E-book
2.73
drukowana A5
56.53
Wiatrem z pól zasiane

Bezpłatny fragment - Wiatrem z pól zasiane

Objętość:
461 str.
ISBN:
978-83-8155-288-2
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 56.53

Tę książkę poświęcam wszystkim Polakom, którzy pozostali na ojcowiźnie i tworzą historię współczesnej wsi.

Rozdział I

Tak upalnego czerwca w historii polskiej meteorologii jeszcze nie notowano jak w roku 1979, kiedy to w cieniu odnotowano 30 stopni Celsjusza. Upalne powietrze płynęło do Polski aż znad afrykańskiej Sahary przez pogranicze Tunezji, Libii i Algierii, a następnie przez Włochy i kraje alpejskie, aż po południowy zachód naszego kraju. Trudno było wytrzymać w tym upale szczególnie w mieście, więc wszyscy mieszkańcy miast wyjeżdżali nad wodę, by nieco się ochłodzić i odpocząć od męczącego upału. Mieszkańcy Radomia jeździli nad Pilicę albo nad Zalew w Domaniowie, wyjątkowo nad zalew na Borkach. Asfaltowe jezdnie były rozgrzane i uwalniał się z nich cuchnący zapach lepiku, a w kilku miejscach było widać wyżłobione ślady opon samochodowych, które za długo stały na słońcu. Płyty chodnikowe były tak rozgrzane od słońca że, miało się ochotę iść po nich na bosaka, szczególnie ci, co cierpieli na nieprawidłowe krążenie i mieli wiecznie zimne nogi.

Maja Klonowska, świeża absolwentka Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Kielcach, pochodziła z Radomia, a konkretnie z Oboziska, z osiedla, które nosiło nazwę: Jacka Malczewskiego. Często zastanawiała się, dlaczego w potocznej nazwie była używana najczęściej ta pierwsza. Sięgnęła więc do encyklopedii i dowiedziała się, że nazwa — Obozisko — mogła mieć związek z obradami Trybunału Koronnego w Radomiu, na które zjeżdżały do miasta tłumy ludzi, handlarze, kupcy i inni ciekawi wydarzenia. Większość z nich z powodu braku miejsca w zajazdach i domach prywatnych lokowała się w namiotach, rozbijanych na terenie, nazywanym stąd później Oboziskiem. Przez dzielnicę przepływa rzeka Mleczna i Potok Północny, który był kiedyś czysty, w którym pluskały się dzieciaki. Pamiętała te czasy, bo sama w nim brodziła. Był płytki, ale woda mile chłodziła stopy w upalne dni. Wzdłuż potoku rosły wysokie topole. Dlatego od dzieciństwa miała do nich wielki sentyment. W czwartki i soboty nad jego brzegami do tej pory stoją chłopi z okolicznych wsi i sprzedają swoje produkty: jaja, produkty mleczne, warzywa i owoce, a po drugiej stronie potoku, stał plac, nazwany od niepamiętnych czasów: Korej, na którym stały budki kramarskie i można było tu kupić wszystko, począwszy od produktów spożywczych, po meble, rowery, pierza na poduchy, pierzynki i kołdry. A od cinkciarzy dolary albo złoto w postaci obrączek i pierścionków.

Maja miała wielki sentyment do swojego miasta, bo mieszkańcami byli ludzie pracy. Zakłady przemysłowe jak: Zakłady Metalowe „Predom Łucznik” im. gen. Waltera produkujące głównie maszyny do szycia oraz bagnety i wiatrówki dla wojska. Radomskie Zakłady Przemysłu Skórzanego „Radoskór” produkowały różnego rodzaju obuwie dla potrzeb ludzi w kraju, ale i zagranicą. ZEORK dostarczały energię elektryczną, WPEC dostarczało energię cieplną, Zakłady Mięsne były wytwórcą różnego rodzaju przetworów mięsnych, które słynęły z dobrej jakości wędlin. Spółdzielnia Mleczarska produkuje wyroby mleczarskie, Zakład Tarcz Numerowych RWT produkowały telefony, Radomskie Zakłady Mechanizacji i Budownictwa „ZREMB” wykonywały remonty spycharek i ładowarek, Garbarnia Skór Miękkich garbowała skóry do produkcji odzieży, torebek i butów, „Techmatrans” Przedsiębiorstwo Projektowania i Dostaw Transportu Technologicznego i Składowania, Radomska Fabryka Wyrobów Emaliowanych produkowała kuchnie gazowe, Zakłady Przemysłu Tytoniowego produkowały najlepszego gatunku tytoń, Zakłady Urządzeń i Instalacji „Termowent” były wytwórcą wentylatorów i urządzeń grzewczo-wentylacyjnych, Zakłady Drzewne zajmowały się obróbką drewna, Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego, Kombinat Budowlany stawiał osiedla mieszkaniowe, Przetwórnia Owocowo-Warzywna produkowała przetwory z owoców i warzyw, które pochodziły z zakontraktowanych upraw w rejonie Radomia. Radomska Centrala Materiałów Budowlanych była jedną z największych hurtowni, która sprzedawała wszystkie materiały budowlane do remontów domów albo ich urządzeń. Oprócz RCMB była hurtownia „Elmet”, która zajmowała się sprzedażą urządzeń grzewczych z piecami, instalacją i grzejnikami.

