E-book
12.29
drukowana A5
29.81
drukowana A5
Kolorowa
56.75
Wędrowny amerykański mnich

Bezpłatny fragment - Wędrowny amerykański mnich

Objętość:
176 str.
ISBN:
978-83-8221-705-6
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 29.81
drukowana A5
Kolorowa
za 56.75
<< Kaligrafia autorstwa Jongmae Kunsunima
pt. „Szerzenie pokoju oświecenia”
przed 1990r. >>

Wstęp

Przedmowa do wydania polskiego Czcig. Hae Mahn

Choć Jongmae Kunsunim przyjeżdża do Polski już od kilku lat, to na książkę musieliśmy poczekać. I oto jest, pierwsza publikacja przetłumaczona na język polski.

Napisał ich o wiele więcej, zatem dziękując wszystkim, którzy pomimo wielu innych obowiązków włożyli w ten projekt całą swoją energię, mamy zarazem apetyt na ciąg dalszy.

Ta książka jest jak wędrówka przez… Stany Zjednoczone, stany wewnętrzne, stany umysłu. Lektura książki „Wędrowny amerykański mnich” to niezwykła okazja, aby przybliżyć się do nauczyciela zen i jego nauczania, ale przede wszystkim, aby nawiązać bliższy kontakt z osobą i jej życiem.

Wędrowny mnich… jakże inne jest dzisiaj wędrowanie, samochodem, samolotem, w sieci… jakże inny jest trud wędrowania współczesnego mnicha od trudu mnicha dawnego, który z tobołkiem na plecach przemierzał góry i doliny, setki kilometrów miesiącami i latami.

Ta książka to ciekawie opisana podróż życia, gdzie szczerość, taka do bólu, decyduje o tym, że nie jest to kolejna historia o tajemniczym mistrzu zen, który osiąga oświecenie w górskiej pustelni, a o nauczycielu, który żyje wśród nas i doświadcza tego i tamtego, co ty i ja.

Prowadzony naukami Buddy, Jongmae Kunsunim przemierza kontynenty, a w miarę poznawania Ameryki i Europy urzeczywistnia i coraz efektywniej szerzy Dharmę, w każdym miejscu propagując buddyjskie wartości. Wnikliwie rysuje tło polityczne, kulturowe i społeczne, a rozległa wiedza o buddyzmie, znakomita orientacja w zagadnieniach różnych jego szkół i nurtów, pozwala mu na zgrabne wplatanie nauk zen w różne wątki książki.

Cała jego „Droga”, ogromna ruchliwość, aktywność i niestrudzona praca, wydają owoce: wiele osiągnięć naukowych, napisanych książek, założonych ośrodków zen.

Na Zachodzie wśród praktykujących buddyzm szerzy się ideę pomagania, ale za formułką „jak mogę ci pomóc” często niewiele stoi. W tej publikacji można zobaczyć, jak Jongmae Kunsunim, spotykając się z ogromem cierpienia u młodych ludzi, pomaga im poprzez działanie. Działanie wynikające z rozumienia, miłości i współczucia.

W swojej książce Kunsunim mówi: „Sarva Anitya! Nic nie jest trwałe i wszystko podlega zmianom. Ta prosta buddyjska prawda okazała się bardzo przydatna w uspokajaniu moich studentów. Dodawałem im odwagi mówiąc, że stres, którego obecnie doświadczają, nie będzie trwał wiecznie. Często czułem, że przeżywany przez nich stres i psychiczny ból były znacznie silniejsze niż objawy jakiejkolwiek fizycznej choroby”.

Jongmae Kunsunim doświadczył wielu dramatycznych przeżyć — więzienie, tortury, prześladowania w Korei, emigracja polityczna, upokorzenia i rasizm w Ameryce, zaznał zimna i dotkliwej samotności w austriackich Alpach. Mimo to głęboko przeżywa miłość i współczucie wobec świata i ludzi.

W czasie jego pierwszej wizyty w Polsce odwiedziliśmy były niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny w Oświęcimiu, a że nie można było odprawiać tam ceremonii, przeszliśmy do ruin jednego z baraków w obozie obok, w Brzezince, gdzie razem, w ciszy wyrecytowaliśmy buddyjską modlitwę.

