Rozdział 1: Operacja Bukareszt
Aga miała w życiu trzy pewniki. Po pierwsze — kawa z ekspresu w biurze smakowała jak woda po praniu skarpetek i żadna ilość mleka owsianego nie mogła tego zmienić. Po drugie — w Toruniu po dwudziestej drugiej nie da się zamówić przyzwoitej pizzy, co stanowiło osobistą zniewagę wobec miasta, które szczyciło się swoimi piernikami, jakby to było jakieś pocieszenie. I po trzecie — Kasia Woźniak, jej najlepsza przyjaciółka od dwudziestu pięciu lat, zasługiwała na najlepszy wieczór panieński w historii wieczorów panieńskich. I to właśnie ten trzeci pewnik sprawił, że w czwartkowy wieczór, dwadzieścia trzy dni przed ślubem Kasi, Aga siedziała na podłodze swojego salonu w otoczeniu materiałów, które równie dobrze mogłyby posłużyć do zaplanowania inwazji na mały europejski kraj.
Co zresztą, jak się później okazało, nie było wcale tak dalekie od prawdy.
Salon Agi wyglądał jak skrzyżowanie biura eventowego ze scenografią do filmu o pięknym szaleństwie. Na ścianie za telewizorem wisiała tablica korkowa — relikt z czasów, gdy Aga wierzyła, że analogowe planowanie ma w sobie romantyzm, którego brakuje aplikacjom. Tablica była obsypana post-itami w czterech kolorach: żółte oznaczały logistykę, różowe — atrakcje, zielone — budżet, a niebieskie — rzeczy, które Aga określała jako „potencjalne katastrofy do ogarnięcia”. Niebieskich karteczek było niepokojąco dużo.
Na podłodze leżały otwarte na różnych stronach trzy przewodniki turystyczne — po Trójmieście, po Krakowie i po Barcelonie — oraz laptop z dwunastoma otwartymi zakładkami w przeglądarce. Obok laptopa stał kubek z resztką kawy, od dawna zimnej, i talerz z trzema piernikami, z których Aga zjadła tylko rogi, bo środki były za twarde. Na kanapie, złożony w kostkę jak skomplikowane origami, leżał różowy szlafrok, którego Aga nie zdążyła odwiesić od rana, i poduszka z napisem „Bride’s Bestie”, zamówiona z Aliexpress trzy tygodnie temu w przypływie entuzjazmu.
Aga spojrzała na tablicę korkową i westchnęła.
Sopot. Plan zakładał Sopot. Weekend w Sopocie — piątek do niedzieli, hotel z widokiem na morze, spa, kolacja w dobrej restauracji na molo, wieczór w klubie, brunch na zakończenie. Plan był solidny, bezpieczny i wykonalny. Plan był logiczny. Plan był dokładnie taki, jakiego Kasia by się spodziewała.
I właśnie to było z nim nie tak.
Bo Aga znała Kasię od dwudziestu pięciu lat. Od momentu, gdy w przedszkolu numer siedem na toruńskim Rubinkowie mała Agnieszka Krawczyk podarowała małej Kasi Woźniak połowę swojego piernika — nie dlatego, że była hojna, ale dlatego, że piernik złamał się na pół i Aga nie chciała jeść mniejszego kawałka. Kasia wzięła tę połówkę z powagą, jakby przyjmowała sakrament, i powiedziała: „Dziękuję. Będziesz moją najlepszą przyjaciółką.” I tak po prostu nią została.
Dwadzieścia pięć lat. Przez ten czas zdążyły razem przetrwać szkołę podstawową, okres buntu w gimnazjum (Aga przefarbowała włosy na fioletowo, Kasia przeczytała o tym w encyklopedii i oznajmiła, że fioletowy to kolor królewskości, więc to w gruncie rzeczy bardzo rozsądny wybór), liceum (Aga organizowała półlegalne imprezy, Kasia robiła za alibi przed rodzicami), studia na różnych uczelniach (Aga zarządzanie, Kasia matematykę, co było tak oczywistym wyborem, że aż bolało), pierwsze prace, pierwsze poważne związki, pierwszą poważną kłótnię, pierwszą poważną utratę.
Aga wiedziała o Kasi wszystko. Wiedziała, że Kasia je jogurt łyżeczką od herbaty, bo „zwykła łyżka jest za duża i nie czuję smaku”. Wiedziała, że Kasia przed każdym ważnym egzaminem myje okna, bo „porządek w oknach to porządek w głowie”. Wiedziała, że Kasia płacze tylko wtedy, gdy myśli, że nikt nie patrzy, i że jedynym filmem, przy którym płakała publicznie, było „Gdzie jest Nemo”, i to nie na smutnej scenie z mamą, ale na tej, gdy Dory mówi: „Po prostu płyń dalej.”
I dlatego Aga wiedziała, że Sopot to za mało.
Nie dlatego, że Sopot był zły. Sopot był piękny, sprawdzony i przewidywalny — trochę jak Marcin, narzeczony Kasi, co było myślą, której Aga nigdy by nie wypowiedziała na głos, nawet pod groźbą tortur. Marcin był porządnym człowiekiem. Inżynierem budownictwa, który zawsze miał czyste paznokcie i nigdy nie zapominał o rocznicach. Ale Aga czasem patrzyła na niego i zastanawiała się, czy Kasia go kocha, czy po prostu pasuje do niego jak równanie do rozwiązania. I to pytanie, które nigdy nie padło między nimi, wisiało w powietrzu jak zapach pierników nad Toruniem — niby przyjemny, niby naturalny, ale po jakimś czasie przestajesz go czuć.
Aga zamknęła przewodnik po Sopocie i otworzyła nową zakładkę w przeglądarce.
Wpisała: „tanie loty z Gdańska dokądkolwiek.”
To „dokądkolwiek” było kluczowe. Było w nim coś wyzwalającego. Coś, co sprawiało, że żołądek Agi robił to samo co zawsze, gdy wchodziła na scenę podczas prezentacji dla klienta — zaciskał się w supeł ekscytacji, który balansował na granicy paniki.
Wyniki wysypały się jak kolorowe konfetti: Londyn, Mediolan, Eindhoven, Ateny, Bukareszt. Aga przejechała wzrokiem po liście. Londyn — za oczywisty. Mediolan — za drogi, gdy doliczy się zakupy, których Żanka nie byłaby w stanie sobie odmówić. Eindhoven — nikt nigdy nie powiedział „jedźmy do Eindhoven na szaloną imprezę”. Ateny — za gorąco w czerwcu, Kasia źle znosiła upały.
Bukareszt.
Aga zatrzymała wzrok na tej nazwie. Bukareszt. Rumunia. Pięć biletów lotniczych w dwie strony za cenę, za którą w Sopocie ledwo pokryłaby dwa noclegi. Trzy godziny lotu. Miasto, o którym żadna z nich nie wiedziała praktycznie nic poza mglistymi skojarzeniami z Draculą i być może, w przypadku Domi, jakąś wiedzą o komunistycznej architekturze.
Bukareszt. Mały Paryż Wschodu, jak podpowiadał internet. Miasto kontrastów, pisała Wikipedia — obok pałaców ceausescowskie bloki, obok eleganckich kawiarni ruiny, obok ruin ogrody. Miasto, które nie pasowało do żadnej szufladki. Miasto, które wymagało, żebyś przyjechała i zobaczyła sama.
Aga poczuła, jak coś w niej drży. To był ten sam dreszcz, który towarzyszył jej, gdy w liceum wymyśliła, żeby zamiast iść na szkolną dyskotekę, zabrać dziewczyny na nocny seans filmowy do Bydgoszczy, z czego powstała legenda, o której gadała cała szkoła. Ten sam dreszcz, który czuła, gdy zorganizowała trzydzieste urodziny Kasi w wynajętej stodole pod Toruniem, z zespołem grającym covery Abby i tortem w kształcie kalkulatora.
Aga kliknęła „kup bilety”.
Przez pięć sekund wpatrywała się w przycisk potwierdzenia płatności. Pięć biletów. Gdańsk — Bukareszt, piątek rano. Bukareszt — Gdańsk, niedziela wieczór. Jej karta kredytowa wyrażała niemą dezaprobatę.
Kliknęła.
Potwierdzenie przyszło natychmiast. Pięć biletów. Za trzy tygodnie. Do miasta, w którym żadna z nich nigdy nie była.
— O Boże — powiedziała na głos do pustego mieszkania. — Co ja zrobiłam.
Mieszkanie nie odpowiedziało. Mieszkanie Agi nigdy nie odpowiadało, co było jednocześnie jego zaletą i przekleństwem. Trzydzieści metrów kwadratowych na Bydgoskim Przedmieściu, na trzecim piętrze kamienicy, z widokiem na podwórko, na którym sąsiad hodował pomidory w doniczkach i notorycznie rozmawiał z nimi po niemiecku, choć był rdzennym torunianinem.
Aga sięgnęła po telefon.
Pierwsza była oczywiście Kasia.
Kasia odebrała po trzecim sygnale, co oznaczało, że albo sprawdzała klasówki, albo układała naczynia w zmywarce według rozmiaru — i jedno, i drugie było czynnością, od której nie lubiła być odrywana.
— Hej — powiedziała Kasia swoim zwykłym głosem, który brzmiał jak ciepła herbata z miodem, jeśli ciepła herbata z miodem potrafiłaby jednocześnie mieć lekki ton zniecierpliwienia.
— Hej. Mam niespodziankę — odpowiedziała Aga, starając się brzmieć normalnie, co wychodziło jej mniej więcej tak dobrze jak próba ukrycia słonia za firanką.
— Aga, ostatnim razem, gdy powiedziałaś „mam niespodziankę”, skończyło się na tym, że tańczyłam samą na stole w stodole pod Toruniem.
— I było pięknie.
— Miałam siano we włosach przez trzy dni. Trzy dni, Aga. Marcin pytał, czy trzymam konia.
— Czy Marcin w ogóle potrafi być zabawny, czy to było pytanie na poważnie?
Kasia westchnęła. To był jej firmowy sigh — coś pomiędzy rezygnacją a czułością, znak, że Aga przekroczyła jakąś granicę, ale Kasia i tak nie zamierza się gniewać.
— Co za niespodzianka?
— Lecimy do Bukaresztu.
Cisza.
W telekomunikacji istnieje coś, co inżynierowie nazywają „martwą przestrzenią” — moment, gdy sygnał jest, połączenie działa, ale żadna ze stron nie generuje dźwięku. W rozmowach Agi i Kasi takie martwe przestrzenie zdarzały się rzadko i zawsze oznaczały kłopoty.
— Gdzie? — spytała wreszcie Kasia.
— Bukareszt. Rumunia. Stolica. Dwa miliony mieszkańców, Pałac Parlamentu — drugi co do wielkości budynek administracyjny na świecie po Pentagonie, wyobrażasz sobie? Ceaușescu kazał go zbudować, wyburzając jedną piątą historycznego centrum miasta. Szaleństwo absolutne. Jak my.
— Aga…
— Trzy godziny lotu. Mamy piątek, sobotę i niedzielę. Bilety już kupione. Cztery dziewczyny, plus ty, plus Bukareszt, równa się najlepszy wieczór panieński w historii.
— Aga, ja ci powiedziałam, że chcę coś spokojnego. Spa. Kolacja. Może jakiś cocktail.
— I to wszystko będzie! Tylko w Bukareszcie!
— Rumunia jest tysiąc kilometrów stąd.
— Tysiąc pięćset, ale kto liczy.
— Ja liczę, Aga. Ja zawsze liczę. Jestem matematyczką.
— Właśnie dlatego potrzebujesz wyjazdu do miejsca, gdzie nic się nie kalkuluje. Kasiu, posłuchaj mnie. Za trzy tygodnie wychodzisz za mąż. Za mąż. To jest jak… jak skok ze spadochronem. I zanim skoczysz, musisz poczuć wiatr. Prawdziwy wiatr, nie wiatrak w spa.
Kolejna cisza. Ale inna — Aga wyczuła w niej szczelinę, małą rysę w pancerzu logiki Kasi.
— A dziewczyny wiedzą?
— Będą wiedzieć za pięć minut.
— Nie zapytałaś ich przed kupnem biletów?
— Gdybym zapytała, Domi przeanalizowałaby za i przeciw przez trzy dni, Żanka sprawdziłaby, czy Bukareszt jest „instagramowy”, a Paula powiedziałaby „jak chcecie”. Czasem trzeba działać, a potem prosić o przebaczenie.
— To cytat z Grace Hopper, Aga.
— Widzisz? Nawet wielkie informatyczki mnie popierają.
Kasia zaśmiała się. Cicho, niechętnie, jak ktoś, kto nie chce przyznać, że dowcip był zabawny, ale ciało go zdradza. Aga poczuła przypływ nadziei.
