E-book
9.56
drukowana A5
36.3
Wiara

Bezpłatny fragment - Wiara

wspólna sprawa Boga i ludzi


Objętość:
194 str.
ISBN:
978-83-8221-047-7
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 36.3

dedykuję dzieciom

1. Wiara podstawową intuicją ludzkości

Żyjemy tu i teraz więc to, jak dawniej bywało, wiemy tylko z opowieści i badań. Wystarczy jednak poczytać choćby Złotą gałąź Frazera czy Historię wierzeń i idei religijnych Eliadego, żeby nabrać mocnego przekonania, że wiara w Boga jest tak stara jak sama ludzkość. Powie ktoś, że to wymysł człowieka, instynkt obronny przed poczuciem bezsiły czy bezsensu, ale są mocne przesłanki dla przekonania, że człowiek szuka Boga, wchodzi z Nim w interakcję i stara się domyślać Jego woli już od czasu, gdy zaczął myśleć abstrakcyjnie i komunikować się z innymi.


W dawnych czasach jednostki niezwykłe, obdarzone bardziej niż u innych rozwiniętym zmysłem postrzegania rzeczywistości niewidzialnej gołym okiem, potrafiły dociec przyczyn problemów fizycznych, psychicznych i duchowych (choć pewnie ich akurat w ten sposób nie klasyfikowały), uleczyć je, a także dać swej społeczności pociechę, że nie jest ona pozostawiona swemu własnemu losowi, gdyż jej przedstawiciel ma konszachty z Wielkim Duchem, Światem Przodków czy wysłannikami Nieba. Innymi słowy, potrafi wyjść poza widzialny wymiar i dowiedzieć się więcej, otrzymać wskazówki i w ten sposób wskazać społeczności drogę w jej doczesnej wędrówce.


Istota kontaktów społeczności pierwotnej z innym wymiarem — tym co transcendentne — ukazuje kilka prawd. Po pierwsze, ludzkość od zawsze jest świadoma, że istnieją wymiary wykraczające poza to, co odbieramy zmysłami. Skoro rzeczywistości tej nie widać, to jest ona gdzieś daleko. Stąd poszukiwano jej na niebiosach. W tradycji azjatyckiego stepu Bóg to Tanri, Plac Niebiańskiego spokoju to Tien an Men. Tan/Tien oznaczało niebiosa. Podobnie w hebrajskim, zamiast mówić o Królestwie Boga, mówiło się o Królestwie Niebieskim. My też widzimy siły Boże i ludzi dobrych w niebie.


Germańskie pojęcie Gudan (stąd angielski God, niemiecki Gott, itp.) mówi o libacji, czyli ofierze z płynów. To siła, której należy składać daninę, dary, w zamian za prośby do niej składane. Jest to więc coś, co przewyższa nasze, ograniczone możliwości. Jest to jednak też siła, z którą możemy się kontaktować i prosić o jej pomoc. Skoro jednak przysługa jaką wyświadcza nam człowiek domaga się dowodu wdzięczności, to o ileż bardziej domagać się powinna Moc, przewyższająca jakiegokolwiek człowieka.


Południowoeuropejskie pojęcie Teos podobne jest do Dzeus/Zeus/Dios ale także do Deva, czyli łączy bóstwo hinduskie z greckim. Nic dziwnego, cywilizacje indoeuropejskie mają swe pokrewieństwa. Tym, co łączy oba pojęcia jest obraz potężnego bohatera, podobnego do człowieka, lecz mającego nieznane człowiekowi moce. Siła wyższa nie musi zatem być bardzo od nas odległa. Może być dość konkretnie opisana. Jest do nas podobna, więc nas rozumie. Jest nam w stanie pomóc, więc należy z nią trzymać.


Słowiański Bóg/Bog/Boh wywodzi się z podobnego indo-irańskiego rdzenia. Baga to zarówno „Pan” jak i to, co Pan daje, czyli błogosławieństwo, powodzenie, ale i małżeństwo. Kolejny przyczynek do zrozumienia dlaczego ludzkość uprawia kult i się modli: uznaje swe ograniczenia a jednocześnie wyraża przekonanie o istnieniu sił, które te ograniczenia są w stanie pokonać i mogą pomóc w potrzebie, dając jakąś postać szczęścia.


