E-book
12.29
drukowana A5
32.19
drukowana A5
Kolorowa
60.43
Wędrowny amerykański mnich

Bezpłatny fragment - Wędrowny amerykański mnich

Objętość:
176 str.
ISBN:
978-83-8221-705-6
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 32.19
drukowana A5
Kolorowa
za 60.43
<< Kaligrafia autorstwa Jongmae Kunsunima
pt. „Szerzenie pokoju oświecenia”
przed 1990r. >>

Wstęp

Przedmowa do wydania polskiego Czcig. Hae Mahn

Choć Jongmae Kunsunim przyjeżdża do Polski już od kilku lat, to na książkę musieliśmy poczekać. I oto jest, pierwsza publikacja przetłumaczona na język polski.

Napisał ich o wiele więcej, zatem dziękując wszystkim, którzy pomimo wielu innych obowiązków włożyli w ten projekt całą swoją energię, mamy zarazem apetyt na ciąg dalszy.

Ta książka jest jak wędrówka przez… Stany Zjednoczone, stany wewnętrzne, stany umysłu. Lektura książki „Wędrowny amerykański mnich” to niezwykła okazja, aby przybliżyć się do nauczyciela zen i jego nauczania, ale przede wszystkim, aby nawiązać bliższy kontakt z osobą i jej życiem.

Wędrowny mnich… jakże inne jest dzisiaj wędrowanie, samochodem, samolotem, w sieci… jakże inny jest trud wędrowania współczesnego mnicha od trudu mnicha dawnego, który z tobołkiem na plecach przemierzał góry i doliny, setki kilometrów miesiącami i latami.

Ta książka to ciekawie opisana podróż życia, gdzie szczerość, taka do bólu, decyduje o tym, że nie jest to kolejna historia o tajemniczym mistrzu zen, który osiąga oświecenie w górskiej pustelni, a o nauczycielu, który żyje wśród nas i doświadcza tego i tamtego, co ty i ja.

Prowadzony naukami Buddy, Jongmae Kunsunim przemierza kontynenty, a w miarę poznawania Ameryki i Europy urzeczywistnia i coraz efektywniej szerzy Dharmę, w każdym miejscu propagując buddyjskie wartości. Wnikliwie rysuje tło polityczne, kulturowe i społeczne, a rozległa wiedza o buddyzmie, znakomita orientacja w zagadnieniach różnych jego szkół i nurtów, pozwala mu na zgrabne wplatanie nauk zen w różne wątki książki.

Cała jego „Droga”, ogromna ruchliwość, aktywność i niestrudzona praca, wydają owoce: wiele osiągnięć naukowych, napisanych książek, założonych ośrodków zen.

Na Zachodzie wśród praktykujących buddyzm szerzy się ideę pomagania, ale za formułką „jak mogę ci pomóc” często niewiele stoi. W tej publikacji można zobaczyć, jak Jongmae Kunsunim, spotykając się z ogromem cierpienia u młodych ludzi, pomaga im poprzez działanie. Działanie wynikające z rozumienia, miłości i współczucia.

W swojej książce Kunsunim mówi: „Sarva Anitya! Nic nie jest trwałe i wszystko podlega zmianom. Ta prosta buddyjska prawda okazała się bardzo przydatna w uspokajaniu moich studentów. Dodawałem im odwagi mówiąc, że stres, którego obecnie doświadczają, nie będzie trwał wiecznie. Często czułem, że przeżywany przez nich stres i psychiczny ból były znacznie silniejsze niż objawy jakiejkolwiek fizycznej choroby”.

Jongmae Kunsunim doświadczył wielu dramatycznych przeżyć — więzienie, tortury, prześladowania w Korei, emigracja polityczna, upokorzenia i rasizm w Ameryce, zaznał zimna i dotkliwej samotności w austriackich Alpach. Mimo to głęboko przeżywa miłość i współczucie wobec świata i ludzi.

W czasie jego pierwszej wizyty w Polsce odwiedziliśmy były niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny w Oświęcimiu, a że nie można było odprawiać tam ceremonii, przeszliśmy do ruin jednego z baraków w obozie obok, w Brzezince, gdzie razem, w ciszy wyrecytowaliśmy buddyjską modlitwę.

Tej nocy Kunsunim miał sen, po którym już nie zasnął. Śniły mu się dzieci w obozie. Płakał. Następnego dnia dowiedziałem się, że w tym właśnie baraku były przetrzymywane małe dzieci.

„Mnich to człowiek o wielu talentach” — mawia Kunsunim. Podczas jego wizyt w Polsce, w naszej Świątyni Dae Won Sa, ludzie przyjmowali wskazania i smakowali osobliwego uroku, dosłownie i w przenośni — po wystąpieniu na Uniwersytecie, w jednej chwili przeistaczał się w znakomitego mistrza kuchni, który serwował nam najsmaczniejsze koreańskie potrawy albo w bajarza, który długo opowiadał prawdziwe historie.

Jongmae Kunsunim pokazał, w jaki sposób stosował nauki buddyjskie w życiu codziennym, co jest dla nas jasnym drogowskazem, jak my możemy to robić. Pokazał, że życie i nauki nie są oddzielone — są jednym.

Nauczycielu, trzy pokłony dla Ciebie.

Dziękuję.

Czcigodny Hae Mahn

Opat, Główny Nauczyciel Świątyni Dae Won Sa

Szkoły Zen Taego Buddyzmu Koreańskiego w Polsce.

Chair of Congress, American-European Parish Taego Order.

Regional Head Leadership (Europe)

Czerwiec 2020 r.

Przedmowa Najczcigodniejszego Hae Cho Choi

Seung Sahn — koreański Mistrz zen i Patriarcha zen Ku Sahn postawili pierwsze kroki jako „Krzewiciele koreańskiego buddyzmu na Zachodzie”. Następnie Czcigodny Jongmae Kenneth Park poszedł w ich ślady, szerząc praktyki i nauki koreańskiego son/zen w XXI wieku. Jestem pod wrażeniem niestrudzonego wysiłku, jaki włożył Czcig. Jongmae na rzecz unowocześnienia buddyzmu dla dobra przyszłych pokoleń.


W Sutrze Diamentowej przeczytać możemy, że studiowanie pism i szerzenie Dharmy Buddy w tym doczesnym świecie jest sposobem poświęcenia się, który jest w stanie przynieść więcej zasług niż dawanie jałmużny (Dana) Sandze. Działanie takie prowadzi do ostatecznego wyzwolenia, Anutara samyak sambodhi bhumika!

Książka ta opisuje 37 lat propagowania Dharmy Buddy przez Czcigodnego Park’a na wielu kontynentach i w licznych krajach np. w USA, Kanadzie, Polsce, Węgrzech, Niemczech, Austrii, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Tajlandii oraz Tajwanie.


Mam nadzieję, że dzięki lekturze czytelnicy uzyskają wiele cennych wskazówek. Pragnąłbym, aby pojawiło się coraz więcej czujących istot, takich jak Czcig. Jongmae, które wypełnią każdy zakątek, każdego kraju, poświęcając się służbie temu światu!

W Dharmie,

Listopad 2015

Najczcigodniejszy Hae Cho Choi

Najwyższy Patriarcha

Koreańskiego Buddyzmu

Zakonu Zen Taego

Przedmowa autora

„Amerykański mnich” to pseudonim nadany mi jeszcze w latach 80-tych XX wieku przez mojego najukochańszego brata w Dharmie, Czcigodnego Jongwon. W 1979 roku z powodów politycznych musiałem wyemigrować do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Do jesieni 1987 roku nie miałem możliwości wyjazdu do mojej w ojczyzny. Dlatego też, odkąd zmieniły się polityczne uwarunkowania, to podróżuję tam przynajmniej raz do roku, czasem nawet i dwa razy. Większość czasu spędzam wówczas w mojej rodzinnej świątyni Hwaeomsah w prowincji Jeolla-Namdo.

Szczerze mówiąc, nigdy nie planowałem, ani też nie miałem zamiaru wyjeżdżać do USA… Uczyniłem to tylko i wyłącznie z powodów politycznych. To właśnie one spowodowały, że przybyłem do tego jednego z największych na świecie państw, jak również popychają mnie przez ostatnie 37 lat do wędrówek po świecie, w trakcie których odwiedziłem już ponad 50 krajów pracując na rzecz buddyzmu, innymi słowy propagując Dharmę. Zdaję sobie sprawę, że szerząc Dharmę przez wszystkie te lata zdarzyło mi się popełnić wiele błędów, z powodu których czuję w sobie żal tak duży, że nieraz jest mi aż wstyd o tym mówić…

W 1979 roku, w pierwszym roku pobytu w USA, byłem jeszcze pełen obaw i odczuwałem ogromną niepewność, gdyż wszystko, co mnie otaczało, a zwłaszcza język i kultura, było zupełnie inne niż to, co do tej pory znałem. Niemniej jednak, dzięki wielu błogosławieństwom ze strony Buddy i Bodhisattwów, poczyniłem pierwsze kroki i powołałem do istnienia małą grupę misjonarzy buddyjskich.

