Przedmowa
Zdarzają się książki, które czyta się z zapartym tchem, śledząc kolejne tropy kryminalnej zagadki. Zdarzają się książki, które przenoszą czytelnika w świat, gdzie rzeczywistość splata się z tym, co nieuchwytne, gdzie granice między tym, co ludzkie, a tym, co wykracza poza nasze rozumienie, stają się płynne. A potem zdarzają się książki, które robią jedno i drugie — i czynią to z taką maestrią, że nie sposób o nich zapomnieć.
„Widły” są właśnie taką książką.
Już od pierwszych stron autor wciąga nas w świat Głuchowa Dolnego — zapadłej, prowincjonalnej wsi, która wydaje się zamknięta w swoim własnym, odrębnym czasie. Jest tu miejsce na sielankę, na woń wilgotnej ziemi i skrzypienie studni, na wiejskie plotki i codzienne zmagania z życiem. Jest tu jednak także miejsce na coś znacznie mroczniejszego — na atmosferę gęstniejącego niepokoju, który narasta z każdą kolejną stroną, na strach, który ma twarz znajomą, a przez to tym bardziej przerażającą.
Akcja rozgrywa się w rytmie wyznaczonym przez dwa pozornie odległe od siebie światy. Z jednej strony mamy surowy, bezwzględny porządek wiejskiej społeczności, w której każdy każdego zna, a tajemnice są jak ziarno wysiewane w milczeniu — kiełkują latami, by w końcu wydać plon, którego nikt nie chciałby zbierać. Z drugiej — mamy mistycyzm sięgający głęboko w pokłady dawnych wierzeń, gdzie ofiara i kara splatają się w rytuale tak starym, że nie pamiętają go już nawet kamienie.
Młoda nauczycielka Magda, która trafia do Głuchowa Dolnego, uciekając przed własną, osobistą traumą, jest naszym przewodnikiem po tym świecie. To poprzez jej oczy obserwujemy narastające napięcie, poprzez jej wątpliwości zadajemy sobie pytania, które z czasem stają się coraz bardziej natarczywe: kto tak naprawdę dzierży władzę w tej wsi? Jakie tajemnice skrywa plebania? I co sprawia, że kolejne kobiety znikają, a wieś — ta sama wieś, która tętni życiem za dnia — nocą zapada w ciszę, która ma ciężar ołowiu?
Autor mistrzowsko buduje napięcie, stopniowo odkrywając przed czytelnikiem kolejne warstwy tej opowieści. To, co na pierwszy rzut oka wydaje się zwykłą historią kryminalną — seryjnym mordercą działającym na odludziu — z czasem przeradza się w coś znacznie głębszego. Bo „Widły” to nie jest książka o tym, kto zabił. To książka o tym, dlaczego mógł zabijać. I o tym, co sprawia, że w pewnych miejscach, w pewnych społecznościach, zło znajduje sobie podatny grunt, by rozkwitnąć.
Niezwykle silnym punktem tej powieści jest jej bohaterka. Magda to postać, która nosi w sobie własne demony, a jej przyjazd na wieś nie jest przypadkowy — to ucieczka przed przeszłością, która wciąż depcze jej po piętach. To czyni ją nie tylko wiarygodną, ale i bliską czytelnikowi. Jej determinacja, by nie milczeć tam, gdzie inni od lat chowają głowę w piasek, jest siłą napędową tej historii. To dzięki niej wieś — ta sama wieś, która nauczyła się żyć w cieniu, który na nią pada — wreszcie zaczyna zadawać pytania.
Warto podkreślić, jak umiejętnie autork łączy ze sobą dwa pozornie sprzeczne gatunki. Z jednej strony mamy tu kryminał w najlepszym wydaniu — tropienie mordercy, analizowanie poszlak, budowanie napięcia w rytmie policyjnej procedury. Z drugiej — fantasy, które nie jest tu ozdobnikiem, ale głęboko osadzonym w miejscu akcji pierwiastkiem. To nie jest magiczna fikcja dla samej fikcji. To sięgnięcie do archetypów, które od wieków drzemią w zbiorowej świadomości, do rytuałów i wierzeń, które nigdy tak naprawdę nie umarły, a jedynie zapadły w sen.
I wreszcie — język. Autor pisze prozą, która jest zarazem literacka, jak i niezwykle plastyczna. Opisy wsi, pól, lasu, cmentarza w noc Wszystkich Świętych — to fragmenty, które zapadają w pamięć na długo. Jest w tym realizm, ale jest też coś więcej — magia miejsca, który sprawia, że Głuchów Dolny staje się nie tylko tłem wydarzeń, ale ich niemym, a jednak wymownym uczestnikiem.
„Widły” to powieść o pamięci, która jest silniejsza niż strach. O sprawiedliwości, która nie zawsze przychodzi tą drogą, którą byśmy sobie wybrali. I o tym, że czasem, by pokonać zło, trzeba najpierw nauczyć się mówić. Głośno. Wyraźnie. Nawet jeśli głos drży.
To książka, która porusza, zmusza do myślenia i pozostaje z czytelnikiem na długo po przewróceniu ostatniej strony. Lektura obowiązkowa dla miłośników kryminału, dla fanów literatury fantasy osadzonej w realnym świecie, ale przede wszystkim — dla wszystkich, którzy wierzą, że nawet w najmroczniejszych zakątkach ludzkiej duszy może zaświecić światło pamięci i nadziei.
Polecam z całego serca.
Rozdział 1: Spowiedź
Głuchów Dolny, środa, połowa października
Magda wiedziała, że nie powinna tu wracać. A jednak stała przed drewnianymi wrotami kościoła Świętej Barbary, wciągając w płuca zapach wilgotnych liści i zbutwiałego drewna, i czuła, że nie ma dokąd pójść.
Jej buty ugrzęzły w błocie po kostki. Wiejska droga za nią ciągnęła się pustką — szare niebo zlewało się z szarą ziemią, a w oddali, gdzieś za stodołami, szczekał pies. Pies szczekał tym samym ochrypłym, monotonnym tonem od trzech tygodni, odkąd tu przyjechała. Magda zaczynała podejrzewać, że ten pies jest jedyną stałą w jej nowym życiu.
— Pani Magdaleno? — głos dobiegł zza wrót, ciepły i spokojny, jakby ktoś nalał jej do uszu wrzącego mleka. — Słyszę pani kroki od pięciu minut. Zimno. Niech pani wejdzie.
Zawahawszy się, pchnęła wrota.
Kościół był mały, barokowy, zbudowany z kamienia i cegły, którymi oszczędny wiejski murarz połączył je w sposób przypominający niezręczne szycie grubą igłą. Wnętrze pachniało kadzidłem, woskiem i czymś jeszcze — czymś głębszym, starszym, czymś, co przypominało Magdzie piwnicę jej babci. Zapach ziemi. Zapach rzeczy, które gniją powoli, z godnością.
Konfesjonał stał z lewej strony nawy, przy ścianie, pod obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, której twarz była tak sczerniała od dymu świec, że wyglądała jak węgiel. Sam konfesjonał był potężny, ciemny, rzeźbiony w jakieś liście akantu i anielskie głowy, które przez lata przyjęły w siebie tyle wilgoci, że ich rysy rozpłynęły się w coś na wpół ludzkiego, na wpół roślinnego.
Magda podeszła i uklękła na drewnianej podstawce.
Klapa zaskrzypiała, gdy się za nią zamknęła.
Ciemność wewnątrz była absolutna. Magda czuła drewno pod palcami, czuła swój własny oddech, który odbijał się od ścianek konfesjonału i wracał do niej ciepły, jakby ktoś szeptał jej do ucha jej własnymi słowami.
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus — powiedziała, choć głos jej zadrżał.
— Na wieki wieków, amen — odpowiedział ksiądz.
Głos był blisko. Bardziej, niż Magda się spodziewała. Siedział tuż za kratką, niewidzialny w ciemności, ale tak blisko, że mogłaby wyciągnąć rękę i dotknąć jego sutanny. Wstrzymała oddech.
— Dawno mnie pani nie było — powiedział ksiądz Antoni.
To nie było pytanie.
— Tydzień — odparła Magda.
— Wiem. Liczę. — W jego głosie pojawił się cień uśmiechu, ciepłego, ojcowskiego uśmiechu, który słyszała już trzy razy. — Każdą owieczkę się liczy. To obowiązek pasterza.
Magda zacisnęła dłonie na kolanach. Pod spodniami od dresu czuła szorstki materiał, pod spodniami — własne mięśnie spięte jak gotowe do skoku zwierzę.
— Ostatnio skończyliśmy na tym — zaczął ksiądz, a jego głos zmienił ton, stał się bardziej miękki, bardziej intymny, jakby wpuszczał ją do pokoju, do którego nikt inny nie miał wstępu. — Na pani lęku przed powrotem do Łodzi. Na tym chłopaku, który… jak to pani ujęła? „Nie chciał zrozumieć, że to koniec”.
— To było dwa lata temu.
— Dwa lata to nic dla duszy — powiedział ksiądz. — Dla Boga to mgnienie. Dla rany — czasem dopiero początek.
Magda podniosła głowę, choć i tak nic nie widziała. W ciemności konfesjonału jej własna twarz wydawała się nie istnieć. Była tylko głosem. Była tylko słowami.
— Nie chcę o tym mówić — powiedziała.
— Więc o czym pani chce mówić?
Zamilkła.
Gdzieś nad nią, w kościele, skrzypnęła belka stropowa. Magda wyobrażała sobie kościół pusty, zimny, z wygaszonymi świecami, tylko jedna lampka paliła się przed tabernakulum, rzucając czerwonawe światło na marmurowy stopień. Wyobrażała sobie siebie w konfesjonale, z zewnątrz — małą, skuloną sylwetkę w granatowej kurtce, z włosami związanymi w niedbały kok. Wyobrażała sobie, jak musi wyglądać z perspektywy tych anielskich głów o rozpływających się rysach: jak cień. Jak coś, co próbuje zniknąć.
— Pracuję w szkole — powiedziała w końcu.
— Wiem. Nasza mała szkoła. Trzydzieścioro dzieci. Cieszymy się, że przyjechała pani z miasta, z dyplomem. To dla naszej wsi wielki zaszczyt.
Magda poczuła, że powinna się uśmiechnąć, ale nie mogła. Jej twarz była sztywna.
— Dzieci są… — szukała słowa — inne.
— Inne? — Głos księdza nabrał odrobiny rozbawienia. — Na wsi dzieci są jak źrebaki. Trochę dzikie, trochę nieokrzesane, ale szczere. W mieście, jak pani mówiła, dzieci bywają… jakie? Starsze niż powinny?
— Tak.
— Tu nie ma takich. Tu dzieciństwo trwa. Aż do pierwszej komunii, a potem… — przerwał, jakby coś ważył — potem szybko się dorasta. Za szybko.
Magda usłyszała szelest. Ksiądz się poruszył. Może zmienił pozycję, może pochylił się bliżej. Miała wrażenie, że słyszy jego oddech. Cichy, regularny, jak oddech kogoś, kto czeka.
— Co się dzieje we wsi? — zapytała nagle.
Pytanie wisiało w powietrzu dłużej, niż powinno.
— Jak to? — odparł ksiądz.
— Mówię… — Magda zacisnęła dłonie. — Dzieci w szkole rozmawiają. O tym, że kobiety znikają.
Cisza.
Gdzieś w kościele stuknęło. Może mysz. Może wiatr uderzył gałęzią w witraż. Magda czekała, czując, jak serce bije jej w gardle, czując, że przekroczyła jakąś granicę, której nie powinna była przekraczać.
— To przykre sprawy — powiedział w końcu ksiądz Antoni, a jego głos był teraz zupełnie inny. Stracił tę miękką, pasterską jakość. Stał się rzeczowy, prawie urzędowy. — Prowadzi śledztwo policja. Nie powinniśmy o tym mówić w konfesjonale.
— Dlaczego?
— Bo to nie są sprawy dla Boga. To są sprawy dla ludzi.
Magda poczuła, że zaraz coś powie. Coś, czego nie może cofnąć. Ale zanim otworzyła usta, ksiądz odezwał się pierwszy:
— Pani Magdaleno. Ja panią rozumiem. Przyjechała pani z miasta, gdzie pani… — zawahał się — gdzie pani doświadczyła czegoś, co zachwiało pani wiarą w mężczyzn. W porządek. W sprawiedliwość. I teraz przyjeżdża pani na wieś, gdzie znów coś się dzieje, czego pani nie rozumie, i pani szuka wzoru. Szuka pani tego, co pani zna.
— Nie szukam wzoru.
— Szuka pani. — Teraz jego głos był stanowczy, prawie surowy. — I pani myśli, że ten wzór jest wszędzie. Ale nie jest, pani Magdaleno. To, co się dzieje w Głuchowie Dolnym, to nie jest pani przeszłość. To jest coś innego.
— Skąd ksiądz wie?
— Bo wiem, co się dzieje w mojej parafii.
Magda poczuła, jak coś w niej pęka. Nie strach, nie złość — coś innego. Coś, co kazało jej zapytać wprost:
— Ilu?
— Słucham?
— Kobiet. Ile kobiet zginęło?
Ksiądz Antoni milczał przez chwilę. Magda słyszała, jak przesuwa różaniec w dłoniach — charakterystyczny suchy dźwięk drewna o drewno.
— Cztery — powiedział w końcu. — Cztery zamężne kobiety. W ciągu ostatnich trzech miesięcy.
— Cztery — powtórzyła Magda. Liczba zawisła między nimi jak kamień.
— Policja mówi o seryjnym mordercy — ciągnął ksiądz, a w jego głosie pojawił się dziwny ton, jakby mówił o czymś, co go nudzi. — Ale my na wsi wiemy swoje.
— Co znaczy „swoje”?
— Że to nie jest zwykły morderca. To nie jest ktoś z zewnątrz.
Magda wstrzymała oddech.
— Ktoś stąd?