— Marcin nie może wiedzieć — powiedziała Kasia wreszcie, i Aga usłyszała w tym zdaniu kapitulację.
— Powiesz mu, że jedziesz do Sopotu.
— Nie umiem kłamać.
— Kasiu, całe liceum mówiłaś rodzicom, że nocujesz u mnie, gdy byłaś na imprezach. I nigdy się nie wydało.
— Bo za każdym razem umierałam ze stresu.
— Tym razem to nie kłamstwo. To reinterpretacja geograficzna. Sopot i Bukareszt to w gruncie rzeczy to samo — miasta nad wodą.
— Bukareszt nie leży nad morzem.
— Nad rzeką. Dâmbovița. Drobna różnica. Kasiu, proszę. Zaufaj mi.
Sześć sekund ciszy. Aga liczyła.
— Dobrze — powiedziała Kasia. — Ale jeśli to będzie katastrofa, to na twojej tablicy korkowej dodam post-it w kolorze, który jeszcze nie istnieje. W kolorze mojej furii.
— Zarezerwuję dla niego miejsce.
Następna na liście była Dominika.
Domi odebrała po pierwszym sygnale, co było podejrzane, bo zwykle oddzwaniała dopiero po dwóch godzinach, napisawszy wcześniej SMS-a z pytaniem „Czy to pilne?”. Ale tym wieczorem odebrała natychmiast, jakby czekała na telefon. Jakby potrzebowała, żeby ktoś zadzwonił.
— Mów — powiedziała Domi swoim prawniczym głosem, który nie znosił wstępów.
— Wieczór panieński Kasi. Za trzy tygodnie. Bukareszt. Trzy dni.
— Bukareszt — powtórzyła Domi beznamiętnie, jakby Aga powiedziała „Biedronka” albo „parking pod Lidlem”.
— Rumunia.
— Wiem, gdzie jest Bukareszt, Aga.
— To lecisz?
Pauza. W tle Aga usłyszała coś — szuflada zamykana z lekkim trzaskiem, jakby Domi chowała coś w pośpiechu.
— Kiedy dokładnie?
Aga podała daty. Usłyszała, jak Domi sprawdza kalendarz — ten charakterystyczny dźwięk paznokci na ekranie telefonu, precyzyjny i miarowy jak metronom.
— Mogę to zrobić — powiedziała Domi. — Wezmę urlop.
— Ty bierzesz urlop? — Aga nie potrafiła ukryć zaskoczenia. Domi Majewska, prawniczka w jednej z największych kancelarii w Trójmieście, nie brała urlopów. Brała „zdalne dni robocze” i „elastyczne godziny”, ale urlop — urlop był w jej słowniku mniej więcej tam, gdzie „spontaniczność” i „luźne spodnie”.
— Tak. Biorę urlop — powtórzyła Domi, i w jej głosie było coś, czego Aga nie potrafiła zidentyfikować. Pęknięcie. Ledwo słyszalne, jak włos na szybie.
— Domi, wszystko okej?
— Lecę do Bukaresztu na wieczór panieński mojej przyjaciółki. Wszystko jest fantastycznie. Podaj mi dane lotu, wyślę ci przelew za bilet.
I rozłączyła się. Bo Domi zawsze się rozłączała, zanim rozmowa mogła zejść na tematy, których nie kontrolowała.
Żaneta odebrała po ósmym sygnale i Aga usłyszała w tle muzykę, szum rozmów i charakterystyczne klikanie — Żanka robiła zdjęcia. Zawsze robiła zdjęcia. Świat Żanety Kowalczyk istniał o tyle, o ile został udokumentowany, otagowany i wrzucony na Instagram z odpowiednim filtrem.
— Aga! Skarbie! Sekunda, robię tylko story, bo tu jest niesamowite światło, takie złociste, wiesz, golden hour, hashtag toruńskieczwartkiwieczory…
— Żanka.
— …hashtag polskieblogerkiwpodróży, chociaż to nie podróż, to kawiarnia na Starówce, ale wiesz, mindset podróżniczy…
— Żanka. Zamknij Instagram na trzydzieści sekund.
— To jak prosić mnie, żebym przestała oddychać.
— Właśnie. Weź głęboki oddech, bo to, co ci powiem, będzie wymagało tlenu.
Aga wyłożyła plan. W miarę jak mówiła, słyszała, jak Żanka stopniowo milknie — co było zjawiskiem porównywalnym do zaćmienia Słońca: rzadkim, spektakularnym i nieco przerażającym.
— Bukareszt — powtórzyła Żanka, i w jej głosie było słychać, jak tryby się obracają. — Bukareszt to jest… Czekaj. Bukareszt jest instagramowy?
— Bardzo. Stare kamienice, street art, kawiarnie w piwnicach, neonowe bary, ruiny obrośnięte bluszczem…
— Ruiny obrośnięte bluszczem — powtórzyła Żanka z nabożnością, jakby Aga właśnie opisała raj. — Wiesz, co ja mogłabym z tego zrobić? Seria „Wieczór panieński w Bukareszcie”? Nikt tego jeszcze nie robił. Wszystkie jadą do Barcelony albo do Krakowa. To jest nisza. To jest złoto. To jest… Aga, jesteś genialna!
— Wiem. To lecisz?
— Lecę? Ja już mentalnie pakuję!
— Jest jeden warunek.
— Jaki?
— Kasia nie może się dowiedzieć, gdzie jedziemy, aż do momentu, gdy wsiądziemy do samolotu. Chcę, żeby myślała, że to Sopot.
— Aga, skarbie, kocham cię, ale to szaleństwo.
— To nie szaleństwo. To operacja Bukareszt.
Żanka pisnęła tak głośno, że Aga musiała odsunąć telefon od ucha. W tle ktoś w kawiarni pytał, czy wszystko w porządku.
— Jestem w porządku! — krzyknęła Żanka. — Jestem w absolutnym, totalnym, kosmicznym porządku! Lecę do Bukaresztu! Hashtag operacjaBukareszt! Hashtag wieczórpanieński! Hashtag…
— Żanka. Nie wrzucaj tego na Instagram.
— ...no dobra, ale mogę robić notatki?
— Możesz robić notatki.
Została Paula.
Aga zawsze dzwoniła do Pauli na końcu. Nie dlatego, że Paula była najmniej ważna — wręcz przeciwnie. Ale dlatego, że rozmowy z Paulą były inne. Cichsze. Głębsze. Paula Nowicka, dwudziestosiedmioletnia pielęgniarka z oddziału pediatrycznego w toruńskim szpitalu, miała w sobie coś, co Aga potrafiła opisać tylko jako grawitację. Ludzie ciągnęli do niej nie dlatego, że była głośna czy zabawna, ale dlatego, że w jej obecności czuli się widziani. Paula słuchała tak, jakby każde słowo miało wagę, jakby każde zdanie zasługiwało na uwagę. I to było piękne, ale i nieco przerażające, bo w towarzystwie Pauli trudno było kłamać.
Paula odebrała po piątym sygnale.
— Hej, Aga — powiedziała cicho. W tle było cicho. Za cicho jak na czwartkowy wieczór.
— Hej, kochana. Słuchaj, organizuję wieczór panieński Kasi i…
— Bukareszt, wiem. Żanka napisała do grupy.
— Żanka… — Aga zacisnęła zęby. — Żanka miała nie pisać do grupy.
— Żanka nigdy nie „ma nie pisać”. Żanka pisała, pisze i będzie pisać. To jest jak prawo fizyki.
Aga nie mogła się nie uśmiechnąć. Paula rzadko żartowała, ale gdy już to robiła, jej humor miał precyzję chirurgiczną.
— To lecisz?
Cisza. Ale nie taka jak u Kasi — kalkulująca, ani jak u Domi — kontrolowana. Cisza Pauli była inna. Jakby wewnątrz niej toczyła się rozmowa, do której Aga nie miała dostępu.
— Mogę was o coś prosić? — powiedziała wreszcie Paula.
— Jasne.
— Żebyście nie pytały, dlaczego nie piję alkoholu.
Aga zamrugała. Paula nie piła dużo — nigdy nie piła dużo — ale zawsze wypiła kieliszek wina czy drinka towarzyskiego. Ta prośba była jak drobna anomalia na wykresie — prawie niewidoczna, ale jeśli wiedziałaś, gdzie patrzeć, zmieniała cały obraz.
— Okej — powiedziała Aga powoli. — Nie będziemy pytać.
— Dziękuję. To lecę.
— Paula?
— Tak?
— Wszystko w porządku?
Pauza. Trzy sekundy, które trwały jak godziny.
— Tak — powiedziała Paula. — Wszystko w porządku.
I obie wiedziały, że to nieprawda.
Aga odłożyła telefon i spojrzała na tablicę korkową. Cztery telefony, cztery „tak” w różnych odcieniach. Żółta karteczka: „Bilety — kupione.” Różowa: „Apartament — znaleźć!” Zielona: „Budżet — rozmawiamy na grupie.” Niebieska: „Paula –???”
Dodała jeszcze jedną niebieską karteczkę. Napisała na niej: „Kasia — upewnić się, że chce wyjść za mąż.” Potem oderwała ją od tablicy, zgniotła w dłoni i wyrzuciła do kosza.
Niektóre myśli nie zasługiwały na post-it.
Wzięła kubek z zimną kawą i wyszła na mały balkon. Toruń leżał w dole — czerwone dachy Starego Miasta, wieże kościołów, ciemna wstęga Wisły odbijająca resztki zachodzącego słońca. Było ciepło jak na czerwiec, powietrze pachniało lipami i rzeką, i gdzieś w oddali, może z otwartego okna, może z czyjegoś balkonu, płynęła muzyka — Aga rozpoznała Marka Knopflera, „Romeo and Juliet”, ta melancholijna gitara, która brzmiała jak wspomnienie czegoś, co jeszcze się nie wydarzyło.
Trzydzieści lat. Aga miała trzydzieści lat, kawalerkę na Bydgoskim Przedmieściu, pracę, która ją definiowała, i przyjaciółki, które kochała. Nie miała partnera. Nie miała, jak to ujmowała jej mama podczas niedzielnych obiadów, „kogoś na stałe”. Mama mówiła to z troską, ale troska matki potrafi ranić głębiej niż złośliwość obcych. Bo matka mówi to, co ty sama myślisz o trzeciej w nocy, gdy nie możesz zasnąć, a mieszkanie jest za ciche i za puste.
Aga organizowała życie innym. To był jej talent, jej dar, jej przekleństwo. Organizowała śluby, urodziny, firmowe gale, wieczory panieńskie. Organizowała życie swoich przyjaciółek — zawsze wiedziała, co kupić na prezent, kiedy zadzwonić, co powiedzieć. Była reżyserką cudzych chwil. A własne chwile? Własne chwile spędzała na balkonie z zimną kawą, słuchając muzyki z cudzego okna.
Ale dzisiaj, stojąc nad tym miastem, z pięcioma biletami lotniczymi na koncie i szalonym planem w głowie, Aga czuła coś jeszcze. Coś oprócz samotności. Czuła — i to było absurdalne, i wiedziała, że to absurdalne — czuła, że ten wyjazd zmieni coś nie tylko dla Kasi. Dla nich wszystkich. Jakby Bukareszt, to obce, odległe miasto, czekał właśnie na nie.
Wróciła do salonu. Na tablicy korkowej, wśród żółtych, różowych, zielonych i niebieskich karteczek, powiesiła jeszcze jedną — białą. Nigdy wcześniej nie używała białych. Na białej karteczce napisała dużymi literami:
OPERACJA BUKARESZT — START
Potem sięgnęła po laptopa i zaczęła szukać apartamentu w centrum Bukaresztu. Taniego. Z balkonem. Wystarczająco dużego dla pięciu kobiet z Torunia, które nie wiedziały jeszcze, że jadą w miejsce, z którego wrócą innymi ludźmi.
Tego samego wieczoru, pięć kilometrów dalej, w mieszkaniu na osiedlu Na Skarpie, Kasia Woźniak siedziała w łazience na zamkniętej klapie sedesu i wpatrywała się w swój pierścionek zaręczynowy. Brylant był niewielki — Marcin przepraszał za to przy zaręczynach, jakby rozmiar diamentu był miarą miłości, co Kasię bolało bardziej niż mały kamień — ale oprawiony ze smakiem, w białe złoto, delikatnie, inteligentnie.
Przekręciła pierścionek na palcu. Raz. Drugi. Trzeci.
Za drzwiami łazienki Marcin oglądał mecz. Słyszała komentatorów, sporadyczne wybuchy emocji, skrzypienie kanapy, gdy Marcin się pochylał. Normalne dźwięki normalnego czwartkowego wieczoru normalnego związku. Tak normalnego, że Kasię czasem mdliło od tej normalności — i natychmiast czuła się winna, bo co jest złego w normalności? Co jest złego w mężczyźnie, który pamięta o rocznicach, robi pranie bez przypominania i mówi „kocham cię” codziennie rano, zawsze tymi samymi słowami, w tym samym momencie, między drugą a trzecią łyżką płatków owsianych?
