E-book
6.95
drukowana A5
31.76
drukowana A5
kolorowa
58.32
Weekend w Europie tom I

Bezpłatny fragment - Weekend w Europie tom I

Objętość:
180 str.
ISBN:
978-83-8155-045-1
E-book
za 6.95
drukowana A5
za 31.76
drukowana A5
kolorowa
za 58.32

Madryt

Madryt urodził się przy okazji ferii 2018, które spędziliśmy w Maroku. Trzeci z rzędu rok, postanowiliśmy zimową przerwę w nauce, spędzić w Essaouirze. Do Maroka, a konkretnie do Marrakeszu polecieliśmy przez Brukselę, z powrotem przez Madryt, ale wpadło mi do głowy, że może by tak, skoro już tu jesteśmy, zostać, na choć jeden dzień. Bo w końcu to przecież Madryt, nudzić to tu się na pewno nie będziemy.

W stronę Madrytu

Lot krótki, dwie godziny i już schodzimy do lądowania. Madryt ogromny, feeria świateł pod nami ciągnie się za horyzont. Po wylądowaniu idziemy ze dwa kilometry po terminalu, zupełnie jak rok temu w Londyn Stansead. Za to odprawa paszportowa w okienku dla obywateli UE trwała niecałą minutę, jeśli, na co dzień nie doceniamy faktu zamieszkania w Unii, to teraz mamy porównanie. W Maroku przez kolejkę do odprawy paszportowej o mało co i byśmy do Madrytu nie polecieli. A tu proszę bardzo, jak w amerykańskim filmie, tylko pani oficer nie mówi „witamy w domu” a szkoda. Jak nie lubię Ameryki to akurat ten drobny gest bardzo mi się podoba. No to sam sobie powiedziałem, też dobrze.

Czekamy na bagaże, mogę już spokojnie zadzwonić do domu, roaming „like at home”, w końcu jesteśmy w Europie.

Teraz trzeba się dostać do hotelu. Darmowym autobusem jedziemy do Terminalu 4. Ten jest najnowszy, położony ładny kawałek drogi od starych. Długo to trwało, miałem wrażenie, że szybciej byśmy dojechali do centrum, ale to tylko wrażenie. Przylecieliśmy już wieczorem, ruch na lotnisku mały, na szczęście. Bo lotnisko jest gigantyczne, w godzinach szczytu przewalają się tu tysiące ludzi na raz. Ale teraz jest cichutko i spokojnie.

Kupujemy bilety na pociąg RENFE do stacji Atocha za 2.75 EU, to najtańszy sposób na dotarcie do centrum miasta. Jola pyta się, kiedy wysiadamy, mamy do celu sześć przystanków, więc mówię do Joli — licz do sześciu. I Jola liczy, jeden dwa trzy … Nie minęło dziesięć sekund, doliczyła do sześciu.

Po pół godzinie jazdy jesteśmy na głównym dworcu kolejowym Madrytu. Zrobiło się już całkiem późno i raczej myślimy tylko o tym, żeby wskoczyć do ciepłego łóżka i spać, spać jak najdłużej.

Tu też nam się udało nie zgubić i wyszliśmy z tego molocha dokładnie tam gdzie trzeba.

Pozostało około 800 metrów do hostelu, niestety większość pod górkę. Tego na mapie nie było. Ale co tam, ciepły dom z każdym krokiem bliżej. Jest zdrowo po 22, ale sklepy i knajpy czynne. „Alimentacion”, tak nazywają się sklepy spożywcze. Podobnie jak w Barcelonie prowadzą je w większości migranci, w Barcelonie to zwykle Hindusi, tu zdecydowanie są to przybysze z Azji Południowo Wschodniej, ja typuję, że to Wietnamczycy, ale przecież nie będę się pytał.

Zatrzymaliśmy się żeby kupić coś do picia, bo przecież szalone zasady bezpieczeństwa lotów sprawiają, że lądujesz gdzieś tam w świecie bez kropli czegokolwiek do picia. A po locie samolotem pić się chce jak cholera. Z jakąż to radością wpiłem się we flaszkę słodkiego soku owocowego, pycha była, ale idziemy dalej. Jest wreszcie Hostal Rivera. Dzwonię domofonem, słyszę coś po hiszpańsku, co mogę zinterpretować tylko w jeden sposób, „czego, wolnych miejsc brak”. Ale my mamy rezerwację. Ton od razu się zmienia i zapraszają nas na górę.

Hostal jak hostal, za 45 EU dostajemy skromny pokój (bez śniadania), ale ze wszystkimi wygodami. Po ubikacji w szafie i lodowatej klitce z prysznicem w Essaouirze to jak Burdż El Arab. Są kaloryfery i jest bardzo ciepło.

Ja z żoną już tylko siusiu, paciorek i spać. Jolka z Moniką idą jeszcze do Pannus, to piekarnia naprzeciwko, pracująca w trybie 7/24. Znakomita sprawa, zawsze można tam coś zjeść, na dodatek świeżego.

Tak w ogóle, w Madrycie wydaje się być niby zimno, ale nie ma żadnego wiatru, tak więc temperatura odczuwalna jest znacznie wyższa niż by z termometru wynikało.

Życie toczy się, jak to w Hiszpanii, raczej nocą. Gdy się położyłem, było zdrowo po północy, ale spać nie dali, darli się, jeździli i szumieli. Potem wyjechały śmieciarki i tłukli się koszami. Ci skończyli około czwartej nad ranem. Najpierw godzinę w jedną stronę ulicy a potem godzinę w drugą. Całą noc za to, od czasu do czasu, przelatywał motocykl z wyciętym tłumikiem a tego już zdecydowanie nie udawało się przespać, bo taki „przelot” jest głośny jak start samolotu. O śpiewach i wrzaskach nie ma, co mówić, bo to już było tylko mało znaczącym dodatkiem. Razem dało to efekt piorunujący, cała noc zarwana, a miałem się wyspać.

Jeden dzień

A rano wszystko zaczęło się od nowa. Wstałem i po porannej toalecie poszedłem po kawę, pięć minut i jestem z powrotem z dwoma kubkami gorącej Latte, Europa. Tylko te ceny, kubek kawy prawie 3 Euro, trudno, jak się chce być Europejczykiem to trzeba płacić.

Ruszamy na miasto, wrócimy pewnie wieczorem, bo mamy w planach muzeum Prado, muzeum Desigual i Tous a może jeszcze Pałac Królewski, choćby z zewnątrz, ale trzeba go obejrzeć. O dziesiątej planowany jest wymarsz na „zwiedzanie”, bo w Madrycie są dni zimowego „barajas”, co oznacza „soldy”, czyli przeceny.

Śniadanie jemy w „Museo de Jamon”, po naszemu oznacza to muzeum szynki. Wisi tych szynek pod sufitem do wyboru, do koloru. Nie samą szynką jednak Hiszpan żyje, są też inne wędliny, sery i rozmaite dodatki do pysznych kanapek, które można tu kupić i spożyć.