— To nie jest rozmowa na spowiedź — powiedział ksiądz ostro. — Pani przyszła oddać Bogu swoje grzechy, nie słuchać moich domysłów.
— A jeśli to ma związek? — wyrwało się Magdzie. — Jeśli moje grzechy mają coś wspólnego z tym, co się tu dzieje?
Cisza, która zapadła, była inna niż wszystkie poprzednie. Była gęsta, ciężka, jakby powietrze w konfesjonale zamieniło się w wodę. Magda czuła, że ksiądz patrzy na nią przez tę kratkę. Nie widziała go, ale czuła jego wzrok na swojej twarzy, na swoich dłoniach, na swoim gardle.
— Niech pani mówi — powiedział w końcu.
I Magda zaczęła mówić.
Mówiła o Łodzi. O mieszkaniu na Widzewie, o pracy w szkole podstawowej nr 14, o wieczorach spędzanych sama z książkami i serialami. Mówiła o Tomaszu, który pojawił się na radzie pedagogicznej jako nowy nauczyciel wychowania fizycznego, o jego uśmiechu, który wydawał się taki łatwy, taki bezpieczny. Mówiła o tym, jak zmieniał się powoli, jak najpierw krytykował jej znajomych, potem jej rodzinę, potem jej sposób ubierania się, potem jej sposób myślenia. Mówiła o tym, jak przestała dzwonić do matki, bo po każdej rozmowie musiała się tłumaczyć przez godzinę. Mówiła o tym, jak nauczyła się chodzić tak, żeby nie skrzypiała podłoga, żeby go nie obudzić, jak nauczyła się nie płakać przy nim, bo płacz go wściekał.
— Aż w końcu — powiedziała Magda, a jej głos był suchy, płaski, jakby mówiła o kimś innym — uderzył.
— Co pani zrobiła? — głos księdza był cichy.
— Uciekłam. Tej samej nocy. Pojechałam na dworzec, wsiadłam w pierwszy pociąg, który jechał na południe. — Zaśmiała się krótko, gorzko. — Wysiadłam w Radomiu. Pracowałam w sklepie. Potem w przedszkolu. Potem zobaczyłam ogłoszenie — szkoła w Głuchowie Dolnym szuka nauczyciela. Pomyślałam: im dalej, tym lepiej.
— I co z Tomaszem?
— Nie wiem. — Magda poczuła, że po policzku spływa jej łza. Otarła ją szybko, jakby bała się, że ksiądz ją zobaczy. — Zablokowałam numer. Przeprowadziłam się. On nie wie, gdzie jestem. Chyba.
— Dlaczego pani mówi „chyba”?
— Bo… — Magda przerwała. Coś w niej krzyczało: nie mów tego, nie mów tego, to nie miejsce, nie czas. Ale usta otworzyły się same. — Bo ostatnio, idąc do szkoły, czułam, że ktoś za mną idzie. Oglądałam się — nikogo. Ale czułam. I w nocy, kiedy nie mogę spać, słyszę kroki pod oknem. To pewnie jakieś zwierzę, pewnie pies, ten co zawsze szczeka, ale…
— Ale boi się pani, że to on.
— Tak.
— I boi się pani, że to, co dzieje się we wsi — te kobiety, te morderstwa — ma związek z pani ucieczką? Że pani tu przyciągnęła… coś?
Magda nie odpowiedziała. Siedziała w ciemności, czując, jak łzy płyną swobodnie, nie ocierając ich już. Czuła się obnażona. Czuła się, jakby ksiądz zdjął z niej skórę i oglądał każdy nerw, każde źle zrośnięte włókno.
— Pani Magdaleno — powiedział ksiądz Antoni, a jego głos był teraz bardzo blisko, tak blisko, że Magda czuła ciepło bijące od kratki — pani nie jest winna. Ani temu chłopakowi, ani tym kobietom. Pani jest ofiarą. Ofiara nie pociąga za sobą zła. Ofiara przyciąga tylko tych, którzy chcą jej pomóc.
— A jeśli nie chcę pomocy? — wyszeptała Magda.
— Wszyscy jej chcemy. Nawet jeśli myślimy, że nie.
Przez chwilę słychać było tylko jej oddech i szelest różańca w dłoniach księdza.
— Za grzechy, które pani wyznała — powiedział w końcu — dam pani pokutę. Trzy Zdrowaśki za to, że pozwoliła pani, by strach oddalił panią od Boga. I jedno: niech pani ufa. Nie mnie, nie policji, nie sąsiadom. Niech pani ufa swojej intuicji. Jeśli coś wyda się pani nie tak — jeśli poczuje pani, że coś jest nie w porządku — niech pani przyjdzie. Do mnie. O każdej porze.
— Nawet w nocy?
— Zwłaszcza w nocy.
Magda przełknęła ślinę. Coś w tym zdaniu było nie tak. Coś, czego nie potrafiła nazwać. Ale była zmęczona, tak bardzo zmęczona, że nie miała siły analizować.
— Dziękuję — powiedziała.
— Niech pani idzie z Bogiem.
Wysunęła się z konfesjonału, mrugając w blasku lampek przed ołtarzem. Jej nogi były sztywne, kolana bolały od klęczenia. Wyprostowała się, poprawiła kurtkę.
Ksiądz Antoni wyszedł z drugiej strony konfesjonału.
W świetle wyglądał inaczej, niż Magda go sobie wyobrażała. Był wysoki, szczupły, miał siwe włosy przycięte krótko, twarz pociągłą, pooraną zmarszczkami, które wyglądały jak ślady po uderzeniach pioruna. Jego oczy były jasne, prawie przezroczyste, i patrzyły na Magdę z uwagą, która wydawała się nieproporcjonalna do sytuacji. To było spojrzenie chirurga, który wie, gdzie ciąć.
— Pani Magdaleno — powiedział, kładąc dłoń na jej ramieniu. Dłoń była ciężka, ciepła. — To, co się dzieje w naszej wsi, jest karą.
— Karą?
— Za grzechy. Za zapomnienie o starym porządku. — Uśmiechnął się, ale uśmiech nie sięgnął jego oczu. — Ale niech się pani nie martwi. Pasterz zawsze chroni swoje owieczki.
Magda cofnęła się o krok, wysuwając się spod jego dłoni.
— Muszę już iść — powiedziała. — Jutro lekcje.
— Oczywiście. Niech pani pamięta: konfesjonał jest otwarty w każdą środę. I zawsze znajdzie się dla pani czas.
Kiwnęła głową i ruszyła w stronę drzwi. Jej kroki odbijały się echem od kamiennych płyt, niosły się pod sklepieniem, wzbijały do ołtarza, gdzie tabernakulum lśniło złotem w ciemności.
Była już przy drzwiach, gdy usłyszała jego głos:
— Pani Magdaleno.
Odwróciła się.
Ksiądz Antoni stał przy konfesjonale, z rękami splecionymi na piersi. Światło lampek padało na niego od dołu, rysując na jego twarzy głębokie cienie, które sprawiały, że wyglądał jak wyrzeźbiony z tego samego dębu, co konfesjonał.
— Niech pani nie wychodzi po zmroku sama — powiedział. — Wieś nie jest bezpieczna dla samotnych kobiet.
— Dziękuję za radę — odpowiedziała Magda i wyszła.
Za drzwiami uderzyło ją zimno. Październikowy wiatr wiał od pól, przynosząc zapach gnijących ziemniaków i dymu z kominów. Magda wciągnęła ten zapach głęboko, jakby chciała wypłukać z płuc kadzidło i wosk.
Szła szybko wzdłuż drogi, mijając chałupy z cegły i drewna, mijając zardzewiałe płoty, mijając studnię z korbą skrzypiącą na wietrze. Gdzieś w oddali wciąż szczekał ten sam pies. Albo inny. Nie umiała rozróżnić.
Dopiero gdy zamknęła za sobą drzwi swojego mieszkania na poddaszu starej szkoły, pozwoliła sobie odetchnąć.
Usiadła na łóżku, wciąż w kurtce, i wpatrywała się w swoje ręce. Drżały. Cała drżała.
Przypomniała sobie słowa księdza: Ofiara przyciąga tylko tych, którzy chcą jej pomóc.
A potem: Niech pani nie wychodzi po zmroku sama.
I w końcu, najdziwniejsze: To, co się dzieje w naszej wsi, jest karą.
Magda położyła się na łóżku, nie rozbierając się. Przez okno na poddaszu widziała niebo — czarne, bez gwiazd, zaciągnięte chmurami, które wisiały nisko nad dachami Głuchowa Dolnego.
Zasypiając, pomyślała o czymś, co nie dawało jej spokoju od chwili, gdy wyszła z konfesjonału.
Ksiądz Antoni powiedział, że zginęły cztery kobiety.
Ale dzieci w szkole mówiły o pięciu.
Pięć kobiet. Cztery zamężne. I jedna, która nie była zamężna. Młoda. Przyjezdna. Która zniknęła miesiąc temu, zanim Magda w ogóle pojawiła się w tej wsi.
Czy ksiądz o niej nie wiedział? Czy zapomniał?
Czy nie chciał o niej mówić?
Magda zamknęła oczy. Za oknem pies wreszcie przestał szczekać. W ciszy, która zapadła, usłyszała coś innego.
Kroki. Pod oknem.
Oddech. Kogoś, kto czeka.
Kogoś, kto liczy.
Każdą owieczkę się liczy. To obowiązek pasterza.
Ostatnią myślą, zanim zapadła w niespokojny sen, było: On nie mówił o mnie jak o nauczycielce. On mówił o mnie jak o owieczce.
A potem wszystko zniknęło w ciemności, która nie była już ciemnością konfesjonału, ale czymś głębszym, czymś, co miało kształt wideł i zapach krwi.
Gdzieś na wsi, wśród pól, wiatr przygiął suche badyle do ziemi. I znowu zaszczekał pies.
Ale to już inna historia.
Rozdział 2: Wieczór Wszystkich Świętych
Głuchów Dolny, cztery tygodnie później, 1 listopada
Cmentarz w Głuchowie Dolnym leżał na wzgórzu za kościołem, otoczony murem z polnego kamienia, który pamiętał czasy, gdy te ziemie należały do austriackiego zaborcy. Magda stała przy bramie i patrzyła, jak tysiące zniczy migoczą w ciemności jak oczy zwierząt czających się w lesie. Płomienie odbijały się w mokrych od deszczu nagrobkach, tworząc iluzję, że kamienie płyną, że ziemia pod stopami faluje jak woda.
— Pani z miasta nie przywykła do naszych wiejskich zwyczajów? — głos dobiegł z prawej strony, ciepły i zachrypnięty od papierosów.
Magda odwróciła się. Stała przed nią kobieta około pięćdziesiątki, w granatowym płaszczu z futrzanym kołnierzem, trzymająca w jednej ręce wielki wieniec ze sztucznych kwiatów, a w drugiej — zapalniczkę. Jej twarz była okrągła, rumiana, przecięta głęboką bruzdą uśmiechu, która jednak jakoś nie docierała do oczu. Oczy były małe, czarne i ruchliwe jak dwa chrząszcze.
— Boję się tylko, że zgubię drogę powrotną — odparła Magda uprzejmie. — Tyle świateł. Człowiek nie wie, gdzie patrzeć.
— To i dobrze — kobieta przysunęła się bliżej, a Magda poczuła zapach naftaliny i czosnku. — Niech pani patrzy na te światła, pani Magdo. Niech się pani nimi napatrzy. Bo za tydzień, dwa, zgasną, i znowu będzie tylko ciemność i te… — wskazała głową w stronę pól za cmentarzem — te, co w ciemności chodzą.
Magda otworzyła usta, żeby zapytać, co ma na myśli, ale kobieta już ruszyła w głąb cmentarza, lawirując między nagrobkami z gracją, która zdawała się nie przystawać do jej korpulentnej sylwetki. Po chwili zniknęła za wielkim grobowcem z czarnego marmuru, na którym wypisano złotymi literami: „Świętej Pamięci Mieszkańcy Głuchowa Dolnego Polegli w Obronie Ojczyzny”.
Magda wciągnęła głęboko powietrze. Pachniało dymem, zmarzniętą ziemią i chryzantemami — tym mdłym, ciężkim zapachem, który kojarzył jej się wyłącznie z listopadem i końcem. Owinęła się szczelniej wełnianym szalem i ruszyła między groby.
Nie miała tu nikogo, kogo mogłaby odwiedzić. Żaden nagrobek nie nosił nazwiska, które coś by dla niej znaczyło. Przyjechała na cmentarz, bo tak wypadało — w małej wsi, gdzie wszyscy wszystkich obserwują, nieobecność w dniu Wszystkich Świętych byłaby komentarzem sama w sobie. Już i tak mówiono o niej, że jest „niedotykalska”, że „zadziera nosa”, że „z miasta przywiozła swoje porządki, a tu nikt jej nie potrzebuje”. Lepiej było stać w deszczu przy cmentarnej bramie, udając, że szuka się właściwej alejki, niż dać sąsiadom kolejny powód do plotek.
— Pani Magdaleno!
Odwróciła się gwałtownie. Na ścieżce za nią stała młoda kobieta z dzieckiem na ręku — dziewczynką może trzyletnią, ubraną w różowy kombinezon i wełnianą czapkę z pomponem. Dziecko spało, wtulone w matczyny kark, a jego oddech unosił się w zimnym powietrzu jak mała, biała chmurka.
— Halina? — Magda rozpoznała matkę jednego ze swoich uczniów, chłopca o imieniu Kacper, który w zeszłym tygodniu przyniósł do szkoły martwego kota w plecaku, twierdząc, że to „prezent dla pani”. — Dobry wieczór.