Nic. Nic w tym nie było złego. I może właśnie to było problemem.
Kasia spojrzała na swoje odbicie w lustrze nad umywalką. Dwadzieścia dziewięć lat. Ciemne włosy, które od liceum nosiła do ramion, bo były praktyczne. Oczy, o których Aga mówiła, że wyglądają jak „czekolada z nutą złości”. Twarz, która na co dzień wyrażała opanowanie, kompetencję, kontrolę — nauczycielka matematyki, wychowawczyni klasy drugiej C, kobieta, która wie, co robi.
Ale twarz w lustrze nie wyglądała na opanowaną. Wyglądała na zagubioną. Na pierścionku zaręczynowym złapało się światło z sufitowej lampy i przez chwilę błysnęło tak jasno, że Kasia musiała przymknąć oczy.
Za trzy tygodnie miała wejść w białą suknię i powiedzieć „tak”. I nie wiedziała — naprawdę, szczerze, brutalnie nie wiedziała — czy to „tak” będzie prawdą, czy kolejnym równaniem, które rozwiązała, bo to było logiczne.
Telefon zawibrował na brzegu umywalki. Nowy SMS. Nieznany numer.
„Powodzenia na wieczorze panieńskim. Zastanów się, czy to na pewno to, czego chcesz.”
Kasia wpatrywała się w te słowa. Serce biło jej szybciej. Kciukiem dotknęła opcji „odpowiedz”, zawahała się, a potem nacisnęła „usuń”.
Wiadomość zniknęła. Jakby nigdy jej nie było.
Kasia wstała, poprawiła włosy, wyprostowała ramiona. Otworzyła drzwi łazienki.
— Marcin? — zawołała normalnym głosem. — Aga organizuje mi wieczór panieński. Jedziemy do Sopotu.
— Fajnie — odpowiedział Marcin, nie odrywając wzroku od ekranu. — Kiedy?
— Za trzy tygodnie. Piątek do niedzieli.
— Okej. Baw się dobrze.
— Dzięki.
Wróciła na kanapę. Usiadła obok niego. Marcin automatycznie objął ją ramieniem. Normalny czwartkowy wieczór.
Na ekranie telefonu, w zakładce „usunięte wiadomości”, SMS wciąż istniał. Kasia o tym wiedziała. I wiedziała, że do niego wróci.
Ale nie dzisiaj. Dzisiaj jeszcze mogła udawać, że wszystko jest w porządku.
Za trzy tygodnie miała lecieć do Bukaresztu. Tylko że jeszcze o tym nie wiedziała. Tak jak nie wiedziała, że to miasto — chaotyczne, piękne i bezwstydnie niedoskonałe — powie jej o niej samej więcej niż dwadzieścia dziewięć lat życia w Toruniu.
Ale to już historia na kolejny rozdział.
Rozdział 2: Bagaże
Istnieje teoria, której Aga nigdy nie potrafiła zweryfikować naukowo, ale w którą wierzyła z całego serca — teoria mówiąca, że sposób, w jaki kobieta pakuje walizkę, zdradza o niej więcej niż dziesięć lat psychoterapii. Freud mógłby się zająć snami, Jung archetypami, ale prawdziwy znawca ludzkiej duszy powinien siedzieć w sypialni i obserwować, co ktoś wkłada do bagażu na trzydniowy wyjazd. Co chowa na dnie, co układa na wierzchu, co w ostatniej chwili wyciąga z szafy i wpycha między swetry, jakby to był sekret, który musi pojechać, ale nie może być widoczny.
W piątek rano, sześć godzin przed wylotem do Bukaresztu, pięć kobiet z Torunia pakowało swoje walizki. I każda z nich pakowała coś więcej niż ubrania.
Aga zaczęła pakowanie o piątej rano, co było absurdalne, biorąc pod uwagę, że samolot odlatywał o czternastej, a droga na lotnisko w Gdańsku zajmowała półtorej godziny. Ale Aga nie potrafiła spać przed wyjazdem — nigdy nie potrafiła. Leżała w ciemności, wpatrując się w sufit, i jej mózg generował listy rzeczy do zapamiętania z prędkością drukarki przemysłowej. Paszporty. Ładowarki. Adapter do gniazdek — czy w Rumunii są inne gniazdka? Google mówił, że nie, ale Google czasem kłamał. Leki na ból głowy. Leki na ból brzucha. Leki na wszystko, co może zaboleć po nadmiarze rumuńskiego wina, o którym Aga czytała, że jest niedoceniane i zaskakująco dobre.
O piątej poddała się bezsenności i wstała.
Jej walizka — średniej wielkości, granatowa, z charakterystyczną różową wstążką przywiązaną do rączki, żeby łatwiej ją rozpoznać na taśmie bagażowej — stała otwarta na środku sypialni jak oczekujący pacjent. Aga podeszła do niej z determinacją chirurga przystępującego do operacji.
Pierwsza warstwa to były ubrania. Logiczne, funkcjonalne, dobrane tak, żeby można je było łączyć w różne zestawy. Trzy sukienki — jedna koktajlowa na wieczór, jedna lekka na dzień, jedna „awaryjna” na wypadek katastrof modowych. Dwie pary spodni, bo Aga nie ufała sukienkom w stu procentach. Bluzki. Bielizna — więcej niż potrzeba, bo to był jej sekretny nawyk, którego nigdy nikomu nie zdradziła, ta nadmiarowa bielizna na wypadek, gdyby… gdyby co właściwie? Sama nie wiedziała. Ale nadmiar bawełnianych majtek w walizce dawał jej poczucie bezpieczeństwa, które nic innego nie było w stanie zapewnić.
Druga warstwa to była apteczka. I tutaj Aga stawała się sobą najbardziej.
Apteczka Agi Krawczyk była legendą wśród przyjaciółek. Plastikowe pudełko o wymiarach niewielkiej księgi zawierało wszystko, czego człowiek może potrzebować w sytuacji kryzysowej, włącznie z sytuacjami, które jeszcze nie zostały wynalezione. Plastry w trzech rozmiarach. Środki przeciwbólowe — ibuprofen i paracetamol, bo nigdy nie wiadomo, który zadziała. Węgiel aktywowany na wypadek zatrucia. Elektrolity w saszetkach, choć Aga podejrzewała, że po rumuńskim winie elektrolity będą działać jak stawianie zapory z worków z piaskiem przeciwko tsunami. Tabletki na gardło. Krople do oczu. Środek na biegunkę i środek na zaparcia, bo organizm turysty to nieprzewidywalny twór. Plaster rozgrzewający. Plaster chłodzący. Maść na ukąszenia owadów. Spray do dezynfekcji. Bandaż elastyczny. Termometr.
Paula, która jako pielęgniarka znała się na apteczkach lepiej niż ktokolwiek, powiedziała kiedyś, że Aga mogłaby otworzyć mały punkt medyczny i przyjmować pacjentów. Aga wzięła to za komplement.
Ale apteczka medyczna nie była jedyną apteczką, którą Aga pakowała. Druga apteczka — ta, którą mogłaby nazwać „apteczką imprezową” — mieściła się w osobnej kosmetyczce w kolorze fuksji.
Welon z napisem „Bride to Be” — Aga zamówiła go z Aliexpress trzy tygodnie temu i był dokładnie tak tandetny, jak się spodziewała, czyli idealny. Szarfa w tym samym odcieniu różu, z brokatem, który z pewnością zostawi ślad na każdej powierzchni w promieniu dwóch metrów. Opaska z rogami renifera, bo Aga była przekonana, że rogate akcesoria są śmieszne, a Kasia potrzebowała się pośmiać. Małe shotowe kieliszki w kształcie… no cóż, w kształcie, o którym przyzwoite kobiety nie mówią głośno, ale który doskonale wpasowywał się w tradycję wieczorów panieńskich. Confetti w kształcie serc. Balony. Więcej brokatu.
Aga spojrzała na tę kolekcję i przez chwilę poczuła ukłucie czegoś, co mogłoby być smutkiem, gdyby pozwoliła sobie je nazwać.
Organizowała wieczór panieński swojej najlepszej przyjaciółce. Za trzy tygodnie Kasia wyjdzie za mąż, a ona będzie stała obok jako świadkowa — uśmiechnięta, elegancka, z bukietem kwiatów w dłoni. I ludzie będą patrzeć i myśleć: „A kiedy ona?”. Mama będzie patrzeć i myśleć to samo, tylko głośniej. A Aga będzie odpowiadać to, co zawsze: „Jak znajdę tego właściwego” albo „Jeszcze nie teraz” albo „Jestem szczęśliwa sama”, a każde z tych zdań będzie jednocześnie prawdą i kłamstwem.
Bo Aga była szczęśliwa. Naprawdę była. Miała pracę, którą kochała, przyjaciółki, które kochała, mieszkanie, które było jej i tylko jej. Ale były noce — takie jak ta ostatnia, gdy nie mogła zasnąć — kiedy cisza w mieszkaniu była za głośna. Kiedy przewracała się na drugą stronę łóżka i tam była tylko pusta przestrzeń. Kiedy myślała o tym, że za dziesięć lat będzie miała czterdzieści lat, a jej mieszkanie nadal będzie tak samo ciche.
Aga sięgnęła na dno walizki i wyjęła stamtąd książkę. Cienką, w pastelowej okładce, z tytułem, który przeczytała w księgarni i od razu kupiła, bo wydawał się odpowiadać na pytania, których nie potrafiła zadać na głos. „Samotność jako wybór. Jak odnaleźć pełnię życia poza związkiem.”
Włożyła książkę z powrotem na dno walizki. Przykryła ją swetrem. Potem jeszcze jednym swetrem. I sukienką.
Nikt nie musi wiedzieć.
Trzy kilometry dalej, w apartamencie na Chełmińskim Przedmieściu, Dominika Majewska kończyła pakowanie z precyzją, która zaskoczyłaby nawet najbardziej pedantycznych protokólantów sądowych.
Walizka Domi była czarna, twarda, marki, której nazwę znali tylko ludzie zarabiający powyżej określonego progu. Wewnątrz wszystko miało swoje miejsce. Ubrania były zwinięte w rulony metodą KonMari — Domi przeczytała książkę dwa lata temu i od tamtej pory zwijała każdą skarpetkę z religijnym namaszczeniem. Każdy rulon leżał równolegle do pozostałych. Buty w osobnych woreczkach. Kosmetyki w przezroczystych saszetkach, posegregowane według przeznaczenia.
Domi nie pakowała nadmiarowych rzeczy. W jej walizce nie było nic „na wszelki wypadek”, nic „może się przyda”, nic zbędnego. Trzydziestoletnia prawniczka korporacyjna nie miała w swoim życiu miejsca na zbędność.
Przynajmniej tak jej się wydawało do niedawna.
Patrząc na równiutkie rzędy ubrań, Domi czuła znajomą satysfakcję z porządku. Porządek był bezpieczny. Porządek był przewidywalny. Porządek nie zostawiał cię w środku nocy z wyznaniem, że zakochał się w koleżance z pracy i że to podobno „coś więcej niż przyjaźń”, i że „przeprasza, jeśli to boli, ale musi być uczciwy”.
Krzysztof. Jej mąż. Jeszcze oficjalnie mąż, bo rozwód — ten cholerny, przeciągający się rozwód — wciąż nie był sfinalizowany.
Domi stanęła przed szafką nocną i otworzyła górną szufladę. W środku leżały dokumenty w plastikowej koszulce — te same dokumenty, na które patrzyła codziennie od trzech tygodni, nie mogąc się zmusić do ich podpisania. Pozew rozwodowy. Wniosek o podział majątku. Propozycja ugody.
Krzysztof podpisał wszystko. Przysłał jej to z notatką: „Przejrzałem, wszystko w porządku. Podpisz i wyślij, to będziemy mieli to za sobą.” Jakby osiem lat małżeństwa było sprawą do „mienia za sobą”. Jakby można było je zamknąć jak akta w archiwum i zapomnieć.
Domi wzięła koszulkę z dokumentami i przez długą chwilę patrzyła na swoje nazwisko w nagłówku. Dominika Majewska. Przed ślubem. Na dokumentach rozwodowych stało „Majewska-Grzelak”, bo wzięła jego nazwisko, bo tak się robiło, bo wydawało się to naturalne. Teraz musiała zdecydować, czy je zatrzymać, czy wrócić do poprzedniego. Kolejna decyzja, której nie potrafiła podjąć.
