E-book
7.88
drukowana A5
84.77
Wektor Twórców

Bezpłatny fragment - Wektor Twórców

Kod Twórców, tom 7


Objętość:
591 str.
ISBN:
978-83-8467-916-6
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 84.77

Prolog. Świat bez Księżyca

Z samego przejścia Siwy pamiętał urwane klatki: ogień na „Hetmanie Czarnieckim”, poparzone dłonie ślizgające się po awaryjnym panelu Sokoła i głos Kosy, przez kilka niemożliwych sekund bliższy niż wszystkie syreny rozpadającego się okrętu.

Potem w wizjerze wyrosła błękitno-zielona planeta, opleciona chmurami, oceanami i pasmami lądów łudząco ziemskimi. Ziemski odruch szukał nad nią Księżyca i trafiał w czystą ciemność.

— Kosa? — wychrypiał.

W drugim Sokole, zawieszonym obok jak odbicie w pękniętym lustrze, pilot poruszył głową. Przez wizjer przeszedł pas zielonego szumu.

— Jestem.

— Gdzie?

— Nie wiem.

Siwy chciał powiedzieć coś jeszcze, lecz obraz drugiego myśliwca rozciągnął się na poświacie. Przestrzeń między nimi straciła na moment głębię. Kadłub Kosy był równocześnie kilkadziesiąt metrów i tysiące kilometrów dalej.

— Powodzenia, przyjacielu — powiedział Kosa.

— Co? Kosa, czekaj.

Obraz Kosy rozciągnął się w zielonej poświacie, zwęził do świetlnej kreski i zgasł. Przestrzeń zamknęła się po drugim Sokole, jakby maszyna została wyrwana z tej chwili.

Siwy przełączył radio na Guard i wcisnął nadawanie.

— Mayday, mayday, mayday. Sokół cztery pięć zero, jeden jeden dwa zero, LHC. Pilot ranny. Pozycja nieznana. Krytyczne uszkodzenia. Ktokolwiek mnie odbiera, odpowiedzcie.

Odpowiedział mu jednostajny szum. Planeta rosła w wizjerze, coraz większa i bardziej rzeczywista.

Na lewej dłoni pękały pęcherze po oparzeniach. Przy każdym ruchu skóra odchodziła od mięsa, a pot wciskał w rany sól. Siwy czuł metaliczny smak krwi. W kabinie śmierdziało przepaloną izolacją.

Wtedy z nocnej strony planety wysunął się cień.

Przez chwilę brał cień za wadę optyki. Potem gwiazdy zaczęły znikać za krawędzią czarniejszą od tła kosmosu, a skala na ekranach rozsypała się w błędy. Warstwy danych gasły po kolei, zostawiając sam obraz.

Z nocnej strony planety wynurzała się Megastruktura.

Jej rozmiar wymykał się pomiarowi. Komputer podawał kolejne wartości i natychmiast je odrzucał. Czarne pierścienie, monolityczne płaszczyzny i puste przestrzenie pomiędzy nimi ciągnęły się tak daleko, że ludzki umysł tracił odruch nazywania całości obiektem. Planeta obok wyglądała jak część urządzenia.

Z krawędzi konstrukcji sączyła się fioletowa poświata.

Sokół zareagował pierwszy. Awaryjne panele zgasły i po sekundzie rozjarzyły się fioletem.

Na ekranach płynęły obce symbole, układające ruch, grawitację, czas i coś przypominającego pamięć w jeden zapis. Siwy próbował znaleźć w tym mapę; wzrok ślizgał się po krzywych, które wracały do własnego początku.

Ucisk wszedł pod czaszkę jak stalowy klin. Siwy jęknął, a krew z nosa spłynęła mu na górną wargę.

— Kim jesteś?

Głos odezwał się bezpośrednio w jego głowie, głębiej niż radio i słuch.

— Jestem tym, kim jestem.

Siwy zgiął się w pasach. Przez kilka sekund miał wrażenie, że ktoś dotyka wnętrza czaszki zimnym palcem.

— Jesteś Twórcą?

Cisza przeciągnęła się, jakby rozmówca ważył sens pytania.

— Twórcy sadzili ogrody. Ja pamiętam ziemię sprzed pierwszego nasiona.

Znaczenie zdania uciekało, za to w głowie Siwego pojawiły się obrazy: ciemny ocean, obce słońce i naga skała sprzed pierwszej zieleni.

— Czego chcesz?

— Patrzeć, jak wybierasz.

Alarm podtrzymywania życia przeciął kontakt. Temperatura kabiny opadała, zapas tlenu topniał szybciej od prognozy, a główny napęd pozostawał martwy. Sterowanie atmosferyczne wciąż odpowiadało.

Planeta wypełniała przednią szybę. Za rufą ciążyła obecność czegoś, czemu ludzki język wciąż odmawiał właściwego słowa. Siwy ustawił Sokoła dziobem ku atmosferze.

— Jak chcesz patrzeć — wysapał — to patrz.

Sokół wszedł w górne warstwy atmosfery z uszkodzonymi osłonami. Kadłub zapłonął czerwonym światłem, skrzydło waliło w mocowania, a wyrwany panel poszycia zniknął w ogniu za kabiną. Siwy stracił przytomność na kilka oddechów; wrzask alarmu wysokości wyrwał go z ciemności w samą porę, by wcisnąć awaryjne ciągi.

Każdy metr spadania stał się targiem ze śmiercią. Sokół tracił wysokość odrobinę wolniej, niż wymagał tego najgorszy wariant.

Las pod nim zamienił się w zieloną ścianę. Sokół wszedł w korony drzew, wyrwał kilkadziesiąt metrów pni, odbił się od kamienistego zbocza i obrócił na bok. Owiewka pękła, lecz wytrzymała. Prawy silnik wyrwało z mocowania.

Ostatnim dźwiękiem, jaki Siwy usłyszał przed ciemnością, był trzask metalu i obcy deszcz bijący o kadłub.

Kiedy odzyskał przytomność, noc była już pełna. Przez pękniętą owiewkę napływał zapach wilgotnej ziemi.

Nad drzewami wisiała zwykła noc, gęsta i mokra. Megastruktura zniknęła z pola widzenia, lecz jej obecność została pod skórą, równie pewna jak ból poparzonych dłoni.

Rozdział 1. Niższe niebo

Wielkopolska, kilka miesięcy po Wielkiej Bitwie — trzy dni do odlotu floty Zasady

Żółty Tiger Moth leciał tak nisko, że Kosa widział cień własnych skrzydeł przesuwający się po polach.

Rzepak już przekwitł. Zostały szerokie pasy zieleni, ciemniejsze prostokąty zbóż i drogi, które z wysokości dwustu metrów wyglądały jak cienkie rysy na ziemi. Dalej błyszczały jeziora. Nad lasami wisiała lekka, mleczna mgła, rozrywana przez słońce.

Tiger Moth drżał całym szkieletem, pachniał olejem rycynowym. Wiatr bił Kosę w odsłoniętą twarz, niósł pył pól i wilgoć znad rzeki. Sterował drążkiem, pedałami i napięciem linek; każda reakcja maszyny dochodziła do niego przez drewno i metal.

Lewa ręka dodawała do tego własny rytm. Palec serdeczny spóźniał się odrobinę, mały sztywniał przy mocniejszym zacisku, a krótki skurcz potrafił przeciąć przedramię od nadgarstka po łokieć.

Pierwszy lot po wojnie zawdzięczał Pawlakowi. Stary mechanik wyciągnął żółtego dwupłatowca z hangaru i powiedział, że człowiek po tylu alarmach powinien czasem usłyszeć silnik brzmiący po prostu jak silnik. Wtedy oderwanie kół od pasa przywróciło Kosie rzecz najprostszą: ciężar skrzydeł, wiatr i pewność, że nadal potrafi prowadzić samolot.

Z czasem odkrył, że odzyskane rzeczy potrafią ciąć równie głęboko jak utracone.

Pod prawym skrzydłem przesunęła się wieś: czerwone dachy, przystanek, boisko i cmentarz za kościołem. Jasny kamień kilku nowych mogił błysnął w słońcu. Nazwiska ginęły z tej wysokości, lecz Kosa i tak zobaczył ludzi, których znał — Orła, załogę „Hetmana Czarnieckiego”, pilotów, którzy weszli do Sokołów po raz ostatni, a w końcu Siwego.

Głos Siwego wracał najczęściej podczas równej pracy silnika: „Co? Kosa, czekaj”. Zaraz za nim przychodził obraz błękitno-zielonej planety z pustym niebem, drugi Sokół rozciągnięty w zielonej interferencji i siedem sekund telemetrii, które analitycy zamknęli słowami PILOT ZAGINIONY.

Przechylił maszynę w łagodny zakręt. Wiatr uderzył mocniej z lewej. Płócienne skrzydła drgnęły, ale samolot posłusznie wszedł nad pas lasu. Na dole wyskoczyły spłoszone sarny. Jedna przebiegła przez polną drogę i zniknęła w zbożu.

Normalny świat toczył się własnym rytmem, obojętny na wielkie bitwy. Kosa kiedyś marzył właśnie o tym: o lataniu, powrocie i dniu, w którym największym problemem będzie pogoda nad Powidzem, źle wyregulowany gaźnik albo kawa z metalowego termosu. Wojna rozbiła to marzenie na kawałki, podobnie jak ludzi, którzy je mieli.

Zszedł jeszcze kilkadziesiąt metrów. Pawlak nazywał tę wysokość granicą pomiędzy wolnością a głupotą, ale dopiero tutaj Kosa wyczuwał dym drewna z gospodarstwa pod lasem. Kabina Sokoła odcinała pilota od takich drobiazgów; Tiger Moth wciskał je prosto w płuca.

Przez kilka minut leciał wzdłuż Warty. Słońce odbijało się od zakoli rzeki, raz białe, raz miedziane. Na piaszczystym brzegu stał chłopak z rowerem i machał obiema rękami. Kosa odpowiedział skrzydłami. Tiger Moth przechylił się leniwie, jakby wojna była opowieścią z innego świata.

W młodości wystarczałaby mu taka maszyna, małe lotnisko i praca instruktora po czterdziestce. Po Wielkiej Bitwie zwyczajność okazała się trudniejsza od walki. W walce miał cel, prędkość, osłonę i skrzydłowego. Na ziemi zostawał człowiek, któremu przy wiązaniu buta serdeczny i mały palec lewej dłoni potrafiły nagle zesztywnieć, a nocą wciąż wracało wrażenie interfejsu Sokoła za oczami.

Prawy płat zatańczył w termice. Kosa skorygował drążek, a gdy serdeczny i mały palec lewej dłoni osłabiły chwyt, prawa przejęła część pracy. Tiger Moth wyrównał bez oceny, diagnozy i alarmów medycznych. Linki napięły się, ster odpowiedział, samolot poleciał dalej. Ta prosta obojętność maszyny przynosiła ulgę.

Daleko przed nim błysnął kompleks Powidza. Nowe hangary wojskowe stały obok starych jak ciemne bloki dosunięte do zabudowań z innej epoki. Jeden z pasów nosił jeszcze ślady po łataniu lejów. Trawa przy ogrodzeniu była już wysoka. Wojna nawet tutaj zaczynała zarastać.

Odruch kazał mu spojrzeć w lewo. Lata lotów w parze nauczyły ciało sprawdzać miejsce skrzydłowego szybciej niż świadomość. W Sokole wystarczał cień symbolu na wizjerze; w Tiger Mothcie musiał odwrócić głowę. Teraz znajdował tam tylko drgające w słońcu powietrze.

— No dalej — powiedział do pustego miejsca. — Powiedz coś głupiego.

W odpowiedzi silnik zakaszlał nierówną serią cylindrów. Kosa zacisnął zęby. W pierwszych tygodniach po bitwie odtwarzał głos Siwego w pamięci, aż pojawił się lęk, że kiedyś będzie pamiętał już tylko własną kopię człowieka. Siedem ostatnich sekund pozostało ostre: planeta, zielony szum, drugi Sokół i krótkie „Co? Kosa, czekaj”. Lekarze mówili o pamięci traumatycznej, analitycy o niestabilnym zapisie. Dla Kosy był to ślad.

Radio zatrzeszczało i przywróciło go do lotu nad Wielkopolską.

— Kosa Kosecki, Powidz. Masz wiadomość priorytetową z kontroli wojskowej. Po lądowaniu zgłoś się do hangaru siedem.

Kosa zacisnął szczękę.

— Coś się pali?

— Nic, o czym wiemy.

— To mało uspokajające.

— Pułkownik Piątek czeka.

Nazwisko Piątek natychmiast odebrało lotowi smak wolnego popołudnia.

Piątek pojawiała się w Powidzu wtedy, gdy sprawa pachniała wojskiem, tajemnicą albo jednym i drugim.

Kosa poprowadził maszynę w stronę lotniska. Na horyzoncie, ponad cienką warstwą chmur, przez moment zobaczył jasny punkt przesuwający się za szybko jak na samolot. Transport orbitalny. Świat wracał do kosmosu z uporem człowieka, który sparzył rękę i następnego dnia znowu sięga do ognia.

Podwozie dotknęło bocznego pasa miękko. Tiger Moth podskoczył raz, potem usiadł. Kosa wyhamował przy hangarze numer siedem. Kiedy wyłączył silnik, od maszyny ciągnęło paliwem.

Pawlak czekał przy drzwiach. Obok niego stała pułkownik Piątek. Mundur miała zapięty pod szyję mimo upału.

— Ładna pogoda — powiedział Kosa, wysiadając. Lewa noga ugięła się lekko przy zejściu ze skrzydła. Złapał rozpórkę, zanim ktokolwiek zdążył ruszyć w jego stronę. — Jeżeli przyleciała pani ją zepsuć, gratuluję skuteczności.

Piątek dała mu chwilę na odzyskanie równowagi, po czym przeszła do rzeczy.

— Flota Zasady wychodzi za trzy dni.

Kosa podniósł na nią wzrok; zapach benzyny nagle wydał mu się ostrzejszy.

— Dokąd?

— Za śladem Twórców. Pięć Katamaranów. Operacja „Zemsta”.

Kosa przesunął dłonią po żółtej burcie samolotu. Pod lakierem czuł napięte płótno, rzecz prostą i prawdziwą.

— Zasada dostał mój zapis?

Piątek przyglądała mu się przez moment, jakby sprawdzała, ile z odpowiedzi już sobie dopowiedział.

— Dostał.

Kosa przesunął wzrok ku polom. Nad nimi wisiało sierpniowe niebo, przecięte tylko cienkim śladem transportowca wspinającego się ku orbicie.

— Siwy żyje — powiedział.

Piątek odpowiedziała dopiero po chwili. Pawlak stał kilka metrów dalej z rękami ubrudzonymi olejem i zajmował się lewym kołem z przesadną dokładnością. Słyszał wszystko i miał dość rozsądku, by zostać przy swojej robocie.

— Widziałem go — powiedział Kosa. — Kabinę, ruch głowy, drugiego Sokoła. Siedziałem w tym razem z nim.

— Raport znam na pamięć.

— Raport napisał człowiek, który siedział na Ziemi i dostał siedem sekund uszkodzonego zapisu. Ja byłem w środku.

Piątek spojrzała na jego lewą rękę. Kosa wciąż trzymał ją na żółtej burcie. Palce drżały prawie niewidocznie.

— Wróciłeś stamtąd z uszkodzeniem, którego lekarze wciąż uczą się kawałek po kawałku.

— A siedem sekund zapisu nadal istnieje.

— Po to tu jestem.

Wiatr obrócił luźne źdźbła trawy przy kole samolotu. Z hangaru ciągnęło benzyną. Gdzieś po drugiej stronie lotniska ruszył ciężki transportowiec. Ziemia zadrżała pod butami, choć maszyna była setki metrów dalej.

Piątek wyjęła z kieszeni mały nośnik danych i zatrzymała go między palcami.

— Pełna telemetria twojego Sokoła weszła dziś do pakietu ekspedycyjnego. Surowy zapis, razem z adnotacją o planecie pozbawionej naturalnego satelity i możliwym drugim Sokole. Zasada dostanie wszystko.

Kosa patrzył na nośnik.

— Możliwy?

— Chcesz, żebym wpisała „Siwy żyje, bo Kosa tak mówi”?

— Tak.

— Sztab po jednym dniu z tobą popełniłby zbiorowe samobójstwo.

Pawlak kaszlnął, tłumiąc śmiech, a Kosa pozwolił mu zachować go dla siebie.

— Jeśli znajdą tę planetę?

— Sprawdzą.

— A jeśli będzie poza trasą?

— Przy mocnym śladzie Zasada ma prawo zmienić wektor i sprawdzić planetę. To jest granica tego, co mogłam wpisać do rozkazu.

Kosa wreszcie oderwał dłoń od samolotu. Na żółtym płótnie został ciemniejszy ślad potu.

— To wystarczy na dziś.

Piątek schowała nośnik. — Jutro przylatujesz na Malwinkę. Tam porozmawiamy o drugiej sprawie.

Kosa spojrzał ku hangarom wojskowym. Za dachami wznosił się już ku orbicie ciężki transport. Pięć największych polskich okrętów kończyło przygotowania do lotu za Twórcami; jemu przypadło zostać pod ziemskim niebem jeszcze jeden dzień.

Rozdział 2. Pięć mieczy

Orbita Księżyca, stocznia Malwinka — trzy dni do odlotu

Przez panoramiczną szybę pięć okrętów wyglądało spokojnie, choć ten spokój kończył się na powierzchni pancerza.

Admirał Henryk Zasada stał przy oknie galerii odbiorczej i patrzył, jak ostatnie holowniki odchodzą od burt ORP „Bolesław Chrobry”. Z tej odległości wielki katamaran przypominał most przerzucony między dwoma ciemnymi walcami. Dopiero światła serwisowe zdradzały skalę. Punkty pełzły wzdłuż kadłubów przez całe minuty, choć każdy był pojazdem wielkości miejskiego autobusu.

Pod „Chrobrym” wisiał „Łokietek”, dalej „Jagiełło”, „Sobieski” i „Kazimierz Wielki” — pięć jednostek serii królewskiej, największych okrętów doprowadzonych do gotowości po Wielkiej Bitwie. Budowę rozpoczęto jeszcze przed nią; później stocznie przeszły na trzy zmiany. Sekcje kadłubów wychodziły z Silesii, uzbrojenie z Peruna, osłony pola składano przy Marsie, a część cewek przestrzennych produkowały zakłady, które kilka lat wcześniej robiły przekładnie do turbin i walce hutnicze.

Zasada znał historię prowizorycznych rozwiązań, które z czasem dostały numer katalogowy i podpis komisji. Znał też groby ludzi, których śmierć przyspieszyła rozwój niektórych z nich.

— Wyglądają lepiej z daleka — odezwał się admirał Hieronim Antczak.

Trzymał papierowy kubek z kawą. Na nowej stacji wszystko było z kompozytu, ceramiki albo drukowanego metalu, a Antczak uparcie pił z kubków przypominających bary przy starych dworcach.

— Z bliska też są ładne — odpowiedział Zasada.

— Pan ma spaczone poczucie estetyki.

— Służba.

Antczak spróbował kawy i skrzywił się.

— Zimna.

— Drugi raz odkrył pan tę samą właściwość czasu.

— Czas ma fatalny wpływ na kawę i małżeństwo.

— Na pańskie małżeństwo większy wpływ miał pan.

Antczak parsknął i oparł łokcie o poręcz.

Pod nimi „Chrobry” obracał sekcję dziobową ku otwartej przestrzeni. Dwa główne kadłuby miały po prawie dwa kilometry długości, a łącząca je platforma bojowa mieściła reaktory pomocnicze, hangary, magazyny, rozdział mocy i wewnętrzne doki. Na zewnętrznych zaczepach spoczywały niszczyciele; niżej wisiał lekki krążownik z dwiema korwetami zwiadowczymi.

Na schemacie Katamaran był okrętem, bazą i zapleczem kampanii w jednym. Za grodziami ta skala rozpadała się na zwyczajne problemy ludzi.

W osi każdego z dwóch kadłubów biegł główny akcelerator osobliwościowy. Marsjański Lewiatan miał jedną taką gardziel i wokół niej zbudowany cały okręt. W jej wnętrzu formowano mikroskopijną osobliwość i wyrzucano ją ku celowi z prędkością światła. Ludzie rozwinęli ten pomysł po swojemu: dwa równoległe „cygara”, dwie główne tuby i możliwość uderzenia dwoma strzałami w ten sam cel.

Marynarze mówili na nie czarne działa. Nie obracały się jak wieże. Żeby użyć głównej broni, Katamaran musiał ustawić na cel cały kadłub. Po salwie zaczynało się chłodzenie, stabilizacja cewek i ponowne przygotowanie osobliwości; przez te minuty kolos zostawał z bateriami szynowymi, działami fuzyjnymi, obroną punktową i eskortą.

Starszy bosman Kurek od sześciu godzin walczył z automatem do kawy. Pielęgniarka Eliza Rybak pilnowała magazynu osocza obok odczynników do drukarek tkankowych. Plutonowy Mucha przeklinał trzy Borsuki z błędnie opisanymi zaczepami transportowymi.

W korytarzach czuć było świeżą farbę termiczną. W niektórych sekcjach na panelach zostały numery montażowe wypisane flamastrem. Dwóch spawaczy z Silesii pracowało przy przewodzie chłodzenia, choć odbiór okrętu podpisano poprzedniego dnia.

— Jak coś puści w skoku, będziecie daleko — powiedział jeden z nich do przechodzącego oficera.

— Pocieszające.

— Lepiej teraz niż później.

W hangarze desantowym żołnierze GROM-u sprawdzali Borsuki oraz prototypowe MŁOTY i KOWADŁA. Na papierze były gotowe do służby. W praktyce każda maszyna miała własną listę poprawek, przegrzewających się węzłów i czujników, które technicy kalibrowali jeszcze przy otwartych lukach. Pancerze były świeżo matowane, podwozia nosiły zwyczajny brud: smar, metaliczny pył i ślady butów. Wojna kosmiczna nadal potrzebowała człowieka z kluczem i szmatą.

Na jednej ze skrzyń ktoś napisał markerem:

JEŚLI TU WRÓCIMY, KUPUJĘ BAR.

Niżej drugi charakter pisma dopisał:

ZA CO?

Odpowiedź pojawiła się jeszcze niżej:

ZA CZAS

Zasada zatrzymał się przy napisie.

— Pańscy ludzie? — zapytał Antczak.

— Moi ludzie słyną raczej z ponurej solidności.

— To gorzej. Znaczy, że to marynarka.

Poza linią pięciu królewskich Katamaranów tkwił ORP „Krzywousty”, pierwszy prototyp serii, na którym sprawdzano rozwiązania zanim trafiły do dokumentacji seryjnej.

„Krzywousty” miał zostać w Sol. Przy długich przejściach jego cewki potrafiły rozjechać fazę, a oba kadłuby łapały nierówne naprężenia. Po ostatnim teście w jednym z łączników znaleziono pęknięcie długie na dwa metry. Komisja skreśliła go z wyprawy. Antczak przez tydzień próbował tę decyzję odwrócić, po czym sam podpisał zgodę na pozostawienie okrętu w stoczni.

— Patrzy pan na niego jak na chorego psa — powiedział Zasada.

— Bo gryzie, sika olejem i kiedyś będzie najlepszym skurwysynem w tej flocie.

Zasada zerknął na łatany prototyp. — O ile najpierw nie rozerwie sam siebie.

— Dlatego zostaje. — Antczak dopił zimną kawę. — I dlatego mnie to wkurwia.

Gdy Antczak już miał odejść, dogonił ich oficer z zespołu neuroindukcji. Trzymał wyniki prób na „Sobieskim”.

— Pola przeszły cztery pełne cykle. Po zmianie ekranowania nie mamy nowych zgłoszeń.

— Jakich zgłoszeń? — zapytał Zasada.

— Przy starym układzie mat ludzie po kilku godzinach zaczynali śnić na jawie. Technik przez sześć minut rozmawiał z nieżyjącą matką. Dwóch innych widziało ten sam korytarz, chociaż wcześniej się nie znali.

Antczak odstawił pusty kubek na parapet.

— Ten sam?

— Jeden go narysował. Drugi rozpoznał układ drzwi i oświetlenia, zanim zobaczył podpis.

— Sprawdziliście, czy się znali?

— Tak. Nie znaleźliśmy żadnego wspólnego kontaktu. Zmieniliśmy trzy warstwy ekranowania i odseparowaliśmy neurosieć od głównych kanałów sterowania.

— Pomogło?

— Od dziewięciu dni nic się nie powtórzyło.

— Dziewięć dni to za mało na powód do świętowania — powiedział Zasada. — Zostawić obserwację po starcie. Każdy podobny przypadek ma trafić do medyków i do dowódcy okrętu.

Oficer schował raport. Antczak odprowadził go wzrokiem, po czym jeszcze raz spojrzał na pięć gotowych Katamaranów.

W sali odpraw czekali generał Henryk Skrzypczak i profesor Ossendowski. Na stole wisiał przekrój „Łokietka”. Jedna z cewek rufowych pulsowała na żółto.

— Problem? — zapytał Zasada.

Ossendowski odpowiedział od razu.

— Dwie poprawne odpowiedzi na to samo pytanie. Zespół z Peruna chce skorygować fazę przed wejściem w skok. Ludzie z Malwinki po wyjściu. Oba modele działają osobno. Razem potrafią się pokłócić.

— Jak bardzo?

— Przy małym skoku? Stracimy kilka sekund synchronizacji. Przy dużym możemy obudzić się z połową rufy w innym układzie odniesienia.

— Uwielbiam naukowców. Zawsze potraficie zamienić „może wybuchnąć” w zdanie brzmiące jak wykład.

Skrzypczak wskazał pięć ikon Katamaranów.

— Propozycja: pierwsze przejścia sekwencyjne. Niech każdy okręt buduje własną geometrię. Trzydzieści sekund odstępu, potem minuta. Jak coś się zacznie rozjeżdżać, nie zabierzemy całej floty do diabła naraz.

Zasada spojrzał na Ossendowskiego.

— Pan też tak uważa?

— Tak.

— Dlaczego nie było tego w planie?

— Bo do wczoraj cewka nie kłamała.

Zasada skrzywił usta.

— Sekwencyjnie.

Techniczną odprawę zamknęli po dwudziestu minutach. Prawdziwa zaczęła się piętro niżej, w sali, której drzwi ktoś oznaczył kartką z jednym słowem: ZEMSTA. Pod nim inną ręką dopisano markerem: NAZWA ROBOCZA. OFICJALNIE PROSIMY ZACHOWAĆ POWAGĘ.

Zasada zerwał kartkę i podał ją komandorowi Pawłowi Rudzkiemu, dowódcy „Chrobrego”.

— Kto?

Rudzki obejrzał dopisek z miną człowieka, który widzi go pierwszy raz.

— Prowadzimy dochodzenie.

— Od jak dawna?

— Od czterech minut.

— Postępy?

— Podejrzewamy marynarkę.

Antczak parsknął, Zasada schował kartkę do kieszeni, a po otwarciu drzwi żart został za nimi.

Sala mieściła ponad sto osób. Dowódcy pięciu Katamaranów siedzieli w pierwszym rzędzie. Za nimi dowódcy niszczycieli, skrzydeł myśliwskich, GROM-u, zespołów technicznych i medycznych. Dalej naukowcy: biolodzy, specjaliści od obcych systemów, ludzie od bram, pól grawitacyjnych i neurointerfejsów. Część znała Twórców tylko z nagrań. Inni widzieli ich jednostki podczas Wielkiej Bitwy i do dziś budzili się przy dźwięku alarmu o tej samej częstotliwości.

Zasada stanął przed mapą. Ziemia była na niej małym błękitnym punktem. Dalej świeciły Mars, kolonie i sieć bram. Poza nimi zaczynała się przestrzeń, w której ludzka kartografia szybko przechodziła w hipotezy.

— Dla tych, którzy dołączyli do programu po wojnie: Twórcy zaatakowali Sol, tysiące lat wcześniej zniszczyli Mars, a wrócili, gdy zaczęliśmy używać pozostawionej infrastruktury. Wielką Bitwę wygraliśmy. Najważniejsze pytanie zostało otwarte: skąd przyszli i z jaką siłą mogą wrócić.

Na ekranie pojawiły się dwa stare wektory pochodzące z analiz Oka Przeszłości i telemetrii z pierwszej wojny. Linie ginęły daleko poza obszarem regularnej żeglugi.

— Te linie są śladami, które zostały po analizach Oka Przeszłości i pierwszej wojnie. Będziemy sprawdzać kolejne punkty i budować własną mapę. Flotę zdolną uderzyć ponownie w Sol niszczymy. Stocznię produkującą taką flotę również. Pozostałe decyzje podejmiemy, kiedy zobaczymy, co naprawdę istnieje po drugiej stronie.

Ktoś z drugiego rzędu zapytał:

— A jeśli po drugiej stronie jest ich planeta?

Zasada spojrzał na człowieka. Pamiętał miasta po alarmach, ludzi wyciąganych z próżni i nazwiska znikające z list załóg, gdy kończyły się możliwości identyfikacji.

— Wtedy przestaniemy walczyć z wyobrażeniem i zaczniemy z rzeczywistością. Dopiero wtedy wydam rozkaz.

W sali czuć było kawę. Ktoś kaszlnął. Z tyłu szczęknęła źle domknięta klamra pancerza. Sto osób słuchało słowa „zemsta” i każde rozumiało je trochę inaczej.

Rudzki pochylił się do Zasady, kiedy odprawa dobiegła końca.

— Ładna nazwa.

— Uczciwa.

— Na razie.

— Dlatego lecimy.

Rozkaz zapadł, a sala niemal natychmiast wróciła do pracy.

Po odprawie Zasada wrócił na galerię. Za szybą Ziemia była błękitna i spokojna; spalone doki, cmentarze i miasta pamiętające alarmy kryły się pod chmurami i atmosferą. Z orbity planeta wyglądała zdrowiej niż ludzie, którzy mieli ją opuścić.

