E-book
15.75
drukowana A5
55.59
Widowiska telewizyjne

Bezpłatny fragment - Widowiska telewizyjne

Książka została utworzona z pomocą AI


Objętość:
143 str.
ISBN:
978-83-8440-533-8
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 55.59

Pagórek nad jeziorem

Gatunek: dramat realistyczny z elementami moralnego niepokoju i czarnego humoru

Czas trwania: ok. 85–90 minut (bez reklam)

Liczba aktów: 3 + prolog i epilog

Miejsce akcji: Gosławice (Konin), przełom zimy i wiosny 1989/1990

Dekoracje: realistyczno-symboliczne — główny plan to izba w domu Wacława (drewniany stół, kredens, radio, kalendarz z 1989 r.), fragment cmentarnego pagórka z krzyżami w tle, fragment nieistniejącej już gospody „Karlik” (tylko oświetlenie i dym), tunel pod pagórkiem (ciasny, oświetlony lampą naftową i latarkami)

Osoby:

— Wacław Koper (48 lat) — piekarz, człowiek praktyczny, ale z romantyczną żyłką

— Elżbieta Koper (42 lata) — jego żona, piękna, zmęczona życiem, rozdarta między lojalnością a strachem

— Bronisław „Bronek” Malinowski (52 lata) — kuzyn Wacława, były kierowca ciężarówek PKS, cyniczny, ale lojalny

— Karol „Karolek” Wiśniewski (39 lat) — najmłodszy, mechanik samochodowy, marzyciel, lubi fantazjować

— Ksiądz proboszcz Marian Zieliński (58 lat) — inteligentny, ale chciwy i ambitny, widzi w zmianach ustrojowych szansę dla Kościoła

— Podpułkownik SB / nowy „urzędnik” Jacek Róg (45 lat) — funkcjonariusz w okresie przejściowym, próbuje zachować wpływy

— Zosia (19 lat) — córka Wacława i Elżbiety, studentka pierwszego roku, idealistka „Solidarności”

— Epizodyczne role: dwóch grabarzy, sąsiadka (parafianka proboszcza), radiowy głos Wałęsy / Mazowieckiego

Prolog

(Czas trwania sceny: ok. 4–5 minut)

Ściemnienie. Jedynie wąski snop światła księżyca pada na pagórek cmentarny w Gosławicach. Krzyże i nagrobki rysują się czernią na tle tafli jeziora, która odbija zimne, blade światło. W tle słychać cichy szum wiatru i odległe szczekanie psa.

Po chwili włącza się charakterystyczny, metaliczny głos radia „Jedynka” z przełomu 1988/1989 — lekko zniekształcony, jakby dochodził z kiepskiej lampowej „dorotki”.

Głos spikera radiowego (powoli, z ceremonialną powagą)

…Towarzysze i obywatele Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej… W dniu dzisiejszym, w Pałacu Namiestnikowskim w Warszawie, rozpoczęły się obrady Okrągłego Stołu. Po raz pierwszy od czterdziestu lat przy jednym stole zasiądą przedstawiciele władzy i opozycji… Strona rządowa deklaruje gotowość do głębokich reform… Strona solidarnościowa żąda legalizacji „Solidarności”…

Głos cichnie, przerywany szumem i trzaskami.

Na pagórku pojawia się sylwetka mężczyzny — Wacław Koper. Ma na sobie zimową kurtkę z kołnierzem z sztucznego barana, beret i rękawice robocze. W prawej ręce trzyma starą, zardzewiałą metalową puszkę kawy „Mokka”. Stoi nieruchomo, patrzy na puszkę, potem na pagórek.

Wacław (cicho, do siebie, z lekkim zdziwieniem)

No patrzcie… Czterdzieści cztery lata leżałaś w mule i akurat teraz postanowiłaś wypłynąć. Jakbyś czekała na wolne wybory.

Odkręca wieczko. W środku — zwinięty, pożółkły papier, na nim odręczny rysunek tunelu i fragmentu planu sytuacyjnego z wyraźnym herbem Kwileckich (trzy lilie w pasie). Obok kilka linijek pisma odręcznego, mocno wyblakłego.

Wacław (czyta powoli, z trudem)

„…od starej lipy trzydzieści siedem kroków na wschód… potem dziewięć w lewo… wejście zamurowane na sucho… nie dla Niemca, nie dla Ruska, nie dla towarzyszy…”

Milczy chwilę. Potem parska cichym, goryczkowym śmiechem.

Wacław

Nie dla towarzyszy… No ładnie. A dla piekarza z Gosławic już można, co?

Schyla się, kładzie puszkę na nagrobku najbliższego krzyża (bezimienny, tylko data 1943). Siada na zimnej ziemi, opierając plecy o krzyż.

Wacław (do pagórka, jakby prowadził rozmowę ze starym znajomym)

Wiesz co, stary? Jakby ktoś w pięćdziesiątym drugim powiedział, że w osiemdziesiątym dziewiątym będę siedział na cmentarzu i czytał mapę do skarbu Kwileckich… to by go zamknęli w Tworkach. A teraz? Teraz to nawet księdza nie ma co się bać… no, może jeszcze trochę.

Z kieszeni wyciąga paczkę Sportów bez filtra. Zapala jednego, głęboko się zaciąga. Dym unosi się w zimnym powietrzu.

Wacław (kontynuuje, z lekką ironią)

PRL się kończy, a ja tu siedzę i myślę, czy nie wykopać sobie emerytury. Bo na tę z ZUS-u to ja sobie chyba tylko trumnę kupię. I to jeszcze z kolejką.

Z oddali słychać kolejny fragment radia — tym razem głos Lecha Wałęsy, charakterystycznie przeciągany:

Głos Wałęsy (z radia, bardzo cicho)

…my nie chcemy rozwalać, my chcemy naprawiać… ale uczciwie…

Wacław (parska, patrząc w stronę jeziora)

Uczciwie… No to właśnie dlatego ta puszka do mnie przypłynęła, a nie do sekretarza gminy. Bo uczciwość to się teraz ceni.

Wstaje powoli. Bierze puszkę, zawija papier z powrotem, zamyka wieczko. Przez chwilę waży puszkę w dłoni.

Wacław (już całkiem serio, patrząc prosto w pagórek)

Tylko powiedz mi jedno… jak już tam zejdziemy… to co ja mam z tym zrobić? Oddać państwu? Kościołowi? Sobie? Dzieciom? A może jednak spalić i udawać, że nic nie było?

Cisza. Tylko wiatr.