Włożyła dokumenty do walizki. Wsunęła je między dwie bluzki, starannie, żeby nie pognieść rogów. Nikt nie musi wiedzieć, że je zabrała. A może w Bukareszcie, z dala od tego mieszkania pachnącego resztkami małżeństwa, które się rozpadło, znajdzie w sobie siłę, żeby wreszcie je podpisać.
Albo je wyrzuci.
Jedna z tych opcji.
Zamknęła walizkę i stanęła przed lustrem w korytarzu. Kobieta, która na nią patrzyła, wyglądała nienagannie. Ciemny garnitur — nawet na wyjazd z przyjaciółkami Domi ubierała się jakby szła na spotkanie biznesowe. Włosy ułożone gładko, zegarek elegancki, makijaż minimalny. Maska idealna.
Zadzwonił telefon. Krzysztof.
Domi patrzyła na wyświetlacz przez trzy sygnały. Przez cztery. Przez pięć.
Odrzuciła połączenie.
Potem wyłączyła telefon i schowała go do kieszeni. Nie będzie z nim rozmawiać. Nie dzisiaj. Dzisiaj jedzie do Bukaresztu i przez trzy dni będzie kobietą, która nie ma męża, który ją zdradził.
Prawie w to uwierzyła.
Apartament Żanety Kowalczyk wyglądał jak miejsce zbrodni popełnionej przez bomby z ubraniami.
Na łóżku leżały sukienki — dwanaście, może piętnaście, trudno było policzyć, bo niektóre zachodziły na siebie jak tektoniczne płyty. Na podłodze walały się buty w stosach, jakby sklep obuwniczy zwymiotował. Na toaletce kosmetyki tworzyły małe górskie pasma. A w centrum tego chaosu stała Żaneta — w satynowym szlafroku, z telefonem w dłoni, nagrywając ósmą wersję „packing video”, które zamierzała wrzucić na Instagram.
— Hej kochani! — mówiła do kamery z tym specyficznym głosem, który rezerwowała dla internetu — o półtora tonu wyższym niż zwykle, z przedłużanymi samogłoskami. — Dzisiaj zdradzam wam, co pakuję na wieczór panieński mojej najdroższej przyjaciółki! Będzie SZALEŃSTWO, będą EMOCJE i będzie… — teatralna pauza — ...niespodzianka miejsca docelowego! Hashtag packingvideo, hashtag wieczórpanieński, hashtag surprisedestination…
Przerwała nagrywanie i spojrzała na efekt. Nie, światło było złe. Zbyt żółte. Wyglądała jak zombie z żółtaczką.
Zaczęła od nowa.
Problem z Żanetą — ten, którego nigdy nie wypowiedziała na głos, nawet przed sobą — polegał na tym, że całe jej życie było „packing video”. Starannie wyreżyserowanym, oświetlonym i podkręconym packing video, które pokazywało idealną wersję rzeczywistości. Dwieście tysięcy ludzi śledziło jej konto, bo Żaneta pokazywała im życie, którego pragnęli — piękne mieszkanie, modne ubrania, egzotyczne podróże, zachwycające śniadania, perfekcyjny makijaż o każdej porze dnia.
Nikt nie wiedział, że te piękne ubrania były w siedemdziesięciu procentach pożyczone od współpracujących marek, a trzydzieści procent kupione na raty, których Żaneta nie była w stanie spłacać. Nikt nie wiedział, że „egzotyczne podróże” finansowały coraz mniejsze współprace, które ledwo pokrywały koszty biletów. Nikt nie wiedział, że piękne mieszkanie na Mokrem należało do jej rodziców i że Żaneta od trzech miesięcy nie płaciła im czynszu, bo nie miała z czego.
Żaneta Kowalczyk, influencerka lifestylowa z dwustutysięczną widownią, była bankrutką.
I ten wyjazd do Bukaresztu — cholera, nie miała na niego pieniędzy. Aga zapłaciła za bilety, ale hotel, jedzenie, atrakcje… Żaneta przejrzała swoje konto rano i zobaczyła liczbę, która sprawiła, że musiała usiąść na brzegu wanny i kilka minut tylko oddychać.
Ale pojechać musiała. Bo Kasia była jej przyjaciółką, bo dziewczyny liczyły na nią, i bo — co brzmiało paskudnie, Żaneta wiedziała, że to brzmi paskudnie — bo wieczór panieński w Bukareszcie był idealnym materiałem na content. Niszowy, oryginalny, niepowtarzalny. Wszystkie influencerki jechały do Barcelony lub na Malediwy. Bukareszt był świeży. Bukareszt mógł przyciągnąć nowych obserwatorów. Bukareszt mógł być tym, co uratuje jej tonący statek.
Wybierając kolejną sukienkę do walizki — tę czerwoną, od małej polskiej marki, za którą jeszcze nie zapłaciła — Żaneta poczuła coś dziwnego. Coś, co towarzyszyło jej coraz częściej w ostatnich miesiącach, ale czego nie potrafiła nazwać. Jakby jej prawdziwe ja — to Żaneta Kowalczyk, która w liceum pisała wiersze i marzyła o studiowaniu literatury — stała obok i patrzyła na tę farbowaną blondynkę w satynowym szlafroku, pakującą pożyczone ubrania do walizki.
— Kim ty jesteś? — szepnęła do swojego odbicia.
Odbicie nie odpowiedziało. Żaneta wróciła do pakowania.
Paula mieszkała sama w kawalerce na Bielawach, w starej kamienicy, gdzie ściany były tak cienkie, że słyszała, jak sąsiad z góry ogląda teleturnieje o dwudziestej, a sąsiadka z dołu gotuje barszcz w niedziele.
Jej walizka — mała, niebieska, kupiona na wyprzedaży w Decathlonie — leżała otwarta na łóżku, prawie pusta. Paula siedziała obok, z kolanami przyciągniętymi do piersi, i nie pakowała się wcale.
Nie mogła się ruszyć.
Mdłości pojawiły się o szóstej rano, jak co dzień od trzech tygodni. Paula zdążyła do łazienki w ostatniej chwili, klęczała nad sedesem, pusty żołądek wyrzucał z siebie nic poza żółcią, a ona myślała tylko o jednym — że za kilka godzin musi wsiąść do samolotu z przyjaciółkami i udawać, że wszystko jest w porządku.
Test ciążowy zrobiła dwa tygodnie temu. Ten pierwszy, z apteki, pokazał dwie kreski. Zrobiła drugi, dla pewności. Potem trzeci. Potem czwarty. Wszystkie mówiły to samo.
Paula była w szóstym tygodniu ciąży, a ojcem dziecka był Bartek Nowakowski — brat Marcina, narzeczonego Kasi.
Kiedy Paula myślała o tym w tych kategoriach — tych suchych, faktograficznych kategoriach — wszystko brzmiało jak scenariusz złego serialu. Ale życie Paula nie było serialem. Życie było chaotyczne i bałaganiarskie, i nie trzymało się żadnego scenariusza.
Z Bartkiem zaczęło się cztery miesiące temu, na urodzinach Marcina. Paula prawie nie piła, bo następnego dnia miała dyżur, ale Bartek przyniósł jej kawę zamiast alkoholu i rozmawiali trzy godziny na balkonie o wszystkim i o niczym. O tym, jak to jest pracować z dziećmi (Paula na oddziale pediatrycznym, Bartek jako wolontariusz w świetlicy środowiskowej). O tym, że oboje nie lubią głośnych imprez i wolą ciche wieczory. O tym, że Bartek rozważa przeprowadzkę do Wrocławia, bo w Toruniu nie widzi dla siebie przyszłości.
Potem zaczęli się widywać. Na kawach, na spacerach, na kolacjach w małych restauracjach, gdzie nikt ich nie znał. Paula wiedziała, że to głupie — że Bartek jest bratem narzeczonego jej przyjaciółki, że to komplikuje wszystko, że powinna była zatrzymać się, zanim zaszli za daleko.
Ale nie zatrzymała się.
A teraz siedziała na łóżku, z pustą walizką i pełnym brzuchem, i nie miała pojęcia, co robić.
Bartek nie wiedział. Nikt nie wiedział. Paula nie powiedziała nikomu, bo jak powiedzieć coś takiego? Jak powiedzieć Kasi, która za trzy tygodnie wychodzi za mąż za Marcina, że jest w ciąży z jego bratem? Jak powiedzieć dziewczynom, które znała od lat, że skomplikowała wszystko do granic możliwości?
Nie mogła tego powiedzieć.
Ale nie mogła też nie polecieć do Bukaresztu. Bo jeśli zostanie w domu, dziewczyny będą pytać dlaczego, a Paula nie umiała kłamać — nigdy nie umiała — i prędzej czy później prawda wyjdzie na jaw.
Więc pojedzie. I będzie udawać, że wszystko jest w porządku. I będzie pić wodę zamiast wina, i nikt nie zapyta dlaczego, bo Aga obiecała.
Paula otworzyła walizkę i zaczęła powoli wkładać ubrania. Rzeczy wygodne, luźne, takie, które nie uciskają brzucha. Jeszcze nic nie było widać — w szóstym tygodniu jeszcze nic nie widać — ale Paula czuła różnicę. W tym, jak jej ciało się porusza. W tym, jak myśli.
Na dno walizki, pod stertą T-shirtów, schowała małe pudełeczko. W środku leżały cztery testy ciążowe. Wszystkie z dwiema kreskami. Nie wiedziała, czemu je zabierała. Może jako dowód. Może jako przypomnienie, że to wszystko jest prawdziwe.
Zamknęła walizkę i spojrzała przez okno. Toruń budził się do kolejnego dnia — słońce świeciło, ludzie szli do pracy, świat kręcił się dalej. A Paula Nowicka siedziała w swojej kawalerce i czuła się tak samotna jak nigdy w życiu.
O dziesiątej trzydzieści Aga stworzyła w telefonie grupę „Kasia jedzie do ołtarza 🔥" i wysłała pierwszy komunikat:
„Za trzy godziny wyjeżdżamy! Spotykamy się na parkingu pod dworcem o 11:00. Kto spóźni się więcej niż 5 minut, stawia rundkę w Sopocie!”
Żaneta odpowiedziała natychmiast serduszkami i emotikonami fajerwerków.
Domi napisała: „Będę punktualnie.”
Paula wysłała kciuka w górę.
Kasia nie odpowiedziała przez pięć minut. Potem dziesięć. Potem piętnaście. Aga już miała dzwonić, gdy przyszła wiadomość:
„Jadę. Ale musicie mi obiecać, że to będzie spokojny weekend.”
Aga uśmiechnęła się do ekranu.
„Spokojny jak Sopot” — napisała, a kciuki lekko jej zadrżały przy pisaniu.
Na parkingu pod dworcem zebrały się cztery walizki, cztery torebki podręczne i cztery bardzo różne nastroje.
Aga przyjechała pierwsza, bo Aga zawsze przyjeżdżała pierwsza. Miała ze sobą listę kontrolną, dwie butelki wody, paczkę cukierków miętowych i nerwowy uśmiech człowieka, który wie, że za chwilę albo zrobi coś genialnego, albo spektakularnie wszystko zepsuje.
Domi przyjechała taksówką, elegancka jak zawsze, z walizką, która wyglądała, jakby kosztowała więcej niż miesięczna pensja Pauli. Skinęła głową na powitanie i stanęła nieco z boku, sprawdzając coś w telefonie z marsem brwi.
Żaneta wypadła z Ubera jak huragan w różowej sukience, ciągnąc za sobą walizkę na kółkach i krzycząc jeszcze do kierowcy, że wystawi mu pięć gwiazdek. Natychmiast wyciągnęła telefon i zaczęła robić zdjęcia — parkingowi, niebu, swoim butom, wszystkiemu.
Paula przyszła pieszo, bo mieszkała najbliżej. Była blada, cichsza niż zwykle, i trzymała butelkę wody, z której piła małymi łykami.
— Kochane! — Żaneta rzuciła się na powitanie, obejmując wszystkie po kolei. — Jesteśmy! To się dzieje! Wieczór panieński Kasi!
— Kasią jeszcze nie ma — zauważyła Domi sucho.
— Za chwilę będzie. Napisała, że jedzie.
I rzeczywiście — kilka minut później na parkingu pojawił się srebrny Volkswagen Marcina. Kasia wysiadła z pasażerskiego siedzenia, wyciągnęła z bagażnika średniej wielkości walizkę i pomachała narzeczonemu. Marcin odmachał, posłał jej całusa i odjechał.
Kasia stanęła przed przyjaciółkami z wyrazem twarzy, który Aga znała aż za dobrze — to była twarz kobiety, która próbuje się przekonać, że jest podekscytowana, ale w środku czuje coś zupełnie innego.
— Hej — powiedziała Kasia. — To co, jedziemy do tego Sopotu?
Aga, Domi, Żaneta i Paula wymieniły spojrzenia.
