E-book
16.38
Wendy’s Wonderful World

Bezpłatny fragment - Wendy’s Wonderful World

Dotknij mnie


Objętość:
243 str.
ISBN:
978-83-8104-076-1

©Oryginalna książka ze wszystkimi błędami popełnionymi w trakcie tworzenia. Dumnie zaczęta i dumnie skończona. Dziękuję za zakupienie książki i życzę miłych chwil w trakcie jej czytania.


UWAGA!

Książka może ogłupiać. Jeśli jesteś poważnym człowiekiem z wyrafinowanym humorem, nie odpowiadam za twoje złe samopoczucie.

— Traupa

Z podziękowaniami

Dla przyjaciół

i wszystkich demo-czytelników WWW

Rozdział 1
Skserowany Astral

— Eh! Kolejna ocena niedostateczna. Uczeń zapewne nie przeczytał skssserowanej kartki.- Wendy zakończyła ocenianie klasówek uczniów klasy 1a. Była bardzo zamęczona tą czynnością, ale nie chciała stać się pośmiewiskiem wśród reszty nauczycieli. Starała się być mistrzem w swoim zawodzie.

Wybiła godzina 23:59. Godzina duchów ciężkich. Pomyślała. Wyjrzała przez okno. Na zewnątrz pizgało niemiłosiernie. BURZA; GRZMOTY; bum bum bum! Okna trzęsły się jak galat na weselu. Nagle światło w klasie zaczęło migać do rozpuku. Wendy zebrała w sobie odwagę i przygotowała kądzieli do zajarania. Po kilku kilogramach później, była już na fazie. Wokół jej oczu zebrały się kolorowe punkty. Kulały się w powietrzu jak kurz na tablicy.

— Ale faza… — zrelaksowanym głosem zasapała. Ale w końcu pożałowała decyzji. Uświadomiła sobie, że wyjarała wszystkie roślinki Zbenka. „Ah, ten to się chyba podzieli, tak?”. Westchnęła uspokojona. Nagle przed jej oczami znów pojawiły się punkty. Obraz zaczął się rozmazywać. W końcu stawało się coraz ciemniej…

Obudziła się w kałuży błota. Zegar ścienny wskazywał 7 po północy. Było cicho do rozpuku. Wendy stanęła na równe nogi. Gdzieniegdzie czuć było odór nieczystości i cnoty. Nagle gwałtownie zgięła szyję, jakby mówiła „POMOCY”. Zza jej pleców dobiegał dziwny szept. Niespodziewanie pod biurkiem coś zaczęło kołatać. Wyglądało to tak, jakby któryś z uczniów schował się tam i zaklinował swoją grubą dupą. Oczywiście Wendy wychyliła głowę, sprawdzając, czy nikt nie potrzebuje pomocy. Takie były surowe procedury tej lichej szkoły.

Pod starym meblem działy się rzeczy dziwne, dziwaczne. Otóż w podłodze była niewielka przepaść. Zupełnie jakby portal. Emanował radioaktywnością i smrodem. Ta wzięła klasową gąbkę i włożyła ją do dziury. Gąbka spadała i spadała ale nigdy nie uderzyła o podłogę.

— Będzie mi przykro! — Zadrżała Pani Wendy i włożyła własną (nie cudzą) nogę w ciemność. Dziwacznym trafem coś zaczęło ją szarpać. Ta chciała uciec, ale się zmęczyła. Postanowiła zawołać pomoc.

— Ratujcie! Ratujcie! Niech nikt nie pójdzie! — nawoływała. Ale zapomniała, że przez radiowęzeł nie można rozmawiać…

Następnego dnia klasa 1a miała mieć zajęcia z języka polskiego. Jednak tym razem plany się odrobinę zmieniły. Był miły i słoneczny dzień, a po wczorajszym deszczu pizganiu nie było ni śladu. Tęcza pokrywała całe niebo nad przeklętą szkołą.

Teraz napiszę to wierszem,

Opowieści czas i miejsce,

Będzie bardziej przybliżone,

No i lepiej kojarzone.

Wendy nie zobaczy świata.

Przerażona siedzi klasa.

Nagle BĘC! Ey, nie ma lekcji!

Każdy śmieje się i hasa.


Pusta klasa, pusta klasa!

Chłopiec biega na golasa!

Inni plotą z kabli wianki.

Inni z papieru firanki.

Spora grupa gra w chińczyka,

No a reszta tłucze dzbanki.

Fajni drą się w niebogłosy,

Na gwiazdorów dają głosy.

Nerdy siedzą i czytają,

Zajebiście się tak bawią.

Fajni jednak gorzej znoszą.