Wacław (ciszej, z nutą rezygnacji i jednocześnie determinacji)

No dobrze. Zobaczymy, co z ciebie wyrośnie. Ale jak tam będzie tylko zardzewiałe wiaderko po śledziach… to ja cię, pagórku, osobiście zasypię.

Robi kilka kroków w dół zbocza. Zatrzymuje się jeszcze raz.

Wacław (odwracając się, półgłosem)

I jeszcze jedno… jakbyś mógł, to nie mów nikomu, że tu byłem. Szczególnie Elce. Bo jak ona się dowie, to ja już nie wykopię tunelu… tylko grób dla siebie.

Światło na pagórku gaśnie bardzo powoli. Ostatni widoczny element — zarys krzyża i sylwetka Wacława odchodzącego w ciemność z puszką w ręku.

Głos spikera radiowego (coraz cichszy, jakby zanikał)

…historyczny moment… początek drogi do suwerennej, demokratycznej Polski…

Ciemność całkowita.

Koniec prologu

Akt I — Puszka

Scena 1 — Izba u Wacława

(Czas trwania sceny: ok. 12–14 minut)

Didaskalia

Wnętrze skromnego, drewnianego domu w Gosławicach. Styczeń/luty 1989. Duży, stary stół kuchenny pokryty ceratą w biało-czerwoną kratę. Na stole: trzy kufle z piwem (jedno już do połowy wypite), paczka Sportów, popielniczka przepełniona niedopałkami, talerzyk z resztkami śledzia w oleju, słoik ogórków kiszonych, chleb pokrojony w grube kromki. Na ścianie kalendarz „Rolnik Polski” na rok 1989 — jeszcze z widocznym zdjęciem Jaruzelskiego. Obok stare radio „Dorota” z podłączoną długą anteną zwisającą do podłogi. Z radia leci cicho audycja „Sygnały Dnia” — akurat kończy się prognoza pogody. Światło żółtawe, żarówka 60 W zwisa na kablu bez abażura. W rogu izby — wejście do piwnicy (klapa w podłodze, lekko uchylona). Na parapecie doniczka z uschniętym kaktusem i figurka Matki Boskiej Fatimskiej.

W izbie siedzą trzej mężczyźni:

— Wacław Koper (48 l.) — w swetrze z cienkiej wełny, rękawy podwinięte, na głowie beret

— Bronisław „Bronek” Malinowski (52 l.) — w dresie z lampasem, kurtka PKS-u zarzucona na oparcie krzesła

— Karol „Karolek” Wiśniewski (39 l.) — w swetrze z reniferami, okulary w drucianej oprawce zsunięte na czubek nosa

Na stole leży otwarta, zardzewiała puszka po mięsie „Morliny” i wyjęty z niej pożółkły papier.

Wacław (wskazując puszkę)

No i co powiecie? Czterdzieści cztery lata leżała w mule przy trzcinach, a teraz przypłynęła prosto do moich nóg. Jakby miała GPS.

Bronek (bierze puszkę, obraca w rękach, czyta wytłoczoną datę produkcji)

„Produkcja 1972 — Konservowy Zakład Międzyrzec Podlaski”. No ładnie. Nawet konserwa ma lepsze CV niż ja.

Karol (pochyla się nad kartką, poprawia okulary)

Patrzcie… tu jest rysunek. Tunel. Skala jeden do dwudziestu. I ten herb… trzy lilie. To Kwileccy. Sto procent.

Wacław (z lekkim uśmiechem)

Sto procent to ma ZUS jak wypłaca emeryturę. A tu jest co najwyżej sześćdziesiąt.

Bronek (czyta fragment listu na głos, z przesadną intonacją urzędnika)

„…nie dla szwaba, nie dla Iwana, nie dla towarzyszy z KC. Jeśli Polska kiedyś wróci do normalności…”

(przerywa, patrzy na kolegów)

No patrzcie, nawet w czterdziestym piątym już wiedzieli, że to się kiedyś skończy.

Karol (z entuzjazmem)

I skończyło się! Okrągły Stół idzie pełną parą. Wałęsa z Kiszczakiem siedzą przy jednym stole i dyskutują o pluralizmie. Jak wesele w remizie.

Bronek (sarkastycznie)

Pluralizm to jak w kolejce po mięso — każdy stoi w innej, a i tak nikt nic nie dostaje.

Wacław (nalewa wszystkim piwa z butelki „Tyskie” eksportowe)

Dobra, panowie. Do rzeczy. Pytanie brzmi: kopiemy czy nie?

Karol (natychmiast)

Kopiemy! Jak wolność, to wolność do końca. Nawet do cudzego złota.

Bronek (przeciągle)

A jak nas złapią?

Karol

To powiemy, że szukaliśmy węgla brunatnego. Na opał.

Bronek (śmieje się krótko)

Węgiel brunatny pod cmentarzem. Dobre. Ksiądz cię za to żywcem pochowa.

Wacław (poważnieje)

Słuchajcie. Tunel od mojej piwnicy. Stąd do pagórka jest jakieś sześćdziesiąt, siedemdziesiąt metrów. Gleba piaszczysta, nie będzie skały. Dw, trzy miesiące spokojnie.

Bronek (liczy na palcach)

Sześćdziesiąt metrów. Przy metrze na dobę… to sto osiemdziesiąt dni. Do wyborów nie zdążymy.

Karol

A po co czekać na wybory? Jak będzie wolna Polska, to nikt nam nie zabroni kopać własnego szczęścia.

Bronek (ironicznie)

Własnego szczęścia? A jak tam będzie tylko zardzewiała lodówka i dwie puszki tuszonki z pięćdziesiątego ósmego?

Wacław (spokojnie)

To przynajmniej będziemy mieli dowód, że komuna nie umiała nawet dobrze schować złomu.

Karol (z błyskiem w oku)

A jak będzie skrzynia? Złote carskie imperiały, monstrancje, kielichy, bursztynowe różańce…

Bronek (przerywa)

…i portret Bieruta w złotej ramie. Też mi skarb.

Wacław (uderza lekko dłonią w stół)

Dobra. Załóżmy, że coś jest. Co robimy?

Karol (szybko)

Pół na pół na pół. Trzy równe części.

Bronek

A jak coś będzie dla Kościoła? Tam napisali „Kościołowi albo biednym”.

Wacław (spogląda na figurkę Matki Boskiej)

My tu jesteśmy biedniejsi niż kościół. Poza tym… jak oddamy proboszczowi, to za tydzień będzie w „Słowie Polskim” artykuł: „Duchowny wspiera remont plebanii dawnym skarbem Kwileckich”.