Tej nocy Kunsunim miał sen, po którym już nie zasnął. Śniły mu się dzieci w obozie. Płakał. Następnego dnia dowiedziałem się, że w tym właśnie baraku były przetrzymywane małe dzieci.

„Mnich to człowiek o wielu talentach” — mawia Kunsunim. Podczas jego wizyt w Polsce, w naszej Świątyni Dae Won Sa, ludzie przyjmowali wskazania i smakowali osobliwego uroku, dosłownie i w przenośni — po wystąpieniu na Uniwersytecie, w jednej chwili przeistaczał się w znakomitego mistrza kuchni, który serwował nam najsmaczniejsze koreańskie potrawy albo w bajarza, który długo opowiadał prawdziwe historie.

Jongmae Kunsunim pokazał, w jaki sposób stosował nauki buddyjskie w życiu codziennym, co jest dla nas jasnym drogowskazem, jak my możemy to robić. Pokazał, że życie i nauki nie są oddzielone — są jednym.

Nauczycielu, trzy pokłony dla Ciebie.

Dziękuję.

Czcigodny Hae Mahn

Opat, Główny Nauczyciel Świątyni Dae Won Sa

Szkoły Zen Taego Buddyzmu Koreańskiego w Polsce.

Chair of Congress, American-European Parish Taego Order.

Regional Head Leadership (Europe)

Czerwiec 2020 r.

Przedmowa Najczcigodniejszego Hae Cho Choi

Seung Sahn — koreański Mistrz zen i Patriarcha zen Ku Sahn postawili pierwsze kroki jako „Krzewiciele koreańskiego buddyzmu na Zachodzie”. Następnie Czcigodny Jongmae Kenneth Park poszedł w ich ślady, szerząc praktyki i nauki koreańskiego son/zen w XXI wieku. Jestem pod wrażeniem niestrudzonego wysiłku, jaki włożył Czcig. Jongmae na rzecz unowocześnienia buddyzmu dla dobra przyszłych pokoleń.


W Sutrze Diamentowej przeczytać możemy, że studiowanie pism i szerzenie Dharmy Buddy w tym doczesnym świecie jest sposobem poświęcenia się, który jest w stanie przynieść więcej zasług niż dawanie jałmużny (Dana) Sandze. Działanie takie prowadzi do ostatecznego wyzwolenia, Anutara samyak sambodhi bhumika!

Książka ta opisuje 37 lat propagowania Dharmy Buddy przez Czcigodnego Park’a na wielu kontynentach i w licznych krajach np. w USA, Kanadzie, Polsce, Węgrzech, Niemczech, Austrii, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Tajlandii oraz Tajwanie.


Mam nadzieję, że dzięki lekturze czytelnicy uzyskają wiele cennych wskazówek. Pragnąłbym, aby pojawiło się coraz więcej czujących istot, takich jak Czcig. Jongmae, które wypełnią każdy zakątek, każdego kraju, poświęcając się służbie temu światu!

W Dharmie,

Listopad 2015

Najczcigodniejszy Hae Cho Choi

Najwyższy Patriarcha

Koreańskiego Buddyzmu

Zakonu Zen Taego

Przedmowa autora

„Amerykański mnich” to pseudonim nadany mi jeszcze w latach 80-tych XX wieku przez mojego najukochańszego brata w Dharmie, Czcigodnego Jongwon. W 1979 roku z powodów politycznych musiałem wyemigrować do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Do jesieni 1987 roku nie miałem możliwości wyjazdu do mojej w ojczyzny. Dlatego też, odkąd zmieniły się polityczne uwarunkowania, to podróżuję tam przynajmniej raz do roku, czasem nawet i dwa razy. Większość czasu spędzam wówczas w mojej rodzinnej świątyni Hwaeomsah w prowincji Jeolla-Namdo.

