E-book
13.65
drukowana A5
29.47
Whiskey dla naiwnych

Bezpłatny fragment - Whiskey dla naiwnych


Objętość:
173 str.
ISBN:
978-83-8245-043-9
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 29.47

Charly Chance

— Kiedyś skończę z jakimś palem w dupie! — darłem się wniebogłosy, biegnąc co sił na swoich pająkowatych kulasach. Niewiele mnie dzieliło od wąskiego kanionu, dosłownie jeden solidny, zajęczy sus i mógłbym odetchnąć z ulgą, a potem przyozdobić kolorowym rzygiem zalegające na dnie wąwozu skały. Maratończyk ze mnie żaden, siłaczem też raczej nie byłem, żeby nie rzec, że większy podmuch wiatru był dla mnie wyzwaniem, a całokształt mojej kondycji fizycznej prezentował się tak mizernie, jak dziurawe gacie zawieszone na samotnym kiju. Generalnie pośród muskularnych kowbojów, rzeszy wściekłych oprychów, a nawet dziadków pracujących na roli, wyglądałem jak marna imitacja i wyrób człekopodobny. W zasadzie od głodującej kozy różnił mnie tylko brak rogów i ponadprzeciętny intelekt, a dotarło to do mnie boleśnie dokładnie w tym momencie, w którym doznałem wrażenia, że ktoś pierze moje płuca na tarze, a w chwilę potem wykręca je z resztek życiodajnych płynów.

Tętent cwałujących za mną koni roznosił się dudnieniem po kanionie, skutecznie zagłuszając łomot mojego pompowanego adrenaliną serca. Rozległy się strzały, świsnęło lasso, a ja w tym morderczym biegu poczułem, że zaraz udławię się własną treścią żołądkową, znów o krok od śmierci! Ostatkiem sił, jak przestraszony królik, dałem nura między skały i usłyszałem jak moje żebra jęknęły żałośnie, uderzając z siłą rozjuszonego bizona w twarde podłoże.

— Kurwa mać… — zakląłem soczyście pod nosem, jednak z pewną dozą ulgi, że wyrwałem się z lepkich macek śmierci i obyło się bez zastępów szatana, witających mnie w siódmym kręgu piekielnym. Chórów anielskich się nie spodziewałem, jako że daleki byłem od pobożnego życia w zgodzie z matką naturą, a nie owijając w bawełnę i mówiąc prościej, to kantowałem w pokera i kradłem co popadnie, co w rączki wpadnie, wystawiając tym samym na szwank moją — i tak już wysoce nadwątloną — reputację. Cóż… takie nastały czasy, że kiedy banda zapijaczonych, nieogolonych mord wpadała z wycieczką na posesję, to kupa gruza zostawała z dobytku życia i próżno było szukać jakiejkolwiek sprawiedliwości, więc i ja korzystałem z niezbyt prężnie działającego systemu sądownictwa w tym cholernym kraju dzikusów — skubałem co się da i ile zdołam unieść niepostrzeżenie. Bywało jednak, że niefortunnym zrządzeniem losu zostałem gdzieś dostrzeżony, dokładnie tak jak tym razem.

Usłyszałem zawiedziony ryk bandziorów.

— No, panowie, rozejść się grzecznie do lepianek, czy gdzie tam pomieszkujecie na kocią łapę! Dzisiaj mordobicia nie będzie! — palnąłem bezczelnie. Słowa zawisły w powietrzu i rozniosły się echem po kanionie. Jeśli chodzi o dolewanie oliwy do ognia i pogarszanie swojej sytuacji to zdecydowanie trzymam palmę pierwszeństwa. Chwilę po tym, kiedy wypowiedziałem ostatnie słowo, usłyszałem powarkiwania i szmery w okolicach wejścia do wąwozu, który jak mniemałem miał mnie ocalić przed trepanacją czaszki przy użyciu mało finezyjnych narzędzi. Oczywiście nie przyszło mi do głowy, że moi napastnicy zrośnięci z kobyłami nie są i w każdej chwili mogą dobrać mi się do dupy, wchodząc do mojej kryjówki z pełnym uzbrojeniem, dokładnie w ten sam sposób, w jaki ja się do niej dostałem. Niewiele myśląc, poderwałem się do szaleńczej ucieczki, z trudem odnajdując w sobie resztki sił.

Znów biegłem przed siebie jak ostatni wariat, dysząc i sapiąc jak pordzewiała ciuchcia, wymachując niezbornie rękami, jakbym się nimi cieszył, dopóki nie oderwą ich od mojego zmaltretowanego kadłuba. Łatwo nie było — wąwóz usypany był kamieniami, porośnięty chwastami wielkości ciężarnej krowy i strach było pomyśleć ile tu żyje badziewia, które gotowe mnie utrupić tylko dla czystej satysfakcji, bo jakoś nie sądzę, że cokolwiek, co ma instynkt samozachowawczy spróbowałoby konsumpcji mojego prześmierdniętego potem cielska.

