E-book
5.46
drukowana A5
16.78
drukowana A5
Kolorowa
38.47
Wędrówki po czasach minionych

Bezpłatny fragment - Wędrówki po czasach minionych

Część pierwsza


Objętość:
49 str.
ISBN:
978-83-8155-844-0
E-book
za 5.46
drukowana A5
za 16.78
drukowana A5
Kolorowa
za 38.47

Pierwsze dnie we Wrocławiu


Nowy 1947 rok spędzałem w pociągu. Nie była to wygodna podróż. W wagonach wszystkie miejsca siedzące były zajęte, a na korytarzach wielu podróżnych stało. Nieliczni siedzieli na swoich bagażach. Ale co to było za siedzenie? Co chwilę ktoś przechodził za jakąś potrzebą i trzeba było wstawać, aby można było przecisnąć się koło niego. Mnie udało się zająć dobre miejsce przy drzwiach, ale na drzemkę nie mogłem sobie pozwolić. Dalej od Łodzi częściej widywałem jadących Sowietów. Znałem ich zwyczaje i sposób bycia, więc musiałem czuwać. Zauważyłem, że podobnie zachowują się wszyscy siedzący w przedziale. Przestrzegali też nieświadomych zagrożenia. Najwięcej bagaży ginęło z półek w czasie krótkich postojów na stacji, podczas wysiadania i wsiadania podróżnych. Mój bagaż trzymałem przy ławce i na kolanach. Pomimo czuwania, słyszało się krzyki poszkodowanych.

Wcześnie przyjechałem. Z ciekawością oglądałem wspaniały dworzec wrocławski. Dopytywałem o sposób dojazdu do Placu Powstańców Śląskich i w końcu zdecydowałem się przejść tunelem na południową stronę dworca. Tutaj zwracał uwagę gmach Dyrekcji PKP. Wszędzie były ruiny, a on stał i wydawał się aż nierealny. Skierowałem się w prawo, oczyszczoną częściowo jezdnią.

Szedłem prosto w kierunku ulicy Powstańców Śląskich. Nie czułem się bezpieczny.

W polu widzenia nie było nikogo. Nie mogłem iść poboczem i gdyby jakiś nieprzyjaciel wyskoczył z ukrycia, byłbym bezbronny. Długa wydawała mi się ta droga.

Wreszcie doszedłem do szerokiej, dwupasmowej ulicy Powstańców Śląskich. Dwupasmowe tory tramwajowe przebiegały środkiem ulicy. Byłem nadal sam. Wsiadłem do nadjeżdżającej siódemki i na następnym przystanku wysiadłem, na Placu Powstańców Śląskich. Bliżej celu byłbym wysiadając na następnym przystanku, ale stąd łatwiej było trafić pod mój adres. Z daleka widziałem duży czworobok DOW-4 (Dowództwo Okręgu Wojskowego Nr 4). Przed bocznym wejściem stała budka wartownicza. Tędy wchodziło się na plac odpraw. Doszedłem do frontowego gmachu, przed którym pełnił wartę uzbrojony żołnierz. Nie było tu żadnego przechodnia, więc jego zapytałem o ulicę Mencla. Odpowiedział, że nie zna takiej ulicy, a ponieważ ma zabronione wszelkie kontakty

i rozmowy z przechodniami, odwrócił się i odszedł kilka kroków.

Skręciłem w kierunku poprzecznej ulicy i zobaczyłem na ścianie podziurawionego pociskami, zamieszkałego bloku, emaliowaną tablicę (jak nową), bez żadnego zadrapania, ze stylizowanym napisem (w stylu gotyckim) Menzelstraβe. Za chwilę witałem się z rodziną państwa Kuczyńskich. Czekali już na mnie i przyjęli jak kogoś z rodziny. Po śniadaniu wiedziałem już gdzie jest moja szkoła i ona będzie teraz najważniejszym zadaniem.

Wrocław interesował mnie pomimo ogromnych zniszczeń. Patrząc na ruiny, wyobrażałem sobie, jak te ulice wyglądały przed zniszczeniem. Takich rozwiązań architektonicznych nie spotkałem dotychczas.