Pięć Katamaranów miało odejść za śladami Twórców. Operacja dostała nazwę „Zemsta”, a Zasada w tamtej chwili uważał ją za uczciwą.

Alarm próbny przeszedł przez stację. W korytarzach zamknęły się grodzie, światła na pancerzach Katamaranów zmieniły rytm, a technicy zaczęli schodzić z zewnętrznych platform.

Zasada patrzył na pięć okrętów i czuł ciężar odległości, która wkrótce odetnie ich od szybkiej pomocy.

Rozdział 3. Ci, którzy zostają

Orbita Księżyca, stocznia Malwinka — dwa dni do odlotu

Kosa zobaczył pięć Katamaranów przez szybę galerii i przez kilka sekund nienawidził ich wszystkich.

„Chrobry”, „Łokietek”, „Jagiełło”, „Sobieski” i „Kazimierz Wielki” wisiały w dokach Malwinki jak pięć ciemnych mostów prowadzących poza znany świat. Holowniki przesuwały się między nimi drobnymi błyskami. Na zewnętrznych rusztowaniach pracowali ludzie w skafandrach, niewielcy jak owady na czarnym pancerzu.

Dzień wcześniej Kosa leciał nad polami Wielkopolski w samolocie z płótna i drewna. Teraz pod stopami czuł delikatne drganie stoczni, a za szybą czekały okręty zbudowane po to, żeby odnaleźć tych, którzy spalili Mars i prawie zabrali Ziemię.

Pułkownik Piątek położyła na stoliku mały nośnik danych.

— To pełna kopia zapisu z twojego Sokoła. Ostatnie siedem sekund.

Kosa znał każdą klatkę tego zapisu.

— Zasada dostał?

— „Chrobry” ma kopię. Każdy dowódca dostał wyciąg.

— Chcę całość.

— Dlatego „Chrobry” ma całość.

Kosa wziął nośnik. Metal był chłodny. Na krawędzi technik wydrapał numer archiwum.

— Powiedziała mu pani o planecie?

— Tak.

— Bez Księżyca?

— Tak.

— I o drugim Sokole?

Piątek wypuściła powietrze i oparła palce o blat.

— Marek, przez ułamek sekundy widać drugą maszynę. Potem zapis rozsypuje się w interferencję. Analitycy potwierdzają sam obraz; odległość, skala i zgodność czasu pozostają poza ich pewnością.

— Ja potrafię.

— Znam twoje możliwości. Lekarze też. Dlatego zostajesz.

Lewa dłoń Kosy zacisnęła się na nośniku, a mały palec domknął chwyt z opóźnieniem. Piątek zauważyła ruch i zachowała komentarz dla siebie.

— Wystarczy mi kabina transportowa. Sokół może zostać w hangarze.

Piątek przesunęła palcem po krawędzi stolika.

— Ostatni próbny skok promem medycznym skończył się u ciebie utratą czucia po lewej stronie ciała.

— Na trzydzieści sekund.

— Czterdzieści siedem.

— Liczyłaś?

— Lekarz liczył. Ja patrzyłam, jak próbujesz powiedzieć własne nazwisko i wychodzi ci połowa pierwszej sylaby.

Kosa poczuł ciepło w karku. Tamtego dnia pamiętał zapach tworzywa fotela i cienką strużkę śliny spływającą mu po brodzie, bo twarz przestała słuchać. Najbardziej pamiętał spojrzenie młodej sanitariuszki, która próbowała udawać, że widziała już gorsze rzeczy.

— Jeden próbny skok to za mało, żeby wydać wyrok na wszystkie następne.

— Właśnie. Następny może skończyć się łagodniej albo wyłączyć ci pół ciała na stałe. Ekspedycja ma przed sobą lata skoków; twój upór nie jest osłoną neurologiczną.

— Upór kilka razy uratował wam tyłki.

— I kilka razy prawie cię zabił. Bilans znamy oboje.

Kosa odszedł od stolika. Przy szybie było chłodniej. Malwinka obracała się powoli, więc Ziemia przesuwała się za konstrukcjami doków. Przez moment zasłonił ją „Krzywousty” — stary prototyp, który zostawał razem z nim.

— Nawet ten złom leci dalej ode mnie — powiedział.

— „Krzywousty” zostaje.

Kosa popatrzył na Piątek.

— To miało mnie pocieszyć?

— Chciałam sprawdzić, czy słuchasz.

Katamaran za szybą wyglądał jak okręt po bójce: łaty na poszyciu, nierówna linia łącznika, dodatkowe żebra wzmacniające. Kosa znał ten rodzaj konstrukcji — ciężko uszkodzona, za cenna na złom, dobra do dalszej służby tylko tam, gdzie awaria pozwala jeszcze wrócić do domu.

Podobieństwo ukuło go pod żebrami.

— Nie patrz tak — powiedziała Piątek.

— Jak?

— Jakbyś właśnie znalazł swój portret.

Kosa odwrócił się od szyby.

— Pierdol się, pułkownik.

— O, wraca motoryka.

— Ekspedycja leci po źródło ataku Twórców. Ratowanie jednego pilota może wejść w plan tylko wtedy, gdy ślad zbiegnie się z ich drogą.

— Czyli jeśli znajdą tę planetę, mają przelecieć obok?

— Zasada ma rozkaz sprawdzić każdy zgodny ślad, o ile flota zachowa bezpieczeństwo. Tyle zdołałam wpisać do rozkazu.

Kosa spojrzał przez szybę na „Chrobrego”.

— To wystarczy.

Piątek znała go zbyt długo, żeby uwierzyć w spokój tego zdania.

— Listy są zamknięte. Medycyna skreśliła cię z lotów skokowych na czas nieokreślony, a ochrona dostała twoje nazwisko z czerwonym znacznikiem.

— „Nieokreślony” to piękne wojskowe słowo.

— Przy pechu ten termin może potrwać do końca służby.

Kosa przesunął językiem po zębach. Przez chwilę słyszał tylko wentylację galerii i odległe uderzenia zamykanych zaczepów.

— On tam jest.

— Możliwe.

— Jest.

Piątek oparła dłonie o poręcz.

— Chcesz wiedzieć, dlaczego ci wierzę bardziej niż analitykom?

— Podczas bitwy widziałam rzeczy sprzeczne z fizyką, a potem wpisywałam je do raportu zwykłymi literami. Dlatego twoje siedem sekund zostaje w pakiecie. Wystarczają, żeby szukać śladu, choć wciąż nie dają mi adresu Siwego.

Na zewnątrz jeden z Katamaranów rozpoczął próbę cewek. Błękitna poświata przebiegła wzdłuż kadłubów i zgasła. Pod skórą lewej dłoni Kosy odezwało się delikatne mrowienie, echo dawnego impulsu; ciało pamiętało maszynę, która dawno zniknęła z jego życia.

— Powiedział coś na końcu — odezwał się.

— Siwy?

— „Co? Kosa, czekaj”.

Piątek przyjęła te słowa milczeniem.

— Brzmiał jak człowiek, który wie, że za chwilę zniknie. Żywy człowiek.

W galerii przeszedł niski pomruk systemów cumowniczych. Na „Chrobrym” zamknął się zewnętrzny właz.

Kosa oddał Piątek nośnik.

— Zasada ma zachować ten ślad.

Piątek podeszła do terminala przy ścianie. Wprowadziła kod i otworzyła pakiet ekspedycyjny. Kosa zobaczył własny numer pilota, telemetrię uszkodzonego Sokoła oraz nieruchomą klatkę: dwie maszyny na tle błękitno-zielonej planety. Obraz był pęknięty zielonymi pasami interferencji. Prawy Sokół rozciągał się na krawędziach, jakby ktoś próbował wyrwać go z fotografii.

Piątek powiększyła fragment.

— To jest wszystko, co mamy.

— Mnie wystarcza.

— Tobie. Zasada będzie miał ludzi do ochrony, okręty, paliwo, cewki i wroga, którego może spotkać za pierwszym skokiem. Jeżeli dostanie wybór między flotą a twoim przeczuciem, wybierze flotę.

— Powinien.

Piątek spojrzała na niego uważniej.

— Wreszcie mówisz rozsądnie.

— Rozsądek też ma granice. Jeśli zobaczy ten sam świat, ma wiedzieć, że ktoś tam może czekać.

— Będzie wiedział.

Kosa patrzył na zamrożoną klatkę jeszcze chwilę. Interferencja zasłaniała twarz Siwego; zostawał kształt kabiny i ciemniejsza plama hełmu.

Przez wiele miesięcy właśnie tyle musiało mu wystarczyć.

— Ma dwie kopie.

— Daj mu trzecią.

Piątek uśmiechnęła się krótko.

— Siwy by się obraził.

— Dlatego liczę, że będzie miał okazję.

Kosa został przy szybie po odejściu Piątek. Pięć Katamaranów zajmowało prawie całe pole widzenia, a za nimi wisiała Ziemia, błękitna, poobijana i żywa. Za dwa dni flota miała ruszyć za zemstą, podczas gdy jemu przypadła ta strona nieba. Widok gotowych okrętów bolał mocniej niż decyzja lekarzy.

Rozdział 4. Pożegnania

ORP „Bolesław Chrobry”, sześć godzin do startu

Starszy bosman Andrzej Kurek znalazł córkę w magazynie amunicyjnym.

Maja stała pomiędzy dwoma kontenerami pocisków kinetycznych i czytała ostrzeżenie na burcie skrzyni, jakby miała nadzieję znaleźć tam coś ciekawszego od zakazu palenia, wiercenia i uderzania ciężkimi przedmiotami.

— Miałaś być w sektorze rodzinnym — powiedział.

Odwróciła się. Miała trzynaście lat i ten sam wyraz twarzy co jej matka tuż przed próbą udowodnienia dorosłemu, że jego argument jest głupi.

— Tam są same dzieci.

— Ty jesteś dzieckiem.

— Mam trzynaście lat.

— Dziękuję za raport.

— Tata.

— Maja.

— Chciałam zobaczyć statek.

Kurek rozłożył ręce.

— Jesteś w środku statku.

— Dlatego nic nie widać.

Argument trafił celniej, niż Kurek chciał przyznać.

Pracował na „Chrobrym” od chwili, kiedy oba główne kadłuby istniały jeszcze osobno w dokach Silesii. Potrafił przejść z sekcji mieszkalnej do magazynów przy zgaszonym świetle i ominąć belki, które instalatorzy zostawili zbyt nisko. Dla niego okręt składał się ze śrub, gorących rur i ludzi odkładających narzędzia tam, gdzie zabraniała instrukcja.

Dla Mai był legendą, którą ojciec miał zabrać poza mapę.

— Chodź — powiedział.

— Dokąd?

— Skoro złamałaś już trzy zakazy, pokażę ci coś, zanim ochrona złamie mnie.

Poprowadził ją windą techniczną na poziom obserwacyjny przy hangarze dziobowym. Za grubą szybą czekały cztery niszczyciele.

Maja zamilkła, a Kurek uśmiechnął się pod nosem. Cztery niszczyciele za szybą wygrały z wszystkimi ojcowskimi wyjaśnieniami i na chwilę odebrały jej potrzebę komentowania.

Niszczyciele wisiały w zaczepach jak ryby w brzuchu większego zwierzęcia. Roboty serwisowe sunęły po kadłubach. Technicy w lekkich skafandrach sprawdzali połączenia energetyczne. Dalej, za otwartą osłoną hangaru, widać było Ziemię.

— Te wszystkie lecą z tobą?

— Te cztery. I jeszcze kilka, które zobaczysz dopiero po starcie.

— A po co wam tyle?

Kurek spojrzał na córkę.

— Żeby część wróciła.

Maja przestała się uśmiechać.

— Możecie wszyscy zginąć?

Pytanie uderzyło go mocniej niż wszystkie rozmowy o hermetyzacji, amunicji, redundancji reaktorów i zapasie osocza. Dziecko sprowadziło sześć godzin przygotowań do jednego zdania.

— Możemy.

— Boisz się?

— Tak.

— Admirał Zasada też?

Kurek zerknął przez szybę, jakby admirał mógł właśnie płynąć w próżni za niszczycielem.

— Pewnie.

— Skąd wiesz?

— Ma zmarszczki.

Maja prychnęła.

— Ty też masz.

— Dlatego wiem.

Wyciągnął z kieszeni stary klucz trzynastkę. Metal był starty przy szczękach, na rękojeści miał małe wyszczerbienie.

— Dziadek dał mi go, kiedy pierwszy raz szedłem na morze. Trzymaj.

— Po co?

— Żebym miał po co wrócić.

Maja zacisnęła palce na kluczu i objęła ojca gwałtownie, całą sobą. Kurek poczuł znajomy zapach jej szamponu, którego nie spodziewał się na pokładzie okrętu.

Kilka pokładów niżej doktor Hanna Radecka sprawdzała magazyny krwi.

— AB minus?

— Trzydzieści dwa litry — odpowiedziała pielęgniarka.

— Za mało.

— Mamy syntetyczny zamiennik.

— Zamiennik jest dobry, dopóki człowiek nie zacznie umierać naprawdę. Dołożyć sześć litrów, nawet kosztem miejsca na odczynniki.

— Drukarki tkankowe?

— Pełne zasobniki.

— Sala operacyjna przy zmiennej grawitacji?

— Dwa stoły przetestowane. Trzeci zgłasza błąd kompensacji.

Radecka odwróciła głowę.

— Naprawcie go. Przy zmiennej grawitacji jelita pacjenta i tak będą miały dość własnych pomysłów.

W hangarze desantowym plutonowy Mucha kopał oponę Borsuka i przeklinał techników za odwrotnie zamontowany uchwyt ewakuacyjny. Przy sąsiedniej maszynie operator MŁOTA sprawdzał sensory termiczne, a KOWADŁO wisiało metr nad podłogą na polu pomocniczym. Czujniki czarnej bryły prowadziły każdego człowieka w promieniu pięćdziesięciu metrów.

— Czemu ono na mnie patrzy? — zapytał młody szeregowy.

— Bo jesteś najbrzydszy — odpowiedział Mucha.

— Poważnie.

— Poważnie to patrzy na wszystkich. Przyzwyczaj się.

Na całym okręcie ludzie zajmowali miejsca, rodziny kierowały się do śluz, a ostatnie torby znikały z sektorów mieszkalnych. Zostawali żołnierze, technicy, naukowcy i cywile potrzebni ekspedycji. Sektor rodzinny pustoszał nierówno: w jednych kabinach czekały złożone łóżka i zamknięte szafki, w innych pośpiech zostawił dziecięcą skarpetkę pod fotelem, plastikowy kubek z rysunkiem psa i kartkę na drzwiach: TATO NIE ZAPOMNIJ O URODZINACH.

Marynarz z sekcji porządkowej odklejał takie rzeczy i wrzucał do przezroczystego worka oznaczonego RZECZY PRYWATNE. Przy trzeciej kabinie przestał czytać napisy.

Kurek zwolnił przy niewielkiej różowej gumce do włosów leżącej na podłodze. Podniósł ją, przez chwilę obracał w palcach, po czym odłożył na półkę przy drzwiach.

— Bosman, sektor zamykamy za dziewięć minut.

— Wiem.

— To po co pan ją odkłada?

Kurek spojrzał na młodego marynarza.

— Bo może ktoś wróci po swoje.

Młody marynarz przyjął odpowiedź milczeniem.

Maja opuściła statek dwie godziny przed zamknięciem śluz.

Przy trapie odwróciła się jeszcze raz i podniosła klucz trzynastkę.

Kurek odpowiedział pustą dłonią uniesioną na wysokość twarzy.

Później, kiedy śluza zamknęła się pomiędzy nimi, pomyślał, że człowiek powinien mieć prawo do jednego głupiego przesądu.

Po drugiej stronie śluzy została już stalowa płyta z zielonym napisem HERMETYCZNE. Wentylacja zdążyła zabrać zapach szamponu Mai; z rozdzielni ciągnęło środkiem do dezynfekcji.

— Bosman?

Odwrócił się. Młody marynarz czekał z tabletem i listą zamknięcia sektora.

— Rodzina opuściła pokład?

Kurek popatrzył na stal.

— Opuściła.

Podpisał. Jednym ruchem palca system zmienił status Mai z osoby na pokładzie w członka rodziny poza jednostką, a „Chrobry” przeszedł ostatnią granicę między miejscem pożegnań a okrętem ekspedycyjnym. Została załoga.

W drodze do maszynowni minął pracowników Malwinki wyciągających ostatnie przewody serwisowe. Jeden z nich miał na policzku czarną smugę smaru. Drugi siedział pod ścianą i jadł kanapkę, patrząc na zegar jak na wroga.

— Macie dwie godziny — powiedział Kurek.

— Mamy godzinę czterdzieści siedem.

— To róbcie szybciej.

— To pan tu wróć cały, będziemy mieli mniej roboty.

Kurek chciał odpowiedzieć żartem, lecz palce odruchowo trafiły do kieszeni, w której przez trzydzieści lat nosił klucz trzynastkę. Pustka pod materiałem munduru ukłuła go mocniej, niż się spodziewał.

Rozdział 5. Ostatnie światła Ziemi

Ostatni prom odcumował od „Chrobrego” o 18:42 czasu warszawskiego.

Przez prawie minutę prom wisiał przy śluzie, a jego światła pozycyjne drżały na pancerzu Katamarana. Po drugiej stronie burty siedziało sto kilkadziesiąt osób: rodziny, technicy Malwinki, komisja odbiorcza, dwóch polityków i chłopiec, który przez cały czas trzymał twarz przy iluminatorze.

Zasada widział tylko mały prostokąt szyby na ekranie optycznym, ale wystarczało. Wiedział, że za kilka minut ci ludzie wrócą do mieszkań, kolejek, szpitali i własnego strachu. Jego ludzie zostaną po tej stronie śluzy.

Zaczepy puściły jeden po drugim. Każdemu towarzyszyło głuche uderzenie przenoszone przez konstrukcję. Pierwszy. Drugi. Trzeci. Przy czwartym na ekranie pojawiła się niewielka szczelina czerni pomiędzy promem a „Chrobrym”.

Dopiero wtedy Zasada poczuł, że naprawdę odchodzą.

Zasada obserwował go z mostka. Mała jednostka odsunęła się od burty, obróciła na silnikach manewrowych i ruszyła w stronę Krakowa II. Przez kilka minut była jasnym punktem na tle Ziemi. Potem połknął ją ruch orbitalny.

— Wszystkie śluzy zamknięte — zameldował Rudzki. — Osoby spoza listy ekspedycji opuściły pokład. Okręt w trybie wojskowym.

— Pozostałe jednostki?

— Potwierdzają.

Na ekranie zapaliły się cztery zielone pola.

W innych częściach okrętu ta sama chwila wyglądała mniej dostojnie. Kurek stał w maszynowni z połową ciała wsuniętą pod obudowę pompy. Radecka zakładała fartuch operacyjny, bo jeden z techników przyciął dłoń przy zamykaniu panelu. Mucha odkrył, że ktoś zostawił w Borsuku torbę z cywilnym ubraniem i przez minutę próbował ustalić właściciela, zanim wrzucił ją do szafki.

Załoga przeżyła historyczną chwilę po swojemu — pracując. W ich świecie historia przyszła jako komunikat: ZEWNĘTRZNE POŁĄCZENIA SERWISOWE ODŁĄCZONE.

Kurek wysunął się spod pompy. Zniknęło delikatne drżenie, które przez ostatnie miesiące zawsze czuł w pokładzie, kiedy „Chrobry” był spięty z Malwinką. Okręt po raz pierwszy wisiał sam.

Bosman dotknął odruchowo pustej kieszeni po kluczu trzynastce.

— No dobra — mruknął. — Teraz już nasze.

ŁOKIETEK — GOTOWY. JAGIEŁŁO — GOTOWY. SOBIESKI — GOTOWY. KAZIMIERZ WIELKI — GOTOWY.

Fotel admiralski drażnił Zasadę szerokością i miękką tapicerką, jakby projektant próbował poprawić jakość decyzji komfortem. Prośba o zwykły fotel okrętowy przegrała z praktyką: pod tapicerką mieściły się sprzężenie medyczne, system przeciążeniowy i własny obieg podtrzymania życia.

— Kontrola cewek — powiedział Rudzki.

Oficer napędu przesunęła palcami po panelu. Żuła wnętrze policzka tak mocno, że na wardze pojawiła się cienka kreska krwi.

— Pierwszy pierścień stabilny. Drugi stabilny. Geometria lokalna w normie. Korekcja Ossendowskiego aktywna.

— Sekwencja?

— „Chrobry” pierwszy. „Łokietek” trzydzieści sekund później. Następne co trzydzieści.

Rudzki otworzył kanał floty.

Na mostku ludzie siedzieli już przypięci. Młody operator sensorów oddychał z przesadną regularnością. Wierzbicka pocierała kciukiem brzeg starego metalowego pierścienia na palcu. Ktoś z tyłu sprawdził zamek pasa po raz trzeci.

Zasada spojrzał na Ziemię. Po nocnej stronie świeciły miasta, a chmury zakrywały spalone doki, cmentarze i miejsca, w których rodziny wciąż czekały na zaginionych. Z orbity zostawały światła, oceany i złudzenie spokoju.

Przy krawędzi Europy cienka linia świtu rozcinała noc. Warszawę znalazłby dopiero po nałożeniu siatki, lecz pamiętał jej miejsce. Tam czekał pusty dom, kilka książek zamkniętych od lat i szuflada pełna rzeczy po żonie, których wciąż pilnował jak relikwii.

Poprzednia długa misja miała datę powrotu. Tym razem pole POWRÓT w planie operacyjnym zawierało tylko warunek: po wykonaniu zadania.

Wojskowi potrafili patrzeć na takie zdania długo, aż zaczynały przypominać zwykłą rubrykę.

— Wszystkie jednostki królewskie — powiedział do kanału. — Po wejściu w pierwszy skok wracamy do procedury ekspedycyjnej. Żadnych samotnych bohaterów. Żadnego „dogonię was później”. Jeśli tracimy okręt, reszta floty zatrzymuje się tak długo, jak pozwala sytuacja.

Po kanale przeszła chwila ciszy.

— A jeśli stracimy admirała? — odezwał się Sadowski z „Kazimierza Wielkiego”.

— Wtedy wreszcie zaczniecie pracować spokojnie.

Po kanale przeszedł cichy śmiech. Trwał kilka sekund i umarł wraz z odliczaniem.

Zasada położył dłonie na podłokietnikach. Fotel był ciepły od systemu medycznego.

— Napęd. Wykonać.

Przez kilka sekund obraz pozostawał zwyczajny. Potem pole wokół „Chrobrego” zaczęło łamać światło: najpierw na krawędziach kadłuba, później na całym widoku. Malwinka pozostała na swojej orbicie, lecz jej obraz przygasł i wygiął się razem z Ziemią, jak pod naciskiem ogromnej soczewki.

W maszynowni Kurek poczuł wejście cewek przez drżenie śrub pod podeszwami. W izbie medycznej Radecka złapała tacę z narzędziami odruchem wyuczonym jeszcze w czasach gorszych kompensatorów.

Na Malwince Kosa wybrał wąską szybę techniczną zamiast galerii dla oficjeli. Widział stamtąd fragment „Chrobrego”, dziób „Łokietka” i pięć wielkich sylwetek rozpływających się w błękitnej deformacji.

Serdeczny i mały palec lewej dłoni zdrętwiały, a znajomy ból pociągnął od nadgarstka ku łokciowi.

Przycisnął ją do zimnego szkła.

— Znajdź go — powiedział.

Słowa popłynęły zarazem do Zasady, do całej floty i do pustego miejsca, które od miesięcy zajmował Siwy.

Pierwszy Katamaran zniknął. Pół minuty później za nim poszedł drugi, potem następne, aż przy szybie zostały Ziemia i odbicie twarzy Kosy.

Rozdział 6. Ogon

Pierwszy skok po odejściu z Sol przebiegł czysto. „Chrobry” wyszedł pierwszy, a za nim, w ustalonych odstępach, kolejne Katamarany. Na ekranach przestrzeń napięła się jak cienka błona; gwiazdy przesunęły się o kilka stopni, podczas gdy ciało zachowało złudzenie bezruchu.

Na mostku czuć było kawę.

— Wszystkie jednostki wyszły — zameldował Rosiak. — „Łokietek” bez odchyleń. „Jagiełło” ma trzy dziesiąte różnicy fazy. Reszta w tolerancji.

Zasada przesunął wzrok po pięciu zielonych znacznikach.

— Następny wektor za czterdzieści minut.

Tak zaczęła się wyprawa, którą na Ziemi nazwano „Zemstą”.

Pierwsze dni przypominały raczej długi rejs niż polowanie na cywilizację zdolną palić planety. Ludzie ćwiczyli alarmy, sprawdzali uzbrojenie, rozbierali urządzenia odebrane dzień wcześniej jako sprawne i kłócili się o drobiazgi, które na pokładzie okrętu ważyły więcej niż wielkie słowa. Zapowietrzony obieg chłodzenia zabrał mechanikom pół wachty. Czujnik jednej z grodzi meldował człowieka jeszcze przez dwadzieścia sekund po jej zamknięciu. W kuchni pękła uszczelka i słodka masa do wypieku chleba oblepiła pół sufitu, zanim odcięto podajnik.

Kurek trzeci raz naprawił automat z kawą. Urządzenie wytrzymało dwie godziny. Bosman przykleił na obudowie kartkę: ELEMENT SYSTEMU OBRONY PSYCHOLOGICZNEJ. AWARIA PLANOWANA.

Ktoś dopisał pod spodem: WRÓG ZWYCIĘŻA.

Po czterech dniach ludzie zaczęli mówić o Ziemi w czasie przeszłym. „W Powidzu robili lepsze pierogi”. „U nas na osiedlu śmierdziało piekarnią o piątej rano”. „Moja córka lubiła takie chmury”. Język przyjął odległość szybciej niż głowa.

Radecka przyjęła pierwszego pacjenta z bezsennością. Mechanik z sekcji napędu wyznał, że od chwili startu zasypia dopiero przy nagraniu ulicznego ruchu. W jego kajucie przez całą noc brzmiały klaksony, tramwaj i deszcz uderzający o asfalt. Dwa dni później przyszło dwóch żołnierzy GROM-u po bójce o kolejkę do bieżni. Jeden miał rozciętą brew, drugi wybity ząb.

— Lecimy po bogów, a wy napierdalacie się o dwadzieścia minut biegania — powiedziała Radecka, zszywając brew.

— Był zapisany po mnie.

— To bardzo ważna przyczyna śmierci.

Wojna zostawała jeszcze za horyzontem. Napięcie szukało więc ujścia w mięśniach, rurach, zamkach i rzeczach, które można było naprawić kluczem.

Wierzbicka pierwsza zauważyła, że za flotą zostaje coś więcej niż zwykły ślad przejścia.

Po pierwszym większym skoku pojawił się dodatkowy pik grawitacyjny. Sześć sekund opóźnienia, moc bliska granicy pomiaru. System sklasyfikował go jako błąd.

Po drugim — podobne załamanie wróciło czternaście minut po wyjściu floty.

Wierzbicka zachowała wykres.

Po kolejnym przejściu sygnał pojawił się po dwunastu minutach.

Wtedy zawołała Rosiaka.

Przyszedł z kubkiem kawy i miną człowieka, któremu ktoś przeszkadza w jedynej przyjemności wachty.

— Jeżeli znowu pokażesz mi zegar, który spóźnia się o mikrosekundę, składam wypowiedzenie.

— Spójrz.

Nałożyła wykresy.

Rosiak odstawił kubek.

— Ten sam kształt.

— Prawie.

— Odległość?

— Brak rozwiązania. Źródło może powstawać tuż za korytarzem albo miliony kilometrów dalej.

Rosiak przesunął palcem po czasach.

CZTERNAŚCIE. DWANAŚCIE

— Idzie za nami?

— Jeszcze nie wiem.

— Wyglądasz, jakbyś wiedziała.

Wierzbicka powiększyła oba piki. Na drugim krzywa była węższa i czystsza.

— Za pierwszym razem potrzebowali więcej czasu.

Zabrali zapis na mostek.

Zasada wysłuchał ich bez komentarza. Kazał zmienić kierunek następnego przejścia o siedemnaście stopni i skrócić dystans. Wektor odbiegał od trasy wyprawy tak wyraźnie, że każdy obserwator powinien uznać go za manewr kontrolny.

Po wyjściu flota wygasiła zbędne emisje.

Czekali.

Minęło siedem minut.

Za rufami pojawiła się deformacja.

Najpierw wyglądała jak rozlana rtęć na czarnym tle. Potem sensory wyciągnęły z niej kontury.

Kula-Stacja. Uszkodzona podczas Wielkiej Bitwy albo w późniejszym starciu. Jedna część powierzchni była zapadnięta, kilka segmentów pozostawało ciemnych. Za nią wychodziły mniejsze jednostki o płynnych, srebrnych kadłubach.

Na mostku umilkły rozmowy.

— Odległość? — zapytał Zasada.

— Poza skutecznym ogniem. Za blisko na przypadek.

Rosiak zwilżył wargi.

— Trzymają dystans.

— Chcą zachować ślad — powiedziała Wierzbicka.

Zasada kazał przygotować kolejny skok.

Tym razem poprowadzili go pod kątem, który prowadził donikąd. Mechanicy protestowali przez otwarty kanał, bo każdy cykl grzał cewki i skracał margines bezpieczeństwa. Admirał zostawił kanał otwarty. Załoga miała słyszeć, że technicy przeklinają jego decyzję.

Po wyjściu pierwsze zniekształcenie pojawiło się po jedenastu minutach.

— Szybciej — powiedział Rosiak.

Wierzbicka pokręciła głową.

— To może wynikać z innej długości przejścia.

— Sprawdzimy.

Trzeci skok wykonali jeszcze krócej. Po siedmiu minutach srebrny punkt wrócił za nimi.

Na głównym ekranie Rosiak ustawił trzy czasy.