Spotkanie w USA Mistrzów, takich jak Czcig. Seung Sahn czy Czcig. Do Ahn w USA okazało się mnie największym szczęściem i błogosławieństwem. Ci dwaj wielcy Mistrzowie mocno wsparli mnie swoimi dobrymi radami. Za każdy razem, gdy miałem okazję słuchać ich mów Dharmy, bądź być świadkiem, gdy dzielili się z innymi swoją wiedzą, pilnie chłonąłem każde ich słowo; gdyż sam nie miałem jeszcze doświadczenia w życiu Sanghi ani głębokiej wiedzy o Dharmie Buddy. Na początku lat 80-tych XX wieku spotkałem wielkiego uczonego, reprezentującego tradycję therawady, Czcigodnego dr Havanpola Ratanasara. Była to najszczęśliwsza chwila w moim życiu, gdyż nauczał mnie on całej Nikayasutty, a później, dzięki jego pomocy i pod jego kierunkiem udało mi się uzyskać tytuł doktora.

Jestem naprawdę szczęśliwym mnichem zen, który miał okazję studiować, by zdobyć wyższe wykształcenie i samemu nauczać na wielu uniwersytetach, jak również podróżować po całym świecie w celu buddyjskiej misyjnej działalności. Jednakże, należy pamiętać, że to nie była gra solo… w rzeczywistości to wspólna praca wielu członków Sanghi, braci w Dharmie, zgromadzeń w USA i Europie, a co najważniejsze mojej rodziny, która udzieliła mi nieograniczonego wręcz wsparcia.

Byłem pierwszym buddyjskim kapelanem i wykładowcą na Uniwersytecie Południowej Kalifornii oraz adiunktem na Uniwersytecie Loyola Marymount. Potem zostałem dziekanem Instytutu Studiów Buddyjskich w USA — wszystko to było możliwe dzięki łańcuchowi Pratiya-Samutpada, powinowactwa karmicznego

Teraz, jako emerytowany profesor oraz starszy główny opat w Północnoamerykańsko-Europejskiej Szkole Koreańskiego Buddyzmu Zen — Taego, dedykuję „Wędrownego Amerykańskiego Mnicha” mojemu umiłowanemu nauczycielowi Dharmy, mistrzowi zen Do Kwang’owi, braciom w Dharmie: Czcig. Jongwon’owi i Czcig. Jonggeol’owi, mojej pięknej małżonce Young Park, moim dzieciom Kapitanowi Albertowi Parkowi, Mayi Heddon i Johnowi Heddon. Chciałbym złożyć także specjalne podziękowania mojemu redaktorowi, który przysłużył się wieloletnią pracą, Wielebnemu Johnowi Maxwell’owi oraz moim uczniom Karinie Sima, Haraldowi Skrabal, Theodorowi Strohal.

Na koniec składam trzy pełne pokłony Czcigodnemu Hae Cho, Najwyższemu Patriarsze Zakonu Taego.

Listopad 2015

Jongmae Kenneth Park

Anaheim Hills, Kalifornia

Krótko o Czcig. Jongmae Kenneth Park

1954 — urodzony w Seulu, Korea Południowa

1972 — akolita, nowicjusz zen (Haenja) pod okiem Czcig. Moo-Gong

1975 — został mnichem zen pod okiem Czcig. Do Kwang w świątyni HwaomSah

1976 — przyjął pełne święcenia mnicha Bhikkhu pod okiem Najczcig. Ku-San

1979 — emigracja do USA

1986 — założył świątynię Bo Kwang w Anaheim

1992 — założył świątynię Bo Kwang w Środkowym L.A.

1999 — 2003 — studia doktoranckie (studia buddyjskie) na USC i CBS LA

1999 — objęcie posady buddyjskiego dyrektora Uniwersytetu Południowej Kalifornii

2003 — obecnie Założyciel i dziekan Instytutu Studiów Buddyjskich USA

2006 — Patriarcha w Szkole Zen Taego, Koreańskiego Buddyzmu w Ameryce i Europie

2007 — 2014 — adiunkt w Loyola Marymount University, CA


członek Amerykańskiej Akademii Religii (AAR)

członek Światowej Wspólnoty Buddyjskiej / Mook Rim Society

członek Rady Patriarchów Szkoły Zen Taego, Koreańskiego Buddyzmu

członek Stowarzyszenia Profesorów Koreańsko-Amerykańskiego Uniwersytetu

<< Jongmae Kunsunim, 06.2020 r. >>

Przyjazd do USA

Na granicy węgierskiej

Niewielki jesienny deszcz nad ulicą Biberstrasse. Co się stało? Nie mam kontaktu z Theo. Mieliśmy wyjechać do Węgier o osiemnastej, a jest już dziewiętnasta i zaczynam się trochę denerwować. Chwilę po siódmej Theo wpada do sali Dharmy. „Och, Czcigodny, przepraszam! Spóźniłem się z powodu mojego stałego klienta. Możemy już jechać, OK?”.

Mój uczeń Theo jest niezwykle szanowanym prawnikiem w Wiedniu. Jest wiecznie zabiegany, ale też mocno zaangażowany we wsparcie ośrodka zen w Wiedniu. Stolica Węgier leży około dwóch godzin jazdy samochodem od Wiednia.

To moja pierwsza podróż do Budapesztu, zresztą również pierwszy wyjazd do jakiegokolwiek kraju komunistycznego w Europie Wschodniej. Urodziłem się w Korei Południowej, i — szczerze mówiąc — szkoła i politycy wyprali mi mózg, zasiewając przekonanie, że komunizm jest najgorszą rzeczą na świecie. Dlatego też przygotowywanie się do wyjazdu do kraju socjalistycznego, by szerzyć tam nauki Buddy Gotamy, stanowi niezwykle doniosły moment w moim życiu.

Po ponad godzinnej podróży samochodem nagle pojawia się przed nami jasny punkt kontrolny, który rozpoznaję jako granicę między Austrią a Węgrami. Widzę metalowy szlaban, który blokuje nam dalszą drogę. Theo mówi do mnie: „Musisz okazać strażnikowi swój amerykański paszport”. Wtedy też do naszego auta zbliżył się węgierski żołnierz trzymający kałasznikowa wymierzonego w ziemię. Wykrzyknął do nas po niemiecku: „Wychodzić z samochodu, obaj!”. Theo wyciągnął papierosa, zapalił go, wysiadł z samochodu i zaczął rozmawiać z żołnierzem po niemiecku. Chociaż był to węgierski punkt kontrolny, prowadzenie przez nich rozmowy po niemiecku wywoływało dość dziwne odczucie.

Minutę później Theo wrócił do samochodu i powiedział: „Cóż, Austriacy zwykle mogą przejść przez ten punkt kontrolny bez większych problemów, ale Amerykanie potrzebują zgody swojej ambasady w Wiedniu”. Węgierski strażnik graniczny zabrał mój paszport na posterunek. Wrócił pół godziny później, mówiąc: „Próbowałem skontaktować się z ambasadą USA w Wiedniu, ale nikt nie odbierał. Będziemy musieli poczekać do rana”. Potem wrócił na swoje stanowisko z moim paszportem.

Obecnie dysponujemy komputerami, dzięki czemu jesteśmy w stanie sprawdzić każdy urzędowy dokument lub paszport w czasie nie dłuższym niż kilka minut. Dwadzieścia pięć lat temu nie było takich systemów i w przypadkach takich jak ten trwało to znacznie dłużej. Czułem się winny w stosunku do Theo, gdyż musieliśmy przeczekać w samochodzie całą noc. Z nieba siąpił deszcz. Theo ani przez moment nie okazał złości albo zdenerwowania, lecz wciąż odpalał jednego papierosa od drugiego. Zarzuciliśmy na siebie kurtki i próbowaliśmy się choć trochę zdrzemnąć, ale szczerze mówiąc, nie mogłem zasnąć z powodu deszczu i chłodu. Nie było tu zbyt wielu pojazdów. W ciągu nocy tylko kilka ciężarówek minęło punkt kontrolny, zmierzając głównie z Austrii na Węgry.

Wczesnym rankiem Theo zaproponował, abyśmy poprosili o kawę w punkcie kontrolnym. Zapukał do drzwi posterunku i po krótkiej chwili wrócił szeroko uśmiechnięty z dwoma kubkami pełnymi aromatycznej kawy, przyznając się, że przekupił w tym celu strażnika. Deszcz przestał padać, ale na niebie, tuż nad naszymi głowami, wciąż wisiały ciemne chmury. Około godziny dziewiątej inny węgierski strażnik zbliżył się do naszego samochodu z moim paszportem. Oznajmił nam: „Możecie jechać”. Natychmiast otworzyłem paszport i zobaczyłem duży stempel z orłem — wizę do Węgierskiej Republiki Ludowej. Byliśmy zmęczeni i głodni, ale równocześnie przepełniała nas radość, gdy ruszyliśmy w kierunku Budapesztu.

Po kolejnych dwóch godzinach jazdy w końcu dotarliśmy do celu. Poprosiłem Theo, abyśmy poszukali jakiegoś miejsca, gdzie moglibyśmy coś zjeść. Byłem głodny i spragniony. Jeździliśmy po mieście, ale nie mogliśmy znaleźć otwartej restauracji. W końcu po drugiej stronie rzeki znaleźliśmy oazę: McDonalds. Byłem bardzo szczęśliwy, nie tylko dlatego, że restauracja była otwarta, lecz także dlatego, że był to punkt znanej mi amerykańskiej sieci. Zamówiliśmy śniadanie i kawę. Jak McDonalds mógł w ogóle funkcjonować w komunistycznym kraju? To było dla mnie nie do pomyślenia. Zapytałem o to Theo. Tak czy inaczej delektowałem się dobrze znanym z domu smakiem.