Wszystkie te zakłady pracy zatrudniały nie tylko mieszkańców Radomia, ale także chłoporobotników z okolicznych wiosek, którzy posiadali zbyt mało ziemi, by się z niej utrzymać.

Data 25 czerwca 1976 roku była dla Radomia znacząca. Radykalne podwyżki cen na podstawowe artykuły spożywcze były główną przyczyną protestu, że radomianie wyszli na ulicę. Akcja została spacyfikowana przez jednostki milicji i ZOMO, nadając radomianom przydomek „Warchołów”. Radomianie udowodnili, że byli nie tylko ludźmi pracy, ale też prawdziwymi bohaterami, umiejącymi walczyć w obronie słusznych idei.

W wydarzeniach tych wzięło udział około 20 tysięcy osób, w tym pracownicy 33 przedsiębiorstw z terenu Radomia i województwa oraz studenci Politechniki Świętokrzyskiej i uczniowie szkół średnich.

W trakcie walk na ulicy zginęło dwóch mężczyzn, 198 zostało rannych, w kilka dni potem zamordowano następnego radomianina. Śmiertelną ofiarą represji po wydarzeniach radomskich był ksiądz Roman Kotlarz, który patronował radomskim robotnikom.

Milicja i ZOMO przeprowadziły masowe aresztowania zarówno demonstrantów jak i przygodnych osób, którym zarzucano uczestnictwo w niszczeniu mienia. Zdarzały się również przypadki wyciągania ludzi z domów. Zatrzymanych brutalnie bito i kopano, przeprowadzając przez tak zwane „ścieżki zdrowia”. Zatrzymani nie byli przed kolegiami dopuszczani do głosu, a dowodami ich winy były milicyjne notatki i „brudne ręce”. Straty materialne oszacowano na ponad 77 milionów złotych. W trakcie zamieszek spalono 5 samochodów ciężarowych i 19 osobowych, a pożar uszkodził gmach Komitetu Wojewódzkiego PZPR.

Choć ci na samej górze krytykowali i wszelkimi sposobami chcieli dokuczyć mieszkańcom Radomia, obcinając im wszelkie dofinansowania na rozbudowę i rozwój miasta, to oni jednak wygrali ten protest. Przez upór i męstwo przeszli do chlubnej historii, pozostaną na zawsze, jako wielcy Polacy, choć o niektórych historia nie wspomniała, byli bezimiennymi bohaterami, którzy tworzyli wówczas historię miasta. Tym wszystkim najwaleczniejszym, wystawiono dla potomności pomnik, upamiętniający czerwcowe wydarzenia przy zbiegu ulic: Żeromskiego i 25 Czerwca.

Na myśl o nich wszystkich Maja była dumna, że się urodziła i mieszkała właśnie tutaj, w mieście krnąbrnych Warchołów.