Przeprosiłem moich gościnnych gospodarzy i poszedłem poznawać najbliższe otoczenie. O tej porze spotykałem już sporo przechodniów, więc mogłem dowiedzieć się, gdzie jest najbliższy kościół. Poszedłem ulicą Sztabową aż do Powstańców Śląskich. Stąd widziałem już duży kościół. Dobrze trafiłem. Po Mszy Świętej obejrzałem go i z żalem zauważyłem, że był zaniedbany, więc tutaj władze ostrzej wprowadzały swoje zarządzenia.

Byłem blisko Placu Powstańców Śląskich. Teraz obejrzałem go dokładniej. Miejsce interesujące, bo tutaj był główny sztab S.S., a więc główna komenda „FESTUNG BRESLAU”. Na całej powierzchni gruzowisko. Postanowiłem przyjść tu jeszcze raz, aby dokładniej przejrzeć to miejsce. Przecież musieli tu mieć podziemne umocnienia. Stąd przecież dowodzili obroną.

Wracając, zobaczyłem na chodniku ciekawy automat. Zbliżając się, poznałem w nim samoobsługowy sklepik, w którym po wrzuceniu odpowiedniej monety, otrzymywało się gazetę i inne drobiazgi. Widać było uszkodzenia spowodowane agresywną chęcią wydobycia jakichś pozostałości reklamowanych przedmiotów. Wszystkie skrytki musiały być już puste, ale automat był nadal ciekawostką, uzupełniającą wiedzę o przeszłości. Z trudem można było wyśledzić, że obok było wejście do kina.

Wróciłem do domu i po obiedzie wyjąłem moje zapiski szkolne i przy ich pomocy, uzupełniałem szybko uciekającą z pamięci szkolną wiedzę. Jutro już do szkoły. Tutaj nie było normalnej przerwy semestralnej z powodu opóźnienia roku szkolnego. Wszystko wydawało mi się inne. Starałem się tu dobrze zareprezentować.

Rano nie zwlekałem z wstawaniem i o 8-ej byłem już w szkole. Faktycznie byłem już zapisane, ale z powodu długiej przerwy w nauce (12 dni) jestem przyjęty warunkowo i będę musiał zdać egzamin. Tutaj skrócono do minimum przerwę semestralną z powodów organizacyjnych tej szkoły.

Nauka rozpoczynała się o 16-tej i trwała do 21-ej. Wskazano mi moją klasę

i przestałem myśleć o zaczętych wczoraj wędrówkach. Usilnie powtarzałem z moich notatek przerabiane lekcje.

Przed godziną 16-tą zacząłem poznawać moich kolegów. Nie byłem tu najmłodszym ale przeważali tu starsi. Byli nawet oficerowie czynnej służby. Dyrektorem naszej szkoły był kpt. Smetana i właśnie pierwszą lekcję on prowadził. Przy końcu wykładu oznajmił nam wszystkim, że jutro w czasie lekcji odbędzie się mój egzamin. Obecność wszystkich jest obowiązkowa, jak w czasie normalnych lekcji.

Pilnie uczestniczyłem we wszystkich lekcjach, starając się włączyć w poziom nauki

i zwyczaje.

Szybko minęła mi ta doba. Siedziałem już na swoim miejscu w ławce i starałem się nie dawać poznać po sobie niepokoju. Lekcję rozpoczął nasz Dyrektor. Po sprawdzeniu obecności, wywołał mnie do tablicy. Po wstępnych zdaniach o matematyce, zaczął pytania od najprostszych. Odpowiadałem o liczbach i zawsze problematycznym „zerze”, potem były wzory kwadratu, prostokąta, rombu, o rodzajach trójkątów, o kole, elipsie i paraboli. O wzorach na obwód, powierzchnię, objętości graniastosłupów i stożków.

