Bohaterowie
Wicio Wiewiór — szybki zwiadowca brygady, zawsze pierwszy na miejscu. Ma rudą sierść, która błyszczy w słońcu jak miedź, i ogon tak puszysty, że gdy go unosi, faluje za nim jak chorągiewka na wietrze. Jego czarne oczka błyszczą jak dwa świeże żołędzie, a uszka sterczą prosto do góry i drżą przy każdym szeleście. Na pyszczku ma jaśniejszą plamkę wokół nosa, która robi się szczególnie widoczna, gdy jest ciekawski — a bywa tak prawie zawsze. Wicio mieszka w dziupli na starym Dębie, gdzie przechowuje orzechy, żołędzie i szyszki, choć połowy zapasów nigdy nie odnajduje, bo lubi robić nowe kryjówki. Jego ogon to nie tylko ozdoba — kiedy skacze między gałęziami, steruje nim jak sterem, potrafiąc zawrócić w locie szybciej niż ważka. Ma też zwyczaj mrugać trzy razy z rzędu, gdy wymyśli coś szczególnie sprytnego.
Borys Borsuk — siłacz i majsterkowicz, naprawia wszystko w lesie. Jest duży, okrągły i solidny jak głaz, z szeroką głową w czarno-białe pasy, które układają się w pręgi jak na starej korze. Jego łapy są mocne i szerokie, z długimi pazurami, którymi potrafi kopać, dźwigać i wiązać, ale też głaskać delikatnie jak piórko. Mieszka w norze pod korzeniami mostu, którą sam wykopał i umocnił — ma w niej trzy wyjścia, bo jak mawia: „Dobry majster zawsze ma plan awaryjny”. Borys ma niski, spokojny głos, który słychać z daleka, gdy mruczy pod nosem jakieś majsterkowicze przysłowie. Kiedy myśli, pociera łapą o czarno-biały pasek na głowie, a gdy się cieszy, prycha cicho, aż wibruje mu cały pyszczek. W swoim warsztacie pod mostem trzyma kolekcję kamieni o różnych kształtach, sznurki z łyka i zawsze kilka zapasowych desek z kory.
Hela Sowa — mądra nawigatorka, zna każdą ścieżkę w parku. Jej jasnobrązowe pióra pokryte są drobnymi prążkami, które układają się jak kontury na mapie lasu, a gdy rozkłada szerokie skrzydła, na chwilę potrafi zasłonić słońce. Ma złote oczy, które widzą w ciemności i potrafią dostrzec najmniejszy ruch na polanie z odległości całego parku. Siedzi na najwyższej gałęzi starej sosny, skąd widać każdy zakątek, a w swojej dziupli przechowuje suszone jagody, różnokolorowe piórka od ptaków, które przelatywały nad lasem, oraz płaski kamień, na którym rysuje pazurem mapy. Hela mówi wolno i wyraźnie, jakby każde słowo ważyła na wadze, ale kiedy się śmieje, jej śmiech przypomina szelest skrzydeł — cichy i szeleszczący. Potrafi latać bezszelestnie, choć zwykle oznajmia swoje przybycie lekkim pohukiwaniem, żeby nikogo nie straszyć.
Zefir Zając — wesołek i klaun, specjalista od podnoszenia na duchu. Jest biały jak brzoza, z szarymi uszami tak długimi, że kiedy je opuści, sięgają mu aż do brody. Jego nos jest różowy jak koniczyna, a tylne łapy tak sprężyste, że przy każdym skoku ląduje metr dalej, niż zamierzał. Zefir nie mieszka w dziupli ani w norze — śpi tam, gdzie zmęczy go bieganie, najczęściej na łące pełnej koniczyny pachnącej słońcem i miodem. Jego uszy to nie tylko ozdoba — potrafi nimi poruszać niezależnie, przekręcając je w różne strony, by usłyszeć, co dzieje się za nim i przed nim jednocześnie. Kiedy się denerwuje, jego nos drga tak szybko, że aż się rozmywa w powietrzu, a gdy wymyśli jakiś dowcip, jego uszy przekręcają się w przeciwnych kierunkach, jakby same się śmiały. Zefir uwielbia układać piosenki, choć większość jego rymów trzyma się rzeczywistości tylko luźno.