Wąwóz niebezpiecznie się zwężał. Słyszałem jak hałastra wrzeszczy gdzieś w oddali, a mnie zaczynało brakować pomysłów na wywinięcie się z tej radosnej imprezy w jednym kawałku. Za chwilę znajdę się w potrzasku i chcę czy nie, będę musiał stanąć twarzą w twarz z nabojem kalibru 45, a potem… wiadomo. Ręka, noga, mózg na skale i oko na kamieniu.

Stanąłem przed pionową ścianą i spojrzałem w górę. Szanse na wspięcie się na szczyt miałem marne, bo ściana była gładka jak niemowlęca pupcia. Zresztą, z moją koordynacją ruchową i wrodzoną niezdarnością, zjazd na ryju po skale był zbyt wysoce prawdopodobny, żebym w ogóle odważył się wprowadzać ten śmiały plan w życie. W dole dostrzegłem jednak małą szczelinę, więc nie zastanawiając się zbyt długo przywarłem do ziemi i wturlałem się do wyłomu, łudząc się, że gdzieś na końcu zobaczę światło i zdołam wypełznąć na powierzchnię, jak karaluch zastraszony wizją rozmazania się pod butem.

— Wyparował kurwesyn! — Usłyszałem, kiedy już byłem o krok od wydostania się z kamienistej pułapki. — Gdzie on, kurwa, jest?? Przecież nie wlazł na górę!

Banda jełopów, pomyślałem, tarabaniąc się powoli w kierunku światełka, które — jak miałem nadzieję — wyprowadzi mnie na zewnątrz, żebym mógł odetchnąć pełną piersią w blasku powoli chylącego się ku zachodowi słońca. Ostrożnie odgrzebałem kamienie i wylazłem ze skalistej szczerby, dusząc się ilościami świeżego powietrza i wypluwając piach, którego nażarłem się podczas czołgania. Serce dalej łomotało mi w klacie, ale odgłosy za mną ucichły. Szybko zdałem sobie sprawę, że upragniona wolność stawia przede mną kolejne wyzwania. Stałem w tunelu. Ściany wąwozu były jeszcze wyższe i gładsze, więc mogłem zapomnieć o wdrapywaniu się na górę. Kanion w tym miejscu rozwidlał się na kilkanaście — węższych i szerszych — krętych ścieżek, i tylko Bóg jeden raczył wiedzieć dokąd one mnie zaprowadzą. Entliczek, pentliczek, kurwa…

Nie kierowałem się absolutnie żadną logiką, wybierając kierunek drogi. Obozy przetrwania, nocowanie w dziczy i orientacja w terenie to były dla mnie jedynie nazwy o względnej użyteczności językowej, ale wizja spędzenia nocy ze stadem dzikich grzechotników, skorpionów i innego jadowitego ścierwa przyprawiła mnie o ból łba, w którym i tak już huczało dosyć głośno, więc po prostu ruszyłem przed siebie, uważnie stawiając kroki i rozglądając się dookoła. Byłem już bliski poddania się — po kiego wała się stresować i walczyć o wyjście z kamiennego labiryntu, skoro nawet przy bardzo optymistycznym założeniu, że uda mi się stąd wydostać przed zmrokiem — stanę gdzieś w szczerym polu z wilkami, kojotami, kuguarami, sępami i innym gównem, które z dziką rozkoszą rozrzuci moje kawałki po okolicy?

Sytuacja z każdą minutą stawała się coraz bardziej beznadziejna. Szedłem już tak długo, że nogi zaczęły mi odmawiać posłuszeństwa. Wiatr rozhulał się bezkarnie po tunelach kanionu, zrobiło się zimno, więc chyba najwyższa pora umierać, bo jak okiem sięgnąć wyjścia z tunelu nie było widać. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a więc witaj pustynny chłodzie, witajcie nocne drapieżniki i zjadacze padliny, zapowiada się wspaniała impreza! Kiedy pomyślałem o tym, że wybiła godzina śmierci i zdechnę w jakiejś pieprzonej dziurze w ziemi, zapomniany przez świat i skubany przez sępy, poczułem wspaniały zapach pieczonego mięsa. Podążyłem za aromatem. Byłem tak głodny, że jeszcze chwila, a zeżarłbym swoje własne buty, przekładając je jakimś krzakiem i posypując piachem z dna kanionu.

