E-book
6.83
drukowana A5
31.76
drukowana A5
Kolorowa
58.32
Weekend w Europie tom I

Bezpłatny fragment - Weekend w Europie tom I

Objętość:
180 str.
ISBN:
978-83-8155-045-1
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 31.76
drukowana A5
Kolorowa
za 58.32

Madryt

Madryt urodził się przy okazji ferii 2018, które spędziliśmy w Maroku. Trzeci z rzędu rok, postanowiliśmy zimową przerwę w nauce, spędzić w Essaouirze. Do Maroka, a konkretnie do Marrakeszu polecieliśmy przez Brukselę, z powrotem przez Madryt, ale wpadło mi do głowy, że może by tak, skoro już tu jesteśmy, zostać, na choć jeden dzień. Bo w końcu to przecież Madryt, nudzić to tu się na pewno nie będziemy.

W stronę Madrytu

Lot krótki, dwie godziny i już schodzimy do lądowania. Madryt ogromny, feeria świateł pod nami ciągnie się za horyzont. Po wylądowaniu idziemy ze dwa kilometry po terminalu, zupełnie jak rok temu w Londyn Stansead. Za to odprawa paszportowa w okienku dla obywateli UE trwała niecałą minutę, jeśli, na co dzień nie doceniamy faktu zamieszkania w Unii, to teraz mamy porównanie. W Maroku przez kolejkę do odprawy paszportowej o mało co i byśmy do Madrytu nie polecieli. A tu proszę bardzo, jak w amerykańskim filmie, tylko pani oficer nie mówi „witamy w domu” a szkoda. Jak nie lubię Ameryki to akurat ten drobny gest bardzo mi się podoba. No to sam sobie powiedziałem, też dobrze.

Czekamy na bagaże, mogę już spokojnie zadzwonić do domu, roaming „like at home”, w końcu jesteśmy w Europie.

Teraz trzeba się dostać do hotelu. Darmowym autobusem jedziemy do Terminalu 4. Ten jest najnowszy, położony ładny kawałek drogi od starych. Długo to trwało, miałem wrażenie, że szybciej byśmy dojechali do centrum, ale to tylko wrażenie. Przylecieliśmy już wieczorem, ruch na lotnisku mały, na szczęście. Bo lotnisko jest gigantyczne, w godzinach szczytu przewalają się tu tysiące ludzi na raz. Ale teraz jest cichutko i spokojnie.

Kupujemy bilety na pociąg RENFE do stacji Atocha za 2.75 EU, to najtańszy sposób na dotarcie do centrum miasta. Jola pyta się, kiedy wysiadamy, mamy do celu sześć przystanków, więc mówię do Joli — licz do sześciu. I Jola liczy, jeden dwa trzy … Nie minęło dziesięć sekund, doliczyła do sześciu.

Po pół godzinie jazdy jesteśmy na głównym dworcu kolejowym Madrytu. Zrobiło się już całkiem późno i raczej myślimy tylko o tym, żeby wskoczyć do ciepłego łóżka i spać, spać jak najdłużej.

Tu też nam się udało nie zgubić i wyszliśmy z tego molocha dokładnie tam gdzie trzeba.

Pozostało około 800 metrów do hostelu, niestety większość pod górkę. Tego na mapie nie było. Ale co tam, ciepły dom z każdym krokiem bliżej. Jest zdrowo po 22, ale sklepy i knajpy czynne. „Alimentacion”, tak nazywają się sklepy spożywcze. Podobnie jak w Barcelonie prowadzą je w większości migranci, w Barcelonie to zwykle Hindusi, tu zdecydowanie są to przybysze z Azji Południowo Wschodniej, ja typuję, że to Wietnamczycy, ale przecież nie będę się pytał.

Zatrzymaliśmy się żeby kupić coś do picia, bo przecież szalone zasady bezpieczeństwa lotów sprawiają, że lądujesz gdzieś tam w świecie bez kropli czegokolwiek do picia. A po locie samolotem pić się chce jak cholera. Z jakąż to radością wpiłem się we flaszkę słodkiego soku owocowego, pycha była, ale idziemy dalej. Jest wreszcie Hostal Rivera. Dzwonię domofonem, słyszę coś po hiszpańsku, co mogę zinterpretować tylko w jeden sposób, „czego, wolnych miejsc brak”. Ale my mamy rezerwację. Ton od razu się zmienia i zapraszają nas na górę.