Hejt za hejtem!

To dopiero są nudziarze!

Nerdy tylko chcą w spokoju,

To poczytać, to pogadać,

To nakurwiać w różne gry.

Do innego iść pokoju.


Koniec wiersza, czytaj dalej.

Potem wina sobie nalej.

Kiedy w pewnym czasie Zbenek zajrzał do klasy, zauważył, że wszystko zostało rozjebane w drobny mak! Złapał się za głowę i już miał coś powiedzieć, gdy nagle gwara zaśmiała się na jego widok.

— Co to za przekleństwa ja słyszę! — krzyknął nauczyciel.- Pojebało was całkiem? — Potem wybrał z tłumu Patrick’a i wskazał mu stłuczony wazonik- Podnieś to chuju jebany i posklejaj czymś tam.

Chłopiec wziął się w garść i wykonał rozkaz. Reszta wgapiała się w dziada, a niektórzy to nawet odrywali wzrok. Jego pożółkła szczęka lśniła jak głowa Sroki w świetle porannego rytuału słońca. Niemal przeźroczyste brwi kołysały się jak fale w Międzyzdrojach. Jako Traupa sądzę, że patrzył się na mnie niezauważalnie. I wtedy coś w nim pękło. Wytrzeszczył gały, które w jednej chwili zamigotały. Wtem jak z automatu i bez uczuć zaczął dukać:

Astral to miejsce przedziwne.

Wendy wytrzeszczyła swoje oczy piwne.

Włos na głowie jej się jeży,

ciało w różne strony szerzy.

No i pewnie niedowiarki,

takie trochę nie z tej bajki.

Nie uwierzą w takie rzeczy,

wyobraźnia nie uleczy.

Lecz z Wendziuchną- z tą jest gorzej!

Wymiotuje, srać nie może.

Już nie jadła od godziny,

nawet w swoje imieniny.

Ciasta kruchego,

ni kęsa małego,

nie mogła dostać.

ACh! Cóż za postać!

Tylko podziwiać, a nie obrażać.

Ty mały chuju-masz się wyrażać!


Tu gdzieś, patrząc się pod brodę.

Jedzie nieznajomym smrodem.

Jakaś glizda tu się wije.

Serce zakochane bije.

Więc cię bardzo bardzo proszę.

Jeśli twoja łaska może.

Zrozum tę tu sytuację,

NIE WYJEŻDŻAJ na wakacje.

Potrzebuje cię ta chora.

Plis, nie rób z siebie bachora!

Cała klasa wzniosła się śmiechem i chichem. „Co do chuja?”. Pomyślał w duchu Zbenek.

— Gdzie moja Wendy-Senpai? –Wychuchał, gdyż zmęczon. I wyjebał z rozpaczy w kosmos.

Wendy kaszle, kicha.

Gdzie jestem do licha?

Gula w gardle jej utyka.

Kątem oka widzi ruch…

To Zbenek o astralne kamyki się potyka.

Zakochany wzrok już śledzi,

Na jedwabne włosy zerka.

Blondyneczka Disco Polo,

Gibkość jej uwiecznia kamerka.

Bo w astralu, drogie dzieci.

Nawet zwykłe, ludzkie śmieci,

Widzą sercem, nie oczami.

Nawet jeśli ludzkie serce oczu nie posiada.

W tym wierszyku pierdolimy logikę.

Oparte wszystko o tym, co w mózgu osiada,

I nie chce wyjść…

A teraz nieco o szkole. Wendy zanim trafiła do astralnego raju, uczyła w gimnazjum dla specyficznych. Zamykano tam nieletnie wybryki natury i tych, którzy zostali wybrani do posiadania bezwarunkowej mocy. Jednak niektóre zdolności nie ukrywają niedojebania pewnych osób. Takie osoby wbrew pozorom wcale nie są omijane przez innych. Ba! Niedojeby nie dostrzegają innych niedojebów.

Rozdział 2
Balonik

— Łeb Pana Ptaka w tym świetle skrzy się niesamowicie! — powiedziałam, gdy opisywany przeze mnie nauczyciel przechodził obok Sali namber 333.

— Dziękuję, uczniu.- Odwrócił się do mnie, ukazując gładką jak aksamit głowę. Zerknęłam na moich kolegów i koleżanki, stojących lub siedzących pod ścianą. Samorząd naszej szkoły zadecydował, że każdy uczeń otrzyma własny, schludny mundurek. Pojebane, ale z drugiej strony można się rozpoznać. Jak? Spoglądając na kolor ubioru ucznia. Są to takie „rangi”, które zdradzają, czy dany podmiot jest bezpieczny lub nie. Kolorów jest 5:

Czarny służy do oznakowania osób oczytanych, kreatywnych lub zwykłych.