Tylko te ceny, jak to Polacy szukamy, co by tu, po taniości. Jemy po dużej kanapce, wszystkie w cenie między 1.5 do 2 EU. Bez popitki, popijemy czymś ze sklepu. Sklepów spożywczych pełno, tylko ta nazwa „alimentacion” źle się kojarzy. Naprawdę się najadłem, a smak kanapki niesamowity.

Pora na coś dla ducha, idziemy do galerii Prado. Zima, platany niby mają liście, ale zeschnięte, kwiatów też nie widać. Jest piękna pogoda, ale wiatr zimny, ten sam, co po drugiej stronie morza Śródziemnego. Idziemy malowniczymi uliczkami, tym razem zdecydowanie w dół, w kierunku muzeum. Prado znajduje się przy bardzo reprezentacyjnej ulicy, gdzie docieramy po mniej więcej dziesięciu minutach. Bilety kupiłem wcześniej przez internet, dobry strzał, kolejka do kasy ma ze sto metrów.

Kontrola w wejściu prawie jak na lotnisku, trzeba zostawić plecaki w szatni. Mój jest pusty, ale ochroniarza to nie przekonuje, do szatni. Panie oczywiście swoje torebki wielkości dwukrotnie większej od plecaka mogą wnieść. Chyba zgłoszę to do Brukseli, jako przejaw zachowań dyskryminujących.

I już jesteśmy w świątyni malarstwa. Nie wolno robić zdjęć, fotoreportażu nie będzie. O samej galerii nie będę pisał, bo to w końcu jedna z największych kolekcji obrazów na świecie i co ja tu nowego mogę dodać?

Od samego wymieniania autorów można bzika dostać. Także ilość obrazów największych mistrzów przytłacza już po kilkunastu minutach. Czuję się coraz bardziej idiotycznie. Za każdym rogiem, w każdej nowej sali, same arcydzieła. W tych, poświęconych konkretnemu malarzowi, nie kilka, ale kilkadziesiąt obrazów. Na Goyę poświęcili prawie całe skrzydło. Dziwnie się czuję widząc na ścianach obrazy, których zdjęcia ostatnio widziałem w szkolnych książkach. I tak od sali do sali, od sali do sali. I to tyle, byliśmy, widzieliśmy, wyszliśmy po dwóch godzinach. Czas nagli, czekają nas następne „galerie”, tym razem handlowe.

Mój tani smartfon ma również tani odbiornik GPS, co czyni go w mieście praktycznie bezużytecznym. Ale może robić za mapę i muszę sobie jakoś poradzić. Nie jest to specjalnie trudne, gdy już znajdzie się miejsce gdzie właśnie stoimy, dalej idzie już łatwiej. Trzeba tylko mapę „zorientować”, to znaczy ustawić w kierunku północ-południe na przykład i można iść. Ja to jeszcze potrafię, ale obawiam się, że pokolenie X,Y,Z czy jak je tam zwą w życiu sobie w takiej sytuacji nie poradzi. Oni nauczyli się tylko uruchomić aplikację, która za rączkę poprowadzi nieprzytomnego do celu. Jak na przykład GPS nie zadziała to koniec i kropka, będzie taki stał i kręcił głową aż ją sobie ukręci. Tak się porobiło.

Jesteśmy w samym centrum Madrytu. Jest sobota, jest piękna słoneczna pogoda. A na ulicach są chyba wszyscy, którzy tu mieszkają, na stałe i na chwilę. Przynajmniej tak to wygląda. Wszystkie ulice i place zawalone ludźmi, tłumy poruszają się strumieniami w każdym możliwym kierunku. Jak mrówki oglądane z góry, pojedyncze osobniki poruszają się niby chaotycznie, ale jest w tym jakiś porządek. Po pierwsze, każdy taki ludzki strumień wchodzi i wychodzi z mrowiska. Rolę kopców odgrywają wielkie galerie handlowe. Te znajdują się chyba w każdym mijanym przez nas budynku. A do małych zaliczyć ich nie można. Podobnie jak w galerii Prado, od nadmiaru dostaję oczopląsu i zaczyna mi być wszystko jedno, co gdzie i dlaczego tu, a nie tam. Mam jednak wrażenie, że Gosia ma konkretny cel, znaczy konkretne mrowisko, na pomyśle, bo nigdzie nie zagląda, a to jest zachowanie zdecydowanie dla niej nietypowe. Między kopcami mrówki poruszają się kolumnami, ale z powodu nieuporządkowania ruchu, często dochodzi do kolizji co potęguje i tak już niezły chaos. Od czasu do czasu umęczone tym wszystkim, siadają gdzieś odpocząć, znów w sporych grupkach. I tak się to ciągnie kilometrami, jak w lesie, tylko zamiast drzew wszędzie pełno betonu. Wydawać by się mogło, że to my a nie mrówki stoimy na szczycie drabiny rozwoju. Ale jak patrzę na to wszystko, to mam zasadnicze wątpliwości. Ów „mrówczy pęd” wygląda całkowicie bezmyślnie i chyba za wysoko na tą drabinę jednak nie weszliśmy.


Wreszcie docieramy do największej atrakcji Madrytu, przynajmniej dla mojej małżonki.

Przed nami pięciopiętrowy (sic) sklep. Desigual. To dopiero jest „zabytek”, gdy tam wpadła, jakby diabeł machnął ogonem, nie ma i już. Skoro ostatnio w Doha, w naprawdę małym sklepie tej marki, spędziła godzinę, to ile będzie trwało, gdy ma do spenetrowania taki moloch? Może jej zająć tyle czasu, że nic więcej w Madrycie nie zobaczymy. Na pewno nie przeciągnie się do jutra, bo go jednak zamykają, ale o dwudziestej trzeciej. Mam przechlapane na maksa.

Jola z Moniką zdążyły oblecieć okoliczne sklepy a Gosi ani widu ani słychu. Dziewczyny poszły więc do dalszych sklepów i na dłużej a ja idę po kawę. I siedzę z nią na betonowej ławce. Za ciepło nie jest, więc staję na słońcu, ale słońce coraz niżej, jest coraz zimniej, a Gosi jak nie było tak nie ma. A w koło tysiące ludzi z torbami pełnymi zakupów. Oto obraz społeczeństwa konsumpcyjnego. Jak nie kupują to jedzą i piją, nieustająca swawola.

Co druga osoba przechodząca koło nas niesie torbę z napisem Primark, więc kobiety do Primarku a ja nadal na warcie. Wreszcie Gosia pojawia się w drzwiach, szczęśliwa, a to najważniejsze. Dzwonimy do Joli, bez opłat za roaming, znów dzięki ci UE. Są nadal w Primarku, no to my też. Zaraz za drzwiami Gosi uginają się nogi, z powodu cen, takie niskie.