Kropeczka — mała biedronka, maskotka brygady i symbol szczęścia. Jej skrzydełka są czerwone jak najdojrzalszy listek klonu, a na nich czernieje siedem kropek — dokładnie tyle, ile dni w tygodniu, bo jak mówią przyjaciele, każdy dzień z Kropeczką jest wyjątkowy. Jest tak malutka, że mogłaby schować się pod łupinką żołędzia, ale jej czerwony błysk widać z daleka, gdy przelatuje nad polaną. Ma okrągłe, czarne oczka, które błyszczą jak dwa maleńkie ziarenka maku, a pod skrzydełkami chowa przezroczyste, delikatne skrzydła, którymi furkocze tak szybko, że czasem słychać ją zanim się pojawi. Kropeczka jest cicha i uważna — potrafi godzinę siedzieć na liściu i przyglądać się, jak strumień płynie, albo jak mrówki niosą igliwie. Kiedy się martwi, marszczy swój malutki pyszczek, a gdy się cieszy, jej skrzydełka lekko rozchylają się jak drzwiczki na oścież.
Ignacy Jeż — nowy przyjaciel brygady, cichy i pomysłowy. Ma okrągłą buzię z czarnym, wilgotnym noskiem, który drga, gdy coś wącha, i małe oczka błyszczące spod kolczastego grzbietu. Jego kolce są brązowe z jaśniejszymi końcówkami, ułożone równo jak dachówki, a gdy się wystraszy, stają dęba i tworzą wokół niego twardą zbroję. Brzuszek ma miękki i szary jak chmurka, a na głowie sterczą mu dwa małe kolce w kształcie litery V, przez co wygląda, jakby cały czas był lekko zdziwiony. Ignacy mówi cicho i powoli, często spuszcza wzrok, ale gdy pokazuje swoje budowle — labirynty z patyków, mostki z kory, kryjówki z liści — jego łapki poruszają się pewnie i szybko. Jest nieśmiały, ale kiedy już się przekona, że może komuś zaufać, siada blisko i słucha uważniej niż ktokolwiek inny. Jego ulubionym miejscem jest ciepły zakątek pod starym pniem, gdzie może spokojnie układać swoje konstrukcje.
Rozdział 1. Leśny Park budzi się do życia
Leśny Park budził się powoli, jakby przeciągał się po długim śnie. Poranne powietrze było rześkie i wilgotne, nasycone zapachem mokrej ziemi, żywicy i ostatnich resztek nocy, które kryły się jeszcze w cieniu pod drzewami. Na trawie wisiały krople rosy tak ciężkie, że uginały źdźbła aż do ziemi, a w gęstwinie paproci unosiła się delikatna mgła, która w bladym świetle wyglądała jak tiulowa firanka przeciągnięta między krzakami.
Najpierw zaszeleściły paprocie — ich liście otrząsnęły się z rosy cichym chrzęstem. Potem strumień plusnął o kamienie, jakby chrząknął na dzień dobry, po czym popłynął dalej swoim zwykłym, srebrzystym nurtem. Na wielkim Dębie zatrzepotały liście, a w dziupli wysoko nad ziemią, w miejscu gdzie kora była najgrubsza i mech porastał konary jak miękki dywan, wychylił się rudawy pyszczek. Był okrągły, z czarnymi oczkami błyszczącymi jak dwa żołędzie po deszczu i puszystymi uszkami sterczącymi prosto w górę, gotowymi wychwycić każdy szelest. Gruby, rudy ogon wiewiórki zafalował za nim jak chorągiewka na wietrze, a potem cała wiewiórka jednym susem wyskoczyła na gałąź.
— Pobudka! — zawołał Wicio Wiewiór tak głośno, że aż trzy żołędzie, które przez noc przykleiły się do gałęzi wilgocią, sturlały się po korze i z pluskiem wpadły do strumienia.
Jego dziupla pachniała orzechami i suchą korą, a na dnie chrzęściła warstwa łupinek, które Wicio przez tydzień przynosił, przekonany, że w ten sposób usłał sobie najwygodniejsze posłanie. Na ściankach wydrążonej komórki wisiały suche liście, które specjalnie donosił na zimę jako „wygodne wyściółki”, chociaż Hela twierdziła, że to zwykłe bałaganienie. Wicio jednak twierdził, że bałagan to też rodzaj porządku — tylko taki, który wymaga więcej wyobraźni.
— Trochę ciszej — mruknął spod mostku Borys Borsuk, przeciągając się tak leniwie, że aż ziemia lekko zadrżała.
Był duży, okrągły i solidny — z szeroką głową w czarno-białe pasy, które układały się jak pasy na leśnej drodze, i mocnymi łapami, którymi mógł bez trudu podnieść kamień wielkości swojej własnej głowy. Właśnie wyłaził ze swojej nory wykopanej pod korzeniami mostu, gdzie spał na miękkim posłaniu z trawy i suchych liści, które sam przyciągnął w pyszczku, ważąc każde źdźbło. Jego nora miała trzy wyjścia — jedno prowadziło nad strumień, drugie w gęstwinę leszczyn, a trzecie, najlepiej ukryte, wychodziło na małą, słoneczną polankę, gdzie Borys suszył zioła. Bo jak mawiał: „Dobry majster zawsze ma plan awaryjny. I dobry zapas rumianku na zimowe wieczory”.