CZTERNAŚCIE. JEDENAŚCIE. SIEDEM.

Nikt nie potrzebował komentarza, więc Zasada pozwolił liczbom zostać przez kilka sekund w ciszy.

Rudzki w końcu odezwał się pierwszy.

— Śledzą przejście albo rozwiązują jego geometrię.

— Różnica jest praktyczna — odpowiedziała Wierzbicka. — Trop można zgubić. Geometrię można im podsunąć.

Jeden z nich miał gazowego olbrzyma otoczonego szerokim pierścieniem lodu i skał oraz kilkudziesięcioma księżycami. Mnóstwo masy, szumu, cieni i miejsc, za którymi ciężki okręt mógł ukryć emisję.

Dotknął znacznika.

— Tutaj.

Rudzki zrozumiał od razu.

— Zasadzka.

— Skoro tak pilnie chcą zobaczyć, dokąd lecimy, pokażemy im miejsce przygotowane specjalnie dla nich.

Przy końcu mostka podporucznik Michał Cichy odsunął ręce od konsoli. Miał dwadzieścia dwa lata i twarz jeszcze zbyt młodą dla munduru, który nosił. Oblizał spierzchnięte wargi, po czym wrócił do danych.

Zasada zauważył ten ruch.

Za kilka godzin Cichy zobaczy wnętrze okrętu otwarte na próżnię i człowieka kręcącego się w pasach po drugiej stronie pękniętego kadłuba.

Na razie miał przed sobą tylko trzy liczby.

Czternaście. Jedenaście. Siedem.

Rozdział 7. Krótkie skoki

Układ nie miał nazwy. Załogi ochrzciły go „Studnią”, bo gazowy olbrzym zajmował pół obrazu i wyglądał jak ciemne oko otoczone jasnym pierścieniem.

Przygotowanie zasadzki trwało sześć godzin.

„Chrobry” i „Łokietek” miały zejść głęboko za planetę. „Jagiełło” z „Sobieskim” schować emisję po przeciwnej stronie pierścienia. „Kazimierz Wielki” został na zewnętrznej trajektorii jako przynęta: samotny ciężki okręt prowadzący dwa uszkodzone niszczyciele i zachowujący się tak, jakby zgubił resztę floty.

Najważniejszy był ślad pozostawiony w przestrzeni.

Polacy wykonali serię krótkich przejść, świadomie powtarzając parametry, które Twórcy nauczyli się rozpoznawać. Każdy skok obciążał cewki i ludzi. Po drugim przejściu temperatura jednego z pierścieni napędu „Chrobrego” przekroczyła normę o osiem stopni. Główny mechanik zażądał dwudziestu minut.

— Masz dwanaście — odpowiedział Rudzki.

— To niech pan sam wejdzie pod osłonę.

Zasada słyszał rozmowę.

— Dostaje dwadzieścia.

— Panie admirale, okno…

— Jak cewka puści, będziemy mieli okno długości reszty życia.

Mechanicy otworzyli panele jeszcze przy gorącym metalu. Para chłodziwa rozlała się po podłodze. Jeden z ludzi wsunął się pod zespół pierścienia aż po biodra. Po chwili z wnętrza dobiegło przekleństwo.

— Co? — zapytał kierownik.

— Uszczelka się przemieściła.

— Ile?

— Trzy milimetry.

— Przez trzy milimetry robi nam osiem stopni?

— Trzy milimetry czasem zabijają całe rodziny.

Zasada odszedł, zanim rozmowa zmieniła się w wykład o tolerancjach.

Przed ostatnim przejściem przeszedł przez dolne pokłady. Na mostku wszystko stawało się symbolem: zielona ikona okrętu, procent mocy, numer sekcji. Z mesy ciągnęło jedzeniem. Rury odpowiadały na zmiany ciągu głuchym pukaniem. W mesie ktoś zasnął z głową na stole, trzymając łyżkę w zaciśniętej dłoni. Na korytarzu dwie sanitariuszki pchały skrzynie z osoczem do drugiego punktu medycznego.

Radecka stała przy otwartej sali operacyjnej. Sprawdzała mocowania stołu.

— Pani też uważa, że przesadzamy? — zapytał Zasada.

— Z czym?

— Z przygotowaniem.

Radecka pociągnęła za pas, aż metalowy zatrzask zaskoczył.

— Po pierwszym rannym wszyscy będą uważać, że przygotowaliśmy za mało.

— Pocieszające.

— Medycyna wojskowa rzadko służy do pocieszania.

Na stoliku obok leżały worki krwi opisane dużymi literami. Zasada pamiętał, jak jeszcze przed startem doktor kłóciła się o dodatkowy zapas AB minus.

— Dostała pani swoje sześć litrów?

— Osiem. Ukradłam miejsce drukarkom do odczynników.

— Oficjalnie?

— Oficjalnie dokonałam korekty logistycznej.

— Brzmi legalnie.

— Dlatego piszemy raporty.

Dalej czuć było pot. W hangarze piloci sprawdzali Sokoły, a żołnierze GROM-u przypinali wyposażenie do Borsuków. W tej części okrętu każde uderzenie narzędzia przenosiło się po konstrukcji jak odległy strzał.

Michał Cichy stał przy automacie z wodą. Ręce drżały mu na tyle, że za drugim razem uderzył kubkiem o metalową dyszę.

Zasada zatrzymał się obok.

— Pierwsza wyprawa?

— Tak jest, panie admirale.

— Pierwsza bitwa?

Cichy spojrzał na niego i odpowiedział ciszej.

— Tak jest.

— Boisz się?

Młody oficer przełknął ślinę.

— Tak.

Zasada wziął drugi kubek. Woda miała smak plastiku i minerałów z obiegu.

— Dobrze.

Cichy wyglądał na zaskoczonego.

— Pan też?

Pytanie wyrwało mu się za szybko. Na moment zesztywniał, jakby czekał na reprymendę.

Zasada dopił wodę.

— Strach jest informacją. Problem zaczyna się, kiedy człowiek uważa, że go nie czuje albo pozwala mu trzymać ręce na sterze.

— Czyli pan też się boi.

— Płacą mi za podejmowanie decyzji w takim stanie.

Cichy uśmiechnął się krótko.

— Myślałem, że admirałom płacą więcej.

— Dlatego boimy się drożej.

Zasada zostawił go przy automacie i poszedł dalej.

W sektorze mieszkalnym minął drzwi kajuty Kurka. Bosman siedział przy stole z kluczem serwisowym w dłoni, choć żadne urządzenie w pomieszczeniu nie było otwarte. Patrzył na ekran z ostatnią wiadomością od Mai. Dziewczynka pokazywała do kamery stary klucz trzynastkę, który dostała przed startem.

Kurek zauważył admirała i wyłączył obraz.

— Przepraszam.

— Za co?

— Powinienem być w maszynowni.

— Jest pan po wachcie.

— Człowiek po wachcie też może coś naprawić.

Zasada spojrzał na wygaszony ekran.

— Czasem może też siedzieć.

Kurek odłożył klucz.

— To gorzej wychodzi.

Godzinę później wszystkie sekcje zamknęły grodzie bojowe.

„Kazimierz Wielki” odszedł na niskim ciągu, ciągnąc za sobą dwa niszczyciele. Z daleka wyglądał jak ciężki okręt, który zbyt późno zauważył zagrożenie i szukał drogi ucieczki.

Pozostałe cztery Katamarany osiadły w cieniach planety i pierścienia. Reaktory zeszły tak nisko, że na mostku część systemów pracowała z rezerwowych szyn energetycznych. Klimatyzacja zwolniła. Po dwudziestu minutach powietrze zrobiło się cięższe i cieplejsze.

Rosiak postawił obok stanowiska kubek kawy. Płyn drżał lekko przy każdym impulsie pomp.

— Dziewięć minut — powiedział.

Na ekranie pozostawała czerń.

Minęła dziesiąta.

Wierzbicka pochyliła się nad wykresem. Jej palec zatrzymał się na drobnym załamaniu tła.

— Mam zmianę.

Pierwsze zniekształcenie rozwinęło się na osi dokładnie tam, gdzie czekała przynęta.

Zasada poczuł zimno pod kołnierzem munduru.

Rosiak przesunął kubek dalej od konsoli.

— Są.

Rozdział 8. Zasadzka

Deformacja otworzyła się niemal dokładnie w przygotowanym miejscu.

Pierwszy wyszedł rtęciowy krążownik. Za nim dwa mniejsze okręty, potem uszkodzona Kula. Jej powierzchnia falowała powoli, jakby ogromna konstrukcja jeszcze szukała właściwego kształtu po przejściu. Kolejne jednostki rozsuwały się za nią, zachowując szeroki wachlarz osłony.

— Jeszcze — powiedział Zasada.

Na „Kazimierzu Wielkim” komandor Marek Sadowski patrzył na znaczniki zbliżającego się przeciwnika. Katamaran odchodził na niskim ciągu. Dwa prowadzone niszczyciele emitowały celowo zbyt dużo ciepła, udając jednostki z problemami chłodzenia.

Porucznik Natalia Boroń siedziała przy nawigacji z dłońmi płasko opartymi o pulpit.

— Pierwszy krążownik wchodzi pod linię pierścienia.

— Widzę.

— Drugi też.

Sadowski czuł pot spływający po plecach. Chciał zwiększyć ciąg. Każdy instynkt dowódcy krzyczał, żeby ruszyć przed ciężką jednostką zdolną przeciąć kadłub jednym impulsem.

— Jeszcze trochę — powiedziała Boroń.

— Jak będziesz mnie pocieszać, zacznę się bać.

— Już się pan boi.

Spojrzał na nią.

— I dzięki temu nadal siedzimy w jednym kawałku.

Kula przesunęła się za krawędź gazowego olbrzyma. Masa planety odcięła jej część pola obserwacji.

Na „Chrobrym” Rosiak spojrzał na admirała.

— Cała grupa weszła.

Zasada widział na mapie własne okręty ukryte w cieniu. Pięć Katamaranów. Niszczyciele. Sokoły czekające w zamkniętych hangarach. Tysiące ludzi, których wyprowadził z Sol pod nazwą „Zemsta”.

Oparł dłoń na krawędzi stołu.

— Teraz.

Cztery sektory przestrzeni rozbłysły równocześnie.

„Chrobry” i „Łokietek” wyszły zza planety. „Jagiełło” podniósł się ponad płaszczyznę pierścienia, „Sobieski” wszedł od strony gwiazdy, a „Kazimierz Wielki” przerwał pozorowany odwrót.

Pięć Katamaranów zaczęło obracać całe kadłuby. Przy tej masie manewr był powolny i brutalny. Kompensatory weszły na wyższą moc, podłogi zadrżały, w zamkniętych sekcjach odezwały się pompy chłodziwa.

Główne działa nie miały wież. W osi każdego z dwóch bojowych kadłubów biegła tuba akceleratora. Dziesięć tub musiało najpierw spojrzeć tam, gdzie za chwilę miała umrzeć materia.

— „Chrobry”, dwie na Kulę. „Kazimierz”, dwie na ten sam sektor. „Łokietek”, lewa na Kulę, prawa na krążownik. Reszta bierze eskortę — rozdzielił Zasada.

Na stanowiskach artyleryjskich zapaliły się zielone potwierdzenia. W komorach głównych formowały się mikroskopijne osobliwości, utrzymywane przez pola na granicy stabilności.

— Tuby gotowe.

Zasada oparł dłoń na krawędzi stołu.

— Ogień.

Nie dało się zobaczyć lotu pocisku. Najpierw zgięły się gwiazdy wokół Kuli. Potem jej osłona zapadła się w pięciu miejscach naraz.

Pierwsza osobliwość rozdarła warstwę pola. Druga wcisnęła fragment rtęciowej powierzchni do wnętrza. Trzecia i czwarta weszły niemal w tę samą ranę; materia zwinęła się wokół punktów trafienia, jakby ktoś ścisnął ją niewidzialnymi palcami. Piąty strzał przeszedł przez jeden z pierścieni synchronizacji.

Równocześnie pozostałe tuby uderzyły w eskortę. Jeden krążownik stracił dziób bez klasycznej eksplozji. Jego pancerz zgiął się ku środkowi, a później pękł od naprężeń. Drugi zniknął na moment za własnym zniekształceniem pola i wrócił na sensory jako dwa osobne fragmenty.

Kula nadal miała energię, lecz w pierwszej sekundzie straciła zdolność do złożenia spójnej osłony. Rana po salwie rosła sama. Całe sekcje powierzchni zaczęły osuwać się do środka.

— Główne puste — zameldował artylerzysta. — „Chrobry” dziewięć minut czterdzieści. „Kazimierz” dziesięć dwadzieścia. Pozostali od ośmiu do dwunastu.

Zasada nawet nie spojrzał na liczniki.

— Burtowe przejmują. Eskorta naprzód. Nie dać im wykorzystać naszego chłodzenia.

Twórcy odpowiedzieli po kilkunastu sekundach.

Jeden z krążowników zwęził dziób. Metal spłynął wokół otworu emitera jak ciekła skóra, a przestrzeń między nim a „Sobieskim” przecięła jasna linia. Osłona Katamarana przygasła na całej lewej burcie.

Drugi krążownik poszedł na polskie niszczyciele.

ORP „Błyskawica II” znalazł się na jego osi.

Cichy zobaczył wiązkę na swoim ekranie sekundę przed trafieniem.

— „Błyskawica”, odejść! ODEJŚĆ!

Okręt zaczął obrót.

Za późno.

Wiązka przecięła śródokręcie.

Kadłub otworzył się od góry do dołu. Na obrazie z optyki „Chrobrego” można było przez kilka sekund oglądać przekrój wnętrza: rury, korytarz, fragment mesy, porzucony stół i dwa fotele. Powietrze wyrwało się w próżnię białą chmurą. Wraz z nim poleciały drobne przedmioty i ludzie.

Jedna sylwetka została w fotelu. Pas trzymał ciało, a fotel obracał się razem z oderwaną sekcją. Włosy człowieka rozeszły się wokół głowy. Kamera zgubiła obraz, gdy rufa „Błyskawicy” zasłoniła ranę.

Michał Cichy przestał oddychać.

Rosiak uderzył go otwartą dłonią w ramię.

— Kontakt z rufą.

Cichy przełknął ślinę i wrócił do konsoli.

— Rufowa sterownia odpowiada. Śródokręcie martwe. Dziób ma ciśnienie w dwóch sekcjach.

— „Warmia” do ratunku — rozkazał Zasada. — Osłona na nich.

„Warmia” zmieniła wektor, idąc pod ogniem w stronę dwóch fragmentów niszczyciela.

Twórcy próbowali dobić wrak. „Łokietek” wszedł pomiędzy nich, przyjmując impuls na dolne emitery. Cały mostek Katamarana zadrżał. W „Chrobrym” odpowiedziały na to sprzężone pola; kubek Rosiaka przewrócił się, a zimna kawa wsiąkła w szczelinę pod konsolą.

— Dwa emitery dziobowe przeciążone.

— Rezerwa.

— Wchodzi.

Główne tuby Katamaranów nadal chłodziły się po pierwszym strzale. Czerwone liczniki schodziły zbyt wolno, więc walkę przejęły baterie burtowe i eskorta.

Działa szynowe waliły w rozwarte sektory Kuli pakietami wolframowymi. Fuzyjne emitery trzymały jej mniejsze jednostki z dala od „Warmii”. Niszczyciele skakały krótkimi odcinkami, pojawiały się pod innym kątem, oddawały salwę i odchodziły, zanim przeciwnik zdążył domknąć namiar.

Kula była już wyłączona z właściwej walki. Energia wciąż płynęła przez jej wnętrze, lecz pierwsza salwa osobliwościowa złamała geometrię konstrukcji. Każda kolejna sekunda pogłębiała uszkodzenie.

— W ranę. Wszystko, co ma czysty wektor — powiedział Zasada.

Wolfram i ogień fuzyjny weszły w rozpruty środek. Jeden z pierścieni obronnych zerwał mocowania i odpłynął, obracając się coraz szybciej.

Kula konała jeszcze przez cztery minuty. Fioletowe wyładowania biegły po powierzchni, gasły i wracały w innych miejscach. Część kadłuba zapadła się do środka. Na końcu na mapie został chaotyczny obłok masy i kilka zimnych fragmentów.

Żaden z Katamaranów nie zdążył w tym czasie ponownie użyć głównych tub.

Dwa krążowniki Twórców próbowały wyjść ze „Studni”. „Sobieski” dopadł pierwszy. Drugi wyrwał się na zewnętrzny wektor ze zniszczoną częścią rufy.

Rudzki podniósł głowę.

— Możemy puścić za nim dwa niszczyciele.

Zasada spojrzał na „Warmią” przy resztkach „Błyskawicy”, na przegrzane cewki własnych Katamaranów i na sektor, w którym zniknął przeciwnik.

— Zostaje. Ratować swoich.

Nie zamierzał rozrywać szyku dla jednego celu, gdy pod jego okrętami umierali ludzie.

Pierwsze promy medyczne dotarły do „Chrobrego” jeszcze przed końcem walki.

Radecka usłyszała otwierający się rękaw dokowy. Do izby przyjęć wdarło się chłodniejsze powietrze niosące smród spalenizny.

Na pierwszych noszach leżał marynarz z przeciętym kombinezonem. Samouszczelniająca warstwa zacisnęła ranę od barku do biodra, lecz pod przejrzystą membraną gromadziła się ciemna krew.

— Ciśnienie siedemdziesiąt na czterdzieści. Odma lewa. Fragment konstrukcji w brzuchu.

— Stół jeden. Dwa wkłucia. O ujemna, potem syntetyk.

Drugie nosze przywiozły kobietę bez lewej dłoni. Była przytomna. Krew zaschła jej na brodzie po przygryzieniu języka.

— Sekcja cztery — mówiła. — Marek był za grodzią. Powietrze poszło…

Radecka uklękła przy niej.

— Jak ma na nazwisko?

Kobieta podała nazwisko.

Pielęgniarka zapisała je na liście do sprawdzenia.

— Znajdą go — powiedziała Radecka.

— Pani nie wie.

— Wiem, że sprawdzą.

Tyle mogła obiecać.

W sąsiednim rękawie ktoś krzyczał podczas cięcia pancerza. Po chwili lek wyciszył głos. Drukarka tkankowa ruszyła z wysokim piskiem. Z buta ratownika kapał płyn z uszkodzonej hydrauliki; na podłodze mieszał się z krwią i znikał w tej samej szczelinie odpływowej.

Po dwunastu minutach osiem dodatkowych litrów krwi, o które Radecka walczyła przed startem, przestało wyglądać jak przesada.

Na mostku raport strat zmieniał się co kilka minut.

Czterdziestu trzech zabitych.

Potem pięćdziesięciu jeden.

Ponad stu rannych.

Za każdym numerem sekcji pojawiało się nazwisko.

Zasada wyszedł do małej toalety za mostkiem. Odkręcił zimną wodę i obmył twarz. Palce drżały tak mocno, że ochlapał mundur. Oparł obie dłonie o umywalkę i patrzył na człowieka w lustrze.

W ustach czuł żółć. Filtry okrętu przepuszczały słaby zapach spalonego tworzywa.

Po kilku sekundach wrócił na mostek.

Cichy nadal siedział przy sensorach. Był blady, ale ręce pracowały już pewnie.

Zasada stanął za jego fotelem.

— Wszystko w porządku?

Cichy przez chwilę patrzył na ekran.

— Nie wiem, panie admirale.

— Dobra odpowiedź.

Admirał podszedł do stołu taktycznego.

— Zabezpieczyć szczątki. Wszystko, co ma pamięć, napęd albo nieznaną strukturę pola. Przygotować raport do Sol.

Na ekranie „Warmia” wyciągała ostatni prom ratunkowy spod obracającej się rufy „Błyskawicy”.

Rozdział 9. Wiadomość do domu

Szczątki Kuli zachowywały się jak maszyna, która jeszcze nie przyjęła własnej śmierci.

Największy fragment pancerza wisiał trzy kilometry od „Chrobrego”, zamknięty pomiędzy dwoma polami holowniczymi. Miał powierzchnię czarną w cieniu i srebrną pod światłem gwiazdy. Co kilka minut zmieniał temperaturę bez widocznego źródła energii. Przecięta wiązka przewodząca próbowała domknąć obwód przez wszystko, co zbliżało się do jej końca.

Pierwszy robot serwisowy stracił manipulator.

Maszyna dotknęła fragmentu sondą. Obca struktura zacisnęła się wokół ramienia i odcięła je równą linią. Technik oglądał zapis klatka po klatce.

— Martwy kawałek okrętu amputował robotowi rękę.

Wierzbicka stała obok z tabletem.

— W raporcie będzie „reakcja resztkowa struktury aktywnej”.

— Brzmi mniej groźnie.

— Po to ludzkość wynalazła język urzędowy.

Zasada kazał zwiększyć dystans pól i przenieść pracę całkowicie na zewnętrzne stanowiska. Chciał wysłać do Sol próbki, a nie kolejnych rannych.

Wybrali trzy elementy: fragment modułu napędowego z krążownika, część czarnej warstwy pancerza oraz segment rdzenia sensorycznego Kuli. Każdy zamknięto w osobnym kontenerze z mechanicznym odcięciem, własnym źródłem energii i systemem, który w razie aktywacji miał wyrzucić cały ładunek w przestrzeń.

Ossendowski obserwował przygotowania z miną człowieka, któremu właśnie wywożą laboratorium.

— Powinniśmy zatrzymać więcej.

— Sol ma WAT, stocznie i setki ludzi — odpowiedział Zasada.

— My mamy materiał świeży.

— My mamy też misję, która może skończyć się bez powrotu. Ktoś poza nami powinien wiedzieć, czego dotknęliśmy.

Profesor spojrzał na szczątki.

— Tego jeszcze nie dotknęliśmy. Robot próbował.

— I stracił rękę. To wystarczająca recenzja.

Do kontenerów dołączono pełny raport z bitwy, telemetrię, zapis zmian czasu wejścia przeciwnika po kolejnych skokach i nagrania z „Błyskawicy II”. Osobny pakiet zawierał listę zabitych oraz stan rannych.

Kotwica łączności miała otworzyć kanał tak wąski, że przejdą przez niego jedynie małe zasobniki i dane. Pełna brama wymagałaby geometrii, której wyprawa nie chciała zdradzać w obcym terytorium.

Przygotowania trwały trzy godziny.

Wtedy Rosiak przyszedł do Zasady z jeszcze jednym katalogiem.

— Wiadomości prywatne.

Admirał spojrzał na liczbę plików.

— Skąd to się wzięło?

— Załoga dowiedziała się, że otwieramy kanał. Ktoś powiedział komuś. Mamy czterysta osiemdziesiąt trzy nagrania i przybywa.

— Regulamin przewiduje przesył osobisty?

— Regulamin nie przewidywał połowy rzeczy, które robimy od startu.

Zasada uniósł wzrok.

Rosiak wzruszył ramionami.

— Sami ustalili limit. Trzydzieści sekund.

— Dlaczego trzydzieści?

— Bo przy minucie kolejka zaczęła wyglądać jak ewakuacja lotniska.

Zasada przez chwilę patrzył na katalog.

— Wysłać.

Wieść przeszła po okrętach natychmiast.

Przy terminalach pojawili się ludzie, którzy przez kilka dni udawali przed sobą, że dom jest tylko współrzędną na mapie. Teraz próbowali zmieścić go w trzydziestu sekundach.

Najdłuższa kolejka ustawiła się obok medycznego.

Ranni nagrywali wiadomości przed operacją. Jeden marynarz miał obie ręce unieruchomione i poprosił pielęgniarkę, żeby ustawiła ekran. Przez pierwsze dziesięć sekund patrzył w kamerę i oddychał przez maskę tlenową.

— Anka… jestem cały.

Pielęgniarka zerknęła na opatrunki i odwróciła wzrok.

— Prawie cały. Jak zadzwoni szpital, odbierz. Kocham cię.

Inny mężczyzna kasował nagranie sześć razy. Za każdym dochodził do słowa „mamo” i głos mu pękał.

Na trzecim pokładzie młody mechanik nagrał wyłącznie wnętrze kajuty. Kubek przyklejony rzepem do stołu, zdjęcie psa, otwarta szafka i brudna skarpeta zaczepiona o kratkę wentylacyjną.

— Jak wrócę, posprzątam — powiedział zza kamery.

Wysłał właśnie to.

Kurek siedział sam.

Położył terminal na stole. Włączył kamerę i przez kilkanaście sekund patrzył w mały obiektyw.

— Maja…

W tle syczała instalacja chłodzenia.

— Klucz masz trzymać. Dziadek nosił go na morzu, ja miałem w stoczni. Ty go zgubisz, bo masz talent po matce, ale spróbuj chociaż później znaleźć.

Uśmiechnął się i od razu spoważniał.

— Automat z kawą nadal zepsuty. Czyli świat trzyma się normy. Powiedz mamie, że…

Na ekranie zostało pięć sekund.

Kurek zaklął.

— Kocham was. Wrócę.

Kamera zgasła.

Przez chwilę siedział bez ruchu. Potem odsunął terminal i poszedł na wachtę.

Radecka otworzyła pusty formularz wiadomości. Jej brat mieszkał na Ziemi. Od sześciu lat rozmawiali wyłącznie przez życzenia świąteczne wysyłane z obowiązku.

Pielęgniarka zatrzymała się w drzwiach.

— Pani doktor?

Radecka zamknęła formularz.

— Jak wrócę, powiem mu osobiście.

— A jak on będzie chciał coś powiedzieć teraz?

Radecka spojrzała na nią.

Po chwili ponownie otworzyła kamerę.

Nagranie trwało jedenaście sekund.

— Tomek. Żyję. Miałeś rację z tamtą sprawą o ojca. Jak wrócę, dokończymy kłótnię. Nie umieraj wcześniej.

Wysłała bez odsłuchiwania.

Zasada nagrał raport służbowy. Gdy terminal zaproponował drugi kanał opisany jako PRYWATNY, przez moment patrzył na migający kursor. Jego żona nie żyła od lat. Córki nie miał. Rodzice odeszli wcześniej.

Zamknął okno.

O 03:14 czasu pokładowego kotwica była gotowa.

Trzy zasobniki przesunięto do wyrzutni. Wąska deformacja otworzyła się przed nimi jak ciemniejsze miejsce w czerni. Nie było rozbłysku ani huku. Pierwszy kontener zniknął. Potem drugi. Trzeci zabrał wiadomości załóg.

Operator odczekał kilka sekund.

— Kanał zamknięty. Pakiet przyjął właściwy wektor.

— Potwierdzenie po drugiej stronie?

— Dostaniemy tylko automatyczny impuls, jeśli kotwica Sol go złapie.

Minęło dwadzieścia siedem sekund.

Na konsoli zapaliła się zielona kreska.

Nikt nie klaskał. Kilku ludzi wypuściło powietrze.

Zasada patrzył w miejsce, w którym zniknął ostatni zasobnik. Gdzieś daleko ktoś otworzy kontener, zobaczy obcy pancerz, przeczyta listę nazwisk i usłyszy trzydzieści sekund głosu człowieka, którego od tygodni nie widział.

— Kurs pierwotny — powiedział.

„Chrobry” obrócił się pierwszy. Pozostałe Katamarany poszły za nim.

Rozdział 10. Echo

Dwanaście dni po zasadzce flota weszła do układu czerwonego karła.

Gwiazda miała barwę starego żelaza. Świeciła słabo, jak palenisko zasypane popiołem. Trzy planety krążyły blisko niej, dalej ciągnął się szeroki pas odłamków. Żadna powierzchnia nie dawała śladu miast, a pasywne odbiorniki łapały wyłącznie promieniowanie gwiazdy i własny szum elektroniki.

Na „Chrobrym” po skoku przez kilka minut słychać było wentylację, pompę obiegu chłodziwa i ciche kliknięcia operatorów. Po bitwie każdy czekał na sygnał trochę dłużej, niż wymagała procedura.

Na stole nawigacyjnym biegł archiwalny kierunek złożony z dawnych marsjańskich tras, zapisów Argusów i analiz wykonanych w czasach, gdy Oko Przeszłości pozostawało jeszcze dostępne badaczom na Ziemi. Artefakt nie leciał z flotą. Zasada zabrał tylko kopie danych i współrzędne, których sens wciąż trzeba było sprawdzać po ludzku.

Wierzbicka powiększyła ślad po ostatnim wyjściu.

— Mamy powtórzenie.

— Tego z „Studni”? — zapytał Rosiak.

— Inny kształt. Słabszy.

Na wykresie widniał cienki ząb pojawiający się sekundę po zamknięciu korytarza.

Zasada oparł dłonie o stół.

— Odległość?

— Rozwiązanie się rozpada. Źródło mogło być przy nas albo kilka jednostek astronomicznych dalej.

Rudzki przesunął palcem po mapie.

— Okręt, który uciekł z zasadzki?

— Możliwe — powiedziała Wierzbicka. — Tyle że ten sygnał ma inną charakterystykę.

— Czyli co?

— Ktoś albo coś dotknęło naszego śladu.

Zasada spojrzał na czerwony układ. Pusta przestrzeń działała na niego gorzej niż widoczny przeciwnik. Wróg na ekranie miał odległość, prędkość i czas dojścia. Pustka mogła kryć wszystko, co jeszcze nie miało nazwy.

— Ćmy — powiedział.

Rudzki skinął głową.

Ćmy były małymi kapsułami zwiadowczymi o minimalnej emisji. Nie miały broni. Miały baterie, pasywne sensory, prostą optykę i procedurę, która w razie wykrycia czegoś obcego potrafiła wysłać sześć bajtów nawet podczas umierania.

Cztery wysunęły się z bocznych wyrzutni „Chrobrego”. Jedna poszła wysoko nad drugą planetę, dwie w pas odłamków, czwarta została za flotą na osi wejścia.

Katamarany rozsunęły się po systemie. „Łokietek” i „Kazimierz Wielki” zajęły skrajne pozycje. Niszczyciele pozostały w hangarach, z reaktorami utrzymanymi na ciepłym minimum. Po „Błyskawicy” nikt już nie chciał wystawiać lekkich jednostek bez powodu.