Wygląda to jak główne mrowisko w okolicy, chyba każda z mrówek albo tu idzie, albo stąd wychodzi. Co mrówki robią w środku? Ludzie, ja nawet nie wiem jak to opisać. Chyba najbardziej odpowiednie będzie słowo żerują, dokładnie tak to wygląda. Szukają swoimi mackami pośród rzędów, półek i pięter czegoś, co zwróci ich uwagę. Potem to miętolą, przymierzają, wkładają, zdejmują i porzucają lub zabierają ze sobą. Albo jedno i drugie na raz. Nie można? Tu wszystko można.

A oto i Primark w całej swojej okazałości.

Nasze walizki są już dość pełne, ale zawsze „da się coś zrobić”. Sklep w stylu lumpeksu, przynajmniej tak ja to odbieram, towar strasznie tani, ale i marny. Niestety według Gosi „zawsze się coś znajdzie”. I miała rację, sporo się znalazło. Kolejna spora torba w ręce i wreszcie wychodzimy.

Pora na obiad, już prawie siedemnasta a ja mam w sobie tylko wspomnienie po jednej kanapce na śniadanie. W okolicy mam zaznaczoną na mapie knajpę Topolino, dają tu bufet za 12.50 EU, bo weekend. W tygodniu kosztuje tylko 10 EU. Patrząc na ceny posiłków w knajpach to moim zdaniem świetna opcja. Na pewno zjadłem za trzy razy tyle albo i więcej.

Mają bardzo dobre oceny w sieci i słusznie. Jedzenie jest absolutnie doskonałe, oczywiście biorąc pod uwagę, że to zwykła knajpa bez gwiazdek. Ciepłe, świeże i smaczne, bardzo smaczne. Pieczone żeberka, hiszpańska kiełbaska na gorąco, ziemniaki pieczone, surówki i tortelini w serowym sosie, to wziąłem na początek. Dziewczyny jedzą jeszcze rybę, podobno znakomita, oraz pieczonego kurczaka. A jest jeszcze pizza i lazania, i pieczone warzywa, tudzież zapiekany bakłażan pod beszamelem. A dalej cała lada warzyw: na surowo, duszonych i smażonych. Jem drugi talerz, powoli, żeby się ułożyło.

Czas na deser, gruszki w syropie z budyniem waniliowym polane ciemną czekoladą dopełniają dzieła. Panie na trawienie po dużym kuflu piwa, za 4.50, ja biorę tylko wodę, połowę taniej. Brzuszki pełne, zaraz się tu pośpimy, pora ruszać w stronę domu.

Po drodze wchodzimy do Mercato de Saint Martin, świątyni tapas. Od samego widoku głowa boli, a oni jedzą i piją, jedzą i piją. Tapas definiuje Hiszpanię, oczywiście w obszarze związanym z jedzeniem. Wiele jest Hiszpańskich potraw, ale tapas mają swoje szczególne miejsce, nie tylko jako potrawy, ale jako styl życia. Podobno wzięły się z rozkazu jednego z władców, którego wkurzało to, że Hiszpanie, niestroniący od kieliszka wina nawet z samego rana, cały dzień chodzili pijani. Pić wina im zabronić nie mógł, to kazał do wina podawać małe przekąski, żeby tak szybko się nie upijali. I tak do dziś zostało, od rana do nocy piją ale zakąszają. Szkoda, że przyszliśmy tu akurat po bardzo bulimicznym obiedzie, bo pewnie byśmy tu choć na chwilę przysiedli i coś przekąsili. Ale stan, w jakim jestem wyklucza spożycie nawet małej przekąski, brzuszek pełny po brzegi. Dość tego, wiejemy.

Powoli zmierzamy ku domowi, w tej części Madrytu jest mnóstwo malowniczych uliczek, klimatycznych knajpek, w których pełno świetnie bawiących się mieszkańców i turystów. Jest sobota, nikt nigdzie się nie spieszy, choć co dnia oni lubią się świetnie bawić, to dziś jest szczególnie, jutro wcale nie trzeba wstawać, co tam, jutra nie ma, jest dziś i jest zabawa.

Niby jest sam środek zimy, nadszedł wieczór, temperatura zdecydowanie poniżej dziesięciu stopni, ale i tak przed knajpami porozkładane ogródki, kwiaty w doniczkach. U nas tak będzie, ale chyba dopiero w maju. Jak się oczywiście pogoda znów nie pochrzani i śnieg nie będzie padał.

I znów mijam kolejną restaurację, bar, czy jak to nazwać. Na wystawie kolejne hiszpańskie potrawy, aż oczy mi się do nich szklą. Tylko Paella zdecydowanie odpada, rzadko nie ma ryby i owoców morza a jak tego akurat nie jadam nigdy.

Jeszcze główny plac miasta Plaza de Major, duży, klasyczny, piękny i wchodzimy na Calle de Atocha.

Mamy 79 domów do przejścia. Po drodze wpadamy do sklepu „mydło i powidło”, tu prowadzą je Azjaci, chyba Wietnam i okolice. Podobnie małe spożywczaki, ale barów typu „Co Tu”, tak typowych dla Warszawy tu nie ma.

Zanosimy łupy do domu, ja zostaję, ale laski ani myślą, jeszcze idą w miasto „na godzinkę”. Gdy wracają, najwyższa pora spać, tylko jak? Całą bożą noc się działo, w nocy z soboty na niedzielę chyba nikt oprócz nas w Madrycie nie spał. Darli się i jeździli, ja w takich warunkach zdecydowanie mam kłopoty ze spaniem. Ale jakoś w końcu odpłynąłem. Gdy się nad ranem obudziłem, fiesta trwała dalej.

Lecę na dół biegiem, do piekarni po kawę i bułki, co kupiłem zobaczymy w samolocie, gdy będziemy jedli „śniadanie”. Kawę pijemy już, jest cudowna, o tej porze smakuje chyba najlepiej. Punkt 5:30 stoi taksówka, nie jak z Hassanem, który po „Szopów” nie przyjechał wcale. Za kierownicą kobieta, znowu Europa, Po ulicy szlajają się niedobitki nocnych harców, co tam niedobitki, było ich tylu ile liczyła wycofująca się z pod Moskwy Wielka Armia Napoleona. Idzie na przykład taki jeden po oświetlonej latarniami ulicy i świeci sobie pod nogi smartfonem, pewnie od chlania mu się ciemno w oczach zrobiło. Dalej jeszcze lepiej. W barach tłumy, chlają dalej. W Starbuck jak w mrowisku, co oni kawę na otrzeźwienie piją?

Nic nie pomoże, gdy się całą noc balowało. Na przystanku gość walczy z kurtką, zamek wcale nie jest błyskawiczny, wręcz przeciwnie, w żaden sposób nie da się zapiąć. Panna podciąga rajstopy, bo też się zbuntowały i opadają, krajobraz po bitwie. Ci to się potrafią bawić.

