystkie tysiące krów,

Już cała rzeka z krwi płynie

I zalała cały dziedziniec i trawnik!

Wspięło się siedemdziesięciu królów wyżej na mur,

Aby ugościć się jadłem w Boże imię;

Ugościć się jadłem i popić szkarłatnego wina.

Służy im, usługuje dziewica Wałkana

Z jej twarzy świeci jasne słońce!

Na jej piersiach jest jasny księżyc!

Na brzegu jej sukni drobne gwiazdy!

Oczy jej błyszczą jak u kuropatwy!

Warkocze u niej do samej ziemi!

I jeszcze złotem pozłacane!

Król wszystkich jadłem ugaszcza, i aby pili szkarłatne wino,

A gwiazdy zebrały się w słonecznym pałacu

I plotą kołyskę gwiazdolotną,

Plotą kołyskę i pieśni śpiewają,

Że żeni się ich brat jasne Słońce.

Już król gości jadłem nakarmił

I napoił ich szkarłatnym winem;

I zaśpiewali oni weselną pieśń,

Pieśń śpiewali tam dwie godziny.

Tylko całą pieśń dośpiewali,

Z nieba zstąpiła gwiazdolotna kołyska,

Kołyska zawisła nad królewską ucztą.

Jak pierwszy król ujrzał tu kołyskę gwiazdolotną,

Serce jego bardzo rozradowało się.

Królom im mówi, powiada:

„Bądźcie zdrowi, Wy, siedemdziesięciu królów!

Nasza trzeba już doszła do Boga,

I on wysłał swoją kołyskę gwiazdolotną,

Dlatego że już nam grzech przebaczył,

I będzie błyszczeć Słońce na niebie,

Aby grzać i świecić na ziemię.

Ta kołyska przyleciała dla mojej córki,

Dla mojej córki-dziewczyny Wałkany.

Kiedy ona na niej poleci, wszyscy zadziwią się,

Jaka ona jest uniwersalna piękność,

I jej kołyska jest piękna gwiezdna”.

Siedemdziesięciu królów mówi mu i odpowiada:

„Pozwól usiąść Twojej córce w kołysce,

I zobaczymy, czy dla niej przyleciała?”

Wtedy usiadła Wałkana w kołysce i zakołysała się,

Tylko król usiadł w kołysce, która kołysała się,

Kołyska natychmiast przestała kołysać się,

Tylko natychmiast uniosła się wysoko w niebo!

Zakrzyknęła, zapłakała Wałkana i płacze:

„Oj Ty, ojcze, drogi ojcze!

Kołyska zstąpiła do mnie nie od Boga,

Kołyskę przysłał mi jasne Słońce,

Oszukali mnie lub pomylili się,

Przecież mnie powinni unieść wysoko w niebo,

Aby okazać pomoc jego starej matce.

Trzy lata już minęły, jak mnie kocha Słońce,

I ja mu sama łgałam, oszukiwałam,

Tylko teraz mnie Słońce oszukał!”

Jak usłyszał ją pierwszy król,

Że płacze jego rodzona córka,

I on chwycił się kołyski gwiazdolotnej,

Potem córce mówi, odpowiada:

„Gdzie Ty, córko, tam i ja z Tobą,

Dlatego że bez Ciebie mogę umrzeć!”

Siedemdziesięciu królów patrzy na kołyskę gwiazdolotną,

Jak ona wznosi się wysoko w niebie.

Jeszcze kołyska całkiem nie zniknęła,

Jak tu jedzie przez pole król Brachił;

Jechał on na szybkim srogim koniu,

Kiedy leci, to nie wie, gdzie dotrze!

W prawej ręce trzyma on jasny ogień,

Jasny ogień oświetla mu całe pole,

A w lewej ręce niesie drogocenne dary,

Poprosi on o rękę i ucałuje teścia,

I podaruje mu wielkie drogie dary.

Jeszcze Brachił z konia nie zsiadł,

Zawołał Wałkanę na podwórze, żeby zejść,

Aby wzięła jego szybkiego srogiego konia

I aby odprowadziła go w dół na szeroki dziedziniec,

Dlatego że on bardzo zmęczył się.

On krzyczy, ale nikt go nie słyszy!

Siedemdziesięciu królów mówi mu, powiada:

„Nie trzeba wołać, królu, nie trzeba krzyczeć!

Zostaw szybkiego konia na szerokim dziedzińcu,

On pochodzi po szerokim dziedzińcu,

Ty wejdź na wysoki mur

I podnieś oczy wysoko ku niebu,

Aby jeszcze raz zobaczyć swoją pierwszą miłość,

Która już leci do słonecznego pałacu”.

Jak usłyszał ich król Brachił,

Zsiadł z szybkiego srogiego konia

I wspiął się na wysoki mur,

Oczy wzniósł wysoko ku niebiosom

I tam zobaczył dziewicę Wałkanę,

Która unosiła się z ojcem wysoko w niebo.

Jego serce zostało okrutnie zranione,

Zranione, jakby ogniem zapłonęło,

Nie wie on, gdzie ma teraz iść.

I chciał on też iść do nieba,

I wzbił się i poleciał pod obłokami..

Leciał, leciał i już był blisko kołyski gwiezdnolotnej,

Jak raz już kołyskę można chwycić,

A kołyska zniknęła w słonecznym pałacu.

Król Brachił wtedy spadł i leży jak martwy na ziemi!

Nie może nijak słowa wypowiedzieć,

Nijak nawet ręką poruszyć!

Zasmuciło się siedemdziesięciu królów

I wysłało pierwszego pomocnika,

Aby poszedł on do ziemi Judinskiej

I wezwał Judę, uzdrowicielkę,

Aby ona przyszła do najdalszej krainy

I wyleczyła króla Brachiła,

Aby uzdrawiającymi ziołami go napoiła,

Aby nie pozwoliła młodemu umrzeć.

Wtedy przyszła Juda uzdrowicielka,

Tylko napoiła go uzdrawiającym ziołem,

Natychmiast wstał on na nogi.

Mówi słowo siedemdziesięciu królom,

I tak im mówi, odpowiada:

„Bóg ukarze jasne Słońce,

Że pokochał moją pierwszą miłość!

Jeśli moja pierwsza miłość mnie nie kocha,

W spadku dziadkową ziemię zabiorę.

Jakże uzdrowić moje serce?

Zabiorę ziemię, nie ma nikogo, aby ją wziąć!”

Tak pozostał Brachił i zamieszkał na krańcu ziemi.

Siedemdziesięciu królów jeszcze nie odjechało,

Tylko czekają na jasne Słońce, które powinno zaświeci na niebie,

Aby świecić i ogrzać ziemię.

Czekali jeszcze trzy dni i trzy noce,

Dlaczego to Słońce nie świeci nad ziemią!

Dziewica Wałkana jak pojawiła się na niebie,

Z ojcem siedzi w słonecznym pałacu.

Słońce jeszcze śpi na matczynych kolanach,

Matka go cichutko budzi:

„Wstawaj, mój synu, jasne Słońce!

I Ty ujrzysz swoją pierwszą miłość,

Która siedzi w twojej ognistej komnacie”.

Matka go budzi, a on nie wstaje.

„Pośpię, jest mi bardzo ciężko!

Wstanę, aż sen już mnie znudzi.

Wtedy zawołał on gwiazdę Miesięczinę:

„Miesięczino, moja droga siostro!

Przynieś mi zimnej wody ze studni,

Aby przemyć moje suche oczy,

Które spały przez trzy dni i trzy noce”.

Miesięczina posłuchał brata jasne Słońce,

Wzięła w dłonie złoty dzban

I nalała zimnej wody ze złotej studni,

Przyniosła ją dla brata jasne Słońce,

Aby przemyć mu suche oczy.

Polała mu wody i obmyła,

I ustami mówi mu takie słowa:

„A spójrz, bracie, tam na balkon,

I Ty zobaczysz pierwszą miłość, dziewicę Wałkanę,

Ona czeka, jak wstaniesz z matczynych kolan,

Aby pocałować Twoją jasną twarz.”

Wtedy spojrzał tam na balkon;

Jak zobaczył on dziewicę Wałkanę,

Serce jego bardzo rozradowało się,

Machnął on jej ręką i ustami przemówił:

„Wałkano, dziewczyno, moja pierwsza miłości!

Czemu siedzisz tam na balkonie?

Chodź już tutaj do mnie do komnaty,

Abyś pocałowała moją jasną twarz,

A ja pocałuję Twoje rozkoszne oczy”.

Wtedy wychodzi Wałkana do Słońca w komnacie,

Do komnaty jeszcze nie zdążyła wejść,

Jasne Słońce już wstał na nogi

I jej rozkoszne oczy całuje

I takie słowa jej mówi:

„Dobrze widzieć Cię, dziewczyno Wałkano!”

„Dobrze, że ja Ciebie znalazłam, czyste Słońce!”

Swoich słów jeszcze nie wyrzekła,

Przyciągnęła go, całuje jego jasną twarz.

Potem go z błaganiem prosi

I mówi mu, odpowiada:

„Oj Ty, Słoneczko, moja pierwsza miłości!

Mam do Ciebie wielką prośbę:

I mój ojciec też tu przyszedł,

Z litości nie chciał mnie samej zostawić,

Tylko przy mnie chce żyć,

Tylko gdzie ja jestem, tam i on!

Teraz siedzi tam na balkonie,

Dlatego z błaganiem Ciebie proszę,

Nie przeganiaj go ze swojego pałacu,

I on jest czysty, jak czysta Diefa,

Która okazuje pomoc dla Boga”.

„Teraz, skoro on przyszedł, to niech zostanie,

Nie wolno Tobie, aby smucić się,

Aby smucić się i tęsknić.

Jeśli będziesz w smutku przebywać,

W mojej ognistej komnacie, młoda, spłoniesz!

A matce Słońce mówi, powiada:

„Oj Ty, mamo, stara mamo!

Moje serce tylko teraz rozradowało się.

Dziś już będę błyszczeć na niebie

I będę ogrzewać i świecić nad ziemią.

Niech ludzie wyjdą z jaskiń

I idą na szerokie pole,

Aby żąć białe zboże, które dojrzało,

I sypie się, jak krupa, na ziemię!

I ty, mamo, abyś w jaskini zioła lecznicze przygotowała,

Dlatego że zima będzie bardzo śnieżna.

Wczoraj rano byłem już u Dożda Boga,

I do mnie rzekł, mówił:

„Bądź zdrów, Słońce, jasne Słońce!

Jeszcze trzy tygodnie pogrzejesz ziemię,

Więcej nie pojawisz na niebie,

Tylko skryjesz się w swoim pałacu,

Dlatego że będzie ciężka śnieżna zima.

Będzie zamknięty mój deszczowy pałac,

A będzie otwarty śnieżny pałac,

I przyjdzie zima na trzy miesiące,

Aby cała ziemia była pod śniegiem.

Na zimę bardzo rozgniewałem się i rozsierdziłem,

Trzy lata trzeby mi nie składała!”

I będę jeszcze świecić, mamo, i grzać,

Dlatego że mam jeszcze dwa tygodnie,

Póki przyjdzie śnieżna zima.

I czy nie możesz, mamo, pójść już do Boga,

Aby przekazać mu wieść o pannie Wałkanie,

Że ona dotarła nietknięta do nieba

I siedzi w moim ognistym pałacu.

Kiedy Ty przyjdziesz, mamo, do Boga

I go wypytasz i zapytasz:

Przy tym poproś Go o przebaczenie,

Dziewica Wałkana żyje już w niebie

I siedzi w naszym pałacu,

Czy będzie ona pomagać Bogu?

Jeśli będzie, mamo, to niech Baga wybaczy;

Potem pójdziesz na mój trawnik

I złapiesz dwie krowy jałowe,

Które nam dało na trzebę siedemdziesięciu królów,

Kiedy ucztowali w gościach na dalekiej ziemi,

I z nich przyrządzisz wieczerzę,

Aby ugościć moją pierwszą miłość”.

Słońce swoich słów jeszcze nie wyrzekło

I błyszczy wysoko na niebie,

Aby ogrzać i świecić nad ziemią.

Tylko błysnął Słońce nad ziemią,

Siedemdziesięciu królów wybrało się odejść.

Od razu wyszli oni z jaskini,

Wszyscy ludzie skierowali się na pole,

Aby żąć białe zboże, które dojrzało,

Żąć je i zanieść do jaskini,

Aby napełnić stodoły i spichlerze,

Kiedy przyjdzie zima, aby jeść.

Oni dla siebie żną na polu,

A Słońce na ziemi ich grzeje,

Grzeje ich, ile oni chcą.

Potem podniósł oczy na swój pałac,

Aby zobaczyć swoją pierwszą miłość

I zobaczyć, co robi jego stara matka:

Czy ona już poszła do Boga,

Aby go wypytać i zapytać?

Już południe, więc ona poszła do Boga

I go wypytuje i zapytuje:

„Czy możliwe, Boże, czy nie?

Panna Wałkana żyje teraz w niebie

I siedzi w naszym pałacu,

I kocha mojego syna jasne Słońce,

I Tobie pomoc może okazać,

Dlatego że jest czysta, niczym młoda Diefczinka”.

„Możliwe, czemu by nie było wolno.

Niech siedzi w Waszym pałacu

I kocha Twojego syna jasne Słońce,

I mi pomoc, aby okazywała”.

Wtedy powróciła Słońcowa stara matka,

Poszła ona na zielone pastwisko

I złapała dwie krowy jałowe,

Które im dało na trzebę siedemdziesięciu królów,

Kiedy ucztowali w gościach w dalekiej ziemi.

I przygotowała smaczną wieczerzę

I nakryła złotą zastawę,

I czeka, kiedy przyjdzie jasne Słońce,

Aby zjeść z kochanym pyszną wieczerzę.

Spóźnił się Słońce, bardzo spóźnił się!

Samotnie spoglądał w dół na ziemię,

Jak tam krzyczał i płakał król Brachił,

Który stracił swoją pierwszą miłość,

Nigdy już nigdzie jej nie zobaczy!

Pomocnicy go uspokajali:

„Zamilcz, zamilcz, królu Brachiło!

Twoja miłość wyprawiła się w gości,

Za rok może do Ciebie powróci!”

Brachił nie chce uspokoić się,

Włosy z głowy wyrywa!

Jasne Słońce z niego wyśmiewa się,

Że on krzyczy i że on płacze:

„Nigdy więcej miłości nie ujrzysz!”.

Śmiech śmiechem, a promieniami więcej nie grzeje,

I wyprawił się do starej matki,

Aby zjeść pyszną wieczerzę.

Wenedyjski bóg Księżyc ze starej niemieckiej kroniki.

Matka na wieczerzy go zrugała:

„Dlaczego, mój synu, wygłupiasz się?

Twoja wieczerza już wystygła!”

„Nie trzeba mnie, mamo, pytać:

Siedzę i w dół na ziemię patrzę,

Jak płacze król Brachił za pierwszą miłością,

Dlatego że więcej jej nie zobaczy!

A powiedz, mamo, czy poszłaś do Boga,

Przekazać mu wieść o pannie Wałkanie,

Jak ona przybyła do nas na niebiosa

I teraz siedzi w naszym pałacu?”

„Poszłam, synu, czemóż nie pójść.

Przecież prosto od Boga na niebo została nam posłana panna Wałkana

I siedzi w naszym pałacu.

Aby Ciebie, synu, kochała

I aby Bogu pomoc okazywała”.

Jak usłyszał to jasne Słońce,

Serce jego bardzo rozradowało się

I usiadł z pierwszą miłością do wieczerzy.

Do wieczerzy usiadł i pierwszy król na ziemi,

I on także zjadł pyszną wieczerzę.

Jednak wina tu nie ma,

On chciał trzyletniego szkarłatnego wina,

Aby je pić i rozweselić serce.

Dziwił się mu jasne Słońce,

Gdzie znaleźć trzyletnie szkarłatne wino,

Aby napił się i rozweselił pierwszy król.

Z matką prowadzi on rozmowę:

„Oj mamo, droga mamo!

Czy jest tu, mamo, gwiazda Miesięczina,

Która może otworzyć piwnicę,

Otworzyć i nalać nam wina?”

„Błyśnij mi, synu, na tym niebie

I oświeć na ziemi karawan-seraj,

Otwieranie mi zostaw;

Gdybym wiedziała, że będziesz gości gościć”.

„Otwórz, mamo, podziemną piwnicę

I nalej nam trzyletniego szkarłatnego wina,

Aby popił pierwszy król i duszę ukoił,

Aby rozegnał smutek i troskę.

Otwórz podziemną piwnicę,

Gdzie stoi trzyletnie szkarłatne wino,

Że takiego nie ma nigdzie na ziemi,

I nalej wielką beczkę trzyletniego.

Zanieś je na ucztę dla króla,

Aby wypił i serce rozweselił

Do tej pory, póki nie odejdzie do swojej ziemi”.

Tak gościli się jadłem ani krótko ani długo,

Ani krótko ani długo, całe trzy godziny.

Słońce chce już pospać

I z matką prowadzi rozmowę:

„Oj mamo, droga mamo!

Szanowna mamo, i Ty nie wstawaj:

Dotąd ja spałem na Twoich kolanach,

Teraz będę spał na kolanach u ukochanej.

Zaściel moją złotą pościel,

Którą przygotowałaś dla niewiasty”.

„Szanowny synu, nie będę wstawać,

Wyspałeś się już na matczynych kolanach!

Śpij teraz ze swoją pierwszą miłością.

I teraz nastał już miesiąc wrzesień,

I Ty dziecię będziesz miał na ziemi,

On będzie pierwszym królem na ziemi,

Wszyscy ludzie oddadzą mu cześć!

Że on wybawi od przeklętej Sury Łamii,

Która nie dawała nikomu przejść tędy przez biały Dunaju:

Ani jeden człowiek nie przeszedł,

Ani jeden ptak nie przeleciał,

Aby dotrzeć na szerokie pole,

Które było puste, zapuszczone”.

Swojej mowy jeszcze nie wypowiedziała

I otworzyła piękną szafę

I wyjęła złotą pozłacaną pościel,

Aby zaścielić w ognistej sypialni,

Gdzie było Słońcowe ogniste ubranie.

Tutaj położył się Słońce na kolanach ukochanej,

Tylko Wałkana położyła się, od razu stała się brzemienna.

I siedziała w niebie nie krótko nie długo,

Nie krótko nie długo, całe trzy miesiące;

Okazywała także pomoc Bogu.

Do tej pory, póki nie przyszedł czas porodu,

Modli się ona do Słońca, prosi,

Aby on odesłał ją w dół na ziemię;

Jeśli u niej poród będzie bardzo trudny,

Aby sprowadzić Judę uzdrowicielkę

I uleczyć ją i napoić ziołem porodowym.

Wtedy Słońce usłyszał jej prośbę.

Zebrał on wszystkie gwiezdne siostry,

Aby przygotować gwiezdną kołyskę

I spuścić ponownie na ziemię samą jego pierwszą miłość,

Aby na ziemi przyszły trudne porody,

Niemożliwe, aby w niebie zło się wydarzyło.

Tutaj zebrał on wszystkie gwiezdne siostry,

Potem przysłał gwiezdną kołyskę,

Dziewica Wałkana usiadła w kołysce,

I z nią usiadł jej ojciec, pierwszy król,

Wtedy gwiazdy spuściły kołyskę na ziemię

I zaśpiewały im głośną pieśń,

Którą usłyszano w najdalszej krainie:

„No, idź do nich, idź w dół na ziemię,

I rodź w ciężkim długim porodzie.

Jeśli poród będzie bardzo ciężki,

To poślij ojca do Judinskiej ziemi,

Aby krzyknął i wezwał Judę uzdrowicielkę.

Która uleczy i napoi ziołem porodowym,

Tylko wtedy zacznie się poród i urodzisz.

Twoje dziecko będzie bardzo sławne!

Nie będzie miał miejsca do zamieszkania

I znajdzie ziemię pustą i rozległą,

Imię jego będzie król Sincze,

Dlatego pójdzie on na obcą ziemię,

Która będzie pusta i zapuszczona”.

Póki gwiazdy śpiewały o tym pieśń,

Kołyska opadła w dół na ziemię,

Wylądowała prosto w królewskim pałacu.

A w pałacu nie ma nikogo, nikt nie mieszka,

Wszędzie było pusto, zaniedbanie!

Król Brachił wyjechał do swojej ziemi,

A w pałacu pozostali pomocnicy i słudzy.

Jak słudzy ujrzeli swojego króla,

Do samej ziemi pokłonili się mu,

Aby z szacunkiem się mu pokłonić,

A król wyraził im wdzięczność

I nagrodził ich drogimi podarkami,

Że nie opuścili jego pałacu w zapuszczeniu,

Z nimi także siedziały Judy Samuiły.

Położyli oni króla na odpoczynek,

A sami wyprawili się w dół na szerokie pole.

Siedemdziesięciu królów zebrało się, aby przyjechać na jego ziemię,

Aby cześć mu okazać,

I z szacunkiem pokłonić się mu,

Który przybył z obcej dalekiej krainy.

I szedł bez pośpiechu przez szerokie pole

Trzy dni i także trzy noce,

Aż już to mu się znudziło.

Jak usłyszało siedemdziesięciu królów,

Że przybył pierwszy król do kraju,

Osiodłali oni szybkie srogie konie

I pojechali na jego ziemię do jasnego pałacu,

Od wszystkich ziem okazać mu cześć

I z szacunkiem pokłonić się mu,

A także ucałować go w twarz

I jeszcze podarować mu drogie podarki,

Dlatego że jest on ich pierwszym pobratymcem.

W tym czasie, gdy jechało siedemdziesięciu królów,

Panna Wałkana zmęczyła się porodem,

Gdyż jej poród był ciężki i długi,

I nie może znaleźć sposobu, aby urodzić.

Jej ojciec kłopocze się i rozmyśla,

Co robić i co przedsięwziąć?

Wtedy od razu przyszło mu do głowy,

Aby posłać gońca do Judinskiego kraju

I przyprowadź tu Judę uzdrowicielkę,

Który leczy długotrwały poród.

Tylko gdzie ona jest i jak ją znaleźć:

Za godzinę trzeba dojść do Judinskiego kraju,

Za pół godziny wrócić z Judą uzdrowicielką.

Tylko goniec się zebrał z najdalszego,

Od Boga przyszła pomoc, to była Juda:

Włożyła judinskie skrzydła pod pachy

I wzbiła się i poleciała jak ptak;

Za godzinę dotarła do Judinskiego kraju.

Kiedy weszła do judinskiej jaskini,

Wszystkie Judy za stołem wieczerzały,

Jedynie Juda uzdrowicielka nie wieczerza.

Zapraszają one Judę na posiłek,

Ale ta do posiłku nie siada,

Tylko im mówi, odpowiada:

„Wy jedzcie, siostry, i za mnie wieczerzajcie,

Wasza siostra będzie zbierać się w drogę;

Będę iść teraz na szerokie pole.

Dzisiaj jeszcze wcześnie iść na pole,

Jasne Słońce na niebie zachodzi,

Potem mi mówi, nakazuje:

„Wypraw się, Judo, w dół na to pole,

Jednak wszystko tak czyń jak umiesz,

Do wieczora przyjdzie wieść do Ciebie od pierwszego króla,

Abyś przyszła do jego dalekiego kraju

I abyś uzdrowił jego córkę uniwersalną piękność,

Która cierpi, aby urodzić sławne dziecko;

Tylko dojdzie do Ciebie wieść, abyś wyprawiła się w drogę.

Jednak długo nie zatrzymuj się,

Gdyż jej poród jest bardzo trudny,

No i jeszcze ona jest moją pierwszą miłością”.”

Jeszcze Juda mowy nie skończyła,

Daje jej Juda złote jabłko,

Potem prowadzi z nią rozmowę:

„Posłał mnie, Judo, pierwszy król,

Wieść Tobie przekazać i z błaganiem prosić,

Abyś przyszła do jego dalekiej krainy

I napoiła jego córkę ziołem porodowym,

Aby ona szybciej urodziła sławne dziecko.

Nie ma nigdzie, siostro, zioła leczniczego!

Zginęło przez Boga jasne Słońce,

Który grzeje tylko bardzo mocno,

I wysuszył nasze słynne jezioro,

Gdzie rosną nasze lecznicze zioła.

Jezioro wyschło, i zioła zwiędły,

Gdzie jeszcze znaleźć zioło porodowe?

Bez zioła nie pójdę do Waszej ziemi”.

Juda uzdrowicielka mówi jej, odpowiada:

„Z błaganiem, Judo, proszę Ciebie,

Pójdźmy nad nasze słynne jezioro,

Aby wziąć zioło porodowe,

Potem, jeśli go nie będzie, to odejdziemy,

Będziesz szła czy nie pójdziesz”.

