E-book
31.5
drukowana A5
87.98
Wędrówki „Stąd”

Bezpłatny fragment - Wędrówki „Stąd”

Tom II

Objętość:
430 str.
ISBN:
978-83-8467-864-0
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 87.98

Rozdział I
Prolog

— Autentycznie go znasz?

Zmierzchało. Gdzieniegdzie w oknach kamienic pojawiły się żółte płomyki bijące od woskowych świec. Gdzieś ktoś się budził lub powracał do domu. A fasady domów w blasku delikatnego słońca, mieniły się barwą plażowego piasku. Różnokolorowe kamyczki, oczyszczane przez liczne wieki nurtem morskich rzek i fal, teraz idealnie wkomponowywały się w wapienne tynki u boku drewnianych poczerniałych bali. Połyskiwało kryształkami kwarcu, imitując szklane koraliki przemieszane perłowymi muszelkami. Kamienice oświetlone tymże promieniem słońcem, stwarzały niecodzienny malowniczy widok. Godzinami mieszkańcy grodu wpatrywali się w ten barwny takt taneczny. A odgrywał swój spektakl zarówno o brzasku jak i zmierzchu. Wizualizacja różnobarwnych połyskujących punkcików. A wysuszone deski na ławkach okalające place, skwery, podwórza, gościły zwyczajnych, anonimowych w gościnie widzów. Najwłaściwszą refleksyjną w zadumie porą, były późne wieczory tuż przed zachodem i wschodem słońca. Wówczas doświadczano poszukiwaną pełnię i blask.

Stor Kestel zamieszkiwał w niewielkiej maronie otoczonej ogródkiem z widokiem na morze. Hołdował ogrody nie za duże, przypominające raczej park w sąsiedztwie lasu. Tak było w Kelt i podobnie, gdy bywał w młodzieńczych latach, sprzeciwiając się decyzji Storom, na drugim brzegu Morza Portes. W ogrodzie meareskim, tym razem z dala od lasu, znajdowała się na wzór poprzednich, relaksująca altanka oraz meandrujące ścieżki pomiędzy leśnymi drzewami. Od wiatru morskiego, sztormów, osłaniał szpaler iglastych krzewów. Sukcesywnie przycinane pełniły rolę okalającego ogrodzenia. Wił się gdzieś w zanadrzu krzewów, stary wysłużony płot. Zasłużenie zmurszały od słonej wody.

Nieodłączny element posesji pełniła rolę oczywiście altana z stołem i ławkami. Tamże dopiero mile skrzypiące deski, wtórując z poszumem od morza, przysłuchiwały się myślom Stora. Koiły, obdarzały ciszą i odpocznieniem. Ogród skromny, na pierwszy rzut oka wydawać się mógł na poły dziki, gdzie i świat owadów i ptaków odnajdywał odpoczynek. Upragniony kącik zieleni, wpisany w naturę Kestela. Człeka o osobowości wędrowcy, piewcy uroków fauny i flory w całym zakresie. Osoby poszukującej przestrzeni i ruchu. Jedyną istotną różnicą między ogrodem w Dolinie Slamy a ogrodem w Maeresii, była nieobecność wiernego druha. Sławetny Robi Sęk mieszkający w domostwie Stora w charakterze doradcy, pomocnika i gospodarza. Było wszak wszech wiadomo, Kestel w Kelt bywał raczej rzadko. A więc Robi poznawszy się na naturalnych zapatrywaniach właściciela, zapraszał las w progi parko-ogrodu. Powiedzmy raczej dość oryginalnego, jak na warunki w grodzie. Wykreślał zatem dróżki, odmalowywał ścieżki. A różnorodność była tak obfita, że pojawiający się goście, opatrzyli ogród swoistą nazwą. Oaza zieleni. Nie omieszkałby sporządzić kącik ku własnym zainteresowaniom. Była nią dróżka nietypowa. Prosta, twarda, pozbawiona wszelkiej roślinności. Na niej Robi, wytrwany kulsarz z Spenie, przygotowywał się do zawodów. Opracowywał kolejne plany i strategie.

A zatem Kestel daleko od Kelt, podtrzymując w Maeresii znamienną służbę latarnika Snorka, kontemplował słoną ciszę i swoistą wolność. Spotykał się przed gmachem ganest, prowadząc rozmowy, dysputy naukowe. Zawsze pełen optymizmu, w czystej nadziei jutra, czerpiący z natury tak utęsknioną spontaniczność oraz powagę. Ogród poznał i mniej znaną cechę, od tych emanujących pomiędzy gośćmi, była nią szlachetna umiejętność obcowania z samotnością. Siadywał wówczas w zadrzewionej altanie. Zamyślał się głęboko, także zdawałoby się jakby kogoś oczekująco wypatrywał. Czy był to stan dalece odmienny od pospolitych? Trudno kogoś winić, gdy zamierza szczęśliwie kompletować każdy dzień a powitać z nadzieją nadchodzącą noc. Aby móc wczesnym rankiem, dalej podejmować radosny trud życia? Ogród, skrzypiące deski, poszum wody, drzew, były wierne tajemniczym myślom Kestela.

Podeszliśmy pod dom, kiedy staruszka wskazująca trasę, chwytając mnie za dłoń, szepnęła.

— Jest, to On. Znów wypatruje podróż i eskapadę. — z lekkim sarkazmem zwróciła się do mnie moja przewodniczka.

— To jest Kestel? — wprost nie mogłem uwierzyć. Przecież mawiano…

— Nie słuchaj co w porcie plotą… — machnęła ręką, — … tam byle jaki przybysz, gada niestworzone rzeczy, aby tylko być zaproszonym na strawę i dobry miód. Takich bym kroplami nie częstowała! A wiadomo skąd owi jegomość przybywają? Ach… szkoda gadać… — spojrzała na młodzieńca. — Na Kestelu przynajmniej można polegać. U niego idee i wartości są składową dewizą moralną, nie szarga nimi na lewo i prawo niczym chorągiewką, zbrukane sztormowym wstydem. Ach… — ponownie machnęła dłonią… — … szkoda gadać. Tacy to chyba wstydu jednak nie mają. Ty to co innego, powiedziano mi parę słówek o Tobie. Ale na mnie czas. — ponownie zaczęła szeptać.

— Za jakieś pół grodziana opuści altankę, gdyż słońce schowa się za Puch Bagienny i zawieje zimnem od Portes. Nie lubi zimnicy morskiej, a teraz troszkę zawiewa z wschodu. Ponoć, gdzie mieszkał wcześniej, pod Loskanią był istny raj. Ale nie marudzi, a wiem to z całą pewnością, gdyż pewna Niastera z Irterii, donosi jemu jakieś medykamenty. Jakieś mazidła rozgrzewające. — w swym rytuale ponownie machnęła dłonią. Odchrząknęła, szepcząc dalej.

— Lubi rozmawiać, gdy znajdzie odpowiedniego adwersarza. Ale skory i słuchać, niemniej odpoczynek ceni nade wszystko. Ale nie martw się, gdy ktoś go zainspiruje, zaprasza na gościnę.

— Przedstawisz mnie?

— E! Ja tam nie darzę sympatią Golondów, trudno się z nimi dogadać. A z nim w szczególności. Nadpływają z Plendar rokrocznie, sporo z nich się asymiluje, ale ten hardy, pozostał Plendarem. Bywaj, masz szczęście, że mnie spotkałeś.

Podziękowałem niskim ukłonem starszej mieszkance Maeresii, chcąc odwdzięczyć się getonem. Spojrzała na mnie spode brwi, odwróciła się i machnęła dłonią, mrucząc pod nosem w maschlang.

— Nie dla getonów wskazałam drogę. Mówiłam, że przyjaciółka mnie poprosiła, też z Golondii, ale z nią przeciwnie się dogaduję. — odwracając się po raz drugi, przenikliwie na mnie spojrzała. Wiedziałem, to spojrzenie zasługiwało na godną pamięć. Ułamek chwili, a utrwalony wizerunek twarzy przewodniczki, towarzyszyć będzie przez długie lata. Pamięć rozstań, powrotów, przywitań, gdzie niejedna twarz nic nie traci na wyrazistości.


Zaszumiało dalą o nieznanym czasie i miejscu. Podchodząca bryza ochładzała przytłamszone pokrywającym się cieniem cegły, piaskowe ściany kamienic. Tradycyjny kwadrans pobytu Kestela w ogrodzie, dobrnął do pełnego grodziana. Oznaczało to, że trud dnia zassał myśli daleko poza brzeg Portes. Aby dryfować po oleistej wodzie, ni jak jednożaglowa łódka pozbawiona wioseł. Podczas wiatru myśli unosiły się ponad wzburzoną taflę wody, upodobniając się do wirującego pod chmurami ptaka. Mogło się wydawać, że drzemał. Ot, zwykły odpoczynek po wieczerzy. Nic bardziej mylnego i zgoła zaskakujące przypadkowych gości. Czujny z wyostrzoną gamą zmysłów, delektował się zmierzchem dnia. A w momencie pojawienia się kogoś w pobliżu, ożywiał się przybierając swój tajemniczy i znany wszystkim półuśmiech. Emanujący zarówno zaproszeniem i miłą niespodzianką, choć ukryty za woalką niedomówień i szeregu pytań. Personifikując łódkę nagle potrafił rzucić się na szkwał z gromami. Szybując nad morzem, z bystrością jastrzębia i sokolim wzrokiem, wchodził w wątek rozmowy. Tak postrzegano Kestela, który w Maeresii prosił, aby nazywać go Lestek. Dlaczego? Mawiano, iż na cześć pochodzenia, starych imion używanych w epoce istnienia Golondii. Tęsknił za rodzimą ziemią, dawkując rozmówcom pakiet dygresyjnych wspomnień. Zostawił noransbę w Kelt pod opieką Plonsy i Robiego w otoczeniu wielu przyjaciół. — Wyprawiam się na dłuższą wędrówkę, — stwierdził banalnie, baraszkując rutynowo w skrzyniach, komodach pełnych artefaktów z wojaży. Zrulował paręnaście pergaminów, umieściwszy w drewniane tuleje. Wszystko wskazywałoby, że Kestel za Niegn lub dwa, zawita na powrót w Dolinę Slamy. Skądinąd On wewnętrznie odczuwał, że podzielił los wczesnych zarządców Plendar. Mówił: … Gdzieżby?! Mnie nie puszczą na rzekę Bepore, podzielić los wielkich zwycięzców haniebnie wygnanych. Następnie uśmiechnął się tajemniczo… — tyle że dawny władca Wielmols, także nie przyznał się nad Deltą Bepore, o zafundowanym przez storów, rodowitów i rodsów rejsie nad Portes. A przecież i Wielmols wygrał wojnę, dzięki błyskotliwym strategicznym umiejętnościom. Oplótł Plendar armią, erygując z tuzin grodów i osad, a Irteria wówczas cudem ocalała…

A jednak Stor Storów — Kestel, zasiadając od dekady w zarządzie baszty Leniwer, opuścił Plendar za wynikłe ponoć zbyt duże szkody podczas starcia z Glendią. Nikt nie kwestionował wygranej, ale w zasadzie mało który poznał plany nieszczęsnej a zarazem szczęśliwej nocy. Noc, kiedy Glendia na rzece Moteks najechała Spenie i Plendar. Uwierzyć, że dowodził za pomocą rozpalonych strzał post factum, stało się li tylko dobroduszną mrzonką. A nawet pomału urastało do mitu lub dziejowej legendy. Strasznie zabolało to Stora. Nie za obdarcie z miana dowodzącego, liczyło się wszak zwycięstwo, lecz to, że uznano go za mitomana i uzurpatora. Mimo szczerej odważnej intencji i poniesionego trudu. Sarkazm emanował z wielu wypowiedzi, a za plecami szepty nie nikły. Daleki był, aby znaleźć źródło istniejącego fermentu. Wcześniej zwiastował przeważnie, gdy pojawiły się jakieś nieznaczne niesnaski: — Wybieram się do Lasu Bradorsl, odwiedzić Dom Lostora, aby odpocząć od zgiełku… — Tym razem stało się inaczej. Ponadto skutki wygranej też nie wspomogły sukces. Zalane rolne areały mulistą ziemią, nie obrodziły przez kolejne lata. Las Irterski dzielący Spenie od Plendar, kompletnie pokrył się wodami Moteks, Sworth. Zagrzybiał i nadawał się we większości na wycinkę. Historyczne grody Godfird, Fidar podtopione straszyły przez wiele dekad ruinami. Długo po szczęśliwej wygranej, reaktywowano ruch okrężny na Bepore, Sworth. Irteria zapadła w głęboką stagnację. Natomiast Glendia za zgodą Kestela i zacnego latarnika z Maeresii Snorka, aby wznowić intratne dla Irterii wymiany żelazem, uniknęła w większości odpowiedzialności. Surowiec z kamieniołomów Gle, wliczony w poczet kontrybucji wobec strat, ledwo odbudował grody. Utrudniony transport przy zniszczeniach nabrzeży, drastycznie umniejszył korzyści. Gdy za zgodą Kestela obwołano nowego komisarycznego władcę w Glendii — thodora, zaczęto postrzegać Kestela w Irterii jako podwójnego gracza. A nawet zdarzało się słyszeć pogłoski, że Stor intratnie partycypował w najeździe Glendów na Plendar. Stor Storów Kestel. Mawiano, zawładnęła nim pyszna ambicja i wygodna kariera. Cóż On mógł widzieć z wieży, przecież to iangerzy i siangerzy skonfrontowali się z najeźdźcą? Kiedy Glendia uregulowała i powróciła na dawny rynek, pokątnie zaszydziła z Irterii. Odwróciła się w kierunku krain Ortonu, za Masyw Bredoru. Wybrano też własnego thodora, na pniu stworzonej władzy przez radę Storów z Kestelem na czele. Wówczas zaczęto odwracać się i od Stora z Kelt. Od początku Kestel ostrzegał Rady Baszt. Thodons, czyli czas waśni i sporów w Glendii, musi zawsze rozgrywać się w Irterii. Nie posłuchano, na odmianę wielu z ulgą odetchnęło, zgadzając się na północne aspiracje i gospodarcze wojaże za Bredor niewygodnego sąsiada. Stor w konsekwencji nie zgadzając się z opiniami i osądem, opuścił dobrowolnie loskańskie doliny. I choć początkowo myślał o przeprawie przez Morze Portes, aby z dala w cichości zacząć od nowa. Wszak był w sile wieku i czuł wyśmienicie, tak po przybyciu do Maeresii, pod nieobecność Snorka na Stykówce, zmienił zdanie.

We wczesnej młodości osiadł na parę sezonów w Registre. Wtedy storzy w Plendar stanęli w przeszkodzie wyboru wybranki, aby całą energię i młodzieńczą witalność poświecił sprawom Plendar. Wspominał po latach… — Intensywnie przeżyłem ten okres w Registre. Czas studiów nad kulturową specyfiką tamtejszych stron oraz ogólnie spotykaną mentalnością. Gdzie niesprecyzowana wielość oznacza sens, a określona jednostka wypełnia zaledwie margines.

W Maeresii, dzięki zaznajomionym kupcom, zamieszkał u brzegu Morza Portes w Dolnej Metropolii. Bezgranicznie oddał się badaniom nad nowym podziałem czasu oraz wprowadzał nowego latarnika na Stykówce w obecne zależności krain i przywileje na wodzie. Szkuty i fupienghe od dawna nie wyznaczały nad deltą chronologię i czas. Był nim chronometr dzielący dzień na dwa tuziny grodzianów. Konstrukcje chronometra, inaczej grodziana, oparto na nowo wynalezionym mechanizmie, potrafiący z wielką precyzją podać porę dnia. Unowocześniono także kalendarz i mapę z odnośnikiem od Punktu Badse Nowości zagościły na dobre wśród żeglarzy. Wdrażano nowe karty geograficzne od ganest, mogące wyliczyć kurs względem stopni. Oktans, sekstans w parze z rozrysowanymi mapami, znacznie usprawniły żeglowanie po morzach. Uporządkowały znane stałe lądy.

Studiował zatem Kestel intensywnie nowe nauki. Rano odwiedzał port, dzielnicę żeglarzy, po południu na rynku rozprawiał z członkami Koła Ganest. Wieczór pozostawiał refleksji i na poły nieobecny dla wielu dryfował w wyobraźni i pytających analizach. Za sprzymierzeńca miał ogrom zebranych i poznanych dziejów, skomasowanych na tak niewielkiej przestrzeni estuarium Bepore. Pokaźną w zbiory książnice. Swój żywot i bogate doświadczenie, majestatycznie i sekretnie, wtapiał pomiędzy zmurszałe sieci i meandry starych kamienic. Zwanych w Maeresii maronsbami.


Zaskrzypiała dźwięcznie furtka. Wieczorny nieboskłon skrzył bordową czerwienią poświatą słońca, zwiastując ciepłą pogodę. Na posesję wszedł młody, lekko zagubiony niezapowiedzianą gościną młodzieniec. Przystanął około drzwi. Kestel odczekawszy moment opuścił altankę i podszedł do gościa wyciągając szczupłą dłoń.

— Witam młody wędrowcze. Za Kim upatrujesz i dokądże droga prowadzi? — kurtuazyjnie wskazał ręką w stronę altanki. — Ławka szeroka, pora dobra, aby grodzian rozmówić, Przysiądź proszę. Zimnica morska dziś ominie ten zakątek, choć Portes lubi figle płatać. A teraz, ot i całą noc można obserwować gwiazdy. Widzisz tamtejsze domy? — wskazał zdezorientowanemu młodzieńcowi przeciwległy rząd piętrowych kamienic. — Ściany zmieniają barwę zależnie od pory dnia, wraz z nasyceniem słońcem. Zależne też od kaprysu, jakie rozrysuje wielki Artysta w przestworzach. Osobiście wolę, gdy całkowicie się pogubi i maźnie wszystkie jednocześnie. Smuga goni smugę, a paleta barw tapla się w zwierciadle morskich toni na niebie. Wcześnie rano mienią się wielością pasm o zabarwieniu beżowo — niebieskim, a przecież wschodzące słońce aż buzuje żółcieniami. Następnie im wyżej południa podchodzi ognista kula, czy też bucha w zenicie wulkan na X-encie, stare mury przemieniają się pod parawanem cieni okalających drzew, w sino — modry pomarańcz. Przechodzą później po zasłużonej sjeście w ciepłe écru, a otaczające kamienne domy, chodniki, szosy, oblekają się w wyrazistą, szaro-popielatą głębie. Przypominają raczej żywą, wodną toń, niźli powszechne, smutne cienie. Ociężale oblewają swą powagą, wszystko cóż stoi im na przeszkodzie. Ach, jakiż koloryt niniejsze mury potrafią z siebie wydobyć i ukazać zainteresowanym. No cóż, większość tylko za Kimś lub za Czymś się ugania. Stając się w tymże barwnym galimatiasie, efektownie prędko poruszającą się Gdzieś, kolorową plamką. A może planką? — Kestel odczekawszy stosowną chwilę, zaczął właściwy dialog powitalny.

— Bywałeś w tutejszych stronach, dla mnie nie wyglądasz na miejscowego. A spędziłem tu i ówdzie troszkę czasu. Gdzieś wodziłem z ciekawością za porównawczą wyobraźnią. Znasz się na wodzie? Stor intrygująco zagadnął, kończąc barwną impresje.

— W sensie rozszczepienia barw?

Spontaniczna i nonszalancka odpowiedź po monologu Stora, mogła także zastanawiać. Lecz czy gość po dość oryginalnym powitaniu miał pewność, że to prawdziwy Kestel lub Lestek? Targował się z wątpliwościami…

— Myślę, że powinienem się pierw przedstawić i wyjawić powód odwiedzin.

— Po części rozszczepienie… — Stor rozbawiony odpowiedzią, zerknął na młodego gościa. Następnie z uśmiechem na twarzy spojrzał ponownie na zachodzące niebo. — … nie jesteś pewny, czy aby dobrze Cię pokierowano. Skąd ja to znam? Tyle mnie poszukiwało chcąc przekazać jakąś informacje. Powoływano się na mnie, wykorzystując znajomość do swoich, nieraz i niecnych spraw. Ponies, zabawa, strategia lub wygoda? Po dziś dzień nie znalazłem odpowiedzi. Rozliczne ogony ptaków… — szepnął i zerknął na niebo jawiące się w kolorowych smugach. Po czym zwyczajnie dalej kontynuował. — Niemniej barwa wody w przedziwny sposób łączy się z życiem. Nie uważasz? A życie to nie zabawa lub poślednia gra. To bardzo ważne, aby to zauważać.

Ponownie badawczo, w lekkim rozbawieniu spojrzał na przybyłego gościa. Wyraz twarzy bynajmniej nie umniejszał nic z powagi wizyty i przypuszczalnej rozmowy

— Nie śpiesz się nadto, gdyż właśnie określiłem Twoje pochodzenie.

— Dużo mówiono mi o Tobie. Twoim życiu, wędrówkach, wiedzy o Ogniu spod Sma. Nazywam się Mestk i pochodzę…

— Jesteś z przeciwnego brzegu Morza Portes… — Stor uśmiechnął się i kiwnął głową. — … zdradziły Cię akcent i wymowa. — Nie zważając na potwierdzenie, spuentował. — Jesteś z Krainy Registre. Nieprawdaż?! Jednak nie pora na odczyt nowej karty z kalendarza, za późno drogi chłopcze. Posiedź tutaj na ławce i wpatruj się w barwy nadchodzącej nocy, a jutro dokończymy rozmowę. — Kestel wstał podając dłoń. — Do zobaczenia.

— Gdzie? Kiedy?

— Przybyliście łodzią do Maeresii… Tak?

— Zgadza się… — zaskoczony Mestk błyskawicznie odpowiedział.

— A więc przyjdź z łodzi o porze, kiedy żółty płomień przechodzi w przyćmioną czerwoną głębie. Mam nadzieję, nie będzie jutro deszczyć na szaro popielato.


— Ponoć wschodnie rozłogi na Modare tak wzbierają, że niemal wszystkie akweny, rzeki połączyły się w jedno morze. Zalało trzęsawiska, łąki, gdzieniegdzie woda doszła po szczyt koron drzew. Anomalie? Źródło katastrofy, należałoby upatrywać w Krainie Ptaram, leżąca u stóp ortońskiego pasma Bredor.

— A u nas piasek tańczy z wiatrem! — barczysty, brodaty doker nachylił się nad młodym gońcem portowym. — Powiedz mi młody, gdzie go spotkałeś?

— A gdzie mógł przebywać? Tam, gdzie zawsze… w porcie. — beztrosko odpowiedział goniec. — Rozpowiadał z morszczakami z Samtansaru.

— Słyszałeś coś więcej?

— Tyle o ile, dialekt odmienny, ale gorąc od nich biła siarczysta. Byli strasznie zdenerwowani, jakby ich chciano tratwą na Portes puścić. Fajkę nabijano bez ustanku, krzesiwem łupano zawzięcie, aż w uszach szumiało. Raz łagodnie mówiono, aby następnie podskakiwano sobie do oczu.

— A on wciąż był pomiędzy nimi? — dociekliwy brodacz nie dawał za wygraną, mrużąc nerwowo powieki.

— Ano był, ale tylko słuchał. — nieśmiało odpowiedział goniec. — Z powagą przysłuchiwał się rozmowie. Wielce rozważny.

— I tyle?!

— Mówiłem krzesiwo syczało a i dialekt inny…

— Ach szkoda rozprawiać, młody nic więcej nie wie! Plotki prawią po portach… — drugi przysłuchujący się morszczak o imieniu Wirgiusz, kiwnął głową w stronę szynku.

— Karczmarzu, drugą kolejkę wszystkim!

— Wedle życzenia Wirguszu! — Karczmarz przywołał pomocnika wskazując na średnio zapełnioną salę, następnie zwrócił się do zamawiającego. — Cóż to za okazja, ominęło mnie jakieś novum w porcie?

— Łódź karczmarzu, łódź zakończono remontować. Wreszcie gotowa na przejażdżkę po Bepore i wygodne mieszkanko. Przemianowana z „Zagubionego Steru” na intrygancką nazwę „Epigonka”. Ach mówię Wam karczmarzu, poniesie nasza barka z dobre jakieś dwie dekady bez szwanku. Ba… a żeby nie nawet trzy. Potem, się zobaczy… Tak przesmarowana, że wrębów nie uświadczysz z nabrzeża. Uhuhu, mówię Wam karczmarzu, prawie sama dziegieć. Moglibyśmy z Epigonką na falę Portes wypłynąć.

— Tak śpiesznie Wam opuszczać krainę i hen na morze? Odkąd pamiętam, a burłaków już nikt nie widuje w Mearesii, nieźle się Wam dotąd powodziło.

— Skądże znowu karczmarzu, gdzież nam z morskimi potworami się zmagać. Tyle że gruntownie oklepana i czarne smoliste portki dostała… — zaśmiał się gromko Wirgiusz, także większość w szynku spojrzała w stronę baru.

W tymże czasie pomocnik karczmarza błyskawicznie uwinął się z zamówieniem Wirgusza. Spragnieni i wdzięczni degustatorzy trunków, z razu zaczęli podnaszać napitki i w zamaszystym ukłonie pozdrawiano dobroczyńcę. Wirgiusz ostentacyjnie podrzucił złoty getons w dłoni, następnie zakręcił nim na blacie stołu.

— Niech Wam łódź i z dziurą w denniku nigdy nie utonie! — ukłonił się także karczmarz. — Na zdrowie! Dzięki Wirguszu! — dmuchnął na getonsa, po czym schował do kieszonki kamizelki.


Gwar rozmów w szynku powrócił wśród biesiadników. Rozprawiano zawzięcie o swoich wiadomych, morskich sprawach. Stół z kompanią Wirgiusza stał w pobliżu baru, także karczmarz chcąc nie chcąc biernie przysłuchiwał się rozmowom. Zaintrygowany niespotykaną nazwą barki, po stosownym odczekaniu na właściwy moment, zwrócił się do kapitana Wirgiusza.

— A to dopiero… — odczuć było wyraźnie, że usłyszane wieści wielce go poruszyły. Niemniej był to raczej podziw lub zdumienie, niźli wroga zazdrość i krzywda z utraty stałego bywalca karczmy. Wracano zazwyczaj po siedmiu Niegnach pod gościnną strzechę karczmarza Erazma.

— „Epigonka”? Epigonka?! — powtórzył z ciekawością Erazm. — Pierwszy raz słyszę tak enigmatyczną nazwę. Niespodziankę sprawiłeś, uh… A cóż niby to znaczy? Czy oby Wasza Epigonka odnajdzie zagubiony wcześniej ster?

Roześmiał się Wirgiusz wraz z kompanami, aprobując życzenie. Podnieśli ciemnozielone szklany napełnione miodem irterskim.

— I niech tak zostanie karczmarzu! Odnajdę co zagubione i w nowy log ustawię. A jeśli o nazwę… powiem krótko. — Wirgiusz odstawił na chwilę puchar z miodakiem, przyjął pozę oratora. Podparł się na łokciach, splótł palce. Poprawił głos, odchrząknąwszy dwukrotnie.

— Zagościła niedawno na Centralnym Doku, niebywała łódź, hm… fupienghe? Barka morska o sprytnie zaprojektowanym płaskim denniku, które trzyma się na fali Portes a i rzeki potrafi forsować. Powiem bez ogródek… no wręcz cudowna. Chadzaliśmy do portu co dzień, aby się tejże łajbie bliżej przyjrzeć. A bywała wówczas w porcie cala śmietanka szkutników z Maeresii. Raz stoję razem z Scentkiem, obok tychże znakomitych ekspertów i omawiamy takielunek. Wtem słyszę: … „Powiadam Wam i daję gwarancję słowom, że patrzycie na najprawdziwszy okaz epigonki. Od tego momentu wszystko się w szkutnictwie zmieni…” Więc ja w mig wpadłem na wybitny i genialny pomysł. Myślę, to ja będę pierwszy, który rozpocznie wszystkie zmiany. Poszedłem stamtąd wprost na dok szkutniczy i mówię smolarzom. Zamażcie starą nazwę „Zagubiony Ster”, a wymalujcie mi nazwę: „Epigonka”. Szczwana ze mnie ryba… Druhowie. — ostatnie słowa wykrzyczał, wznosząc puchar z miodem.

— Hejże kapitanie, ciup, siup i chlup! — odpowiedziała kompanija Wirgiusza.

— Oby tak było, lecz … — pokręcił karczmarz z powagą głową, — … podejdź na moment, gwarno dzisiaj a nie chcę krzyczeć. Głos już nie taki, a i… — nie dokończył celowo zdania, głową przywołując Wirgusza.

— Jestem!

— Wiesz drogi przyjacielu… — karczmarz ponownie pokręcił z troską głową, dając polecenie ciekawemu pomocnikowi, aby wyturlał puste beczki przed wyjściową bramę. Widząc, iż nikogo nie ma w pobliżu kontynuował ściszonym głosem.

— Niezmiernie cieszy mnie Twój sukces, ale… za dużo gadasz. Zbyt bardzo jesteś rozmowny. A to nie wszyscy potrafią właściwie zrozumieć. Kapitan, uczestnik i kontrahent w tylu interesach. Cenią Twoją bystrość i intelekt, ale wielu z nieukrywaną ochotą, skorzy zamienić Twoje wywody w bałwochwalcze apologie. Wiem, powiesz zaraz, gdzież mi rywalizować, jestem sobą i tyle. Mają własne życie, ja swoje a różnic tyle, że szkoda czasu, aby się drugim zajmować. Nie chcą, niech nie korzystają z usług Wirgiusza. Jednak… — pokiwał znów mędrkująco głową, — … niektórzy właśnie myślą odwrotnie. Chętni z pokładu Zagubionego Steru, tfu, Epigonki, skorzystać. Przyjdź, pogadaj, u mnie zawsze znajdziesz dobry wiatr w żagiel. A naprawdę szkoda, aby ktoś chadzał za Tobą nękając Cię i dręcząc. Pamiętaj, gdy cisza na tafli, dalej można popłynąć. Nieprawdaż?!