Hostal jak hostal, za 45 EU dostajemy skromny pokój (bez śniadania), ale ze wszystkimi wygodami. Po ubikacji w szafie i lodowatej klitce z prysznicem w Essaouirze to jak Burdż El Arab. Są kaloryfery i jest bardzo ciepło.

Ja z żoną już tylko siusiu, paciorek i spać. Jolka z Moniką idą jeszcze do Pannus, to piekarnia naprzeciwko, pracująca w trybie 7/24. Znakomita sprawa, zawsze można tam coś zjeść, na dodatek świeżego.

Tak w ogóle, w Madrycie wydaje się być niby zimno, ale nie ma żadnego wiatru, tak więc temperatura odczuwalna jest znacznie wyższa niż by z termometru wynikało.

Życie toczy się, jak to w Hiszpanii, raczej nocą. Gdy się położyłem, było zdrowo po północy, ale spać nie dali, darli się, jeździli i szumieli. Potem wyjechały śmieciarki i tłukli się koszami. Ci skończyli około czwartej nad ranem. Najpierw godzinę w jedną stronę ulicy a potem godzinę w drugą. Całą noc za to, od czasu do czasu, przelatywał motocykl z wyciętym tłumikiem a tego już zdecydowanie nie udawało się przespać, bo taki „przelot” jest głośny jak start samolotu. O śpiewach i wrzaskach nie ma, co mówić, bo to już było tylko mało znaczącym dodatkiem. Razem dało to efekt piorunujący, cała noc zarwana, a miałem się wyspać.

Jeden dzień

A rano wszystko zaczęło się od nowa. Wstałem i po porannej toalecie poszedłem po kawę, pięć minut i jestem z powrotem z dwoma kubkami gorącej Latte, Europa. Tylko te ceny, kubek kawy prawie 3 Euro, trudno, jak się chce być Europejczykiem to trzeba płacić.

Ruszamy na miasto, wrócimy pewnie wieczorem, bo mamy w planach muzeum Prado, muzeum Desigual i Tous a może jeszcze Pałac Królewski, choćby z zewnątrz, ale trzeba go obejrzeć. O dziesiątej planowany jest wymarsz na „zwiedzanie”, bo w Madrycie są dni zimowego „barajas”, co oznacza „soldy”, czyli przeceny.

Śniadanie jemy w „Museo de Jamon”, po naszemu oznacza to muzeum szynki. Wisi tych szynek pod sufitem do wyboru, do koloru. Nie samą szynką jednak Hiszpan żyje, są też inne wędliny, sery i rozmaite dodatki do pysznych kanapek, które można tu kupić i spożyć.

Tylko te ceny, jak to Polacy szukamy, co by tu, po taniości. Jemy po dużej kanapce, wszystkie w cenie między 1.5 do 2 EU. Bez popitki, popijemy czymś ze sklepu. Sklepów spożywczych pełno, tylko ta nazwa „alimentacion” źle się kojarzy. Naprawdę się najadłem, a smak kanapki niesamowity.

Pora na coś dla ducha, idziemy do galerii Prado. Zima, platany niby mają liście, ale zeschnięte, kwiatów też nie widać. Jest piękna pogoda, ale wiatr zimny, ten sam, co po drugiej stronie morza Śródziemnego. Idziemy malowniczymi uliczkami, tym razem zdecydowanie w dół, w kierunku muzeum. Prado znajduje się przy bardzo reprezentacyjnej ulicy, gdzie docieramy po mniej więcej dziesięciu minutach. Bilety kupiłem wcześniej przez internet, dobry strzał, kolejka do kasy ma ze sto metrów.

Kontrola w wejściu prawie jak na lotnisku, trzeba zostawić plecaki w szatni. Mój jest pusty, ale ochroniarza to nie przekonuje, do szatni. Panie oczywiście swoje torebki wielkości dwukrotnie większej od plecaka mogą wnieść. Chyba zgłoszę to do Brukseli, jako przejaw zachowań dyskryminujących.

I już jesteśmy w świątyni malarstwa. Nie wolno robić zdjęć, fotoreportażu nie będzie. O samej galerii nie będę pisał, bo to w końcu jedna z największych kolekcji obrazów na świecie i co ja tu nowego mogę dodać?