Na czerwono ubierają się niebezpieczne lub też negatywnie wpływające na resztę.

Żółci to ci, którzy są pupilkami nauczycieli.

Niebieski mają „sportowcy”, chwalipięty i zboczeńce.

Natomiast Biały, to osoby pracujące w samorządzie, nauczyciele lub chujowi ludzie bez osobowości.

Ja należę do czarnych. Nie jestem pupilkiem nauczycieli, nie jestem sportowcem, nie wpływam negatywnie na innych oraz nie pracuję w samorządzie. Jestem czarna. Jak większość mojej klasy.

„Wszyscy jesteśmy wspólnotą! Nie należy wkładać nóg w cudze buty!”. Tak oto powtarzają nam codziennie. To wszystko stało się tak nagle. A konkretnie- ponad rok temu. Do naszych domów zapukało dwóch mężczyzn w czarnych garniakach. Gdy weszli do środka rozłożyli na naszym stoliku plik dokumentów. Odesłano mnie do kuchni, podczas gdy mama i tata rozmawiali z tymi dziadami w salonie. Niestety nie zdążyłam wsłuchać się w dyskusję, za to po kilkunastu minutach coś się zaczęło dziać. Drzwi się uchyliły. Rodzice spojrzeli na mnie z lekkim smutkiem, po czym jeden z dżentelmenów wziął mnie pod pachę (chyba się nie umył) i powoli uprowadził do czarnej wołgi zaparkowanej pod naszym domem.

Jechaliśmy i jechaliśmy. Czas zdawał się nie mieć końca. Po chwili, ujrzałam wielki budynek. Nie miał żadnego numeru, nazwy… Nic. Zastanawiałam się, dlaczego rodziciele postanowili mnie oddać jakimś facetom w czerni.

W środku budynku nie było tak źle. Aczkolwiek czuło się co nieco niepokoju. Staliśmy w korytarzu. W zwykłym, pustym korytarzu o ciepłych barwach. Po bokach umiejscowione były drzwi, nazwane różnymi kombinacjami cyfr i literek. Po mojej prawej, na drzwiach pisało „żeński”. Zaczęło przypominać mi to szkołę. „Żeński” był za pewne ubikacją dla dziewczyn.

— Gdzie męski kibel? — zapytałam faceta w garniturze.

— Spokojnie, będziemy mięli mnóstwo czasu na zwiedzanie, Podmiocie „26022021”.

— Nie jestem podmiotem kurwiu.- Zakłopotałam się i zagapiłam w gładką posadzkę.

— Nie jestem kurwiem, podmiocie.- Zakłopotał się i zagapił w gładką posadzkę. Po czym wskazał mi pokój a537. Posłusznie sunęłam do celu gdzie czekała na mnie heca, szook i HORROR!


No i potem stało się tak: W pokoju a537 było całkowicie biało. Biało jak leginsy Wendy. Kilka metrów od wejścia stało lustrzane biurko (podobne do trumny), aż mogłam zobaczyć w nim swoją posturę.

— Witaj dziecko… — szepnął do mnie.

Homo homo niewiadomo,

czy to ona, on czy ono!

Szept ten skrada się do ucha.

Jak owocowa mucha.

Patrzę i oczy przecieram.

Jak biała szata powiewa.

To nie Jezus z białym szalem.

Przecież Jezus jest metalem!

Może to szatan?

— Nie, jestem dyrektor.- powiedział wesoło.- Nazywaj mnie proszę- Panem Białym.

Milczałam. Jednak to jest szkoła. Tylko dlaczego dyrektorem jest jakiś Michał Archanioł? Dwóch czarnych, jeden biały. No do chuja pana! Co się tutaj dzieje?

Okazało się, że Pan Biały jest dyrektorem szkoły, a ja jego nowym uczniem. Jego czarni pomocnicy ponoć wykryli wokół naszego domu promieniowanie IVO (Importu Vitaminy O). Witamina O odpowiada za chaos naszego mózgu tzn. że zwykli ludzie nie mają tej substancji ponieważ zachowują się normalnie, mają ludzką godność i podstawowe emocje. Dzieciom z Wit. O zanika bariera odpowiadająca za człowieczeństwo. Nie byliśmy zwykłymi ludźmi. Raczej czymś więcej.