Poszli oni na górę ku Judinskiemu jezioru,

Nazbierać tam ziół porodowych.

Przyszli, ale niczego nie znaleźli.

Wtedy z modlitwą proszą jasne Słońce:

„Słoneczko, drogie Słoneczko!

Ukryj, Słoneczko, twoje jasne Zorze,

Aby powiał wiatr deszczowy

I napełnił nasze wyschnięte jezioro,

Aby wyrosła trawa porodowa

I aby napiła się Twoja pierwsza miłość

I aby urodziła sławne dziecko;

Nie może dłużej męczyć się Twoja ukochana”.

Słońce ich prośbę usłyszał,

I pozasłaniał swoje jasne Zorze,

Nie grzeje on więcej ziemi,

Póki Juda znajdzie trawę porodową.

Wtedy zawiał deszczowy wiatr,

I napełniło się wyschnięte jezioro,

Tylko napełniło się, wyrosło zioło.

Tam znalazła Juda zioło porodowe

I poszła przez szerokie pole do pierwszego króla.

Tam znalazła dziewczynę Wałkanę,

Która cierpiała i rodziła w trudnym porodzie,

Dusza jej już jęczy krzykiem!

Ledwo łapiąc oddech, dusza powiedziała Judzie:

„Czemu stoisz, Judo, na co czekasz,

Dlaczego nie dajesz zioła porodowego?

Albo w ciężkim porodzie rodzę,

Albo młoda mogę umrzeć”.

Juda daje jej taką odpowiedź:

„Nie trzeba płakać, dziewczyno Wałkano!

Zbyt długo zajęło mi dotarcie do Ciebie,

Poród już kończy się, i Ty rodzisz”.

Wtedy wyjęła Juda z pazuchy ziele porodowe,

Przygotowała je, aby pić,

Tylko wypiła zioło porodowe,

Urodziło się małe sławne dziecko:

Włosy ma złote, pozłacane!

Jego oczy, jak głębokie źródło!

Tylko upadło ono na ziemię,

Cała ziemia pod nim zatrzęsła się!

Z matką ono już prowadzi rozmowę:

„Oj mamo, droga, rodzona!

Żal, mamo, że tatusia nie ma na ziemi,

Mój tatuś w górze, aż nad obłokami,

Nie ma nikogo aby zrobić dla mnie przyjęcie,

Aby byli goście, i wszyscy młodzi”.

„Synku, nie martw się o to!

Przyjęcie zorganizuje mój ojciec,

Ten, który jest pierwszym królem na ziemi,

Z nim rządzi siedemdziesięciu królów”.

Wtedy zaczął król organizować przyjęcie,

Byli tam goście, i wszyscy młodzi;

Gości karmiono i pojono trzy tygodnie,

Dziecku nadano imię król Sincze,

Dopiero wtedy rozjechano się do domów.

Dziecko samo pozostało w pałacu

I zamyśliło się, pomyślało i mówi:

„Oj mamo, droga mamo!

Twój ojciec — pierwszy król na ziemi.

Tu pole jego jest bardzo wąskie,

Ludzie nie mają tu gdzie mieszkać,

Kto już jest starzy, wszyscy osiedlili się,

Kto jest młody, nie ma gdzie mieszkać!

Powiedz, mamo, gdzie jest inny kraj?

Do innego kraju muszę iść.

Kto jest młody, wszyscy powinni ze mną iść,

Dla nich będę pierwszym królem,

A Twój ojciec aby tu mieszkał,

Kto starzy, z tymi powinien tu dożyć”.

„Jest, synu, inna ziemia urodzajna,

I mój ojciec chodził tam jej szukać;

Karą od Boga przeklęta Sura Łamija,

Która zajęła ziemię urodzajną.

Na brzegu Dunaju siedzi Sura Łamija

I nikomu nie daje tam przejść,

Ptak nawet nie przeleci,

Tylko kto pójdzie do jej ziemi,

Kto pójdzie, z powrotem nie powraca,

Tam szeroka ziemia jest najurodzajniejsza”.

Jak usłyszało to małe dziecko,

Rozgniewało się ono i rozsierdziło,

Pokręciło głową, potem odpowiada:

„Sam jestem mały, mamo, jeszcze w wieku,

Czy naprawdę nie można pokonać Sury Łamii?

Będę czekać jeszcze trzy lata,

I wtedy z nią powalczę,

Wyrwę jej czarną wątrobę z serca!”

„Milcz, synu, nie śmiej tak mówić!

Masz wielu junaków na ziemi,

Niech oni walczą z Łamiją w bitwie.

Wrzucą ją na dno białego Dunaju:

Tak dzielnie ją w walce pokonasz!”

„Jak podrosnę, mamo, wtedy zobaczysz,

Że jestem junakiem na ziemi!”

„Bóg Tobie, mój synu, pomoże,

Aby zaludnić ziemię urodzajną,

Dlatego że tu młodzi nie mają gdzie mieszkać.”

Tak rośnie dziecko, większe podrasta,

Kiedy podrosło do wieku trzech lat,

Jego ręka stała się twardsza od kamienia,

I wtedy zaczął wołać,

Aby pójść na szerokie pole

Z dziewczynami i junakami, którzy byli młodzi,

I wezmą strzały pozłacane

I wejdą oni do wielkiego miasta teraz już z młodym królem,

Który przyprowadzi ich na ziemię urodzajną,

Tam oni zbudują sobie jaskinie,

I zasieją białe urodzajne zboża,

Królem u nich będzie ten młody król.

Wzywał wszystkich tam osobiście trzy tygodnie.

Aż wszyscy usłyszeli królewskiego rumaka

I wzięli wszyscy młodzi strzały pozłacane

I wyprawili się już z młodym królem.

Młody król wskoczył na szybkiego konia,

Szybkiego konia, który wzbija się wysoko do nieba,

Potem młody król powiedział słowa:

„Bądźcie zdrowi, młodzi, moi wierni przyjaciele!

Dosiądźcie szybciej szybkich koni

I niczego nie bójcie się,

Bóg nam będzie pomagać.

W bitwie pokonamy przeklętą Surę Łamiję,

Która zajęła ziemię urodzajną

I nie daje ani ludziom tędy przejść,

Ani ptakom przelecieć,

Tylko rozszerzyła ona ziemię urodzajną,

Chociaż i Gospodzin jej zgody nie dawał”.

Jak usłyszeli go młodzi junacy,

Serca ich rozradowały się i zapłonęły,

A dziewczyny bardzo gorzko zapłakały,

Że zostawiają ojcowską ziemię

I idą do obcej nieznanej ziemi.

A co odnosi się do młodego króla, to on chytrze je uspokajał:

„Milczcie, dziewczyny, nie płaczcie!

Wy będziecie kopać ziemię urodzajną,

Będziecie siać białe urodzajne ziarna,

Kto Was ujrzy, będzie zazdrościć,

Że Wy zaludniłyście ziemię urodzajną,

Jakiej więcej nie ma nigdzie na ziemi”.

Dopiero wtedy serca dziewczyn rozradowały się,

I pojechały one na szerokie pole.

Wędrowali oni, wędrowali wszyscy, aż dotarli do brzegu białego Dunaju.

Jak ujrzała ich przeklęta Sura Łamija,

Od razu wylazła ona z białego Dunaju

I czekała na nich pod drzewem w wąwozie,

Aby wszystkich utopić w Dunaju.

I jak król Sincze ujrzał Surę Łamiję,

Ze strachu serce mu załomotało!

Zatrzymał on szybkiego konia

I swoim przyjaciołom mówi, powiada:

„Stójcie, witalni junacy, zaczekajcie,

Widzieliście, co dla nas przygotowuje Sura Łamija?”

Wtedy wszyscy zatrzymali się i stanęli pod drzewami,

I dziwią się i zastanawiają, co robić?

Król Sincze przywiązał szybkiego konia

I klęknął na ziemi,

Potem z modlitwą prosił samego Boga:

„Oj Ty, Boże, drogi Boże!

Spójrz, Boże, na nasze nieszczęście

I ześlij nam swoją pomoc z nieba,

Aby w bitwie pokonać złą Surę Łamiję,

I by dojść już na urodzajną ziemię.

Tam wszystkie trzeby będziemy Tobie składać,

Które są Tobie najprzyjemniejsze i najmilsze,

Czarnego ptaka, który tylko latał”.

Bóg wysłuchał jego modlitwę

I posłał małą Diefę do Ogniowego Boga,

Aby wieść mu przyniosła i powiedziała,

Aby wykrzesał z nieba potężny ogień,

Aby spłonęła przeklęta Sura Łamija,

Która zajęła urodzajną ziemię

I nie daje przejść ani człowiekowi,

Ani ptakowi, aby przeleciał.

Wtedy poszła pomocnica aż do Ogniowego Boga

I powiedziała mu Boskie polecenie,

Nie zatrzymała się, nie poczekała,

Tylko zstąpiła w dół do pałacu.

Wtedy wybuchł wielki ogień z niebios;

Kiedy ogień spadł w dół na ziemię,

Ziemia zaczęła ciemnieć i pociemniała,

W ciemności nie było niczego widać,

Tylko król Sincze usłyszał straszny głos,

Jak krzyczała, jak płakała Sura Łamija.

Ledwo łapiąc oddech, jej dusza powiedziała:

„Bóg Cię ukarze, królu Sincze!

Że mnie młodą zgubiłeś,

Teraz przejdziesz na urodzajną ziemię”.

Swoich słów jeszcze nie wypowiedziała

I rzuciła się w biały Dunaj;

Tak ziemia wybawiła się od Sury Łamii,

Która władała nią tysiąc lat.

Król Sincze bardzo uradował się,

Że Łamija utonęła w białym Dunaju.

Przyszedł tutaj i dziwi się, rozmyśla,

Jakże przejść przez biały Dunaj?

Dlaczego nie mam konia pływającego po wodzie?

Co przeniesie mnie przez biały Dunaj?

Wtedy prosi z modlitwą jasne Słońce:

„Słoneczko, jasne Słoneczko!

Wejdź, moje Słoneczko, do Twojego jasnego pałacu

I oprzyj się jasną Zorzą o biały Dunaj,

I wysusz go, jak suche pole,

Aby wszyscy przeszli do urodzajnej ziemi”.

Wtedy Słońce jego modlitwę usłyszał,

Wszedł do swego jasnego pałacu

I oparł się jasną Zorzą o biały Dunaj.

Zorza stała dwa dni i dwie noce,

Dopiero wtedy wysuszyła Dunaj,

I stał się, jak suche pole,

Nie ma wielkiej rzeki, nie płynie ona!

Tak przeszedł król Sincze biały Dunaj,

Przeszli z nim i młodzi junacy,

I w rękach trzymają złote strzały;

Jeszcze nie zniknął strach przed Surą Łamiją,

Że ona nie wylezie się z białego Dunaju.

Dopiero wtedy im do serca dojdzie.

Tu im król mówi taką mowę:

„Bądźcie zdrowi, junacy, moi przyjaciele!

Złapcie i nieście czarnego ptaka, który latał,

Kiedy staniemy nogami na urodzajną ziemię,

Trzeby złożymy od nas Wielkiemu Bogu,

Dlatego że pozbyliśmy się Sury Łamii

I przeszliśmy przez biały Dunaj”.

Jeszcze król nie zdążył wypowiedzieć mowy,

Wszyscy młodzi pobiegli na szerokie pole,

Gdzie fruwają czarne ptaki,

I łapią i przynoszą czarnego ptaka,

Młody król złapał nawet dwa;

I trzebę złożyli Wielkiemu Bogu,

Że w końcu wybawił ich od Sury Łamii.

Trzeba poszła prosto do Wielkiego Boga,

On posłał młodemu królowi potężną strzałę,

Z nią król pokona wszystkich wrogów

I będzie pierwszym królem na ziemi.

Kiedy oni składali trzebę,

Nogami stanęli na urodzajnej ziemi;

Stąd, gdzie ziemia była urodzajna,

Sami przynieśli białe zboże, aby uprawiać,

Król zaś spodobała się ziemia urodzajna,

Tam on zbudował nowe duże miasto,

A zasiedlili je wszyscy młodzi, którzy przybyli.

Już inni usłyszeli o ziemi urodzajnej,

I nie doszli, nie wystąpił inny król.

A że tam były kobiety i młode dziewczyny,

To zaczęły one kopać pole

I siać białe urodzajne zboże.

Tak ostała zasiedlona nasza urodzajna ziemia,

Tak zostały ustanowione takie dni, kiedy można kopać i kiedy siać.

To wszystko stworzył król Sincze!

I ustanowił Bóg, aby tę pieśń śpiewać,

Od Boga zdrowie, a ode mnie pieśń.

VII. Małżeństwo Tałatinskiego króla z córką Sitskiego króla

Talatinski król zaczął się starzeć,

I teraz zapragnął ożenić się,

Dlatego że jego stara matka zestarzała się,

Nikogo nie było teraz aby się nią zaopiekować,

Trzeba przyprowadzić ukochaną, godną go.

Cały rok szuka, i nie może znaleźć.

Aż nie przyszedł do pustej zapuszczonej ziemi,

Gdzie znalazł ukochaną, godną jego.

Która świeci jak jasne Słońce!

Tam zaręczył się Tałatinski król.

Potem powrócił do swej krainy

Bogate wesele zaczęli urządzać,

Na ziemi niewiasty pochodzącej z pustej zapuszczonej ziemi.

Zaczęli świętować huczne wesele.

Na wesele zaproszono siedemdziesięciu królów,

Którzy byli pobratymcami jego ojca.

I zebrali się iść za młodą niewiastą.

Zanim dotarli, minął miesiąc,

Dopadła ich zimna zima,

Od silnego mrozu zamarzło morze,

Czy można iść po morzu tak, jak po suchym lądzie?

Tylko przeszli na pustą zapuszczoną ziemię,

Na niebie wiosną wzeszła letnia gwiazda,

I lód na morzu roztajał.

Na pustej ziemi siedzieli trzy miesiące,

Aż Sitski król dał błogosławieństwo,

Aby zabrać ze sobą młodą niewiastę.

I gościł ich Sitski król trzy miesiące,

Ugościł ich już i napoił ich.

Otworzył król piękny skarbiec

I wyjął złotą pozłacaną skrzynię,

A skrzynia była dla młodej niewiasty.

I oddaje skrzynię Talatinskiemu królowi:

„Błogosławię Ciebie, drogi zięciu!

Aby za rok dziecko urodziło się”.

Swoich słów jeszcze nie wyrzekł,

Uronił małe łzy,

I wspiął się na wysoki mur,

Aby zobaczyć, czy zamarzło morze,

Aby przejść przez morze na bogate wesele.

Jednak morze było rozmarznięte,

I zastanawia się on i rozmyśla,

Jak można na bogate wesele przepłynąć przez topniejące morze?

I na razie z modlitwą prosi Boga:

„Oj Ty, Boże, drogi Boże!

Przyjdź, Boże, powiej silnym wiatrem,

Aby przyszła zima i morze zamarzło,

I aby przeszło po morzu bogate wesele,

Aby dotrzeć do Tałantinskiej ziemi”.

Tylko on z prośbą pomodlił się,

Gospodzin wysłuchał jego modlitwy

I powiał silnym wiatrem.

Tylko powiał, pojawiła się zimna zima

I morze od razu zamarzło.

Dopiero wtedy zaczęto bogate wesele

I przeszła przez zamarznięte morze.

Podczas gdy szli, cały miesiąc upłynął.

Wtedy błysnęła wiosną letnia gwiazda,

Na polu zaczęła wyrastać trawa,

A w pałacu wawrzyn zazielenił się.

Na wawrzynie stoi stara matka króla

I patrzy daleko w pole.

Wtedy ujrzała, że idzie bogate wesele,

Zeszła ona z wawrzynu na szeroki dziedziniec

I oczekuje bogatego wesela.

Patrzy na bogate wesele,

Niewiasty ona w ogóle nie widzi!

„Bądź zdrów, synu, drogi synu!

Jak urządzimy bogate wesele

I zaprosimy siedemdziesięciu królów,

Którzy są pobratymcami Twojego ojca,

I odeszli już do pustej zapuszczonej krainy.

Dlaczego wróciłeś bez niewiasty?

Nie znalazłeś ukochanej, godnej Ciebie?”

„Znalazłem, mamo, biała i przepiękna;

Podaj mi prawą rękę, aby pocałować,

Że znalazłem pierwszą miłość, godną mnie,

Aby Tobie zapewniła opiekę na starość”.

„Nie oszukuj, synu, starej matki!

Póki nie zobaczę młodej niewiasty,

Nie będę dawać Tobie ręki do pocałunku”.

Po takiej przemowie wspięła się na mur,

Aby ugościć siedemdziesięciu królów,

Którzy bardzo zmęczyli się,

Gdyż byli na weselu w pustym kraju.

Dlaczegóż niewiasty tutaj nie przyprowadzili!

Tałatinski król odszedł wściekł się,

I otworzył złotą pozłacaną skrzynię,

Ze skrzyni niej wyszła do nich niewiasta.

Od jej twarzy świeci słońce!

Jak zobaczyła ją stara matka,

Obejmuje ją, całuje ją,

Mówi ona królowi, powiada:

„Oj Ty, synu, drogi synu!

Wiele Ty, synu, podróżowałeś,

Póki nie znalazłeś ukochanej, godnej Ciebie.

Błogosławię Ciebie, niech tak będzie.

Co znalazłeś, to do Ciebie pasuje.

Pocałuj teraz moją prawą dłoń

I ugość gości siedemdziesięciu królów;

Niech usługuje im Twoja pierwsza miłość

I ugości gości siedemdziesięciu królów”.

Ucztowali z gośćmi trzy tygodnie,

Usługiwała im młoda niewiasta.

Kiedy ona usługiwała, jak słońce świeciła!

Pochwałą ją wysławiało siedemdziesięciu królów,

Że nie ma drugiej takiej, jak ona!

Że był u nich Fiejski król,

To on powiedział siedemdziesięciu królom:

„Bądźcie zdrowi, Wy, siedemdziesięciu królów!

Czemu Wy chwałą sławicie młodą niewiastę?

Ona nie była rodzonym dzieckiem ojca,

Nie wychowała się na ziemi,

Przecież ona jest córką jasnego Słońca!

Sitski król dziecka nie spłodził,

I z modlitwą prosił jasne Słońce,

Aby on zszedł się z jego pierwszą miłością,

Tylko po to aby narodziło się dziecko, aby było jego.

Zszedł się jasne Słońce z jego pierwszą miłością,

Tylko zeszli się, i urodziła się mała dziewczynka,

Tak rosła i wyrastała dziewczynka”.

Jak usłyszało to siedemdziesięciu królów,

Że z nimi jest córka jasnego Słońca,

Oni jeszcze ją chwałą wysławiali,

I darowali jej drogie podarki.

Chcieli już wrócić się

I osiodłali szybkie konie,

Potem wyprawili się przez szerokie pole.

Tałatinski król odprowadził ich do morza,

Pocałował, pożegnał się.

Potem go zaprosili, i poszedł on w gości,

I oni ucztowali i gościli go.

„Tylko doczekam się dziecka chłopca,

Będę ponownie na Waszej ziemi,

Przejdę się po Waszym polu.

Przejdę się, a może, i nie przejdę się”.

Wtedy powrócił Tałatinski król do pałacu.

Dopiero wtedy pokochał młodą niewiastę,

Kochał ją nie krótko nie długo trzy lata,

Jeszcze nie ma dziecka, którego on pragnie;

I zaczął on smucić się i był przygnębiony.

Nie chodzi on pospacerować po polu,

Otworzył ciemne lochy,

Które były dla Judy Samuiły,

I młodą żonę zamknął w więzieniu,

Nie przychodzi ani do matki, ani żony,

Tylko z modlitwą prosi Boga,

Aby dał mu dziecko z całego serca:

„Oj Ty, Boże, drogi Boże!

No daj mi dziecko, Boże, z całego serca,

I nie miła mi pusta zapuszczona ziemia.

Jeśli dasz mi dziecko z całego serca,

To złożę Tobie trzebę z dziewięciu byków

I ugoszczę gości, siedemdziesięciu królów”.

Dwa lata prosił on z modlitwą,

Z ciemnych lochów nie wychodził,

Tylko czekał na wieści z niebios.

Prośba jego była z całego serca.

Nawet i małe łzy ronił.

Jeden dzień tylko wodę pije,

Przez dwa dni tylko suchy chleb je,

Na tydzień ubiera czarną koszulę,

A do pałacu wcale nie chodzi,

I jego twarz stała się pomarszczona,

Jego kości całkiem wyschły!

Dwa lata z lochu nie wychodził.

Zastanawia się pierwsza miłość, gdzie on jest,

Niczego nie wie, gdzie on chodzi:

Czy po polu się przechadza?

Lub w gości wyprawił się nawet do pustej zapuszczonej krainy?

Tak ona zastanawia się i płacze:

Gdzie ją usłyszała Juda Samuiła,

Która była w ciemnych lochach.

I już wyszła już do niej do pałacu

I powiedziała jej nowinę i co robić,

Gdzie jest jej pierwsza miłość.

Ona prowadzi z nią taką rozmowę:

„Czemu Ty dziwisz się, niewiasto, i jeszcze płaczesz?

Tałatinski król nie przechadza się,

Nie ma go i w gościach na ojcowskiej ziemi,

Tylko zamyka się tylko w ciemnych lochach

I z modlitwą prosi Boga,

Aby dać mu dziecko z całego serca”.

Kiedy usłyszała to młoda niewiasta,

Zamknęła się w swojej złotej sypialni

I z modlitwą prosi ona Boga,

Aby dał jej dziecko z całego serca.

Modliła się tak całe dwa lata,

Dopiero wtedy Gospodzin wysłuchał ich modlitwę

I posłał z niebios Żiwę Judę,

Aby poszła do ciemnych lochów

I aby powiedziała Tałatinskiemu królowi,

Aby powiedziała sposób, co ma robić,

Dlaczego jego modlitwa doszła do Boga

I Gospodzin jego modlitwę wysłuchał;

Dziecko zostało zniesławione, ale dał mu je z całego serca.

Aby nie siedział więcej w ciemnych lochach,

Tylko aby przyszedł do pierwszej miłości,

Nie tracił na nią czasu i obcował,

Póki nie napełni, aby stała się brzemienną,

Wtedy rodzi przepiękne, sławne dziecko,

Które będzie nadzwyczajnej siły:

Od matki jeszcze nie odejdzie,

Całą ziemią będzie trząść,

Będzie kołysać, jak kołyskę!

Wtedy zstąpiła z niebios Żiwa Juda,

Tylko weszła oba do ciemnych lochów,

Gdzie znalazła Tałatinskiego króla, który płakał,

I mówi mu, powiada:

„Zamilknij, królu, nie trzeba płakać!

Gospodzin wysłuchał twoją modlitwę

I posłał mnie do Ciebie, aby powiedzieć,

Aby wskazać Tobie sposób, a Ty wykonaj,

I będziesz miał dziecko z całego serca.

Tylko wstaniesz i pójdziesz do pałacu,

Nie trać czasu, obcuj z pierwszą miłością,

No, napełnisz ją, aby stała się brzemienną,

Wtedy urodzi przepiękne, sławne dziecko,

Które będzie nadzwyczajnej siły:

Od matki jeszcze nie odejdzie,

Całą ziemią będzie trząść,

Będzie kołysać, jak kołyskę!”

Jak usłyszał to Tałatinski król,

Serce jego bardzo rozradowało się,

Potem Judę z błaganiem prosi,

Aby jeszcze nie odlatywała do niebios,

Tylko poczekała chwilę w lochu,

Tylko on dojdzie do domu

I przyniesie jej czystego chleba, szkarłatnego wino,

Aby ona pojadła i popiła,

Że okazała mu pomoc.

„Będę czekać, królu, póki nie doczekam się.

Tylko nie zatrzymuj się zbyt długo,

Dlatego że muszę już iść do niebios do Boga,

Aby z modlitwą go prosić,

I aby dał naszemu Judinskiemu królowi dał dziecko,

Gdyż trzy lata dziecka nie miał

I smucił się, żalił się, jak i Ty”.

Poczekaj, Judo, zaraz odejdziesz,

I poszedł do domu do jego miasta,

Dwa dni trzeba iść tylko do domu,

On zaś dotarł za dwie godziny.

Tam wszedł na szeroki dziedziniec

I ukochaną głośno zawołał:

„Ej, pierwsza miłości, wyjdź na wysoki mur,

Abym zobaczył twoją białą twarz,

Która świeci, jak jasne słońce!

I ujrzę Ciebie, i powiem Tobie,

Że urodzisz chłopca z całego serca.

Bóg naszą modlitwą wysłuchał

I przekazał mi wieść w więzieniu,

Że urodzisz chłopca z całego serca.