— Oj kręcisz mi w głowie, mów jaśniej Eraźmie. Co wiesz i kogo mam się wystrzegać. — poirytowany Wirgiusz przybliżył twarz ku sędziwemu karczmarzowi, domagając się odpowiedzi.

— Tylko tak na przestrogę. A wiesz Wirgiuszu, ileż to łajburze w karczmie? U chuchu… sam nie wspomnę. Lecz pomyśl, rozpościerasz cały żagiel własnego życia nie zważając skąd wiatr nadciąga, a skały tylko czyhają na Twój błąd i potknięcie. Jałowe wiatry od postronnych to jak mielizny, jedna pióra nie złamie, ale w gromadzie i ukryte pod morską tonią, bywają nader groźne. Usłyszeć w poświście szkwału własne imię i nagle przywołać całe życie… Wierz mi… nie za ciekawe doznanie. Obyś wybierał dobre rejsy, gdyż łatwo czuć się wielkim, ale i prędko Cię może spotkać haniebna porażka. Mówią… a właściwie, co mnie do tego…

Karczmarz chwycił karafkę, potrząsł nad blatem baru.

— Teraz ode mnie toast, abyś wiedział, że szczerą radość mi sprawiłeś, mówiąc o zwodzeniu łodzi. A ile stóp liczy? — polał niewielką ilość Wody z Różowego Źródła z domieszką leśnego syropu. — Niechaj się Tobie powodzi, a wodę, radzę miarkuj. — przechylił naczynko i stuknął nim o blat.

— Niecałe sto stóp, wyposażona niczym maronsba. Kasztel cacy-cacy, mieszkać na niej by można, choćby i przez wszystkie sezony. Ale powiedz mi… Co słyszałeś?

— Takie tam, ludzie różne głupstwa plotą… Choć… — podniósł brwi i zmarszczył niepokojąco czoło.

— … prawda to, że transportować chcesz ludzi?

— Ależ karczmarzu! — Wirgiusz z niedowierzaniem nerwowo się zaśmiał — Ja i przewoźnik? A skąd takowe wieści pochodzą?

— Ano mówią, żeś wszystkie intratne kontrakty odrzucił, a starych kupców omijasz.

— Bzdury plotą, trafiła mi się idealna transakcja. A i odczekać musiałem, Epigonka nie była gotowa. Ale teraz… — powróciła duma na twarz Wirgiusza. — … teraz to i cały ten ich pchli targ mogę przewieźć w Górny i przez Stykówkę wpłynąć w Dolny. — dopił źródlane krople, plasnął otwartą dłonią w blat baru.

— Serdeczne dzięki Erażmie za przyjaźń, zawitam do Was, gdy przychylne wiatry podprowadzą w Dolne Maeresii. Niemniej dzisiaj jeszcze posiedzę, porozmawiamy, powspominamy troszkę.

— Możliwe? — karczmarz odwzajemnił szczere wejrzenie, — A teraz, tak… a jakże świętuj, któż by mógł zabronić? Pozostańcie u mnie tak długo, jak się Wam żywnie spodoba.

Zaskoczony przyjacielską postawą starego karczmarza, Wirgiusz usiadł pomiędzy towarzyszy.

Na niewielkiej karczemnej sali panował rozmowny gwar. Od czasu do czasu, pilniejszy i krewki amator trunków, krzyknął wiwatując do ziomków pucharem, wzbudzając ogólny śmiech. Lecz kto poznał spojrzenie Erazma, wiedział, że należy zbastować. Tym sposobem w karczmie panował względny spokój i określony ład. Karczma Erazma, jak większość w strefie portowej, nawiązywała do symbolów z domeny żeglarskiej. Ponadto elementy użytkowe niemal wszystkie z drewna, lite mocne stoły i nie do udźwignięcia ławy, wystrugane wprost z surowego pnia. Suszyły się leżakując w karczmie, ale i wydzielały przyjemny, żywiczny leśny aromat.

Kapitan Wirgiusz zastanawiał się nad słowami i radą Erazma. Kogo Stary Wyga podejrzewa i gdzie czai się niebezpieczeństwo? Ukryte podwodne wyspy mielizn? Wiatr? Usłyszeć własne imię na hulającym wietrze podczas szkwału? Ogół czy ja? Transport — kupcy? Stary chyba powinien odpuścić sobie barzenie w karczmie. Oszalał? Powinien osiąść z rodzinką w noransbie gdzieś na przedmieściach i bawić się wnukami w estetycznym ogródku.


Przy stole nadal w punkcie zainteresowań był młody goniec. Zabierał się parokrotnie ku wyjściu, lecz silna dłoń brodacza, kompana Wirgiusza Wryspina, przytrzymywała potulnie na ławie. Widać spytki Wirgiusza zdecydowanie nie zadowoliły załogę.

— Siedź łaskawie! Jeszcze nie skończyłem! — burknął brodaty morszczak Wryspin. Ze mną nie tak lekko jak z Wirgiuszem. Znam to ja takich gagatków spod matczynych gratków. Zaraz wszystko mi wyśpiewasz, niczym mewa na dalbach w towarzystwie kormoranów.

— Daj spokój! Młody nic nie wie, przecież mówił… gadali porteskim dialektem. — w końcu powrócił z zamyślenia Wirgiusz. — I ja widziałem ten nasz niby postrach i zgubę. Typ w średnim wieku, chudzina na ościach odchowana, a ponoć gada tylko z tymi… No wiesz… z tymi pajacami od Ganest. Z paroma morszczakami wszakże rozprawiał, ale interesują go wyłącznie nowinki techniczne. Gdzież On i Snork. Prawdopodobnie, kiedyś kręcił się w różnych, nietypowych miejscach. Ale teraz, gdy Snork w końcu wyjechał odpocząć… Daj spokój Wryspin. To nie groźny filozof, myśliciel, dla którego dzieje ważniejsze niżli oddana Niasta i cieplutka maronsba. Getonsy tak ostrożnie liczy, jakby miały się za moment rozlecieć. Pergaminy nie tylko czyta, ale i sam literami oplata. Gdzież taki miałby pieczę nad innymi trzymać i jakąś mistyczną mieć władzę. Fanaberie i tyle, tych którzy lubują się, gdy się ich łoi, ruga i po kątach stawia. Dawno tacy przestali Weadrunsa słuchać, a bat nad sobą nadal lubią poczuć. A przecież ktoś zawsze odpowiada za czyjeś błędy i hedonistyczne niezrealizowane fantazje. Nie groźny On dla nas. Róbmy swoje…

— Nie, nie Wirgi, młody dobrze zna porteską mowę. Pomyśl, kto na usługach w porcie by się utrzymał, gdyby nie znał porteskiego? A ten miernota, jak nazwałeś dawnego ziomka Snorka, bodajże wczoraj spotkał się z Radą Portes. A wiesz niby gdzie? Nie zgadniesz… — Wryspin pochylił się nad stół i szepnął konfidencko. — Pod Wędrownymi Sokołami. — następnie wyszczerzył zębiska w gromkim śmiechu.

— No i masz, tego niby marzyciela i fantastę.

— Ciszej bądź… i tutaj od niedawna ściany mają uszy. — syknął Wirgiusz, wciąż zastanawiając się nad słowami Erazma.

— A co mi tam ściany mogą zrobić… Słuchajcie… — Wryspin ponownie przyjął agenturalną pozę. — I co ważne, łażą za nim nie tylko nasze czujki, ale i watażki z Irterii. Widzisz nawet Glendzi za nim węszą. Ponoć kiedyś w Irterii sprał im dupska na Bepore i od tego czasu chłopina nie może zaznać prawdziwej wolności. Krążą za nim niczym przekupki na targu, sprzedające jakieś nic nieznaczące statki. A wiesz, jak one szepczą podejrzanie, chowając się za woalki. Ponadto, są i Maeresii, którym pobyt nad deltą, tegoż zadumanego filozofa, także apetycznie nie w sosie. Mówią, nigdy nie wiadomo, jakie ziarenka posadzi gdzieś pod przyszły las. A więc dzień i nocą obserwują go przez lupę i uzbrojone szkiełka. A wiecie, że kazał w Maeresii nazywać się Lestek? Niezłe ziółko, gdyż Golondzi znają go pod innym imieniem. Odwraca kota ogonem i udaje szpaka. A Ty… — powrócił do poprzedniego wątku. — Słuchaj uważnie… — zbliżył się do przestraszonego gońca — … grzecznie przekażesz nam treść spotkania i jesteś wolny. A tutaj jest przyszykowana nagroda. — potrząsnął przed twarzą młodzieńca mieszkiem pełnym getonów.

— Złociutkie oraz srebrne, które ponoć lubisz bardzo…

W końcu Goniec widząc nieustępliwość Brodacza, z zamysłem wybrnięcia z niedogodnej sytuacji. Chcąc nie chcąc, a zachęcony dźwiękiem bilonu, powoli zaczął przypominać sobie strzępy prowadzonego dialogu.

— Mieszały mi się słowa ledwo słyszalne. Mówiłem przecie, był szum, fale ostro biły w obijacze. Zrozumiałem, tak mi się wydaję, jakieś nazwy, aczkolwiek mogę się mylić. Cytowano głównie rzeki. Ten chudy prawił, że Bepore jest spoiwem Irterii, stworzyła deltę Maeresii. Jest zacną opiekunką irterskich ziem i nie pozwoli, aby ktoś próbował ten stan podważyć i targnąć się na tą świętość. A i jeszcze jedno, to spamiętałem dobrze. Podkreślił, … istnieje braterstwo, które za żadne skarby nie wolno szargać. Dalej to ja się jeno przyglądałem. Tyle spamiętałem… — młody Gonic podrapał się po głowie — … chyba tak to było…

— Mów dalej, — nieustępliwy Wryspin od razu wyperswadował nakaz. Teraz prawie już na wpół stojąc. Pochylił się i oparł o stół, także górował nad wszystkimi, wzbudzając należny postrach. Oprócz Wirgiusza, Wryspina, gońca portowego, stół zasiadywało jeszcze dwóch morszczaków. Wcześnie raczej skupieni na własnej rozmowie, popijaniu miodu i pykaniu fajki. Niechętnie brali udział w spytkach młodego gońca. Słuchali, niekiedy kiwnęli głową w aprobacie lub względnie negowano. Na obecne wzburzenie, odstawiono napitki i zaciekawieni obrotem spraw, sięgnęli po drewniane, marynarskie fajki. Prym dalej prowadził barczysty brodacz Wryspin.

— No i.… wtedy…, gdy przestał mówić o Bepore… — młody goniec spojrzał błagalnym spojrzeniem na Wirgiusza. Próbując wykazać, że nie za dużo zrozumiał, jednak bliskość Wryspina, urwała tą widać ostatnią nić ratunku. Mieszek z getonami zachęcająco kusił leżąc na stole. — Nagabywano, tego irterczyka, o jakiś Puch Modare oraz o Krainę Ptaram, która próbuje znaleźć pomoc w Irterii?

— Mów, mów! — zachęcał Wryspin.

— Daj mu powiedzieć. I uspokój się. Usiądź siedzeniem na ławę, gdyż wzbudzasz swą, powiedziałbym dość niespotykaną postawą, zdziwienie na sali. — następnie łagodnie zwrócił się do gońca portowego.

— Mów chłopcze… to może mieć nawet sens.

— Następnie… — zachęcony przez Wirgiusza, goniec brnął dalej w swym pamiętliwym i zwodnym kluczeniu. Podrapał się po skroni, zamruczał pod nosem. — … chyba był z nimi jakiś Ptaram. Wtedy kompletnie nic nie rozumiałem, ale wtedy ten chudy zaczął objaśniać morszczakom słowa tego Ptarama na maereski i porteski. A z nim mówił wyłącznie w irterskim. Pewnie ortońskiego nie znał…

— Do sedna… O czym rozprawiali?

— Fale niemiłosiernie dudniły, łańcuchy zgrzytały, zbliżał się przypływ. No i … — goniec portowy z dwa razy poprawił się na ławie, spojrzał na salę szynku, — … no i jakby potwierdził zapatrywanie Ptarama w sprawie rzek. Że tam za dużo, a w drugim za mało… niby, że na Ortonie może być za mało, a Modare stoi w wodzie. Napomknął też coś o Glendii. No i wtedy wstał Ptaram i wcisnął w rękę temu z grodu, jakiś zwój pergaminów. Wstał, pożegnał się i odszedł. Tyle…

— Co to znaczy? Tylko tyle? Przecież od grodziana nieustannie gadamy, że nad Modare lasy pozalewało. — burknął znów Wryspin. — Żadna nowina, cwana portesko rybo.

— Dobra… — wtrącił się kapitan Wirgiusz. — A tamci, gdzie poszli?

— Rozpierzchli… — zerknął na Wirgiusza i mieszek. — Mogę?

— Moment, hola! — Wryspin położył łapę na mieszku z getonsami. — Gdybyś się postarał więcej wydobyć z tej kapuścianej bani, dostał byś więcej. Wydobył z kieszeni niewielki miedziak i rzucił na stół.

— Weź i zmykaj… Jesteś wolny. — Wirgiusz machnął ręką. — Jak Cię zwą, abym Cię mógł odnaleźć?

— Nekop, zwą mnie Nekop mości kapitanie.

Portowy goniec zabrawszy miedziaka, rzucił siedzącym u stołu pożegnalny grymas i czmychnął w stronę wyjściowych drzwi.


Skwar nagromadzony podczas dnia, stopniowo rozpraszał się w wieczornej bryzie. Oczekiwano nad deltą Bepore na rześki, koncentrujący chłód. Ten upozorowany niekiedy spokój, który w założeniu powinien nagrodzić dzienną aktywność oraz napotkane przeciwności losu. Uporządkować myśli i przywołać świadomość z nieświadomości. Zwykłe odpowiedzi w ciągu dnia, zobojętniałe mijały się z powszednią biernością. A napuszona w słońcu słowna gloryfikacja, domagała się lakonicznych i jałowych potwierdzeń. Zapisane chwilą, momentem, w zwiewną ulotność pamięci. Pora wieczorna zgodnie z biologicznym cyklem, upominała się o odpoczynek. Niknął zgiełk od dróg, ucichł harmider dobiegający znad nabrzeża. Zgiełk utęskniony, skrzętnie zaplanowany, a wynikający z potrzeby życia i obowiązków. Powietrze drzemało słono dawkując od brzegu, posmak jodu odległych sztormów. Jakże to inny taniec aury, wolniejszy, leniwszy, zwiastujący przeróżną puentę dnia, od pory spod zenitu słońca. Choć i wówczas gęste opary próbują spowalniać tykające metrum, wyganiając w cień na sjestę.

Strona zachodnia dopiero zaczynała rezonować różowo — pomarańczowe faliste smużki. Daleko było jeszcze, aby mogły stłamsić horyzontalne błękity dnia, ale powoli powiększał się bezkres, uchodzący hen za porteskie wybrzeże na odległe morze. Należało cierpliwie zaczekać, nim zapełniona amfora dziennym wglądem w naturę, rozleje się po nieboskłonie. Widok kwiatów, drzew, łąk i szmaragdowo — szafirowych wód, znajdzie w końcu opóźnione odbicie w zwierciadle. Amfora kryła i skaliste kolory granitów, gamę barw piaszczystych wydm. Nie zabrakło z goła i bezbarwnych kryształów, śnieżnych stoków, mieniące się teraz na palecie Artysty setkami iskier i tysiącami promieni. Wolno sunęły towarzysząc, ociężałe deszczowo rzęsiste chmurne warkocze. Spektakl natury przed zbliżającą się nocą, fundowany za odrobinę przestoju. Spojrzenia w niebo, gdzie słońce powraca do łoża. A może do kołyski? Aby wczesnym rankiem znów się obudzić. A może się urodzić? A Człowiek? Podzielony wyborami w obecności, potwierdza swój cząstkowy udział w tymże codziennym acz nietuzinkowym widoku. Wracano do domostw, nawoływano kogoś z oddali. Ostali się gdzieś jacyś maruderzy dnia, a inni dopiero co zamierzali opuścić domostwo. Na spacer, w gości, nad morze? Odnaleźć może i własną nieznaną cząstkę? Naturę lub może drugiego człeka? Minął dzień, lecz noc poniekąd odległa i ciemna, wydawała się bezpieczna.


Roztrzęsiony Nekop opuściwszy karczmę, skierował się głównym traktem w stronę Dolnego Portu. Noc była na wyciągniecie dłoni. Musnął w biegu ludzi śpieszących się … gdzieś. Trącił wolno podążających za kolejną wieczorną porcją szczęścia. Miedziak w kieszeni palił niemiłosiernie złością. — Drań! Ale nie dowiedział się wszystkiego… — pomyślał mimochodem. — Ciekawe, może i mnie spotka kiedyś wyjątkowa pozorna beztroskość na obiecanki i dyspozycje? I wówczas… Ach, aby tylko spontanicznie patrzeć w przyszłość, wyzbywając się nadmiernej, wśród innych, obecności.

Zadumę wymiótł górujący na baszcie zegar, patrzący z pozycji cyferblatu z srogą bezwzględnością satrapy. Wskazując kierunki myślom i czynom. — Gdzież tak pędzisz zegarze? Aj, pewnie znów i mnie czeka gonitwa w porcie? Podbiegał, prędko maszerował. Jakże nie cierpiał pełniącego pod nieobecność kapitana portu, wszechwiedzącego oficera nocnej zmiany. Wszędobylski, wścibski, grubiański skrupulant, na domiar miękki jak klucha, który nie mógł odpuścić choć jeden grodzian. Dzisiaj Nekop pełnił służbę portowego gońca po północ, niemniej czuł, jakby szedł na tydzień katorgi. Skrótem poprzez okalający park, wbiegł na aleję prowadzącą do portu. Wtem, gdy spostrzegł wejściową bramę, poczuł ostry ból głowy i ogarniające ciepło. Tracił świadomość słaniając się na trawnik spostrzegł na dłoni krew. Zapadł w głęboki sen.


Po spotkaniu z Kestelem i zawiłej rozmowie, pełnej symboli, niedopowiedzeń i tajemnic, Mestk nie przespał całą noc. Kłębiły się w myślach przeróżne podejrzenia, dywagacje, osądy. Za wszelką cenę nie zamierzał opiniować, lecz zwątpił w słuszność podjętych decyzji w Registre.

— Bzdura, kompletna bzdura, przecież on postradał zmysły. Zakpił ze mnie w biały dzień. Przecież to nie może być ten legendarny Stor Storów. Golond któremu kłaniała się cała Irteria, Orton oraz Steria. Ten, który poznał szlaki Bradorsl, Fremot z tajemnicą Bildalu i Pums. Któremu udało się poskromić po raz któryś złowrogie apetyty Glendii. A i w Registre wciąż pozostawała po nim pamięć, kiedy w buncie miłosnym opuścił własną krainę. Zaledwie parę sezonów, a wspominają go jakby przed kwadrą opuścił ich ziemie. Następca Lostora… nie, to nie może być prawdą. Zapewne poniosło Uknę… Targany wątpliwościami, podszeptom Kolców, czuł jakby wszelkie moce Niegna z rozliczną rzeszą wulkanów, fonil na niebie, stanęły raptem naprzeciw. Szyderczo drwiąc wobec wielkiej nieskoordynowanej masie, odwracały się ku wcześniej zaplanowanemu celowi. A był nim na odwrót wolny, nieświadomy pojedynczy głos, chcący tylko najlepiej jak mógł, zrealizować własną życiową misję. Zimno, ciepło, dreszcze i poty, na przemian przenikały znękane, zmaltretowane psychicznie ciało Mestka. Ból i podnieta, stłumiony krzyk i wrzeszcząca cisza. Wstał z koi, poszedł do messy, aby zaczerpnąć zimnej wody. — Trzeba mi orzeźwienia, jasności umysłu. Odrzucić, przeciąć wlokące się za mną nieprzyjazne ogony Kolców. Siły Senoksa, Bonca i licho wie kogo jeszcze. I dlaczego dzisiejsza noc tak się dłuży? Prześwitujący i świdrujący poprzez czarne cumulusy Niegn, od grodziana ani drgnął. Wokoło niego wirowały złowrogo ciemne smugi. Tak jakby samotnej czarnej nocy nie starczało i zaprosiła do mrocznego korowodu coraz gęstsze czernie. Ukryła tym sposobem podstępnie, dotąd widoczne, przyjazne fonile.

W kajucie woda spływała z ścian strugami. Mestk wpatrywał się bezmyślnie w bulaj, przydający odrobinę światła. Przeistaczał się w ruchomy obraz, za którym odgrywał się wrogi spektakl. — A jeśli się jemu tylko mani, że jest Kestelem? Jeśli to uzurpator depczący, tutaj w Maeresii, wszelkie okruchy pielęgnowanej prawdziwości? Prawdę mogąca zdemaskować istotę przybycia, ale i sens co niektórych, odgórnych decyzji i działań? Cóż by to musiała być za prawda? I jakaż chorobliwa determinacja? Czyżby tylko odgrywająca się na płaszczyźnie zmysłowo — materialnej? Nie, nie możliwe. Kazał mi doszukiwać się palety barw wśród zaułów grodu. Stracony czas. Nie, po cóż kazano mi tutaj przypłynąć? Całkowity marazm, nawet nikt się specjalnie łodzią nie zainteresował. Przechadzają się, patrzą, szepczą. A jednak muszę się z nim spotkać, nikogo innego tutaj nie znam. Tylko cóż to za pora, kiedy żółty płomień przechodzi w przyćmioną czerwoną głębie. Przesiedzę cały dzień naprzeciw maronsby. Ach Irterzy, Golondzi. No tak, przecież staruszka, przewodniczka mawiała, że z nimi trudno konwersować. A jeśli miała rację? Stracę kolejny czas. Obrać kurs powrotny? O nie… Ktoś się miał pojawić. Jakaś Rada… A może właśnie to On?

Wczesny ranek także nie odnalazł zadawalającej odpowiedzi: Gdy żółte słońce przechodzi w delikatną czerwień. Świtające słońce ukazując pierwszy promienisty rąbek, okazało się nadzwyczaj żółto świetliste. Niemal jak kaczeńce w pełnej krasie i głębi rozkwitu. Pogoda zapowiadała się bezchmurna i upalna. — Pewnie rozchodzi o porę po popołudniowej sjesty. Lecz gdzież upatrywać czerwienne przesycenie, kiedy dalece jest od wielobarwnego nasycenia pory wieczornej.

Długa, niekończąca się noc, ranne analizy powtarzanych słów Kestela, całkowicie skołowała Mestka. Domniemane dwuznaczne przypuszczenia, wertowane wewnątrz gramatycznych głębi i retorycznych pytań. Sięganie w pamięć, aby zrekonstruować i odtworzyć niezliczoną ilość atmosferycznych obrazów. A na dokładkę lub deser, rozbiór na części pierwsze skomplikowaną osobowość Kestela. Z tak niejasną formą powitalnego prologu. — Jawi się jemu swoista rzeczywistość czy podjął marną, intrygancką pozę. Nasłuchał się gdzieś mędrców pod murami ganest a teraz celebruje fantazyjne barwne opisy. Ale wszak wędrowiec, podróżnik, Stor Storów…

Przed południem Mestk zmęczony, opuścił cumującą u nabrzeża fupienghe. Zszedł na ląd, aby doświadczyć naturalnej zieleni. Odetchnąć i dać się otoczyć kojącą dalą. Pozostawił zmiętoloną nocą kajutę, zamyślony kasztel, messę w nieodgadniętym źródle odpowiedzi. Załogę, konserwującą takielunek i kluzę. Baszta portowa z nowo zainstalowanym chronometrem, wskazywała dwunasty grodzian. Z uczuciem wyzwolenia od kołyszącej się łodzi, błyskawicznie skierował się w stronę maronsby Kestela. Zwany w Maeresii Lestkem. Wielką ulgę sprawiły boczne uliczki, gęsto obsadzone w drzewa. Upragniony cień wobec wzmożonej obserwacji nieba, wzbudził ponownie nadzieję. Powracały dawne założenia, młodzieńcze przysięgi składane w Registre. Udzielane rady, wskazówki, otrzymane od nauczających i przygotowujących na wyprawę. Przystanął na skraju alei kasztanowej, przyglądał się młodej niastce dokarmiającej dzikie ptactwo. I u nas identycznie krakają i gruchają. I słońce niezmiennie to samo, wiatr, szum morza. Deszcz podobny posiada smak, owady miło brzęczą, a ludzie… także niosą własne szczęścia i kłopoty. A Kestel jakby z innego świata. Owiany tajemnicą, snujący się we współczesnych dziejach, niczym postać na wskroś mityczna.

Idąc ku celu Mestk w końcu zapomniał kontrolować kontrast nieba. Mijał w pośpiechu zatopione w gąszczu zieleni drzew- kamienice. Ogrody, mini-parki, bramy i targowo — usługowe place, usytuowane w pomniejszych dzielnicach. Wszystko ciekawiło, nęciło, aby choć na moment zajrzeć gdzieś za którąś z bram. On, jak wszech mawiano, urodzony z duszą poznawczą, gdzie paradoksalnie empiryzm przesiąknięty był duchem przeszłego czasu. Teraz nagle wedle wszystkiemu — nie oglądając się na nikogo — mknął. Napędzany odległymi słowami, przywołane chyłkiem, niepostrzeżenie. Podobnie jak się stoi za sterem na pełnym morzu nie zastanawiasz się, na którą stronę położyć burtę, gdy należy sprecyzować cel. A mieszkańcy tejże północnej części grodu, jakby nigdy nic, zaprzęgnięci byli w swym codziennym kieracie życia. Wykonywano rutynowo czynności, rozmawiano o pogodzie i świeżych produktach na targu. Jakiś starszy rybak przed gankiem rozplatał sieci, praczka śpiewała wesołą i skoczną piosnkę. Jak to niewiasty, lubią śpiewać wiedząc, że ktoś się im przysłuchuje. Wydawał się zaledwie barwnym tłem. Nic nieznaczącą plamką, niknącą za kolejnym zaułem dumnych murów i kamieni. Pośród setek myśli i trywialnego bycia. Był dygresją wokoło toczącej się rzeczywistości a jednocześnie spoiwem względem jakiegoś zadania. Żółte trzy słońca, błękit nieba, zieleń natury, szarosiwe cienie i … bordowo czerwienne tło. Odpowiednia pora? Od kwadry rynkowej, czworokątnego dziedzińca, gród w na dobre żył pełnią dnia. Pootwierane kramy, warsztaty, zakłady usługowe, gospody, podzielało bez sprzeciwu określone tempo. W zaułkach większych bram słychać był podwórkowy gwar bawiących się dzieci. Na ciężkich, żelaznych ławach pod oliwnymi lampami, krasną dachówką, zasiadała starszyzna. Spragniona wglądu na beztroskie życie. Na dzieci biegające wraz z obręczą od kołodzieja i gołębie na chodniku. Spragnione były i źrebięcia, konie pociągowe. Łapczywie piły wodę z kamiennego wodopoju. Fontanny? Starsze podwórza niczym wiekowy kalejdoskop, pielęgnowały co wcześniejsze, jednocześnie ciesząc się z nowej weny mieszkańców. Tylko z pozoru przypominały stare opuszczone basztowe wirydarze. Ciężki kamienny balast i delikatnie ujmująca mury żywa przyroda. Zresztą Maeresii hołdowało kontrastom. Ot choćby Górny wobec Dolnego. Diametralna odmienność a jednak ścisła symbioza. W Dolnym szkutnicze doki, rzemieślnicze usługi, kupcy, w Górnym ogromne wytwórcze manufaktury. Hale produkcyjne wytwarzające wszystkie półprodukty do dalszej obróbki oraz montażu. Potężne koła wyzwalające niebotyczną moc i energię. W Dolnym najważniejszy był port, doki szkutnicze oraz handel.

— Stąd już nie daleko… O tak, jestem blisko… — kapitan Registrów wolno podążał na spotkanie. Nie wiedział, jest za wcześnie, późno… a może Kestel po prostu z Niego zadrwił. A tyle ważnych spraw dopominały się o dialog.

Tykający na wieżyczce maronsby chronometr, wskazywał pół grodziana do drugiej. Zerknął na niebo. W koronie drzew słońce migotało promieniście żółtą poświatą. Od maronsby Kestela dzielił kwadrans. — I dzielnicę wybrał szczególną. Odmienny styl maronsb, osnuta starodrzewem, cichsza i tajemnicza. W końcu wyłoniła się dwu etażowa moransba Stora. Opatrzona w kamienny cokół, zamieszkany przez soczysty mech i bluszcz. Frontowa drewniana ściana także malowniczo zmurszała, gdzieniegdzie na dachówkach rosły kępki traw. Od strony wschodniej ścianę pokrywała w całości winorośl, także z ledwością można było ujrzeć dwa okienka. Odróżniały się przednie szerokie drzwi oraz okna opatrzona okiennicami. Zaimpregnowane żywicą, lśniły w słońcu skrajnie ciemnym brązem. Płot drewniany otoczony żywopłotem, z skrzypiącą bramką kołyszącą się przy większym zefirze od morza. Dróżki na posesji wyścielone drobnicą kamienną. Drzewostan parko-ogrodu współmierny z otoczeniem, lecz daleki standardowej estetyki grodziska. Roślinność leśna, aklimatyzowany z trudno dostępnych rozłogów i ruczajów. Wreszcie altanka wkomponowana pomiędzy krzewy i drzewa.

Mestk wszedłszy za ogrodzenie skierował się wprost ku altance. Usiadł za dębowym stołem, oparł się wygodnie oczekując na gospodarza. — Jakież to miejsce wyściela Ketelowi widoki?