— Dobry wieczór, proszę pani. — Halina podeszła bliżej. Była szczupła, blada, miała ciemne kręgi pod oczami i ten specyficzny, przygaszony wyraz twarzy, który Magda nauczyła się rozpoznawać u kobiet na wsi. Zmęczenie. Nie to zwykłe, fizyczne, ale głębsze — zmęczenie latami życia z kimś, kto codziennie zabiera ci kawałek światła. — Córka mi zachorowała, nie mogłam przyjść po Kacpra wcześniej, to chciałam…
— Kacper wrócił do domu o normalnej porze — uspokoiła ją Magda. — Poszedł z innymi dziećmi. Widziałam go około piętnastej przy sklepie.
Halina odetchnęła z wyraźną ulgą.
— To dobrze, to dobrze… Bo mąż mówił, że go nie było, jak wrócił z pola, i się martwiłam…
— Mówiłam pani, że dzieci zawsze chodzą gromadą — wtrącił się nowy głos, męski, niski, z chropowatą nutą.
Magda podniosła wzrok. Za Haliną stał mężczyzna około czterdziestki, w roboczym kombinezonie wyświeconym na kolanach, z twarzą pooraną zmarszczkami jak zoranym polem. Trzymał w ręku znicz w szklanym słoju — najtańszy, z marketu, z etykietą, na której ktoś napisał flamastrem „Mama”.
— Witold — przedstawił się, podchodząc do Haliny i kładąc jej ciężką dłoń na ramieniu. Kobieta wzdrygnęła się ledwo zauważalnie, ale nie cofnęła. — Mąż Haliny. I ojciec tego łobuza Kacpra.
— Miło mi — Magda skinęła głową.
— Pani ta nowa nauczycielka, co z miasta przyjechała, prawda? — Witold przyglądał się jej badawczo. Jego oczy były jasne, prawie bezbarwne, i miały w sobie coś z martwej wody — płytkiej, ale nieprzejrzystej. — Dużo o pani u nas we wsi mówią.
— Mam nadzieję, że dobrze — odparła Magda, starając się utrzymać neutralny ton.
Witold uśmiechnął się. Uśmiech nie dotknął jego oczu.
— Różnie. Jedni mówią, że dobra, bo dzieci chwalą. Inni mówią, że za miękka, za bardzo dzieci głaszcze po główkach. — Przerzucił znicz z ręki do ręki. — A pani jak myśli? Miękka jest, czy twarda?
— Witold — syknęła Halina, ściskając mocniej śpiącą córkę. — Nie męcz pani.
— Ja tylko pytam. — Wzruszył ramionami. — Na wsi to trzeba wiedzieć, z kim się ma do czynienia. I kto tu pasuje, a kto nie.
Magda poczuła znajomy ucisk w żołądku. Ten sam, który czuła w Łodzi, kiedy Tomasz zaczynał swoje „niewinne” pytania. Kto do ciebie dzwonił? Po co się tak ubrałaś? Czy ty mnie w ogóle szanujesz?
— Myślę — powiedziała powoli, dobierając słowa — że nauczyciel nie powinien być ani miękki, ani twardy. Powinien być sprawiedliwy.
Witold parsknął śmiechem, krótkim i suchym jak trzask suchej gałęzi.
— Sprawiedliwy! Słyszycie, Halina? Nauczycielka będzie u nas sprawiedliwość zaprowadzać. — Obrócił się do żony, ale oczy miał wciąż wbite w Magdę. — Tylko że na wsi, pani Magdo, sprawiedliwość wygląda inaczej niż w mieście. Tu nie ma sądów i adwokatów. Tu jest to, co ludzie uznają za słuszne. A jeśli ktoś nie pasuje…
— Witold, daj spokój — Halina pociągnęła go za rękaw. — Idziemy, bo mała zmarznie.
Mężczyzna jeszcze przez chwilę patrzył na Magdę, potem wzruszył ramionami i ruszył w głąb cmentarza. Halina rzuciła jej przepraszające spojrzenie i pobiegła za nim, potykając się w półmroku.
Magda stała nieruchomo, czując, jak zimno przenika przez podeszwy butów. Wokół niej ludzie krążyli między grobami, rozmawiając półgłosem, śmiejąc się czasem, jakby śmierć była tylko pretekstem do spotkania. Dzieci biegały między nagrobkami, a starsi mężczyźni stali przy grobach swoich ojców, trzymając w rękach butelki taniego wina i kieliszki. Wieczór Wszystkich Świętych na wsi nie był smutny. Był dziki, hałaśliwy, podszyty czymś, co Magda dopiero zaczynała rozpoznawać jako starą, pogańską radość — święto zmarłych, którzy na jedną noc wracają między żywych, i trzeba ich uczcić, żeby nie mieli pretensji.
— Na cmentarzu też pani szuka odpowiedzi?
Magda drgnęła. Obok niej, na ławce pod starym dębem, siedział starzec, którego przed chwilą nie było. Przynajmniej Magda go nie widziała. Siedział teraz, wtulony w cień wielkiego pnia, otulony w watowaną kurtkę, z której na kilka centymetrów wystawała wata. Jego twarz była tak pomarszczona, że wyglądała jak wysuszona grzybnia — same zmarszczki, bruzdy i plamy, w których zatopione były dwoje oczu tak jasnych, że aż świeciły w ciemności.
— Przepraszam, nie widziałam pana — Magda zrobiła krok w jego stronę.
— Bo mnie nie było — odparł starzec, a jego głos skrzypiał jak nienasmarowane wrota. — Przyszedłem dopiero, jak ten Witold zaczął swoje. Nie lubię Witolda. Za głośny. Za dużo go.
Magda nie wiedziała, co odpowiedzieć. Stanęła przed starcem, czując się nagle jak uczennica wezwana do odpowiedzi.
— Dziadek Jan — przedstawił się starzec, wyciągając rękę. Dłoń, którą Magda ujęła, była zimna i koścista, ale uścisk miał mocny, zadziwiająco mocny jak na kogoś, kto wyglądał, jakby miał za sobą setkę na karku. — Mieszkam w tej chałupie za cmentarzem, co od niej już tylko glina i korzenie.
— Magda — odpowiedziała, nie dodając „nauczycielka”, bo intuicja podpowiadała jej, że starzec wie, kim jest.
— Wiem, wiem. — Dziadek Jan puścił jej dłoń i sięgnął do kieszeni kurtki, z której wydobył płaską butelkę. — Wiśniówka. Domowa. Grzeje.
Magda skinęła głową, więc napił się sam, długo, mlaskając z lubością. Potem otarł usta rękawem i spojrzał na nią z nowym zainteresowaniem.
— Szuka pani odpowiedzi — powtórzył. — Widać. Ma pani w oczach takie… jakie mają ludzie, którzy czegoś szukają. A na cmentarzu to można znaleźć tylko jedne odpowiedzi. Te o śmierci.
— Nie szukam odpowiedzi o śmierci — zaprzeczyła Magda, choć nie była pewna, czy mówi prawdę.
— A o czym?
Zawahała się. Przed oczami stanął jej ksiądz Antoni w konfesjonale, jego przezroczyste oczy, ciężka dłoń na ramieniu. To, co się dzieje w naszej wsi, jest karą.
— O tym, co się tu dzieje — usłyszała własne słowa, zanim zdążyła je przemyśleć. — O kobietach, które znikają.
Dziadek Jan patrzył na nią długo. Wokół nich cmentarz żył własnym życiem — gdzieś wybuchł śmiech, dziecko zapłakało, ktoś zaintonował „Zdrowaś Mario” przy grobie matki. Ale między Magdą a starcem zapadła cisza gęsta jak smoła.
— Wiedziałem — powiedział w końcu Dziadek Jan. — Wiedziałem, że pani przyjdzie. Że pani zapyta. Bo pani ma w sobie coś, co inni stracili. Pamięć.
— Pamięć?
— Na to, co dobre. Na to, co złe. — Dotknął palcem swojego czoła, tuż między brwiami. — Tu się nosi. Nie każdy ma.
Magda usiadła na ławce obok niego, nie pytając o pozwolenie. Deszcz przestał padać, ale wilgoć wsiąkała w ubranie, w kości, w myśli. Była zmęczona. Zmęczona udawaniem, że nie widzi tego, co widzi.
— Proszę mi powiedzieć — zaczęła cicho — ile kobiet zginęło?
— Cztery — odparł starzec bez wahania.
— Cztery? — Magda poczuła, jak coś w niej opada. A więc ksiądz mówił prawdę. A dzieci w szkole się pomyliły. Albo przesadziły. — Tylko cztery?
Dziadek Jan uniósł brew, a na jego twarzy pojawił się wyraz, którego Magda nie umiała nazwać. Litość? Współczucie? A może coś gorszego — rozbawienie?
— Tylko? — powtórzył. — Pani Magdo. Cztery zamężne kobiety w trzy miesiące. W wiosce, gdzie mieszka sto dusz. To nie jest „tylko”. To jest plaga.
— Mówiłam o piątej — Magda poczuła, że musi to powiedzieć, choć nie wiedziała dlaczego. — Dzieci w szkole mówiły o piątej. Młodej. Przyjezdnej.
Cisza, która zapadła, była inna niż poprzednie. Była ciężka, napięta, jakby coś w powietrzu zaraz miało pęknąć. Dziadek Jan odwrócił wzrok i spojrzał w stronę ciemnych pól za cmentarnym murem.
— Nie ma piątej — powiedział w końcu. — Jest czwarta. I trzecia. I druga. I pierwsza. — Zacisnął dłonie na butelce tak mocno, że kostki mu zbielały. — A ta przyjezdna, o której pani mówi… ona nie zginęła. Ona wyjechała.
— Wyjechała?
— Tak. Sama. W nocy. Zostawiła walizki, kota, wszystko. Mówili, że wróciła do rodziny, na Śląsk. — Odchylił głowę do tyłu i spojrzał w niebo, na którym wciąż nie było gwiazd. — Tak mówili.
— A pan nie wierzy?
— Ja? — Uśmiechnął się, pokazując żółte, nierówne zęby. — Ja wierzę tylko w to, co widzę. A widziałem, jak szła do plebanii trzy dni przed tym, jak zniknęła. I widziałem, jak nie wyszła.
Magda poczuła, że robi jej się zimno. Nie od wilgoci. Od czegoś innego.
— Była u księdza?
— Była. I była. I była. — Dziadek Jan podniósł trzy palce. — Trzy razy w tym tygodniu. Za każdym razem po południu, jak ludzie w polu. I za każdym razem wracała do siebie taka… — przerwał, szukając słowa — taka cicha. Jakby nie miała już głosu.
— Dlaczego nikt nie powiedział policji?
— Policja? — Starzec zaśmiał się, ale śmiech był gorzki, suchy, jak kaszel. — Policja była. Pytali. Chodzili po chałupach. A ludzie, wie pani, co mówili? „Nie wiemy. Nie widzieliśmy. Nic nam nie wiadomo”. — Spojrzał na Magdę swoimi jasnymi oczami. — Bo na wsi, pani Magdo, są rzeczy, o których się nie mówi. Rzeczy, które są święte. I rzeczy, które są przeklęte. I trzeba umieć je odróżnić.
— A ksiądz Antoni? — Magda nie wiedziała, skąd bierze odwagę, żeby zadać to pytanie. — On jest święty czy przeklęty?
Dziadek Jan powoli, bardzo powoli, odwrócił się do niej. Przez chwilę Magda miała wrażenie, że czas się zatrzymał — płomienie zniczy przestały drgać, ludzie na cmentarzu zamarli w bezruchu, nawet wiatr ucichł. I w tej ciszy starzec pochylił się tak blisko, że poczuła na policzku jego oddech — ciepły i śmierdzący wiśniówką.
— Pani Magdo — wyszeptał — niech pani słucha. I niech pani zapamięta. Jest we wsi taka gadka. Stara. Chodzi po chałupach od pokoleń. Mówi się: „Kiedy młoda pani zza biurka duszę obnaży, diabeł na wsi swe żniwo zaraża”.
Magda wstrzymała oddech.
— Co to znaczy?
— Znaczy tyle, że od kiedy pani tu przyjechała i zaczęła chodzić na spowiedź co tydzień, kobiety zaczęły ginąć. — Jego głos był teraz płaski, rzeczowy, jakby mówił o pogodzie. — Niech pani nie myśli, że to pani wina. Nie. Ale niech pani myśli o tym, że zło ma swoje prawa. I swoją logikę. I swoją… kolejność.
Magda chciała coś powiedzieć, zaprzeczyć, wybuchnąć, ale słowa utknęły jej w gardle. Siedziała na ławce obok starca, wpatrzona w migoczące płomienie, i czuła, jak coś w niej pęka. Ta sama pęknięta struktura, którą poczuła w konfesjonale, gdy ksiądz mówił o owieczkach. Tylko teraz pęknięcie było głębsze, bardziej bolesne.
— Jest coś jeszcze — powiedział Dziadek Jan, jakby nie zauważając jej stanu. — Coś, o czym policja nie wie. Albo wie, ale udaje, że nie wie.
— Co takiego?
Starzec wyciągnął rękę i wskazał na grupę grobów po lewej stronie cmentarza. Były to stare, zaniedbane nagrobki, niektóre bez krzyży, niektóre przewrócone, porośnięte mchem i bluszczem. Przy nich nie paliły się znicze. Nikt ich nie odwiedzał.
— Tam leżą te, które odeszły przed czasem. Dawno temu. — Przesunął palcem w powietrzu, jakby kreślił niewidzialną linię. — Nasze prababki. I one też… nie odeszły same. Ktoś im pomógł.
— Morderstwa?
— Samobójstwa — poprawił ją starzec. — Tak mówiły księgi. Tak mówił proboszcz. Że się powiesiły, że się otruły, że w studnię skoczyły. Ale wie pani, pani Magdo, co się naprawdę działo? — Pochylił się jeszcze bliżej. — One też chodziły do spowiedzi. I też znikały. I też nikt nie pytał, bo proboszcz to był… święty człowiek.
Magda wstała gwałtownie. Nogi jej drżały, kolana miała miękkie jak z waty.
— Dlaczego mi pan to mówi? — zapytała, a jej głos był wyższy niż zwykle, napięty jak struna.