Tę wieść przyniósł Żiwa Juda Samuiła,

Że pierwsza wołchwinia u Juninskiego króla

Okazuje jeszcze i pomoc Bogu.

Tam Juda bardzo nacierpiała się,

Przynieś jej jedzenia, aby ugościła się,

Jedzenie, aby ugościła się, szkarłatnego wina popić,

I wróć do pałacu, do mojego miasta.

Polecenie daję Tobie, abyś przygotowała jedzenie,

Dlatego że Juda oczekuje w więzieniu”.

Jego pierwsza miłość jeszcze tam śpi,

Tylko usłyszała pierwsza miłość, że o niej mowa,

Wstała ona ze złotego łoża

I wyszła na szeroki dziedziniec.

Jak ujrzała ona smutną pierwszą miłość,

Obejmuje go i całuje go,

I mówi mu, powiada:

„Czemu Ty, ukochany, schudłeś na twarzy,

Czy twoje kości wyschły?”

„Nie pytaj mnie, nie wypytuj,

Tylko przygotuj smaczną wieczerzę

I odnieś wszystko Judzie Samuile,

Dlatego że już odchodzi do niebios do Boga,

Z Modlitwą będzie prosić Boga,

Aby Judinskiemu królowi także dał dziecko,

Ponieważ trzy lata nie ma dziecka,

Dlatego jego serce jest poranione.

Ty, moja pierwsza miłości, zakasaj rękawy

I zamieś ciasto na czysty chleb;

Jak podejmiesz się pracy białymi dłońmi,

Twoje dłonie pobieleją, jak płatki śniegu!”

I Tałatinski król poszedł już do stada,

Aby złapać ostatniego wielkiego barana,

Tylko miesięcznego białej rasy

I tylko mlekiem karmionego.

Złapał go i złożył trzebę Bogu,

Potem oddał go dał głównemu kucharzowi,

Który wie, jak go przygotować;

Aby przygotował główny kucharz smaczną, pożywną potrawę,

Którą będzie jeść Juda Samuiła.

Tu pierwsza miłość miesi czysty chleb,

A także nalewa szkarłatne wino.

Główny kucharz przygotowuje pyszne danie,

A król szyje piękną złotą szatę,

Aby zrobić podarek Judzie Samuile;

Będą nosić szatę i go wspominać.

Wtedy pierwsza miłość zamiesiła czysty chleb

I nalała do dzbana szkarłatnego wina;

Główny kucharz przygotował pyszne, pożywne danie,

A król złotą szatą pozłocił,

Pozłocił ją, ozdobił ją

I załadował wszystko na swoją jasną karetę,

Która świeci, jak jasne Słońce!

Tylko on załadował, Słońce zadrżał

I ukrył w swoim pałacu,

Goście ucztowali ze starą matką;

Słońce zadrżał, i pole pociemniało.

Zrobiło się tam całkowicie ciemno.

Nikt nie chodzi, ani nie spaceruje po polu.

I jasna kareta jest ciemna-przeciemna,

Nie świeci jak jasne Słońce.

Tu czekali na Tałatinskiego króla

Wczesnym rankiem, aby pójść do lochu

I spotkać tam Judę Samuiłę.

Tylko błysnął Słońce i zaświecił,

Wyprawili się iść do ciemnych lochów,

I poszli, poszli przez szerokie pole,

Gdzie doszli do ciemnych lochów.

Szukali tam Judę Samuiłę,

Juda zaś uciekła z mrocznych lochów!

Uciekła ona prosto do niebios do Boga,

Aby z modlitwą prosić go,

Aby dał Judinskiemu królowi dziecko,

Nie wolno pozwolić, aby jego serce było poranione,

Nie poranione, nie zgorzkniałe.

Poszła ona do nieba do Boga,

Gospodzin jej prośby wysłuchał

I posłał ją do Judinskiej ziemi,

I Juninskiemu królowi wieść przekazał,

Że urodzi się mu dziecko z całego serca.

Tałatinski król czekał na Judę w więzieniu.

Juda prawie tam nie dotarła!

W końcu już mu to się znudziło,

I głośno zakrzyknął, aby przywołać:

„Ej Ty, Judo Żiwa Judo!

No gdzie Ty jesteś, no gdzie,

Jeśli przyjdziesz do ciemnych lochów,

Ugoszczę Cię jadłem, szkarłatnym winem napoję,

Jeszcze podaruję podarki — złotą szata,

Dobrą złotą szatę!

Szatę będziesz nosić, mnie wspominać”.

Juda Samuiła ucztuje w gościach,

Ucztuje w gościach u Judinskiego króla,

Dlatego że wieść przyniosła tylko od Boga,

Że jemu także urodzi się dziecko z całego serca.

Jak usłyszała Juda na uczcie,

Że przyzywa ją Tałatinski król,

Skoczyła od stołu na nogi,

Aby założyć latające skrzydła

I odlecieć i przybyć na Tałatinską ziemię.

Król mówi jej, namawia:

„Siądź, Judo, nie trzeba wstawać od uczty,

Tylko podaruję Tobie śnieżnobiałe szaty,

Nie maszynowej, a ręcznej roboty,

Które szyła moja pierwsza miłość”.

„Nie siądę więcej do uczty,

Dlatego że pójdę do Tałatinskiej ziemi,

Ugości mnie jadłem Tałatinski król,

Że mu sama wieść przyniosłam,

Gdyż urodzi się mu dziecko z całego serca.

Przecież trzy lata nie miał dziecka!”

„No czekaj, Judo, podaruję Tobie podarki.

Przecież Ty byłaś moją pierwszą wołchwinią,

I w ogóle jesteś dla mnie jak siostra.

Oto daruję Tobie śnieżnobiałe szaty,

Nie maszynowe, a ręcznej roboty,

Które szyła moja pierwsza miłość.

Jak założysz, Judo, śnieżnobiałą suknię,

Od razu będziesz jak młoda Diefka,

Która okazuje pomoc tylko Bogu”.

Wtedy poderwała się Juda, aby odlecieć;

Tylko przybyło do Tałatinskiej ziemi, cały las zmiażdżyła,

Las zmiażdżyła, pole podeptała.

Przeleciała nad polem i przyleciała,

Od razu poszła do ciemnych lochów,

Gdzie znalazła Tałatinskiego króla.

On złoty stół jej nakrył,

Na stole w rzędzie stoją złote misy,

A na misach pyszne potrawy;

Czary napełnione szkarłatnym winem,

Szkarłatnym winem trzyletnim.

„Dobre rano Tobie, Tałatinski królu!

Czemu mnie szukałeś, królu, czemu mnie wołałeś?

Twój głos słyszano nawet w Judińskiej ziemi!”

«Niech Bóg da Tobie dobro, Judo Samuiło!

Podejdź szybciej do mnie, Judo,

Albo będziesz czekał w ciemnych lochach.

Lepiej pójdźmy do mojego miasta i do pałacu:

Przygotowałem jedzenie, wino nalałem,

Aby Ciebie ugościć i Ciebie napoić,

Że przyniosłaś wieść od samego Boga,

Że urodzi się dziecko z całego serca.

Przychodziłem do lochu, ale Ciebie nie znalazłem

I głośno krzyczałem, Ciebie przyzywałem:

No gdzie Ty jesteś, no gdzie,

Abyś zjadła moje pyszne jedzenie

I wypiła trzyletniego szkarłatnego wina;

Potem podaruję Tobie podarek — złotą szatę,

Drobną złotą szatę,

Abyś ją nosiła i mnie wspominała.

Za to, że przyniosłaś mi wieść od Boga,

Że urodzi się dziecko z serca.

Widzę, Judo Samuiło,

Teraz jesteś odziana w śnieżnobiałe szaty,

Wyglądasz jak młoda Diefka,

Która okazuje pomoc tylko Bogu”.

„Ale nie Diefką, jest sama Juda!

Judinski król podarował mi w podarku śnieżnobiałe szaty,

Które szyła jego pierwszą miłość,

Dlatego że ja sama przyniosłam mu wieść,

Że także jemu urodzi się dziecko z całego serca,

Przyszłam do ciebie, królu, i czekałem na Ciebie w więzieniu,

I tak na Ciebie czekałem, póki Słońce skłoniło się,

Ale Ty mnie oszukałeś, okłamałeś!

Wtedy wyprawiłam się do niebios prosto do Boga,

Aby z modlitwą go poprosić

I Judinskiemu królowi także aby dał dziecko z całego serca”.

„Nie ja, Judo oszukałem i okłamałem.

Tylko załadowałem moją jasną karetę,

Słońce już całkiem zaszedł,

Skrył się zatem w swoim pałacu.

Gości ugaszczała stara matka.

Tylko Słońce zaszedł, pole pociemniało,

I zrobiło się nam bardzo ciemno,

I jasna kareta także pociemniała,

Nie świeci, jak jasne Słońce,

Nie może poruszać się po polu.

Tylko Słońce promieniem błysnął,

Wtedy pomknąłem do ciemnych lochów.

Wybacz mi, Judo, że spóźniłem się,

Usiądź za stół i pojedz”.

„Przebaczenie dla Ciebie, królu, i ode mnie!”

„Usiądź, Judo, aby pojeść,

I pojeść i do wina także popić”.

Zjadła trochę, potem całe jedzenie zjadła,

Wypiła trochę, potem całe wino wypiła,

Nie zostawiła niczego na stole!

Potem założyła latające skrzydła,

Chce już iść i uciec.

Wtedy wstał Tałatinski król na nogi

I otworzył piękne skrzynie.

I wyciągnął piękne złote szaty

I podarował podarek Judzie Samuile,

Tylko Juda Samuiła je założyła,

Potem oddaje je Tałatinskiemu królowi:

„Odnieś złote szaty do pałacu

Kiedy Twoje dziecko dorośnie,

Niech nosi złote szaty,

Potem nikogo nie będzie bać się”.

Swojej mowy Juda nie wypowiedziała,

Wzbiła się i oddaliła.

A Tałatinski król wskoczył do jasnej karety

I pojechał do miasta i swojego pałacu.

Miesięczina już zniknęła na niebie,

Wtedy obcował on z pierwszą miłością,

Obcował, nie tracił na darmo czasu,

I napełnił ją, i pierwsza miłość stała się brzemienna.

Jak zobaczył Tałatinski król,

Że jego pierwsza miłość stała się brzemienna,

Dopiero wtedy jego serce rozradowało się;

Chce wyprawić się w podróż po ziemi

I zobaczyć się z dostojnymi pobratymcami,

No i jadłem ugościć siedemdziesięciu królów.

Wskoczył on na znamienitego rybę-konia,

Który może pływać po morzu

I latać jak ptak po polu.

Pomknął on i przeleciał przez pole,

A pierwsza miłość poleciła mu i nakazała,

Aby objechał wszystkie ziemie

I zajechał do ojczystej ziemi

I zobaczył, co robi tam robi rodzony tata?

Potem by wędrować, podróżował,

Przemierzał wszystkie znane ziemie

I spotkał z dostojnymi pobratymcami,

By ucztował z siedemdziesięcioma królami.

Wtedy wyprawił się on na koniu przez morze

I przybył na zapuszczoną Sitską ziemię,

Idzie prosto do dziadka do pałacu.

A on stoi na wysokim murze twierdzy

I patrzy daleko w morze,

Czy nie idzie jego rodzona córka!

Jak ujrzał on Tałatinskiego króla,

Wyszedł od razu na szeroki dziedziniec,

Obejmuje go, całuje go,

Potem pyta go i wypytuje go:

„Gdzie ona, królu, Twoja pierwsza miłość?

Dlaczego jej w gości nie przywiozłeś?”

„Moja pierwsza miłość całuje Twoją dłoń,

Nie może przyjechać do twojej ziemi,

Dlatego że stała się ciężarna, brzemienna,

Musi urodzić sławnego chłopca,

Który będzie władać wielką siłą,

Od matki jeszcze nie odejdzie,

A cała ziemia będzie kołysać się,

Będzie kołysać się jak kołyska!”

Jak usłyszał to Sitski król,

Jego serce bardzo rozradowało się.

Tylko wspiął się na mur twierdzy

I wezwał młodego sługę,

Posłał go, aby objechał wszystkie ziemie

I zaprosił siedemdziesięciu królów,

Aby przyszli na opustoszoną Sitską ziemię,

Na ucztę w gości do Sitskiego króla;

Aby wnukowi ofiarować imię od Boga,

I aby zobaczył swojego młodego zięcia.

W końcu będzie miał małego sławnego wnuka,

Dlatego że jego córka stała się brzemienną.

Potem wezwał przez młodego sługę siedemdziesięciu królów,

Aby przyszli na opuszczoną Sitską ziemię.

W gościna ucztę do Sitskiego króla,

Że widział on swojego młodego zięcia

I będzie miał małego sławnego wnuka,

Dlatego że jego córka stała się brzemienną.

Wtedy pojechało siedemdziesięciu królów na pustą zapuszczoną ziemię,

Wszyscy osiodłali rybne konie,

Które przepływają szerokie morze.

Minęli rozmarznięte Sitskie morze

I przyjechali do Sitskkego nowego miasta.

Jak Sitski król zobaczył, że oni idą,

Wyszedł im naprzeciw na szerokie pole,

Obejmuje ich, całuje ich

I prowadzi ich do swego pałacu,

Aby posadzić ich i napoić ich.

Sitski król jeszcze jedzenia nie przygotował,

Aby ugościć siedemdziesięciu królów:

Czekał, kiedy będzie pełnia księżyca,

Tylko wtedy można otrzymać Boże imię.

Trzebę należy złożyć samemu Bogu,

Tu złożyli oni trzebę z tysiąca jałowych krów

I jeszcze trzebę z tysiąca puszystych baranów.

Kiedy składają trzebę, krew płynie rzeką.

Nowego miasta nie widać zza krwawej rzeki!

Tu urządzili bogatą sławną ucztę,

Wino nalewali dwa tygodnie.

I przygotowali gościnę,

Nakryli złoty stół,

Za stołem siedzi siedemdziesięciu królów

I czekają na gościnę, aby pojeść.

Charapinskiego króle jeszcze nie ma, nie dojechał,

Zaprosił go Tałatinski król,

Gdyż on kochał dziewczynę Talianę,

Która nie była mu obojętna.

Czekali na niego dwa dni, potem trzy dni,

Nadal go nie na, jeszcze nie dojechał.

Wtedy już siedemdziesięciu królów zaczęło ucztować,

I wszyscy jedzą i wszyscy piją.

Najedli się oni i napili się oni,

I zaczęła się zabawa złotej uczcie,

Ktoś pieśni śpiewają, ktoś na rogu gra.

Wtedy zjawił się Czarny Charapin,

Przyjechał na słynnym rybie-koniu;

Jak ujrzało go siedemdziesięciu królów,

Podnieśli się z uczty na nogi

I posadzili go na czele stołu,

Gdyż był on bardzo zmęczony,

I aby on pojadł i aby popił;

I obiecali mu przebaczenie,

Że na niego dwa dni i potem trzy dni czekali!

Wtedy siadł Charapinski król na czele,

Oprzytomniał, ale nie je i nie pije,

Tylko uśmiecha się do wąsów!

I pyta siedemdziesięciu królów i zapytuje:

„Dlaczego, królu, tak spóźniłeś się?

Być może, morze roztajało?

I nie mogłeś przejechać morza?

Lub Sura Łamija drogę zagrodziła

I tę drogę zajęła?”

„Morze już zaczęło zamarzać,

Mój sławny koń je przepłynął;

Ale drogę zagrodziła mi Sura Łamija,

Drogę zastawiła drzewem w wąwozie,

Nie daje ani w przód, ani w tył iść,

Paszczę otworzyła, oczy wytrzeszczyła,

Chciała mnie pocałować i połknąć!

Dobrze, że Bóg zesłał siłę z nieba,

Wtedy wyjąłem z pazuchy długą szablę,

Rozgniewałem się i wściekłem,

W prawo machnął długą szablą,

Dopiero wtedy Łamija uciekła;

Wtedy rzuciłem się na koniu przez szerokie pole,

Aby dogonić Surę Łamiję.

I ją goniłem, aby przegonić,

Dogoniłem ją nad białym Dunajem,

Wtedy podskoczyłem na konia i jej nogi połamałem!

Jeszcze i teraz ja sam jestem zły, przezły;

Nie chce się mi jeść, ani pić,

Krew się we mnie bardzo zakipiała,

I nie mogę za stołem siedzieć;

Wstanę na nogi, zatańczę w korowodzie”.

Swoich słów jeszcze nie wypowiedział,

Wstał on od złotej uczty

I tańczył korowód na złotej uczcie.

Potańczył chwilę ten taniec,

Zza pazuchy wyciągnął długą szablę,

Z szablą tańczy na uczcie,

Tałatinskiego młodego króla chce zgubić,

Który kochał jego pierwszą miłość pannę Talianę.

I zamachnął się szablą na Tałatinskiego króla,

Ale Bóg mu pomógł i szabla go nie dosięgła.

Jak podskoczył Tałatinski król,

Rozsierdził się, wściekł,

Chciał przeprosić siedemdziesięciu królów,

Prosił ich o wybaczenie z błaganiem,

Aby wstać od posiłku na nogi

i zamachnąć się szablą na Czarnego Charapina,

Machnąć szablą, aby spłacić dług,

Chociaż jego szabla nie dosięgła celu.

„Więc, czy wstaniemy, królu, czy nie wstaniemy,

Masz od nas przebaczenie,

Szablą zamachniesz się i spłacisz dług.

Tylko uważaj, zniszczysz Czarnego Charapina,

Dlatego że on jest naszym nieprzyjacielem,

Chciał nas, młodych, zniszczyć.

Wtedy wychodzi z posiłku Tałatinski król,

Podniósł on swoją ostrą szablę,

Szablą machnął nad Czarnego Charapina,

Tylko machnął, jego głowa spadła na ziemię,

Ledwo łapiąc dech, jego dusza przemówiła:

Bóg Ciebie ukarze, Tałatinski królu!

Ty byłeś bardzo silny,

Posiadłeś dziewczynę Talianę,

Którą kochasz trzy lata,

I już ona jest brzemienna z chłopcem”.

Swojej mowy jeszcze nie wypowiedział,

Jego dusza wyprawiła się już do Boga.

Jak siedemdziesięciu królów zobaczyło,

Że Tałatinski król jest taki silny,

W walce pokonał Czarnego Charapina,

Wszyscy wysławiali go chwałą;

Potem zasiadają do złotego posiłku,

Aby pojeść i aby popić,

Siadł do posiłku i Talatinski król,

I zaczął on jeść, i zaczął on pić.

Tylko usiedli, bramy zatrzasnęli,

Wtedy pytają Sitskiego króla i zapytują:

„Kto kołacze, kto puka do żelaznych bram?”

„Jestem pierwszym sługą Tałatinskiego króla,

Jego stara matka wysłała mnie tutaj,

Aby przekazać mu wieść i co ma robić,

Przecież urodził się mu chłopiec,

Chłopiec przepiękny, sławny.

To dziecko jest bardzo silne,

Od matki jeszcze nie odszedł,

Całą ziemią on zakołysał,

Że zakołysała się ona jak kołyska.

Takie silne małe dziecko!”

Jak usłyszał go Tałatinski król,

Że urodził się mu chłopiec,

Chłopiec bardzo silny,

Drogie dary podarował swojemu słudze,

Potem ucałował dłoń Sitskiego króla

I osiodłał słynnego rybę-konia,

Aby pojechać do swojej pierwszej miłości

I zobaczyć słynnego chłopca,

Którego tylko chwałą wysławiano.

Z nim wybiera się i Fiejski król,

Dlatego że był dla niego jak brat z jednej matki.

Jechali oni i ciągle jechali,

Dotarli do Tałatinskiej ziemi.

Miesiąc trzeba było iść na jego ziemię,

Oni przeszli ją za dwa dni!

Tylko pojawili się w pałacu,

Małe dziecko było dowcipne,

Poznało, że idzie jego ojciec,

I zawołało, zakrzyknęło:

„Oj Ty, tato, rodzony tato!

Widzisz, tato, Twoje sławne dziecko!

Jeszcze od matki nie odeszło,

Całą ziemią zakołysało,

Że zakołysała się, jak kołyska!”

Jak oni usłyszeli, co powiedział chłopiec,

Wszyscy zdziwili się tym cudem.

Kim że będzie to małe sławne dziecko?

Całą ziemią, mówi, że zawładnie!

Wtedy Tałatinski król mówi Boże imię,

Chce złożyć trzebę dla Boga,

Że on dał mu dziecko z całego serca.

Wtedy składa on trzebę — dziewięć krów jałowych,

Trzeba poszła się prosto do Boga,

Dlatego że została wysłana mu z całego serca.

Potem chce ugościć siedemdziesięciu królów

I wysyła on Fiejskiego króla na Sitską zapuszczoną ziemię,

Aby zaprosić siedemdziesięciu królów,

Aby przyszli na jego Tałatinską ziemię,

Na bogatą ucztę, aby pogościć się,

Dlatego że miał sławne dziecko.

Wtedy pojechał Fiejski król na Sitską ziemię,

Gdzie znalazł wszystkich siedemdziesięciu królów,

Jeszcze nie rozeszli się po swoich krajach,

I zaprosił ich aby poszli do Tałatinskiej ziemi,

W gości na ucztę do Tałatinskiego króla,

Gdyż urodził się mu sławny syn.

Za dzień dotarł Fiejski król na Sitską zapuszczonej ziemię,

Za dzień powrócił na Tałatinską ziemię,

Ale siedemdziesięciu królów jest bardzo zatrzymało się,

Zanim doszli, minął tydzień.

I przygotował Tałatinski król bogate jadło,

Aby ugościć siedemdziesięciu królów;

Wtedy przygotował tysiąc byków wszystkie wyborowe,

Jeszcze ani razu nie zaprzęgniętych do pługa,

I tysiąc baranów rudych i puszystych,

Nalał szkarłatnego trzyletniego wina.

Jadło już wszystko przygotowane,

Wtedy nakryto złoty pozłacany stół,

Dużymi diamentami ozdobioną zastawą.

Za stół usiadło siedemdziesięciu królów,

I zaczęli oni jeść i zaczęli oni pić,

Do tej pory, póki nie nasycili się,

I dużo szkarłatnego wina wypili.

Wtedy zaczęła się zabawa, zaczęli występować.

Kto im na flecie gra,

Kto w miedzianą trąbę dmie,

Kto przepiękne pieśni śpiewa;

Zabawa trwała nie długo nie krótko,

Nie długo nie krótko trzy tygodnie,

Aż im się to znudziło.

Siedemdziesięciu królów chciało powrócić,

Gdyż byli już trzy miesiące.

A Tałatinski król ich nie wpuszcza:

„Zostańcie jeszcze chwilę, siedemdziesięciu królów,

Tylko moje małe dziecko piersi possie

I wezmę małe dziecko na ręce,

Oto zobaczycie, jakie oni piękne, sławne;

Potem damy mu piękne osobiste imię”.

Wtedy usiadło siedemdziesięciu królów jeszcze na dwa tygodnie,

Aby dziecko possało pierś.

Ssie dziecko, nijak nie nasyca się,

Z wielkim trudem odciągnęli je od piersi!

Ojciec wziął je na ręce,

Wyniósł je na mury fortecy,

Aby zobaczyło je siedemdziesięciu królów, jakież ono cudowne,

No i piękne imię mu wybrać.

Tylko wyszedł się chłopiec, ziemia zatrzęsła się,

Oni zachwiali się, jak w kołysce!

Weszło siedemdziesięciu królów na wysoki mur,

Jak ujrzeli słynne małe dziecko,

Od jego twarzy świeci jasne słońce,

Zastanawiali się, kim że będzie małe dziecko?

Jeśli jeszcze mały ziemią zatrzęsie, będąc jeszcze małe,

A kiedy podrośnie, będzie nauczać,

Dlatego że ma siłę wysokoduchową;

Będzie walczył i z ziemią, i z morzem.

Wtedy stworzyli mu piękne imię Sada król,

Aby potem wszystkie ziemie zasiedlił!

Pustej ziemi zapuszczonej nie będzie,

Nawet i Łamijską ziemię zawojuje

I Sura Łamię w bitwie pokona.

Jeszcze małemu dziecku drogie podarki dawali,

Wszyscy mu w podarku dawali tylko dukaty znamienite,

W woreczkach pozłacanych, z diamentem podszytym,

I aby je miał i je zachował:

Kiedy dorośnie, aby ożenił się,

Aby podarował podarki swoją pierwszą miłości,

Aby pamiętał, kiedy w gościach ucztowało siedemdziesięciu królów.

Wtedy wybrało się siedemdziesięciu królów odejść,

Kto po ziemi, a kto po morzu.