W powietrzu czuło się słony zapach Portes, a delikatny z oddali powiew, przypominał poszum fal. Z odrobiną wyobraźni przywoływało się i szeleszczące sitowie, przerywane co rusz przez śpiewny żywot ptactwa. Tyle że w momencie przybycia Mestka do Kestela, w niedalekiej oddali pracownicy grodzcy reperowali pokiereszowany bruk. Hałas, turkot maszyny, przepłoszył nie tylko trelujące ptaki, ale i słoneczne refleksje. Niemniej wszystko się zgadzało, maronsba Stora z Plendar, znajdowała się na wysokości portu, tyleż, iż około półtora grodziana na północ od nabrzeża. A zatem wystarczyło przejść trzy mosty i wejść w zupełne inne środowisko. Ba, nawet można by się pokusić o odmienną rzeczywistość. Oryginalność spoza czasu, gdzie nikt specjalnie o nic się nie kwapił, aby nadążać za narzucanym trendom i zmianom. A chronometr pewnie nie raz się dąsał, iż wedle tutejszych mieszkańców sunąć musiał wskazówki wolniej. Kapitan Registrów wyciągnął wygodnie nogi, oparł ręce o oparcie ławki. Słońce wtórując czasowi, leniwie zaczęło opuszczać zenitalny pułap, zdążając na południowe bezkresy Krain Sitocin. Przymknął na moment powieki, roztaczał widoki pełnego morza. Ot, niby oparty na pokładzie o reling lub pełniąc wachtę na mostku kapitańskim, wpatrywał się w stada kołujących ptaków. Wysuszone żagle łopotały sprzyjająco letnim halsem w takt skrzypiących wręgów i masztów. Wynurzałyby się i ciekawskie stworzenia morskie, potwory, niemo nawiązywać kontakt z wszechobecnym ptactwem. Zazdrościły skrzydeł? A może ptaki rozpytywały o głębię morza? Skądinąd, skrzyło szczęśliwą chwilą. Tutaj odgłos stale turkoczących maszyn w porcie, zgrzytających stalą łańcuchów, piszczałek i syren — był nieznany. Ot… ocknął się Mestk, tylko dwaj zapracowani brukarze na kamiennej szosie. Powrócił na deskę imaginowanego w wyobraźni pokładu. Teraz stojąc na rufie, żegnał wijące się za statkiem fale na wodzie. Było parno, gorąco i słonecznie, a jednak miło i rześko, niemal błogo. Wtem jakby niebo się zachmurzyło, ptaki uleciały a spłoszone ryby zanurkowały w otchłań wodnej głębiny. Otwarł oczy i ujrzał Kestela.

— Urokliwe zacisze… — Stor dosiadł się do Registra. — … potrafi zaopiekować się skarbnicą myśli. Kiedyś przyjaciel Snork, dawny latarnik na Stykówce, posiadał niebywałe widoki. A tutaj… no cóż, tylko natura.

— Skorzystałem z zaproszenia, zacny Storze. Chociaż dużo mnie kosztowało, aby sprecyzować porę dnia, Jestem młody, niedoświadczony, ale w Registre powiadają, Wy Golondzi poprzez poetykę lubicie patrzeć na świat oraz otaczać się tajemniczą mgiełką niedomówień. Tyś jest z Plendar, Stor Golond…, a więc…

— Mów mi Kestel, tak będzie prościej. A porę wybrałeś stosowną. Widzisz, gdyż to jest tak… sam wybierasz i decydujesz, za którą barwą opowiadasz się względem czasu. Rzecz umowna i wielce ulotna. W ciągłym ruchu i zmianie…

— Postawa?

— Raczej intuicja młody Registrze, ale przejdźmy do meritum wizyty. Ponoć spiesznie Wam w porcie? — Mestk uśmiechnął się, spojrzał na maronsbę Kestela.

— Nam? Raczej Radzie Portes, od Registre staliśmy na fali pod wiatr, a teraz, tutaj… kompletna flauta. I zero słychu od nich…

— Dobrze się składa, że Was wybrano… poznałem co nieco Twoją Krainę i.… parę osób.

— A tak, prawda to… — ponownie na twarzy Mestka zawitał szczery uśmiech. — … i nawet mam dla Ciebie prezent od kogoś, kto wciąż pamięta Ciebie.

— Prezent? — zaskoczony Kestel prawie poderwał się z miejsca. — Znasz zwyczaj Kolomestów?

— Nie o Kolomesty, rozchodzi, chodź ciekawe święto w Plendar. Pewna Registrka poprosiła mnie abym przekazał. — Mestk odpiął koszulę, ukazała się skórzana sakiewka. Wyciągnął atłasową chusteczkę ozdobioną w narożnikach czterolistnym kwiatem. Na środku widniały wyhaftowane inicjały. — Podarek z Registre.

— Piękne, wspaniałe, — spontanicznie, lecz i poddenerwowany wyrzekł Kestel. — Prawdziwe arcydzieło. Dziękuję. Przeczytał na głos dwie litery.

— Zwą ją Ukna, chociaż woli, jak mówią na nią Nekta.

— Nekta, powiadasz… — zamilkł, pokręcił z niedowierzaniem głową. — … powiadasz, że znasz Nektę?

— Znam nader dobrze, to moja matka.

Stor wstał z ławki, wszedł do ogrodu. Następnie widocznie poruszony, zaczął palcami oczyszczać listek z pyłku kwiatostanu. Mestk stanął u boku.

— Wiem, że ją znałeś, wspominała o Tobie. Jeśli jesteś tym prawdziwym Kestelem? Z wyraźną czułością przywoływała Waszą przyjaźń. Ale nie jest tak jak myślisz Storze. — Mestk położył dłoń na ramię Stora.

— Matka poznała później morszczaka Registra, siedem sezonów po Twoim wyjeździe. Jam jest synem owego wybrańca… niemniej dużo o Tobie, Krainie Plendar oraz Irterii opowiadała. O Kolomestach także…

Uśmiechnął się Mestk, natomiast Kestel zasępiony, a nawet lekko gniewnie patrzał na drugą stronę ogrodu. Przeczesał parokrotnie włosy niedowierzając. Spotkanie dotyczyć miało ważkich spraw, lecz rozmowa nieoczekiwanie obrała intymny cel. Nagle złagodniał…

— Mów przyjacielu, co u Niej? Minęło tyle lat, nigdy bym nie przypuszczał, że ktoś na drugim brzegu Portes, jeszcze pamięta o wizycie.

— Dowiedziałem się od matki i widzę, że za wiele się nie zmieniłeś, mości Kestelu. Wciąż dusza obieżyświata. Niezłomny oportunista w walce o szlachetne idee i prawdę. — rozzuchwalony milczeniem Stora, Mestk, spontanicznie kontynuował. — A co u niej? Jest i była szczęśliwa, chociaż sentymentalna i nieraz wspomina Ciebie. Ale Storze… — spojrzał poważnie na Kestela. — Prawdą jest to, że niezmiernie mi pilnie. W porcie kręcą się szumowiny, obserwują z nabrzeża, a Rada zaledwie przyjęła do wiadomości nasze przybycie.

— Zagrożenie? Sprawdzają Was… Kto poznał treść Waszej misji? Skąd ten pośpiech? — Kestel otrząsnąwszy się z wspomnień, przeszedł parę kroków, po czym usiadł ponownie na ławce. — Mów jaśniej.

— Sprawdzają! Ileż można testować? Od fali do fali, inne osoby wokoło i od nowa? Zawezwano nas do Maeresii na wyraźne polecenie Rady Portes. A od trzech Niegnów czekamy. Trudno stwierdzić jakie kryteria brano pod uwagę, choć mogę się domyślać. Od klindtki wprowadzano mnie w kulturę Irterii i Maeresii.

— I nieźle operujesz w irterskim…

— Dzięki Nieknie… — odczekawszy moment, machnął dłonią, jakby chcąc coś dopowiedzieć. Zwrócił się ku Kestelowi mając znów rozpalone emocjami źrenice. — Nie znam treść poselstwa, acz zapewniano o prędkim spotkaniu, aby uściślić i wyłuszczyć zadanie. Mowa była o gospodzie „Wędrowne Sokoły”. Nic więcej nie wiem. Czekam… a trzeci Niegn dobiera.

— Tak słyszałem… Powiadasz „Wędrowne Sokoły”, jesteś pewny miejsca spotkania? Nietypowe dla Rady Portes. Powiedziałbym nawet kontrowersyjne, ale i … obrane w ciekawy kamuflaż. Odbywają się tam wprawdzie różnego rodzaju rauty morszczaków z delegatami od rad. Ciekawe?!? Ściągnęli Was aż z Registre? Problemów jest bez liku u nas, ale po cóż wplatać w to Registrów. Czemóż wcześniej mnie nie szukałeś?

— Przypadkowo dowiedziałem się, że możesz przebywać w Maeresii od Samtansarów cumujących w naszym porcie nad deltą rzeki Likm. Rejsowałem wtedy już ku Maeresii. Wcześniej mi przekazano, że przebywasz w Plendar. W Dolinie Slama grodzie Kelt. Ukna usilnie nalegała, aby w razie kłopotów w Irterii, kontaktować się z Tobą.

— I dobrze żeś uczynił… Bądź co bądź trzeba przyznać, stałem się popularny. — uśmiechnął się zabawnie Kestel. Z niewielkiego ogródka wieści oplotły Morze Portes. Niemal jak wytrawny Snork na Stykówce. Powiadasz… „Wędrowne Sokoły”, niechże pomyślę. Któż ostatnio bywał w piwniczce na prelekcji?

— Niewątpliwie, wskazano Wędrowne Sokoły, nie ma mowy o pomyłce. Był posłaniec od rad, spotkawszy się z nami w porcie, wskazał na nadmienione lokum. Nakazał czekać. Nawet w tymże oczekiwaniu, odnalazłem kamienicę taberny. Południowy wschód od portu, jakieś dwa gongi.

— Dobrze, dobrze… bywam niekiedy w starej sokolej baszcie. Wspaniała sala z sceną na prelekcje naukowe. Powiadasz… Rada Portes… — powtarzał Kestel.- I czekacie na wiadomość od nich?

Źrenice Stora zaiskrzyły młodzieńczą energią. W jednym momencie odmłodniał o jakieś dwie dekady. Przypominał Stora z czasów, kiedy wraz z Gosderem Barminem zdobywano Puszcze Bradorsl, Jaskinie Pums, Wzgórza Fremot z tajemniczą Bildalą. Przeczesał włosy, przełożył nogę na nogę.

— Słuchaj przyjacielu! Mówię, dobrze żeś zrobił, żeś posłuchał Niekty. Skądinąd jestem zaskoczony i mile wzruszony. Cała sprawa jest nader arcyciekawa, przede wszystkim fakt, że powołano właśnie Ciebie. Słyszę, nieźle posługujesz się i mową maereską.

— O tak, — wtrącił Mestk. — Jak wspomniałem, od najmłodszych lat zapoznawałem się z kulturę Irterii. Niekta starała się przekazać mi całą swoją wiedzę. Gościliśmy także mnóstwo morszczaków z Irterii oraz Maeresii.

— No tak… — Kestel pokiwał głową. — Ilu zna dzieje Niekty związane ze mną?

— Prawdę mówiąc zaledwie najbliżsi, paru morszczaków wspomniało kiedyś o Tobie.

— A więc należy znaleźć powód Waszego przybycia… — Kestel po raz któryś przeczesał włosy. — Znam też kilka osób w Radzie, powinni znać jakieś szczegóły. Chociaż może być trudno, gdyż zadanie widocznie jest ściśle tajne. Podpytam. Odwiedzę niektórych… A Ty… — spojrzał przyjacielsko na Mestka… — … wracaj na łódź, jakby nic się nie wydarzyło. Czekaj cierpliwie na wiadomość od Rady, akceptuj nadesłane warunki. Lecz od razu powiadom mnie poprzez osobę zaufaną i rezolutną. O barwę dnia niech się nie martwi… — żartobliwie wtrącił Stor. — Wiadomość niech pozostawi w przyportowej karczmie. Zwie się „U Erazma”: I niech przekażę wiadomość tylko Erazmowi. Pozna karczmarza błyskawicznie, starszy jegomość, chociaż z niejednym morszczukiem dałby sobie radę. Obsługuje przeważnie gości za szynkiem. Zrozumiałeś?

— Tak się składa, że znam to miejsce…

— Idealnie… — Na Kestela twarzy zawitał dawny serdeczny i łagodny uśmiech. — … a o Niekcie, porozmawiamy, kiedy indziej. Niczego się nie obawiaj! Zdaję się, iż znam powód, dlaczego akurat Ciebie wybrano. Sprytne, ale i zarazem mądre.

Nieoczekiwanie Kestel nagle wstał, podał rękę zdumionemu obrotem spraw Mestkowi.

— Pora działać. Wracaj i cierpliwie zaczekaj na kolejny krok Rady. Obserwują Was, aby nabrać pewności, należy być czujnym. A szumowina skłonna łatwych zysków, czai się wszędzie.


Zgodnie z zaleceniem Stora, Mestk nie podejmował żadnych działań na własną rękę. Zresztą sytuacja na desce także wymykała się spod kontroli kapitana i oficerów. Załogę zaciągnięto chyłkiem w niewielkich peaglach portowych między Registre a Samtansarem. W Samtansar panował akurat sztil żeglarski, tak że niemal z cudem udało się namówić parunastu śmiałków. Rejs zaplanowano na cykl Niegna. Wówczas zgodnie z umową miano stanąć w przygranicznym porcie przy ujściu rzeki Likm. Wynagrodzenie opatrzono także klauzurą, albowiem połowę otrzymano po zaciągnięciu kotwicy, pozostałość z obiecaną premią wraz z końcowym zluzowaniem kluzy. Początkowo Mestk z grupą podkomendnych oficerów nie narzekał na dyscyplinę oraz kunszt rzemiosła, problemy rozpoczęły się w Maeresii wraz z rozpoczęciem się drugiej fazy Niegna. Nieustanne szemrania, nieprzyzwoite epitety, pojawiająca się niesubordynacja względem poleceń.

Powrót Mestka od Kestela tudzież obfitował w niecenzuralne, podług kapitana łodzi, powitalne formułki. Od Kestela otrzymał wsparcie, ale cóż oznacza… — Bądź czujny? — Mestka powoli ogarniała wściekłość. — Dobra rada, z pozycji sielankowej altanki. Już trzech Niegnów zamieniło mi kajutę w celę, łomocząc na pokładzie pod pretekstem konserwacji urządzeń. Na Bonca… Oby mi nie przyszło konfrontować się z czwartym Niegnem. I to swoi pod własną komendą, a tyleż obiecanek i cacanek w peaglach portowych. Czy żałuję mi strawy i wygód? Siedzą i gawędzą całe dnie. Ciekawe, co mnie jeszcze czeka? Przecież jakby mnie, nas w ogóle nie było w porcie…

Najemne morszczaki tym razem wydawali się na zdecydowany radykalny afront. Zasiedli na skrzyniach z takielunkiem, między kasztelem a kluzą. Prowokująco kołysząc luźnym łańcuchem. Leniwie przeżuwali tytoń, niuchali tabakę. Przeciągnięci wyprawą morską, trzema Niegnami w porcie maereskim, wyglądali odrażająco. Kilkunastu brodaczy z rozwichrzoną czupryną, w połatanych łachmanach. Mestk wiedział, załoga kisła się z nudów i drakońskiej diety. Sporadyczne zejścia na ląd, trzech każdego dnia. Rzadka słona, upichcona na wędzonych solankach warzywna zupa, słusznie podsycała gniew. Nikt nikogo nie informował względem powrotu. Getonsy otrzymane podczas zaczęcia rejsu prysnęły już po pierwszym zejściu z trapu. Zwodnicze obietnice także zaprzestały działać na hardych bywalców morza. Kapitan Mestk był w kropce. Priorytetem było zadanie zlecone w Registre. Oprócz Mestka, prawdziwy cel przybycia do Maeresii znał zaledwie pierwszy oficer Jaro oraz druh sternik Mintosz. Wracając od Kestela, w oddali Mestk spostrzegł oczekującego Jaroa.

— Jedno szczęście, że jesteś… Kłopoty Mestk. — Jaro rozłożył ręce, kiwnął z dezaprobatą głową. — Skandują od rana, złorzecząc i szantażując. Chcą zejść z deski. Wybrać się do grodu z obiecaną wypłatą i premią…

— Słyszę to od Niegna! Wciąż to samo! Schlają się i wówczas dopiero nastaną prawdziwe kłopoty!

Mestk znużony dziennym kluczeniu po Maeresii, z wytchnieniem usiadł w kajucie na koję.

— Nic nie poradzę! Trzeba czekać! Przeprowadziłem dzisiaj arcyważną rozmowę, która przywróciła mi nadzieję. Jedyna, jak na razie, godna wiary osoba w Maeresii. Już On się wywiedzie, gdzie zamierzają mnie, może i nas wyekspediować.

— Albo wprowadzić na sztorm! — Jaro zniesmaczony ciągłą niejasnością, rzucił od niechcenia zdaniem.

— Byłeś u tego starca?

— Nie taki starzec! Raczej powiedziałbym mędrzec… — wybuchnął nieoczekiwanie Mestk. — Też mam tego dosyć! Rozumiesz! Ale trzeba zaczekać, a jak nie … pal licho, zapłacimy tym rzezimieszkom morskim i wracamy do Registre! Zanim rozpierzchną w Maeresii.

— I cóż On radził? — łagodniej odezwał się Jaro.

— To stary przyjaciel rodziny, matki. Znalazłem go, rzeczywiście On. Całe życie gniewałem się na Niego. Zostawił matkę, powrócił do Irterii, gdzie został mianowany na Stora Storów. Wiarygodny i znający prominentnych dygnitarzy w całej Irterii. Może pomóc… tak zapowiedział. Sam nie wiem…, ale stwierdził, że niedługo powiadomi nas… A gdyby odpowiedziała wcześniej Rada Portes, należy go od razu poinformować. — opanowawszy emocje umilkł na moment.

— Teraz wszystko rozumiem. Jest godny zaufania. To piechur, podróżnik, zaprawiony wyprawami, przeżyje całą tą krzykliwą zgraję na pokładzie. Jaro, gdzie mieliśmy wówczas oczy, okrętując taką hałastrę?

— Nieźle, pojawiło się światełko. Ale kończą się nam zapasy, a i z getonów tęgo ubyło.

— Niedługo się odezwie… daję słowo.

— Wyprzedzasz dziś samego siebie… Patrz, oto niespodzianka — Jaro wyciągnął z kamizelki zalakowaną kopertę. — Dostarczono po Twoim rannym zejściu z trapu. W jaki sposób chcesz…

Nie dokończył zdania, gdyż Mestk podniósłszy dłoń uciszył gestem Jaroa. Podszedł pod sekretarzyk, błyskawicznie przeciął sztyletem lak i stanął przy świetliku. Pismo okazało się krótką informacją, określającą miejsce i grodzian spotkania. Podpis był niewyraźny.

— I tak zwyczajnie, przyszedł i wręczył pismo? — Mestk podał Jaroowi kartkę, aby odczytał treść. — Przecież…

— Na pokładzie trzymaliśmy z Mintoszem straż. Na zmianę, aby przypadkiem nikomu nie przyszła ochota na samowolne zwiedzanie grodu. Wówczas przyszedł pracownik z kapitanatu portu, zapytał o Ciebie lub zastępcę. Wręczył kopertę… Nikt się niczego nie zorientował, ot urzędowa gościna i jakieś proceduralne dyrdymałki. Tak pewnie pomyślano.

Jaro odczytał pismo, spojrzał ironicznie na Mestka.

— Nieźle, lecz prawdę powiedziawszy to anonim. Gdzie personalia, jakaś pieczęć, adres piszącego. Ufasz im?

— Jest inne wyjście… — Mestk ściszył głos. — … teraz, gdy znalazłem Kestela, nabrałem większej odwagi. Czuję, że nie mogę wracać?

— Jedni już podjęli decyzję… Pamiętasz tego z Ortonu? Wiesz ten, gdy przemawiał to groził i wymachiwał kordzikiem. W południe zarzucił worek na plecy i zszedł na nabrzeże. Nawet się nie pożegnał, splunął tylko zjełczałą tabaką na burtę. Nie było mowy, aby go zatrzymać…

— Jeden kłopot mniej… — szepcząco odrzekł Mestk. — … od początku wydawał się podejrzany. Ale teraz najważniejsze. Słuchaj uważnie… Pozostały cztery grodziany, dużo, ale i też cholernie mało czasu. Trzeba powiadomić Kestela! Za daleko abyś udał się do maronsby. Trasa pokrętna, trafić trudno a i zgubić się łatwo. Mieszka na północnych obrzeżach, prawie na pograniczu z enklawą Górnego. Ale jest niedaleko karczma „U Erazma”. Tak… — Mestk potwierdził Jaroa reakcję. — … tak, byliśmy w niej zrazu po przybyciu. Pamiętasz, za szynkiem obsługiwał jegomość z długą siwą brodą i w słomianym kapeluszu. Gospodarz, zwie się Erazm. Udasz się do niego, powołasz się na Kestela i przekażesz treść pisma. On będzie wiedział co dalej czynić.

— Tylko tyle? I cóż zdziała? Raczej może przeszkodzić, gdy Rada dowie się o Twojej podwójnej grze.

— Przyjaciel Kestela, a tylko On na razie nam ostał… — Mestk rozwinął ponowie pismo. — Przeczytaj drugi raz!

— Pamiętam, schowaj pergamin. Ale wydaję mnie się, że za bardzo ufasz i przeceniasz znajomego Niekty sprzed lat. Zanim on zareaguje… tak, rozumiem… — przyjaciel Jaro, podniósł nieznacznie ręce na widok przygotowującego się Mestka do riposty. … po prostu Mestk patrzę trzeźwo na sytuację. Kim On właściwie jest? I co robi w Maeresii?

— Widzę, że wszystkim przestałeś ufać. Kto wie, może i tak łatwiej? Mniejsze rozczarowanie mniejszy ból. Ale nie ważne… Posłuchaj życzliwie starego przyjaciela. Powołałem Cię na rejs, gdyż beczkę płoci zjedliśmy razem, ucząc się żeglarskiego rzemiosła. Ale teraz to co innego… Ciebie nie zawezwano do Maeresii, aby się rozmówić względem czegoś lub kogoś. Finalnie, to na mnie spadnie cała odpowiedzialność oraz na mocy-władnych w Registre. Rada Portes chce uzyskać pewność, stąd tak długo trzymają nas w porcie. — Kapitan Registrów Mestk, uchwycił ramię pierwszego oficera Jaroa.

— Idź i przekaż bezpiecznie treść karczmarzowi Erazmowi. A… i jeszcze jedno, przekaż Mintoszowi, aby wraz z kuchmistrzem, wytoczył spory antał anyżówki oraz rozdał suszoną wołowinę. Niech żują i czekają! Dzisiejszy wieczór odpowie na szereg pytań. Z zaokrętowaniem nowej załogi się wstrzymajcie. Niepotrzebny wydatek, a i wyselekcjonować właściwych to istny koszmar. W dodatku, nowi wzięliby kolejną zapłatę w dwie strony, do Rergistre i na powrót. A kiesa się uszczupla…


Zastępca kapitana Jaro opuścił kajutę. Wchodząc z międzypokładu na pokład, nie był w pełni usatysfakcjonowany postawą kapitana. Targały nim wątpliwości, niejasne zdarzenia mające początek jeszcze w Registre. Młody, zbyt młody, a otrzymał nominacje na wyprawę. Posiadał niekwestionowaną orientację odnośnie Krain Irterii, znał kulturę, język, dialekty. Ale tyleż ominięto wytrawnych rzemieślników wody, a sposób i pospiech, aby wyprawić łódź do Maersii, wszystko to mocno zastanawiało. Pozbawiony jakiekolwiek argumentacji, jakkolwiek wierny i oddany kapitanowi, zniesmaczony sytuacją poszedł walczyć z najemną załogą. Sklecona tudzież zbyt pochopnie spośród szubrawców z ciemnego półświatka tabern przyportowych. Zwanych na drugim brzegu Morza Portes peaglami. Zagrażająca katastrofa, dopominała się o stu procentową lojalność względem zwierzchników na łodzi i przydzielonej funkcji. A tak… każdy rwał z sukna żaglowego, ile zdołał i był w stanie trywialnie unieść.

— Antał anyżówki, suszona wołowina? Kto wie, czy to wystarczy? — dywagował sam z sobą Jaro. — Mógł z nimi choć pogadać, wyłuszczyć co trzeba… — Postanowił dorzucić na dokładkę słodkie daktyle oraz mglistą obietnicę o jutrzejszych decyzjach kapitana, dotyczących dalszych planów.


Od momentu za inicjonowania przez Radę Portes wyprawy Mestka minęły trzy fazy Niegna. Wraz z przekazanym pismem nakazujące wstawić się w Wędrownych Sokołach, rozpoczęła się kolejna, czwarta faza księżycowej planety. Morze podczas rejsu okazało się w miarę łaskawe. Na pokładzie także panował względny spokój. Zbuchtowanym na łódź morszczakom, trafił się intratny kursik z młodym, żółtodziobem na mostku. Rejs miał trwać zaledwie Niegn, góra dwa. Także rozprawiano o rychłym powrocie, licząc getonsy przekładano wartość na ewentualne wydatki. Kapitanowi z wąskim gronem przyjaciół, pełniących władzę na pokładzie, humor także sprzyjał. Dreszczyk niewiadomej wynikającej z obranej ścisłej misji, wzrastał wraz przybliżającym się zachodnim brzegiem Morza Portes. Z czasem początkowa euforia, napompowana niczym balonik, zaczęła uchodzić z członków wyprawy. Kończyły się zapasy, getonsy, morszczaki nie licząc się kapitanem, zamierzali przejąć na pokładzie władzę. Przede wszystkim niejasny cel wyprawy, cóż dało się spostrzec w trakcie postoju u nabrzeża. Zwodzące dyrektywy i całkowita bierność względem kontrahentów, kapitana portu, przeobrażały się z beztroskiej sielanki w drażliwą nerwówkę. A Mestk, nie mający żadnego konkretnego planu, zaczął intrygować i samych przyjaciół. Zapowiedziane badawcze studia kultury, skąd pochodziła matka, w podobieństwie do legendarnego Techresa z Trasto, jałowo zakotwiczyły w porcie maereskim. Sporadyczne wyjścia do grodu, wprowadzały kapitana jeszcze w większą chandrę. Najchętniej podniósłby kotwicę, zakręcił łańcuch o kluzę, podniósł żagle i stanął na fali pełnego morza. Nękał się analizami: Gdyby precyzyjnie wyłuszczono w Registre cel wyprawy? Podjąłby się rejsu? Ile by to mogło zmienić? Odważny dureń, marzyciel podróżnik? Wieczorne spotkanie miało rozwiać wszelkie nagromadzone wątpliwości. Zwyczajem zapobiegliwych kapitanów, umieścił w skórzanej aktówce wszelkie rejsowe dokumenty. Pozwolenia, pieczęcie, polecające pisma, mapy oraz dziennik pokładowy. Na wszelki wypadek zostawił w wiadomym miejscu getonsy, na rzecz najemnych morszczaków. Łódź bezzwłocznie powinna powrócić do macierzy. Obiecał to Jaroowi i morszczakom. Pozostały trzy grodziany aby zajrzeć w paszczę smoka. Gotowy był na wszystko, aby tylko dowiedzieć się, w co został wrobiony lub na co się naiwnie zgodził. A Kestel? Wcześniej im bliżej było Maeresii, kiedy ufność we własne siły urosła do niebotycznych rozmiarów, przeistaczało się w troskliwe życzenie Niekny. Obecnie zamartwiał się, czy aby Eramz zdąży przekazać treść Storowi. Ach… położył się na koi… Po cóż wybiegać w przyszłość, kiedy chronometr oddzwania o właściwej porze kuranty.


Dochodził szósty grodzian południowy. Trzy słońca, w tymże sezonie normalne zjawisko konstelacyjne, fundowały zenitalną gorąc. Gdy nagle załomotano w drzwi.

— Kto? — ryknął basem.

— Kapitanie, to ja, Mintosz, delegację prowadzę… — rutynowo oświadczył Mintosz i pchnął drzwi od kajuty Mestka.

— Cóż to za fanaberie, nie teraz… Nie mam czasu za kwadrans opuszczam łódź. Wrócił Jaro? — z niezmiennym niskim tembrem, kontynuował Mestk. — Pierwszy oficer rozłożył ręce.

— Cóż mam zrobić? Parę słów chociaż, rozniosą łajbę, a nie daj Bonca, mogą i podpalić. Pykać im się zachciało, a że nakaz tylko na lądzie, więc mówią, że z kapitanem chcą się domówić. Przyszła im ochota połazić po grodzie… A Jaro nie przyszedł.

— Dawaj ich… — Mestk przetarł od potu czoło. — Jakby mi dzisiaj nerwów brakowało.

Do rozgrzanej spiekotą dnia kajuty, weszło trzech morszczaków.

— W sprawie? — kapitan krótko przeciął kluczące się wzajemnie, witające grzeczności.

— Nie o pykanie chodzi, kapitanie… — najstarszy wiekiem wysunął się na przód i zaczął się plątać w słowach. Pociągał co rusz nosem, przecierając znoszonym rękawem, — …, ale, ustalone u nas razem, że… no… A tak w ogóle, dzięki za anyżówkę i jarzębinówkę, no i tamte, no.… suszone daktyle. Przetarł nos, czoło. — Ale my, kapitanie razem, no… to znaczy, ustalone na sztorm Szatewsoka… że należy nam się druga połowa zapłaty. I to już teraz…, No …, trzy Niegny minęły… No, a bo kto tam wie do licha, dokąd kapitan znów idzie? No!?! Chodzi wyłącznie o kiesę, …, znaczy się, no.… obiecane w Registre getonsy kapitanie.

— Myślałem i o tym, waść morszczaki. Ale dziś sobie popijcie, pojedźcie, a jutro z drugą południową szklanką, wszystko się umówi. Zgoda! — spojrzał kątem na Mintosza i dopowiedział.

— A dzisiaj, waść morszczakom pozwalam pykać na rufie, ale tylko w obecności Mintosza lub Jaroa. Niebawem powinien się pojawić. Tyle, wybaczcie mi, ale bardzo się spieszę. — dłonią próbował skierować lekko chwiejącą się delegację do wyjścia.

— Możemy zrobić bunt! Kapitanie, to nie przelewki… razem mamy ustalone. No, ...na sztorm Szatewsoka i podwodne Bonce. — reprezentant morszczaków ostentacyjnie przetarł nos.