Szczerze mówiąc, nigdy nie planowałem, ani też nie miałem zamiaru wyjeżdżać do USA… Uczyniłem to tylko i wyłącznie z powodów politycznych. To właśnie one spowodowały, że przybyłem do tego jednego z największych na świecie państw, jak również popychają mnie przez ostatnie 37 lat do wędrówek po świecie, w trakcie których odwiedziłem już ponad 50 krajów pracując na rzecz buddyzmu, innymi słowy propagując Dharmę. Zdaję sobie sprawę, że szerząc Dharmę przez wszystkie te lata zdarzyło mi się popełnić wiele błędów, z powodu których czuję w sobie żal tak duży, że nieraz jest mi aż wstyd o tym mówić…

W 1979 roku, w pierwszym roku pobytu w USA, byłem jeszcze pełen obaw i odczuwałem ogromną niepewność, gdyż wszystko, co mnie otaczało, a zwłaszcza język i kultura, było zupełnie inne niż to, co do tej pory znałem. Niemniej jednak, dzięki wielu błogosławieństwom ze strony Buddy i Bodhisattwów, poczyniłem pierwsze kroki i powołałem do istnienia małą grupę misjonarzy buddyjskich.

Spotkanie w USA Mistrzów, takich jak Czcig. Seung Sahn czy Czcig. Do Ahn w USA okazało się mnie największym szczęściem i błogosławieństwem. Ci dwaj wielcy Mistrzowie mocno wsparli mnie swoimi dobrymi radami. Za każdy razem, gdy miałem okazję słuchać ich mów Dharmy, bądź być świadkiem, gdy dzielili się z innymi swoją wiedzą, pilnie chłonąłem każde ich słowo; gdyż sam nie miałem jeszcze doświadczenia w życiu Sanghi ani głębokiej wiedzy o Dharmie Buddy. Na początku lat 80-tych XX wieku spotkałem wielkiego uczonego, reprezentującego tradycję therawady, Czcigodnego dr Havanpola Ratanasara. Była to najszczęśliwsza chwila w moim życiu, gdyż nauczał mnie on całej Nikayasutty, a później, dzięki jego pomocy i pod jego kierunkiem udało mi się uzyskać tytuł doktora.

Jestem naprawdę szczęśliwym mnichem zen, który miał okazję studiować, by zdobyć wyższe wykształcenie i samemu nauczać na wielu uniwersytetach, jak również podróżować po całym świecie w celu buddyjskiej misyjnej działalności. Jednakże, należy pamiętać, że to nie była gra solo… w rzeczywistości to wspólna praca wielu członków Sanghi, braci w Dharmie, zgromadzeń w USA i Europie, a co najważniejsze mojej rodziny, która udzieliła mi nieograniczonego wręcz wsparcia.

Byłem pierwszym buddyjskim kapelanem i wykładowcą na Uniwersytecie Południowej Kalifornii oraz adiunktem na Uniwersytecie Loyola Marymount. Potem zostałem dziekanem Instytutu Studiów Buddyjskich w USA — wszystko to było możliwe dzięki łańcuchowi Pratiya-Samutpada, powinowactwa karmicznego

Teraz, jako emerytowany profesor oraz starszy główny opat w Północnoamerykańsko-Europejskiej Szkole Koreańskiego Buddyzmu Zen — Taego, dedykuję „Wędrownego Amerykańskiego Mnicha” mojemu umiłowanemu nauczycielowi Dharmy, mistrzowi zen Do Kwang’owi, braciom w Dharmie: Czcig. Jongwon’owi i Czcig. Jonggeol’owi, mojej pięknej małżonce Young Park, moim dzieciom Kapitanowi Albertowi Parkowi, Mayi Heddon i Johnowi Heddon. Chciałbym złożyć także specjalne podziękowania mojemu redaktorowi, który przysłużył się wieloletnią pracą, Wielebnemu Johnowi Maxwell’owi oraz moim uczniom Karinie Sima, Haraldowi Skrabal, Theodorowi Strohal.

Na koniec składam trzy pełne pokłony Czcigodnemu Hae Cho, Najwyższemu Patriarsze Zakonu Taego.