Jak ujrzał mały chłopiec, że oni odchodzą,

Mały jeszcze pomyślał i im mówi:

„Wracajcie siedemdziesięciu królów, na te wasze ziemie

I za rok przyjdźcie na naszą ziemię,

Poucztować i pogościć na moim weselu.

Póki rok jeszcze nie skończy się,

Będę szukał ukochanej, godnej mnie,

Jak znajdę miłość, godną mnie, to ożenię się

I zaludnimy pustą zapuszczoną ziemię”.

Swojej mowy jeszcze nie wypowiedział,

Poszedł ponownie do sypialni do matki,

Dlatego że małemu trzeba było possać pierś.

Siedemdziesięciu królów jak usłyszało małe dziecko,

Co im jeszcze mały powiedział?

Mówią jeden drugiemu:

„Bądź zdrów, to dziecko jest niezwykłe, sławne,

Ma wysokoduchową moc!”

Potem Fiejski król mówi jego ojcu:

„Bądź zdrów, Tałatinski królu, mój pobratymcze!

Kiedy twoje małe dziecko podrośnie

I przyjdzie mu czas żenić się,

Nigdzie nie będzie nigdzie dziewczyny, aby mu przyprowadzić,

Nigdzie nie będzie nigdzie dziewczyny, aby za niego wyszła.

Dziewczyna godna go, jest na Ricznej ziemi.

Riczny król ma trzy córki,

I wszystkie trzy są uniwersalnymi pięknościami,

A ta, która jest najmniejszą dziewica Durida:

Od jej twarzy świeci jasne słońce!

Na piersi ma jasny księżyc!

Na brzegu jej sukni drobne gwiazdy!

Jej warkocz do ziemi.

Jednak Riczny król nie wydaje je za mąż,

Chce aby jego ziemię zasiedlono,

Zamknął je w ciemnych lochach,

I strzegą je trzy niezwykłe węże,

Z trzema głowami i sześcioma ogonami!

Ani jednemu człowiekowi nie dają przejść,

Ani ptakowi latającemu, aby przeleciał.

Jeśli ktokolwiek szedł do Ricznej ziemi,

Z powrotem już nie powracał,

I trzy węże młodego od razu zabijają.

Ale twoje dziecko jest bardzo silne,

Siłę ma wysokoduchową

I trzy węże może w bitwie pokonać.

Niech pójdzie on do Ricznej ziemi

I przyprowadzi młodą dziewicę Duridę”.

Swojej mowy Fiejski król nie dokończył,

Wskoczył na konia i odjechał.

Małe dziecko rośnie, jeszcze podrasta,

Kiedy rośnie, więcej siły zyskuje.

W roku przyjechali do niego na herbatę,

Potem zorganizowano turniej, aby zmierzyć się,

Z junakami kamień trzeba rzucać.

Kiedy wszyscy kamień rzucili —

Kto na krok, a kto na arszyn,

Mały chłopiec jak wziął kamień

I rzuca go na środek morza!

Jak to wszyscy zobaczyli, to zdziwili się,

Gdyż dziecko było jeszcze małe,

Jednak miało taką potężną siłą.

A w lesie znajdowały dwa węże,

I patrzyły one, co się dzieje.

Jak zobaczyły one małe dziecko,

Które włada taką potężną siłą,

Kamień rzuciło daleko w morze,

Bardzo mu zazdrościły i zgrzytnęły zębami:

„Z psa zrodzone małe dziecko,

Potężną siłą będzie władać.

Jeszcze małe, ale oto podrośnie

I nas w bitwie pokona;

Lepiej go zniszczyć, póki małe”.

Wtedy przychodzą dwa węże na herbatę.

Z junakami one w walce zmagają się,

I wszystkich one w walce pokonali,

Przyszła kolej i na małe dziecko

Z dwoma wężami w walce zmagać się.

Wtedy zaczął mały chłopiec w walce zmagać się,

Jak złapał je i uderzył o ziemię,

Ponad czterysta sążni po ziemi przesunęły się!

Kto widział, bardzo zadziwił się.

Wtedy chłopiec powrócił do ojca,

Pochwałą go ojciec wysławił,

Że on w walce dwa węże pokonał.

I zapragnął już sam ożenić się,

Poprosił ojca o pozwolenie:

„Oj Ty, tato, rodzony tato!

Błagam Ciebie, tato, proszę,

Abyś wysłał mnie na chodzić po ziemi,

Może znajdę ukochaną, godną mnie?”

„Jesteś jeszcze mały, synu, w latach,

Nie trzeba Tobie jeszcze chodzić po ziemi,

Nie znajdziesz nikogo i młodo zginiesz”.

„Ja sam jestem mały, tato, w latach,

Jednak jestem potężny i bardzo silny,

Nikt mnie nie może pokonać”.

Wtedy dal mu pozwolenie Tałatinski król

Dwa lata podróżować po ziemi,

Aby przyprowadzić ukochaną, godną jego.

Wybrał się chłopiec podróżować,

Założył złote pozłacane szaty,

Które były od Judy Samuiły,

Za pas zatknął długą szablę

I osiodłał znamienitego rybę-konia.

Jak pomknął koń przez pole,

Tyle go widzieli!

Tak podróżował nie długo nie mało dwa lata,

Póki nie odwiedził wszystkich ziem.

Ukochanej, godnej go, i tak nie znalazł,

Wtedy powrócił zasmucony, przygnębiony,

Nie je niczego i nie pije niczego.

Tałatinski król jak ujrzał go smutnym,

Jego serce było całkiem poranione,

Nie wie niczego, co przedsięwziąć;

Jest zdezorientowany i rozmyśla, gdzie iść,

Gdzie znaleźć ukochaną, godną jego.

Wtedy od razu przyszło mu na myśl,

Że jest dziewczyna, godna jego, tylko aż na Ricznej ziemi.

Riczny król ma trzy córki,

i wszystkie trzy uniwersalnej piękności,

Najmłodsza córka jest ze wszystkich najwspanialsza,

I z chłopcem prowadzi on rozmowę:

„Bądź zdrów, synu, drogi synu!

Dlaczego jesteś taki zasmucony i przygnębiony?

Po całej ziemi Ty podróżowałeś,

A Ricznej ziemi Ty nie odwiedziłeś,

Gdzie jest ukochana, godna Ciebie.

Riczny król ma trzy córki,

I wszystkie trzy są uniwersalnymi pięknościami,

A najmniejsza jest dziewczyna Durida:

Jej twarz świeci, jak jasne słońce!

Na jej piersiach jasny księżyc!

Na brzegu jej sukni drobne gwiazdy!

Jej warkocz do samej ziemi.

Jednak Riczny król nie wydaje je za mąż,

Chce zaludnić całą swoją ziemię;

I zamknął je w ciemnych lochach,

Tam strzegą je trzy niezwykłe węże,

Z trzema głowami i sześcioma ogonami!

Nie dają ani człowiekowi przejść,

Ani ptakowi latającemu przelecieć.

Kto tylko poszedł na Riczną ziemię,

Z powrotem już nigdy nie wrócił,

Dlatego że trzy węże go młodego zniszczyły.

Na Riczną ziemię, synu, Ty pójdziesz,

I tam znajdziesz ukochaną, godną Ciebie”.

Jak usłyszał mały chłopiec,

Od razu skoczył prosto na nogi

I zszedł w dół z balkonu.

Ogłowił on konia, osiodłał go,

Naostrzył swoją długą szablę

I wskoczył na słynnego rybę-konia,

Za pas wsunął długą szablę

I pogalopował na koniu przez pole.

Tylko on pojechał, jak znalazł się na morzu.

Zacharczał koń i popłynął przez morze.

Płynął powoli, aby przepłynąć.

Wyszły ku nim dwie Judy Samuiły,

W rękach trzymają małe dzieci,

Od ich twarzy świeci jasne słońce!

Były one elegancko ubrane,

Ubrane na biało i kolorowo,

Ubrane w pozłacane szaty,

Od ich twarzy świeci słońce!

Oczy jak u morskich syren!

Ich warkocze do samej ziemi!

Jak ujrzał król Sada dwie Judy Samuiły,

Wydawało mu się, że to królewskie córki,

Które były z Ricznej ziemi

I nabierają wody z morza,

Aby napoić Ricznego króla.

Sam z sobą prowadzi rozmowę:

„Czy to miłość, godna mnie!”

Swojej myśli jeszcze nie zakończył,

Zeskoczył z konia i podszedł do brzegu morza,

Gdzie były dwie Judy Samuiły,

Które nabierały zimną wodę

I myły dwoje małych dzieci.

Zeskoczył on z konia i idzie prosto ku Judom,

Aby popić zimnej morskiej wody,

Gdyż czuł silne pragnienie.

Jednak, aby pokochać Judę Samuiłę,

Wskoczył on na swojego rybę-konia

I pojechał aż na ich ziemię,

Dalej, aby jechać na skraj morza.

Obserwowały go dwie Judy Samuiły,

Siedziały one na wielkiej śmiertelnej drodze

I czekały, aby zobaczyć króla Sadę,

Jaki człowiek jedzie na skraj morza,

Gdzie człowiek jeszcze nie przechodził!

Ptak latający jeszcze nie przeleciał!

Szedł król przez morze, ile mógł iść,

Aż dotarł do dwóch Jud Samuił

I z nimi zaczął rozmowę:

„Niech Bóg wam pomoże, dwie dziewczyny!

Co wy, dziewczyny, przed chwilą mamrotałyście?

I przestałyście nabierać wodę,

Przecież Wy pójdziecie na Riczną ziemię,

Zimną wodę odniesiecie Ricznemu królowi.

Z błaganiem Was, dziewczyny, proszę:

No podajcie mi wasz złoty dzban,

Abym popił zimnej morskiej wody,

Dlatego że czuję silne pragnienie,

Nawet wargi moje zapłonęły,

Język mój do warg przywarł!

I nie mogę słowa wypowiedzieć.

Przeszedłem wiele pól i gór,

Ale do tej pory wody nie znalazłem”.

Wtedy dwie Judy mówią mu i powiadają:

„Bądź zdrów, królu Sado, małe dziecko!

Czemu czart Ciebie tu przyniósł,

Dlaczego przybyłeś na nasze puste morze?

Nie jesteśmy dwiema córkami królewskimi,

Nie nalewamy zimnej wody,

Aby odnieść ją Ricznemu królowi,

Tylko jesteśmy dwie Judy Samuiły,

Które strzegą pustego morza,

Aby człowiek nie przedostał się przez morze,

Ani jeden człowiek, ani nawet ptak,

Aby iść na Riczną ziemię

I pokochać trzy królewskie córki.

Kto tylko dojdzie do skraju morza,

Z powrotem już nie wróci,

Wrzucą go do ciemnych lochów,

Gdzie siedzi stary rozbójnik Chara,

A ten wrzuci go prosto do morza,

Aby zjadły go ryby i ptaki.

Bądź zdrów, królu Sado, małe dziecię!

On nie oszczędzi Twojej młodości,

Jeśli dojdziesz tu na skraj morza,

Młody i zielony zginiesz!

Jeśli potrafisz przepłynąć morze,

To dotrzesz do skraju morza,

Jeśli napijesz się zimnej morskiej wody,

Wtedy w walce możesz z nim powalczyć.

Teraz nie ma nikogo, kto by Tobie pomógł!

Jak silny byś nie był,

Nie możesz w tej walce wygrać”.

Juda mówiła słowa, nie przekonała go,

Rozsierdziła się, rozgniewała

I powiała silnym wiatrem Samuiłskim,

Wtedy pojmały króla Sadę, małe dziecko,

Związały jego dwie białe ręce,

Aby wrzucić go do ciemnych lochów.

I dwojga oczu mu nie zasłoniły,

Z litością go oszczędziły,

Bo był młody i zielony.

On je z błaganiem prosi,

Aby przyprowadziły mu rybę-konia,

Aby mógł powrócić na swoją ziemię,

Prosić o przebaczenie mojego ojca,

Że będę zgubiony jako młody i zielony;

I więcej nie wrócę na ojcowską ziemię.

Judy wysłuchały jego prośby,

Przyprowadziły mu słynnego rybę-konia.

Jak król Sada ujrzał rybę-konia,

Z jego oczu popłynęły łzy,

Ustami mówił mu takie słowa:

„Oj ty, koniku, rybny koniku!

Uciekaj, bo jak nie to młodo zginiesz,

Schowaj się w bagnach, aby nie zginąć!

Wracaj przez szerokie pole,

Przepłyń przez puste morze

I idź na naszą ziemię do mojego ojca.

Poprosisz ojca o przebaczenie dla mnie,

Bo zginę tu młodo,

Nigdy więcej nie powrócę na naszą ziemię.

I opowiesz mojemu ojcu,

Że Judy zamknęły mnie w ciemnych lochach,

I z błaganiem go poprosisz,

Aby przysłał do mnie Fiejskiego króla,

Który był jego pierwszym pobratymcem,

Aby uwolnił mnie z więzienia

I wybawił mnie od starego rozbójnika Chary.

Jeśli przyjdzie do mnie Fiejski król,

Ty, koniu, w drodze, będziesz mu towarzyszył.

Jeszcze morza nie przepływajcie

I pójdźcie na brzeg morza,

Tam zimnej wody morskiej z białego źródła napijcie się,

Abyś otrzymać Judną siłę Samuiłską,

Kiedy z Judami staniecie do walki,

W walce, aby ich pokonać

I mnie uwolnić z ciemnych lochów”.

Słów jeszcze mu nie wypowiedział,

Pomknął koń przez szerokie pole

I minął szerokie pole,

Popłynął przez puste opustoszałe morze,

I przepłynął puste opustoszałe morze,

Za dzień dotarł do Tałatinskiej ziemi.

Tylko pojawił się on w pałacu,

Ujrzał go Tałatinski król.

Jak on ujrzał, że nie ma króla Sady,

Króla Sady, jego małego dziecka,

Jego serce bardzo poraniło się,

Że upadł on na ziemię,

Duszę swoją oddaje już Bogu.

Jak zobaczyła go pierwsza miłość,

Rwie włosy, roni łzy.

Wtedy przyszła Juda uzdrowicielka

Poleczyć i uzdrawiać Tałatinskiego króla,

Żywym leczniczym ziołem go napoiła,

Wtedy król wstał na nogi

I zaczął konia wytypować,

Gdzie znajduje się król Sada, jego rodzone małe dziecko:

Czy to siedemdziesięciu królów zgładziło młodego,

Czy to Judy wrzuciły go do więzienia.

Wysoki koń odpowiedział mu:

„Bądź zdrów, królu, Tałatinski królu!

Siedemdziesięciu królów go nie zgładziło,

Tylko Judy wrzuciły go do więzienia,

Gdzie siedzi stary rozbójnik Chara,

Ten może go wrzucić do morza,

Aby zjadły go ryby i ptaki.

Samu oczu mu nie zasłoniły,

Zlitowały się nad nim, bo on jeszcze jest młody i zielony,

Król Sada wysłał mnie, aby Tobie powiedzieć

I przekazać wieść Twojej żonie,

Że uwięziono go w ciemnych lochach,

I abyś wysłał Fiejskiego króla

Ze mną tylko wyprawić się na puste opustoszałe morze,

Aby uwolnić Sadę, króla Twoje dziecko.

Fiejski król ze mną wyruszy,

Pójdę na puste opustoszałe morze,

I przyjdziemy na brzeg morza, do białego źródła,

Gdzie popijemy zimnej morskiej wody,

Aby nie stracić Judnej siły Samuilskiej,

Kiedy z Judą w walce będziemy walczyć,

Abyśmy mogli ją w walce pokonać”

Jak usłyszał go Tałatinski król,

Nie zatrzymał się on, nie zaczekał,

A posłał młodego sługę na Fiejską ziemią,

I zaproś Fiejskiego króla,

Aby przyszedł on na jego ziemię.

Jest coś, co on mu powie.

Trzeba go poprosić z błaganiem,

Aby przyszedł najszybciej jak może.

Jak wskoczył młody sługa na rybę-konia,

Pomknął on przez szerokie pole.

Miesiąc trzeba jechać do Fiejskiej ziemi

Ten przybył za jeden dzień,

Gdzie znalazł Fiejskiego króla na uczcie z gośćmi.

Tam on prosi go z błaganiem

Aby odwołał ucztę z gośćmi,

Tylko pospieszył do Tałatinskiej ziemi,

Tałatinski król coś mu powie;

Aby przyszedł najszybciej jak może.

Fiejski król wysłuchał jego prośby

I osiodłał swojego szybkiego konia,

Zamierzał iść na Tałatinską ziemię;

Z nim wybrał się jechać i młody sługa.

Wtedy oni pogalopowali i pojechali,

W środku nocy dotarli do królewskiego miasta.

Wszyscy śpią, nie widać nigdzie nikogo,

Królewskie bramy były zamknięte,

Wtedy zaczęli oni kołatać i pukać.

I tak nikt ich nie usłyszał!

Stanęli na dwóch konia i wspięli się na mur,

I wyszli na wysoki mur twierdzy,

Potem zeszli na dół do piwnicy.

Nadal nikt ich nie słyszy!

Wtedy usłyszał ich Tałatinski król

I wstał w komnacie z łóżka,

Aby zobaczyć, kto chodzi w dole do piwnicy?

Tylko ujrzał on Fiejskiego króla,

Obejmuje go, całuje go,

Potem z błaganiem go prosi:

Aby wyprawił się na opuszczone morze,

I trzeba oswobodzić króla Sadę, jego własne małe dziecko,

Który był uwięziony w ciemnych lochach,

I pilnują go dwie Judy Samuiły,

Póki powróci stary rozbójnik Chara,

Który wrzuci go do morza rybom i ptakom.

Jak usłyszał go Fiejski król,

Że Judy zamknęły króla Sadę,

Nie zatrzymał się on, nie zaczekał,

Tylko zsiadł ze swojego szybkiego konia

I osiodłał niezwykłego rybę-konia,

Skierował go w dół przez szerokie pole.

Ryba-koń stanął dęba i parsknął;

Tylko ze świtem przybyli oni na opustoszałe zapuszczone morze.

Tu mówi mu koń, powiada:

„Bądź zdrów, królu, Fiejski królu!

Pojedziemy i wyprawimy się na skraj morza

I popijemy zimnej morskiej wody,

Aby nie osłabła Judna siła Samuiłska:

Kiedy z Judami w walce zmierzymy się,

W walce z nimi musimy zwyciężyć,

Wtedy oswobodzimy króla Sadę”.

Jak usłyszał go Fiejski król,

Skierował rybę-konia iść na skraj morza,

Tylko przybył, zsiadł on ze swojego konia

I napił się zimnej morskiej wody,

Napił się i niezwykły ryba-koń.

Potem wskoczył na słynnego rybę-konia

I skierował go w dół przez szerokie pole.

Wtedy przybył do Judnych ciemnych lochów,

Gdzie był zamknięty król Sada.

A w lochu siedziały dwie Judy Samuiły

I strzegły króla Sadę, małe dziecko,

Aby od nich nie wyszedł i nie uciekł,

Aż powróci stary rozbójnik Chara,

Który wrzuci go do morza rybom i ptakom.

Jak dwie Judy ujrzały Fiejskiego króla,

Zaśmiały się one mu w wąsy,

Potem mówią mu i powiadają:

„Bądź zdrów, królu, Fiejski królu!

Jaki czart Ciebie, królu, przyniósł,

Czemu przyszedłeś już tu do lochu,

Przecież Ty tu młodo zginiesz,

Jak ginie król Sada, małe dziecko”.

Swoich słów jeszcze nie wypowiedziały,

Powiały silnym wiatrem Samuiłskim

I chcą związać Fiejskiego króla

I zasłonić mu jego czarne oczy,

Potem wrzucić go do ciemnych lochów.

Fiejski król wskoczył na rybę-konia,

Jego koń parsknął, chrapnął on

I chwycił dwie Judy za ręce,

Ich ręce związał z tyłu za plecami,

Chciał zasłonić im jasne oczy.

Dopiero wtedy Judy zrozumiały,

Że oni napili się zimnej morskiej wody

I dlatego w walce je pokonali.

Wtedy one z błaganiem proszą Fiejskiego króla:

„Bądź zdrów, królu, Fiejski królu!

Rozwiąż, królu, chociaż prawe ręce,

Nie trzeba naszych oczu zasłaniać,

Za to odpłacimy Tobie dobrem:

Obiecujemy wypuścić króla Sadę z ciemnych lochów

I powiemy mu, gdzie jest miłość, godna go”.

Wtedy król wysłuchał ich prośbę,

Rozwiązał im prawe ręce,

Czarnych oczu nie zasłonił

I pyta je i wypytuje:

„Gdzie jest ukochana dla króla Sady?”

„Tu w dolinie jest Riczna ziemia.

Riczny król ma trzy córki,

I wszystkie trzy są uniwersalnymi pięknościami,

Ale piękniejsza od wszystkich jest najmłodsza panna, Durida:

Od jej twarzy świeci jasne słońce,

Na piersi ma jasny księżyc!

Na brzegu jej sukni drobne gwiazdy!

Jej warkocz do ziemi!

Ona jest godna dla króla Sady, małego dziecka,

Ale ona jest zamknięta w ciemnych lochach.

Jednak Riczny król nie wydaje je za mąż,

Chce zaludnić swoją ziemię,

Ale i on na swojej ziemi nie żeni się

I zamknął je w ciemnych lochach,

Gdzie strzegą ich trzy niezwykłe węże,

Z trzema głowami i sześcioma ogonami!

Nie dają ani jednemu człowiekowi przejść,

Ani nawet ptakowi, aby przelecieć,

Tylko kto wszedł na Riczną ziemię,

Z powrotem nigdy nie powracał,

Gdyż trzy węże zabiły ich młodych.

Na Ricznej ziemi król Sada znajdzie miłość.

Znikąd, znikąd miłości swojej nie przyprowadzi,

Tylko jeśli przyjdzie tu na Riczną ziemię”.

„Jak iść, Judo, królowi Sadowi za Riczną ziemię,

Jeśli szli tam młodzi i oni zginęli,

Dlatego że trzy węże zgubiły młodych?”

„Moimi słowami, królu, nie martw się,

Póki jesteście z nami, nie zginiecie”.

Swoich słów jeszcze nie wypowiedziały,

Wzięła pierwsza Juda zioło odurzające,

Które odurza i zsyła sen

I mówi mu, odpowiada:

„Weź, królu, to zioło odurzające.

Kiedy przyjdziecie na Riczna ziemię,

Potem wejdziecie na Riczny dziedziniec,

I nikogo tam nie bójcie się.

Pośrodku dziedzińca są ciemne lochy,

W drzwiach leżą trzy niezwykłe węże.

Jeszcze nie wchodząc na szeroki dziedziniec,

Natrzyjcie dłonie zielem odurzającym;

Gdy tylko potrzecie zielem,

Wtedy trzy węże upadną oszołomione.

I trzy dziewczyny także będą oszołomione,

Będą one leżeć i będą spać.

A Riczny król jeszcze bardziej oszołomiony,

Nie będzie wiedział, co ma czynić!

Wtedy wejdziecie na wysoki mur,

Obejmiecie go, pocałujecie go,

Potem powiecie mu, że jesteście z Ricznej ziemi,

I przyprowadzicie jego dwie córki.

Najstarszą Ty sam pokochasz,

Najmłodszą król Sada, małe dziecko,

No a środkowa, niech ona zostanie,

Na starość lat zapewnić opiekę.

Jak to usłyszy Riczny król,

Że jesteście młodzi, i jeszcze także junacy,

On bardzo mocno rozraduje się

I odda Wam swoje dwie córki,

Także i drogie podarki Wam podaruje.

On zaprosi Was na ucztę w gości,

Ale Wy na ucztę w gościach nie zostawajcie,

Bo on wyczuje Was i rozpozna.

Zabierzcie dwie siostry i uciekajcie,

Póki Was nie dopadną trzy węże”.

Podały mu dwie Judy złote skrzydła,

By umocował je pod pachami król Sada,

Będzie teraz latać i biegać.

Wtedy wziął Fiejski król ziele odurzające

I wziął od nich złote skrzydła.

W końcu, podjechał na koniu do lochu,

Tam wyprowadził króla Sadę, małe dziecko.

Jak król Sada ujrzał Fiejskiego króla,

Wszystko on zapomniał, stracił pamięć,

Nie wie, gdzie on się znajduje!

Ten go z błaganiem prosi,

Aby iść ponownie na Riczną ziemię

I zabrać dwie królewskie córki.

Wtedy oni wyprawili się iść ponownie na Riczną ziemię.

Fiejski król wskoczył na rybę-konia,

On nie wie, dokąd trzeba iść!

A król Sady przymocował złote skrzydła

I poleciał przez szerokie pole.

Za godzinę dotarli już do Ricznej ziemi.