— Sopotu — powtórzyła Aga, starając się, żeby jej głos brzmiał naturalnie. — Tak. Jedziemy do Sopotu.
Paula odwróciła wzrok. Żaneta uśmiechnęła się za szeroko. Domi nie zmieniła wyrazu twarzy, bo Domi nigdy nie zmieniała wyrazu twarzy.
— Czemu mam wrażenie, że coś przede mną ukrywacie? — spytała Kasia.
— Paranoja przedślubna — powiedziała Aga szybko. — To normalne. Wsiadamy, bo za trzy godziny mamy samolot.
— Samolot? — Kasia zamarła. — Do Sopotu?
— Samochód. Powiedziałam samochód. Wsiadamy do samochodu. Który nas zawiezie na lotnisko. Znaczy na stację. Dworzec. PKP.
Domi westchnęła ciężko.
— Jesteś beznadziejna w kłamaniu — powiedziała do Agi.
— Dziękuję, wiem.
Kasia patrzyła na nie z rosnącym podejrzeniem. Aga widziała, jak jej mózg — ten matematyczny, analityczny mózg — przetwarza informacje i dochodzi do wniosków.
— Aga — powiedziała Kasia powoli. — Gdzie my właściwie jedziemy?
— Powiem ci w samolocie.
— W SAMOLOCIE?
— Wiem, że mówisz, że nie lubisz latać, ale technicznie rzecz biorąc nigdy nie latałaś, więc nie możesz wiedzieć, czy nie lubisz…
— Aga!
— …i rumuńskie linie lotnicze mają świetne statystyki bezpieczeństwa…
— RUMUŃSKIE?!
Żaneta zaczęła nagrywać. Oczywiście, że zaczęła nagrywać.
— Niespodzianka! — pisnęła do kamery. — Lecimy do Bukaresztu!
Kasia stała jak wryta. Jej twarz przeszła przez całe spektrum emocji — szok, niedowierzanie, złość, więcej szoku, rezygnacja i w końcu coś, co mogło być albo początkiem ataku paniki, albo początkiem śmiechu.
— Bukareszt — powtórzyła płasko. — Rumunia.
— Mały Paryż Wschodu! — zawołała Aga z entuzjazmem. — Miasto kontrastów! Stolica Drakulii!
— Drakula był z Transylwanii — wtrąciła Domi.
— Szczegóły!
Kasia zamknęła oczy. Wzięła głęboki oddech. Potem drugi. Potem trzeci.
— Powiedziałam Marcinowi, że jadę do Sopotu — powiedziała wreszcie, nie otwierając oczu.
— I technicznie nie skłamałaś — odparła Aga. — Po prostu nie powiedziałaś mu całej prawdy. To nie to samo co kłamstwo.
— To dokładnie to samo co kłamstwo.
— Zgadzam się — powiedziała Paula cicho. — To kłamstwo.
Wszystkie spojrzały na nią. Paula zarumieniła się i opuściła wzrok.
— Ale — dodała jeszcze ciszej — czasem musimy kłamać, żeby chronić ludzi, których kochamy. Albo żeby chronić siebie.
Nastała dziwna cisza. Aga miała wrażenie, że Paula powiedziała coś więcej niż się wydawało, ale nie było czasu tego analizować.
— Słuchaj — zwróciła się do Kasi, biorąc ją za ręce. — Wiem, że to szaleństwo. Wiem, że to nie jest spokojny weekend, który obiecałam. Ale Kasiu, za trzy tygodnie wychodzisz za mąż. Twoje życie się zmieni. I zanim to się stanie, chcę, żebyś miała coś… coś nieprzewidywalnego. Coś, co będziesz wspominać za dwadzieścia lat i mówić: „Pamiętacie, jak pojechałyśmy do Bukaresztu? To był szaleństwo.” Proszę. Zaufaj mi.
Kasia patrzyła jej w oczy. Długo. Zbyt długo. Aga czuła, jak pot spływa jej po plecach.
— Jeśli umrę w rumuńskim samolocie — powiedziała wreszcie Kasia — to będziesz musiała to wyjaśnić mojej mamie.
— Deal.
— I Marcinowi.
— Deal.
— I powiedzieć im, że to była twoja wina.
— Absolutny deal.
Kasia westchnęła. Ale w tym westchnieniu — Aga usłyszała to wyraźnie — było coś więcej niż rezygnacja. Była tam iskierka. Mała, ledwo widoczna, ale prawdziwa.
— Dobra — powiedziała Kasia. — Jedziemy do Bukaresztu.
Żaneta zapiszczała z radości i niemal upuściła telefon. Paula uśmiechnęła się — pierwszy prawdziwy uśmiech tego dnia. Domi skinęła głową z aprobatą, co w jej wykonaniu było równoznaczne z wybuchem entuzjazmu.
A Aga — Aga poczuła, jak coś w jej piersi się rozluźnia. Pierwszy etap operacji Bukareszt zakończony sukcesem.
Droga na lotnisko w Gdańsku minęła na śmiechu, muzyce i opowieściach.
Jechały samochodem Agi — starym, ale niezawodnym Peugeotem, który Aga nazywała „Żorżetą” i o którym mówiła jak o członku rodziny. W bagażniku ledwo zmieściły się wszystkie walizki, więc Żanka musiała trzymać swoją torbę podręczną na kolanach, co było karą za to, że spakowała się ostatnia.
W radiu leciał Sanah, bo to było jedyne, na co wszystkie mogły się zgodzić. Aga prowadziła, Kasia siedziała z przodu i pilnowała nawigacji (niepotrzebnie, bo Aga znała drogę na pamięć, ale Kasia musiała mieć coś do kontrolowania). Z tyłu Żaneta robiła stories, Domi czytała coś na telefonie z miną, która sugerowała, że to nie jest przyjemna lektura, a Paula patrzyła przez okno i milczała.
— Wiecie, że Bukareszt ma największy budynek parlamentu w Europie? — powiedziała Aga, próbując rozładować nastrój edukacją. — Ceausescu kazał go zbudować, wyburzając przy tym ogromną część starego miasta. To jest jak Wersal, tylko bardziej… postsowiecki.
— Rumunia nie była w Związku Radzieckim — poprawiła Domi automatycznie.
— Wiem. Ale atmosfera ta sama. Dyktatura, paranojna architektura, betonowe marzenia o wielkości.
— Brzmi uroczo — mruknęła Kasia.
— Będzie uroczo, obiecuję!
Na lotnisku w Gdańsku zrobiło się nerwowo. Odprawy, kontrole bezpieczeństwa, szukanie bramki — Aga prowadziła grupę jak przewodniczka wycieczki, z planem wydrukowanym w trzech kopiach i mapą terminalu na telefonie.
W strefie odlotów, przy barze z napisem „Gate 7 Cafe”, dziewczyny usiadły przy stoliku i zamówiły pierwszą kolejkę.
— Za Kasię! — wzniósł toast Aga. — Za jej ostatni weekend wolności!
— To nie jest ostatni weekend wolności — zaprotestowała Kasia. — Małżeństwo to nie więzienie.
— Kochanie — Żaneta pochyliła się konspiracyjnie — wszystkie związki to w jakimś sensie więzienia. Tylko niektóre mają ładniejsze cele.
— To okropne — powiedziała Paula.
— To prawdziwe — odparła Żaneta.
— To nie jest prawdziwe — wtrąciła Domi, a jej głos brzmiał ostrzej niż zwykle. — Związek to nie więzienie. Związek to… to jest wybór. Codziennie budzisz się i wybierasz tę samą osobę. I ta osoba codziennie budzi się i wybiera ciebie. I dopóki oba te wybory są świadome, to jest piękne.
Nastała cisza. Wszystkie patrzyły na Domi. Domi, która nigdy nie mówiła o uczuciach, która trzymała swoje życie prywatne pod kluczem, właśnie powiedziała coś, co brzmiało jak… jak wyznanie.
— Domi — zaczęła Aga ostrożnie — wszystko okej?
— Tak — odparła Domi szybko. Za szybko. — Wszystko świetnie. Pijemy toast czy nie?
Wzniosły kieliszki. Za Kasię. Za wolność. Za wybory.
Paula wzięła łyk wody.
Nikt nie zapytał dlaczego.
W samolocie — starym Boeingu 737 rumuńskich linii TAROM — Aga siedziała między Kasią a Żanetą. Paula i Domi zajęły miejsca rząd dalej.
Kasia wpatrywała się w okno z miną kogoś, kto rozważa różne scenariusze katastrofalne i kataloguje je według prawdopodobieństwa.
— Lot trwa trzy godziny — powiedziała Aga uspokajająco. — Zanim się obejrzysz, będziemy na miejscu.
— Wiem, że lot trwa trzy godziny. Sprawdziłam statystyki. Wiesz, że większość wypadków lotniczych zdarza się w ciągu pierwszych trzech i ostatnich ośmiu minut lotu?
— Nie wiedziałam i wolałabym nie wiedzieć.
— To jest czternaście procent całkowitego czasu lotu, ale odpowiada za…
— Kasiu. Proszę. Przestań liczyć.
Kasia wzięła głęboki oddech. Silniki samolotu zaczęły pracować głośniej. Przez okno widać było, jak maszyna powoli wycofuje się od bramki.
— Przepraszam — powiedziała Kasia cicho. — Po prostu… nie lubię sytuacji, których nie kontroluję.
— Wiem, kochana. Ale czasem właśnie o to chodzi.
— O co?
— O to, żeby odpuścić kontrolę. Żeby pozwolić, żeby coś się wydarzyło, zamiast wszystko planować.
Kasia nie odpowiedziała. Samolot ruszył po pasie startowym, nabierając prędkości. Aga poczuła, jak jej żołądek podskakuje w tym znajomym uczuciu startu — mieszanina lęku i ekscytacji, jak w życiu.
W momencie, gdy koła oderwały się od ziemi, Kasia złapała Agę za rękę.
— Dziękuję — powiedziała.
— Za co?
— Za to, że mnie porywasz.
I chociaż powiedziała to z przekąsem, Aga usłyszała w jej głosie coś jeszcze. Coś, czego nie było rano. Nadzieję.
Gdzieś nad Polską, między chmurami a nieskończonością, telefon Kasi zawibrował.
Nieznany numer. Nowa wiadomość.
„Podjęłaś już decyzję?”
Kasia patrzyła na ekran. Aga spała na jej ramieniu. Żaneta robiła zdjęcia przez okno. Gdzieś z tyłu Paula piła kolejną wodę, a Domi wpatrywała się w dokumenty, których nie potrafiła podpisać.
Każda z nich miała swoje bagaże. Nie tylko te w luku bagażowym.
Kasia nie odpowiedziała na wiadomość. Wyłączyła telefon i schowała go do kieszeni.
Za oknem pod nimi przesuwała się Europa — pola, lasy, rzeki, miasta, miliony ludzi żyjących swoim życiem, nieświadomych, że pięć kobiet z Torunia leci właśnie w kierunku Bukaresztu, by przeżyć coś, co zmieni je wszystkie.
Ale tego jeszcze nie wiedziały.
Samolot leciał na wschód, w stronę zachodzącego słońca — co było paradoksem, bo słońce powinno zachodzić na zachodzie. Ale życie było pełne paradoksów. I może właśnie o to chodziło.
Kasia zamknęła oczy i pozwoliła sobie zasnąć.
Bukareszt czekał.
Rozdział 3: Lądowanie w innym świecie
Istnieje pewien moment w każdej podróży, który podróżnicy rzadko opisują, bo trudno go uchwycić słowami. To nie jest moment startu ani lądowania, nie jest to pierwszy widok nowego miasta ani zapach obcej kuchni. To jest ten moment, gdy stawiasz stopę na ziemi, która nie jest twoją ziemią, i twój mózg przez ułamek sekundy nie wie, kim jesteś. Przez tę jedną chwilę nie jesteś matką, żoną, córką, pracownicą. Nie jesteś swoją przeszłością ani przyszłością. Jesteś tylko ciałem w przestrzeni, oddechem w obcym powietrzu, możliwością.
Kasia poczuła ten moment, gdy samolot TAROM-u z trzaskiem i piskiem opon dotknął pasa startowego w Bukareszcie. Przez okno widziała ciemność przerywaną smugami lotniskowych świateł, żółtych i pomarańczowych, migoczących jak oczy drapieżnika czającego się w mroku. Silniki ryknęły odwrotnym ciągiem, pasażerowie automatycznie złapali się podłokietników, a Żaneta pisnęła krótko i natychmiast zamieniła to w śmiech, jakby pisk był częścią planu.
— Żyjemy — oznajmiła Aga z przesadną ulgą. — Rumunia nas przyjęła.
— Jeszcze nie przyjęła — mruknęła Domi, odpinając pas bezpieczeństwa, choć lampka wciąż się świeciła. — Najpierw musimy przejść kontrolę graniczną.
