E-book
7.88
drukowana A5
36.83
Wieczny Płomień

Bezpłatny fragment - Wieczny Płomień

Legenda Płomienia


Objętość:
152 str.
ISBN:
978-83-8414-493-0
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 36.83

Legenda Płomienia


Druga kronika sławnego Don Faneta III ze światłymi poprawkami Daretha Vi Soga.

W roku 724 szóstej ery, Wojna Rzeka zmieniła bieg, a odwieczna wojna rodowa przeszła w nową fazę.

Wielu rycerzy okryło się chwałą, wielu przypłaciło to życiem. Niekończące się potyczki między władcami małych królestw pociągnęły za sobą wiele ofiar. Najemnicy i ludzie bez ziemi walczyli wierząc, że kres wojny jest bliski.

W tym czasie narodziły się legendy, które na stulecia zawładnęły wyobraźnią Rzeszy Marzycieli i popchnęła ich ku wielu czynom wielkich lub strasznym.

Prawda o tych czasach była inna i w zapamiętaniu dokonano wielu zbrodni. Gdy krew niewinnych wpłynęła strumieniami zrodziły się bestie, które dopiero w kolejnych erach dręczyły dobrych ludzi.

Jedno życzenie

Nad prastarym dorzeczem zachodziło słońce. Krwawa łuna oświetlała przez chwilę opustoszała ziemie i zniszczone, żyzne kiedyś ziemie, a potem zgasła. Zapachy śmierci i gniewu wraz z ciepłem dnia uleciały i zapanowała chłodna, rześka cisza.

Kojący mrok panował tylko przez chwilę, bo wielki księżyc oświetlił święte lasy i na nowo okrył blizny wyryte na obliczu tej ziemi. Wojna trwała od dziesięcioleci i nie było widać jej końca. Najsilniejsi traci siły, i podobno już tylko szaleńcy czerpali jeszcze radość z niekończących się walk. Teraz na szczęście świat okrył się ciszą oraz pozornym spokojem i tylko nie mogący zasnąć kręcili się między kikutami prastarych drzew i stosami ciał. Świecące na zielono i dryfujące w powietrzu punkty, przez niektórych uważane za dusze umarłych ukrytych leśnych kwiatów i zagubionych, wirowały między nieruchomymi postaciami.

— No i co powiesz? — zapytał przerywając nocną cisze wielki, brodaty olbrzym ubrany w czarną zbroję, pokrytą gęsto kolcami.

Zwisające mu z ramion resztki czarnych skór falowały, gdy lekko trącił w ramie siedzącą na ziemi dziewczynę. Spod jej długich, splątanych szaro-białych włosów widać było tylko ręce, które dziewczyna trzymała między kolanami.

— No? — Ponaglił olbrzym, w uśmiechu odsłaniając ostre zęby.

Dziewczyna podniosła głowę, ale nadal milcząc, apatycznie patrzyła przed siebie. Czasem zerkała na otaczających ją mężczyzn, ale na jej drobnej dziecinnej twarzy nie zagościła żadna emocja. Jej drobne ciało oplatały pasy ciemnej starej skóry i metalowe porysowane osłony ozdobione w staroświeckim stylu. Na środku leśnej polany wysoki, trupio blady stwór o ciemnej sterczącej szczecinie z pietyzmem układał stos z ciał, które znosił z całej okolicy. Przedziwnie splatał ich ręce i nogi, tworząc z ciał wzory. Na kłodzie, w pewnym oddaleniu, siedział jasnowłosy, piękny młodzieniec, porządkując luźne szare ubranie i czesząc włosy, spomiędzy których wyłaniały się spiczaste uszy. Choć zajęty sobą rzucał od czasu do czasu spojrzenia w kierunku dziewczyny. Pomiędzy krzakami i niskimi drzewami, które jakimś cudem ocalały buszował wysoki, odziany w staroświecką zbroje i biało — czerwono — żółty płaszcz mężczyzna o długich kręconych rudych włosach.

— Nie ma… nie ma ich — mamrotał do siebie rudzielec. — Ale mogli się gdzieś zaszyć… i zaczaić. Trzeba wszystko porządnie sprawdzić — rzucił głośno w kierunku grupy i zniknął w lesie.

Trochę z boku niski, długowłosy mężczyzna, o śniade skórze i długich silnych palcach ubrany w skórzane, czarne obcisłe szaty, spokojnie oczyszczał broń o przedziwnym ornamentem. Olbrzym znowu trącił dziewczynę kolanem w ramie.

— Hm — mruknął zachęcająco.- Powiesz coś w końcu? Wreszcie…

Nie dokończył, bo dziewczyna błyskawicznie podcięła mu nogi, wyciągając zza pasa sztylet. A gdy olbrzym runął na kolano i starał się chwycić równowagę, przyłożyła mu sztylet do gardła.

— Co chcesz Charm żebym powiedziała. Pięć trupów naszych, a oni stracili tylko dwóch — zawarczała wściekle dziewczyna ukazując zęby.

Na polanie zapanowała śmiertelna cisza. Wszystkie dźwięki wydawane przez ludzi ucichły. Zebrani zamarli czekając co się stanie. Dziewczyna po chwili odsunęła się, wciąż wlepiając w brodacza wściekle błyskające niebieskie wielkie dziecinne ślepia.

— No cóż zdarza się… — Brodacz próbował uspokoić dziewczynę, jednocześnie starając się wstać. — To jeszcze nie tak źle…

— Zdarza się? — warknęła. — I co gorsza dali się tak głupio i szybko zabić.

Dziewczyna podeszła do stosu ciał.

— Ci tutaj mieli coś umieć… — Ze złością, z braku słów, dostatecznie jadowitych i ostrych kopnęła jedno z ciał.

Coś w stosie ciał jęknęło.

— No co kopiesz!? — zasyczał blady stwór, marszcząc nos i patrząc spode łba.- Tak ładnie poukładałem.

Mrucząc coś do siebie wrócił do przerwanego zajęcia. Wygładzania fałd i poprawiania fryzur. Wszystkie wartościowe rzeczy i broń leżały niedbale rzucone obok jego stóp. Na swój sposób stwór był artystą. Szalony i niepokojącym, ale wciąż artystą.

— Pieniędzy szkoda… — jakoś cicho i bez wcześniejszego przekonania powiedziała dziewczyna, z niechęcią patrząc na ciała.

— No, no — olbrzym zaprotestował, rozcierając kolano — Ty, Płomyku nie kiwnęłaś nawet palcem… Maren się poświecił i dał ciała…

Olbrzym machnął ręką w kierunku jasnowłosego młodzieńca, który udawał że nic nie widzi i nie słyszy.

— Ciała, ciała… dlaczego od razu ciała? — zaprotestował cicho Maren rumieniąc się — Przecież… to był tylko kawałek… — zarumienił się jeszcze bardziej i ucichł ukrywając twarz we włosach.

Na polanie zapanowała znów ciężka cisza. Wszyscy czuli presję i chcieli uniknąć kolejnych pretensję ze strony dziewczyny. Wiedzieli że ona nigdy nie odpuszcza.

— No, ale coś wiemy. — Charm przerwał milczenie — No nie Garz? — Olbrzym zwrócił się do mężczyzny czyszczącego broń. Ten w odpowiedzi uśmiechnął się nie podnosząc głowy i nie przerywając swojego zajęcia.

— Gówno wiemy — burknęła dziewczyna, bez przekonania jednak, z namysłem obserwując pogrzebowy stos.

— No nie… — zaprotestował olbrzym.- Wiemy że to idioci. Widziałaś co oni zrobili…?

Z braku słów odpowiednich by to opisać zamachał jedną ręką, drugą robiąc szerokie gesty. Dziewczyna kiwnęła głową, nie odrywając jednak spojrzenia od ciał w stosie.

— Skończone — zakomunikował z satysfakcją wysoki stwór podziwiając swoje dzieło.

— Ten Kalaforr… — zaczął Charm.

— Kalenfor Pierwszy — poprawił go Garz, chowając miecz do pochwy i wstając. — Ka-la-Forr to był legendarny potwór, a ten to tylko drobny, tchórzliwy możnowładca… Naprawdę, nie przeceniaj go.

Ciągle mówiąc niski mężczyzna wolno podchodził do stosu pogrzebowego mijając dziewczynę.

-...musiał się na nas naprawdę wkurzyć. Wysłał za nami już trzy razy sowich ludzi… w końcu da nas spokój jak myślicie? — dokończył nagle Charm, chociaż nie miał już słuchaczy.

Wszyscy patrzyli na stos martwych ciał.

— Co Odo, podpalamy? — Garz zwrócił się do stwora.

Gdy ten kiwnął głową, Garz powoli uniósł dłoń tworząc w jej wnętrzu kulę ognia. Zanim ją jednak opuścił, Płomień szybko mrucząc coś pod nosem, pochyliła się i zawiązała w dziwny supeł wyjętą zza rękawa wstążkę na przedramieniu jednego z ciał.

— Eeee, co robisz? — Zaprotestował Odo.- Wszytko było perfekcyjne. Psujesz moje dzieło sztuki!

Płomień jednak nie słuchając jego pretensji, z rozmachem wbiła sztylet w pośladek należący do ciała, na które nałożyła zaklęcie. Otaczający ją mężczyźni oniemieli, bo trup zrobił to co trupy na ogół nie robią. Zakwiczał dziko w nieludzki sposób.

— Oooo — zdziwił się Odo i podszedł bliżej.- Ożywieniec — wyszeptał z zachwytem.

Z zarośli zza ich pleców wypadł niespodziewanie ubrany na kolorowo rycerz.

— Czego tak wrzeszczycie! — zapytał rudzielec z gniewne. — Wróg czuwa. Płomyku schowaj się za mną — dodał, nie zwracając uwagi na wściekłe spojrzenia dziewczyny.

— Nic z tego. To żaden ożywieniec, udawał trupa — zimno powiedziała dziewczyna, ignorując poczynania rycerza, próbującego ją osłaniać własnym ciałem, raz od strony lasu, a po chwili od strony stosu.

Cała grupa zebrała się nad ciałami.

— Szpicel? — Garz z trudem odplątywał drobne nieruchome ciało od reszty umarłych.- Wydawało mi się, że ci trzymają się z dala od walczących…

Garz szybko pracował i w końcu udało mu się je uwolnić. Podniósł je i odwrócił ciało twarzą do góry. Z pomiędzy krótkich rudych włosów domniemanego nieboszczyka wyłoniła się jasna, trochę nie ludzka twarz, lekko teraz wykrzywiona. Musiał cierpieć, ale wciąż grał swoją rolę.