Szli do tej pory, póki nie ściemniało,

Bramy były zamknięte za zamek,

Wtedy rozmyślają, jak wejść.

Król Sada poleciał i przeleciał,

Fiejski król rozegnał konia

I przeskoczył wysoki mur.

Pośrodku dziedzińca były ciemne lochy,

W drzwiach leżały trzy niezwykłe węże,

Z trzema głowami i sześcioma ogonami.

Jak oni je zobaczyli, bardzo przestraszyli się!

Wtedy Fiejskiemu królowi przyszedł do głowy pomysł

I wyciągnął z pazuchy odurzające ziele.

Tylko potarł on ziele w dłoniach,

Wszystkie węże natychmiast stały się oszołomione,

Położyły się one i zasnęły.

Oszołomiony został i Riczny król

I wspiął się wyżej na mur.

Król był oszołomiony, jak omdlały ptak,

I nie wie, co ma czynić!

Oni go objęli, pocałowali go,

Potem mówią mu, powiadają:

„My z nim, królu, z twojej ziemi,

Przybyliśmy tu do Ciebie, abyś oddał nam dwie córki.

One nas i my je pokochamy,

I aby Twoją ziemię zasiedlić”.

Jak wtedy Riczny król bardzo rozradował się,

Że wyda za mąż od razu dwie córki,

Aby pustą ziemię zasiedlili.

I przygotowuje ucztę dla gości,

Zaprasza ich, aby usiedli za stół,

Aby oni pojedli, aby oni popili,

I wtedy aby pojechali na tę ziemię.

Oni za stół nie siadają,

Tylko chcą szybciej wyjechać,

Aby Riczny król nie zorientował się.

Dopiero wtedy podniósł się Riczny król,

Chodzi on, jak omdlały ptak!

I otworzył piękny skarbiec,

Wyjął wspaniałe dary i naczynia

I podarował podarki dwom zięciom.

Zaprowadził ich do ciemnych lochów,

Gdzie spały jego trzy córki,

I węże były bardzo oszołomione!

Tam obudzili oni dwie córki,

Najstarsza była uniwersalną pięknością,

A jeszcze była najmłodsza panna Durida,

Od jej twarzy świeci jasne słońce!

Na piersi ma jasny księżyc!

Na brzegu jej sukni drobne gwiazdy!

Jej warkocz do ziemi!

Królowi Sadowi ona bardzo spodobała się.

Riczny król mówi im, powiada:

„Wybaczcie że mi, córki moje!

Pokochajcie tych dwóch junaków z mojej ziemi,

Bo będzie urodzajną, kiedy Wy ją zasiedlicie”.

Swoich słów jeszcze nie wypowiedział,

Zapłakały one i zalamentowały!

Potem poszli oni do złotej stajni

I przyprowadzili dwa przepiękne konie,

Konia Sześcioskrzydłego i konia Jaskółkę;

Na konia Sześcioskrzydłego siadła starsza,

Najmniejsza osiodłała konia Jaskółkę,

Fiejski król wskoczył na rybę-konia,

A król Sada poleciał, jak ptak.

Riczny król prowadził ich do pola,

Tam im wszystkim dał błogosławieństwo,

Potem on z powrotem wrócił się.

Jeszcze był on ospały, jak ptak,

Nie wiedział, gdzie on się znajduje!

I wyprawili się dwaj królowie przez pole,

Wzbili się oni, jak ptaki.

Przelecieli oni przez pole, posuwali się naprzód,

Przeszli przez wyschniętą studnię.

Najmłodsza prosiła o wodę do picia,

Już bardzo męczyło ją pragnienie.

Młody król podleciał do studni,

Aby nalać zimnej morskiej wody

I napoić swoją pierwszą miłość.

Ale oto patrzy i co widzi to:

Nie ma wody w tej studni,

Tylko w studni leży Sura Łamija,

Nadepnął on jej na głowę.

Rozsierdziła się, rozzłościła się Sura Łamija.

Chwyciła go w paszczę do pasa.

Jeszcze chce małego połknąć w całości!

Zapiszczał, zakrzyczał król Sada i zapłakał,

Z błaganiem prosi Fiejskiego króla,

Aby oswobodził go z ciemnej paszczy

I wybawił go od Sury Łamii.

Wtedy zsiadł z ryby-konia Fiejski król

I skierował się ku suchej studni,

Zaglądnął, gdzie widać Surę Łamiję?

Jak zobaczył króla Sadę w paszczy Łamii,

Jeszcze małego w całości chce połknąć,

Przeraził się jej, wystraszył się jej,

Nie wystąpił do walki z Surą Łamiją,

Wtedy on z powrotem wrócił się

I wskoczył na rybę-konia,

Aby iść z dwiema pannami na swoją ziemię.

Przeszli trochę, podeszli,

I słyszą głośne szlochanie:

Król Sada głośno płacze.

Z błaganiem prosi Fiejskiego króla,

Aby z powrotem wrócił się do wyschniętej studni

I aby w walce pokonał Surę Łamiję

I aby oswobodził go od Łamii,

Jak nie, to młody w studni zginie.

Jak usłyszał to Fiejski król,

Bardzo zasmucił się, zmartwił

I dwom pannom mówi takie słowa:

„Poczekajcie, dziewczyny, w tym wąwozie,

Aż pójdę do wyschniętej studni

I w walce będę walczył z Surą Łamiją;

Albo mnie młodego Łamija zgubi,

Albo ja ją w walce zniszczę

I oswobodzę króla Sadę, małe dziecko,

Jak nie, to młodym zginie w studni”.

Wtedy dwie dziewczyny zostały w wąwozie,

A on odjechał na rybie-koniu,

Pomknął, i tyle go widziano!

Przyjechał on na pole, podjechał.

Król Sada w studni z modlitwą prosi,

Z modlitwą prosi on samego Boga,

Aby dał on Fiejskiemu królowi siłę,

I by w bitwie pokonać Surę Łamiję;

Jak go oswobodzi z ciemnej paszczy,

Aby go wybawił od Sury Łamii,

Jak nie, to młodym w studni zginie.

W końcu Bóg wysłuchał jego modlitwę

I posłał starą Judę łuczniczkę,

Która ma słynne strzały,

Które mogą porazić Surę Łamiję,

Aby ona poszła na to pole

I znalazł tam Fiejskiego króla

I dała mu słynną strzałę,

Wtedy on w bitwie pokona Surę Łamiję,

Potem oswobodził króla Sadę ze studni.

Wtedy przybyła Juda na to pole,

W rękach trzyma słynną strzałę,

Od niej świeci jasne słońce!

Aby znaleźć Fiejskiego króla, całe pole ona przeszła,

I zmęczyła się ona, zmorzyła;

Doszła na koniec do wyschniętej studni,

Gdzie znalazła ona Fiejskiego króla,

I pyta go, i go zapytuje:

„Gdzie Ty chodzisz, królu, czego szukasz?

Czy Ty, szukasz dwóch królewskich córek?

Czy szukasz króla Sadę, swojego pobratymca?”

Ledwo łapiąc oddech, on jej odpowiada:

„Oj Ty, Judo, stara Samuiło!

Nie szukam dwóch królewskich córek,

One czekają na mnie w wąwozie,

Przyszedłem tu do wyschniętej studni,

Aby w bitwie zetrzeć się z Surą Łamiją,

Która połknęła króla Sadą, mojego pobratymca:

Albo ja ją muszę w bitwie pokonać

i uwolnię od niej króla Sadę,

Albo ona we mnie wyceluje i mnie połknie,

Wtedy więcej nie wrócę na swoją ziemię”.

Potem pyta go Juda i zapytuje:

„Bądź zdrów, królu, Fiejski królu!

Kiedy Ty podejdziesz do wyschniętej studni,

Aby w bitwie walczyć z Surą Łamiją

I oswobodzić króla Sadę, Twojego pobratymca,

Gdzie są Twoje słynne strzały,

Którymi można zastrzelić Surę Łamiję?

Jak Ty bez strzał w bitwie ją pokonasz?”

„Nie, strzał ja nie mam, Judo, i szabli nie mam;

Swoją szablę zostawiłem w domu,

Tylko silą w bitwie będę walczył.

Błagam Ciebie, Judo, proszę,

Abyś dała mi Twoją słynną strzałę,

Którą trzymasz w prawej ręce,

Wtedy w bitwie mogę zwyciężyć,

Potem wezmę strzałę do rąk,

Aby bronić się i w bitwie zwyciężyć”.

Wtedy Juda jego prośbę wysłuchała,

Podała mu słynną strzałę.

Dopiero wtedy wskoczył na rybę-konia

I pojechał prosto do suchej studni,

Wtedy krzyknął on i głośno zakrzyczał:

„Szybko, wyleź ze studni, Suro Łamijo!

Będziemy po raz drugi walczyć”.

Jak usłyszała go Sura Łmija,

Zawyła, zagrzechotała, tak głośno, że ziemia zatrzęsła się!

I wylazła ona z wyschniętej studni.

Króla Sadę nie wypuściła,

Łamija chciała go w całości połknąć!

Wtedy w bitwie ścierali się trzy tygodnie,

Dopiero wtedy Fiejski król wyciągnął słynną strzałę

I wystrzelił Łamii prosto w serce,

Runęła ona na środku pola,

Ledwo łapiąc oddech, jej dusza powiedziała:

„Bóg ukarze, królu, Judę łuczniczkę,

Że dała Tobie słynną strzałę,

I mnie postrzelił w serce i płuco”.

Swoich słów jeszcze nie wypowiedziała,

Wyciągnął Fiejski król tajny nóż

I rozciął Łamiję do samego serca,

Gdyby król Sada był żywy!

Ten był jeszcze żywy

I oswobodził się z wnętrza cały, jaki był!

Obejmuje, całuje Fiejskiego króla,

Że on oswobodził go od Sury Łamii.

Wtedy wzbił się król Sady i odleciał,

Fiejski król pomknął na koniu przez pole,

I skierował się do tego samego wąwozu,

Gdzie czekały na niego dwie dziewczyny.

Młodsza panna, jak ujrzała króla Sadę,

Zeskoczyła ze swojego konia Jaskółki

I obejmuje go i całuje go,

Potem pojechała na koniu przez pole,

Król Sada obok niej leciał.

Dotarli już na Tałatinską ziemię.

Fiejski król nie pojechał ponownie na Tałatinską ziemię,

Gdyż długo zatrzymał się.

Zabrał on swoją pierwszą miłość,

I wyprawił się z nią na Fiejską ziemię.

I król Sada zabrał pierwszą miłość

I wyprawił się do Tałatinskiego miasta.

Tałatinski król czekał na niego w bramie,

Jak ujrzał króla Sadę, swojego syna,

Obejmuje go, całuje go,

Całuje on i jego pierwszą miłość;

Pierwsza miłość bardzo się mu spodobała:

Od jej twarzy świeci jasne słońce!

Na piersi ma jasny księżyc!

Na brzegu jej sukni drobne gwiazdy!

Jej warkocz do ziemi!

Wtedy wyprawił Tałatinski król najbogatsze wesele,

Na wesele zaprosił siedemdziesięciu królów,

I oni gościli się i pili nie długo i nie krótko,

Nie długo i nie krótko trzy tygodnie,

Aż już im się wszystko znudziło,

Pojawiła się na uczcie młoda niewiasta

I całuje ręce siedemdziesięciu królom.

Kiedy ona idzie, słońce świeci!

Siedemdziesięciu królów podarowało jej podarki,

I wszyscy odjechali, kto po ziemi, kto po morzu.

Pozostał król Sada młody zięć;

I kochał swoją pierwszą miłość.

Był on bardzo silny i wysokoduchowy,

Podbił on całą ziemię i nawet morze.

Urodziło się mu dziesięciu synów i dziesięć córek

I zasiedlili puste opuszczone ziemie.

Bóg ukarze Tureckiego króla,

Że wysłał swoje silne wojsko

I zajął wszystkie ziemie i nawet morze;

Zdobył on i Tałatinską ziemię,

Zniszczył starego króla Sadę,

Jego starą pierwszą miłość zniewolił,

Aby usługiwała mu i obsługiwała,

I niańczyła mu małe dzieci.

Nie wiemy więcej, co się wydarzyło.

Tylko ich pieśń nam zostawili,

Abyśmy pamiętali, że byli silni i duchowi.

Od Boga zdrowie, a ode mnie pieśń.

VIII. Ponownie małżeństwo Tałatinskiego króla, ale inaczej

Tałatinski król minął biały Dunaj,

Chce przemierzyć wszystkie inne ziemie,

I zmęczył się szukaniem miłości, godnej jego,

Tu wskoczył do ognistej maszyny

I podjechał do trzech Jud Samuił:

Ponieważ maszyna była ognista,

Płomienie poleciały jeszcze na Judy,

Kogo tylko dosięgły, ten okopcił się

I był podobny do czarnej pochodni!

Tak jeździł Tałatinski król po całej ziemi,

Jednak ukochanej nigdzie nie mógł znaleźć!

Potem jeżdżenie już mu się znudziło,

Mówi on Judom, powiada:

„Ej Wy, Judy, i trzy Samuiły!

Kiedy Wy chodziłyście po różnych ziemiach,

Czy nie widzieliście królewskiej córki,

Królewskiej córki, która jest godna mnie,

Która byłaby dla mnie pierwszą miłością,

Aby, kto ją ujrzy, i mi zazdrościł,

Że mam ukochaną piękność,

Której więcej nigdzie nie ma nigdzie na ziemi?”

„Bądź zdrów, Tałatinski królu!

Kiedy byłyśmy jeszcze dużo młodsze,

Nasza siostra upadła i leżała chora,

I tak leżała całe trzy lata.

Opiekowała się nią ciotka,

Tylko jedzenia nie przyjmowała,

Zmusiła aby przywieźć jej wody z najdalszej ziemi,

Gdzie znajduje się zimna studnia.

Jednak zawładnął nią srogi wąż,

Nie daje nikomu tej wody popić;

Jeśli ktoś znalazł tę studnię,

Rzucał mały podarunek wężowi.

Nie chciałyśmy iść do najdalszej ziemi,

Dlatego siostra nas srogo przeklęła.

Jeśli nie przyniesiemy jej wody z najdalszej ziemi,

Nigdy niczego nie będziemy pamiętać

I będziemy chodzić po ziemi jak szaleńcy i głupcy!”

Jak usłyszały one srogie siostrzane przekleństwo,

Pobiegły na skraj ziemi do zimnej studni,

Tam, gdzie był i srogi wąż.

Tylko je zobaczyła, głową pokręciła,

Zaprasza je wszystkie na zagładę.

One dziwią się i rozmyślają, co czynić,

Jak nabrać wody z zimnej studni,

Aby zanieść ją naszej siostrze.

Wtedy zaśpiewał im ptak sokół:

„Ej Wy, Judy, i trzy siostry!

Czemu stoicie tu i dziwicie się?

Idźcie na brzeg skrajnego morza,

Tam znajduje się drzewo laurowe,

I odetnijcie gałąź od drzewa,

Tą gałęzią uderzcie węża,

On będzie otumaniony i szybko zaśnie,

Wtedy nabierzcie wody z zimnej studni”.

Wtedy wyprawiły się one do skrajnego morza.

Znalazły one drzewo laurowe

I odcięły gałąź od drzewa,

Tą gałęzią uderzyły one węża,

On osłupiał i upadł na ziemię.

Dopiero wtedy nabrały one wody

I już wyprawiły się, aby powrócić na swoją ziemię

I swojej siostrze wręczyć prezent.

Trochę chodziły one, pochodziły,

Wspięły się wysoko w góry,

Gdzie widać, jak iskrzy się biały Dunaj.

Na brzegu Dunaju stoi królewski pałac,

A w nim mieszka Sitska królowa,

Która włada na całym polu.

Ma ona córkę, światową piękność,

Że więcej takiej nie ma na świecie:

Od jej twarzy świeci dziewięć słońc!

Na jej piersi świeci jasny księżyc!

Na brzegu jej sukni drobne gwiazdy!

Jej warkocz do samej ziemi.

I błyszczy ona, jak diament!

Kiedy wychodzi ona z matczynej komnaty,

Aby wykąpać się w zimnym źródle,

Jeśli mgła stoi na polu,

Ona wygania ją do nieba

I oświetla swoją ziemię!

„Ją, Tałatinie, my też widziałyśmy,

Ona byłaby dla Ciebie pierwszą miłością.

Jednak tam jest przeklęta Sura Łamija,

Która nikomu nie daje wyjść za mąż,

Nie daje ani matce, ani córce.

Ona pilnuje, aby do nich nikt nie przyszedł,

Tylko ktoś przychodził, z powrotem już nie wracał,

Srodze serce mu rozdzierała

I wrzucała go do morza na zjedzenie rybom”.

Jak usłyszał to Tałatinski król,

Bardzo go serce zabolało,

Z Judami prowadzi on taką rozmowę:

„Ja będę szedł, Judy, na Sitską ziemię.

Albo tam ja młody znajdę śmierć,

Albo wezmę córkę Sitskiej królowej”.

Swoich słów jeszcze nie dopowiedział

I skierował się ku ognistej maszynie,

Aby pojechać się na Sitską ziemię.

Judy w ogóle nie dają mu iść:

„Zostań, królu, nie odchodź,

Wszyscy, którzy tam byli, zginęli!”

Ale on ich prośby nie słucha,

Wsiada do maszyny i odjeżdża.

Już przybliża się do Sitskiego pola;

Judy bardzo mocno zaniepokoiły się.

Potem ponownie z błaganiem proszą go:

„Zostań, królu, nie chodź na Sitskie pole,

Dlatego że tam młody zginiesz!

Tam siedemdziesięciu królów zginęło,

Teraz Ty nie możesz zginąć!

Tylko król Marko tam ocalał.

Miał on zatrutą strzałę,

Którą zabrał on srogiej Łamii,

Która leżała na Tałatinskiej ziemi.

Zła Sitska Łamija zabiła siedemdziesięciu królów.

Z tyłu za nimi szedł król Marko,

W rękach trzymał on zatrutą strzałę.

I głośno krzyknął on na Łamiję:

„Nazad, nazad, przeklęta Łamijo!

Jak nie, to w samo serce strzelę”.

Jak ujrzała Łamija zatrutą strzałę,

Zadrżała, bardzo ona przestraszyła się

I upadła na ziemię przed królem Marko,

Potem z błaganiem go prosi,

Aby schował strzałę za pazuchę,

Nie zabijał jej, jeszcze całkiem młodej,

Że zostawi ona Sitską ziemię wolną,

Błaga go, prosi aby dał jej drogę, aby odeszła.

I sam król Marko odjechał do siebie

I skierował się do swojego wielkiego miasta.

Jego, królu, wezwiesz na pomoc,

Niech on zastrzeli przeklętą Łamiję,

A Ty możesz wziąć córkę Sitskiej królowej,

A król Marko, jako starszy,

Może wziąć Sitską królową,

Która będzie jego pierwszą miłością”.

Zaniepokoił się Tałatinski król

I zawrócił z powrotem ognistą maszynę

I pojechał na niej po Tałatinskiej ziemi..

Jeszcze z maszyny on nie zszedł,

Przywołał swojego głównego pisarza

I mówi mu, nakazuje:

„Bądź zdrów, pisarzu, główny pisarzu!

Weź białą księgę i nalej atramentu

I pisz w białej księdze do króla Marko,

W białej księdze czarne pismo,

W tej księdze Ty mu napiszesz:

Dobrego zdrowia, królu Marko, pozdrowienia od Tałatinskiego króla!

Z błaganiem ja Ciebie proszę,

Zmiłuj się, Ty więcej dla kraju,

Jeśli weźmiesz Twoją zatrutą strzałę

I już przyjdziesz z nią tutaj,

Jest coś, aby Tobie powiedzieć;

Jeśli przyjdziesz, bratem mi będziesz,

Ale jeśli w ogóle nie przyjdziesz, pierwszym wrogiem mi się staniesz.

Dwa lata temu uczyniłeś jedno dobro,

Że zabiłeś przeklętą Surę Łamiję,

Która pojawiła się na naszej ziemi;

Teraz możesz uczynić i drugie dobro.

Słowa zapisz i przynieś mi księgę,

O poślij już do niego młodego gońca”.

Tak napisał główny pisarz w białej księdze,

W białej księdze czarne pismo,

Odniósł je tylko samemu królowi,

I ten uderzył go patykiem.

Patrzy król na białą księgę,

Białą księgę, czarne pismo,

Patrzy i roni liczne łzy,

Potem Boga z modlitwą prosi:

„Oj Ty, Boże, drogi Boże!

A podaruj Ty, Boże,

Królowi Marko mądrość i rozum, jak tylko zobaczy on moją księgę,

I osiodła szybkiego konia

I już wtedy wyprawi się do mnie,

Aby dowiedzieć się, co ma robić”.

Z modlitwą Boga prosi

I wzywa do siebie młodego gońca

I daje mu białą księgę do ręki

I mówi mu, nakazuje:

„Bądź zdrów, mój młody gońcu!

Nie śmiej siedzieć, nie śmiej stać:

Zbiegnij w dół do stajni

I przyprowadź mojego szybkiego konia.

Wsiądź na konia i jedź do Tarnuwa miasta,

Gdzie znajdziesz króla Marko,

Aby oddać mu białą księgę,

Białą księgę, czarne pismo.

Pozdrowienie mu przekażesz ode mnie, aby przyjechał tutaj do mnie,

Pozdrowienie od niego potem otrzymasz;

Co Tobie powie, abyś mi przekazał”.

Wsiadł młody goniec na królewskiego wierzchowca,

Tylko usiadł, Tałatinską ziemię minął,

Tylko usiadł wygodnie w siodle,

Jak dotarł do miasta Tarnuwa.

Tam on znalazł króla Marko,

Który wieczerzał ze starą matką.

Jak król Marko ujrzał młodego gońca,

Wstał od wieczerzy i od stołu

I poszedł na spotkanie z młodym gońcem.

Sama matka pozostała na posiłku.

Wtedy Marko mu mówi, powiada:

„Dobrze widzieć, młody gońcu!

Co za wieść przyniosłeś z Tałatinskiej ziemi?

Co tam robi Tałatinski król?”

„Dobrze, że Ciebie znalazłem, królu Marko!

Żadnych wieści nie przynoszę z Tałatinskiej ziemi,

Tylko przyniosłem Tobie białą księgę,

Białą księgę, czarne pismo:

Tałatinski król zaprasza Ciebie w gości,

Kiedy przyjedziesz, to sam zobaczysz”.

Wtedy oddaje mu białą księgę,

Białą księgę, czarne pismo.

Król Marko wziął białą księgę,

I wtedy zaśpiewał i śmieje się.

Potem zaprosił młodego gońca na posiłek,

Aby powieczerzać z nim pyszne jadło

I popić szkarłatnego trzyletniego wina.

Ucztowali oni i pili nie długo nie krótko,

Nie długo nie krótko, całe dwa tygodnie.

Goniec chce już z powrotem jechać

I czeka na odpowiedź od króla Marko:

Czy przyjdzie, czy nie zgodzi się?

„Będę jechać, gońcu, od tego nie uciekniesz:

Tałatinski król jest moim pierwszym pobratymcem”.

Wtedy wezwał Marco głównego kamerdynera

I mówi mu, powiada:

„Bądź zdrów, kamerdynerze, mój wierny sługo!

Przyprowadź mi ze stajni szybkiego konia,

Który lata, jak ptak po niebie;

Osiodłaj go złotym siodłem,

Załóż mu srebrną uzdę,

Daj mu siedemdziesiąt miar białej pszenicy

I napój go siedemdziesięcioma miarami szkarłatnego wina.

Jak szybko on przyleci,

Jeszcze tylko przeleci po Tałatinskiej ziemi,

Kto na niego popatrzy, tyle go widzi”.

Osiodłał go kamerdyner, założył mu uzdę,

Złotym siodłem, srebrną uzdą,

I nakarmił go, a także napoił,

Dał mu siedemdziesiąt miar białej pszenicy,

Napoił go siedemdziesięcioma miarami szkarłatnego wina,

I nie może szybki koń na nogach stać,

Chce on pobiegać i latać.

Z trudem przywiązali go do żelaznego pierścienia.

Aż, aby Marco przygotował się.

Marco z matka prowadzi rozmowę:

„No otwórz, mamo, pstrą skrzynię

I wyciągnij moją elegancką koszulę,

Która jest uszyta starannie złotą nicią,

I przyodzieję się, mamo, i wystroję,

Aby jechać na Tałatinską ziemię;

Tałatinski król zaprosił mnie w gości,

Zaprosił on wszystkich królów i książąt.

Wyciągnij i moją zatrutą strzałę,

Aby niczego w drodze nie zapomnieć:

Jeśli mnie spotka Juda Samuiła,

Ze strzałą ja ją mogę pokonać”.