Na lotnisko jedziemy taksówką, bo podróż pociągiem jest dosłownie na styk, pierwszy pociąg z Atocha odjeżdża trochę po szóstej, potem trzeba jechać z T4 na T1, nie ma sensu ryzykować. Koszt zryczałtowany, 30 EU. Jesteśmy na Barajas tuż przed szóstą.

No i na tym w zasadzie koniec. Na lotnisku puchy, nuda, wszystko idzie sprawnie a nasi przyjaciele mam nadzieję dali radę dojechać na lotnisko w Marrakeszu na trzecią rano, żeby o szóstej polecieć do Bergamo. Oni mają jeszcze cały dzień latania po Mediolanie i Bergamo a my już będziemy w domu. Do następnego razu.

A to ostatnie zdjęcie, które w Madrycie zrobiłem.

Ateny

Niecały miesiąc po Madrycie lecimy do Aten. Z Polski do stolicy Grecji lata niesamowita ilość samolotów, dowożąc dzień w dzień nie setki a tysiące turystów. Wygląda to tak, jakby Polacy zamiast czytać książki o starożytnej Grecji, woleli wsiąść do samolotu i zobaczyć wszystko na miejscu, na własne oczy. Na ulicach trzeba ważyć słowa, bo w rejonach turystycznych prawie każdy napotkany przechodzień może być Polakiem. Oprócz oczywiście bardzo licznych tu „migrantów”, czyli przybyszy z biedniejszego świata, których przygnała ułuda dostatniego życia, ale to ogromny temat i nie na tą okazję.

W tym roku opanował mnie szał podróży, destynacje wybrałem za pomocą dwóch kryteriów, ceny biletów i turystycznej atrakcyjności miejsca. Tym razem za dwa bilety powrotne zapłaciłem około czterystu złotych, co jak na trzy godzinny lot naprawdę jest zwykłą taniochą. O turystycznej atrakcyjności Aten nie ma co gadać. Jest tam w środku miasta jedna taka górka, którą zna każdy na kuli ziemskiej, o ile oczywiście chodził do szkoły i nie jest z USA.

Dla nas, Europejczyków to miejsce absolutnie szczególne, tu narodziła się nasza cywilizacja, nasza kultura. Wszystko, co nasze miało tu właśnie swój początek, dlatego podróż do Aten jest jak pielgrzymka do źródeł, to tu się wszystko zaczęło. I choć dziś Ateny są raczej podupadłym miastem, to jednak nigdy nie wolno zapomnieć o tym, że to właśnie Grecja dała Europie cywilizację. Dlatego tak mnie denerwują żarty i pouczenia ze strony narodów północnej części Europy, którzy czasem zachowują się jakby o swoich korzeniach zapomnieli. A ja zdecydowanie wolę wesołych i wyluzowanych Greków olewających co się tylko da, od wysokich blondynów z niebieskimi oczami, którzy sens życia zdefiniowali pozycją zawodową i materialną. To podejście mnie nie przekonuje, wolę już południowe olewactwo.

Jesteśmy bardzo podekscytowani, znów będziemy w miejscu, które każdy prawdziwy turysta powinien zobaczyć na własne oczy. Chcemy choć liznąć Grecji, w której nigdy nie byliśmy, jeśli nas przekona, może zagościmy na dłużej. No to chyba czas na nas.

Weekendowy lot do Aten

Nadszedł piątek, pora wcześniej wiać z roboty, bo się na samolot w Modlinie nie wyrobię. Po drodze robię zakupy. Synowi zostawiam całego pieczonego kurczaka w porcjach żeby miał przez weekend co jeść, skóra i to co z kości obrałem będzie dla psa. Dla nas nakupiłem pizzo podobnych wyrobów „made in Tesco”, bo jak zwykle trzeba oszczędzać. Na kupowanie jedzenia na lotnisku lub na pokładzie samolotu zdecydowanie nas nie stać.

Chcesz latać tanio, kupuj bilety dużo wcześniej i na taki termin gdy jest tanio, tu zdecydowanie trzeba się podporządkować. Dlatego wybór daty naszego wyjazdu był jaki był, bilety kupowałem jesienią i nic zmienić nie można. Dlaczego o tym piszę? Bo od paru dni wszystkie serwisy pogodowe pokazują, że to ma być chyba najgorszy weekend tej zimy. W sobotę tylko dwanaście stopni i duże opady deszczu przez cały dzień. W niedzielę trochę lepiej, ma mniej padać. To niewiele zmienia.

Przez ostatnie kilka dni sprawdzam wszystkie popularne serwisy pogodowe kilka razy dziennie, żadnej nadziei. Wszystkie są absolutnie zgodne, o sobocie trzeba zapomnieć.

Biorąc pod uwagę, że w niedzielę musimy wyjechać na lotnisko o piętnastej, to właściwie w takiej sytuacji nie ma po co jechać. Zapowiada się, że będziemy albo siedzieć w hotelu albo w knajpach. Na to drugie nie za bardzo nas stać. O zwiedzaniu Akropolu w ulewie nawet nie chcę myśleć. Czy to zresztą ma jakikolwiek sens? Chyba nie. Nie będzie pięknych wrażeń, nie będzie pięknych widoków i zdjęć. Nic nie będzie.

Jestem wkurzony do bólu, ale kiedyś musimy mieć pecha, nie zawsze się będzie układać. Na dodatek do Polski, zamiast wiosny, dotarła fala Syberyjskich mrozów, układ się ustabilizował i cieplej będzie może za dwa tygodnie a może nie. Na razie jest upiornie zimno. Jeśli w Atenach będzie co ma być, to ja wymiękam całkiem.

Na razie jedziemy przez całe miasto do Modlina. Dobre półtorej godziny, co chwilę w monstrualnych korkach. To znak, że już dogoniliśmy kraje rozwinięte. Im bardziej kraj rozwinięty tym większe korki. Im bardziej oddalone od centrum lotniska, tym dłuższy do nich dojazd. Jak się całkiem rozwiniemy to lotnisko będzie ponad sto kilometrów od Warszawy a jechać się tam będzie ze cztery godziny. W takim razie całkiem zasadne jest pytanie, czy warto się rozwijać, jeśli to ma tak wyglądać? Nikt z polityków takimi pytaniami się nie przejmuje, obowiązuje dogmat, mamy się rozwijać bez względu na cenę i sens tego rozwoju.

No dobra, zostawiamy samochód na parkingu i idziemy się rozbierać, do kontroli bezpieczeństwa oczywiście. Jak już nam wszystko sprawdzili, czekamy na samolot. Ten dziś podstawili najbliżej terminala jak to tylko jest możliwe. Jest plus dodatni, mniej zmarzniemy, mogli go przecież postawić pięćset metrów dalej.

Nie tylko ja jeden jestem zaniepokojony prognozami, dookoła słyszę „a co to będzie..”, no właśnie, zdecydowana większość pasażerów leci tylko na weekend, dominująca w prognozach zapowiedź, że od wtorku się poprawi, nikogo nie satysfakcjonuje. To, że pechowców jest zdecydowanie więcej wcale mi nie pomaga. Ani trochę.