— Rumunia jest w Unii Europejskiej — zauważyła Paula cicho. — Nie ma kontroli granicznej.
— Jest kontrola paszportowa. To nie to samo co brak kontroli.
— Domi, czy ty zawsze musisz być taka… precyzyjna? — Żaneta przewróciła oczami, jednocześnie sprawdzając, czy jej makijaż przetrwał lot.
— Tak. Muszę.
Kasia nie brała udziału w tej wymianie. Wpatrywała się w okno, w tę obcą ciemność, i czuła, jak coś w jej piersi się rozluźnia. Przez trzy godziny lotu siedziała sztywno, ściskając podłokietnik, licząc minuty do lądowania. Ale teraz, gdy samolot toczył się powoli po płycie lotniska, poczuła coś niespodziewanego.
Ulgę.
Nie dlatego, że lot się skończył. Dlatego, że tutaj — w tym obcym mieście, tysiąc pięćset kilometrów od Torunia — nikt jej nie znał. Nikt nie pytał o ślub. Nikt nie gratulował. Nikt nie mówił: „Jaka z ciebie szczęśliwa panna młoda.” Tutaj była tylko Kasią. Kimkolwiek Kasia chciała być.
— Hej — Aga szturchnęła ją łokciem. — Wszystko okej?
— Tak — Kasia odwróciła się od okna i uśmiechnęła. — Chyba tak.
Port lotniczy imienia Henri Coandă — nazwany tak na cześć rumuńskiego inżyniera, który skonstruował jeden z pierwszych samolotów odrzutowych, choć ta informacja interesowała wyłącznie Kasię, która przeczytała o tym w trakcie lotu — witał podróżnych zapachem, którego żadna z nich nie potrafiła zidentyfikować. Było w nim coś z detergentu, coś z kawy, coś z potu i coś jeszcze, nieuchwytnego, co musiało być po prostu zapachem Rumunii.
Terminal był nowoczesny i jednocześnie nieco zmęczony, jak człowiek, który zbyt długo udaje, że wszystko jest w porządku. Szklane ściany, chromowane barierki, eleganckie logo, ale tu i tam pęknięcie w posadzce, zepsuta taśma bagażowa, napis po rumuńsku, którego nikt nie zadał sobie trudu przetłumaczyć.
— Ieșire — przeczytała Żaneta głośno, wskazując na znak. — Co to znaczy?
— Wyjście — powiedziała Domi, nie podnosząc wzroku od telefonu.
— Skąd wiesz?
— Łacina. Exitare, exire. Języki romańskie to moja specjalność.
— Myślałam, że twoja specjalność to prawo korporacyjne.
— Człowiek może mieć więcej niż jedną specjalność, Żaneto.
Paula szła za nimi w milczeniu, ciągnąc swoją niebieską walizkę po płytkach posadzki. Mdłości, które towarzyszyły jej przez cały lot, trochę zelżały po lądowaniu, ale zastąpiło je coś innego — zmęczenie tak głębokie, że ledwo trzymała się na nogach. Szósty tydzień ciąży to był ten etap, gdy ciało zaczynało rozumieć, co się dzieje, i protestowało przeciwko temu całym sobą. Paula czytała o tym w książkach, słyszała o tym od pacjentek, ale jedno to wiedza teoretyczna, a drugie to poczucie, że twoje własne ciało stało się obcym terytorium.
Przeszły przez automatyczne drzwi i znalazły się w hali przylotów, gdzie czekał na nie chaos.
Rumunia nocą to było coś, na co żadna z nich nie była przygotowana. Pod terminalem kłębił się tłum taksówkarzy, każdy przekrzykiwał innych, machając kartkami z nazwiskami albo po prostu wyciągając ręce w stronę przybyszów jak rybacy zarzucający sieci. Neony reklamowały lokalne banki i firmy telekomunikacyjne, kolorowe litery migotały w ciemności. Powietrze było ciepłe i wilgotne, pachnące spalinami i czymś słodkim — jaśminem? Lipą? Kasia nie wiedziała.
— Taxi! Taxi! Good price! — wołał niski mężczyzna w skórzanej kurtce, podchodząc do nich z szerokim uśmiechem. — Where you go? I take you! Best taxi in Bucharest!
— Mamy zamówiony transport — skłamała Aga gładko, przepychając się przez tłum.
Nie miały zamówionego transportu. Aga planowała złapać Ubera, bo był tańszy i bezpieczniejszy, przynajmniej według internetowych forów podróżniczych. Ale aplikacja Ubera, otwarta na jej telefonie, pokazywała komunikat, którego nie potrafiła zrozumieć — coś po rumuńsku z wykrzyknikami, co nigdy nie wróżyło nic dobrego.
— Nie działa — powiedziała, marszcząc brwi. — Uber nie działa.
— Może trzeba włączyć roaming? — zasugerowała Paula.
— Roaming jest włączony. Internet działa. Aplikacja nie.
— To weźmy taksówkę — powiedziała Żaneta, wskazując na jednego z kierowców, który właśnie zakończył negocjacje z innym pasażerem i miał wolny samochód.
— Słyszałaś o taksówkarskich oszustwach? — Domi podniosła głowę od telefonu. — Czytałam, że w Bukareszcie potrafią włączyć licznik na nocną taryfę nawet w środku dnia. Albo jeździć okrężnymi drogami. Albo po prostu podać cenę z sufitu i udawać, że nie rozumieją, gdy protestujesz.
— To rasizm — powiedziała Żaneta.
— To statystyka. Są artykuły.
— Artykuły w internecie. Bo internet nigdy nie kłamie.
— Dziewczyny — Kasia stanęła między nimi, unosząc ręce w geście kapitulacji. — Jest prawie północ. Jestem zmęczona. Wszyscy jesteśmy zmęczone. Musimy jakoś dostać się do tego apartamentu. Możemy się kłócić o taksówki albo możemy po prostu wziąć jedną i ryzykować, że zapłacimy dwadzieścia złotych więcej.
— Dwadzieścia złotych to dużo — mruknęła Żaneta, ale nikt tego nie skomentował, bo nikt nie wiedział, że dla Żanety dwadzieścia złotych to była różnica między zjedzeniem kolacji a jej niezjedzeniem.
Aga wzięła głęboki oddech. Organizatorka. To była jej rola. Musiała zorganizować.
— Dobra — powiedziała. — Bierzemy taksówkę. Ale wybieram kierowcę. I negocjuję cenę przed wejściem. I jeśli będzie próbował nas oszukać, to… to…
— To co? — Domi uniosła brew.
— To napiszę negatywną recenzję na TripAdvisorze.
— Przerażające.
— Zamknij się, Domi.
Taksówkarz, którego wybrała Aga — głównie dlatego, że był najstarszy i wyglądał na zbyt zmęczonego, żeby kogokolwiek oszukiwać — nazywał się, jak się później okazało, Gheorghe. Miał około sześćdziesięciu lat, siwe włosy przystrzyżone na jeża, wąsy godne walrusa i starego, żółtego Dacie Logan, która pamiętała prawdopodobnie czasy Ceaușescu.
— Where you go? — zapytał, wskazując na bagażnik, który otworzył z trzaskiem sugerującym, że zamek ledwo trzyma.
— Piața Universității — powiedziała Aga, pokazując mu adres na telefonie. — University Square.
— Ah, Piața Universității! — Gheorghe roześmiał się, jakby to było najzabawniejsze, co słyszał tego dnia. — Central! Very central! Good, good.
Wpakowanie pięciu walizek do bagażnika Dacii wymagało talentu geometrycznego, który Gheorghe oczywiście posiadał. Układał je jak Tetris, obracając, przechylając, wciskając w szczeliny, które wyglądały na zbyt małe, ale jakoś się okazywały wystarczające. Dziewczyny patrzyły na to z mieszaniną podziwu i niepokoju.
— W środku też się zmieścimy? — zapytała Żaneta z powątpiewaniem.
— Zmieścimy — powiedziała Kasia tonem, który nie znosił sprzeciwu.
I zmieściły się. Jakoś. Kasia siedziała z przodu, bo Aga stwierdziła, że jako panna młoda zasługuje na najwygodniejsze miejsce, co było absurdalnym argumentem, ale nikt nie miał siły go kwestionować. Z tyłu, na siedzeniu, które w normalnych warunkach pomieściłoby trzy osoby, siedziały Aga, Domi, Żaneta i Paula — ściśnięte jak sardynki, z kolanami wbijającymi się w oparcia i łokciami zahaczającymi o żebra.
— To jest nielegalne — mruknęła Domi. — Przewożenie pięciu osób w samochodzie osobowym.
— Napisz skargę — odparła Żaneta. — Na pewno Gheorghe ma formularz reklamacyjny.
Gheorghe, nieświadomy tej wymiany, włączył silnik i ruszył z impetem, który sugerował, że Dacia ma więcej mocy, niż wyglądała. Albo że Gheorghe ma więcej odwagi, niż powinien.
Bukareszt nocą przesuwał się za oknem jak sen — chaotyczny, fragmentaryczny, niemożliwy do złożenia w całość. Autostrady z billboardami reklamującymi rumuńskie banki i tureckie linie lotnicze. Bloki mieszkalne, ogromne, betonowe, z oknami, w których tu i tam migotało jeszcze światło. Puste place, na których w ciągu dnia prawdopodobnie odbywały się targi albo protesty. Ronda, tak wiele rond, każde większe od poprzedniego, z fontannami albo pomnikami w środku.
— Ceaușescu — powiedział nagle Gheorghe, wskazując na coś za oknem.
Kasia spojrzała i zamarła.
Po ich lewej stronie wznosił się budynek, który wyglądał, jakby ktoś wziął Wersal, pomnożył go przez dziesięć i postawił w centrum postsowieckiego miasta. Był ogromny — nie, ogromny to było za słabe słowo. Był kolosalny, monumentalny, absurdalnie wielki. Fasada ciągnęła się w nieskończoność, oświetlona reflektorami, które nadawały jej złowieszczą, niemal teatralną aurę.
— Palatul Parlamentului — powiedział Gheorghe z nutą dumy albo sarkazmu, trudno było powiedzieć. — Parliament Palace. Ceaușescu build. Very big. Second biggest building in world.
— Po Pentagonie — dodała Kasia automatycznie.
— Yes! Pentagon first, this second. But this more beautiful, no?
Kasia nie była pewna, czy „beautiful” to było właściwe słowo. Budynek był imponujący, owszem. Ale było w nim coś niepokojącego — ta skala, ta przesada, ta desperacka potrzeba, żeby udowodnić coś światu. Czytała o nim przed wylotem, o tym, jak Ceaușescu kazał wyburzyć jedną piątą historycznego centrum Bukaresztu, żeby go zbudować. Kościoły, klasztory, domy, całe dzielnice — wszystko zrównane z ziemią, żeby powstał ten pomnik megalomanii. Dwadzieścia tysięcy robotników pracowało przy budowie, wielu zginęło. A Ceaușescu został rozstrzelany zanim zdążył zobaczyć efekt końcowy.
— Karma — mruknęła pod nosem.
— Co? — Aga pochyliła się do przodu.
— Nic. Myślę na głos.
Gheorghe skręcił w boczną ulicę i nagle Bukareszt zmienił się całkowicie. Nie było już monumentalnych budynków ani szerokich bulwarów. Były wąskie uliczki wyłożone kostką brukową, kamienice z przełomu wieków, balkony z kutego żelaza, latarnie, które wyglądały jak rekwizyty z filmu o Belle Époque. Tu i tam kawiarnia z ogródkiem, zamknięta o tej porze, ale z krzesłami wciąż ustawionymi przy stolikach. Graffiti na ścianach — nie wandalizm, a sztuka. Plakaty koncertowe, stare i nowe, naklejone jeden na drugim jak geologiczne warstwy.
— Pięknie — szepnęła Paula, przyciskając twarz do okna.
I rzeczywiście było pięknie. W ten specyficzny, środkowoeuropejski sposób — nieco zniszczony, nieco zaniedbany, ale pełen charakteru. Jakby miasto miało historię i nie wstydziło się jej pokazać. Jakby każda pęknięta fasada i każdy odpadający tynk były częścią opowieści.
— Piața Universității — oznajmił Gheorghe, zatrzymując się przed kamienicą, która wyglądała jak bohaterka romansu z lat trzydziestych. — You here.
Apartament wynajęty przez Agę z Airbnb miał być — według zdjęć — „eleganckim penthouse’em z widokiem na historyczne centrum”. Rzeczywistość, jak to często bywa z Airbnb, była nieco inna.