Bronek (parska)

I jeszcze podziękują nam z ambony. „Szczególne uznanie dla braci Koper, Malinowski i Wiśniewski, którzy…”

Karol (dopowiada)

…z własnej nieprzymuszonej woli oddali na tacę dwadzieścia kilogramów złota.

Wacław (uśmiecha się pierwszy raz szeroko)

Dobra. Decyzja zapadła. Kopiemy. Ale cicho. Żadnych wózków, żadnych wywrotek. Wiaderko, taczka, kilof, łopata. I worek na urobek.

Bronek (z rezygnacją)

Czyli znowu będę nosił węgiel w nocy. Tylko zamiast do kotłowni — na cmentarz.

Karol (z uniesionym kuflem)

Za wolną Polskę. Za Okrągły Stół. I za to, żeby pod tym pagórkiem było więcej niż pusta butelka po bimbrze.

Wacław i Bronek (stukają kuflami)

Za wolną Polskę.

W tle radio — nagle głośniej:

Głos spikera

…jutro o godzinie dziewiątej rozpoczyna się kolejne posiedzenie podzespołu ds. pluralizmu związkowego…

Bronek (wyłącza radio jednym ruchem)

Dobra, wystarczy tej propagandy sukcesu. My tu mamy własny sukces do wykopania.

Wacław (staje przy klapie do piwnicy, otwiera ją szerzej)

To kiedy zaczynamy?

Karol (z entuzjazmem)

Jak tylko stopnieje śnieg. Najdalej za trzy tygodnie.

Bronek (wstaje ciężko)

Tylko jedno. Jakby co… ja nic nie wiem. Byłem w delegacji do Międzychodu.

Wacław (z uśmiechem)

Spokojnie. Jak coś, to wszyscy trzej byliśmy w delegacji.

Karol (ostatnim głosem, zanim gasną światła)

Delegacja po wolność i po złoto. Brzmi nieźle.

Didaskalia

Światło powoli przygasa. Na stole zostaje otwarta puszka i trzy niedopite kufle. Z oddali słychać ciche uderzenie kilofa o ziemię — jakby już zaczęli kopać.

Koniec Sceny 1 — Akt I

Scena 2 — Gospoda „Karlik”

(ostatnie spotkanie przed rozpoczęciem prac)

(Czas trwania sceny: ok. 10–12 minut)

Didaskalia

Wnętrze nieistniejącej już gospody „Karlik” — ostatniego wieczoru przed zamknięciem na zawsze. Marzec 1989. Niskie, zadymione pomieszczenie, drewniane stoły i ławy, na ścianach pożółkłe zdjęcia: Kwilecki z orderem przed I wojną, przedwojenny rynek w Koninie, strażacka orkiestra z lat 50., portret Bieruta z odpryskiem tynku. Nad barem wypłowiała flaga z napisem „Na zdrowie!” i tabliczka „Zawieszone do odwołania”.

Na ścianach wiszą jeszcze stare cenniki z czasów reglamentacji: wódka 120 zł, piwo 50 zł, ogórki kiszone 18 zł/kg. Światło — dwie żarówki z abażurami z brązowego papieru pakowego. W rogu stoi stary adapter „Bambino” z igłą wbitym w płytę „Przy kominku” zespołu Wałęsów.

Przy stole w kącie siedzą Wacław, BronekKarol. Na stole: trzy duże kufle „Żubra”, talerz z kiszonymi ogórkami, chleb z solą, paczka Klubowych, popielniczka z napisem „Marlboro — dziękujemy za niepalenie”. W tle cicho gra radio — akurat leci „List do M.” Perfectu.

Bronek (unosząc kufel)

Za „Karlik”. Żeby nas nie zamknęli, zanim my zamkniemy tę budę.

Wacław (stukając się)

Za „Karlik”. I za to, że jak już go zamkną, to przynajmniej będziemy mieli gdzie wspominać, jak tu kiedyś było tanio.

Karol (patrząc na ścianę)

Patrzcie — jeszcze wisi zdjęcie Kwileckiego z dubeltówką. Jakby wiedział, że za sto lat jego wnuki będą w kolejce po kartki na mięso.

Bronek (z ironią)

Jego wnuki to teraz w RFN-ie siedzą i śmieją się z nas. A my tu kopiemy pod cmentarzem, żeby mieć na nowe opony do Poloneza.

Wacław (spokojnie)

Jakbyśmy nie kopali, to i tak byśmy siedzieli w „Karliku” i narzekali. Przynajmniej mamy cel.

Karol (pochyla się nad stołem, ścisza głos)

Dobra, do rzeczy. Jutro rano schodzimy do piwnicy. Pierwsze wiaderko ziemi idzie o siódmej. Wacław, masz już łopatę?

Wacław

Mam. I kilof po teściu. Twardy jak sumienie sekretarza.

Bronek

A wywóz urobku?

Wacław

Na razie do starej szopy za stodołą. Potem rozrzucimy po działkach. Jak ktoś zapyta, powiem, że kompost robię na pomidory.

Karol (śmieje się)

Kompost z cmentarza. Najlepszy nawóz organiczny w województwie konińskim.

Bronek (z powagą)

Słuchajcie. Najważniejsze — zero śladów. Żadnych puszek po piwie przy wejściu, żadnych niedopałków. I jak Elka zapyta, czemu wracasz śmierdzący gliną, to mówisz, że…

Wacław (dopowiada)

…że w piwnicy grzybnia się rozrosła i muszę ją ręcznie usuwać.

Karol

Grzybnia. Dobre. Tylko uważaj, żeby nie powiedziała proboszczowi, że masz grzyba w piwnicy. Bo jeszcze przyjdzie z kropidłem i egzorcyzmy zrobi.

Bronek (parska)

Egzorcyzmy nad piwnicą. „W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego — won z tego tunelu!”

Wacław (uśmiecha się, ale zaraz poważnieje)

A tak serio. Jakby ktoś nas przyuważył… to co mówimy?

Karol

Że remontujemy kanalizację.

Bronek

Kanalizacja pod cmentarzem?

Karol

No właśnie. Żeby umarli mieli godne warunki.

Wacław (z lekkim uśmiechem)

Dobra. A jak już coś znajdziemy… to naprawdę dzielimy po równo?

Bronek (spogląda na kolegów)

Po równo. Ale jak będzie monstrancja albo kielich… to ja głosuję, żeby oddać do kościoła. Bo jak nas przyłapią z kielichem w ręku, to nie będzie „przestępstwo przeciwko mieniu społecznemu”, tylko profanacja.