— Zastanawiałem się dlaczego tak łatwo nam poszło… mój miecz jakby przez niego przeszedł — zastanawiał się na głos Garz, który walczył z rudowłosym pozerem. — Magia iluzji? — spytał elfa.

Ten tylko wzruszył ramionami.

— Raczej nekromimikra.- Płomień powiedziała zamyślona i lekko pochyliła się nad stosem. — Chociaż...ma w sobie trochę magii.

Dziewczyna wyciągnęła coś z jednego z ciał. Obracała w palcach mały lśniący przedmiot.

— Już dawno czegoś takiego nie widziałam…

— A co to? — Zainteresował się elf podchodząc do dziewczyny.

— Pozwala przekazywać na inne ciało ból i czerpać z niego energię, chroniąc się przed śmiercią lub obrażeniami.

— To chyba przestało działać.

— To przez to — Dziewczyna wskazała na tatuaże wykonane metalem na ciałach zmarłych.- Magia zaczęła się na siebie nakładać.

— To ją zakłóca? — zdziwił się Charm.

— Partactwo — mruknął elf.

— Nie macie racji, on dobrze sobie radził. Nabrał mnie. Nawet śmierdzi trupem — z zachwytem stwierdził Odo.

— Jauuu! — powietrze rozdarł wrzask, gdy Płomień nagle i całkiem niedelikatnie wyciągnęła sztylet z nieprawdziwego trupa.

Drobny rudzielec do tej poty udający trupa zrezygnowany otworzył oczy. Zielone, wielkie i głębokie. Próbował się poruszyć. Zmarszczył brwi, z wysiłkiem zezując na wstążkę zawiązaną na swojej ręce.

— Jestem Manks — powiedział z głośnym westchnieniem. — Szpieg, tak jak podejrzewaliście — wyznał ze skruchą. — Dorabiam. Wiecie jak to jest… Takie czasy...Trzeba jakoś żyć…

Odpowiedział mu pomruk zrozumienia, tylko oczy Płomienia pozostały zimne.

— Kalenfor wściekł się po tym jak go potraktowaliście. Wiecie o czym mówię… -posłał im porozumiewawcze spojrzenie.

Odpowiedział mu znów pomruk, tym razem cichszy, i ukradkowe spojrzenia rzucane na dziewczynę. Charm chrząknął i niepewnie spojrzał na Manksa. Poczuł się zmuszony do przeprosin.

— Przepraszam no za to… — powiedział obejmując gestem sztylet, wstążkę i inne wyczyny dziewczyny.

Szpieg zamachał wolną ręką.

— Nie szkodzi, zagoi się … Nawet nie bolało — zamyślił się i zaprzeczył sobie. — Bolało… i to bardzo. Ale takie jest życie, to część tego zawodu — stwierdził filozoficznie. — Żałuje tylko, że nie mogłem podziwiać twoich umiejętności w walce Płomieniu — rzucił dziewczynie złośliwe, ale i pełne podziwu spojrzenie.

Płomień rzuciła z kolei wściekłe spojrzenie rycerzowi, który odpowiedział jej uśmiechem.

— Jestem Armand de Foleberjer — rycerz dwornie się ukłonił. — Nie pozwolił bym nigdy kobiecie, żeby walczyła w mojej obecności. To mój obowiązek bronić mojej Pani — rzucił Płomieniowi kolejne czułe i tkliwe spojrzenie, nie zwracając uwagi na wściekłą minę dziewczyny.- Jest taka delikatna.

Garz i Maren z trudem powstrzymali śmiech, chrząkając.

— Nie drażnij jej — teatralnym szeptem wtrącił się Charm, a widząc dziwne spojrzenia towarzyszy i kpiące uśmieszki, dodał: — Ja ją chciałem tylko rozweselić…

Płomień ignorując rycerza zwróciła się do Manksa.

— Nie jesteś zbyt lojalny.

Manks próbował wzruszyć ramionami.

— Kalenfor płaci mi grosze. Za takie pieniądze mogę szpiegować, ale nie należy oczekiwać mojej bezwzględnej lojalności… Nie zawsze tak było — westchnął. — Kiedyś byłem sławny. Nazywali mnie Złotookim Manksem. Może słyszałaś?

Płomień milczała.

— Masz zielone oczy, nie złote — trzeźwo zauważył Odo.

Manks pominął tą uwagę milczeniem.

— Nie jesteś lojalny, ale dałbyś się zabić? — z dziwnym uśmiechem spytała dziewczyna.

Manks uciekł spojrzeniem w bok. Wstążka wpiła mu się coraz bardziej w ciało. Szpieg syknął.

— Nie umarłbym…

Płomień uniosła brew. Manks jednak milczał. Wstążka wbiła się głębiej.

— Spłonął byś… — twardo stwierdziła dziewczyna, przybliżając twarz do twarzy rudzielca.

— Nie… ja nie mogę umrzeć — wielkie zielone ślepia spojrzały na nią z zaskakującym spokojem.- Mam swoje sposoby by oszukać śmierć. Żyje już naprawdę bardzo długo — uśmiechnął się jakby do swoich wspomnień.- Pamiętam dzień twoich narodzin. Znam wszystkie pieśni o tobie… — z dziwną satysfakcją patrzył dziewczynie prosto w oczy, a Płomień odwzajemniła mu się spojrzeniem, z którego nic nie można było wyczytać.

— Jeśli to prawda to faktycznie długo żyjesz — powiedziała w końcu zimnym tonem.- Tym bardziej szkoda, że umrzesz w tak głupi sposób…

— Mówiłem, że nie umrę. Jestem chroniony. A on jeszcze nigdy nie zawiódł… — rudowłosy szpieg zamilkł i wyglądał jakby ugryzł się mocno w język.

Płomień uśmiechnęła się krzywo. Wstążka wpiła się tak głęboko w ciało, że pojawiła się krew.

— Tak? A przez kogo jesteś chroniony? — pytała cichym tonem.- Jak przez Kalenfor, to musisz się postaraj o lepszą ochronę.

— Amulet — jęknął Manks, i westchnął z ulgą, kiedy wstążka rozluźniła się.

— Amulet? Jaki amulet, pokaż! — zainteresował się Garz.- Ciekawe przed czym chroni?

Niski mężczyzna szybko przeszukał Manksa, wyrzucając znalezione przy szpiegu przedmioty na ziemie. Na ziemi urósł pokaźny stos dziwnych przedmiotów, na które z największym zdziwieniem patrzył Odo.

— Przeszukałem przecież wszystkich… — mruknął. -… więc jak to możliwe…

Wszyscy ciekawie pochylili się nad własnością Manksa.

— Ale który to? — Odo z ciekawością grzebał w dziwacznych flakonikach, kamykach, woreczkach, skrawkach papierków i innych dziwnych przedmiotach. Manks ułożył pyszczek w dziwny sposób, co jeszcze bardziej upodobniło go do niezadowolonego kociaka.

— No, który? — zwrócił się do niego Garz.

Manks milczał.

— Więc będą tortury — Odo uśmiechnął się promiennie.

Manks obrzucił ich niespokojnym spojrzeniem.

— Nie mamy na to całej nocy -zauważyła dziewczyna.

— To co, zaczniemy od lekkiej perswazji? — Ganz uśmiechnął się patrząc z namysłem na szpiega.- Czy może znasz jakieś odpowiednie, rozwiązujące język czary? — zwrócił się do Płomienia.

Dziewczyna szukała wzrokiem czegoś między drzewami. Udawała, że nie interesuje jej to co się dzieje na polanie, za to zebrani mężczyźni powoli gromadzili się na jej środku.

— Najlepsze są stare sposoby… wymagające czasu i precyzji… — wtrącił Odo i dla efektu zawiesił głos.

— Wiem co masz na myśli… Łaskotki! — ryknął tryumfalnie Charm.

Manks zaskoczony aż drgnął, a Odo wyglądał na obrażonego. Reszta mężczyzn starała się ukryć uśmieszki. Lepiej było nie obrażać Charma, bo ten pielęgnował w sobie urazy bardzo długo.

— Nikt im się nie oprze — dodał z przekonaniem Charm. — Nikt z was mi nie powie że nie są skuteczne…

— Tylko niezbyt poważne… Płomień? — odezwał się Garz.

Dziewczyna zbliżyła się powoli.

— Znam jedno zaklęcie. Nawet skuteczne, ale po nim szybko wypływa życie z nieszczęśnika. — mówiąc to uśmiechnęła się zimno.- Czasem zanim zdążą wszystko powiedzieć.

— Ja znam jedną torturę… — Maren uśmiechnął się do siebie. — Chociaż właściwie to nie jest tortura…

Wszyscy spojrzeli na niego ze zdziwieniem, a zarazem zainteresowaniem. Wiele spraw elf przed nimi ukrywał, a kiedy coś ujawniał zawsze było to dwuznacznie, mroczne lub pikantne. Armand kręcący się niespokojnie, z potępieniem łypał na resztę grupy i skulonego Manksa. — Tortury są nie honorowe.- Oświadczył twardo i ponuro, z naganą w głosie.- Utnijmy mu po prostu głowę i będzie po wszystkim… — Zreflektował się szybko.- No ale wtedy nic już nic wam nie powie — wymruczał. — A po co nam zresztą jakieś głupie amulety — niezadowolony odwrócił się do wszystkich plecami udając, że obserwuje zdewastowany las.

W takich chwilach rycerz zdawał się walczyć sam ze sobą. Chciał odejść ale coś go trzymało by innych. Trudno go było rozszyfrować.

— Arm spokojnie, ja to załatwię — zawołał z krzaków Charm, które olbrzym przeczesywał w poszukiwaniu ptasich piór.- Honorowo i bezkrwawo. Jak za dawnych, dobrych czasów.

— I wszyscy umrzemy ze śmiechu — mruknął Garz. — Albo z nudów…

Manks niespokojnie obserwował Garza, wokół którego lewej ręki jaśniała niebieskawa rosnąca poświata. Niski mężczyzna lubił popisywać się swoimi zdolnościami choć czasem niespodziewanie zaczynało mu brakować energii, co zmuszało Garza do improwizacji i sięgania po wierne ostrze.

— Jeszcze chwilkę! Poczekajcie… — pokrzykiwał Charm, niszcząc krzaki i młode drzewka. — Zobaczycie, to będzie przedstawienie!

— To może ja w międzyczasie coś zaimprowizuje? — zapytał Garz i poruszył lekko palcami, między którymi pokazały się iskry.

— Mam! Znalazłem! — wrzasnął Charm wyłaniający się z krzaków i unosząc do góry trzymane w dłoni wielokolorowe pióro.

Garz jakby go nie usłyszał i przesunął dłoń, za którą ciągnęły się smugi poświaty, do twarzy szpiega.