Pierwsza Ćma odezwała się po dwudziestu trzech minutach.

— Anomalia termiczna na planecie drugiej — zameldował Rosiak.

Na ekranie pojawiła się szara kula z cienką atmosferą i rozległymi polami lodu. Północną półkulę przecinały stare kratery. Pod jednym z lodowych płaskowyżów świecił równy pierścień ciepła.

— Wulkanizm? — zapytał Rudzki.

Ossendowski pochylił się nad obrazem.

— Wulkany mają paskudny zwyczaj nie trzymać idealnego okręgu przez tysiące kilometrów kwadratowych.

— Średnica źródła sto dziewięćdziesiąt metrów — dodał Rosiak. — Temperatura stabilna.

— Elektromagnetyka?

— Śladowa.

Zasada przesunął kamerę sondy bliżej.

Warstwa lodu stała się przezroczysta w modelu radarowym. Pod nią pojawiły się ciemne tunele biegnące promieniście od centralnego rdzenia. Część schodziła tak głęboko, że skan tracił rozdzielczość.

— Sześć kilometrów pewnej konstrukcji — powiedział Rosiak. — Dalej mamy tylko cienie.

Rudzki skrzywił się.

— Stacja?

— Stacja, fabryka albo urządzenie, dla którego sześć kilometrów jest jednym pokojem — odparł Ossendowski.

Zasada podjął decyzję po chwili.

— Cztery Sokoły. Optyka, pasywne sensory, roboty. Ludzie zostają w powietrzu.

Major Wiktor Brzeziński poprowadził formację w dół.

Należał do pokolenia pilotów szkolonych już po katastrofach Vane’a, Kosy i Siwego. Jego Sokół nadal czytał ruch i zamiar, ale warstwa neuronalna miała ograniczenia, których wcześniejsze maszyny nie znały. Konstruktorzy oddali część szybkości w zamian za większą szansę, że pilot po locie pozostanie sobą.

Planeta rosła pod nim jak szary kamień. Wąskie światło czerwonej gwiazdy barwiło lód na rdzawo.

— Grom Jeden do „Chrobrego”. Widzę miejsce.

Na ekranie mostka pojawił się obraz idealnego kręgu. Lód kończył się przy czarnej powierzchni o średnicy kilkuset metrów. Pył leżał na niej cienką warstwą, lecz nie wnikał w materiał.

Brzeziński zszedł niżej.

— Temperatura powierzchni dziewięćdziesiąt stopni ponad otoczeniem. Pod spodem pracuje coś dużego.

— Ruch?

— Brak.

— Trzymaj dystans.

Sokół przesunął się nad centralnym pierścieniem. Skan pokazał tunel biegnący trzydzieści kilometrów pod lodem, potem następny. Geometria przypominała układ naczyń rozchodzących się po skorupie planety.

— To może obsługiwać cały świat — powiedział Brzeziński.

Ossendowski uniósł głowę.

— Albo kiedyś obsługiwało.

W tym samym momencie Rosiak odwrócił się od głównego obrazu.

— Tylna Ćma.

— Co z nią?

— Straciliśmy telemetrię.

Wierzbicka przejęła sektor. Oś wejścia była pusta.

— Awaria?

— Zasilanie było nominalne do ostatniej klatki. Brak przegrzania i przeciążenia.

Rudzki otworzył gotowość bojową.

— Pozycja utraty?

— Dwanaście milionów kilometrów za nami. Dokładnie na śladzie przejścia.

Przez kilka sekund nic się nie wydarzyło.

Potem martwa Ćma wróciła na kanał.

Przesłała sześć bajtów.

IDENTYFIKACJA: OBCY OBIEKT

Sygnał urwał się.

W hangarach „Chrobrego” ruszyły pompy paliwowe niszczycieli. Grodzie otworzyły się do pozycji bojowej. Pancerne segmenty dział obróciły w stronę rufy floty.

Brzeziński nadal wisiał nad lodowym płaskowyżem.

— Wracamy?

Zasada spojrzał najpierw na pustą przestrzeń za sobą, potem na czarny krąg pod Sokołami.

— Natychmiast.

Formacja zaczęła wznoszenie.

Kiedy pierwszy Sokół minął dziesięć kilometrów wysokości, lód pod nimi pękł.

Pęknięcie pobiegło idealnym okręgiem. Czarna powierzchnia uniosła się o kilka metrów. Pod spodem przez sekundę mignęła ciemność głębsza od szczeliny w lodzie i wąski pas fioletowego światła.

Brzeziński odruchowo zwiększył ciąg.

Pokrywa zatrzymała się, jakby ktoś sprawdził, czy droga jest wolna.

Po chwili opadła.

Lód zaczął zsuwać się na krawędź.

Rudzki patrzył na zapis.

— To nas widziało.

Zasada przesunął mapę na archiwalny kierunek prowadzący dalej.

— Ta trasa żyje — powiedział.

Tego zdania nikt na mostku nie uznał za dobrą wiadomość.

Rozdział 11. Martwa gwiazda

Czerwony układ został za nimi trzy godziny później.

Ćmy rozsiane po pasie odłamków wróciły albo zostały samozniszczone po zebraniu danych. Czwarta przepadła wraz z tym, co wykryła na śladzie wejścia.

Rosiak odtwarzał jej ostatnie pół sekundy po raz jedenasty. Obraz pokazywał kilka gwiazd i delikatne wygięcie jednej z nich, jak przy słabym soczewkowaniu grawitacyjnym. W następnej klatce sonda wysłała identyfikację i zamilkła.

Na odprawie Ossendowski zatrzymał nagranie.

— Obiekt mógł mieć rozmiar naszej sondy albo krążownika. Pasywna optyka widziała jedynie wpływ masy na tło.

— A identyfikacja? — zapytał Rudzki.

— Algorytm rozpoznał wzorzec, którego uczono go na danych Twórców. Sześć bajtów i koniec.

— Czyli Twórca.

Profesor skrzywił się.

— Czyli coś podobnego w sześciu bajtach. To jest różnica, za którą ludzie czasem płacą życiem.

Zasada przesunął na drugi ekran model kompleksu pod lodem.

— Rdzeń?

Inżynier Walczak podniósł raport.

— Moc rzędu kilku terawatów. Na powierzchni uciekało bardzo mało ciepła. Energia pracowała głęboko albo była odprowadzana metodą, której nasze sensory nie łapią.

— Funkcja?

Walczak rozłożył ręce.

— Urządzenie planetarne. Klimat, geologia, transport, zasilanie. Każda z tych odpowiedzi pasuje i każda może być błędna.

— Wreszcie precyzja — mruknął Ossendowski.

Zasada zachował współrzędne i zamknął temat. Wrócą tam, jeśli kiedyś będą mieli czym wracać.

Załogom dał dwanaście godzin odpoczynku przed następnymi skokami.

Na pokładach wróciły zwykłe odgłosy. Kuchnia wydała gorącą zupę. Piekarnia wypuściła chleb, który pachniał tak intensywnie, że kolejka ustawiła się jeszcze przed otwarciem podajnika. Mechanicy rozebrali emiter osłony. W hangarze piloci spali na matach między Sokołami, bo zbrojeniowcy chcieli mieć maszyny otwarte do kontroli.

Zasada przeszedł dwa pokłady piechotą.

Przy warsztacie Borsuków dwóch żołnierzy przenosiło przewód chłodzenia w wieżyczce.

— Problem? — zapytał.

Jeden leżał pod pojazdem i odpowiedział bez wstawania.

— Projektant dał prowadnicę amunicji trzy centymetry za blisko rury. Po pięćdziesięciu strzałach rura mięknie.

— Macie zgodę konstruktora na zmianę?

Spod pancerza wychyliła się brudna twarz.

— Powiemy mu po pierwszej bitwie, w której strzelimy pięćdziesiąt razy.

Zasada skinął głową.

— Jeżeli przeżyje, będzie miał materiał do poprawki.

Dwanaście godzin później pięć Katamaranów wyszło przy żółtej gwieździe.

Trzy skaliste planety krążyły blisko niej. Dalej dwa gazowe olbrzymy. Sensory przez pierwszą minutę szukały aktywnych źródeł energii.

— Czysto — zameldował Rosiak.

Zasada powiększył drugą planetę.

Prawie ziemska średnica. Cienka atmosfera. Powierzchnia koloru spalonego węgla.

Na południowym kontynencie biegły jasne smugi, długie na setki i tysiące kilometrów. Wyglądały jak blizny zastygłe w szkle.

Ossendowski podszedł bliżej.

— To były oceany.

— Skąd pan wie?

Profesor wskazał dawne linie brzegowe. Wyschnięte baseny zajmowały połowę półkuli. W kilku miejscach zachowały się sieci dawnych rzek, kończące się obecnie na czarnej równinie.

— Woda zniknęła szybko w skali geologicznej — powiedział. — Zbyt szybko, żeby rzeki zdążyły przebudować układ.

Wierzbicka powiększyła jedną z jasnych smug.

Dolina miała prawie dwa tysiące kilometrów długości. Jej brzegi stopiły się do szkliwa.

Rudzki zaklął.

— To broń?

Ossendowski długo patrzył na obraz.

— Albo narzędzie przemysłowe użyte jak broń. Dla ludzi pod nim różnica była akademicka.

Flota zeszła na wysoką orbitę.

Sondy ruszyły nad powierzchnię.

Pierwsze ruiny znaleziono przy dawnym wybrzeżu.

Z góry miasto wyglądało jak jaśniejsza plama na czarnym gruncie. Po zbliżeniu pojawiły się ulice, fundamenty, obalone kopuły i szeregi konstrukcji ustawionych wzdłuż kanałów, które od tysięcy lat prowadziły wyłącznie pył.

Brzeziński poleciał z trzema Sokołami niżej.

— Materiał ceramiczno-metaliczny. Temperatura otoczenia. Widzę dużo zawalonych wnętrz.

— Trzymaj się nad powierzchnią — powiedział Zasada.

Sokół przesunął się nad dawnym placem. W jego centrum stał wysoki pierścień pęknięty na pół. Jeden łuk tkwił w gruncie, drugi wznosił się kilkadziesiąt metrów nad ruinami.

Ossendowski porównał proporcje z bazą danych.

— Budowniczowie używali innej geometrii niż Marsjanie i Twórcy, których znamy.

— Brama? — zapytał Rudzki.

— Funkcja możliwa. Wymiary się nie zgadzają z niczym naszym.

Brzeziński zwolnił.

— Mam ślady biologiczne.

Na mostku kilka osób spojrzało w jego stronę.

— Aktualne? — zapytał Zasada.

— Mineralizacja. Dużo.

Kamera Sokoła zeszła niżej.

Przy ścianie jednego z budynków leżały wydłużone kształty pokryte pyłem. Po obróbce obrazu odsłoniły się szkielety. Część miała cztery kończyny. Inne sześć. Długie czaszki i szerokie klatki piersiowe różniły się od wszystkiego, co ludzie znali z Marsa.

Kości leżały tam, gdzie istoty upadły. Przy wejściach. W przejściu. Kilka w zwartym skupisku pod ścianą.

Rosiak przestał powiększać obraz.

— Ile?

— W tym sektorze kilkaset. Miasto ma setki kilometrów kwadratowych.

Ossendowski oparł palce o stół.

— Zginęli gwałtownie. Gdyby miasto wymierało przez pokolenia, ciała trafiłyby do pochówków, spalania, czegokolwiek, co robili z martwymi. Tutaj po prostu zostali.

Sokoły przeszły nad dzielnicą, której powierzchnia była jednolitą taflą szkła. Budynki kończyły się przy jej krawędzi, stopione do wysokości kilku metrów.

Brzeziński milczał dłużej.

— Widziałem takie brzegi po uderzeniu ciężkiej wiązki.

Zasada pomyślał o „Błyskawicy II”. O człowieku przywiązanym do fotela. O nazwie wyprawy.

Nazwa wyprawy wróciła do niego bez potrzeby odczytywania pierwszej strony odprawy.

Słowo smakowało inaczej nad światem, który ktoś już wcześniej ukarał do końca.

— Kontynuować skan. Bez lądowania — powiedział.

Dwie godziny później jedna z sond weszła nad dawny ocean.

Wyschnięty basen ciągnął się po horyzont. Dno miało miejscami strukturę czarnego szkła. W centralnej części radar odbił się od czegoś ogromnego pod warstwą pyłu.

Rosiak obrócił model.

Najpierw widać było tylko krzywiznę. Potem dwie równoległe krawędzie i urwany koniec konstrukcji.

— To kadłub — powiedział Rudzki.

Ossendowski zmierzył długość.

— Ponad dwa kilometry.

Wierzbicka porównała warstwy pancerza z zapisami Twórców.

— Inna konstrukcja.

Zasada podszedł bliżej.

Obiekt leżał wbity dziobem w dawne dno morza. Kadłub był przecięty w trzech miejscach równymi liniami. W jednym z pęknięć znajdowała się przestrzeń wystarczająco szeroka dla promu.

Na burcie powtarzał się znak: trzy pionowe bruzdy przecięte łukiem.

— Twórcy? — zapytał Rudzki.

Ossendowski potrząsnął głową.

— Raczej ich ofiary.

Zasada patrzył na wrak i czarne szkło wokół niego.

Martwy świat właśnie dostał pierwszego świadka od tysięcy lat.

— Przygotować grupę techniczną — powiedział. — Pełna kwarantanna. Żadnych połączeń z naszymi systemami.

— Schodzimy?

— Schodzimy.

Na ekranie martwa planeta obracała się powoli pod „Chrobrym”.

Rozdział 12. Świat po Ogrodnikach

Prom zszedł z orbity dwie godziny po odkryciu wraku.

Na wysokości kilkunastu kilometrów martwy ocean przestał wyglądać jak równina. Pod skośnym światłem gwiazdy pokazywał dawne grzbiety fal utrwalone w szkle, płytkie kratery po odłamkach i długie pasma spękań biegnące aż po horyzont. Czerń powierzchni połyskiwała w kilku odcieniach, jak zastygnięta smoła posypana popiołem.

Kapitan Irena Wilczek siedziała przy iluminatorze i patrzyła na wrak, który rósł pod promem. Z góry przypominał kość wielkiego zwierzęcia wbitego w dno wyschniętego morza. Dwa kilometry kadłuba, trzy równe przecięcia i jeden bok zasypany pyłem. W szczelinach leżał cień tak głęboki, że kamery musiały podbić obraz.

— Podejście siedemdziesiąt metrów od rozdarcia — powiedział pilot. — Grunt według radaru trzyma.

— Według radaru — powtórzył sierżant Głowacki.

— Ma pan coś przeciwko radarom?

— Tylko kiedy zapewniają mnie, że grunt na obcej planecie jest bezpieczny.

— Rozsądna nieufność. Proszę ją zachować po wyjściu.

Prom siadł ciężko. Pod podporami szkło pękło z suchym trzaskiem, który przeszedł przez kadłub jako drżenie. Za iluminatorami wzbił się pył, a potem zawisł w słabej grawitacji i osiadał tak wolno, że przez minutę wrak znikał za brunatną zasłoną.

Zespół liczył osiemnaście osób: technicy, archeolodzy wojskowi, dwóch biologów i sześciu żołnierzy osłony. Każdy kombinezon miał własny zamknięty obieg. Narzędzia owinięto w jednorazowe rękawy, próbki miały wrócić w pojemnikach z podwójną ścianą. Zasada zabronił łączenia obcych urządzeń z elektroniką promu. Wilczek dopisała od siebie prostszą zasadę: jeśli coś zacznie świecić, ruszać się albo mówić, najpierw cofają ręce.

Śluza otworzyła się na świat bez wiatru.

Pył skrzypiał pod podeszwami. Każdy krok pozostawiał matowy ślad na czarnym szkle. Nad nimi niebo miało barwę starej stali, a żółta gwiazda wyglądała blado przez zawieszoną wysoko warstwę krzemianowego pyłu. Wrak leżał pod kątem. Jego dziób wbił się głęboko w dno oceanu, rufa wystawała kilkadziesiąt metrów nad powierzchnię.

Wilczek zatrzymała się przy pierwszym przecięciu kadłuba. Krawędź była gładka na całej wysokości, od poszycia po wewnętrzne grodzie. Materiał miał kolor ciemnej kości i w świetle lamp pochłaniał większość odbicia.

— Temperatura? — zapytała.

— Jednolita — odpowiedział technik. — Cięcie stopiło powierzchnię tylko na kilka milimetrów. Dalej struktura wygląda, jakby ktoś usunął fragment materii razem z wiązaniami.

Głowacki przesunął światło po równej krawędzi.

— Ładny sposób zabijania.

— Skuteczny — powiedziała Wilczek. — Ładny zostawmy poetom.

Na burcie, pomiędzy warstwami pękniętej osłony, powtarzał się ten sam znak: trzy pionowe bruzdy przecięte łukiem. Załoga sfotografowała go z kilku odległości. Nikt nie próbował odczytywać go na miejscu.

Weszli przez rozdarcie.

Próżnia wewnątrz statku zachowała zapach poza ich zasięgiem, lecz kombinezony przenosiły dotyk konstrukcji. Pod butami czuli drobne drgania własnych kroków. Światła wyławiały z ciemności korytarz wysoki na sześć metrów i szeroki na trzy. Po obu stronach ciągnęły się nisze, część zamknięta cienkimi płytami, część rozerwana podczas walki.

— Budowali dla wyższych — mruknął Głowacki.

— Albo dla istot, które lubiły przestrzeń nad głową — odpowiedziała Wilczek.

— Wciąż liczę na doktorat za oczywistości.

— Jeszcze dwie i dostanie pan habilitację.

Żart skończył się przy pierwszym skrzyżowaniu.

Szkielet tkwił w fotelu albo czymś, co pełniło tę funkcję. Długi tułów przytrzymywały pasy zesztywniałe od wieku. Cztery główne kończyny opierały się o podłogę i ścianę; przy klatce piersiowej wyrastała dodatkowa para drobniejszych ramion. Czaszka miała szeroki tył i wąską część twarzową. Mineralizacja połączyła kości z siedziskiem w jedną szarą bryłę.

Biolożka, porucznik Kulesza, uklękła metr od ciała.

— Pasy awaryjne. Zapięte.

Wilczek oświetliła żebra. Kilka kości było zwęglonych od środka.

— Trafienie przeszło przez klatkę.

Głowacki skierował lampę ku ścianie naprzeciwko. W matowym materiale widniało kilkanaście otworów, każdy otoczony stopioną obwódką. Linie prowadziły w głąb bocznego przejścia.

— Załoga strzelała tam — powiedział.

Wilczek podniosła się. Człowiek w jej skafandrze słyszał własny oddech, pompę obiegu i przyspieszony puls. W słuchawkach inni oddychali podobnie. Próżnia zostawiała im tylko te dźwięki.

— Od tej chwili osłona z przodu — poleciła. — Naukowcy w środku. Każde pomieszczenie oglądamy przez robota przed wejściem.

Ruszyli wolniej.

W kolejnej komorze znaleźli trzy ciała. Jedno leżało przy grodzi z dłonią zaciśniętą na czymś przypominającym krótką broń. Drugie miało roztrzaskaną czaszkę. Trzecie tkwiło za przewróconym panelem. Cała sekcja nosiła ślady walki prowadzonej z bliska. Krawędzie osłon były stopione, podłoga przecięta głębokimi rowkami.

— Oni bronili statku po utracie napędu — powiedziała Kulesza.

— Albo bronili czegoś w środku — odpowiedziała Wilczek.

Dwadzieścia minut później dotarli do komory, w której jedna ściana pozostała nienaruszona. W jej centrum znajdowała się płaska płyta wielkości drzwi, ciemniejsza od otoczenia. Robot przesunął się przed nią, badając powierzchnię pasywnymi czujnikami.

— Minimalne pole — odezwał się technik. — Źródło pracuje. Bardzo słabo.

Wilczek podeszła o dwa kroki.

Płyta rozjarzyła się mlecznym światłem.

Cały zespół cofnął się odruchowo.

Płyta trwała w bezruchu. Po kilku sekundach mleczne światło wyszło przed ścianę i ułożyło się w przestrzenny obraz układu gwiezdnego. Zamiast opisów miały punkty, proporcje i ruch. Planetę rozpoznali po układzie księżyców oraz położeniu wobec gwiazdy; wokół niej wisiały dziesiątki jednostek podobnych do wraku, mniejszych i większych, rozmieszczonych na orbitach.

— Rejestr — powiedział Ossendowski z „Chrobrego”. Jego głos dochodził z opóźnieniem. — Obserwujemy. Niczego nie dotykajcie.

Obraz przyspieszył.

Na powierzchni pojawiły się jasne sieci. Obejmowały oceany, kontynenty i pasma gór. Wilczek patrzyła, jak zmieniają się linie rzek, jak zielone plamy rozlewają się po dawnych pustyniach, jak nad biegunami wyrastają pierścienie konstrukcji. Zapis obejmował zapewne tysiące lat i ściskał je do kilkudziesięciu sekund.

— To przypomina kontrolę biosfery — powiedziała Kulesza.

— Albo jej podtrzymywanie — odpowiedział Ossendowski. — Mamy za mało danych, by rozstrzygać.

Potem przy krawędzi obrazu pojawiły się czarne smugi.

Smukłe jednostki weszły do systemu z kilku stron. Ich sylwetki były prostsze od statków obrońców, prawie pozbawione widocznych modułów. Wilczek znała podobne proporcje z materiałów po Wielkiej Bitwie. Czuła, jak język przykleja jej się do podniebienia.

— „Chrobry”, porównajcie z archiwum Twórców.

Odpowiedź przyszła po chwili.

— Zbieżność częściowa — powiedział Rosiak. — Wystarczająca, żeby się martwić. Za mała na identyfikację.

Zapis pozostawał bezgłośny, przez co ruch statków wyglądał jeszcze gorzej. Jednostki obrońców wyszły naprzeciw czarnym sylwetkom. Kilka rozpadło się na równe segmenty, tak samo jak wrak na powierzchni; później napastnicy opadli ku planecie.

Jasne sieci na kontynentach gasły po kolei.

Kolejne obszary gasły w równym, bezlitosnym porządku.

Obraz przypominał wyłączanie całych obszarów świata. Jasne węzły gasły od kontynentu do kontynentu, morza traciły kolor, a atmosfera szarzała. Później zapis zaczął przeskakiwać coraz większymi odcinkami, jakby wraz z planetą konało również urządzenie, które go przechowywało.

Ostatnia sekwencja trwała kilka sekund. Na powierzchni planety świeciły już tylko pojedyncze punkty. Jeden z nich znajdował się dokładnie pod wrakiem.

Na tym obraz urwał się gwałtownie, pozostawiając mleczne światło płyty i oddechy zespołu.

Przez kilka sekund nikt się nie odezwał.

Głowacki pierwszy przerwał ciszę.

— Oni próbowali utrzymać planetę przy życiu.

Wilczek spojrzała na szkielety za plecami.

— Tak to wygląda.

— A tamci przyszli i wyłączyli ogród.

Słowo zostało między nimi.

Na „Chrobrym” Zasada oglądał zapis drugi raz. Widział czarne jednostki wchodzące do systemu, gasnące sieci i morza zamieniające się w martwe baseny. W kieszeni munduru miał listę zabitych z pierwszej zasadzki. Na pierwszej stronie odprawy sprzed lat widniało słowo, które nadał wyprawie sam.

Słowo „Zemsta” stało na niej czarnymi literami.

Nad martwą planetą nabierało innego ciężaru.

— Panie admirale — odezwał się Rudzki. — Zespół pyta, czy mogą iść głębiej.

Za obecną komorą znajdowały się jeszcze kilometry korytarzy, zasypane sekcje i źródło energii, które mogło działać przez dziesiątki tysięcy lat.

— Jeszcze trzydzieści minut. Tylko pasywne rozpoznanie. Potem wychodzą.

— Mamy okazję zebrać więcej.

— Mamy też osiemnaście osób w grobie, którego reguł nie znamy.

Rudzki skinął głową.

Wilczek wykorzystała pół godziny na pobranie próbek materiału i zapis znaków. W ostatniej bocznej komorze znaleźli coś, co przypominało przezroczyste pojemniki. W środku pozostał brunatny osad i splątane mikroskopijne włókna. Kulesza obejrzała je przez własny mikroskop.

— Materiał biologiczny. Wiele gatunków. Nasiona, zarodniki, może komórki rozrodcze.

— Bank? — zapytała Wilczek.

— Być może.

Sierżant spojrzał na ciemne rzędy pojemników ciągnące się w głąb sali.

— Czyli wieźli kawałek planety.

Wilczek poczuła ucisk w gardle.

— Albo próbowali go ocalić.

Po trzydziestu minutach Wilczek zebrała zespół i poprowadziła go z powrotem do rozdarcia kadłuba.

Kiedy prom startował, pył uniósł się spod dysz i na chwilę odsłonił więcej kadłuba. W świetle gwiazdy trzy przecięcia wyglądały jak rany po narzędziu zbyt precyzyjnym dla wojny.

Zasada patrzył na obraz aż do utraty szczegółów.

Wyprawa ruszyła dalej po sześciu godzinach. Wrak pozostał na dnie martwego oceanu, a jego pełne archiwum nadal spało w ciemności.

Na mapie czerwony, archiwalny wektor prowadził ku następnej gwieździe.

Tym razem nikt na mostku nie nazwał go drogą do zemsty.

Rozdział 13. Pierwszy rok

PLANETA BEZ KSIĘŻYCA — PIERWSZY ROK

Pierwsza zima przyszła, zanim Siwy nauczył się nazw miejscowej pogody.

Przez kilka dni znad oceanu szedł ciepły deszcz. Potem wiatr skręcił, temperatura spadła w ciągu jednej nocy i woda na pękniętej owiewce Sokoła zamarzła cienką warstwą. Rano Siwy obudził się z twarzą przyklejoną do kołnierza kombinezonu i z bólem w palcach tak ostrym, że przez chwilę miał ochotę je odciąć.

Sokół dawał mu więcej, niż powinien. Kabina wciąż trzymała ciśnienie. Reaktor pomocniczy zasilał grzałkę, lampę, filtr i radio. W schowkach znalazł czterdzieści trzy racje awaryjne, tabletki do uzdatniania wody, sześć dawek antybiotyku, opatrunki i zestaw narzędzi przeznaczony do naprawy myśliwca w warunkach, których projektanci zapewne nigdy nie chcieli zobaczyć.

Przez pierwszy tydzień jadł normalnie. Ósmego dnia przekroił rację na pół.

Po dwóch kolejnych tygodniach umiał już rozcinać puste opakowania tak, żeby folia służyła za uszczelki. Z pasków izolacji zrobił rękawice robocze. Przewody zamienił w linki. Jedną płytę pancerza odkręcił i położył na kamieniach jako dach nad miejscem, gdzie trzymał drewno.

Woda płynęła dwieście metrów od wraku. Przezroczysta, zimna i zdradliwie czysta. Tester biologiczny rozpoznawał część soli, resztę oznaczał jako związki nieznane. Siwy filtrował ją przez wojskowy wkład, potem gotował w metalowym kubku, aż na ściankach osiadał biały kamień. Pierwsze dni pił po kilka łyków i czekał, czy brzuch zacznie się buntować.

Woda została w żołądku, a kolejny łyk nie przyniósł bólu.

Jedzenie okazało się trudniejsze.

Znalazł owoce na drzewach przy rzece: pomarańczowe, miękkie, pachnące miodem. Tester pokazał mieszaninę cukrów i białek bez rozpoznanych toksyn. Siwy zjadł ćwiartkę.

Po godzinie zwymiotował.

Po dwóch miał biegunkę tak gwałtowną, że do wieczora stracił siłę, by wrócić do kabiny. Leżał pod skrzydłem, drżał z odwodnienia i patrzył, jak po trawie przechodzą małe zwierzęta o sześciu łapach. Jedno zatrzymało się przy plamie wymiocin, powąchało ją i odeszło.

— Mądre — powiedział Siwy.

Następnego dnia doczołgał się do strumienia. Przez tydzień jadł tylko racje.

Potem zaczął od ziemi.

Bulwy znalazł przypadkiem, kiedy próbował wyrwać roślinę rosnącą przy brzegu. Były ciemne, pokryte grubą skórą i wyglądały jak chore ziemniaki. Ugotował jedną, odczekał godzinę, zjadł kawałek wielkości paznokcia. Następnego dnia pół. Trzeciego całą.

Organizm przyjął bulwę spokojnie.

— Kartofle — zdecydował.

Od tej chwili w jego własnym słowniku były po prostu kartoflami.

Głód uczył go ostrożności szybciej niż podręcznik przetrwania. Każdą nową roślinę sprawdzał przez kilka dni, zapisując porcję, godzinę i reakcję organizmu na kawałkach izolacji wyciętych z osłony fotela. Po zatruciu pomarańczowym owocem przestał ufać zapachowi. Na tej planecie rzeczy pachnące jak deser potrafiły przewrócić człowieka na dobę, a cuchnące bulwy dawały siłę do pracy.

Z czasem racje awaryjne stały się walutą bezpieczeństwa. Trzymał je na gorączkę, kontuzję i dzień, kiedy polowanie zawiedzie. W najchudszych tygodniach zjadał pół porcji wieczorem, a rano rozpuszczał w gorącej wodzie resztki sosu przyklejone do opakowania. Smakował wtedy sól, tłuszcz i Ziemię. Wspomnienie zwykłego chleba potrafiło męczyć bardziej niż ból dłoni.

Pewnej nocy temperatura spadła tak gwałtownie, że pękł przewód doprowadzający ciepło z reaktora. Siwy obudził się od ciszy wentylatora. W kabinie miał trzy stopnie i parę własnego oddechu na osłonie. Przez dwie godziny leżał pod panelem z palcami wciskanymi pomiędzy złącza, podczas gdy metal wyciągał ciepło przez rękawice. Gdy obieg ruszył, przytulił policzek do ciepłej rury jak do człowieka. Rano śmiał się z tego sam do siebie.