Listopad 2015

Jongmae Kenneth Park

Anaheim Hills, Kalifornia

Krótko o Czcig. Jongmae Kenneth Park

1954 — urodzony w Seulu, Korea Południowa

1972 — akolita, nowicjusz zen (Haenja) pod okiem Czcig. Moo-Gong

1975 — został mnichem zen pod okiem Czcig. Do Kwang w świątyni HwaomSah

1976 — przyjął pełne święcenia mnicha Bhikkhu pod okiem Najczcig. Ku-San

1979 — emigracja do USA

1986 — założył świątynię Bo Kwang w Anaheim

1992 — założył świątynię Bo Kwang w Środkowym L.A.

1999 — 2003 — studia doktoranckie (studia buddyjskie) na USC i CBS LA

1999 — objęcie posady buddyjskiego dyrektora Uniwersytetu Południowej Kalifornii

2003 — obecnie Założyciel i dziekan Instytutu Studiów Buddyjskich USA

2006 — Patriarcha w Szkole Zen Taego, Koreańskiego Buddyzmu w Ameryce i Europie

2007 — 2014 — adiunkt w Loyola Marymount University, CA


członek Amerykańskiej Akademii Religii (AAR)

członek Światowej Wspólnoty Buddyjskiej / Mook Rim Society

członek Rady Patriarchów Szkoły Zen Taego, Koreańskiego Buddyzmu

członek Stowarzyszenia Profesorów Koreańsko-Amerykańskiego Uniwersytetu

<< Jongmae Kunsunim, 06.2020 r. >>

Przyjazd do USA

Na granicy węgierskiej

Niewielki jesienny deszcz nad ulicą Biberstrasse. Co się stało? Nie mam kontaktu z Theo. Mieliśmy wyjechać do Węgier o osiemnastej, a jest już dziewiętnasta i zaczynam się trochę denerwować. Chwilę po siódmej Theo wpada do sali Dharmy. „Och, Czcigodny, przepraszam! Spóźniłem się z powodu mojego stałego klienta. Możemy już jechać, OK?”.

Mój uczeń Theo jest niezwykle szanowanym prawnikiem w Wiedniu. Jest wiecznie zabiegany, ale też mocno zaangażowany we wsparcie ośrodka zen w Wiedniu. Stolica Węgier leży około dwóch godzin jazdy samochodem od Wiednia.

To moja pierwsza podróż do Budapesztu, zresztą również pierwszy wyjazd do jakiegokolwiek kraju komunistycznego w Europie Wschodniej. Urodziłem się w Korei Południowej, i — szczerze mówiąc — szkoła i politycy wyprali mi mózg, zasiewając przekonanie, że komunizm jest najgorszą rzeczą na świecie. Dlatego też przygotowywanie się do wyjazdu do kraju socjalistycznego, by szerzyć tam nauki Buddy Gotamy, stanowi niezwykle doniosły moment w moim życiu.

Po ponad godzinnej podróży samochodem nagle pojawia się przed nami jasny punkt kontrolny, który rozpoznaję jako granicę między Austrią a Węgrami. Widzę metalowy szlaban, który blokuje nam dalszą drogę. Theo mówi do mnie: „Musisz okazać strażnikowi swój amerykański paszport”. Wtedy też do naszego auta zbliżył się węgierski żołnierz trzymający kałasznikowa wymierzonego w ziemię. Wykrzyknął do nas po niemiecku: „Wychodzić z samochodu, obaj!”. Theo wyciągnął papierosa, zapalił go, wysiadł z samochodu i zaczął rozmawiać z żołnierzem po niemiecku. Chociaż był to węgierski punkt kontrolny, prowadzenie przez nich rozmowy po niemiecku wywoływało dość dziwne odczucie.

Minutę później Theo wrócił do samochodu i powiedział: „Cóż, Austriacy zwykle mogą przejść przez ten punkt kontrolny bez większych problemów, ale Amerykanie potrzebują zgody swojej ambasady w Wiedniu”. Węgierski strażnik graniczny zabrał mój paszport na posterunek. Wrócił pół godziny później, mówiąc: „Próbowałem skontaktować się z ambasadą USA w Wiedniu, ale nikt nie odbierał. Będziemy musieli poczekać do rana”. Potem wrócił na swoje stanowisko z moim paszportem.