Karol

Profanacja za 24 karaty. Brzmi ładnie.

Wacław (cicho)

Tam napisali: „Kościołowi albo biednym”. A my jesteśmy biedniejsi niż kościół.

Bronek (z przekąsem)

Kościół może i biedny, ale proboszcz już nie. Widziałem, jak nowym polonezem przyjechał na pogrzeb starej Kowalskiej.

Karol (z błyskiem w oku)

Wiesz co? Jak znajdziemy dużo… to możemy zrobić fundację. „Pomoc ubogim piekarzom z Gosławic”.

Bronek

I pierwszym projektem będzie nowa gospoda „Karlik 2”. Z neonem i piwem z importu.

Wacław (podnosi kufel)

Za fundację. I za to, żeby nam się ziemia nie zawaliła na głowy.

Wszyscy stukają się kuflami.

Karol (patrząc na ścianę z portretem Kwileckiego)

Panie hrabio… jakby pan wiedział, że pańskie złoto będzie ratowało polski socjalizm przed emeryturą… to pewnie by się pan w grobie przewrócił.

Bronek (dopija piwo)

On się już dawno przewrócił. Teraz nasza kolej.

Wacław (spogląda na zegarek)

Dobra. Ostatni raz w „Karliku”. Jutro rano zaczynamy. I pamiętajcie — cisza. Nawet jak znajdziecie diament wielkości kurzego jaja, to nie krzyczycie „mamy!”.

Karol (szeptem, z teatralnym gestem)

Mamy…

Bronek (uderza go lekko w ramię)

Cicho, idioto.

Światło powoli przygasa. Na stole zostają trzy puste kufle i talerz z resztkami ogórków. Z radia dochodzi już tylko szum i odległy głos spikera: „…w związku z obradami Okrągłego Stołu…”

Didaskalia

Ciemność. Słyszymy jedynie ciche stuknięcie kilofa o ziemię — pierwszy odgłos prac pod pagórkiem.

Koniec Sceny 2 — Akt I

Scena 3 — Spowiedź Elżbiety u proboszcza

(Czas trwania sceny: ok. 11–13 minut)

Didaskalia

Wnętrze kościoła parafialnego w Gosławicach, marzec 1989. Konfesjonał — klasyczny, dębowy, z ciemną kratką i purpurową zasłoną. Światło pada głównie przez witraże, tworząc kolorowe plamy na posadzce. Jest wczesne popołudnie, w kościele pusto. Z oddali słychać tykanie dużego zegara ściennego i ciche kapanie wody z rynny za oknem.

W konfesjonale siedzi ksiądz proboszcz Marian Zieliński (58 lat) — elegancki, zadbany, okulary w cienkiej oprawie, sutanna świeżo wyprasowana. Po drugiej stronie kratki klęczy Elżbieta Koper (42 lata) — w skromnym płaszczu, chustka na głowie, dłonie nerwowo ściskają różaniec.

Elżbieta (cicho, z wahaniem)

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

Proboszcz (spokojnie, ciepłym tonem)

Na wieki wieków. Co cię trapi, córko?

Elżbieta (milczenie, głęboki oddech)

Nie wiem, od czego zacząć… Chodzi o Wacława.

Proboszcz (lekko unosi brew, ale głos pozostaje łagodny)

Wacław… Twój mąż to dobry człowiek. Piekarz. Ludzie chleb od niego biorą i nikt nie narzeka.

Elżbieta (z nerwowym uśmiechem)

Chleb to chleb… Ale ostatnio on… on dziwnie się zachowuje.

Proboszcz

Dziwnie?

Elżbieta

Wraca z piwnicy cały w glinie. Mówi, że grzyby hoduje. Ale ja tam byłam — żadnych grzybów. Za to łopata nowa, kilof, latarka górnicza… i worek cementu, którego nigdy nie mieliśmy.

Proboszcz (lekko przechyla głowę)

Cement w piwnicy? Może bunkier buduje. Na wszelki wypadek. Ludzie teraz różnie myślą o tej nowej Polsce.

Elżbieta (ściszając głos jeszcze bardziej)

Nie bunkier, proszę księdza. Oni… oni kopią. Pod pagórkiem.

Proboszcz (nagłe milczenie, dopiero po chwili)

Pod pagórkiem… Pod cmentarzem?

Elżbieta (kiwa głową, choć ksiądz tego nie widzi)

Tak. Mówił coś o puszce, którą wyłowił z jeziora. Że tam jest mapa. Że Kwileccy coś schowali… że złoto, że monstrancje… że to dla nas, bo teraz wolno.

Proboszcz (głos nagle staje się spokojniejszy, ale napięty)

Mapa… puszka… I kto jeszcze wie?

Elżbieta

Bronek i Karolek. Trzymają to w tajemnicy. Ale ja… ja się boję. Jak władza się dowie, to go zamkną. Albo gorzej.

Proboszcz (powoli)

Władza… Władza się zmienia, córko. Niedawno jeszcze towarzysze rządzili żelazną ręką, a dziś… dziś już nawet Wałęsa z nimi rozmawia. Może i nowa Polska będzie inna.

Elżbieta (z goryczą)

Nowa Polska czy stara — a skarb to skarb. Jak coś znajdą, to zaraz ktoś im to zabierze. Albo my sami się pokłócimy.

Proboszcz (po chwili namysłu, ton bardziej rzeczowy)

Powiedz mi dokładnie… jak daleko kopią?

Elżbieta

Nie wiem. Wacław nie mówi. Ale codziennie schodzi na kilka godzin. Wraca zmęczony, ale… oczy mu się świecą. Jakby już widział te złote monety.

Proboszcz (cicho, niemal do siebie)

Pagórek… od wieków ludzie gadali. Że tam coś jest. Ale nikt nie odważył się ruszyć ziemi, na której leżą zmarli.

Elżbieta (z lękiem)

Właśnie. A jak tam naprawdę jest jaskinia? Albo grobowiec? Albo… Boże odpuść… kości?

Proboszcz (ostro, ale opanowanie)

Nie bluźnij, córko. Tam jest miejsce poświęcone. Nawet jeśli Kwileccy coś ukryli, to nie wolno naruszać spokoju wiecznego.

Elżbieta (szeptem)

Wiem. Dlatego przyszłam. Co ja mam zrobić?