— Powiem! — zapiszczał przerażony Manks.

— Mówiłem, że to zawsze działa — Charm tryumfował, machając Manksowi piórkiem przed nosem.

— Dlaczego ja jestem taki wrażliwy na ból? — użalał się nad sobą rudzielec.

— No dobra, który to? — Przerwał mu Garz.

Manks zmarszczył mordkę, zezując na dłoń Garza.

— To ten — niezadowolony, z wysiłkiem wykręcił głowę, zatrzymując wzrok na dziwnym, poskręcanym i wyschniętym szkielecie małego skorupiaka.

Odo grzebiący w rzeczach Manksa wyłowił wskazany przez niego przedmiot i uniósł go na dłoni do góry.

— To? — Garz spojrzał groźnie na Manksa. — Żartujesz?

— Oczywiście że nie — powiedział mały szpieg. — I wiem że nie wygląda, ale wierzcie mi to działa.

— A jak to działa? — chciał wiedzieć Odo.

— Chroni od złego, przedłuża życie…

— Od złego… — zdziwił się Maron. — Ciebie chroni?

Szpieg potwierdził. Mimo śmiertelnie poważnej miny Manksa, Garz jeszcze raz zapytał:

— Jesteś pewien, że to jest to?

— Nie ważne jak wygląda, grunt że działa — wysyczał poirytowany szpieg.

— A właśnie, no jak to działa? Co z tym robisz? — Zainteresował się Charm, biorąc do ręki amulet.- Wygląda jak truchło jakiegoś skorupiaka, albo skorpiona…

— To symbiont — zły już na poważnie Manks tłumaczył.- Łączy się z ciałem i czerpie z niego soki…

Garz skrzywił się lekko.

— Yyyy… Zupełnie jak jakaś pijawka — powiedział Odo.

— Kiedy jest najedzony — kontynuował z naciskiem Manks.- gromadzi wystarczająco dużo magii, żeby spełnić dowolne życzenie.

Wszyscy przyglądali się stworzonku.

— Ale czy to jest jeszcze żywe — z troską spytał Charm, po bliższej inspekcji zasuszonego stworzenia.- Strasznie jest wychudzony. Mało go używałeś — z pretensją zauważył i spojrzał na rudzielca.

Manks znów wzruszył ramionami.

— Mało wymagający jestem — powiedział szpieg poruszając palcami obu dłoni. — Nie używam go często. Oszczędzam go…

Dziewczyna przyglądała się szpiegowi jakby starała się sobie coś przypomnieć.

— Ale na pewno jeszcze działa? — dopytywał się Charm.

— Moje życzenie się spełniło — z naciskiem powiedział mały szpieg.- Mam go już od kilku tysiącleci…

— A właśnie, jakie miałeś życzenie? — zainteresował się Garz.

Manks spojrzał mu bezczelnie prosto w oczy.

— Nieśmiertelność — powiedział cicho.

Płomień spojrzała na małego szpiega i jego amulet z nagłym zainteresowaniem.

— Ale nadal nie wiemy czy on działa — trzeźwo stwierdził Charm i zapytał z uśmiechem: — Kto chce spróbować pierwszy jak działa ten amulet?

Olbrzym spojrzał na pozostałych. Garz zamyślony, nie zwracał uwagi na otoczenie, Odo był bardziej zainteresowany pozostałymi rzeczami Manksa, niż wypróbowywaniem na sobie amuletu. Maren stojąc w pewnym oddaleniu z lekkim uśmiechem ograniczył się do roli obserwatora. Arm zerkał od czasu do czasu przez ramie i mruczał z potępieniem, o skutkach zabaw z morfomagią.

Nagle Charm przestał się uśmiechać, bo Płomień wyciągnęła rękę po amulet. Olbrzym spojrzał w oczy dziewczyny i zobaczył w nich wyraźnie jakie wypowie życzenie. To było proste, bo było w nich tylko jedno pragnienie. Pragnienie śmierci. A to jedno życzenie nie mogło się spełnić. Ona musiała żyć. Poczuł smutek i współczucie. Nieświadomie zacisnął dłonie w pięści, a amulet zachrobotał i sucho trzasnął. Charm otworzył dłoń, ale było już za późno. Amulet został zniszczony.

— No i coś ty zrobił?! — Manks ze zdenerwowania, aż zapiszczał.- Przy mnie tyle przetrwało, ale dać w łapy niezdarze taki skarb, a od razu go zniszczy.

Jego koci pyszczek marszczył się ze złości. Wyglądał w tej chwili naprawdę niebezpiecznie. Płomień też spojrzała na olbrzyma z hamowaną wściekłością. Rozwiązała wstążkę z ramienia Manksa, a ten jak sprężyna poderwał się i jednym susem znalazł się przy Charmie.

— No przykro mi… — tłumaczył się olbrzym z niewyraźną miną. — Ale dlaczego to takie delikatne? Potężne amulety są raczej niezniszczalne… prawda?

Wysypał szczątki amuletu na dłoń Manksa.

— Mogło mi się jeszcze przydać — szpieg zrobił nieszczęśliwą minę i pociągnął nosem.- Szczęście mi przynosiło. No i przywiązałem się do niego…

Uniósł swoje wielkie zielone oczy na zgromadzonych, i ponuro oświadczy:

— Przynosicie mi pecha, wy wszyscy.

Po czym odwróciwszy się na pięcie i ruszył przed siebie w las, na co nikt nie zareagował. Garz spojrzał po wszystkich otaczających go twarzach.

— Pozwolimy mu odejść? — spytał z niedowierzaniem.- Może nas wydać…

Charm westchnął ciężko przestępują z nogi na nogę, Odo drapiąc się i mamrocząc zaczął zakrzesać ogień i tylko Arm już ruszył za szpiegiem. Płomień patrzyła się przed siebie w głąb mrocznego lasu, ale reszta kierowała się już za rycerzem. Dziewczyna wcale nie chciał zostać sama na polanie tylko starała się zapanować nad gniewem i żalem, które ją zalały. Zanim jednak zdążyła się ruszyć, w lesie zrobiło się bardzo jasno. Coś z wielką siłą i szybkością ogłuszająco uderzyło o ziemie. Ziemia się zakołysała, tak że Charm musiał się czegoś pilnie przytrzymać, a pozostali którzy nie zdołali złapać równowagę poturlali się między krzaki i pieńki.

Przez chwile było jasno jak w dzień, ale po chwili wróciła noc.

— A to co do Gront Chita było? — Charm zaklął cicho, gdy odzyskał już oddech.

Olbrzym nieufnie spoglądając na las i na ziemie. Szybko jednak otrząsnął się z szoku i zaczął się przedzierać przez zarośla, w ślad za Płomieniem i Garzem, którzy pędzili do miejsca z którego doszedł do nich niezwykłych huk.

Przed nimi płonął las. Płomień kreśląc w powietrzu jakieś znaki szybko zapanowała nad ogniem. Zanim Odo, Maren i Arm dołączyli do nich, pożar został ugaszony. Charm szedł w kierunku znieruchomiałej dziewczyny.

Płomień stała nad jakimś dziwnym poskręcanym kształtem. Dopiero po chwili dotarło do Charma, że to był Manks.

— Meteoryt — stwierdziła krótko Płomień.

— Uaa...To musiało boleć — Odo z niedowierzaniem przyglądał się temu co zostało po szpiegu.

— I pomyśleć, że ten kamień z niebios czekał na niego od kilku tysiącleci — dość cynicznie uśmiechnął się Garz.- A on popędził na jego spotkanie.

— Nikt nie wybiera sobie śmierci. To ona nas naznacza — cicho powiedział elf.

— Takie jest życie — cicho westchnął Charm.

— Właśnie — zgodził się Garz.- Czas po sobie posprzątać i w drogę.

Odwrócił się i zaczął wracać po swoich śladach, na polanę ze stosem.

— On nie miał kilku tysięcy lat — powiedziała cicho Płomień.

Charm nerwowo zaczął się rozglądać, chcąc znaleźć coś co by odwróciło jej uwagę.

— Skąd wiesz? — zapytał elf, który zawsze stawał się dociekliwy nie w porę.

— Przypomniałam sobie historię o pewnym oszuście i zabójcy — powiedziała dziewczyna, nie zwracają na nikogo uwagi i marszcząc brwi. — W mieści Mannchor był kiedyś szpieg, który nazywał samego siebie Złotookim. Szkolił młodych uliczników by go udawali i umierali za niego. Po jego śmierci ktoś przejął to miano i prowadził przez lata jego interesy. Potem kolejny i kolejny… ten mały rudzielec mógł być ostatni z nich… Powtarzał to czego go nauczono, może nawet sam w to wierzył…

— Przeznaczenia nie można zmienić? — zapytał nagle Maren, patrząc Płomieniowi prosto w oczy. — Ale co dziwne ciągle tego próbujemy. To bez sensu, prawda?

Dziewczyna nie odpowiedziała. Wrażliwy elf czuł jej emocje, ale niestety nie mógł jej pomóc. Chciał robić krok w jej stronę, ale nie potrafił przełamać swojego nabożnego lęku. Walczył ze sobą. W tym czasie Płomień milcząc i nie oglądając się za siebie ruszyła przez las.

Kierowała się na zachód do Kluden, miasta nad zatoką Zarocha gdzie podobno przechowywano Zwój, który mógł przerwać wojnę i zaprowadzić w końcu pokój. Obiecali zrobić wszystko by zakończyć krwawe walki. Odo i Arm ruszyli już za dziewczyną. Maren rzuciwszy ostatnie spojrzenie na szczątki Manksa poszedł ich śladem. Charm został jeszcze chwile przy resztkach ciała Manksa. Nie mógł zapomnieć tego co zobaczył w oczach Płomyka. Niepokoiło go to. Ale przynajmniej wściekła się. To dobrze. Była wtedy bardziej ludzka. Charm uśmiechnął się do siebie. Ojciec mu zawsze powtarzał, że wściekłej baby lepiej nie mieć za plecami, i że wściekłą babę bardzo trudno zabić.

Kiedy pojawił się Garz, idąc swoim bezszelestnym kocim krokiem, Charm był już całkiem spokojny. Ruszyli śladami grupy, a drogę im oświetlał niebieski płomień trawiący stos.

Charm wpatrywał się w smukłą, energiczną postać, która szybko szła przed siebie. Był spokojny. Płomień, jego przyjaciółka i tajemna pani nie może przecież zginąć, była zbyt ważna. Tego jednego był pewien. Będzie jej służyć jeszcze długie lata. Umrze przy jej boku.