Obecnie dysponujemy komputerami, dzięki czemu jesteśmy w stanie sprawdzić każdy urzędowy dokument lub paszport w czasie nie dłuższym niż kilka minut. Dwadzieścia pięć lat temu nie było takich systemów i w przypadkach takich jak ten trwało to znacznie dłużej. Czułem się winny w stosunku do Theo, gdyż musieliśmy przeczekać w samochodzie całą noc. Z nieba siąpił deszcz. Theo ani przez moment nie okazał złości albo zdenerwowania, lecz wciąż odpalał jednego papierosa od drugiego. Zarzuciliśmy na siebie kurtki i próbowaliśmy się choć trochę zdrzemnąć, ale szczerze mówiąc, nie mogłem zasnąć z powodu deszczu i chłodu. Nie było tu zbyt wielu pojazdów. W ciągu nocy tylko kilka ciężarówek minęło punkt kontrolny, zmierzając głównie z Austrii na Węgry.

Wczesnym rankiem Theo zaproponował, abyśmy poprosili o kawę w punkcie kontrolnym. Zapukał do drzwi posterunku i po krótkiej chwili wrócił szeroko uśmiechnięty z dwoma kubkami pełnymi aromatycznej kawy, przyznając się, że przekupił w tym celu strażnika. Deszcz przestał padać, ale na niebie, tuż nad naszymi głowami, wciąż wisiały ciemne chmury. Około godziny dziewiątej inny węgierski strażnik zbliżył się do naszego samochodu z moim paszportem. Oznajmił nam: „Możecie jechać”. Natychmiast otworzyłem paszport i zobaczyłem duży stempel z orłem — wizę do Węgierskiej Republiki Ludowej. Byliśmy zmęczeni i głodni, ale równocześnie przepełniała nas radość, gdy ruszyliśmy w kierunku Budapesztu.

Po kolejnych dwóch godzinach jazdy w końcu dotarliśmy do celu. Poprosiłem Theo, abyśmy poszukali jakiegoś miejsca, gdzie moglibyśmy coś zjeść. Byłem głodny i spragniony. Jeździliśmy po mieście, ale nie mogliśmy znaleźć otwartej restauracji. W końcu po drugiej stronie rzeki znaleźliśmy oazę: McDonalds. Byłem bardzo szczęśliwy, nie tylko dlatego, że restauracja była otwarta, lecz także dlatego, że był to punkt znanej mi amerykańskiej sieci. Zamówiliśmy śniadanie i kawę. Jak McDonalds mógł w ogóle funkcjonować w komunistycznym kraju? To było dla mnie nie do pomyślenia. Zapytałem o to Theo. Tak czy inaczej delektowałem się dobrze znanym z domu smakiem.

Wróciliśmy do Budy do starego zamku, i spojrzeliśmy w dół Dunaju — to był niezwykły widok. Zobaczyliśmy siedzibę węgierskiego parlamentu, zaprojektowaną przez światowej klasy architekta. Rzekę przecinało kilka starszych mostów. Przejechaliśmy kilka mil wzdłuż brzegu, aby zobaczyć tutejsze zabytki. Byłem zaskoczony, gdy nagle ujrzałem mały znak reklamujący koreańską restaurację. Theo powiedział mi, że restaurację prowadzą mieszkańcy Korei Północnej, serwujący dania dla Węgrów. Minęliśmy restaurację, która niestety była zamknięta; miała zostać otwarta dopiero po południu.

Następnie wróciliśmy do Pesztu i zatrzymaliśmy się przy dwupiętrowym domu na wzgórzu. Mężczyzna, który tutaj na nas czekał, miał na imię Michael. Powitał nas serdecznie i oznajmił: „Jestem katolikiem, ale bardzo interesuje mnie również buddyzm”. Zaproponował, że przenocuje nas przez kilka nocy. Powiedział, że choć na Węgrzech rządzą komuniści, to nadal panuje tu wolność religijna. Weszliśmy do domu i rozejrzeliśmy się. W każdym pokoju można było znaleźć sterty konserw przepełniające półki. Wynikało to z faktu, że pod rządami komunistów możliwość zakupu żywności była często ograniczona, a niektóre towary pojawiały się tylko okresowo. Dlatego każdy, kto miał dobre kontakty, gromadził jedzenie na zapas.