Po niecałych trzech godzinach siadamy. Ponieważ przylot jest zaplanowany na 23:15 a ostatnie metro odchodzi o 23:40, doszedłem do wniosku, że nie będę ryzykował. Zanim odbierzemy bagaże będzie dokładnie 23:40 i najwyżej zobaczymy czerwone światełko odjeżdżającego pociągu. A potem jest tylko nocny autobus, najbliższy od hotelu przystanek to plac Syntagma i co dalej? Ze dwa kilometry „spaceru” w nocy? Więc zamówiłem taksówkę. Za ile? Nawet nie pytajcie, nie powiem.

Ale za to czujemy się jak „majdany” na przykład. Młody, oczywiście przystojny Grek, czeka na mnie z tabliczką. Przypominam, według mojej żony znają mnie na wszystkich lotniskach świata. To nawet jest częściowo prawda, uzależniona tylko od wcześniejszej opłaty. Płacisz, wszyscy Cię znają i lubią, nie płacisz, nikt cię nie zna.

Dodam jeszcze jedno, oddaliśmy bagaże jako ostatni, odbieramy jako pierwsi, w drodze powrotnej było to samo. A nie wierzyliście Jezusowi, kiedy mówił, że „ostatni będą pierwszymi”? Tylko, komu by wpadło do głowy, że miał na myśli odbiór walizek na lotnisku.

Wracając do zamówionej taksówki, ile zapłaciłem, tyle mamy. Nawet dostałem torbę z napisem „Athins” i mapę miasta, a w kieszeniach drzwi mamy po butelce wody. Ja swoją wypiłem prawie duszkiem, efekt po podróży samolotem, wszyscy wiedzą, o co chodzi.

Ciemno i głucho, ale bardzo ciepło, po syberyjskim powietrzu w Polsce, te kilkanaście stopni powyżej zera jest jak upał. Autostrada pusta, miasto też. Prawie żadnego ruchu. Mieszkamy bardzo blisko centrum, ale jednak już w „kolorowej” dzielnicy. Też wolałem podjechać w nocy taksówką a nie tarabanić się ze stacji Monastiraki po północy przez „szemraną” dzielnicę.

Ale hotel Marina Athens jest niedrogi, ze śniadaniem, oraz ma bardzo dobre opinie. Jedyne, co mu ludzie „minusują” to lokalizacja. Dziś dojeżdżamy jak lordowie, więc nic nas to nie obchodzi. Jest dokładnie północ, jakieś życie na ulicach jeszcze się toczy, nawet sklep obok jest otwarty. Ale zanim się zameldowaliśmy, już go niestety zamknęli. Mamy tylko pizzę z Tesco i wodę z taksówki. Trzeba będzie po prostu iść spać.

I dokładnie tak robimy. Pierwsze wrażenie w Marina Athens jest jak najbardziej pozytywne. Hotel przestronny i czysty, pokój też prezentuje się świetnie. Ogromne łóżko, ogólnie dużo miejsca, porządna szafa, biurko, lodówka, telewizor, czajnik. Jest dobrze. Łazienka w europejskich standardach, też przestronna. A przede wszystkim jest bardzo ciepło. Koniec podróży, odlatujemy w sen.

Cud w Atenach

Gdy wróciłem do rzeczywistości, nie miałem mentalnej siły, żeby osłonić okno i zobaczyć jak jest na zewnątrz. W końcu jednak musiałem to zrobić. Wszystko było, jak miało być. Niebo całe czarne, niskie chmury wałujące się nad miastem. Mokre chodniki i ciągle padający deszcz. No to mamy posprzątane.

Zrobiłem kawę, to znaczy to, co kawę udawało. Hotel zafundował nam dwie torebki „neski” i dwa małe pojemniczki śmietany oraz cukier. To, co udało mi się z tych składników uzyskać na pewno nie było kawą, ale marnej jakości namiastką. Jak coś jest gratis to jest …

Gosia otworzyła oczy i pyta, jaka pogoda? No to mówię, jaka miała być taka jest, mamy kompletnie przechlapane, i to dosłownie. Gosia na to, że nawet mowy nie ma, ona się na to nie zgadza, koniec i kropka. Zeźliła się kobieta nie na żarty. Z tego wszystkiego wstała, wyszła na balkon, machnęła obydwoma rękoma w geście rozpędzającym chmury, mówiąc „za pięć minut ma was nie być” i poszła do łazienki.

I wiecie co? Za pięć minut śladu po chmurach nie było!!! No może przesadzam, bo jakieś samotne, ale białe obłoczki plątały się gdzieś na horyzoncie. Poza tym miasto rozświetliło się w promieniach słońca, ponury krajobraz zmienił się diametralnie. Jakby ktoś magiczną różdżką zmienił zimę w lato. Nie ktoś, tylko Gosia i nie różdżką a rękoma, sam na własne oczy widziałem jak to zrobiła.

Moja żona ma wiele talentów, nawet bardzo wiele, ale co do czarów to nigdy jej nie podejrzewałem. A tu proszę bardzo, teraz nie wiem, czy mam się cieszyć, czy raczej się bać. Jak ją wkurzę to mnie w żabę zamieni i co będzie?

Takie myśli przelatywały przez moją głowę, gdy Gosia wyszła z łazienki, popatrzyła za okno i powiedziała, no właśnie, tak miało być. I to wszystko.

Poszliśmy szybko na śniadanie, bo co będzie jak czar nie wytrzyma, trzeba korzystać z chwili, która nie będzie trwała wiecznie. Hotel Marina Athens nie tylko ma duże, dobrze utrzymane i wyposażone pokoje. Serwuje też bardzo przyzwoite śniadania. Jest sporo i bardzo smacznie. Trzeba pamiętać, że to „tylko” trzy gwiazdki, nie można się spodziewać bóg wie czego. Ale w cenie trzydziestu euro otrzymujemy doskonałe zakwaterowanie i absolutnie wystarczające śniadanie. Wędlina, ser, jajka w kilku postaciach, greckie ciasta z serem na słono i feta oraz warzywa, czyli pomidory, ogórki i cebula to część wytrawna. Są też płatki śniadaniowe, dżemy i miód oraz ciasta, to część słodka. Na deser owoce a z napojów dwa rodzaje soków, kawa i herbata. Kawa niestety jak wyżej, darmo znaczy marno. Można się najeść na kilka godzin intensywnej bieganiny, która nas właśnie czeka. Zamiast więc po obfitym posiłku zaznać relaksu, ubieramy się i idziemy w kierunku Akropolu.

Naprzeciwko hotelu jest, a jakże, hinduska knajpa o nazwie Roti. Wierni czytelnicy może pamiętają moje perypetie z roti w Kuala Lumpur. Tam pół dnia roti szukałem a tu, w Atenach, trzy kroki i roti. Świat jest zdumiewający. Obok jakaś „Maharaja Pendżab”, gdzie ja w końcu jestem?