Wróciliśmy do Budy do starego zamku, i spojrzeliśmy w dół Dunaju — to był niezwykły widok. Zobaczyliśmy siedzibę węgierskiego parlamentu, zaprojektowaną przez światowej klasy architekta. Rzekę przecinało kilka starszych mostów. Przejechaliśmy kilka mil wzdłuż brzegu, aby zobaczyć tutejsze zabytki. Byłem zaskoczony, gdy nagle ujrzałem mały znak reklamujący koreańską restaurację. Theo powiedział mi, że restaurację prowadzą mieszkańcy Korei Północnej, serwujący dania dla Węgrów. Minęliśmy restaurację, która niestety była zamknięta; miała zostać otwarta dopiero po południu.

Następnie wróciliśmy do Pesztu i zatrzymaliśmy się przy dwupiętrowym domu na wzgórzu. Mężczyzna, który tutaj na nas czekał, miał na imię Michael. Powitał nas serdecznie i oznajmił: „Jestem katolikiem, ale bardzo interesuje mnie również buddyzm”. Zaproponował, że przenocuje nas przez kilka nocy. Powiedział, że choć na Węgrzech rządzą komuniści, to nadal panuje tu wolność religijna. Weszliśmy do domu i rozejrzeliśmy się. W każdym pokoju można było znaleźć sterty konserw przepełniające półki. Wynikało to z faktu, że pod rządami komunistów możliwość zakupu żywności była często ograniczona, a niektóre towary pojawiały się tylko okresowo. Dlatego każdy, kto miał dobre kontakty, gromadził jedzenie na zapas.

Prowadziliśmy naprawdę przyjemną rozmowę o życiu i historii Węgier. Na szczęście Michael mówił dobrze po angielsku, więc nie musieliśmy używać języka niemieckiego. O 17:00 miał się rozpocząć mój wykład. Michael poinformował mnie, że miało przyjść około dziesięciu osób, ale w rzeczywistości pojawiły się jedynie trzy. Theo zapytał: „Tylko tyle?”, ale i tak zacząłem. To była moja pierwsza buddyjska działalność misyjna w kraju komunistycznym. Zaszczytem była dla mnie możliwość objaśnienia im nauki Gotamy. Mówiłem po angielsku, a Michael tłumaczył wszystko na węgierski. Opowiedziałem historię narodzin Gotamy Buddy w 623 r. p.n.e. w małym królestwie — Kapilavatthu. Był jedynym synem króla, który postawił sobie za cel rozwiązanie problemu ludzkiego cierpienia związanego z życiem i śmiercią. Dążąc do wyzwolenia, w wieku 29 lat został mnichem, a po wielu wysiłkach, zmaganiach i praktyce w wieku 35 lat stał się Buddą. Kolejne 45 lat poświęcił na głoszenie wielkich nauk przepełnionych prawdziwą mądrością, zawsze z najwyższą miłującą dobrocią przekazując je wszystkim, których spotkał na swej drodze. Ze spokojem odszedł w wieku 80 lat w Kusinagara. Wygłosiłem mój wykład w oparciu o Buddhacarita, Dighanikaya i Mahanibbanasuttę. Po dwugodzinnym wykładzie Michael zaproponował nam obiad, ale wraz z Theo grzecznie odmówiliśmy. Postanowiliśmy wrócić do Austrii.

Zanim wróciliśmy, chcieliśmy zjeść kolację jeszcze gdzieś w Budapeszcie, ale nie mogliśmy znaleźć otwartej restauracji, ponieważ zgodnie z komunistycznymi uregulowaniami restauracje zamykano o osiemnastej. Nie stanowiło to dla mnie problemu, byłem na Węgrzech, więc mogłem poczuć się głodny jak Węgier. W drodze powrotnej do Wiednia czułem się niczym sam Cezar po zwycięstwie. Michael dał mi na pożegnanie dwa pęta węgierskiego salami i to były jedyne łupy z mojego wykładu Dharmy. Bycie buddyjskim misjonarzem za granicą nie jest takie łatwe, ale mimo to doświadczyłem szczęścia i radości. Budda Gotama mówił w Nikaya: „Chcę, abyś udał się do Urubella i obdarzył największym szczęściem i powodzeniem cierpiące istoty, których jest tak wiele”. W ten sam sposób pojechałem na Węgry i próbowałem przekazać przesłanie Gotamy Buddy dla dobra, szczęścia i pożytku z życia.

Rok 1979

Pewnego dnia, w październiku 1978 roku, chwilę po porannej ceremonii zrobiłem sobie krótką przerwę, pijąc kawę rozpuszczalną serwowaną przez zgromadzenie Klubu Oficerskiego. Wolnym krokiem wyszedłem na zewnątrz budynku, przed Salę Dharmy. Ujrzałem czarnego jeepa zbliżającego się do świątyni. Starszy mężczyzna ubrany po cywilnemu wysiadł z jeepa i podszedł do mnie pytając: „Pan nazywa się Jongmae Sunim?”

Odpowiedziałem: „Tak, to ja”.

Odparł: „OK, Spakuj, co tam będziesz potrzebował, kilka przyborów pierwszej potrzeby. Jedziemy na krótką wycieczkę”.

Pospiesznie wróciłem do swojego pokoju i spakowałem szczoteczkę do zębów, ręcznik i kilka innych przedmiotów. Wróciłem do terenówki i powiedziałem: „Jestem gotowy, dokąd idziemy?”

Starszy mężczyzna powiedział: „Wkrótce się dowiesz”.

Pomyślałem, że ten obcy mi mężczyzna musi być członkiem Klubu Oficerskiego i że być może zabiera mnie na spontanicznie zorganizowany piknik, na którym spotkam innych oficerów. Byłem zadowolony, ponieważ życie w armii bywa zwykle nudne. Zjechaliśmy jeepem ze wzgórza i wjechaliśmy na kolejne. Rzuciłem: „To nie najlepsza droga, powinniśmy byli tam skręcić”.

Starszy mężczyzna przerwał mi: „Siedź cicho”. Chwilę potem jeep zatrzymał się na szczycie wzgórza, gdzie znajdowało się Koreańskie Centralne Biuro Wywiadu (KCID). Kazał mi wysiąść.

Przeraziłem się nie na żarty. Naprawdę śmiertelnie się bałem! Moje nogi zrobiły się jak z waty. Zostałem wciągnięty przez dwóch gości ubranych po cywilemu do małego budynku. Czekał tam już na mnie mężczyzna w mundurze. Starszy mężczyzna, który mnie przywiózł, krzyknął do dwóch umundurowanych żołnierzy: „Skujcie tego sukinsyna”. Rzucili mnie na krzesło i skuli ręce z tyłu.

Zobaczyłem gwiazdy. Przewróciłem się razem z krzesłem. Starszy mężczyzna zaczął kopać mnie raz za razem po twarzy. Krzyczałem w wielkim bólu i męczarniach. Następnie dwóch żołnierzy z powrotem ustawiło krzesło do pionu. Starszy mężczyzna dalej bił mnie po twarzy… nie pamiętam ile razy. Zdawało mi się, że trwało to całe wieki. Po pierwszej serii ciosów ból ustał, ale głowa piekła od gorąca, gdy spływała po niej krew. Cała twarz była pocięta i posiniaczona, czułem mrowienie, nie mogłem otworzyć zapuchniętych oczu. W końcu przestał.

<< 1977 rok, Korea, trzecia wojskowa sala Dharmy. >>

Usiadł powoli na krześle naprzeciwko mnie i zaczął ze mną rozmawiać, jakbyśmy byli starymi znajomymi. „Hej, ty pieprzony komunisto. Znam twojego ojca. Znam ciebie. Ty i twój ojciec zdradziliście ten kraj. Nasz rząd będzie was odpowiednio karać tak długo, aż ta wasza ideologia dostosuje się w końcu do naszego demokratycznego systemu”.


Wiedziałem, że to było nieuczciwe, to tak jak w USA w epoce McCarthy’ego, nazywając mnie komunistą, zostałem po prostu wrzucony do jednego worka razem ze wszystkimi, którzy wypowiadali się przeciwko dyktaturze. Przypomniałem sobie, że mój ojciec opuścił Koreę w 1976 roku, najprawdopodobniej szukając azylu politycznego. Korea Południowa znajdowała się pod rządami wojskowych kierowanych przez generała Chung-hee Parka, twardego dyktatora. Ktokolwiek wystąpił przeciwko niemu, zwykle trafiał w ręce służb specjalnych lub policji, gdzie był bity, torturowany, a czasem mordowany. Pod rządami wojskowych nie istniały demokratyczne prawa i konstytucja, państwo funkcjonowało wówczas według regulacji stanu wojennego. Nie było wolności obywatelskich, nie istniała wolność słowa, zgromadzeń i prasy; czasami nie można było swobodnie poruszać się po kraju.