— Pomyślcie dobrze… waść morszczaki, wówczas nie dostaniecie ani getona. Zainterweniują służby portowe, zastosują konieczny areszt… i na powrót do Registre, będzie trzeba znowu długo czekać. Zanim pojawi się ktoś, kto dobrotliwie zechce Was przetransportować. I to za friko, gdyż wątpię, abyście zachowali jakieś getonsy do tego czasu. Przepraszam Waść morszczaki, ale naprawdę się śpieszę. — przywołał głową Mintosza, aby pomógł odprowadzić delegację na pokład. — Dasz sobie z nimi radę? — szepnął do ucha.

— Na spokojnie, czy to pierwszy raz? Ileż to razy pito do mnie… Idź, nie martw się… A i przepraszam, strasznie nalegali na kolejną wizytę. Świata nie widzą innego, nic tylko getonsy, sielanka i powrót do Registre.

— To nie przelewki, kapitanie… na sztorm Szatewsoka! — przerwał, powtarzając na okrętkę wybrany przewodniczący delegacji morszczaków. Jednocześnie wspinając się z towarzyszami po schodach z międzypokładu na deskę.

— Mintosz, za kwadrans wychodzę, w wiadomym miejscu znajdziesz, w razie konieczności, wszelkie stosowne papiery i getonsy. Jestem dobrej myśli.


Kwadrans po rozmowie z Mintoszem, kapitan Mestk opuścił łódź. Obejrzał się parokrotnie, życząc w duchu, aby tylko nie wybuchł bunt. Na zewnątrz z nabrzeża na pokładzie nic szczególnego się nie działo. Ot dłuższy postój w tranzycie. Trykoty zgodnie z procedurą, łódź bezpieczna, z dala od towarowych żurawi. Z ulgą przywitał zgiełk i dynamikę ulic. Zelżał dobywający w się uszach szum, wywołany przeciągłym buczeniem dochodzącym z kambryku.

— Minie grodzian, a część załogi zapewne znajdzie szczęście w szczytach upojenia. Zaczną się znów przekrzykiwać, brać za bary, kto z nich ma większe poczucie, osobowego „Ja”. Kto lepszy, a kto lepiej mieli jęzorem. Kto śpi a który jest za aktywny i zmusza do pracy. Zaczną roztaczać zawody, konfrontować się, aby następnie przemieniać się w gawędziarzy i wiecznych auto-apologetów. W sumie, oni i niby trzeźwi, w rozmowie zachowują się jak upojeni. Schlani siłą i pozorną władzą. Oby tylko Jaro z Mintoszem, mogli zaradzić większym mentalnym komplikacjom. Na szczęście nie ma wśród nich nawigatora i sternika, nie porwą się na piractwo. Na Bonca, aby zmęczeni pijacką megalomanią, szczęśliwie zasnęli po paru grodzianach.

Mestk mimo woli obejrzał się ponownie, po czym wtopił się w przyportową dzielnicę. Po paru przecznicach, waśnie, swary załogi, zaczęły rozpływać się na tle estetyki grodu. Umiejętnie wkomponowany drzewostan na tle gęstej zabudowy, trawniki, zielone place parkowe, sielankowo upajały zszargane nerwy. W końcu morski bezkres znalazł spragniony kontrast. Szedł, jak stwierdził w paszczę smoka, lecz uwolniony umysł zanurzał się w unikalną melodykę spoza empirycznych doświadczeń grodu. Był widzem, biernym przechodniem, obserwatorem, lecz z jasno określonym celem.

— Jakież wspaniałe uczucie… — rozmarzył się sentymentalnie, jakbym przeniósł się nagle do lat dzieciństwa. Starczyło odrobinę uwolnić wodze wyobraźni, aby ożywić i dopowiedzieć pozakrywane i zapomniane nisze pamięci. Pozostał niecały grodzian, a więc czasu było aż nadto. Zatem spacerowo, świadomie oddalił kulminacyjny punkt wieczoru, przywołując dreszcz podróżniczych doznań. Po trosze zdążył poznać symetryczny układ grodu, stąd postanowił nadrobić trasę, wybierając drogę poprzez trzy kamienne mosty. Tamże dopiero w całej okazałości przedstawiały się najstarsze baszty Dolnego Maeresii. Jeszcze w świetle dnia, ale niebawem ocienią się blaskiem pobliskich naftowych lamp i pochodni. Sławetna Baszta Wielmolsa, władca banita z Plendar — Golondii. Z białego piaskowca Baszta Pektara oraz Ogniowa Tarcza z arsenałem strzelniczym. Drugi most wprowadził pierw w niewielki park, aby urokliwą alejką zbliżyć się miejsca docelowego. Była nim oczywiście taberna o nazwie „Wędrowne Sokoły”. Odnalazł ją wcześniej, kiedy tylko otrzymał pierwszy sygnał od Rady Portes. Odpoczywał tutaj także zawczoraj, przypatrując się szczegółowo budynkowi, w którym wstępnie zaplanowano spotkanie.

Zbudowany z czerwonej cegły, bez krzty zbytnich detali i wyróżników. Skromnie wtapiał się w okoliczną architekturę. Tyle iż zakamuflowany w gęstwinie drzew i krzewów. Z wczesnej obserwacji wynikało, że górne piętra są zwyczajnie zamieszkane, acz kręte schodki prowadzące do piwniczki, odwiedzała spora ilość gości. O rozpiętym wachlarzu stanowo — statusowym. Karczma? Taberna? Dzisiaj i on przekroczy próg „Wędrownych Sokołów”. Nacisnąwszy mosiężną klamkę w kształcie ryby, nacięciami stylizującymi łuski, ciężkie drzwi samoistnie otwarły się na oścież. Wewnątrz panował miły półmrok, dominowała surowa cegła, kontrastująca z wszechobecnym, mocno impregnowanym brązowym drewnem. Pierwsze doznanie, silny zapach parującej oliwy. Liczne lampiony umocowane pod stropem, dawkowały wchodzącemu żółtawą poświatę kierując wprost na centralną salę. Ledwo nawykłszy do przytłumionego światła, gęstej atmosfery, usłyszał za sobą głos niewiasty.

— Witam, tyś jest kapitanem z łodzi Registrów? — Mestk zaskoczony zaledwie przytaknął.

— Czekają, proszę iść za mną. — ruchem dłoni Maereska wskazała, aby poszedł za nią. Wbrew przypuszczeniom taberna gościła zaledwie parunastu gości. Przeszli holem paręnaście kroków, gdzie mieściła się dość obszerna sala z okazałym po środku barem. Znajdowały się tam dwie pary drzwi. Jeśli jedne wskazywały raczej na wejście do pomieszczeń socjalnych, tak drugie, znacznie większe, sugerowały o kolejnej sali dla gości. W rzeczy samej, po otwarciu ukazał się przyciemniony salon. Gest dłoni Maereski wskazał, aby iść dalej. Sala zdecydowanie różniła się od wcześniejszej. Światło tudzież z oliwnych lampionów, przytłumione. Sala mniejsza, lecz wyposażona w wygodne loże wzdłuż ceglanych ścian. I tutaj gości było niewielu. Kilku Mearesów w kupieckim odzieniu zajmowało pierwszą lożę, drugą zajmowały dwie dystyngowane pary. Nieodłączny gest dłoni tajemniczej przewodniczki, wskazał na ostatnią lożę tuż w pobliżu nieczynnego kominka.

— Proszę z łaski swojej zaczekać… — zwracając się w maereskim dialekcie. Ponownie uprzejmie wskazała na drewnianą ławę, wyścieloną miękkim aksamitem.

— Wino? Miodu?

— Dziękuję, — Mestk z dużą nieśmiałością odpowiedział w dialekcie maereskim. — Na początek poproszę chłodną wodę, upał doskwiera od rana. — uśmiechnął się niezgrabnie.

— Wedle życzenia… — Maereska grzecznie ukłoniła się Mestkowi. — Za moment wracam.

Po odejściu Maereski, kapitan dopiero spostrzegł, iż sala, a raczej wykwintny salon, posiadał też niewielką kameralną scenę. Tamże zniknęła tajemnicza przewodniczka taberny „Wędrownych Sokołów”. Stamtąd także wychodził personel, obsługując co raz liczniej nawiedzające salon towarzystwo. Na raz na scenie ustawił się muzyczny kwartet. Dostroił instrumenty wypełniając salę przyjemną, kameralną melodią. Z drugim utworem o znacznie żwawszym tempie, na scenie zagościły powabne, nieznacznie frywolne tancerki. Pojawił się też i solista, który głębokim barytonem skupił pozostałą uwagę zebranych gości. Mestk nawet przez moment oddalił od siebie sekretne zebranie. Oparł się wygodnie, żałując, że musiał iść sam i nie poprosił dobrego miodaka lub słodki winiak. Wszak Maeresii znane było z najprzedniejszych nektarów winnych, importowanych aż samej Loskanii w Plendar. — A tyleż nasłuchałem się komplementów od morszczaków w rodzimym porcie. Ach, cóż ze mnie za głupiec… — Otrząsł się z młodzieńczych fanaberii, gdy z przeciwległych drzwi, skąd przybył z tajemniczą przewodniczką, na salę weszło pięciu osobników w średnim wieku. Dwie osoby od razu poznał. Jeden z nich przebywał na placu przed ganest, gdzie sam trafił omyłkowo błądząc po grodzie. Rozprawiał wówczas o zwyczajowym prawie kupieckim spotykanym dotąd w Irterii oraz Ortonie. Bywał i pośród rozmówców nabrzeża, przysłuchując się uważnie przybyszom z Samtansaru.

Drugą rozpoznaną osobą znaną był karczmarz Erazm w charakterystycznym słomianym kapeluszu.

— Ciekawe, czy Jaro dostarczył treść pisma? — szepnął niesłyszalnie. Kwartet rozpoczął kolejną odsłonę muzyczną. Przedstawiciele Rady Portes, jak można było przypuszczać, po kurtuazyjnym powitalnym skłonie, zasiedli do loży zajmowanej przez Mestka.

— Przepraszamy za opóźnienie, ale wynikły nie zależne od nas powody. Mam nadzieję, że należycie zaopiekowano się kapitanem?

— Dziękuję… owszem.

— Proszę oto karczmarz Erazm, z tego co mi wiadomo, poznaliście się po trosze. — Maeres który od początku przyjął inicjatywę, zaczął w kolejności przedstawiać pięciu wybranych od Rad w Maeresii, na rozmowę z kapitanem Registrów.

— Szanowny Rods z Irterii, omieszkam imię, tak myślę będzie wygodniej i bezpieczniej. A oto członek Amsardu z Górnego Maeresii Delegat kupieckich maron, natomiast ja… — ukłonił się z pokorą w uniżeniu. — … jestem reprezentantem, powiedzmy szeroko… całego Morza Portes. Zlecono nam, aby omówić cel spotkania. Zanim jednak przejdziemy do szczegółów, myślę należałoby wypić lampkę wina i co nieco przekąsić.

W trakcie wieczornej konsumpcji, składającej się w większości z owoców morza, na kanwę rozmowy przywoływano przede wszystkim tematykę około morską. Począwszy od anomalii pogodowej, wpływie wodnego klimatu na samopoczucie, wegetację roślinności. Niepostrzeżenie od wątku z pogodą w tle, weszli na rejony rzemieślnicze, z naciskiem na wynalazki szkutnicze, mające w przyszłości okiełznać morskie żywioły. Opiniowano, krytycznie pochylano się nad omawianą problematyką, unikając wszelkiej, zbędnej apoteozy. Aż w końcu rozmowa, prowadzona tym razem w mowie irterskiej, zabrnęła na ekscytujący rewir o zabarwieniu handlowo — usługowym. Delikatnie nawet zawrzało, obijając słowa — niczym pełnomorskie fale — o sterburtę. Powściągliwy najsampierw Mestk, po około kwadransa, także aktywnie wciągnął się w polemikę. Przytaczał odważnie przykłady z życia wzięte, choć oparte na krótkim okresie żeglugi po morzu, acz przemyślane i rzetelnie potwierdzone w praktyce. W końcu długie grodziany spędzone na rozmowie z matką w irterskim, golondzkim, znalazły szeroki upust. Niekta urodzona w Plendar, wychowana w kulturze irterskiej, nie omieszkała od najmłodszych lat, przekazać synowi rodzimą mowę. Z lekką nostalgią wspominała moment, gdy wraz z Storem Kestelem, w niezgodzie na decyzyjność Rady Baszt Storów, przeprawiali się przez Morze Portes do Registre. Kestel, po paru sezonach, zdecydował się powrócić do Plendar, ona wybrała nową krainę za swój dom. Nikt nie wywiedział się, cóż było powodem rozłąki.

Minął grodzian, kiedy Rods z Irterii, urywając rodzący się następny wątek, przywołał meritum spotkania.

— Bez cienia wątpliwości, znajomość mowy nie wzbudzi podejrzeń. Stanie się wielce przydatna w drodze. Wnieśmy toast, zanim wprowadzi się Registra w arkany misji. Ciekawy posiadasz akcent młody kawalerze. I ten zasób archaizmów? Prawie jak w poetycznych księgach Tsentora z Trasto. Bywał kiedyś w Irterii, pozostawiając po wyprawach arcyciekawe diariusze. Widać rozczytujcie się po drugiej stronie Portes w nich namiętnie? Powinno chwycić, mówię Wam. Irterczycy lubią podsycać język starą mową.

Podekscytowany Rods, wziął w dłonie puchar z winem, pochylił się nad stołem szepcząc.

— A i fortel idealny… po obu stronach Bredoru z przymrużeniem oka odbierają mowę obcokrajowców. Mrugnął do pozostałych delegatów, na advoce kapitana Registrów, Rods podniósłszy rękę oznajmił.

— Nie ma potrzeby, kapitanie Mestk, znane są mi Twoje i Niekty tragiczne dzieje. A nasze spóźnienie zawdzięczamy Kestelowi. — zerknął wnikliwie na Mestka. — Wiadomo nam, że przeprowadziłeś z nim konstruktywną pogawędkę. Ale bez obawy, Stor zasiada w familii, istny niemal skarb. Aż strach pomyśleć, cóż byśmy po opuszczeniu przez Snorka Stykówki mogli zdziałać. Przybył w samą porę, wyprostował zacną, choć radykalnie zawiłą dyplomację latarnika. Czekaliśmy na Wasze spotkanie. Stąd biorąc powyższe argumenty i priorytety, zostałeś wybrany od Rady Portes. Tutaj trzeba kogoś, kto akuratnie przybył z drugiego brzegu Portes. Skomplikowane i trudne, aby to teraz zrozumieć. Powolutku wszystko się rozjaśni, abyś tylko cierpliwie słuchał. Na odwagę nadjedzie pora… Dlaczego Ty? Stare pisma w Irterii, na Ortonie, w Trasto, mówią o ponownym połączeniu się kultury znad Sma, gdy trzy słońca staną na niebie w porze letniej. Konstelacja Weadrunsa. A uczyni to przybysz „Skądś” zza odległej wody.

Delegat Rods przybyły z Irterii, Plendar, nagle się zamyślił, przenikliwie wpatrując w źrenice Mestka. Opuścił głowę, aby potem zebrać wzrokiem współtowarzyszy zebrania i skierować na zdezorientowanego sytuacją Mestka.

— Dasz radę… chociaż ciężka czeka Cię przeprawa. — wyrzekł łagodnie z ufnością.

— Tak rzeczywiście Rodowicie… — Przedstawiający się za reprezentanta tak zwanego Morza Portes, trzymający od początku zebrania inicjatywę, przerwał przybyszowi z Plendar.

— Misja trudna, niebezpieczna. Wymagająca odwagi, elokwencji, ale i mająca znamiona cech podróżniczych, poznawczych. Wyprawa! Pomyślisz, czemóż właśnie ja? I racja… każdy z nas przecież mógłby podjąć się wyprawy. A mało w Maeresii śmiałków obieżyświatów? Ale jak słyszałeś pisma, określają stosunek interkulturowy. A na Ortonie, w pasie Masywu Bredor, przywódcy wciąż posiadają władzę niemal bezgraniczną. Nie uwierzą swojakom, ba są skłonni posądzić o konfabulacje, mataczenie względem własnych interesów. Dość dawno Orton podzielił się z Irterią, a przecież łączą ich wspólne dzieje. Z Maeresii utrzymują dystans od pokoleń. Rozpoznają każdego z delty, choćby najbardziej się starał. Zresztą nikt nikogo nie chcę oszukiwać. Gdyż jest to… abym właściwie to ujął… Jest to misja oczekająca od stuleci na realizację. Osoby pokroju Kestela z szerokim spektrum świadomości, mający tyleż znajomych ilu nieprzyjaciół, wzbudzają wyłącznie respekt. Ale dyplomatycznie, w tak delikatnej materii są mało wiarygodni. Dobrze jednak mieć takiego Kestela za powiernika. A Wy się ponoć znacie wyśmienicie…

— Przesada… — wtrącił się Mestk. — Zaszłość rodzinna… Ale co chodzi? Nie rozumiem niniejsze wprowadzenie? Cóż w ogóle to wszystko oznacza? Ściągnęliście mnie z Registre, abym poznawał pisma? Poznawał oralne rozpowiadane gdzieś dzieje? Zgoda, od zawsze byłem rozmiłowany w przeszłości… Ale gdzie, dokąd? I czemóż wyprawa jest aż tak bardzo niebezpieczna? Jestem młody, prawda, jednak proszę zdecydowanie o konkrety. — poddenerwowany Mestk oparł się na ławie, przełożył na piersiach ręce. — Załoga się zbuntowała, lada dzień są w stanie opuścić fupienghe. Rozpierzchną się w Maeresii. Czekamy od dwóch Niegnów w porcie, abstrahując od rejsowego Niegna.

— Na spokojnie Registrze, wszystko się dowiesz w określonej porze. Lecz nie wypłyniesz w drogę powrotną. Jesteś teraz zdany na nas, a my na Ciebie. Niestety tak to wygląda… Wybrała Cię Rada Portes, abyś doniósł poselstwo niezwykle wpływowym osobom, którzy w świadomości ogółu nie istnieją.

— A kto ich zna?

— Otóż w tym tkwi sedno, — włączył się ponownie Rods z Plendar. — Jedno zadanie ukryte w całej misji brzmi… Przywołać do życia tych którzy żyją, a dla wielu nie istnieją. Pracują, troszczą się, lecz jakby nie dla siebie i potomnych. — widząc poruszenie Mestka, Rods Golond próbował uspokoić napięcie.

— Na spokojnie Registrze… Lecz są wśród nich dawni przywódcy, którzy mogą ten stan odmienić. Dojście do nich, stanowi misternie skomplikowaną zależność. Nie wchodzę w szczegóły, że opiera się na geograficznych strefach, ściśle kontrolowanych. Zarówno przez czerpiących zyski, jak i nieświadomych z istniejącego stanu plemionach. Jest nadzieja, zabrawszy predyspozycje wrodzone i wyuczone, że zrealizujesz misję. Widzisz, sprawy w Irterii oraz na Ortonie są na rozdrożu. Skłócone, zalęknione są niemal wszystkie krainy, plemiona. A dominujące lobby nastaje nie tylko na kwestie z zakresu prosperity, ale i wznieca chaos wśród mieszkańców, podważając sens istniejącej kultury. Wiadomo nam, interesujesz się od dawna kulturą przodków. Nie martw się przed wcześnie, dostaniesz odpowiednie prerogatywy, aby móc znaleźć się w określonych strefach plemiennych i poznać właściwych ludzi. Pokierują Cię dalej i tak z czasem przekażesz poselstwo właściwej osobie. — Rods, zwany też Rodowitem, zaczerpnął łyk wody, spojrzeniem zebrał ponownie współuczestników spotkania.

— Zapoznasz się z szczegółami w kopertach. Uważaj… nie możesz zlekceważyć poselstwo. Nader często zdarza się, że to co z początku niezrozumiałe, rodzi się nam jako zwykły banał. Zupełnie nie istotne wobec codziennej normalności. Rzeczy spoza widoczności, słyszalności, powszedniości. Wygody i pozornego szczęścia. Odtąd — dotąd i więcej nic. Tak jakby… ktoś, gdzieś, inni, w ogóle nie istniało. Było zaledwie pogłoską, a życie obraca się tylko wokoło tutaj, teraz i wobec namacalnego — my. Wzmacnia się ten proces, poprzez utraconą w drodze empatię według drugiego życia. Trudno wówczas przekroczyć powstałe poprzez dzieje barykady wynikające z obecności. Nie daj się zaszantażować trywialnym Panta-Rei, ogólnością. Choć mogą tak zwodzić, abyś zrezygnował z poselstwa. Rozumiesz? Na razie nic nie mów. Pozostaw rodzące się pytania… — przewodzący dotychczas rozmowie podniósł dłoń, stopując Mestka, znów szykujący się, aby zadać pytanie.

— Stosunkowo nie tak dawno zażegnaliśmy w Irterii konflikt. Wielce zasłużył się podczas starcia Kestel, ale dawne, poprawne relacje, nie z własnej winy, zatracił. Otóż i wieniec glorii u zwycięzcy, kiedy wszyscy są zwycięzcami lub zwyczajnie odstawiony jest w cień. Pozostała w Plendar garstka przyjaciół, gotowa, aby przywrócić co utracone, choć sami nic nie są w stanie odmienić. Upokorzona konfliktem Glendia odwróciła się ku uciesze pozostałych krain od Irterii. Pierw w Irterii uważano, że uświęca tym sposobem i gloryfikuje swą niemoc oraz ukróconą potęgę. Żenujący ekshibicjonizm niedoli. Znając ich odwieczne zachciewajki, Irteria, postanowiła się przesiać. Przygotować się, kiedy minie Glendii ten tkliwy tytuł przegranego i pokaże prawdziwe oblicze. Rozpoczęto od sięgania po nie swoje dobra. Tak aby zawstydzić i obnażyć, zawsze obrażoną czerwień i aby przywrócić pierwotne Prawo Lostora. Święte Prawo Własności. Czy przesadzono? Jedni szczęśliwsi twierdzą, że nic się nie stało, lecz znaleźli się i skrzywdzeni oraz którzy poparli Glendów. Choć oni sami zbliżający się thodons, okres swarów i waśni zakończony wyborem nowego włodarza siedmiu prowincji, zignorowali. Gdyż w zasadzie nic szczególnego w Glendii, mające ulec zmianie nie spostrzeżono. Natury jednak nie oszukasz. Od dawien, pierw prawowano się z sobą, a potem frustracje przelewano na Irterię, Wedle panującego u nich prawa, po okresie thodons następował pokój. Czy tak się stało? W Irterii twierdzono jest pokój. Płynące rady z Maeresii, osób pokroju Kestela, Rodowitów, aby zachować czujność i ostrożność, roztapiały się we względnej dyspucie i dobrobycie. Ukołysała Glendia zarówno Irterię jak i Orton. Wszak Glendia wcale nie zamierzała zrezygnować z odwiecznych tradycji i zwyczajów, a tylko thodons przeniosła za północną stronę Masywu Bredor. Tamże przygotowują się, aby wybrać nowego thodora. Pomyślałby kto… Ale cóż to nas obchodzi? A w rzeczy samej Ciebie, drogi Mestku. Określa natomiast poselstwo. Albowiem thodons na Ortonie objął cztery krainy. Zdominowany przez Glendię Ptaram, Grestar, oraz dwie Beglendię. Północną i Południową. Na domiar thodons powoli powiększa rozmiar o wysoczyzny Bredor, tereny należące do plemion Górzan, a także podchodzi pod granice Chortu. Z odmienną taktyką i strategią. Nieposkromiona w żądzach Glendia, opuściwszy pozornie Irterię, najsampierw zanurzyła niszczycielskie macki w Ptaramie. W krainie pasterzy i rolników. Znamienne jest też nowo rodzące się zjawisko w Irterii. Wyjście Glendii z Irterii, a z nim thodons, sprawił kłopoty natury mentalnej. Nieumiejętność wśród Bordetów, Storów i Gosderów, do porozumień, przedziwna nieufność i próby ominięcia prawa, aby oprzeć się własnych układach. Istny powrót do archetypów plemiennych. A źródło tkwi w tym, że zabrakło w Irterii zarówno agresora i zarazem ofiary. Jeden podmiot odpowiadał za równowagę pozostałych krain. A czasu, aby odchować w Irterii następnych wrogów, niestety jest stanowczo za mało? Zbyt skomplikowane? — Rods badawczo zerknął na Registra.

— Skądże znowu, proszę deliberować, jeśli decyzja zapadła. Cóż mi począć? — Mestk oparł się o blat, podparł dłonią brodę… — Znaczy się mam rozumieć…, że Glendia z zasady zawsze przegrywała, choć wcześniej napadała na sąsiedzkie krainy? Ktoś ją jątrzył? I nie zorientowały się zacniejsze gremia w Glendii.

— W istocie, tak było… Porażka wliczona została w entuzjastycznie witany thodons i wybór nowego thodora. Z niecierpliwością oczekiwano, aby powojować między prowincjami. Wracając do sedna, dzisiejsza bierność na arenie z pozostałymi Krainami, Bordeu, Spenie oraz Plendar. Eksploracja południowego Ortonu, przede wszystkim Ptaramu, zachwiała cały system oparty na więzi z prawem Lostora oraz bratem Chorta. Jeśli Irteria, choć jeszcze nieświadoma, nie dopuszczająca nawet przesłanek o ewentualnych zmianach, posiadając mocny fundament przetrwa. Tak południowemu Ortonowi grozi straszne niebezpieczeństwo. Sukces, łatwość, pozorna niezależność, to przymioty wielce ponętne i błyskawicznie zjednują rzesze. Jak wspomniałem, urzędowy emisariusz nie miałby szans spotkać się z strażnikami dziejów od rozejścia, Roznisu Czterech Braci spod Sma. Karkołomne aspiracje. A czas goni nie tylko nas, ale i naturę. Efekty działań Glendii już są widoczne. Pod Maeresii podchodzi wielka woda, która objęła rozlewiska Samoros, Modare i nieustannie przybiera i niszczy istniejącą florę i faunę. Irygują i wyprowadzają rzeki z pierwotnych nurtów. Tam, gdzie kiedyś istniały w Modare, Samoros wyspy, trzęsawiska, dziś ziemia przypomina bezkresne morze. Tylko czekać, aż połączy się z Jeziorem Mert i znajdzie ujście w delcie po Morze Portes. Kto wie, cóż jeszcze szykują Glendzi na Ortonie. Naturalnie odgrodzona i skrzętnie pilnowana. Obecnie jedyne przejście jest przez Bredor Bordeu, Glendię lub Beglendię. Od Maeresii nikt się już nie zdoła przedostać. Od dawna też nie dostaliśmy jakikolwiek sygnał od Górzan i Bramy Kugres Niebezpieczne to dzisiaj ziemie, wyniuchają Maeresa, Irtera od granic Krainy Samoros. Dlatego postawiliśmy na Ciebie, Twój irterski zmieszany z registerskim, nie wzbudzi żadnych podejrzeń. A topograficzna tylko teoria, nabyta w Registre, jest Twoim sprzymierzeńcem. Znamy zbyt dobrze ich mentalność. Przedostaniesz się i przekażesz poselstwo ukrytym zwierzchnikom Ptaramów. A Orton, względem pism, czeka na „Kogoś Skądś”.

Rods z ramienia Morza Portes kończąc relację, podniósł lampkę winę, proponując toast za pomyślność wyprawy. Uścisnął skonsternowanemu Mestkowi dłoń, który słysząc wywód Maeresa, przywoływał całą poznaną wiedzę i studia o Irterii. Mimochodem rozwinął w myślach przeróżne mapy, szkice, reliefy. Wybrzmiały nazwy plemion, gór, rzek. Począł wodzić między grodami, przystawać u brzegu rzek. Słuchając zamyślony wywód, przystawał w miejscach, gdzie jawiło się mnóstwo naukowych studni, gotowe dać spragnionemu zaczerpnąć garść odpowiedzi, pytań, wniosków i konkluzji. W błyskawicznym tempie przebrnął poprzez dzieje, niesgdy, barwne opowieści zasłyszane w dzieciństwie. Lik rad i wskazówek od Niekty, mentorów i morszczaków spędzających życie w porcie. A przybywających do Registre z przeróżnych stron znanego mu świata.

Tymczasem Maeresii pozostawiając Mestka w scentycznym zamyśleniu, rozprawiali w nieznanym dialekcie. Prym wiódł Erazm z przyportowej taberny. Mestk zapragnął powietrza. Sale mocno nasycone intensywnym aromatem płonących oliw, informacyjna burza z niejasną perspektywą wyprawy. Stek niedomówień, dobijających się o rychłą odpowiedź a rodzące się nowe pytanie, przyprawiały o mętlik w głowie. Gdzież mi przyszło szukać korzeni przodków? Płynąć na otwarte morze, nie wiadomo w istocie, dokąd i w jakim celu. Gdzie tylko czcze słowa i postawy, pragną iluzorycznie konstruować relatywną rzeczywistość. Aby zaledwie trywialnie podłechtać w drugim zmysł poznawczy. Jakże wywołane nagle skądś słowa, mogą potwierdzać i poświadczać przyszłe czyny? Czuł się jak samotna tyka pośrodku pustyni, smagana z czterech stron nieprzychylną siłą wiatrów. Pomiędzy świszczącym powiewem, gdzie czaił się drwiący i cyniczny Hakst. Wedle którego wszystko zdominowane wokoło, jest zaledwie zabawną igraszką i wypełnieniem nudy. A złamanie delikatnej tyki, jest niebotycznie triumfalnym zwycięstwem. Wtedy władca Hakst tarza się niczym szalony po rozgrzanych piaskach, śmiejąc się pseudo-idyllicznym wrzaskiem. Miarą porównywalna do okresu tworzenia ery Pre-Dornin, będąca fundamentem przeistaczania geo-ciał przez wszędobylskiego Haksta. Bóstwa wiatrów, wichrów, huraganów, cyklonów i burz piaskowych.

Mestk zapragnął jak nigdy dotąd chłodnej wody, morza, rześkiej i zdrowej pogody oraz wolnej bezkresnej przestrzeni. Sądził, że za moment ceglane ściany ścisną salę. Wycisną wszelkie życiodajne soki z przytaczanych wcześniej słów, myśli, celów i precyzyjnych planów. Prawie wstawał, aby opuścić podziemie taberny, gdy nieoczekiwanie padło pytanie.