Wystarczyło sto metrów i opuszczamy Azję, lądując z powrotem w Grecji. Zamiast roti pojawiają się souvlaki. Idziemy przez plac Omonia, żeby dostać się na reprezentacyjną ulicę Athinas, która prowadzi prosto pod wzgórze Akropolu. Już z placu widać na horyzoncie charakterystyczne kształty jednego z najbardziej znanych w świecie zabytków. To jest takie miejsce, którego naprawdę nie można w życiu przeoczyć, zwłaszcza gdy leci się tu niecałe trzy godziny, za sto złotych zresztą.

Cały czas w obsesyjny sposób obserwuję niebo, pewnie zaraz zza horyzontu wyjdzie straszna ciemna chmura i czar się skończy. Ale na razie nic z tych rzeczy. Jest po prostu wspaniale, słonecznie i ciepło. Za ciepło, na to, w jakich strojach wybraliśmy się na miasto. Do popołudnia musiałem taszczyć kurtkę w rękach a i tak się pociłem. Ale nie będę narzekał, nie, jest absolutnie genialnie, jak można sobie o tej porze roku tylko wymarzyć.

Za to na żonę spoglądam z lekkim niepokojem, myślałem, że ją znam, a tu taki numer. Nie bardzo wiem, co mam z tym zrobić, mieć żonę czarodziejkę, jestem trochę zagubiony. Ale kto by nie był?

Zanim dotrzemy do wzgórza Akropolu, czeka nas około kilometr spaceru przez centrum Aten. Panuje opinia, że Ateny to najbrzydszą stolica w Europie. Myślałem, że Warszawa, ale nasze miasto przy Atenach to perła. Rzeczywiście, urbanistycznie i wizerunkowo Ateny są kompletną porażką. A do tego wszystko jest pomazane graffiti, czasem aż po sam dach. Mam nadzieję, że Partenonu nie pomazali.

Gosia zawsze pyta mnie przed wyjazdem, gdzie w tym mieście jest bazar. W przypadku Aten miałem prostą odpowiedź, wszędzie. Handel na ulicach może nie wygląda tak jak w Azji, ale całkiem podobnie. I nie jest to ani przypadek, ani tylko podobieństwo. Ateny zostały opanowane przez azjatyckich handlarzy. Co rusz trafiamy na sklepy, jakie często widzimy w Bangkoku lub innych azjatyckich miastach, w Europie do tej pory była to rzadkość. Była, bo już nie jest. Co rusz kolejne „mydło i powidło”, czyli całe to badziewie, jakie produkuje się w Chinach w niepoliczalnych ilościach. „Zjedzą nas wszystkich pałeczkami” — znów przytoczę moją żonę z przed kilku już lat.

Co jednak ciekawe i niewytłumaczalne, w większości sklepów z odzieżą próżno by szukać damskich szatek, wszystko co wisi to ubrania męskie, nic kompletnie z tego nie rozumiem. Zresztą nie muszę, a żyć jakoś trzeba, choćby w niewiedzy.

Doszliśmy do tego, co lubię najbardziej, rynku spożywczego. Ja lubię, Gosia nie znosi, mamy problem. Decyduję się na przechadzkę po części owocowo-warzywnej, mięso i ryby sobie odpuścimy. Mnie to też nie kręci a w środku budynku mamy klasyczny „wet market” gdzie królują owoce morza, ryby i wiszące tusze.

Jest wczesna wiosna, więc owoców letnich jeszcze nie ma, są za to świeże warzywa, oliwki i truskawki, na które sezon dopiero się zaczyna. Ceny niższe niż u nas o tej porze roku, jedyne takie miejsce w Atenach. Wszędzie gdzie indziej ceny są raczej wyższe. Poza oczywiście ogromnymi „okazjami”, jakie wynajduje Gosia, ale ona ma całkiem inny ode mnie pogląd na to, czy coś okazją jest czy nie jest. I nie mam zamiaru wnikać dlaczego, żyjąc w niewiedzy mam się zdecydowanie lepiej. A biorąc pod uwagę jej dzisiaj ujawnione umiejętności, zaczynam się po prostu bać.

I tak powoli docieramy do rejonu Akropolu, który zaczyna się od placu Monastiraki, gdzie spotykają się całe Ateny oraz wszyscy turyści odwiedzający miasto. No to nie dziwota, że od rana do późnej nocy przewalają się tu tłumy ludzi. Przy wejściu stoi stary Monastir, od razu wiadomo skąd się wzięła nazwa placu. Ostatni raz widziałem to miejsce w telewizji dwa dni temu. Na jednym z moich ulubionych kanałów, tym razem o jedzeniu, bohater serii konsumował tu słynne Greckie souvlaki. My też tak zrobimy, ale gdy wrócimy z Akropolu, na razie trawimy obfite śniadanie.

Na Monastiraki Flea Market też nie wchodzimy, takie „zabytki” stanowczo będą po prawdziwych. Jest jeszcze wcześnie, jak na miejscowe zwyczaje, więc w knajpach pustawo. Pustawo, oznacza tyle, że gości jest całkiem sporo, ale nie wszystkie stoliki są zajęte. A jest tych knajp bez liku. Knajpa na knajpie i knajpą pogania. Idziemy wzdłuż ogrodzenia Ateńskiej Agory, którą mamy zamiar obejrzeć w drodze powrotnej. Po lewej mamy ogrodzenie, po prawej sznur knajp. I tak kilkaset metrów.

Nijak nie mogę skumać, którędy mamy iść, żeby dojść na Akropol. Widzę go wyraźnie na górze za Agorą, ale droga prowadzi w zupełnie innym kierunku. Mam wrażenie, że zamiast bliżej, jesteśmy coraz dalej. Wreszcie szlak skręca pod kątem prostym w lewo i rzeczywiście wygląda jakbyśmy jednak powoli zbliżali się do celu.

Knajpy się skończyły, zastępują je stragany. Jest zabytek, są stragany. W Egipcie nazywali to aleją wilków. Na szczęście w Atenach handlarze nie ciągną turystów za rękaw, nie wrzeszczą, w ogóle nie są nachalni. Nie ten styl, to jest przecież Europa. Kupujemy po bardzo okazyjnej cenie tuzin magnesów, już jestem do przodu.

Gosia, co rusz nurkuje w jakieś błyskotki, ja robię zdjęcia i kręcę film a ona wyjmuje z portfelika euro, a na ich miejsce wkłada błyskotki. Zastanawiam się, czy w czasach starożytnych też tak droga na Akropol wyglądała. Myślę, że owszem, bo natura ludzka jest niezmienna, wciąż mimo pozornego „rozwoju” jesteśmy tacy sami.


