E-book
15.75
drukowana A5
53.72
Wiejskie życie

Bezpłatny fragment - Wiejskie życie

Objętość:
224 str.
ISBN:
978-83-8440-174-3
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 53.72

“Wiejskie życie”

Liliana Katarzyna Maria Dejnek

Dedykacja:

Lubelszczyźnie

Tyś złoto drogocenne… W przenośni i dosłownie… Boś pozłacana zbożem. W kolorze włosów królowej Radziwiłłównej… Węzy lessowe… Głębokie, ale jak piękną

ścieżką prowadzą… W głąb twej natury… A jeziora… Spokojne jak głos matki, czyste jak dusza Świętego… Tak by cię można opisać jezioro Białe…

Zamość kolorowy…

Kozłówka pełna Arkadii…

Janów pełen lasów ogromnych zielonych…

A Lublin twą stolicą pełną historii cudnej…

A wsie najpiękniejsze posiadasz w swojej ziemi… Takich, których nigdzie indziej nie ma… Tylko w tobie Lubelszczyzno… Ziemio przodków moich…

Rozdział 1

05.04.1932 r. — Aleksandrówka

Początki

“Miłość jest czymś najmocniejszym na świecie, a jednak nie można wyobrazić sobie nic bardziej skromnego”. — Mahatma Gandhi

Dzień był słoneczny, upalny. Prace na polach trwały bez przerwy, chyba, że na złapanie oddechu, ale przy polach nie ma lenistwa w lubelskim od zawsze wjazna była rolna praca w końcu z tego najbardziej słynęło. A na polu zboże siała dziewczyna ubrana w strój roboczy czerwoną sukienkę na boso stopy miała i to całe w ziemi czarnej, a włosy upięte miała, który rozwiewał wiatr unosząc parę ciemnych kosmyków spod niego, a imię jej było… Jadwiga.

— Jadzia! Jadzia! — krzyknęła Danka z progu pola jej młodsza siostra.

— Co? — Krzyknęła pytając Jadzia.

— Chodź jeno matula na południe woła, zawoła też tatula, Andrzeja i Julka.

Jadzia posłuchała siostry i pobiegła na drugi koniec pola.

— Tatulu, Andrzej, Julku!

— Co tamuj ci się Jadziu? Cyżby znów jako kuropatwa jakaś się przywlókła i ziarno wydziobała? — zapytał Czesław ojciec dzieci i gospodarz.

— Nie, a skądże matula na południe woła.

— A to jak matula na południe woła to trza iść — odrzekł Andrzej i gestem ręk — i zawołał młodszego brata Julka.

Wrócili do domu, który znajdowywał się niedaleko ich pola pięciomorgowego. Dom był niewielki skromny zbudowany z beli pomalowanych na biało, okna i drzwi były zrobionego z ciężkiego drewna dębowego, dach pokryty strzechą ciemną. Pod oknem, który był umieszczony od strony kuchennej znajdowała się drewniana ława, na której siedziała Helena — matka, żona i gospodynia tego rodzinnego ogniska czekała na domowników z balią pełną wody.

— No chylo móż czekoć na was? Najpierw giry umyjta, a potem wejdźta do chałupy na obiad — powiedziała Helena — najpierw łojciec potem Jadzia, a na końcu wy chłopoki.

Myli długo nogi wodą samą, a następnie przetarli je suchą ścierą. Po polu zawsze był problem domyć nogi będące brudne od czarnej ziemi, która potrafiła być ciężka do zmycia, a mydło było luksusem na wsiach było, więc to rzadko bywało w domach wiejskich. Higiena od zawsze na wsi ciężka była nie było łazienek, kąpiele brano głównie w ciepłych porach roku w Baliach dużych naczyniach wodę nabierano ze studni (o ile była) i wlewano do naczynia, a następnie się kąpano się w jeziorach lub w rzekach, natomiast wszelkie sprawy fizjologiczne załatwiano się w wychodkach, jeśli ich nie było to za stodołą.

— Jadwisiu myj no szybciej te nogi! — pogoniła córkę Helena. — Juleczek jeszcze musi nogi umyć, a żadnego błota w chałupie nie chcę!

— Juze kończę matulu ino i tak Juleczek dłużej nogi myję — odpowiedziała śmiejąc się Jadzia przecierając lewą nogę ścierką.

— On większe giry ma to i roboty więcej — odpowiedziała idąc do kuchni — ale jak, któryś wlezie z brudnymi nogami to, jak boga kocham batówką dostaniecie. Chodźcie na zjedzenie południa

Podała obiad, nim były pierogi z kaszą gryczaną i serem białym z okrasą z cebuli smjazonej, a do picia maślankę. Pomodlili się i zabrali się za jedzenie.

— No powiem ci Helenko moja kochana — powiedział Czesław — pierogi to ci wyszły lepsze, niż tydzień temu.

— Aj ta takie same jak zawsze nie pochlebiaj mi Czesiu.

— Oj Helu, Helu tyś zawsze tako skromna.

— Lepiej powiedz mnie jak w polu dzisioj?

— Tak samo, ale Jadźkę, Andrzejka i Julka trza pochwalić spisali się lepiej, niż ostatnio.

— Danka i Bronia też pomogły mi. Danka przy upieczeniu chleba, a Bronia przy opiece nad Jasiem i Stasiem. Me zdolne dziewczochy jak tak dalej będziecie to szybko jakiś absztyfikant się wami jaki zainteresuję.

— No właśnie… absztyfikant… — powiedział Czesław, zwróciwszy się do Jadwigi.

— O co chodzi tatulu? — zapytała Jadwiga.

Westchnął ciężko, spojrzał jeszcze raz na nią delikatnie się uśmiechając.

— Jadzia córuchno ty moja tyś juze jest w takim wieku, żeś juze narzeczonego powinna mieć.

Jadzia otworzyła szeroko oczy z niedowierzaniem, odchrząknęła następnie odkładając widelec.

— Tatulu… jo żem wim…, ale nie wim, gdzie szukoć mom nie możeta mie wy znaleźć nie jakiego absztyfikanta tak większość ludzi w naszej wsi robi.

— Nie ma mowy z matką, żeśmy postanowili, że ty sama se znajdzie męża. Żebyśmy nie popełnił błędu twoich dziadków i żeby nie skończyła jak mojej świętej pamięci moja brejdaczka Krysia — powiedział Czesław.

— Krysia… Krysia… biedna dziewczocha… — odpowiedziała Helena.

— Co z nią było matulu i tatulu? — wtrącił Julek — nigdy żeście o niej nie wspominali.

— Włacha — odpowiedział Andrzej z ustami pełnymi pierogów.

— Danusiu, Broniu weście najmłodszych i idźcie na podwórko to nie jest rozmowa na wasze uszy — powiedział stanowczo Czesław.

Dzieci usłuchały ojca i poszły z najmłodszymi dziećmi na podwórze ojciec popatrzył na najstarszą córkę i zaczął.

— Za nim się z twoją matką ożeniłem moja brejdaczka Krystyna starsza o trzy wiosny ode mnie… w wieku szesnastu lat została wydana za Bogusława bogatego chłopa syna starego Henryka, ponoć oni szlachta zubożała była dlatego we wsi najbogatsi byli, ale nie w sercu… Dziewchocha szczęścia nie miała… Boguś zły

człowiek był chlał na umór, lał Krysię tak mocno, że do stanu comy ją niekiedy doprowadził. O mało jej nie zabił, gdy ta… wydała na świat małą Terenię… zamiast chłopca, noi potem płodził te dziecioki jak wariat, byle by był syn, jaz w końcu pożegnała się ze światem nie ukończywszy dwudziestu pięciu lat. Cztery córki osierociła — Terenię, Stasię, Irenkę i Gienię… najmłodsza nawet dwóch lat nie miała…, a tamten… miesiąc później nową juze miał, która mu dała upragnionych synów…, ale skończyła tak samo.

— O matuchno przenajświętsza… — szepnęła zszokowana Jadwiga.

— A, więc widzisz przed czym cię bronimy… — powiedziała Helena tuląc córkę — miłość musi być wyborem, nie przymusem… dlatego chcemy byś miała wybór i lepsze życie, niż moje i ojca pokolenie… — Pójdź no na jakąś biesiadę… — powiedział Andrzej…

Usłyszano pukanie ciche do drzwi.

— Otwarte! — powiedział głośno Czesław.

Otworzyły się drzwi to była Hanna krewna rodziny Pawlaków od strony Czesława, córka jego siostry. Poprawiła złoty warkocz.

— Pochwalony kochani.

— Pochwalony Haniu co sprowadza do nas? Może pierogów ci nałożę? — zapytała Helena.

— Dziękuję ciociu, ale myśmy juze obiad jedli. Jo do Jadzi. Pamiętasz Irenę? Córkę starego Kazika i Karoliny? Imieniny ma dzisioj i rodzice jej zgodzili się zrobić potańcówkę u nich w stodole. I zaprosiła nas i ciebie też z Danką i chciałam zapytać czy pójdzieta z nami?

— Mogę tatulu?

— A któś jeszcze z wami pójdzie?

— No jeszcze moje brejdaczki Józka, Basia i Marianka i Jurek z nami pójdzie. Mama poprosiła go, by poszedł nas pilnować.

— Dobrze zgadzam się, akurat się składa dobrze… Jadzia może kogoś pozna… juze osiemnaście wiosen mo… Hela w jej wieku juze dwójkę dzieci mioła… Telko proszę, Jadźka i Danka mają być przed dwudziestą drugą w domu i żadnych nalewek… ino sprawdzać będę…

— Będziemy się pilnować tatulu — powiedziała Danka całując go w podzięce w policzek. — ale my nic dla Irci nie mamy… zapomnieliśmy, że dziś piąty…

— To nic jo z brejdaczkami obrus dla niej mamy powiemy, że to od nas wszystkich.

— Od Jurka też? — powiedział Andrzej śmiejąc się.

— Ta od Jurka… on do nici i igły dwie ręce ma. Chocijaz on zamiast nas pilnować wódkę będzie z braćmi Irci — Karolem i Mańkiem pić. — powiedziała machając ręką Hanka. — telko dlatego się zgodził.

Wieczorem pojechały furmanką do Ireny kjazda z nich była odświętnie, ale nie przesadnie ubrana na potańcówkę w gospodarstwie Kaczmarków. Jadwiga ubrana była w białą wykrochmaloną niedawno bluzkę i długą rozkloszowaną spódnicę w kolorze granatu i trzewiki, a włosy miała spięte w warkocz przywiązane czerwoną wstążką. Hanka w brązową sukienkę z wysokim kołnierzykiem w białe kropki była ubrana. Józka w pasiastą spódnicę i żółtą bluzkę. Danka w szaro-zieloną bluzkę i czerwoną spódnicę do kolan, a na szyi nosiła naszyjnik z niebieskich koralików. Natomiast Marianna ubrała szarą bawełnianą sukienkę z bufiastymi rękawkami. Zapukały do drzwi, gdzie następnie otworzył im ojciec Ireny zapraszając je i Jurka do środka.

— Irenko wszystkiego dobrego z okazji imienin — powiedziała Jadzia cmokając w policzek przyjaciółkę.

— Dużo zdrówka, szczęścia, a przede wszystkim miłości, bo ona jest najwjazniejsza. — powiedziała Basia.

— Dziękuję kochaniutkie — odpowiedziała Irena tuląc Hankę. — Tu proszę skromny upominek od nas!

Podały jej obrus wyszyty, piękny w tradycyjne wzory dla regionu jakim była Lubelszczyzna — krzyże, swastyki i rozety.

— Matuchno przenajświętsza jakie to piękne! Dziękuję dziewchochy! — odpowiedziała Irena tuląc i całując w policzki przyjaciółki — teraz chodźmy tańcować.

Zagrała muzyka, grana przez skrzypka Mietka, Bębnistę Franka. Była głośna i radosna. Grano tradycyjne utwory jakim były oberek lub polka.

Pary tańczyły zawzięcie bez tchu, a ci co nie byli zajęci tańcem jedli chleb ze smalcem i ogórkiem, ciasta wszelkiego rodzaju i sałatki lub pili wódkę.

— Dziewczochy pamiętajcie, o czym mówił wujek Czesiek i nasz tata. — powiedział Jurek stanowczo.

— Jurek, my wimy nic się nie bójta — rzekła śmiejąc się Marianka — poza tym ty nasz pilnujesz… a raczej przyszedłeś na…

Przerwała uderzając kilka razy ręką w szyję i dziewczyny zaczęły się śmiać.

— Ha, ha… bardzo śmieszne… lepiej idźcie tańcować zanim miną godziny do ciszy nocnej — odpowiedział ironicznie Jurek i odszedł do stolika pójść się czegoś napić (wiadomo, że wódki).

— Chodźta, chodźta wszyscy do tańca! — krzyknęła jedna z dziewcząt.

Muza grała, a Jadwiga z siostrą i kuzynkami tańczyły w kółku zaparte. Śmiejąc się głośno z żartów, które Józka zaczęła opowiadać.

— O Boziu Święty Józia, skąś ty bierzesz te żarty? — zapytała płacząc ze śmiechu Danka.

— No jak skąd, czasem mi ten Tadek obok naszej chałupy mi je opowiada.

— Pewnie cię bałamuci — powiedziała mrugając oczami Marianka.

— Co ty wisz o bałamuceniu Maryśka? — zapytała ironicznie

— A żebyś wiedzioła, że wim ostatnio mnie zaczął taki Włodek co mieszka na końcu wsi się do mnie zalecać!

— Do wszystkich się was ktoś zaleca… A Jadzia męża szukać ma dzisiaj.

— Oj Danka daj żesz spokój cholero jedna! Musisz wszystko wypaplać.

— Nie wypaplam telko mówię co łojciec. Jesteś w takim wieku żeś powinna stanąć juze dawno na ślubnym kobiercu. Chcesz zostać starą panną z kotami?