I tu właśnie poznałam Wendy i moich rówieśniaków. Może i nie jest tu tak źle, ale nie mamy prawa wychodzić poza teren wyznaczony, a to bardzo męczy, wiecie? Ponadto jest tu wiele zakazów i nakazów a jednym z nich jest noszenie mundurka w jednym kolorze i identyfikacji na ubraniu. Jestem czarnym Podmiotem nr 26022021. Takie jest moje nowe imię. Oczywiście spiskujemy z innymi podmiotami o ucieczce i mówimy sobie po imieniu, ale Wendy jest w wielu miejscach jednocześnie gdy stoi. Obserwuje nas na każdym kroku i nawet miło nam że zniknęła. Jednak ta sprawa mnie cholernie zaciekawiła i postanowiłam poszukać rozwiązania.

Wendy maszerowała po betonowej łące. Nad jej głową widniała wspaniała gwiazda nadziei.

— Oh, dopiero teraz zauważyłam, że nawet nie jestem w klasie.- wypominała sobie.- Mam nadzieję że sprawdziłam już wszystkie skserowane kartki przed wieczorkiem tanecznym. Chwilunia! Przecież spóźnię się na wieczorek! Gdzie ja jestem?

— W kościele……..- usłyszała szepty.

Rozdział 3
A trzeba było się zabić …

Wendy poprawiła fryzurę. Mimochodem i odchodem oddaliła się nieco przed tym, co zobaczyła. Kilka metrów od niej, stał majestatyczny stwór o koźlej głowie. Był bardzo szczupły, pokryty futrem. Miał długą, kozią bródkę i pożółkłe oczy.

— Co to za szataństwa! — krzyknęła Wendy na widok potwora.

— Jestem Discord, krowo! — odpowiedział pełen złości. –Duch chaosu i dysharmonii. Ty, głupia stąpiłaś na moje ziemie wieczyste jako nieczysta grzesznica, kurwa. Masz brudne buty i serce.

— Jak śmiesz tak do mnie mówić! — obraziła się baba, a jej twarz napuchła od emocji.- Taki ktoś po prostu nie ma ZA GROSZ, ZA CENT, ZA RUBLA szacunku dla starszych! A poza tym masz niewyparzony, za przeproszeniem, język…

Ten wysunął ze swojej paszczy długi wężowaty jęzor i zasyczał. Całe ciało Wendy zadrżało, a fala na jej brzuchu rozniosła się aż po kolana. Nazwana została nieczystą grzesznicą. Dlaczego? Przecież wesoła była i namawiała dzieci do dobrego. Miała pulchny uśmiech, którym witała wszystkich napotkanych znajomych. A do tego przecież to JĄ uczniowie najbardziej szanowali! Przecież gdy nawet tylko przychodzi, to dzieciaki się cieszą!

— Jestem najmilszą panią na całym świecie! Czy masz jakieś argumenty potwierdzające twoje racje? Napisz o tym rozprawkę w formacie A3 a dopiero porozmawiamy kolego!

Discord zaśmiał się.

— Chyba raczej jesteś najgrubszą panią świata. Co się stało? Wyrzucili cię ze sklepu dla puszystych? Puszyści mają futro, a ty masz skórę niczym świeżo upieczony indyk. Jesteś po prostu spasiona.

Wendy zarumieniła, a raczej przyjęła kolor buraka, bo takiego bezczelnego plugastwa nie mogła znieść. Para buchała i chuchała z jej sinych uszów. Spojrzała na swój bebzon, sięgający do kolan.

— A co do nieczystej grzesznicy… -zamyślił się kozioł.- Ten przydomek będzie ci towarzyszył przez caluteńkie twoje nudne życie. Moja narzeczona bardzo skarżyła się, że pani uczniowie mają mocno przejebane i to przez Ciebie! Wendy…

— Przestań opowiadać te brednie! Chcę wrócić do mojej klasy, bo nie dokończyłam oceniania kartkówek! — nawrzeszczała.- A tak ogólnie, to pomyliłeś adresy, bo żadnej kozicy twojego pokroju nie znam.

— Znasz, znasz, tłusta dziewojo. –skrzyżował ręce Discord.- Jeśli powiesz, gdzie ona jest, to ci pomogę się stąd wydostać. A jak nie to ci przykurwię z patelni za to, co robisz tym biednym dzieciom.

Po tych słowach wyciągnął blady kawałek papieru i wyjął ze swojego niebieskiego skrzydła pióro. Wendy zamyśliła się. Chciałaby wrócić do swoich uczniów. Przecież jest najmilszą panią w szkole!!!


Następnego dnia w Akademii dużo się działo. Już spora część uczniów wstała, by przygotować jesienną imprezę. Chyba. Bo nikt nie wiedział czy to jesień, zima czy lato. W budynku nie było żadnych okien. Tylko coś na ich wzór. Trójwymiarowy obraz, przedstawiający bezkresną łąkę. Słoneczko, jesienne liście i jebane motylki.