Tak na zdrowy rozum, człowiek nie składałby danin, które są dorobkiem ciężkiej pracy, gdyby nie miał dobrego powodu by ufać, że to ma sens i się opłaci. Czy w dawnych czasach ludzie rzeczywiście mieli jakąś styczność z herosami, uwiecznionymi potem w sagach i mitach, czy po prostu w jakiś sposób byli przekonani, że albo ma to nieodparty sens, albo sprawdza się w życiu? A może po prostu lepiej się z tym czuli? Ciężko oczekiwać, że człowiek czuje się dobrze, gdy czegoś sobie odmawia, a nie ma to ani sensu ani nic nie daje.


Wciąż jednak mówimy o przekonaniu. Ogromna większość ludzi nie widziała Pana na oczy, ale była i w wielkiej części wciąż jest przekonana, że On Jest (Jahwe zwykle tłumaczy się jako ISTNIEJĄCY; Jehovah: jako STAJĄCY SIĘ), daje błogosławieństwo ale i wymaga. Są jednak tacy, którzy tego Boga (Siłę Wyższą, Wielkiego Ducha, Pana, naczelnego herosa, jego posłańca, kogoś z tamtego wymiaru) doświadczyli, czy to w transie, we śnie, w wizji czy w jeszcze inny sposób. W niektórych tradycjach istnieje nawet przekonanie, że w jakiejś pełni czasów, takie doświadczenie może się stać powszechne (np. tak to widział prorok Joel).


Tak więc od zarania dziejów, ludzkość jest przekonana o istnieniu Siły Wyższej, a także o możliwości wchodzenia z nią w relację, która może stawać się coraz bardziej powszechna. Nie jest to namacalna pewność, co jednak przez tysiące lat nie przeszkadzało ludziom hołdować przekonaniu, nie będącemu pewnością. Być może dla wielu było rzeczą oczywistą, że ciężko oczekiwać by inny wymiar dał się namacać w taki sam sposób jak łupek krzemowy… Widocznie jednak rzeczywistość tą i korzyści płynące z jej przychylności można było odbierać z wystarczająco dużą pewnością, by starać się pozostawać z nią w dobrych relacjach.

2. Dlaczego Bóg miałby chcieć, żebyśmy wierzyli?

Człowiek od zarania widział sens wiary, choć zwykłemu śmiertelnikowi, ale i temu będącemu szamanem, Bóg się przecież nie objawił w sposób dający stuprocentową pewność tego, jaki jest, jak wygląda czy gdzie go szukać. Zastanówmy się jednak, czy gdyby stanął na ziemi jakiś kolos, którego każdy musiałby zobaczyć i powiedział „To ja jestem panem tego świata i masz we mnie wierzyć! A tu jest taka czarna książeczka, i masz robić to co tam pisze” albo gdyby na niebie pojawił się jakiś dla każdego widoczny hologram (a do tego rozproszył chmury, żeby można go było zobaczyć), cóż takiego istotnie by się zmieniło?


Jedni być może przestaliby mieć wątpliwości. OK, a więc jednak, JEST. Pewnie zrozumieli by z tego, że się mylili; inni, że nie muszą już się zastanawiać. Jedni wyciągnęliby wniosek, że w takim razie nie ma wyboru, trzeba robić to czy tamto bo inaczej będzie kara. Inni jednak staraliby się wybadać, „a jak, jednak, nie zrobię tego czy tamtego, to co”? Załóżmy, że szlag by ich na miejscu trafił. Sam zainteresowany by tego doświadczył, ale inni pewnie by nie wiedzieli co takiego się z nim stało, więc też by próbowali. Może gdyby nie było reakcji tu i teraz to dlatego, że byłaby po śmierci? Ale w sumie skąd wiemy jak będzie po śmierci? Więc nawet w przypadku ostatecznie przekonanych co do istnienia Boga, pewność taka nie musiałaby się przełożyć na jakościową zmianę ich życia.


Inni mogliby po jakimś czasie zastanawiać się, czy nie mieli omamów, czy Bill Gates nie zrobił sobie jakichś hologramowych jaj. Po jakimś czasie w ogóle zapomnieliby, być może, że coś niesamowitego się wydarzyło. Przyzwyczailiby się. Czy my sami nie doświadczamy niesamowitych zbiegów okoliczności, które przypisujemy w oczywisty sposób Opatrzności? I co się dzieje rok później? Czasem w ogóle o tym zapominamy. Tak więc jakiś olbrzym musiałby stać na ziemi cały czas i jeszcze tupać, żebyśmy wciąż pamiętali że jest. A i tak po jakimś czasie by spowszedniał. Być może nawet gdyby natychmiast karał za jakieś złe uczynki i wszyscy by to widzieli, to i tak niektórych by nie odstraszył, bo pokusa i chęć buntu okazałyby się silniejsze?