— No nie chcę wyobraź sobie…, ale dzisioj chcę skupić się na zabawie z wami, a nie na absztyfikantach…

Wtem podszedł do dziewcząt młody mężczyzna. O ciemnych włosach, lekkim zaroście, oczach niebieskich jak niebo i lekko opalonej cerze, co świadczyło o długich godzinach spędzonych w polu. Ubrany był w białą koszulę lnianą i granatową kamizelkę.

— Jeśli móż przerwać. Może by panna jeden taniec mi powierzyła? — zapytał mężczyzna zwracając się do Jadzi i wyciągnął rękę ku niej.

Jadwiga zdziwiona była dość mocno przez pierwszą chwilę się zawahała odwróciła się w kierunku kuzynek i siostry, które gestami rąk dawały jej znać by szła z nim.

— No cóż… Skoro pan tak pięknie prosi — odpowiedziała śmiejąc się Jadzia i przyjęła zaproszenie.

— Jaki pan? Jo nie z miasta, żeby mnie panem nazywać. Ino pochodzę z Cieślanek. Pewnie słyszała panna o tej wsi. Kuzynem Ireny, żem jestem.

— Jak nie jak tak. Ino rodzinę od strony łojca po części mom. A jak się zwie? — zapytała Jadzia.

— Lucjan mnie nazywają, a panienkę? — zapytał całując dłoń na powitanie.

— Jadzia.

— Jadzia… Jadwiga… Piękniejszego chyba imienia, żem nie słyszał…

— Zwyczajne imię jak kjazde inne…

— Zwyczajne by było jakbyś się nazywała Maryśka, Anka lub Wieśka… Tyle panien ma tak na imię… Tyle znam osób o takim imieniu, a jesteś pierwszą co poznałem o imieniu Jadzia… — Schlebiasz mi…

— Niech Lucjan nie zwraca uwagi na jej słowa — wtrąciła się Józka — łona to zawsze tako skromna po swojej matce.

— Zauwjazyłem… Ale to sobie cenię… To co pójdziesz ze mną w oberka?

Jadwiga nie odezwała się tylko chwyciła jego rękę i poszli w parkiet.

— Kikowcie telko! A mówiła „ale dzisioj chcę skupić się na zabawie z wami, a nie na absztyfikantach” — powiedziała przedrzeźniając Jadzię Danuta.

— Kobieta zmienną jest jak to mówi nasz tatulo — powiedziała Maryśka.

Muzyka zagrała ponownie. Mietek smyczkiem zaczął grać głośno, tak samo bębnista Franek. Lucjan poprowadził Jadzię w oberka. Taniec był wyrazisty szybkich pełen wdzięku i obrotów. Lucjan wirował z nią w miejscu cały czas nie wypuszczając jej z ramion. Nadszedł następny taniec pełen skłonów i obrotów. Wydawało się, że Lucjan może być zawodowym tancerzem nie bez powodu. Obracał Jadwigę wokół siebie raz w prawo, raz w lewo. Zginął kolana przyciągając się do ziemi, jakby się miał zamiar oświadczyć a znali się dopiero jakąś godzinę dobrą. Wkrótce uniósł ją do góry i zaczął obracać ją w powietrzu wszyscy ludzie wokół patrzyli zdumieni tą parą, która wykonywała tak piękną choreografię tańców ludowych.

— Lutek… Gdzieś się nauczył tak tańcować? Ledwo żem za tobą nadążam! — zapytała Jadzia śmiejąc się.

— Wisz w mojej familii taniec od zawsze było tradycją i od małego się juze uczyłem jak oberka lub kujawiaka tańczyć. — odpowiedział jej Lucjan obracając ją. — Czy u ciebie też taka tradycja w chałupie jest?

— Nie… U mnie raczej się śpiewa od zawsze. Przyśpiewki, a w okresie świąt, jeno pastorałki z matulą i brejdaczkami śpiewamy. — Toć musisz pięknie śpiewać.

— Po czym sugerujesz?

— No cóż… taka piękna żeś ty, więc i śpiewać musisz pięknie…

— Oj Lucjan, Lucjan… — powiedziała zaczerwieniając się, a ten widząc to zaśmiał się lekko.

— Nie kłamały twoje kuzynki… faktycznie skromna jesteś, ale to mi się podoba. Taka kobiecina powinna być…

— Słodki bywasz…

Rozmowa i taniec zostały nagle przerwane… Przyszła Basia.

— Jadziu, chodź ino Jurek nasz kuzyn woła, że mamy wrocać do chałupy…

— Juze idziesz? — zapytał Lucjan.

— Muszę… obiecałam tatulowi mojemu… Spotkamy się jeszcze?

Rozmowy z tobą są bardzo przyjemne…

— Miło to słyszeć Jadziu… Jestem pewny, że się spotkamy jeszcze… nasze wsi leżo blisko siebie… jest szansa…

— Jadźka! — krzyknął Jurek.

— Juze idę! Do zobaczenia Lucjan…

— Do zobaczenia Jadziu… — odpowiedział i pocałował dłoń na jej pożegnanie.

Jadzia znikła z pola widzenia długo pamiętając o tych imieninach i poznaniu Lucjana, który sprawił, że zaczęła rozwjazać słowa ojca swojego

Rozdział 2

08.04.1932 — Aleksandrówka, Studzianki Nauki u Eugenii

“Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą” — 1 Kor 13,4

Słońce wstało nad Aleksandrówką. Jadwiga się obudziła w izbie, którą dzieliła z rodzeństwem. Izba była niewielka w chałupie rodzinnej. W niej mieściły się trzy łóżka — jedno jej, Bronki i Danki, drugie należało do Andrzeja i Julka, trzecie do Jasia. W tamtych czasach, często spotykane było, że rodzeństwo musiało spać w tych samych łóżkach, z powodu małego miejsca w domach wiejskich. Im mniejszy dom był, tym wielodzietna bardziej była rodzina. W izbie znajdowała się również szafa z ubraniami, do której przymocowany był lustro, skrzynia z pościelami i z zabawkami drobnymi Jasiowymi. Na ścianach zaś znajdowały się trzy obrazy święte — Matki Bożej Częstochowskiej z dzieciątkiem, Świętego Józefa i Świętej Agnieszki patronki dzieci i rolników. Ubrała się i wyszła na śniadanie. Podano zupę mleczną, a do picia kawę zbożową.

— Jedz szybciej… zaraz musisz iść do ciotki Gieni na nauki krawiectwa… wisz jaka ciotka jest… — powiedziała Helena nalewając kawy Julkowi.

— Nie martw się matulu zdążę do ciotki pójść.

— Przecie to prawie godzina drogi do Studzianek… a masz być na dziesiątą, a dziewiąta juze jist.

— Przecie, zdążę co najwyżej biegać będę, a jak się spóźnię to przeżyję larmo, jakie od ciotki dostanę.

— Jo bym się bał na twoim miejscu… — powiedział Jaś młodszy w rodzinie chłopiec pięcioletni — ino ciotka jak się zezłości wygląda jak wściekła osa. Jarmolicha z niej.

— Jasiu… nie mówże tak o ciotuni — skarcił go ojciec — ino ona ma taki telko charakterek to normalne. Ino fakt trochę zmierzła dla nie swoich dzieci jest…

Jadzia później z chałupy wyszła narzucając na siebie czerwoną chustę z niebieskimi kwiatami wyszytymi, gdyż dzień był lekko zimny. Zaczęła iść w kierunku Studzianek wsi, w której mieszkały jej kuzynki Hanna, Józefa, Marianna i Barbara oraz kuzyni — Jerzy i Zbigniew z rodzicami — Eugenią, która praktyki dawała córkom i Jadzi z krawiectwa i wujem Zygmuntem. Często na wsiach, młode osoby uczyły się przydatnych umiejętności poprzez rodzinę, zazwyczaj chodziły na nauki do kogoś z krewnych albo rodzice uczyli. Ojcowie synów uczyli przede wszystkim pracy nad gospodarstwem, a matki córki zajmowania się domem. Gdy nie było takiej możliwości to właśnie krewny uczył. Wujek, ciotka, ewentualnie bliski znajomy rodziców, który organizował młodszemu praktyki u siebie. W szkołach co prawda był taki przedmiot jak robótki ręczne, jednak zazwyczaj bywało na wsiach w czasach dwudziestego wieku tak, że mało kto do szkoły chodził, a jak juze poszedł to kończył cztery klasy lub tylko trzy, dwie z powodu biedy jaka panowała.

Zazwyczaj juze po drugim roku edukacji dzieci opuszczały szkołę, by zwolnić miejsce dla młodszego rodzeństwa. Tak było chocijazby w przypadku świętej Faustyny Kowalskiej, która sama ukończyła trzy klasy ponad podstawówki, aby potem jej rodzeństwo, którego miała dziewięcioro, mogło się również uczyć jak i ona sama. O szkole średniej mowa nie była, młodzież po szkole ponadpodstawowej miało pomagać rodzicom przy gospodarstwie. A jak chciała się nauczyć umiejętności, które przydadzą się im do przyszłego zawodu to właśnie szli one na kursy lub praktyki. Czasem na wsiach bywały szkoły, w których były nie cztery, a siedem klas. Takie szczęście miał mój pradziadek pochodzący ze wsi Struża-Kolonia. Henryk, który sam do takiej szkoły uczęszczał w latach trzydziestych. A na tamte czasy, jeśli chodzi o wieś, gdy ukończyło się tyle klas było się juze bardzo wykształconym.

— Jadzia! — krzyknęła Helena biegnąc do niej z lekką zadyszką — kosza żeś zapomniała!

— O matulu dziękuję!

— Nie dziękuj ino biegnij, żeby ciotka cię nie zbeształa jak ostatnio. Pamiętasz?

— Ino pamiętam… Czemu ty nie możesz mnie uczyć matulu?

— Jadziu… jo bym bardzo chciała, ale jak? Przy Stasiu i Jasiu to mało możliwe…

— Jo wim…

— Idź juze. — Idę.

Mijała pola pszenicy, które rozciągały się wokół Aleksandrówki. Pola były duże, a na nich ludzie pracowali, mężczyźni, kobiety, a nawet dzieci, które były juze w takim wieku, że mogły pomagać w roli. Usłyszała Jadwiga stukot kopyt koni za sobą. Odwróciła się i ujrzała… Lucjana!

— Lutek?

— A kogoż to jo widzę? Jadzia jak cię miło widzieć! Gdzież ty to się wybierasz?

— A wisz Lutek do ciotki na praktyki idem do Studzianek. Krawiectwa się u niej uczę, wisz takie umięjętności się przydają.

— Wim, wim… chodź no tu… podwiozę cię…

— Lutek… nie trzeba — powiedziała uśmiechając się.

— Nie Lutekj mi tu Jadziu… dla mnie to ni problem, aby cię podwieźć. Jo jakuratnie zmierzam do Dębiny do kuzyna pomóc przy budowie studni, a to koło studzianek przecie jest. Powiedz telko mi, który to dom, w którym twoja ciotka mieszka.

— Zwykły jak kjazdy dom…, ale jednym się charakteryzuję płotu ni ma tamuj od jakiegoś czasu, bo zniscoty został w trakcie burzy.

Zsiadł z wozu i pomógł jej wsiąść biorąc ją za talię i podnosząc w powietrze i posadził ją na wozie. On sam potem wsiadł sam. Delikatnie uderzył uprzężom konia, a ten zaś zaczął iść wydając stukot swoimi kopytami.

— Pięknego konia masz… taki ładny brązowy… z białą plameczką na pyszczku, a grzywa gęsta czarna… jak się wabi?

— Kasztan, klasycznie.

— Pięknie.

— Chciałem go nazwać Maniek, ale by mój brejdak Emil się obraził, by.

— A czemuż, by się obraził? Przecie to nie zdrobnienie od imienia Emil.

— Ale na pierwsze ma Marian, na drugie ma Emil i na niego mówimy po drugiemu.

— Czemuż to?

— Kiedyś w Aleksandrówce… Był taki ksiondz, który podobno łasy był mocno na kasę, z tego powodu mój łojciec popadł w swarę z nim mocną. Ni wim o co dokładnie chodziło, bo matula zabroniła o tym gadać, a jak łona coś powi to jest rzecz świnta. Przez te swary gdy przyszedł czas ochrzczenia brejdaka nie zgodził się na imię Emil, a postanowił na imię… Marian. Matula przez to była wściekła na łojca, ale juze nic nie dało się zrobić. Postanowili zrobić tak jak ksiondz kazał. W domu w szkole bo poprosili nauczycieli wołano na brejdaka Emil, a w urzędach w Janowie to juze tak jak było

zapisane w papierze, czyli Marian. Dla mojej familii jednak zawsze

będzie Emilem, nawet jak na pierwsze ma zapisane, że jest jakimś Marianem.

— Szalona, ale ciekawa historia — powiedziała lekko uśmiechając się Jadzia. — widzę, że też masz rodzeństwo.

— A no mam oprócz Emila jest jeszcze starszy Maciek, co zakonnikiem został i dwójka młodszych Leon i Anka. A ty? Masz kogoś jeszcze w rodzinie oprócz Danki?

— Jest jeszcze piątka młodszych od mnie, bom jo najstarsza Julek, Andrzej, Bronka, Jaś i Staś co niedawno się pojawił na świecie.

Taki słodki z niego chłopiec jak z obrazka wzinty.

— Jak do kjazdy urodzony dzieciok. A potem zamieniają się w takiego czorta i biega jak opętany.

Obaj roześmiali się z tego co Lucjan powiedział. Jadzia nie tylko się śmiała, ale również zarumieniła się delikatnie. Zbliżali się powoli do Studzianek, gdzie z kjazdym metrem ona smutniała

— Co ci? — zapytał Lucjan patrząc na nią.

— Nic… to juze Studzianki…

— Nie lubisz tej swojej ciotki?

— A kto by ją lubił? Jeśli nie jesteś jej dzieckiem to nie licz na żadne zmiłowanie od niej… cięta na wszystkich jest…, a na chłopów… cud, że za mąż wyszła, ale ona mówi, że to telko z rozsądku, aby ludzie nie godoli, że z niej “stara panna”.