Wtedy matka otworzyła pstrą skrzynię

I wyjęła mu elegancką koszulę,

Dała mu i zatrutą strzałę.

Przyodział się Marco i wystroił się,

Potem zapytuje się on matkę:

„Powiedz, matko, czy jestem odważnym junakiem?”

„Jesteś junakiem, synu, nad junakami!

Obyś szczęśliwie dojechał na królewski posiłek,

Wszyscy królowie pochwalą Twoją starą matkę,

Że urodziła takiego junaka na ziemi”.

Wtedy wskoczył Marco na rączego konia,

Tylko siadł wierzchem, z trudem go utrzymał,

Jak on od razu wzbił się pod niebiosa.

Tyle go widzieli, jak on zniknął!

Młody goniec też siadł na rączego konia,

Marko skierował się na Tałatinską ziemię.

Tałatinski król już go oczekiwał w wielkim wąwozie,

Jak zobaczył, jego twarz uśmiechnęła się.

Wtedy zszedł z ognistej maszyny

I całuje Marka prosto w oczy.

Marco go pyta i wypytuje:

„Powiedz, królu, czemu mnie wezwałeś?

Póki Tobie pomocy nie okażę,

Nie wyjadę z Tałatinskiego miasta”.

„Przeszedłem, Marco, wszystkie ziemie,

Aby znaleźć miłość, godną mnie,

Jednak i tak ukochanej nie znalazłem,

Wtedy poszedłem na wysoką górę,

Gdzie widać, jak iskrzy biały Dunaj

I płynie przez Sitskie pole.

Nad białym Dunajem jest królewski pałac,

A w nim mieszka Sitska królowa;

Ma ona córkę, uniwersalną piękność,

Że takiej nie ma nigdzie na całym świecie:

Od jej twarzy świeci dziewięć słońc!

Na jej piersi świeci jasny księżyc!

Na brzegu jej sukni drobne gwiazdy!

Jej warkocz do samej ziemi!

Cała ona błyszczy, jak diament!

Ona będzie moją pierwszą miłością.

Jednak jest tam przeklęta Sura Łamija,

Która nie daje wyjść za mąż ani matce,

Ani matce, ani samej córce.

Ona pilnuje, żeby nikt do nich nie przychodził.

Tylko kto przychodził, z powrotem już nie wracał się.

Błagam Ciebie, Marco, proszę,

Abyś poszedł na Sitską ziemię

I zatrutą strzałą zabił przeklętą Łamiję,

Potem pójdziemy do Sitskiego pałacu.

Ty weźmiesz sobie Sitską królową,

A ja wezmę jej przepiękną córkę”.

Król Marco nie stanął, nie poczekał,

Tylko wskoczył na swego rączego konia

I wyprawił się na Sitską ziemię;

Z nim pojechał Tałatinski król.

Tylko podjechali do Sitskiego pałacu,

Krzyknął Marco, głośno zawołał:

„No, gdzie Ty jesteś, Suro Łamijo, czy tu jesteś!

Z tobą w bitwie będę walczyć”.

Jeszcze Marco swoich słów nie wypowiedział,

Pokazała się z lasu Sura Łamija.

Jak ona ujrzała Marco, pobiegła!

Marco wcale tym się nie zdziwił,

No i rzucił w nią zatrutą strzałę

I strzelił srogo w samo serce.

Ledwo łapiąc oddech, dusza jej przemówiła:

„Bóg ukarze Ciebie, królu Marco!

Że zastrzeliłeś mnie, jeszcze młodą i zieloną”.

Słowa wypowiedziała i oddała duszę.

Dopiero wtedy poszli oni do Sitskiego pałacu,

Gdzie znaleźli Sitską królową,

Która krzyczała i płakała.

„Nie trzeba krzyczeć, królowo, nie trzeba płakać!

Niedawno Twoja ziemia była pusta, zapuszczona,

Teraz będziesz główną królową na ziemi:

Ty będziesz pierwszą miłością króla Marco,

A Twoja przepiękna córka będzie

Pierwszą miłością Tałatinskiego króla”.

Jak usłyszała to Sitska królowa,

Bardzo mocno ona rozradowała się

I gościła ich i poiła cały czas przez trzy miesiące,

Że Marco u niej zastrzelił Surę Łamiję.

Już chcą wyprawić się z powrotem,

Król Marko wziął Sitską królową

I przywiózł do swojego miasta Tarnuwa,

Tam wyprawiono bogate wesele,

Wesele trwało trzy tygodnie.

Tałatinski król pozostał na Sitskiej ziemi,

Tam wyprawiono bogate wesele.

I zaprosił wszystkich królów na wesele,

Zaprosił także króla Marko.

Tam ich goszczono i pojono trzy miesiące,

Dopiero wtedy wesele zakończyło się.

Siedemdziesięciu królów chce już odjeżdżać,

Wyszła do nich młoda niewiasta

I im wszystkim dłonie całuje,

Od jej twarzy świeci dziewięć słońc!

Na jej piersi świeci jasny księżyc!

Na brzegu jej sukni drobne gwiazdy!

Jej warkocz do samej ziemi!

I błyszczy ona, jak diament!

Wszyscy królowie bardzo dziwią się jej niezwykłej urodzie;

Wszyscy darowali jej w podarku po sakiewce z ałtynem.

Wtedy wesele już zakończyło się.

Tałatinski król wziął i Sitską ziemię!

Z Tałatinskiej ziemi przyszli wszyscy młodzi,

I zasiedlili tę Sitską ziemię

I zasiali całe Sitskie pole pszenicą,

Od wtedy wyrosła pszenica po całej ziemi!

Z tamtego czasu pozostała pieśń, aby śpiewać,

Od Boga Wam zdrowie, a ode mnie pieśń.

IX. Małżeństwo króla Tałatina z córką Kiticzeskiego króla

Król Tałatin chciał jechać w podróż,

Jechał w podróż, aby przyprowadzić ukochaną.

Nigdzie nie ma ukochanej, aby się spodobała.

Tak chodził od krańca i do krańca całej ziemi,

Wtedy przyszedł i Kiticzeskie szerokie pole,

Tam było starożytne miasto.

Tałatin chciał zajechać do tego miasta,

Być może, tam znajdzie ukochaną,

Ukochaną, która będzie go godna!

Skierował się on ku wielkim bramom,

Wielkie bramy przed nim zamknęły się,

Nie dają mu wejść do miasta.

Rozmyśla Tałatin, co robić,

Co robić i co przedsięwziąć?

Postanowił i wskoczył na rączego konia,

Pragnął z nim przeskoczyć wysoki mur

I dostać się do Kiticzeskiej stolicy:

Może, tam jest najpiękniejsza dziewczyna

I ta dziewczyna spodoba mu się,

A jemu kawalerstwo znudziło się.

Wtedy popędził on rączego konia,

Koń z trudem wskoczył na wysoki mur,

I nie może, nie potknąć się.

Rozsierdził się król Tałatin

I chwycił swój długi bat,

Aby uderzyć rączego konia,

Aby on przeskoczył wysoki mur.

Uderzył on konia, a ten roni łzy,

Tałatinowi mówi on cicho:

„Czemu Ty, Tałatinie, mój panie, mnie bijesz?

Ja byłem w młodości nadzwyczajnym koniem,

Kiedy latałem z pomocą skrzydeł,

Nawet skakałem do błękitnego nieba,

Ale teraz ci, co mam robić?

W Kiticzeskim mieście na szczycie muru

Siedzą dwie Judy Samuwiły,

One mi nijak nie dają,

Aby wysoki mur przeskoczyć:

Pierwsza mi oczy oślepiła

Swoimi dwoma słonecznymi oczami,

Druga w rękach trzyma złote strzały,

Aby nimi męczyć i mnie zastrzelić”.

Krzyknął im król Tałatin:

„Oj wy, dwie Judy Samuwiły!

Jestem waszym bratem, a wy moimi siostrami,

Tylko wyjdźcie i otwórzcie mi,

I spójrzcie, żeby mnie zobaczyć.

I nie trzeba zatrzymywać mojego konia:

Albo ja teraz wjadę do miasta,

Albo od pożądania mogę umrzeć,

Gdyż znudziło mi się bycie kawalerem.

Może, jest tu dziewczyna, godna mnie?”

Jeszcze swoich słów nie wypowiedział,

Dwie Judy otworzyło mu wejście,

Od ich policzków świeci jasne słońce!

Na ich czołach migają gwiazdy!

Ich warkocz ciągnie się po ziemi!

Tylko jak je ujrzał król Tałatin,

Zaczął z nimi taką rozmowę:

„Tylko taką dziewczynę trzeba znaleźć,

Abym zapomniał o wszystkich swoich mękach,

Które cierpiałem, kiedy ziemię obchodziłem,

Aby spotkać dziewczynę godną mnie”.

Judy mówią mu w odpowiedzi:

„Oj Ty, Tałatinie, młody królu!

Jeśli zajedziesz do tego starożytnego miasta,

To znajdziesz dziewczynę jeszcze piękniejszą!

Kiticzeski król ma jedną córkę,

Jedną córkę, że takiej nie ma na świecie,

W jego pałacu jest źródło mineralne,

Które zrobił z czystego marmuru,

Woda w nim zimna jak gruby lód;

Kto tylko takiej wody napije się,

Będzie jak koń szybkoskrzydły!

Ale źródło zajął srogi wąż,

Srogi wąż z dwiema głowami i dwoma ogonami,

I nikomu nie daje napić się wody,

Aby nikt nie chodził do źródła,

Kto tylko przyjdzie słaby, tego zabija!”

Król wysłał młodych heroldów,

Aby pojawili się w starym mieście:

Tylko jaki junak podejmie się zabić tego węża,

Ten weźmie za żonę królewską córkę,

A kto nie będzie mógł zabić węża,

Tego wąż może złapać,

Aby pożreć jako ofiarę”.

„Tyś, Tałatinie, junak ponad junakami,

Jak tylko usłyszysz młodego herolda,

Kiedy taki pojawi się w starym mieście,

Wtedy pójdziesz i zabijesz węża.

Idź, tylko niczego nie bój się.

Jeśli odetniesz mu głowę,

Na jej miejscu dwie wyrosną!

A jeśli ogon jej odetniesz,

W ich miejscu jeszcze cztery wyrosną.

Na Ciebie młodego rzuci się,

Jak ofiarę Ciebie wąż pożre,

Dlatego przed nim zamkniemy bramy,

Twojego rączego konia przytrzymamy,

Nie wolno iść do starego miasta,

Bo w nim młodo zginiesz.

Od nad Twój ojciec będzie wiedział,

I on nad Tobą zlituje się

I przybiegnie tutaj i Tobie powie:

Jeśli Ty nie masz nad sobą litości,

Jedź do miasta i przywieź dziewczynę”.

Jak król Tałatin usłyszał Judy,

Prowadził z nimi taką rozmowę:

„Jestem Wam bratem, moje Judy,

Jestem Wam bratem, a wy moimi siostrami.

Jeśli Wy mi prawdę mówicie,

Że tu mieszka srogi wąż,

Wtedy ja wezmę królewską córkę,

Dlatego że już mi znudziło się kawalerstwo.

Sam przeszedłem wszystkie ziemie,

Ale dziewczyny, godnej mnie nie znalazłem.

W starożytnym mieście jest dziewczyna, godna mnie,

Albo tę dziewczynę wezmę za żonę,

Albo mogę tu młodo zginąć;

Jak wyjechałem z mojego królestwa,

Tak do królestwa mogę nie wrócić”.

Judy mu mówią w odpowiedzi:

„Bądź zdrów, Tałatinie, młody królu!

Ty jesteś jeszcze młody wiekiem,

Ale masz mądrą głowę;

Z nami, bracie, Ty zbratałeś się,

I na sercu rana pojawiła się;

My Tobie oto prawdę powiemy,

Jak możesz zabić srogiego węża,

Tylko ty nam podarki podarujesz.

Kiedy przez bramy z niewiastą przejdziesz,

I Ty krzykniesz i zawołasz:

Czy słyszycie, dwie Judy, moje siostry!

Tylko gdzie Wy jesteście, gdzie jesteście?

Moja miłość drogie dary Wam podaruje,

Drogie dary, jedwabne chusty,

Które sama na krośnie tkała.

Przysięgniesz na Boga i na swoja matkę,

Że nie zapomnisz tego uczynić,

Kiedy przez tę bramę przejdziesz,

Wielkie wesele chwilę zatrzymasz

I nam podarki podarujesz”.

Król Tałatin złożył przysięgę,

Srogą przysięgę na swojego Boga

I na swoją starą matkę:

„I obiecuję wesela nie zatrzymywać,

Niewiasta naprawdę podarki podaruje,

Aby mój Bóg młodego mnie zniszczył,

Aby moja stara matka nie doczekała się mnie”.

Judy mu mówią, odpowiadają:

„Bądź zdrów, królu, jeśli pójdziesz do mineralnego źródła

Aby tego srogiego węża zabić,

Musisz się rozebrać do naga-nagusieńka,

Jak byłeś gdy matka Cię rodziła;

Sam weź tę zatrutą strzałę,

I kiedy będziesz podchodził do węża,

Nie wolno wężowi celować w głowę,

Nie w głowę, nie w ogon;

Tylko patrz i strzel jej prosto w serce.

Kiedy strzelisz w serce,

Ona rzuci się do wody mineralnej,

Ale Ty jej na to nie pozwól:

Jeśli umyje się wodą mineralną,

To ona serce może uleczyć,

I wtedy Ciebie młodego zniszczy;

Tylko chwyć ją i zrzuć od ziemi,

Ziemia rozstąpi się i ją pochłonie,

Wtedy Ty królewską córkę weźmiesz.

Osiodłaj teraz swojego rączego konia

I szybko jedź, aby zabić węża.

Tylko patrz, abyś zdążył i nie zapomniał!”

Król Tałatin osiodłał swojego rączego konia

I wyprawił się do Kiticzeskiego króla.

On powiedział mu takie słowa:

„Ja, król, chcę rozprawić się z wężem.

I mam nadzieję, że Ty oddasz mi swoją córkę,

Która będzie moją pierwszą miłością”.

Król mówi my, odpowiada:

„Patrz, młody królu, zabijesz węża,

Wtedy oddam Tobie moją córkę,

Która będzie Twoją pierwszą miłością;

Jeśli zaś Ty węża nie zabijesz,

Wąż na Ciebie rzuci się

I weźmie Ciebie w ofierze”.

Król Tałatin nie postał, nie poczekał,

I rozebrał się do naga-nagusieńka,

Jak był gdy matka go rodziła,

I wziął swoją zatrutą strzałę

I wyprawił się do źródła mineralnego.

Jeszcze z daleka strzelił wężowi w serce,

Nie dał mu, aby poruszył się,

Za siedem ogonów go chwycił

I rzucił na ziemię,

Ziemia rozstąpiła się i węża połknęła!

Jak ujrzał Kiticzeski król taką odwagę,

Odział go gołego w wytworne szaty,

Zabrał zbroję i poprowadził do starego miasta,

Aby wyprawić jego wesele;

I zbierze się młodzież i weselnicy,

Aby wszyscy pożegnali jego córkę.

Tu zebrali się młodzież i weselnicy,

Przyszyli, aby pożegnać królewską córkę.

Wyszła do nich młoda niewiasta.

Z jej policzków świeci jasne słońce!

Na jej ramionach świeci księżyc!

Na jej czole liczne gwiazdki!

Na końcu podeszła do wysokiej bramy.

Zakrzyknął młody król Tałatin:

„Oj Wy, siostry, i dwie Judy Samuwiły!

Kiedy do mnie przyjdziecie?

Aby zobaczyć moją pierwszą miłość,

Która podaruje Wam bogate podarki,

Bogate dary, jedwabne chusty”.

Tylko usłyszały go Judy i podeszły.

Chcą odsłonić welon niewiasty,

Aby zobaczyć jej białą twarz.

Jak odsłoniły jedwabny welon,

Od jej policzków oślepiło je jasne słońce!

Mówią do Talatina i odpowiadają:

„Och, Talatinie, młody królu!

Kochaj ją mocno, taką przepiękną!

Wtedy mówi król Tałatin:

„Oj Ty, ukochana, pierwsza miłości,

Wyjmij dwie jedwabne chusty,

Aby podarować moim siostrom Samuwiłom”.

Wyjęła ona dwie jedwabne chusty

I podarowała je jego siostrom;

Judy podarowały jej po dziesięć ałtynów,

I mówią im, odpowiadają:

„Na co tylko położysz te ałtyny,

Zawsze ałtyny tam będą!”

Potem król Tałatin odjechał na swoją ziemię,

Tam wyprawił bogate wesele.

Wszystko to zrobił król Tałatin,

I postanowiono, aby śpiewać tę jego pieśń.

X. Bitwa króla Tałatina z Surą Łamiją z Ricznej ziemi

Tałatin, młody królu!

Tałatinska ziemia została opuszczona,

Teraz minęło nie dużo nie mało,

Nie dużo nie mało, całe dwa lata,

Jak pojawiła się przeklęta Sura Łamija

Z przestronnej Ricznej ziemi.

Ma siedem głów i trzy ogony!

Wszystkie niwy ona podeptała,

wszystko żyto ona zjadła.

Jeszcze młodzieży nie daje tam przejść.

Wszystkie pola całkowicie zniszczyła,

Niczego więcej nie zostało do jedzenia,

Skosiła wszystko wokół aż do Turna miasta,

Teraz siedzi w pobliżu miasta na bramie,

Nie daje przejść ani staremu, ani młodemu;

Ani mężczyznom, ani kobietom.

Rozmyślają Turicy, co że czynić?

Wyczekują, może, Łamija odejdzie,

Na inne miejsce nagle pójdzie.

Minął już z rok czasu,

A Łamija nie chce odejść,

Tylko jeszcze wścieklejsza się staje.

Kiedy ustami w flet zagwiżdże,

Całe miasto trzęsie się!

Turicy nie mogą więcej cierpieć,

Nie mogą wyjść na pole,

Ani wody nabrać ze źródła.

Wszyscy mówią, aby odpełzła, trzeba ją wygnać,

Kto ze strzałą, kto z procą;

A może uda się pozbawić ją sił,

Aby oswobodzić miasto Turna.

Czekali, kiedy nastanie święto Dzień Kuliedy,

Aby ludzi zebrać razem,

Pomodlić się do Boga i poprosić go,

By chociaż pomógł oswobodzić miasto.

Upłynął z miesiąc czasu,

I nadszedł Dzień Kuliedy.

Wszyscy ludzie zebrali się w świątyni,

Modlą się do Boga, gorąco Go proszą,

Aby pomógł oswobodzić miasto.

Ze świątyni wyprawili się do Sury Łamii,

Kto ze strzałą, kto z procą;

Starli się tam w bitwie trzy dni i trzy noce,

Sura Łamija wszystkich ich pokonała.

Jak głodny wilk, wlazła do kobiet

I wyciągnęła dziesięć dziewczyn, wszystkie wybrane.

Siedem dziewczyn w nocy połknęła,

Połknęła, dosłownie siedem kuropatw,

No a trzy związała trzema ogonami,

Aby je mieć na wieczerzę na przekąskę.

Wszyscy Turicy z powrotem uciekli,

Aby i tych nie złapała na przekąskę.

Sura Łamija otworzyła paszczę,

Kiedy ją otworzyła, ziemia zatrzęsła się,

I głośno jak grom im mówi,

Głos jej głośniejszy, niż potężny grom:

„Oj mieszkańcy, oj Turiczanie!

Nie trzeba uciekać, nie trzeba bać się,

Ja już brzuch napełniłam,

Ale wystarczy mi mieć każdego dnia po dziesięć waszych dziewczyn,

Po dziesięć dziewczyn i młodzieńców.

Stąd potem będę mieć porcję,

Każdego dnia po dziesięć dziewczyn złapię,

Tak kolejka dojdzie do Waszego młodego króla,

Z niego zrobię sobie przekąskę!

Wtedy już ucieknę z Waszego miasta

I skieruję się na Riczną szeroką ziemię”.

Wszyscy ludzie zatrzęśli się ze strachu!

Skierowali się do królewskiego pałacu,

Królowi oni mówią, powiadają:

„Oj Ty, królu, królu Tałatinie!

My nie możemy pokonać Sury Łamii!

Chwyciła dziesięć naszych dziewczyn, wszystkie wybrane.

Siedem z nich połknęła za jedną noc,

Połknęła je, jak siedem kuropatw,

No a trzy związała trzema ogonami,

Aby mieć je na wieczerzę na przekąskę.

Wszyscy od niej zaczęli uciekać,

A ona otworzyła swoją paszczę

I nam głośno jak grom mówi:

„Oj mieszkańcy, oj Turiczanie!

Nie trzeba uciekać, nie trzeba bać się,

Ja już swój brzuch nasyciłam,

Ale mi trzeba każdego dnia po dziesięć dziewczyn,

Po dziesięć dziewczyn i młodzieńców.

Stąd potem będę mieć porcję,

Każdego dnia po dziesięć dziewczyn złapię,

Tak kolejka dojdzie do Waszego młodego króla,

Z niego zrobię sobie przekąskę!

Wtedy już ucieknę z Waszego miasta

I skieruję się na Riczną szeroką ziemię”.

Patrz, królu, jak oswobodzić miasto Turna.

Przeklęta Łamija, żeby ją szlag trafił!”

Król Tałatin bardzo mocno zasmucił się.

Co robić, nie wiecie?

Upadł i leży chory.

Leżał on tak cały miesiąc.

Każdego dnia słyszy on płacz i krzyki:

Ktoś po córce lamentuje!

Ktoś syna opłakuje!

W końcu miał tego dosyć.

Wysyła sługę, aby wezwał starą matkę,

Ją prosić o pozwolenie.

I aby pójść z Łamiją zetrzeć się w bitwie;

Lub aby oswobodzić miasto,

Lub samemu młodemu zginąć.

Sługa woła jego starą matkę:

„Chodź tutaj, królowo, ja Ciebie przyzywam,

Mam coś, aby Tobie powiedzieć”.

Stara matka zawodziła, zapłakała.

Wydawało jej się, że król jest bardzo chory,

Bardzo chory, że może umrzeć.

Zapragnęła, aby go zobaczyć,

Tylko drzwi do sypialni otworzyła,

Już go ściska za szyję w objęciach!

Kiedy popatrzyła, i co ona widzi:

Król z łóżka wstaje,

Ubiera on piękne szaty,

W rękach trzyma siedem pozłacanych strzał,

Od nich świeci siedem słońc niezachodzących!

Obok niego leży długi buzdugan;

Jak zobaczyła go stara matka,

Całuje go, potrząsa,

Twarz jego poczerniała, pożółkła,

Jego ręce trzęsą się.

Ledwo łapiąc oddech, matka powiedziała:

„Dzień dobry Tobie, królu Tałatinie,

Królu Tałatinie, mój drogi synu!

Dlaczego Ty, synu, ubierasz piękne szaty,

W rękach trzymasz siedem pozłacanych strzał,

Które świecą, jak siedem niezachodzących słońc?

Dlaczego u Ciebie stoi długi buzdugan?

Kogo chcesz, aby pokonać?”

„Niech Bóg da ci dobro, stara matko!

Z Surą Łamiją chcę walczyć.

Albo ja ją w bitwie zniszczę,

Aby nasze miasto oswobodzić,

Albo ona mnie młodego zniszczy.

Nie mogę więcej słuchać płaczu i krzyków:

Kto po córce rozpacza,

Kto syna opłakuje!”

„Nie trzeba, synu, iść na spotkanie z Łamiją.

Wszyscy ludzie wystąpili, aby ją przegonić,

I nie mogli jej pokonać,

A Ty chcesz sam ją pokonać.

Ona Ciebie pocałuje i połknie!

Twoja matka ze smutku umrze”.

„Milcz, milcz, mamo, nie chcę słuchać!

Ja i tak pójdę z nią walczyć w bitwie!

Chcę abyś sama dała mi błogosławieństwo.

Jeśli Łamiję zniszczę w bitwie,

Powinienem mieć Twoje błogosławieństwo,

Jak nie, to rozbójnik Chara w morzu mnie utopi”.

„Błogosławieństwo ja Tobie, synu, obiecuję,

Tylko chwilę poczekaj,

Tylko otwórz podziemną piwnicę

I dostanę ojcowski ognisty pocisk,

Który dał mu stary Riczny król,

Z nim Ty możesz pokonać Surę Łamiję;

Sam zobacz, kiedy pierwszą głowę uderzysz,

Potem jej całe ciało zapal

Niebieskim płomieniem i od niej odejdź

I od kłopotów biegnij ku wielkiemu jezioro.

Może być, że ona ogień zagasi;

Z jeziora więcej nie wychodź”.