Kamienica, w której się mieścił, była piękna — to trzeba było przyznać. Art deco, z lat dwudziestych, z fasadą zdobiną gipsowymi ornamentami, które w połowie odpadły, ale w tej połowie, która została, były imponujące. Drzwi wejściowe, ogromne i drewniane, miały mosiężną klamkę w kształcie lwa. Schodów nie było — a raczej były, ale winda była tak mała, że mieściła się w niej jedna osoba z walizką, więc musiały wjeżdżać na piąte piętro na raty, co zajęło dwadzieścia minut i kosztowało Żanetę złamany paznokieć.
Sam apartament zaś…
— No — powiedziała Aga, stając w progu i patrząc na przestrzeń przed sobą. — No, no, no.
— Co „no, no, no”? — Kasia próbowała zajrzeć jej przez ramię.
Aga nie odpowiedziała. Weszła do środka.
Apartament był ogromny — to się zgadzało. Miał pewnie z osiemdziesiąt metrów kwadratowych, może więcej. Salon z oknami wychodzącymi na plac Uniwersytecki. Trzy sypialnie. Kuchnia. Łazienka. Balkon, o którym w ogłoszeniu pisano, że jest „przestronny i słoneczny”.
Problem polegał na tym, że apartament był też — jak to ująć — zniszczony.
Nie brudny, bo brudny to by znaczyło, że można go wyczyścić i będzie dobrze. On był zniszczony w sposób, który sugerował, że czas się na nim mścił za jakieś dawne przewinienia. Tapeta, która kiedyś musiała być bordowa z złotymi wzorami, teraz była wyblakła i łuszczyła się na rogach. Parkiet, prawdziwy, dębowy, piękny, skrzypiał pod każdym krokiem i miał wyrwy w trzech miejscach. Kanapa w salonie wyglądała, jakby pamiętała rewolucję z ’89 roku i niespecjalnie dobrze ją zniosła. Żyrandol — kryształowy, prawdopodobnie wart fortunę — wisiał lekko przekrzywiony, a kilka kryształów brakowało.
— To nie wygląda jak na zdjęciach — powiedziała Żaneta, która właśnie weszła jako ostatnia, ciągnąc swoją walizkę przez próg.
— Nic nigdy nie wygląda jak na zdjęciach — odparła Domi filozoficznie.
Paula stanęła przy oknie i wyjrzała na plac. Widok był — tu trzeba było przyznać Airbnb rację — spektakularny. Plac Uniwersytecki rozpościerał się przed nimi jak scena teatru, oświetlony latarniami, z fontanną w centrum i historycznymi budynkami wokół. W oddali majaczyła sylwetka Teatru Narodowego. Gdzieś w dole, na ulicy, przejechała karetka z syreną, która brzmiała inaczej niż polskie karetki — wyżej, bardziej rozpaczliwie.
— Jest pięknie — powiedziała Paula cicho.
Wszystkie spojrzały na nią.
— Co? — Paula odwróciła się od okna. — Jest. Spójrzcie na ten widok. Spójrzcie na ten sufit. — Wskazała w górę, gdzie nad ich głowami rozciągał się plafon z malowidłem przedstawiającym anioły i chmury, trochę przybrudzony, trochę popękany, ale wciąż zachwycający. — Spójrzcie na te drzwi. — Drzwi do jednej z sypialni były drewniane, rzeźbione, z mosiężnymi klamkami. — To jest prawdziwe. To ma historię. To nie jest jakiś sterylny apartament z IKEA, gdzie wszystko jest nowe i nic nie znaczy.
Aga patrzyła na Paulę z zaskoczeniem. Paula zwykle była cicha, trzymała się na uboczu, rzadko zabierała głos. A teraz stała przy oknie, z oczami błyszczącymi w świetle żyrandola, i broniła zniszczonego apartamentu, jakby był jej osobistym dziełem.
— Paula ma rację — powiedziała Kasia nagle. — To jest idealne.
— Idealne? — Żaneta rozejrzała się z powątpiewaniem. — Kanapa wygląda, jakby ktoś na niej umarł.
— Prawdopodobnie ktoś na niej umarł — zgodziła się Kasia. — Ale to Bukareszt. To nie miało być sterylne. To miało być… — szukała słowa — ...prawdziwe.
Aga poczuła, jak coś w jej piersi się rozluźnia. Przez ostatnią godzinę, od momentu, gdy zobaczyła ten apartament, czuła narastającą panikę. Wszystko miało być idealne. Zaplanowała każdy szczegół. A teraz stała w mieszkaniu, które wyglądało jak plan filmowy do horroru i które kosztowało ją całkiem sporo pieniędzy. Była pewna, że Kasia będzie zła, że dziewczyny będą narzekać, że cały wyjazd zacznie się od katastrofy.
A zamiast tego Kasia uśmiechała się.
Szczerze, pierwszy raz od… Aga nie pamiętała od kiedy.
— Dobra — powiedziała, klaszcząc w dłonie. — Rozpakowujemy się, a potem balkon.
— Jest prawie pierwsza w nocy — zauważyła Domi.
— I co z tego? Jesteśmy w Bukareszcie. Nie spałyśmy normalnie od świtu. Co nam szkodzi jeszcze jedna godzina?
Nikt nie zaprotestował.
Balkon — ten „przestronny i słoneczny” z ogłoszenia — okazał się rzeczywiście imponujący. Był długi, ciągnął się przez całą szerokość apartamentu, z kutą żelazną balustradą i kamiennymi płytkami pod stopami. Ktoś — poprzedni lokator? właściciel? — ustawił na nim plastikowy stół ogrodowy i cztery krzesła, które wyglądały, jakby przeszły wojnę i niewiele z niej zapamiętały.
Ale widok. Widok był wart każdego skrzypienia krzeseł.
Bukareszt leżał pod nimi jak rozświetlona mapa skarbów. Plac Uniwersytecki, fontanna, budynki z przełomu wieków, wieże kościołów w oddali, gdzieś daleko czerwone światła na szczycie wieżowca, który wyglądał jak ze złego snu o socjalizmie. Niebo było granatowe, prawie czarne, z pomarańczową poświatą od świateł miasta. Powietrze było ciepłe i pachnące — lipą, spalinami, czymś smażonym z pobliskiej ulicy.
Aga otworzyła wino — rumuńskie, kupione w sklepie wolnocłowym, red wine from Dealu Mare, cokolwiek to znaczyło. Nalewała do plastikowych kubków, które znalazła w kuchni apartamentu.
— Za Kasię — powiedziała, wznosząc kubek.
— Za Kasię — powtórzyły chórem.
— Za to, że pozwala się porywać — dodała Żaneta.
— Za to, że jest najlepszą panną młodą na świecie — dorzuciła Paula cicho.
— Za to, że jeszcze nas wszystkich nie zamordowała — zakończyła Domi, a kącik jej ust drgnął w czymś, co mogło być uśmiechem.
Kasia wzięła łyk wina. Było dobre — ciężkie, owocowe, z nutą czegoś ziemistego, co musiało być tym słynnym rumuńskim terroir. Patrzyła na swoje przyjaciółki — Agę, która zawsze organizowała i zawsze się martwiła; Domi, która zawsze udawała, że wszystko jej obojętne, a potem robiła rzeczy, które pokazywały, że nic jej nie jest obojętne; Żanetę, która zawsze musiała wszystko nagrywać, jakby chwila nie istniała, dopóki nie trafiła do internetu; Paulę, która zawsze słuchała i rzadko mówiła, ale gdy mówiła, ludzie się zatrzymywali.
Znała je od lat. Od liceum, od studiów, od pierwszych prac i pierwszych rozstań. Wiedziały o niej rzeczy, których nie wiedział Marcin. Wiedziały, jak płakała po rozstaniu z Tomkiem w drugiej klasie liceum. Wiedziały, jak oblała egzamin z analizy matematycznej na pierwszym roku i myślała, że jej życie jest skończone. Wiedziały, jak wyglądała, gdy trzy dni nie wychodziła z łóżka po tym, jak jej ojciec zadzwonił, żeby powiedzieć, że wyprowadza się od mamy.
Ale czy wiedziały, co czuła teraz? Czy wiedziały o SMS-ach z nieznanego numeru? Czy wiedziały o tym, jak budziła się w nocy z sercem bijącym jak młot i myślą: „Czy ja na pewno chcę tego ślubu?”
Nie. Nie wiedziały. Bo Kasia nie powiedziała.
Bo jak powiedzieć coś takiego? Jak przyznać się, że za trzy tygodnie wychodzisz za mąż za dobrego, kochającego, stabilnego mężczyznę — i nie jesteś pewna, czy go kochasz? Jak to brzmi? Jak rozpuszczona księżniczka, która ma wszystko i narzeka, że to wszystko nie wystarczy.
— Hej — Aga szturchnęła ją łokciem. — Gdzie jesteś?
— Tutaj — Kasia uśmiechnęła się. — Jestem tutaj.
— Na pewno? Bo wyglądasz, jakbyś była gdzieś bardzo daleko.
— Myślę.
— O czym?
— O tym, że ten wyjazd był dobrym pomysłem.
Aga rozpromieniła się. I Kasia poczuła kolejne ukłucie winy, bo powiedziała prawdę, ale nie całą prawdę. Ten wyjazd był dobrym pomysłem nie dlatego, że Aga świetnie zorganizowała wieczór panieński. Był dobrym pomysłem dlatego, że Kasia potrzebowała uciec.
Od czego — jeszcze nie wiedziała.
Rozmowa płynęła jak to wino — powoli, leniwie, z przerwami na śmiech i wspomnienia.
— Pamiętacie, jak pojechałyśmy na Mazury w 2018? — Żaneta siedziała z nogami wyciągniętymi na sąsiednie krzesło, kubek z winem balansował niebezpiecznie na brzegu barierki. — I Paula wpadła do jeziora z całym ubraniem?
— Ty mnie zepchnęłaś! — zaprotestowała Paula.
— To był wypadek!
— Wypadek to jest, jak się potykasz. Ty mnie zepchnęłaś obiema rękami.
— Może lekko popchnęłam. Dla żartu.
— Miałam mokre buty przez dwa dni.
— Ale zdjęcie było genialne — Żaneta uśmiechnęła się z nostalgią. — Wiesz, ile lajków dostało?
— Nie chcę wiedzieć.
— Dwanaście tysięcy. Dwanaście tysięcy ludzi widziało, jak Paula Nowicka wypływa z jeziora jak Afrodyta z piany.
— Afrodyta nie miała na sobie szortów khaki i koszulki z nadrukiem „Toruń — miasto piernika”.
— Właśnie dlatego było tak zabawne.
Kasia słuchała tej wymiany z uśmiechem. To było to, czego potrzebowała — ta lekkość, ten śmiech, to poczucie, że niektóre rzeczy się nie zmieniają. Że można mieć trzydzieści lat, być na progu małżeństwa, mieć milion wątpliwości — i wciąż siedzieć na balkonie z przyjaciółkami, pijąc tanie wino i wspominając głupie historie z przeszłości.
— A pamiętacie sylwestra u Kowalskich? — dorzuciła Aga. — Kiedy Domi próbowała robić sztuczne ognie i podpaliła żywopłot?
— To nie był żywopłot — Domi skrzywiła się. — To był krzew ozdobny.
— Płonący krzew ozdobny.
— Zgasł sam.
— Po tym, jak sąsiad wylał na niego wiadro wody.
— Szczegóły.
— Pamiętam — Kasia zachichotała. — Domi stała z tą bengalską świecą w ręce i miała minę, jakby właśnie dokonała odkrycia naukowego. „Och, płonie szybciej niż myślałam.”
— Bo płonęła szybciej niż myślałam!
— Domi, byłaś najlepsza z chemii w klasie.
— Chemia teoretyczna to nie to samo co praktyka terenowa.
Śmiały się. Wszystkie śmiały się, nawet Domi, która zwykle unikała śmiechu jak czegoś nieprofesjonalnego. Paula śmiała się cicho, trzymając kubek z wodą — wciąż pięła wodę, co Aga zauważyła, ale postanowiła nie komentować. Żaneta śmiała się głośno, z tym swoim charakterystycznym rechotem, który w liceum był powodem drwin, a teraz stał się jej znakiem rozpoznawczym. Aga śmiała się z ulgą człowieka, który widzi, że jego plan zaczyna działać.
A Kasia śmiała się ze łzami w oczach. I nie wiedziała, czy to od śmiechu, czy od czegoś innego.
Było grubo po drugiej, gdy rozmowa zaczęła przygasać jak świeca na końcu knota.
Paula pierwsza powiedziała, że idzie spać — wyglądała na wykończoną, cienie pod jej oczami były ciemniejsze niż zwykle. Domi poszła za nią kilka minut później, mruknąwszy coś o tym, że jutro będzie trudny dzień i potrzebuje snu. Żaneta zniknęła jako trzecia, ale nie do sypialni — najpierw spędziła pół godziny w łazience, robiąc wieczorną rutynę pielęgnacyjną, która wymagała siedmiu produktów i trzech różnych narzędzi.