— Mhm… jak to kjazda polska ciotka heh… — A jak nie jak tak.

Dotarli pod dom Eugenii ciotki Jadwigi. Ta wyszła z chałupy na powitanie.

— O Jadźka, coś wcześniej dziś jesteś, ale w sumie dobrze od razu zaczniemy robotki przy haftowaniu. A któż to? — wskazała na Lucjana.

— Toć Lutek mój kolega ostatnio poznany na imieninach koleżanki podwiózł mnie do cioci.

— Mhm… kolega powiadasz… no dobrze… nie traćmy czasu pożegnaj się i chodź. Hanka juze hafty i nici przygotowała. A, gdzie Danka?

— W domu musiała zostać. Stasio ma coś z brzuszkiem dzisioj i matce pomóc musi.

— Rozumim… pożegnaj się z panem.

— Do widzenia Lutek… i dziękuję za podwózkę — powiedziała Jadwiga i ukłoniła się delikatnie.

— Drobiazg to dla mnie Jadziu… do zobaczenia wkrótce… — odpowiedział i delikatnie ucałował dłoń Jadwigi.

— A kawaler sobie za bardzo nie pozwala? Pocałunki to chyba po ślubie dopiero? Nie? — zapytała Eugenia.

— Ciociu…

— Pani kochana, toć to zwykły buziak w rączkę z grzeczności był…

— Z grzeczności… ta… Jadźka do chałupy! — wskazała na dom Eugenia, biorąc pod ramię Jadwigę.

Lucjan patrzył jeszcze na nią jak odchodzi, czując dziwne uczucie w brzuchu swoim i to nie był ból, ani głód tylko jakby coś w nim latało.

W chałupie Zygmunta i Eugenii panował spokój. Jadzia, Hanka, Basia, Józka i Marysia haftowały na serwetkach tradycyjne wzory, które ciotka zadała im do uszycia, a później do sprawdzenia. Hanka z Jadzią wyszywały krzyże, Baśka swastyki (oczywiście nie takie, o których my myślimy). Józka z Maryjką rozety kwieciste i te z krzyżami. Dziewczyny raz po raz wyszywały ciągnąc igłę raz w górę, raz w dół, raz w bok ciągnąc kolorowe nici. Przy czym śpiewając.

— U prząśniczki siedzą, jak anioł dzieweczki. Przędą sobie, przędą jedwabne niteczki. — zaśpiewała Hanka.

Kręć się, kręć, wrzeciono. Wić się tobie wić. Ta pamięta lepiej. Czyja dłuższa nić. — zaśpiewała Baśka.

— Poszedł do Królewca młodzieniec z wiciną. Łzami się zalewał, żegnając z dziewczyną. — zaśpiewała głośno Józka.

— Kręć się, kręć, wrzeciono. Wić się tobie wić. Ta pamięta lepiej. Czyja dłuższa nić.

— Gładko idzie przędza, wesoło dziewczynie. Pamiętała trzy dni o wiernym chłopczynie. — zaśpiewała Jadzia.

— Kręć się, kręć, wrzeciono. Wić się tobie wić. Ta pamięta lepiej. Czyja dłuższa nić.

— Inny się młodzieniec podsuwa z ubocza. I innemu rada dziewczyna ochocza. — zaśpiewała cicho tym razem Maryśka.

— Kręć się, kręć, wrzeciono… Prysła wątła nić… Wstydem dziewczę płonie…

— Wstyd się dziewczę wstydź! — zaśpiewała ciotka Eugenia wchodząc do izby z założonymi rękami na biodrach. — cóż to za śpiewki? Robotą się miałyście zająć.

— Matulu. — zaczęła Józka — ino my śpiewamy i robimy nic się nie bójta.

— A no chyba, że tak. — odpowiedziała — Pokjaz ta. Co żeście wyszyły mi tu. A właśnie Jadźka przekjaz Dance, że w domu ma zrobić haft jakiegoś wzoru i mi przynieść na następny raz. Józka pokjaz coś ty wyszyła. No ładny ten wzór, no ładny ino telko tu poprawić ten kwiatuszek poprawić musisz, bo to róży nie przypomina. Jadźka teraz ty…, a cóż to jest? Miałaś wyszyć przecie coś związanego z Lubelszczyzną, a nie… twarz jakiegoś absztyfikanta!

Rzeczywiście zamiast wyszyć wzór… Jadzia wyszyła… twarz Lucjana… tak Lucjana… idealnie wyszyła kształt jego głowy i niebieskie oczy… Dziewczyna bujała najwyraźniej w obłokach.

— Zaraz… toć to ten sam co go poznałaś wczoraj! — pisnęła Maryjka — Jadzia… ty coś czujesz do niego?

— Maryjka coś ty durna?

— A tyś jeszcze durniejsza Jadźka, żeś wyszywała twarz kogoś kogo ledwo znosz…

— Dzisioj mnie podwiózł do cioci…

— I tyś się zgodziła? A jakby cię, gdzie wywiózł? I zrobił nie wiadomo co? Mądraś ty? To, że raz zatańczyłaś to nie oznacza, żeś znosz go życie całe… Wisz chocijaz jak ma na nazwisko…

Kim jest jego familia? Łojciec, matula? Rodzeństwo czy ma? — zapytała zdenerwowana ciotka.

Jadwiga nie odpowiedziała, upuściła wzrok i schyliła głowę. Lekko zaczerwieniła się ze wstydu i z nerwów. Czuła ból.

Jadźka… rozpruj to… — powiedziała Eugenia rzucając jej haft. — ino zacznij od nowa… matka się twoja dowie o twoim nieposłuszeństwu… i zapamiętaj… kiedy pierwsze emocję opadną, zapomnisz o tym mężczyźnie. Bo miłość przychodzi i odchodzi… zacznij żesz od nowa…

09.08.1932 r. — Aleksandrówka Rozmowa

— Jadzia… ino powiedz… cóż to ciotka mówi, żeś nie słuchała na jej lekcjach? Żeś wyszywała twarz jakiegoś absztyfikanta… — powiedział ojciec przy śniadaniu następnego dnia.

— Oj tatulu… ino się zamyśliłam… dlatego to wszystko…

— Ale wisz, że tak nie powinnaś…

— Jadźka miłością żyję! — powiedział podsłuchując rozbawiony rozmowę Andrzej.

— Andrzej! — powiedział ostro ojciec.

— Zamyśliłam się ino o Lutku…

— Któż to za Lutek Jadźka?

— Ino ten co poznałam go dwa dni temu… u Irki… wczoraj go zaś spotkałam w drodze do ciotki. Do Dębiny wyruszał. Do kuzyna chyba jechał nie wiem… nie pamiętam no.

— A jak wygląda? Ładny chłopok?

— Włosy ciemne jak nasze drzwi, oczy jak niebo. Ubrany był w koszulę białą i kaszkiet…

— Kaszkiet? Taki ciemno-niebieski? A chłop tai wysoki był?

— No wysoki… mówił też, że ma brejdaka zakonnika, brejdaka co imię ma Emil, a w kościele go ochrzcili na Marian, bo jakieś swary z księdzem jego tatulo miał…

— Chwila… Toć to z Barysiem jechałaś? Z Lucjanem Barysiem? Dziewucho toć to najlepszy kawaler w całej wsi Cieślanek! Znam łojca jego stary Ludwik ha! Za młodu żeśmy obaj na tym samy polu robili, dopóty nie zmienił miejsca, bo się później ożenił, a jego żona Walcia to ło! Co ona powi to rzecz świnta lepiej z tą kobieciną nie zadzierać! Łoni to dopiero mają pola dużo, gospodarstwo i nawet parobka! Toć oni kmiecie są!

— Lucjan nic mi nie mówił ino telko o rodzinie.

— Toć pewnie skromny chłopok, ale to dobrze się składa. Takiego ci właśnie trzeba byś nie skończyła jak ciotka Kryśka… ino powiedz telko… podoba ci się?

— Jeszcze nie wim tatulu… — odpowiedziała Jadzia nieśmiało, ale w głębi duszy czuć było, że jej coś leży na sercu.

Rozdział 3

17.04.1932 r. — Aleksandrówka, Batorz Msza święta

“Prawdziwie kochasz wtedy, kiedy nie wiesz, dlaczego.” — Lew Tołstoj

— Tyś serio Jadźka? Znów wczoraj musiałaś? Źle znów wyszyć swastykę? Boś ty znów z głową w tym Lutek swoim byłaś znów… Telko dlatego, że co? Bo wzioł ciebie na przejjazdżkę furmanką? Telko dlatego, żeś się zbłaźniła przed ciotką Gienką? Może ty tego Lutka kochasz? — zapytała w niedzielę Danka w ich izbie uierając spódnicę do kościoła.

— Danka! Daj, że spokój! Telko ino dogadywać umisz! A ty nie lepszo! Sama, żeś błędy popełniała przy haftach i szyciach? Juze ni pamiętosz jak ciotka ci cało część od swetra rozpruć kozoła? — odpowiedziała ostro Jadzia.

— Cudzej winy nie wypominaj!

— A co zazdrosna, że Lutek mnie lubi może?

— Tyś przecie wcześniej z Januszem się zadawała! Ni bądź ino rozpustą!

— Ale ino, poleciał za Władką od Józka i Sabiny, a mnie jak psa zostawił! Co miałam zrobić? Błagać ino o wybaczenie? Upokarzać się? Jo nie żadna rozpusta ino telko dziewucha z cnotą!

Weszła matka do izby z surowym wyrazem na twarzy. Widać było, że kłótnie ich usłyszała. Weszła stąpając dużymi krokami z małym Stasiem na rękach.

— Ino co tu za larmo wy robicie? W Niedzielę? Czy wy wstydu nie posiadacie?

— Matulu ino Danka zaczęła! Wspominała zaś o tej wpadce wczorajszej u ciotki, ino przez przypadek wczoraj źle swastykę wyszyłam! Bo mnie Hanka zamarkała!

— Ino nie cygań!

— Spokój mnie tamuj! Nie ma larma w niedzielę! Wstydu obie dziewczochy nie macie! Ino do spowiedzi pójdzieta!

— Przepraszamy matulu… — wydukały cicho dziewczyny.

Mały Stasio zaczął wymachiwać rączkami i nóżkami gaworząc. Helena poprawiła ułożenie go na swoich rękach i połaskotała go po nosku.

— Śpieszta się, łojciec czeko na was z furmanką.

Dziewczyny zebrały się do końca ubrane w piękne tradycyjne stroje dla regionu lubelskiego. Koszule białe, wykrochmalone, lniane. Gorsety czarne obszyte haftami po bokach kolorowymi, przewiązane czerwoną wstążką. Spódnicę były długie czerwone lub zielone obszyte wstęgami kolorowymi, a na to zapaska licznie zdobiona, mocno marszczona u dołu zakończona koronką. Na nogach założone miały czarne trzewiki, a na głowach wianki zrobione z kolorowych kwiatów. Do nich przyczepione były kolorowe pasy zdobione noszone do damskich nakryć głowy. Na szyjach widniały tradycyjne czerwone korale. Helena, jako że, była zamężna nie miała wianka, a chustę. Zasada była prosta — wianki są dla panienek, a chustki dla mężatek. Takim sposobem na dworze łatwo było rozpoznać wtedy na wsiach, czy kobieta była zamężna czy nie. Julian, Andrzej i

Czesław również byli ubrani w stroje ludowe. Lniane koszule, duże czarne

kaftany zdobione okienkami z licznymi haftami. Pod okienka podkładano wstążki. Szeroki ozdobny pas z wszytymi aplikacjami, który obwiązywano wokół koszuli. Czarne spodnie, buty wysokie noszone z cholewami. Czerwone wstążki wiązano ku szyi na kokardy. Na głowach zaś mieli słomiane kapelusze ozdobione czarnymi wstążkami i pawimi piórkami. Takie typu stroje ubierano od święta, najczęściej w niedziele, gdy wybierano się do kościoła. Dziewczyny dotarły do furmanki i wsiadły na nią z rodzeństwem. Koń wyruszył w podróż do wsi Batorz, gdzie znajdował się tamtejszy kościół rzymskokatolicki, do którego rodzina Pawlaków wyruszała co niedzielę na mszę świętą razem z swoimi sąsiadami z Aleksandrówki. Inni z okolicznych wsi również do niego docierali mieszkańcy Studzianek i innych podobnych wsi. Rodzin dotarła pod kościół zeszli z furmanki, a Czesław konia przywiązał do drzewa, aby nie uciekł.

— Stój hawtu Karmel i pilnuj wóz — powiedział do konia ojciec głaszcząc go po pysku w kolorze karmelu, stąd wzięte imię było jego.

— Czesiek, a ty co? Z koniem gadasz? — zapytał… Ludwik Baryś przyjaciel jego i ojciec… Lucjana, śmiejąc się.

— O Ludek! Chylo my się to nie widzieli! A no wisz z koniem trza czasem pogadać ha! — odpowiedział śmiejąc się — jak życie? Rodzina zdrowa?

— A zdrowa, zdrowa. A ostatnio to i Maciek przyjechał z Zamościa, ale na krótko, bo roboty w tym klasztorze mają, że ho! — machnął ręką mówiąc — ale rozumim go doskonale, na polu to tak samo jist… ino powiem, że Maciek to duma rodziny ni powiem, ale się przechwalać ni będę, ni ma po co i tak wszyscy wiedzą. To po co powtarzać po raz enty?

— Świnta racja Ludeczku. Ino szkoda, że nie kjazdy o tym wie… Choćby ten stary Maliszewski, co się od dwóch wiosen przechwala chylo to dodatkowych morgów ziemi kupi, albo jak mu się kolejny chłopok przyszedł na świot. Bo łon to samych synów ma ponad pięciu! I ani jednej dziewczynki.

— Ino kjazdy facet, by tak chcioł.

— No napewno, pewnie by Teoś Walaszek, by na pewno chcioł bo on tak sześć dziewczoch i ani jednego syna i ni ma komu gospodarki zapisoć.