Obiecał sobie że będzie ją chronić za wszelką cenę. Zmaże z siebie i swoich przodków wszystkie winy i grzechy. Jeśli to nie wystarczy przyjmie na siebie karę.

Kiedyś wierzył że Płomień może go ocalić. Tak wiele słyszało niej opowieści. Gdy ją poznał przekonał się że jest tylko zagubioną istota. Jej potęgą miała swoje ograniczenia. Za jej siłą kryła się słabość i samotność. Mógł tylko pomóc jej dźwigać ciężar, który na niej spoczywał. Był dumny że może jej jakoś ulżyć i pomóc w jej drodze. Na razie to mu wystarczało.

Kronika trzecia Starego Jagla utrwalona przez Ghrula XIII.

Cały rok 1070 szóstej ery obfitował w liczne anomalie i naturalne oraz te sprokurowane przez ludzi.

Rozpadające się samoistnie budowle i narodziny zwierząt, jakie jeszcze nigdy nie istniały, były zmorą we wszystkich królestwach.

Stary świat znikał, tak jak stare zwyczaje zanikały już od jakiegoś czasu. Świat zdawał się chwiać w swych posadach. Na niczym nie można było już polegać. Upadały stare dynastie.

Pojawiali się prorocy i wizjonerzy, które doprowadziły do śmierci całe narody. Każdy mędrzec wiedział, że nachodzą mroczne czasy.

Pięć starożytnych reliwii


Rod Eryk van Dorsen, wypędzony dziedzic starożytnego rodu Van Dorsenów z Wandon, nerwowo chodził od jednego filaru do drugiego największej świątyni zapomnianego boga Ussa.

Zniszczony przez rozrywki podstarzały dandys, odziany w czarny skórzany kaftan z długimi do ziemi rękawami i obcisłymi spodnimi, co chwilę poprawiał misterną fryzurę splecioną z długich płowych włosów. Mamrotał do siebie, marszczył pokryte czerwona farbą brwi, mrużył czarne oczy i pocierał nerwowo tatuaże pokrywające go od głów do stóp. Jego śniada skóra pokryta był też ranami, które zdobył w ostatnim czasie.

Cały czas był w ruchu. Zostawiając ślady w wielowiekowych pokładach kurzu i pyłu niezmordowanie krążył między pomnikami sławiącymi świetność zapomnianych od stuleci królów i bohaterów. Wirujące tumany pyłu osiadały na zdobiących wszystko wokoło drogich kamieniach i szlachetnych metalach, ale Rod Eryk van Dorsen oczami swojej dość ograniczonej wyobraźni widział już nie tyle góry zmatowiałych skarbów, co pełzających przed nim na kolanach tych wszystkich, którzy przyczynili się do jego wygnania. Bunt poddanych i intrygami zazdrosnych zawiódł go do takiego zapomnianego przez ludzi i bogów miejsca jak to, w którym tkwił od kilku dni. Dziedzic Van Dorsenów uważał, iż to co go spotkało od początku było tylko haniebnym spiskiem jego ubogich krewniaków. Tak samo jak kłamliwe zarzuty postawione mu w obecności podburzonego tłumu. Do teraz pamiętał smak swojego upokorzenia i bezsilność, kiedy odbierano mu rodowy sygnet i złoty łańcuch.

Zanim zyskał możliwość zemsty, pognębiony przez wrogów, przez cztery lata włóczył się bez celu po zakazanych miejscach, o których pamięć zatarły, wręcz beczki, wypitego alkoholu. Działo się tak, aż do pewnego dnia, kiedy przypadkiem w jednej z gospód posłuchał rozmowę dwóch starców, która odmieniła jego życie. Zarośnięci staruszkowie w dziwacznych długich strojach śliniący się nad mało apetycznie wyglądającą pieczenią, coś do siebie szeptali, ponad jego opartą o blat stołu głową. Przyciągnęli jego uwagę, kiedy po raz kolejny usłyszał powtarzany zwrot „spełnienie każdego życzenia”. To, powtarzane jak refren piosenki wyrażenie, momentalnie go otrzeźwiło. Z tego co podsłuchał, staruszkowie pragnęli młodości i bogactwa, by móc znów zażywać względów pięknych pań. Podobno po zebraniu pięciu relikwii sprowadzało się bóstwo, które musiało wypełnić żądanie wzywających go.

Kiedy upewnił się, iż usłyszał wystarczająco dużo, zagadnął ich niby przypadkiem kolejnego dnia. Udając kompletnie pijanego, spił ich i odebrał im jedną z relikwii pozwalających spełnić wszystkie życzenia. Zawsze był zdania, iż odporność nabyta przez lata picia w końcu mu się jakoś przydały.

Nowy cel pozwolił mu zabrać się energicznie do dzieła. Zaplanował już krwawe i — czego nawet on był świadom — bezsensowne akty zemsty, na każdym kto widział chwile jego słabość. Pamiętał wszystkie twarze i nazwiska, dzięki czemu określił ich losy z upiorną dokładnością, kiedy tylko będą znów w jego mocy. Od tego też czasu całą swoją uwagę i siły skupił na upartym dążeniu do celu, który przed sobą zobaczył. Dla niego zniżył się do tak poniżającego zajęcia jak spekulacja i korsarstwo by zdobyć fundusze na poszukiwania potrzebnych mu relikwii. Ludzie, których wtedy spotykał wykorzystywał do swoich celów.

Kupione, za prawdziwe góry złota, wizje i przepowiednie, gdzie szukać cennych przedmiotów, jak do tej pory, okazywały się pewne. Dlatego oczekiwanie na ostatnią relikwię tak go rozstroiło. Co chwila nawiedzało go wspomnienie przeszłego życia na rodowym zamczysku i poniżającego momentu wygnania. Świetne zorganizowanie, metodyczność i upór — o jaki nikt, kto go dawniej znał nawet by nie podejrzewał — pomagały mu zdobyć to czego pragnął, a ostatnia przeszkoda miała lada chwila zniknąć.

Aby skrócić sobie mękę czekania, wykonał już rysunek portali złożony z wielu kręgów falistych linii, jakichś figur i liter jakich nigdy wcześniej nie widział, wzorując się na rozpadającym się w rękach ze starości pergaminie. Musiał niechętnie przyznać, iż w tym zadaniu wielce pomagały mu znienawidzone w dzieciństwie lekcje rysunku. Był pewny mocy symboli, bo wywołały one już pewne efekty. Z zimną krwią obserwował ożywanie figur zdobiących świątynię i ich taniec. Energi starczył im na kilku godzinne plasy nim znieruchomiały. Nie mając co robić, porozmieszczał już nawet między dziwacznymi kształtami naniesionymi na oczyszczoną z piachu podłogę, potrzebne talizmany.

Wynajęci przez niego ludzie zajęci wydłubywaniem szlachetnych kamieni z posągów i rzucający je na stosy już tam leżące, przechodzi do kolejnych, z pasja je atakując. Pomimo gór już zgromadzonych kosztowności, chciwość w ich spojrzeniu nie zmniejszała się.

Spojrzał pożądliwie na zgromadzone cztery relikwie i ze złością znów zaklął na tego ze swoich kompanów, który miał odnaleźć ostatnią z relikwii. Oko różowego dzika, palec ognistej jaszczurki, skorupa rybiej łani, skóra wietrznego ducha. I tajemniczy Płomień. Sam już nie wiedział czemu posłał po niego tego tępego osiłka.

Gładził pieszczotliwie relikwie które spreparowano oraz misternie ozdobiono i nie mógł się już doczekać tego wszystkiego, co go miało spotkać w jego nowej wspaniałej przyszłości.

*

Rod Eryk potknął się o czyjeś nogi. Zaklął i zdziwiony spojrzał na chudego, zasuszonego mężczyznę odzianego w zbyt wielkie na niego ubranie. Szary płaszcz pustynnego podróżnika okrywał jego całą postać wraz z postumentem jednego z posągów, upodabniając go do jakiegoś zaczajonego zwierza. Nie wiadomo czemu Rod Eryk wcześniej go nie zauważył.

— A ty kto? –zapytał, jednocześnie sięgając po broń.

Zasuszony człowiek o skórze pokrytej plamami i bliznami po krostach, siedzący w pozie pełnej rezygnacji obok resztek starożytnej figury, kilkakrotnie odchrząknął zanim zachrypiały głos wydobywający się z jego gardła.

— Mówiłem już — zaczął nieprzyjemnie zawodzącym głosem zapytany. — Jestem strażnikiem tego miejsca, choć wcale nie prosiłem o ten wątpliwy zaszczyt. Jednak kiedy bóg prosi, choć to określenie nie odpowiada do końca prawdzie, i chcę cię uczynić swoim sługą, to nie można powiedzieć mu nie… I to nie tak, że nawet próbowałem… — nieznajomy chciał ciągnąć tłumaczenia, ale przerwał mu Rod Eryk

— Do kiedy tu jesteś? — rozdrażniony zapytał, wysuwając przed siebie na wszelki wypadek miecz. Coś za bardzo mu to pachniało czarami i innymi urokami, których sporo widział ostatnimi czasy.

— Od początku… Wpadliście do świątyni trzy dni temu… kazaliście mi być cicho, jeśli mi życie miłe… no i jest jak sobie życzyliście — mężczyzna w płaszczu zamilkł niespodziewanie i rozłożył ramiona.

— Nie pamiętam cię! — ze złością, zbyt głośno wyrzucił z siebie Rod Eryk, przez co odezwało się ponad nimi w kakofonii dziesiątki odbitych od ścian głosów, a łupiący figury mężczyźni obrzucili ich szybkim spojrzeniem, by po chwili powrócić do swojego zajęcia.

Mężczyzna w płaszczu pokiwał głową.

— To jedna z najbardziej zauważalnych właściwości tego miejsca. Odbiera wspomnienia i zaciera wiedze o tym co się tu dzieje. Podobno wypędzeni Czarni Mnisi przyprowadzali tu podróżnych. Wykorzystywali ich wedle swojej woli w różnych eksperymentach i niczego nie pamiętających odprowadzali na szlak — mężczyzna mocno się pochylił, pokiwał głową i chciał mówić dalej, jakby wierzył że słuchacz podziela jego fascynacje odległymi czasami.

— Dobrze, już dobrze. Możesz tu zostać, tylko nie wchodź mi w drogę — Rod Eryk groźnie machnął ręką zbywając żale chudego człowieka i przerywając mu wylewanie żalów na Czarnych Mnichów i ich lubieżne praktyki. Znów rozpamiętywał z jakim trudem zdobyte przepowiednie najlepszego wróżbity określające dokładne miejsce, gdzie znajdują się potrzebne relikwie do przywołania boskiego demona okazały się prawdziwe. I tym pocieszał się w czasie oczekiwania.