Dyrektor okazał się dobrym pedagogiem. Ten egzamin przypominał interesującą rozmowę i wykład jednocześnie, które z zainteresowaniem słuchali i obserwowali koledzy. Przeszliśmy przez cztery wymiary, wiele zadań z geometrii i aż się zdziwiłem, że już minęła godzina lekcyjna. Dyrektor zaproponował dalsze kontynuowanie egzaminów, a po jego zakończeniu będzie podwójna przerwa. Rozwiązałem jeszcze proste równanie kwadratowe, dotyczące okręgu i prostej i wyjaśniłem, dlaczego ma ono trzy rozwiązania. Jedno, gdy prosta i okrąg ma tylko jeden punkt wspólny (prosta jest styczną okręgu), drugą, gdy prosta ma dwa punkty styczne z okręgiem (prosta jest sieczną okręgu) i trzecie rozwiązanie, gdy prosta nie ma żadnego punktu z okręgiem (prosta przebiega poza okręgiem).

Wytarłem tablicę i teraz wyszliśmy jakby w inny świat (matematyki). Miałem zinterpretować wzór trygonometryczny twierdzenia Pitagorasa. Pewnie szybko Dyrektor zobaczył, że trafił w moje nie tylko mocne, ale też lubiane miejsca w matematyce. Narysowałem na tablicy trójkąt prostokątny, oznaczyłem wierzchołki, boki i kąty. Napisałem prawo w postaci matematycznej (a2+b2=c2) i dalej pokazywałem wszystkie możliwości wynikające z tego prawa.


Dawniej w szkole zachwycałem się tym wykładem i teraz też starałem się go tak pokazać.

Przerwa minęła i teraz Dyrektor zadał mi interpretację relacji: cos2α-sin2α=cos2α.

Przerobiliśmy ten temat w Łodzi i pamiętałem go dobrze chociaż bez zachwytu. Wiedziałem, że muszę zacząć rysować w górnym, lewym rogu tablicy, aby zmieścić się. Udało się i w prawym, dolnym rogu wyszedł wynik. Pewnie rutynowany wykładowca staranniej wyrysowałby to zadanie, ale nie było źle. Wstał Profesor, odwrócił się do uczniów. Była absolutna cisza. Powiedział do wszystkich: „Tak mniej więcej należy odpowiadać przy maturze.”

Czułem się dumny, nie okazując tego. Żaden egzamin w życiu nie wyszedł mi tak niezwykle.

Inne egzaminy, z pozostałych przedmiotów wyszły mi słabo, ale matematyka i głos kpt. Smetany przeważyły. Byłem już normalnym uczniem.

Na drugi dzień, po śniadaniu, kpt. Kuczyński powiedział mi, że dostaliśmy już oficjalny przydział na mieszkanie. Blisko nas, w bloku wojskowym, na trzecim piętrze, przy ulicy Jutrzenki. Jeżeli chcę, mogę obejrzeć. Bardzo mnie to zainteresowało i nie tracąc czasu poszedłem. Nie było jeszcze zupełnie jasno, ale bez trudu znalazłem podany mi adres.

Na początku ulicy był jeszcze oryginalny, niemiecki napis „Morgenstrenstraβe.” Przed blokiem wartę pełnił uzbrojony żołnierz. Zatrzymał mnie, ale po wyjaśnieniu, że mam tu przydział na mieszkanie, pozwolił mi iść.

Wszedłem na trzecie piętro, pod wskazany numer. Drzwi były przywiązane drutem do odrzwia, nie było ani klamki ani zamka. Wszedłem do przedpokoju, naprzeciw miałem drzwi do łazienki, też bez zamka. Po prawej stronie był ustęp ze spłuczką, obok niego piec łazienkowy z zaworami i natryskiem u góry. Wygodna, emaliowana wanna, za nią ściana, małe okno i pod nim, obok wanny, umywalka.

Za ścianą łazienki była kuchnia, tej samej długości co łazienka, lecz nieco szersza. Tutaj kończy się przedpokój i jest wejście do pokoju, częściowo umeblowanego: stół i ładna

4-drzwiowa szafa. Duże okno w stronę wewnętrznej, międzyblokowej alejki. Z tego pokoju drzwi do również obszernego pokoju, z oknem na ulicę Jutrzenki. Za ścianę, na całej długości tego pokoju jest trzeci, mały pokój, o szerokości dwóch metrów, z oknem na ulicę Jutrzenki. W dużym pokoju, piec kaflowy przenika jedną trzecią objętości ściany do małego pokoju. Palenisko jest oczywiście w dużym pokoju. Pomysłowe rozwiązanie.