x

Była sobota, mimo że zbliżała się godzina osiemnasta, Maja miała dość siedzenia w murach osiedlowego bloku i wyszła z domu, nie chcąc być świadkiem kolejnej kłótni rodziców. Będąc małą dziewczynką, marzyła, aby zostać nauczycielką. Tego roku ziściło się jej marzenie, ukończyła studia polonistyczne i obroniła pracę magisterską. Dlatego musiała przemyśleć, co dalej ma ze sobą zrobić. Przede wszystkim zamierzała wyprowadzić się z domu. Artur, jej młodszy brat miał szczęście, bo studiował Prawo w Warszawie, z dala od domu. Dlatego nie musiał wysłuchiwać przekomarzanek rodziców, był wolny od wszelkich ich nakazów i zakazów. Był panem samego siebie. Dorabiał sobie w niepełnym wymiarze godzin i miał z czego pokryć wynajem niewielkiego pokoiku, który dzielił z kolegą z tego samego roku. Czynsz dzielili na spółkę, więc zawsze mu zostawało pieniędzy na zakup książek i różnego rodzaju rozrywki. Najistotniejszą sprawą było to, że dobrze mu szło z nauką, ale nie dlatego że był geniuszem lecz był niezmiernie pracowity. Maja była z niego dumna. Była starsza od niego zaledwie trzy lata, ale lubiła opiekować się nim. I może dlatego nie straciła z nim kontaktu i wiedziała o jego najbliższych planach, jak i o jego sercowych dylematach. Minęła Korej, plac targowy, który swą nazwę wziął od wojny w Korei (w latach 1950—1953, bo przeniesiono go z Placu Jagiellońskiego, który wcześniej był nazwany Rajtszulą i wtedy mówiono, że targ jest teraz tak daleko jak do Korei. Tylko dodano literkę „J” i została Korej), skierowała się w cichą uliczkę willową, która nosiła nazwę: Wolność. Tą dość spokojną, mało uczęszczaną uliczką oprócz dni targowych, można było dojść do ulicy Reja, a idąc dalej w linii prostej, droga prowadziła do rynku, gdzie stał ratusz i okazały budynek IV Liceum Tytusa Chałubińskiego, a po przeciwnej stronie ulicy stał słynny Dom Esterki i Gąski z XVII wieku. Potem Rwańską lub Szewską, nie bez przyczyny tak nazwaną, bo dawno temu w tych starych kamieniczkach pracowali szewcy i kamasznicy. Wychodząc z niej, dochodziło się do głównej ulicy Radomia: Stefana Żeromskiego. Idąc w górę pod numerem pięćdziesiątym trzecim, można było dojść do Urzędu Miasta, po przeciwnej stronie którego był Park Kościuszki. I to było jej miejsce docelowe, aby się uspokoić i wyciszyć, zawsze wybierała długi spacer tą właśnie trasą. I zawsze odnosiło to właściwy skutek, bo zanim tam dotarła, zdążyła ochłonąć z ciężkiej atmosfery, jaka panowała w domu. Podczas spaceru mogła również zauważyć zmiany nie tylko w witrynach sklepowych, ale wyglądzie ulicy, jak także popatrzeć na ludzi, którzy szli w stronę parku, gdzie można było wygodnie usiąść i odpocząć albo spotkać się z przyjaciółmi i posłuchać miejscowej kapeli.

O tej porze dnia w Parku Kościuszki było głośno od gwaru rozmów, chichoczących par, które siedziały na ławce blisko siebie i entuzjastów muzyki, którzy stali w grupkach w pobliżu muszli, na której miał tego wieczoru grać rockowy zespół, który przyjechał do Radomia z okazji obchodów Dni Kultury. Obok Łaźni, w parkowej kawiarni pod parasolami, siedziała przeważnie młodzież. Starsi przebywali kawiarniach: Stylowej albo Teatralnej. Tam były swoiste klimaty. Szczególnie w Teatralnej można było zobaczyć artystów z radomskiego teatru, malarzy, stałych bywalców redakcji radomskich gazet i ludzi, którzy odczuwali specyficzny klimat ówczesnego życia w oparach papierosowego dymu i przy aromacie świeżo palonej kawy. Gorączkowo i dużo się dyskutowało o złej polityce w kraju, o sposobach i możliwościach wprowadzenia reform, które podźwignęłyby kraj z upadku ekonomicznego i gospodarczego. Każdy tu z siedzących miał doskonałe pomysły i plany, jak polepszyć byt, szkoda tylko, że każdy z nich był mocny tylko przy kawiarnianym stoliku z papierosem w ustach i nonszalanckim uśmiechem, gdy inni za podobne idee siedzieli w polskich więzieniach albo zostali internowani do miejsc, o których nie wiedziała nawet najbliższa rodzina. Wizyta papieża Jana Pawła II w kraju była również częstym tematem rozmów. Polacy wiązali z nim dalekosiężne plany, mając nadzieję, że rozmowy z członkami partii najwyższego szczebla dadzą pożądane efekty.

Kobiety miały zawężone tematy: znajome zdradzały najskrytsze sekrety swoich znajomych i o trendach ówczesnej mody. Bo temat, jak stanie w ogonku przez pół dnia za torebką lub eleganckimi butami, nie był dobrym tematem do pogaduszek przy kawie.

O tej porze roku Park Kościuszki był najbardziej uczęszczanym miejscem szczególnie przez młodzież. Na ławkach siedziały przytulone młode pary albo żwawi emeryci, pasjonaci. W parkowej altanie też ich nie brakowało, siedzieli wyłącznie sami mężczyźni, grając w szachy lub warcaby. Obok nich przy stoliku siedziało kilku zawziętych karciarzy, którzy grali w pokera i chcieli się odegrać, dopóki nie zapadł zmierzch. Wtedy odchodzili, każdy w swoją stronę, by następnego dnia zacząć dzień od nowa w taki sam sposób. Z Młodzieżowego Domu Kultury, który stał w pobliżu parku, zaczęły wychodzić dzieciaki z ostatnich zajęć Koła Fotograficznego, a z Katedry Opieki Najświętszej Marii Panny stojącej naprzeciw parku, wychodzili wierni z wieczornej mszy. Wieczór ten nie różnił się niczym jak co dzień, był gwarny i wesoły, ale nie dla wszystkich.