„Szybciej, mamo, wyciągnij ojcowski ognisty pocisk,

Niech zobaczy Łamija, że jestem bohaterem na Ziemi!

Jeśli ona zaprosi mnie do siebie,

Tylko ze mnie przekąski nie otrzyma,

Wtedy, w końcu, ucieknie ona z naszego miasta”.

Matka otworzyła mu podziemny magazyn;

Kiedy wyjęła ognisty pocisk,

Wszyscy ludzie od razu zadrżeli!

Żeby miasto się nie zapaliło się.

I oddaje go drogiemu synowi,

Drogiemu synowi, królowi Tałatinowi:

„Weź, synu, ognisty pocisk!

Daję Tobie i matczyne błogosławieństwo,

Ty idź szybko do Sury Łamii,

Gdyż przyszedł już czas,

Aby wyciągnąć dziesięć dziewczyn, wszystkie wybrane;

Abyś chociaż te teraz ocalił.

Nie trzeba więcej słuchać płaczu”.

Król Tałatin wzywa ludzi,

Którzy byli widzi w mieście Turna:

„Kto chce zobaczyć widowisko,

Niech wyjdzie z miasta do wielkiej bramy,

Gdzie znajduje się Sura Łamija,

Tam ja z nią w walce będę walczył”.

Tutaj wszyscy przyszli aby zobaczyć,

Co będzie robił ich młody król:

Czy zwycięży w bitwie?

Czy on młodo zginie?

Sura Łamija wylegiwała się na bramie,

Siedem głów w pobliżu miasta rozdziawiła

I połknęła siedem dziewczyn, wszystkie wybrane;

Swoje ogony rozwinęła

I związała jeszcze trzy dziewczyny

I przygotowała przystawkę na wieczerzę.

Król Tałatin jeszcze całkiem do Łamii nie przybliżył się,

Bardzo głośno jej krzyknął:

„Łamijo, Ty Suro Łamijo!

Przyjdź na białą polanę,

Musimy z Tobą walczyć w walce:

Albo ja Ciebie w bitwie pokonam,

Albo Ty mnie młodego połkniesz,

Tak dalej nie może być,

Chcesz całe miasto opustoszyć,

Aby zjeść wszystkie dziewczyny i młodzieńców,

A potem na ostatek nawet i mnie!

I wtedy stąd zapragniesz odejść”.

Jak usłyszała to przeklęta Sura Łamija,

Że przyszedł król Tałatin,

Aby z nią w bitwie zetrzeć się,

Rozgniewała się ona bardzo, rozsierdziła się;

Oczy jej jak księżyc zabłyszczały,

Swoją paszczę jak piec rozwarła,

Aby go żywcem połknąć.

Król Tałatin nie stanął,

Nie stanął, nie chciał czekać,

A od razu rzucił ognisty pocisk

I uderzył Surę Łamiję w pierwszą głowę.

Jak tylko on ją uderzył,

Całe jej ciało od razu zapłonęło

Niebieskim płomieniem, i ona przeraziła się

I rzuciła się ku wielkiemu jezioru,

Mając nadzieję, że ogień zagaśnie.

Ledwo łapiąc oddech, dusza jej zajęczała:

„Bóg Ciebie ukarze, królu Tałatinie!

Swoją odwagą Ty mnie nie pokonałeś!

Bóg ukarze Twoją starą matkę,

Która dała Tobie ojcowski ognisty pocisk,

Który mu dał mój rodak Riczny król”.

Swojej mowy jeszcze nie wypowiedziała,

Nie może już iść do jeziora, i upadła.

Wszyscy ludzie chwałą wysławiają Tałatina,

Że on całkiem pokonał Łamiję

I oswobodził od niej miasto.

Ten cud dokonał król Tałatin!

I postanowiono, aby śpiewać tę pieśń,

Od Boga Wam zdrowie, a ode mnie pieśń.

XI. Narodziny Orfeusza

Oj Ty, Boże, drogi Boże!

Czemuś Ty, Boże, taki niesamowity?!

Cały miesiąc cuda tworzył,

Że nawet cała ziemia trzęsła się!

Teraz uczyń jeszcze cud.

Urodziła się a ziemi dziewczyna-piękność,

Że nie ma takiej nigdzie na świecie,

I nie ma ani matki, ani ojca,

Sama pozostawała wśród lasu,

Który był przyłączony do Łamijskiej ziemi.

Żyła ona tak w lesie nie długo nie krótko,

Nie długo nie krótko, całe trzy miesiące.

Tylko już o nią Wisznu Bóg zaniepokoił się

I wysłał do lasu dwie Diefy,

Aby zobaczyły, co robi mała dziewczynka

I czy ona, żywa czy już umarła?

Jak poleciały na ziemię dwie Diefy,

Cud zdarzył się ba dole na polu.

Słońce wzeszło jasne, przejasne,

I świeci dwom Diefom,

Aby znaleźć małą dziewczynkę w lesie.

Tylko zstąpiły dwie Diefy na ziemię,

Znalazły one małą dziewczynkę w lesie.

Ona to płacze, to narzeka:

Matka by piersią ją nakarmiła,

Ojciec przyniósłby jej wody i napoił.

Nie ma ona ani matki, nie ma i ojca!

Ojciec jej był jeden król na Łamijskiej ziemi,

Miał siłę duchową od całego serca,

Gdyż był uchodźcą z lasu i gór!

Gdzie przyszła mu do głowy jedna myśl:

Aby wyprawić się na szerokie morze

I zejść w morze na samo dno,

Aby pokonać biesa, który przebywa w morzu.

Dlatego że nie zaczął czcić Gospodzina,

I pokonał biesa, aby uczcił i w morzu.

Tu zawładnęła nim duchowa siła,

Ona go chwyta za serce, jak innych;

Wtedy pozostał on w morzu na dnie

I już więcej nie wychodził.

Ale oczekiwał swojej pierwszej miłości,

Aby wyjść z morza na ziemię;

Oczekiwał on jej nie długo nie krótko,

Nie długo nie krótko, całe trzy lata,

Póki do niego nie dojdzie!

Piszczy, woła i płacze ona:

„Oj Ty, Boże, Wisznu Boże!

Co robisz, Boże, Ty ze mną!

Nie mogę więcej zobaczyć swojej miłości,

Ja jestem jeszcze młoda, co mam robić?”

Jak jej płacz usłyszał Słońce

I pojawił się na niebiosach,

Aby zobaczyć, kto tam płacze na ziemi.

Aby choć popatrzeć i cokolwiek zobaczyć!

Młoda niewiasta błądzi po lesie

I ręce załamując i łzy roni.

Jak ona idzie, od twarzy świeci słońce!

Jak zobaczył ja Słońce, bardzo ona mu się spodobała,

I zstąpił z nieba na ziemię,

Aby pokochać młodą niewiastę, która płacze.

Ale Gospodzin dał mu swoje pozwolenie,

Aby unieść młodą niewiastę wysoko w niebo:

Przecież młoda panna nie była jak Diefka,

Która pełni służbę tylko u Boga.

Wtedy Słonce obcowała z młodą niewiastą;

Tylko obcowali, i stała się ona brzemienna.

Nadszedł już czas, aby rodzić,

I urodziła ona dziewczynkę-piękność,

Że takiej nie ma nigdzie na ziemi!

Bóg zesłał jako karę Surę Łamiję.

Zgrzyta zębami na młodą niewiastę,

Zgrzyta zębami, srogo jej grozi,

Że wrzuci ją do ciemnych lochów,

Aby tam zgniły jej kości,

Za to, że, zeszła się z jasnym Słońcem.

Młoda niewiasta bardzo mocno wystraszyła się zemsty Sury Łamii

I rzuciła się w morze na samo dno:

„Czemu mają moje kości gnić w lochu,

Niechaj moje ciało utonie w morzu”.

Do wtedy przebywały Łamije na ziemi,

Od tej pory pojawiły się już u w morzu.

Mała dziewczynka została sama w lesie,

Nie ma nikogo, aby ją zobaczył.

Tylko Bóg zasmucił się, ulitował się

I posłał dwie Diefy z nieba,

Aby zstąpiły w dół na ziemię do lasu;

Jeśli mała dziewczynka jeszcze żyje w lesie,

To wziąć i zanieść ją do nieba,

Aby posadzić w słonecznym jasnym pałacu

I pełnić służbę tylko dla Boga.

Wtedy dwie Diefy wzięły ją do nieba.

Mała dziewczynka siedzi w słonecznym pałacu,

I służbę pełni tylko dla Boga.

Jeszcze dziewczynka miesiąca nie siedziała w niebie,

Dał się już słyszeć głos na niebie z ziemi:

Król Rinda płakał i lamentował,

Że nie ma dziecka z całego serca,

Aby mu zaludnić pustą zapuszczoną ziemię.

I z modlitwą już prosi Boga:

„Oj Ty, Boże, Wisznu Boże!

Daj mi, Boże, dziecko z całego serca,

Kiedy zobaczę je w komnacie w pałacu,

Aby moje serce rozradowało się,

Że mam dziecko z całego serca;

I będzie ono zasiedlać moją opuszczoną ziemię”.

Wtedy Bóg wysłuchał jego modlitwę,

Postanowił stworzyć dziecko i mu dać,

Aby zasiedlić jego opuszczoną ziemię.

Jednak król Rinda jest już stary, wiekowy,

Jego włosy pobielały, jak biały śnieg,

I nie ma ukochanej w łóżku,

Aby obcować z ukochaną w łóżku

I aby urodziła ona dziecko z całego serca.

Wtedy Gospodzin dziwi się i rozmyśla,

Jakże dać mu dziecko z całego serca?

Rozmyślał on tak całe trzy miesiące,

Ale nie może niczego wymyślić,

Wytęża on rozum, wspomina myśli.

Jak rozmyślał trzy miesiące, tak i zapomniał,

O co prosił go z modlitwą król Rinda,

Aby dać mu dziecko z całego serca.

Czekał król Rinda tak trzy miesiące,

Że Gospodzin da mu dziecko z całego serca,

Czeka on, a dziecka do tej pory nie ma!

Wtedy on zasmucił się zdenerwował,

Zakrzyknął, zawołał on głośno i płacze:

„Oj Ty, Boże, Wisznu Boże!

Jaki ja, Boże, grzech popełniłem,

Że Ty mojej modlitwy nie wysłuchujesz,

Abyś dał mi dziecko z całego serca

I aby zasiedlić moją opuszczoną ziemię.

Jeśli Ty, Boże, moją modlitwę wysłuchasz

I dasz mi dziecko z całego serca,

Aby zasiedlić moją opuszczoną ziemię,

A także abym miał pomoc na stare lata,

Bogatą trzebę na ziemi Tobie złożę:

Jutro z rana pójdę na łąki,

Gdzie pasą się i chodzą skrzydlate ptaki,

I złapię dziewięć czarnych pujek,

Jako trzebę złożę je tylko dla Ciebie,

Abyś Ty dał mi dziecko z całego serca,

I abym na stare lata miał pomoc,

Jeszcze aby zasiedlić moją opuszczoną ziemię”.

Kiedy tylko z modlitwą prosił Boga,

Pękło mu serce i zapłakał.

Nie może na nogach więcej stać,

I położył się na złotym łożu,

Aby odpocząć trochę i pospać,

Gdyż jego twarz zalała się łzami.

I już Bóg tylko o tym myślał,

Że on, Bóg, pomocy mu nie okazał,

Że król Rinda nie ma dziecka z całego serca.

Teraz rozmyśla on, co ma robić,

Co ma robić i co przedsięwziąć!

Gdzieś mu przyszło do głowy,

Że trzeba wysłać dwie Diefy,

Aby one już poszły do słonecznego pałacu

Słonce poprosić o pozwolenie,

Aby oddał im małą słynna dziewczynkę,

I wysłać ją w dół na ziemię,

Aby została ona córką króla Rindy,

Kto nie ma dziecka z całego serca,

Jednak nie ma i ukochanej, aby obcować

I aby ona urodziła dziecko z całego serca!

Wtedy wyprawiły się dwie Diefy do Słońca do jego pałacu.

Słońce jeszcze smacznie spał,

Tu budzą go dwie Diefy:

„Wstań, wstań, Słoneczko, przebudź się!

Do Ciebie posłał nas Wiszniu Bóg,

Aby prosić Cię o pozwolenie

Oddać nam małą słynną dziewczynką,

Aby wyprawić ją na dół na ziemię,

I aby była ona córką dla króla Rindy,

Dlatego że nie ma dziecka z serca.

Jednak nie ma i ukochanej, aby obcować

I aby ona urodziła dziecko z całego serca!”

„Ode mnie, dwie Diefy, daję pozwolenie.

Zabierzcie ją i wyprawcie w dół na ziemię,

Niech będzie córką dla króla Rindy

I będzie mu okazywać pomoc i opiekę,

I mnie także nie opuści.”

Wtedy dwie Diefy wzięły małą dziewczynkę na ręce

I zleciały z nią w dół na ziemię.

Już idą prosto do króla Rindy,

Wchodzą one aż do jego złotej sypialni.

Gdzie król Rinda śpi bardzo mocno.

Czekały na niego i pozostały tam przez trzy dni,

Jednak on spał jak zabity!

Jego głowa nie porusza się,

Jego oczy nie podnoszą się,

Żeby zobaczyć, kto przyszedł do sypialni.

Dwie Diefy nie chciały więcej czekać,

Wzbiły się ponownie w górę do nieba,

Aby świadczyć służbę tylko dla Boga.

Mała dziewczynka pozostała w sypialni,

I czekała ona jeszcze trzy dni,

Aż wstanie król Rinda;

Jeszcze na niego czekała, ale i tak nie wstaje!

Mała dziewczynka zaczęła go budzić:

„Wstawaj, tato, nie można dłużej spać!

Wtedy zobaczysz swoje dziecko z całego serca,

Które Tobie zesłał Wiszniu Bóg z nieba,

Aby okazywać Tobie opiekę na stare lata

I aby zasiedlić Twoją opustoszałą ziemię”.

Dopiero wtedy król Rinda poruszył głową,

Jego oczy podniosły się i zmarszczyły brwi,

Wtedy zobaczył małą dziewczynkę, swoją córkę,

Którą mu zesłał Wiszniu Bóg z nieba.

Z jej twarzy świeci jasne słońce!

Na jej piersiach jest jasny księżyc!

Na brzegu jej sukni drobne gwiazdy!

Ubrana jest w złote pozłacane szaty!

Dopiero wtedy jego serce rozradowało się,

Że ma on dziecka z całego serca.

Wtedy poszedł on w dół na swoje włości,

Gdzie pasły się i chodziły skrzydlate ptaki,

I złapał dziewięć czarnych pujek,

Złożył on trzebę dla Wisznu Boga,

Że dał mu dziecko z całego serca,

Wtedy trzeba trafiła prosto do Boga,

I Bogu jego trzeba spodobała się,

I obiecał dać mu sławnego wnuka,

Aby ten zasiedlił opustoszoną ziemię.

Potem zapytuje Wiszniu Bóg jasne Słońce:

„No powiedz mi, jasne Słońce:

Kiedy Ty oświetlasz na dole ziemię,

Czy nie widziałeś gdzieś młodego Judinskiego króla?

Jemu będzie pierwszą miłością ta córka.

Z nią będzie obcował wczesnym rankiem przed Jutrzenką,

Tylko będą obcować, i ona od razu stanie się brzemienną

I urodzi sławne przepiękne dziecko,

Które potem zaludni całą zapuszczoną ziemię”.

„Oj Ty, Boże, Wisznu Boże!

Dziś widziałem go na jego ziemi,

Kiedy on przechodził przez szerokie pole

I szukał miłości, godnej jego,

Jednak miłości, godnej jego, nie znalazł”.

Jeszcze swojej mowy Słońce nie skończył,

Jak młoda panna już idzie po niebie,

Skrzydeł nie ma, aby wzlecieć na obłok,

Jeszcze od Słońca nie oddaliła się,

Słońce prowadzi z nią rozmowę:

„Ej Ty, dziewczyno, młoda dziewczyno!

Nie trzeba latać wysoko po niebie,

Tylko zstąp w dół na ziemię

I skieruj się na Judinską ziemię,

Gdzie spotkasz miłość, godną Ciebie?

Ukochana dla Ciebie jest na Judinskiej ziemi,

To jest Judinski król, młody przystojniak,

On szukał miłości, godnej go,

Jednak nie ma ukochanej na jego ziemi.

Tylko popatrzy on na Ciebie,

Że jesteś przepiękną uniwersalną pięknością

I takiej nie ma nigdzie na ziemi,

Ty mu spodobasz się i on Ciebie pokocha.

Tylko nie obcuj z nim w czarną godzinę,

Dlatego że poród będzie niepomyślny;

Obcuj z nim tylko w białą godzinę,

W białą godzinę w Dzień Surwy,

Kiedy Judy kąpią się w jeziorze

I śpiewają donośnym głosem pieśń:

„Oj Ty, Boże, Surwo Boże!

Daj nam, Boże, Suro rok zdrowy,

Tylko odziejemy się w złoto i zobaczymy,

W naszej jaskini są złote dzbany,

Ze złotych dzbanów wypijemy szkarłatne wino

I Ciebie, Boże, chwałą wysławiać,

Który Ty sam siedzisz w niebie

I stwarzasz cuda w dole na ziemi.”

Jeśli zaś będziesz z nim obcować, Górska Judo, tylko w czarną godzinę,

Kiedy Judy stają się czarne, przeczarne,

I noszą czarne chusty na głowie,

Twój poród będzie bardzo ciężki.

Jeśli urodzi Ci się sławne dziecko,

Potem, kiedy podrośnie i zapragnie ożenić się,

Pójdzie do królowej Morny szukać miłości,

Tam u niej jest miłość, godna go:

Jednak u niej są trzy węże,

Które mają latające skrzydła

I strzegą trzech królewskich córek,

Że nie ma więcej takich nigdzie na świecie.

Jak zobaczą Twojego sławnego syna,

Młodym zostanie on zniszczony,

I więcej go nikt nie zobaczy,

I Ty od żałosnej wieści młodą i zieloną zginiesz.

A jeśli będziesz obcować z nim w białej godzinie,

Kiedy Judy będą w jeziorze kąpać się,

Twój poród nie będzie trudny,

Wtedy urodzisz małe sławne dziecko,

Że takiego nie będzie nigdzie na świecie,

Mały będzie rósł, póki nie dorośnie.

Będzie prowadził wyprawy po ziemi,

Aby znaleźć miłość, godną siebie,

I przyjdzie on do królowej Morny,

Aby wziąć jej najmłodszą córkę,

Że nie ma takiej nigdzie na świecie,

I trzy węże nie zdołają zniszczyć młodego,

Ponieważ on pokona je w bitwie

I rozpruje im brzuchy i wątroby,

Wtedy zabierze młodą dziewczynę, która będzie uniwersalną pięknością”.

Jeszcze Słońce słów nie wyrzekł,

Błysnął on w górze na niebie

I zaczął grzać i świecić w dół na ziemię.

Ale młoda dziewczyna Górska Juda nie poszła do niego do nieba,

Tylko zstąpiła w dół na ziemię

I wyprawiła się już na Judinską ziemię,

Gdzie zobaczyła młodego Judinskiego króla,

Który przemierzał szerokie pole

I szukał miłości, godnej jego,

Jednak i tak miłości nie znalazł!

Jak zobaczyła go Juda, bardzo on jej spodobał się.

Nie wróciła ona więcej na obłoki,

Tylko chodzi w dole po ziemi

I podeszła do Judinskiego króla,

Ona obejmuje go i całuje go.

Potem mówi mu, powiada:

„Ty będziesz mi, królu, pierwszą miłością!”

I królowi ona bardzo spodobała się.

Zaczęli oni przygotowywać bogate wesele

Na wesele zaprosili siedemdziesięciu królów,

Aby goście poucztować, wypili szkarłatnego wina,

Że on znalazł miłość, godną jego.

Wesele chciał on urządzić na swojej ziemi,

Jednak Juda nie dala swojej zgody,

Aby urządzić na jego ziemi,

Tylko chciała urządzić wesele na swojej ziemi:

„Mam ojca, króla, bardzo starego!

Jestem jedyną córką króla Rindy,

Nikt więcej nie zaopiekuje się nim,

Tam on na mnie czeka, abym przyszła.

Z błaganiem Ciebie, królu, proszę,

Abyś wyprawił bogate wesele na ojcowskiej ziemi,

I ojciec będzie rad z całego serca,

Że ma młodego zięcia- przystojniaka”.

Wtedy król wysłuchał jej prośbę.

Wskoczył z nią na słynnego Judnego konia,

Który lata jak ptak nad morzem,

Wzbił się z nim i jego pierwszą miłością;

Za nim pojechało siedemdziesięciu królów

I skierowali się wszyscy do króla Rinde.

Ten spał na złotym łóżku.

Górska Juda zaczęła go budzić:

„Wstawaj, tato, nie można więcej spać!

Wstawaj, i zobaczysz swojego młodego zięcia,

Chcesz, aby on był moją pierwszą miłością?

Jeśli chcesz, to ja Ciebie z błaganiem proszę,

Abyś wyprawił bogate wesele

I ugościł na uczcie siedemdziesięciu królów;

Aby ugościć na uczcie i aby napoił winem,

Że Tobie staremu cześć okazali,

I już przyszli na Twoją ziemię”.

Król Rinda wstał z łóżka,

Jego oczy były mocno zaspane,

Nie może zobaczyć młodego zięcia.

Po wodę pobiegła młoda panna,

Aby przemyć jego zaspane oczy.

Potem on zobaczył młodego zięcia.

Młoda panna przyniosła mu wodę,

Tylko umyła mu senne oczy,

Spojrzał i zobaczył młodego zięcia;

Tylko go zobaczył, on bardzo mu spodobał się:

„Bądź, córko, dla niego pierwszą miłością!

I Ty jesteś moją uniwersalną pięknością,

I on tez jest uniwersalnym przystojniakiem,

Że więcej nigdzie nie ma na ziemi”.

Wtedy wyprawił król Rinda bogate wesele,

W gościach ugościł siedemdziesięciu królów,

Na uczcie ich gościł, winem ich poił,

Że jemu staremu okazali cześć;

I doszli nawet do jego ziemi.

To wesele trwało nie długo nie krótko,

Nie długo nie krótko, całe trzy miesiące,

Kiedy już im wszystkim znudziło się,

Chcą powrócić już na swoje ziemie.

Wtedy wyszła do nich młoda niewiasta,

Aby pocałować ich dłonie:

Od jej twarzy świeci jasne słońce!

Na jej piersiach jest jasny księżyc!

Na brzegu jej sukni drobne gwiazdy!

Ubrana jest w złote pozłacane szaty!

Siedemdziesięciu królom ona bardzo spodobała się

Juda im wszystkim ręce całuje,

A ci darują jej podarki,

Kto ze złotem, kto ze srebrem;

Potem odjechało siedemdziesięciu królów.

Sam Judinski król został u króla Rindy,

Aby kochać swoją pierwszą miłość.

Jednak nadchodziła godzina czarna-przeczarna;

Juda nosi czarna chustkę na głowie

I czeka, kiedy nadejdzie biała godzina,

Aby obcować w białej godzinie, w Dzień Surwy,

Kiedy Judy w jeziorze kąpią się,

Aby poród nie był trudny.

Czekali nie długo nie krótko, całe trzy miesiące;

Jeszcze nie nadeszła biała godzina,

I im to wszystko już się znudziło.

Nawet i królowi Rinde też się znudziło,

Trudno naciskać na córkę Górską Judę,

Aby nie wyczekiwała białej godziny,

Tylko by obcowała z pierwszą miłością

I urodziła małe sławne dziecko,

Aby zasiedlić mu opustoszałą ziemię.

Z trudem na nią naciska i z błaganiem prosi.

I ona jego prośby nie słucha,

Tylko wyczekuje białej godziny,

Aby wtedy obcować z pierwszą miłością.

Król Rinda srogo jej zagroził:

Tylko jeszcze dwa dni czekania,

Potem, jeśli nie będzie obcować z pierwszą miłością,

To zamknie ich w ciemnych lochach,

Gdzie znajduje się Sura Łamija,

Tam niech ich kości zgniją!

Wtedy Juda posmutniała, i zmartwiła się,

I poszła ona do swojego pokoju,

Zdjęła jasne złote pozłacane szaty,

Włożyła go do pięknej skrzyni

I nakryła głowę czarną chustką,

Potem wyprawiła się do wyschniętej studni,

Do wyschniętej studni w pobliżu jeziora,

Aby tu ukryć się przed ojcem,

Aż nadejdzie biała godzina,

Aby wtedy obcować z pierwszą miłością.

Tak siedziała tam w studni trzy miesiące,

Nie wie, kiedy nadejdzie biała godzina.