— A wydane one?

— A gdzie tamuj! Przecie najstarsza dopiero dziesięć wiosen ma!

— A no fakt to jeszcze co najmniej chylo… sześć lat poczekać?

— Raczej tak, choć nie wiem… moja to juze Jadźka osiemnaście wiosen liczy i widzisz, obrączki na palcu ni ma…

— A toś ty jej jeszcze nie wydał za jakiego kawalera?

— O nie Ludeczku łona sama sobie wybierze absztyfikanta… ino, by nie skończyła jak moja brejdaczka Kryśka! Podejrzewam mój drogi, że łona coś do twojego Lutka czuji.

— A wisz Czesiu…, że mój też coś do niej… telko ni mówią nic w ogóle… Lutek coś wspominał kiedyś po imieninach córki mojej brejdaczki, że tańczył z nią oberka cały wieczór, że inne panny stawały się zazdrosne jaz, a która z nich to Jadźka? — wskazał palcem na Jadzię i Dankę. — ta z warkoczem jednym czy z dwoma?

— Ta z jednym.

— Pinkna panienka, jak ten bochen chleba z pieca wyjęty.

— Wim, w końcu moja córa i Helki. Twój syn też dorodny widać jest i barczysty.

— A podziękował, ale gdybyś wiedzioł jaki pracowity to ho! ho!

— Jo, żem ni chcę przeszkodzić tatulu — wtrąciła się Ania córka Ludwika — ale mama kazała wam przekazać, że msza się zaczęła i żebyście szli. — Juze idziemy córuchno, juze idziemy — odpowiedział Ludwik.

Weszli do kościoła, gdzie zaczęła się msza święta, a dokładnie obrzędy wstępne, gdzie zaczęli wierni przepraszali za swoje grzechy.

— Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina… — modlili się wierni — Przeto błagam Najświętszą Maryję zawsze Dziewicę, wszystkich aniołów i Świętych, i was bracia i siostry, o modlitwę za mnie do Pana Boga naszego”.

Następnie było Kyrie i hymn odśpiewano. Śpiewał chórek kościelny zebrany z starszych kobiet, wśród nich była Eugenia śpiewała najgłośniej białym śpiewem. Nadeszła kolekta. Zaczęto czytać ewangelię Świętego Jana apostoła.

— Nowe przykazanie daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, jak Jo was umiłowałem; abyście się i wy wzajemnie miłowali. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli miłość wzajemną

mieć będziecie. — kończył ksiądz Feliks czytać ją, a następnie

przeszedł do długiego kazania na temat miłości do Boga jak i do bliźniego swego.

— Jadzia… — szepnęła do niej Danka.

— Co?

— Odwróć się zobacz kto na ciebie patrzy…

Odwróciła się Jadwiga w tył, tamuj był… Lucjan uśmiechnął się do niej patrząc na nią oddalony o rząd dalej. Ona odwzajemniła to uśmiechając się szeroko samymi swoimi różowymi ustami.

— Jadzia… odwróć się ino i słuchaj co ksiondz mówi… — szepnął do niej ojciec.

— Przepraszam tatulu…

Nadszedł czas liturgii eucharystycznej. Ministranci podali księdzu hostię, wodę i wino do złożenia ofiary Bogu.

— Módlcie się, aby moją i waszą ofiarę przyjął Bóg Ojciec wszechmogący. — powiedział z uniesionymi rękami w górę ksiądz.

— Niech Pan przyjmie ofiarę z rąk twoich na cześć i chwałę swojego imienia, a także na pożytek nasz i całego Kościoła świętego. — powiedzieli chórem wierni kościoła.

Wikary pomodlił się nad darami. Potem zaś zaczęła się komunia święta wierni zebrali się w kolejce do jej przyjęcia. Pierwsza kolejka ustawiła się na środku do drogi głównego cmentarza, a druga od strony świętego obrazu Matki Bożej.

— Ciało Chrystusa — powiedział ksiądz Feliks.

— Amen… — odpowiedziała Jadzia na klęczkach pzyjmując komunię.

— Święty Michale Archaniele, wspomagaj nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną. Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy, a Ty, Wodzu niebieskich zastępów, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą Bożą strąć do piekła. Amen. — odmówili na koniec mszy wierni modlitwę. A po ogłoszeniu ogłoszeń duszpasterskich, w których ogłoszono,

kiedy odbędą się mszę w danej intencji, jakie święta się za

niedługo odbędą i ile dano na tacę w tym tygodniu. go w dnie wyszli z kościoła, a dzieci pobiegły do księdza, by uzyskać od niego błogosławieństwo. Zostali jeszcze rodzice dzieci, które za miesiąc miały przystąpić do komunii świętej.

— Powiem wam, że dzisiejsze kazanie coś szybko poszło — powiedziała Helena.

— Matulu cóż gadasz strasznie długie ino było — odpowiedział Julek. — i jak ksiondz przynudzał.

— Ciebie to zawsze kościół nudzi czorcie jeden — powiedział Czesław rozczochrając jego czuprynę.

— A jak młody Baryś się patrzył na Jadwigę naszo… — powiedziała Helena patrząc na nią.

— Widziałaś to matulu?

— Ni telko mi brejdaczka waszego łojca mówiła bo widziała z boku jak śpiewoła.

— A, który to Baryś na Jadzię się kikował? Leon, Emil czy Lutek? — zapytał Julek.

— Jak to, który? Lucjan wiadomo — odpowiedziała Danka.

— Ni wirzy, Lutek się do ciebie zaleca? — zapytał Andrzej. — szczęściaro.

— A ty go znosz Andrzejku? — zapytała Jadzia.

— A jak. Ino pamiętam, że kiedyś dwóch hultaji mnie misiąc temu zaczepiło. To łon mnie obronił przed nimi. Lutek ino złoty chłopok jist. A przedwczoraj to ci podobno wziął na przejjazdżkę swoją furmanką. A słyszałaś ino, że chałupę zaczął wstawiać? Ino ziemię od sołtysa kupił.

— Nic mi o tym nie mówił.

— Ino łon skromny chłopok jist, Barysiowie tacy są.

— Skąd wisz, że chałupę wstawia? — zapytał Julek.

— Od Bolka Wójcika łon przecie jest kuzynem Lutka.

— Łon coś dużą rodzinę mo. — powiedziała śmiejąc się Jadwiga.

— A żebyś ino wiedzioła, ale wikszą to łon ma od strony matki swojej. Walcia ma ponoć szóstkę rodzeństwa, ino ona czwarta w tej całej zgrai. A Bolek ino to syn jej brejdaka Wiktora, matka zaś Jadźka jist.

Dotarli do chałupy, Czesław zaparkował furmankę, a konia zaprowadził do stodoły, tamuj…

— Helka, Jadźka, Danka, Andrzej, Julek, Staszek, Jasiu! Chodź ta tu! Zobaczcie! Andzia się ocieliła!

Ich krowa Andzia pod ich nieobecność urodziła małe, zdrowe cielątko, które juze na nogach stało i piło mleko z wymion.

— Jaki słodziutki — powiedział Staś — mogę go pogłaskać?

— Telko delikatnie synciu — odpowiedział Czesław i go poprowadził za rękę do cielątka. Delikatnie pogłaskał zwierzątko po sierści, gdy przestało jeść.

— Jak go nazwiemy? — zapytała Danka — Stasiu masz jakieś pomysły?

— Walduś!

— Niech będzie Walduś — odpowiedział Julek śmiejąc się.

— A teraz chodźcie, zmieńcie ubrania i ho na obiad rosół juze prawie chyba gotowy. Ino najpierw nogi w balii umyjta w deszczówce. — powiedziała Helena.

Oni posłuchali, buty zdjęli i nogi wymyli, a następnie weszli do chałupy. Dzieci weszły do izby swojej… na łóżku Danki i Jadzi, które było pod oknem… znajdował się bukiet kwiatów pełen stokrotek, mleczy i drobnych małych niebieskich kwiatków, które były obwiązane czerwoną wstążeczką.

— Cóż to? — zapytała Jadzia — kwiaty?

— Ino kwiaty, ktoś przez okno przerzucił, do któreś z was. — powiedział Julek śmiejąc się — tu jest karteczka przyczepiona do wstążeczki.

— Co tu jest napisane?

— Dla Jadzi — najpiękniejszej panienki w Lubelszczyźnie.

— Dla mnie? A wiadomo od kogo to?

— Nic nie ma takiego tu.

— Proszę Jadziu widzę, że masz cichego oblubieńca. — powiedział Czesław wchodząc do izby. Ciekawe kim on jest?

19.04.1933 r. — Aleksandrówka

Obiad z niespodzianką

Podczas obiadu wtorkowego, gdzie jedli na obiad placki ziemniaczane podane z gęstą śmietaną usłyszano pukanie do drzwi.

— Kogóż to niesie? — zapytał Czesław. — Jadzia bądź taka dobra i łotwórz te drzwi.

Posłuchała ojca i otworzyła drzwi. Nikogo tamuj nie było, a pod drzwiami znajdował się kosz z kawałkiem ciasta drożdżowym z jabłkami.

— Nikogo ni ma, ale zostawił coś. Ciasto z jabłkami! Tu jest napisane “Dla panienki, która jest tak samo słodka jak to ciasto”.

25.04.1932 r. — Aleksandrówka

Grzebień

— Znów ktoś puka… — Jadźka idź otwórz drzwi.

Pod drzwiami zaś nikogo nie było. Tylko pod drzwiami kolejny mały koszyczek, a w nim grzebień wyrzeźbiony się znajdowywał i pomalowany w wzory kwieciste czerwoną i zieloną farbą.

26.04.1932 r. — Aleksandrówka Jajka

Tym razem znalazła większy kosz pełny kurzych jajek. Jadzia zdziwiona była, nie wiedziała od kogo to kim jest ten „tajemniczy adorator”.

27.04.1932 r. — Aleksandrówka Adorator ujawniony

Jadzia wracała z pola po robocie była miała suknię lekko okurzoną od pyłu.

Odwróciła głowę w kierunku chałupy i… ujrzała tego, który od kilku dni przynosił jej podarki. Nim był Lucjan Baryś!

— Lutek?

— O Boże Jadzia! Ino mnie przestraszyłaś! — powiedział podając jej tym razem kosz jabłek. Jadzia była zszokowana, właśnie odkryła kim był jej tajemniczy adorator. Lucjan chłopak, którego niedawno poznała na imieninach… zalecał się do niej…

— To ty od kilku dni mi te prezenty robisz?

— Tak…

— Czemuż to?

— Bo cię lubię Jadziu… Miła i słodka jesteś… i chcę, żeby ci miło było… — powiedział z bawiąc się rąbkiem koszuli, a Jadzia słysząc to lekko się zarumieniła. Nie spodziewała się tego wszystkiego, że spodoba się jemu.

— Miło mi i dziękuję za to wszystko… grzebienia używam…

— A jak ciasto i jajka?

— Pyszne było, a z jajek żeśmy dziś jajecznicę z familią zjedli. Jak ci się odwdzięczyć mogę?

— Przyjdź ino w piątek do mego domu rodzinnego na południe… poznasz lepiej mnie i moją familię.

— Dobrze Lutek, spełnię twoją prośbę… Też cię polubiłam… tyś taki grzeczny i ułożony…

— Mieszkam w chałupie przy stawie… Łatwo poznać bo to duża chałupa. Ino dwie stodoły ma i drób ino często łazi po dworu.

Rozdział 4

27.04.1932r. — Aleksandrówka, Cieślanki

Przygotowania

“Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Jo was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali.” — J 13,34—35

— Czy jo dobrze słyszy od ciebie? — zapytała matka — Baryś cię na południe zaprosił?

— Powiedz córuchno, że się zgodziłaś. Ino to świadczy, że zainteresowany jest tobą. A to dobre dla ciebie.

— Zgodziłam się. Ino przecież jakby inaczej miałam zrobić. Za te upominki od niego? Za tą choćby przejjazdżkę furmanką po wsi. Czuję, że jist dobry.

— Bardzo dobry jist! Lucjan to zdolny i pracowity chłop. Ale to ci juze stary Baryś powi.

— Co ubierzesz do Barysiów? Może coś ładnego ino oni majętni są to trza być dla kmieci dobrze ubrany, by pokazać im, że szanujisz ich.

— Może tą czarną sukienkę z koronką ku dekoltu?

— Oszalała? Toć na pogrzeb jist… Ludowego też nie ubierzesz to od święta!

— A może tą zieloną z rękawami do łokci? Tą wiesz z kwiecistym wzorkiem u dołu? Coś wyszyła. — zaproponowała nieśmiało Danka.

— Danusiu toć dobry pomysł jist! — powiedziała matka — Jadźka ubierzesz ją! Do tego trzewiczki czarne, a włosy ci zepnę w pinkny koczek. Bylebyś ładnie wyglądało przed matką Lutka. Dla przyszłej teściowej trza się dobrze pokazać… byle by miała potem dobre zdanie ło tobie. Jakiś podarek dla niej też przygotować musisz… ciasto dobre z jabłkami zrobiłaś pamiętam na stypę babci Frani to i może teraz byś zrobiła? Walcia, by na pewno się ucieszyła i od razu zobaczyła jako to zaradno.

— Zrobię, jak twierdzisz matulu. Jeśli tak będzie najlepiej. Dla pokazania, żem z dobrego domu pochodzę.

— Jutro ci sukienkę uprasujemy. Żelazko ino przygotuję, węgla do niego się da i na stół suknię. Wodę do balii ci naleję byś się wymyła. — powiedziała Helena kładąc dłonie na jej ramionach.

— A zasłonę powiesisz?

— Po cóż to?

— A chłopaki?

— Jadziu nic się nie bójta. Andrzej z Julkiem przecie na polu będą, a Danka weźmie na dwór Stasia. Nikt ci zakłócać spokoju nie będzie. Dopilnuję tego.