Najgorsze przyszło z ranami.

Oparzenia na lewej dłoni goiły się źle od początku. Po rozbiciu część skóry została na panelu Sokoła, część odkleiła się później przy pierwszych opatrunkach. Siwy czyścił rany, oszczędzał leki i przekonywał siebie, że zaczerwienienie wokół kciuka jest normalne.

Pewnego ranka obudził się z gorączką.

Dłoń była spuchnięta, czerwona smuga szła w górę przedramienia. Kiedy próbował usiąść, kabina przechyliła mu się przed oczami. Z sześciu dawek antybiotyku zużył cztery w ciągu kolejnych dni.

Trzeciej nocy temperatura podniosła się tak mocno, że zaczął mówić do Kosy.

Kosa siedział podobno na lewym skrzydle, choć skrzydło urwało się podczas katastrofy.

— Mówiłem ci, żebyś nie brał mnie do tej roboty — powiedział Siwy.

Kosa odpowiedział coś, czego rano nie pamiętał.

Kiedy gorączka spadła, Siwy zobaczył przy fotelu własne ślady paznokci. Przez kilka godzin musiał walczyć z pasami, próbując wyjść z kabiny. Prawa dłoń była zakrwawiona od zaciskania na klamrze.

Usiadł na ziemi obok wraku.

Oddychał długo. Wstyd mieszał się z ulgą.

Potem wstał i poszedł po wodę.

To właśnie złość wyciągała go z najgorszych miejsc. Głód łatwo było zrozumieć. Ból też. Złość miała twarz wszystkich ludzi, którzy mogliby później powiedzieć, że Siwy zginął przez głupi owoc, brudną ranę albo brak siły, by przejść dwieście metrów.

Na samą myśl o takim końcu robiło mu się wściekle gorąco. Wstawał więc, choć ciało chciało zostać na ziemi.

Radio uruchamiał dwa razy na dobę.

Nadajnik główny był martwy. Z części systemu łączności, awaryjnej anteny i modułu celowniczego zbudował prowizoryczny układ o żałosnej mocy. Każda transmisja trwała kilkadziesiąt sekund, po czym radiator robił się gorący i trzeba było czekać.

— Tu Sokół cztery pięć zero, jeden jeden dwa zero, LHC. Tu Siwy. Żyję. Planeta typu ziemskiego. Pozycja wciąż nieustalona. Nadaję na starym kanale Grom.

Za pierwszym razem używał stopnia i pełnych formuł meldunkowych.

Po miesiącu skrócił je.

Po trzech miesiącach zaczął dodawać rzeczy, których nikt nie wpisuje do raportu.

— Dziś znalazłem coś podobnego do cebuli. Śmierdzi gorzej. Kosa by jadł.

Innego dnia:

— Jeśli Vane to słyszy, niech odda mi sto złotych. Zakład o czas życia filtra wygrałem.

Potem:

— Viki, żyję. Jak spotkasz Kosę, powiedz mu, że dalej jest mi winien piwo.

Po każdym takim meldunku w słuchawkach zostawał ten sam suchy szum.

Siwy z czasem przestał czekać przy nim godzinami. Po transmisji zabierał narzędzia i wracał do pracy. Tylko wieczorem, kiedy zmęczenie odbierało mu zajęcie, siadał w kabinie i nasłuchiwał, jakby odpowiedź mogła schować się pomiędzy trzaskami burzy.

Pierwsze schronienie zbudował przy wraku. Płyty pancerza tworzyły dach, bok Sokoła jedną ze ścian. Pozostałe wykonał z drewna. Miejscowe drzewa miały jasne włókna twarde jak tworzywo konstrukcyjne, ale po wysuszeniu dawały się obrabiać. Piła tępiła się szybko. Siwy ostrzył ją kamieniem i przeklinał projektantów świata, który dawał drewno wytrzymalsze od jego narzędzi.

W środku zimy zaczął rozumieć, że Sokół umiera razem z nim, tylko wolniej. Kolejne moduły odmawiały pracy. Jeden filtr zaczął przepuszczać zapach spalonego tworzywa, a reaktor pomocniczy dwa razy wyłączył się na zabezpieczeniu. Siwy rozebrał część systemów, których już nie potrzebował, i zbudował z nich zapas prostszych urządzeń. Każda naprawa była amputacją maszyny: radar oddał przewody, system celowniczy soczewki, jeden emiter osłony miedziane uzwojenia. Myśliwiec tracił zdolności bojowe i coraz lepiej nadawał się do utrzymania jednego człowieka przy życiu.

Wtedy po raz pierwszy pomyślał o następnym roku. Sama myśl była dziwna. Do tej pory wszystko robił do jutra: zdobyć wodę, przeżyć noc, doczekać rana. Teraz zaczął suszyć bulwy, gromadzić drewno i oznaczać kamieniami miejsca, gdzie łowił najwięcej ryb. Planeta przestała być wyłącznie miejscem katastrofy. Stawała się terenem, którego musiał się nauczyć, jeśli ratunek przyjdzie późno.

Wiosną przekonał się, że wybrał złe miejsce.

Deszcz padał przez dziewięć dni.

Strumień najpierw podniósł się o metr, potem o dwa. Dziesiątego dnia wylał z koryta. Woda weszła pod prowizoryczny magazyn i zabrała pojemnik z narzędziami. Siwy rzucił się za nim, zanim pomyślał.

Prąd uderzył go w biodra i przewrócił.

Zimna woda zamknęła się nad głową. Uderzył barkiem o kamień, wypuścił powietrze i poczuł, że nurt ciągnie go w stronę powalonych drzew. Złapał wystający korzeń prawą ręką. Lewa, źle zrośnięta, ześlizgnęła się dwa razy.

Pojemnik z narzędziami minął go i zniknął.

Siwy patrzył za nim sekundę.

Puścił korzeń dopiero wtedy, gdy znalazł grunt pod nogami. Wyszedł z rzeki kilkadziesiąt metrów niżej, bez narzędzi, z rozciętym łukiem brwiowym i jednym butem pełnym krwi.

Tego wieczoru siedział w kabinie owinięty folią termiczną.

— Dobra — powiedział do Sokoła. — Zrozumiałem.

Woda waliła o kadłub.

— Dom wyżej.

Kiedy deszcze ustały, wybrał skalny próg nad doliną. Przenosił części przez trzy tygodnie: po jednej płycie, przewodzie, filtrze, narzędziu. Każdy kurs liczył kilkaset metrów pod górę.

Na końcu zaniósł nadajnik.

Sokół został niżej, przy rzece, ogołocony z kolejnych elementów. Z daleka przypominał martwe zwierzę, z którego drapieżnik wyniósł wszystko, co nadawało się do jedzenia.

Siwy zatrzymał się przy nim ostatniego dnia.

Położył dłoń na pancerzu.

— Pilnuj miejsca.

Metal był ciepły od słońca.

Przez chwilę czuł pod palcami wibrację silników, której tam już dawno nie było.

Potem odwrócił się i poszedł pod górę budować dom.

Rozdział 14. Drugi rok

PLANETA BEZ KSIĘŻYCA — DRUGI ROK

Drugi rok zaczął się od śladów wokół schronu.

Siwy znalazł je o świcie, kiedy wychodził po wodę. Trzy palce zakończone pazurami odcisnęły się w wilgotnej ziemi przy kamiennym progu. Ślad był dłuższy od jego dłoni. Kolejne prowadziły wzdłuż ściany, zatrzymywały się przy suszących się rybach i wracały w stronę lasu.

Wieczorem zwierzę przyszło ponownie.

Siwy siedział przy ogniu z dzidą opartą o kolano. Ostrze wykonał z fragmentu pancerza, zeszlifowanego na kamieniu i osadzonego w długim drzewcu. Pistolet leżał w schronie. Trzy magazynki były zbyt cenne na każdą rzecz, która miała zęby.

Najpierw zobaczył oczy. Dwa nisko nad ziemią, odbijające pomarańczowy blask paleniska. Potem zwierzę wyszło spomiędzy drzew.

Miało około dwóch metrów długości, cztery mocne nogi i przednie kończyny zgięte przy piersi jak dodatkowa para chwytaków. Skóra była szara, prawie naga. Paszcza otwierała się szerzej niż powinna przy tak wąskiej głowie.

Drapieżnik patrzył na ryby.

Siwy podniósł dzidę.

— Idź sobie.

Zwierzę przesunęło ciężar na tylne łapy.

— Naprawdę nie mam dziś ochoty.

Ruszyło.

Siwy zdążył wystawić drzewce przed siebie. Uderzenie wyrwało mu broń z dłoni. Pazury przejechały po boku kurtki, rozcinając materiał aż do skóry. Zwierzę wylądowało obok ognia, zakręciło się i skoczyło drugi raz.

Pistolet był trzy kroki za daleko.

Siwy chwycił płonące polano i uderzył nim w pysk. Drapieżnik cofnął głowę, syknął, a Siwy rzucił się do wejścia. Wyciągnął broń i odwrócił się w chwili, gdy zwierzę weszło za nim.

Pierwszy strzał trafił w bark.

Huk w małym schronie uderzył go w uszy tak mocno, że przez sekundę słyszał tylko pisk. Zwierzę przewróciło się, szarpało łapami i próbowało wstać.

Drugi strzał wszedł pod czaszkę.

Ciało opadło na ziemię.

Siwy stał nad nim z pistoletem wyciągniętym przed siebie. Śmierdziało przypaloną sierścią. Pamięć podsunęła hangar, alarm, krzyk człowieka na kanale. Ręka zaczęła drżeć dopiero po wszystkim.

Usiadł pod ścianą.

Z trzech magazynków zostało mniej o dwa naboje.

Następnego dnia przeniósł suszarnię wyżej i rozbudował ogrodzenie. Pistolet wrócił do schowka.

Zwłoki drapieżnika leżały przed schronem do rana. Siwy długo zastanawiał się, czy mięso w ogóle nadaje się do jedzenia. Tester znowu podał pół odpowiedzi: białka, tłuszcze, kilka struktur, których baza wojskowa nie rozpoznawała. Wyciął mały fragment z tylnej kończyny, gotował go dwie godziny, a potem zjadł kawałek wielkości monety. Smak przypominał wątróbkę zmieszaną z gorzką rybą. Organizm przyjął. Dopiero wtedy wypatroszył resztę.

Praca była brudna i ciężka. Ciepła krew wsiąkała w ziemię, a pod skórą zwierzęcia znalazł podwójną warstwę mięśni i sieć jasnych włókien biegnących wzdłuż kręgosłupa. Siwy zachował ścięgna na linki, skórę wypłukał w rzece i przez kilka dni suszył nad dymem. Wojskowy pilot, szkolony do obsługi maszyn za miliardy, siedział potem przed chatą i zszywał sobie z obcej skóry ochraniacz na przedramię. Ta myśl rozbawiła go bardziej, niż powinna.

Od tamtej pory polował dzidą, pułapkami i cierpliwością.

Planeta uczyła go własnego rytmu. Wiedział, które skrzydlate stworzenia pojawiają się przed burzą, które owady oznaczają ciepłą noc i gdzie kartofle rosną największe. Nauczył się łapać ryby przy świetle dwóch małych lamp wykonanych z diod Sokoła. Z miejscowych włókien splatał linki. Z żywicy robił klej, który śmierdział jak spalony cukier i trzymał lepiej niż wojskowe taśmy po roku wilgoci.

Ciało też się zmieniło.

Schudł. Blizny na twarzy ściemniały. Lewa dłoń została przykurczona, więc Siwy nauczył się wiązać, ciąć i strzelać inaczej. Ruchy, które kiedyś wykonywał automatycznie, teraz miały własną kolejność. Czasem budził się z przekonaniem, że nadal siedzi w kabinie Sokoła i ma przed sobą wszystkie sprawne palce.

Rano widział przykurczone palce i wracał do nowych ruchów, których ciało nauczyło się zamiast dawnych.

Czarnej ściany szukał przez trzy dni.

Widział ją wcześniej z daleka, ale omijał północną dolinę. Teren był wilgotniejszy, pełen wysokich trzcin i zwierząt zostawiających ciężkie ślady. Drugiego lata zaczął potrzebować metalu. Sokół dawał coraz mniej części, a kilka kluczowych narzędzi zużyło się po powodzi.

Ściana wynurzyła się zza wzgórza bez ostrzeżenia.

Czarny materiał ciągnął się kilometrami. Wyrastał prosto z ziemi, potem schodził pod jezioro. Powierzchnia była gładka, choć wokół rosły stare drzewa. Ich korzenie dochodziły do ściany i skręcały, jakby trafiały na niewidzialną barierę. Mech kończył się kilka milimetrów przed czernią.

Siwy dotknął konstrukcji końcem dzidy.

Nic.

Przyłożył dłoń.

Materiał był chłodny mimo słońca. Pod palcami wyczuł ledwie uchwytne drżenie, podobne do pracy dalekiej pompy.

— Oczywiście — mruknął. — Cała planeta i musiałem trafić na coś działającego.

Obszedł ścianę przez pół dnia. Znalazł wejście dopiero przy zmierzchu: szczelinę wysoką na cztery metry, ukrytą pod zwisającą roślinnością. W środku panowała ciemność.

Wrócił następnego ranka z lampą, pistoletem i liną.

Tunel schodził łagodnie w dół. Powietrze było chłodne i suche. Co kilkadziesiąt metrów w ścianach pojawiały się płytkie wnęki. Gdy Siwy przechodził obok, część z nich rozjaśniała się fioletowym światłem.

Trzymał ręce przy sobie i zapamiętywał drogę odwrotu przy każdym zakręcie.

Po godzinie dotarł do komory, przez którą przepływała woda.

Rzeka wchodziła w czarną konstrukcję jednym kanałem, znikała pod podłogą i wypływała drugim. W środku rosły setki cienkich pędów. Każdy tkwił w oddzielnym zagłębieniu. Część była zielona, część srebrna, kilka miało liście czerwone jak rdza.

Siwy stał przy wejściu i patrzył.

— Ogród — powiedział.

Nazwa przyszła sama.

Przez następne dni wracał do Ogrodu po kilka godzin. Nie szedł głębiej niż do komory z wodą. Zostawiał przy wejściu kamienie ustawione w stosy i rysy na miękkich fragmentach skały, bo obca geometria potrafiła oszukać poczucie kierunku. W jednym korytarzu odległość między dwiema wnękami liczył trzy razy i za każdym razem dostawał inny wynik o kilkanaście centymetrów. Po trzecim pomiarze schował taśmę do kieszeni.

Instalacja reagowała na pogodę. Przed deszczem część kanałów zaczynała pulsować chłodem. Podczas suchego tygodnia przepływ wody zwalniał, a fioletowe światła zapalały się głębiej pod podłogą. Siwy znalazł też komorę wypełnioną pyłem nasiennym tak drobnym, że przy ruchu powietrza tworzył srebrną mgłę. Zamknął wejście kawałkiem płótna i zanotował miejsce. Ogród przestał przypominać magazyn. Zachowywał się jak coś, co nadal wykonywało pracę.

Trzy tygodnie później nad doliną przeszła największa burza, jaką dotąd widział. Błyskawice uderzały w wzgórza, wiatr łamał drzewa, rzeka wyszła z koryta. Siwy zabezpieczył schron i przez całą noc siedział w środku, słuchając grzmotów.

Rano poszedł sprawdzić północną dolinę.

Rzeka po burzy płynęła już innym korytem.

Woda, która zwykle zalewała niskie łąki, płynęła teraz nowym kanałem. Brzegi wyglądały świeżo rozcięte, lecz ziemia nie nosiła śladów osuwiska. Czarna ściana otworzyła kilka przepustów i skierowała część nurtu w martwą dolinę po drugiej stronie wzgórza.

Przez kilka dni nic więcej się nie wydarzyło.

Potem na brunatnej ziemi pojawiły się zielone punkty.

Po miesiącu rosła tam trawa.

Siwy wrócił do komory z pędami. W środku część wnęk była pusta. Na podłodze znalazł ślady drobnych kapsuł, które musiały odpłynąć z wodą.

Usiadł na kamieniu przy wejściu.

Wojna nauczyła go patrzeć na obcą technologię jak na broń albo drogę do broni. Tutaj coś starszego od jego strachu otworzyło rzekę, rozsypało nasiona i naprawiło kawałek doliny po burzy.

Siwy patrzył na świeżą zieleń do zachodu słońca.

Wieczorem wrócił do schronu i nadał jak zwykle.

— Tu Siwy. Żyję. Znalazłem instalację planetarną. Robocza nazwa: Ogród. Dzisiaj uruchomiła system wodny i zasiew po burzy. Jeśli ktoś to kiedyś odbierze, nie rozwalajcie tego od razu.

Uśmiechnął się pod nosem.

— Zwłaszcza ty, Kosa.

Radio zaszumiało.

Siwy wyłączył nadajnik i spojrzał na puste niebo.

Siwy patrzył jeszcze chwilę na Ogród. Po raz pierwszy od katastrofy jego obecność nie budziła w nim odruchu sięgania po broń.

Rozdział 15. Cisza

PLANETA BEZ KSIĘŻYCA — LATA TRZECI-PIĄTY

Pierwsze słowa przyszły podczas naprawy nadajnika.

Siwy siedział przed schronem przy rozebranej obudowie wzmacniacza. Wieczór był chłodny. Nad ogniskiem piekła się ryba. Megastruktura od tygodni nie pojawiała się na niebie, więc jej istnienie można było przez kilka godzin traktować jak złe wspomnienie.

Przykręcał nowy radiator, kiedy skóra na karku napięła się nagle.

Odłożył śrubokręt.

Znajome wrażenie weszło głębiej, pod kość czaszki. Nie było bólem. Przypominało obecność człowieka stojącego za plecami w pustym pomieszczeniu.

— Żyjesz.

Siwy poderwał głowę.

Głos nie płynął z radia. Brzmiał w myśli, a jednak miał ciężar obcego słowa.

— Kto mówi?

— To ważne?

— Dla mnie bardzo.

Przez chwilę słyszał tylko ogień.

— Imiona pomagają istotom, które żyją krótko.

Siwy położył dłoń na pistolecie. Gest był bezsensowny, ale uspokajał.

— Twórca?

— Młodsi.

— Ogrodnik?

Odpowiedź przyszła jak obraz: ocean pod czerwonym słońcem, nagi kamień, potem pierwsza cienka zieleń w szczelinie. Siwy znał ten sposób mówienia z katastrofy.

— Pytam, kim jesteś.

— Pamięcią.

— Świetnie. Pamięć czego?

Cisza przeciągnęła się.

— Rzeczy, które były przed waszymi nazwami.

Siwy poczuł pot między łopatkami. Powietrze miało kilka stopni powyżej zera.

— Pomogłeś mi przeżyć?

— Chciałeś żyć.

— Wiele rzeczy chce.

— Tak.

— To dlaczego ja?

Głos zwlekał dłużej.

— Wybierałeś.

Siwy zacisnął szczękę.

— Co wybierałem? Ryby czy kartofle?

— Każdego dnia.

— Czego ode mnie chcesz?

— Patrzeć.

— Na mnie?

— Na wybór.

Obecność zniknęła tak nagle, że Siwy został z dłonią na pistolecie i śrubokrętem leżącym w trawie.

Przez kilka minut klął.

Przez resztę wieczoru Siwy sprawdzał, czy przypadkiem nie zatruł się kolejną rośliną. Zmierzył temperaturę, ciśnienie, źrenice w kawałku wypolerowanego metalu. Wyniki wyglądały zwyczajnie. Głos wrócił dopiero w pamięci, słowo po słowie, z irytującą dokładnością. Najbardziej drażniło go „patrzeć”. Przez lata wojny ludzie obserwowali wroga, żeby znaleźć słaby punkt. To coś mówiło o patrzeniu jak o celu samym w sobie.

Tej nocy przespał z pistoletem pod dłonią i obudził się pięć razy. Za każdym razem nad schronem wisiały tylko gwiazdy. Brak Księżyca wciąż potrafił uderzyć go nagle, szczególnie po snach o Ziemi. Otwierał oczy, szukał jasnej tarczy nad drzewami i przez sekundę czuł się jak człowiek, któremu ktoś wyjął z pokoju okno.

Następnego dnia Megastruktura zakryła pół nieba.

Pojawiła się o świcie. Czarna krawędź przecięła gwiazdy, choć żaden obiekt nie zbliżał się z horyzontu. Pierścienie i płaszczyzny wisiały nad planetą w skali, której wzrok odmawiał przyjęcia. Fioletowe linie zapalały się głęboko w konstrukcji, przesuwały przez setki kilometrów i gasły.

Siwy wyszedł przed schron z kubkiem w dłoni.

— Skoro już patrzysz, możesz powiedzieć, gdzie jestem.

Megastruktura milczała.

— Ziemia istnieje?

Milczenie.

— Kosa żyje?

Fioletowy błysk przebiegł po jednym z pierścieni.

— To było pytanie.

Odpowiedź nadeszła trzy dni później, kiedy Siwy czyścił rybę przy rzece.

— Widzieliśmy wiele światów.

Nóż zatrzymał się w jego dłoni.

— Pytałem o jeden.

— Uczysz się.

— Czego?

Tym razem nic więcej nie dostał.

Siwy nienawidził tych rozmów.

Czekał na każdą.

W kolejnych latach Głos pojawiał się bez rytmu. Czasem raz na kilka miesięcy, czasem dwa razy w jednym tygodniu. Zwykle odpowiadał na pytanie innym pytaniem albo obrazem, który otwierał kolejne. Siwy próbował krzyczeć, grozić, targować się. Pewnej nocy zaproponował połowę zapasu suszonych ryb za współrzędne Ziemi.

— Cenne? — zapytał Głos.

— Dla mnie tak.

— Więc zatrzymaj.

Siwy roześmiał się tak głośno, że z pobliskich drzew zerwało się stado skrzydlatych stworzeń.

Przetrwanie z czasem stało się rutyną. Miał ogród z miejscowymi bulwami, suszarnię ryb, zbiornik na deszczówkę i ścieżki wydeptane między schronem, rzeką i czarną instalacją. Zimą przenosił posłanie głębiej pod skałę. Latem spał przy otwartym wejściu, słuchając zwierząt nad wodą.

Największym zagrożeniem przestały być zęby i gorączka.

Pamięć zaczęła się ścierać.

Pewnego ranka próbował przypomnieć sobie głos matki. Widział jej twarz dokładnie. Wiedział, jak trzymała filiżankę, jak poprawiała włosy i jak marszczyła nos, kiedy ktoś przeklinał przy stole. W głowie słowa wypowiadała jednak cudzym głosem.

Siwy przerwał pracę.

Usiadł przy nadajniku i próbował przez godzinę.

Nic.

Tamtego dnia bał się bardziej niż podczas walki z drapieżnikiem.

Wieczorem uruchomił zapis, choć nadajnik miał już zbyt małą moc, by liczyć na odbiór.

— Dobra. Archiwum Siwego. Jak ktoś znajdzie to po mnie, ma wiedzieć, że Kosa chrapie. Vane pije kawę, która smakuje jak zużyty olej. Viki zawsze robi tę minę, kiedy uważa, że dwóch facetów właśnie powiedziało coś głupiego. Czyli często.

Mówił przez godzinę.

O kantynie po treningach. O zapachu kombinezonów suszących się przy nawiewach. O pierwszym locie, w którym Kosa odwrócił Sokół do góry kadłubem tylko po to, żeby pokazać, że może. O ludziach, którzy już wcześniej zginęli. O tych, których chciał zobaczyć.

Następnego dnia mówił ponownie.

Potem zaczął robić to regularnie.

Nagrywał ludzi, żeby ocalić ich w sobie.

Najgorzej znosił dni bez własnego głosu. Zdarzało się, że od rana do wieczora pracował i dopiero przy zasypianiu orientował się, że przez kilkanaście godzin nie wypowiedział ani jednego słowa. Następnego dnia mówił do ryb, do narzędzi, do Sokoła stojącego niżej w dolinie. Kiedy urwał mu się trzonek łopaty, przez pięć minut prowadził z nim kłótnię, a potem śmiał się sam do siebie. Śmiech w pustej dolinie brzmiał gorzej niż cisza.

Raz znalazł w starym zasobniku małą paczkę gumy do żucia, zgniecioną pod elementem fotela. Termin przydatności był dawno abstrakcją. Włożył jedną kostkę do ust i przez chwilę poczuł miętę tak znajomą, że usiadł na ziemi. Nie przeżuł jej do końca. Drugą zachował na dzień, w którym zacznie zapominać smak Ziemi.

W piątym roku przestał rysować kreski na belce schronu. Pory deszczowe i susze były dokładniejsze od jego kalendarza. Ciało liczyło lata bliznami, zużytymi zębami i bólem barku przed burzą.

Głos odezwał się pewnego wieczoru, gdy Siwy siedział przed Ogrodem.

— Boisz się zapomnieć.

— Tak.

— Pamięć zmienia się podczas trwania.

— Bardzo mądre. Oddaj mi głos matki.

— Tego nie mam.

Siwy spojrzał na czarną ścianę.

— To po co jesteś pamięcią?

— Pamięć nie jest posiadaniem wszystkiego.

— Dla ciebie może.

— Dla ciebie też.

Siwy rzucił kamieniem w ścianę. Odbił się i wpadł do trawy.

Głos zamilkł.

— Obraziłeś się?

— Nie.

— To dobrze. Bo mam tylko jeden kamień.

Przez kilka sekund Siwy miał wrażenie czegoś zbliżonego do rozbawienia. Wrażenie zniknęło tak szybko, że uznał je za własne.

Kilka tygodni później ziemia pod schronem zadrżała.

Pierwszy impuls przeszedł przez skałę o świcie. Kubek stojący na stole zadzwonił o metalową płytę. Siwy wyszedł przed schron i położył dłoń na gruncie.

Drganie wróciło.

Regularne. Głębokie.

Z północy, od Ogrodu.

Pobiegł do nadajnika. Jedna z kontrolek, martwa od lat, świeciła bursztynowo.

Odbiornik złapał krótki impuls pola.

Potem drugi.

Siwy zwiększył czułość, aż szum zalał słuchawki. Między trzaskami pojawił się rytm, zbyt równy dla burzy.

Wyszedł na zewnątrz.

Nad północnym horyzontem jedna z gwiazd zamigotała błękitem.

Serce zaczęło mu walić.

— To twoje? — zapytał Głosu.

Cisza.

— Odpowiedz.

Tym razem obecność pojawiła się szybko.

— Nadchodzą.

Siwy ścisnął dzidę.

— Kto?

Fioletowa krawędź Megastruktury zapaliła się wysoko nad planetą, widoczna przez sekundę, po czym zgasła.

— Ci, których pamiętasz.

Siwy stał przed schronem długo po ustaniu drżeń.

Rozdział 16. Kosa

ZIEMIA — SZEŚĆ DNI PO ODLOCIE FLOTY ZASADY

W Mińsku Mazowieckim jesienią między magazynami krążyły ciężarówki, a przy lotnisku czuć było paliwo.

Kosa stał przy otwartym hangarze i patrzył na Jastrzębia.

Maszyna miała przypominać Sokoła z daleka. Z bliska różnice zaczynały się od kabiny. Krótsze skrzydła, szerszy kadłub, klasyczny pulpit awaryjny między kolanami pilota, mechaniczne potwierdzenia najważniejszych funkcji. Neurointerfejs został cofnięty do warstwy pośredniej: odczytywał zamiar, pomagał przy wektorze i obronie, ale człowiek musiał zamknąć decyzję dłonią, ruchem głowy albo fizycznym potwierdzeniem na sterze.

Kosa uważał to za najbardziej cywilizowany wynalazek ostatnich lat.

Mechanik wszedł pod lewe skrzydło z przewodem diagnostycznym. Metalowe narzędzie stuknęło o posadzkę.

Kosa drgnął.

Serdeczny i mały palec lewej dłoni domknęły się odrobinę później niż pozostałe.

Przez przedramię przeszedł krótki, ostry ból. Kosa rozprostował palce.

— Znowu te dwa — powiedział Vane zza jego pleców.

Kosa odwrócił się.

Pułkownik miał skórzaną kurtkę narzuconą na mundur i kubek kawy, którego zapach przegrywał z naftą lotniczą.

— Liczysz mi palce?

— Z przyzwyczajenia.

— Znalazłbyś hobby.

— Mam. Pilnuję, żebyś nie zabił się w państwowym sprzęcie.

Kosa spojrzał znów na Jastrzębia.

— Państwowy sprzęt wygląda, jakby sam potrzebował ochrony.

— Waży mniej od Sokoła.

— Czuję go ciężej.

Vane podszedł bliżej.

— Bo ten nie wchodzi ci do głowy po pas.

Kosa uśmiechnął się jednym kącikiem ust.

— Tylko po kostki.

— Tyle lekarze jeszcze tolerują.

Niedawny lot żółtym Tiger Mothem nad Wielkopolską wciąż siedział mu w pamięci. Przez godzinę zwykły drążek, linki i płótno wystarczały za całe niebo. Jastrząb stał po drugiej stronie tego marzenia: miał napęd skokowy, broń i miejsce na rzeczy, które wojna zostawiła Kosie w głowie.

— Flota wysłała coś? — zapytał.

Vane wypił łyk kawy.

— Ostatnie potwierdzenie po pierwszym skoku. Wszystko nominalne.

— Zasada dostał zapis?

— Dostał. Kopię twoich ostatnich siedmiu sekund, planetę bez Księżyca, artefakty z Sokoła, całą analizę.

Kosa skinął głową.

To właśnie chciał usłyszeć, choć pytał o to trzeci raz od odlotu.

Przez sześć nocy budził się trzy razy z przekonaniem, że ktoś woła go po imieniu. Za pierwszym razem zerwał się z łóżka i przewrócił krzesło. Za drugim usiadł w ciemności. Za trzecim otworzył oczy i czekał.

Za każdym razem głos znikał, zanim Kosa zdążył odpowiedzieć.

Po przebudzeniu zostawał jedynie szum pod czaszką.