Dziadek Jan wzruszył ramionami, sięgając po butelkę.
— Bo pani pyta. I bo pani ma te oczy. Te, co pamiętają. — Napił się, otarł usta. — I bo wie pani, co jest najgorsze w tej całej historii?
— Co?
— Że ci, którzy wiedzą, nie mówią. A ci, którzy mówią, nie żyją.
Magda odwróciła się i zaczęła iść w stronę bramy cmentarza. Szła szybko, potykając się o korzenie, mijając ludzi, którzy patrzyli na nią z ciekawością i obojętnością. Za plecami słyszała głos starca, który nucił coś cicho, jakąś starą pieśń, której słowa ginęły w szumie wiatru.
Dopiero gdy minęła bramę i znalazła się na drodze prowadzącej do szkoły, zwolniła kroku. Deszcz zaczął padać od nowa — drobny, przenikliwy, wsiąkający w skórę jak tysiąc zimnych igieł.
— Pani Magdo!
Odwróciła się. Z cmentarnej bramy wybiegła za nią Halina, z dzieckiem wciąż śpiącym na ręku. Kobieta była zdyszana, a na jej twarzy malowało się coś, czego Magda nie umiała odczytać — strach? determinacja?
— Halina? Co się stało?
Halina rozejrzała się szybko, sprawdzając, czy nikt nie idzie. Potem podeszła tak blisko, że prawie dotykały się ramionami.
— Niech pani słucha — wyszeptała. — To, co mówił stary Jan, to nie są tylko gadki. Moja babcia opowiadała mi, że przed laty też tak było. Kobiety znikały. I zawsze to było po spowiedzi. I zawsze to były te, co… — zawahała się — co się podobały księdzu.
Magda poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy.
— Co pani mówi?
— Mówię, że ksiądz Antoni… — Halina ugryzła się w wargę. — On wybiera. I czeka. I wie pani, co jest najgorsze? Mój Witold. On wie. Oni wszyscy wiedzą. Ale boją się. Bo ksiądz ma władzę. Nad duszą. Nad ciałem. Nad wszystkim.
— Halina — Magda chwyciła ją za ramię, czując, jak kobieta drży pod jej dłonią — jeśli pani coś wie, musi pani powiedzieć policji.
— Policja? — Halina zaśmiała się krótko, histerycznie. — Komisarz Nowak był na plebanii w zeszłym tygodniu. Wyszedł stamtąd blady jak ściana i kazał nam wszystkim zamknąć gęby. Coś mu ksiądz powiedział. Albo pokazał. I teraz policja tylko jeździ, udaje, że szuka, a tak naprawdę… — przerwała, bo dziecko na jej rękach poruszyło się, jęknęło przez sen.
— A tak naprawdę?
— Czekają. Na kolejną.
Wiatr wzmógł się, niosąc od cmentarza zapach zgaszonych zniczy i chryzantem. Gdzieś w oddali zaszczekał pies — ten sam, który szczekał każdej nocy. A może inny. Magda nie umiała już rozróżnić.
— Kiedy była ostatnia spowiedź? — zapytała nagle.
— W środę — odparła Halina. — Jak zawsze.
Magda zamknęła oczy. W środę. Była na spowiedzi. Opowiadała księdzu o swoich lękach, o Tomaszu, o tym, że boi się ciemności i kroków pod oknem. A potem, w nocy, zginęła czwarta kobieta.
Kiedy młoda pani zza biurka duszę obnaży, diabeł na wsi swe żniwo zaraża.
— Halina — Magda otworzyła oczy i spojrzała prosto na bladą, drżącą kobietę — kiedy zginęła ostatnia?
— Dziś — wyszeptała Halina. — Dziś w nocy. Znaleźli ją o świcie przy drodze na Wólkę. Kolejną.
Magda poczuła, że ziemia usuwa się jej spod nóg. Cofnęła się o krok, opierając o chropowaty pień przydrożnej wierzby.
— Dziś — powtórzyła. — W nocy z pierwszego na drugiego listopada.
— We Wszystkich Świętych — dodała Halina, a w jej głosie zabrzmiało coś, co mogło być modlitwą albo przekleństwem. — To ma znaczenie, prawda? Święto zmarłych. Kiedy granica między światami jest cienka. Kiedy zło ma największą siłę.
Magda nie odpowiedziała. Patrzyła na cmentarz na wzgórzu, na tysiące płomieni, które tańczyły w ciemności jak duchy. I nagle zrozumiała, że te światła nie są dla umarłych. Są dla żywych — ostrzeżenie, latarnia w nocy, znak, że ktoś jeszcze pamięta, że ktoś jeszcze widzi.
— Halina — powiedziała cicho — musi pani stąd uciec.
Kobieta spojrzała na nią szeroko otwartymi oczami.
— Uciec? Gdzie? Jak? On mnie znajdzie. Witold mnie znajdzie. A jeśli nie Witold, to…
— To kto?
Halina pochyliła głowę, wtulając twarz w śpiącą córkę.
— Ksiądz mówi, że nie wolno nam odchodzić. Że wieś jest święta. Że kobiety są strażniczkami ogniska domowego. Że jeśli odejdziemy, spadnie na nas klątwa. — Podniosła wzrok. — I boję się, pani Magdo. Boję się, że to prawda.
— To nie prawda — Magda chwyciła ją za ręce, ściskając mocno, aż Halina syknęła z bólu. — Słyszy pani? To nie jest prawda. Żaden Bóg nie chce, żeby kobiety bały się o swoje życie. Żaden.
Halina patrzyła na nią przez chwilę. Potem, bardzo powoli, skinęła głową.
— Może — wyszeptała. — Może ma pani rację. Ale to nie zmienia tego, co się dzieje. I tego, co się stanie.
— Co się stanie?
— Ona była piąta — powiedziała Halina, a jej głos był teraz dziwnie spokojny, jakby pogodziła się już z czymś, czego Magda nie mogła nawet nazwać. — Ta przyjezdna, co zniknęła miesiąc temu. Ona nie wyjechała. Ona też zginęła. Tylko że jej ciała nie znaleźli. A teraz jest następna. I będzie następna. Aż ktoś wreszcie…
Nie dokończyła. Od strony cmentarza dobiegł głos Witolda, ochrypły, wściekły:
— Halina! Gdzieś się podziała, kobieto! Mała zmarznie! Idziemy!
Halina wzdrygnęła się, odsunęła od Magdy i w jednej chwili znowu stała się tą samą przygaszoną, zmęczoną kobietą, którą Magda poznała przed godziną.
— Muszę iść — rzuciła szybko. — Niech pani uważa na siebie, pani Magdo. I niech pani pamięta: nie każdy, kto nosi sutannę, jest pasterzem. Niektórzy są wilkami.
Odwróciła się i pobiegła w stronę cmentarza, znikając w mroku między nagrobkami.
Magda stała sama na drodze, przemoczona do suchej nitki, wpatrzona w światła, które migotały na wzgórzu. Wiatr przyniósł od cmentarza fragment pieśni — to Dziadek Jan śpiewał, tym razem głośniej, wyraźniej:
Kiedy młoda pani zza biurka duszę obnaży, diabeł na wsi swe żniwo zaraża…
Pies zaszczekał. Raz. Drugi. A potem ucichł.
I w tej ciszy Magda usłyszała coś, co sprawiło, że jej serce stanęło na chwilę.
Kroki. Za nią.
Odwróciła się gwałtownie.
Droga była pusta. Tylko wierzby chyliły się pod naporem wiatru, a gdzieś daleko, przy ostatnim świetle ostatniego znicza, dostrzegła sylwetkę.
Wysoką. Czarną.
Która stała nieruchomo, patrząc w jej stronę.
Przez sekundę Magda miała wrażenie, że to ksiądz Antoni. Ale potem sylwetka zniknęła, jakby wessała ją ciemność.
Magda pobiegła. Biegła przez błoto, przez kałuże, przez opadłe liście, które przyklejały się do jej butów. Biegła, nie oglądając się za siebie, aż wpadła do swojej klatki schodowej, zatrzasnęła drzwi i oparła się o nie plecami, dysząc ciężko.
Na poddaszu było ciemno i zimno. W oknie nie paliło się światło — zapomniała zapalić lampę przed wyjściem. A może ktoś ją zgasił? Nie pamiętała.
Podeszła do okna i wyjrzała na drogę.
Cmentarz na wzgórzu wciąż płonął tysiącem świateł. Ale na drodze, tuż pod jej oknem, ktoś postawił znicz.
Mały, szklany, z napisem na etykiecie.
Magda wytarła zaparowaną szybę i przykleiła twarz do zimnego szkła.
Na zniczu ktoś napisał flamastrem jedno słowo:
„NASTĘPNA”.
Magda odsunęła się od okna. Usiadła na podłodze, podciągnęła kolana pod brodę i patrzyła w ciemność, czekając na świt.
Gdzieś na wsi pies zaczął szczekać od nowa.
A na cmentarzu Dziadek Jan skończył swoją pieśń i zamilkł na zawsze.
Bo tej nocy, kiedy Magda siedziała na podłodze swojego mieszkania, a tysiące zniczy gasły jedno po drugim na wzgórzu, piąta kobieta w Głuchowie Dolnym przestała być tylko plotką.
I szósta już czekała.
Rozdział 3: Ofiara piąta
Głuchów Dolny, 2 listopada, godzina 6:47
Magda obudziła się na podłodze.
Przez chwilę nie wiedziała, gdzie jest. Deska pod jej policzkiem była zimna i twarda, a lewe ramię, na którym spała, zupełnie odrętwiało. Uniosła głowę i zobaczyła okno — szare, zachlapane deszczem, przez które wpadało blade, listopadowe światło. Pod oknem stał znicz. Wciąż się palił.
Piąta rano. Albo szósta. Nie miała pojęcia.
Usiadła, przecierając oczy, i dopiero wtedy poczuła ból — nie tylko w ramieniu, ale w całym ciele. Przez całą noc nie zdjęła kurtki, nie zdjęła butów. Spała w tym, w czym wróciła z cmentarza, skulona na podłodze, bo bała się położyć na łóżku. Bała się zamknąć oczy. Bała się, że gdy je otworzy, zobaczy przed sobą tę czarną sylwetkę, która stała na drodze, patrząc w jej stronę.
A jednak zasnęła. I obudziła się żywa.
Magda wstała, chwiejąc się na nogach, i podeszła do okna. Znicz pod nim wciąż się tlił — mały, pomarańczowy płomyk tańczył na wietrze, rzucając blask na napis flamastrem. Następna.
Ktoś chciał, żeby to zobaczyła. Ktoś chciał, żeby wiedziała.
Z kuchni, przez ścianę, dobiegł odgłos włączanego radia. Sąsiadka z dołu, pani Zosia, zawsze wstawała przed siódmą. Magda usłyszała znajomy dźwięk sygnału Informacji Radiowej, a potem głos spikera, który zapowiadał poranek. Normalność. Świat, w którym ludzie piją kawę, myją zęby i nie śpią na podłodze we własnych mieszkaniach.
Zeszła na dół w tych samych ubraniach, w których spała. Buty zostawiła na górze — były całe w błocie. Szła boso po zimnych schodach, trzymając się poręczy, i czuła, jak każdy stopień odbija się jej w kościach.
Drzwi do mieszkania pani Zosi były uchylone. Magda zapukała.
— Proszę — odezwał się głos z wewnątrz.
Pani Zosia siedziała przy kuchennym stole z filiżanką herbaty w dłoni. Była niska, okrągła, z siwymi włosami upiętymi w kok, który wyglądał jak gniazdo os. Na stole przed nią stał talerz z pajdą chleba posmarowaną smalcem i ogórkiem kiszonym.
— O, pani Magda — zdziwiła się, unosząc brwi. — Taka wcześnie? Coś się stało?
— Nie mogłam spać — powiedziała Magda, opierając się o framugę. — Pani Zosiu, czy pani słyszała… o tym, co się stało?
Kobieta patrzyła na nią przez chwilę, przeżuwając chleb. Potem odłożyła pajdę na talerz i westchnęła ciężko, całym sobą, jakby to westchnienie miało jej zabrać dziesięć lat życia.
— Słyszałam — powiedziała cicho. — Cała wieś słyszała. Policja była u sołtysa o piątej rano. I u proboszcza też.
— U księdza? — Magda poczuła, jak serce bije jej szybciej. — Dlaczego u proboszcza?
Pani Zosia spojrzała na nią dziwnym wzrokiem. Jakby ważyła, co może powiedzieć, a czego nie.
— Bo to on znalazł — odparła w końcu.
Magda usiadła na krześle naprzeciwko niej, nie pytając o pozwolenie. Kolana uginały się pod nią.
— Co znaczy „on znalazł”?
— Znaczy to, co mówię. — Pani Zosia napiła się herbaty, cmoknęła. — Ksiądz Antoni szedł na mszę o świcie. Jak co dzień. I przy drodze na Wólkę… znalazł. — Przeżegnała się szybko, machinalnie, jakby to był odruch warunkowy. — Nie daj, Boże, nikomu czegoś takiego oglądać.
Magda zamknęła oczy. Przed oczami stanęła jej sylwetka, którą widziała wczoraj na drodze — wysoka, czarna, nieruchoma. To nie mógł być ksiądz. Ksiądz był wtedy na cmentarzu. Widziała go przy ołtarzu polowym, gdy odprawiał modlitwy za zmarłych. Pamiętała jego białą komżę, która lśniła w świetle zniczy jak księżyc.
A jednak.
— Kto to był? — zapytała. — Ofiara.
Pani Zosia odstawiła filiżankę. Jej dłonie, pomimo ciepłej herbaty, były sine od zimna.
— Elżbieta Górka — powiedziała. — Żona Staszka Górki. Mieli gospodarstwo za mostem. Trzydzieści osiem lat. Troje dzieci.
— Znała ją pani?