Pogoda jest tak wspaniała, że aż nierealna. To naprawdę bardzo piękne miejsce, ale oświetlone słońcem wygląda najlepiej. Kiedyś mówiło się, że „jak z obrazka”. Dziś mam dokładnie takie właśnie wrażenie. Zastanawiam się, kiedy czar rzucony przez Gosię straci moc, obawiam się, że zza horyzontu wyjdą czarne chmury, więc cały czas się nerwowo rozglądam. Ale nic z tego, moja żona ma dużą moc, jest lato i już.

Nawet nie zauważyłem, gdy wzgórze Akropolu bardzo się do nas zbliżyło, i choć jeszcze do niego nie doszliśmy, to jednak żeby je zobaczyć nie musze już tak bardzo zadzierać głowy. Idziemy szeroką, brukowaną drogą, łagodnie, ale wciąż pod górę. W końcu docieramy do celu.

I tu dwie niespodzianki. Bilety staniały, kosztują w zimie tylko dziesięć euro, nie dwadzieścia. Mam dwie dychy do przodu. W knajpie zaś, gdzie nabyłem kubek oranżady za cztery pięćdziesiąt, to doliczam po stronie strat, spotkałem ekipę z samolotu, która siedziała za mną. Są tak samo zdumieni pogodą, ale lepiej im nie będę mówić, jak to się stało.

Stajemy „u bram”, jeszcze tylko trzeba pokonać schody prowadzące na sam szczyt wzgórza. Ludzi robi się zdecydowanie więcej, ale i tak w porównaniu z tym, co dzieje się w szczycie sezonu, dzisiaj prawie nikogo tu nie ma. Mamy szansę zobaczyć coś więcej niż tylko tłum zwiedzających.

Najpierw spojrzenie na amfiteatr leżący na zboczu góry. To, co wygląda jakby się miało za chwilę rozlecieć to autentyk. To, co wygląda jak nowe, nie tylko wygląda, po prostu jest nowe. W amfiteatrze odbywają się koncerty, pewnie w nocy to wspaniale wygląda.

Pora na „creme de la creme”. Wchodzimy przez to, co zostało z budowli wejściowej, zwanej Propyleje. Niewiele zostało. Na szczycie wzgórza jest płasko, ale zdecydowanie można sobie nogi połamać na nierównych płytach, którymi Akropol był wyłożony. Ciekawi mnie, czy zawsze były tak krzywe? Pewnie nie, bo nie sądzę, żeby dostojni Ateńczycy też musieli uważać na każdy krok, żeby sobie czegoś nie uszkodzić.

Partenon, resztki największej budowli, wiecznie w remoncie. Nie znam nikogo, kto by widział go bez rusztowań i dźwigów. I nie zanosi się żeby ktokolwiek w przyszłości zobaczył efekt „konserwacji”. Bo ta pewnie nigdy się nie skończy, taka karma, Grecka zresztą.

Po lewej mamy jeszcze ruiny Erechtejonu i na tym w zasadzie można zwiedzanie wierzchołka wzgórza Akropolu zakończyć. Za dużo lat minęło, za dużo konfliktów i trzęsień ziemi. Wieki historii zrobiły swoje i zostało, co zostało. Nie ma to jednak znaczenia, jesteśmy w miejscu, gdzie każdy przyzwoity mieszkaniec Europy powinien być. Bo dokładnie w tym miejscu są nasze korzenie, to nie wyjazd po atrakcje, to pielgrzymka do miejsca skąd wszyscy się wywodzimy. Wszyscy w Europie jesteśmy Ateńczykami. Kto wie, jak by wyglądał świat, gdyby tysiące lat temu, Grecy nie stworzyli podstaw naszej cywilizacji? Uczyli mnie tego w szkole, a dziś jestem tu naprawdę i stąpam po tych samych kamieniach, co nasi przodkowie, którym zawdzięczamy to, że nazywamy się ludźmi cywilizowanymi. To Grecy, właśnie tu, ustanowili zasady, których do dziś się trzymamy. Dlatego tak bardzo wkurza mnie nagonka na „leniwych Greków”, może i są leniwi, ale dali nam znacznie więcej niż na przykład wielki i znany z pracowitości naród naszych sąsiadów. O ich „dorobku” w historii lepiej zamilczeć.


To, co naprawdę powala na Ateńskim wzgórzu, to widok na miasto. Coś absolutnie zachwycającego, z każdej strony leżą pod nami jego dzielnice, jak kręgi budowli zwrócone ku środkowi, ku najważniejszemu miejscu w stolicy Grecji, gdzie my właśnie stoimy. Magia.

Nie ma sensu znów pisać tego samego, ale czuję, że jestem tu we właściwym miejscu i czasie. Jest absolutnie wyjątkowo i o to właśnie chodziło. Ten krótki wyjazd był przede wszystkim po to, żeby tu stanąć i to zobaczyć. I na dodatek, Gosia wyczarowała cudowną pogodę a zdjęcia wyszły, sami widzicie.

Część kompleksu Akropolu znajduje się również na jego zboczach oraz u podnóża wzgórza. Miałem w planie zwiedzić je wszystkie, ale sądzę, że nie damy rady. Przede wszystkim wymaga to dużo chodzenia, a ja nie jestem w formie. Poza tym, czas też nie jest z gumy. Dlatego, widoczny na zdjęciu, Teatr Dionizosa oglądamy tylko z góry. Gdybyśmy tam zeszli, nic ponadto, co widzimy, byśmy nie zobaczyli.

Podobnie ze świątynią Zeusa Olimpijskiego, która już nie zalicza się do Akropolu, ale leży w pobliżu i jest doskonale z góry widoczna.

Po niej też zachowało się tylko kilka, konkretnie kilkanaście kolumn i nic więcej. Po co więc tam schodzić? I jeszcze parę euro w kieszeni zostanie.

I to by było na tyle. Schodzimy, droga w dół trwała tylko chwilę, tak nam się przynajmniej wydawało. Z jednej strony, na pewno łatwiej się schodzi niż wchodzi, ale myślę, że decydujące znaczenia miało, co innego.

W dół były te same stoiska handlarzy, co w górę, więc część z nich, ale tylko część, Gosia pominęła. Żeby nie zatrzymała się przy żadnym, tego jeszcze w kinach tego świata nie grali.

Jest już lekkie popołudnie, ale pogoda ciągle piękna. Widzę na horyzoncie jedną strasznie czarną chmurę, ale Gosia na moją uwagę, że może jednak padać, twardo odpowiada, nie będzie. Po tym, co widziałem rano ja też nie mam wątpliwości, skoro tak mówi to tak będzie.

Gdy szliśmy w górę, było raczej pustawo. Teraz robi się coraz więcej ludzi, jest sobota, imieniny kota, zapowiada się, że będzie impreza. Jedna wielka impreza, bo w końcu jesteśmy w Grecji a nie na ten przykład Szwecji.