Maja usiadła na ławeczce, w alejce obok pomnika Chopina. Przechodząca para rzuciła jej zagadkowe spojrzenie. Jeszcze jedna rozczarowana, pewnie pomyśleli, ale przeszli obojętnie, posłuchać grającego zespołu. Maja kątem oka zauważyła ich współczujące spojrzenie i prawie natychmiast uniosła głowę. Nie należała do osób, które lubiły się nad sobą użalać. Rodzice nie starali się narzucać jej swojej woli. Uważali, że jest na tyle dorosła, że mogła robić ze swoim życiem, co jej się żywnie podoba, byle kierowała się rozsądkiem, a rozsądku nigdy jej przecież nie brakowało.

Kilka dni temu zerwała z Krzysztofem. Okazał się zwyczajnym palantem. Nie chciała mieć z nim nic do czynienia. Dlatego nic już nie zatrzymywało ją w mieście, w którym się urodziła, wychowała i bardzo kochała. W pobliżu stała młoda para, dziewczyna zaśmiała się radośnie. Mimo woli spojrzała na nią zaciekawiona, co ją tak rozbawiło. Była młoda i ładna, mniej więcej w jej wieku. Obok niej stał młody mężczyzna z burzą czarnych włosów i roześmianych oczach, prawdopodobnie jej chłopak. Opowiadał jej o czymś zabawnym, bo dziewczyna znów roześmiała się wesoło. Pozazdrościła jej tej spontaniczności i swobodnego zachowania. Ona tak dobrze czuła się tylko w towarzystwie Adama i swoich przyjaciół z dzieciństwa. Westchnęła cicho z widoczną mgiełką w oczach. Przed jej oczami stanęli dawni przyjaciele: Zosia Boczko, Baśka Rymkowska, Rysiek Szymek i Adam Filipiak. Z dziecięcych zabaw zostały miłe wspomnienia, a z biegiem lat ich przyjaźń jeszcze bardziej się wzmocniła, która trwała do dziś. Kiedy tylko odwiedzała babkę Agatę i ciotkę Augustę podczas wakacji, spotykali się najczęściej w jej pokoiku na poddaszu, który dawno temu dziadkowie wyremontowali specjalnie dla niej. Sama myśl o przyjaciołach zmieniła jej samopoczucie. W tej samej chwili postanowiła pojechać na jakiś czas do babki i ciotki, których dawno nie widziała. Podniesiona na duchu i w lepszym nastroju podniosła się z ławki i pewniejszym krokiem ruszyła tą samą drogą, co przyszła.

x

Kiedy wróciła do domu, ojciec siedział przed telewizorem, a matka krzątała się w kuchni. Starym zwyczajem podgotowywała obiad na jutrzejszy dzień. Jak co niedziela na obiad miał być rosół z kury z makaronem własnej roboty. Postanowiła najpierw porozmawiać z matką.

— Mamo, chciałabym na kilka dni wyjechać do babci — oznajmiła.

— Masz wolne, więc korzystaj z niego, póki nie podejmiesz pracy — odparła, zajęta krojeniem warzyw, ale, kiedy córka umilkła na dłuższy czas, spojrzała na nią uważniej.

— Coś się stało? — zapytała.

— Zerwałam z Krzysztofem — wyznała Maja, pozbywając się ciężaru, który gniótł ją w piersi od kilku dni.

— Był ku temu konkretny powód, czy po prostu ci się znudził? — zapytała z nieco większym zainteresowaniem.

— Kilka dni temu nakryłam go w łóżku z dziewczyną, którą niedawno poznał na imieninach u naszej wspólnej koleżanki.

Matka spojrzała na nią ze współczuciem.

— Dobrze zrobiłaś. Nie ma nic gorszego od zdrady osoby bliskiej ci sercu — powiedziała zgaszonym głosem.

Teraz Maja spojrzała podejrzliwie na matkę.

— Masz na myśli ojca? — zapytała z niepokojem.

— Porozmawiajmy o czymś milszym. Pewnie cieszysz się, że ich spotkasz? — Matka nalała świeżo zaparzoną herbatę do filiżanek z pięknej, ćmielowskiej porcelany, które kupiła w miejscowym sklepie na osiedlu, stojąc w kolejce przez kilka godzin.

— Dopiero dzisiaj uzmysłowiłam sobie, że bardzo mi ich brakowało. Choć z Zosią prawie codziennie rozmawiamy przez telefon, ale to nie to samo.