Lekarze nazywali go pamięcią neurologiczną. Mózg po latach sprzężenia z Sokołem miał podtrzymywać wzorce, które dawno utraciły swoje urządzenie. Kosa potrafił przyjąć takie wyjaśnienie dla drżenia ręki, bólu za oczami i chwil, kiedy ciało wykonywało ruch z opóźnieniem.

Zielonej doliny nie umiał w nie wcisnąć.

— Dzisiaj profil B — powiedział Vane. — Bez mikroskoków.

— Mam uprawnienia.

— Masz tolerancję medyczną.

— Brzmi gorzej.

— Bo jest gorzej.

Kosa ruszył do szatni.

W szatni zapięcie kombinezonu zatrzymało go na czymś, co przed wojną trwałoby sekundę. Lewy kciuk ześlizgnął się z klamry. Kosa spróbował drugi raz, wolniej. Zapiął. Obok młody pilot udawał, że niczego nie widzi, poprawiając rękaw własnego kombinezonu przez zdecydowanie zbyt długi czas.

— Pomóc? — zapytał w końcu chłopak.

Kosa spojrzał na niego. Mógł odpowiedzieć dowcipem albo warknięciem. Wybrał trzecią możliwość i podał mu pasek przy ramieniu.

— Dociągnij tutaj.

Pilot zrobił to bez komentarza.

Kosa pamiętał czasy, kiedy przyjęcie takiej pomocy bolałoby go bardziej od samej ręki. Rehabilitacja nauczyła go, że duma jest słabym narzędziem do zapinania klamer.

Dwadzieścia minut później siedział w kabinie Jastrzębia. Pas biodrowy trzymał mocno, hełm dociskał czujniki do karku, a pod lewą dłonią czuł chłodną przepustnicę. System rozpoznawał ruchy wolniej od Sokoła. Kosa musiał je dokończyć.

Pierwszy raz po rehabilitacji doprowadzało go to do szału.

Teraz dawało ulgę.

— Jastrząb Jeden, zgoda na kołowanie — odezwała się wieża.

— Przyjąłem.

Maszyna wyszła z hangaru. Mokry beton odbijał światła pasa. Za ogrodzeniem drzewa miały rdzawożółte korony, a na niskim niebie ciągnęły się ciężkie chmury.

Jastrząb oderwał się od ziemi po krótkim rozbiegu.

Kosa wszedł na trzy tysiące metrów i skierował się nad zamknięty sektor poligonu. Vane leciał drugim Jastrzębiem półtora kilometra z tyłu.

— Jak ręka?

— Moja.

— To pytanie o jakość, nie własność.

— W porządku.

— Parametry mówią co innego.

— Po co pytasz, skoro patrzysz?

— Żeby sprawdzić, czy kłamiesz.

Kosa przeszedł w ciasny zakręt. Jastrząb odebrał zamiar z interfejsu, ale czekał na nacisk drążka. Maszyna pochyliła skrzydło dopiero wtedy, gdy człowiek potwierdził ruch.

Dawny Sokół już by skręcał.

Kosa poczuł w karku drobny ból.

— To jest wolne — powiedział.

— To jest bezpieczniejsze.

— Słowo dla ludzi, którzy nie latają.

— Mówi człowiek, którego neurolog wpisuje do raportu jako „wysokie ryzyko epizodów dysocjacji ruchowej”.

— Lekarze lubią długie zdania.

Przeszli przez dwa profile przechwycenia. Kosa prowadził celownik na bezzałogowej tarczy, ale system wymagał fizycznego potwierdzenia przed każdym symulowanym strzałem. Po trzecim manewrze zaczęła drżeć mu lewa ręka.

Zignorował to.

Po czwartym obraz na wizjerze na moment zzieleniał.

Kosa zamrugał.

— Marek?

— Widzę twoje parametry. Wychodzisz z profilu.

— Poczekaj.

Zieleń wróciła.

Przed kabiną zniknęły chmury.

Przez ułamek sekundy Kosa zobaczył dolinę. Prawdziwą do bólu. Srebrne drzewa nad wodą. Czarną ścianę schodzącą pod jezioro. Światło obcego słońca na kamieniach.

Przy zniszczonym Sokole stał człowiek.

Chudszy. Zarośnięty. Z lewą dłonią przyciągniętą do ciała.

Siwy odwrócił głowę, jakby usłyszał silnik.

Obraz zgasł.

Jastrząb przechylił się w lewo.

— Kosa! — Vane wszedł ostro na kanał.

Kosa wyrównał ręcznie. W ustach czuł metaliczny smak. Serce waliło tak mocno, że pasy pulsowały na piersi.

— Jestem.

— Wracamy.

— Widziałem go.

— Powiesz po lądowaniu.

— Siwego.

Vane milczał sekundę.

— Wracamy, Marek.

Kosa sprowadził Jastrzębia na pas. Przy przyziemieniu serdeczny i mały palec lewej dłoni nie domknęły chwytu. Ból pociągnął od nadgarstka ku łokciowi; kompensacja wyrównała ruch, a Kosa dokończył korektę prawą dłonią. Maszyna usiadła twardo, ale prosto.

Po wyłączeniu silników siedział jeszcze chwilę w kabinie. Czuł ciepło pod pachami i pulsowanie w lewej dłoni. Obraz doliny wracał przy każdym mrugnięciu, zbyt szczegółowy jak na zwykły sen: plama rdzy na boku Sokoła, kamienie przy wodzie, sposób, w jaki Siwy stał ciężej na jednej nodze. Kosa znał przyjaciela wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że pamięć potrafiłaby zbudować jego twarz. Nie znał za to tej doliny.

Vane podszedł do kabiny i oparł rękę o krawędź otwartej owiewki.

— Wstać możesz?

— Mogę.

— To dobrze. Bo Laskowska idzie i ma minę człowieka, który właśnie dostał prezent.

W hangarze czekała doktor Laskowska.

Kosa zobaczył ją i westchnął.

— Kablarz doniósł.

— Telemetria doniosła — odpowiedziała. — Proszę wysiąść.

— Czuję się dobrze.

— Wspaniale. Będzie pan się dobrze czuł podczas badania.

Piętnaście minut później siedział na metalowym stole z elektrodami przy karku. Lewa ręka drżała coraz słabiej. Laskowska przesunęła przed niego mały walec.

— Podnieść.

Kosa zacisnął palce na metalu. Kciuk, wskazujący i środkowy zamknęły się od razu. Serdeczny i mały doszły chwilę później.

— Prawie dwie dziesiąte sekundy opóźnienia — powiedziała.

— Bywało gorzej.

— Bywało. Dlatego nadal pana badam.

Vane stał przy ścianie.

— Opowiedz.

Kosa opisał dolinę, czarną ścianę, wodę, Sokoła i Siwego.

Laskowska słuchała bez komentarza, zapisując wyniki.

— Halucynacja? — zapytał w końcu Vane.

Lekarka zdjęła jedną z elektrod.

— Mogę opisać aktywność mózgu. Mogę wskazać epizod przeciążenia w obszarach, które przez lata pracowały ze sprzężeniem Sokoła. Obraz, który pan Kosa widział, pozostaje jego doświadczeniem.

— Czyli halucynacja — powiedział Kosa.

— To pańskie słowo.

— A pani?

Laskowska wzruszyła ramionami.

— Mózg potrafi budować bardzo przekonujące rzeczy z pamięci. Potrafi też rejestrować bodźce, których źródła jeszcze nie umiemy zmierzyć. Medycyna czasem ma odwagę zostawić puste pole.

Kosa spojrzał na Vane’a.

— Siwy żyje.

Vane odsunął kubek z kawą.

— Wierzę, że przeżyłeś rzeczy, których nikt jeszcze porządnie nie mierzy.

— To znaczy?

— Że będę cię słuchał.

— A flota?

— Dostała ślad przed odlotem. Więcej dziś zrobić nie możemy.

Kosa zacisnął dłoń na metalowym walcu. Drżenie wróciło, drobne, irytujące.

Za ścianą hangaru ktoś uruchomił silnik transportowca. Niska wibracja przeszła przez podłogę.

Kosa przez chwilę słyszał w niej ten sam szum, który budził go nocami.

Tym razem nie próbował go uciszać.

Rozdział 17. Burza

FLOTA ZASADY — PIĄTY ROK CZASU POKŁADOWEGO OD ODLOTU

Po martwym świecie i wraku droga rozciągnęła się na lata.

Kolejne układy przynosiły ruiny, zimne stacje, puste orbity i miejsca, w których archiwalny wektor kończył się na tyle niewyraźnie, że Wierzbicka musiała budować następną trasę z pulsarów, ruchu gwiazd i śladów pozostawionych przez dawne przejścia. Czasem flota przez tygodnie stała przy obcej gwieździe, wypuszczając Ćmy w cztery strony. Potem ruszała dalej.

Załogi nauczyły się długiej ciszy.

Dzieci ze zdjęć w kabinach rosły tylko na starych nagraniach. Wiadomości z Sol przestały dochodzić stabilnym kanałem. Ludzie obchodzili urodziny według czasu pokładowego, chociaż każdy wiedział, że na Ziemi data może znaczyć już coś innego. W mesach pojawiły się nowe zwyczaje. Mechanicy hodowali zioła w pojemnikach po filtrach. Kucharze pilnowali startera chleba jak zwierzęcia. W hangarze „Chrobrego” ktoś namalował na ścianie pięć małych koron i dopisywał pod nimi kreski za każdy pełny skok.

Pięć lat zmieniło również okręty. Pancerz nosił ślady drobnych odłamków i napraw wykonanych stopami, których w dniu odlotu jeszcze nie używano. W „Jagielle” wymieniono trzy sekcje przewodów chłodzenia na elementy wykonane w pokładowych warsztatach. Na „Łokietku” jeden z mechaników wyhodował pomidory w skrzyni po częściach do MŁOTA i bronił ich przed kuchnią jak zasobu strategicznego. Załogi coraz częściej mówiły o Katamaranach jak o miejscach, nie jednostkach: „u nas”, „na drugim końcu domu”, „w starej maszynowni”.

Zasada też się zmienił. Siwe włosy pojawiły się mu przy skroniach wcześniej, niż dopuszczał do siebie przed lustrem. Znał nazwiska ludzi z mostka, warsztatów i izby medycznej, a część rodzinnych historii słyszał tyle razy, że mógłby je opowiadać za właścicieli. Zemsta nadal była nazwą operacji w dokumentach. W codziennym języku załogi coraz rzadziej używały tego słowa. Mówili po prostu: wyprawa.

Pod koniec piątego roku pierwszy błąd miał siedem mikrosekund.

Automaty potraktowały go jako śmieć pomiarowy.

„Jagiełło” zgłosił przesunięcie wzorca czasu o siedem mikrosekund. Na „Sobieskim” zegar odjechał o cztery w przeciwną stronę. Po korekcji wartości wróciły.

Zasada jadł wtedy późną kolację na mostku. Zupa zdążyła wystygnąć, a chleb miał twardą krawędź.

— Wymienić wzorce — polecił.

Wierzbicka zleciła wymianę. Nowe moduły weszły w synchronizację.

Po jedenastu minutach „Jagiełło” znowu spóźniał się o siedem mikrosekund.

— Te same? — zapytał Zasada.

— Dokładnie.

Rudzki odsunął kubek.

— Czyli problem siedzi poza zegarem.

Godzinę później sensory zobaczyły pole bez kierunku.

Błękitne gałęzie pojawiały się na odczytach elektromagnetycznych wokół całej floty. Optyka widziała czarną przestrzeń. Żadna gwiazda nie rozbłysła, żaden obiekt nie zbliżał się do szyku. Mimo to pole rosło.

Rosiak przesunął dłonią po konsoli.

— Źródło obejmuje nas ze wszystkich stron.

— Wielkość? — zapytał Zasada.

— Nie potrafię wyznaczyć krawędzi.

Na schemacie energetycznym zapalił się pierwszy alarm.

Cewki skokowe zaczęły pobierać moc.

— Kto otworzył sekwencję? — rzucił Rudzki.

— Nikt.

— Odciąć zasilanie.

Technicy zamknęli pierwszy pierścień. Drugi wszedł w rezonans i przejął obciążenie.

Walczak odezwał się z maszynowni, mówił szybciej niż zwykle.

— Mamy wzbudzenie od zewnętrznego pola. Cewki zachowują się jakby ktoś stroił je z przestrzeni.

Zasada odstawił łyżkę.

— Wyłączyć cały napęd skokowy.

— Próbujemy.

Pierwszy człowiek zwymiotował przy stanowisku łączności.

Upadł na kolana, trzymając się fotela. Kilka sekund później drugi operator złapał konsolę obiema rękami. Oczy mówiły mu, że mostek stoi spokojnie, a błędnik przekonywał ciało, że podłoga obraca się pionowo.

Zasada poczuł ciśnienie w uszach jak podczas szybkiego zanurzenia. Krawędź stołu odjechała mu o kilka centymetrów, choć wiedział, że się nie ruszyła.

— Alarm medyczny na wszystkich jednostkach. Każdy przypina się do stanowiska.

Światło przygasło.

Rosiak otworzył panel sekcji C-17.

— Straciliśmy kanał z warsztatem elektroniki.

— Ilu ludzi?

— Osiemnastu.

Kamery działały.

Na obrazie technik w szarym kombinezonie szedł korytarzem ze skrzynką części pod pachą. Zatrzymał się przy grodzi i odwrócił głowę ku kamerze. Usta poruszyły się bez dźwięku.

W tej samej chwili drzwi za Rosiakiem otworzyły się gwałtownie.

Ten sam człowiek wbiegł na mostek pomocniczy.

Oddychał ciężko. Miał rozcięty policzek.

— C-17 jest pusta. Ewakuowaliśmy się kilka minut temu. Grodź nadal otwarta.

Rosiak wskazał ekran.

Technik spojrzał na własną postać w korytarzu.

Twarz mu pobladła.

— To stary zapis?

— Znacznik jest bieżący.

Na monitorze jego wcześniejsza wersja podniosła skrzynkę i pobiegła w stronę, z której prawdziwy technik właśnie przyszedł.

Zasada poczuł, jak chłód schodzi mu do żołądka.

— Sieć kamer przełączyć na lokalne rejestratory. Bez wspólnej synchronizacji.

— Już są lokalne — powiedział Rosiak.

Meldunki przyszły niemal jednocześnie.

Na „Łokietku” mechaniczny zegar w sekcji chłodzenia różnił się od atomowego o cztery minuty. W kuchni „Sobieskiego” bosman postawił dwie kawy obok siebie; po kilkunastu sekundach w jednym kubku został zimny osad, drugi parzył w palce. W hangarze „Chrobrego” operator MŁOTA chwycił poręcz i odskoczył z krzykiem. Metal pod ręką był lodowaty, a skóra na palcach wyglądała jak po kontakcie z rozgrzaną płytą.

Radecka przestała pytać techników o sens odczytów.

— Przywoźcie mi ludzi — powiedziała przez kanał medyczny. — Fizykę możecie leczyć później.

Jej izba wypełniła się w ciągu dwudziestu minut. Krwotoki z nosa, zaburzenia widzenia, omdlenia i ból stawów pojawiały się bez wspólnego wzorca. Mechanik z sekcji napędu leżał na łóżku i patrzył w pusty kąt sali.

— Pani doktor — wyszeptał. — Moja żona tu była.

Radecka założyła wkłucie.

— Gdzie jest żona?

— W Łodzi.

— Kiedy widział ją pan ostatnio?

— Przed odlotem.

— Co powiedziała?

Mężczyzna zacisnął oczy.

— Że mam przestać poprawiać szafkę w kuchni, bo jeszcze ją zepsuję.

Radecka sprawdziła ciśnienie.

— Zapamięta pan to. Teraz oddycha pan ze mną.

Na pokładzie technicznym Ossendowski i Walczak kazali wyłączać wszystko, co wytwarzało własne pole poza reaktorami podtrzymania życia. Okręt przeszedł na czerwone światło. Wentylatory zwolniły. Zanikł stały pomruk urządzeń, do którego załoga przywykła przez pięć lat.

Cisza była gorsza od alarmu.

Pole trwało.

Technicy zbudowali prosty test w jednym z korytarzy. Na ścianie zamontowali wzorzec atomowy, zegar kwarcowy i stary mechaniczny chronometr bosmana Kurka. Kurek przyniósł go owiniętego w szmatkę.

— Pamiątka po dziadku — powiedział. — Jeśli to rozwalicie, będę składał reklamację u wszechświata.

Przez siedem minut wskazania zgadzały się.

Potem mechaniczny sekundnik zwolnił. Kwarcowy przyspieszył. Atomowy utrzymywał własny rytm, ale jego łącze diagnostyczne zaczęło raportować błędy kolejności zdarzeń.

Kurek patrzył na trzy tarcze.

— Nawet czas ma zmianę wachty.

Żart zawisł w korytarzu bez odpowiedzi.

Wierzbicka zbudowała mapę lokalnych odchyleń z danych, które jeszcze dawały się porównać. Plamy przesuwały się przez „Chrobrego”: czasem obejmowały jeden korytarz, czasem pół okrętu. Granice nie szły za grodziami ani za polami ochronnymi.

— To przypomina obszary o różnych tempach przebiegu — powiedziała.

— Fala?

— Fala ma kierunek. Tutaj kierunku nie widzę.

— Czyli co?

Wierzbicka podniosła wzrok znad mapy.

— Okręt przechodzi przez coś, czego nie potrafimy opisać własnym czasem.

Zasada spojrzał na schemat cewek.

Pobór mocy znowu rósł.

— Możemy wyjść skokiem?

Walczak odpowiedział z maszynowni.

— Cewki właśnie próbują same.

— Zablokujcie je mechanicznie.

— Blokady nie zatrzymają rezonansu. One zachowują się bardziej jak antena niż napęd.

Słowa zostały przecięte przez ciemność.

Wszystkie światła zgasły.

Zasada słyszał własny oddech, szuranie buta i kogoś, kto szeptem odmówił pół modlitwy. Ciemność trwała wystarczająco długo, by poczuł pod palcami krawędź stołu i zaczął iść w stronę stanowiska awaryjnego.

Lampy zapaliły się.

Stał w tym samym miejscu.

Rosiak siedział przy konsoli z mokrymi włosami przyklejonymi do czoła.

— Ile? — zapytał Zasada.

— Sekunda.

— Dla ciebie?

Rosiak pokręcił głową.

— Kilka minut. Może dziesięć.

Wierzbicka odezwała się z drugiego końca mostka.

— U mnie trzy.

Rudzki spojrzał na własny zegarek.

— Dwadzieścia dwie sekundy.

Zasada poczuł smak zimnej zupy w ustach, choć od godziny niczego nie jadł.

— Okręty.

„Jagiełło” odpowiedział pierwszy. „Łokietek” chwilę później. „Kazimierz Wielki” zgłaszał różnicę dwóch minut względem ostatniej wspólnej synchronizacji.

„Sobieski” milczał.

Przez osiem sekund kanał był pusty.

Potem w głośnik uderzył głos dowódcy.

— „Sobieski” do floty! Gdzie wy jesteście?! Straciliśmy was czterdzieści minut temu!

Na mostku nikt się nie poruszył.

Rosiak spojrzał na Zasadę.

— U nas minęło osiem sekund.

Meldunki zaczęły spływać z całej formacji. Okręty widziały się wzajemnie na sensorach. Utrzymywały pozycje. Każdy jednak przeżył inny odcinek tego samego zjawiska.

Zasada wstał.

— Wszystkie jednostki przechodzą na procedury lokalne. Załogi patrzą na ciśnienie, tlen, temperaturę, stan urządzenia i człowieka obok. Zegar służy tylko do zapisu. Decyzji operacyjnych nie uzależniamy od wspólnej synchronizacji, dopóki jej nie odzyskamy.

Rosiak otworzył usta.

— Meldunki co ile?

Zasada przez sekundę patrzył na niego.

— Regularnie. Według lokalnego czasu każdej sekcji. Potem będziemy składać to z kawałków.

Nad mostkiem przeszedł niski pomruk.

Cewki skokowe rozjarzyły się jednocześnie.

Ossendowski rzucił się do awaryjnego odcięcia, Walczak krzyczał coś z maszynowni, ale głos rozciągnął się w głośniku i zabrzmiał jak kilka nakładających się osób.

Przestrzeń za przednią szybą zgięła gwiazdy.

Zasada zobaczył mostek w kilku położeniach naraz. Rosiak siedział przy stanowisku i równocześnie stał metr dalej. W jednej wersji Rudzki miał rękę na stole, w drugiej dopiero ją podnosił. Przez ułamek chwili fotel Wierzbickiej był pusty, a potem zajęty przez trzy przesunięte sylwetki.

Zasada próbował krzyknąć rozkaz.

Usłyszał własny głos zanim otworzył usta.

Potem flota zniknęła z miejsca, w którym czas przestał być wspólną rzeczą.

Rozdział 18. Czas nie pasuje

„Chrobry” odzyskał pełną moc po czterdziestu trzech sekundach czasu własnego. „Łokietek” meldował pięćdziesiąt osiem. Na „Jagielle” awaria trwała dwanaście minut i dziewięć sekund, a jeden z niszczycieli zapisał przerwę, której początek pojawił się w rejestrze trzy sekundy po końcu.

Rosiak siedział nad zestawieniem z palcem opartym o skroń. Na policzku miał świeże zadrapanie po uderzeniu o pulpit. Krew zdążyła zaschnąć ciemną kreską aż do linii żuchwy.

— Tego się nie da wpisać do raportu.

Zasada stał za jego fotelem i patrzył na cztery różne czasy tego samego zdarzenia.

— Wpiszesz wszystkie.

— Admirał, ujemna długość awarii wygląda jak błąd pomiaru.

— Być może jest błędem. Dopóki nie wiemy, czego, zostaje.

Flota trzymała szyk, choć ludzie przez pierwszą godzinę po burzy ufali bardziej poręczy pod dłonią niż ekranom. W sekcji medycznej śmierdziało wymiocinami. Radecka miała pod oczami sine półkola; chodziła między kojami z kubkiem kawy, który dawno wystygł. Dwóch marynarzy wymiotowało przy każdej próbie podniesienia głowy. Technik z „Sobieskiego” powtarzał, że pamięta własny upadek, zanim potknął się o próg.

Na „Jagielle” w przedziale mieszkalnym znaleźli stewarda siedzącego pod ścianą z obiema dłońmi zaciśniętymi na zegarku. Twierdził, że przez kilka minut słyszał rozmowę żony prowadzoną z drugiego końca zamkniętego kanału, chociaż łącze z Sol od lat pozostawało martwe. Rejestr osobisty zapisał jedynie skok napięcia w neurointerfejsie. Radecka nie wpisała do karty „halucynacja”. Wpisała dokładne słowa, godzinę lokalną i numer sekcji. Po burzy każdy szczegół mógł okazać się pomiarem.

Najgorzej znosili to ludzie odpowiedzialni za urządzenia, którym dotąd ufali bez namysłu. Nawigatorzy porównywali położenie okrętów po kilka razy. Mechanicy mierzyli temperaturę przewodu ręką, choć czujnik wyświetlał prawidłową wartość. W kambuzie kucharz nastawił zwykły minutnik do gotowania jajek i patrzył, czy sześćdziesiąt sekund trwa tyle samo co na ściennym zegarze. Trwało. Tego dnia ta banalna zgodność uspokoiła więcej osób niż komunikat dowództwa.

Pierwszą rzeczą, której Zasada potrzebował, była pozycja. Drugą — odpowiedź, czy wszyscy dotarli w to samo miejsce.

Astronomowie zaczęli od pulsarów. Wierzbicka kazała wyłączyć automatyczne dopasowanie katalogów i wrócić do metod, które na papierze wyglądały jak cofnięcie się o dwie epoki: ręczne porównanie okresów, tła mikrofalowego, widm czerwonych karłów i położenia gromad, które mogły przetrwać setki milionów lat bez większej zmiany.

Pierwsza doba dała sześć rozwiązań. Drugiego dnia zostały cztery, a piątego każde z nich prowadziło w inną stronę galaktyki.

— Cudownie — powiedział Rudzki, kiedy Wierzbicka rozłożyła wyniki na stole odpraw. — Zgubiliśmy się cztery razy jednocześnie.

— Pięć — odpowiedziała. — Piąty wariant mówi, że katalog jest zły.

— Katalog jest ziemski.

— Dlatego go podejrzewam. Ziemski katalog zakłada wspólny czas obserwacji. Po tym, przez co przeszliśmy, to założenie jest luksusem.

Na dwunasty dzień wypuścili pierwszą serię boi. Małe, pasywne urządzenia odchodziły od floty w przeciwnych kierunkach i przez kilka godzin mierzyły tło niezależnie od sensorów Katamaranów. Zbierano fotony, opóźnienia sygnałów, pył międzygwiazdowy, każdy ślad pozwalający ustalić, skąd patrzą.

Wierzbicka kazała też odsunąć „Błyskawicę III” o kilka milionów kilometrów i powtórzyć pomiar z zupełnie innej bazy. Krążownik wrócił z wynikiem, który zgadzał się z „Chrobrym” w przestrzeni, lecz przesuwał część źródeł w czasie. Trzeci pomiar wykonał „Kazimierz Wielki”. Potwierdził oba błędy naraz. Na odprawie Wierzbicka miała przed sobą trzy niezależne zestawy danych i minę człowieka, któremu właśnie udowodniono, że dwa sprzeczne wyniki mogą być równie solidne.

Jedna boja wróciła po pięciu godzinach, druga po siedmiu, a trzecia przekazała dane natychmiast, choć telemetrycznie znajdowała się pół jednostki astronomicznej od „Chrobrego”.

Wierzbicka przeczytała raport i poszła spać na czternaście godzin. Po przebudzeniu kazała wysłać kolejną serię.

Załoga zaczęła żyć w nowym rytmie. Wspólna godzina straciła znaczenie, więc wachty rozpisywano według lokalnych zegarów sekcji. Na drzwiach maszynowni ktoś napisał flamastrem: „TU JEST WTOREK”. Dwa pokłady wyżej pojawiła się odpowiedź: „U NAS JUŻ PIĄTEK”. Zasada kazał zostawić oba napisy.

Żarty trzymały ludzi lepiej niż tabletki.

Po trzech tygodniach Wierzbicka wyglądała jak człowiek, który zapomniał, że istnieją rzeczy niezwiązane z pozycją gwiazd. Jadła przy stanowisku. Spała w ubraniu na składanym łóżku w obserwatorium. Włosy związywała przewodem od zestawu pomiarowego, bo zgubiła gumkę.

Dwudziestego czwartego dnia Zasada przyniósł jej talerz gorącej zupy. Znalazł ją pochyloną nad wydrukiem, z zamkniętymi oczami. Łyżka leżała obok klawiatury przez godzinę, zanim wzięła pierwszy kęs. Zupa zdążyła wystygnąć. Wierzbicka zjadła wszystko i dopiero potem zorientowała się, że admirał nadal siedzi po drugiej stronie stołu. — Jeśli czeka pan na dobre wiadomości, trzeba było przynieść alkohol — powiedziała. — Alkohol jest na dzień, w którym znajdziemy Ziemię. — To może pan go oszczędzać.

Dwudziestego dziewiątego dnia wezwała Zasadę.

Na głównym ekranie wisiało jedenaście pulsarów. Przy każdym widniały dwie wartości: okres, który flota powinna zobaczyć według zapisu z dnia odlotu, oraz okres zmierzony po burzy.

— Mam geometrię — powiedziała.

Zasada czekał.

— I mam problem większy niż geometria.

Wskazała pierwszy pulsar.

— To PSR B1937+21. Stabilny. To J0437—4715. Też stabilny. Gdy przesuwam katalog tylko przestrzennie, wyniki rozchodzą się. Gdy przesuwam katalog w czasie, zaczynają się zgadzać.

— O ile?

Wierzbicka odwróciła się od ekranu. Przez chwilę wyglądała, jakby sama chciała jeszcze raz policzyć liczbę, którą liczyła od tygodnia.

— Prawie czternaście lat od Wielkiej Bitwy w układzie odniesienia Sol.

Rosiak odezwał się pierwszy.

— To niemożliwe. Od odlotu mamy pięć lat, siedem miesięcy i…

Urwał.

Wierzbicka spojrzała na niego bez cienia satysfakcji.

— Według „Chrobrego”. „Sobieski” ma pięć lat, osiem miesięcy i jedenaście dni. „Jagiełło” jest starszy od nas o dziewięć godzin. Po ostatnim przejściu różnice urosły, lecz żadna nie daje czternastu lat.

Zasada podszedł do stołu i oparł dłonie o jego krawędź.

— Sprawdźcie z drugiego źródła.

— Sprawdzamy od trzydziestu dwóch dni.

— Z trzeciego.

— Już mamy cztery.

Wierzbicka dotknęła ekranu. Pojawiły się widma dwóch gwiazd zmiennych oraz rozkład promieniowania tła.

— To nie jest jedna metoda. Cztery niezależne rozwiązania prowadzą do tej samej epoki.

Na mostku pracowała wentylacja. Ktoś przesunął kubek po metalowym blacie. Dźwięk zabrzmiał za głośno.

Zasada pomyślał o Ziemi, którą zostawił, o ludziach na Malwince, twarzy Kosy przy odprawie i dzieciach, które w dniu odlotu miały po sześć lat, a teraz mogły mieć dwadzieścia.

— A my? — zapytał.

— My przeżyliśmy trochę ponad pięć i pół roku.

— Czyli oba pomiary są prawdziwe.

Wierzbicka skinęła głową.

— Na to wygląda.

Zasada spojrzał na gwiazdy poza szybą. Przez całe życie służyły ludziom do ustalania drogi. Teraz mówiły coś gorszego: droga istniała, tylko czas po obu jej stronach przestał być wspólny.

— Ustalcie pozycję do końca — powiedział. — Potem policzymy, co jeszcze nam zostało.

Wierzbicka nie odpowiedziała od razu.

— Admirał…

— Tak?