Ostrożnie wychyliłem się zza skał, żeby sprawdzić z czym mam do czynienia. Samotny kowboj w czarnym kapeluszu siedział przy ognisku, plecami do mnie. Próżno było szukać na tym odludziu innego towarzysza niedoli. Choć jego zamiarów nie znałem, to z całą pewnością umiał polować, a to już i tak dużo więcej niż mi było potrzeba, więc nie mając zbyt wiele do stracenia, postanowiłem działać. Przydałby mi się ktoś, kto sprawnie posługuje się bronią i odprowadzi do najbliższego miasta. Ja i broń to zestaw samobójczy, dlatego zdecydowanie częściej występowałem w roli przestraszonej, gonionej zwierzyny niż sam miałem okazję coś ubić. No chyba, że liczy się końska mucha albo komar — wtedy całkiem nieźle strzelam z ręki, ale to też tylko w obronie własnej.

Mięso nad ogniem przyjemnie skwierczało i roznosiło po kanionie nieziemski aromat, więc obudziły się we mnie jakieś dziwne pierwotne instynkty. Zacząłem się cicho skradać, bo jakoś przez myśl mi nie przeszło, żeby po prostu wparować bezczelnie, dygnąć zamaszyście i zwyczajnie się przedstawić jak na cywilizowanego człowieka o dobrych zamiarach i czystym sercu przystało.

Błyskawicznie się okazało, że poskąpiono mi również tropicielskich talentów, bo wypieprzyłem koncertowego orła pozbawionego wszelkiego wdzięku i gracji, kończąc trajektorię lotu w butach kowboja i lądując z błyszczącą lufą rewolweru przy potylicy. Bałem się drgnąć, bo wiedziałem, że jak kowbojowi puszczą nerwy to mój mózg na stałe wpisze się w tutejszy krajobraz i spłynie po kamieniach, które miałem wątpliwą przyjemność ucałować. A, że ludzie z tych regionów nie wykazywali się nadzwyczajną cierpliwością, o ufności do nieznajomych czytali w starych podaniach i legendach jeszcze jako słodka, niczego nieświadoma gówniarzeria — prawdopodobieństwo, że skończę z rozłupaną czaszką wzrosło do niebezpiecznego poziomu pewności.

— Coś ty, kurwa, za jeden? — Chrapliwy mruk kowboja dotarł do moich uszu. Bałem się ruszyć, a co dopiero odpowiedzieć inteligentnie, że ja tu pokojowo, choć chleba i soli nie przynoszę, bo mnie banda kretynów próbowała wyekspediować na tamten świat.

— Spokojnie, kolego, nie mam nawet broni — jęknąłem wreszcie, czując jak srebrna kowbojska ostroga wbija mi się w kręgosłup. Kowboj stał nade mną i dla pewności, że nie wywinę żadnego głupiego numeru postanowił przydusić mnie swoim ciężkim buciorem do ziemi. Usłyszałem szczęk kurka nad swoim spoconym łbem, oczyma wyobraźni zobaczyłem jak nabój ląduje w komorze i czeka na sygnał do wywinięcia mojego ryja na lewą stronę.

— Co tu robisz?

— Zgubiłem się! — Ciężar buta zelżał. Poczułem jak żelastwo oddala się od mojego łba.

— Wstawaj — lodowatym tonem rozkazał kowboj, więc nie pozostało mi nic innego jak spróbować podnieść swoje parszywe dupsko i zebrać się w sobie na — niekoniecznie miłe — wieczorne pogawędki z nieznajomymi. W pysku mi zaschło, jakby ktoś nasypał mi do niego żwiru, kawał mięcha w klacie łomotał w rytm country, ręce się trzęsły, a kropla potu wielkości grochu rozpoczęła nieśmiałą podróż po moim czole. Skuliłem się jak bita żona pomiędzy kamieniami, na które sam się radośnie wypieprzyłem chwilę temu. Kowboj bacznie mnie obserwował. Dalej w pogotowiu trzymał wypolerowany kolt, na wypadek gdybym spróbował jakiś dziwnych pogańskich sztuczek, czy coś. Nie spróbowałem.

— Ktoś cię przysłał? — zapytał po chwili uważnego wpatrywania się we mnie.

— Widzę, że na bystrego nie trafiłem! — warknąłem i w sekundę później mocno tego pożałowałem, bo znów znalazłem się na muszce. Niepewnie podniosłem dłonie, że niby pokojowo czy coś, byleby tylko schował swoją pukawkę i nie posłał mnie na chmurkę do aniołków. — Spójrz na mnie! Nie mam nawet broni! Ten „ktoś” musiałby być niespełna rozumu, żeby spośród tak wymyślnej bandziorni wybrać akurat mnie na… nie wiem, kurwa, zabójcę? Spodziewasz się, że ktoś chce cię sprzątnąć, kowboju? — Byłem niemal pewien, że po takim dramatycznym show mój rozmówca głęboko się zamyśli, puknie w czoło i zaświergocze radośnie, że no racja, przecież jak to tak! A tymczasem odpowiedziało mi długie milczenie, które wreszcie postanowił przerwać swoim dudniącym barytonem.