Zostały Aga i Kasia.
Siedziały na balkonie w milczeniu, które nie było niezręczne — było pełne. Takie milczenie, które jest możliwe tylko między ludźmi, którzy znają się od dwudziestu pięciu lat i nie muszą wypełniać każdej ciszy słowami.
Bukareszt pod nimi zaczynał zasypiać. Światła w oknach gasły jedno po drugim. Ruch na ulicach zelżał do sporadycznych taksówek i nocnych autobusów. Gdzieś w oddali szczekał pies. Gdzieś bliżej ktoś grał na gitarze — pojedyncze akordy, melancholijne, piękne.
— Aga — powiedziała Kasia wreszcie.
— Tak?
— Dziękuję.
— Za co?
— Za to wszystko. Za ten wyjazd. Za to, że wciąż jesteś moją przyjaciółką po tylu latach. Za to, że mnie znasz.
Aga uśmiechnęła się, ale jej oczy były wilgotne.
— Kasiu. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Nie ma za co dziękować.
— Jest. — Kasia odwróciła się i spojrzała jej prosto w oczy. — Jest, bo wiem, że to nie było łatwe. Zorganizować to wszystko, zebrać wszystkie, utrzymać sekret. Wiem, że włożyłaś w to serce. I chcę, żebyś wiedziała, że widzę.
Aga otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale nie wyszło żadne słowo. Zamiast tego skinęła głową.
— Idę spać — powiedziała Kasia, wstając. — Jutro zwiedzamy Mały Paryż Wschodu, tak?
— Tak. Plan jest od dziewiątej. Ale możemy zacząć o dziesiątej. Albo jedenastej. W sumie nie ma planu.
— Jest plan. Wiem, że jest plan. Widziałam, jak robiłaś notatki.
— Może są notatki. Ale planu nie ma.
— Kłamiesz.
— Nigdy.
Kasia uśmiechnęła się i weszła do środka. Aga została na balkonie jeszcze chwilę, patrząc na miasto, które powoli zasypiało.
Za trzy dni wrócą do Torunia. Za trzy tygodnie Kasia wyjdzie za mąż. Wszystko wróci do normy.
Ale ta noc — ta jedna noc na balkonie w Bukareszcie, z winem, ze śmiechem, z przyjaciółkami — ta noc będzie trwać.
I może właśnie o to chodziło.
O trzeciej w nocy, gdy wszystkie już spały, telefon Żanety zaczął wibrować.
Żaneta sięgnęła po niego automatycznie, jeszcze półprzytomna, myśląc, że to alarm albo powiadomienie z Instagrama. Ekran świecił w ciemności zbyt jasno, raniąc oczy.
To było powiadomienie z Instagrama. Ale nie takie, jakie spodziewała się zobaczyć.
„Twoje konto zostało naruszone. Zaloguj się, aby zweryfikować swoją tożsamość.”
Żaneta zamrugała. Otworzyła aplikację.
Jej profil — ten sam profil, który budowała przez pięć lat, który miał dwieście tysięcy obserwujących, który był całym jej życiem — wyglądał inaczej. Zdjęcie profilowe było inne. Bio było inne. Posty były inne.
Ktoś się włamał. Ktoś włamał się na jej konto i publikował… co to było? Żaneta przewinęła. Zdjęcia. Jakieś zdjęcia. Jej zdjęcia. Ale nie te, które sama publikowała. Inne. Prywatne. Takie, które nigdy nie miały trafić do internetu.
Żaneta poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy.
— O Boże — szepnęła do ciemności. — O Boże, nie.
Ale Bóg nie odpowiedział. Odpowiedział tylko telefon, który wibrował z kolejnymi powiadomieniami — komentarzami, wiadomościami, reakcjami. Ludzie widzieli. Ludzie oglądali. Ludzie pisali.
Żaneta wpatrywała się w ekran z rosnącą paniką.
Jej życie — to starannie wykreowane, perfekcyjnie oświetlone życie — właśnie się rozpadało.
I nie mogła nic zrobić.
Bo była w Bukareszcie, tysiąc pięćset kilometrów od domu, i jedyne, co miała, to telefon pełen powiadomień i balkon z widokiem na miasto, które nie wiedziało nic o jej problemach.
Za oknem Bukareszt spał spokojnie.
A Żaneta Kowalczyk siedziała na łóżku i płakała.
Nikt o tym nie wiedział.
Jeszcze.
Rozdział 4: Dzień pierwszy: Plan kontra rzeczywistość
Istnieje stare powiedzenie, przypisywane różnym generałom i strategom, które mówi, że żaden plan nie przetrwa pierwszego kontaktu z nieprzyjacielem. Aga Krawczyk nie była generałem ani strategiem — była trzydziestoletnią event menedżerką z Torunia, która organizowała wieczór panieński w Bukareszcie — ale tej soboty rano miała okazję przekonać się, że powiedzenie to dotyczy również cywilnych operacji logistycznych.
Plan był prosty. Piękny w swojej prostocie. Wydrukowany w trzech kopiach i zapisany w aplikacji na telefonie, z kolorowymi zakładkami oznaczającymi poszczególne etapy dnia.
7:00 — Pobudka. 7:30 — Śniadanie w apartamencie (Aga kupiła croissanty i kawę poprzedniego wieczoru, przewidująco). 8:30 — Wyjście na zwiedzanie Starego Miasta. 10:00 — Kawiarnia Origo (polecana przez wszystkie blogi podróżnicze). 11:30 — Przejście przez Park Cișmigiu. 13:00 — Lunch w restauracji Caru” cu Bere (zarezerwowany dwa tygodnie wcześniej). 15:00 — Spa Therme București (bilety kupione online). 18:00 — Powrót do apartamentu, przygotowanie do wieczoru. 20:00 — Kolacja w Shift Pub. 22:00 — Kluby, zabawa, szaleństwo.
Plan był idealny. Plan uwzględniał wszystko. Plan był, jak to często bywa z planami, całkowicie oderwaną od rzeczywistości fantazją.
O siódmej rano budzik Agi zadzwonił z tym samym optymistycznym dźwiękiem, którego używała od pięciu lat — melodia z „Mamma Mia”, bo Aga wierzyła, że ABBA jest najlepszym sposobem na rozpoczęcie dnia. Wyciągnęła rękę, żeby go wyłączyć, i przez chwilę leżała, wpatrując się w sufit z malowidłem przedstawiającym anioły. Jeden z aniołów miał odłupaną twarz, co nadawało mu wygląd postaci z horroru, ale w porannym świetle było to nawet urocze.
Wstała, wzięła prysznic w łazience, która miała osobliwości typowe dla wschodnioeuropejskich kamienic — ciśnienie wody zmieniało się co trzydzieści sekund od lodowatej strugi do wrzącej fontanny, a odpływ był umieszczony w miejscu, które sprawiało, że woda zalewała połowę podłogi zamiast tam trafiać. Ale Aga była dzielna. Aga była organizatorką. Aga poradziła sobie z gorszymi łazienkami.
O siódmej trzydzieści stanęła w progu salonu z tacą, na której leżały croissanty (nieco zgniecione po podróży w walizce, ale wciąż jadalne) i kawą z ekspresu, który znalazła w kuchni (działał, choć wydawał dźwięki sugerujące, że każda filiżanka może być jego ostatnią).
Salon był pusty. Wszystkie sypialnie były zamknięte. Zza drzwi dobiegała cisza — ta gęsta, nieprzerwana cisza ludzi pogrążonych w głębokim śnie.
Aga spojrzała na swój plan. Spojrzała na zegarek. Spojrzała na drzwi sypialni.
— Dobra — powiedziała do siebie. — Piętnaście minut tolerancji.
O siódmej czterdzieści pięć tolerancja się skończyła.
Aga zapukała do pierwszych drzwi — sypialni, którą zajęły Kasia i Paula.
— Dziewczyny? Śniadanie!
Cisza.
— Dziewczyny? Jest siódma czterdzieści pięć. Plan mówi, że o ósmej trzydzieści wychodzimy!
Z wnętrza dobiegło mruknięcie, które mogło być słowem, ale równie dobrze mogło być odgłosem umierającego zwierzęcia.
— Kasiu?
— Mmmnięhhh.
— Czy to „wstaję” czy „zostaw mnie w spokoju”?
— Mnięhhghhh.
Aga westchnęła i przeszła do drugich drzwi — sypialni Domi.
Tu nie musiała pukać. Drzwi były uchylone, a Domi siedziała na łóżku, ubrana, z telefonem w ręce i z wyrazem twarzy, który sugerował, że cokolwiek czyta, nie przynosi jej radości. Gdy usłyszała kroki Agi, szybko schowała telefon do kieszeni — ruch tak gwałtowny i tak nietypowy dla zwykle opanowanej Domi, że Aga natychmiast to zauważyła.
— Wszystko okej? — zapytała.
— Tak — Domi wstała, wygładzając nieskazitelnie białą bluzkę. — Która godzina?
— Prawie ósma.
— Plan mówił siódma.
— Plan jest w trakcie… rewizji.
— Czyli wszystko idzie zgodnie z planem — Domi pozwoliła sobie na cień uśmiechu.
Trzecie drzwi — sypialnia Żanety — były zamknięte na klucz, co było dziwne, bo Aga nie pamiętała, żeby te drzwi w ogóle miały klucz. Zapukała.
— Żanka?
Cisza.
— Żanka, wszystko okej?
Dłuższa cisza. A potem głos — stłumiony, jakby jego właścicielka mówiła przez poduszkę:
— Wstaję za chwilę.
— Na pewno? Bo…
— Tak. Daj mi pięć minut.
Aga zerknęła na zegarek, potem na drzwi, potem znów na zegarek. Coś było nie tak. Żaneta nigdy nie prosiła o pięć minut. Żaneta zwykle wyskakiwała z łóżka z aparatem w ręku, gotowa dokumentować każdą sekundę. Żaneta budziła się z makijażem (albo przynajmniej twierdziła, że tak, chociaż wszystkie wiedziały o jej porannej rutynie trwającej godzinę).
Ale Aga miała plan do ratowania. Problemy emocjonalne mogły poczekać.
— Okej. Pięć minut. Śniadanie w salonie.
O ósmej trzydzieści — czyli dokładnie w momencie, gdy według planu miały wychodzić na zwiedzanie — udało się zebrać wszystkie w salonie.
Kasia siedziała na kanapie z kubkiem kawy w obu dłoniach, jakby to była jedyna rzecz utrzymująca ją przy życiu. Miała włosy związane w niechlujny kok i oczy podpuchnięte od snu — albo od czegoś innego, trudno było powiedzieć. Paula zajęła miejsce przy oknie, blada i cicha, popijając herbatę i jedząc croissanta małymi kęsami, jakby każdy był wyzwaniem. Domi stała przy stole z wyrazem twarzy sugerującym, że jest gotowa do wyjścia od godziny i ta zwłoka jest osobistą zniewagą.
Żaneta pojawiła się ostatnia.
Wyglądała — to było jedyne słowo, które przychodziło Adze do głowy — źle. Makijaż był nieskazitelny, jak zawsze, bo Żaneta umarłaby raczej, niż pokazała się publicznie bez podkładu. Ale pod tym makijażem widać było cienie, zmęczenie, jakąś desperację. Oczy miała zaczerwienione, jakby płakała. Telefon ściskała w dłoni tak mocno, że kostki jej palców były białe.
— Żanka? — Aga podeszła do niej. — Wszystko w porządku?
— Tak! — Żaneta uśmiechnęła się tym swoim instagramowym uśmiechem, który był jak billboard — wielki, jasny i całkowicie sztuczny. — Super! Świetnie! Idziemy zwiedzać?
— Jesteś pewna? Bo wyglądasz…
— Wyglądasz jak gówno — wtrąciła Domi, bo Domi wierzyła w bezpośredniość.
— Dzięki, Domi. Czuję wsparcie.
— To nie miało być wsparcie. To była obserwacja. Płakałaś?
— Nie.
— Kłamiesz.
— Nie kłamię!
— Żaneto. — Domi skrzyżowała ręce na piersi. — Jestem prawniczką. Rozpoznaję kłamstwa zawodowo. Płakałaś, prawdopodobnie przez większość nocy, i teraz próbujesz to ukryć pod warstwą korektora, który zresztą wybrałaś w złym odcieniu — za różowy.
Żaneta otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale nic nie wyszło. Jej dolna warga zadrżała. A potem, ku przerażeniu wszystkich, jej oczy wypełniły się łzami.
— Ktoś się włamał na moje konto — powiedziała, a jej głos się załamał.
— Na jakie konto? — Kasia wyprostowała się na kanapie.
— Na Instagram.
— I… — Aga nie wiedziała, jak to powiedzieć — ...to jest powód do płaczu?