Wendy wcale tak dobrze nie miała.

Nawet gdy na polach swawolnie hycała.

Ciągle chciała oceny poprawić,

Usiąść, odpocząć, na łożu rozwalić

Swoją miękką dupę.

I podgrzać siedziskiem sobie z paczki zupę.

Discord zakończył pisać petycje.

O takiej treści:


Drodzy rodzice!

Ślubuję bronić wszystkie podmioty.

Wiem, że spadną na mnie problemów wymioty.

Lecz choć wyglądam groźnie, surowo,

To w środku jestem miękki jak ziemniak.

Będę je kochał jak własne dzieci.

Wyjebię z ich mózgów zbędne im śmieci.

Zostawię tylko najlepsze rzeczy.

Bo w mojej duszy koziołek skrzeczy.


Jedyne, co zrobić dla mnie możecie,

To, czego pragnę najbardziej na świecie.

By moja przyszła żona do mnie dotarła.

Wystarczy tylko żeby umarła.

Może nie widzicie, ale ona prosi,

O śmierć bezbolesną już ją zanosi.

A ja płaczę w duchu, ona także płacze.

Gdy nie jesteśmy razem, ciśnienie mi skacze.

Chcemy się przytulić do siebie wreszcie.

Tego chcę najbardziej, proszę, uwierzcie!

W zamian za ochronę (bardzo szczerze piszę )

Zrozumcie ją, wspierajcie, sam tu się kiszę.

Amen.


A ty droga Wendy za gnębienie dzieci.

Słoneczko na twą mordę nigdy nie zaświeci.

Dotkniesz choć trochę moją rybeńkę.

To ci zgotuję największą mękę!

Będziesz cierpiała aż do końca świata.

Jam jest Pan Chaosu i zapowiadam:

Bóg cię będzie kochał jeśli ty jego.

Jak kochać Boga? Wystarczy bliźniego.

Bo to nie chodzi o księdza czy kasę.

Bóg kocha nawet, gdy jesteś kutasem.

Wystarczy przeprosić i szczerze wierzyć.

Miły uśmiech dawać, a nie ryja szczerzyć.

Rozdział 4
Body kontrol

— Hej! — zakrzyczała Ivka przy stole.- Zdajemy sobie sprawę z tego, że zaginiona nauczycielka była w parlamencie szkolnym?

— Przecież dyskoteka nie może odbyć się bez przewodniczącej.- dodała Julie, przegryzając bułkę.

Paczka dziewczynek siedziała przy jednym, metalowym blacie.

„Pora karmienia” zwana też śniadaniem, zawsze odbywała się zaraz po przebudzeniu, w wielkiej, błyszczącej stołówce. Moi rówieśnicy i ja, bardzo nienawidzimy tego smrodu spalonej żywności. Ja za to lubię zapach nieświeżych zwłok, ulatniających się z wejścia dla kucharzy. My, dzieci z Ośrodka musimy jeść specjalne produkty, które zawierają jakieś tajemnicze substancje. Nasze mózgi wymagają specjalnego traktowania, bo Wendy i cały samorząd próbują nam tą witaminę O usunąć.

— No wiecie… — popatrzyła na nich Lexi.- …Trzecia opcja jest taka, że Zbenek zajmie się organizacją imprezy.

Wtem wszystkie dziewczyny wybuchły śmiechem, prócz Traupy, która bała się, że do tego dojdzie.

— Już sobie to wyobrażam, wiecie? — zachichotała Nancy i wzięła z talerza kanapkę.- Zbenek wkroczy na scenę w swoim błyskotliwym wdzianku.

— Ja się boję, że ten dziaduś się do mnie przystawi… — zniesmaczyła się Traupa.- Nie warto się śmiać, bo potem możemy się nieźle zaskoczyć.

— Na bank to on będzie organizatorem! — poważnie odparła Lexi.- W końcu to zastępca. Lepiej tego dnia schować się w pokojach.

— Żartujesz??? — przetarła oczy Ivka.- To idealny moment, żeby zobaczyć Jeża w jego nowym stroju!

— JA WSZYSTKO SŁYSZĘ! — słychać było głos Jeża na drugim końcu hali.

Uroki scenerii zepsuł napalony Zbenek, który wbił do stołówki w nowej kurtce z fryndzlami. W ręku miał plik dokumentów, z którego wyleciało kilka kartek.