Proboszcz (dłuższa pauza, kalkulujący ton)

Na razie nic nie rób. Nie mów Wacławowi, że tu byłaś. Obserwuj. I jak coś się zmieni… jak wyjdą na powierzchnię ze skrzynią… wtedy przyjdź. Natychmiast.

Elżbieta (z wahaniem)

A jeśli… jeśli oni naprawdę coś znajdą?

Proboszcz (spokojnie, ale z naciskiem)

Jeśli znajdą… to nie jest ich własność. To własność historii. Kościoła. Państwa. A przede wszystkim — spokoju sumienia. Nie mogą tego zatrzymać dla siebie.

Elżbieta (cicho)

A my? My nie mamy prawa do lepszego życia?

Proboszcz (łagodniej, ale stanowczo)

Masz prawo do uczciwego życia, Elżbieto. Nie do cudzego złota. Nawet jeśli leżało w ziemi czterdzieści lat.

Elżbieta (milczenie, potem bardzo cicho)

Boże, odpuść mi… bo ja… ja trochę chciałabym, żeby coś znaleźli.

Proboszcz (nie od razu odpowiada; słychać tylko jego spokojny oddech)

Pokusa jest ludzka. Ale grzech zaczyna się wtedy, kiedy człowiek przestaje walczyć z pokusą.

Elżbieta (z rezygnacją)

Więc co mam robić?

Proboszcz

Módl się. I patrz. A jak będzie trzeba… powiesz mi wszystko. Każde słowo. Każdą godzinę, kiedy schodzą pod ziemię.

Elżbieta (bardzo cicho)

Tak… zrobię.

Proboszcz (przechodząc na formułę)

Bóg Ojciec miłosierny, który pojednał świat ze sobą przez śmierć i zmartwychwstanie Syna swego i zesłał Ducha Świętego na odpuszczenie grzechów, niech ci udzieli przebaczenia przez posługę Kościoła…

Elżbieta

Amen.

Proboszcz (ciszej, już poza formułą)

Idź w pokoju. I pamiętaj — pagórek milczy. Niech tak zostanie.

Didaskalia

Elżbieta wstaje powoli. Zasuwa purpurową zasłonę. Proboszcz zostaje sam w konfesjonale. Przez chwilę siedzi nieruchomo. Potem powoli wyjmuje z kieszeni sutanny mały notes i długopis. Zapisuje jedną linijkę: „Koper — tunel — cmentarz”. Zamyka notes. Patrzy w stronę witraża z Matką Boską.

Proboszcz (półgłosem, do siebie)

Czterdzieści lat czekałeś… i akurat teraz się odezwałeś.

Światło gaśnie bardzo powoli. W tle słychać odległy dźwięk dzwonu — godzina 15:00.

Koniec Sceny 3 — Akt I

Akt II — Tunel

Scena 1 — Piwnica / początek tunelu

(Czas trwania sceny: ok. 12–15 minut)

Didaskalia

Piwnica pod domem Wacława, marzec–kwiecień 1989. Ciasne, wilgotne pomieszczenie oświetlone jedną żarówką na przedłużaczu i dwiema latarkami górniczymi przymocowanymi do drewnianych belek. W tle radio tranzystorowe „Koliber” oparte na skrzynce po piwie, nastawione na Program Pierwszy Polskiego Radia — cicho gra ludowa melodia, przerywana komunikatami o zbliżających się wyborach. Podłoga pokryta warstwą wilgotnej ziemi, w rogu stos worków z urobkiem, kilofy, łopaty i wiadra. Tunel — wąski, niski korytarz wykopany na kilka metrów w głąb, podparty deskami z rozbiórki starej stodoły. Powietrze ciężkie od pyłu i potu.

Trzej mężczyźni w roboczych ubraniach: Wacław z latarką na czole, kopie kilofem; Bronek ładuje ziemię do wiadra; Karol podaje narzędzia, ocierając pot z czoła. Wszyscy zmęczeni, ale podekscytowani. Z radia dochodzi głos spikera: „…4 czerwca odbędą się pierwsze częściowo wolne wybory do Sejmu i Senatu…”.

Wacław (wbijając kilof w ścianę tunelu, dysząc)

No dalej, stary pagórku. Jeszcze parę metrów i pokażesz, co masz w brzuchu. Jakbyś był jak ta nasza gospodarka — pełen obietnic, a w środku dziura.

Bronek (wrzucając ziemię do wiadra, z sarkazmem)

Gospodarka? Patrzcie, jeszcze niedawno za takie gadanie szło się siedzieć w areszcie. A teraz? Teraz nawet Mazowiecki w telewizji mówi o reformach, a my tu kopiemy własny plan Marshalla.

Karol (podając łopatę, z entuzjazmem)

Plan Marshalla pod cmentarzem! Dobre. Jak znajdziemy złoto, to ja zakładam pierwszą prywatną piekarnię w Gosławicach. Z croissantami, nie z kajzerkami z kartki.

Wacław (śmieje się krótko, ocierając czoło)

Croissanty? Najpierw znajdź mąkę bez kolejki. A jak już, to pamiętaj o podatku od luksusu. Bo złoto to luksus, a my tu jesteśmy luksusowi górnicy.

Bronek (przysiada na wiadrze, zapalając Sporta)

Luksusowi… W tej dziurze? Czuję się jak w kopalni Wujek, tylko bez premii za przodownictwo. I bez ORMO, które by nas pilnowało.

Karol (pochylając się do tunelu, świecąc latarką)

Patrzcie! Tu jest jakaś skałka. Może to wejście do jaskini? Albo… albo grób jakiegoś Kwileckiego, co nie chciał dzielić się majątkiem.

Wacław (podchodzi, ogląda)

Grób? Jak grób, to może i trumna ze skarbem. Ale jak szkielet wyskoczy, to ja mówię: „Dzień dobry, towarzyszu hrabio, my tu po pensję”.

Bronek (parska dymem)

Hrabia w trumnie. A my go budzimy w środku transformacji ustrojowej. „Panie hrabio, witamy w wolnej Polsce. Proszę, oto pana złoto — minus VAT i podatek od spadku”.

Karol (kopiąc dalej)

VAT? Co to VAT? Jeszcze nie wprowadzili. Ale jak wprowadzą, to nas opodatkują nawet za powietrze w tym tunelu.

W tle radio — głośniej:

Głos spikera

…opozycja solidarnościowa przygotowuje listy kandydatów. Lech Wałęsa apeluje o spokojny przebieg wyborów…

Wacław (zatrzymuje się, nasłuchuje)

Słuchajcie… Wybory 4 czerwca. Jakbyśmy zdążyli przed nimi, to może i zagłosujemy bogaci. Albo przynajmniej z monetą w kieszeni.