— Cała wieś ją znała. — Pani Zosia sięgnęła po chleb, ale nie odgryzła kolejnego kęsa. Trzymała go w dłoni, patrząc na niego, jakby zapomniała, po co go wzięła. — Cicha była. Dobra. Chodziła do kościoła co niedzielę, śpiewała w chórze. I taka… — szukała słowa — taka miękka. Jak wosk.
— Co to znaczy „miękka”?
— Znaczy taka, co nie umie powiedzieć „nie”. — Pani Zosia położyła chleb na talerzu. — Mąż ją bił. Wszyscy wiedzieli. A ona chodziła do spowiedzi i pytała księdza, co ma zrobić, a ksiądz mówił: „Trwaj w małżeństwie, bo co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela”. I trwała. I trwała. I doczekała się.
Magda poczuła, że zaraz zwymiotuje. Ścisnęła dłonie na kolanach, wbijając paznokcie w materiał spodni.
— I co teraz? — zapytała, starając się, żeby głos nie zadrżał. — Co zrobi policja?
— Policja? — Pani Zosia wzruszyła ramionami. — Co ma zrobić? Przyjedzie, pojeździ, popyta. I wyjedzie. A za tydzień, dwa, znajdą następną.
— Skąd pani wie?
— Bo tak już jest — powiedziała kobieta, a w jej głosie nie było już smutku, tylko zmęczenie. Zmęczenie tak głębokie, że Magda prawie je poczuła. — To już piąta, pani Magdo. I nie pierwszy raz. Jak byłam młoda, też tak było. Trzy kobiety zginęły w ciągu jednej jesieni. Mówili, że to wariat, że to zboczeniec. A potem przestało. I wszyscy zapomnieli.
— A morderca? Znaleźli go?
Pani Zosia spojrzała na nią. W jej oczach, zaczerwienionych od dymu i niewyspania, pojawił się dziwny błysk. Coś, co mogło być strachem albo… wiedzą.
— Pani Magdo — powiedziała cicho, pochylając się nad stołem — ja pani powiem coś, czego nie powinnam. Ale pani jest z miasta, pani może inaczej myśli. Może pani zrozumie.
— Co takiego?
— To nie był wariat. To nie był zboczeniec. — Głos pani Zosi zniżył się do szeptu. — To był porządek.
Magda wstrzymała oddech.
— Jaki porządek?
— Taki, że na wsi wszystko musi być w równowadze. Kiedy za dużo się dzieje złego, kiedy ludzie zapominają o Bogu, kiedy kobiety… — zawahała się — kiedy kobiety przestają być posłuszne, to musi być krew. Ktoś musi odpokutować.
— Pani Zosiu — Magda poczuła, jak robi jej się zimno — czy pani mówi, że te morderstwa są… usprawiedliwione?
— Nie mówię, że usprawiedliwione — zaprzeczyła szybko kobieta. — Mówię, że są. I że nie pierwszy raz. I że ksiądz Antoni… — urwała.
— Ksiądz Antoni co?
Pani Zosia zacisnęła usta w wąską linię.
— Nic. Zapomnij pani, co powiedziałam.
— Nie mogę zapomnieć — Magda chwyciła ją za rękę. Dłoń kobiety była ciepła i wilgotna, a palce drżały. — Proszę mi powiedzieć. Jeśli pani wie coś, co może pomóc…
— Pomóc? — Pani Zosia zaśmiała się krótko, gorzko. — Tu nikt nikomu nie może pomóc. Tu każdy patrzy na swoje i udaje, że nie widzi. Bo jak zobaczysz, to ty jesteś następna.
Magda puściła jej dłoń. Siedziały przez chwilę w ciszy, słuchając radia, które w tle grało jakąś smutną piosenkę o jesieni. Za oknem szarzało, deszcz zaczął padać mocniej, bębniąc o parapet.
— Pójdę do szkoły — powiedziała w końcu Magda. — Dzieci będą pytać. Muszę wiedzieć, co im powiedzieć.
— Niech pani nic nie mówi — poradziła pani Zosia. — Niech pani udaje, że nic się nie stało. Dzieci same wiedzą więcej, niż pani myśli. I szybciej zapominają.
Magda wstała. Czuła się, jakby przez tę krótką rozmowę postarzała się o dziesięć lat.
— Dziękuję — powiedziała.
— Za co? — Pani Zosia spojrzała na nią zmęczonym wzrokiem. — Za to, że powiedziałam pani to, co i tak pani wiedziała? Że w tej wsi dzieje się zło? Że ksiądz… — przerwała nagle, jakby coś ją powstrzymało.
— Ksiądz co? — Magda odwróciła się w progu.
Pani Zosia patrzyła na nią długo. Potem wstała, podeszła do okna i wyjrzała na ulicę, jakby sprawdzała, czy ktoś nie podsłuchuje.
— Ksiądz Antoni — powiedziała, wciąż patrząc w szybę — był dziś rano blady. Bardzo blady. I miał krew na rękach.
Magda poczuła, że serce przestaje jej bić.
— Krew?
— Mówił, że to od dotykania ciała. Że próbował udzielić ostatniego namaszczenia, ale już było za późno. — Odwróciła się od okna. — Tylko że ja wiem coś, czego inni nie wiedzą.
— Co?
— Elżbieta Górka nie zmarła nad ranem. Ona zmarła w nocy. Około drugiej, trzeciej. Mój mąż, nieboszczyk, był listonoszem. Nauczył mnie rozpoznawać czas po tym, jak wygląda ciało. — Jej głos był teraz spokojny, rzeczowy. — O świcie, kiedy ksiądz ją znalazł, ona już od kilku godzin nie żyła. A krew na rękach księdza była świeża. Wciąż ciepła.
Magda oparła się o framugę. Świat wirował.
— Pani Zosiu — wyszeptała — czy pani mówi, że ksiądz…
— Mówię to, co widziałam — przerwała jej kobieta. — I mówię to, co wiem. A wiem też, że Elżbieta była u spowiedzi w środę. Jak pani. I wyszła stamtąd cała czerwona na twarzy. I nikt jej potem nie widział aż do… aż do dziś rana.
Magda zamknęła oczy. W środę. Była na spowiedzi. Wyszła z konfesjonału, minęła Elżbietę w drzwiach kościoła — może nawet się uśmiechnęły do siebie, może powiedziały „dzień dobry”. A potem Elżbieta weszła do środka. I już nie wróciła.
— Muszę iść — powiedziała Magda, prostując się. — Muszę coś zrobić.
— Co pani zrobi? — zapytała pani Zosia z dziwnym spokojem. — Pójdzie na policję? Powie im, że stara baba plotkuje o księdzu? Wyśmieją panią. Albo gorzej.
— Co znaczy „gorzej”?
Pani Zosia podeszła do niej i chwyciła ją za ramię. Jej palce były zimne i silne.
— Znaczy, że niech pani uważa, pani Magdo. Ksiądz Antoni ma tu władzę. Większą niż policja. Większą niż burmistrz. On jest tu od trzydziestu lat. On zna każdego. Wie o każdym coś, czego nikt nie chce, żeby wyszło na jaw. A jeśli pani zacznie mu się narażać… — przerwała, a jej oczy zrobiły się nagle stare, bardzo stare. — Elżbieta też mu się narażała.
— Jak?
— Chciała odejść od męża. I zabrać dzieci. — Pani Zosia puściła jej ramię. — Poszła do księdza po radę. A on jej poradził… widocznie poradził.
Magda wyszła od pani Zosi, nie żegnając się. Szła korytarzem na palcach, bosymi stopami dotykając zimnych płytek. Na klatce schodowej pachniało kapustą i wilgocią. Gdzieś wysoko, pod samym dachem, woda zaciekała przez nieszczelny dach i kapała miarowo, jak tykanie zegara.
W swoim mieszkaniu wzięła prysznic. Woda była ledwo ciepła, ale stała pod nią długo, wpatrując się w białą ściankę kabiny, na której ktoś kiedyś, dawno temu, wydrapał napis: „Maria kocha Janusza”. Proste. Łatwe. Świat, w którym miłość była tylko miłością, a nie narzędziem kontroli.
Ubrała się w czyste dżinsy i sweter, zaplotła mokre włosy w warkocz. W lustrze zobaczyła twarz, której nie poznawała — bladą, z podkrążonymi oczami, z ustami zaciśniętymi tak mocno, że biała obwódka utworzyła się wokół nich.
Nie może pani tak wyglądać. Dzieci zobaczą. Zapytają.
Wyciągnęła z kosmetyczki korektor i nałożyła go grubo pod oczy. Potem róż na policzki, żeby dodać sobie koloru. Wyszło nienaturalnie, jak maska, ale lepsze to niż prawda.
O siódmej trzydzieści wyszła z domu.
Droga do szkoły wiodła przez środek wsi. Zwykle o tej porze było już pusto — mężczyźni wyjeżdżali w pole lub do pracy w miasteczku, dzieci szły do szkoły, kobiety zostawały w domach. Dziś jednak ulica wyglądała inaczej. Przy każdym płocie stały grupki ludzi — mężczyźni w kombinezonach, kobiety w fartuchach, z założonymi rękami. Nie rozmawiali. Stali i patrzyli. Na Magdę.
Przyspieszyła kroku, czując na plecach ich wzrok. Jakiś mężczyzna — ten sam, co wczoraj na cmentarzu? Witold? — oparty o sztachety, splunął jej pod nogi.
— Nauczycielka idzie — usłyszała czyjś głos, niski, chichoczący. — Uczyć będzie nasze dzieci, jak żyć.
— Niech lepiej swojego pilnuje — odpowiedział inny.
Magda nie odwróciła się. Szła prosto, patrząc przed siebie, aż dotarła do budynku szkoły — małej, białej, z wielkim napisem „Szkoła Podstawowa im. Jana Pawła II w Głuchowie Dolnym”. Za budynkiem boisko z jedną bramką i huśtawka, na której nikt nie huśtał się od miesięcy.
W środku było ciepło i pachniało kredą. Pani dyrektor, Jadwiga Mroczek, stała w drzwiach swojego gabinetu, z twarzą ściągniętą w wyrazie, który nie wróżył nic dobrego.
— Pani Magdaleno — powiedziała, przepuszczając ją do środka. — Proszę wejść. Musimy porozmawiać.
Gabinet pani dyrektor był mały, zastawiony szafami z podręcznikami i segregatorami. Na biurku stał obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej i doniczka z kaktusem, który wyglądał, jakby umierał od miesięcy. Pani Mroczek usiadła za biurkiem, wskazując Magdzie krzesło.
— Wiemy już o… tym — zaczęła, bawiąc się długopisem. — O wypadku.
— Wypadku? — Magda uniosła brew.
— No… o tym, co się stało. — Dyrektorka spuściła wzrok. — Policja prosiła, żeby nie mówić dzieciom więcej niż to konieczne. Żeby nie siać paniki.
— Czyli co mam im powiedzieć? Że Elżbieta Górka, matka trojga ich kolegów, po prostu… nie żyje? Bez wyjaśnienia?
— Powiemy im, że zmarła. I tyle. — Pani Mroczek spojrzała na nią. — Pani Magdo, ja rozumiem, że pani jest z miasta i ma pani swoje… podejście. Ale tu, na wsi, wiemy, jak rozmawiać z dziećmi o śmierci. Nie trzeba im wszystkiego tłumaczyć. Dzieci i tak wiedzą więcej, niż nam się wydaje.
— I co, mają same sobie tłumaczyć, dlaczego ich koleżanka nie przychodzi do szkoły? Dlaczego jej mama nie żyje?
— Dzieci Górków nie przyjdą dziś do szkoły — powiedziała dyrektorka sucho. — Są u rodziny. I proszę, żeby pani nie poruszała tego tematu na lekcjach. Żeby pani skupiła się na…
— Na czym? — Magda poczuła, że zaraz wybuchnie. — Na dodawaniu i odejmowaniu? Na czytaniu „Pana Tadeusza”? Kiedy we wsi giną kobiety, a nikt nic z tym nie robi?
— Pani Magdo! — Pani Mroczek wstała, opierając dłonie na biurku. — Proszę sobie nie wyobrażać, że jest pani jedyną osobą, której zależy na bezpieczeństwie tej wsi. Ja tu mieszkam od urodzenia. Moja matka, moja babcia, moja prababcia — wszystkie tu mieszkały. I każda z nich przeżyła coś takiego. Każda. I wie pani, co je uratowało?
— Co?
— To, że nie zadawały niewłaściwych pytań.
Magda spojrzała na nią. W oczach dyrektorki, schowanych za grubymi szkłami okularów, zobaczyła coś, czego nie spodziewała się zobaczyć. Nie gniew. Nie irytację. Strach. Czysty, surowy strach.
— Pani dyrektor — powiedziała Magda, starając się opanować drżenie głosu — czy pani boi się księdza Antoniego?
Pani Mroczek zbladła. Jej dłonie, które przed chwilą spoczywały na biurku, zacisnęły się w pięści.
— Proszę wyjść — powiedziała cicho.
— Pani dyrektor…
— Proszę wyjść — powtórzyła głośniej. — I proszę przygotować się do lekcji. O ósmej dzwonek. I proszę nie zadawać dzieciom pytań o to, co się stało.
Magda wstała. Na progu odwróciła się.
— A jeśli dzieci same zapytają? Co mam im powiedzieć?
Pani Mroczek patrzyła na nią przez chwilę. Potem zdjęła okulary i przetarła je rąbkiem chusteczki, którą wyciągnęła z rękawa.
— Niech im pani powie — odparła, a jej głos był teraz cichy, niemal niesłyszalny — że w Głuchowie Dolnym zawsze tak było. I zawsze tak będzie. I że jedyne, co mogą zrobić, to modlić się za dusze zmarłych.
— A za żywych? — zapytała Magda.
— Żywi muszą sobie radzić sami.
Magda wyszła z gabinetu. W korytarzu spotkała kilkoro dzieci, które przybiegły wcześniej. Patrzyły na nią wielkimi oczami, a ona uśmiechnęła się do nich, choć uśmiech ciążył jej jak kamień.