— Słuchajta, słuchajta! Mam ogłoszenie! — wrzasnął, a echo jego głosu rozprzestrzeniło się po sali, zagnieżdżając się na dobre w uszach uczniów jak grzyb.- Ze wzglyndu na brak Wendy w naszej szkole, to ja zastępuję ją w organizacji potańcówy. A teraz kilka słów odnośnie całej imprezy… — tu na sekundę urwał, by spojrzeć się na przestraszone spojrzenia dziewczyn.- Tematyka dowolna. Jeśli chcecie być zaproszeni, musicie przyjść na potańcówe z przypinką z moim wizerunkiem. Bez przypinki nie ma wstępu +wpierdol! — Wyprostował się, odwrócił na pięcie i wyszedł, jak gdyby nic. Uczniowie uśmiechnęli się znacząco.

— No i załatwione. Po prostu nie weźmiemy tych przypinek! — uśmiechnęła się Lexi.

— Taaa… Nie wpuści nas bez swojego ryja na sercu.- dodała Traupa.

— Um… A co jeśli nas zmusi do włożenia ich? — zaniepokoiła się Nancy.- Musimy zakluczyć się w pokoju. Skoro nie ma Wendy, to nikt nam nie będzie pukał w nocy do drzwi.

— To u kogo się chowamy? — zapytała Ivka.

— Zależy kto ma klucz do pokoju.- Wzruszyła ramionami Julie.


W tym czasie zaginiona Wendy wędrowała w pocie czoła by dojść do celu. Ale głupia nawet nie wiedziała, gdzie ten cel. Wokół robiło się coraz ciemniej, niewielkie światło dawały tylko kręcące się świetliki. Podłoże było miękkie i wilgotne, prawdopodobnie coś w rodzaju mchu. Niebo było całkowicie czarne. Ciemność czaiła się dosłownie wszędzie i ciągła za sobą kłopoty z poruszaniem się.

— Dinkord! — nawoływała, obijając się o drzewa i wywracając je.

— Discord.- usłyszała wkurwiony ton za sobą.- Szanuj moje imię. Taka z ciebie wielka polonistka, a zwykłego imienia nie potrafisz zapamiętać…

— No cóż, starsi ludzie miewają kłopoty z pamięcią.- wzruszyła ramionami Wendy.- Mógłbyś grzeczniej zwracać uwagę, Dinkordzie.

„Ja pierdolę, jak tak dalej pójdzie to nigdy się nie spotkam z żoną.” — zasapał Discord w myślach. Nienawidził tej podłej baby, która stwarza same problemy. Do tego zajmuje dużo miejsca.

— Powiedz mi, czy wiesz w ogóle gdzie mamy się udać? — oburzyła się nauczycielka i spojrzała na kozła.- Przewracam te drzewa już 3 dni, zlitujcie się nade mną! Jestem przewodniczącą Ośrodka i uczniowie oczekują ode mnie punktualności i skrupulatności! Mam do zorganizowania jesienny bal. O! A propo balów. Pamiętam swoją pierwszą randkę na tym właśnie balu… — zachichotała.

— Randkę…? Niby z kim i co ten facet ćpał? — Discord spojrzał się na mówiącą i podniósł jedną brew.

— Był to piękny sobotni wieczór……. *delikatny dźwięk harfy*……. Ubrana byłam w fioletową sukienkę w falbanki, zdobioną brokatem. I ujrzałam JEGO. Rudego młodzieńca o delikatnym rumieńcu i czerwonej muszce. Gdy na niego spojrzałam, cały świat tak jakby się zatrzymał! Tło za jego posturą było rozmazane. Jak po LSD. Zbliżyliśmy się do siebie, on złapał mnie namiętnie za moją delikatną dłoń i nasze twarze momentalnie znajdowały się bardzo blisko. W jego oczach coś zaiskrzyło. Zarumieniłam się, w tle grała romantyczna Inwokacja. Wziął mnie na parkiet i tańczyliśmy do białego rana.

— Nie wierzę, że byłaś kiedyś piękna.- otarł oko Pan Chaosu.

— O świcie… — ciągnęła dalej.- Gdy wszyscy już wyszli… Przysunął mnie do ściany, objął dłonią mój policzek, zbliżył usta do moich ust… I wtedy powiedział: -„O kurwa, ale jebie.”. I uciekł.

Discord wybuchł donośnym śmiechem.

— Co za frajer.- tarzał się ze śmiechu.- Ty też. W sumie do siebie pasujecie.

— Po 50 latach ten sam człowiek znów się zjawił w moim życiu. Ale teraz woli inną… — Wendy posmutniała i to w chuj. Jej marzenia o zostaniu dziewczyną rudego legły w gruzach pół wieku temu. Jednak coś czuła! Ale heca!