— Pewnie spotkasz się też z Adamem?

— Na pewno. Odkąd skończył studia i odbył służbę wojskową, pomaga ojcu w gospodarstwie. Zosia zdradziła mi, że dzięki Adamowi, Filipiakowie nieźle zarobili na zakontraktowanych zbożach i roślinach strączkowych — odparła podekscytowana.

— Zawsze był mądrym i odpowiedzialnym chłopcem.

— Cieszę się, że spełniają się jego marzenia. Niektórzy jego koledzy pouciekali do miasta, a on został na ojcowiźnie i udowadnia, że na wsi również można zarabiać duże pieniądze, oczywiście dzięki wytężonej i żmudnej pracy oraz innowacyjnym pomysłom.

— Dziwię się, że jeszcze żadna dziewczyna nie usidliła Adama. Wyrósł na przystojnego mężczyznę.

— On ma wytyczoną drogę i trzyma się swoich priorytetów.

— Widzę, że nadal go podziwiasz.

— Cenię go za przebojowość i kreatywność w tym, co robi. Gdy opowiada o jakimś pomyśle, mówi o nim z takim przekonaniem i pasją, że zaraża swoim entuzjazmem innych. Szkoda, że go nie słyszałaś, gdy opowiadał o swoich planach.

— Wyobrażam sobie, jest w końcu elokwentny i przedsiębiorczy, jak jego ojciec. Przekaż wszystkim pozdrowienia od nas. Gdyby nie praca, chętnie pojechałabym z tobą. Na wsi można przynajmniej się dobrze zrelaksować, choćby przy pieleniu warzyw.

— Pociesz się, że za miesiąc będziesz miała urlop, wtedy odpoczniesz od tego kołchozu i zgiełku miasta.

— Nie mów w ten sposób córeczko, w końcu Zakłady Metalowe „Łucznik”, to nie tylko fabryka maszyn do szycia i pisania, jak sama wiesz.

— Tak, ale, aby wyjść choćby na godzinkę do lekarza, muszą ci wypisać przepustkę, a i zrewidować, czy przypadkiem nie wynosisz bagnetu albo wiatrówki.

— Córuś, dzisiaj nastawiona jesteś jakoś wojowniczo. Chyba Krzysztof nie jest powodem twojej frustracji? Nie psuj sobie przez niego dnia. Nie warto.

— Nie żałuję. Masz rację. Od jutra zaczynam nowe życie.

— Kiedy już odpoczniesz, musisz rozejrzeć się za pracą. Sama do ciebie nie przyjdzie, kochanie. Kobieta musi być niezależna. — Matka tarła marchew z dziwną zawziętością.

— Usiądź i wypij spokojnie herbatę, ja to dokończę — zaproponowała córka.

Matka posłusznie podeszła do zlewu, obmyła ręce, otarła je ściereczką lnianą i usiadła za stołem. Znad filiżanki spoglądała na córkę.

— Co, mam brudny nos? — zdziwiła się Maja.

— Nie masz brudnego nosa, wprost przeciwnie, wyglądasz ślicznie, moja panno.

— Naprawdę?

— Naprawdę. Jesteście tacy różni, ty i Artur, że chwilami mam wątpliwości, czy cię nie podmienili w szpitalu — zaśmiała się matka.

— Artur jest podobny trochę do ciebie, trochę do taty, a ja do sąsiada.

Matka ponownie wybuchnęła głośnym śmiechem, na samą myśl o sąsiedzie z naprzeciwka, który przypominał raczej bajkowego Rumcajsa.

— Umiesz człowieka rozbawić, nie ma co — powiedziała wesoło matka.

— Ostatnio ciągle z ojcem się kłócicie. Życie jest takie krótkie, nie marnujcie je na jakieś tam spory. Pojedźcie na wakacje. Odpocznijcie. Jesteście jeszcze młodzi i piękni, korzystajcie z życia, póki możecie. Kiedy dopadnie was starość, wtedy będziecie mogli kłócić się do woli, chcąc w ten sposób urozmaić sobie monotonne życie.

— Och, maleńka tak łatwo ci mówić, a życie wcale nie jest takie różowe, jak ci się wydaje — westchnęła matka.

x

W miesiąc później po krótkim pobycie na wsi, wróciła do domu, aby się spakować. A gdy wyznała rodzicom, że postanowiła zamieszkać w Ostrownicy na stałe, nawet nie byli zbytnio zaskoczeni, co ją bardzo zdziwiło, ale nie drążyła tematu.

— Przez jakiś czas mieszkałabym u babci, a potem może szkoła, gdzie zatrudniłabym się, zapewniłaby mi jakieś lokum na stałe — mówiła podekscytowana.