— Dzień sam się nie zawali, jeśli zacznie się minutę później — dodał, ziewając szeroko i pokazując żółtawe, mocne zęby. — Nie ma potrzeby budzić go tak gwałtownie.
Na szczycie starej sosny, tam gdzie korona rozgałęziała się na trzy potężne konary, a kora była popękana w romby, otworzyły się złote oczy Heli Sowy. Siedziała tam, gdzie zawsze — na najwyższej gałęzi, skąd widać było cały park, od zakola strumienia aż po Górę Żółwia, i nawet dalej, gdzie las stawał się ciemniejszy i gęstszy. Jej pióra były jasnobrązowe, z drobnymi prążkami, które układały się jak linie na mapie lasu — każdy zakręt ścieżki, każde wzgórze, każde zagłębienie miało swoje odbicie w jej upierzeniu. Gdy rozłożyła skrzydła, ich rozpiętość chwilowo zasłaniała słońce, a na ziemi pojawiał się cień wielki jak mała polana. W dziupli starej sosny, którą Hela wyścieliła miękkim puchem i cienkimi gałązkami, trzymała swoje „skarby” — suszone jagody, piórka od różnych ptaków, które przelatywały nad parkiem, i płaski kamień, na którym rysowała pazurem mapy ścieżek, odtwarzając z pamięci każdy zakręt, każde drzewo, każdy kamień.
— Właśnie się zawalił — powiedziała spokojnie, mrugając powoli. — A dokładniej: zawalił się sen Zefira.
— Co? Gdzie? Już? — poderwał się zając Zefir z miękkiej koniczynowej kępki, na której spał skulony w kłębek, z uszami opuszczonymi jak dwie białe wstążki.
Był biały jak brzoza, z szarymi uszami tak długimi, że kiedy je opuścił, sięgały aż do brody, a kiedy podniósł, wystawały wysoko nad jego głową jak dwa czujne słupki. Miał wielkie, ciemne oczy, które od razu rozszerzyły się ze zdziwienia, i nos różowy jak koniczyna, na której spał, wilgotny i drgający, gotowy wychwycić zapach najdalszej marchewki. Jego tylne łapy były tak sprężyste, że przy każdym skoku lądował metr dalej, niż zamierzał — dlatego Zefir zawsze wydawał się szybszy, niż w rzeczywistości był. Nie mieszkał w dziupli ani w norze — spał po prostu tam, gdzie zmęczył się z biegu, i to była jego filozofia: po co wracać do domu, skoro można odpocząć na miejscu i ruszyć dalej? Najczęściej wybierał łąkę pełną koniczyny, pachnącą słońcem i miodem, gdzie trawa była miękka jak pierzyna, a powietrze tak słodkie, że nawet sny były smaczniejsze.
Spojrzał wokół, przeciągnął się tak gwałtownie, że aż podskoczył, i parsknął śmiechem.
— Ojej! Myślałem, że śnię o marchewkowym zamku! Był cały z marchwi, z wieżami z marchwi, a fosa była wypełniona sokiem marchwiowym. I byłem królem, oczywiście. Królem Zefirem Pierwszym, Wielkim Miłośnikiem Chrupania.
Wszyscy się roześmiali. Borys aż pokiwał głową z rozbawieniem, a Wicio zeskoczył z gałęzi na pień, lądując tuż obok zająca.
— Król Zefir! — zawołał. — To by znaczyło, że ja bym był głównym skarbnikiem orzechów!
— A ja głównym architektem — dodał Borys. — Marchewkowe fortyfikacje to wyzwanie.
— A ja bym projektowała drogi do zamku — dorzuciła Hela. — Żeby nikt się nie zgubił w drodze na ucztę.
Tylko Kropeczka, maleńka biedronka o błyszczących skrzydełkach, nic nie powiedziała. Była malutka — tak malutka, że mogłaby schować się pod żołędziem — ale jej czerwone skrzydełka z siedmioma czarnymi kropkami widać było z daleka. Właśnie tyle kropek: siedem, dokładnie jak dni w tygodniu. Siedziała na czerwonym listku nad strumieniem i patrzyła w wodę, jakby o czymś myślała. To był jej ulubiony liść — najbardziej czerwony w całym parku, rosnący tuż nad miejscem, gdzie strumień zakręcał wokół kamienia, tworząc małe, spokojne oczko wodne. Kropeczka lubiła tam siadywać godzinami i obserwować, jak woda tańczy w dole, jak odbija światło, jak niosą się po niej liście i drobne gałązki. Miała wrażenie, że strumień ma swój własny język — cichy, szeleszczący, pełen szumów i szeptów — i tylko ona potrafi go zrozumieć.