— Ziemia jest starsza o osiem lat, których nie przeżyliśmy.

Zasada patrzył na czarne pole między gwiazdami.

— Wiem.

Dopiero wtedy naprawdę poczuł ciężar burzy.

Rozdział 19. Dwie prawdy

Wiadomość o czternastu latach rozeszła się po flocie szybciej niż oficjalny komunikat.

Zasada przez godzinę próbował zatrzymać ją w sztabie. Potem zobaczył bosmana Janczaka stojącego przed automatem z kawą, z dłonią opartą o obudowę i pustym kubkiem pod dyszą. Automat nalał mu kawę, kawa przelała się przez brzeg, a Janczak dalej patrzył na ścianę.

— Syn miał dziewięć lat — powiedział, kiedy zauważył admirała. — Jak odlatywaliśmy.

Zasada znał odpowiedź, zanim padło pytanie.

— Teraz ma dwadzieścia trzy.

Bosman zacisnął usta.

— Jeśli żyje.

Na pokładach zaczęto liczyć. Żony, mężów, rodziców, dzieci. Ludzie sprawdzali daty urodzin, które wcześniej były czymś stałym, i dopisywali do nich osiem lat pustki. Kurek siedział w swojej kabinie z serwisową trzynastką położoną na stole. Stary klucz po dziadku został z Mają; od dnia odlotu odruchowo sięgał po ten sam rozmiar, kiedy potrzebował czymś zająć ręce.

W korytarzu przed kabiną ktoś przykleił kartkę z dwoma pytaniami: „Ile masz lat?” oraz „Który rok jest u ciebie?”. Do wieczora pojawiło się pod nią kilkadziesiąt odpowiedzi, część poważnych, część ordynarnych. Jeden z marynarzy napisał: „Mam trzydzieści dwa. Moja córka ma teraz tyle, ile ja miałem, gdy się urodziła”. Ktoś dopisał pod spodem: „Jeśli wrócimy”. Kartka zniknęła w nocy. Następnego dnia wisiała znowu, przyklejona mocniejszą taśmą.

Przed burzą myślał o niej jako o kobiecie starszej od siebie o trzy miesiące.

Teraz, według Sol, była starsza o ponad osiem lat.

Wyobraźnia podsuwała mu kolejne wersje życia Mai: ten sam dom, inne mieszkanie, nową pracę, drugiego człowieka przy stole. Każda była możliwa, bo osiem lat należało do niej, a on przeżył je gdzie indziej.

W medycznym Radecka dostała listę dat i schowała ją do kieszeni bez czytania. Po godzinie wróciła, zamknęła drzwi gabinetu i otworzyła plik z nazwiskiem brata. Nie było dostępu do aktualnych danych z Sol; miała tylko stare zdjęcie i wyobraźnię, która od razu dodała mu siwizny przy skroniach.

Rosiak próbował ubrać problem w procedurę.

— Potrzebujemy jednolitej konwencji czasu ekspedycji — powiedział na odprawie. — Inaczej raporty, medycyna, resursy urządzeń i logistyka rozjadą się kompletnie.

Wierzbicka potrząsnęła głową.

— Jedna konwencja nie rozwiąże dwóch historii.

— Musimy mieć datę.

— Mamy daty. To właśnie problem.

Na stole pojawiły się dwa ciągi.

CZAS WŁASNY FLOTY: 5 LAT 7 MIESIĘCY.

CZAS UKŁADU SOL: OKOŁO 14 LAT OD WIELKIEJ BITWY.

Radecka zwróciła uwagę na jeszcze trzeci zegar: ciało. W kartach medycznych dawki promieniowania, czas gojenia ran, ciąże pozostawione na Ziemi i resurs biologiczny załóg musiały pozostać związane z czasem przeżytym na pokładach. Człowiek, który miał czterdzieści lat w dniu odlotu, miał teraz biologicznie czterdzieści pięć. Jego akt urodzenia w Sol mówił o pięćdziesięciu czterech. Obie liczby mogły decydować o czymś innym.

Zasada kazał usunąć duże litery. Zwykły zapis wyglądał mniej jak wyrok, choć liczby pozostawały te same.

— Od tej chwili każdy raport ma oba znaczniki — powiedział. — Czas własny jednostki i czas odniesienia Sol. Medycyna prowadzi wiek biologiczny. Dowództwo prowadzi oba.

— A korespondencja? — zapytała Radecka.

Zasada spojrzał na nią.

— Jeśli odzyskamy łączność, człowiek ma prawo napisać datę, którą uważa za swoją.

Po odprawie długo chodził po „Chrobrym”.

Po drodze minął kapelana siedzącego z dwoma mechanikami pod ścianą. Żaden się nie modlił. Rozmawiali o tym, czy pogrzeb ojca jednego z nich już się odbył, czy dopiero się odbędzie według ich własnego czasu. Kilka metrów dalej pielęgniarka pomagała starszej kobiecie z personelu technicznego obliczyć wiek wnuczki. Zasada przeszedł obok bez słowa. Dowódca mógł wydać procedurę dla zegarów. Dla tych rozmów procedury nie istniały.

Okręt się postarzał. Farba na poręczach była wytarta do metalu. W części mieszkalnej ktoś przykleił nad drzwiami zdjęcia pierwszego roku wyprawy; ludzie na nich mieli pełniejsze twarze i świeże mundury. W maszynowni wymieniono tyle modułów, że oryginalna tabliczka producenta wisiała teraz na ścianie jak żart. Katamaran przeżył pięć lat. Ziemia przeżyła czternaście.

Obie rzeczy były prawdziwe.

W hangarze Kurek siedział pod otwartym panelem serwisowym niszczyciela. Serwisową trzynastkę obracał między palcami.

— Admirał.

— Jak idzie?

— Jak zawsze. To znaczy źle, ale jeszcze działa.

Zasada usiadł na skrzyni z częściami. Przez chwilę słuchali stukania narzędzi z drugiego końca hangaru.

— Ma pan kogoś? — zapytał Kurek.

Zasada spojrzał na niego.

— Miałem.

— To znaczy?

— To znaczy, że przed odlotem zostały rzeczy, których nie naprawia się pięcioletnią wyprawą.

Kurek skinął głową. Nie pytał dalej.

— Maja miała trzynaście — powiedział po chwili. — Teraz może mieć dwadzieścia siedem. Dla mnie minęło niecałe sześć lat. To jest… głupie.

— Jest.

— Jak wrócę, będę młodszy od własnej żony o prawie dekadę.

— Jeśli nadal będzie twoją żoną.

Kurek spojrzał na niego ostro.

Zasada wytrzymał spojrzenie.

— Wolisz, żebym skłamał?

Po chwili Kurek opuścił wzrok.

— Nie.

— Ona też przeżyła te lata. Miała prawo zrobić z nimi, co chciała.

— Wiem.

— Wiedza boli mniej dopiero po czasie.

Kurek wsunął klucz do kieszeni.

— Kiepski z pana pocieszyciel.

— Nigdy nie obiecywałem inaczej.

Kurek wstał i zamknął panel niszczyciela. — Wracamy? — zapytał. Zasada wiedział, że to pytanie krąży już po całej flocie. Powrót oznaczał próbę odnalezienia drogi do domu z pozycją, której jeszcze nie rozumieli. Dalsza wyprawa oznaczała dokładanie kolejnych lat do różnicy, która już teraz zmieniła życie każdej osoby na pokładzie. — Najpierw dowiemy się, gdzie jesteśmy — odpowiedział. — Potem podejmę decyzję. — A jeśli droga do Twórców jest bliżej niż droga do Ziemi? — Wtedy decyzja będzie gorsza.

Trzydziestego drugiego dnia Wierzbicka przyniosła ostateczne rozwiązanie pozycji. Flota znajdowała się tysiące lat świetlnych od trasy, którą powinna zajmować po ostatnim skoku. Sama odległość była absurdalna. Jeszcze gorszy był fakt, że część obserwowanych gwiazd miała widma zgodne z ich dawnym położeniem, a część z przesunięciem odpowiadającym czasowi Sol.

— Jakbyśmy wyszli z tunelu w miejscu, które pamięta dwa momenty — powiedziała.

Rudzki skrzywił się.

— To zdanie brzmi źle nawet jak na tę wyprawę.

— Mam lepsze liczby, ale gorszej odpowiedzi.

Zasada poprosił o mapę.

Na ekranie pojawił się sektor, którego nie było w żadnym planie Operacji „Zemsta”. Daleko od archiwalnego wektora, daleko od ostatnich znanych pozycji Twórców, za obszarem o słabo opisanej gęstości gwiazd.

— Wracamy na kurs? — zapytał Rudzki.

Zasada miał już odpowiedzieć, kiedy oficer łączności podniósł rękę.

— Chwila.

Wszyscy spojrzeli w jego stronę.

— Co?

— Pasywny nasłuch złapał powtarzalny impuls.

— Twórcy?

Operator wpatrywał się w zapis.

— Nie wygląda.

Przesunął widmo na główny ekran. Wśród szumu pojawiało się wąskie pasmo, krótkie, regularne i uparte.

Impuls wracał co dwanaście godzin. Rosiak wstał, kiedy rozpoznał w widmie stary wojskowy Guard — polski format z czasów pierwszych Sokołów.

— Ten format…

Zasada poczuł, jak coś ściska mu żołądek.

Rozdział 20. Polski kod

Sygnał był tak słaby, że automatyczny filtr wrzucił go do kosza razem z promieniowaniem tła i trzaskami lokalnej gwiazdy. Operator nocnej wachty wrócił do niego przez przypadek, bo rytm zakłócenia powtarzał się co dwanaście godzin z dokładnością, której natura zwykle nie potrzebowała.

Po sześciu próbach mieli dość danych, żeby odtworzyć pierwszą warstwę.

Stary kanał wojskowy.

Format używany przez Sokoły pierwszej generacji.

Rosiak ściągnął surowy zapis na mostek i puścił go przez sprzęt, który pamiętał jeszcze Wielką Bitwę. Za pierwszym razem głośniki dały wyłącznie szum. Za drugim przebiły się cyfry. Trzecia rekonstrukcja przyniosła trzy sekundy głosu.

— ...Sokół cztery pięć zero… jeden jeden dwa zero… LHC… jeśli ktoś odbiera… żyję…

Zasada poczuł chłód na karku.

— Jeszcze raz.

Głos wrócił. Chropawy, starszy, zniekształcony przez improwizowany nadajnik i atmosferę planety. Końcówka urywała się w trzasku.

Rosiak otworzył archiwum identyfikatorów. Numer pojawił się po chwili.

LHC-450/1120.

Pilot: porucznik Marek „Siwy” Siwiec.

Status: zaginiony podczas Wielkiej Bitwy.

Zasada pamiętał twarz Kosy przy Malwince i plik, który przed odlotem wcisnął mu do ręki niemal przemocą. Siedem sekund zapisu. Błękitno-zielona planeta. Brak Księżyca. Rozciągnięty obraz drugiego Sokoła.

Kosa dołączył do pliku własny komentarz. Bez patosu, nagrany jeszcze podczas rehabilitacji: „Jeżeli kiedykolwiek zobaczycie taki świat, sprawdźcie go. Siwy tam był. Nie pytajcie mnie skąd wiem”. Wtedy Zasada potraktował to jako obowiązek wobec pilota, który został na Ziemi. Teraz siedem sekund zakłóconego obrazu leżało obok świeżego sygnału ratunkowego i nagle wyglądało jak najdokładniejsza mapa, jaką dostali przed odlotem.

— Ściągnijcie plik Kosy — powiedział.

Wierzbicka już go otwierała.

Na ekranie obok widma sygnału pojawił się kadr z katastrofy. Planeta wisiała w tle jak Ziemia, której ktoś odebrał jedyny jasny punkt na nocnym niebie.

— Kierunek? — zapytał Zasada.

Operator podał współrzędne.

Wierzbicka porównała je z rozwiązaniem pozycji floty i zaczęła liczyć ręcznie. Po kilku minutach odsunęła się od stanowiska.

— Trzecia planeta układu. Około dwóch jednostek astronomicznych od nas.

— Atmosfera?

— Na razie mamy tylko widmo. Azot, tlen, para wodna. Zaskakująco blisko ziemskiego składu.

— Księżyc?

Wierzbicka przesunęła model.

— Brak dużego satelity.

Rudzki zaklął pod nosem.

Zasada nie skomentował. Kazał wysłać dwie Ćmy i jedną pasywną bojkę. Flota została na dystansie, z napędami gotowymi do awaryjnego skoku.

Pierwsza Ćma dotarła po kilku godzinach. Obraz planety był niemal spokojny: oceany, duże pasma zieleni i chmury nad kontynentami. Po nocnej stronie świeciły wyłącznie burze i naturalne źródła ciepła, a przestrzeń orbitalna pozostawała pusta.

Sonda przeleciała nad nocną półkulą dwukrotnie. Zasada spodziewał się choćby pojedynczej siatki komunikacyjnej, świateł portów albo ciepła dużych instalacji. Znalazła jedynie burze nad oceanem i rozproszone źródła biologiczne. Planeta wyglądała jak świat przed miastem. Tym bardziej raził w niej jeden uporczywy, regularny impuls radiowy.

Na północnym kontynencie sonda znalazła nieregularny ślad cieplny.

Ślad przesuwał się w ciągu dnia pomiędzy rzeką, schronieniem i wrakiem. Czasem znikał pod drzewami. Raz kamera uchwyciła drobną sylwetkę idącą po brzegu z długim przedmiotem na ramieniu. Algorytm klasyfikacji podał siedemdziesiąt dwa procent prawdopodobieństwa człowieka. Zasada kazał wyłączyć klasyfikator i powiększyć surowy obraz. Na ekranie został chudy mężczyzna w zniszczonym ubraniu, idący samotnie przez trawę.

— Ognisko? — zapytał Rudzki.

— Za stabilne — odpowiedziała Wierzbicka.

Kolejne przejście kamery pokazało małą dolinę i ciemny punkt przy rzece. Obok leżała długa bryła metalu.

Ossendowski powiększył obraz.

Wszyscy na mostku znali kształt Sokoła. Nawet rozebranego do połowy, z jednym skrzydłem, z poszyciem łatanym drewnem i fragmentem płótna naciągniętym nad kabiną.

— To on — powiedział Rosiak.

Zasada podszedł bliżej.

Sonda obniżyła pułap. Wokół wraku widać było ścieżki, kamienne palenisko, rząd suszących się płatów skóry i konstrukcję przypominającą szopę. Na brzegu rzeki ktoś ustawił trzy pale z kawałkami metalu, tworząc prowizoryczny maszt.

Technik Sokołów rozpoznawał kolejne braki w maszynie jak amputacje. Zniknęły panele uzbrojenia, część przewodów neurointerfejsu, jedna sekcja chłodzenia i osłony kabli. Ktoś wymontował elementy precyzyjnie, zostawiając fragmenty potrzebne do podtrzymywania życia. — Rozebrał własny myśliwiec na dom — powiedział technik. — I robił to latami, bo po pierwszym sezonie zostały cięcia, a po późniejszych widać inne narzędzia. Zasada patrzył na wrak i pierwszy raz zrozumiał pięć lat Siwego jako serię codziennych decyzji, a nie liczbę w raporcie.

— Transmisja jest aktualna — powiedziała Wierzbicka. — W każdej paczce ma inne dane pogodowe. Ciśnienie, temperatura, kierunek wiatru. Ktoś nadaje teraz.

Zasada odetchnął przez nos.

— „Chrobry” z osłoną na orbitę. Reszta trzyma dystans. Bez emisji aktywnej, dopóki nie sprawdzimy, co jeszcze siedzi w tym układzie.

— Zespół poszukiwawczy?

— GROM. Medyk. Technik Sokołów. Bez ciężkiej demonstracji siły.

— Jeśli to pułapka?

— Wtedy będziemy mieli ciężką demonstrację dwadzieścia sekund później.

Gdy „Chrobry” zajął wysoką orbitę, sensory znalazły ślady, których Ćma nie zauważyła. Pod północnym pasmem górskim ciągnęła się czarna struktura o długości kilku kilometrów. Wtopiona w skałę, zimna dla podczerwieni, zbyt regularna, żeby należała do geologii.

Wierzbicka zestawiła ją z zapisem Kosy.

— Ten fragment pojawia się w ostatnich klatkach z Wielkiej Bitwy.

Zasada patrzył na czarną linię.

— Najpierw człowiek.

Rozkaz zszedł do hangaru.

GROM pakował broń, ale Zasada kazał dowódcy zespołu powtórzyć ostatnie zdanie.

— Priorytet: odnalezienie pilota i jego ewakuacja. Obiekt badamy później.

— Przyjąłem.

— I jeszcze jedno. Jeśli zobaczycie go pierwsi, mówcie po polsku.

Dowódca GROM-u uniósł brwi.

— Myślałem, że to oczywiste.

— Po pięciu latach samotności nic nie jest oczywiste.

Transportowiec odszedł od „Chrobrego” przed świtem lokalnego czasu.

Na mostku Zasada słuchał powtarzającego się sygnału Siwego. Co dwanaście godzin ten sam człowiek wrzucał kilka watów ludzkiego uporu w obcy świat.

Tym razem po drugiej stronie ktoś już słuchał.

Rozdział 21. Człowiek z brzegu

Siwy usłyszał transportowiec wcześniej, niż zobaczył światło nad doliną.

Po latach miejscowych dźwięków technika miała własny ciężar. Równy pomruk pola wszedł w ziemię, przeszedł przez kamienie schronu i zatrzymał go z kubkiem w dłoni. Woda wylała się na palce. Stał chwilę bez ruchu, słuchając.

Potem pobiegł do Sokoła.

Nadajnik pokazywał odbiór. Zielona kontrolka, którą przez lata widział martwą, migała w rytmie obcego sygnału.

— …LHC cztery pięć zero, tu polska jednostka ratownicza. Odbiór.

Siwy patrzył na głośnik.

Głos był czysty. Młody. Zniecierpliwiony lekkim trzaskiem w kanale.

Ludzki.

Dłoń zsunęła mu się z obudowy.

— Powtórz — wychrypiał.

— LHC cztery pięć zero, tu polska jednostka ratownicza. Mamy pana pozycję. Proszę pozostać w miejscu i potwierdzić odbiór.

Siwy nacisnął przycisk.

Przez pierwszą próbę z gardła nie wyszedł żaden dźwięk.

— Tu… Siwy.

W słuchawce zapadła krótka cisza, po której odezwał się ten sam głos, tym razem wolniej.

— Mamy pana, panie poruczniku.

Siwy zamknął oczy i pozwolił, by przez sekundę wrócił lęk z pierwszej nocy pod obcym niebem.

Świat wokół nie zmienił się ani trochę. Rzeka płynęła. Wiatr ruszał srebrnymi liśćmi. Z paleniska ciągnął zapach mokrego popiołu. A jednak po pięciu latach samotności jedno zdanie rozcięło planetę na dwie części: wszystko przed nim i wszystko po nim.

Kiedy transportowiec wszedł nad dolinę, Siwy stał przed schronem z dzidą w dłoni. Pistolet wisiał przy biodrze. Trzy magazynki zostały mu od katastrofy i przez ostatni rok liczył każdy nabój jak lekarstwo.

Maszyna zawisła nad polaną. Tłumione pola podniosły suche liście i kurz. Siwy cofnął się o krok, bo ciało pamiętało maszyny przede wszystkim z wojny.

Rampa zeszła powoli, unosząc z ziemi kurz, który osiadł na butach Siwego.

Najpierw na ziemię wjechały dwa MŁOTY, szerokie i niskie. Nad nimi zawisły dwa KOWADŁA. Ich sensory omiatały linię drzew, rzekę i czarną ścianę daleko na północy. Dopiero później pojawili się ludzie.

Cztery sylwetki GROM-u wyszły z wnętrza transportowca, rozstawiając się szeroko na polanie.

Pierwszy żołnierz zatrzymał się na końcu rampy i zdjął hełm.

Miał krótkie ciemne włosy, spoconą twarz i krzywo przyklejony opatrunek przy uchu.

Za nim drugi żołnierz powiedział coś półgłosem po polsku. Zwykłe przekleństwo o kurzu, który wlazł mu pod uszczelkę. Siwy poczuł uderzenie w brzuch silniejsze niż przy widoku transportowca. Przez lata sam mówił do radia, do Sokoła, do rzeki i czasem do Głosu. Teraz dwóch ludzi sprzeczało się o piach w kombinezonie. Musiał odwrócić głowę, żeby odzyskać oddech.

Siwy wpatrywał się w niego z taką intensywnością, że żołnierz opuścił broń jeszcze niżej.

— Porucznik Siwiec?

Siwy przełknął ślinę.

— Major — powiedział automatycznie, bo gdzieś w pamięci zostały stare awanse pośmiertne i wojskowe żarty.

Żołnierz uśmiechnął się ostrożnie.

— To możemy poprawić w papierach.

Siwy parsknął. Dźwięk zamienił się w kaszel.

Medyk ruszył ku niemu, ale Siwy odruchowo podniósł dzidę.

Cały zespół stanął.

— Spokojnie — powiedział dowódca. — Nikt pana nie dotknie bez pytania.

To zdanie zadziałało lepiej niż rozkaz.

Siwy opuścił broń.

— Kosa? — zapytał.

Dowódca przez chwilę szukał w pamięci.

— Major Maciej Kosa?

— Tak.

— Ostatni status, jaki mamy, mówi, że żyje.

Siwy odwrócił twarz. Udawał, że patrzy na rzekę, dopóki pieczenie pod powiekami nie puściło.

— Dobra — powiedział. — To dobra wiadomość.

Dowódca wyciągnął z kieszeni mały znacznik i położył go na ziemi między nimi. — Mamy też jego zapis. To dzięki niemu wiedzieliśmy, czego szukać, kiedy złapaliśmy pana sygnał. Siwy popatrzył na przedmiot. Kosa przez wszystkie te lata istniał po drugiej stronie przestrzeni dostatecznie mocno, żeby zostawić mu drogę powrotną. Ta myśl okazała się trudniejsza do zniesienia niż samotność.

Medyk zbliżył się powoli. Wziął Siwego za nadgarstek i zamarł przy bliznach.

— Jak długo pan tu jest?

— Pięć lat. Może sześć. Miejscowy rok ma inne pory.

— Ma pan dokumentację medyczną?

Siwy spojrzał na niego.

— Mam blizny.

Medyk westchnął.

— To zaczniemy od nich.

Przed wejściem do transportowca Siwy zatrzymał się.

Rampa prowadziła do jasnego, zamkniętego wnętrza. Przez pięć lat każda zamknięta przestrzeń należała do niego. Teraz czekała za nią grupa obcych ludzi, broń i zapach ludzkiego potu.

Dowódca GROM-u zauważył napięcie.

— Możemy lecieć z otwartą rampą przez pierwszą część wznoszenia.

— Zamarzniemy.

— Trochę.

Siwy pokręcił głową.

— Zamknijcie.

Kiedy metalowa płyta ruszyła ku górze, jego oddech przyspieszył. Złapał poręcz. Medyk udawał, że patrzy w tablet.

Przez szczelinę Siwy widział jeszcze fragment rzeki, dach schronu i Sokoła podparty drewnianą konstrukcją. W ostatniej chwili poczuł idiotyczną potrzebę, żeby zejść po zostawiony nóż, poprawić osłonę nadajnika i nakarmić zwierzę, które czasem przychodziło pod palenisko. Pięć lat na planecie nauczyło jego ciało, że każda niedokończona czynność może rano zamienić się w problem. Świadomość, że tym razem ktoś inny może pilnować nocy, była niemal równie obca jak widok ludzkiej twarzy.

Zamek zatrzasnął się z głuchym uderzeniem.

Siwy został w środku, zaciskając palce na poręczy, aż metal wcisnął się w blizny. Rampa domknęła się i transportowiec ruszył ku górze. Wytrzymał pierwszą zamkniętą przestrzeń od lat bez cofnięcia się do drzwi; dopiero po chwili pozwolił sobie rozluźnić dłoń.

Na „Chrobrym” czekała izba medyczna, światło zbyt białe i ludzie, którzy mówili za szybko. Zdjęli z niego kurtkę ze skór miejscowych zwierząt, potem resztki starego kombinezonu Sokoła, zszywane przez lata włóknem roślinnym. Pod materiałem wyszły blizny na barku, żebrach i plecach. Lekarka dotknęła starego zrostu przy łopatce i zaklęła cicho.

Najgorszy okazał się zapach. Środek dezynfekcyjny. Siwy pamiętał podobny zapach z koszar i hangarów. Tutaj wrócił naraz, tak mocno, że musiał usiąść. Pielęgniarz podał mu wodę w przezroczystym kubku. Siwy obejrzał dno pod światło, zanim wypił. Dopiero reakcja Radeckiej uświadomiła mu, że zrobił to odruchowo.

— Z tym pan chodził?

— Biegałem też.

— Po co?

— Coś mnie goniło.

Radecka weszła do sali z kubkiem w dłoni. Zatrzymała się w drzwiach.

— Boże.

Siwy zmrużył oczy.

— Znamy się?

— Raz mnie pan zwyzywał, bo źle założyłam opatrunek Kosie.

— To brzmi jak ja.

Radecka postawiła kubek.

— Kosę pamięta pan dobrze.

— Jego trudno zapomnieć.

Badanie trwało dwie godziny. Odwodnienie przewlekłe, kilka źle zrośniętych złamań, blizny po oparzeniach, pasożyty jelitowe, których miejscowa biosfera najwyraźniej nie uważała za problem, i niedobory, które Radecka komentowała coraz gorszym językiem.

Siwy znosił wszystko, dopóki ktoś nie postawił przed nim talerza.

Na talerzu leżał chleb.

Prawdziwy, ciemny i lekko kwaśny, pachniał tak znajomo, że Siwy przez chwilę tylko na niego patrzył.

Wziął dwie kromki. Jedną zjadł zbyt szybko. Drugą wsunął do kieszeni spodni.

Radecka obserwowała go w milczeniu i pozwoliła, żeby sam zdecydował, co zrobić z drugą kromką.

Po chwili Siwy poczuł chleb przy udzie. Wyjął kromkę i położył na talerzu.

— Przyzwyczajenie.

— Możesz ją zostawić — powiedziała.

— Tutaj będzie jutro?

— Będzie.

Siwy patrzył na nią kilka sekund.

— Dobra.

Wieczorem dostał kabinę z łóżkiem, prysznicem i drzwiami, które zamykały się miękko, prawie bezgłośnie. Stał pod gorącą wodą tak długo, aż skóra na zdrowej dłoni zrobiła się czerwona. Brud z obcej planety spływał do odpływu ciemnymi smugami.

W lustrze zobaczył twarz, której prawie nie znał. Broda była nierówna, włosy obcięte nożem, blizna na policzku ciągnęła skórę ku skroni. Przez lata odbicie oglądał w wodzie albo w matowym kawałku osłony. Teraz lustro pokazało mu człowieka starszego o pięć lat i jednocześnie młodszego o osiem lat od świata, do którego chciał wrócić. Dotknął szkła opuszkami palców, jakby mógł sprawdzić jego temperaturę.

Łóżko okazało się zbyt miękkie.

Po godzinie przeniósł koc na podłogę i zasnął pod ścianą, z butami ustawionymi przy dłoni.

Przed snem usłyszał przez instalację okrętu znajome, głębokie drżenie reaktorów.

Pierwszy raz od lat nie musiał pilnować ognia.

Obudził się trzy razy, żeby to sprawdzić.

Rozdział 22. Ogród

Następnego dnia Siwy zażądał powrotu na powierzchnię.

Radecka usłyszała go przy pierwszym obchodzie. Stał przy drzwiach ambulatorium w pożyczonym mundurze, z rękawem podwiniętym nad opatrunkiem i butami zasznurowanymi tak mocno, jakby wybierał się na patrol.

— Dokąd?

— Do Ogrodu.

— Wczoraj znaleźliśmy w tobie trzy gatunki pasożytów, dwa stare złamania i poziom żelaza, przy którym normalny człowiek zasypia na schodach.

— To pójdę windą.

Radecka spojrzała na niego przez kilka sekund.

— Zasada ma z tobą ciężko?

— Jeszcze nie wie.

Wiedział pięć minut później.

Ostatecznie na powierzchnię zeszli Siwy, Zasada, doktor Rosińska, Ossendowski, czterech ludzi GROM-u i dwóch techników. „Bałtyk” utrzymywał się nisko nad doliną, a „Chrobry” wisiał wysoko, z osłoną gotową zejść w atmosferę.

Siwy prowadził.

Szli ścieżką, którą wydeptał przez lata. Pod butami trzaskały suche łodygi. Z mokrej ziemi unosił się ciężki zapach gliny, a w koronach srebrnych drzew coś przeskakiwało z gałęzi na gałąź, śledząc kolumnę. GROM szedł z bronią nisko, lecz palce żołnierzy pozostawały blisko spustów.

Po drodze mijali ślady życia Siwego. Płaski kamień służący kiedyś za stół, zasypaną pułapkę przy strumieniu, dwa słupy z drutu wyciągniętego z instalacji Sokoła. Dla zespołu były to drobiazgi. Dla niego każdy miał własną historię: noc z gorączką, kiedy czołgał się po wodę; dzień, gdy stracił połowę zapasów przez stworzenie o sześciu łapach; tydzień, w którym próbował zbudować turbinę z części sterownika pola. Zasada patrzył na te rzeczy i po raz pierwszy widział samotność Siwego rozłożoną w terenie.

Czarna ściana Ogrodu pojawiła się między drzewami bez ostrzeżenia. Powierzchnia miała matową głębię, jak materiał pochłaniający światło. Mech dochodził do jej krawędzi i kończył się równą linią. Korzenie drzew wyginały się przy ścianie, omijały ją i wracały do ziemi kilka centymetrów dalej.

Ossendowski przyłożył skaner.

— Materiał aktywny. Mikrospękania zamykają się po naruszeniu.

Siwy dotknął czerni knykciem.

— Tutaj wszystko się naprawia.