Jak na ironię, nie miało to miejsca w Korei Północnej, ale w Korei Południowej, w kraju sprzymierzonym z USA. Od 1976 roku służyłem jako kapelan wojskowy w buddyjskiej świątyni znajdującej się w bazie wojskowej. W tym samym czasie mój ojciec przeniósł się do Stanów, gdzie dołączył do innych uchodźców politycznych. Zaczęli demonstracje przeciwko dyktaturze wojskowej w Korei Południowej. Ponieważ byłem jego synem, zawsze w pełni popierałem przekonania mojego ojca. Podczas pobytu w wojsku potajemnie utrzymywaliśmy ze sobą kontakt listowny i telefoniczny. Nigdy nie wysyłałem listów umieszczając na kopercie prawdziwy adres nadawcy, ani nie korzystałem z prywatnego telefonu. W listach i rozmowach potępiałem niejednokrotnie generała Parka i przyrzekłem wspierać bojowników o wolność. Niestety zostałem złapany. Sam siebie doprowadziłem do dramatycznej sytuacji, w której się właśnie znajdowałem.

Zaczęli mnie przesłuchiwać, chcieli wyciągnąć nazwiska innych dysydentów. Szczerze mówiąc żadnego nawet nie znałem. Mój ojciec i jego przyjaciele byli teraz w USA. Nie znałem żadnego opozycjonisty w moim kraju. Ciągle powtarzałem przesłuchującym tajnym służbom, że nie mogę im podać żadnych nazwisk, ponieważ najzwyczajniej takich nie znam. Następnego dnia dowiedziałem się, że tym starszym mężczyzną był sierżant Kim. Podczas przesłuchania często mówił mi: „Hej, ty pieprzony mnichu. Umrzesz tutaj, chyba, że zakapujesz, kto działa wraz z tobą. Możemy cię zabić w każdej chwili. Spalimy twoje nędzne ciało. Nikt nigdy się nie dowie, co się z tobą stało”. Naprawdę udało mu się mnie przerazić.

Powiedział: „Jestem diakonem protestanckim. Nienawidzę mnichów buddyjskich. Nienawidzę Buddy. Chciałbym was wszystkich powybijać!”. Zmieniał swoje metody, dysponował całym wachlarzem tortur: emocjonalne zagrania, intelektualne i fizyczne ataki. Moim jedynym marzeniem było, ocalenia życia, opuszczenie pewnego dnia tego budynku przesłuchań i zobaczenie się z rodziną.

Robiłem wszystko to, co kazał mi sierżant Kim. Odpowiadałem mu „Tak, proszę pana” i w stu procentach wykonywałem każde polecenie, jakie otrzymałem, ponieważ chciałem przeżyć. Wszystko było instynktowne. Codziennie domagano się, żebym napisał trzystustronicowy list wyrażający skruchę wobec rządu. W najlepszych dniach byłem w stanie napisać sto stron. Moje ciało stawało się coraz bardziej kruche i obolałe. Usta były tak spierzchnięte, że nie mogłem jeść. Starałem się ze wszystkich sił. Nie chciałem umrzeć, nie w tej sali tortur.

W marcu 1979 roku zostałem zwolniony. Tajne służby wojskowe kazały mi trzymać język za zębami. Powiedziano mi, że jeśli jakiekolwiek informacje o przesłuchaniu zostaną ujawnione, dowiedzą się o tym i mnie zabiją. To był najszczęśliwszy moment w moim życiu, przetrwanie przesłuchania prowadzonego przez wojskowych.

Moja przyjaciółka, pani Rim, podała mi zupę na kości wołowej, pomimo że byłem wegetarianinem. Obawiała się, że umrę, jeśli nie odzyskam sił. Myślała, że byłem ciężko chory i nic nie wiedziała o przesłuchaniu. Przede mną stała miska zupy. Trzymając łyżkę zacząłem płakać. Płakałem i płakałem. Coraz mocniej. Moje łzy mieszały się z zupą i sprawiły, że miska przepełniła się. Nie odczuwałem wówczas wstydu.

W tym czasie mój ojciec pracował w Stanach. Skontaktował się z tamtejszym rządem i Amnesty International i przekonał ich, aby wywarli nacisk na rząd Korei Południowej, by uwolniono mnie z tego nieszczęsnego miejsca. W maju 1979 roku dostałem osobiste wezwanie do ambasady USA. Powiedzieli mi, że czeka na mnie paszport i wiza.

W czerwcu 1979 roku ostatecznie wyjechałem do USA. Nigdy nie miałem zamiaru opuszczać Korei. Chciałem pozostać w moim klasztorze, ale musiałem wyjechać dla własnego bezpieczeństwa. Moja rodzina przywitała mnie serdecznie na lotnisku LAX. Matka była bardzo szczęśliwa, że jestem bezpieczny, lecz zaczęła szlochać. Ja płakałem nie mniej niż ona. Byłem bezpieczny. Byłem w domu.

Zgodnie z sutrą mahajany, Virya Paramita oznacza akt ogromnej wytrzymałości. Jest to jedna z głównych praktyk buddyzmu zen. Odczułem, że moja wytrzymałość i cierpliwość doprowadziły do tej nowej sytuacji w życiu. W końcu znów połączyłem się z rodziną. Od tej pory już zawsze odczuwam dług i głęboką wdzięczność wobec rządu USA, moich rodziców, Buddy, bodhisattwów i wszystkich bóstw na świecie. Co dziwne, dziś córka koreańskiego dyktatora jest prezydentem Korei Południowej.

Praca w fabryce Carson

Odpoczywałem przez trzy kolejne dni. Potem powiedziałem jednemu z moich braci, że chociaż jestem mnichem zen, muszę podjąć pracę zarobkową. Nie chciałem być zależnym od swojej rodziny. Chciałem podjąć pracę i mieć własne dochody. Inny z moich braci pracował jako operator frezarki w Heuver Profiling Company w Carson. Porozmawiał ze swoim przełożonym czy byłaby możliwość zatrudnienia i mnie.

Dokładnie siedem dni po przybyciu do Stanów zacząłem pracować w warsztacie zarabiając pięć dolarów za godzinę. W 1979 roku większość zakładów produkcji maszyn płaciła dwa dolary za godzinę, więc moje wynagrodzenie było stosunkowo dobre. Początkowo nie mówiłem praktycznie w ogóle po angielsku, co utrudniało mi komunikację z innymi pracownikami. Rozumiałem tylko najbardziej podstawowe słowa. Miałem smykałkę do pracy z maszynami, jak również szybko poprawiłem znajomość angielskiego. Prawdziwe trudności wynikały jednak z różnic kulturowych i dyskryminacji na tle rasowym. Dzisiaj istnieją przepisy, które zakazują rasistowskich obelg i dyskryminacji, ale 1979 rok stanowił zupełnie inną erę. W tamtym okresie istniejące regulacje nie były w pełni przestrzegane. Heuver Profiling to angielska firma. Większość pracowników mówiło z brytyjskim akcentem, co wpłynęło i na mój akcent. W efekcie mój akcent brzmi dla Amerykanów trochę dziwnie. Codziennie dochodziło do dyskryminacji rasowej.

W miarę jak mój angielski stawał się coraz lepszy, zacząłem sobie zdawać sprawę, że jestem traktowany jak osoba drugiej, a nawet trzeciej kategorii. Zwracano się do mnie takimi określeniami jak „pieprzony dupek” czy „orientalne gówno” albo mówiono mi „cholera, wracaj do swojego kraju!”. To ostatnie było dla mnie szczególnie bolesne, ponieważ w rzeczywistości nie mogłem tam wrócić. Taka możliwość dla mnie właściwie w ogóle nie istniała.

Pracowałem po 10–12 godzin dziennie, tnąc metal, otoczony wszystkimi tymi zestawami tępych, pokrytych różnymi olejami narzędzi. Praca fizyczna nie stanowiła dla mnie trudności; prawdziwym problemem była dyskryminacja. Pewnego dnia w porze lunchu postanowiłem pokazać coś, czego nigdy wcześniej nie widzieli moi współpracownicy. Próbowałem pokazać swoją indywidualność, odzyskać godność i powstrzymać ciągłe prześladowania. Wszyscy siedzieli na ławce obiadowej, a ja wyciągnąłem drewniany klocek o wymiarach 4 x 2. Trzymałem go w lewej dłoni i roztrzaskałem go na dwie części gołą prawą dłonią. Wszyscy byli zaskoczeni. Nie mogli uwierzyć własnym oczom. Nikt nie spodziewał się, że mały azjatycki obcokrajowiec „pokroi ciosem karate” cały drewniany blok stojący przed nim.

Potem złapałem torbę z kanapkami i pokornie zapytałem swojego majstra, czy mogę usiąść obok niego. Odpowiedział: „Oczywiście, że możesz. Hej, nawiasem mówiąc, jesteś mistrzem karate czy coś takiego?”

Powiedziałem: „Nie, posiadam jedynie czarny pas drugiego stopnia w Taekwondo”.

Potem brygadzista powiedział: „Wow, nie wiedzieliśmy, że jesteś gościem od sztuk walk…”.

Odtąd wszyscy moi współpracownicy odnosili się do mnie z mieszaniną podejrzliwości i podziwu. Przestali mnie dręczyć. Taekwondo prawie nie było znane w 1979 roku, więc po tym zdarzeniu wszyscy moi współpracownicy zaczęli mnie szanować i zaprzestali rasistowskich, uwłaczających mi komentarzy.

Pewnego dnia podszedł do mnie wiceprezes firmy i powiedział: „Hej, panie Park. Ma pan spore umiejętności w dziedzinie rysunku. Czy nie chciałby zapisać się pan do City College i rozpocząć studia rysunku technicznego?”. Od tego momentu, w swoim wolnym czasie, studiowałem na koszt firmy. Potem bardzo szybko awansowałem jako kreślarz.