Tak więc, nawet gdyby Bóg się miał objawić w sposób nie budzący wątpliwości, mogłoby to niewiele zmienić. Jedni dalej mieliby wątpliwości, inni i tak by się sprzeciwiali, jeszcze inni przyzwyczailiby się do Boga jak do jakiegoś policjanta, co pewnie nie nastroiłoby ich dobrze. Dla innych, jakiś czar by prysł. Poszukiwanie straciłoby sens. Świat stałby się nudny.


Jeśli Bóg nie jest istotą do ogarnięcia zmysłami, to nie może tak po prostu się ujawnić jako X bo … może nie jest po prostu X? A jeśli tak, to skąd przypuszczenie, że w ogóle może być przedmiotem zmysłowej percepcji i opisu w znanych nam i zrozumiałych kategoriach? No dobrze, a jeśliby jego zasadnicze atrybuty zechciałyby się w coś wcielić i ukazać w świecie? To samo, niektórzy i tak nie uwierzą, a ci dla tych, których emanacja okaże się przekonująca, mogą i tak przejść nad nią do porządku dziennego. Za to jakieś misterium się rozwieje i jakieś poszukiwane straci sens.


Kolejna wątpliwość odnosi się do zamysłu Istoty Wyższej wobec ludzi, którego w założeniu jedynie możemy się domyślać. Owszem, różne systemy religijne różnie go tłumaczą, ale załóżmy, że tłumaczą go sprzecznie (co w zasadzie jest faktem), że czarnej książeczki od samego Boga nie dostaliśmy i że musimy w tej sprawie jednak snuć domysły. Religia generalnie sprzedaje nam Boga jako tego, który coś każe i czegoś wymaga. Bóg, stwarzając nas, jak widzimy, wolnymi, oczekuje jakiegoś czynu. Ale jeśli tak, i jeśli natura Istoty Wyższej jest tego rodzaju, że ciężko ją namacać, to aby w uzasadniony sposób Bóg mógł czegoś wymagać, to: a) człowiek powinien mieć jakąś mocną przesłankę by sądzić, że istnieje Istota mająca prawo wymagać; b) Istota musi to zakomunikować tak, żeby było wiadomo, czego chce.


Wielu z nas podoba się wiersz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, pt. Miłość. Ale chyba nie przyjdzie nam do głowy, aby funkcjonował on jako Kodeks Drogowy. Nawet nie każdy kodeks drogowy nas obowiązuje. Co powiedzieć przepisach o ruchu lewostronnym w Anglii? Czy może on obowiązywać w Polsce? Czy nawet polskie prawo o ruchu drogowym sprzed 30 lat wciąż nas obowiązuje?


Podobno Bóg się już wyraził co do tego, jaki jest Jego zamysł. Należy zakładać, że skoro jest suwerenem i panuje nad nami to ma określone oczekiwania i rzeczywiście gdzieś je objawił. Być może jednak ma inne oczekiwania od jednych niż od innych? Być może zatem, są pewne oczekiwania wobec istot ziemskich w ogóle, np. jeśli chodzi o relacje względem ich Pana czy wobec siebie nawzajem w takich czy innych obszarach życia. Jednak każdy jest inny, a jeśli jest stworzeniem Istoty Wyższej, można zakładać, że stworzonym w jakimś celu, więc Wielki Duch może mieć także specyficzne oczekiwania wobec jednostek, ale też wobec grup zawodowych, a może i pewnych zbiorowości kulturowych? One przecież też są jakimiś podmiotami i są w stanie nadawać ton w życiu społecznym, gospodarczym, w świecie idei, itp.


Poza tym, w kategoriach etycznych, ktoś, kto wymaga, musi wymagać rzeczy oczywistych. Oczywistym dla każdego jest prawo stanowione. W końcu skoro jest Panem jednostki, to i zbiorowości. Dość oczywistym jest też głos sumienia. Ale ktoś powie, że sumienie co innego mówi jednym, a co innego innym. Wreszcie, przypisywane Istocie Wyższej oczekiwania można chcieć objaśnić jako realne i słuszne i jako takie je uzasadniać. Jeśli będzie to przekonujące, to należy założyć, że byłby to dobry powód by je stosować. A więc wymogi Pana ludzkości powinny być oczywiste w uzasadnieniu. W końcu nasz umysł godzi się na coś, co w nieodparty sposób przemawia. Skoro Bóg stworzył nam umysł, to po coś.