— Oh, biedna Łendi! — zhisteryzował kozioł.- Ciekawe kto jest tą twoją konkurencją…


Po obiedzie, dziewczyny z Ośrodka zamknęły się w pokoju Jeża, bo na jego szczęście czy nieszczęście, on miał pokój na klucz. Musiał zmieścić ze sobą kilka osób, by uniknąć Zbenka i jego cudownych historyjek. Wzięły ze sobą kilka przekąsek, które pod władzą Wendy były surowo zabronione, bo wiecie… Otyłość.

— Eh… — westchnął Jeż.- Dlaczego to do mnie wszyscy się zwalają?

— Tylko ty masz pokój na klucz.- skrzyżowała ręce Lexi.- Musimy uciekać przed tym pedofilem.

— Ale chyba nie możemy tu się tak ukrywać całe życie.- dodała przestraszona Julie.- Ale z drugiej strony, mamy jedzenie i rozrywkę!

— Jaką rozrywkę… — zagapiła się Ivka.- Jeż to żadna rozrywka.

— Ale mamy książki! — uśmiechnęła się Julie.- Możemy spędzić miło czas czytając. Proszę.- I wręczyła dość grubą książkę niedowiarce Ivce.


CDN

Rozdział 5
Pod kluczem

Nasi bohaterowie, zamknięci w czterech ścianach bladego pokoju, nasłuchiwali, czy Zbenek gdzieś się nie kręci. Ivka zaglądała w dziurkę od klucza, Nancy i Traupa siedziały na krawędzi łóżka, Lexi z Julie i Jeżem stali w różnych częściach pokoju i gapili się co robi ich koleżanka. Zza grubych, dębowych drzwi nagle było słychać pogwizdywanie. Dźwiękowi towarzyszył głośny szelest kluczy. Traupie spociło się czoło, a jej serce omal nie wyleciało.

— Kurwa.- szepnęła Ivka i zakryła ręką buzię. Odruchowo zaczęła ściskać klamkę. Przyjaciele milczeli i w skupieniu obserwowali drzwi.

Po kilkunastu sekundach… Gwizdanie ustało. Wszyscy odetchnęli z ulgą.

— AKUKU! — przerażający głos dobiegł prosto z otworu na klucz. Tuż przed twarzą biednej Ivki, która krzyknęła i odskoczyła od drzwi.- Thahaha… Dzieciaczki potrzebujo prywatności… Aż szkodo, że pokój na klucz.

Potem słychać było oddalające się śmiechy. To stało się tak nagle. Nancy ściskając poduszkę, powiedziała:

— Ja pierdolę, ten dziad jest straszny!

— Nie martw się Nancy.- pocieszyła ja Julie.- Przecież jesteśmy pod kluczem.

— A jeśli on ma klucz zapasowy? — Traupa złapała swój rysunek przedstawiający kozła.- Pomóż nam, proszę…

— Chyba umieram.- Ivka ciągle z szokiem i horrorem w oczach wstała, łapiąc się stojącego obok krzesła. Jeż widząc jej stan, złapał się za twarz, mówiąc żałośnie „Ojej!”.

W tej samej godzinie, tej samej minuty,

Wendy o własne potyka się buty.

Biedaczka musiała rozpalić ognisko.

Nadwyrężając piździsko.

Discord dwa metry stąd obiera jabłko.

Nożykiem stalowym, sok pije z cytryny

Ogląda żałośnie portret dziewczyny.

Ukochanej, co stęsknionym spojrzeniem patrzy.

Gdzie przez dziurkę od klucza Zbenka ryj kaczy

Zagląda.

Wendy, korzystając z metody Shakiry.

W ognistej kąpieli zanurza giry.

Głupia nie wiedząc, że się poparzy,

O uczniach, pracy i Zbenku marzy.

Aż czuje ból niczym os rój.

Boli ją w chuj.

— A teraz! — Lexi zapaliła zapachową świecę.- Zrobimy sobie dziady…

— Nie! — krzyknął Jeż i zgasił świeczkę.- Wywołasz pożar! Albo Zbenek poczuje że coś się pali.

— Nie, spokojnie.- uśmiechnęła się Traupa.- Te drzwi są grube jak Wendy, nic przez nie nie przeniknie. Nawet zapach.

— Jak już mówiłam- kontynuowała Lexi, odpalając zapalniczkę.- Dziady. Każdy wie, że Wendy zniknęła w godzinę duchów ciężkich…

— Może tym sposobem poprosimy te duchy o jakąś wskazówkę! — szarpnęła ją za ramię Julie.- Może dowiemy się, gdzie jest Wendy.

— Gdzie się tak spieszycie… — włączyła się Ivka.- Wendy była zarazą naszej szkoły od lat doczesnych. I bardzo dobrze, że zniknęła.