— Dzień dobry — powiedziała.
— Dzień dobry — odpowiedziały chórem, ale w ich głosach nie było radości. Było coś, co Magda znała z własnego dzieciństwa — cisza przed burzą.
Poszła do swojej klasy. Sala była pusta, krzesła stały na ławkach, tablica lśniła czystością. Magda podeszła do okna i wyjrzała na podwórze.
Przez chwilę miała wrażenie, że widzi Elżbietę Górkę — wysoką, szczupłą kobietę o smutnej twarzy, którą widywała, gdy odbierała dzieci ze szkoły. Zawsze uśmiechała się do Magdy, ale ten uśmiech był jak wosk — miękki, podatny, gotowy stopić się w każdej chwili.
Mówili, że mąż ją bił. A ksiądz kazał jej trwać.
Magda odwróciła się od okna. Na jej biurku, pod stosem zeszytów, leżała kartka. Ktoś ją tam położył, kiedy jej nie było. Może pani woźna. Może ktoś inny.
Podniosła kartkę.
Był na niej rysunek — widły, takie, jakich używa się na wsi do rzucania siana. A pod widłami napisane drukowanymi literami, ręką dziecka: „Dla Pani. Żeby się nie bała”.
Magda wpatrywała się w rysunek przez długą chwilę. Potem złożyła go starannie i schowała do kieszeni.
Nie wiedziała, które dziecko to narysowało. Nie wiedziała, czy to była niewinna próba pocieszenia, czy ostrzeżenie. Ale wiedziała jedno.
W Głuchowie Dolnym ktoś wiedział. Ktoś widział. I ktoś chciał, żeby i ona zobaczyła.
O ósmej zadzwonił dzwonek. Magda podeszła do drzwi swojej klasy, otworzyła je i wpuściła dzieci.
Było ich piętnaścioro. Usiedli w ławkach, patrząc na nią w ciszy. Nikt nie mówił. Nikt się nie śmiał. Nawet Kacper, ten, który przyniósł martwego kota, siedział spokojnie z rękami złożonymi na ławce.
— Dzień dobry — powiedziała Magda.
— Dzień dobry — odpowiedzieli.
— Otwórzcie zeszyty. Zapiszcie temat: „Opis przedmiotu. Moja ulubiona rzecz”.
Dzieci otworzyły zeszyty. Magda chodziła między ławkami, patrząc, jak piszą. W trzeciej ławce, przy oknie, siedziała dziewczynka — może dziesięcioletnia, z jasnymi włosami splecionymi w dwa warkocze. Miała na ręce czarną kokardę.
Magda zatrzymała się przy niej.
— Aga — powiedziała cicho. — Przepraszam, że pytam, ale… ta kokarda…
Dziewczynka podniosła na nią oczy. Były suche, ale czerwone.
— Mama mówiła, że trzeba nosić — powiedziała cicho. — Żeby pamiętać.
— O kim?
— O cioci Elżbiecie. — Głos Agi zadrżał. — Ona była moją ciocią. I już nie żyje.
Magda usiadła na brzegu ławki. Reszta dzieci przestała pisać, patrząc na nie.
— Aga — powiedziała Magda — wiesz, co się stało?
Dziewczynka skinęła głową.
— Wiem. — Zawahała się. — Wiem, bo widziałam.
— Co widziałaś?
Aga rozejrzała się po klasie, jakby szukała pomocy. Ale dzieci patrzyły tylko na nią.
— W nocy — zaczęła szeptem — nie mogłam spać. I wyjrzałam przez okno. I zobaczyłam… zobaczyłam pana księdza. Jak szedł drogą.
— Którędy szedł?
— Od plebanii. W stronę Wólki. — Jej głos stawał się coraz cichszy. — A potem usłyszałam krzyk. I już nie wyglądałam.
W klasie zapadła cisza. Magda czuła na sobie wzrok wszystkich dzieci. Czuła ich strach, ich ciekawość, ich bezradność.
— Aga — powiedziała bardzo spokojnie — czy powiedziałaś o tym mamie?
— Tak. — Dziewczynka spuściła wzrok. — A mama powiedziała, żebym nikomu nie mówiła. Żebym zapomniała. I żebym się modliła za duszę cioci.
— I modlisz się?
— Tak. — Podniosła wzrok. — Ale ciocia i tak nie żyje. A pan ksiądz…
— Co pan ksiądz?
Aga zacisnęła usta. Magda widziała, jak walczy ze sobą, jak chce powiedzieć coś, czego nie powinna.
— Proszę pani — wyszeptała w końcu — ja się boję pana księdza.
Magda wzięła ją za rękę. Dłoń dziewczynki była zimna i drżąca.
— Nie musisz się bać — powiedziała, choć sama nie wierzyła w to, co mówi. — Jestem tu. Jestem z wami.
Aga spojrzała na nią. I w tym spojrzeniu, w tym dziecinnym, przerażonym spojrzeniu, Magda zobaczyła coś, co przypomniało jej własne odbicie w lustrze sprzed dwóch lat. To samo przerażenie. Ta sama bezradność. I ta sama, uparta wiara, że ktoś w końcu przyjdzie i ją uratuje.
Nikt nie przyszedł. Musiała uratować się sama.
Może dlatego teraz, w tej małej, wiejskiej szkole, z ręką dziecka w swojej dłoni, Magda podjęła decyzję.
— Aga — powiedziała cicho, nachylając się nad dziewczynką — obiecuję ci. Zajmę się tym. Sprawię, że ciocia będzie bezpieczna. I ty też.
Dziewczynka patrzyła na nią przez chwilę. Potem, bardzo powoli, skinęła głową.
Magda wyprostowała się. Obróciła do klasy.
— Zapisujcie temat — powiedziała, a jej głos był teraz silny, pewny. — Opis przedmiotu. Moja ulubiona rzecz.
Dzieci pochyliły się nad zeszytami. Magda podeszła do okna i wyjrzała na wieś.
Gdzieś w oddali, nad dachami, wznosił się krzyż kościoła Świętej Barbary. A pod nim, niewidoczna z tej odległości, plebania.
Magda włożyła rękę do kieszeni i dotknęła złożonej kartki z widłami.
Żeby się nie bała.
Nie bała się. Już nie.
Bała się tylko, że może być za późno. Dla Elżbiety Górki było. Dla czterech innych też. Ale dla następnej? Dla Haliny, która drżała na cmentarzu z dzieckiem na ręku? Dla Agi, która widziała w nocy księdza idącego drogą? Dla siebie samej?
Może jeszcze nie.
Może jeszcze można było coś zrobić.
Gdzieś na wsi pies zaszczekał. A potem ucichł, jakby ktoś kazał mu milczeć.
I w tej ciszy Magda usłyszała, jak za drzwiami klasy ktoś staje. Ktoś, kto nie zapukał. Ktoś, kto czekał.
Drzwi otworzyły się z wolna.
W progu stał ksiądz Antoni.
Był blady, tak jak mówiła pani Zosia. Jego sutanna była czysta, uprasowana, ale na mankietach, tuż przy dłoniach, Magda dostrzegła ciemną plamę. Niezbyt dużą. Kto inny by nie zauważył.
Ale ona zauważyła.
— Dzień dobry, pani Magdaleno — powiedział, a jego głos był spokojny, ciepły, pasterski. — Przepraszam, że przeszkadzam. Chciałem tylko zobaczyć, jak dzieci… radzą sobie. W tych trudnych chwilach.
Magda podeszła do niego, zastępując mu drogę do klasy.
— Dzieci radzą sobie dobrze — powiedziała. — Modlą się za duszę pani Elżbiety.
— To dobrze — odparł ksiądz. Jego oczy, jasne, prawie przezroczyste, patrzyły na nią z uwagą, która sprawiała, że Magda czuła się naga. — Modlitwa to wielka siła.
— Czy to prawda, że to ksiądz znalazł ciało? — zapytała, nie cofając się.
Ksiądz Antoni patrzył na nią przez chwilę. Uśmiechnął się. Uśmiech nie sięgnął jego oczu.
— Tak — powiedział. — Szedłem na jutrznię. I zobaczyłem… — przerwał, przeżegnał się — to, czego nikt nie powinien widzieć.
— I co ksiądz zrobił?
— To, co nakazuje obowiązek. Udzieliłem ostatniego namaszczenia. I wezwałem policję.
— A krew na księdza dłoniach? — Magda wskazała na mankiety.
Ksiądz spojrzał w dół, jakby dopiero teraz zauważył plamy. Potem podniósł wzrok.
— Dotykałem ciała — powiedział spokojnie. — To naturalne.
— O której było to dotykanie?
— Pani Magdaleno — głos księdza stracił ciepło. Stał się twardy, urzędowy. — Rozumiem pani ciekawość. Ale to nie jest miejsce ani czas na takie pytania. Są dzieci.
— Właśnie — Magda zrobiła krok w jego stronę. — Są dzieci. I jedna z nich widziała coś w nocy. Coś, co może być ważne dla śledztwa.
Ksiądz Antoni zbladł jeszcze bardziej. Jego oczy zwęziły się.
— Co widziała?
— Nie mogę powiedzieć — odparła Magda. — To zeznanie dla policji.
Przez chwilę patrzyli na siebie. Magda czuła, jak cała klasa milczy za jej plecami, czuła oddech dzieci, czuła ich strach i nadzieję.
— Pani Magdaleno — powiedział w końcu ksiądz, a jego głos wrócił do ciepłego, pasterskiego tonu, ale teraz był w nim jakiś fałsz, jakieś drżenie — niech pani uważa. Na wsi łatwo o… nieporozumienia. Łatwo zobaczyć coś, czego nie ma. Łatwo usłyszeć coś, co nie padło. I łatwo — pochylił się lekko w jej stronę — stracić to, co się ma.
— Nie mam nic do stracenia — odparła Magda.
— Każdy ma coś do stracenia. — Wyprostował się. — Nawet pani. Zwłaszcza pani.
Odwrócił się i wyszedł. Jego kroki odbijały się echem od szkolnego korytarza, coraz ciszej, aż w końcu ucichły.
Magda stała w drzwiach, czując, jak serce wali jej w piersi. Z tyłu ktoś zapłakał cicho.
Odwróciła się. Aga siedziała przy ławce, z twarzą ukrytą w dłoniach, a jej warkocze, splecione z jasnych włosów, drżały.
Magda podeszła do niej i objęła ją.
— Nic się nie bój — wyszeptała. — Jestem tu.
Ale w myślach słyszała głos księdza: Nawet pani ma coś do stracenia. Zwłaszcza pani.
I wiedziała, że ma rację.
Bo od tej chwili w Głuchowie Dolnym nie była już tylko nauczycielką, która przyjechała z miasta uciec przed przeszłością. Była świadkiem. Była zagrożeniem. Była następna.
A ksiądz Antoni, ten święty człowiek, ten pasterz owieczek — wiedział o tym lepiej niż ktokolwiek.
Gdzieś na wsi pies zaszczekał. Raz. Drugi. Trzeci.
A potem zamilkł na dobre.
Rozdział 4: Wioska szeptów
Głuchów Dolny, tydzień po pogrzebie Elżbiety Górki, 9 listopada
Magda nauczyła się rozpoznawać ciszę w Głuchowie Dolnym.
Nie tę zwykłą, wiejską ciszę, którą wypełniało skrzypienie studni, odległe szczekanie psa czy trzask gałęzi pod kołami traktora. Była to cisza inna — gęsta, lepka, która kładła się na wsi jak mgła i nie dawała oddychać pełną piersią. Cisza, w której ludzie mijali się na drodze bez słowa, spuszczali wzrok, gdy ich spojrzenia się spotykały, i zamykali drzwi na dwa spusty, zanim zapadł zmrok.
Tydzień minął od pogrzebu Elżbiety Górki. Tydzień, w którym Magda chodziła do szkoły, uczyła dzieci dodawania i odejmowania, sprawdzała dyktanda, uśmiechała się na apelu z okazji Święta Niepodległości. I tydzień, w którym każdego popołudnia wychodziła na wieś, pukała do chałup i zadawała pytania.
Nikt nie chciał rozmawiać.
Próba pierwsza — chałupa pod lasem, trzeciego dnia po pogrzebie.
Magda zapukała do drzwi, które pomalowane były kiedyś na niebiesko, ale farba zeszła już w płatach, odsłaniając surowe, szare drewno. Otworzyła jej kobieta około sześćdziesiątki, z chustą na głowie i rękami umazanymi w mące.
— Czego? — zapytała, nie zdejmując łańcucha.
— Dzień dobry. Jestem Magdalena Nowak, nauczycielka ze szkoły. Chciałam porozmawiać o…
— Nic nie wiem — przerwała kobieta. — Nic nie widziałam. Niech pani idzie.
Drzwi zatrzasnęły się przed jej nosem.
Próba druga — dom sołtysa, piątego dnia.
Sołtys, mężczyzna około sześćdziesiątki o twarzy jak zwiędłe jabłko, przyjął ją w kuchni, postawił przed nią herbatę z cukrem i patrzył na nią tym wzrokiem, który Magda zaczynała już dobrze znać. Wzrokiem, który mówił: rozumiem cię, ale nic nie mogę zrobić.
— Pani Magdo — powiedział, obracając w palcach łyżeczkę. — Ja wiem, co pani robi. Chodzi pani po chałupach, pyta. Ale to nie ma sensu.
— Dlaczego?
— Bo ludzie się boją.
— Kogo? Morderczy?
Sołtys odstawił łyżeczkę. Przez chwilę Magda miała wrażenie, że coś powie. Ale tylko westchnął.
— Wie pani — zaczął powoli — jak to jest na wsi? Każdy każdego zna. Każdy wie, kto z kim, kto przeciw komu. I każdy wie, że czasem lepiej nie wiedzieć. Bo jak wiesz, to musisz coś z tym zrobić. A jak zrobisz, to…
— To co?
— To jesteś następny.