Pozostajemy jednak na obszarze mniej lub bardziej uzasadnionego przekonania, a nie pewności. Owo mniej lub bardziej uzasadnione przekonanie nazywamy wiarą. I rzeczywiście, skoro pewności nie ma, bo być nie może, pozostaje opieranie się na przesłankach. A więc, Bóg (tak od tej pory nazywajmy istotę będącą Panem ludzi, pozostawiając na razie na boku naturę tej Zwierzchności, czy np. jest jednostką, zbiorowością czy jeszcze czymś innym), jednak chciałby u nas wiary. Najpierw, że istnieje, a potem, że ma od nas konkretne oczekiwania.


Jednak te oczekiwania mogą odnosić się do czegoś więcej niż tylko do tego, że będziemy czynić jak nam każe. Zastanówmy się nad relacją Bóg-człowiek. Istota Wyższa-istota niższa, Pan-sługa. Stwórca (w domniemaniu; choć w teorii niekoniecznie) -stworzenie. Nad tekstami uważanymi za Boże objawienie należy pochylać się krytycznie (bo mogą nim nie być) ale i z namysłem (bo mogą je zawierać). Zakładając, że nie wyewoluowaliśmy z chaosu (o prawdopodobieństwie, że tak jest później), można by założyć jakąś kreację, w której Stwórca tak ustawia parametry percepcji by ta była zdolna do Jego odbioru. A więc zdolna do analizy rzeczywistości zawierającej przesłanki do wyciągania wniosków.


Przesłanką tego pochylenia się jest choćby i to, że dla bardzo wielu osób idea o pozaziemskim pochodzeniu pewnych przekazów o Bogu jest przekonująca. Może się okazać, że rzeczywiście w pewnych okolicznościach ludzkość miała prawo uważać, że słyszy przekaz z tamtego świata. I może się okazać, że zawiera on istotne informacje, np. wskazówki na temat oczekiwań Boga wobec nas. Tak na przykład uważali Sumerowie, z zapałem studiujący niebo, z którego mieli przybyć ich protoplaści-koloniści.


A więc lektura już tylko czegoś, co hipotetycznie może zawierać Boży przekaz, ukazać nam może kolejne możliwe intencje Boga wobec nas. Jedną z nich może być ta, że stwórca być może chciał się dać poznać swemu stworzeniu, by realizować się w dominacji; a może chce jakiejś relacji? Może więc traktuje nas jak roboty do pracy, jak klakierów do straszenia, ale może jako partnerów w relacji? Może jesteśmy jakościowo zupełnie inni niż On, a może jednak nieco podobni?


Jeśli zatem, hipotetycznie, stworzył nas jako roboty, powinien był nas odpowiednio zaprogramować więc powinniśmy funkcjonować jak trzeba i już Jego w tym głowa byśmy działali jak należy. Natomiast prawo i kara zakładają świadomy i wolny wybór, a to wyklucza „robota”. Mamy swobodę wyboru ale nie do końca, ponieważ jednak pewne rzeczy powinniśmy czynić wg. przepisu. Byłaby to więc może relacja Pana do zniewolonej osoby o wolnej woli. Ale jeśli Bóg potrzebuje niewolnika do wykonywania dla siebie jakiejś pracy, to nie jest wszechmocny. A jeśli jeszcze ten niewolnik ma świadomość, to bóg taki jawi się jako próżny.


Może jednak relacja ta podobna do sytuacji dziecka, kształtowanego w otoczeniu pewnych ograniczeń, jako przygotowania do życia w odpowiedzialności za własne suwerennie podejmowane działania. Relację taką nazywalibyśmy osobową. A jeśli taka miałaby być natura tej relacji, to pociągałaby ona za sobą i inne konsekwencje.