29.04.1932 r. — Aleksandrówka, Cieślanki

Obiad

— Z samego rana Jadwiga wstała, ale była zaspana. Z emocji, które czuła dzień wcześniej przed tym dniem. Oczy miała czerwone i lekko podkrążone z powodu tego braku snu. Nerwy silne miała przez ten dzień. Poznać miałą rodziców swojego w końcu przyjaciela, a może i lubego… podejrzewała coś u Lucjana… nie był zwykłym chłopakiem… był bardziej czuły, wobec niej i szarmancki. Podeszła do krzesła, na którym wisiała jej sukienka, a u dołu czarne trzewiki sznurowane. Ubrała je starannie i weszła do głównej izby domu, gdzie czekała matka i siostry. O wstałaś, żeś! To dobrze zjedz śniadanie, potem ci upnę włosy. Broniu kochanie wlej no Jadzi mlika do kubeczka.

— Wlała jej mleka ciepłego do kubka, a do jedzenia podała dwie duże pajdy chleba posmarowane konfiturą z malin. Po zjedzeniu śniadania. Helena zajęła się włosami Jadzi. Najpierw porządnie je rozczesała, a następnie upięła w kok przewiązując je białą wstążką.

— Gotowe — powiedziała Helena podając jej kosz z ciastem — Możesz tak iść do Barysiów, Danka z tobą pójdzie do Cieślanek odprowadzi cię tamuj byś sama nie szło. I uśmiechnij się. Ino ładna kobiecina jesteś. Idziesz poznać rodziców lubego.

— Matulu ino nie wiem czy coś do niego czuję… Po tym co przeszłam z Januszem…

— Ino rozumim cię… ale daj jemu szansę Lutek dobry chłopok. Własnej matce nie ufasz?

Ufam ino… Wiesz… Serce nie zapomina zranienia jakie doświadczyło w miłości…

— — Jadzia musimy iść, chyba nie chcesz się spóźnić… — przerwała jej Danka.

— Godzinę szły do Cieślanek, gdyż wieś daleko się od nich znajdowała. Mijając pola, na których można było dostrzec małe łodygi zielone zboża. Następnie minęły jezioro, gdzie ujrzały bociana polującego w wysokich trawach na żaby. Dotarły do wsi.

— — Który to dom Barysiów? Lutek mówił ci?

— — Ino przy stawie się znajduję, duża to jest chałupa, ma dwie stodoły wielkie i drób często po dworu lata.

— — To się im powodzi… Myślisz, że to jaka była szlachta?

— — Nie, Lutek mówił, że nie byli nigdy panami. Telko po prostu Bóg tak ich pobłogosławił to mają.

— — Ale się jakoś tym nie chwalą — zauwjazyła Danka.

— — Danka ino to są dobrzy ludzie. Im nie w głowie to chylo mają w kieszeniach, a w sercu. Nie ma co się chwalić bogactwem materialnym, a bogactwem w sercu jaki się ma.

— — No się zgodzę z tobą brejdaczko. A parobka mają?

— — Mają ponoć jednego, co im przy koniach robi, dwa mają ogiery duże ponoć juze je poznałam — Kasztan i Kary.

— — To ci zazdroszczę powiem ci ino też bym chciała do nich iść, ale się wpraszać ino nie będę. Ino nie wypada przecież.

— Nagle przed nimi czarny kot przebiegł szybko, który zjawił się z drugiej strony pola.

— O Boże przenajświętszy! — krzyknęła Danka blada jak śnieg.

— Nie bluźnij! — skarciła ją Jadzia.

— Jak nie bluźnić? Jak, któraś z nas pecha mieć będzie? Przecie widziała, że czarny jak smoła kocur przebiegł.

— A ty ino wstydziłabyś się wierzyć w zabobony takie jak jakiś dzieciok! Ino Stasiek pięć wiosen liczy i jakoś ni wirzy w nie! A tyś dorosła panna!

— Zobaczymy czy będziesz tak samo mądra jak pech cię dosięgnie Jadźka!

— Dotarły do miejsca, chałupa Barysiów duża była. Bela tradycyjnie na biało pomalowana, drzwi i okna z ciemnego drewna, a dach pokryty wrzosem. Obok mały stawik się znajdowywał, w którym piły wodę kury. Studnia kamienna, dwie duże stodoły, gdzie z jednej wychodził parobek, ocierający ręce z brudu w fartuch.

— Toć cię odstawiłam Jadzia… nic się nie bójta, pamiętaj będzie wszystko dobrze. — powiedziała Danuta obejmując siostrę.

— Wim Danusia… — powiedziała Jadzia.

— Idź juze…

— Poszła. Zaczepił ją parobek.

— A panienka do kogo to? — zapytał kąśliwie.

— Jo żem przyszła do Lucjana Barysia… zaprosił mnie…

— A jak zaproszona to przepraszam za moje zachowanie zapraszam. — odpowiedział i zaprowadził ją do chałupy. — Jak się zwię?

— Jadwiga.

— A nazwisko?

— Pawlaczka.

— Weszli do chałupy.

— Panie Lucjan! Jadwiga Pawlaczka, przyszła ino do pana. -powiedział parobek otwierając drzwi, gdzie Jadzia weszła nieśmiało trzymając nerwowo kosz z ciastem.

— Jadzia! — powiedział Lucjan obejmując ją delikatnie — inoś przyszła jednak do mnie.

— A jak żem odmówić miała Lutek? Tobie? W życiu!

— O Lutek czyż to ona? — zapytała kobieta w podeszłym wieku widać było, że to jego matka.

— Matulu poznaj Jadzię to ta, którą u Irki poznał.

— Walentyna, bo tak miała na imię matka. Przyjrzała się Jadzi od stóp do głów. I… uśmiechnęła i podała jej dłoń.

— Lutek rację mioł. Ładna z ciebie dziewczocha i po oczach widać, że zaradno jesteś. Walcia jestem…

— Jadzia… ciasto przyniesłam dla pani.

— Pachnie cudownie, nie toż, że ładna to i ciasta smaczne musisz piecz. Czuć po zapachu. Ino zjemy je po obiedzie, ale najpierw poznaj mego męża i resztę dzieci. Maćka nie będzie mojego pierworodnego, bo on zakonnikiem w Kraśniku jist… duma rodziny, ale nie wjazne juze ich woła! Ludwik! Emil! Leoś!

Ania! Choćta tu ino gościa mamy trza poznać dziewczochę brejdaka.

Przyszli z drugiej izby Ludwik — gospodarz domu, ojciec. Emil, młodszy brat o długich czarnych włosach, co było rzadkością na wsiach. Leon, który miał krótkie, przystrzyżone i lekki zarost na twarzy. I Anna, nastolatka o dużych niebieskich oczach.

— Miło poznać panienkę. Emil jestem. — A jo Leon również miło — Ania.

— Podali jej wszyscy ręce ona nieśmiało odwzajemniła uścik dłoni, ale z wzajemnością.

— No skoro się poznali to jo obiad może podam? Aniu chodź pomoże ta mi.

— Juze idę matulu. A wy usiądźcie do stołu, Jadzia usiądź obok Lutka.

— Posłuchała i usiadła obok niego, do niego czuła największe zaufanie, w końcu jeszcze nie znała tak dobrze jego rodziny poza nim. Walentyna przyszła z blachą pełną prjazuchów — klusek ziemniaczanych, prjazonych na ogniu często podawane z okrasą. Anna z talerzami powoli szła, by nie stłuc ani jednego. Gdy je rozłożyła powróciła do kuchni i przyniosła kubki gliniane dla kjazdego i dzbanek wody.

— Zajadajcie. Mam nadzieję, że tobie kochano będzie smakować. — powiedziała Walentyna nakładając jej solidną porcję jedzenia.

— O dziękuję, ale juze mi starczy — odpowiedziała Jadwiga

— Cóż mówisz? Inoś ty drobniutka bardzo, zjeść musisz. — i dołożyła jej jeszcze kolejną łyżkę prjazuchów z okrasą z masła swojskiego prosto z mleka krowiego i przysmjazonej cebuli. — Jedź ta kochani smacznego. A zapomniałabym! Pomódlmy się najpierw wstańmy!

— Pobłogosław Panie Boże ten skromny dla nas posiłek… — odmówili. Zasiedli do stołu następnie i zaczęli jeść obiad.

— Ino powiedz Jadziu coś o sobie poznać cię musimy tyś taka cicha. — powiedział Ludwik.

— Ludwiczku daj, że jej spokój widzisz, że się stresuję.

— Jestem najstarsza z rodzeństwa… — zaczęła Jadwiga — chodzę na nauki z siostrą do ciotki, która w Studzianek mieszka. Uczę się tamuj krawiectwa i no… haftów. Niedawno urodził się mój młodszy braciszek Stasio śliczny jak z obrazka świntego.

— Jak kjazdy dzieciok, do kiedy nie urośnie… — powiedział Emil śmiejąc się.

— Emil… — powiedziała Walentyna.

A jak gospodarka idzie u was? — zapytała Jadwiga nieśmiało. — A dobrze ino idzie, ale jo juze nie chodzę na pole teraz to synom przepisałem pole, po kjazdej części ino jo juze średnio siły mom — odpowiedział jej Ludwik machając ręką. Lucjanowi to osiem morgów przepisałem, bo starszy jist, a Emilowi i Lutkowi po sześć.

— A Maćkowi?

— Maćkowi to, żem chałupę przepiszę jak będzie pora, a Ance to i również morgi przepiszę wkrótce. Niech mają, byleby gospodarstwo przetrwało następne pokolenia. Ino wnuków mam nadzieję, że się doczekam…

— Ludwik ino o śmierci przy stole nie godoj — zbeształa go żona. — Juze ino nie będę Walciu…

— Podała następnie ciasto Jadwigi, po zjedzeniu głównego dania.

— No spróbujmy tego pachnącego cuda.

— Ukroiła siedem dużych kawałków jabłkowego ciasta z lukrem. I położyła na mniejszych talerzach, a następnie wlała mleka do kubków, który idealnie pasował do drożdżowego ciasta. Walentyna ukroiła sobie kawałek ciasta i wzięła do ust go i otworzyła szeroko oczy, gdy poczuła posmak wypieku.

— Matko boska jakie to dobre… Jadźka ty ino talent do pieczenia mosz! Ino gdzieś się nauczyła takie coś pysznego piec?

— Pierwszy raz to ciasto upiekłam

— jakieś dawno temu na stypę mojej babki. No nie chwaląc się… wszyscy wtedy też zachwalali to ciasto.

— I rację mieli, bo jist pyszne… talent do gotowania ino mosz…

— Dziękuję pani… Mogę dać przepis, jeśli pani chcę.

— Ino daj, Lutek podaj ołówek i kartkę jo, żem zapiszę.

— Spotkanie dobiegło wkrótce końca. Wszystko było… według Jadzi idealne…

widać było, że rodzina Lucjana polubiła ją i jej osobowość.

— Dziękuję za gościnę pani Walciu i panie Ludwiku… — powiedziała Jadzia wychodząc z ich chałupy.

— To my ci dziękujemy Jadziu… inoś y dobra dziewczocha jak Lutek mówił.

— Jadwiga zwróciła się do niego, który stał w progu drzwi.

— I jo ci dziękuję Lutek… za zaproszenie cudowną masz rodzinę…

— To ci powinienem dziękować kochana… odprowadzić cię do chałupy?

— Ni trzeba Lutek pójdę sama…

— Ciemnica się robi ino lepiej cię odprowadzę…, żeby cię kto nie napadł.

Skoro nalegasz…

04.05.1932 r. — Aleksandrówka, Cieślanki Atak na polu

— — Poszczaj mnie! — krzyknęła płacząc Jadwiga.

— Wszystko było spokojne na polu, gdzie Jadzia pracowała przy polu. Tamuj powoli z dnia na dzień rosło powoli zboże. Do czasu… na pole zjawił się jakiś obcy mężczyzna z obcej wsi… nieznajomy widać było, że obdarty był i on…

zaatakował właśnie Jadwigę w jednym celu…

— Puszczaj mnie, ino po ojca pójdę!

— Pójdziesz? Ha! Ciekawe jak? — powiedział chłopak i mocniej ścisnął jej rękę, a następnie wykręcił tak, że padła na ziemię. On rzucił się na nią próbując podwinąć jej sukienkę, ta jednak mocno kopała i wierzgała nogami, broniąc się.

— Przestań krzyczeć! Nie wypada takiej dziewuszczę Aaaa!

— Tu z ni stąd ni z owąd zjawił się… Lucjan! Złapał chłopaka za kołnierz koszuli i podniósł mocno.

— Ty dziadu… — powiedział zły przez zaciśnięte zęby i strzelił go pięścią w twarz tak, że krew z jego nosa poleciała i pochlapała koszulę. — Ino co ty? Do panienki się bierzesz? Ty sukinsynu…

— A co twoja jist?

— A może i moja jist co? — i popchnął go na ziemię kopiąc w udo, ale ten wstał i rzucił się na niego z pięściami i zaczął go okładać nimi.

— Lutek! — krzyknęła przestraszona Jadzia.

— Ale Lucjan powstał z ziemi mimo krwi na nosie i rozciętej wargi oraz rozerwanej koszuli obronił się przed chłopakiem. Znów go złapał i kopnął go w brzuch. Chłopak padł na ziemię. Próbował wstać, ale z bólu zrobił to powoli. Lutek go znów kopnął, chłopak uciekł w dal, aby uniknąć kolejnego ostrego ciosu z rąk barczystego Lucjana.

— Ostatni raz cię widzę w swoim życiu! — wrzasnął Lucjan. Następnie podszedł do Jadwigi i wziął ją na ręce.

— Lutek… tyś mnie uratował… — szepnęła Jadzia dotykając jego policzka.

— Ino przejeżdżałem… krzyk twój usłyszałem… ino przestraszyłem się. Bo mi na tobie zależy… Jadzia…

Lutek… — ucałowała jego policzek. — Chodź do mnie do chałupy obmyję ci te rany. Koszulę nową dam…

— Zaprowadziła go do swojej chałupy. Lucjan usiadł na ławie i zdjął koszulę potarganą. Jadzia wzięła misę glinianą z wodą i ścierkę czystą i zaczęła powoli obmywać jego rany na twarzy. Następnie wyjęła z szafki kawałek szmaty i przystawiła mu do nosa, gdzie jeszcze trochę krwi było.