Prowadziliśmy naprawdę przyjemną rozmowę o życiu i historii Węgier. Na szczęście Michael mówił dobrze po angielsku, więc nie musieliśmy używać języka niemieckiego. O 17:00 miał się rozpocząć mój wykład. Michael poinformował mnie, że miało przyjść około dziesięciu osób, ale w rzeczywistości pojawiły się jedynie trzy. Theo zapytał: „Tylko tyle?”, ale i tak zacząłem. To była moja pierwsza buddyjska działalność misyjna w kraju komunistycznym. Zaszczytem była dla mnie możliwość objaśnienia im nauki Gotamy. Mówiłem po angielsku, a Michael tłumaczył wszystko na węgierski. Opowiedziałem historię narodzin Gotamy Buddy w 623 r. p.n.e. w małym królestwie — Kapilavatthu. Był jedynym synem króla, który postawił sobie za cel rozwiązanie problemu ludzkiego cierpienia związanego z życiem i śmiercią. Dążąc do wyzwolenia, w wieku 29 lat został mnichem, a po wielu wysiłkach, zmaganiach i praktyce w wieku 35 lat stał się Buddą. Kolejne 45 lat poświęcił na głoszenie wielkich nauk przepełnionych prawdziwą mądrością, zawsze z najwyższą miłującą dobrocią przekazując je wszystkim, których spotkał na swej drodze. Ze spokojem odszedł w wieku 80 lat w Kusinagara. Wygłosiłem mój wykład w oparciu o Buddhacarita, Dighanikaya i Mahanibbanasuttę. Po dwugodzinnym wykładzie Michael zaproponował nam obiad, ale wraz z Theo grzecznie odmówiliśmy. Postanowiliśmy wrócić do Austrii.

Zanim wróciliśmy, chcieliśmy zjeść kolację jeszcze gdzieś w Budapeszcie, ale nie mogliśmy znaleźć otwartej restauracji, ponieważ zgodnie z komunistycznymi uregulowaniami restauracje zamykano o osiemnastej. Nie stanowiło to dla mnie problemu, byłem na Węgrzech, więc mogłem poczuć się głodny jak Węgier. W drodze powrotnej do Wiednia czułem się niczym sam Cezar po zwycięstwie. Michael dał mi na pożegnanie dwa pęta węgierskiego salami i to były jedyne łupy z mojego wykładu Dharmy. Bycie buddyjskim misjonarzem za granicą nie jest takie łatwe, ale mimo to doświadczyłem szczęścia i radości. Budda Gotama mówił w Nikaya: „Chcę, abyś udał się do Urubella i obdarzył największym szczęściem i powodzeniem cierpiące istoty, których jest tak wiele”. W ten sam sposób pojechałem na Węgry i próbowałem przekazać przesłanie Gotamy Buddy dla dobra, szczęścia i pożytku z życia.

Rok 1979

Pewnego dnia, w październiku 1978 roku, chwilę po porannej ceremonii zrobiłem sobie krótką przerwę, pijąc kawę rozpuszczalną serwowaną przez zgromadzenie Klubu Oficerskiego. Wolnym krokiem wyszedłem na zewnątrz budynku, przed Salę Dharmy. Ujrzałem czarnego jeepa zbliżającego się do świątyni. Starszy mężczyzna ubrany po cywilnemu wysiadł z jeepa i podszedł do mnie pytając: „Pan nazywa się Jongmae Sunim?”

Odpowiedziałem: „Tak, to ja”.

Odparł: „OK, Spakuj, co tam będziesz potrzebował, kilka przyborów pierwszej potrzeby. Jedziemy na krótką wycieczkę”.

Pospiesznie wróciłem do swojego pokoju i spakowałem szczoteczkę do zębów, ręcznik i kilka innych przedmiotów. Wróciłem do terenówki i powiedziałem: „Jestem gotowy, dokąd idziemy?”

Starszy mężczyzna powiedział: „Wkrótce się dowiesz”.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 29.81
drukowana A5
Kolorowa
za 56.75