Im bliżej placu Monastiraki tym ludzi więcej, w knajpach trudno wolny stolik wypatrzyć. Ale my jeszcze nie idziemy na obiad, twardo trzymamy się programu „zabytki”. Będziemy jeszcze zwiedzić Agorę, tu Grecy wiecowali i „ucierali” poglądy, teraz robią to w Parlamencie, ale myślę, że na świeżym powietrzu wychodziło im to kiedyś zdecydowanie lepiej. Nie tylko im, zresztą.

Po ogromnym kompleksie pozostało to, co zwykle, dziury w ziemi i resztki fundamentów. Właśnie, fundamenty to zdecydowanie najważniejsza część każdej budowli, nie dość, że na nich się wszystko trzyma, to jeszcze po latach tylko one potomnym zostają na pamiątkę. I to, co się spośród nich wygrzebie.

To, co wygrzebano z terenu Agory Ateńskiej można zobaczyć w zrekonstruowanym budynku, zwanym Stoą Attalosa, na co dzień mieszczącym Muzeum Agory Ateńskiej.

Po drugiej stronie kompleksu jest jeszcze Hefajstejon, czyli świątynia Hefajstosa, oprócz nich wokół jest tylko starożytny gruz, nic więcej.

Czas szybko leci, jest już po piętnastej, mamy tylko czterdzieści pięć minut na zwiedzanie. W zupełności wystarczy.

W muzeum, jak to w muzeum, posklejane skorupy i pomniki bez głów. Z jednym wyjątkiem i ten właśnie możecie zobaczyć. Konkretnie jest to popiersie i może dlatego głowa została, bo bez niej nawet by to na posąg nie wyglądało. Za to stojące postacie, stojące jak jeden mąż, bo przedstawiają tylko facetów, wszystkie z odłupanymi głowami. Jeżdżę po całym świecie i oglądam te kadłuby bez głów, co to za paranoja, że głowy lecą pierwsze? Nie mogli na przykład nóg odcinać?

Jedyny eksponat, który mnie naprawdę zadziwił, to nocnik dla dziecka, całkiem sprytnie pomyślany. A pro po, to w muzeum jest ubikacja. To ważna informacja, bo w licznych turystycznych miejscowościach właśnie tych przybytków ze świecą szukać. Zabytków jak psów a toaleta gdzie? Rozumiem, że człowiek uduchowiony, ale natura też swoje prawa ma.


Na terenie Agory jest jeszcze uroczy, ale całkiem zamknięty Monastir i to by było już wszystko w temacie zwiedzania na dzień dzisiejszy. Pora na przerwę obiadową.

Dwa dni przed wyjazdem widziałem w kolejnym odcinku jednego z seriali typu „jem po całym świecie”, bohater tegoż objadał się na placu Monastiraki najbardziej popularną tu potrawą. To souvlaki, czyli grillowane mięso z dodatkami zawinięte w pulchną pitę i polane sosem, najlepiej Tzatziki.

Zanim wypatrzyłem knajpkę, gdzie to się działo, Gosia zdążyła jeszcze „skubnąć” okulary, w których wygląda jak celebryci z plotek.pl.

Znalazłem knajpę gdzie kręcili oglądany przeze mnie program, a nawet stolik z widokiem na słońce, siadamy. Gosia pyta, do czego służy metalowy stelaż, przyczepiony właściwie do każdego stolika? Pewnie do utrzymania wiadra, przynajmniej tak wygląda.

Tak, do wiadra, z zimną wodą — słyszę za sobą. To Grecki kelner stojący opodal. Mówisz po Polsku? Mówię, miałem dziewczynę z Polski, sześć lat. I co, zostawiła Cię? Niestety tak. Tak mi się smutno zrobiło, facet przystojny jak jakiś za przeproszeniem Grek a ona go zostawiła, po sześciu latach. Skąd ja to znam, jakbym o własnych córkach słuchał opowieści.

Skąd jesteście? Z Warszawy. Z Mokotowa? Nie z Ursynowa. To blisko — tak sobie rozmawiamy. A tu nie masz żadnej dziewczyny? Nie mam, Greczynki niskie i grube a jeszcze nosa zadzierają. Polki wysokie z długimi nogami i innym koniecznym dla kobiety wyposażeniem, ale te znowu po latach całych nagle zmieniają zdanie. I tak i tak niedobrze. Coś o tym wiem, ale jak mu powiem, żeby się od kobiet trzymał z daleka i tak nie posłucha, natura silniejsza od rozumu. Na szczęście, bo już dawno byśmy wyginęli.

W międzyczasie założył nam stojak, włożył kubeł a do niego butelkę wody. Butelkę wody tu podają zawsze, chcesz czy nie chcesz, flaszka do kubła i do rachunku oczywiście też.

A tak wyglądają souvlaki, w tle piwo Gosi i moja szklanka na wodę z kubła. Od razu widać, jaka jest różnica między świeżą pitą a tą, którą u nas sprzedają w sklepach spożywczych. W życiu nie będzie tak wyglądać, o smakowaniu nawet mowy nie ma, bo tu smakuje cudownie. Jest miękka, łatwo się ją gryzie, a jednocześnie trochę chrupka, ze względu na lekko wysmażoną skórkę. Wersja z Tesco, usmażona na patelni smakuje jak czysta celuloza, czyli nie ma żadnego smaku. I twarda jak karton, po tej picie więcej jej w Polsce nie kupię. To samo mi się zrobiło, gdy pierwszy raz zjadłem prawdziwą pizzę, też już w Polsce nie jem. Wniosek może być taki, że jak jeszcze trochę pojeżdżę to nie będę miał, co jeść, oprócz dań z kuchni Polskiej oczywiście.

Kolejna dywagacja na temat toalet. Po piwie, a po butli wody też, natura robi swoje i znów trzeba szukać wc. W knajpie być musi, i jest. Ale na zamek szyfrowy. Kiedyś na drzwiach wisiały kartki, klucz do toalety u barmana. Dziś zrobiliśmy ogromny krok naprzód i u barmana można się dowiedzieć, jaki jest kod. Jest postęp czy nie?

Pozostała druga część planu na dziś, Monastiraki Flea Market. Też zabytek i to klasy zerowej. Mam niesamowity fart, że wszystko jest w jednym miejscu. Po obu stronach placu można wejść do alejek, gdzie mieszczą się bardzo a to bardzo liczne sklepy. I bardzo tanie, to głos mojej żony. No to chciał, nie chciał trzeba iść.

O, co tu jeszcze można „pojmać”? O kupowaniu pisałem już tyle razy, że może dziś sobie daruję. Ale Gosia zadowolona jak nigdy. Po pierwsze, bo na obiad było „ludzkie jedzenie”, po drugie asortyment bogaty, i po trzecie, taniocha. Zwłaszcza, że ceny w Euro. Co tam wydać dychę na jakiś absolutnie niezbędny drobiazg. No dobra, nie będę się czepiał, bo mnie jeszcze w żabę zamieni.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.95
drukowana A5
za 31.76
drukowana A5
kolorowa
za 58.32