Przypominał sobie w myślach warunki przywołania, które musiało się odbyć w świątyni Zapomnianego Boga. Może w ten sposób chciano uchronić się od jego ponownego przyjścia, ale Rod Eryk nie wierzył iż cokolwiek by go teraz zatrzymało.

Kilkakrotnie powtarzanie czynności i przestawianie rzeczy uspokajało go, bo dawało mu poczucie kontroli nad wszystkim.

Musiał czekać i by zająć czas oaz myśli ciągle był w ruchu. Tak było mu łatwiej.

*

Gdy w końcu we wrotach świątyni ukazał się niezgrabny olbrzymi mężczyzna w długiej luźniej niebieskiej szacie niosący duży worek, Rod Eryk podbiegł do niego wyciągając niecierpliwie ręce po pakunek.

— No nareszcie. Na pewno masz to co trzeba?

Olbrzym z niepewną miną kiwnął głową i ociągając się, bardzo powoli wręczył mu worek. Rod Eryk z trudem odwrócił go dnem do góry i potrząsnął nim energicznie. Z worka wysypało się coś czego się nie spodziewał. Coś żywego. Człowiek, a konkretnie dziewczyna. Ubrana w szarą, prostą, dość krótką, szarą sukienkę, która mogła by nosić wieśniaczka, o biało-szarych włosach i niebieskich oczach nie wyglądała na nikogo niezwykłego. I spoglądała na nich spokojnie, jakby cały czas zdarzały jej się takie porwania. Jaśniejąca delikatną poświatą dziewczyna, powoli zbierała się z zasypanej pyłem posadzki, rozglądając się z ciekawością wokoło.

— To nie było delikatne — skarciła oniemiałego Rod Eryka.- Nie tak się traktuje starszych…

„No dobrze”, pomyślał Rod Eryk przyglądając się dziewczynie,„głupek sprowadził sobie dziewczynę, choć zupełnie dla niego nie odpowiednia, zbyt chuda i małą, no niech mu będzie, ale gdzie ten idiota ma to co miał dla mnie zdobyć?”. Tracąc resztki cierpliwość, odczekał jeszcze chwilę, aż olbrzym wyciągnie skądś to, czego pragnął tak rozpaczliwie.

— Gdzie… to jest? — ostro zaczął, ale olbrzym mu przerwał.

— Tylko ona była tam, gdzie mnie wysłałeś — powiedział osiłek i zapatrzył się w dziewczynę, jak ciele w magiczne, malowane wrota.

Dziewczyna zachowywała się jakby nigdy nic. Nie okazywała strachu tylko ciekawość, a osiłek był pod jej urokiem, nie mogąc oderwać od niej spojrzenia.

Arystokrata również podejrzliwie jej się przyjrzał, a potem wyciągnął małe zwierciadło ukazujące prawdziwe oblicze oraz postać i zbliżył je do dziewczyny. Zaświeciło podobnym blaskiem jak w pobliżu innych zgromadzonych magicznych przedmiotów. Zaskoczony odsunął się od niej. To że ona jest poszukiwaną relikwią, było najbardziej nieprawdopodobną rzecz jaką go spotkał, od kiedy udało mu się zdobyć manuskrypt z zapisem rytuału. Właściwie jego pierwszą cześć ukradł spitym do nieprzytomności starcom, wraz z relikwią i kilkoma magicznymi talizmanami. Resztę musiał zdobywać po kawałku wykorzystując miecz i spryt. Jak do tej pory manuskrypt opisywał prawdę. No tak, ale w zapiskach nie było ani słowa o tej dziewczynie…

— Ona jest żywa — z pretensją zamruczał do lusterka.

— No — z głupią miną i zachwytem w głosie potwierdził olbrzym.

— Ale dlaczego? –zapytał Rod Eryk na głos, sięgając po manuskrypt.

Olbrzym się zmieszał i nieświadomi tak przesunął się, aby osłonić dziewczynę swoim ciałem, co nie uszło uwagi Rod Eryka.

— Tak jakoś wyszło. Była tam gdzie mówiłeś, to ją wziąłem… — bąknął pod nosem.

— Może ma relikwie przy sobie? — z gasnącą nadzieją spytał Rod Eryk.

Osiłek niezgrabnie przestępował z nogi na nogę wzbijając w powietrze tumany kurzu.

— No, nie wiem. Ale raczej nie…

Coś tu było nie tak. I to bardzo było nie tak. Tymczasem dziewczyna ciekawie rozglądała się po świątyni, mrucząc coś do siebie. Rod Eryk obserwował jej przechadzkę i gorączkowo zastanawiał się jak ta sytuacja wpłynie na jego plany. Zupełnie nie rozumiał dlaczego, ta dziwna dziewczyna zwiedzając jakby nigdy nic świątynie i nie przejmując się niczym, jeszcze coś beztrosko mruczała do siebie.

— Jedyna autentyczna i sumie ostatnia świątynia Ussa...Hm, szkoda nawet mi jej…

— Wcale nie jedyna i nie ostatnia — przerwał jej zasuszony człowiek w płaszczu, idący za nią krok w krok — Ta jest tylko najłatwiej dostępna i w najlepszym stylu epoki zmierzchu Ostatnich Wielkich Królów… a pozostałe… nie ma co nawet gadać… wiele mógłbym opowiedzieć o ich budowie… — starzec skrzywił się z niesmakiem, rozkasłał się i nie dokończył widząc minę Rod Eryka.

— A ty kto? — zapytał się go rozeźlony Rod Eryk, z trudem nad sobą panując.

— Przecież już o to pytałeś… — nieznajomy tylko tyle zdążył powiedzieć, zanim uchylając się przed ciosem wściekłego mężczyzny, przezornie nie usunął się na bezpieczną odległość.

Rod Eryk nie miał ochoty za nim gonić. Miał co innego na głowie. Nie mógł nikomu ani niczemu dać się rozpraszać.

— Musimy zaczynać — powiedział w końcu Rod Eryk, gdy sam siebie przywołał do porządku, gotów nawet zabić dziewczynę jeśli to będzie konieczne.

Jego ludzie znieruchomiali gotowi jak zawsze wykonać jego rozkazy.

— Przyprowadźcie ją — wydał polecenie swoim ludziom wyjmując miecz, na który sprowadzona dziewczyna patrzyła z niezmąconym spokojem.

— Może ona musi być żywa — przemówił nagle nie pytany osiłek.

— A może martwa — zniecierpliwiony zwłoką odparł Rod Eryk, ale wątpliwość co do tego szczegółu rytuały jeszcze bardziej go rozsierdziła. Tym bardziej, że tępy osiłek twardo stał między nim a dziewczyną. Mierzyli się wzorkiem. Spojrzenie osiłka był tępe. Nie ustąpił by, więc to Rod Eryk poddał się.

— No dobra. Wszystko mi już jedno — powiedział odwracając się do narysowanych symboli. — Zaczynajmy.

Osiłek zaprowadził dziewczynę na jej miejsce. Rod Eryk rozsądnie doszedł do wniosku, iż nie ma siły na takiego głupka. Arystokrata nie mógł odgadnąć dlaczego ten bezwzględny zabójca, wykonujący każde nawet najpotworniejsze polecenie bez chwili wahania, nagle zaczął wykazywać tak daleko posuniętą samodzielność w swoim zachowaniu i dlaczego chronił właśnie tą dziewczynę. Nie podobało mu się to, ale w tej chwili nie chciał się tym zajmować.

Rozwinął manuskrypt z poczuciem narastającego oczekiwania, ale i satysfakcji.

— Co to za rytuał? — dziewczyna zbliżyła się do Rod Eryka i z ciekawieniem oraz niewinną miną zajrzała mu przez ramię w starożytny manuskrypt.- Aaaa, już wiem. — Uśmiechnęła się szeroko i bezczelnie. — Wchodzę w to.

Drgnął zaskoczony i odsuną się od piątej relikwii. Zdecydowanie ona nie powinna się tak zachowywać. To bardzo podejrzane. Ale to czego pragnął było zbyt blisko, by teraz z tego rezygnować. Pomimo wątpliwości postanowił odprawić rytuał, do którego zaczął się już szykować, kiedy zaczepił o kogoś ramieniem. Konkretnie to o zasuszonego mężczyznę, w zniszczonym płaszczu i ubraniu.

— A ty kto? — spytał ostro Rod Eryk, z trudem hamując gniew.

— Już mówiłem… powinieneś mnie pamiętać…

— Nie pamiętam cię! — wrzasnął Rod Eryk.

— Wiem… już ci to tłumaczyłem… wiele razy… — powiedział zasuszony mężczyzna beznamiętnie, jednocześnie przestawiając przedmioty w inne miejsca.- Chce tylko żeby wszystko przebiegło gładko i znów zapanował tu spokój…

Rod Eryk chciał poustawiać przedmioty na poprzednich miejscach, ale zrezygnował z tego kiedy kręgi i figury zaczęły intensywniej świecić. W myślach uspokajał się i starał skupić na tym co go czeka. Olbrzym nie spuszczał z dziewczyny wzroku, śledząc jej każdy najdelikatniejszy ruch. Rod Eryk ignorował to i wypowiedział pierwsze słowo rytuału.

Nagle w głowie usłyszał dziesiątki cichych głosów. Najgłośniejszy i najwyraźniejszy z nich bez przerwy mówił coś o jakimś „polu, które jest nie aktywne” inny głos powtarzał „że przez zakłócenia w nim każdy rodzaj magii, energii i życia zanika”. Najbardziej nieprzyjemnie wysoko brzmiący głos wykrzyczał kilkakrotnie, że ”znika to co istnieje dzięki magii i ich obecności” i na szczęście zamilkł. Oszołomiony przez chwile wsłuchiwał się w głosy, a potem wypowiedział drugie słowo.

Nim wybrzmiało dziwaczne słowo, nagle wszyscy naraz zaczęli mówić. Irytujący człowieczek, suchym i szeleszczącym jak piesek głosem robił wykłady o świątynnych stylach architektonicznych i o innych czasach oraz o ciekawostkach historycznych. Jego ludzie wykrzykiwali jakieś imiona i przekleństwa. Osiłek mruczał coś niezrozumiale. Piąta relikwia za to, śpiewnym, pięknym głosem recytowała słowa rytuału.

Bardzo mu się to nie podobało, ale nie miał przecież wyboru. A może miał? Zawahał się. Pomijając wszystko inne, skąd ta dziwna dziewczyna znała ten święty rytuał? I to tajemne formuły kultu zapomnianego na długo przed jej narodzinami? Coś tu było nie tak.