— Jeśli życie mnie czegoś nauczyło, to tego, że można się spodziewać, kurwa, wszystkiego. — Schował broń z gracją, po czym dodał: — Nie rozczarujesz się, jeśli spodziewasz się najgorszego.

— Uu, powiało pesymizmem! — Gwizdnąłem pod nosem. — Ktoś tu miał ciężki dzień. To kim jesteś? Rewolwerowcem? Banitą? Poszukiwanym zbiegiem? — zapytałem, ale odpowiedziała mi tylko cisza. Kowboj powrócił na swoje miejsce, nie spuszczając mnie z oka nawet na ułamek sekundy.

— Spieprzaj stąd, jeśli ci życie miłe.


Nie spieprzyłem, bo nie miałem siły. Byłem tak wykończony i tak zmęczony, że nawet nie wiem kiedy spłynął na mnie sen, choć właściwie nie do końca byłem pewien czy za chwilę nie otworzą się podwoje, bramy piekielne nie zgrzytną i nie przyjmą mnie w progu z zaproszeniem na odświeżającą kąpiel w kociołku smoły.

Obudziłem się z potwornym bólem gnatów. Pustynia w ustach, szum i jazgot we łbie, zalepione, wysuszone na wiór ślepia piekły mnie, jakbym zamiast nich pod powiekami miał dwa rozżarzone węgle. Musiałem spać za blisko ogniska. Czułem się jakbym przesadził z whiskey na ostrej libacji, chociaż właściwie nie pamiętam kiedy ostatnio miałem jakikolwiek płyn w ustach. Leżałem na wznak na pokruszonych kamieniach, badyle bliżej nieokreślonego pochodzenia uwierały mnie w dupę, a nade mną krążyło stado sępów.

Kowboj, którego mgliście pamiętałem z wczorajszego wieczora, spał oparty o stare, wysłużone siodło. Twarz ukrył pod swoim czarnym kapeluszem, ręce miał założone na piersiach. Byłem na granicy odwodnienia, więc niewiele myśląc postanowiłem podpełznąć cichcem pod prowizoryczne leże mojego towarzysza, w poszukiwaniu jakiegokolwiek płynu. Nim wyciągnąłem rękę po bukłak, ba! Nim nawet zdążyłem pomyśleć o tym, że ją wyciągnę, lufa rewolweru — którą miałem przyjemność poznać wczoraj z bliska — błysnęła w słońcu.

— Pierdolony Lucky Luke! Cień idź, kurwa, tresuj, a nie mnie terroryzujesz! — pisnąłem falsetem, podrywając się do pozycji klęczącej i przy okazji podnosząc otwarte dłonie w poddańczym geście.

Kowboj zaszczycił mnie pełnym pogardy spojrzeniem.

— Wody… — syknąłem przez zęby, więc nieznajomy niechętnie schował kolt, odwrócił się za siebie i wygrzebał z juków bukłak z wodą. Dalej wpatrując się we mnie podejrzliwe, rzucił mi go pod nos, więc dorwałem się do życiodajnego płynu z taką zachłannością, że niewiele brakowało, a zachłysnąłbym się i udławił jak skończony palant. Otarłem obślinioną mordę strzępem rękawa, który jakimś cudem nie został oberwany podczas mojej dramatycznej ucieczki. Musiałem wyglądać jak atrakcja objazdowego cyrku, bo kowboj nie spuszczał ze mnie wzroku.

— No co się gapisz, kretyna nie widziałeś?

Znów bez odpowiedzi.

— Jakieś słowo, coś? To chyba nie boli? Sztuka konwersacji to tajemna magia w rejonie, z którego pochodzisz?

Kowboj nic nie zrobił sobie z mojego przedagonalnego miotania się; odgarnął niesforne włosy w tył, naciągnął kapelusz na łeb i najwyraźniej próbował powrócić do błogiego snu, który mu przerwałem. Nie umknęło mojej uwadze, że cholernie przystojne z niego było bydlę i mógłbym się w ciemno założyć, że miał na swoim koncie kilka złamanych serc. Ja ze swoją mordą i zapadniętą klatą mogłem najwyżej straszyć kojoty gdzieś na Rogatym Ranczu, a ten tu… no panie, nawet jeśli omijał rzekę od tygodnia i zapomniał co to brzytwa, to dziki błysk w jego stalowych, zimnych oczach i tak z całą pewnością kruszył serca.