— Zdołasz odprawić łódź na powrót, ale bez Twojego udziału? Odpowiedni ekwipunek dostaną, wystarczy, że sporządzisz gruntownie konosament. — Dalej prowadził ten sam Maeres, inicjujący od początku plan zebrania. Mestk odsunąwszy piętrzącą się kawalkadę drażniących impulsów odetchnął. Z miłą rozkoszą pozwalając sobie na kolejną refleksję.

— Wreszcie jestem z powrotem, chociaż w prawdzie wcale mnie nie ma, w tych słownie konstruowanych przygotowaniach. — odczekawszy moment, pozbierał myśli, zaczerpnął wody i odpowiedział zdecydowanie.

— Nie widzę przeszkód. Jeśli potraficie i chcecie zagwarantować prowiant. Jest na desce drugi dowodzący, pierwszy oficer. — odrzekł Mestk, z wyraźną, ściszoną i złamaną nutą w końcowej frazie.

— Zatem przekaż… jutro rano załadunek, a po popołudniu z naszą eskortą portową, wypłyną na pełne morze w drogę powrotną do Registre. Nikt z załogi nie powinien zejść na ląd, aby rozpowiadać, a nie daj na Senoksa, podpytywać o Ciebie. Ponieważ Ty zostajesz.

Zapadła na moment nieprzyjemna cisza. Zmierzono Mestka, zdeklasowanego już na eks-kapitana. Wymieniono wzajemnie wnikliwe spojrzenia. Bierna reakcja Registra na przedstawione cele misji oraz żądanie względem łodzi, względem rady oznaczała zgodę.

— Dostaną odpowiednie dokumenty poświadczające rejs z pozwoleniem na cum w każdym dowolnym porcie. Wróćmy jednak do Ciebie, drogi Mestku. Otrzymasz także odpowiednie dokumenty, na wypadek nieprzewidzianych sytuacji. Opatrzone są pieczęcią i znakiem wodnym przez władze Maeresii. Wedle prawa pozwolą na swobodne przemieszczanie się po Irterii. Orton może mieć pewne wątpliwości, lecz po drugiej stronie, zaopiekują się Tobą Górzanie. Tutaj — na stole znalazły się kolejne pisma i zwoje.

— Najnowsze mapy, lista grodów, personalia osób, którym możesz zaufać. Mędrcy, konstorsi, konrodzi, rady bram. Wielu zapewne nie spotkasz, nikogo jednak nie można narazić na niebezpieczeństwa. Poprą i poprowadzą, gdziekolwiek staniesz i okażesz ten glejt. Niestety, lecz dane należy przyswoić na pamięć i spalić przed przekroczeniem granic Maeresii. Zalakowane koperty, z sekretną treścią, mające uwiarygodnić misję u osób, do których dotrzesz, po zapoznaniu także spalcie. Pisma są zupełnie nieczytelne, jeśli nie pokryję się litery odpowiednim specyfikiem. Mapę i ową substancję, koperty, zostaną ukryte w lasce, styranej pieszą wędrówką. Uważaj na nią i bądź czujny podczas odczytów. Nie muszę zaznaczać, zaopatrzymy Cię, w nie rzucający się w oczy ekwipunek i wymienne środki płatnicze. A jeszcze jedna arcyważna sprawa — Mestk zakłopotany obrotem spraw, głęboko zaczerpnął z wrażenia powietrza. Nieustannie niedowierzając w co się wpakował.

— Należy dobrać kompana z załogi. Najwierniejszy i z błyskotliwym intelektem. Po drugie, abyście zbytnio się nie odróżniali, unikając zbędnych rozmów. Nikomu nie radźcie i szczegółowo nie wypytujcie. Nie komentować to, w czym nie uczestniczysz. Komentarz komentarzy, prędko demaskuje pierwotny sens. Jesteś wędrowcem chcący poznać dawną ojczyznę. Rozumiesz? Wymądrza się tylko głupiec…

— Tak… rozumiem… — odpowiedział Register. … chociaż sami tempem nie grzeszycie. Pozwólcie, że pozbieram najważniejsze kwestie…

— Nie ma potrzeby… oto lista spraw, które omówiliśmy. Pogrubione, wiadomo priorytety. Tenże dokument także spal. Na Koma staniecie za paręnaście grodzianów… A teraz…

— Teraz muszę wrócić na łódź… — przerwał Mestk.

— Zdecydowanie… — z podniesionym głosem, dotąd milczący przedstawiciel ganestu zawyrokował.

— … przekazać dyrektywy następcy, aby jurto z rana, po załadunku, mogli opuścić port. Zostałeś wyznaczony i wybrany do tej misji, zarówno przez Radę Portes jak i Maeresii oraz Plendar. Tutaj nie ma miejsca na zastanowienie. A o północy, przybędziesz z kompanem pod Wędrowne Sokoły.

— Jeszcze dzisiaj o północy? — zadrwił Mestk, czego za moment szczerze żałował.

— Tak, — odpowiedział znany Mestkowi Erazm. … i nie wolno się spóźnić. Barka handlowa, stojąca w dalbach przed Wyspą Snorka, zawiezie Was na Awanport Koma. Na łajbie odrzuć wszelkie podejrzliwości. Pozory nieraz mylą… Morszczaki z barki, to starzy, wszystkim znani w Maeresii szmuglerzy, lecz z grubsza nie groźni. Ciułają na transporcie, a sprowadzają z Górnego lub na odwrót, jakieś produkty bez cła. Niemniej dali się poznać jako wytrawni znawcy fachu żeglarskiego. Od niedawna zaczęli przewozić i pasażerów.

— Uważam… — spuentował reprezentant Morza Portes — … przekazaliśmy na razie wszystko. Są pytania?

— Podświadomie czuję się drodzy bracia Maeresii, z misterną umiejętnością wykorzystany? Skąd wiedzieliście o mnie? Planowaliście to kiedyś? Czyżby młodzieńczo edukacyjna eskalacja w kulturze Irterii, miała znaleźć późniejszą ofiarę i poświęcenie? Skąd wiecie, że mi się uda? Odnajdę właściwe, nieznane u większości persony? Dojdę tam, gdzie względem Was mam dojść? Nawet nie zapytaliście o zgodę. Zgodę na wyprawę, nie wspominając przeszłe lata w Registre. Słyszę od samego początku, decyzja zapadła, wybraliśmy, dasz radę. Liczymy na Ciebie. A przecież mogę świadomie zabłądzić i machnąć na wszystko ręką.

— Powoli Mestk. Niezupełnie tak jest, jak przekładasz. Poznała Cię Rada Portes w Registre, Twój kodeks moralny i wartości. Sama Niekta też na Ciebie wskazała. Nie wspomnę o wielce przydatnej znajomości Kestela, którego jesteś przedłużeniem. Podjąłby się wyprawy, gdyby dostał propozycję. Lecz kto nie zna Lostora w Irterii i na Ortonie. Z orszakiem u boku, trudno cokolwiek zdziałać. Zrozumiesz więcej… gdy obaczysz skalę potencjalnie nieodwracalnych zmian oraz zniszczeń. — odczekał moment.

— Gwarancji bezpiecznego powrotu, bynajmniej nie mogę poświadczyć. Jedno Cię wyróżnia, spośród innych potencjalnych posłańców. Istnieją trzy stany rzeczywistości. Podświadomość, świadomość oraz nadświadomość. Negatywne to podświadomość oraz nadświadomość. Jednak nadświadomość jest najniebezpieczniejsza, choćby zaobserwować zachowanie Glendii. Ty zaś jesteś na drodze świadomości, a to stan pozytywny. Dlatego właśnie zostałeś wybrany.

Po zakończeniu rozmowy aromat tlącej się oliwy, zmieszał się z zapachem aromatyzowanej machorki. Zaproponowano i Mestkowi, lecz młody Register był zaledwie w stanie pokręcić przecząco głową. Wirował czas i przestrzeń w niepoznanej materii oraz wymiarze. Nie mógł uwierzyć, iż spotkała go tak wybitnie wyjątkowa rola, która w prawdzie na razie, nic realnie nie określała. Którą oprócz paru wtajemniczonych osób nikt nie znał i poznać nie mógł. Insze snuł w Registre projekcje, myśląc, aby odwiedzić dawne ziemie przodków. Do północy pozostało niespełna trzy grodziany.


Sławetny Snork, zawiadywał latarnią na kamiennej wyspie o nazwie Stykówka od niepamiętnych czasów. Niewielu w Maeresii było w stanie przywołać pamięć, kiedy Snork zdobywał pierwsze szlify na posadzie. Dla większości latarnikiem był od zawsze. Trudno także było wyobrazić sobie, że kiedyś może opuścić Stykówkę. Latarnia lub jak kto woli po irtersku smibla, oprócz azymutu dla wracających do Maeresii morszczaków, pełniła także rolę strażnicy. Latarnia stanowiła swego rodzaju drugi kapitanat portu, tyle, że Snork nie tylko rejestrował wejście i wyjścia pływających jednostek. Snork zarządzał i kontrolował to, w czym i gdzie służby i władze nie mogły znaleźć rozeznanie. Przez paszczę ognia na Stykówce, przechodziły prawie wszystkie sprawy dotyczące Maeresii, Morza Portes, a nawet sięgające po Irterię. Sam Snork z pochodzenia był Glendem, stąd i krytykę względem swej krainy, uprawiał z wielką ostrożnością. Daleki od uczuć dumy i chluby z tego tytułu, ale i nie stanowiło to o żadnej ujmie. Darzył szacunkiem wszelką obiektywnie pamiętaną przeszłość, niemniej odnośnie przyszłości nigdy się nie wypowiadał. Wolał zaradzać niż tworzyć subiektywne i nieraz karkołomne, pozbawione odpowiedzialności — wizje. Skazany w młodym wieku podczas thodons na banicję, zaokrętował się na morze. Wspominał niejednokrotnie: — Przełajbowałem parę dobrych lat, będąc tu i ówdzie, aż uwiłem gniazdko na Stykówce. I tak pozostało. — Rodzimą krainę rzadko nadmieniał, twierdząc: — Trudny okres przeżywała wówczas Glendia, tyle się wydarzyło, iżby na pięć thodons starczyło z zapasem. — Niewielu znało ukrytą prawdę, choć w portowych kuluarach domniemano. Bowiem Snork w młodości odrzuciwszy, na jednej z prowincji Glendii, wybór na thodora, zmuszony był opuścić krainę. I tak, po czasie latarnię obrał za dom, pracę oraz swoisty punkt wglądu na sprawy morza i lądu. Ważył na szali animozje, frustracje, profity i sukcesy, aż po długiej służbie zapragnął powrócić do Irterii. — Inna epoka, inna Glendia, inny thodons, — mawiali pobratymcy, upokorzeni po niedawnym zwycięstwie Irterii w udziale Kestela. Zamieszkał gdzieś incognito, ponoć, jak gołębie gruchały w przelotach, gdzieś w pobliżu granicy z Bordeu. Znamienne, dwóch przyjaciół migrowało w dwie strony. Bowiem Kestel wybrał się do Maeresii, a Snork na odmianę do Irterii. Wybrano nowego latarnika spośród mieszkańców Maeresii. A znaleźć godnego następcę, który uporałby się z sławą i estymą poprzednika, było sztuką nie lada łatwą. Należało znaleźć szacunek zarówno wśród władz, morszczaków oraz pośród rozległej stanowo Radzie Portes. Po licznych perypetiach, wojenkach i układach, w końcu znalazł się kompetentny a zarazem godny. Otrzymawszy akceptację, kontynuował także działalność spoza obowiązków latarnika. Otwierał wtajemniczonym drzwi latarni, aby niektóre słowa ożyły a niejedne zgasły. Znów było bezpieczne około podwoi Paszczy Lwa. Tamże rozprawiano, zaradzano, ukrócano oraz wspomagano. I wręcz nieprawdopodobne było by w naturze Kestela, aby nie wydeptać ścieżki do nowego adepta w latarni. Zważywszy, że obiecał druhowi Snorkowi, wprowadzić w niektóre mniej znane, dyplomatyczne niuanse.


— Wchodź, schodami na górę…

Kestel wpuścił Mestka, zaryglował drzwi latarni. Ognista pierwsza wieża delty, przodującą na Morzu Portes wielkością oraz wiekiem. Od niepamiętnych czasów górowała nad grodem, znalazłszy poczesne miejsce w starych księgach i kartach pergaminu. Zmieniała swą szatę z budulca na przełomie wieków parokrotnie. Pierw drewniana, kamienno — gliniana, ceglana po obecną szatę składającą się z brył ciosanego granitu. Przed wiekami gorała ogniem torfowym w powiewach morskiego wiatru. Płonęła buchającym płomieniem oliwnym. Aż okiełzany oliwny ogień schowano pod szklany klosz, widoczny z wszystkich stron. Jasność opromieniała Stykówkę, Maeresii, przydając mieszkańcom, morszczakom ciepłej otuchy i stan bezpieczeństwa. Dzięki latarni odczuwano wewnętrzne ciepło, będąc jeszcze daleko na fali. Wyzwalała niejednokrotnie tak potrzebne ostatki sił, aby uratować łódź i załogę od zguby.

— Proszę Cię usiądź… — Stor wskazał ławę u stołu.

— Jesteś i też latarnikiem? — Mestk obejrzał się z zainteresowaniem.

— Skądże znowu, to nasza ostoja i baza. Latarnik obecnie poszedł nakarmić Paszczę Lwa. — uśmiechnął się Kestel, wskazując głową na sufit. — A łapczywa… Uhuhu, z trzy galony nocką jest w stanie przetrawić. Dobrze, że zdecydowałeś się mnie odwiedzić. A jeszcze jedno, nie chcę nic taić… Byłem w Wędrownych Sokołach przed Tobą. Rozmawiałem z Radą…

— Powiedziano mi… — krótko i chłodno odpowiedział Mestk. — … zapewne znasz i całą treść naszej rozmowy?

— Tyle o ile… — Stor zaprzestał przechadzać się od stołu po niewielkie okno z widokiem morze. Zatopione w mocy Niegna, wydawało się nadzwyczaj groźne i nieprzyjazne. Jedynie blask od latarni, penetrujący rozległą taflę, przydawał odrobinę ufności i bezpieczeństwa. Stor oparł się o kamienną ścianę, wpatrując się bacznie w Registra.

— Powiedziano mi, że zamierzają Cię wyprawić na Orton z arcyważną misją.

— Zgadza się, właśnie przybyłem z portu zdając wszelkie dokumenty i rangę kapitana rejsu. — spojrzał bezradnie na Kestela, — Nie wracam do Registre, a wybieram się przez Bramę Kugres do Krainy Ptaram. Zejdzie dobry Niegn. — zuchwale, choć z wyczuwalną nutką dezaprobaty wokoło obrotu spraw, relacjonował Mestk. — A na Stykówkę przyszedłem ze względu na Niektę. Znam Waszą przeszłość oraz że… musiałem Komuś zaufać nie znając tutaj nikogo. Czy kupiłem Twoją ufność? Jeszcze nie wiem, lecz nie chciałbym, jak Niekta, być rozczarowanym. — Register życzliwiej spojrzał na Kestela. — Po trosze, darzę Cię szacunkiem, gdyż nie bawisz się namiastkami. A to godne wierności…

Kestel przywołał w myślach matkę Mestka, pierwszą miłość. Wejrzał po raz enty na blask latarni rozchodzący się szerokim promieniem w dal po falach morskich. Ciemna otchłań i ździebełko płomienistej nadziei.

— Słyszałem o Ptaramie, biedny, prosty lud, który zaufał podstępnym mścicielom. Narzędzia, żelazo, innowacje?! Wspaniale! Metalurgia, huty, hamery, kowalstwo, rzemiosło, sztuka z tajemniczą techniką produkcji. Wspaniale! — powtórzył Kestel żałośnie. — A Kraina Ptaram? Ruda leży wprost na skałach, można ją zbierać gołymi rękoma. Czarny kamień jest tuż pod powierzchnią…

— Szlak przez Modare jest całkowicie odcięty… Pełno, przybierającej wody.

— Słyszałem, tak słyszałem. Rzeki z południowego stoku Bredor, skierowano na Modare, dorzecze Bepore. A jednak… — zamyślił się Kestel, — … mówiłem, należy się ułożyć, odczekać, aż nadejdzie siódmy okres władzy. Zapomnieliby o przegranej bitwie jednej nocy. Przyjęliby upokorzenie, za asumpt ku zależnej dojrzałości. I to z obopólną zgodą w Irterii. Niedobrze… Widać i Snork poniósł fiasko na ojczystej niwie? — Stor dosiadł do stołu, ściszając głos. — Zatem wybierasz się na Orton?

— Twierdzą, że możesz mi wskazać pewne rady… Dostałem też od nich…

— Zachowaj to w tajemnicy! — Kestel wyprostowaną ręką z otwartą dłonią zatrzymał Mestka. — Ach, na Weadrunsa… wiedziałem… — Nie dokończywszy, podszedł do drugiego okna z widokiem na śpiące Maeresii. — Kolejna wyprawa? Zmuszają mnie do przewrotnej ekspiacji z czynnym zaangażowaniem. Tyle że za co? Przed Glendią? Gdzież mi teraz z Glendią pertraktować… Pierw wygrana i uratowanie Irterii? Mam się korzyć i wzbudzać, zachwianą nawet u pobratymców, ufność? Owszem, mogę pomóc… przecież… A!?! — Kestel schylił nisko głowę. — Kąsają i mnie podstępne Kolce, syczące i maniące na złowieszcze manowce. Tak, trzeba działać i to bezzwłocznie. — wracając do stołu Kestelowi błyszczały źrenice niczym dwudziestolatkowi. — Przecież idziesz rozmówić się na Orton… Gdzież mi przyszło Glendów wziąć pod uwagę. Kiedy zamierzasz opuścić Maeresii?

— Jeszcze dziś o północy, a towarzyszyć mi będzie Mintosz, oddany kompan. Miejsce wyznaczono pod Ogniową Basztę, Wędrowne Sokoły. Stamtąd doprowadzą pod właściwe nabrzeże i wskażą barkę. W awanporcie Koma ruszam na szlak. — wycedził wolno Mestk.

— Zrozumiałe Koma… — szepnął ledwie słyszalnie, — … najlepsze są proste wybory. Zaledwie grodzian… Mruknął podchodząc pod wnękę okienną. Następnie zwrócił się do latarnika, który akuratnie powrócił z umownej lwiej kolacji. Była nim rzecz jasne wielka dysza, buchającą oliwnym płomieniem. Wymienił z nim parę słów, po czym dosiadł się ponownie przed Registra.

— Postaram się, aby przygotowano Tobie i towarzyszowi, godne powitanie w Plendar. Oczywiście po udanej misji. Kto wie? — spojrzał z powagą na latarnika. — Może i mi pora wracać do Irterii? Nie tylko z powodu uczuć jakim darzę krainę, ale i też, by pamiętna wygrana noc, zwyciężyła i w końcu dzień. A względem Ciebie, cóż… Niekta by mi nie wybaczyła, gdybym nie ugościł Cię w Plendar. Trudna wyprawa przed Wami, uświadomić Ptaramów o skutkach i zamiarach Glendii… To zadanie niebywale karkołomne. Tylu dygnitarzy od lat próbuje nawiązać konstruktywny dialog… Kto wie? Może Rada znalazła sposób, aby wniknąć ortońskie zatwardziałe struktury. Nieprzystępni niczym ich skały, opierając się i bazując na dawnych, mglistych już umowach. Gdzie nikt nikogo nie kupuje, a wszyscy niby wolni, są na kiwnięcie palcem. Ziarnko domaga się drugiego ziarnka i tak uzależnieni od beneficjentów, tworzą przyszłościowe wizje i przeszłe życzliwe im legendy. To jest właśnie zguba Ptaramów. Ale pozostaw obawę… Dostałeś mapy, wskazówki… Najważniejsze zaś liczy się poselstwo. Mowę znasz, ważna sprawa, aby wiedzieć co święci się wokoło. Jeszcze dzisiaj roześlę wieści w Irterii o Twoim wejściu w irterską kulturową strefę. Właściwe osoby odnajdą i pomogą, abyś tylko szedł do celu, zgodnie z założeniem Rady. Na Orton zazwyczaj przechodzi się poprzez Bramę Kugres, inne szlaki są zgubne i zbyt niebezpieczne. W pojedynkę bez potwierdzeń, cztery sezony byś musiał przegadać z Górzanami, aby Cię przeprowadzono przez dziki Bredor. Natomiast Brama Kugres jest najstarszą enklawą dawnej zastałej kultury, zarówno w wymiarze dziejów, jak i względem walk o utrzymanie tożsamości. Relikt czasów, stąd i twardy upór. Żyją w górach, a są wśród nich mędrcy, strażnicy dawnych czasów. Otwierają bramę banitom, niepokornym rodsom, zagubionym wędrowcom o czystej intencji. Jest i też druga strona, są to Wrota Kugres. Oznaczają waleczne hordy plemion Górzan, wrogo nastawione do ościennych krain. Nie wiadomo, gdzie mieszkają, przemieszczają się i są nieuchwytni. Pojawiają się nagle i sieją spustoszenie. Twierdzą, że bronią stare zwyczaje i ludzi gór. Górale Bredoru to łagodny, pasterski lud, niemniej dzielą znój i trud w panującej sytuacji. Zaszedłem kiedyś w tamtejsze strony i dane mi było niektórych poznać.

— Południowa strona Bredor?

— Od Bordeu nic Ci nie grozi, chyba, że jakiś sprzedawczyk glendzki mógłby Cię wydać. Tak… — zamyślił się Kestel… — A gdybyś trafił przypadkiem do Glendii, krainy żelaza, musisz posiąść najwyższą świadomość i ostrożność. Lud krwawy i mściwy, opierający swą codzienność na podświadomości albo nadświadomości. Podświadomość jest poza rzeczywistością, a nadświadomość wykorzystuje wszelkie możliwe sposoby zdążając ku celom, stąd także traci wyrazistość i sens czynu. Wygrywając odczuwa stan porażki i klęski. Intuicja podpowie, co, jak i kiedy mówić. Gdyż pozbawieni uczuć, czytelni są w swych prostych ograniczonych postawach i płytkiej mowie. Należy też unikać nienaturalnego milczenia wśród towarzystwa, komplikuje i zasysa wewnętrzną operatywność. Wiele wędrowałem, parę osób spotkałem i co nieco obaczyłem. Nie były to sztuczne fasady i wykreowane aktorsko konwenanse. Komercyjne rezerwuary omijałem z daleka, a z treścią doznań i doświadczeń, dzieliłem się z wędrującymi ptakami. Dziś są tutaj, a z nowym wschodem słońca, mogą nieuchwytne wędrować gdzieś indziej. Zatem młody piechurze opuszczający trap łodzi. Podtrzymuj na lądzie sprawdzone więzi, niedowiarkom imponuj odwagą i uporczywością. Gdyby przyszło, jak wspomniałem, zapuścić się do Glendii, zabawić się musisz w niepozornego kameleona. Z proporcem i skandowaniem o poselstwie, za daleko nie dojdziesz. A i co ważne, wszyscy hołdują glorii bycia pierwszym i ważniejszym, chociaż faktycznie to mrzonki, fanaberie i mentalna niewola. Podtrzymują tenże stan dzięki niedostępnym do przejścia barykadom, i to właśnie jest ich istotny problem. Kraina składa się z siedmiu prowincji z własnym prawem i rodzimymi obyczajami. Granice strzegą straże stacjonujące w fortecach, bastionach. Grody szczelnie odgrodzone murem. Wolność przemieszczenia, sprawia spory chaos, ale i zarazem wiele korzyści. Istotny motyw dekoncentracyjny, aby się zbytnio nie zorientować w układach thodons. Wtopisz się w grupy wędrowców, kupców, rodsów lub żołdaków. Pełno ich wszędzie, lecz morale poślednie. Stolicą siedmiu prowincji jest Kafartau. Z dala od szlaków, bitewnych aren, charakter grodu przypomina po trosze stosunki panujące w Maeresii. Zapewne o wszystkim parokrotnie słyszałeś, pobierałeś nauki, lecz dobrze posłuchać życzliwego. Są dwie Beglendie, po stronie Irterii oraz na Ortonie, a pośrodku Brama Kugres. Stronią od siebie odwracając się wzajemnie plecami, która prawdziwsza i pierwsza. W rzeczywistości to kulturowe bufory Glendii i Bordeu oraz Grestaru i Chortu.

Stor zakończywszy mowę, oparł się o ławę. Podszedł do nich latarnik, słaniając głowę Kestelowi.

— Czas, musisz iść, ale nie obawiaj się, Latarnia Snorka widzi wszystko. Zawsze znajdzie Cię dobry Gohtya, odczyta szczerą intencje i wskażę dalszą drogę. Idź! Nie mogą czekać.

Stor z bólem odprowadził tak dostojnego gościa do wyjścia. Zauważył w jego oczach cząstkę dawnych rojeń i buntu. Niastki z Plendar o imieniu Nekta.


— Gdzie jestem? — Nekop ocknąwszy się, odruchowo dotknął obolałą głowę. Pamiętał nagły ból, krew na dłoni i zamglony widok trawnika. Obecnie znajdował się w ciemnym pomieszczeniu, leżąc na parcianych workach.

— Noc, dzień? — Rana na głowie z zakrzepłą krwią, wyraźnie potwierdzała ostatnie zdarzenie. — Dostałem czymś uderzony? — Zorientowawszy się, iż stracił sakwę, ostrożnie spróbował wstać.

— Jedno szczęście jestem cały. Ale gdzież jestem do Gordna? Worki? Brak okien? — nie zważając na ból, podjął próbę wydostania się z hałdy parcianych tkanin ku najbliższej ścianie. Albowiem ujrzał w czeluści nocy i skłębionego kurzu i pyłu, niewielki promień światła.

— Dzień? Światło lampy?

Pomieszczenie okazało się nieduże, a ściany zbudowane z desek.

— Czyżbym był w składziku, tuż obok spichlerzy? — Przechodząc wzdłuż ściany natknął się na drzwi. Niestety drzwi zamknięto.

— Kto mnie tak potraktował? Wrzucił na hałdę worków, jak zbiega, jakiegoś łotra spod ciemnej gwiazdy. Przecież pospolity rabuś specjalnie by się nie fatygował, aby mnie tutaj przywlec? Tak, jestem w składziku portowym… — spuentował Nekop. — Kiedyś wspaniałe miejsce na nocleg, a dzisiaj, z niewiadomej przyczyny, areszt. Uderzać, wołać o pomoc?

Nekop kompletnie zdezorientowany, usiadł z powrotem na skraj hałdy parcianych worków.

— Jeśli to środek nocy, i tak nikt nie usłyszy, w tej części prowizorycznych, drewnianych zabudowań portu. Należy przeczekać, ranek rozjaśni sytuację.

Położył się na tkaniny. Wsłuchując się w szmer nocy, czekając na świt, zasnął. Obudził go stłumiony krzyk Wirgiusza.

— Brać go! Niechaj i nasz znajomy, zazna wygód na przerobionej Epigonce. Wsadźcie w skrzynię i do schowka pomiędzy grodzie denników. I aby mi nie było ekscesów w drodze na łódź. Jakieś klepanie, piski i skowyty. Zrozumiałe?! Tam go wypuście z skrzyni. Ty jesteś odpowiedzialny Wryspin, aby podczas kontroli, naszym pasażerom na gapę, nie przyszła ochota na śpiewy i inne krzykliwe atrakcje. Wiesz co robić…

— Właśnie! — zawtórował Wryspin, — Za chwilę zwali się tutaj mnóstwo dokerów! Knebel, obwiązać kończyny i chyżo do sekretnego skarbca. Czeka tam już na niego, maereska księżniczka. Będzie im razem nader wygodnie. Ale teraz pośpij sobie troszkę…

Rozdział II
Prawdomówne źródła

Registrów łódź dopełniwszy procedur, wyposażona w prowiant około południa opuściła nabrzeże Maeresii. Umowę Rada Portes, zawartą z kapitanem Mestkiem, rzetelnie wypełniła. Dotychczasowy pierwszy oficer Jaro objął dowództwo na łodzi, pełniąc funkcję zarówno kapitana oraz nawigatora. Część załogi przejawiająca oznaki buntu, z wyraźną aprobatą zaakceptowała warunki. Cel był jeden, aby obrać z pełnym magazynem kurs wschodni do Registre i odebrać obiecaną zapłatę. Co miało nastąpić po przybyciu? Gdzie, z kim i dokąd porwie ich żywioł maryniacki, było rzeczą całkowicie niewiadomą. Aby tylko rozpostarte banki żagli łopotały na wietrze, a psotliwy Senoks omijał z dala łódź. Nowo mianowany kapitan Jaro zapisał w pokładowym dzienniku:

Wraz z dobierającym czwartym Niegnem, opuszczamy Maeresii. Łódź zaopatrzona w prowiant na około dwa Niegny. W południe opuszczamy port w Maeresii Dolnym. Kapitan Mestk mianował mnie na kapitana, pozostając wraz z nawigatorem Mintoszem w Maeresii. Decyzja dobrowolna. Stan załogi poza eks-kapitanem, nawigatorem oraz zbiegiem — niezmienny. Morale załogi w miarę dostateczne i na razie zadawalające. Log kursu — macierzysty port w Registre z postojem na wyspach w celu zaczerpnięcia wody.