Wejście otworzyło się, zanim ktokolwiek uruchomił narzędzia. W materiale powstała szczelina, potem wysoka, gładka brama. Z wnętrza wypłynęło chłodne powietrze pachnące wodą, kamieniem i słodkawymi liśćmi.

Dowódca GROM-u spojrzał na Siwego.

— Zawsze tak?

— Czasem musiałem czekać.

— Na co?

— Aż mnie wpuści.

Zasada uniósł brwi.

— Mówiłeś, że to automat.

— Automat też może mieć humor.

Tunel schodził pod ziemię łagodnym łukiem. Ściany świeciły własnym, bladym blaskiem. Co kilkanaście metrów otwierały się boczne komory, w których pracowała woda. Przez przezroczyste kanały płynęły strumienie o różnym zabarwieniu. W zbiornikach poruszały się kolonie mikroorganizmów, część podobna do glonów, część do ruchliwego ciemnego pyłu.

W jednym z korytarzy temperatura wzrosła o kilka stopni. Siwy znał to miejsce i bez patrzenia skręcił w prawo. Za ścianą pracował układ wymiany ciepła z głębokich warstw planety. Przed laty spał przy nim przez trzy zimowe noce, kiedy zawaliła się część jego schronienia. Teraz technicy odczytali przepływ energii liczony w terawatach. Siwy pamiętał z tego miejsca przede wszystkim ciepłą podłogę i smak ryby pieczonej na metalowej płycie.

Rosińska zatrzymała się przy pierwszej otwartej komorze.

— To oczyszczalnia.

— Częściowo — powiedział Ossendowski. — Ten układ rozdziela składniki biologiczne. Patrz na te próbki. Gleba, woda, tkanki roślinne.

Dalej zobaczyli urządzenie, które pobierało z niewielkiego zbiornika larwy miejscowego owada, przepuszczało je przez cienką warstwę światła i wypuszczało do drugiego kanału. Przy każdym cyklu zmieniał się skład wody.

— Kontrola populacji — powiedziała Rosińska.

Siwy wzruszył ramionami.

— Latem jest ich mniej przy rzece.

W centrum kompleksu czekała sala szeroka jak hala kolejowa. Jej podłogę przecinały tysiące cienkich strumieni światła. Na ścianie pojawiła się mapa planety, kiedy Siwy wszedł pierwszy.

Zasada przystanął.

Rzeki pulsowały błękitem. Zielone obszary zmieniały odcień wraz z porami roku. Nad oceanami przesuwały się prądy i fronty. W górach pojawiały się małe czerwone punkty, gasnące po kilku sekundach.

Ossendowski podłączył pasywny analizator. System odpowiedział dodatkową warstwą informacji.

Gleby. Zasolenie. Choroby roślin. Migracje zwierząt. Poziom tlenu. Zawartość pyłów. Rozkład planktonu. Dziesiątki tysięcy procesów śledzonych równocześnie.

— To nie jest stacja badawcza — powiedziała Rosińska.

— Mówiłem: Ogród.

— Myślałam, że nazwałeś tak to miejsce, bo byłeś sam.

— Też.

Mapa przyciemniła jeden z kontynentów. Na zachodnim wybrzeżu rozjarzył się czerwony obszar. System pokazał pożar obejmujący setki kilometrów kwadratowych. W kolejnej warstwie pojawiły się zmiany wiatrów, odcięcie dwóch dopływów i otwarcie podziemnych zbiorników wody.

Proces trwał na ich oczach. Ogród przesuwał granicę frontu atmosferycznego, zwiększał wilgotność nad pasmem gór i kierował stada dużych roślinożerców poza obszar dymu. Żadna pojedyncza czynność nie wyglądała spektakularnie. Dopiero ich suma pokazywała skalę: kontynent traktowany jak organizm, któremu można obniżyć gorączkę i oczyścić ranę.

— Ono gasi pożar — powiedział jeden z techników.

— Zaczęło wczoraj — odpowiedział Siwy. — Jeszcze zanim przylecieliście.

Z bocznego przejścia wysunął się niski automat. Niósł na platformie ranne stworzenie wielkości lisa, z łuskami na grzbiecie i mokrą sierścią na brzuchu. Jedna tylna kończyna wisiała pod nienaturalnym kątem.

Robot ułożył zwierzę na stole. Z sufitu zeszły cienkie włókna. Rosińska podeszła tak blisko, że GROMowiec złapał ją za ramię.

— Doktor.

— Widzę.

Włókna przecięły skórę i weszły w tkankę. Zwierzę szarpnęło się, po czym znieruchomiało. Na ekranie obok pojawił się obraz kości. Odłamki przesunęły się, wróciły na miejsce, a wokół pęknięcia zaczęła narastać nowa tkanka.

Rosińska oddychała przez otwarte usta.

— To chirurgia.

— Dla nich chyba weterynaria — powiedział Siwy.

Zasada patrzył na stworzenie.

Przyjechał tu z flotą nazwaną Zemstą. W archiwach Twórcy pozostawili wypalone miasta Marsa, martwe bazy i ludzi, których nigdy nie poznano. W tej komorze obcy automat składał nogę zwierzęcia, które za kilka godzin wróci do lasu.

— Mamy zgodność technologii? — zapytał.

Ossendowski zawahał się.

— Materiały różnią się wiekiem i wykonaniem, ale warstwa kodowania, geometria pól i sposób prowadzenia energii mają wspólne cechy z systemami Twórców. To ta sama rodzina technologiczna albo coś bardzo bliskiego.

Siwy popatrzył na Zasadę.

— Dlatego chciałem, żeby pan to zobaczył.

— Żebym zmienił zdanie o Marsie?

— Mars jest martwy niezależnie od mojego zdania.

— Więc po co?

Siwy wskazał zwierzę na stole.

— Żebyśmy wiedzieli, do czego strzelamy, kiedy znowu ich znajdziemy.

Zasada nic nie odpowiedział.

Automat skończył pracę. Zwierzę podniosło głowę, spróbowało stanąć, zawahało się i po chwili pobiegło w boczny tunel.

Ogród wrócił do swojego cichego rytmu.

Rozdział 23. Ogrodnicy

Ossendowski został w Ogrodzie do następnego świtu.

Zasada pozwolił mu na jedną noc badań pod warunkiem, że żaden polski system nie będzie próbował przejąć sterowania. Technicy mogli obserwować, kopiować pasywne dane i odłączyć kabel przy pierwszym niepokojącym odczycie.

Siwy spał na składanym łóżku przy wejściu do głównej sali. Spał źle. Ogród znał od lat, lecz obecność ludzi zmieniła dźwięki miejsca. Szelest kombinezonów, metalowe kroki, ciche przekleństwa techników i trzaski polskiego radia tworzyły warstwę, której przez pięć lat pragnął, a teraz jego ciało odbierało ją jak hałas.

Obudził go Ossendowski.

— Musisz to zobaczyć.

— Jeśli znalazłeś instrukcję obsługi, zacznij od kawy.

— Znalazłem historię.

W głównej sali czekał Zasada. Rosińska siedziała przy terminalu z kubkiem w obu dłoniach. Na mapie planety pojawiły się punkty, których poprzedniego dnia nie było. Setki. Potem tysiące.

— To są światy — powiedział Ossendowski.

Siwy podszedł bliżej.

Mapa przestała przedstawiać planetę. Układ rozwinął się w sieć. Punkty łączyły się cienkimi liniami, a przy każdym pracował zapis, którego polskie systemy nie potrafiły przetłumaczyć słowo po słowie. Dało się jednak rozpoznać powtarzające się funkcje: atmosfera, hydrosfera, biomasa, stabilność, korekta.

Niektóre rekordy miały wiek liczony w setkach tysięcy lat, inne w milionach. Polskie komputery próbowały dopasować obce jednostki czasu do ruchu planet i okresów gwiazd. Ossendowski przerwał przeliczenie, kiedy błąd zrobił się większy niż cała historia Homo sapiens. Sama skala archiwum wystarczała. Ktoś doglądał tych światów dłużej, niż ludzie potrafili zachować nazwę jednego państwa.

— Ile? — zapytał Zasada.

— W widocznej części ponad cztery tysiące obiektów. Część wygaszona. Część nadal aktywna.

Ossendowski wybrał jeden.

Nad stołem pojawił się obraz planety pod grubą warstwą chmur. Powierzchnię przecinały rozległe pustynie, oceany miały brunatny kolor. Zapis przesuwał się przez tysiące lat. Najpierw kompleksy podobne do Ogrodu pompowały wodę z głębi skorupy. Potem zmieniał się skład atmosfery. Zielone obszary rosły od brzegów dawnych mórz. Po kilku tysiącach lat kontynenty pokrywały lasy.

Rosińska odstawiła kubek.

— Oni ją uratowali.

Drugi zapis pokazał świat lodowy. Czarne instalacje pracowały pod lodem, ogrzewając lokalne oceany i wprowadzając do nich mikroorganizmy. Po epoce, której skala wykraczała poza ludzką cierpliwość, na powierzchni pojawiło się życie.

Rosińska wybrała fragment genomu jednego z organizmów. W zapisie widać było serię delikatnych korekt rozłożonych na tysiące pokoleń, każdą mniejszą od tego, co ludzki biolog uznałby za projektowanie gatunku. Ogród popychał ewolucję, pozostawiając większość pracy przypadkowi, środowisku i śmierci. — To nie laboratorium z probówkami — powiedziała. — To hodowla całych biosfer. Ossendowski popatrzył na nią. — Nazwa „Ogrodnicy” przestaje być metaforą.

Trzeci zapis był krótszy.

Planeta podobna do Marsa. Miasta. Sieć orbitalna. Wysoki poziom emisji grawitacyjnych.

Obraz urwał się w momencie, kiedy nad atmosferą pojawiły się srebrne kształty.

Zasada zacisnął szczękę.

— To już znamy.

Ossendowski powiększył zapis. W warstwie funkcjonalnej pojawiło się słowo zbliżone do tego, które archiwa Marsjan tłumaczyły kiedyś jako OGRÓD. Pod nim znajdował się inny znacznik, używany przy światach wymagających korekty.

— Twórcy i Ogrodnicy — powiedziała Rosińska. — Jedna cywilizacja?

— Albo dwie funkcje tej samej — odpowiedział Ossendowski. — Albo nasze tłumaczenie miesza role. Technologia ma wspólny rdzeń. Tyle mogę powiedzieć uczciwie.

Zasada spojrzał na Siwego.

— Głos mówił ci coś o nich?

— Nazywał ich młodszymi.

— To wszystko?

— Głos lubi oszczędzać słowa bardziej niż amunicję.

Na stole pojawił się kolejny świat. Zielony, pełen życia. System Ogrodu pokazywał ślady interwencji w rzekach, atmosferze, genomach lokalnych organizmów. Potem zapis przesunął się dalej. Pojawiły się pierwsze miasta. Kolejne warstwy danych stawały się gęstsze. Emisje energetyczne rosły.

Ossendowski zatrzymał sekwencję.

— Tutaj zaczyna się obserwacja technologiczna.

— A potem? — zapytał Zasada.

— Potem archiwum się kończy.

— Czyli nie wiemy, czy ich zabili.

— Nie wiemy.

Zasada przeszedł kilka kroków po sali. Pod butami płynęły drobne strumienie światła.

W pamięci wróciła mu pierwsza odprawa „Zemsty”. Czerwone znaczniki, archiwalne obrazy Marsa, podpisy pod nazwami ludzi, którzy zginęli. Tam wszystko miało porządek: wróg, kierunek, cel. Ogród dokładał do tej mapy rzeczy, których żaden sztab nie lubił — opiekę, cierpliwość, tworzenie. Zasada czuł, jak prosty gniew traci wygodne krawędzie, choć sam powód wyprawy pozostawał ten sam.

— To zmienia obraz przeciwnika.

Rosińska odezwała się cicho.

— Komplikuje. To co innego.

— Dla żołnierza komplikacja bywa zmianą.

Siwy oparł się o czarną ścianę.

— Na tej planecie przez pięć lat widziałem, jak Ogród naprawia rzeczy, o których istnieniu nawet nie wiedziałem. Rzekę po powodzi. Las po pożarze. Zwierzęta po chorobie. Kiedy zrozumiałem, że to może być ich, miałem ochotę rozwalić pierwszą komorę, do której wejdę.

Zasada spojrzał na niego.

— Czemu nie rozwaliłeś?

— Bo następnego dnia uratowała dolinę, z której brałem wodę.

— To wystarczyło?

— Wystarczyło, żebym zaczął patrzeć.

Ossendowski wywołał zapis Marsa. Stary, częściowo uszkodzony, z sygnaturą pasującą do archiwów Oka. Czerwone niebo przecięły obce jednostki. System Ogrodu nie pokazywał samej masakry; widział ją jak zdarzenie w biosferze. Nagły spadek emisji miejskich. Pożary. Skażenie. Miliony punktów biologicznych znikających z mapy.

Rosińska odsunęła wzrok.

Zasada patrzył do końca.

— Tego też potrafili — powiedział.

— Tak — odpowiedział Siwy.

— I po tym mamy ich oszczędzać?

Siwy skrzywił się.

— Nie powiedziałem tego.

— Więc co mówisz?

Siwy podszedł do stołu. Na jednym ekranie świecił uratowany świat. Na drugim Mars gasł pod uderzeniami.

— Mówię, że słowo „Twórca” nie jest celem. Tak samo jak słowo „człowiek” nie mówi, czy ma pan przed sobą lekarza, dzieciaka czy skurwysyna z karabinem.

Rosińska spojrzała na Zasadę. — Jeśli trafimy na ich świat, pierwsze sekundy będą miały znaczenie. Jeżeli założymy z góry, że każdy żywy obiekt jest elementem broni, zrobimy dokładnie to, czego boimy się po nich. Zasada odpowiedział dopiero po chwili. — A jeśli zawahanie zabije moich ludzi? — Wtedy pan będzie musiał zdecydować. Tego Ogród za pana nie zrobi.

Zasada długo patrzył na oba obrazy.

— Polecieliśmy tu zabić tych, którzy przyszli po nas.

— To zabijmy tych, którzy przyszli po nas.

— Jeśli ich cywilizacja cała działa w ten sposób?

— Wtedy zobaczymy to na miejscu.

Rosińska odwróciła się do admirała.

— To jest właśnie rzecz, której nie wiedzieliśmy przed odlotem.

Zasada wsunął dłonie do kieszeni munduru. Operacja miała nazwę, która przez lata ułatwiała ludziom życie. Zemsta. Jedno słowo, prosty kierunek, żadnych pytań o dzieci przeciwnika, jego lekarzy, jego ogrody i pamięć dłuższą niż ludzkie państwa.

Teraz pytania stały przed nim w postaci planety, która żyła dzięki technologii tego samego kręgu, który wypalił Mars.

— Kopiujemy wszystko — powiedział. — Bez ingerencji w sterowanie. Potem wracamy na pokład.

Zasada zatrzymał się przy wejściu do sali i obejrzał na mapie planetę Siwego. W zieleni kontynentów migotały tysiące drobnych korekt: woda, gleba, migracje, choroby. Ta sama techniczna rodzina potrafiła doprowadzić świat do równowagi albo zgasić cywilizację. Dowódca Operacji „Zemsta” po raz pierwszy dopuścił do siebie myśl, że zwycięstwo może wymagać czegoś trudniejszego niż celny strzał.

Ossendowski skinął głową.

— Jest jeszcze coś.

Na mapie sieci kilka punktów pulsowało szybciej. Łączyły się w kierunki prowadzące daleko poza lokalną grupę gwiazd. Jeden z nich miał strukturę danych zgodną z archiwalnymi wektorami Oka i późniejszymi obserwacjami Argusów.

Wierzbicka na orbicie dostała pakiet kilka minut później.

— To może być szlak komunikacyjny — powiedziała przez radio. — Albo serwisowy. Za wcześnie na wnioski.

Zasada spojrzał na Siwego.

— Czyli droga jeszcze się nie skończyła.

— Mówiłem, że Ogród coś pamięta.

W tej samej chwili światło w sali przygasło.

Siwy poczuł znajomy ucisk pod czaszką.

Znajomy ucisk zatrzymał Siwego w pół ruchu.

— Co? — zapytał Zasada.

Siwy spojrzał ku sufitowi, choć wiedział, że źródło nie znajduje się nad nimi.

— On.

— Kto?

Po kilku sekundach odpowiedź przyszła do wszystkich obecnych naraz, ciężka i spokojna, jak myśl włożona pod kość czaszki.

— Dowódca.

Twarz Zasady pobladła, kiedy znaczenie tego jednego słowa dotarło do niego w pełni.

Siwy odwrócił wzrok od Ogrodu. Lęk z pierwszej nocy nadal wracał, ale nie prowadził już każdego ruchu.

— Głos.

Rozdział 24. Głos

ORBITA PLANETY SIWEGO — KONTAKT Z MEGASTRUKTURĄ

Megastruktura pojawiła się podczas trzeciego okrążenia planety, kiedy „Chrobry” wychodził zza nocnej półkuli.

Pierwszy zauważył ją operator optyki. Przerwał meldunek w połowie zdania i odsunął twarz od wizjera, jakby szkło nagle zrobiło się gorące. Na głównym ekranie ginęły gwiazdy. Czerń zasłaniała je od lewej strony, powoli i bez widocznej krawędzi. Czujniki dalekiego zasięgu próbowały ustawić skalę, zmieniały zakres, wracały do początku i ponownie gubiły obiekt.

Zasada podszedł bliżej.

Planeta wypełniała dolną część obrazu. Nad nią rosły czarne pierścienie, płaszczyzny i łuki, których wzajemnego położenia oko nie potrafiło utrzymać dłużej niż kilka sekund. Jedna część konstrukcji wydawała się stać nieruchomo, druga przesuwała się na tle gwiazd, trzecia po kolejnym mrugnięciu znajdowała się w innym miejscu.

Mostek ucichł sam z siebie.

Siwy stał przy bocznym stanowisku z dłońmi opartymi o krawędź pulpitu. Zasada zobaczył, jak palce ze starymi przykurczami wbijają się w tworzywo.

— To ono? — zapytał.

Siwy skinął głową.

— Widziałem fragment. Z powierzchni wyglądało mniejsze.

— Mniejsze?

— Wszystko wygląda mniejsze, kiedy człowiek jest zajęty tym, żeby przeżyć do rana.

Na zewnętrznych pierścieniach pojawił się fiolet. Światło płynęło po czerni cienką linią, coraz jaśniejszą, aż szyby mostka przyciemniły się automatycznie.

W tym samym momencie zegar przy stanowisku nawigacyjnym cofnął się o osiem setnych sekundy.

Potem o jedną dziesiątą.

Wierzbicka zaklęła pod nosem i spojrzała na drugi chronometr. Ten pokazywał prawidłowy czas. Trzeci wyprzedzał oba o prawie pół sekundy.

— Mamy rozjazd lokalny — powiedziała. — Mały, ale rośnie.

Zasada poczuł ucisk za oczami. Przez chwilę uznał go za początek migreny. Nacisk przesunął się głębiej, aż dotknął miejsca, którego człowiek nie powinien czuć.

Pojawiło się słowo.

— Dowódca.

Zasada oparł dłonie o konsolę.

— Słyszysz? — zapytał Siwy.

— Tak.

Rosiak spojrzał na nich obu.

— Co słyszycie?

Zasada uniósł palec, prosząc o ciszę.

— Kim jesteś? — pomyślał.

Odpowiedź przyszła po chwili. Nie miała głosu. Miała znaczenie, które mózg ubrał w polskie słowa.

— Imiona pomagają tym, którzy żyją krótko.

— Jesteś Twórcą?

Fiolet na pierścieniu pulsował powoli.

— Twórcy przyszli później. Sadzą. Przenoszą. Korygują. Gdy uznają korektę za niemożliwą, niszczą.

Zasada poczuł pod językiem gorzki smak. Wróciła mu twarz mechanika z „Błyskawicy II”, którego Radecka trzymała za bark, kiedy drugi medyk kończył amputację. Spod rozdartej grodzi ciekł płyn z instalacji i mieszał się z krwią.

— Zabili naszych.

— Tak.

Jedno słowo wystarczyło, żeby w Zasadzie podniosła się złość.

Sięgnął do kieszeni po papierosy. Palce znalazły zgniecione opakowanie. Ostatnią sztukę wypalił dwa dni wcześniej, w małym przedziale technicznym przy rufowym węźle. Logistyka ekspedycji przewidziała tysiące części zamiennych, zapas enzymów do oczyszczalni i trzy rodzaje środka przeciwgrzybiczego. Papierosy skończyły się przed końcem piątego roku.

— Dlaczego szukasz substancji, która skraca twoje życie?

Zasada znieruchomiał.

— Bo moja żona umarła i już mi ich nie wyrzuca.

Na moment wróciły jaskry. Mokra łąka, żółte kwiaty przy drodze, jej palce brudne od ziemi. Lubiła je, bo nikt rozsądny nie zamawiał jaskrów na oficjalne uroczystości.

Pamiętał też późniejszą rozmowę z adiutantem.

— Byłeś u niej?

— Byłem, panie generale.

— Jaskry?

— Jak zawsze.

Adiutant dodał wtedy paczkę miętowych cukierków. Zasada wyrzucił ją do szuflady, a wieczorem zjadł wszystkie.

— Śmierć jednego człowieka zmienia zachowanie drugiego wiele obiegów później — odezwał się Głos.

— Dłużej, niż sądzisz.

— Dlaczego podtrzymujesz pamięć istoty, której ciało przestało działać?

— Bo człowiek mieści się w czymś więcej niż w mięśniach i oddechu.

Fiolet przygasł.

— Pamięć jest formą ciągłości.

— Wreszcie powiedziałeś coś, co rozumiem.

— Rozumiesz fragment.

Zasada parsknął.

— Siwemu też tak odpowiadałeś?

— Tak.

— Wkurwiające.

Rosiak, który słyszał tylko ostatnie słowo, odwrócił głowę z wyrazem ostrożnej troski.

— Wszystko w porządku, admirale?

— W najlepszym możliwym znaczeniu tego słowa.

Pod stopami ustały drgania pokładu.

Wentylacja zamilkła.

Światła mostka zgasły razem z ekranami. Przez sekundę „Chrobry” stał się ogromną, ciemną bryłą metalu pędzącą nad obcą planetą. Ktoś gwałtownie nabrał powietrza. W głębi stanowisk rozległ się stuk kubka uderzającego o podłogę.

Zasilanie wróciło.

Rosiak sprawdził dane z bladą twarzą.

— Reaktory pracowały. Zniknęło sterowanie. Wszystkie magistrale, lokalne automatyki, napęd, podtrzymanie życia. Jedna sekunda i trzy dziesiąte.

Zasada spojrzał na czarne pierścienie.

— Mógłbyś zrobić to na Ziemi?

— Tak.

— Twórcom?

— Tak.

— Całej ich flocie?

Odpowiedź pojawiła się bez wahania.

— Tak.

W gardle Zasady pojawiła się suchość.

— Więc dlaczego tego nie robisz?

Długa chwila ciszy miała ciężar większy niż poprzednie odpowiedzi.

— Siła pozwala działać. Sama nie wyznacza działania.

Zasada odsunął ręce od pulpitu. Okręt był pełen ludzi, którzy od pięciu lat oddychali tym samym filtrowanym powietrzem. Kilkanaście metrów za grodzią spały załogi po wachcie, ktoś brał prysznic, ktoś pisał wiadomość, której prawdopodobnie przez lata nie będzie miał jak wysłać. Przed nimi wisiała konstrukcja zdolna zgasić to wszystko jednym kaprysem.

— Twórcy bali się ciebie?

Fioletowa linia zmieniła rytm.

Obraz planety pod „Chrobrym” zniknął.

W jego miejsce wszedł inny świat.

Zieleń ciągnęła się od równika po wysokie szerokości. Oceany miały głęboki granat, a ogromne połacie lądu świeciły słabymi impulsami. Zasada przez chwilę szukał miast, portów, dróg. Dostrzegł struktury, lecz żadna nie przypominała ludzkiej zabudowy. Sieci roślin, kolonie stworzeń i rozległe formacje organiczne układały się w jeden rytm.

Rtęciowe jednostki Twórców zeszły z orbity.

Istoty wyszły na powierzchnię.

Kontakt nastąpił szybko.

Zasada poczuł cudzy lęk. Najpierw lekki, potem paniczny. Myśl przybyszów zetknęła się z czymś, co odpowiadało całym światem naraz. Miliardy słabych impulsów zbiegły się w całość. Granice pojedynczych świadomości zaczęły mięknąć.

Zasada złapał krawędź konsoli.

— To wydarzyło się naprawdę?

— Zachowuję ślad zdarzenia.

— Ślad może kłamać.

— Pamięć również.

To zabolało bardziej, niż powinno.

Obraz zmienił się. Atmosfera zielonego świata gęstniała. Temperatura rosła. Woda znikała z płycizn. Roślinność czerniała.

— Spalili go.

— Przerwali kontakt w jedyny sposób, który uznali za pewny.

— Ze strachu.

— Strach pozwala rozpoznać zagrożenie. Potrafi też nadać zagrożeniu kształt, zanim ono powstanie.

Zasada widział Mars, oderwaną rufę „Żółkiewskiego”, pustą przestrzeń po ludziach wyrzuconych przez rozdarcia kadłuba. Gniew wrócił natychmiast.

— Chcesz, żebym im wybaczył?

— Wybaczenie jest waszą relacją z pamięcią.

— Chcesz, żebym zostawił ich w spokoju?

— Wybrałeś drogę, zanim mnie spotkałeś.

— Mamy prawo zniszczyć flotę, która może przylecieć po nasze dzieci.

— Tak.

— Broń?

— Tak.

— Stocznie?

— Jeżeli służą atakowi.

— Miasta?

Fiolet prawie zgasł.

Zasada czekał.

— Odpowiedz.

— To pytanie należy do ciebie.

Wtedy zrozumiał rolę Głosu: decyzja miała zostać po stronie ludzi.

Granicę między wojną a mordem Zasada musiał wyznaczyć sam.

Zasada przełknął ślinę.

— A jeśli wybiorę źle?

— Wasze następne pokolenia dostaną konsekwencję twojego wyboru.

Na ekranach pojawiła się geometria. Kilka relacji przestrzennych nakładało się na zapis odzyskany z Ogrodu i dawne analizy danych Oka Przeszłości. Wierzbicka pochyliła się nad swoim stanowiskiem. Ossendowski, wezwany z laboratorium, zjawił się po dwóch minutach z niedopiętą bluzą i śladem snu na policzku.

— To wygląda jak ciąg przejść — powiedział.

— Do Twórców? — zapytał Zasada.

Głos odpowiedział pierwszy.

— To droga.

— Znowu zaczynasz.

— Kierunek nie nadaje drodze celu. Cel nadaje ten, kto idzie.

Fioletowa poświata osłabła. Ucisk pod czaszką zniknął tak gwałtownie, że Zasada zachwiał się i musiał oprzeć o pulpit.

Megastruktura nadal zasłaniała część nieba.

Po chwili gwiazdy zaczęły wracać.

Najpierw pojedyncze punkty, potem całe pola. Czerń cofała się bez ruchu, jakby obiekt odsuwał się w kierunku, którego człowiek nie potrafił zobaczyć.

Rosiak odczekał, aż ostatnie błędy czasu spadną do zera.

— Admirał?

Zasada ponownie sięgnął do kieszeni, zgniótł puste opakowanie po papierosach i tym razem wrzucił je do kosza pod stanowiskiem.

— Zabezpieczyć pełny zapis. Każdy czujnik osobno. Bez ujednolicania czasu.

— Tak jest.

— Ossendowski, Wierzbicka, macie drogę. Rozłóżcie ją na części, które nasze okręty potrafią przeżyć.

Siwy obserwował go z boku.

— A potem?

Na stole nawigacyjnym nadal widniała nazwa operacji. ZEMSTA.

Przez pięć lat Zasada wypowiadał ją łatwo.

Teraz słowo ważyło więcej.

— Potem lecimy dalej — powiedział.

Siwy skinął głową. Pytanie, które wisiało między nimi, zostało na później.

Rozdział 25. Szum pod skórą

CZTERNAŚCIE LAT PO WIELKIEJ BITWIE

Luna, kompleks medyczny

Kosa nie lubił gabinetów z widokiem na Ziemię.

Lekarze najwyraźniej uznawali błękitną planetę za element terapii. Za panoramiczną szybą Europa mieściła się pod jego dłonią, a świat wyglądał spokojnie w sposób, który drażnił bardziej niż alarm. Z tej wysokości nie było widać grobów, pustych kwartałów ani blizn po Wielkiej Bitwie. Niebo ukrywało rachunek.

Doktor Laskowska przesunęła sondę wzdłuż jego lewego przedramienia.

— Jeszcze raz.

— Przed chwilą było jeszcze raz.

— Teraz będzie nowsze.

Kosa zacisnął dłoń. Kciuk, wskazujący i środkowy zareagowały od razu. Serdeczny ruszył z krótkim opóźnieniem. Mały palec drgnął dopiero wtedy, gdy Kosa już czuł napięcie mięśni aż pod łokciem.

Laskowska spojrzała na zapis.

— Lepiej.

— Od trzech miesięcy słyszę „lepiej”.

— Bo od trzech miesięcy jest lepiej.

— Kiedy usłyszę „dobrze”?

— Gdy przestanie pan przychodzić do mojego gabinetu.

— Czyli nigdy. Szkoda.

Przy ścianie stał Marek Vane. Mundur miał rozpięty pod szyją, włosy krótsze niż przed Terrą i więcej siwizny przy skroniach. Wrócił do Sol osiem miesięcy wcześniej. Kosa zdążył zauważyć jeszcze jedną zmianę: Vane nauczył się stać bez ciągłego sprawdzania wyjść. Czasem nawet siadał tyłem do drzwi.

Podczas całego badania milczał. Kosa spojrzał na niego.

— Może pan już powiedzieć.

— Co?

— Po co pan przyszedł.

— Dla rozrywki.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 84.77