Bronek (ironicznie)

Bogaci? Jak znajdziemy, to nas aresztują za „spekulację walutą obcą”. Bo złoto to waluta, a waluta to dewizy, a dewizy to UB.

Karol (z błyskiem w oku)

UB? UB się kończy. Teraz to nowa Polska. Może i skarb nam wolno będzie zatrzymać. Jak prywatną własność.

Bronek (wstaje, bierze łopatę)

Prywatna własność… Dobre. Jeszcze niedawno prywatna własność to był sklepik z warzywami, a nie skrzynia złota pod cmentarzem. Ale fakt — czasy się zmieniają. Wczoraj towarzysz, dziś pan.

Wacław (kontynuując kopanie)

Zmieniają… Tylko żeby nam się tunel nie zmienił w pułapkę. Jak ziemia runie, to nas pochowają za darmo. Tuż obok pagórka.

Karol (śmieje się)

Za darmo? Proboszcz jeszcze tacę weźmie. „Za spokój dusz poszukiwaczy skarbów — sto złotych od łebka”.

Bronek (ładując kolejne wiadro)

Sto złotych… A jak inflacja skoczy, to będzie tysiąc. Słyszałem w radio — hiperinflacja nadchodzi. Lepiej złoto niż złotówki.

Wacław (z powagą, ale z nutą humoru)

Złoto… Jak nic nie będzie, to przynajmniej mamy historię do opowiadania wnukom. „Dziadkowie kopali tunel w osiemdziesiątym dziewiątym, a znaleźli… demokrację”.

Karol (uderzając kilofem)

Demokrację w skrzyni. Z herbem Kwileckich.

Bronek (ostatni, dysząc)

Tylko żeby ta demokracja nie była pusta jak obietnice przedwyborcze.

Didaskalia

Światło przygasa powoli, skupiając się na tunelu. Radio gra cicho hymn „Solidarności”. Mężczyźni kopią dalej, ich sylwetki nikną w mroku. Odgłosy uderzeń kilofów rytmicznie mieszają się z muzyką.

Koniec Sceny 1 — Akt II

Scena 2 — Proboszcz u „nowych władz”

(Czas trwania sceny: ok. 10–12 minut)

Didaskalia

Biuro administracji w Koninie, kwiecień 1989. Skromne pomieszczenie z biurkiem zawalonym papierami: wnioski o paszporty, podania o przydział mieszkania, plakaty wyborcze „Solidarności” obok starych haseł „Budujemy socjalizm”. Na ścianie kalendarz z wizerunkiem Mazowieckiego i Wałęsy, zegar ścienny tyka głośno. Okno wychodzące na jezioro, przez które widać odległy pagórek cmentarny. Światło dzienne, filtrowane przez brudne firanki.

Przy biurku siedzi Jacek Róg (45 lat) — w szarym garniturze, krawat poluzowany, na biurku termos z kawą i paczka Caro. Wchodzi ksiądz proboszcz Marian Zieliński (58 lat) — w sutannie, z aktówką w ręku. Róg wstaje, podaje rękę, gestem zaprasza do krzesła naprzeciw.

Róg (z profesjonalnym uśmiechem)

Proszę księdza, witam w nowej rzeczywistości. Kawy? Chociaż to nie ta z Pewexu, ale przynajmniej bez kartek.

Proboszcz (siadając, kiwając głową)

Dziękuję, ale nie. Przyszedłem w sprawie pilnej. Nie dla kawy, a dla spokoju… wiecznego.

Róg (unosząc brew, siadając z powrotem)

Spokój wieczny? Brzmi jak tytuł kazania. Ale skoro ksiądz tu jest, to pewnie nie o duszę moją chodzi. Co się dzieje w Gosławicach?

Proboszcz (pochylając się lekko, ściszając głos)

Pagórek. Ten na cmentarzu. Od wieków stoi, a teraz… ktoś go narusza. Kopią tunel. Pod ziemią świętą.

Róg (milczy chwilę, potem parska cicho)

Tunel pod cmentarzem? Jak w tym filmie „Wielka ucieczka”, tylko zamiast Niemców — umarli. Kto kopie? I po co?

Proboszcz (wyjmując notes z aktówki, ale nie otwierając go)

Trzech miejscowych. Piekarz Wacław Koper, jego kuzyn Bronek Malinowski — były kierowca PKS, i Karol Wiśniewski, mechanik. Szukają skarbu Kwileckich. Legenda stara jak zamek w Gosławicach. Że tam złoto, dzieła sztuki, co przed Niemcami, Ruskimi i… naszymi schowali.

Róg (zainteresowany, opiera się o biurko)

Kwileccy… No proszę. Arystokracja w socjalizmie. A skąd ksiądz wie? Spowiedź?

Proboszcz (z lekkim uśmiechem)

Tajemnica spowiedzi to świętość. Ale parafianie gadają. A ja słucham. To profanacja, panie Róg. Naruszenie spokoju wiecznego. Cmentarz to nie kopalnia węgla brunatnego.

Róg (ironicznie)

Profanacja… W starej Polsce byście ich ekskomunikowali. W nowej — może dostaną dotację na archeologię amatorską. Ale poważnie: jeśli tam coś jest, to państwo ma pierwszeństwo. Nie jacyś piekarze z łopatami.

Proboszcz (z naciskiem)

Państwo? Czy Kościół? Tam może być monstrancja, relikwie. Kwileccy byli pobożni. A w liście, co ponoć znaleźli, pisali: „Kościołowi albo biednym”.

Róg (śmieje się krótko)

Kościołowi albo biednym… Dobre. W PRL-u wszyscy byliśmy biedni, a Kościół bogaty w dusze. Ale teraz? Teraz to nowa Polska. Okrągły Stół, reformy. Może i skarb pójdzie na fundusz wyborczy.

Proboszcz (poważniejąc)

Nie żartujmy. Trzeba przerwać. Dyskretnie. Jak ich złapią, to skandal. A jak znajdą… to co? Podział: jedna część dla państwa, jedna dla Kościoła, jedna dla… doradców?

Róg (spoglądając w okno, na pagórek)

Doradców… No proszę, ksiądz myśli po nowemu. Ale fakt — dyskretnie. Nie chcę milicji z pałami pod cmentarzem. Ludzie gadają o wolności, a tu nagle SB… przepraszam, nowa administracja interweniuje.