— Córeczko, jak zrobisz, tak będzie — powiedział ojciec.

— Mamo, co o tym sądzisz?

— Twój ojciec ma rację. Do ciebie należy wybór, jesteś przecież dorosła.

— Rozmawiałam już z babcią i ciotką i wyraziły zgodę.

— Wyobrażam sobie ich radość i wcale im się nie dziwię. Odkąd zostały same, czują się samotne — odezwał się ojciec znad gazety.

— Mam nadzieję, że ty Michale nie opuścisz mnie wkrótce?

— Mamy chwilowy przestój na budowie. Na razie samotność ci nie zagraża, moja droga.,

— A propo’s tatku twojego zaległego urlopu, gdzie zamierzacie wyjechać tym razem? — zapytała, patrząc na rodziców z góry.

— Prawdę mówiąc, nie zastanawialiśmy się nad tym — powiedziała matka, zerkając na ojca, którego bardziej interesowało „Słowo Ludu”.

— Przecież wasze zakłady pracy mają dla swoich pracowników kilka ośrodków wczasowych i z tego, co wiem, nawet w atrakcyjnych miejscowościach nad morzem i w górach. Dlaczego nie mielibyście z nich skorzystać? — zasugerowała.

— Nie jestem pewna, czy twój tatko chce gdziekolwiek ze mną jechać — powiedziała matka z przekąsem.

— Co się z wami dzieje? Artur jedzie na wakacje na Mazury, ale przedtem chciałby z wami się zobaczyć, ale obawia się waszych kłótni. Nie chciałby stawać pomiędzy wami, kocha was oboje, ale te wasze sprzeczki doprowadzają go do szewskiej pasji, podobnie jak mnie. Ja też przyznaję z ciężkim sercem, że opuszczam was z obawą, czy nie pozabijacie się w międzyczasie, gdy mnie tu nie będzie — wypaliła.

Zaskoczeni rodzice patrzyli na córkę zdumieni. Potem ojciec obrzucił matkę znaczącym spojrzeniem, na co matka nie pozostała obojętna i odwzajemniła jego złowrogie spojrzenie. Już jedno chciało oskarżać drugiego, ale córka natychmiast im przerwała, grożąc palcem mocno poirytowana.

— Jeszcze do niedawna byłam z was dumna, kochałam jak nikogo na świecie, ale teraz odechciewa mi się z wami mieszkać pod jednym dachem. Miałam zostać w domu kilka dni, ale jutro wyjeżdżam do Ostrownicy! — zakomunikowała kategorycznym tonem.

— Mamo, dopraw sałatkę sama, ja mogłabym ją przesolić — rzuciła przez ramię i wyszła z kuchni rozgniewana.


x

Przyjechała do Kazanowa z wypchanym plecakiem, ciężką torbą podróżną i bagażem wspomnień. Wysiadając z autobusu, wiedziała, że nikt nie będzie na nią czekał, bo chciała zrobić wszystkim niespodziankę. Nawet z Zosią nie podzieliła się informacją, że postanowiła osiąść w Ostrownicy na stałe. Babcia Agata i ciotka Augusta, zostały poinformowane o jej przyjeździe w ostatnim liście, który wysłała im matka. Ze względu na ich stateczny wiek nawet nie oczekiwała ich na przystanku PKS-u. Przede wszystkim chciała zaskoczyć Zosię i Adama. Na postoju nie było żadnej taksówki. Nie była tym faktem zdziwiona, tylko może ciut rozczarowana, bo do przejścia miała cztery kilometry. Pocieszała się faktem, że była ładna pogoda, świeciło słońce i wiał lekki wiatr, niosąc ze sobą nutkę wczesnej jesieni. Chwyciła więc za rączki swoje manele i ruszyła przez osowiałe o tej porze miasteczko. Uszła z dwieście metrów i musiała przystanąć, aby nieco odetchnąć. Miała okazję, aby popatrzeć na wciąż zachodzące tu zmiany, świeżo pomalowane elewacje niektórych budynków, nowo położony chodnik przy Urzędzie Pocztowym, czy nową dekorację w witrynie sklepu spożywczego. Musiała zatrzymywać się tak kilkanaście razy, by ulżyć zmęczonym rękom. Odetchnęła pełną piersią dopiero na widok wsi, znajomych domów i sadów pełnych o tej porze późnych odmian jabłoni i gruszy. Było już po żniwach, więc pola zmieniły feerię barw, ze złocistej i zielonej, na szarobrunatną. Brakowało jej żółci we wszelkich jej odcieniach: w łanach falujących zbóż, w ogromnych głowach dojrzałych słoneczników i pól rzepaku. Mimo że każda pora roku miała swój urok, lato na polskiej wsi było od wieków, zawsze cudownie urzekające. Jak sama mówiła do swojej przyjaciółki Zosi Boczko, było pełne magicznego piękna.