— Kropeczko? — zawołała Hela. — Lecisz z nami na poranny obchód parku?
Biedronka odwróciła się szybko, aż jej skrzydełka zachrzęściły lekko.
— Zaraz! Tylko coś sprawdzę!
I hop — wzbiła się w powietrze tak szybko, że aż zostawiła po sobie czerwony błysk, jakby ktoś przeciągnął płomień przez trawę. Przeleciała nad strumieniem, okrążyła kamień, na chwilę przysiadła na mchu przy brzegu, po czym frunęła dalej, w głąb parku, gdzie paprocie rosły najgęściej.
Wicio zeskoczył z gałęzi na pień, przysiadając na korze jak na koniu.
— Co ona znowu knuje? — zapytał, przekrzywiając głowę tak, że jego ogon zafalował jak chorągiewka na wietrze.
— Kropeczka nie knuje — odparła Hela spokojnie, poprawiając skrzydło, w którym utkwiła mała gałązka. — Kropeczka planuje. To co innego.
— Planowanie to też knucie — mruknął Borys, który właśnie mył łapy w strumieniu, pluskając wodą na pasek na głowie. — Tylko z lepszym skutkiem.
Brygada ruszyła ścieżką między dębami, kasztanowcami i sosnami. Poranne słońce padało przez liście ukośnymi smugami, a powietrze pachniało żywicą, mokrą trawą i wilgotnym mchem, który rósł gęsto u podstawy drzew. Gdzieś głębiej w lesie zaśpiewał kos — raz, dwa, trzy tony, potem przerwał, jakby sprawdzał, czy echo też wstało, a po chwili odpowiedział mu drugi, wyższym głosem. Po drodze mijali pachnący mech, który układał się na kamieniach jak zielony aksamit, srebrzyste brzozy, których kora zwijała się w cienkie, papierowe pasemka, i małe kępki poziomek, jeszcze zielonych, ale już nabierających rumieńców. Hela pokazywała przyjaciołom, co gdzie rośnie, przesuwając skrzydłem nad roślinami jak nauczycielka nad mapą.
— To paprocie. Ich liście zwijają się wiosną jak ślimaki. To leszczyna. Z niej są orzechy laskowe, które uwielbiasz, Wicio. A tam jest młody klon — ma liście jak otwarta dłoń.
— A to? — zapytał Zefir, wskazując nosem na kolczastą łupinkę leżącą przy ścieżce.
— Kasztan — powiedział Borys, podnosząc go delikatnie i oglądając. — Ale jeszcze zielony. Jesienią będzie brązowy.
— A to? — Zefir wskazał drugi raz, tym razem na identyczną łupinkę.
— Drugi kasztan — odparł Borys z cierpliwością, która była równie solidna jak on sam.
— A to? — Zefir sięgnął po trzeci, który leżał nieco dalej, przy samej ścieżce.
— Jeśli zgadnę, dostanę śniadanie? — westchnął borsuk, kładąc łapę na brzuchu, który właśnie wydał z siebie donośne burczenie.
— Nie zgadniesz, to i tak dostaniesz — roześmiał się Wicio. — Twój brzuch już to ogłosił całemu parkowi!
Nad ścieżką przeleciała Kropeczka. Zatoczyła koło, przysiadła na kamieniu, popatrzyła na coś między trawami, po czym znowu frunęła dalej, w kierunku, z którego przyszli.
— Kropeczko! — zawołał Wicio, machając ogonem. — Czemu tak latasz tam i z powrotem? To nie wyścig, tylko obchód!
— Bo… bo mam dużo spraw! — odparła z oddali i zaraz zniknęła za krzakami malin, które tworzyły gęsty, kolczasty mur.
To było dziwne. Kropeczka zwykle fruwała razem z nimi, przysiadała komuś na ramieniu albo na czubku głowy Zefira, który śmiał się, że to jego „korona biedronkowa”. Dziś jednak była wszędzie i nigdzie.