Dlaczego więc Bóg miałby chcieć abyśmy wierzyli? Sprecyzujmy sobie najpierw termin „wierzyć”. Termin ten ma kilka znaczeń, ale w tym konkretnym rozważaniu, chodzi o brak przekonania nie pozostawiającego wątpliwości, przy jednoczesnym posiadaniu dobrych przesłanek do wydania jakiegoś osądu. A więc, po pierwsze, o czym już było wcześniej, pełna wiedza i brak wątpliwości niewiele by zmieniły, a urok możliwego poszukiwania by prysł. Po drugie, nasz umysł jest zdolny do przyjęcia naturalnego uzasadnienia istnienia Boga, a także racjonalnego uzasadnienia oczekiwań etycznych oraz refleksji nad specyfiką własnej osoby i, co się z tym wiąże, zrozumienia co jako jednostki powinniśmy robić z własnym życiem. Oznacza to, że posiadając takie moce umysłowe jakie mamy, jesteśmy zdolni do nabrania przekonania o istnieniu Boga i potrzebie takich, a nie innych zachowań. I to powinno wystarczyć.


Dlaczego jednak Bóg miałby chcieć abyśmy mieli wątpliwości? Choćby dlatego, że pozostawanie przy przekonaniu o istnieniu Boga — przy jednoczesnym możliwym przekonaniu o Jego nieistnieniu — oznacza nasz wybór Boga, tj. przekonania, że istnieje, i że chcemy na tej podstawie dokonywać innych wyborów. Wybór ten byłby opowiedzeniem się za życiem wg jakiejś Bożej woli, planu, czyli przyznaniem, że ta rzeczywistość ma sens, że jej chcemy, że uważamy ją za dobro.


Opowiedzenie się po stronie Boga oznacza, że mając dobre powody do przekonania o istnieniu Boga, podejmujemy wysiłek by — analizując rzeczywistość — odnajdywać Go wokół nas. Więc, kiedy mamy dobry powód uważać, że jakiś przekaz, mądrość czy oczekiwanie najprawdopodobniej pochodzi od Boga, to wykazujemy się wobec Niego zaufaniem. W ten sposób przyznajemy, że ma rację, nie kłamie i że takiej czy innej obietnicy dotrzyma albo ma prawo oczekiwać tego czy tamtego, bo jest to dobre. W skrócie: aktem własnej woli czynimy Boga celem naszych starań i zrównujemy Boga z dobrem, czyli kierujemy swe życie w Jego stronę/zwracamy się ku Niemu.


Dlaczego Bóg miałby takiego aktu naszej woli chcieć. Zakładając, że Bóg jest o wiele większy niż my, a także zakładając, że kompleksowość świata i widoczne w nim dobro piękno i sens może odzwierciedlać Stwórcę (o sensie brzydoty, zła i bezsensu później), to można też przyjąć, że to co jest najwyższej próby w naszym człowieczeństwie można w jakimś stopniu przypisać także Bogu. Czy zatem dobry, inteligentny i ambitny człowiek dobrze czułby się w teatrze lalek, gdzie wszystko jest zaprogramowane, gdzie nie ma wątpliwości, gdzie roboty zawsze robią to co mają zapisane w programie i gdzie np. pracownicy, służba czy dzieci czapkują Mu tylko dlatego, że boją się kary albo liczą na pieniądze? Na pewno nie.


Czego więc Bóg mógłby oczekiwać? Każdy z nas chce być dobrze zrozumiany, doceniony, czasem lubiany. Jeśli mamy rację, chcemy, by nas słuchano. Jeśli wiemy więcej i wydajemy polecenia, pragniemy by się do naszych zaleceń stosowano. Wreszcie, mając do czynienia z osobami mądrymi i doświadczonymi, chcemy poznać ich zdanie, a może i wspólnie coś dobrego robić. Wobec bliskich oczekujemy przywiązania i uczciwości. Cieszymy się na myśl, że czynimy coś, dzięki czemu osoby, na których nam zależy, pomyślą sobie, że jesteśmy dobrzy, mądrzy, uczciwi, życzliwi czy odpowiedzialni. Bóg niekoniecznie jest taki jak my, niekoniecznie Jego potrzeby są zbieżne z naszymi, ale w teorii (np. emanacyjnej) mogą mieć nieco podobny charakter.


I znów, na tym etapie rozważań trochę sobie hipotetyzujemy. Po to jednak, by wychodząc od pewnych podstawowych założeń o tym jaki w ogóle może być Pan tego świata, przyjrzeć się temu co naocznie wiadomo i co twierdzi się na Jego temat. I wtedy dopiero można będzie powrócić do obrazu Boga, tym razem przedstawianego w świetle naszej wiedzy o świecie i w perspektywie doświadczenia pokoleń, poddanych prostej rozumowej analizie i zestawionych z innymi obszarami naszego postrzegania świata (intuicją, odbiorem parapsychicznym, emocjonalnym, itp.).