— Trzymaj to i głowę w dół. Jo ci juze dam koszulę swojego tatula.

— Ojciec nie zauwjazy jak się dowie, że brakuję mu jednej koszuli?

— On rzadko kiedy koszulę zmienia… raczej nie. Jo ci twoją zeszyję i za kilka dni ci ją podam…

— Tyś tako dobra…

— Nie to tyś dobry… bom mi życie uratował…

— A tyś Jadziuś mnie opatrza… jak sanitariuszka ukochanego żołnierza…

— Spojrzeli w swoje oczy wzajemnie było w nich coś… magicznego… miłość czysta wisiała w powietrzu między nimi.

— Lucjan wrócił do domu swojego. Tamuj czekała na niego jego rodzina. Matka, gdy zobaczyła tę przy jego nosie przestraszyła się.

— Lutek! Cóż się stało? Kto cię tak urządził?

— Lucjan zaczął długo opowiadać historię o tym co się stało na polu w Aleksandrówce jak przejeżdżał przez wieś.

— Lutek tyś bohater — odrzekł Ludwik.

— Powiedz mi Lutek… czy ty… kochasz Jadzię?

— Lucjan wstał od stołu i założył ręce na serce.

— Mamo… wlubiłem się w nią, ino bez opamiętania. Jo, żem od kiedy rozestał się z Ludwiką, po tym jak uwierzyła w plotkę okrutną o mnie. Nie czułem się tak szczęśliwy przy tej kobiecinie.

06.05.1932 r. — Studzianki,

Miłość

— — W moim ogródecku rośnie rózycka. Napój mi Maniusiu mego kunicka. —

zaśpiewała Danka

— — Nie chcę nie napoję, bo się kunia boję. Bo się kunia boję bom jesce młoda. — zaśpiewała Marysia.

— — Nie chce nie napoi, bo się kunia boi. Bo się kunia boi, bo jesce młoda. Nie chce nie napoi, bo się kunia boi. Bo się kunia boi, bo jesce młoda — zaśpiewały dziewczęta chórkiem wyszywając wzory na tkaninie na naukach u Eugenii.

— — W moim ogródecku rośnie rozmaryn. Powiedz mi Maniusiu kto cie omanił. — zaśpiewała Józka.

— — Luteczkowe ocka Luteczkowe ocka. Bo się w mojem sercu tak zakochały. —

Luteczkowe? Jadźka co ty gadosz? Jakie Luteczkowe? — zapytała zdziwiona Danka.

— — Jadźka… czy ty znowu o tym swoim Lutek? — zapytała wchodząc ciotka Eugenia — na Boga dziewucho czyś się szaleju najadła, że nic telko gadosz o nim? Co ci jist? Nic telko Lutek i Lutek!

— Jadzia wstała z ławy. I głośno odrzekła.

— Ciociu… Danka, Hanka, Józka, Baśka i Marysia… Jo, żem się w nim zakochała… Ino bez opamiętania… i juze nie ma dla mnie może ratunku… a boskie zmiłowanie, ale ino go kocham naprawdę… po tym jak mnie traktuję jestem przekonana, że i mnie łon kocha…

— Nie czułam się ino tak zakochana i szczęśliwa łod kiedy…, mnie Janusz opuścił i do Władki poleciał jak bury pies za burą suką. Ino zrozumnie to jist miłość czysta, której wy nie rozumita. Bo wy w szarym świecie żyjejta!

— O matuchno przenajświętsza… — szepnęła Baśka.

— No tyś się w rzeczy szaleju najadła… — odpowiedziała surowo Eugenia.

Rozdział 5

5.05.1932 r. — Aleksandrówka, Batorz Maryjne

“Bez jednej choćby rany to jeszcze nie miłość.” — Jan Twardowski

— Chwalcie łąki umajone, Góry, doliny zielone. Chwalcie, cieniste gaiki,

Źródła i kręte strumyki! — śpiewali wierni stojąc przed kaplicą, na której znajdował się obraz Matki Bożej. Był Maj miesiąc uwielbiany przez chłopów,

poniewjaz był to miesiąc maryjny i wszystkie swoje prośby i zmartwienia mogli powierzyć Maryi uwjazanej za tamtejszą ludność za królową Polski i świata i za matkę zbawiciela.

— — Co igra z morza falami. W powietrzu buja skrzydłami. Chwalcie z nami Panią Świata. Jej dłoń nasza wieniec splata.

— Ona dzieł Boskich korona. Nad Anioły wywyższona. Choć jest Panią nieba, ziemi. Nie gardzi dary naszymi.

— Składali pod kaplicą bukiety kwiatów kolorowych, a starsze kobiety różańce odmawiały klękając mimo bólu przed nią.

— — Wdzięcznym strumyki mruczeniem. Ptaszęta słodkim kwileniem. I co czuje, i co żyje. Niech z nami sławi Maryję!

Ksiądz Feliks zaczął odprawiać krótką litanię skierowaną do Maryi. Po niej wszyscy się rozeszli do chałup swoich. Głównie większość stawiających się w tym dniu były kobiety i młode panny, które modliły się o jak najszybsze zamążpójście za dobrego gospodarza lub w innych intencjach.

— — O co się modliłaś Jadzia? — zapytała Bronia jej młodsza siostra.

— — A wisz brejdaczko… Za Lutka się modliłam, by lżej w polu miał, bo łon bidny nic telko pracuję i czasu ni ma dla mnie łostatnio.

— — Jak pracuję tyle, to chyba dobrze, bo widzisz przynajmniej, że łon jist pracowity.

— — Tak, ale… Czasem mi go brakuję ino… Biedny się zamęcza na polu… Ostatnio pamiętam jak się spotkałam z nim na schadzce to widać było po oczach jego ostrą fatygę. Ino mówię do Lutka: Lutek ino odpocznij w cieniu, chodź usiądziemy przy starej lipie.

— — Tyś zawsze troskliwa o wszystkich jesteś.

— W domu później Jadzia bawiła się z małym Stasiem szmacianą kukiełką jego ulubioną, wypełnioną w środku słomą.

— — Jadzia — przerwała jej zabawę matka — idź ino po ojca na pole, bo mi zaś ten piec coś szwankuji.

— Na polu.

— Tatulu mama woła do chałupy, bo coś piec się zepsuł i prosiła, byś przyszedł i naprawił to.

— Piec rzycz świnta juze idę, a ty pola pilnuj — odpowiedział ojciec otrzepując ręce o lniane spodnie.

— Jadzia na polu została poczuła nagle tupot czyiś nóg za sobą… To nie były jednak ojca, ani Julka czy Andrzeja lub młodszego rodzeństwa. Kroki były wyjątkowo ciężkie… Jakby dawno znajome… Odwróciła, więc głowę poprawiając warkocz i ujrzała… Janusza… Byłego swojego absztyfikanta. Stał naprzeciwko niej włosy ciemne miał rozczochrane, ubrany w lnianą koszulę białą z krótkim rękawem i spodnie ciemne z tego samego materiału.

— — Janusz?! Co ty tu robisz? Po coś przyszeł?

— — Ino do ciebie Jadwisiu… — powiedział cicho lekko uśmiechając się — prosząc się o wybaczenie…

— — O co? — parsknęła śmiechem — ty chyba żartujesz? Po tym jak mnie zostawiłeś dla tej suki Władki?

— — Ino do ciebie Jadziu… ino do ciebie…

— — Do mnie? — parsknęła — po tym jak żeś za tą suką Władką poleciał. Masz jeszcze czelność do mnie przychodzić?

— — Z Władką, żem się rozestał bo ją wydali za syna kowala spod Węglinka… ino pomyślałem… może byś do mnie tak wróciła? Zapomniała o tym całym ambarasie? Przecie to dawno było.

— — Ty masz jesce czelność o to mnie pytać?! — krzyknęła Jadwiga — Wstydu nie masz i serca człowieku? Myślisz, że jestem taka jak inne co z otwartymi

ramionami z powrotem przyjmują pomimo krzywdy? Ha! Bój ty się Boga i wszystkich świętych Janusz!

— A co może kogoś masz. Żem takie bezeceństwa mówisz?

— — A może i mam co? Zresztą nic ci do tego, czy mam jakiego absztyfikanta na oku, czy też panienką nadal jistym.

— — Ale ino wlubiłem się ponownie w ciebie!

— — Ale jo cię nie kocham juze mówiłam!

— — Czyli masz kogoś!

— — Dobra! Mam! Jestem związana z pewnym kawalerem z Cieślanek!

— — Któż to taki?

— — Po co ci wiedzieć? Jeszcze mu cioś zrobisz! Tyś juze nie jednego obił w tej wsi.

— — Po pijanemu telko, trzeźwy jako nigdy!

— — Ty cały czas pijany jistyś! Może i teraz żeś jist co? Bo coś od ciebie wódą pachnie!

— — Kieliszeczek, żem rano wypił na zdrowie!

— — Chyba całą butelkę… a teraz zjeżdzaj z pola mojego, bo po Julka i Andrzeja zawołam!

— — Ino zobaczysz Jadzia… jeszcze do mnie wrócisz…

— — Nigdy Janusz… Nigdy…

— — Jeszcze się przekonasz…

— Odszedł z pola Pawlaków, by nie narazić się jej braciom, którzy zbliżali się powoli z wiadrami wody.

— Jadźka ino kto to był? — zapytał Julian stawiając wiadro.

— Janusz…

— Co ten sukinsyn na naszym polu robił co? — zapytał rozgniewany Andrzej.

— O wybaczenie prosił…

— I co wybaczyłaś temu łajdakowi? — zaptyał Julek.

— Nie…

— Noiś dobrze zrobiła Jadzia — odpowiedział Andrzej.

— Całą rozmowę… słyszał Emil, brat Lucjana, który stał pod drzewem niedaleko słysząc to wszystko…

— No Lutek… konkurencja idzie… — powiedział do siebie — Ino jak się dowie łon to walka będzie większa między nimi, niż walka z ruskimi co była czternaście lat temu… Co wtedy łone przyszły do nas po jedzenie i cały chleb i ziemnioki zabrały i kury…, bo resztę bydła łojciec do lasu schował…

08.05.1932r. — Batorz Odpust

— Długo wyczekiwany przez chłopów odpust nadszedł. Ulubiona przez nich uroczystość była we wsi Batorz z okazji dnia patrona parafii świętego Mikołaja. Stragan były rozłożone w rzędach po lewej i prawej stronie niedaleko kościoła, kobiety starsze sprzedawały wypieki, słodycze i rzemiosła ręcznie robione. Księża sprzedawali odpusty. Organizowane były również zawody, w których młodzi chłopcy brali chętnie udział by zaimponować dziewczynom.

— Aleś ty się Danka odstawiła na ten łodpust — zaśmiał się Julek. Jakbyś polowała na jakiego absztyfikanta.

— Ej no no przesodzoj Juleczku. Dla pana Boga, żem się tak przystroiła nie dla jakiego chłopa byle jakiego.

— Podeszli do pierwszego straganu, na którym szczypki, czyli słodycze z Lubelszczyzny, przypominające szczapę drewna. Kolorowe, słodkie o różnych owocowych smakach. Sprzedawała starsza ich sąsiadka Pelagia, żona Tadeusza.

— Tadkowa! Po chylo te szczypki?

— Aaaa Cześkowa po dychę sztuka!

— Które chcesz Jasiu?

— Te dwie — wskazał palcem na dwie lekko różowe szczypki. — jaki smak majo? — A malinowe kochanecku — odpowiedziała Pelagia — Te chcę matulu!

— Dwadziścia groszy będzie.

— Proszę Tadkowa. — powiedziała i wręczyła owinięte w papier szczypki małemu Jasiowi.

— Jadwiga w tym samym czasie podziwiała zawody w przeciąganiu liny, w którym udział brał jej brat Andrzej ciągnąc z całej siły, aby wygrać z przeciwną drużyną w której grał jego odwieczny rywal Alfred Maliszewski, a o co? Proste o dziewczynę się spierali, która zostanie czyją. Sabiną Koziołeczką. Walka o przeciąganie liny była ciężka, ostra. Silniejsza była drużyna Alfreda, ale mimo większej ilości przeciwników drużyna Andrzeja wygrała…

— Andrzej! Gratuluję wygranej — powiedziała Jadźka.

Aj dziękuję Jadźka, ale ino wybacz teraz z Sabinką zmierzam pod staw spędzić z nią trochę czasu.

Odszedł z Sabiną od Jadwigi. Wten zjawił się niespodziewanie za nią Lucjan jej “przyjaciel”, a raczej ktoś więcej dla niej…

— Jadziu…

— Lutek… też przyjechałeś do Batorza? Przecie z Cieślanek, a ono do zakrzówkowej parafii należy.

— Ino myśmy kiedyś w Batorzu mieszkali…, ale chałupa nasza się spaliła i przeprowadziliśmy się do Cieślanek, bo tamuj łojciec ziemię kupił, ale parafii żeśmy nie zmienili. Matula tak ino chciała…

— A co powie to rzecz świnta… — powiedziała cicho Jadzia.

— Jo mój ojciec mówisz Jadziu…, a właśnie! Mam coś dla ciebie…

— Zza pleców wyjął średniej wielkości pakunek i podał go w ręce Jadwigi.

— Otwórz Jadwiniu…

— Otworzyła, a w nim była niebieska pięknie wyszyta chusta w rozety kwieciste i z czerwonymi długimi frędzlami…

— Lutek… nie trzeba było to za dużo dla mnie…

— Oj Jadziu nawet tak nie mów piękna chusta dla pięknej panienki… — odpowiedział uśmiechając się i głaszcząc jej twarz.

— Proszę chyba mam konkurencję… Baryś z Pawlaczką… — powiedział Janusz pojawając się praktycznie z nikąd.