Wstał, podszedł do okna i wyjrzał na podwórze, gdzie kury grzebały w błocie.
— Niech pani słucha — powiedział, nie odwracając się. — Była tu kiedyś dziewczyna. Marysia. Ładna, młoda, pracowała w sklepie. I też chodziła do spowiedzi. I też zniknęła. Trzydzieści lat temu.
— I co się z nią stało?
— Nikt nie wie. — Odwrócił się. — Tyle że jej ciała nigdy nie znaleźli. A ksiądz Antoni… on wtedy dopiero co przyjechał do parafii. Młody, gorliwy. Wszyscy go lubili. I jakoś nikt nie pytał.
— A pan pytał?
Sołtys spojrzał na nią. W jego oczach, zaczerwienionych od dymu z komina, Magda zobaczyła coś, czego nie spodziewała się zobaczyć. Wstyd.
— Pytałem — powiedział cicho. — Poszedłem na plebanię, zapytałem, czy coś wie. A ksiądz popatrzył na mnie takim wzrokiem… takim jakby widział mnie na wylot. I powiedział: „Niech pan się modli za jej duszę. I niech pan pamięta, że to, co Bóg zabiera, Bóg też daje. A co Bóg daje, może też odebrać”.
— Groził panu?
— Nie groził. — Sołtys usiadł z powrotem za stołem. — On nie musi grozić. On tylko przypomina. A każdy w tej wsi ma coś, czego nie chce, żeby wyszło na jaw. Każdy. I ksiądz o tym wie. Bo słyszy na spowiedzi. Bo ludzie mu się zwierają. A on pamięta. Wszystko pamięta.
Magda wstała.
— A pan? — zapytała. — Pan ma coś, czego nie chce, żeby wyszło?
Sołtys uśmiechnął się smutno.
— Każdy ma, pani Magdo. Każdy.
Próba trzecia — Dziadek Jan, szóstego dnia.
Magda znalazła go przy jego chałupie za cmentarzem, jak rąbał drewno. Topór w jego kościstych dłoniach wznosił się i opadał z rytmem, który wydawał się nieprzystający do jego wieku. Przy każdym uderzeniu pryskały wióry, a starzec mruczał pod nosem coś, co mogło być modlitwą albo przekleństwem.
— Przyszła pani — powiedział, nie przerywając roboty. — Myślałem, że przyjdzie wcześniej.
— Bałam się — przyznała Magda.
— Mądrze. — Odłożył topór, oparł się o pień i wyciągnął swoją butelkę. — Wiśniówki?
— Nie, dziękuję.
— To dobrze. Bo w wiśniówce prawda, ale po wiśniówce głowa boli. — Napił się, mlasnął. — Czego pani chce wiedzieć?
— Wszystkiego.
Dziadek Jan zaśmiał się, sucho, jakby kaszlał.
— Wszystkiego to nawet ja nie wiem. A wiem dużo. Najwięcej w tej wsi. — Spojrzał na nią spod krzaczastych brwi. — Ale muszę wiedzieć, czy pani jest gotowa. Bo jak pani powiem, to pani nie będzie mogła udawać, że nie wie. A udawanie to na wsi podstawa przetrwania.
— Jestem gotowa — powiedziała Magda.
Starzec popatrzył na nią długo. Potem kiwnął głową.
— To chodźmy do środka. Na dworze uszy mają.
Chałupa Dziadka Jana była mała, jednopokojowa, z piecem kaflowym, który trzeszczał i syczał, jakby żył własnym życiem. Na ścianach wisiały święte obrazy — Matka Boska Częstochowska, Święty Józef, Jezus Miłosierny — ale były one poprzekręcane, wisiały pod dziwnymi kątami, jakby ktoś celowo chciał zaburzyć ich spokój. W kącie stał kredens zastawiony butelkami i słoikami, a na nim, na honorowym miejscu, leżały stare, pożółkłe fotografie.
— Siadaj — powiedział Dziadek Jan, wskazując na ławę pod oknem. — I słuchaj.
Usiadł naprzeciwko niej, na zydlu, który zaskrzypiał pod jego ciężarem. W ręku trzymał różaniec — nie taki, jakie noszą księża, ale zwykły, drewniany, z przewiązką na ostatnim paciorku.
— Wie pani, pani Magdo — zaczął — co to jest „dworek świętej Marty”?
Magda pomyślała. Gdzieś w konspekcie, który snuła w głowie, było to sformułowanie. Dla samotnych matek. Dla ofiar przemocy. Odcięty od świata.
— Coś słyszałam — powiedziała ostrożnie.
— Słyszała pani tyle, co inni. — Dziadek Jan splótł dłonie na kolanach. — Ale ja pani powiem, co to naprawdę jest. To jest taki dom za plebanią, za murem, za drzwiami, które zawsze są zamknięte. Ksiądz Antoni założył go dwadzieścia lat temu. Mówił, że to miejsce dla kobiet, które uciekają przed złymi mężami. Że tam znajdą schronienie. Że tam będą bezpieczne.
— I były?
Dziadek Jan spojrzał na nią. W jego jasnych oczach pojawił się błysk — coś między gniewem a bólem.
— Były — powiedział powoli. — Były bezpieczne. Od świata. Od mężów. Od wszystkich. Tylko od niego nie były.
Magda poczuła, jak robi jej się zimno. Piec trzeszczał, szyby w oknach drżały od wiatru, a ona siedziała nieruchomo, wbijając wzrok w starego.
— Co pan chce powiedzieć?
— Chcę powiedzieć, że przez ten dworek przewinęło się przez lata kilkanaście kobiet. Młode, stare, z dziećmi, bez dzieci. I wszystkie one… — przerwał, przesunął palcami po różańcu — wszystkie one chodziły do spowiedzi. A potem znikały.
— Znikąd?
— Niektóre wyjeżdżały. Do rodzin, do miast, do pracy. Ale niektóre… — podniósł wzrok — niektóre zostawały. I przestawały istnieć.
— Co to znaczy „przestawały istnieć”?
— To znaczy, że nie było ich widać. Nie wychodziły do sklepu, nie przychodziły do kościoła. Siedziały w tym dworku. I czekały. Aż ksiądz przyjdzie.
Magda zacisnęła dłonie.
— Skąd pan to wie?
— Bo moja żona tam była — powiedział Dziadek Jan, a jego głos stracił całą swoją chrypkę, stał się cichy, prawie dziecinny. — Moja Jagna. Czterdzieści lat temu. Mąż ją bił, to uciekła do dworku. Myślała, że tam będzie bezpieczna. I była. Przez dwa tygodnie. A potem… — odchrząknął, otarł usta rękawem — potem przestała przychodzić na mszę. A kiedy poszedłem na plebanię zapytać, co się z nią dzieje, ksiądz Antoni powiedział, że wyjechała. Do rodziny, na Śląsk.
— I uwierzył pan?
Dziadek Jan spojrzał na nią. Jego oczy, te jasne, prawie przezroczyste oczy, były teraz mokre.
— Nie. Poszedłem na policję. Do miasteczka. Powiedziałem, że żona zniknęła. A oni popytali, pomachali papierami i powiedzieli, że nie ma śladów przemocy, że Jagna wyjechała dobrowolnie, że mam się nie martwić. — Zaśmiał się, krótko, boleśnie. — Nie martwić. Kobieta znika, a ja mam się nie martwić.
— I co pan zrobił?
— To, co każdy by zrobił. — Podniósł się z zydla, podszedł do kredensu i zdjął z niego jedną z fotografii. Podszedł z nią do Magdy. — Niech pani spojrzy.
Magda wzięła zdjęcie. Było stare, czarno-białe, wyblakłe. Przedstawiało młodą kobietę o okrągłej twarzy, z warkoczem splecionym wokół głowy. Uśmiechała się do aparatu, trzymając na ręku małego chłopca. Za nią, w tle, widać było fragment muru i wysoką, ciemną bramę.
— To moja Jagna — powiedział Dziadek Jan. — I nasz syn, Tadek. Zdjęcie zrobili jej w dworku, tydzień przed tym, jak zniknęła.
— A Tadek?
— Tadek też zniknął. Był z nią. — Głos starca załamał się. — Miał wtedy dwa lata. Dwa lata, pani Magdo. A ksiądz powiedział, że pojechali razem. Że Jagna wróciła do męża, a mąż ją z dzieckiem zabrał w Bieszczady, do rodziny. — Oparł się o kredens, jakby nogi odmawiały mu posłuszeństwa. — Tylko że jej mąż, ten co ją bił, nie żył od roku. Zmarł na serce. Więc nie mógł jej nigdzie zabierać.
Magda patrzyła na zdjęcie. Młoda kobieta uśmiechała się, ale w jej oczach było coś, co Magda rozpoznawała — ten sam strach, który widziała w oczach Haliny na cmentarzu, w oczach pani Zosi przy kuchennym stole, w oczach Agi w szkolnej ławce. Strach, który nie ma ucieczki.
— I co pan zrobił? — zapytała, choć bała się odpowiedzi.
— Nic — odparł Dziadek Jan. — Nic nie mogłem zrobić. Bo kto by uwierzył staremu pijakowi, że ksiądz, święty człowiek, porywa kobiety? Kto by uwierzył, że za tym murem dzieją się rzeczy, o których nie można mówić? — Odwrócił się do okna, przez które widać było cmentarz. — Więc zostałem. I patrzyłem. I pamiętałem. I czekałem.
— Na co?
— Na kogoś, kto też zobaczy. I kto będzie miał odwagę zrobić to, czego ja nie zrobiłem.
Magda odłożyła zdjęcie na stół. Jej dłonie drżały.
— Dlaczego mi pan to mówi? — zapytała. — Dlaczego teraz?
Dziadek Jan odwrócił się. W jego oczach nie było już łez, była tylko twarda, zimna determinacja.
— Bo jest pani piąta — powiedział. — A właściwie… nie wiem która. Ale chodzi pani do spowiedzi co tydzień. I mówi pani księdzu o swoich lękach. I o swoim byłym. I o tym, że się pani boi. — Podszedł do niej, stanął tak blisko, że poczuła zapach wiśniówki i starych ubrań. — I widzę, że on na panią patrzy. Tak jak patrzył na Jagnę. Jak patrzył na Elżbietę. Jak patrzył na wszystkie.
— Jak pan wie, że patrzy?
— Bo widziałem, jak wracał z cmentarza w noc Wszystkich Świętych. Szedł drogą, a potem skręcił pod pani dom. I stał pod pani oknem. Długo.
Magda cofnęła się o krok. Uderzyła plecami o framugę drzwi.
— Stał pod moim oknem?
— Tak. I patrzył w górę. I modlił się. Albo coś szeptał. Nie wiem. — Starzec wrócił na swoje miejsce, usiadł ciężko. — Wiem tylko, że potem poszedł na Wólkę. I znalazł Elżbietę. Albo… — zawahał się — może nie znalazł. Może zostawił.
Magda oparła się o framugę, czując, jak drewno wbija się w jej plecy. W głowie wirowały jej słowa Dziadka Jana, obrazy, daty. Dworek Świętej Marty. Kobiety, które znikały. Ksiądz, który patrzył. I ta cisza, ta straszna, dusząca cisza, która kładła się na wsi jak całun.
— Dworek — powiedziała nagle. — Trzeba sprawdzić dworek.
— Sprawdzić? — Dziadek Jan uniósł brew. — A kto sprawdzi? Pani? Pójdzie pani do księdza i powie: „Proszę pana, chciałabym zobaczyć, co pan ma za murem”? On panią wpuści?
— Nie wiem. Ale muszę spróbować.
— To panią zabije.
Magda spojrzała na niego.
— Może — przyznała. — Ale jeśli nic nie zrobię, to zabije następną. I następną. I następną. Aż w końcu…
— Aż w końcu ktoś go powstrzyma — dokończył starzec.
— Kto? Policja? Sołtys? Wy, mężczyźni z tej wsi?
Dziadek Jan milczał. Jego dłonie, spoczywające na kolanach, zacisnęły się w pięści.
— Wie pani, pani Magdo — powiedział w końcu — co jest najgorsze w tej całej historii? Że my wiemy. Wszyscy wiemy. Niektórzy od lat. Wiemy, co ksiądz robi. Wiemy, gdzie są te kobiety. Ale nic nie robimy. Bo ksiądz ma władzę. I boimy się.
— Czego?
— Wszystkiego. Klątwy. Potępienia. A najbardziej — tego, że jeśli zaczniemy mówić, to wyjdzie na jaw, że wiedzieliśmy cały czas. I że nic nie zrobiliśmy. — Podniósł wzrok. — To jest nasz grzech, pani Magdo. Nie to, co on robi. Ale to, że my na to pozwalamy.
Magda podeszła do niego i uklękła przy jego zydlu. Wzięła jego stare, pomarszczone dłonie w swoje.
— Dziadku Janie — powiedziała cicho — a gdyby ktoś zaczął? Gdyby ktoś pierwszy powiedział „dość”? Poszedłby pan z nim?
Starzec patrzył na nią przez długą chwilę. Potem, bardzo powoli, skinął głową.
— Poszedłbym — wyszeptał. — Dla Jagny. Dla Tadka. Dla Elżbiety. Dla wszystkich.
— Więc niech pan idzie ze mną.
— Dokąd?
— Na policję. Do miasteczka. Do prokuratora. Niech pan powie to, co powiedział mnie.
Dziadek Jan spojrzał na nią. W jego oczach pojawiła się nadzieja — krucha, nieśmiała, jak płomień znicza na wietrze.
— Myśli pani, że uwierzą?
— Nie wiem — przyznała Magda. — Ale musimy spróbować. Bo jeśli nie my, to kto? I jeśli nie teraz, to kiedy?
Starzec milczał. Piec trzeszczał, a wiatr uderzał w okna, jakby chciał dostać się do środka. Wreszcie Dziadek Jan podniósł się z zydla.