Proboszcz (z lekką ironią)

Nowa administracja. Dawniej mówiliście „towarzyszu”, teraz „panie doradco”. Ale metody te same. Więc co proponujecie?

Róg (rozważając)

Obserwacja. Ja wyślę kogoś… zaufanego. Jak wejdą głębiej, wkroczymy. Oficjalnie: ochrona dziedzictwa narodowego. A nieoficjalnie… podzielimy się informacją. Kościół dostanie, co święte. Państwo — co świeckie.

Proboszcz (kiwa głową, ale oczy mu błyszczą)

Święte i świeckie… Jak w Okrągłym Stole. Jedni dostają władzę, drudzy — nadzieję. Ale zgoda. Tylko szybko. Bo jak oni coś wykopią, to w Gosławicach będzie rewolucja większa niż w czerwcu.

Róg (wstając, podając rękę)

Rewolucja pod pagórkiem. Dobre na tytuł gazetowy. „Solidarność” by to wydrukowała. Ale spokojnie, proszę księdza. Załatwimy to po cichu. Jak dawniej.

Proboszcz (ściskając dłoń, z nutą goryczy)

Po cichu… W nowej Polsce wszystko po cichu. Nawet skarby.

Didaskalia

Proboszcz wychodzi. Róg siada z powrotem, sięga po telefon. Wybiera numer, mówi cicho: „Tak, to ja. Sprawdźcie pagórek w Gosławicach”. Światło przygasa powoli, skupiając się na widoku pagórka za oknem. W tle słychać odległy dźwięk radia: „...przygotowania do wyborów 4 czerwca trwają…”.

Scena 3 — Konfrontacja w domu Wacława

(Czas trwania sceny: ok. 10–12 minut)

Didaskalia

Izba w domu Wacława, wieczór, maj 1989. Pokój oświetlony słabą żarówką wiszącą na kablu, na stole resztki kolacji: chleb, smalec, ogórki kiszone w słoiku, butelka oranżady „Ptysia”. Na ścianie kalendarz z wizerunkiem Jaruzelskiego przekreślonym markerem, obok plakat wyborczy „Solidarności” z Wałęsą. Radio na parapecie gra cicho „Dziennik Telewizyjny” — akurat relacja z kampanii wyborczej przed 4 czerwca. W tle słychać odległe uderzenia kilofa, ale cichnące.

Wacław wchodzi z piwnicy, cały w glinie i pyle, ociera pot rękawem swetra. Elżbieta stoi przy piecu, nerwowo mieszając herbatę w szklance. Jej twarz zdradza napięcie. W rogu izby siedzi Zosia (19 lat), przeglądając ulotki wyborcze, ale nie bierze udziału w rozmowie — jest tylko świadkiem.

Wacław (zdejmując buty, z westchnieniem ulgi)

No, na dziś wystarczy. Jeszcze parę dni i będziemy w środku. Jak w tym dowcipie o budowie socjalizmu — kopiesz, kopiesz, a na końcu wychodzisz na drugą stronę muru berlińskiego.

Elżbieta (nie patrząc na niego, cicho)

Wacław… Musimy porozmawiać.

Wacław (siadając przy stole, nalewając sobie herbaty)

Porozmawiać? Teraz? Jestem zmęczony jak po zmianie w hucie. Ale dobra, mów. Co tam w kolejce po mięso usłyszałaś? Że Wałęsa wygra i da każdemu po samochodzie?

Elżbieta (waha się, potem siada naprzeciw, ściskając szklankę)

Nie o Wałęsie. O tobie. O tym… tunelu.

Wacław (zamiera, patrzy na nią ostro)

Tunel? Jaki tunel? Elka, ty wiesz o tunelu?

Elżbieta (spuszczając wzrok)

Wiem. Od dawna. Widziałam łopatę, glinę na butach. I tę puszkę schowaną w kredensie.

Wacław (wstając powoli, głos napięty)

I co? Komu powiedziałaś? Sąsiadce? Czy może od razu do gminy?

Elżbieta (cicho, z drżeniem)

Do proboszcza. W spowiedzi.

Wacław (milczenie, potem wybucha śmiechem gorzko-ironicznym)

Do proboszcza! No proszę. My tu kopiemy dla lepszego jutra, a ty biegniesz do konfesjonału. Jak w starym PRL-u — jedna połowa rodziny w partii, druga w kościele. Tylko że teraz partia się kończy, a kościół zostaje.

Elżbieta (podnosząc głos, z desperacją)

Bo się boję! Co jeśli was złapią? Milicja, SB… przepraszam, nowa administracja. Zamkną cię, a ja z Zosią zostanę z pustym kontem w PKO. I co wtedy? Kolejka po zasiłek?

Wacław (chodzi po izbie, gestykulując)

Boisz się? A ja się nie boję? Kopiemy w ciemno, pod cmentarzem, z deskami z rozbiórki, bo nowych nie ma na kartki. Ale to szansa, Elka! Na nowe życie. Jak te wybory — może i nie wygramy wszystkiego, ale choć trochę wolności sobie wykopiemy.

Elżbieta (z goryczą)

Wolności? A co z sumieniem? Proboszcz mówił, że to profanacja. Że pagórek to miejsce święte, nie skarbiec dla piekarzy.

Wacław (z sarkazmem)

Proboszcz! Ten sam, co zbiera na nową plebanię, a jeździ polonezem z Pewexu? On by pewnie sam kopał, gdyby sutanna nie brudziła się gliną. Myślałem, że chociaż ty będziesz po naszej stronie. Że zrozumiesz — po czterdziestu latach stania w kolejkach zasługujemy na coś więcej niż talon na buty.

Elżbieta (wstaje, podchodzi do niego, łzy w oczach)

Zrozumiem? Ja rozumiem, Wacław. Ale co jeśli tam nic nie ma? Albo gorzej — jeśli jest, i przyjdzie po to nowa władza? Albo stara, w nowych mundurach? Pamiętasz ’81? Stan wojenny, a my z chlebem na kartki.

Wacław (spokojnieje nieco, kładzie rękę na jej ramieniu)

Pamiętam. Ale teraz jest inaczej. Radio mówi o reformach, o rynku. Może i skarb Kwileckich to nasza reforma. Dla nas, dla Zosi.

Zosia (z rogu, cicho, pierwszy raz)

Tato… A jak nas aresztują przed wyborami? Nie zagłosujemy.

Wacław (obraca się do córki, z wymuszonym uśmiechem)

Nie aresztują. Bo my nie jesteśmy kontrrewolucjonistami. Jesteśmy… poszukiwaczami szczęścia. Jak ten cały Okrągły Stół — siedzimy w dziurze i negocjujemy z ziemią.