Od jej ostatniego, dłuższego pobytu w Ostrownicy minęło dwa lata. Kiedy ostatnio wpadła w odwiedziny do Filipiaków, Adam był na wyjeździe gdzieś w terenie. Dzisiaj wprost nie mogła się doczekać, aby się z nim zobaczyć. Ostatnie spotkanie sprzed kilku lat kompletnie ją zaskoczyło. Adam wpadł na parę minut, by złożyć jej życzenia urodzinowe, a potem pogratulować dostania się na wymarzoną uczelnię. Z tej okazji otrzymała od niego w prezencie złoty łańcuszek z serduszkiem, z którym nigdy się nie rozstawała. Nawet nie zdążyła mu wtedy należycie podziękować, bo przed domem stał samochód terenowy, a w nim siedzieli jego koledzy z wojska, z którymi załapał się na dwudniową przepustkę. Mieli dla siebie za mało czasu. Ciekawskie spojrzenia jego kumpli onieśmielały ją, dlatego wciągnęła go za furtkę ogrodzenia i zrobiła wtedy coś, czego wstydziła się do tej pory. Na samo wspomnienie o tym zawsze się rumieniła. Ale właśnie ta chwila utkwiła najbardziej w jej pamięci, która przełamała ich relacje: przyjaciel — przyjaciółka.

Musiała przyznać, że brakowało jej specyficznego poczucia humoru Adama, jego ciętego języka i nie tylko, ale o tym wolała teraz nie myśleć. W zakamarkach pamięci jak kieszonkę wypchaną mnóstwem słodkich wspomnień zostawiła na później, na wypadek, gdyby ich drogi znowu dziwnym trafem się rozminęły.

Zza drewnianych sztachet płotów, które powoli wypierane były przez metalowe siatki ogrodzeniowe, wyglądały pyzate buzie umorusanych dzieciaków, które oderwały się od zabawy i przyglądały się jej z wielkim zainteresowaniem, marszcząc śmiesznie brwi i perkate noski. Odprowadziły ją wzrokiem aż do furtki Filipiaków, przy której postanowiła odpocząć. Potem z głośnym śmiechem powróciły do swojej zabawy w berka, nie zwracając już na nią uwagi.

Dom Filipiaków zbudowany był z potężnych, czarnych bali, bo impregnowane były specjalną substancją, która zabezpieczała drewno przed kornikami. Wyróżniał się na tle innych, bo zdecydowanie je przewyższał. Nawet ogródek pod oknami i za domem mówił wiele o jego gospodyni, bo rosło w nim dużo kolorowych kwiatów. O tej porze roku pyszniły się w nim kolorowe astry, białe i fioletowe floksy, georginie, późne odmiany róż, z których pani Ela Filipiak, matka Adama, była szczególnie dumna i wiele jeszcze innych, których nazw nawet nie znała. Wiedziała, że za domem jest sad pełen jabłoni, grusz i śliw oraz kilka bruzd ziemi z warzywami. W tym gospodarstwie nie marnował się najmniejszy kawałek ziemi, bo w końcu to ona była ich główną żywicielką, szczególnie w tych trudnych czasach, kiedy w sklepach wszystkiego brakowało, nawet podstawowych artykułów spożywczych.

Poprzez ogrodzenie usłyszała odgłosy rąbania siekierą. Nie pomyliła się, kiedy uchyliła furtkę, zobaczyła mężczyznę pochylonego nad olbrzymim pniakiem, który rąbał drwa na opał. Mężczyzna był wysoki, młody, o szerokich ramionach i wąskich biodrach. Pod zieloną, bawełnianą koszulką i spodniami w panterkę, widoczne były silnie umięśnione ramiona i uda. Nagle znieruchomiał, jakby wyczuł, że jest obserwowany, odwrócił się w jej stronę i natychmiast wyprostował pochylone plecy. Nie musiał się odwracać, aby mogła go rozpoznać. Tylko Adam Filipiak nawet przy prostej czynności, jak rąbanie drewna, poruszał się z takim wdziękiem. Był przystojny jak jego ojciec i w typie każdej kobiety. Ciemne włosy miał przystrzyżone na króciutkiego jeża. Wyglądał tak, jakby dopiero co przyjechał z wojska na przepustkę. Maja na jego widok głośno przełknęła ślinę. Kiedy widziała go po raz ostatni, nie był tak dobrze umięśniony, choć i wtedy był szalenie pociągający. Serce na chwilę zamarło jej z wrażenia. Nie mogła mu pokazać, jakie wywarł piorunujące na niej wrażenie. Nie teraz, kiedy ona sama wyglądała niechlujnie i była spocona jak mysz.