W dużym pokoju stało wygodne, 2-osobowe łóżko, bez materaców, a zamiast sprężyn pod materac były stalowe, nierdzewne siatki, o małych, specjalnie kształtowanych oczkach, dzięki czemu, niezwykle miękko wyginała się siatka podczas siadania, czy leżenia. Pewnie wystarczyłby gruby wojłok, zamiast materaców.

Oczywiście w żadnych drzwiach nie było klamek i zamków. Podparłem czymś drzwi wejściowe i w pierwszej kolejności, musiałem napalić, przynajmniej w jednym piecu. Nie było tu ani węgla, ani drewna. Wyszedłem na zewnątrz w poszukiwaniu czegoś, co nadawałoby się do palenia.

Wszedłem do niedopalonego bloku, po drugiej stronie naszej alejki i nie znalazłem żadnego drewna. Byłem na naszym strychu i tu zastałem sporo tomów książek medycznych. Były stare i bardzo zniszczone. Przyniosłem kilka. Przecież papier powinien się palić. Pojedyncze kartki paliły się, ale włożone stronice, szybko gasły nie dając ciepła.

Przerwałem moje beznadziejne zajęcie, bo pora była do szkoły. Dobrze, że miałem już światło w przedpokoju i kuchni. Przygotowałem się do wyjścia i znaną mi już dokładnie drogą doszedłem do szkoły. Obok mojej trasy był plac, zarzucony starymi biurowymi meblami. Widocznie do pomieszczeń DOW przywieziono nowoczesne meble, a stare mokły na deszczu, a teraz przysypane śniegiem, były urozmaiceniem dla gruzów. Nie wyobrażałem sobie, aby wolno było tym palić. Szedłem dalej najbardziej zniszczona ulicą. Tutaj nikogo nie powinienem spotkać. Przechodziłem obok pniaka, w którym wbita była stara siekiera

z drewnianym toporzyskiem. Nie sięgałem po nią, bo wyobrażałem sobie że tędy ktoś przechodził przed chwilą i zostawił ją skręcając na chwilę w gruzy. Poszedłem dalej na moje poszukiwania i wracając za pół godziny znowu zobaczyłem tę siekierę, nietkniętą. Porozglądałem się, a nie widząc nikogo, zabrałem siekierę do domu. Przynajmniej będę miał czym porąbać drewno, jeżeli go znajdę.

Przyniosłem parę trzasek do domu, zapaliłem w piecu i znowu próbowałem dokładać książkami. Nie pomogło!

Była już pora do szkoły. Posiliłem się, a po powrocie, a po powrocie niewiele czasu zostało mi na polepszenie stanu naszego mieszkania. Wcześniej przyniesiony, sprężynowy wkład od łóżka, ustawiłem na jakichś podporach i na takim tapczanie, niestety bez materaców, będę nocował. Ciężkim żelaznym drągiem podparłem drzwi. Szczelnie okryłem się płaszczem i chociaż nie było ciepło zasnąłem.

Zbudził mnie hałas spadającego drąga, trąconego otwieraniem drzwi. To Mama

i Ojczym przyjechali. Momentalnie zorientowaliśmy się w sytuacji, zaświeciłem nasze skąpe oświetlenie, usunąłem prowizoryczne łóżko.

W czasie rozpakowywania przywiezionych bagaży, po krótkim posiłku, przygotowaliśmy trochę wygodniejsze spanie. Do rana zostało jeszcze sporo czasu. Sporo pracy czeka nas w naszym mieszkaniu.

Poznawanie Wrocławia

Z DOW dostaniemy niewątpliwie pomoc w zaopatrzeniu mieszkania, a Mama zajmie się kuchnią i ułożeniem naszego bytu, w tych trudnych czasach.

Miałem teraz więcej swobody w chodzeniu. Jeździłem tramwajem do śródmieścia

i dalej. Zobaczyłem, jak wielu Niemców przebywa tu z nami. Na ulicach i w tramwajach, było ich więcej niż nas. Były grupy zorganizowane przez władze do porządkowania ulic. Zauważyłem, że patrzą na nas z niechęcią. W ciemności, nocą, słychać było pojedyncze strzały. Mimo woli, wyczuwało się zagrożenie. Interesujące miejsca zwiedzałem w dzień.