Obecnie w Stanach mieszka ponad milion Koreańczyków. Amerykanie koreańskiego pochodzenia ciężko pracują i pomagają swoim społecznościom. Cieszą się teraz uznaniem, ale zawdzięczają to również niestrudzonemu wysiłkowi pierwszych koreańskich imigrantów, którzy wykonali ogromną pracę, aby dopasować się do amerykańskiego społeczeństwa pomimo różnic kulturowych i dyskryminacji rasowej.

Wracaj do swojego kraju… pieprzony dziwaku!

Po ukończeniu college'u przestałem pracować w Heuver Profiling. Przeniosłem się do większej firmy o nazwie Space Engineering, która zatrudniła mnie od razu na stanowisku kreślarza. Od tamtej pory zacząłem nosić w pracy szatę mnisią. Byłem technikiem i pracowałem w małym, czystym, klimatyzowanym biurze. To była średniej wielkości firma lotnicza. Zawierała liczne kontrakty z siłami powietrznymi i marynarką wojenną, jak również czasem z prywatnymi firmami lotniczymi. Musieli się podporządkować niezwykle rygorystycznym regulacjom rządowym, zabraniającym wszelkiej dyskryminacji na tle rasowym czy religijnym.

Pewnego dnia mój przełożony wezwał mnie do swojego biura. Powiedział: „Panie Park, niektórzy pracownicy skarżą się, że nosi pan dziwny strój w pracy. Wolałbym, żeby nie nosił pan mnisich szat na terenie zakładu”. To było pierwsze ostrzeżenie. Dokonałem błędnej oceny, i zawiadomiłem o tym spotkaniu jego szefa.

Powiedziałem mu: „Jestem mnichem buddyjskim i to jest strój, który jestem zobowiązany nosić. Proszę pozwolić mi na taki ubiór w pracy”. Po przedstawieniu tej prośby przełożony mojego szefa poprosił go, abyśmy raz jeszcze spróbowali wyjaśnić sobie tę kwestię. Mój przełożony nie przyjął tego dobrze, wtargnął do mojego biura i zaczął krzyczeć.

„Ty pieprzony mnichu. Wracaj do swojego kraju… pieprzony dziwak!”. To spotkanie bardzo mnie zraniło. Przez wiele dni nie mogłem spać. Te słowa zostawiły ranę na mojej duszy. Moja wartość jako mnicha buddyjskiego była kwestionowana przez okrucieństwo ówczesnej amerykańskiej kultury.

Pewnego razu, gdy obudziłem się w środku nocy, przysiągłem sobie, że znajdę sposób na powrót do mojego rodzinnego kraju, abym mógł uniknąć tej ciągłej dyskryminacji. Jednak, gdy obudziłem się rano, zdałem sobie sprawę, że nie będzie to możliwe, ponieważ najprawdopodobniej zostanę aresztowany na lotnisku, jak tylko wysiądę z samolotu, i zostanę ponownie przesłuchany przez władze wojskowe. Tego dnia zgłosiłem, że jestem chory, siedziałem w swoim pokoju płacząc cały dzień. Czułem się zapędzony w kozi róg. Brak opcji. Uwięziony w Ameryce. Zmuszony do znoszenia dyskryminacji. Bez drogi powrotnej do domu. Bez wyjścia.

<< Otwarcie ośrodka zen Bo Kwang w Anaheim, 1986 r. >>

Kształciłem się w seminarium buddyjskim. Nauczono mnie, abym zawsze okazywał ludziom miłującą dobroć i uśmiech, a także wspierał ich i pomagał im w potrzebie. Od czasu, gdy zamieszkałem w Stanach Zjednoczonych, całkowicie utraciłem ten fundament. Całkowicie straciłem współczucie. Zapomniałem, kim jestem. Utraciłem swoją tożsamość mnicha zen. Którejś nocy śniło mi się, że znów jestem w więzieniu wojskowym, torturowany przez śledczych z tajnych służb. Kiedy obudziłem się, od razu zdałem sobie sprawę, że jeśli przeżyłem te dni, z pewnością przetrwam i pokonam również piętno rasowe w Ameryce.

Jedna z sutr mahajany mówi: „Bez trudności w ziemskim świecie umysł ulega zepsuciu, ponieważ nie ma niczego do przezwyciężenia”. To był dopiero prawdziwy paradoks. Trudności związane z początkiem życia w USA pomogły mi zyskać wytrzymałość, dzięki której moje życie tu stanowi teraz stosunkowo gładki rejs. Bez tych początkowych trudności, lata które już spędziłem tutaj mogłyby się okazać mniej satysfakcjonujące. W tym momencie szczególnie pocieszałem się następującą mantrą: „Nie chcę być >>pieprzonym mnichem<<; chcę być >>dobrym mnichem<<”. W 1987 roku założyłem swoją pierwszą świątynię buddyjską w Anaheim w Kalifornii, zwaną Bo Kwang Zen Center. To był mój pierwszy krok do stania się „pieprzonym dobrym mnichem”.

Spalony w gorących źródłach w Bishop

Kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Kalifornii, jeden z moich kolegów z pracy powiedział mi, że potrzebuję przynajmniej połowy życia, aby odkryć wszystko, co ten stan ma do zaoferowania. W końcu Kalifornia jest cztery razy większa niż Korea Południowa, pełna miejsc wartych zobaczenia i doświadczenia. Zimą 1980 roku kilka osób z pracy podpowiedziało mi, że w pobliżu miasta Bishop znajdują się naturalne gorące źródła. Wielu członków mojej rodziny, w tym moje rodzeństwo, zdecydowało się pojechać do Bishop, by pozjeżdżać na nartach w Mammoth Mountain Ski Area, więc chcieliśmy równie dobrze bawić się odwiedzając naturalne gorące źródła.

Pojechaliśmy autostradą i wszyscy byliśmy pod wrażeniem wspaniałego widoku na Sierra Nevada i Mount Whitney, najwyższych sąsiadujących ze sobą gór w 48 stanach. Sierra Nevada obejmuje także Sequoia, Yosemite i Kings Canyon National Park. Jezioro Tahoe również znajduje się w granicach Sierra Nevada i z pewnością jest jednym z najpiękniejszych jezior w USA. Jest położone około pół godziny drogi od Bishop. Aby tam dojechać należy skręcić ostro w prawo jadąc wąską, nieutwardzoną drogą i jechać nią 20 minut poprzez puste, niezagospodarowane okolice. Dociera się do rzeki, która sama w sobie jest gorącym źródłem.

W powietrzu unosił się ostry zapach siarki. Rzeka płynęła ze wschodu na zachód, a z samego jej środka, z miejsca, gdzie była najgorętsza, bezustannie wydobywały się ogromne bąble pary. Zaparkowaliśmy obok rzeki, której brzegi pokryte były śniegiem. Rzeka była wypełniona nagimi ludźmi, którzy cieszyli się kąpielą, a ich ubrania leżały porozrzucane na brzegu. Jeden z moich braci zawołał: „To jak? Kto pierwszy to zrobi?” i wszyscy bracia równocześnie spojrzeli na mnie. Rozebrałem się i wskoczyłem do gorącej wody. Piętnaście stóp od brzegu zapach siarki był już dość mocno obezwładniający, woda wrzała, wypełniona bąbelkami, dno natomiast robiło się muliste i śliskie. Z powodu temperatury większość ludzi nie wytrzymywała dłużej niż 10 minut i po tym czasie wychodzili na brzeg, aby się schłodzić.

Rozglądałem się dookoła, rozkoszując się krajobrazem — górami, świeżym powietrzem i dobrym towarzystwem. Był tam starszy mężczyzna nucący cichutko Elvisa, a urocza blondynka pomachała do mnie na powitanie. W momencie, gdy chciałem właśnie wyjść i osuszyć się, na nadbrzeże podjechał biały, duży van wypełniony Koreańczykami. Było ich piętnaścioro! Wylali się z busa, rozmawiając w moim ojczystym języku. Dyskutowali o pięknie tego miejsca i szykowali się, by się rozebrać, kiedy jeden z nich, starszy mężczyzna, zauważył moje ubrania na brzegu i krzyknął: „Hej! To przecież szaty koreańskiego mnicha!”.

Mężczyzna ten, jak i jego towarzysze, zaczęli rozglądać się w poszukiwaniu właściciela ubrania, przyglądając się także osobom kąpiącym się w rzece. Pomyślałem sobie: „Och, drogi Buddo! Jestem w niezłych tarapatach”. Przez myśli przemknęła mi cała seria okropnych możliwości. Mnisi buddyjscy nie powinni przebywać nago wśród świeckich osób. Od razu uświadomiłem sobie, że może to stać się dla mnie upokarzającą katastrofą. Po około minucie starszy mężczyzna spojrzał prosto na mnie. Gdybym nagle zerwał kontakt wzrokowy, wydałbym sam siebie, umacniając przekonanie, że jestem właścicielem ubrania. Całe szczęście, że właśnie w tym samym momencie jeden z Koreańczyków wezwał grupę z powrotem do vana. Kilka minut później, gdy pojazd zniknął z pola widzenia, wybiegłem z parzącej wody niczym wystrzelony z procy, zanurkowałem w śniegu i zacząłem gorączkowo się w nim tarzać, aby ukoić uczucie pieczenia przeszywające całe moje ciało.