Linie z kręgów uniosły się i oplotły oraz poprowadziły ku sobie dziewczynę, która usiadła w centrum narysowanych na posadzce magicznych figur. Kręgi zmieniły się, rozrosły i przesunęły kilka przedmiotów w lewo co spowodowało, iż blask emanujący z linii jeszcze wzmógł się. Poczuł euforie kiedy dotarło do niego, że miał to czego potrzebował do spełnienia swoich pragnień. To co się działo znaczyło iż powiedzie mu się wszystko co zaplanował.

Z dreszczem podniecenia wypowiadał kolejne dwa słowa, kiedy dziewczyna marszcząc brwi przerwała mu. Powtórzyła słowo wypowiedziane przez niego przed chwilą. Chciał ją uciszyć, zbyt zniecierpliwiony, by przerywać w takim momencie, ale ona znów odezwała się wymawiając kilkakrotnie jakieś słowo. Ignorując ją, mówił dalej, ona znów poprawiła go.

— To słowo znaczy krowa, a nie chcemy przecież sprowadzić tu krowy — powiedziała pozornie słodko, z podejrzanie niewinnym spojrzeniem, dziewczyna.

— Tak, tak racja, to słowo znaczy krowa — wtrącił się zasuszony mężczyzną w płaszczu.

Rod Eryk obrzucił go zdziwionym spojrzeniem.

— A ty kim do wszystkich demonów jesteś? — Ale zanim zapytany zdążył choćby otworzyć usta, zniecierpliwiony Rod Eryk wrócił do odczytywania manuskryptu.

Podejrzliwie przyglądał się zebranym i co chwila rzucał spojrzenia na dziewczynę, ale ona tylko uprzejmie uśmiechnęła się patrząc na środek narysowanego wzoru, tam gdzie pojawiła się rysa. Poczuł podniecenie. Po chwili pod wpływem kolejnych słów rysa powiększyła się i w końcu podłoga świątyni pękła na dwie części. Po bokach szczeliny pojawiły się jakieś napisy, które według manuskryptu miały zabezpieczyć przywołującego przed niechcianymi przybyszami.

Rod Eryk czuł że świątynia zapełnia się niezwykłą energią. Szczelina w ziemi, a raczej portal, powoli otwierał się coraz bardziej, tak jak to było opisane w manuskrypcie. Teraz już prawie czuł słodki smak krwawej zemsty. Zaskoczyło go to co stało się później. Z ziemi wysunęły się widmowe przezroczyste długie ramiona, za którymi pojawiło się coś na podobieństwo głowy. Na widok sześciu gorejących oczu i paszczy pełnej wielkich kłów zmroziło go. Za to jego pomocnicy wpadli w amok i z wrzaskiem rzucili się w kierunku potwora, a potem jakby otrzeźwieli i w popłochu próbowali uciekać. To coś ich jednak błyskawicznie dosięgło gwałtownym rzutem ramion i zabiło, odrywając bez trudu dusze od ciał. Ramiona zmieniły się w długie macki, połyskujące czarnym blaskiem niczym onyks i trzymały bliźniacze, duchowe kopie jego ludzi. Te imitacje żywych stworzone z energii i ciała, które wlokły się za duszami jakby były ciągnięte przez niewidzialne sznurki nie robiły żadnego wrażenia na dziewczynie. Rod Erykowi niespodziewania przypomniał się jego młodzieńcza fascynacja mrocznymi naukami i rozważania, która połówka żywych istot jest ważniejsza. Teraz widział że eteryczne niecielesne połówki z jakich ci ludzie byli stworzeni miała władze nad ich materialnymi ciałami. Zawsze zdawało mu się, że jest na odwrót. Tymi zainteresowaniami zaraził go jeden z wujów, który potem ostro krytykował przed innymi jego eksperymenty. Gdyby wszystko potoczyło się inaczej mógłby być sławny i podziwiany. Tak przynajmniej do tamtej chwili myślał Rod Eryk. Nie mógł odpędzić się od takich bezsensownych wspomnień i myśli. Starając się nie poruszać zbyt gwałtownie spojrzał, na tych którzy pozostali przy życiu. W tym czasie z portalu wyłoniło się niezwykłe stworzenie. Widok przybysza nie zrobił wrażenia, ani dziewczynie, ani na wysuszonym starcu. Osiłek za to ignorował przybysza i wciąż wpatrywał się dziewczynę i wyglądał tak jakby niczego poza nią nie widział. Dziewczyna spojrzała na osiłka i uśmiechnęła się.

— Zachowałeś zimną krew — powiedziała. — Słusznie. Tamci zareagowali i już po nich…

Lekko poruszyła się przesuwając w stronę posągów. Wyglądało to jakby poruszało się jarzące się powietrze, a nie istota ludzka. Osiłek naśladował to co robi dziewczyna.

— On zawsze goni to co ucieka — wyjaśniła im dziewczyna.

— A najpierw prowokuje do tego by się poruszyli — uzupełnił pomarszczony mężczyzna obejmując ramieniem posąg, przy którym stał.

Skąd ona, a tym bardziej ten starzec mogli znać zwyczaje takiej bestii? Nagle poczuł jak podłoga ucieka mu spod stóp. Złapał się kurczowo strzaskanego filaru i rozejrzał szukając wyjaśnienia tej sytuacji. Niedaleko jego stóp otwarta jama wciągała zachłannie piasek, kosztowności z posagów, i z każda chwilą też coraz więcej powietrza. Silny wiatr targał ubraniem dziewczyny, która jedną ręką trzymała się tarczy jednego z posagów spoglądając z zainteresowaniem w mroczną czeluść. Na to Rod Eryk nie miał by odwagi. Portal łapczywie pochłaniał coraz więcej świątyni, rozrastając się z niepokojącą szybkością. Osiłek przywarł do posadzki, wczepiając się zakrzywionymi jak szpony palcami w jej pęknięcia.

Uczepiony kurczowo figury stary mężczyzna w płaszczu, który powiewał niczym flaga na huraganowym wietrze coś do niego krzyczał.

— Musisz… dokończyć rytuał! — dotarło w końcu do Rod Eryka.

Rod Eryk spojrzał na trzymany kurczowo manuskrypt, szarpany przez podmuchy wiatru i musiał podjąć ważną decyzję. Nie miał ochoty skończyć w tej dziurze, więc przekrzykując hałas wiatru wyrecytował do końca inwokacje do mrocznych władców.

Od razu zmieniło się natężenie nienaturalnego wiatru, a potem przycichał on coraz bardziej. Chwile to trwało, ale w końcu dziura w posadzce zaczęła zarastać i wszystko się uspokoiło. Ocalenia stanęli na nogach i otrzepywali się z pyłu.

— Co to było? — Z trudem wykrztusił Rod Eryk przez zachrypnięte od krzyku gardło.

Rod Eryk bezwiednie przyznając się do swojej niewiedzy skupiony był na stanie przyzywającego kręgu. Ten nie został zniszczony, tylko zmienił się i lekko rozrósł.

— Żeby dotrzeć do tego kogo chcesz poprosić o przysługę, trzeba się było przedostać przez kilka wymiarów — irytująco pouczającym tonem obwieścił zasuszony starzec. — W nich kryją się różne niespodzianki.

— Cóż za wspaniałe widowisko — szepnęła sarkastycznym tonem dziewczyna.

Starzec pokiwał głową.

— Faktycznie wspaniałe. Tworzenie się nowego świata lub wymiaru, polega na zasysaniu skądś budulca z wielką siłą do pustki. To naprawdę niezapomniane przeżycie — starzec uśmiechnął się dziwnie i dodał: — Kilku niedoświadczonych magów w ten sposób zakończyło swój żywot. Większości nie udało się przywołać nikogo…

Oboje wiedzieli więcej niż on. Nie podobała się Rod Erykowi myśl, że żyje tylko dzięki tej dwójce, i tym bardziej był zdeterminowany by dopiąć swego.

Właśnie miał zapytać, któreś z nich co teraz trzeba zrobić, kiedy przez posadzkę dokładnie w miejscu kręgów przeniknął jakiś kształt. Arystokrata wpatrywał się z napięciem w to coś się im ukazywało.

*

Rod Eryk ujrzał kształty, które bez przerwy się przekształcały. Widział szkielety obleczone w mięśnie wijące się w niekończących się drgawkach. Nie potrafił oderwać wzroku od tego widowiska i jak skamieniały trwał w bezruchu. Odetchnął z ulgą kiedy istoty zniknęły. Ich miejsce zajęło coś innego.

Ten stwór był znacznie wyższy niż zwykły człowiek, miał szaro czarną skórę i skrzydła, długi ogon oraz szczątkową dodatkową parę ramion. Jego twarz był zniekształcona szerokimi ustami pełnymi ostrych kłów, czterema parami oczu i ozdobiona wypustkami oraz długimi bliznami.

Ten, który się zjawił na wezwanie Rod Eryka nie zwrócił na niego na początku uwagi. Zarazem piękny i odrażająco brzydki stwór powoli wyprostował się unosząc wzrok. Jego ciało o dziwnej budowie miało w sobie jakąś obcą elegancję i doskonałe, swoiste proporcje, choć był przysadzisty. Mrużąc jedną z wielu par ognistych oczu ogarnął całość zrównując pod względem znaczenia stare zakurzone posagi, potomka rodu Van Dorsenów z Wandon, zarośniętego olbrzyma i sługę Ussa. Nie poświeciwszy żadnemu z zebranych większej uwagi utkwił spojrzenie na posagach przy ołtarzu. Jego spojrzenie ześlizgnęło się na coś co było bliżej. Zamrugał sennie powiekami i pootwierał kolejne ślepia.

Rod Eryk z wahaniem wystąpił przed trójkę żywych pozostałą w świątyni, chcąc wyłożyć swoje żądania. Jednak mętne i zarazem niewyobrażalnie okrutne spojrzenie nieludzkiej postaci na chwile go powstrzymało w miejscu, co wykorzystał zasuszony mężczyzna, by bliżej obejrzeć skrzydła bestii. Zaskoczony taką bezczelnością Rod Eryk zamarł.

Istota ich zignorowała. Wszystkie powoli otwierające się oczy bestii skupiły spojrzenie na dziewczynie. Stwór zmienił gwałtownie kolor swej skóry, przez co wyglądał jak nadęty indyk suryjski.

— Ty! — wrzasnął demon wskazując oskarżycielsko palcem ozdobionym długim szponem w dziewczynę.

— Ach, czyli jednak mnie pamiętasz — dziewczyna uśmiechnęła się z podejrzaną słodyczą.

— Nawet na dnie piekieł nie mógłbym zapomnieć o tobie, a wierz mi starałem się — wysyczał stwór.