— A ty na co się gapisz? — zapytał wreszcie ze spokojem. Mimo przysłoniętych kapeluszem oczu, trafił bezbłędnie, że klęczę teraz jak ofiara losu i przyglądam mu się badawczo z rozdziawioną mało inteligentnie paszczą.

— No… na mnie pora. Miło było pana poznać, panie twarda ostroga — odparłem po chwili krępującej ciszy. Podniosłem się — nie bez trudu — kolana mi jęknęły, ale trzeba w końcu się zebrać w sobie, pora znaleźć wyjście z tej pieprzonej diabelskiej gardzieli i dotelepać się do jakiegoś miasta, coby za ostatniego dolara schlać się jak świnia i zasnąć gdzieś na werandzie.

— Postaraj się nie skończyć, dyndając na jakimś drzewie.

— Dzięki za troskę — żachnąłem się jeszcze na pożegnanie i ruszyłem przed siebie.

Daleko nie uszedłem, bo zza krzaka wyłonił się wielki kasztanowy łeb i parsknął na mnie prześmiewczo. Omal nie dostałem zawału, pisnąłem jak panienka, zamigotał świat tysiącem barw i… więcej grzechów nie pamiętam!


Chlust zimnej wody wylany na mój łeb sprawił, że obudziłem się niemal natychmiast, kaszląc i dławiąc się jak opętany. Ze swojej żabiej perspektywy zobaczyłem jak stał nade mną w lekkim rozkroku — któż by inny — mój wybawiciel i oprawca zarazem. Rozcięty z tyłu płaszcz tańczył mu na wietrze, ustami maltretował jakieś nieszczęsne źdźbło trawy i patrzył na mnie, uśmiechając się z politowaniem. Właściwie nie mam żadnej pewności, że to był uśmiech… Bardziej krzywy grymas przecinający jego ostre rysy twarzy.

— Dobrze ci poszło — podsumował mnie kowboj.

O Boże… Groza sytuacji dotarła boleśnie do najczarniejszych zakamarków mojego jestestwa, bo oto właśnie przestraszył mnie jakiś, w mordę jebany, kuc! Rzadko się zdarza, że nie wiem co mam odparować, ale tym razem zatkało mnie, a moja facjata przybrała kolor świeżo wypieczonej cegły. Zanim zeskrobałem się z podłoża, zanim chociaż spróbowałem pogodzić się z tym, że zrobiłem z siebie ofiarę losu i życiową niedojdę, zobaczyłem jak kowboj ze stoickim spokojem siodła swojego wierzchowca i przygotowuje się do podróży. No przecież chyba nie myśli, że mnie tu zostawi, co? Może tak zacznijmy wszystko od nowa…

— Jestem Johnny Dow — powiedziałem smutno. Kowboj nie zareagował, więc kontynuowałem swoją żałosną historię. — Na bank wpierdolą mnie tu węże, a nawet jeśli uda mi się wydostać z kanionu, to bracia Cole zrobią mi z dupy jesień średniowiecza, jeśli mnie tu zostawisz.

— Nie jestem niańką dla niedojebów.

— Jasne — westchnąłem przeciągle, bo cóż mogłem zrobić. Za chwilę moja ostatnia nadzieja na przeżycie odjedzie na rudym, wrednym mule, zostanę sam, samiuteńki i najpewniej skończę jako kolacja dla okolicznych padlinożerców. — Dokąd jedziesz? — zapytałem drżącym głosem. — Giermka nie szukasz? — Na Sancho Pansę nadawałem się jak kupa gówna na posłanie, ale warto było podjąć trud, może akurat nonszalancki, w mordę misia, kowboj posłuży mi za ochroniarza, dopóki nie zawleczemy się do jakiejś podupadającej mieściny.

— Czemu bracia Cole mieliby zadawać sobie tyle trudu, żeby ganiać takiego obesrańca jak ty? — zapytał po chwili.

— A to bardzo długa historia, mógłbym opowiedzieć po drodze…

— Aż tak zainteresowany nie jestem. Poza tym nie masz konia, a jak już mówiłem…

— Jasne. Nie jesteś niańką dla niedojebów — przerwałem mu w pół zdania. Odważne posunięcie. I dość bezczelne, bo tajemniczy nieznajomy postanowił zgromić mnie spojrzeniem.

— Nie masz konia. Będziesz opóźniał marsz.

— Koń… sprawa do załatwienia, pożyczy się od jakiegoś uwalonego w sztok jegomościa i ahoj przygodo! — Kowboj głośno westchnął i przysiągłbym, że dostrzegłem jak opadają mu ręce.

— Tylko do najbliższego miasta.