3. Dlaczego my mielibyśmy wierzyć?

Według Stephena C. Meyera niemożliwe jest, by DNA wyewoluowała tak sobie (szansa na to jest jedna dziesięciobilionowa) w zestawieniu z (jednak ograniczonym) czasem jaki minął od stworzenia ziemi. Autor dość przekonująco (jak dla mnie, laika) dowodzi, że podstawowe elementy DNA można śmiało przyrównać do alfabetu, a samo DNA jest przekazem. Przekaz jest wtedy, gdy jest nadawca.


Autorzy filmu Uprzywilejowana planeta [The Privileged Planet] dowodzą z kolei, że aby zaistniały warunki, w których możliwe jest życie ludzkie, musi być spełnionych szereg czynników. Prawdopodobieństwo, że tak się stanie jest już samo w sobie nikłe, a do tego dodać należy ciekawą okoliczność, że warunki umożliwiające inteligentne życie jednocześnie umożliwiają obserwację wszechświata. I znów, w zestawieniu z czasem od wielkiego wybuchu, mówimy o bardzo nikłym prawdopodobieństwie, że wszystko to mogło wyewoluować z chaosu. Wniosek jest taki, że warunki do życia umożliwiającego poznawanie rzeczywistości zostały stworzone, a nie pojawiły się przypadkowo.


Znany fizyk jądrowy, Amir Aczel napisał stosunkowo niedawno książkę pt. Why Science Does Not Disprove God, w której rozprawia się z rozumowaniem Nowych Ateistów przedstawionym w książce Bóg urojony Richarda Dawkinsa. Pokazuje, jakim nieporozumieniem jest próba wykorzystania nauki do rozprawienia się z wiarą. Krytycy czasem podnoszą wobec tej książki zarzut, że obalając tezy ateistów sama nie proponuje całościowego systemu. Czy jednak musi? Zacznijmy od tego, że mantra „teoria względności i mechanika kwantowa” nie tłumaczy jak to świat wziął się z niczego. Aczel jest skromny i nie każe wierzyć, jak jest (najbliżej mu do wiary Einsteina), za to dość dobrze pokazuje jak na pewno nie jest. Być może także i pod wpływem Aczela, Dawkins niedawno przyznał w jednej z debat, że być może kształt życiu mógł nadać jakiś wpływ kosmitów, którzy jednak sami zapewne wyewoluowali. Czyli jednak niekoniecznie przypadek i ewolucja.


Młodzi ludzie, wchodzący w życie, często kontrastują uproszczone poglądy na temat świata obecne w procesie wychowawczym czy na lekcjach religii z nowymi perspektywami myśli, z jakimi zaczynają obcować kiedy wchodzą w dorosłość. Nasze społeczeństwa jeszcze do niedawna oficjalnie były oparte na religii, więc te nowe perspektywy mają w sobie powab rebelii wobec skostniałych półprawd, dzięki czemu Dawkins, Kraus, Hawking czy Hitchens wschodzą w chłonne umysły jak nóż w przysłowiowe masło. Wystarczy jednak przysłuchać się debatom tych guru z profesjonalistami — niekoniecznie chrześcijanami czy nawet osobami wierzącymi — by zobaczyć, na jak słabych przesłankach opiera się współczesny pogląd ateistyczny.


Są generalnie dwa punkty zaczepienia krytyków istnienia Boga. Jednym z nich jest tzw. teoria ewolucji. Badacz w dziedzinie biologii molekularnej i analizy systemów, David Berlinski od dawna podważa tę teorię na gruncie naukowym, jednocześnie nie podpisując się pod tezami tzw. inteligentnego projektu. Jego krytyka wypływa z podejścia naukowego i motywacji agnostycznych. Ciężko tu więc mówić o jakimś zaślepieniu ideologicznym autora The Deniable Darwin, co często przypisuje się osobom wierzącym krytykującym teorię ewolucji. Berlinski często pojawia się w debatach, w których zawsze kwestionuje litanię pobożnych życzeń, na których oparta jest ta teoria: nagłe pojawienie się mnóstwa gatunków w tzw. eksplozji kambryjskiej, brak znalezisk geologicznych dokumentujących stadia pośrednie w ewolucji, czy też niepowodzenie biologii ewolucyjnej w wytłumaczeniu szeregu zjawisk przyrodniczych.