Tymczasem barka Wirgiusza, cumowała w Dolnym u przyportowych dalbach. Oczekiwano na uzgodniony z Radą transport dwóch pasażerów po Bepore na Awanport Koma. I chociaż z grubsza odrestaurowana, nawet przemianowana na Epigonkę, przemalowana, tak Wirgiusz wolał chuchać na zimne. Gdy stoisz na widoku, niczym na talerzu, samoistnie rzucasz się wszystkim w oczy na krytykę lub pożarcie. Skrzypiące wręgi, kołyszący się może za nadto maszt, oznakowanie zbyt nie precyzyjne, zdziesiątkowany takielunek. Wszystkie elementy niepostrzeżenie mieszają się z mowę i estetyką portu i cumujących jednostek. A przecież nikt nie zamierzał zmieniać jakieś poplamione, połatane i brudne trykoty. Na poły zardzewiały, z wykwitami od soli hak cumowniczy. Nizać na szpule nowe liny z konopi. Zwisały sobie od zawsze, ale tak aby strażników portowych oraz kapitanat zbytnio nie absorbować. Od dawna Wirgiusz planował wymienić, wedle załogi, archaiczne, noszone przez barkę pstrokate barwy. Na przykład na błękitny lub biało turkusowe. Przed nowym kursem po wielu perypetiach w końcu udało się wymienić płachty na biało — błękitne, nowiusieńkie trzy kątowe proporce. Stare przekazano knechtom pokładowym, aby mogły posłużyć podczas czyszczenia barki. Dodatkowy powód, aby nie korzystać z cumy u nabrzeża, wynikał z natury usługowo — handlowej. Postanowił Wirgiusz przewozić pasażerów, a że wstępnie postawił na gapowiczów, osoby niewygodne acz prominentne, oddalenie od brzegu, idealnie wpisywało się w całokształt rejsu. Mawiał niejednokrotne na zaprosiny kapitanatu…

U nabrzeża kołysze keją, że hej, hej! Tłucze i chlapie od obijaczy, burty bym tylko pozdzierał. A tak i niesfornych kompanów ma się u dalb na oku. Na Bonca z nimi wszystkimi… — spluwał wówczas ostentacyjnie przeżutym, czarnym tytoniem na pobliskie pachoły, wzbudzając nieukrywany, lekki dysonans wśród kapitanatu portu.

Epigonka? W rzeczywistości była wysłużoną jednostką, mogąca odstraszyć niejednego kontrahenta. Sukcesywnie omijała doki naprawczo — remontowe, opierając swą żywotność na wiedzy i doświadczeniu załogi, znająca starą poczciwą barkę. Łatano, malowano, konserwowano, kierując się mottem: Dopóki się nie utopi, to przynajmniej rumple, ster, powinny być utrzymane w jak najlepszym stanie. I w zasadzie to wystarczało, rumple lśniły, ster manewrował, a proporce maniąco błyszczały nowością. Kadłub sukcesywnie odświeżano… a pozostałe elementy prowizorycznie utrzymywano w stanie używalności. Ba, zdarzało się, że w przypływie emocji i Kropel z Różowego Źródła, Wirgiusz planował wyprawy na pełne morze. Kontraktować z wyspami należącymi do Maeresii. Kończyło się jednak na kursach z Dolnego w Górny lub odwrotnie i rannym bólem głowy od nadmiaru obwieszczonych fantazji i dykteryjek.

Tym razem oczekiwano na pozwolenie kursu na graniczny Kanał Koma. Napięcie rosło. Raz obawiano się, zresztą jak zazwyczaj, wnikliwszej kontroli. Po wtóre balast w postaci dwóch, ukrytych pasażerów, mogły się nade wyraz skomplikować kursik. Skrytka, bądź co bądź, znajdowała się pomiędzy pokładami. Przemyślnie ukryta i bezpieczna, lecz w razie wpadki, mogłaby zniweczyć nie tylko początki nowego dochodu, ale i zniszczyć stare praktyki. Ciułał i dorabiał na czym tylko mógł, a że co zakazane jest w cenie, tak przemycał i sprowadzał przeróżny asortyment. W górę i w dół i na przemiennie. W zasadzie nie pytał o pochodzenie produktów spoza spisu lukowego konosamentu. Cel był prosty, jak najszybciej dopłynąć do Maeresii Górnego, zrzucić i załadować legalne produkty oraz wymienić zawartość ukrytej skrytki. Przyjaźnie nawiązywał stopniowo i rozumnie. Przykładowo odwiedzając karczmę Erazma, cieszący się wśród żeglarzy wielką estymą, pozyskał u morszczaków sympatię i szacunek. Poznał i wyższych dygnitarzy, dzięki koneksjom Erazma. Wystarczało, aby własne lewe interesy, w cichości pod okiem władz, umiejętnie prowadzić. Dowiadywał się o rejsach, wypytywał o morale urzędników, utrzymując dobre kontakty na średnio bezpiecznych postojach. I tak zacny karczmarz Erazm, zacni poznani morszczaki oszukani, wydawali się dla Wirgiusza, zaledwie pionkami wobec przebiegłej i cwanej strategii.


Dochodziła północ. W Maeresii w większości powygaszano lampy w maronach. Ciemno żółty blask od nocnych lamp, spowił opustoszałe uliczki, aleje i place. Delikatnie deszczyło wyganiając w suchy kąt, koty, bezpańskie psy, a także ostatnich bawiących się maruderów. Rozkoszujących się nocnym spacerem w poszukiwaniu odrobiny czułości. Niegn po nowiu, żegnał niedawne gromkie święta nad Deltą Bepore, stąd i pora wysoce daleka była od hucznych zabaw, biesiad. Czekano na ponowny apetyt Niegna, aby wtórować z nim przybierającą nocą jasność.

Dalece od życia grodu, były także myśli Mestka i Mintosza. Zdążali obaj w milczeniu na nocne spotkanie. Godząc się na czyjeś dobrotliwe mrzonki. Może nadświadomości? Gdzieś w dal w inne krainy, kultury. Czyżby szli donikąd? Urzeczywistniając jakiś, odległy, niejasny cel. Natura zaś dopowiadała psotliwie swój atmosferyczny scenariusz, tworząc złowrogi spektakl. Niepokojąca cisza bezszelestnie kołysała falujące drzewa, chylące się ku przechodniom długawymi gałęziami. Szumiasto deszczyło. Nie niebie dryfowała całkowicie bez ładu, flota siwo-czarnych obłoków. Krzyżowały się wzajemnie, wymijały, odkrywając co rusz zasypiającego Niegna. Zmęczony pełnią ukrywał się za wodniste pierzyny, wystawiając na przód lękliwe uliczne światełka lampionów. Zaglądały one poprzez zaległe w ciemności nieodkryte zakamarki podwórza, w pozasłaniane okna. Całość deprymowała, ale i przydawało odwagi.

Wybrany towarzysz Mestka Mintosz, usłyszał w Registre o jakimś tajemniczym posłannictwie Mestka w ostatnim dniu przed rejsem. O badawczych studiach nad kulturą, dziejami Irterii, realizowanych przez Mestka wiedział. Z miłą chęcią uczestniczono w prywatnych lekcjach, na które zapraszał kompanów Mestek. Spotykał się także w porcie z morszczakami, intensywnie gromadził informacje związane z drugim brzegiem Portes. Lecz wszyscy wiedzieli, Niekta urodziła się w Irterii, kultywowała kulturę własnej ojczyzny. Stąd zainteresowania Mestka stały się rzeczą normalną. Ot i może wzmocnione hobby. A i Mestek dowiedziawszy się o jakim zadaniu, paręnaście dni przed rejsem do Maeresii, był chłopięco zaskoczony. Niespodzianka? — domniemał. Im bliżej byli Maeresii, Mestk spoważniał, milczał a źrenice osnuła intrygująca głębia. Tak sukcesywnie postrzegana, kurtuazyjna wizyta, paręnaście spotkań i powrót przed sztormową porą, ewoluowało w nieznane. Odwiedzić rzekę Bepore, opiekunkę tamtejszych plemion, odchodziło na dalszy plan. Mestek co raz częściej cytował fragmenty z dziejów Lostora, podróże Księcia Tsentora z Trasto. Przywoływał wnikliwe opisy przyrody, zwyczaje i wierzenia ludów Irterii, Sterii. Podczas długich grodzianów na kasztelu, czytywano badawcze zapiski czcigodnego Techresa z Ganest Samtansaru. Nieustannie operując mową irterską, opartą na licznych lokalnych dialektach, przekazanych przez Niektę. Dolne Maeresii miało odpowiedzieć na rosnący niepokój związany z jakąś misją, a zaszczepiony przez Radę Portes w Registre.


Na miejsce spotkania pod Wędrownymi Sokołami, przybyli dokładnie o północy. Stamtąd na wyraźne życzenie Mestka, za namową Kestela, drogą nieznacznie okrężną podeszli pod Stykówkę. Przewodnik nie protestował na kwadrans rozmowy, na wzgląd renomy jaką cieszyła się Stykówka. Port był na wyciągniecie ręki. Przezorny Kestel, zalecił także, aby ominąć odkrytą promenadę i przejść niezauważenie w okolice dalb plażą. Sztucznie stworzona wielka łacha, dochodząca poprzez liczne kaszyce aż po tereny portowe. Tamże, na równi z ostatnim portowym sygnalizatorem w postaci pływającej boi, oczekiwać miała niewielka portowa łódka. Miała ich zabrać i wypłynąć ku dalbom w pobliżu wysepki Pordes. Miejsce postoju barki Wirgiusza. Nią, jeszcze porą nocną, miano przepłynąć Stary Kanał Portu, minąć doki usytuowane naprzeciw maronom i skierować się na Kanał Koma. Wedle planu powinni zameldować się na pierwszej śluzie około świtu.

— Jest i ona… Czekają… Według mnie jest ich trzech… — od niechcenia wyrzekł Mestk, — Ciekaw jestem, cóż z tego wyniknie? — poprawił na sztorc solidny kołnierz kapoty, chwycił mocniej pasek od sakwy.

— Obawiasz się? Czyżbyś komuś nie ufał?

— To nie obawa… ale i też nie ufność. To rozsądek. Ufność jest mało konstruktywna, płocha i ulotna… — błyskawicznie przerwał eks-kapitan druhowi. — I aby się w miarę zorientować na jaką deskę weszliśmy… rozsądnie się zdystansujmy. Rozumiesz Mintosz? Pytania ostaw na później, wszystkiego się w porę dowiesz.

Podchodzono ku wyznaczonej boi. Jawiła się na tafli morza w swych pstrokatych barwach do wynurzającego się jakiegoś potwora z głębin. Fale okręcały boję wokoło, rzucały na strony. Raptem niknęła pod wodą, aby nagle z całym impetem wyskoczyć wysoko ponad wodę. Zatrzymana dzięki stalowemu łańcuchowi, wyrywała się uniesiona ponad wodę, aby z powrotem dać się ująć w ramiona falom. A kapryśna noc hulała beztrosko od morza po senne uliczki z gasnącymi lampionami. Okraszała napotkanych nocnych marków, gęstymi kroplami deszczu. Tańczyła z wiatrem, upojona księżycową wolnością. Wszystko za przyczyną dezerterującego Niegna i wzbierających się coraz ciemniejszych, ciężkich chmur. Siąpanie przerodziło się w rzęsistość, aby zapowiedzieć zbliżającą się ulewę. Fale postawiły pieniące się wodne żagle, szumiąc wysokociśnieniowo zwiastowały Portes, niezapowiedzianą gościnę Bonca i Senoksa. Wielbicieli sztormów i szkwałów na Dworze Weadrunsa.

— Widzę wyraźnie, jest ich trzech… — powtórzył Mestk. — Ale zdaje mnie się, jest między nimi i strażnik portowy?

— Zrozumiałe, przecież, działają na polecenie Rady Portes? — podejrzliwie odrzekł Mintosz. — Ależ się narobiło… tyle biernego czekania, aż nagle wysłano nas, aby spotkać się z sztormem? W środku nocy, wypływając łódeczką, gdzieś hen pod kaszycę z dalbami. I do kogo? Szmuglerze i kanciarze maeresscy. Mogłaby się Rada postarać o przyjemniejsze zaokrętowanie? Mestk, czy aby nie wpakowaliśmy się w jakąś kabałę?

— Jest strażnik… pora bezpieczna. Wszystko się dowiesz Mintosz, na spokojnie… Hola… — Mestk stanął, prowokująco zlustrował prowadzącego z ramienia Rady. Po czym zwrócił się szeptem do przewodnika. -… lecz to jakiś urzędas w pełnym wypolerowanym rynsztunku.

— Zawdzięczacie konwój na Koma dzięki Erazmowi. Strasznie upierał się i nalegał, aby dołączyć na pokład urzędnika służb portowych. Podejdziecie do łódki, która przewiezie na barkę… Powodzenia…

Meares ukłoniwszy się Registrom, zwyczajnie odwrócił się i ruszył w stronę grodu.

— Nie tak miało być?

— Zaskoczony? Mestk podejrzewasz Radę czy morszczaków? Tylko nie mów, że wrabiają Cię, a właściwie teraz już nas.

— Skądże znowu, tylko teraz ciszej i ostrożnie. Rada zapewniła, że terenie Meresii nic nam nie grozi… — szepcząco Mestk przerwał Mintoszowi. — … tyle że, nie było mowy o formalnej procedurze. Licho zna, cóż odpowiedzieć na niewygodne pytania. I w dodatku barka z wieloma niewidocznymi epitetami wypisanymi na burcie. Szmuglerzy z wsparciem od gór światka lub półświatka Meresii. — Mestk spojrzał przenikliwie na niedawnego nawigatora.

— Wyprawa jest ściśle poufna. Dlatego zastanawia, czemóż Erazm tak nalegał, aby dokooptować pogranicznika?

— Słyszę, że nabierasz eks-kapitanie co raz większej odwagi oraz ciekawości. Dobre i to…

— Sza… — szepnął Mestk, — gdyż zbliżając się do łódki, dało się usłyszeć co wyraźniejsze odgłosy rozmów. Prym o dziwo trzymał wspomniany urzędnik.

— Prędzej, pora wchodzić na Stary Kanał. Stykówka ponagla… — zawtórowały także nakazowi błyszczące emblematy oraz guziki munduru.

Łódka z dwoma morszczakami przy dulkach z wiosłami, momentalnie po wejściu Registrów stanęła z obciążonym dziobem na falę. Sztorm wzbierał. Na wschodzie spowite czarne niebo, łączyło się z ciemną otchłanią wód, białymi nićmi błyskawic.

— Wszystkie formalności… — urzędnik spojrzał na zbliżający się spektakl zafundowany z nieba,

— … przeprowadzę na desce. Nadciąga sztorm, stąd mogą nas nie wpuścić na Dolny Kanał i Koma. A mnie nie praży, abym z Wami spędzał parę dni w dalbach. Inne i ciekawsze posiadam plany. Smible na Starym Kanale powiadomione czekają, a z tego co wiem, wielce są niecierpliwi i nie lubią maruderów. Porozmawiamy na wodzie.

Niewielką łódkę po siłowaniu się z wrastającą falą nagle spotkała miła niespodzianka. Nurt okalający Wysepkę Porde złagodniał, choć wciąż niemiłosiernie deszczyło. Dzięki umiejętnościom i krzepie wiosłujących, sprawnie podpłynęła pod prawą burtę średniej wielkości barki. Zakotwiczona między dwiema kaszycami, sprawiała wrażenie mitycznego statku — widma, wyłaniający się w czeluściach i oparach nocy. Wytrawni żeglarze Mestk z Mintoszem wymienili spojrzenia. Gdyż dało się zrazu spostrzec, w bezksiężycowej nocy i sporej ulewie, że poznała niejedno pokolenie szkutników. Skrzypiało we wręgach, u masztów, sprawiała wrażenie, że jest zaledwie kwestią czasu, gdy rozleci się w drobne kawałki. Mestk uśmiechnął się do przerażonego stanem technicznym, Mintosza. Widać idealnie była dobrana na rejsy pomiędzy Górnym a Dolnym Maeresii, aby się zbytnio nie wyróżniać. Co ważne w całym tym nocnym galimatiasie, była w pełni zaokrętowana. Mizerne światełka dobywały się z kubryku i na prowizorycznym kasztelu. Wraz z przybierającą falą, raczej odzwierciedlała kołyszącą się niemrawo ogromną, starą zapomnianą kołyskę. Służącą u nabrzeży za atrakcyjną tabernę. Spuszczono plecioną drabinkę. Wioślarze popłynęli z powrotem na brzeg.

— Ach, gdyby teraz był z nami Kestel, — westchnął Mestk, obaczywszy pierwsze, powitalne brodate ukłony. — On by się w lot rozpoznał w sytuacji. Tyle o nim powiedziano. Ale to piechur lądowy i z dala omija deski pokładowe. A zresztą… — odwzajemnił ukłon i w grzeczności pośpieszył z pomocą urzędnikowi. Widać nie wprawiony dostatecznie pogranicznik, z mozołem i trudzie wspiął się po drabince, pokonując kolejną przeszkodę jaką stanowił drewniany reling.

— Jesteśmy… — skwitował oględnie przyglądającym się morszczakom, po czym jak najrychlej schował się przed ulewą w kubryku. — Nie ma co zwlekać Mości kapitanie. Stykówka sygnalizuje, że droga wolna. Wszystko przygotowane, wpływamy na Kanał Dolny. Płynąć! Za Stykówką, mam nadzieję, sztorm tak nie kołysze. Tamże załatwimy pierwsze formalności.

— Z tego co mi wiadomo, umowa była o jednym pasażerze… — zaskoczony śmiałością, Wirgiusz podążając za urzędnikiem, scedował mrukliwie.

— Zgoda wachmistrzu, pozmieniały się widać plany.

— Kapitanie. — poprawił maerskiego urzędnika Wirgiusz.

— Niech jest i kapitan, płynę z Wami tylko na Koma, toć mi wszystko jedno. Tylko u licha, dajcie coś ciepłego do wypicia i suche koce. — odpowiedział błyskawicznie urzędnik maereski, rozkładając bezradnie ręce. Woda ciurkiem spłynęła z mankietów.

— A może znalazła by się i pusta kajuta na międzypokładzie.

— Przygotowaliśmy dla Was kasztel… — mruknął w swoim stylu Wirgiusz.

— A więc idźmy.

Wirgiusz skinął głową ku stojącemu obok Brodaczowi — Wryspinowi, aby zaopiekował się gośćmi.

— Marne warunki, wygód nie uświadczycie. Mowa była o jednym pasażerze, ale myślę, że się pomieścicie. Niemniej, jeśli Wam tak śpiesznie wpłynąć na Stary Kanał, to radziłbym się prędko wstawić na mostku. Ułatwi wjazd i umniejszy ceregiele, którymi nas notorycznie zamęczacie.

— Wam nie spieszna? — skierowawszy się za Brodaczem, urzędnik skitował żartobliwie. — Pierwszy raz słyszę, aby kupcom czasu w nadmiarze…

— Z Senoksem i pogodą nie zadzieramy, ale umowa to umowa. Jednak dziwi mnie… — Wirgiusz podjął z sarkazmem ton urzędnika. — …, że Wam pogoda sprzyja, a na smiblach i latarni spójna zgodność. Jeśli o mnie chodzi… chętnie bym się pohuśtał bezpiecznie, tutaj pomiędzy kaszycami.


Barka opuszczała cum u dalb, kierując się w siarczystej ulewie w stronę Stykówki na Stary Dolny Kanał. Żagle w połowie jękliwie łopotały w takt szalejącego wiatru. Wszystko i nic dopominało się o postój, aby przeczekać, aż rozkołysane sztormem morze, zauważy forsującą fale barkę.

— Banderę wciągnijcie! Noc nocą, ale ktoś w takiej pogodzie może w portki narobić i nie przepuścić. — urzędnik przekazał banderę portu, dające pozwolenie na przepływ. — Miło mi, że to właśnie mnie przypadła rola, bym przeprowadził rutynową kontrolę. — zwrócił się życzliwiej w stronę naburmuszonego kapitana Wirgiusza. — W Awanporcie na Koma… Jeśli wszystko zagra? Opuszczę Was, nie obawiajcie się, daleko mi, abym wybierał się w górne rewiry delty. Ale stosownie wedle prawa, przekażę kolegom po fachu.

— Nic szczególnego… Nie pierwszy raz łajbę prowadzę? — burknął ponownie Wirgiusz, — Jestem nader kontent, kiedy układa się wszystko zgodnie z umową. Ale u mnie… jeden to nie dwa.

— Jeden płynie od nas, ot taka mała podwózka. — zareagował momentalnie urzędnik. Narobiło się chłopczysko… a przecież nikt nikomu wygód nie gwarantował. Pomieszczą się… Chyba że…

— Niech płynie! Gdyby im jednak było za ciasno, gdyż to przerobiona na kasztel stara komórka na magazynująca wcześniej wodę. To zapraszam do kubryku. Miejsc siedzących pod dostatkiem. No cóż… — burknął Wirgiusz. — Wietrzysko ustaje, a Stary Kanał łagodnieje. Barka jest do Waszej dyspozycji, możecie Waszmość sprawdzać.

— Gorący jesteś kapitanie… Zdążę, przestanie kołysać, słoneczko zaświeci, wówczas zajrzy się w grodzie. Konosament się sprawdzi, glejty, czy aby ktoś nie lawiruje pod innym szyldem. Papiery przewozowe się zrachuje z wypornością. Potrzebny mi jedynie lukowy i załatwi się co się należy. A jak wspomniałem, w awanporcie na Koma znikam… Waść kapitanie.

— Zatem bawcie się przednio, nie przeszkadzam. Lukowego podeślę… — Wirgiusz dał znać sternikowi, aby kierował się na kanał Koma.

— Zostawiam Was z sternikiem, smiblerzy widać wszyscy dzisiaj zgodni. Jestem u siebie… A pozwólcie… — Wirgiusz przystanął w drzwiach, wyciągnął dłoń. — … abym się przedstawił, zanim przyjdzie się nam pożegnać. Na Koma, jeśli nie pojawią się nieprzewidziane postoje, sztorm nie ześle Senoks, to zaledwie chwilka. Nazywam się Wirgiusz, a znajdziesz mnie na między pokładzie. Wystarczy skinąć na któregoś z moich nicponi. W ciągu dnia Waszmość, w większości bywam na mostku razem z sternikiem/nawigatorem.

— Zatem kasztel i kubryk od teraz należy do nas? Nazywam się Godziw…

— Goście się, miejsca sporo…

Potrzęśli w twardym uścisku dłonie, wpatrując się głęboko w źrenice.

— A jeszcze jedno… Bądźcie czujni, aby nie wynikły dodatkowe problemy z smiblami na Dolnym. Noc nocą, ale różnie bywa… sternik do dyspozycji. Żegnam po świtający gong.


— Obudź się! Kimkolwiek jesteś! Obudź się!

Głucha cisza ponownie wypełniła ciasną gródź na barce. Panował półmrok. Zaledwie cienkie promienie światła, przypominające świetlane miecze, sporadycznie poprzez wąskie szczeliny, penetrowały na krótko pomieszczenie. Prędko one gasły, tak że pomieszczenie stanowiło wciąż nieodkrytą materię. Jedno było wiadome dla niastki maereski ulokowanej potajemnie w grodzi, że przybywa w niej druga osoba. Osoba nieprzytomna. Momentalnie, gdy tylko zatrzasnął się za nią luk, starała się przywołać do świadomości nieznanego współtowarzysza. A więc nie była sama uwięziona. Fortunnie lub z przypadku, odpowiedzieć miał najbliższy czas.

Ukryta gródź Wirgiusza, znajdowała się pomiędzy pokładem magazynów a dennikiem z układem rumpli. Skrytka, schowek, będący centralnym źródłem dochodu barki. Rutynowe kursy z Górnego na Dolny lub na odwrót, luki magazynowe, stanowiły jedynie przykrywkę na szmuglowany towar. Liczyła się ukryta gródź. A różnorodność była przeobfita, znajdująca bezpieczną przystań w skrytce Wirgiusza. Sprzedawał, sprowadzał niemal prawie wszystko cóż mógł wziąć na pokład i obrócić w geldony. Priorytetem zaś był łatwy i szybki zbyt i natychmiast, potajemnie wypłacany profit. Nabywców nigdy Wirgiuszowi nie brakowało. Znał w Maeresii cały światek morszczaków, karczmarzy. Zastępy kupców, rzeszę rzemieślników, jak i wybraną wyższą śmietankę. Aczkolwiek od pewnego okresu, koniunktura na nielegalny przemyt i sprzedaż, znacznie się obniżyła. Powód upatrywano poza granicą Maeresii, patrząc spode byka na przemiany w Irterii, jak i na drugim brzegu Portes. Liczne archipelagi należące i kooperujące z Deltą Bepore, zalewały lokalny rynek tanim towarem. Krople z Różowego Źródła, stawały się produktem wyszukanym dla koneserów, szanujących tradycje i lokalne zwyczaje. Zaradny Wirgiusz i na to znalazł sposób. Zmienił rodzaj usług. Mianowicie, zaczął przemycać nielegalnie pasażerów. Z Górnego portu do Dolnego lub odwrotnie. A to jakichś typków spod ciemnych fonil, uciekających od czegoś lub kogoś. Osób, które najwyraźniej były niewygodne oraz same uznały o konieczności wyjazdu. Bywały i osoby szukające łatwiejszego życia z nieocloną i nieopodatkowaną u boku fortuną. Tych Wirgiusz gościł najchętniej, stąd ukryta skrytka, posiadała i pewne wygody, będąc całkowicie bezpieczna dla zdrowia. Planował za uzyskane geldony, rzecz jasna, gdyby uzbierał się pokaźny mieszek, zainwestować w mieszkalne marony. Porzucić ciężką orkę na kanałach Maeresii, osiąść gdzieś w pobliżu komfortowo. Ot, jedynie co mógłby dla przyjemności czynić na wodzie, to dla atrakcji gawiedź powozić po wodach Maeresii. Nabyłby ciut większą łódkę i starym utartym szlakiem od Górnego po Dolny łopotał bankami żagli. Od zatoczki wokoło Stykówki po okoliczne przybrzeżne wysepki. Urzędników w porcie poznał bez liku, smible kłaniały się w pas, tyle że, mieszek wciąż nie chciał podnieść wybrany obciążnik na wagowej szali. A więc dalej eksploatował Epigonkę niemiłosiernie. Doraźnie remontował, odmalowywał, zmieniał nazwy i kontynuował swój niecny precedens pod okiem strażników, władz, a nawet za wyraźną ich zgodą.


— Obudź się! — niastka szepcząc delikatnie potrząsnęła ramiona nieznajomego. — Obudź się!

— Cóż Tobie zrobiono? Słyszysz mnie! — schyliwszy się głośniej przywołała nieprzytomnego.

W końcu po paru próbach, zrezygnowana usiadła na podłodze opierając się drewnianą ściankę. Panował głęboki mrok, chociaż poprzez parę szczelin, między deskami ściany, wciąż pojawiały się trzy jasne promienie. Po krótkim czasie, zarysowały się kontury ścian, przedmioty w grodzi. Znajdowała się w niej prowizoryczna leżanka sklecona z desek, dwa sienniki. Stół i trzy taborety. Tuż obok, wprost na deskach, leżał nieprzytomny współtowarzysz niedoli. Z ledwo słyszalnym oddechem, mruczący pod nosem jakieś imiona, wzbudzał godną pożałowania litość. Była bezradna, nawet przydana woda z bukłaka, nie odniosła skutek. Wtem coś skrzypnęło i zazgrzytało. Pomieszczenie wypełniło się jasnością, aby nagle wraz z głuchym odgłosem, prawdopodobnie wraz z domknięciem drewnianej klapy, powróciło do wcześniejszego mroku. Była noc. Dało się też usłyszeć, zadzieranie siarką o draskę.

— Tylko mi tu bądźcie rozważni i zachowujcie spokój. A nic wam się nie stanie…

Nieznajomy osobnik, gdy rozświetlił lampion, zbliżył się ku komórce. Ponownie zapanowała miła i ciepła jasność. Był czas przyjrzeć się nieprzytomnemu współlokatorowi grodzi. Był to młodzieniec w marynackiej katanie i granatowym swetrze. Prawdopodobnie na co dzień pracujący w porcie lub imający się za pomocnika na jakiejś łajbie.

— Tylko mi tu bądźcie rozważni i zachowujcie spokój. A nic wam się nie stanie… — powtórzył gość z lampionem.

— Kim jesteś? — bijące światło kamuflowało wyraz twarzy.

— Dobre sobie?! Kim jestem? — odpowiedział ironicznie, acz z dość przyjazną barwą głosu.

— Cicho? Dobre sobie… Jesteśmy tutaj uwięzieni od paru grodzianów. Na domiar potrzebna jest pomoc… — rozpaczliwy głos niastki, rozległ się poza wydzielone pomieszczenie. — Jest ranny, potrzebna jest pomoc! Słyszysz!

— Cicho sza… — tym razem głos zagrzmiał niskim barytonem. — Tylko sza, a nic Wam nie zrobimy. Bądź rozważna Mała…

Następnie tajemniczy osobnik podszedł ku Nekopowi i zbliżył bliżej lampion. Twarz morszczaka znów nie została rozpoznana.

— Nic mu nie jest… Twój kompan smacznie śpi, zabarłożył pewnie sowicie wieczorkiem. Obudzi się pewnie za jakiś grodzian z bólem głowy.

— Nieprawda, on jest nieprzytomny. Daliście mu coś do wypicia! Dranie! Parszywe dranie! Jest i rana na głowie.

— Cichutko Mała… Puścimy was, ale w ramach grzecznościowych usług, musimy gdzieś wcześniej przetransportować. Może wiesz, gdzie? — zaśmiał się pod nosem morszczak, choć z wyraźną nutką zainteresowania. — No, chicho sza, Mała… a jak się obudzi, ten Twój kompan, to przekaż co usłyszałaś. Zrozumiane?

— Nie znam go… — rozpaczliwie kluczyła niastka. — Na wszystkie Lonce, dokąd zmierza ta uprzejma grzeczność?

— Nie teraz… oto jadło i bukłak wody. Starczy, gdyż kapitan ponoć zafundował Wam zaledwie przejażdżkę. — ponownie zachichotał, ale tym razem niastce.

— Drań, parszywy drań!

— Zrozumiałaś? Bądźcie cicho… Mała… — pozostawiwszy jadło i strawę, z wrodzonym widać ironicznym chichotem, opuścił gródź.

Rozjuszona bezczelną wizytą i zawiłą w konwenansach grzecznością, niastka usiadła blisko nieznajomego. Zaczęła mu zwilżać chłodną wodą usta. Tajemniczy zaś morszczak, po opuszczeniu grodzi, zasunął właz żelazną sztangą. Na powrót zawitały w skrzyni, trzy drobniutkie jasne promienie.