Szarpnął się w jej kierunku, ale coś go powstrzymało. Odpowiedziała mu uśmiechem, za którym kryła się pobłażliwa kpina. Czemu drażniła się z tym stworem? Drwiła z bezsilności bestii.

— Wiesz co ja przez ciebie przeszedłem, kiedy rzuciłaś we mnie te przeklęte zaklęcia? — pieklił się przybysz. — Uwięziłaś mnie! Jak śmiałaś mi to zrobić!

— Przecież tego pragnąłeś. Potęgi i wiecznego życia — z uśmiechem, spokojnie odparła dziewczyna.

— ...ale nie w takiej postaci i nie tam! — wrzasnął wściekły przywołany stwór.

— Nie odpowiadam co sobie wyobrażałeś. Przecież przestrzegali cię, co się stanie.

— Wszyscy kłamali.

— Po prostu nie rozumiałeś co ci mówią. To nie ich wina.

Nie uspokoiło to stwora.

— Marzyłem przez wieki o tym by im odpłaci za ich kłamstwa i oszustwa… ale tylko ty jeszcze żyjesz… i to z tobą muszę wyrównać rachunki — wysyczał wściekły przybysz.

Dziewczyna nie wyglądała jak się tymi groźbami przejmowała.

— Pożałujesz że mnie spotkałaś — pieklił się skrzydlaty stwór.

— Już żałuje — mruknęła dziewczyna. — Wierz mi. Gdybym mogła nie dopuściła by do tego całego bałaganu.

Zasuszony staruszek uważnie się przyglądał ich rozmowie, z czymś co kojarzyło się Rod Erykowi z zawodową ciekawością, jaką widywał na twarzach tej rzeszy magów, wróżbitów i jasnowidzów jaką poznał zanim dostał to co chciał. Użerał się nimi dość długo by nabrać do nich żywej awersji. Czy to wszystko co przeżył zaprowadziło go naprawdę, do sytuacji i miejsca gdzie był obecnie? Nie miał szans zwrócić na siebie uwagi przyzwanej istoty. Pozostali tego go ignorowali, zajęci obserwowaniem przeciętnej dziewczyną.

— Aha czyli to ta legendarna… nie myślałem, że ją zobaczę — zamruczał do siebie wysuszony starzec. — I to na własne oczy.

Dziewczyna usłyszała to.

— Nie każdy ma taką okazję — powiedziała z kpiną.

— Dawno nie było o tobie nic słychać… — zauważył z porozumiewawczym uśmiechem starzec.

— Byłam zajęta. Co kilka stuleci muszę się jakoś zabawić, nie uważacie? — niewinnie zapytała szarowłosa. Rod Eryk nie rozumiał co się tu działo, ale nie zmierzał tracić okazji by zdobyć to czego pragnął od lat.

— To ja cię wezwałem! — wrzasnął w kierunku potwora, który niechętnie przeniósł spojrzenie jednej pary ślepi na niego.

— Czego się doczekałem… Ten słynny niepokonany Płomień sili się na sztuczną wesołość oraz uprzejmość i podstawia m tu jakiegoś pajaca.- Potwór prychną jadem i gorącym powietrzem w kierunku dziewczyny.

Choć skwierczące krople spływał po jej ubraniu paląc je, jej skórze nic jednak nie zrobiły. Powoli docierało do Rod Eryka, że może dziewczyna nie jest kimś tak zwyczajnym na kogo wyglądała.

— Ja tu jestem przypadkiem… a raczej przez ingerencję twoich tak zwanych przyjaciół, którzy umieścili mnie w rytuale przywołania cię… — wyjaśniła spokojnie dziewczyna.- Zawsze mieli dziwne poczucie humory.

Bestia wyprostowała się i przechyliła głowę przyglądając się dziewczynie i o czymś intensywnie myśląc. — Niech ja ich tylko dorwę…

— Nie dorwiesz żadnego bo albo już pomarli… albo zmienili się..

Stworowi nie spodobały się te słowa.

— Jeszcze zobaczymy… — zamruczał przywołany.

Dziewczyna pokręciła głową.

— Nie masz szans się stąd wydostać. Właściwie nie dali ci tu żadnych mocy.

Bestia napięła się zamykając i otwierając ślepia. Napinał mięśnie sapiąc ale bez skutku. Po chwili stwór jakby sklęsł i zapadł się w sobie.

— Dranie… wiedziałem że nie można im ufać — warknął potwór.- Powinienem był ich porozrywać na kawałki jak miałem okazję…

Rod Eryk zaniemówił, kiedy dotarło do niego, że tej bestii w żaden sposób nie zmusi do posłuszeństwa i spełnienia życzenia. Wyrwany ze snu lub stanu nieistnienia wściekły stwór wydał mu się nagle nie tak uległy i chętny do pomoc jak to wcześniej optymistycznie zakładał.

— Myślałem że takie istoty pragną niszczyć… że bez skrupułów mi pomożesz… zemścić się na … nich wszystkich… — zaczął wyrzucać z siebie słowa i chciał dodać coś więcej, jakieś obietnice lub pogróżki, ale taksujące, zimne spojrzenie potwora i pozostałych ludzi odebrały mu tupet i stracił wątek.

— …odpowiednim do takiego zadania byłby oddział szumowin, zabijaków, pospolitych bandytów… a nie bestia tego kalibru — wycedził cierpko zasuszony mężczyzna.

— On nawet do tego by się nie nadawał — zakpiła dziewczyna. — Nawet w tej postaci…

Z gardła stwora wydobył się warkot, a jego mina sugerowała, że choć nie ma ochoty musi być posłuszny zasadom i prawom, które go więziły. Rod Eryka zalała ochota na zwierzenia, jakby to co go wypełniało musiało znaleźć ujście. Potwór utkwił w nim spojrzenie licznych ślepi, które wypalały mu dziury w mózgu i sercu. Znów usłyszał głosy, przekrzykujące się, bezsensowne. „Zbyt wysoki poziom energii, jest niestabilna”.

— Są też inne sposoby i można wybaczyć i zapomnieć — ciągnęła dziewczyna.

— Nigdy!

— Będziesz miał wieczność by do tego dojrzeć…

— Nie doczekanie!

Rod Eryk czuł że lada chwilę wybuchnie i zacznie wyrzucać z siebie bezsensowne słowa. Był już gotowy na wszystko by dostać choć cień szansy na wyrównanie rachunków. W duchu zaczął się modlić o jakąkolwiek pomoc. Obiecywał zrobić wszystko by tylko dopiąć swego.

— Ty, nadasz się! — potwór wskazał go nagle pazurem i wyszczerzył się.

Czy to była odpowiedź na jego modlitwy?

— Uwolnij mnie! Przyjmij! — zażądał stwór a Rod Eryk zamarł.

Przez chwile Rod Eryk czuł, że nie może nie spełnić jego polecania. Kiedy, jak zahipnotyzowany przez węża ptak, arystokrata zaczął się przesuwać w kierunku bestii, zaczepił o coś stopą i przewrócił się jak długi wzbijając w powietrze tumany piasku. Powoli oszołomiony podnosił się z ziemi, czując jak oblewa go zimny pot na myśl co by się z nim stało, gdyby potwór zaczął nim kierować. Z drugiej strony jego jedyną szansą na przeżycie i zemstę było ubicie targu z przybyszem. Nie miał pewności co ten zrobi w zamian za pomoc po uwolnieniu z kręgów.

Bestia kipiała z wściekłości, ale Rod Eryk przemógł się i sformułował w myślach swoje żądania, przekonany, że bestie też go słyszy. Odpowiedział mu wrzaskliwy strumień myśli i żądań potwora. Dziewczyna zachichotała jakby potrafiła czytać w myślach i jakby słuchała ich negocjacji. Zaniepokojony Rod Eryk przysiągł sobie zabić ją, jak tylko skończy z potworem. Ponowił swoje żądanie. Czekał na odpowiedź stwora. Kiedy w końcu udało mu się dostać obietnice pomocy w realizacji zemsty, niepewnie zrobił kilka kroków w kierunku potwora.

Zasuszony staruszek poruszył się z dziwacznym chrzęstem i skierował na dziewczynę niepokojące, nieruchome spojrzenie.

— Teraz go nie powstrzymasz? — zapytał. — Wcześniej podstawiałaś mu nogę…

Dziewczyna spojrzała na starca i spokojnie sięgnęła po jakiś przedmiot z ziemi.

— Nie chciałam, żeby zrobił to pod wpływem bestii...przykro było by mi zabić go wtedy… Teraz to inna sprawa, chce to zrobić z własnej woli — wyjaśniła spokojnie przeswując przedmiot między palcami.

Dziewczyna trzymała w ręce mały strzaskany odłamek marmurowego posagu. Szybkim ruchem, który wyglądał jakby coś cięła rozjarzyła powietrze wokół znieruchomiałego starca. Zaskoczony arystokrata stanął, pomimo ponaglającego głosu bestii w głowie. Powietrze między dziewczyną i starcem zaczęło iskrzyć i napełniać się przyćmionym światłem. Obserwował jak skóra starca schnie i jak jego coraz głębsze zmarszczki układają się w litery i napisy. Wszystko co ich otaczało zaczęło wydzielać światło i pulsować ciepłem. Nigdy nawet nie słyszał o takich czarach. Oszołomiony falami energii, które go otaczały pomyślał, iż właśnie teraz w tego zasuszonego człowieka wstępuje bóg. Wyczuwał nagłe skoki energii życia, które podobno zwiastowały przybycie takich istot. Rod Erykiem z równym bezwolnym spokojem przyjął fakt, iż nie może sam decydować o sobie i że nawet nim zaczyna kierować bestia, która jakimś cudem zdołała przeniknąć ochronny krąg. Dziewczyna patrzyła na zmieniającego się starca, ze spokojem przyprawiającym o ciarki.

— Byłam ciekawa kiedy się ujawnisz… — powiedziała do tego, który przed chwilą był jeszcze tylko starym człowiekiem.

— Wiedziałaś? — Zainteresował się były starzec, obserwując uważnie Rod Eryka zbliżającego się do dziewczyny.

Ten szedł choć wcale nie chciał się mieszać w sprawy tej trójki. Poruszał się bo jakaś siła posługiwał się jego ciałem jak narzędziem. Nie wiedział do czego zostanie wykorzystany. Rzucił się na dziewczynę, bo tak chciała bestia.

— Trudno nie zauważyć. — powiedziała dziewczyna i jednocześnie zwinnie uskoczyła przed atakującym arystokratą. — Przez ciebie ten człowiek postarzał się o dziesiątki lat… czułam twoją aurę od początku.

Rod Eryk zbliżył się do starca ale ten odepchnął go od siebie tylko siłą woli.