Kolejny „dowód” na nieistnienie Boga to Jego „nieetyczne” oblicze. Ktoś mógłby się zdziwić dlaczego akurat zarzuty nieetycznego postępowania Boga czy Jego przedstawicieli na ziemi miałyby kwestionować samo istnienie Boga. Można sobie przecież wyobrazić jakiegoś Supernerda, który stworzył coś w rodzaju gry komputerowej, w której się realizuje w swoich sadystycznych czy dominacyjnych potrzebach. O czymś takim wspomina też Aczel w zalinkowanym wywiadzie. Więc już pierwszy fałsz logiczny. Może autorzy ci powinni mówić raczej o odrzucaniu przez nich takiego boga jako kogoś, komu miałoby należeć się posłuszeństwo, ale czy to ma być argument na rzecz ateizmu? Chyba, że mamy tu do czynienia z nowym rozumieniem ateizmu, jako (etycznie motywowanego) buntu wobec Boga Biblii i Koranu.


Rzeczywiście, istnienie niesprawiedliwości, cierpienia i nieodwracalnego, niezasłużonego nieszczęścia jest koronnym argumentem na rzecz istnienia boga, który albo nie jest wszechmogący albo nie jest dobry. Kolejne akapity poświęcę temu właśnie tematowi. Ale nie może to być argument na rzecz Jego nieistnienia. Tak naprawdę ateizm jest wiarą. Wiarą w nieistnienie Boga albo wiarą w to, że należy walczyć z wizerunkiem (realnym czy wymyślonym) Boga religii Abrahamowych. Właściwie, to ateista nie powinien wierzyć w grawitację, bo nie da się jej zobaczyć, usłyszeć lub namacać. A jednak pojęcie istnieje i jest nawet wymierne: grawitacji dowodzi się matematycznie z widocznych jej skutków. Ateiści nawet nie tylko wierzą w nią, ale i o niej wiedzą.


Praktycznie za każdym razem kiedy rozmawiam z osobą wierzącą, słyszę o opatrznościowych wydarzeniach, dziwnych zbiegach okoliczności, odpowiedziach na modlitwę, cudownych zrządzeniach, więc przychodzi mi do głowy, że właściwie Boga można by dowodzić w podobny sposób jak istnienie grawitacji: z efektów Jego działania. Jeśli zatem kogoś nie przekonuje ład w naturze, jej celowość, nieustająca siłą życia, wymykanie się znanych nam zjawisk prawom przypadku, misterna precyzja i elastyczność całokształtu, mógłby się choćby zastanowić czy w życiu jego samego czy jej samej nie zdarzają się wydarzenia ukazujące, że prawa przypadku ulegają notorycznemu zawieszeniu. Tylko problem w tym, że zatwardziały ateista i tak określi to mianem efektu potwierdzenia, czyli „tendencją do preferowania informacji, potwierdzających wcześniejsze oczekiwania i hipotezy.” Z drugiej strony, świadectwo osób z zewnątrz byłoby zaprzeczeniem efektu potwierdzenia.


Codziennie szokowani jesteśmy informacjami o katastrofach. Patrzymy jak co rusz kilkaset osób z jakiegoś samolotu ginie, jakaś rodzina umiera w wypadku samochodowym. Ktoś wciąż pyta: to gdzie ta opatrzność? Z drugiej strony, czy to nie dziwne, że jedząc tony toksycznej żywności, wdychając truciznę z powietrza, mogąc spokojnie umrzeć na drodze kilka razy każdego dnia, jednak większość z nas wciąż żyje i to dość długo? Ja sam spokojnie mogłem już kilka razy umrzeć a wciąż żyję i znam wielu, którzy też tak mieli. Współczesny świat tak balansuje na krawędzi śmierci i zniszczenia, że to prawdziwy cud, że ich skala jest tak mała. Pytanie jak długo uda się dalej prowokować los bez konsekwencji?


Wracając do opatrzności w życiu konkretnego człowieka. Wszyscy mamy przed oczyma przykłady z TV mówiące o czymś odwrotnym, ale nikt się nie pofatygował żeby na przykład wykonać badania statystyczne mające określić wymiar działania opatrzności w życiu poszczególnych ludzi. Ci, z którymi rozmawiam są przekonani o tym, że Bóg pomaga im na co dzień. Zapewne są więc przekonani, że wyrywa ich egzystencje z chaosu i przypadkowości, modyfikuje parametry prawdopodobieństwa, że dostaną pracę, że wyzdrowieją, że pogodzą się z mężem, że wpadną im skądś potrzebne pieniądze, że nie odbędzie się spotkanie, do którego są nieprzygotowani czy otworzą się jakieś inne możliwości, które nie powinny tak na zdrowy rozum zaistnieć.