Gdy tylko ją spostrzegł, zdecydowanym i pewnym krokiem ruszył do furtki. Ona też szła w jego stronę, choć miała szaloną ochotę, pobiec. Ledwie się od tego powstrzymała. Czuła się dyskomfortowo, bo nie tylko lepiła się od potu, ale jej nogi drżały ze zmęczenia i ledwie na nich stała. Widziała, że po drodze zdejmował z rąk robocze rękawiczki. Wierzchem dłoni otarł spocone czoło, a szeroki uśmiech rozjaśnił jego poważną twarz. A więc i on ucieszył się na jej widok. Jej serce o mało nie wyskoczyło z piersi z tłumionej radości.

Patrzyła zachłannie na jego twarz i szukała najmniejszej skazy, oznak dojrzewającego wieku, mimicznych zmarszczek przy oczach, czy bruzd wokół nosa, lecz widziała tylko śmiejące się, szare oczy w otoczce ciemnych brwi i rzęs, które bardziej pasowałyby dziewczynie niż chłopakowi oraz białe zdrowe zęby, odznaczające się od brązowej opalenizny jak u westernowego bohatera. Odkryte przedramiona były w kolorze złocistej gliny. Usta ładnie wykrojone uśmiechały się szeroko, tak samo jak jego błyszczące niesamowicie oczy, które patrzyły na nią z zainteresowaniem. Pod tym badawczym i taksującym spojrzeniem zrobiło się jej jeszcze bardziej gorąco.

W tym momencie odczuła również satysfakcję, że jego bawełniana, zielona koszulka na piersi była również mokra od potu, podobnie jak jej własna.

— Nie wierzę. To naprawdę ty, Maju? — zapytał z pogodnym uśmiechem, całując jej rozgrzany policzek, najpierw w jeden, potem w drugi, a na końcu wycisnął mocnego całusa w usta.

Jego dotyk był jak rażenie prądem. Cudem, że jeszcze przeżyła, choć w środku rozedrgały się w niej wszystkie kłębuszki nerwów. Na jej policzkach wykwitły pewnie rumieńce, bo czuła, jak paliły ją obydwa.

— Witaj, Adamie. Od naszego ostatniego spotkania minęło sporo czasu — zagadnęła z pogodą w zielonych oczach, powstrzymując na wodzy swoje pragnienie, by oddać mu pocałunek z nawiązką jak kiedyś, zdawałoby się, że dawno temu.

W ostatniej chwili przypomniała sobie, że stoją na środku podwórka i z domu w każdej chwili mogło wyjść jedno z rodziców Adama. Wtedy to zrobiłaby z siebie pośmiewisko, nie będąc pewna, że Adam czuł to samo co ona. Przez całe jej ciało przeszedł miły dreszczyk, a w ustach poczuła dziwną suchość, dlatego koniuszkiem języka oblizała spierzchnięte usta.

Kiedy pochylał się nad nią, w jej nozdrza wdarł się zapach potu, zmieszany z jego ulubioną wodą kolońską — „Old Spice”. Odkąd sięgała pamięcią, Adam zawsze dbał o swoją powierzchowność. Był zawsze czysty i schludnie ubrany. Jego ulubionym strojem po pracy były najczęściej biała lub czarna bawełniana koszulka, dżinsowe spodnie i marynarka z tweedu oraz skórzane, włoskie mokasyny, kupowane tylko w komisach. Dżinsy, które miał na sobie z pewnością też nie kupił w sklepie GS-u lecz u handlarzy na czarnym rynku. Miał swój styl i ubierał się na sportowo, na pozór z niedbałą elegancją. Pozwalała na siebie patrzeć, bo wiedziała, że jego zainteresowanie również sięgało zenitu. W jego wzroku błysnęło coś w rodzaju podziwu.

— Dobrze ci z długimi włosami — powiedział, przeczesując je palcami.

— Dzięki — zdołała tylko wykrztusić, próbując zapanować nad głosem, by nie drżał jej z emocji jak jej nogi, które były jak z waty. — A ty jak zwykle ciągle w ruchu, praca przede wszystkim… — podziwiała się za brawurę, którą słyszała w swoim głosie.

— Jak to na gospodarstwie, tu robota jest zawsze — mówiąc to, rzucił okiem na podwórze.

Było czyste i zadbane jak jego młody gospodarz — pomyślała odruchowo. — Wszystko tu leżało na swoim miejscu. Nawet szczapy drewna poukładane były w równych stosach, prawie z wojskową precyzją.

— Czemu nie zadzwoniłaś? Wyjechałbym po ciebie. — W jego głosie usłyszała nutkę pretensji.

— Czym? Furmanką? — zapytała żartobliwie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 56.53