Dzięki moim wędrówkom po gruzach, uzupełniłem wszystkie zamki do drzwi w naszym mieszkaniu, a podczas majstrowania przy gazie, obok licznika zauważyłem automat. Po wrzuceniu odpowiedniej monety, zawór otwierał się. Nie potrafiłem tego uruchomić. Włamałem się do automatu. Było tam jeszcze kilka monet niemieckich, które dorzuciłem do zbieranych pamiątek, a dopływ gazu do kuchni, przez licznik, uzupełnił nam mechanik z gazowni.

Wiedziałem już która piwnica jest nasza, dostaliśmy węgiel i trochę drewna na podpałkę. Siekierę miałem, znalazłem kabłąkową piłkę. Nie lubiłem jej. Zawsze używaliśmy

dwuręcznej. Ta wydawała mi się marnym ersatzem.

Po czasie, gdy wszystkie grodzie (ściany), miały poprzebijane przejścia, piwnicami można było przechodzić wzdłuż długich bloków pomimo, że góra była całkowicie lub częściowo zniszczona. Tutaj zaopatrzyłem naszą kuchnię w naczynia kuchenne i sztućce. Ucieszyłem się typowym myśliwskim nożem, który od tej pory stale nosiłem przy pasie, pod marynarką. Był z dobrej stali, często używałem go do strugania i nauczyłem się nim rzucać do celu.

Panzerfaust’y

Rano, poszedłem tym razem ulicą Jutrzenki w przeciwnym kierunki. Nasza ulica była krótka. Po prawej ręce stał nasz długi blok i był zakończony też długim, prostopadle stojącym blokiem, zamykającym naszą alejkę. Stał frontem do ul. Przodowników Pracy. Po lewej stronie ul. Jutrzenki była zupełnie podobna sytuacja, lecz blok był zrujnowany i nikt tu nie mieszkał.

Przed dojściem do końca naszej ulicy, horyzont zamykała ściana gmachu z czerwonej cegły, górą zwieńczonej otworami strzelniczymi. Przypominało to średniowieczny zamek. Interesująco uzupełniało to architekturę naszego otoczenia, obecnie ten obiekt zajmował punkt telekomunikacyjny.

Ulica Przodowników Pracy była dwupasmowa. Środkiem jeździł tramwaj (trzynastka). W prawo jechał do Grabiszyna i wracał tą ulicą, aż do ul. Powstańców Śląskich. Skręcał w nią w lewo, w dół i po minięciu wiaduktu kolejowego, Świdnickiej i Podwala, dojeżdżał do początku swojego kursu, przed Dworcem Świebockim.

Po wyjściu z naszej ulicy, był przystanek tramwajowy. Jeden przystanek w lewo przeszedłem piechotą, dokładnie obserwując trasę. Przed skrzyżowaniem, poznałem oglądany wcześniej nowoczesny automat do sprzedawania papierosów i gazet, oraz miejsce, gdzie było kino.

Przeszedłem na drugą stronę ul. Powstańców Śląskich i zatrzymała mnie groźna niespodzianka. Blisko krawężnika (chodnika) była ułożona pryzma „Panzerfaust’ów” (pięść pancerza). W czasie trwania wojny, każdy przechodzeń, mógł jeden z takich pocisków wystrzelić do jadącego nieprzyjaciela. Była to 2-celowa, cienkościenna rura, długości ok. 120cm. Z jednej strony rury zamocowana była potężna głowica pocisku, napędzanego paliwem rakietowym ( rakietą). Na rurze, w pobliżu tego pocisku był zapalnik, zabezpieczony zawleczką. W celu użycia tej broni, należało rurę położyć na ramieniu, pocisk mając skierowany przed siebie, wyjąć zawleczkę, jednocześnie przytrzymując palcem małą dźwignię zapalnika. Wymierzyć pocisk w kierunku wroga i po zdjęciu palca z zapalnika następował zapłon. Potężny pocisk napędzony rakietą leciał do celu, a rura została odrzucona do tyłu.

Główna Komenda SS

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 5.46
drukowana A5
za 16.78
drukowana A5
Kolorowa
za 38.47