Ludzie ci jednak nie uwieczniają w masowej skali tych wydarzeń, co mogłoby być niezłym naukowym dowodem na istnienie tejże Bożej Opatrzności. Ja się pofatygowałem, może niekonsekwentnie, bo nie aktualizuję tak często jakbym chciał (bardzo mało czasu na cokolwiek), ale jednak, i za każdym razem kiedy czytam swoje rozbudowane świadectwo, utwierdzam się w przekonaniu, że Bóg istnieje i ma ze mną i bliskimi (i masą innych ludzi) relację osobową. Ciekawe jakby to było, gdyby pisały o tych sprawach miliony ludzi. Może powinni. Może powinniśmy spisywać to, co dzieje się w naszym życiu. Choćby jako pamiątka dla dzieci. „Dodatek” do albumu ze zdjęciami. Przeciwwaga dla pustoszących nasze wnętrze „wiadomości” ze świata.


Oczywiście takie dzienniki życia, pokazujące jak rysuje się w nim pewien cel, jak okoliczności uparcie i konsekwentnie wymykają się prawom przypadku może dać do myślenia, że Bóg istnieje i wysyła nam sygnały o tym, że nas widzi, zna nasze potrzeby, że pomaga i kieruje kiedy trzeba. Nie będzie to jednak żaden koronny dowód na cokolwiek. Rozmawiałem ze znajomym Skandynawem, człowiekiem pełnym radości życia, choć życia dość chaotycznego, który, na moje uwagi o opatrznościowych wydarzeniach, odpowiedział bez wahania: prawo karmy, czyli co od ciebie wychodzi, kiedyś powróci.


Przecież on jest niewierzący a jednak jego marzenia się spełniają, korzystne okoliczności przytrafiają… Słowem, skoro on nie wierzy w Boga, to to, co mu się przytrafia nie może pochodzić od Boga. Ciekawa logika. Samo pojęcie Prawa (tu: karmy) zakłada jednak istnienie uniwersalnych prawideł. Żyjesz dobrze: masz dobrze. Wysyłasz w świat zło — zło wraca. A jednak życie pokazuje, że tak bywa, ale nie do końca. Skoro chaos w pewnych obszarach życia powoduje nieszczęścia, to one powinny nieodmiennie wracać. A tu niespodzianka: takie właśnie dziecię chaosu, niewierzące w Boga, otrzymuje od życia niekoniecznie zasłużone prezenty i … dalej wierzy w prawo karmiczne. Chrześcijanie nazwaliby to łaską uprzedzającą, a żydzi błogosławieństwem do entego pokolenia za zasługi ludzi Mu miłych (kolega pochodzi z dawniej bogobojnej i pracowitej nacji), ale co tam.


Wydaje mi się oczywiste, że tak zwane księgi święte należy widzieć w tych właśnie kategoriach: zapis opatrznościowego doświadczenia! I to by mogło w sumie wystarczyć, by nazywać je księgami świętymi. Już stare sagi indyjskie mówią o herosach i ich ziemskim doświadczeniu, mającym ich nauczyć drogi cnoty. Widząc do czego prowadzi pycha, honor czy zemsta, pokonując wyzwania i poddając się próbom, osiągają status „boski” czyli, jak byśmy współcześnie powiedzieli, doświadczają Królestwa Bożego. Zaratusztra z kolei przekazał potomności swą wizję, którą otrzymał na festiwalu wiosny, kiedy to zobaczył jednego z Bożych Duchów, zwanego Pozytywnym Celem. Ten zaś uchylił mu rąbka prawdy. Podobnie znani nam prorocy albo mieli wizje, albo spotkali wysłańców Boga albo doświadczyli Bożej Opatrzności.


W kategoriach Bożej Opatrzności, dość dobrze omówione jest wyjście Izraelitów z Egiptu. Dla niektórych myślicieli, nawet chrześcijańskich i nawet łączonych z Egiptem (np. Makary i jego 50 homilii duchowych), wyjście z Egiptu jest przede wszystkim wielką alegorią wyjścia duszy ze świata zniewolenia. Do niedawna kwestionowało się historyczność tego wydarzenia. Obecnie jednak jest już sporo przesłanek, że coś takiego faktycznie miało miejsce. Wątpliwości dotyczą czasu. I pojawiają się pytania o zawarte tam cuda.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 36.3