Od samego wymieniania autorów można bzika dostać. Także ilość obrazów największych mistrzów przytłacza już po kilkunastu minutach. Czuję się coraz bardziej idiotycznie. Za każdym rogiem, w każdej nowej sali, same arcydzieła. W tych, poświęconych konkretnemu malarzowi, nie kilka, ale kilkadziesiąt obrazów. Na Goyę poświęcili prawie całe skrzydło. Dziwnie się czuję widząc na ścianach obrazy, których zdjęcia ostatnio widziałem w szkolnych książkach. I tak od sali do sali, od sali do sali. I to tyle, byliśmy, widzieliśmy, wyszliśmy po dwóch godzinach. Czas nagli, czekają nas następne „galerie”, tym razem handlowe.

Mój tani smartfon ma również tani odbiornik GPS, co czyni go w mieście praktycznie bezużytecznym. Ale może robić za mapę i muszę sobie jakoś poradzić. Nie jest to specjalnie trudne, gdy już znajdzie się miejsce gdzie właśnie stoimy, dalej idzie już łatwiej. Trzeba tylko mapę „zorientować”, to znaczy ustawić w kierunku północ-południe na przykład i można iść. Ja to jeszcze potrafię, ale obawiam się, że pokolenie X,Y,Z czy jak je tam zwą w życiu sobie w takiej sytuacji nie poradzi. Oni nauczyli się tylko uruchomić aplikację, która za rączkę poprowadzi nieprzytomnego do celu. Jak na przykład GPS nie zadziała to koniec i kropka, będzie taki stał i kręcił głową aż ją sobie ukręci. Tak się porobiło.

Jesteśmy w samym centrum Madrytu. Jest sobota, jest piękna słoneczna pogoda. A na ulicach są chyba wszyscy, którzy tu mieszkają, na stałe i na chwilę. Przynajmniej tak to wygląda. Wszystkie ulice i place zawalone ludźmi, tłumy poruszają się strumieniami w każdym możliwym kierunku. Jak mrówki oglądane z góry, pojedyncze osobniki poruszają się niby chaotycznie, ale jest w tym jakiś porządek. Po pierwsze, każdy taki ludzki strumień wchodzi i wychodzi z mrowiska. Rolę kopców odgrywają wielkie galerie handlowe. Te znajdują się chyba w każdym mijanym przez nas budynku. A do małych zaliczyć ich nie można. Podobnie jak w galerii Prado, od nadmiaru dostaję oczopląsu i zaczyna mi być wszystko jedno, co gdzie i dlaczego tu, a nie tam. Mam jednak wrażenie, że Gosia ma konkretny cel, znaczy konkretne mrowisko, na pomyśle, bo nigdzie nie zagląda, a to jest zachowanie zdecydowanie dla niej nietypowe. Między kopcami mrówki poruszają się kolumnami, ale z powodu nieuporządkowania ruchu, często dochodzi do kolizji co potęguje i tak już niezły chaos. Od czasu do czasu umęczone tym wszystkim, siadają gdzieś odpocząć, znów w sporych grupkach. I tak się to ciągnie kilometrami, jak w lesie, tylko zamiast drzew wszędzie pełno betonu. Wydawać by się mogło, że to my a nie mrówki stoimy na szczycie drabiny rozwoju. Ale jak patrzę na to wszystko, to mam zasadnicze wątpliwości. Ów „mrówczy pęd” wygląda całkowicie bezmyślnie i chyba za wysoko na tą drabinę jednak nie weszliśmy.


Wreszcie docieramy do największej atrakcji Madrytu, przynajmniej dla mojej małżonki.

Przed nami pięciopiętrowy (sic) sklep. Desigual. To dopiero jest „zabytek”, gdy tam wpadła, jakby diabeł machnął ogonem, nie ma i już. Skoro ostatnio w Doha, w naprawdę małym sklepie tej marki, spędziła godzinę, to ile będzie trwało, gdy ma do spenetrowania taki moloch? Może jej zająć tyle czasu, że nic więcej w Madrycie nie zobaczymy. Na pewno nie przeciągnie się do jutra, bo go jednak zamykają, ale o dwudziestej trzeciej. Mam przechlapane na maksa.

Jola z Moniką zdążyły oblecieć okoliczne sklepy a Gosi ani widu ani słychu. Dziewczyny poszły więc do dalszych sklepów i na dłużej a ja idę po kawę. I siedzę z nią na betonowej ławce. Za ciepło nie jest, więc staję na słońcu, ale słońce coraz niżej, jest coraz zimniej, a Gosi jak nie było tak nie ma. A w koło tysiące ludzi z torbami pełnymi zakupów. Oto obraz społeczeństwa konsumpcyjnego. Jak nie kupują to jedzą i piją, nieustająca swawola.