Jeszcze dziwniejsze było to, że po chwili Hela, która wzbiła się nieco wyżej, by rozejrzeć się po okolicy, zauważyła przy ścieżce coś, czego tam wcześniej nie było. Przy pniu starej brzozy, w miejscu, gdzie korzenie wychodziły z ziemi jak palce, leżały trzy małe kamyczki ułożone w strzałkę. Były równe, szare, wielkości ziaren grochu, a jeden z nich był nieco większy i wskazywał w głąb parku, w stronę, gdzie drzewa rosły coraz gęściej.
— Kto to zrobił? — spytała Hela, zniżając lot.
Borys nachylił się nisko, aż jego pasiasty pysk niemal dotknął ziemi.
— Ktoś mały. I bardzo staranny. Kamyczki są ułożone równo, ani jeden się nie przekręcił. I świeże — jeszcze wilgotne od spodu.
Wicio od razu spojrzał w stronę, w którą wskazywała strzałka, wspinając się na pień brzozy, by mieć lepszy widok.
— Może to tajny znak! — zawołał. — Może ktoś chce, żebyśmy poszli w tamtą stronę!
— Albo ślad czyjegoś planu — powiedziała Hela, spoglądając na Wicia znacząco. — Ktoś zostawia nam wskazówki. Powoli, jeden znak po drugim.
Zefir przekręcił uszy w różnych kierunkach, jak dwie anteny.
— A może to zabawa w chowanego? — zaproponował. — Ktoś się schował, a my mamy go znaleźć? Bardzo lubię tę zabawę, chociaż zawsze zapominam, że trzeba się schować, a nie tylko szukać.
Kropeczka wróciła dopiero wtedy, gdy słońce uniosło się wyżej nad koronami drzew, rozświetlając polanki i przenikając w głąb lasu długimi, złotymi smugami. Siadła na liściu przy strumieniu, poprawiła skrzydełka, które lekko rozchyliły się jak drzwiczki, i spojrzała na przyjaciół z szerokim uśmiechem.
— Gotowi na wielki dzień? — zapytała, a w jej głosie było coś, co brzmiało jak sekret.
— Jaki wielki dzień? — zapytał Zefir, podnosząc się na tylnych łapach.
Kropeczka zamrugała szybko, a jej czarne oczka zabłysły figlarnie.
— Taki… zwykły! Bardzo zwykły dzień! Najzwyklejszy na świecie!
Przyjaciele spojrzeli po sobie. Borys uniósł brwi, co na jego pasiastej twarzy wyglądało szczególnie komicznie. Wicio przekręcił głowę tak, że jego ogon zawirował jak wiatraczek. Hela przymrużyła złote oczy, a Zefir opuścił uszy na przemian, raz prawe, raz lewe, jakby ważył słowa Kropeczki.
To na pewno nie był zwykły dzień.
Zadanie po rozdziale:
Narysuj swój własny leśny park. Jakie drzewa, kwiaty, ścieżki i kryjówki by się w nim znalazły? Pomyśl o miejscach, gdzie mieszkańcy mogliby się spotykać, bawić i pomagać sobie nawzajem.
Rozdział 2. Zagadka ślimaka Stefka
Następnego ranka Brygadę obudziło ciche pochlipywanie. Dźwięk dochodził gdzieś z lewej strony ścieżki, spomiędzy kępy mchu, który rósł gęsto u podstawy starego dębu. Mech był tam tak gruby i miękki, że zagłuszał kroki, ale nie potrafił ukryć smutku.
Przy leśnej ścieżce, obok kępki mchu, na wilgotnej ziemi, siedział ślimak Stefek. Był mały, jego muszelka miała kolor jasnego brązu z ciemniejszą obwódką, ale teraz był tak smutny, że jego czułki — zazwyczaj wystawione wysoko i ciekawie poruszające się na boki — opadły niemal do ziemi, jak dwie uschłe gałązki. Jego śluzowata stopa była podkurczona, a cały ślimak wyglądał jak mała, bezdomna kupka.
— Co się stało? — zapytała Kropeczka, która pierwsza podleciała bliżej, i usiadła obok niego na liściu, który uginał się lekko pod jej ciężarem.
— Zgubiłem… zgubiłem muszelkę! — jęknął Stefek, a jego głos był tak cichy i drżący, że ledwo go było słychać. — Obudziłem się przy strumieniu, tam gdzie zawsze, na tym płaskim kamieniu, przeciągnąłem się, ruszyłem po rosie… a potem coś mnie zaswędziało. Oglądam się — nie ma! Tylko ja, goły i smutny, a muszelki ani śladu!
— Ślimak bez muszelki? — zdumiał się Zefir, który przybiegł na miejsce tak szybko, że aż wytarł nosem o mech. — To jak ja bez uszu! Albo Borys bez mruknięcia!