Przypominałem kolorem dojrzały pomidor, całe moje ciało było czerwone, ponieważ przebywałem w wodzie dwa razy dłużej, niż większość jest w stanie wytrzymać. Czułem, że niewiele brakowało, a złożyłbym siebie w ofierze duchowi opiekuńczemu gór Bishop! Kiedy odzyskałem panowanie nad sobą oraz swoje ubranie, rodzeństwo zaczęło ryczeć ze śmiechu, a jeden z moich braci powiedział mi: „Jesteś najdziwniejszym mnichem na świecie, wstydź się!”.

Gdy wracaliśmy autostradą 395, w kierunku miasta Bishop, zagroziłem rodzeństwu: „Żądam, aby każdy z was trzymał język za zębami, dopóki nasze prochy nie znajdą się w urnach… Jeśli którykolwiek z was złamie tę obietnicę, nie będę odpowiedzialny za swoje czyny!”. Moje ciało wciąż płonęło, a moja duma została urażona, gdyż to doświadczenie było jednym z najbardziej upokarzających chwil w całym moim życiu.

Według Anguttara Nikaya, jeśli ktoś jest zdolny do odczuwania wstydu, oznacza to, że ma też lepsze możliwości ku temu, aby dokonać postępu w kierunku bogatszego, owocnego życia.

Zima w Wielkim Kanionie

Zima 1990 roku była dość ciepła. Odwiedziło mnie wtedy dwoje krewnych z Seulu. Zatrzymali się w mojej świątyni, lecz chcieli zwiedzić niektóre słynne miejsca w Kalifornii, Newadzie i Arizonie. Wybraliśmy się na jedną noc do Las Vegas, a potem zaczęliśmy zmierzać w kierunku Wielkiego Kanionu. Założyłem moją mnisią szatę. Nie miałem w portfelu zbyt wielu pieniędzy, ale złożyłem hołd temu miastu hazardu grając na automatach. Zatrzymaliśmy się w małym motelu, jednak na kolację udaliśmy się do restauracji jednego z pięciogwiazdkowych hoteli. Następnego ranka mieliśmy wyjechać wcześnie, jednak wieczorem przykleiłem się wręcz do ekranu hotelowego telewizora, oglądając do późna program Bennego Hilla. Wyruszyliśmy więc około południa.

Zatrzymaliśmy się na obiad w mieście Kingman (Arizona), a gdy wyjechaliśmy stamtąd w kierunku Wielkiego Kanionu, w surowym do tej pory krajobrazie rozpościerającym się między Vegas i Kingman zaczęło pojawiać coraz więcej roślinności. Dotarliśmy do Flagstaff, gdzie powitał nas przenikliwy mróz i śliskie ulice. Byliśmy szczęśliwi, gdy napotkaliśmy chińską restaurację, gdyż moi krewni mieli apetyt na jakieś danie z ryżem. Pracująca tam Chinka podała nam menu, a ja byłem zaskoczony widząc w nim… kimchi. Zamówiliśmy kilka chińskich dań z kimchi, które okazały się pyszne. Spędziliśmy tam miło czas.

Następnego dnia wczesnym rankiem pojechaliśmy do Wielkiego Kanionu. Była to już pewnie moja dziesiąta podróż do tego miejsca, gdyż staram się tam być przynajmniej raz w roku, dzięki czemu poznałem kilku rdzennych Amerykanów, których chętnie odwiedzam. Przy wejściu do parku narodowego dopadła nas śnieżyca. Martwiłem się trochę, że będziemy mieć kłopoty z zobaczeniem kanionu, lecz już sama jazda okazała się niebezpieczna. Strażnik parku życzył nam sceptycznie „powodzenia”.

Po dwudziestu minutach dalszej jazdy zatrzymaliśmy się w Mojave Point. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że mleczna mgła i padający śnieg uniemożliwiają nam zobaczenie czegokolwiek. Słaba widoczność martwiła równie mocno pozostałych turystów. W tym momencie jeden z moich krewniaków poprosił mnie, jako Sunima, o odmówienie kilku modlitw w intencji oczyszczenia kanionu z mgły i śniegu. „Do licha, nie! To niemożliwe! Zwracasz się do niewłaściwej osoby, nie jestem w stanie zatrzymać mgły i śniegu!”.

Krewny jednak nieustannie zamęczał mnie: „Proszę, proszę, przejechałem całą tę długą drogę aż z Korei, by zobaczyć Wielki Kanion…”. Wywierał na mnie psychiczną presję, bym jednak się pomodlił. Zdałem sobie sprawę, że jeśli teraz zawiodę w obecności moich krewnych i wszystkich turystów, będzie to kolejny upokarzający moment w moim życiu. Po kilku minutach głębszej refleksji i wahań zdecydowałem się, że spróbuję pomodlić się, aby przegnać mgłę i zatrzymać śnieżycę.

Wskoczyłem na głaz otoczony setkami turystów. Przemówiłem do nich: „Zacznę się teraz modlić, by przegnać mgłę i zatrzymać śnieżycę”. Zebrani turyści zaczęli klaskać w dłonie i wyrażać poparcie. Zamknąłem oczy i zacząłem intonować: „Namo Buddhaya, Namo Dharmaya. Namo Sangaya”. Potem zaintonowałem mantrę Maha Karuna.

Kończyłem już niemal śpiew, gdy niektórzy turyści zaczęli wołać: „O mój Boże, mgła ustępuje! Śnieżyca ustaje!”. Kontynuowałem dharani, a gdy skończyłem, otworzyłem oczy. Nie mogłem uwierzyć w to, co zobaczyłem: śnieżyca i mgła ustąpiły, a przeciwległa ściana kanionu stała się dobrze widoczna. Byłem tak bardzo wdzięczny opiekuńczemu bóstwu Wielkiego Kanionu za wysłuchanie moich modlitw, że aż pokłoniłem mu się do ziemi. Setki turystów zaczęło klaskać. Nie dość, że udało mi się uniknąć wielkiego upokorzenia, to jeszcze zyskałem duże uznanie.

Nie wierzę w magię. Nie sądzę, że to moje śpiewy wywołały taki efekt. Myślę, że był to zwykły zbieg okoliczności. Byłem jednak bardzo wdzięczy za ten przypadek. W tym momencie nie byłem już tylko koreańskim mnichem. Stojąc pomiędzy amerykańskimi turystami stałem się amerykańskim mnichem…

<< Kanion, 2016 rok. >>

Rezerwat Indian Nawaho

Po zwiedzeniu Wielkiego Kanionu około czwartej po południu pojechaliśmy autostradą nr 64 w kierunku Flagstaff, gdyż planowałem zatrzymać się w Cameron. Około pół godziny jazdy od Wielkiego Kanionu, tuż przy autostradzie mieści się mały sklepik z pamiątkami, którego właścicielką jest moja bliska przyjaciółka Yani. Zatrzymałem się przed jej sklepem. Siedziała na werandzie, opatulona kocem, który ją ogrzewał w zimowym chłodzie. Zawołałem: „Yani! Yani!”. Kiedy mnie rozpoznała, natychmiast zrzuciła koc i pobiegła prosto w moją stronę.

„O, mój drogi Jongmae, jesteś tu!”. Ściskaliśmy się długo, wymieniając się pozytywną energią, miłością i dobrymi intencjami, szepcząc sobie nawzajem słowa naszych rodzinnych pieśni. Zapytałem, jak się czuje, a ona odpowiedziała: „U mnie wszystko dobrze, a co u Ciebie, Jongmae?”. Przedstawiłem ją swojej rodzinie, a ona zaproponowała, byśmy spoczęli na krzesłach.

Yani była zachwycona widząc mnie i opowiadała mi historię za historią. Pokazała mi zdjęcia swojej rodziny, chwaląc się, że jej syn jako pierwszy w historii rodu będzie mógł zdobyć wyższe wykształcenie, ponieważ został przyjęty na Uniwersytet Stanowy w Arizonie. Często dzieliliśmy się wiedzą o naszych kulturach i tym razem Yani też poprosiła mnie o kolejne opowieści o Buddzie.

Opowiedziałem jej co nieco o istocie buddyzmu, o życiu Gotamy Buddy, jak również o tym, w co wierzą buddyści, a Yani powiedziała, że pokrywa się to niemalże w pełni z tym, w co sama wierzy. Powiedziała mi, że w jej kulturze nie wierzy się, że świat doczesny i duchowy są od siebie oddzielne. Podzieliłem się z nią buddyjską ideą Pratitya-Samutpada (ideą współzależnego powstawania), według której wszystko we wszechświecie współistnieje ze sobą, będąc nierozłącznie ze sobą powiązane, razem pojawiając się i znikając. W tym procesie narodzin i śmierci wszystko jest połączone, a my dwoje jesteśmy ze sobą złączeni nie tylko w tej konkretnej chwili, lecz na przestrzeni wieków byliśmy już połączeni miliony razy, niczym w sieci rybackiej, w której wszystkie oczka są ze sobą ściśle powiązane, tworząc całość (Indrajala).

Yani była pod wielkim wrażeniem tych buddyjskich nauk. Wyraziła chęć kupienia choć jednej książk, dzięki czemu będzie mogła je dalej studiować. Zmieniłem temat i spytałem się, jak radzi sobie psychiatra koreańskiego pochodzenia dr Joe, mieszkający w rezerwacie Indian Nawaho. Odpowiedziała, że doskonale, i że sama jest jedną z jego pacjentek. Obiecała przekazać mu moje pozdrowienia. Mocno zacisnęła kciuki i powiedziała: „Doktor Joe jest niczym Mesjasz, który ratuje członków mojego plemienia”. Zawsze szanowałem doktora Joe, który mieszkając w innym miejscu mógłby zostać bardzo bogatym psychiatrą, lecz zamiast tego zdecydował się na słabo płatną pracę w rezerwacie, by tam jako dobry buddysta szerzyć czystą miłość i współczucie.

Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy z warunków życia w północnym rezerwacie plemienia Nawaho. Środowisko naturalne nie jest tu zbyt przyjazne, a ludzie mają problem z dostępem do podstawowych produktów i usług, takich jak woda pitna, elektryczność czy kanalizacja. Zmagają się z uzależnieniem od narkotyków i alkoholu, władzami i ze sobą nawzajem. W pewnym stopniu odpowiedzialność za tę trudną sytuację ponosi rząd Stanów Zjednoczonych. Szkoda, że nie ma więcej osób, takich jak dr Joe, którzy potrafiliby zrezygnować z „dobrego życia” i pomóc ludowi Nawaho, dzieląc się z nim swoją miłością. W buddyzmie mówimy o bodhisattwach, których zachodni uczeni uważają za buddyjskich świętych. Doktor Joe jest buddyjskim świętym i prawdziwym bodhisattwą.

Zanim wyszedłem ze sklepu z pamiątkami, uściskaliśmy się jeszcze z Yani na pożegnanie. Następnie udałem się z rodziną do Cameron, gdzie zjedliśmy kolację złożoną z tradycyjnych potraw plemienia Nawaho. Moi krewni byli pod szczególnym wrażeniem smażonego indiańskiego chleba z miodem i cukrem pudrem, który jada się na deser. Kiedy wyjeżdżaliśmy, to na autostradzie nr 89 było już całkowicie ciemno. Brakowało latarni ulicznych, lecz nadal mogliśmy podziwiać okolicę, gdyż na niebie niezwykle jasno świeciły miliony gwiazd, a ja powiedziałem rozgwieżdżonemu niebu: „Jesteś częścią mojej rodziny. Wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni i współistniejemy w tym wszechświecie, Namo Nawaho Bodhisattwa Swaha”.

Krwawa walka z niedźwiedziem w Kings Canyon

W 1985 roku razem z moją rodziną i przyjacielem wybraliśmy się w podróż do Kings Canyon, położonego około 8 godzin drogi od Anaheim. Zatrzymaliśmy się w Barkesfield na obiad, następnie udaliśmy się autostradą nr 198 w kierunku zjazdu na autostradę nr 180 i po około trzech godzinach dotarliśmy do parku narodowego Kings Canyon. Zatrzymaliśmy się też w Parku Sekwoi, aby zobaczyć te gigantyczne drzewa, które są jednymi z najstarszych na świecie — niektóre mają nawet 3000 lat. Podziwialiśmy dwie najbardziej znane sekwoje w okolicy, którym na cześć amerykańskich bohaterów wojennych nadano miana Generał Sherman i Generał Grant. W drodze do Kings Canyon musieliśmy pokonać całą serię krętych, przerażających dróg, które z jednej strony otoczone były urwiskami, a z drugiej wysokimi skałami. Płynie tu rzeka Kings Canyon River, która wyrzeźbiła te piękne i majestatyczne krajobrazy. Gwałtownie spływająca spieniona woda zdaje się wstrząsać całą doliną.

Po mniej więcej godzinie dalszej jazdy dotarliśmy w końcu do punktu docelowego, którym był kemping w Cedar Grove, przy samym końcu autostrady nr 180.

Jeszcze w latach osiemdziesiątych XX wieku na tym kempingu nie zatrzymywało się wielu turystów, dziś natomiast przyciąga rzesze turystów. Zajęliśmy wspaniałe miejsce kempingowe, rozpakowaliśmy jedzenie, napoje i postawiliśmy je na piknikowym stole. Ponieważ mój przyjaciel miał małe dziecko, wszystkie cukierki i inne przysmaki trzymał zamknięte w samochodzie. Po miłej kolacji złożonej z koreańskich potraw zebraliśmy się przy ognisku piekąc s’mores. Dzieci bawiły się, a dorośli rozmawiali. O wpół do jedenastej pewna starsza kobieta z naszej grupy poszła do toalety, a po powrocie zajrzała do mojego namiotu i powiedziała: „Jongmae Sunim, jakiś wielki pies wyżera właśnie ze stołu nasze jedzenie”.


Odpowiedziałem: „Nie ma sprawy, przegonię go”. Wyszedłem z namiotu i spojrzałem w stronę stołu, gdzie wielki pies pałaszował nasze zapasy. Podbiegłem i kopnąłem go w tyłek tak mocno, jak tylko potrafiłem. Kiedy zrobiłem to, zdałem sobie sprawę, że mój cel był większym twardzielem niż przeciętny pies. Kopnąłem go ponownie. Wtedy ów duży pies wstał. Nie był to jednak pies, lecz niedźwiedź! Zamachnął się łapą w moją stronę, a ja wpadłem w panikę. Nie byłem w stanie biec, więc czołgałem się najszybciej jak mogłem, w kierunku namiotu. Zacząłem krzyczeć: „To niedźwiedź! To niedźwiedź!”. Turyści obozujący w pobliżu zaczęli wybiegać z namiotów robiąc hałas, uderzając łyżkami w patelnie. Oświetlali też okolicę latarkami, i wtedy właśnie zdałem sobie sprawę, że do obozu dostało się około siedem lub osiem dorosłych niedźwiedzi. Wychowałem się jako typowy mieszczuch w Seulu, więc nigdy w życiu nie widziałem na oczy dzikiego niedźwiedzia. Przypadkowo swoimi nieskutecznymi kopniakami doprowadziłem do wojny z jednym z nich.

Jeden z niedźwiedzi, gdy uporał się już z potrawami na stole, udał się do przyczepy kempingowej, w której spał mój przyjaciel i w której ukrył wszystkie słodycze. Niedźwiedź wszedł na dach kabiny i zaczął nią potrząsać. Grupa ludzi powoli podeszła do niego, nieustannie uderzając w patelnie, aż w końcu udało się im go przegonić, mój przyjaciel jednak przestraszył się nie na żarty. Tymczasem inny niedźwiedź zaczął zbliżać się do samochodów należących do ludzi z sąsiednich domków. Z jednego wyrwał drzwi i siedzenia, by dostać się do żywności schowanej w bagażniku. Młoda para, właściciele tego auta, zaczęła krzyczeć z gniewu i przerażenia. Odstraszaliśmy niedźwiedzie na różne sposoby przez ponad dwie godziny. Następnego ranka nasze pole namiotowe wyglądało niczym pole bitwy po ciężkim bombardowaniu. Wszystko było porozrzucane, zniszczone, brakowało też wielu rzeczy. Zwierzęta zjadły nawet pół funta przywiezionej na tę okazję z Korei ostrej pasty. Po krótkiej naradzie naszej grupy zdecydowaliśmy się z powodu braku prowiantu na powrót do domu, choć planowaliśmy wcześniej spędzić tu jeszcze dwie noce.

Rok później wróciliśmy w to miejsce i odkryliśmy, że każdy obóz został wyposażony w specjalny metalowy kontener ze skrytkami, aby chronić jedzenie przed niedźwiedziami. Wszystko wskazywało na to, że byliśmy ich ostatnimi ofiarami, zanim służby leśne zdecydowały się na reakcję. Jak wiadomo, nie była to do końca wina niedźwiedzi, gdyż to my byliśmy na ich terytorium, a nie na odwrót. Sytuacja ta stanowi dla nas wszystkich lekcję tego, że powinniśmy starać się odnaleźć sposób, by żyć w harmonii z otaczającą nas przyrodą. W miarę jak w XXI wieku obserwujemy postępowanie zmian klimatycznych, musimy sobie zadać pytanie, czy nie zerwaliśmy już zbyt wielu więzi współistnienia i czy nie odbieramy konsekwencji karmicznych naszych działań.

Zgodnie z Sutrą Girlandową, każda żywa istota, włączając w to zwierzęta, owady, drzewa, a nawet całe ekosystemy, stanowi filar podtrzymujący cały wszechświat. Gdy usuwamy którąkolwiek z nich, osłabiamy całość, stwarzając zagrożenie dla całego naszego świata. W drodze powrotnej z tej pierwszej wyprawy spoglądaliśmy po sobie robiąc słodko-gorzkie miny. Byłem tak wyczerpany brakiem snu po nocy spędzonej na walce z niedźwiedziem, że odjeżdżając przeklinałem zwierzę, które zjadło moją pastę: „Mam nadzieję, że cały dzień spędzisz w rzece, odczuwając piekielnie wręcz pragnienie. Niech cię licho weźmie!”.

Modlitwa Czcigodnej Yi Jung

Czcigodna Yi Jung, która mieszka w świątyni Jijaangam na górze Jiri w Korei Południowej, jest bardzo bliską mi siostrą w Dharmie. Miejsce to jest maleńką pustelnią otoczoną zewsząd pięknymi lasami i górami. Czcigodna Yi Jung urodziła się i wychowała w prowincji Jeolla, mówi więc nieco innym, południowym akcentem, podobnie jak mieszkańcy Teksasu. Kilka lat temu zaprosiłem ją, by odwiedziła mnie w USA. Wiedziałem jednak, że w czasie jej pobytu muszę na nią uważać, gdyż jej umysł jest pod tak wielkim wpływem zen, iż zdarza się jej przekraczać wiele obowiązujących tutaj norm społecznych, które zapewniają ład i porządek.