— A ty tu czego? — zapytał Lucjan. — zazdrosny o panienkę?

— Moja jest jakbyś nie wiedzioł…

— Byłam twoja póki nie poszłeś do Władki… — powiedziała cicho Jadzia zła.

— A może będzie ponownie… Lutek ino dawaj siłowanie na blatym… kto wygra ten bierze Jadwigę — odpowiedział pewny siebie Janusz.

— Jadwiga to nie jakiś parobek, że możesz ją od tak wygrać… — syknął zdenerwowany Lucjan i wziął pod rękę Jadzię i odszedł z nią na bok. Założył na jej smukłe ramiona chustę.

— Ino teraz wyglądasz jak te panny z miasta, a nawet i lepiej, a Januszem się nie przejmujta to jakiś ćwiel co myśli, że kjazda może być jego.

— I jo żem pomyśleć muszę teraz jak to z nim była… Boże największy błond mego życia… — spuściła głowę

— Człek się uczy całe życie moja najmilejsza… nie bądź taka smutna, piękniej wyglądasz jak się uśmiechasz.

— Podniosłą głowę i uśmiechnęła się do Lucjana. Tak jak prosił. Następnie podeszli do stoiska pani Zofii, która sprzedała im dwa kawałki chałki słodkiej posmarowanej masłem.

— Mhm… pamiętam jak mojej świętej pamięci babka Władzia piekła taką samą chałkę ino telko do niej dawała również orzechy z naszej starej leszczyny co rośnie pod stodołą… smak dzieciństwa to był… — powiedział Lucjan zajadając chałkę.

— Jo ino takiej piec nie umiem zbytnio… zawsze mi wychodzi taka ciężka, a na drugi dzień twarda jak kamień…

— Oj ty się nie bój… pewnie inne rzeczy upiec umisz… jak to ciasto co kiedyś upiekłaś jak przyszłaś do mnie do chałupy rodzinnej.

— A jak ci idzie budowa własnej chałupy?

— A ino prawie skończyłem telko dach jeszcze zreperować muszę do końca, bo dziura jeszcze została, ale to zajmie ino trzy dni jutro jadę do Janowa po resztę materiałów…

— Toś ci pomaga przy budowie?

— Sam wszystko robię… ino bracia chcieli pomóc, ale ino im powiedziałem, że nie trza, żem sam zrobi. Trudno nie było, bo znam się na tym, bom kuzynom i przyjaciołom, żem pomagał przy stawieniu chałup.

— Zaradny z ciebie chłop Lutek…

— Zjawiła się Danka i podeszła ona do Lucjana i Jadwigi.

— Jadzia! O Jadzia! Ino cię szukałam! Tatulo woła nas trza do domu wracać!

— Juze? — zapytała Jadwiga.

— Tak. — odpowiedziała Danka.

— Idź Jadwisiuu, ino pamiętaj, żem zawsze na ciebie będę czekał… — powiedział cicho Lucjan.

— Wim Lutek… wim…

10.05.1932r. — Aleksandrówka Maliny

— Stuk stuk, stuk stuk,

— Jadźka! — łotwórz drzwi! — krzyknął ojciec siedząc na ławie i popijając herbatę i paląc fajkę równocześnie.

Wyszła z drugiej izby i poszła otworzyć drzwi… Janusz stał za nimi z koszem pełen malin.

Czego to? — zapytała zła na jego widok — coś ci chyba mówiłam…

— Aaa maliny, żem przyniósł dla ciebie moja kochano. — odpowiedział i wręczył jej kosz.

— Spływaj stąd za nim po ojca pójdę…

— A tyś jak zwykle niewdzięcznica… ino jakby to był Baryś to inaczej byś zareagowała… jędzo jedna…

— Odszedł.

— Któż to był? Żeś tak ostro zareagowała? — zapytał Czesław.

— Janusz…

— Czego ten łachudra chcę?

— Zaś zaleca się do mnie… maliny mi dał…

— Weźże je odstaw. I nie idź za nim… za Barysia się weź… on to dobry chłopok… a Janusz? Leń, gołdus i menda zupełnie jak jego łojciec Tycjan…

— Usłyszeli ciche pukanie do drzwi. Jadwiga je otworzyła ponownie, a tamuj za nimi stała ich sąsiadka Stanisława Wróbel żona Alfreda Wróbla, cała czerwona na twarzy ze złości.

— Gdzie ta menda? gdzie Janusz? Ten złodziej! — zapytała zdenerwowana sąsiadka.

— Alfredowa o co chodzi? — Zapytał Czesław.

— A to, że ta menda Janusz wkradł się na moje gospodarstwo i obrobił z malin! Moje najlepsze zabrał! Złodziej jeden… goniąc go zobaczyłam, że w kierunek waszej chałupy biegł, więc gdzie łon jest?

— Ino go nie ma, bo uciekł, ale ino maliny mi dał to ci Alfredowo oddam. — powiedziała Jadzia.

— No chocijaz ty Jadziu uczciwa, dziękuję ci dziecko…

— Podeszłą do stoika wzięła kosz z malinami i oddała tym razem zadowolonej sąsiadce. Ta odeszła dziękując raz jeszcze i odchodząc.

— Nie toż, że menda, gołdus i leń to jeszcze złodziej… — powiedział Czesław.

11.05.1932r. — Aleksandrówka

“Chłopi”

— Basia Bylina kuzynka Jadzi wracała z pola minął ją Lucjan, który jechał do

Janowa Lubelskiego furmanką z trzema skrzyniami pełnych warzyw i owoców.

— A ty przypadkiem nie jesteś ino spokrewniona z Jadzią?

— Ano jestem — odpowiedziała Barbara.

— Powiedz mi Basiu, bo wiem o tobie od Jadzi… co ona lubi?

— Lubi? W wolnej chwili czytać lubi. Zwykle nowelki czyta, a jej się marzy jaka dłuższa powieść. O naszym ludzie chocijaz by, albo o miłości.

— Dzięki wielkie Basieńko. — odpowiedział Lucjan i pojechał dalej.

— Czegóż mu była ta informacja potrzebna była? — zapytała do siebie Barbara. — Coś na pewno planuji.

— Późnym wieczorem Jadwiga szła z kurnika z koszem pełnych bieluśkich jajek. Usłyszała znajomy tupot koni i znajomy głos.

— — Jadzia!

— — Lutek!

— Stanął z koniem przed ich domem i zsiadł z furmanki biorąc swoją skórzaną torbę.

— — Byłem w Janowie sprzedałem tamuj warzywa z ogródka matuli wisz… Cebulę, marchew, trochę ziół i jabłek dużo sprzedałem i malin.

— — To dobrze, że ci się udało. — powiedziała Jadzia uśmiechając się. — co jeszcze tamuj robiłeś? Kupowałeś coś dla familii swojej?

— — O nic nie prosiła, ale dla ciebie coś mam kochano moja…

— — Dla mnie?

— Z torby wyciągnął… książkę. “Chłopi” Władysława Stanisława Reymonta.

— Lutek… ino nie trza było… to za dużo…

— Nie mów tak, należy ci się.

— Skąd w ogóle wiedziałeś, że marzę o takiej knipie? I że czytać lubię?

— Powiedzmy, że znam cię na tyle dobrze, że wim dużo Jadziu. To prezent dla ciebie…

— Nigdy, żem takiego prezentu wielkiego nie dostała. Tyś taki dobry Lutek dla mnie…

— Bo cię lubię Jadziu… nawet, jaz za bardzo… Kn… jest jakby trochę o naszym ludzie, jest też z czego co wiem wątek miłosny.

— To jest coś co lubię… dziękuję Lutek…

Przytuliła go. Uścisk był delikatny, ale czuły. On oparł swoją głowę o jej otaczając ją wokół swoich ramion silnych. Wiedziała jedno, że na pewno coś czuję do niego więcej niż zwykłą przyjaźń. A on to samo czuł.

14.05.1932r. — Aleksandrówka Plotka

— Zaczytana była w Chłopach jak mało kto, w kjazdej wolnej chwili sięgała po lekturę i czytała zakochana w opowieści o Jagnie i opisach przyrody. Czuła jakby to o jej wsi pisano. Siedziała pod starą, zieloną lipą znajdującą się nieopodal rzeczki. Zjawił się nagle Janusz z przewieszonym ręcznikiem na ramieniu. Wracał z kąpieli w rzece. Jadwiga podniosła głowę i zmarszczyła brwi.

— Znowu ty? Coś ci chyba mówiłam…

— Kobieta… czytać nie powinna… a ino zająć się normalnymi sprawami… w polu pracować… — powiedział Janusz z przekąsem.

— Zamknij się lepiej… pracowałam cały ranek w polu z braćmi jakbyś nie wiedzioł podczas gdy ty zapewne chlałeś z swoimi głupimi kompanami do chlania wódy i piwa.

— Oj juze nie przesadzaj… skąd w ogóle masz chłopów? Baryś ci dał ha! Niezły bałamutnik… ino uwjazaj… ino cię zbałamuci i z bandziochem zostawi…

— Przestań! On nie jest taki! Zawsze szanuji ludzi! I kobiety!

— Tak? Toć widać nie słyszała ty co się stało kilka wiosen temu…

Jadwiga zamarła.

— Co się stało?

— Nie słyszałaś co w Węglinku było? Ten twój Lutek związał się z taką jedną Krysią Liseczką córka wisz młynarczyka Staszka i jego żony Emilki zrobił jej pewnego dnia dziecioka i to przed ślubem! I zostawił z bandziochem! Myślisz, że kto jest ojcem dziecioka co?

Rzeczywiście Krystyna żyła jako samotna matka, bo przed laty ktoś ją zbałamucił i zostawił z brzuchem… ale, żeby Lucjan to był?

— Nie to niemożliwe… — wydusiła zszokowana.

A jednak… winc widzisz przed czym cię bronię Jadwiga. — odpowiedział Janusz, a ta wstała z drzewa i pobiegła do domu, a po drodze płakać zaczęła, bo uwierzyła Januszowi, choć nie powinna, ale łatwowierna była dość uwierzyła by kjazdemu nawet takim ludziom jak Janusz.

— Boże nie… to nie może być prawda… czy on serio mnie też bałamuci? — zapytała samą siebie Jadwiga. — nie chcę skończyć jak Kryśka… ojciec by mnie chyba zabił gdybym tak przed ślubem… Nie… nie dopuszczę do tego…

— 21.05.1932r. — Aleksandrówka

— Kłótnia

— Lucjan zapukał do drzwi. Otworzyła je Bronia.

— Cześć Broniu. — powiedział Lucjan — jist Jadzia?

— Jist. — odpowiedziała — juze ją wołam. Jadzia! Lutek do ciebie.

— Przyszła do niego, a minę miała kamienną.

— Wyjaśnisz mi czemu się nie odzywasz od tygodnia? — zapytał Lucjan, a w oczach widać było zdenerwowanie — martwię się, a ty z łaski nawet nie wyślesz do mnie choćby Danki albo Bronki, aby przekazały wiadomość od ciebie.

— Lutek… nie będę gadać z kimś kto bałamuci biedne dziewczochy i robi dziecioki przed ślubem…

— Słucham? — zapytał zdenerwowany.

— To co słyszysz. Podobno zbałamuciłeś Kryśkę Lisaczkę z Węglinka… i pomyśleć, żem do ciebie coś czuła — mówiła z łzami w oczach — jak mogłeś mnie tak oszukać? Janusz miał rację jak mi to mówił i ciotka Gienka… Miłość przychodzi i odchodzi… odejdź i nie pokazuj mi się tu…

— Jadźka! Nie! — krzyknął, ale ta zdążyła zamknąć przed nim drzwi zrozpaczona. — Janusz… niech cię dorwę telko… a pożałujisz, żeś się urodził… mendo, sukinsynu jeden… Jadźkę mi ino próbuję zabrać…

— 28.05.1932r. — Aleksandrówka, Cieślanki, Węglinek

Krystyna

— — Jadzia? — zapytała Krystyna Lis idąc, nosząc na rękach swojego dwuletniego synka Zenusia.

— — O Krysia witaj! — odpowiedziała Jadwiga.

— Skąd wracasz? — zapytała Krystyna.

— — A z nauk u ciotki Gieni. Jak Zenuś?

— — A zdrowiutki jak rybka, wracamy od mojego brejdaka Darka.

— Jadwiga dobrze przypatrzyła się maluchowi, który… nawet do Lucjana podobny nie był. Miał blond loki, a Lutek i Krysia obaj ciemne włosy mieli, a gdy obaj mieli oczy niebieskie… Zenio miał brązowe i na policzku miał znamię w kształcie jakby wyspy Sycylii.

— Co jest? — powiedziała Jadzia z niedowierzaniem patrząc nadal na chłopca, który bawił się swoją koszulą.

— O co chodzi? Coś Zenuś ma na twarzy?

— Nie… on wcale nie jist podobny do Lutka…

— Do kogo? — parsknęła Krysia śmiechem.

— Noo… Lutka Barysia z Cieślanek…

— Jo nie znom żadnego Lutka! Ino Zenio to synek Aleksandra Kołka syna Edwarda i Rozalii, który no cóż… na rolę tatusia się nie nadawoł, ale Lutka ino żadnego nie znom…

— Jadźka otworzyła szeroko usta, a następnie je zamknęła z zdziwienia. Janusz ją okłamał… Poczuła łzy w oczach i świadomość, że przez swoje zachowanie straciła osobę… osobę, którą tak naprawdę… kochała… pobiegła do domu nie oglądając się za siebie.

— Jadzia! Jadzia! Gdzie ty biegniesz? — krzyknęła Krysia.

— Ale ta nic nie powiedziała tylko biegła zapłakana. Dotarła do chałupy, gdzie tamuj wypłakała się następnie matce opowiadając jej o wszystkim co się stało w ciągu tego tygodnia.

— No juze nie płacz Jadziu, nie płacz… — uspokajała ją Helena głaszcząc jej głowę, która leżała na jej kolanach.