Wtedy podeszły Judy do jeziora,

Zdjęły czarne chustki z głowy

I kąpią się w kąpielisku w jeziorze

I śpiewają donośnym głosem pieśń:

„Oj Ty, Boże, Surwa Boże!

Daj nam, Boże, zdrową Sura godzinę,

Tylko odziejemy się w złoto i zobaczymy;

Już i złote dzbany w jaskini mamy,

Ze złotych dzbanów wypijemy szkarłatne wino

I Ciebie, Boże, chwałą wysławimy,

Że tylko Ty sam siedzisz w niebie,

I stwarzasz cuda tylko na ziemi”.

Jak usłyszała Górska Juda głośną pieśń,

Domyśliła się ona, że nadeszła biała godzina.

Wyszła ona z wyschniętej studni

I poszła już stamtąd do ojca do pałacu;

Otworzyła swoją piękną skrzynię,

Zrzuciła z głowy czarna chustkę

I założyła jasne pozłacane szaty,

Potem poszła już do pokoju do ukochanego.

Jej ukochany spał bardzo niespokojnie,

Tylko obawę miał w sercu,

Że jego ukochana ginie,

Więcej jej nie będzie, nigdzie nie widać!

Wtedy położyła się Juda koło niego na łóżku.

Rękami go objęła i budzi,

Ustami mu szepcze i mówi:

„Wstawaj, ukochany, nie trzeba spać!

Dlatego że biała godzina już nadeszła,

Nie trzeba więcej spać w pojedynkę”.

Z trudem dusza jego przemówiła:

„Kto mnie budzi, kto mnie zapytuje?

Zachorowałem i śpię na łóżku,

Dlatego że moje serce jest poranione,

Gdyż moja ukochana uciekła, zniknęła”.

„Wstań, królu, nie trzeba spać!

Twoja ukochana nie uciekła, nie zniknęła,

Stoi tutaj obok twojego łóżka.”

Dopiero wtedy jego serce rozradowało się

I wstał on ze złotego łóżka.

Jak zobaczył swoją pierwszą miłość,

Obejmuje ją i całuje ją,

Potem pyta ją i zapytuje:

„Gdzie Ty byłaś, ukochana, tyle czasu,

Że moje serce tak poraniłaś?”

„Nie pytaj, królu, nie wypytuj!

Czekałam, kiedy nadejdzie biała godzina,

I aby wtedy z Tobą obcować

I urodzić małe sławne dziecko,

Dlatego że mi jasne Słońce powiedział i nakazał,

Abym nie obcowała z Tobą w czarną godzinę,

Kiedy Judy są czarne-przeczarne,

Noszą czarne chusty na głowach;

Inaczej poród będzie ciężki.

Dziś już nastała biała godzina,

Biała godzina, Dzień Surwy,

I przyjdę od razu do Ciebie do łóżka,

Aby obcować z Tobą i urodzić dziecko.”

Wtedy obcował król z Górską Judą,

Tylko obcowali, i ona stała się brzemienną.

Jak ujrzał ich król Rinda, bardzo uradował się,

Że będzie miał sławnego wnuka

I ten mu zasiedli opustoszałą ziemię.

Brzemienną była tylko trzy miesiące,

W czwartym nadszedł poród.

Wtedy urodziła małe sławne dziecko,

Trzymało ono flet w prawej ręce!

I dziecko sławne, i flet sławny!

Dziecko miało skrzydła pod ramionami!

I jego włosy były złote pozłacane,

Jego głos odbijał się na całym niebie!

Tylko oddzielił się od matki,

Donośnym głosem pieśń zaśpiewał;

Jego pieśń słyszano nawet w wysokim niebie!

Zebrały się wszystkie ptaki w pałacu

I słuchają jego głośnej pieśni.

Od głośnego śpiewu ptaki aż były oczarowane!

Nie latają, nie biegają po pałacu,

Tylko stoją i słuchają głośnej pieśni.

Tylko małe dziecko pieśń zakończyło,

Wtedy ptaki ocknęły się i odleciały.

I dziecko było sławne, i flet sławny!

Jak zagra sławny flet!

Jej głos odbija się nawet w wysokim niebie!

Jakie były ptaki i zwierzęta na górze,

Wszystkie dziwiły się takiemu cudowi,

Jak zagrał słynny flet!

Wszyscy chodzą tylko za małym dzieckiem.

I słuchają jego słynnego fletu.

A jeszcze były ptaki owcopodobne,

I te przyszły do pałacu tylko do dziecka

I leżą jak zaczarowane na szerokim dziedzińcu.

Małe dziecko fletu z rąk nie wypuszcza,

Potem zagrało pieśń korowodową.

Jak zagrał, to góry zatańczyły!

Wtedy nawet ptaki zatańczyły.

Wyszła na mury fortecy jego matka

I patrzy, co jej syn robi,

Jak małe dziecko gra na słynnym flecie,

Tak tańczą i góry, i nawet ptaki!

Tak ona patrzyła tam trzy tygodnie,

Ale nic dziwnego się nie wydarzyło,

Tylko dziwne stały się ptaki owcopodobne,

Że one powiększyły się, pobielały i oswoiły się:

Chcą, aby były one w pałacu,

Nie chcą więcej wracać do lasu.

I z modlitwą prosi ona już Boga:

„Oj Ty, Boże, drogi Boże!

Błagam Ciebie, Boże, proszę:

Ponieważ Ty dałeś mi dziecko sławne z serca,

Które gra na słynnym flecie,

To zbierają się wszystkie ptaki je słuchać,

Nawet góry horę tańczą.

Stwórz, Boże, jeszcze jedno cudo na ziemi,

Jak zagrało moje dziecko na sławnym flecie,

Ptaki owcopodobne podeszły do pałacu,

Że powiększyły się, pobielały i oswoiły się.

I przyszły one posłuchać fletu,

I leżą na szerokim dziedzińcu, jak zaczarowane.

Wyszedłem na wysokie mury twierdzy,

I patrzę, co tam dzieje się

Tak patrzyłam tam trzy tygodnie.

I dotąd niczego dziwnego nie zauważyłam,

Tylko ptaki owczopodobne stały się dziwne,

Że powiększyły się, pobielały i oswoiły się,

Chcą, aby były w pałacu,

Nie chcą więcej wracać do lasu.

I Ciebie, Boże, z modlitwą proszę,

Abyś Ty je zamknął w moim pałacu

I abym patrzyła na nie i moje serce radowało się.

Jeśli Ty, Boże, wysłuchasz moją modlitwę,

Złożę Tobie trzebę, dziewięć czarnych pujek,

Które są u mojego ojca w kurniku”.

Kiedy Wisznu Bóg patrzył z nieba,

To usłyszał jej modlitwę.

Ze Słońcem zaczyna on rozmowę:

„Oj Ty, Słoneczko, jasne Słoneczko!

Jutro jeszcze z rana Ty błyśniesz na niebie

I nagrzejesz ziemię bardzo mocno,

Aby wszystkie ptaki odeszły z pałacu,

Kto do lasu, a kto nad morze.

Ptakom owcopodobnym nie wolno odlatywać,

Tylko aby siedziały w królewskim pałacu,

Dlatego że Twoja córka wyraźnie prosiła o nie,

Gdyż stały się one wielkie, białe i oswojone,

Tam tylko, abyś trzy miesiące nagrzał ziemię bardzo mocno,

Tak aby ptaki owcopodobne były w pałacu:

One Twoich jasnych świtów bardzo boją się

I będą chować się w podziemnych komnatach

I nie będą chodzić więcej w góry,

Tylko będą pozostawać w pałacu i na polu”.

Jeszcze słów Wisznu Bóg nie wyrzekł,

Słońce już wszedł na niebie

I grzeje na dole ziemię bardzo mocno,

Nie daje nikomu wyjść na pole.

A małemu dziecku już flet znudził się

I zostawił on flet w pokoju,

Dopiero wtedy possał pierś matki.

A że ptaki były oczarowane,

Dopiero wtedy one ocknęły się i odleciały

Kto poleciał w góry, a kto nad morze.

Ptaki owcopodobne pozostały na szerokim dziedzińcu,

Tylko zbierały się, aby odejść,

Jasne Słońce zagrzał bardzo mocno

I nie daje im iść w góry.

A one bardzo boją się Słońca

I ukrywają się w podziemnej piwnicy.

Ukrywali się tam całe trzy miesiące,

Tylko wiele nauczyły się w pałacu:

Nie chcą więcej odchodzić w góry,

Tylko idą na pole i pasą się na pastwisku,

Potem przychodzą już do pałacu do małego dziecka.

Jak ujrzała ich Górska Juda, bardzo była rada,

I poszła ona do ojcowskiego ogrodu,

Potem złapała dziewięć czarnych pujek,

Aby już złożyć trzebę Wiszniu Bogu,

Że on wysłuchał jej modlitwę

I zostawił w pałacu ptaki owcopodobne.

Jej trzeba poszła wysoko aż do nieba,

Tylko i Słońcu trzeba spodobała się,

I ogrzała w dole całą ziemię.

Tylko już lato dalej przedłuża się,

Wszystkie ptaki owcopodobne stały się brzemienne

I urodziły jagnięta, późne oseski,

Tam im jagnięta ssą wymiona.

Jak ujrzała ich Górska Juda, bardzo była rada,

Wtedy przyszła jej na myśl i ona wzięła wymię,

Jak liznęła mleka, bardzo jej spodobało się!

Tak nadoiła mleka od jałowej owcy

I dała mleka ojcu, i ukochanemu.

I ono im bardzo spodobało się.

I chwałą sławią Górską Judę,

Że ona znalazła mleko na swojej ziemi,

Aby ludzie nakarmili się mlekiem

I potem aby ją chwalili.

Dopiero wtedy Górska Juda usiadła obok ukochanego

I karmi małe dziecko na rękach.

Jak spojrzał król Rinda na młodego wnuka,

Jego serce bardzo rozradowało się,

I zaprosił on siedemdziesięciu królów,

Aby przybyli do niego na jego opuszczoną, zapuszczoną ziemię,

Aby ugościć ich bogatymi potrawami,

Aby napoić ich szkarłatnym winem,

Że miał małego sławnego wnuka,

I takiego nie ma nigdzie na świecie;

I będzie on zasiedlał pustynną ziemię.

Wtedy przyjechało siedemdziesięciu królów na jego ziemie.

Król Rinda ugaszcza ich przysmakami,

Szkarłatnym winem ich poi,

A Górska Juda ugaszcza ich owczym mlekiem.

Siedemdziesięciu królów skosztowało i pochwałą wysławiło Górską Judę,

Która znalazła mleko na swojej ziemi,

Dotąd nie znali go ani starzy ani młodzi!

Tak goście ucztowali tam trzy tygodnie,

Aż to im już znudziło się.

Chcą już powrócić na swoje ziemie,

I zapragnęli ujrzeć słynne małe dziecko.

Wtedy idzie małe dziecko z matczynego pokoju,

I wchodzi ono do tego samego pokoju, gdzie było wszystkich siedemdziesięciu królów.

Jak ujrzało je siedemdziesięciu królów, zdziwili się,

Że ono takie zręczne i sławne:

Flet trzymało w prawej ręce!

Miał skrzydła pod pachami!

I jego włosy są złote pozłacane!

Jego głos rozbrzmiewa aż do wysokiego nieba!

Wtedy małe dziecko zaśpiewało głośną pieśń

I zagrało na flecie korowód,

Jego głos zabrzmiał aż do wysokiego nieba!

Wtedy horom zatańczyły góry i nawet lasy!

Nawet ptaki przyleciały do pałacu,

Aby posłuchać głośnej pieśni;

Lecą i przylatują do pałacu,

A potem padają, jak zaczarowane na ziemię!

I siedemdziesięciu królów było bardzo zdziwionych,

Nie mogą siedzieć, nie mogą stać na nogach,

Tylko prowadzą korowód na królewskiej uczcie.

Tak tańczyli nie długo nie krótko trzy tygodnie,

Do tej pory, póki bardzo zmęczyli się!

Jednak małe dziecko nie zmęczyło się,

Nie wypuszcza fletu z rąk!

Jak ujrzała ich Górska Juda,

Że królowie bardzo zmęczyli się,

Nawet nie mogą usiąść na ziemi,

Dlatego ze nie odstawia głośnego fletu.

Prosi ona z błaganiem małe dziecko:

„Ej bądź zdrów, synku, drogi synku!

No wypuść, synku, flet z rąk,

Gdyż siedemdziesięciu królów bardzo zmęczyło się”.

Dopiero wtedy chłopiec odstawił flet

I siedemdziesięciu królów ponownie zasiadło za stół.

Ale małe dziecko nie usiadło z nimi za stół,

Tylko chciało stąd odlecieć

I wzbić się wysoko, aż do nieba,

Aby pochwałą wysławiać Wisznu Boga,

Że ono urodziło się sławnym na ziemi

Z trudem mu matka odradzała:

„Usiądź, synu, nie chodź,

Aż siedemdziesięciu królów znajdzie piękne imię,

Potem idź tam, gdzie chcesz”.

Wtedy zostało małe dziecko,

Aż mu wymyśli piękne imię siedemdziesięciu królów.

Wtedy dało mu siedemdziesięciu królów piękne imię,

Piękne imię dali Ufrień junak,

Który będzie flecistą na ziemi.

Ale i będzie też latał, jak ptak Riena, po niebie,

Aby grać i chwałą wysławiać Boga.

Tylko siedemdziesięciu królów nadało mu piękne imię,

On wzbił się i poleciał w niebo.

Tam przeżył on cale trzy lata,

Pochwałą wysławiał Wisznu Boga,

Że pomógł mu urodzić się sławnym na ziemi!

Tak żył on w niebie, dopóki większy nie podrósł.

Nadszedł czas, że już można żenić się,

Wtedy zstąpił on na ziemię do matki.

Znalazł on matkę, a ojca nigdzie nie ma!

Jego ojciec uciekł na swoją ziemię,

Gdzie żył ze swoimi Judami Samuiłami,

Dlatego że junakowi Ufrieniowi bardzo zazdrościł:

„Od tego zacznie się moja ziemia, którą zdobędę,

I potem będę pierwszym królem na ziemi!”

On uciekł, ale jego żona nie uciekła,

Jej ojciec bardzo zestarzał się

I nie ma więcej nikogo, aby nim zaopiekował się.

Tylko ona pokochała Janskiego króla,

Który zaczął mieszkać w jej pałacu,

Tak Ufrień zyskał drugiego ojca.

Tylko przyszedł Ufrień do ojcowskiego pałacu,

Otrzymał od matki błogosławieństwo,

Pozwolenie mu dała chodzić po ziemi,

Aby znalazł pierwszą miłość godną jego,

I że on chce już żenić się.

„Idź, mój synu, abym ja nie musiała chodzić.

Może, znajdziesz miłość, godną Ciebie?”

Wtedy on wzbił się i ruszył w drogę po ziemiach.

Tak podróżował tam dwa lata,

Aż nie obszedł wszystkich ziem,

Ale nie znalazł ukochanej, godnej go,

I wróciłem z powrotem do matki.

Był bardzo zasmucony i zmartwiony.

Jeszcze nie wszedł do niej do pokoju,

Upadł na tapczan i leży chory,

Leżał chory, całkiem umiera.

Nikomu nie mówi, co ma na sercu.

Wtedy przyszła matka i go zapytuje:

„Powiedz, synu, co Ty masz na sercu,

Że leżysz chory i umierasz?”

„Niczego nie mam, mamo, na sercu,

Tylko jestem bardzo smutny i zmartwiony,

Że podróżowałem po wszystkich ziemiach,

Ale i tak nie znalazłem miłości, godnej mnie!

Być może, mamo, Ty wiesz, gdzie znaleźć ukochaną, godną mnie?”

„Nie niepokój się swoją prośbą!

Ukochana, godna Ciebie, jest w Mornej ziemi,

Morny król ma trzy córki-piękności,

A najmłodsza jest tak delikatna, nie ma drugiej takiej,

I ona będzie dla Ciebie pierwszą miłością.

Jednak na Mornej ziemi są trzy węże,

Które mają skrzydła latające

I strzegą trzech królewskich córek;

Tylko kto przychodzi na Morną ziemię,

Aby zabrać królewskie córki,

Z powrotem już nie wracają się,

Węże go młodego od razu zniszczą.

Mi to powiedział jasne Słońce,

Że Ty możesz pokonać trzy węże,

I wypędzisz je i nawet rozprujesz im brzuchy i wątroby!

Wtedy zabierzesz dziewczynę, uniwersalną piękność,

Kiedy pójdziesz, synu, na Morną ziemię

I będziesz szukał ukochanej, godnej Ciebie.

Tylko patrz, i węża zaczaruj fletem,

Aby Ciebie młodego nie zgładziły”.

Tylko usłyszał to młody Ufrień,

Że jest godna ukochana na Mornej ziemi,

Skoczył od razu z prawej nogi

I zagrał na słynnym flecie,

Aby chwilę serce uradować,

I tak grał nie długo nie krótko,

Nie długo nie krótko, tam trzy tygodnie.

Bardzo chciał już iść na Morną ziemię,

Aby zabrać ukochaną, godną jego.

Potem prosi u matki o błogosławieństwo:

„Niech będzie, synu, Tobie błogosławieństwo ode mnie!

Tylko strzeż się tam trzech węży,

Aby Ciebie młodego nie zniszczyły”.

Wtedy zdjęła ona swoje złote skrzydła,

Zdjęła z pasa i złoty nożyk

I mówi mu, powiada:

„Weź, synu, i moje złote skrzydła!

Kiedy Ty zabierzesz swoją pierwszą miłość,

To przymocuj jej skrzydła pod pachami,

Aby ona z Tobą poleciała,

Aby Was nie dopadły trzy węże.

Weź, synu, i mój złoty nożyk!

Jeśli Was trzy węże nagle dopadną,

Z nożykiem Ty je zatrzymasz i rozprujesz im brzuchy i wątroby!

Tylko patrz, fletu nie zostawiaj:

Abyś prawą ręką grał na flecie,

A w lewej ręce abyś trzymał ukochaną,

Wtedy nie odbiorą jej trzy węże”.

Wtedy Ufrień wziął złote skrzydła i wziął także złoty nożyk,

Potem wzbił się i poleciał na Morną ziemię.

Tak on leciał, leciał i przyleciał,

Gdzie dotarł już do Mornej ziemi.

Jeszcze nie doszedł do pałacu,

Zaśpiewał on głośną pieśń,

Zagrał na flecie korowód,

Nawet i pole horom zatańczyło,

Kołysze się samo, jak kołyska!

Tylko wszedł on do królewskiego pałacu,

Tu trzy węże bardzo oczarowały się,

Oczarował się i sam Morny król,

I leżą jak martwi na ziemi!

Wtedy wszedł Ufrień do kobiecej komnaty,

Gdzie siedziały trzy królewskie córki,

I wszystkie trzy są uniwersalnymi piękności,

A która najmniejsza dziewczynka to Rosida,

Od jej twarzy świeci jasne słońce!

Na jej piersi jasny księżyc!

Na brzegu jej sukni drobne gwiazdy!

Jej warkocz do samej ziemi!

Kiedy mówi, perłami rzuca!

Najbardziej czarująca piękność na ziemi!

Jak ujrzał ją Ufrień, bardzo ona spodobała się,

I Rosidzie Ufrień spodobał się:

„Oto junaku, mówię, zabierz mnie!

Bóg ukarze króla Charapina,

Że pokochał mnie jeszcze będącą małą;

Póki nie ma tu króla Chrapina,

Będę kochać junaka Ufrienia, flecistę”.

Swojej mowy Rosida jeszcze nie dokończyła.

Uroniła ona małe łzy.

Póki Ufrień grał pieśń korowodową,

To trzy dziewczyny tańczyły,

Tańczyły nie długo nie krótko trzy tygodnie,

W końcu im to się znudziło się.

I Ufrieniowi też już znudziło się,

Chciał już powrócić na swoją ziemię,

Tylko patrzy, aby zabrać dziewczynę Rosidę;

Jednak nie można zostawić i dwóch sióstr.

Wtedy Ufrień zagrał pieśń, która oczarowuje,

Wtedy trzy węże od razu bardzo zostały zaczarowane;

Zostali zaczarowani i dwaj królowie.

Tylko dwie siostry nie były zaczarowane,

Tylko patrzą tylko na junaka Ufrienia, flecistę.

Wtedy rozmyśla Ufrień, co robić,

Co ma zrobić i co przedsięwziąć,

Jak ma zabrać dziewczynę Rosidę.

Wtedy przyszło mu na myśl

I chwycił ją lewą ręką za ręce,

Przymocował jej złote skrzydła pod pachami,

A prawą ręką grał na słynnym flecie,

Potem wzbił się, aby odlecieć na swoją ziemię.

Dwie siostry zostały ukarane przez Boga,

Że bardzo zazdrościły dziewczynie Rosidzie,

Wspięły się wysoko na mur twierdzy

I królowo Charapinowi ogłaszają, mówią:

„Bądź zdrów, królu, królu Charapinie!

Czemu siedzisz, królu, Czemu stoisz?

Twoja ukochana od Ciebie uciekła!

Pokochała innego króla flecistę,

Który gra na słynnym flecie;

Kiedy zagra słynny flet,

Nawet i pole rusza w tan!”

Jak usłyszał je król Charapin,

Bardzo on rozzłościł się, rozgniewał się,

Jednak, nie wiedział, co robić.

Dlatego że on jest senny, zaczarowany,

Nie może nawet stać na nogach.

Bóg ukarze dwie siostry,

Pobiegły one do lochu,

Gdzie tam leżą trzy węże latające,

Tylko Ufrień wyszedł z pałacu,

A trzy węże już obudziły się,

Nie śpią one więcej, nie leżą.

Wtedy dwie siostry im rozkazują i mówią:

„Ej Wy, węże, latające węże!

Czemu siedzicie tu w więzieniu?

Nie widzieliście, co stało się w pałacu?

Nasza siostra, dziewczyna Rosida uciekła,

Pokochała innego króla flecistę,

Który gra na słynnym flecie,

Kiedy on zagra, nawet pole tańczy!

Uciekła, i więcej nie powróci.

Król Charapin na Was bardzo rozgniewał się

I chce zejść w dół z murów twierdzy,

Aby Was takich młodych zniszczyć,

Że nie ochroniliście jego pierwszej miłości.

Od razu wzlećcie wysoko aż do nieba

I pochwyćcie jego pierwszą miłość,

Póki ta jeszcze daleko nie uciekła.

Pochwyćcie ich, i cofnijcie z powrotem,

Król Charapin ich młodych zniszczy”.

Jak usłyszały to trzy latające węże,

Że dziewczyna Rosida pokochała innego króla

I uciekła już na jego ziemię,

One bardzo rozzłościły się, rozgniewały się,

Karę zaplanowały, aby zniszczyć młodych.

I wzbiły się wysoko aż do nieba

I ścigają dziewczynę Rosidę.

Doganiali ich i ciągle doganiali,

Dziewczyna Rosida jeszcze nie nauczyła się latać,

Przybliżyli się już i oto złapią;

Jeszcze nie złapali, srogi jej zagrażają!

Piszczy, krzyczy dziewczynka i płacze:

„Naprawdę, Boże, drogi Boże!

Co robić, Boże, i co przedsięwziąć?

Ja sama wiedziałem, ale nie sama uciekałam.

Jak mam iść teraz do króla Charapina?

On przecież bardzo rozgniewał się.

Tylko przyjdę do ojcowskiego pałacu,

Wrzucą mnie do ciemnych lochów,

Tam gdzie leżą trzy latające węże.

A w lochu moje kości zgniją!”

Gdy ona płakała, węże jeszcze przybliżyły się,

Otworzyły swoje usta, aby połknąć.

Jak ujrzał je junak Ufrień,

Rozmyśla on, co robić, co robić,

Co robić i co przedsięwziąć?

Wtedy przyszło mu na myśl i on przypomniał sobie,

Że ma przy pasie złoty nożyk,

Który mu dała ukochana matka.

Wtedy wyjął on zza pasa złoty nożyk:

W lewej ręce trzyma złoty nóż,

A w prawej ręce trzyma słynny flet.

Wtedy zagrał pieśń, która zaczarowuje,

Tylko zagrał on pieśń, która zaczarowuje,

Od razu trzy węże zostały mocno zaczarowane

I upadły na ziemię jak martwe,

Wtedy on rozpruł im brzuchy i wątroby!

Popłynęły z nich trzy krwawe rzeki,

I wypełniły one całe pole,

Nawet pole stało się teraz jak morze!

Potem Ufrień wzbił się i poleciał,

Z nim poleciała dziewczyna Rosida.

Leciała ona, ciągle leciała,

I nie może ona więcej lecieć!

Chce wylądować na pole, aby iść,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 126
drukowana A5
za 162