Trasa Kanałem Dolnym, zwanym też Starym, prowadzący nad Awanport Koma, przebiegł wzorcowo. Pogoda ustabilizowała się a sygnalizatory wzdłuż brzegów, zgodnie prowadziły nie stwarzając trudności. Łopocząca na maszcie flaga, przekazana Wirgiuszowi przez urzędnika Godziwa, proceduralnie potwierdzała zgodność rejsu. Świtało nad Morzem Portes, kiedy barka wpłynęła na akwen przed pierwszą śluzę. Tuż za nią, a przed awanportem znajdowała się kolejna spora zatoczka, służąca za cum dla łodzi, kierujących się wprost do portu w Górnym centralną aortą Bepore. Tamże kontrolowano ładownie, załatwiano ostatnie formalności urzędowe. Akwen służył także za miejsce przygotowań na wejście w zawiłą sieć szos wodnych w Maeresii Górnym. Sposobów, aby dotrzeć do punktu docelowego, było bez liku. Należało wziąć pod uwagę parametry jednostek, tonaż, lokalne urządzenia portowo — logistyczne, a także skalę dostępności kanałów oraz oczywiście aurę. Wiatr od gór zwane Korony Pięciu, wschodnie Modare — Senry, potrafiły splatać niejednej łodzi postojowego figla. Doświadczały i stabilne barki, wytrawne załogi, jak i sprawność takielunków. Na dodatek wiatry potrafiły się łączyć, mieszać, nastawać z naprzeciwka. Przelewały się wtenczas wody chaotycznie między kanałami, sprawiając nie lada kłopot żaglomistrzom jak i sternikom. A wiatr wirował w powietrzu przemieniając się w twardy mur nie zdobycia. Zbawiennym posunięciem dla jednostek pozbawionych mechanicznych pędników, był wówczas cum na niewielkich zatoczkach. Ot chociażby słynna wśród flisów Zatoczka Mylana, która niejedną barkę, łódź, uratowała przed roztrzaskaniem się nad brzegem Portes. A ilość nabrzeży w Górnym była wprost zdumiewająca. Niemal każda większa osada posiadała utwardzony brzeg z możliwością na cum i szansą na rozładunek. Wyposażone w dźwigi-żurawie, poruszające się mechanicznie na kołach.

Największy komfort znajdowały barki, wybierające postój na Jeziorze Mert. Przeogromne, sztucznie utworzone jezioro u wejścia do Górnego Maeresii. Pełniło role zbiornika retencyjnego rzeki Bepore. Albowiem rzeka potrafiła wpłynąć z Irterii, Modare-Samoros w Górny z niewyobrażalną mocą. Ilość wód, była w stanie niemal przelać się przez całe dorzecze Górnego w Zatokę Ducke. Nadmiar wód pochodził z terenów rozległej Krainy Samoros oraz zachodniej części ziem Modare. Kulminacja spiętrzenia następowała nader często przed Masywem Gór Flouke. Wówczas doświadczone poprzez wieki Maeresii Górne, umiejętnie kierowały wody do zbiorników oraz kanały bezpośrednio wpływające do morza. Największą poziomującą klepsydrą oczywiście było Jezioro Mert. Oprócz ogromu wody, Bepore w Górnym gościła co pewien okres spływ flisów z Irterii. Spławiano bale głównym nurtem Bepore, umocowane na wzór tratew aż po sam brzeg Morza Portes Jednym zdaniem, infrastruktura rzemieślnicza, system kanałów, rozliczne, gęsto zaludnione osady, wprawiały wielu odwiedzających w zdumienie. A morszczakom sprawiając wiele karkołomnych niespodzianek. Choćby pamiętny rejs Tsentora z Trasto, kiedy z dwunastoma Trastami, Rekinem i Zeksem, forsował kanały Maeresii Górnego.

Górny posiadał także rozległy port morski, trzy krotnie większy od Dolnego. Aparat logistyczny, mieścił się w szykownych maronsach, na pierwszych wysepkach u brzegu morza, połączonych zwodzonymi mostami.


— Na baseniku Koma zrobi się dłuższy postój… Wiesz cóż mam na myśli? — Wryspin niemo kiwnął głową kapitanowi Epigonki, mrużąc konfidencko powieki.

Świtało a na barce tętniło niczym w południe. Wejście na śluzę, wpływ na akwen, cum z przygotowaniem się do kontroli. Oczekiwano urzędników z awanportu Koma. Wirgiusz z Wryspinem opierając się o reling, niemo obserwowali zarys nielicznych budynków portu. Mglisty świt po nocnych deszczach, oplótł w całości akwen i okoliczne tereny. Sitocina, jak mawiano na przyległe zachodnie ziemie, oddawał nadmiar nagromadzonej wilgoci. Sprawny dotychczasowy przepływ, zdystansowana i opieszała postawa strażnika, wpłynęły na samozadowolenie kapitana. Panował spokój i względny porządek. Przed nimi był tylko rutynowy postój na redzie przed kolejną śluzą, małe dźwigniecie Epigonki i awanport Koma. Oby tylko cała wyszła z tej ciasnej komory śluzy. Jednak inna trasa nie wchodziła w grę. Rejs wzdłuż wybrzeża Portes, stanowił jeszcze większe zagrożenie oraz nieprzyjemności w Górnym porcie.

Zaadaptowany kasztel na kajutę, rzeczywiście okazał się niewygodny dla trzech pasażerów. Stąd Registrzy z Godziwem, większość nocnego czasu spędziła w kubryku. Po niedawnym remonciku prezentował się nawet dość okazale. Miejsca zatem było aż nadto, gdyż morszczaki rzadko opuszczali przydzielone stanowiska na łodzi. A posiłki woleli jeść na pokładzie lub wprost na kejach. Kubryk z urzędnikiem, Registrami omijano z dala, nawet nie próbując się zapoznać lub wzbudzić jakąkolwiek sympatię z asymilacją. Uznając nierozstrzygnięte u większości motto: — Kto tutaj starszy i kto gospodarzem? Liczył się wyłącznie enty z kolei, nie za długi w czasie kursik, obiecany zarobek i powrót na zasłużone leże u wybranek. A potem wygodnie czekać, aż Wirgiusz ponownie obmyśli złotonośny planik albo znajdzie jakichś ambitnych gapowiczów ku nieznanym lądom.

Obeznany zaś urzędnik, smakujący w życiu chleb z niejednego pieca, poznał się na wyjątkowej grzeczności u niektórych morszczaków. Potrafił być zrazu komunikatywny, wesoły, daleki od wścibskości, jednocześnie skrupulatny i wyśmienitym obserwatorem. Przepuścił barkę poprzez wszystkie smible, sygnalizatory, dając zgodę in blanco, na cum u Koma. Magazyny nawet nie odplombował, zerknął mimochodem na konosament w towarzystwie Wirgiusza. Spacerował po desce, będąc raczej zainteresowany leciwym osprzętem żeglarskim na łodzi. Sprytnie oczekując na reakcję kapitana i załogi. Dąsy i grubiańskie pozy, zdały się błyskawicznie odczytać.

Barka skrzypiała na wręgach, żagle darły naciąg, a pisk przebudzonych ptaków mieszał się z łopotaniem bander i trykotów. Dolno maereskiej z symbolem kupieckim oraz urzędu portowego. Czyżby unosiła się nad deską barki, jakaś intrygująco milczącą zmowa? Cisza na pokładzie bynajmniej była ni jak miód na zmysł słuchu urzędnika. Przecież sporadyczne odburknięcia i mamroty pod nosem, to nie jest oficjalny i proceduralny dialog? Urzędnik przewidział i taki scenariusz, albowiem o dziwo, nikt nic nie proponował, nie wychodził z inicjatywą. A przecież podejrzliwość lubi być przygotowana na różne okoliczności. Prawdę powiedziawszy, nie spodziewał się nikogo z kompanów, mających przybyć z awanportu. Rada pewnie i w tym zdołała ułatwić rejs Epigonce.


— Po śniadaniu, zapewne ten „Koloras” zacznie węszyć po grodziach, pukać, badać rysunki łodzi. Więc Twoim zadaniem Wryspin, a wiem, że znasz się tym nader dobrze, jest w stanie zaprzątnąć uwagę urzędnika i pomocnika.

— O to się nie martw, jak obaczy w świetle słońca burty… to… — zaśmiał się dziarsko brodaty Wryspin.

— Tylko nie przesadzaj… i nie o burty rozchodzi, widoczna jak Łysy Niegn nocą… Ale cóż myślisz, aby zastosować nie groźny fortel. Niech idzie o płetwę, ster. Rozumiesz? Alarmujesz, robisz wrzask, wywrzeszczysz się po wszystkie czasy na załogę. Lubisz to przecież robić z nienasyconą, puszczańską dzikością? Nieprawdaż?! Ale nie tak, żeby się nasza zacna ekspozytura na łodzi lub dręczyciele w awanporcie, zbyt mocno się przejęli. Gotowi są cofnąć kursik. Tak czy siak, ale im chyba bardziej zależy niż nam, żeby bezkonfliktowo śmignąć przez Koma. Jakoś mi pokrętnie kluczyli podczas uzgodnień. Ilu ja takich wiozłem kiedyś, to co jedną nogą byli już za granicą, a drugą zacierali trop za sobą. Ciągnąć sakwy z getonami i rosnącą, iluzoryczną sławą. Pamiętasz przecież ich Wryspin. — kapitan maeresów uśmiechnął się prze-kpiąco, patrząc nieustannie na zamglony Port Koma.

Nagle Wirgiusz spochmurniał i pojawił się twarzy, na stałe odmalowany przez rodzicielkę naturę, kwaśny grymas. Retuszowany cynizmem i ogólnym sarkazmem. Z kubryku kolejny raz od wczesnego świtu, wyszedł na spacer urzędnik. Rozbawiony, uśmiechnięty, postukał proforma parokrotnie w reling, jakby nie dowierzał w stabilność drewnianej balustrady. Szedł wprost na nich…

— Jest i On, a nie mówiłem? — kapitan barki zdobył się nawet na górnolotny odruch, aby odwzajemnić uśmiech urzędnikowi. Rozłożył ręce w witającym geście… — następnie burknął zwyczajowo do Wryspina.

— Wiesz co robić? Na sygnał zsuwacie drabinkę, stawiacie łódkę na falę i … grzebiecie się z tym sterem. Długo i fachowo. Rozumiesz?!? Przy okazji robicie spory zgiełk i szum. Kiedy powiem dosyć, na pokładzie, krzykliwie obwieszczacie, wymyśloną przez nas awarię. Następnie z glorią stwierdzicie, jak to wielkodusznie z poświęceniem, przy pomocy tradycyjnych narzędzi, odratowaliście barkę przed zgubną katastrofą. A co za tym idzie, nasze towary chwalebnie zdążające do Górnego Maeresii, na które czekają z wytęsknieniem rodziny dokerów i rzemieślników. Niech słuchają i wzbudzają podziw oraz szacunek.

— Ma się rozumieć kapitanie… Tylko niech mi się Scentek nie plączę w dyrektywach… On to by gotów z poświęceniem wskoczyć do wody i wynaleźć prawdziwą usterkę.

— Pogadam z nim… a teraz idź już, Twoja konfidencka gęba i poza może wszystko zniweczyć. Z daleka widać, żeś skłonny paktować byle z kim i o byle ochłapy. Skrzą Ci się ślepia, jakbyś wszędzie widział wrogów, zamawiając jednocześnie podwójny krwisty befsztyk. A do wody właśnie macie wskoczyć durniu. Nie pomyślałeś o tym? Zresztą nie ważne. No idź! — zamruczał Wirgiusz do brodacza Wryspina.

— Przepraszam, ale musieliśmy na osobności wymienić parę arcyważnych dyrektyw. Śluzy w awanporcie to nie przelewki.

— Tak… służba najważniejsza. Chociaż uważam, że akurat o przelewki rozchodzi. Tutaj więcej, a tam mnie… — urzędnik podając dłoń na powitanie, dał do zrozumienia Wirgiuszowi, że usłyszał polecenie kapitana, lecz kontynuował podjętą narracje kapitana. — W szczególności na Koma należy być ostrożnym. Raz podnoszą, w drugim opuszczają, a miejsca tyle u boków, że prawie palec nie wetkniesz. — urzędnik spojrzawszy na zarys awanportu, oparł się o reling i żachnął się cmokając ustami.

— Ale lubię tą krainę… Niesłychanie pełna kontrastów, różnorodności i zarazem absurdów. Gdzie ścisłość przeplata się z bylejakością a etyka lubi się brukać z niejasną przeszłością. Ale to jeszcze nic. Wszystko jest jakby święcie uzależnione od porządku, który wciąż zmierza do wiecznie nieuporządkowanego chaosu. Przedziwne, że potrafimy się w tym porządnie połapać. Pokolenia przechodzą, nastają nowe rządy, a mało kto chce pamiętać, gdzie się podziała istota wszelkiej praworządności. Ot choćby wziąć na kanwę — jedną z wartości jaką jest prawda. Prawdę powiedziawszy, trudno obecnie precyzyjnie ją zdefiniować. A cóż dopiero określić niosącą w zanadrzu treść. Jeśli my ją dzisiaj nie rozumiemy, cóż odpowie następcom przyszłość. Rozumiesz kapitanie w czym rzecz? — urzędnik oderwał wzrok od Koma i dobrodusznie spojrzał na Wirgiusza. — Istnieją przecież jakieś aksjomaty, zapisane w naturze człeka. A zdrowie opiera się na określnych wartościach? Bynajmniej, zawsze po katastrofie, można zacząć od początku.

— Dalekim morskim łukiem, mości urzędniku, przechodzą wobec tychże dywagacji. Podnoszę żagle i czmycham dalej, aby mnie podstępnie nie uwiodły Pesmy, ciągnące w otchłań toni. Aby do następnego portu, wymiana i hen dalej naprzeciw wiatrom. — Wirgiusz wyszczerzył pożółkłe zębiska od żucia tytoniu. — A prawda dla mnie to tyle, ile w kieszeni dźwięczy geldonów.

— Bywałeś kiedyś na morzu?

— Na morzu? — zaśmiał się Wirgiusz. — Z tą łajbą? Owszem, bywało się na Zatoce Ducke i między wysepkami.

— Stąd i zapewne Twój światopogląd… za dużo w życiu nie poznałeś.

— Tyle, abym miał władzę nad innymi, a nie żeglował sam ze sobą lub uciekał w sztorm od siebie. To jakieś niesprecyzowane widzimisię. Gdybym tak sobie mędrkował, to by mnie moja Starsza Maeresa nie wpuściła w maronę. — Wirgiusz wychyliwszy się za reling, splunął zjełczały tytoń na wodę. — Mów lepiej Waszmość, kiedy chcesz magazynki wertować i podrzucać. Noc przeszła bez szwanku i problemów, ale za dnia zagrzechotało u steru. Ale na spokojnie… zadziałają. Sprawdzą co trzeba i połatają. Więc czy istnieje realna szansa, że wpuszczą pod wieczór na Koma?

— Piękny ranek, tafla balansuje oleiście. Wprost idealna pora na nurkowanie. Niechaj działają… A czy wpuszczą? Czas pokaże… To nie polowanie wśród zwierząt, aby instynkty podsycać drapieżne. Barka stoi, bandera łopocze, żadne niebezpieczeństwo. No… — Godziw ponownie wpatrzył się w odległy krajobraz śluz i portu.

— No, i na czym to ja stanąłem kapitanie? A już wiem. Ustanowiono kiedyś, bardzo dawno stare prawa. A powiadają, że Kraina Maeresii, prosperitę zbudowała na fundamencie prawa. Oraz na podziale Dolnego od Górnego Maeresii. Dolny to port, handel i doki szkutniczo naprawcze, a Górny potęga rzemiosła i wewnętrznej komunikacji. Proste, a każdy kto przybędzie, dziwi się niepomiernie. Jakże to, Dolny ani gwoździka nie produkuje? Drugie prawo to nasz tyran i sędzia, jest nim precyzyjny czas. Mnóstwo baszt, wież, smibli i maron, a na ich murach, chronometr tykocze. A gadają co niektórzy w Amsardzie, że i każdy Maeres niebawem takiego sędziego będzie nosić w kieszeni. Tylko zaczekać. Straszą i ekscytują się zarazem. Po cóż kogoś wówczas obserwować, aby zdążył na przydzielone stanowisko. Trzaskać im będzie tenże chronometr młotem w kieszeni, rodem z królestwa Wisteapuda. Aż na smiblach i basztach we wstydzie, że odebrali ludziom wolność, własne szaty drzeć będą… A to tylko, takie małe tykanie. Zależność praw podobnie działa, iż jedno posiłkuje się drugim. System się naprawia z potrzeby laku, ale gdy jest praworządność. Tak powiadają… Chociaż… — Godziw tym razem odwrócił się i oparł plecami o reling.

— Twierdzą także, że mieszkańcy są łagodni, życzliwi i wielce gospodarni. Szanujący każdą własność. Jednak, gdyby spojrzeć z innej perspektywy, tylu napływowych ostatnio, że z gościną i zażylszą znajomością, raczej już trudniej.

— I po cóż takie dyrdymały głosić o poranku? Ach urzędniku, inny kłopot mam na głowie niż tykające miny w kieszeni. Eksplodujące podczas spóźnień. A tak w ogóle, świadomość stanu przewyższa wszelki ogólny po-nies. Ot, tak mi się wydaję. A co nastanie, niech się kłopoczą inni… Przecież nie godzi się popierać to, czego jeszcze nie widać, a co prowadzi nie wiadomo — dokąd.

— Racja… zaskoczyłeś mnie. Trasy w Maeresii czytelne i logiczne… Tyś tą łajbą, donikąd się nie zabujasz.

A że krew w Tobie buzuje niczym młode słoneczko, nigdzie nie ugrzęźniesz na mieliźnie. Uważaj tylko, abyś nie spłonął za prędko i rozbił o skały. A teraz… — poklepał przyjacielsko kapitana Wirgiusza, całkowicie skonsternowanego rozmową. — … czas, aby napić się herbatki i omówić szczegóły. Z tym, jak to trafnie ująłeś… wertowaniem magazynków. Przewietrzy się to i owo, zajrzy gdzieniegdzie. Gdyż pod wieczór, mogą rzeczywiście wpuścić na Koma.


Dochodził dziesiąty ranny grodzian. Barka wchodząc na tak zwany basenik przed śluzowy, ukazała rzeczywisty stan techniczny. Średniej długości o niezłym, wedle przypuszczeń, wyposażeniu socjalnym oraz techniczno-manewrowym. Począwszy od bukszprytu, mostek kapitański, kubryk po niewielki kasztel, prezentował się zadowalająco. Odpowiednie, na pierwszy rzut oka wkomponowane żurawiki dźwigowe, ułatwiające pracę załodze i dokerom. Relingi solidne, messa zaopatrzona w wyśmienity sprzęt o wysokiej jakości. Wszystko bynajmniej zaniedbane, pamietające dawnego, wysoce lotnego armatora. Ponieważ ówczesny kapitan lubił powierzchowność i skupiał się wyłącznie na odświeżaniu barki farbą żywiczną. Zatem, kto zbuchtował się na łajbę, od razu zauważał poukrywane mankamenty. Jednak, wymagano od niej, aby bezpiecznie się kołysała i parła na przód. Wystarczało. Nocne pośpiesznie zaokrętowanie Registrów, oszczędziło wizualny ogląd barki. Z jasną porą dnia, zaczęły wzbudzać szereg podejrzeń. Mnożyły się pytania u Registrów. Stopnień lojalności kapitana względem Rady Maeresii? Rola pośrednia urzędnika, który jakby wiedział więcej, niż w rzeczywistości powinien wiedzieć? Erazm, a być może i Kestel, maczał w tym macki? Zaistniała awaria i sposób podejścia do naprawy? A może przede wszystkim zaprzątała uwaga, jakiegoś niepoznanego dotąd poselstwa? Jakże był wdzięczny z wyboru Mintosza, który na prośbę zareagował szczerą do bólu odpowiedzią. — Całe życie planowałeś ekspedycję, stąd i mnie się udzieliło. A że osobiście nie posiadam bliższej rodziny, więc cóż mi szkodzi zaryzykować.

Wiary na powodzenie powierzonej misji, nie mogli jednak odnaleźć w żadnym zarysowanym aspekcie. Stali się sierotami ziem i kultury, które miano odwiedzić i przejść. Pionkami w grze jakichś poślednich dygnitarzy. Epigonów chcących załapać się na ostatni kurs przed mroźną północno — modarską zimą. Wyrzuceni z tratwy pośrodku mórz i oceanów. przed oblicze złowrogiego huraganu, naigrywającego się z wszystkiego i wszystkich.


Natomiast barka Epigonka cumowała na akwenie przed śluzą. Stanowisk, po nocnej burzy nad Maeresii, zbywało pod dostatkiem. Parę łodzi z Górnego, mocno przeładowane, zmierzające pod Dolne doki szkutnicze, znalazły cum u nabrzeża. Pozostałe kołysane łagodną falą, oczekiwały z dala od brzegu na kolej wpływu na śluzę. Zapowiadał się upalny i parny dzień. Słońce wirująco płomiennie, wschodziło wolno na swój co dniowy zaprzyjaźniony cykl z naturą. Jednak ciepło dnia w przedziwny sposób zmieszało się z nocną burzą. Znad okolicznych łąk, sitowia, nadciągnęły wilgotne masy powietrza, tak że czuło się intensywnie zapach nocnej ulewy.

Oleistość z łagodnością balansu wody, przeciągłe skrzypienie, zgrzyt barki, wzbudzały także intrygujący wewnętrzny niepokój. Niebo niebiesko błękitnie modre, dalekie jednak było od gniewnych gromów i dąsów Weadrunsa. Wydawało się poniekąd, że nietypowa burza nadejdzie skąd indziej, i to w całkowitej odmiennej materii. Mierziło absurdalnie niemal każde poruszenie, zdecydowanie też było za cicho. Czyżby okoliczne ptactwo nie odchowało dotąd piskląt? Niedawny kapitan Registrów przyzwyczajony do żeglugi na otwartym morzu, teraz jakby grzązł na mieliźnie. Wciągany bezwolnie w nieznaną cieśninę, smagany niewidocznym wiatrem. A w rzeczywistości muskał nade wyraz ujmująco delikatnie nastrój, chytrze sprowadzając ranne myśli na odległe, mgliste przestworza. Błękit nieba pragnąc urodzić lekkie w bieli chmurki, ścieśniał zawzięcie atmosferę, w nadziei, że doczeka się w końcu i sinoczarnych, napełnionych wodą cumulusów. Czyżby nadciągał skądś żywioł, który zniweczyłby przedsięwzięcie, na które w istocie nie mógł wyrazić sprzeciw? Samoistna zgoda z wykluczoną odmową? Tyleż przygotowań, aby doświadczyć pozorną banalność realizacji, czyjegoś planu i celu? Konsolidacji myśli i licho wie czego jeszcze? Niejasna misja z poselstwem, zakamuflowana w poznawcze wędrówki. Za dużo, stanowczo za dużo skomasowało się od paru dni, gdzie oprócz wody zabrakło i budzących błyskawic. A gdy zagrzmiało, zrodził się kontrast odległy, niejasny, odwleczony w czasie i przestrzeni. Czy poczułby się lepiej, gdyby trzasnęło tuż obok? Czy w ogóle komuś niszcząca, destrukcyjna siła, potrafi przysporzyć moc radości z zadowoleniem? Ego-spełnienie? Ego-strach? Ego-blamaż? Żywioł wydobywający się nadświadomości człeka, zdolny zaprzeczyć siłom stworzenia? Natura czy deformacja władzy nad życiem. Od zejścia z trapu, Mestek dzielił dzień na odpowiedzi i pytania. A przecież przyszłe snujące się rozmaite, prawdopodobne teorie, mogące być w udziale, kreował od wczesnego dzieciństwa. Brnął i teraz, w gęstej mgle dobywającej się z przygranicznych Sitocin, na krystalicznie, wyidealizowane stany samozadowolenia. Aż nieoczekiwanie nieomal cały akwen zdominował krzyk Wryspina. Znaleziono ponoć jakąś ważną usterkę…


— Morszczaki Wirgiusza planują jakiś szwindel. Wywołano sztuczną awarię, a zobowiązani są wpłynąć do awanportu jeszcze dzisiaj późnym południem. Cóż za przedziwne posunięcie? — Urzędnik po rozmowie z kapitanem, spotkawszy się z Registrami, nie mógł ukryć zdziwienia.

— Oni chcą sprawdzać nas, a przecież jest diametralnie odwrotnie. Niesamowite?! Ciekaw jestem, kto na łajbie klepsydrę pokrętnie obraca lub trzyma w poziomej pozycji? — uśmiał się Godziw, skrycie zadowolony z obrotu spraw.

Wszelkie matactwa po stronie załogi, po części były nawet po myśli. Uwikłani w swój chytry plan, nie spostrzegą powiększający się okrąg wglądu. A wtedy On, mógł zrealizować drugi cel wejścia na pokład. Owszem, zapoznał się z dyrektywą Rady Maeresii, priorytetowa, ale próbował także rozwikłać powód zniknięcia młodej niastki i gońca portowego. Poszlaki prowadziły na Epigonkę. Nie mając za dużo czasu do stracenia, postanowił działać zanim wpłyną na kanał prowadzący na śluzę. Tak, ażeby ofiara, nie musiała się tłumaczyć i odpowiadać za to, …, że została podwójnie skrzywdzona. A w porcie z posiłkami, zajrzy się tu ówdzie.

— Zgodnie z zapowiedzią, przed nocą powinniśmy opuścić Koma.

— Termin to termin, ale gdzież tak śpiesznie kolego zza Portes. — urzędnik przyjął inicjatywę, znając plan Registrów. — Obie strony porosłe sitowiem, za nimi podmokłe łąki, a od zachodu na domiar zaczynają się granice z Krainami Jezior, Modare i Samoros. Jeśli śpiesznie Wam na Jezioro Mert, zaczekajcie cierpliwie. Jeszcze troszeczkę przyjacielu. — na wyraźne zmieszanie się Mestka, urzędnik łagodnie dopowiedział. — Jednak nie zamartwiaj się na zapas, opuścisz łódź, kiedy żywnie się spodoba. Gdzież mi płótno zniżać, obwieszczać panikę i siać zamęt wśród załogi. Jakoby łódź tranzytowo bez zgody na zejście. Chaos lubi sam się porządkować, tylko trzeba czasu i porozmawiać z tymi, którzy wszczęli chaos. — Urzędnik popatrzał spod byka na Mestka i Mintosza, — A teraz idę rozpytać się wśród nad funkcyjnych o prawdziwy stan łodzi.

Zaledwie, gdy pojawił się na desce, wychodząc z kubryku, natknął się na Wirgiusza. Stał na dziobie, z ciekawością obserwując ślamazarny ruch na śluzie.

— Jesteś Waść, — pykając fajkę trzymaną w zębach, wycedził niedbale.

— Chyba spotyka nas po raz wtóry szczęście… — mruknął kapitan, — … cały ruch zabrnął zapewne na Kolemesty do Irterii.

— Szczęście czy pech, trudno oszacować, albowiem u mnie uszy od dawna miodem zalane. Gdyby szły na abordaż i tak bym usłyszał… coś w rodzaju skrzypnięcia w rumplach. Już jako knecht, lubiłem mieć zawsze blisko pasiekę. — cmoknął cybuch, aby rozżarzyć skruszone liście tytoniu. — Ale mości urzędniku, jakoś nie słyszałem ostatnio o rejsach po Bepore do Irterii. Ciekawe czemóż? — spojrzawszy na śluzę, pyknął siarczyście machorę, wypuszczając kłębiasty biało — szary obłoczek.

— Ale awarię usłyszeliście?

— Gdzież tam… powtarzają się zgrzyty i łomoty nieustannie. Wyróżniająca cecha Epigonki oraz moich szczęśliwych snów. Wtedy doprawdy odpoczywam, gdy słyszę łomot od poczciwej barki. U pierwszego armatora też lubiła już pogruchotać, a jestem z kolei czwartym właścicielem tejże łajby. Źle sklecona na początku? Układ sterujący wadliwy? Sam Bonc jedynie zna odpowiedź, ale bądź co bądź idzie do przodu. Czasem stęknie, ale ma ku temu prawo, prawie dwukrotnie starsza od nas. — Wirgiusz kolejny raz połączył się poprzez kłęby szarego dymu z otaczającą mglistą pogodą.

— Któż by cały mechanizm starał się wymienić. — następnie zasępił się na moment, mlasnął ustami. Wziąwszy cybuch w dłoń, zerknął na reakcję Godziwa. Osobę, która raczej nie wyglądała na kogoś, która oczekuje na jakiekolwiek potwierdzenie.

— Ale chłopacy zabrali się do roboty i sprawnie im idzie.

— Jeśli wziąć na uwagę zuchwałe okrzyki, to myślę, że macie racje mości kapitanie. Fachury…

— Odrzućcie obawę, nasz sternik zdoła wymanewrować choćby za pomocą bumsztaków. Aby pierwszy raz staje na grzędę śluzy? Kłopot wynika z tego, że niektóre moje łachudry, smar sprzedają za Igliwkęr w porcie. Pędzą szalbierze to świństwo po dokach i halach, tran z igliwiem mieszają. A oliwa po jajecznicy raczej słabo udrożnia rumpelki.

— I tyleż?

— Tyleż… i proszę się nie martwić o stan techniczny łodzi. — odburknął ponownie Wirgiusz, kątem zerkając po raz drugi na urzędnika. — Powiedźcie mi lepiej, kiedy wreszcie chcecie sprawdzać ładunek? Podczas przeprawy przez awanport, nikogo nie wpuszczam do ładowni. W istocie, troszkę huczy i łomocze po burtach. Ale cóż, kontrahenci w niecierpliwości czekają. U mnie umowa to rzecz święta… Wszak sam wspomniałeś o starym dobrym prawie ustanowionym w Maeresii. Mój dyskurs względem wcześniejszych pytań, opiera się na łagodnej perswazji z respektowaniem praw. Zresztą nieraz stanowi dobitny asumpt w dywagacjach. Potrafi zatrzymać galopujące po kodeksach i paragrafach stado, ku upragnionemu wodopojowi. Pierwej idzie wolno, ostrożnie w drugim podejściu mkną nader szybko. Powód? Czyżby znajomość tras, raptem krótszy dystans? A może poprzez poganiających drapieżców. Przeróżnej postaci, płci oraz jakości. A więc kiedy?