— Mamo, ale jak? Nakrzyczałam na niego… on juze mnie nie będzie kochać…

— Jak kocha to wybaczy… — powiedziała matka i podniosłą jej głowę.

— Jak go mam przeprosić?

— Słuchaj kwiatuniu… kiedyś gadałam z jego matką, ona powiedziała wtedy, że Lutek bardzo lubi cebularze. Może piec mu cały kosz, a wtedy na stówę ci wybaczy, ale jak mówiłam, jeśli cię kocha w rzecto tobie wybaczy.

Następnego dnia po kościele Jadzia zabrała się za pieczenie cebularzy. Najpierw zrobiła rozczyn, a do misy drugiej wsypała suche świeże składniki, łącząc z rozczynem później i mokrymi składnikami i zagniatała mocno ciasto, zapach drożdży

rozpowszechnił się po całej izbie. Odstawiła je potem i zabrała się za nadzienie. Cebulę pokroiła w piórka i podsmjazyła ją na smalcu delikatnie. Później w misce mniejszej wymieszała ją z niebieskim makiem. Gdy ciasto wyrosło wyrobiła z niego dwadzieścia sześć placków. Posmarowała je cebulowo-makowym nadzieniem i żółtkiem z jajka. i wstawiła do pieca. Po dłuższym czasie wyszły piękne złociste pachnące cebulą w całej chałupie. Takich cebularzy jak na Lubelszczyźnie to w całej Polsce nie ma. Odwróciła się od nich szykując kosz dla nich, a gdy spojrzała na nie podobnie to… zauwjazyła, że jeden cebularz znikł. Usłyszała nagle głośne mlaskanie spod stołu. Zajrzała tamuj, a tamuj jej młodszy braciszek Jaś zajada się nim, jaz okruszki leciały na podłogę.

— Jasiu… — powiedziała Jadzia robiąc groźną zabawną minę.

— No co? — zapytał niewinnie Jaś.

— Mały łakomczuch z ciebie wisz?

On na to wzruszył ramionami i zajął się jedzeniem, na co się ta zaśmiała.

— Masz szczęście, że jesteś taki słodki braciszku. — powiedziała do siebie Jadzia wycierając ręce o lnianą szmatkę.

— ***

Janusz przyszedł pod nową chałupę Lucjana, którą niedawno zbudował.

— Chciałeś mnie podobno widzieć… — powiedział złowrogo Janusz.

— Ano chciałem… po coś powiedział Jadwiżce, żem bałamucił jak jo tego nigdy nie robił żadnej innej babie?

— Janusz zdenerwowany wybuchnął splunając na ziemię.

— Chcesz? To ci powiem, ale żebyś potem nie żałował! Tobie się wszystko udaję! Kjazda panna ciebie chcę, wszyscy cię lubią! Jo żem Jadźkę, a to że poleciałem do Władki to chwilowe było, bo nam się wtedy zbyt nie układało. A teraz chciał do niej wrócić, ale nie! Boś ty musiał mi ją zabrać złodzieju panien jeden! Ale teraz juze twoja nie będzie! Oj nie będzie! Łatwowierna suka!

— Na te słowa Lucjan strzelił go w twarz tak mocno, że krew poleciła Januszowi z wargi mocno.

— Wynoś mi się z chałupy… wynoś się, bo cię kjazę parobkowi z chałupy wygonić!

30.05.1932r. — Cieślanki

Wybaczenie

Jadzia przyszła po długiej godzinie do Cieślanek, ubrana w czerwoną spódnicę i białą koszulę z czarną kamizelką, a włosy miała związane w koczek przewiązany czerwoną wstążeczką. W rękach trzymałą kosz pełen cebularzy, który o mało jej z rąk nie wypadł, bo ręce jej się trzęsły z nerwów przed spotkaniem z Lucjanem.

— O święty Walenty i święta Rito co czuwacie nad zakochanymi i problemami stawcie za mną, aby Lutek mi wybaczył… — modliła się Jadwiga po cichu.

Dotarła do jego chałupy. Zapukała do drzwi, Lucjan jej otworzył trzmyjając w ręku papierosa.

— Jadzia? — powiedział zdziwiony Lucjan gasząc papierosa palcem. — Wejdź.

Weszła do środka chałupy skromno przystrojonej jak na sam początek w końcu. Lucjan odsunął dla niej krzesło i nalał do glinianego kubka dla niej wody z sokiem malinowym.

— Co cię sprowadza? — zapytał wlewając jej napój. — Gość w dom Bóg w dom.

— Lutek… przepraszam…

— Za cóż to?

— Jak to za co? Za to, że uwierzyłam komuś komu nie powinnam, za to, że na ciebie nakrzyczałam i za to… że byłam taka głupia… Lutek proszę… wybacz mi…

Wręczyła mu do ręki kosz pełen cebularzy.

— Upiekłam je specjalnie dla ciebie. Całe serce w nie włożyłam… bo mi na tobie mocno zależy…

Łzy poleciały z jej oczu, a on… osuszył je momentalnie palcem.

— No juze nie płacz kochano moja… ino ci juze dawno wybaczyłem, bom wiedział, że mimo tego wszystkiego zmądrzejesz i wrócisz do mnie… a Janusz? Juze się z nim rozprawiłem i nie zbliży się więcej do nas…

— Do nas?

— Tak. Do nas… Wlubiłem się w ciebie… ino bez opamiętania…

Lutek…

Rzuciła mu się w ramiona odwzajemniając uczucie.

— Powiedz, czy ojciec ma w planie cię wydać?

— Powiedział, że sama mam szukać męża, a o co chodzi Lutek?

— W czwartek wyślę do ciebie swatów… — powiedział z pełnym przekonaniem.

Jadzia zamarła, a łzy jej znów poleciały z oczu tym razem z szczęścia.

— Lutek…

— Jadziu…

Nie było juze słów między nimi. Tylko się pocałowali, a pocałunek słodki był, delikatny i pełen czułości jaką rzadko spotykano na polskiej wsi w latach dwudziestolecia międzywojennego. Kiedy Polska… nie była zdobyta jeszcze przez pewnego austriackiego malarza i niedoszłego gruzińskiego popa…

Rozdział 6

02.06.1932 r. — Aleksandrówka Swaty

„Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela”. — Mt. 19,6

Całe następne dni rodzina Pawlaków poświęciła na przygotowaniu przyjścia swatów do Jadwigi. Helena uwijała się w kuchni gotując potrawy: pierogi, rosół, pieczeń ze schabu w sosie, chleb z znakiem krzyża udekorowany makiem i ciasto drożdżowe z jabłkami. Ojciec bimber pędził z braćmi Jadwiżki… Nadszedł ten dzień…

— Jadźka… Jadźka! — zaczęła budzić ją Danka. — ino wstawaj matula kazała cię obudzić… o dwunastej swaty będą… czas się ubrać i śniadanie zjeść… obrządek przy kurach musisz zrobić, najpierw ubierz ubranie robocze, a potem ludowy…

— Juze wstaję ino — powiedziała ziewając Jadwiga i wstała z siennika. Założyła cienką lnianą białą sukienkę i chustkę na głowę. Wzięła następnie kosze — z ziarnem jeden i drugi na jajka i poszła do kurnika. — Cip, cip, cip, taś taś! — wołała do kur rzucając im ziarno, a ptaki rzucały się na nie jak oszalałe, a ta weszła do kurnika i zebrała ponad trzy tuziny jaj, gdyż kury dorodne mieli.

— Wróciła do chałupy zdejmując chustkę, a matka podawała na śniadanie zupę mleczną, a do picia kawę zbożową.

— Mamuś, a jak tatulo się zgodzi na ślub Jadzi i Lutka to będzie wieczerza panieńska? — zapytała Bronia.

Oj będzie, będzie, ale dopiero dzień przed ślubem, a co do daty ślubu najpierw trza zrobić zmówiny, by uzgodnić, kiedy data i chylo gości. — powiedziała matka.

— A szkoda, że tak długo…

— Dlaczegóż to? — zapytała Danka.

— No bo mi Wiktusia mówiła, że jak wydawali za mąż jej brejdaczkę Brygidę. To na panieńskim wianek i rózgę weselną pletli i korowaj piekli! A jo ciasta piec lubi. Dlatego się doczekać nie mogę.

— Doczekasz się… doczekasz się słoneczko — powiedział Czesław, całując córkę w czubek głowę.

— Skończyli śniadanie. Nadeszła jedenasta, była godzina do przybycia Jadzinych swatów. Wszyscy się przebrali w ludowe stroje, a Helena przewinęła małego Stasia szybko. Jadzia sięgnęła do swojej szufladki w poszukiwaniu swoich czerwonych korali, ale ich tamuj nie było! Nagle usłyszała trzask, odwróciła głowę i… ujrzała straszny widok. Wszędzie czerwone, drewniane koraliki rozsypały się po podłodze, a wokół nich siedział Staś śmiejący się z tego wszystkiego, który sam zniszczył jej naszyjnik. Serce jej momentalnie zamarło, a gardło ścisnęło się.

— Stasiek… — powiedziała załamana Jadzia.

— Przyszła do izby matka widząc bałagan przeraziła się mocno.

— Matko przenajświętsza, a cóż tu się stało? — zapytała.

— Stasio się bawił moimi koralami… co jo zrobię tak bez nich? Mój strój będzie wybrakowany…

— Matka zastanowiła się przez chwilę.

— Biegnij szybko do Elżbiety Dębskiej. Niech ci ona je pożyczy! Telko sybko, bo swaty zaraz przyjadą!

— Pobiegła przez pole omal się nie przewracając do chałupy Elżbiety i Stefana Dębskich. Zapukała do drewnianych drzwi i otworzyła je starsza kobieta. Nią właśnie była Elżbieta.

— O Jadziunia co cię sprowadza hawtuj? — zapytała kobieta uśmiechając się.

— Swaty do mnie przyjeżdżają zaraz, a mój braciszek Stasio zniscył moje koraliki. I czy mogłabyś mi je… pożyczyć?

— Pożyczyć? Oczywiście kochianiutka! Łoj to panienko długo ni będziesz juze!

Wyszła z sieni, a potem wróciła z sznurem czerwonych korali.

— Niech ci Bóg błogosławi. Niech ino zrękowiny się udajo. — Dziękuję! O dziękuje! — i ucałowała dłoń staruszki.

Wróciła do chałupy, gdzie rodzice i rodzeństwo czekali na nią i swatów.

— Coś długo ich ni ma… — powiedział Czesław — Danka idź do na dwór zobaczyć czy one nie jado.

Wyszła z domu, a po chwili zaczęła krzyczeć.

— Jado! Jado! Swaty jado!

— Juze czas… — powiedziała do siebie Jadzia.

Nadjechali: Lucjan, jego ojciec Ludwik, trójka jego przyjaciół, którzy byli juze dawno mężami — Edmund, Cyprian i Jędrzej oraz z księdzem Feliksem. Wysiedli z furmanki i zapukali do drzwi. Czesław poprawiając kamizelkę wyszedł do sieni i otworzył im drzwi.

— Czy państwo macie jałówkę do kojfnącia? — zapytał Lucjan.

To oznaczało pytanie czy panna jest na wydaniu.

— Ano mamy zapraszam! — powiedział uśmiechający się ojciec i ich wpuścił do mieszkania.

— Dla gospodarza prosz — powiedział Ludwik, wręczając gospodarzowi dużą półlitrową butelkę domowej wódki.

— A podziękował, podziękował! Siadajta, siadajta Hela juze obiad podaję!

Zaczęli najpierw jeść obiad od zupy do deseru. Obiad był długi ponad godzinę trwał. Jadzia czuła lekki stres związany z zrękowinami. Z nerwów zaczęła się bawić lekko koralami.

Zaczęły się zrękowiny.

— No to gadajcie po coś tu przyjechaliście Lutek.

— Pragnę prosić o blat pańskiej córki. — odpowiedział.

— A powiedz ino mi… jaką przyszłość zafundujesz mojej córce?

— Obiecuję, że dobrom…

— Lucjan ma postawioną niedawno chałupę, i osiem morgów przepisane i parobka. — powiedział jego ojciec.

A ostatnio i konia kupił, krowę, dwanaście kur, cztery gęsi i świnioków z dwa. — powiedział Jędrzej.

— A studnie ma? — zapytał Czesław.

— Jeszcze nie mam, ino budować po ślubie będę…

— A dziecioków chylo planujisz?

— Chylo Bóg da, tyle będziem miał z Jadwigą, ale tak z szóstkę… trzech silnych chłopaków i z trzy dziewczochy…

Czesław przytaknął głową porozumiewawczo.

— A co z posagiem?

— Postanowiliśmy… o chylo przytaknięcie… dać wam tysiąc złotych, krowę i dwa morgi…

— Kusząca propozycja…

— A wy co dacie?

— Tysiąc złotych mam zaoszczędzone z spadku po moim łojcu… to wam damy, a do domu parę ubrań dla młodych, świnty obraz, pościel ino w Woli kupimy…

— Brzmi idealnie zgadzam się w takim razie co do posagu.

— No jo tyż, ino tak myślałem, że się dogadamy co do niego. Tyś dobry człek Ludwik. — powiedział Czesław.

— I ty Czesiu, i ty Czesiu.

— Tak więc jaka decyzja? — zapytał ksiądz Feliks.

— To juze nie do mnie, a do mojej córy… — powiedział gospodarz.

— Wszyscy spojrzeli na Jadwigę, Julian wlał do jej kieliszka wódkę. Ona zarumieniona wzięła kieliszek do ręki odwróciła się i duszkiem go wypiła, lekko krzywiąc się z powodu gorzkiego smaku. To oznaczało jedno… zgodziła się, a następnie wstała po gliniany kubeczek i podała go Lucjanemu, co bardziej potwierdziło jej zgodę. Potem przyniosła resztę.

— To postanowione… wypijmy za Jadzię i za Lutka — powiedziała Helena.

— Wszyscy do góry podnieśli kubki i wypili jednym duszkiem wódkę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 53.72