Co druga osoba przechodząca koło nas niesie torbę z napisem Primark, więc kobiety do Primarku a ja nadal na warcie. Wreszcie Gosia pojawia się w drzwiach, szczęśliwa, a to najważniejsze. Dzwonimy do Joli, bez opłat za roaming, znów dzięki ci UE. Są nadal w Primarku, no to my też. Zaraz za drzwiami Gosi uginają się nogi, z powodu cen, takie niskie.

Wygląda to jak główne mrowisko w okolicy, chyba każda z mrówek albo tu idzie, albo stąd wychodzi. Co mrówki robią w środku? Ludzie, ja nawet nie wiem jak to opisać. Chyba najbardziej odpowiednie będzie słowo żerują, dokładnie tak to wygląda. Szukają swoimi mackami pośród rzędów, półek i pięter czegoś, co zwróci ich uwagę. Potem to miętolą, przymierzają, wkładają, zdejmują i porzucają lub zabierają ze sobą. Albo jedno i drugie na raz. Nie można? Tu wszystko można.

A oto i Primark w całej swojej okazałości.

Nasze walizki są już dość pełne, ale zawsze „da się coś zrobić”. Sklep w stylu lumpeksu, przynajmniej tak ja to odbieram, towar strasznie tani, ale i marny. Niestety według Gosi „zawsze się coś znajdzie”. I miała rację, sporo się znalazło. Kolejna spora torba w ręce i wreszcie wychodzimy.

Pora na obiad, już prawie siedemnasta a ja mam w sobie tylko wspomnienie po jednej kanapce na śniadanie. W okolicy mam zaznaczoną na mapie knajpę Topolino, dają tu bufet za 12.50 EU, bo weekend. W tygodniu kosztuje tylko 10 EU. Patrząc na ceny posiłków w knajpach to moim zdaniem świetna opcja. Na pewno zjadłem za trzy razy tyle albo i więcej.

Mają bardzo dobre oceny w sieci i słusznie. Jedzenie jest absolutnie doskonałe, oczywiście biorąc pod uwagę, że to zwykła knajpa bez gwiazdek. Ciepłe, świeże i smaczne, bardzo smaczne. Pieczone żeberka, hiszpańska kiełbaska na gorąco, ziemniaki pieczone, surówki i tortelini w serowym sosie, to wziąłem na początek. Dziewczyny jedzą jeszcze rybę, podobno znakomita, oraz pieczonego kurczaka. A jest jeszcze pizza i lazania, i pieczone warzywa, tudzież zapiekany bakłażan pod beszamelem. A dalej cała lada warzyw: na surowo, duszonych i smażonych. Jem drugi talerz, powoli, żeby się ułożyło.

Czas na deser, gruszki w syropie z budyniem waniliowym polane ciemną czekoladą dopełniają dzieła. Panie na trawienie po dużym kuflu piwa, za 4.50, ja biorę tylko wodę, połowę taniej. Brzuszki pełne, zaraz się tu pośpimy, pora ruszać w stronę domu.

Po drodze wchodzimy do Mercato de Saint Martin, świątyni tapas. Od samego widoku głowa boli, a oni jedzą i piją, jedzą i piją. Tapas definiuje Hiszpanię, oczywiście w obszarze związanym z jedzeniem. Wiele jest Hiszpańskich potraw, ale tapas mają swoje szczególne miejsce, nie tylko jako potrawy, ale jako styl życia. Podobno wzięły się z rozkazu jednego z władców, którego wkurzało to, że Hiszpanie, niestroniący od kieliszka wina nawet z samego rana, cały dzień chodzili pijani. Pić wina im zabronić nie mógł, to kazał do wina podawać małe przekąski, żeby tak szybko się nie upijali. I tak do dziś zostało, od rana do nocy piją ale zakąszają. Szkoda, że przyszliśmy tu akurat po bardzo bulimicznym obiedzie, bo pewnie byśmy tu choć na chwilę przysiedli i coś przekąsili. Ale stan, w jakim jestem wyklucza spożycie nawet małej przekąski, brzuszek pełny po brzegi. Dość tego, wiejemy.

Powoli zmierzamy ku domowi, w tej części Madrytu jest mnóstwo malowniczych uliczek, klimatycznych knajpek, w których pełno świetnie bawiących się mieszkańców i turystów. Jest sobota, nikt nigdzie się nie spieszy, choć co dnia oni lubią się świetnie bawić, to dziś jest szczególnie, jutro wcale nie trzeba wstawać, co tam, jutra nie ma, jest dziś i jest zabawa.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 31.76
drukowana A5
Kolorowa
za 58.32