— Mam pomysł.- podniosła rękę Traupa.- Może opowiecie mi jak się tu znaleźliście? Jestem ciekawa od chwili, kiedy was poznałam.

— Ciebie też wzięli panowie w czarnych garniturach? — zapytała Nancy. Ta przytaknęła.

— Kto zaczyna? — rozejrzała się Julie.

— Ja coś o tym powiem.- zgłosił się Jeż i zaczął powieść- To tak w skrócie… Byłem na obozie jako przedszkolak. Już wtedy zauważono u mnie, że jestem inny niż reszta dzieci. A że obóz był wspinaczkowy, wspinaliśmy się po górach. Wtedy odkryłem, że potrafię łazić po ścianach! Jebałem grawitację. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak wielki szok jawił się na twarzach opiekunów. No i tak… Ktoś musiał zadzwonić do Ośrodka, zgłosić, że dziecko łazi po ścianach i w wieku 10 lat zabrano mnie od rodziców. I tak, pamiętam, że byli to panowie w czarnym.

— O luju. –zainteresowała się Traupa.- Mam rozumieć, że Ośrodek zabiera dzieci od 10 roku życia?

— Chyba że anomalie wykryto później.- dodała Julie.- Moje moce wykryto gdy chodziłam do zerówki. To było tak: Szłam do szkoły, była późna jesień. Po drodze spotkałam moją panią. Ale coś było w niej nie tak. Emanowała czymś dziwnym. Tak jakby dodatkowy kolor, którego nie widzą inni. „Babciu, czemu moja pani świeci?” Zapytałam odprowadzającej mnie babci. Ona się zaśmiała, pewnie pomyślała, że to jakaś wyobraźnia czy coś. Moim rówieśniczkom opowiadałam o kolorze śmierci, który widzę. Następnego dnia… Dotarła do nas wieść, że nasza pani zmarła. Ponoć wracając do domu potknęła się i uderzyła w kość potyliczną, uszkadzając mózg. Potem było coraz gorzej. Przewidywałam, kto umrze. Widziałam kolor śmierci. No i wzięli mnie.

— Nawet ciekawie takie coś mieć.- zamyśliła się Traupa.- Moją anomalię odkryli bardzo późno, zaledwie rok temu. Bardzo łatwo było to dojrzeć. Wymyślając kolejne stworzenia w głowie, one pojawiały się w moim pokoju. Znaczy, niezupełnie. Ale nawiedzały moją rodzinę, aż w końcu Ośrodek zainteresował się tym zdarzeniem. Wiecie, te stworzenia nie są złe, w końcu wymyśliłam je i maja do mnie szacunek. Ale ich jest naprawdę dużo i kryją się po kątach. Przyzwyczaiłam się, ale muszę uważać na myśli.

— Co teraz widzisz? — zapytała się Ivka.- Np. czy coś obok nas siedzi?

— Tak. Manshell.- odparła Traupa i wskazała na puste miejsce między Jeżem a Lexi. W tym miejscu nagle pojawiła się dziwna postać. Coś na wzór demona, w okrągłych okularkach, o nagim torsie i ubrany tylko w glany i bojówki moro. Uśmiechał się szczerze i miętolił w łapie swój breloczek. Jeż wytrzeszczył oczy i dźgnął Manshell’a w ucho.

— No zostaw mnie, brutalu! — zawył diabeł i rozpłynął się. Wszyscy jednak gapili się jak osłupiali w to samo miejsce.

— Fajny nawet… — odezwała się nieprzytomnie Nancy.- Mnie też łatwo przyłapali. Kilka lat temu, szłam przez miasto, gdzie w ślepym zaułku chciał nie napaść bandyta. Miał pistolet i żądał pieniędzy. A to, że ich nie miałam, sprawiło, że wystraszyłam się nie na żarty. I nagle poczułam, że moje kości są takie lekkie. Nawet się nie zorientowałam, gdy uniosłam się w niebo pod postacią stada ptaków. To było jak patrzeć na kilkanaście swoich kopii. Niesamowite uczucie… Ale szybko zażegnane, bo mnie tu uwięzili. Uh…

— Moja babcia mnie wykopała z domu, bo byłam radioaktywna.- zaczęła Ivka.- Niechcący dotknęłam talerza mojego taty. Gdy z niego jadł, urosło mu ucho na czole, hi hi… I zadzwonili po policję. Dziwne, że nie zauważyli, że byłam w stanie to zrobić od trzeciego miesiąca życia. Ale moc wróciła dopiero jak miałam 12 lat. Po chuj ja ten talerz dotykałam? Miałam swój.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.