Elżbieta (ciszej, z rezygnacją)

Obiecaj, że przestaniesz. Albo przynajmniej… poczekaj na wybory.

Wacław (patrząc jej w oczy, poważnie)

Nie mogę. Ale obiecuję — jak coś pójdzie źle, to ja wezmę winę. Ty i Zosia będziecie czyste jak kartka z wyborów.

Elżbieta (milczy, potem kiwa głową)

Boże… Tylko nie mów Bronkowi i Karolowi, że wiem.

Wacław (z lekkim humorem, by rozładować napięcie)

Nie powiem. Ale jak znajdziemy złoto, to kupię ci nową pralkę. Automatyczną. Bez kolejki.

Didaskalia

Elżbieta uśmiecha się blado. Wacław siada z powrotem, nalewa herbatę. Radio w tle: „…kandydaci opozycji przygotowują się do debaty…”. Światło przygasa powoli, skupiając się na twarzy Elżbiety — mieszanka strachu i nadziei. Odgłosy kopania cichną całkowicie.

Koniec Sceny 3 — Akt II

Scena 4 — Najgłębszy punkt tunelu

(Czas trwania sceny: ok. 10–12 minut)

Didaskalia

Najgłębszy odcinek tunelu pod pagórkiem cmentarnym, maj 1989. Ciasny, wilgotny korytarz oświetlony trzema latarkami górniczymi przymocowanymi do hełmów i jedną lampą naftową na drewnianej skrzynce. Ściany podparte deskami, ziemia wilgotna, powietrze ciężkie od pyłu. W tle małe radio tranzystorowe „Koliber” nastawione na Program Pierwszy — cicho słychać relację z przygotowań do wyborów 4 czerwca: „…kandydaci opozycji apelują o frekwencję…”. Trzej mężczyźni: Wacław z kilofem w ręku, Bronek z łopatą, Karol świecący latarką w głąb. Nagle kilof Wacława przebija cienką warstwę ziemi — ściana runie z hukiem, odsłaniając małą niszę. W środku: zardzewiała skrzynka pancerna, rozsypane złote carskie monety, srebrna monstrancja z wygrawerowanym herbem Kwileckich (trzy lilie), pożółkły list z 1945 r. leżący na wierzchu.

Wacław (dyszy ciężko, ociera pot, patrząc na niszę)

No proszę… Pagórek w końcu otworzył brzuch. Jakby czekał na te wybory, żeby nam pokazać, co komuna schowała.

Bronek (pochyla się, podnosi jedną monetę, ogląda pod światłem latarki)

Carskie imperiały! Z Mikołajem II na awersie. Patrzcie, złoto jak nowe. A my tu myśleliśmy, że znajdziemy tylko kartki na mięso z czterdziestego piątego.

Karol (z entuzjazmem, wyciągając monstrancję ostrożnie)

Monstrancja! Srebro, herb Kwileckich. To musi być warte tyle, co roczna pensja sekretarza gminy. Albo dwie, jak inflacja skoczy.

Wacław (bierze list, rozkłada go drżącymi rękami, czyta na głos)

„...jeśli Polska kiedyś wróci do normalności, oddajcie to Kościołowi albo biednym. Nie dla szwaba, nie dla Iwana, nie dla towarzyszy. Bóg z Wami. 1945.”

(przerywa, patrzy na kolegów)

Normalność… No, pagórek, akurat teraz? Jak Wałęsa z Kiszczakiem siedzą przy stole i dzielą Polskę jak placek.

Bronek (śmieje się gorzko, wrzucając monetę do kieszeni)

Kościołowi albo biednym… My tu jesteśmy biedniejsi niż mysz kościelna. A proboszcz? On by to pewnie sprzedał na nową dzwonnicę i jeszcze podziękował z ambony: „Dzięki braciom poszukiwaczom, mamy teraz złoto na tacę”.

Karol (liczy monety szybko)

Dziesięć… dwadzieścia… Trzydzieści imperiałów! I ta skrzynka — pewnie pełna. Jakby Kwileccy wiedzieli, że w osiemdziesiątym dziewiątym będziemy kopać ich emeryturę. Zamiast czekać na ZUS.

Wacław (z triumfem, ale ostrożnie)

Triumf! Panowie, jesteśmy bogaci. Jak ci nowi biznesmeni z bazaru Różyckiego. Tylko zamiast sprzedawać dżinsy z Turcji, my mamy złoto z caratu.

Bronek (z ironią, podnosząc skrzynkę)

Bogaci… A co z podatkiem? W nowej Polsce pewnie wprowadzą VAT na skarby. „Proszę państwa, za znalezisko pod cmentarzem — dwadzieścia procent do skarbu państwa”.

Karol (parska)

VAT na monstrancję! „Towar święty, ale opodatkowany”. A my? My podzielimy po równo. Ja zakładam warsztat z importowanymi częściami, Bronek — nową ciężarówkę, Wacław — piekarnię z croissantami.

Wacław (uśmiecha się szeroko, klepie ich po ramionach)

Croissanty zamiast bułek na kartki. Dobra, pakujemy. Ale cicho — jak w kolejce po mięso, kiedy rzucą schab.

Didaskalia

Chwila triumfu: mężczyźni śmieją się cicho, pakują znalezisko do worka. Nagle — z zewnątrz tunelu słychać hałas: kroki, głosy, światła reflektorów przenikają przez wejście. Krzyki: „Stać! Milicja! Administracja! Nie ruszać się!”. Radio w tle głośniej: „…wybory 4 czerwca to szansa na nową Polskę…”.

Bronek (zamiera, szeptem)

No nie… Jakby pagórek miał alarm. Albo proboszcz zainstalował telefon do nowej władzy.

Karol (panicznie, chowając monetę)

Uciekać? Ale dokąd? Do jeziora?

Wacław (z rezygnacją, ale z humorem)

Spokojnie. Powiemy, że to remanent po Kwileckich. Albo że jesteśmy z komisji wyborczej — szukamy zaginionych głosów.

Didaskalia

Światła reflektorów zalewają tunel. Mężczyźni podnoszą ręce. Krzyki narastają: „Wyłazić! Ręce do góry!”. Radio milknie z trzaskiem. Scena tonie w chaosie świateł i cieni.

Koniec Sceny 4 — Akt II

Akt III — Pagórek milczy

Scena 1 — Przesłuchanie

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 55.59