Wlekłem się już drugą godzinę za swoim towarzyszem. Dostałem nawet płat suszonego mięsa, żeby zająć czymś jadaczkę. Co prawda smakował jakby spał na nim spocony wałach, ale było mi naprawdę wszystko jedno, bo żołądek powoli przestawał wygrywać marsze żałobne.

Jak się okazało wyjście z kanionu było całkiem niedaleko, więc wyjechaliśmy na przestwór suchego oceanu, że tak kurewsko romantycznie to ujmę. Słońce chciało mi wypalić dziurę w czaszce i tak bezlitośnie smażyło, że horyzont zaczął falować. Nawet odrobiny wiatru, suchość, trzeszczące szczątki roślin, samotny krzak w oddali i ja z klejącymi się do ud jajami — wlekący się jak smród za wojskami konfederatów — za swoim towarzyszem. Usta spiekły mi się na dwie skwarki, jak czegoś na łeb nie założę to udar gwarantowany; gratis zawroty głowy. Zdjąłem więc swoją poszarpaną koszulę i zrobiłem z niej prowizoryczny turban, obnażając tym samym swoją zapadniętą, zapoconą klatę. No! Kolorowa wycieczka w składzie: posępny kowboj na rudym kucu i upośledzony Saracen witają w sercu Utah! Z całych sił powstrzymywałem się od bredzenia, ale przecież, kurwa, jak okiem sięgnąć żadnej cywilizacji, może byśmy chociaż słowo zamienili, co?

— To dokąd zmierzamy, kowboju? — spróbowałem wysilić się na uprzejmy ton.

— Przed siebie.

Oglądając muskularne plecy, odzianego w czerń od stóp do głów, tajemniczego kowboja, wprost nie mogłem odegnać dręczącego uczucia ciekawości, zakrawającej o wścibskość. Co to za jeden, do cholery? Żony nie ma, bachorów, rancza, krów nie wypasa? Owiec może chociaż? Łowca nagród? Nie pocieszyła mnie ta myśl, jako że miasta, które miałem okazję oglądnąć w swoim niezbyt długim życiu, zwykle po moim wyjeździe dekorowały stacje i urzędy pocztowe portretem mojego ryja. Dawali za mnie całe 10 dolarów. Jakbym tylko tyle był wart, do cholery!

— A przed siebie to na co wyjedziemy?

Kowboj obrócił się leniwie w siodle i spojrzał na mój wymacerowany ryj. Nawet nie zdziwiło go to, że maszeruję za nim, świecąc wątłą klatą.

— Co za różnica — sarknął wreszcie. — Zobaczymy chałupy na horyzoncie, to zajedziemy.

— Coś ty taki drażliwy jak panienka z bogatego domu!

— Stul dziób, bo nafaszeruję cię ołowiem!

— Kurwa! — Machnąłem grabiami w geście zrezygnowania. — Nawet nie wiem coś ty za jeden!

— Charly Chance — odparł chłodno kowboj, łapiąc za kapelusz w geście powitalnym. — A teraz skoro zaspokoiłem twoją ciekawość, możesz przymknąć twarz i iść dalej zanim zlecą się kojoty i wpierdolą nas żywcem?

Powiało arktycznym chłodem, więc cóż miałem zrobić. Lazłem dalej. Słońce smażyło mnie na małą skwarkę, próżno szukać było w krajobrazie fascynujących zjawisk — nic tylko pioch i kamienie, trochę karłowatych chaszczy i tarzające się suche badyle.

Nagle Charly ściągnął wodze swojego konia i zatrzymał się. Ja, korzystając z chwili, padłem na kolana. Kurwa, odpocząć, chociaż sekundę.

— Chodź, ofermo — zawołał mnie kowboj, więc ostatkiem sił doczołgałem się do niego. Kucu zatańczył nerwowo, jakbym miał co najmniej odgryźć mu jego nakrapiane dupsko. Chance wyciągnął do mnie rękę.

— Wskakuj, cywilizacja na horyzoncie. — Poczułem silny uścisk jego dłoni i po chwili siedziałem za nim na grzbiecie jego wierzchowca. Ponieważ Charly popędził konia do galopu zmuszony byłem przywrzeć do niego całym ciałem, bo przecież nie chciałem zostawić odlewu swojego przerażonego ryja gdzieś na środku piekielnej prerii. Nie żyłem z końmi w wielkiej przyjaźni, znakomitym jeźdźcem nie byłem, więc zdałem się całkowicie na siłę swoich chuderlawych ramion.

Dziwne wrażenia owładnęły mną całym, dotąd obce i dzikie myśli rozszalały się po moim umyśle. Poczułem się jak ratowana księżniczka i jakoś tak niemoralnie błogo mi się zrobiło, że zamknąłem oczy i wtuliłem się w swojego wybawiciela i oprawcę zarazem.