Plaża Venice Beach jest jedną z najsłynniejszych atrakcji turystycznych Los Angeles. Około stu lat temu pewien człowiek o nazwisku Kinney zbudował w zachodniej części miasta kanał podobny do tych znanych z włoskiej Wenecji. Obecnie ludzie pomijają ten kanał, natomiast chętnie zbierają się na pobliskiej plaży, gdzie przyglądają się morzu i bawią się w wodzie. Odwiedzający to miejsce turyści nieraz napotykają różnorakich indywidualistów, którzy wystawiają na pokaz swą bogatą osobowość przed tłumami na Venice Beach. W tym miejscu ludzie bez zahamowań demonstrują swoją odmienność i robią to w czysto amerykańskim duchu, jak np. osiemdziesięciolatka w bikini jeżdżąca na rolkach czy mężczyzna, który w upalny dzień jeździ na deskorolce w futrze z norek. Spotkać tam też można mocno wytatuowane dziewczyny, które grają na różnych instrumentach i ludzi grających na bębnach, całkowicie pochłoniętych rytmem własnej muzyki.

Razem z Yi Jung Sunim przeszliśmy przez boisko do koszykówki, kiedy ta nagle zatrzymała się na środku chodnika i zaczęła śpiewać na całe gardło. Szybko zebrała się wokół niej grupa turystów, a ona przestała śpiewać jedynie na moment, by poprosić mnie o zbieranie do swojej czapki datków od wciąż rosnącego tłumu. Zamiast zdjąć czapkę zacząłem tańczyć wokół niej pewien buddyjski taniec, aby dodać coś od siebie do tego spektaklu. Po około trzydziestu minutach moja przyjaciółka przestała śpiewać, mówiąc mi, że już pora, byśmy poszli dalej. Kiedy odchodziliśmy, powiedziała mi, że pobłogosławiła właśnie wszystkich turystów w Venice Beach i zastanawia się, dlaczego ja tego nie zrobiłem.

Pewnego dnia udaliśmy się do San Pedro, gdzie w pobliżu latarni morskiej znajduje się park odpowiadający koreańskiej mentalności. Zawsze wieje tam silny wiatr, lecz rozpościerający się z tego miejsca widok jest jednym z najpiękniejszych na świecie. Tu właśnie Czcigodna Yi Jung ponownie zaczęła śpiewać, obdarzając swym współczuciem i miłującą dobrocią wszystkie czujące istoty w Kalifornii. Stała na tym wietrznym wzgórzu przez około godzinę, śpiewając w intencji szczęścia dla wszystkich ludzi i pokoju na świecie.

W kolejny weekend pojechaliśmy do Parku Narodowego Sekwoi, gdzie znajdują się jedne z najstarszych drzew tego gatunku. Dotknęła ręką pozostałości po zwalonej sekwoi i zaczęła płakać. Śpiewała i dzieliła się swoim współczuciem z drzewem, o którym wiedziała, że musiało odczuwać ból, gdy upadało. Wszędzie, gdzie się tylko pojawia, dzieli się bezgranicznym współczuciem i najwyższą miłością nie tylko z ludźmi, ale ze wszystkimi istotami. Taka jest właśnie moja droga przyjaciółka Yi Jung.

Budda powiedział pewnego razu, że świat, w którym żyjemy, jest światem współistnienia. Wszyscy musimy żyć w harmonii z innymi i dzielić się miłością, nie powinniśmy krzywdzić czujących istot. Nasz świat jest piękny niczym wiązka kwiatów. Musimy żywić najgłębszy szacunek dla całego wszechświata. Myślę, że wspólnym celem wszystkich religii jest zachowanie piękna tego świata zarówno teraz, jak i na przyszłość.

Opowieść o Górze Palomar

Kiedy ktoś pyta mnie, jaka jest moja ulubiona góra w Kalifornii, wówczas bez namysłu odpowiadam, że jest to Palomar, która znajduje się około półtorej godziny drogi od mojej świątyni. Pod koniec 1979 roku jeden z moich przyjaciół zasugerował mi odwiedzenie tego miejsca, ponieważ jest ono przepełnione duchowością, a przy tym świetnie nadaje się do pieszych wędrówek. Krótko potem odwiedziłem tę górę i muszę przyznać, że od razu zakochałem się w niej. Regularnie jeżdżę tam trzy, cztery razy do roku, czasem zdarza się, że nawet osiem razy lub więcej.

Palomar jest raczej niewielką górą, nie tak jak szczyty w paśmie Sierra Nevada czy też Big Bear. Jednak zawsze odczuwałem bijące od niej ciepło, niczym od matczynego łona, a ponadto rosnące tam sekwoje roztaczają cudowne wonie. Wędrówki wytyczonymi szlakami turystycznymi zajmują około dwóch godzin, a trasy nie są zbyt trudne do pokonania. Na szczycie Palomar znajduje się znane na całym świecie obserwatorium astronomiczne założone przez rodzinę Rockefellerów, które zostało przekazane California Institute of Technology. Jest to drugie co do wielkości obserwatorium na świecie, które wciąż jest wykorzystywane do prowadzenia badań.

Już przy pierwszym zetknięciu z tą górą miałem odczucie bardzo czystego i silnego źródła energii, którą Chińczycy nazywają „chi”. Na górze i wokół niej wciąż odnaleźć można archeologiczne pozostałości dawnego osadnictwa. Obszar ten nadal zachował ducha tamtych czasów. Czasem, gdy milczę i łączę się duchowo z tą górą, słyszę jej starożytne szepty. Sądzę, że pierwsi mieszkańcy tego miejsca musieli ogromnie szanować to miejsce i byli posłuszni temu, co nakazywała im Matka Natura.

Niezależnie od pory roku każdy jest w stanie doświadczyć ciepłej energii góry Palomar. Na terenie Parku Narodowego, w jej pobliżu znajduje się małe jeziorko o nazwie Doane Valley Lake. Wokół tego zbiornika wodnego rozpościera się piękny las. Często miałem okazję spotkać tu jelenie, dzikie indyki, grzechotniki, a nawet pumę. W ciągu minionych 35 lat udało mi się ujrzeć kuguara tylko raz, około 100 jardów od zbocza. Strażnik parku wyjaśnił mi, że są to wspaniałe zwierzęta, które atakują ludzi tylko wtedy, gdy czują się zagrożone. Człowiek ten miał nadzieję, że docenię piękno dzikiej przyrody i uszanuję to miejsce, które jest wielkim darem dla nas wszystkich.

Na górze Palomar rośnie wiele sekwoi liczących sobie około 500–1000 lat, które trudno jest spotkać w innych rejonach Kalifornii. Często przyjeżdżam w to miejsce razem z członkami mojego zgromadzenia, by przeprowadzić tam specjalną ceremonię dla bóstw góry (Sanshin). Zazwyczaj zabieram ze sobą owoce, ciastka ryżowe, herbatę i kadzidła, a po zakończeniu rytuału rozdrabniam przywiezione pożywienie i rozkładam je, by zamieszkujące tam licznie zwierzęta mogły się nim cieszyć. W takich chwilach zawsze modlę się w ten sam sposób: proszę bóstwa góry o to, by okazały mądrość płynącą z miłującej dobroci oraz o to, by na świecie zapanował pokój. Proszę również, bym sam był cierpliwy i wytrwały niczym ta góra. Pragnę od tej wielkiej i świętej góry uczyć się uczciwości, solidności i szczerości.

<< Modlitwa do bóstwa gór Palomar, lipiec 2019 r. >>

Mianowanie kapelanem buddyjskim na Uniwersytecie Południowej Kalifornii (USC)

Sklep z pamiątkami w Sedonie w Arizonie

Dla Amerykanów koreańskiego pochodzenia ulubionym celem podróży w Stanach Zjednoczonych pozostaje niezmiennie Las Vegas. Drugim takim miejscem jest Sedona w Arizonie. Tym, co Koreańczycy najbardziej cenią w Sedonie, jest to, że jest to obszar emanujący duchową energią. Nazwa Sedona czytana wspak brzmi Anodes. Powszechnie wiadomo, że znajduje się tu pięć sfer emanujących silną energią — zwanych vorteksami — gdzie uwalnia się skumulowana energia duchowa. Odnalazłem to miejsce razem z moim bratem całkiem przypadkowo. Próbując dojechać do Wielkiego Kanionu omyłkowo skręciliśmy w złą stronę i dotarliśmy aż do Sedony. Miało to miejsce trzydzieści sześć lat temu. Wówczas myśleliśmy, że dotarliśmy do Wielkiego Kanionu. W końcu jednak napotkani przechodnie przekonali nas, że byliśmy w błędzie.

Dolina Sedony znajduje się około godziny jazdy od Flagstaff i dwóch godzin od Phoenix w Arizonie. Niektórzy nazywają to miejsce ziemią czerwonych kamieni. Kiedy wjeżdżasz do Sedony, widzisz przed sobą zachwycająco piękną dolinę, która emanuje czystą czerwienią. Jest to także jedyne miejsce na świecie, gdzie złote łuki logo restauracji McDonald’s nie są żółte, lecz turkusowe. Pełen urok Sedony objawia się o wschodzie i zachodzie słońca.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 32.19
drukowana A5
Kolorowa
za 60.43