— Hm, to widać? Nie pomyślałem o tym… — nawet głos boga stał się suchy.- Może i stracił młodość ale zyskał za to sposobności obcowania z bóstwem i wiedzę jakiej nie ma nikt poza nim… w tej chwili przynajmniej… powinien być zaszczycony…

— Jak znam ludzi, to wątpię by to docenił — odparła dziewczyna nieznacznie przesuwając się z lewo i unikając kolejnego ciosu Rod Eryka.

Jego ataki nie robił na nich wrażenia. Za kogo się mieli? Za kogo mieli jego? Nie zgadzał się na takie taktowanie.

Dziewczyna uśmiechnęła się z irytującym kpiącym błyskiem w oczach, za co Rod Eryk znienawidził ją jeszcze mocniej niż tych, którzy go upokorzyli i zdradzili. Zapragnął by bestia zniszczyła ją i dobrowolnie oddał się jej całkowicie. Był wściekły i przybysz to wykorzystał, by nic całkowicie zawładnąć. To co widział i czuł jeszcze przed chwilą oddaliło się od niego, za to zobaczył coś co go zaskoczyło. Widział chyba teraz oczami bestii, bo i dziewczyna i starzec nie wyglądali normalnie, tylko jak świetliste, szybkie cienie, na które nie mógł długo patrzeć. Nie mogli być zwykłymi ludźmi. Tylko, w taki razie, kim byli?

Zamarł uwieziony w miejscu przypominającym ciemną komnatę do której wpadały smugi światła. Podszedł do jednej ze smug. Ujrzał w niej obrazy, które wydały mu się niepokojąco znajome. Poznał zarysy swego rodzinnego domu, który zostały zrujnowany. Wycofał się przestraszony. Pragnął tego, ale jeszcze nie był gotowy na taki widok.

Krążył po komnacie i nagle dotarło do niego, że nie może zbliżyć się do środka tego pomieszczenia, gdzie był najsilniejszy promienień światła. Odwrócił się i starał nie patrzeć na smugę, ale im bardziej się wycofywał ku centrum tym większy opór wyczuwał. Nie myśląc wiele silniej natarł na barierę, która niespodziewanie pękła, a on sam wpadł w strumień obrazów. Otworzył szeroko oczy, gdy przed sobą ujrzał jakąś małą wioskę ciemnoskórych ludzi pokrytych tatuażami, którzy starali się mu przeszkodzić w dotarciu do podnóża jakiejś góry i młodzieńców, którzy wraz z nim wyrąbywali sobie drogę. Czuł zapach krwi i czuł zadowolenie, kiedy postawił stopę na starym strzaskanym stopniu wiodącym do prastarej świątyni. Jego towarzyszy wciąż ubywało, ale nie powstrzymywało go to nawet na chwile. Parł do przodu, by w końcu skryć się w mroku. Nie spodziewał się, że ktoś jest obok niego, póki kilka silnych ramion nie złapało go za ręce i nogi i zaniosło na ołtarz świątynny. Wrzeszczał i wił się, ale to nic nie dawało. Nad nim jakiś starzec unosił ręce z ostrym długim kamiennym sztyletem i miał już zatopić go w jego ciele, kiedy pojawiła się świetlista postać. Szarowłosa dziewczyna, w białej zbroi inkrustowanej czarnym złotem nieśpiesznie szła w ich kierunku. Coś powiedziała do starca, ale ten tylko gniewnie coś warkną i opuścił sztylet zagłębiając go w jego ciele. Na ten moment czekał, kiedy jego krew spływała na ołtarz recytował formułkę, którą powtarzał co rano od kiedy tylko pamiętał. Robił to co codziennie, bo tak mu kazano. To było pierwsze co nauczyła go matka i co kazała mu zapamiętać na zawsze. To co miało uczynić go tym z kogo była by dumna… czuł jak jego ciało jest rozrywane na kawałki, ale nie martwił się tym, bo wiedział, że jako bóg dostanie nowe, doskonalsze ciało. Czuł jako ono rośnie. Trzymający go ludzie z wrzaskiem uciekli, ale dopadł tych którzy nie zdarzyli zrobić tego dość szybko. Ich ciała i krew posłużyły mu do zbudowania swojego nowego, wspaniałego ciała. W świątyni została tylko dziewczyna w zbroi. Powoli nie śpiesząc się wyciągnęła krótki sztylet jarzący się fioletowym blaskiem. Rzucił się w jej kierunku, ale ona wcale nie uciekała i zanim się zorientował wbiła ostrze w jego czoło. Fala bólu i ognia zaćmiła mu spojrzenie, ale wyraźnie widział zimne spokojne oczy dziewczyny.

— Ludzkie ciało to kiepski budulec… — wyszeptała mu wprost do ucha. — Jest nietrwałe i duch taki w nim mały. — Wyczuwał, że kpi z niego, ale ostrze odebrało mu kontrole nad nowym ciałem.

Zawył, co nie zrobiło na niej żadnego wrażenia. Odsunęła się na kilka kroków i zaintonowała jakąś pieśń w tym samym języku, w którym on wykrzyczał swoje zaklęcie. Wył kiedy podłoga świątyni zaczęła go pochłaniać, ale to nic nie dało. Otoczyła go ciemność i zrozumiał, iż jest w niewoli i nic go nie uwolni… Był stracony na wieczność. Chyba że jakiś głupiec zapragnie czegoś tak mocno, że go przywoła. Trzymając się tej możliwości kazał swoim myślom niczym niciom pajęczyny dążyć w kierunku słabych umysłów by w nich zasiać wiedze o starych rytuałach, których uczyła go matka. Nie opuszczał ich póki nie przekazywali tej wiedzy dalej, a wtedy kiedy byli jak puste skorupki puszczał ich umysły, by pogrążyły się w szaleństwie. Rósł i szykował się na czas zemsty.

Strumień wspomnień w końcu zamarł i Rod Eryk znów był wolny. Zrobił chwiejny krok do przodu i wszedł w małą smużkę światła. Z góry widział świątynie na pustyni, szarowłosą dziewczynę, silnego głupka w płaszczu i boga ukrytego w ciele starca. Nie wiedział jakim cudem do tego doszło, ale tych dwoje miało nad nimi przewagę.

Dziewczyna stała nad uwolnionym bogiem przyciskając do jego piersi dziwne płynne ostrze światła. Na jej twarzy błąkał się grymas rozbawienia i kpiny.

— …popełniasz wciąż te same błędy — powiedziała z dezaprobatą, jakby popsuł jej zabawę. — To ciało jest zbyt słabe, byś miał ze mną jakieś szanse.

Stojący niedaleko starzec pokiwał głową i z chrzęstem przesunął się dalej od nich.

— Osłabienie prastarej bestii przez połączenie z człowiekiem. Ta krzyżówka nigdy nie sprawdza się… — nie wiadomo czemu zamilkł i spojrzał na dziewczynę, której oczy pociemniały. — No ale nie ma co przeciągać. Nie ma co odkładać na potem zadanie mu ostatniego ciosu. Zrób to i zapieczętuj go, bo już czas żebym odszedł.

Dziewczyna skinęła tylko głową i zanuciła coś, a Rod Eryk poczuł jakby jego głowa miała eksplodować. Nie miał pojęcia czyja głowa tak go boli i pali, jakby ktoś w niej wzniecił ogień. Krzyczał póki czarna maź nie zaczęła wypływać mu z ust, wtedy zakrztusił się i zemdlał.

*

Kiedy Rod Eryk się ocknął w ruinach świątyni zasypanej piaskiem zapadał zmierzch. Nad sobą widziała niebo pełne gwiazd. Ktoś musiał być niedaleko obok niego bo słyszał głosy. Dwoje ludzi o czymś cicho rozmawiało. Na początku nie miał siły by się wsłuchać w to co mówili, ale po chwili oprzytomniał na tyle by śledzić tok rozmowy.

Mężczyzna wysuszony na wiór zadrżał i spytał o coś młodą dziewczynę.

— Dobrze rozumiem …On po prostu podsunął głupcowi sposób na zemstę, by wywabić i sprowadzić tu stwora, a potem go porządnie uwięzić — jego głos cichł, jakby mężczyzna coraz bardziej opadał z sił.

Dziewczyna skinęła głową.

— Ludzkie ciało jest zbyt słabe, by mogli korzystać ze swoich prawdziwych mocy. Wyczerpują siły witalne człowieka zbyt szybko i kiedy ten umiera przenoszą się na kogoś innego. W ten sposób załatwiają swoje sprawy. Czasem też podsuwają coś ludziom by ci szli ścieżka, którą im wyznaczą.

Tego już było dla niego zbyt wiele. Oni mówili o nim i jego nieudanej próbie naprawienia swojego życia? Czyżby jakaś istota kierowała nim od dawna? Czy to ona zniszczyła mu życie?

— Od początku kierował moimi posunięciami? — wrzasnął w kierunku dziewczyny i starca, którego ciało podobno przez chwile zamieszkiwał bóg.

— Można tak powiedzieć — spokojnie powiedziała dziewczyna.

— To przez ciebie i jego mnie wypędzili? — zapytał zaciskając pięści z wściekłości.

— Nie, do tego poprowadziłeś sam- chłodno powiedziała dziewczyna.

Był naprawdę wściekły.

— Nie wierze!!!

— Twoja sprawa… — mruknęła jeszcze zimniej dziewczyna.

— Ale czemu ja? Czemu mi to zrobił… — wysunął przed siebie chude starcze raniona cienkie jak patyki. Zwrócił się do dziewczyny, ale ta patrzyła na niego z chłodem w oczach.

— Nawet bogowie się nudzą.

Powietrze za nią na chwile zafalowało i dziewczyna się skrzywiła. Nawet do niego dotarł bezcielesny głos, który już dziś słyszał.

— Twoje zabawy też czasem bywają irytujące i obraźliwe da nas wszystkich — zrządził bezcielesny głos. — Nie marnuj czasu tyko go zniszcz. Już nic niego nie będzie…

Starzec drgnął i zgarbił się.

— To smutne — wyszeptał.- Ale ma racje. Już po nim.

Dziewczyna uniosła brwi.

— Żałujesz go? — spytała idąc w kierunku uwięzionego w kręgu potwora, a Rod Eryk z trudem uniósł się z ziemi i powlókł za nią.

— Kto to właściwie jest? — spytał z urazą.

Szarowłosa dziewczyna spojrzała na niego z dziwnym półuśmiechem.

— Ten którego chciałeś obejrzeć, człowiek który stał się bogiem — powiedziała wyjmując skądś sztylet. — Ten którego chciałeś prosić o pomoc… A który chciał cię wykorzystać do swoich celów.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 36.83