Black Rock

Te szczątki cywilizacji, do których zmierzaliśmy, okazały się niemal umarłą osadą z kilkoma smętnie przewijającymi się mordami, szumnie zwaną wśród miejscowych Black Rock. Najważniejsze jednak, że jest tu — niezbyt wyględny, ale zawsze coś — saloon. Może trafi się wśród miejscowych jakiś palant, którego da się oskubać z forsy, ogarnąć nowy przyodziewek, wykąpać się, spić i od rana zacząć nowe życie. No czemuż by nie!

Charly zrzucił mnie z konia pośrodku upadłej mieściny i pojechał dalej w nieznane. Skierowałem swoje kroki do drzwi, nad którymi smętnie powiewał na wietrze szyld z wypisanymi koślawo literami SALOON. Mają tu na pewno ćwoków, którzy grywają w pokera, kilku się okanci i załatwi co potrzeba, wiadomo. Oklasków się nie spodziewałem po mistrzowskim entre z wykopa, jakie zafundowałem niezbyt licznej widowni, ale chociaż odrobina uwagi by nie zaszkodziła!

Przy stoliku dostrzegłem dwóch jegomościów z mętnym spojrzeniem. Chyba nawet nie próbowali w nic grać, wisieli ino smętnie nad kielonkami bursztynowego płynu, co chwila spluwając na deski niezbyt uroczego przybytku. Za ladą dostrzegłem znudzoną pannę, która właśnie prezentowała swój starzejący się cyc na blacie. Podpierała twarz ręką i patrzyła na mnie z politowaniem. Niewiele myśląc, wyciągnąłem z kieszeni ostatniego zmiętolonego dolara, rzuciłem nim na stół wspomnianych wyżej jegomościów i zaproponowałem partyjkę w pokera. Ich japy jakby nagle się ożywiły, chociaż konsystencją i całym jestestwem przypominali rozkładających się, wykopanych dwa dni temu spod ziemi denatów. Cuchnęli jak rasowi menele.

— Przyjezdny, co?

Brawo, wygrałeś talon na siodło i galon, kolego!

— Przyjechałem do zacnych dżentelmenów wygrać kilka dolców! — palnąłem bezczelnie, wyszczerzając kły w krzywym uśmiechu. Popatrzyli na mnie niemrawo. Koszuli na sobie nie miałem, asa z rękawa nie wyciągnę, stanowiłem łatwy łup. Przynajmniej tak im się wydawało.


Kilka godzin później uchylałem się od strzałów z Winchestera za jakimś prowizorycznym wychodkiem. Oskubałem kretynów z kasy, zostawiłem w samych gaciach przy stole, ku uciesze podstarzałej panny, która uraczona była krwawą jatką, jaką rzeczeni panowie mi zafundowali. Niezliczoną ilość razy oberwałem po ryju, plując juchą na wszystkie strony, ale nie traciłem rezonu i próbowałem się odszczekiwać, zarabiając kolejne soczyste razy. Kiedy już byłem pewien, że stracę przytomność i skończę jako posiłek dla kojotów, jeden z zapijaczonych oprawców zamachnął się z takim impetem, że trafił łokciem prosto w nos swojego kolegi, który naraz zalał się krwią i padł na ziemię w konwulsjach. Korzystając z zamieszania, capnąłem leżące na stole dolce i wywinąłem się z imprezy frontowymi drzwiami. Napastnik jednak był z rodzaju nieustępliwych, porzucił broczącego krwią kolegę i wybiegł za mną strzelając na oślep z sadystycznym rechotem. Kiedy miałem wrażenie, że trwa to wieki usłyszałem świst koło ucha, a potem wszystko zamarło. Nastała błoga cisza, więc potulnie sprawdziłem czy żyję, obmacując swoje wyłupiaste kolana, pięty i łokcie. Poczułem słony posmak krwi na rozciętych wargach, ale zdawało się, że jednak żyję, więc ostrożnie wychyliłem się zza sracza. Na środku drogi stał właśnie mój niedawny wybawiciel, Charly Chance we własnej osobie, i mierzył do siwego napastnika ze swojego wypucowanego Peacemakera. Mógłbym właśnie w tym momencie wiać. Złapać pierwsze lepsze osiodłane bydlę, których minąłem po drodze kilka i pognać przed siebie, byle jak najdalej od świstu kul. Coś mnie jednak powstrzymywało i miałem nieodparte wrażenie, że widok muskularnego Chance’a ze spokojem wymalowanym na twarzy i powiewającymi połami płaszcza mi to uczynił. Zahipnotyzowany patrzyłem jak stoi nieruchomo i celuje prosto w łeb mojego niedawnego towarzysza od pokera. Sam nie jestem pewien czy to zwykła ciekawość sprawiła, że znieruchomiałem, czy może… Czy to możliwe, że miałem nadzieję, że nasze ścieżki jeszcze kiedyś się skrzyżują? Nie wiedzieć czemu przed oczyma stanęła mi wizja, kiedy miałem okazję bezkarnie obmacywać go w pełnym galopie, kiedy tu zmierzaliśmy. Kawał ścierwa ze mnie!