Urzędnik Godziw pokręcił nieznaczne głową, przetarł dłonią policzki. Masz i los… kapitan zabawia się w dyplomatę i zarazem miernego gracza na mandolinie.

— Ach… — Godziw pomyślał mimochodem. — Ileż to razy musi jego niebiańska cierpliwość, konfrontować się z prze-cwaną naturą drobnych rzezimieszków? Którym wszystko kojarzy się z jakimś niejasnym dobrem, we względnym proficie u wybrańców. O nieźle, czyżby ten znany w we wszystkich portach, zafajdały Wirgiusz, urósł do rangi magnatów z czarną aureolą. I jeszcze wpatruje się usilnie we mnie, oczekując miłej dla niego odpowiedzi.

— Skądże znowu, kapitanie… Nie przyszło mi nawet na myśl, aby w południe babrać się w tych epigońskich lochach. Na pokładzie zgiełku ni jak przy dokach szkutniczych czy parowych monstrach. Pogoda wyciska ostatnie poty, a wodę można pić prostu z otaczającej mgły. Podajcie jeno oryginalny konosament z pieczęciami, abym mógł stosownie przygotować należny dokument. Strasznie nie znoszę tej parszywej, zakurzonej robótki na dole. Z lampą, papierzyskami u boku. — Godziw pokręcił z dezaprobatą głową. — Mam nadzieję, nie podeślą w takiej pogodzie elewów z awanportu.

W tym czasie kanał śluzy powrócił do pierwotnego, niskiego stopnia uskoku wody.

— Pewnie za moment posadzicie swą kurkę na grzędzie. — Godziw wskazał głową na otwierające się wrota od basenu śluzy.

— Nieuchronnie, niebawem posadzi się, jak żeś Waść stwierdził, barkę na wodnej grzędzie. Na razie nikt się nie kwapi przywołać a i sygnałów brak. Zatem przepraszam… — kapitan Maeres dygnął pośpiesznie urzędnikowi, po czym skierował się w stronę schodów na międzypokład.


Zdenerwowany rozmową Wirgiusz zaledwie, gdy zszedł pod podkład, napotkał Scentka. Buchał wściekłością i jadem na wszystkie strony. Walnął kilkakrotnie w gródź, po czym nakazał nawigatorowi pójść za nim. Po wejściu do niewielkiego pomieszczenia z magazynowaną wodą, zaczął ponownie krzyczeć. Niczym niezrealizowany propagandzista na sofoli przed sjestującym ganest.

— Trzymaj mnie Scentek! Cóż On sobie wyobraża! — ponownie uderzył otwartą dłonią o ściankę grodzi. — Wyrzucę Kolorasa za burtę! Na Bonca i Senoksa w morskich sztormach! Poważnie to zrobię Scentek!

— Uspokój się! Hej… Chcesz, aby za moment nadleciała cała załoga razem z Registrami. A Godziw ściągnie z awanportu posiłki? — chwycił za ramiona Wirgiusza, — Opanuj się, za chwilę zrobisz sobie krzywdę a nie jemu… Mów lepiej co się stało?

— Wyobrażasz sobie, że ten żółtodziób w końcu usłyszał jakiś zgrzyt i łomot na naszej łajbie. I jak sprawnie ocenił: Sądzę, że to odgłos od drążków sterowniczych. Na domiar, ten mało wścibski Koloras, nie chce sprawdzać ładowni. Poczekajmy, po cóż tyle pośpiechu i gorąca. Poprosił tylko oryginalne konosamenty do jakichś papierkowych studiów. Nasze… rozumiesz Scentek, nasze prywatne spisy i odpisy. Z pieczątkami?!? A jakże! A jak ten urzędnicza Koloras zapragnie podważyć, ba nawet zgubić dokumenty. Gdyż jest naprawdę mało wyrazisty w swej procedurze! Wiesz co nas czeka na Mert?

— Co z gońcem i niastką?

— Niech siedzą, Oni akuratnie są bezpieczni. Wiesz, w razie czego Scentek, nazbierałem troszkę ziarenek złota. Starczy dla nas obu i na nową fupienkę. I to dalekomorską?!

— Co chcesz z nimi zrobić? — stateczny Scentek ponowił niewygodne pytanie.

— Ano nic… — nieznacznie ochłonąwszy, Wirgiusz spokojniej odrzekł. — … też zaczekamy. Poczekamy na ruch Registrów. Wiesz o czym myślę… A potem się zobaczy… A ten młokos… Ha, przekazano mi poufnie, że to ponoć wabik, aby się planowo zagubił między Samoros a Górnym. Pociągnąć ma za sobą jakiś, wedle Glendów, groźny ogon i zatrzeć właściwy ślad poszukiwań. Więc wysadzimy piechura przed Mert, niech ucieka wzdłuż Bepore.


08.10.2026

…


— Obudź się! — po raz kolejny, zrozpaczona niastka próbowała ocucić towarzysza niedoli.

Płynęli razem gdzieś w nieznane, uwięzieni w ładowni. — Kimże oni mogą być? Czemóż go uprowadzono? — Nurtujące pytania nie dawały niastce spokoju. Jeśli podług własnej osoby, znała splot niekorzystnych zdarzeń oraz zapobiegliwość bliskich. Tak nieprzytomny młodzieniec wzbudzał słuszną litość.

— Obudź się, nie czas na drzemki. — skraplając delikatnie wodą usta i czoło, szeptała na okrętkę, aby się ocknął. Zabiegi w końcu odniosły pozytywny efekt. Nieznajomy jęknął, szepnął pod nosem niezrozumiałe słowa. Niastka momentalnie pochyliła się nad Nekopem,

— Jesteś! W końcu się obudziłeś… Dzięki dobroduszne Lonce…

— U, a teraz, gdzie jestem?

— W końcu jakieś zrozumiałe słowa… Jesteś na łodzi, a nad nami piecze trzymają jakieś zbiry.

— Magazyn, port… — uchwycił się za głową. — Wcześniej dostałem czymś w głowę, a potem… Poczekaj… Paru drabów chwyciło mnie w portowej szopie i … zasnąłem. Nic nie więcej nie pamiętam… — przyłożył dłoń na obolałe miejsce, rozejrzał się wokoło.

— A Ty kim jesteś? — zwrócił się szorstko do nieznajomej. — I dokąd płynie łódź?

— Dzielę los razem z Tobą, tyle że… — przybliżyła się jeszcze bliżej szepcząc tuż przy twarzy,

— … przyrzekniesz mi, że zachowasz milczenie.

— Nie rozumiem! Wiesz, dokąd płynie łódź? I pod czyją jest banderą? — Nekop zaczął wnikliwie badać ranę na głowie. — Pytam skądś się tutaj wzięłaś? — ponownie szorstki głos zmroził sytuację.

— Ciszej! I zostaw zakrzep… — szepnęła niastka… — Mogą usłyszeć i ponownie przyjść. Był tutaj jeden i powiedział…

— A więc jesteś już z nimi po rozmówkach… Zostaw! Jak zawsze, żadne zmiany. Konfidencja, niejasne priorytety, kwitną wszędzie, nawet w obliczu spraw życia i śmierci. — nie zważając na usilną prośbę towarzyszki, aby pozostał na miejscu, zerwał się na równe nogi.

— A żeś, na wszystkie Bonce! — z niesmakiem przeklął, gdy raptem wpadł na pobliską ścianę.

— Co to jest? Gdzie jesteśmy? Ależ mi się kręci w głowie!

— Drewniana skrzynia w ładowni.

— Jedno szczęście, albowiem myślałem, że tak kołyszę mi się w głowie. Dziękuję, że mnie poinformowałaś o ciasnocie.

— Jedno szczęście? Jak śmiesz! Od paru grodzianów próbuję Cię ocucić. Prawie całą wodę spotrzebowałam. Piękne podziękowanie, nie ma co?! — siadając naprzeciw Nekopa, dopowiedziała.

— Byli tutaj i rzekli, że jak nie spełnimy ich warunki, to…

— Tak, dobrze… jesteś z nimi w zmowie, nie musisz mnie czarować. Ale gdzie się podział?

— Poczekaj, za moment ujrzysz więcej, natomiast domagam się więcej szacunku.

— Powiedz lepiej, dokąd płynie łódź? I jak się zwą Twoi życzliwi przyjaciele, którzy nas tak gościnnie potraktowali.

— Nie zgrywaj się, powiedz lepiej jak Ty się nazywasz i kim jesteś? — mocniej wyrzekła niastka,

— Przecież słyszę, że jesteś jeszcze młokosem, a porywasz się na niepoznany sztorm. Masz, zaczerpnij wody i posłuchaj. — dosiadła się z powrotem do Nekopa. — Był tutaj jeden drab przed paroma grodzianami mówiąc, jeśli będziemy cicho, to wypuszczą nas niedługo.

— Na Bonca, to po co ta cała heca? Porwanie, areszt, jakiś kurs? Stanąłem komuś na odcisk! — ponownie krzycząco wyraził swój sprzeciw młody Maeres.

— Powiedziałam bądź cicho… Proszę Cię mów szeptem… — Sama nie wiem po co nas uwięziono, a imion i dokąd płyną też nie znam.


Po krótkim postoju przed śluzą, łódź Wirgiusza, otrzymawszy zgodę, wpłynęła na basenik poziomujący. Odwołano kontrolowaną awarię, oddając sternikowi całą władzę nad rumplami. Donośne okrzyki oplotły nie tylko deskę łodzi, ale i nabrzeże akwenu, potocznie zwane „Brodzik Koma”. Wrgiusz lubował koncentrować uwagę na sobie. W tej dziedzinie niewątpliwie był niezjednanym mistrzem. Znany był niemal we wszystkich portach, zarówno u morszczaków po fachu jak i u urzędników. Pieniacz, furiata, nieokrzesany kapitan na jarmarkowej, wciąż przemalowywanej barce. Tenże fortel Wirgiusz precyzyjnie przemyślał i wprowadzał sukcesywnie w życie. Wolał być błaznem i niby lekkomyślnym półgłówkiem, niźli srogo najeżonym, nieustannie wystawianym na podejrzliwe obserwacje z względną siłą poparcia. Ileż to razy machał bezradnie na załogę i stan barki przed urzędnikami? Ileż razy w portach, rzucał całe to kupczenie na wodzie? Tak że większość powtarzała gest Wirgiusza, rozbawiona machając za nim drwiąco i lakonicznie. Jednak tym razem odegrany manewr wydawał się kapitanowi niedopracowany. A strasznie nie cierpiał kursu pełnego niespodzianek.

Od momentu przybycia na Koma, nikt nie zważał na nich uwagi. Urzędnik Godziw, przezwany przez załogę „Koloras”, niespodzianie przyjął wyczekującą pozę Wirgiusza. Daleki był nawet od rutynowej kontroli, którą Scentek zawsze potrafił niebywale sprytnie sprowadzać na bezpieczne wody. I choć zaprzątnięty niespodzianą sytuacją, wobec wejścia na kanał śluzy, nie mógł odrzucić myśli wokoło dwóch uwięzionych osób. Przeczuwał hybrydową intrygę, w którą należy się bezzwłocznie rzucić, aby poznać inicjatora zamysł. Nurt, śluzy, woda wokoło barki, bodaj pierwszy raz przyjęły rolę strażników. Ograniczone zostały wszelkie potencjalne manewry. Natomiast otaczający bezkresny ląd, kusząco osaczał i zasysał.

Dotąd wierny kapitanowi nawigator Scentek, także odczuwał niesmak związany z uwiezieniem na barce i niejasną obecnością Godziwa oraz Registrów. Szwindel z uwięziem, daleki był od intratnych kursów uciekinierów. Wówczas worki z getonami, należało skrzętnie ukryć. A teraz? Jakiż plan ma Wirgiusz wobec młodego gońca i niastki? Wszak przecież bronił gońca w gospodzie. Potem puścił wolno, gdy Wryspin upierał się, aby wycisnąć z niego ostatnie poty wraz informacjami.

— Dzięki Boncom, wystarczy Epigonce zaledwie żagiel i sprawne drążki. — szepnął z podziękowaniem Scentek, kontynuując wraz z sternikiem i żaglomistrzem, ulokowanie się w komorze śluzy.

— Pierwszy na poły i wzmocnić na koma trzy w lewo sterburtę! — ryczał Wryspin zaoferowany pozycją na łodzi, a „Epigonka” powoli, prawoskrętnie, lokowała się w wąskim korytarzu śluzy.


Przyjęło się, że nazwę łódź zawdzięczała pewnej damie z Maeresii Dolnego, rzucająca w przeszłości niezwykły powab i czar na Wirgiusza. Mawiano wówczas w kuluarach portu, iż byłby w stanie rzucić wodę i zamieszkać z nią z dala od łopotu żagli, skrzypnięć wręgów. Wirgiusz oponował wśród kompanów, że mógłby zostać… ot murarzem lub podjąć inny lądowy ceniony fach. Tyle, że ów dama nigdy nie potrafiła sprecyzować, czego chce w istocie. Kapitan niecierpiący stan niepewności z wrodzonym, pierwotnym poczuciem sensu w końcu nie wytrzymał. Wyperswadował prosto w twarz, mówiąc: — Kupmy moransbę gdzieś w malowniczym miejscu. Ona milczała. Wówczas zmienił wektor o 180 stopni, namawiając, aby wypłynęła z nim na odległe morza w poszukiwaniu właściwej im ziemi. Odpowiedź także była wysoce nie zadowalająca dla Wirgiusza. Starał się o urząd w Amsardzie i lokum w maronie kupców. Nie była zdecydowana. Wtedy zakupił za ostatnie geldony nową barkę, nazywając ją po spotkaniu w porcie z mistrzami szkutnictwa „Epigonka”. Tamże dopiero ujrzał prawdziwą, technologicznie zaawansowaną łódź. Lśniła w porcie na tle oklepanych barek, jawiąc się jako nimfa rodząca się z piany morskiej. W letni, bezwietrzny poranek po wyczerpującym rejsie. Nazwa według niego, idealnie spasowała się w nieodległe doświadczenia, które dobitnie potwierdziła późniejsza, przypadkowa rozmowa. Wciąż jeszcze sfrustrowany, zwyczajnie spotkał kiedyś zacnego mędrca w tabernie portowej, zwierzając się z miłosnego kłopotu i cennego nabytku. Gdyż jako suspens niepowodzeń, stanowiła nowo zakupiona barka. Ów zacny jegomość prozaicznie wtenczas oznajmił:

— Z Epigonkami tak już bywa zawsze. Nic nie poradzisz, przegrałeś bracie swoje amory. Jak Ty tak, to Ona w drugą stronę, gdy podejmiesz stronę, to już rodzi się w niej zamiłowanie co wcześniej odrzuciła. I tak na okrętkę, nigdy nie trafisz w sedno. Jakbyś drogi kompanie ryby gonił po morzu bez sieci lub żeglował nie mając żagli.

„Epigonka” późnym południem, podźwignięta do stopnia poziomu portu, zacumowała bezpiecznie u nabrzeża. Wszyscy z załogi szczerze odetchnęli. Otrzymano zgodę na zejście na brzeg w celu uzupełnienia wody oraz baczniejszemu przypatrzeniu się zaistniałej awarii. Wirgiusz także odetchnął. Zatarł dłonie, ciesząc się, że przed świtem Niegna, wpłyną na Jezioro Mert. Zwane niekiedy Morzem Bepore. Pozbędzie się Registrów, Godziwa i wtedy, nieświadomy goniec, będzie mógł podjąć się utajnionego zadania. Kiesę za młokosa miano wypłacić w kupieckiej maronsbie foczarzy.

Spodziewana idylla jednak ominęła Wirgiusza. Ledwo oparli się o obijacze u nabrzeża, gdy oficer z kapitanatu, z jakimś gryzipiórkiem niosącym zwój papierzysk, nakazał Wirgiuszowi bezzwłocznie stanąć na nabrzeżu. Nabrawszy w usta sporą dozę humoru, przywdziewając nadto nonszalancji i frywolności, kapitan zszedł po trapie ku urzędnikom kapitanatu. Wirgiusz trwał mocno w swej rutynowej, latami wyuczonej pozie, chociaż konfrontacja nie wyglądała zachęcająco. Tęgie, parujące zamyślone miny, patrzące lub prawie świdrujące kadłub barki, mogły niejednego wybudzić z igraszek żeglarskich. Lecz i na to kapitan, stary rejsowy wyga wychowany na delcie Bepore, znał wiele sposobów. Pierwsze, okazać jak najszczerszą zgodność i zachęcać na większą wylewność słów. Kiedyś wszak cała woda ubędzie z napuszonego antałka.

— Waść morszczaku jesteś kapitanem tejże… przeliterował już ledwie widoczny napis na burcie. — … bodajże „Epigonki”? — młodszy z papierami oraz ołówkiem za uchem, spojrzał na oficera w mundurze, kiwając w aprobacie głową.

— Ja żem, zgadza się! Łachudry znów spartaczyli napis.! — Wirgiusz zabawnie, lecz dziarsko forsował tworzącą się przed dziobem potęgującą falę w postaci kontrolerów. — Jest z nami prowadnik z Dolnego? Był z nami od Stykówki! Byłoby mi raźniej, a i Waszmościom tak cenny czas by ukrócił.

W czasie, gdy Wirgiusz próbował wywołać Godziwa, a młodszy stażem portowy urzędnik, zaczął lustrować zacumowaną barkę. Następnie przywołał zwierzchnika wskazując na kadłub wprost pod kasztelem. Pokiwano z dezaprobatą głową, a młodszy odnotował zdarzenie w przeogromnym kajecie. Wracając do Wirgiusza na twarzach dało się spostrzec wyraz szczerszego zadowolenia.

— Upiekło się co? Woda na baseniku stoi lustrem niewzruszona, lecz gdyby choć lekko pofalowało… pewnie byście byli w innych humorach. Pozwólcie kapitanie…

— Awaria… jakieś wodorosty za sobą ciągnęliśmy na płetwie. Sprawa zażegnana.

Bodajże podchodząc pod wskazaną cześć kadłuba, Wirgiusz stracił cały wcześniejszy dziarski animusz. Zmarszczył aktorsko powieki, spuszczając gęste brwi ku nadętym ustom. Tysiące myśli załomotały w głowie, niczym rozkołysane morze bawiące się łodzią na kotwie. Rytm moja — twoja i plusk o kadłub. To co zobaczył przeszło wszelkie przypuszczalne wyobrażenie. Z opresji wybawił go oficer.

— Kto mości kapitanie wpływa na śluzę z otwartym włazem kadłubowym. I to kasztelowym?! — litościwie pokiwał ponownie głową. — Postradał Waszmość kontrolę nad barką! Luk dennika, a tuż obok kluza i pewnie prywatne magazynki! — oficer kręcił głową niedowierzając.

— Na cały tydzień byście zakorkowali śluzę, zanim z Górnego by ściągnęli posiłki. A nawet… — uśmiechnął się ku młodszemu urzędnikowi. — … może kazałbym rozbić stalową kulą, abyście mogli pozbierać deski na Ducke.

Kapitan Wirgiusz wciąż niedowierzająco spoglądał na kadłub łodzi. Dopiero powoli uświadamiał sobie, o czym urzędnicy rozprawiają od minuty. Nie rozchodziło o pozorowaną awarię steru, sztukowane łaty na wręgach, obdartą burtę z paklary i farb. Napis, który rzeczywiście rozmazał się podczas nocnej ulewy. Powodem do drwin był zamaskowany właz od ukrytej skrytki. Pod kasztelem, blisko układu sterowniczego, tamże, gdzie, kwitła w czasie legalnych kursów, szmuglerska fortuna. Precyzyjnie zakamuflowany właz, dziwnym trafem był otwarty.

— Termin naprawy do jutrzejszego południa. Jeśli nie zdołacie zrobić z tym porządek, zabraniam wejścia na Jezioro Mert. Zapraszam do biura awanportu. Proszę wziąć wymagane dokumenty i konosament z podpisem urzędnika prowadzącego. A właśnie… — urzędnik spojrzał na pomocnika kancelarzystę i kapitana Wirgiusza — Właśnie, gdzież On się podział? — Po raz enty, zaskoczony pokręcił głową. — Ach na sztorm Gordna! Cóż za bałagan? Kancelarzysto, proszę bezzwłocznie odnaleźć prowadzącego urzędnika. Niech natychmiast wstawi się w kapitanacie. — wskazał palcem na Wirgiusza. — Razem z Waszmościem! Ma się rozumieć! — Wirgiusz oszołomiony zaledwie kiwnął głową. Po odejściu urzędników podszedł ponownie pod otwarty właz. Nieustannie niedowierzał, że widzi otwarty swój właz, klucz do szczęścia i prosperity. Dzięki któremu otwierał profit, zdecydowanie około trzydzieści razy. Aby nie więcej… — zamyślił się wspominając największe sukcesy i splendor. Witających kontrahentów i zadowolonych konsumentów. Wygodę i zawsze uśmiechniętą Maeresę w marynieckiej maronsbie. — Kiedy mogło to się stać? — Przed oczyma przeleciały także prawie wszystkie szwindle, które pod latarnią władz i przed ludźmi sukcesu, umiejętnie spreparował. — Jakże się mogła odkryć, tak dobrze zabezpieczona skrytka? — O gońcu i niastce absolutnie nie pomyślał. Utrata prestiżu, pozornego szacunku oraz wstydliwa utrata szemranych dochodów, agresywnie zawładnęła Wirgiuszem.

— Lekki przechył… — szeptał lub właściwie mamrotał pod nosem łapiąc się przeciągając palcami po gęstej brodzie. Jednocześnie przeżuwając sowitą porcję tytoniowej papki. — … a stałbym teraz skąpany i golutki jak sztubak spoza grodu na terminach u szypra. Kiedy, skrzętnie kamuflowany właz się otwarł? Najwybitniejsi konstruktorzy nie znaleźli ukryty niewielki magazyn, chociaż wnikliwie analizowano rysunek i techniczny opis łodzi.

Humor, wesołość, a właściwie wypracowana latami strategia, prysnęła ulotnie pod błękitne niebo. Mgła porą wieczorną osiadła wraz gęstą, upalną temperaturą. Wszedł po trapie na pokład. Ochłonąwszy, napiwszy się zimnej wody, w końcu pomyślał o uwięzionych.

— Przecież chciałem dla nich dobrze… Ba, nawet się starałem i straciłem tak cenny czas, a mogłem tyle innych rzeczy zdziałać. Wziąć jakieś skrzynie, choćby i skrzynie z Igliwkierką. Jeśli będę się musiał tłumaczyć… A kto mi odda za kurs? To mnie powinni żałować… Przecież chciałem dobrze… Skrzywdzono starego kapitana Wirgiusza. Znają i lubią mnie w każdym porządnym porcie… Nie… — wzburzył się ponownie. — Nie, nikt nic mi nie udowodni… — zerknął w lustro doszukując się filantropijnej pozy. Następnie wzrok skierował na przytwierdzoną do deski mosiężną szkatułę. Aż nagle odwróciwszy się od lustra, siarczyście przeklął.

— Psiakrew do licha, przecież ukryty magazyn widoczny jest z nabrzeża. Gdzie jest ten bezczelny Koloras? No tak! Wryspin był odpowiedzialny za nowy kamuflaż włazu, po ostatnim malowaniu burt. Gdzie się podział do cholery Scentek?

Wybiegł w pośpiechu z kajuty, kierując się wprost na kasztel. Dotychczasowy kubryk z messą, omijany pod obecność Registrów i Godziwa na barce, okupywała załoga.

— Co się dzieje? — rozejrzał się wokoło za Registrami, pośpiesznie zlustrował nabrzeże. — Tylko na spokojnie Wirgiusz… Na spokojnie… portowi dotąd nic nie spostrzegli. A może widzieli? A leniwy Koloras, sam by nie wszedł w gródź pod kasztel… — powtarzał w duchu, uspakajając oddech.

— Wirgiusz! — mocny uścisk ramienia, zatrzymał kapitana Epigonki.

— Ach, dobrze, że Cię widzę!

— Wirgiusz, cały się trzęsiesz… Uspokój się…

— Tak to nie Ty Scentek! Nie Ty mocowałeś właz. Pamiętam, zleciłem to tym razem Wryspinowi.

— Jaki właz? O czym mówisz? Wirgiusz?

— Luk burtowy jest otwarty! Puściły żywice na wręgach pod relingiem. — uchwyciwszy za barki Scentka, w podkradającym się szaleństwie, potrząsnął nawigatorem, sycząc przez zęby.

— Widziałeś Wryspina? Gdzie On jest?

— Pal Wryspina teraz… Zniknął Koloras oraz Registrzy.

— A nasze papiery, konosament… na Bonce modarskie! — Wirgiusz oparł się o kluzę, zdjął czapkę przeczesując z niedowierzaniem mokre włosy.

— A to łachudra marońska, przebrana w kolorowe ciuszki. Od początku mnie się nie spodobał… Kiedy zauważyłeś?

— Grodzian będzie, kiedy obszedłem łajbę od deski po sam dennik. Ni słychu i widu, nikt nic też nie widział.

— A to szelmy!!! Rozpłynęli się!!! Registrzy byli z nim? — kapitan ruszył w stronę dziobu.

— Załatwiono nas! Daliśmy się omanić, jak małe chłystki portowe. Knechty na posyłki! Słyszysz Scentek! Wszystko było ukartowane od samego początku. Od chwili zrodzenia się pomysłu o transporcie tych nicponi z Registre i Gońca portowego. Rada mnie okłamała!

— Ciszej Wirgiusz, woda niesie… — spojrzawszy na buchającego kapitana, łagodnie dopowiedział.

— Ale to nie wszystko Wirgiusz. Tylko na spokojnie…

— Co u licha jeszcze! Mów… smarkacze uciekli!

— Byłem na dole… widziałem otwarty luk i pustą skrzynię. Nie ma nikogo!

Wirgiusz zamyślił się, rozejrzał się po nabrzeżu, awanporcie, następnie gromko się roześmiał. Zdaniem Scentka nadto niepokojąco. Natomiast kapitan dziwnym, podejrzanym trafem rozbawiony, założył na powrót czapkę, klepnął Scentka w plecy.

— Idę napisać parę słów Wryspinowi, zawsze pałałem do niego szczególną sympatią, wzbudzająca mieszane uczucia. Teraz jest szansa, aby wreszcie go uszczęśliwić. Marzył i śnił o tym od zawsze. A Ty, weź najpotrzebniejsze rzeczy oraz mój worek z kajuty. Jest spakowany. Zejdź z deski i zaczekaj na mnie za tamtym hangarem. Jasne! — szepnął rozbawiony Wirgiusz.

— Zostawię liścik na sterze… — ponownie w szaleńczym uśmiechu, ukazał sczerniałe od żucia tytoniu zębiska. — Jakoś nie mógłbym spojrzeć brodaczowi w twarz. Dobre z niego chłopisko, a i morszczak na szkwał. Widzisz hangary? — Wirgiusz głową wskazał na stojące za nabrzeżem magazyny.

— Widzę raczej stodoły… — niepewnie odrzekł Scentek.

— Poczekaj tam na mnie. Wskoczę na moment do kajuty…

Rozdział III
Poszukiwanie

Czymże był Orton? Zaznajomionym z cywilizacją Irterii, wydawać się mógł swoistym zwierciadłem. Bowiem Irteria liczyła cztery dominujące krainy, tyleż samo istniało za Masywem Bredor. W Irterii centralną aortą rzeczna była Bepore, opływająca od niepamiętnych brzegi Glendii z Południową Beglendią, Spenie z Lece, Bordeu z Górzanami oraz Plendar z Loskanią. Idąc ku morzu, nad deltę z Maeresii, towarzyszyła krainie Samoros, Sitocinie oraz rozległym przestrzeniom ziemi zwanej Modare.

Na północy, za oddzielającym górskim masywem Bredor, cztery krainy splatała rzeka o nazwie Bikdem. Z Masywu Bredor, zamieszkanym przez plemiona Górzan, zasilały Bikdem dwa nurty. Rzeka Cekm, płynącą między krainami Ptaram, Północną Beglendią oraz Chortem. A także graniczna rzeka o nazwie Bikd, przepływająca pomiędzy krainą Grestar, Północną Beglendią i największym na Ortonie Chortem. Z odległych Gór Kresw płynął ciek wodny zwany Nikdem. Rzeka Bikdem połączona trzema dopływami, kierowała się w stronę niekończących się północno — wschodnich Lasów Cholrost i Ptalrost. Tamże kończył się Orton, a niewielu znało odpowiedź, cóż znajduję się za tymi nieprzystępnymi lasami, z których nikt przeważnie nie powracał. Kraina Grestar opierająca się o Bredor, posiadała rodzimą rzekę. Zwała się Bartart. Obrała odmienny kierunek od pozostałych źródeł masywu, płynąc poprzez Grestar na północny — zachód. Ponoć łączyła się z początkowym nurtem Bepore, gdzieś na zabagnionych przestrzeniach, dokąd także niewielu wybrało się śmiałków z Ortonu.

Krainy Ortonu? Niezależne organizacyjnie, gospodarczo, kulturowo, z własną koncepcją na rozwój swej rodzimej idylli. Niemniej łączył ich wspólny korzeń plemienno-twórczy, bazujący podczas krystalizacji krain na odmienności etnicznej. Kulturowy pień świadczący o pierwotnej bliskości, znajdował się w mowie i spotykanych dialektach Ortonu. Posługiwano się zatem wieloma językami, mające rdzeń w archaicznej mowie ortońskiej. Okraszona reliktami nieznanych etymologicznie słów, a także bogatym słownictwem występującym na sąsiedzkich ziemiach Irterii. Cóż zresztą zauważano i na południu od Masywu Bredor. Mowa irterska i ortońska urodziły się nad brzegami wspólnej rzeki.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 87.98