— Jutro — powiedział. — Jutro pojedziemy. Razem. — Zawahał się. — Ale musi pani wiedzieć, że jak się z tym wyjdzie, to nie będzie odwrotu. Ksiądz się dowie. I wtedy…
— Wiem — przerwała Magda.
— Nie wie pani. — Jego głos był teraz ostry, przerażony. — Nie wie pani, co on potrafi. Widziała pani Elżbietę? Widziała pani, jak wyglądała? — Nie czekając na odpowiedź, ciągnął: — Ja widziałem. Na pogrzebie. Trumna była zamknięta, ale ja wiem, bo w nocy, przed pogrzebem, poszedłem do kostnicy. — Zniżył głos do szeptu. — Ona nie była tylko zabita. Ona była… ozdobiona.
— Co to znaczy?
— Znaczy, że ktoś się nią bawił. Długo. I starannie. I… — przerwał, przełknął ślinę — i zostawił na niej znak. Krzyż. Wypalony. Na piersi.
Magda poczuła, że zaraz zemdleje. Świat zawirował, a ona złapała się kredensu, żeby nie upaść.
— Krzyż? — wyszeptała. — Ksiądz zostawił na niej krzyż?
— Albo ktoś, kto udaje księdza. — Dziadek Jan pomógł jej usiąść na ławie. — Niech pani wypije. — Podał jej szklankę z wodą. — To ważne, pani Magdo. Bo to nie jest zwykły morderca. To jest ktoś, kto swoje czyny traktuje jak… posługę. Jak ofiarę. I wierzy, że robi dobrze.
Magda wypiła wodę. Dłonie jej drżały, a w żołądku czuła pustkę, która rosła i rosła, aż stała się dziurą, przez którą mogłaby przejść cała wieś.
— Muszę stąd iść — powiedziała, wstając. — Muszę to przemyśleć.
— Niech pani idzie — Dziadek Jan podszedł do drzwi i otworzył je. — Ale niech pani pamięta: jutro. O dziesiątej rano. Spotkamy się przy przystanku. I pojedziemy.
— A jeśli ksiądz się dowie?
— Jeśli się dowie, to znaczy, że ktoś nas wydał. — Popatrzył na nią uważnie. — I wtedy będziemy wiedziały, komu nie można ufać.
Magda skinęła głową i wyszła. Na zewnątrz zmrok już zapadał, a z cmentarza, który leżał tuż za płotem, dobiegał szum suchych liści, które wiatr przesuwał po nagrobkach.
Szła szybko drogą w stronę szkoły, mijając kolejne chałupy, w których zapalały się już światła. W jednej z nich, za firanką, dostrzegła czyjąś sylwetkę — kobietę, która stała w oknie i patrzyła na nią. Gdy ich spojrzenia się spotkały, kobieta cofnęła się gwałtownie, zasuwając zasłonę.
Boją się — pomyślała Magda. — Boją się patrzeć. Boją się mówić. Boją się, że jeśli zobaczą za dużo, to same będą następne.
Ale w tej ciszy, w tej wiosce szeptów, było coś jeszcze. Coś, co Magda zaczynała dostrzegać w spojrzeniach ludzi, których mijała. Nie tylko strach. Także oczekiwanie.
Czekali. Na kogoś, kto przerwie ciszę. Na kogoś, kto powie to, czego oni powiedzieć nie mogą. Na kogoś, kto weźmie na siebie ciężar wiedzy i ryzyko, które za nią idzie.
I wtedy Magda zrozumiała, że nie może czekać do jutra.
Skręciła w boczną uliczkę, która prowadziła do plebanii. Jej serce biło tak mocno, że czuła uderzenia krwi w skroniach. Drzewa przy drodze chyliły się pod naporem wiatru, a z oddali dobiegał głos dzwonu kościelnego, który wybijał godzinę.
Plebania stała za kościołem, otoczona wysokim, kamiennym murem. Brama była zamknięta, ale furtka — ta mała, drewniana furtka, którą ksiądz wpuszczał interesantów — była uchylona.
Magda podeszła do niej i zawahała się. Przez chwilę miała wrażenie, że słyszy za murem głosy — ciche, kobiece, jakby ktoś płakał. Albo śpiewał. Nie umiała rozróżnić.
— Niech pani wejdzie — odezwał się głos za jej plecami.
Odwróciła się gwałtownie. Na ścieżce, kilka kroków od niej, stał ksiądz Antoni. Nie miał na sobie sutanny, tylko czarny sweter i spodnie, i w tym ubraniu wyglądał zaskakująco zwyczajnie. Jak zwykły mężczyzna, który wyszedł wieczorem na spacer.
— Czekałem na panią — powiedział, uśmiechając się tym swoim ciepłym, pasterskim uśmiechem. — Wiedziałem, że pani przyjdzie.
— Skąd ksiądz wiedział?
— Bo pani szuka prawdy. — Podeszła bliżej, a on nie cofnął się. — I bo pani myśli, że prawda jest za tym murem. — Wskazał na plebanię. — Czyż nie?
Magda milczała. Czuła, że jej gardło wyschło, że nie jest w stanie wydobyć z siebie słowa.
— Proszę się nie bać — powiedział ksiądz. — Nie zrobię pani krzywdy. Jestem sługą Bożym. Moim obowiązkiem jest chronić owieczki.
— Nawet te, które zadają niewygodne pytania? — zdołała wykrztusić Magda.
Ksiądz Antoni popatrzył na nią długo. W świetle latarni jego oczy wydawały się jeszcze jaśniejsze, jeszcze bardziej przezroczyste. I nagle Magda zobaczyła w nich coś, czego wcześniej nie zauważyła. Nie ciepło. Nie pasterską troskę. Głód.
— Zwłaszcza te — powiedział cicho. — Zwłaszcza te.
Wyciągnął rękę, jakby chciał dotknąć jej twarzy. Magda cofnęła się o krok.
— Proszę mnie nie dotykać — powiedziała.
Ksiądz opuścił rękę. Uśmiechnął się.
— Jak pani chce. — Odwrócił się w stronę furtki. — Ale jeśli chce pani zobaczyć dworek, proszę bardzo. Zapraszam. Jutro, po południu. Pokażę pani wszystko. Każdy kąt. Każdy pokój. Każdą… kobietę, która tam jest.
— Są tam kobiety?
— Są. — Otworzył furtkę, stanął w progu. — I są bezpieczne. Bezpieczniejsze niż kiedykolwiek były. Bo ja ich pilnuję.
— Czy Elżbieta też była pod pana opieką?
Cisza. Ksiądz Antoni stał w furtce, a wiatr targał jego siwymi włosami. Przez chwilę Magda miała wrażenie, że czas się zatrzymał — że cała wieś wstrzymała oddech, czekając na jego odpowiedź.
— Elżbieta — powiedział w końcu, a jego głos był cichy, prawie czuły — była grzesznicą. Chciała opuścić męża. Chciała opuścić wieś. Chciała złamać przysięgę małżeńską, którą złożyła przed Bogiem. — Spojrzał na Magdę. — Musiałem ją powstrzymać.
— Zabijając ją?
— Ratując jej duszę. — Jego głos nabrał siły, stał się kaznodziejski, pewny. — Jej ciało zgrzeszyło, ale dusza… dusza poszła do Boga czysta. Oczyszczona. — Pochylił głowę. — Tak jak wszystkie.
Magda zrobiła krok w tył. Potem jeszcze jeden. Ksiądz nie ruszał się z miejsca, stał w furtce i patrzył, jak się oddala.
— Jutro — powiedział, gdy była już przy kościele — czekam na panią. O czternastej. Pokażę pani dworek. I wtedy pani zrozumie.
— Zrozumiem co?
— Że nie ma zbrodni bez kary. I że każda ofiara jest też ocaleniem.
Magda odwróciła się i pobiegła. Biegła przez cmentarną ścieżkę, potykając się o korzenie, mijając nagrobki, które w świetle latarni rzucały długie, drżące cienie. Za sobą słyszała tylko wiatr i bicie własnego serca.
Dopiero gdy zamknęła drzwi swojego mieszkania, pozwoliła sobie oddychać. Oparła się o zimną ścianę, zsunęła na podłogę i siedziała tak długo, patrząc w ciemność.
Jutro o czternastej. Pokażę pani dworek.
Wiedziała, że nie może iść. Wiedziała, że to pułapka. Wiedziała, że jeśli przekroczy próg plebanii, może już nie wrócić.
Ale wiedziała też, że jeśli nie pójdzie, to Dziadek Jan pójdzie sam na policję. I że ksiądz Antoni się dowie. I że wtedy…
Wstała, podeszła do okna. Na drodze było pusto. Znicz, który ktoś postawił w noc Wszystkich Świętych, wreszcie zgasł.
Magda wzięła do ręki telefon. Przez chwilę wahała się, czy zadzwonić na policję. Ale co by powiedziała? Że ksiądz sam się przyznał? Nie miał żadnych dowodów. To były tylko słowa. I jej słowo przeciwko słowu księdza — świętego człowieka, który od trzydziestu lat dba o tę wieś.
Odłożyła telefon.
Jutro pójdzie do dworku. Zobaczy, co tam jest. I wtedy będzie wiedziała.
A jeśli nie wróci — Dziadek Jan pójdzie na policję. I wtedy ktoś wreszcie uwierzy.
Położyła się na łóżku, nie rozbierając się. Przez okno widziała niebo — czarne, bez gwiazd, zaciągnięte chmurami, które wisiały nisko nad dachami Głuchowa Dolnego.
Zasypiając, pomyślała o Elżbiecie Górce. O jej uśmiechu, który był jak wosk. O krzyżu wypalonym na jej piersi.
I o tym, że jutro może być jej koleją.
Gdzieś na wsi pies zaszczekał. Raz. Drugi.
A potem ucichł.
I w tej ciszy Magda usłyszała, jak ktoś pod jej oknem szeptem odmawia różaniec.
Zdrowaś Mario, łaski pełna, Pan z Tobą…
Nie otworzyła oczu. Wiedziała, że jeśli spojrzy, zobaczy go tam, w ciemności, z różańcem w dłoniach i tym głodem w oczach.
Więc leżała nieruchomo, oddychając miarowo, udając sen, i czekała, aż głos ucichnie.
A gdy wreszcie zamilkł, a jej oddech wyrównał się, Magda pozwoliła sobie na jedną, ostatnią myśl.
Jutro.
I wtedy wszystko się zmieni.
Rozdział 5: Grzech główny
Głuchów Dolny, 10 listopada, godzina 13:47
Deszcz zaczął padać o świcie i nie przestawał ani na chwilę.
Magda stała przed kościołem Świętej Barbary, wtulona w wełniany płaszcz, który przemókł do suchej nitki, i patrzyła na furtkę prowadzącą na plebanię. Była otwarta. Ksiądz Antoni czekał.
Nie spała całą noc. Leżała w łóżku z otwartymi oczami, wsłuchując się w szepty pod oknem, które ustały dopiero nad ranem. Wiedziała, że to on. Wiedziała, że stał tam, odmawiając różaniec, i patrzył w górę, na jej okno. Czekał. Jak czekał na Elżbietę. Jak czekał na wszystkie.
O dziesiątej rano spotkała się z Dziadkiem Janem na przystanku. Starzec czekał na nią z torbą wypchaną starą odzieżą, jakby naprawdę zamierzał jechać do miasteczka.
— Nie jadę — powiedziała Magda.
Dziadek Jan popatrzył na nią długo, a potem skinął głową, jakby spodziewał się tej odpowiedzi.
— Idzie pani do niego — stwierdził.
— Muszę zobaczyć dworek. Muszę wiedzieć.
— A jeśli nie wróci pani?
Magda wyciągnęła z kieszeni kopertę. W środku była kartka, na której zapisała wszystko, co wiedziała — o księdzu, o spowiedziach, o Elżbiecie, o dworku. O Dziadku Janie i jego żonie. O wszystkim.
— Jeśli do wieczora nie oddzwonię — powiedziała, podając mu kopertę — niech pan to zaniesie na policję. Do prokuratora. Niech pan powie, że to ja pisałam. Że to moje zeznanie.
Dziadek Jan wziął kopertę drżącymi rękami.
— Niech pani nie idzie — wyszeptał. — Niech pani poczeka. Pojedziemy razem, do prokuratora, powiemy…
— I co nam powiedzą? Że stary pijak i przyjezdna nauczycielka oczerniają świętego człowieka? — Magda uśmiechnęła się smutno. — Muszę mieć dowód. Muszę zobaczyć.
— A jeśli on panią…
— Jeśli mnie zabije, to będzie pan miał dowód. — Powiedziała to spokojnie, jakby mówiła o pogodzie. — I wtedy ktoś wreszcie uwierzy.
Dziadek Jan schował kopertę do kieszeni watowanej kurtki. Jego oczy, te jasne, przenikliwe oczy, były teraz pełne łez.
— Niech Bóg panią broni — powiedział.
— Nie wierzę w Boga — odparła Magda.
— To dobrze. — Starzec uśmiechnął się przez łzy. — To może panią uratować.
Pożegnała się z nim i poszła w stronę kościoła. Deszcz padał coraz mocniej, a wiatr targał gałęziami wierzb, które chyliły się nad drogą jak stare, zmęczone kobiety.
Teraz, stojąc przed furtką, Magda czuła, jak strach ściska jej gardło. Chciała zawrócić. Chciała pobiec na przystanek, wsiąść w autobus i wrócić do Łodzi, do swojego dawnego życia, do swojego dawnego strachu, który przynajmniej był jej znany.
Ale przypomniała sobie Elżbietę. Jej uśmiech jak wosk. Krzyż wypalony na piersi. I dzieci Górków, które od tygodnia nie przychodziły do szkoły.
Przypomniała sobie też swoje własne dzieciństwo, swoją matkę, która znikała za zamkniętymi drzwiami sypialni, gdy ojciec wracał z pracy. I siebie samą, małą, skuloną pod kołdrą, nasłuchującą, czy dzisiaj też będzie krzyk.