Chance nawet nie drgnął. Napastnik również zamarł, a w chwilę potem potulnie zwinął manatki i nawiał w bliżej nieokreślonym kierunku. Nie dziwota; jakby ktoś taki jak Charly mierzył do mnie z rewolweru już dawno zamieniłbym się w półpłynną substancję i spłynął po schodach werandy. W mieścinie ucichło, gapie zatrzasnęły okna, Charly z gracją schował swój rewolwer i rozejrzał się po okolicy. Chwilę potem znalazł się tuż obok mnie, nachylając się nad moim wpół roznegliżowanym, rozdygotanym cielskiem.

Poczułem jego oddech na twarzy, kiedy trzymał mnie za szyję, przyciskając do drewnianych ścian sralni. Ożeż kurwa, rozjechał mi się obraz, świat zawirował.

— Co ty właściwie odpierdalasz!? — Wszystko mi się cofnęło, ego zwinęło w sprężynkę, jęknąłem jak gwałcone koźlę.

— Ee… co? — Wydobyłem jedynie nieokreślony bliżej dźwięk ze swojej miażdżonej gardzieli.

— Wpieprzasz mi się w interesy, człowieku! — sapnął Charly, dmuchając na mnie odorem whisky i zapachem czegoś, co nazwałbym oddechem śmierci.

— Zluzuj, kowboju, w pokera grałem! — Charly westchnął przeciągle i zwolnił uścisk. Padłem jak kupa bezwładnego mięsa na glebę. — Właśnie okantowałeś mojego… partnera w interesach, kretynie.

— A, to był twój ten… tak zwany partner w interesach — zabełkotałem żałośnie. — To nic dziwnego, że nie opływasz w luksusy!

Świat pociemniał, huk w uszach i łzy w oczach. Tak się zawodowo łamie nosy, proszę państwa! Krew chlusnęła, zawyłem z bólu.

— Kurwa mać! Nie panikuj, mam cały jego hajs! — ryknąłem płaczliwie, wyciągając z kieszeni pogniecione dolary, które udało mi się ocalić z zamieszania. Charly zrobił niewyraźną minę. — Nie musiałeś mi przemeblowywać mordy, człowieku!

Oczy zaszły mi łzami. Powiedziałem sobie w duchu, że jeżeli teraz zemdleję to wyjdę na mięczaka roku, więc spiąłem poślady i zebrałem się w sobie, żeby dźwignąć swoje obite jestestwo i stanąć o własnych siłach. Ból był nie do zniesienia, pulsowało mi we łbie, byleby tylko, kurwa, nie kichnąć teraz!

— Tak się składa, że w interesach nie zawsze chodzi o forsę — sapnął, nie spuszczając ze mnie swojego gniewnego spojrzenia. Z tonu jego wypowiedzi błyskawicznie wydedukowałem, że to nie miał być przyjacielski przekaz i nauka życia. Dosyć dosadnie wytłumaczył mi, że w czymś mu bardzo przeszkodziłem i nie będzie łatwo to zrekompensować. Chwilę potem szczęknął kurek Peacemakera, a kowboj patrzył na mnie z politowaniem. Przysiągłbym, że bulgot z jakim właśnie przełknąłem ślinę usłyszeli na drugim końcu osady.

— Może się jakoś dogadamy, co? — wyjąkałem wreszcie, czekając na egzekucję.

Patrzenie w lufę rewolweru z bliska to coś w czym mam spore doświadczenie, ale intuicja mi podpowiadała, że tym razem nie mam do czynienia z byle frajerem, który odpuści, jeśli będę wystarczająco długo i uparcie skamlać o litość i obiecywać złote góry. Jednak po chwili, ku mojemu zdumieniu, Chance schował broń, a stoicki spokój powrócił łaskawie na jego twarz.

— Chciałem to załatwić po dobroci, ale nie zostawiłeś mi wyboru — powiedział rzeczowo. — Pójdziesz teraz grzecznie ze mną. I ani, kurwa, słowa, bo cię odstrzelę jak kaczkę — dodał po chwili, zanim w ogóle zdążyłem rozdziawić paszczę, żeby zaprotestować.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 29.47