Wędrówka Słońca wokół Ziemi

Bezpłatny fragment - Wędrówka Słońca wokół Ziemi

Losy Antona Offreta


Objętość:
64 str.
ISBN:
978-83-8104-075-4

Osoby


Anton Offret, wieszcz


Włóczęga


Pietia Troyka, malarz


Roza, jedo żona


Oleg, jego syn


Natassja, jego córka


Jewa Sajatnowa, aktorka-Błazen, Alexander Nevsky, Ewa


Roman, aktor-Rycerz, Bojar Edgar Govaren, Adam


Mistrz Pathelin


Starzec


Żyd


Przekupka


PrzekupkaII


Kupiec

Prolog

Chór


My

Najeźdźcą pierwszego poruszyciela Zbytkiem energii,

co o panowanie woła. Chodź nie konno i nie w łuk

przywdziani.

Wzbita w powietrze ziemia nie obwieszcza, a chroni.


My mieszczanie

Co dbają, abyś snu nie miał za lekkiego.

Blisko Ciebie, gdy najbardziej tego nie chcesz.

Ty butne cielę, co drwi, ale z oddali,

Kiedyśmy do Ciebie z jasności dnia wołali.


Nam

Z sił młodości chuć pozostała.

Z jej dążeń te o posiadaniu.

Silni tyle, by największe słodycze spijać,

Przesiąknięci przy tym goryczą.


Z Nas

Nic się nie narodzi,

Lecz żyć chcemy najmocniej.


My tym miasta urokiem,

Co rzuca liszaj na kamienic mury.

Kwaśnym dymem, co truję o zmroku,

Tocząc żółte chmury przez lapisową dolinę.


(kobiecy głos z tłumu)


Boże! Jak piękna muszę być dla oka.


Ty

Jesteś przebudzonym, co koszmaru sennej sceny nie pamięta.

Bladość twarzy za objaw czystości bierze.


A

Nastał czas tarantuli

Krwi trzeba wlać w ducha. Nowym świętym nam zostaniesz —

ciałem w miasto wcielonym.

Akt I

Wieczór. Stary mężczyzna przed bramami Nowogrodu.

ANTON OFFRET Łaskawa nocy przywiodła mnie tutaj, abym mógł jeszcze raz wejść w progi miasta. A nocą znika miasto, obraz zgubiony jest w mroku, ni żywej duszy… Jednak inna jest ta od poprzednich, głębokich i odległych nocy. Chmury, nosicielki sennej ułudy, wypierane są przez obłędną kosmiczną czerń, która niejednego już wprowadziła w osłupienie. Czy dlatego nocą śpimy, że boimy się spojrzeć w ten gwiezdny cyklon? Nie bójcie się sobie popatrzeć w te oko. Ono patrzy na was cały czas, i kiedyście wędrowali bulwarami miasta, grzejąc się w słońcu, i teraz, kiedy już jesteście pogrążeni we śnie. Większym wam się zdaję sprzymierzeńcem żółta gwiazda i puchate baranki, a przecież i to was przerasta. Mógłbym przysiąść, że i trwa i drzew nie rozumiecie. Nachylacie się nad nimi, aby dały wam pożywienie. Znaleźliście dla nich zadanie, więc są wam użyteczne, a przez to poznane. To tylko Wam się podoba, co możecie przeżuć. Inne zwiecie chwastem i szkodnikiem. Pod swoje władanie bierzecie, co nie wasze. Nie dość! Oglądacie z każdej strony-Jak można by tego użyć?


Rzuca spojrzenie w głąb miasta


A oto dowód. Myśl zabawna mnie naszła.


Zaczyna śpiewać i przekracza bramę


Ach! Jak ciężkie jest życie Patrzeć na te drzewa.

Gaj się gnie cały pod ciężarem, A mi jeść tutaj potrzeba! (mijając włóczęgę)


Smacznym rumianym owocem

Napycham policzki.

Jużem rad i szczęśliwy,

Patrzę, a tu szpaki i lisiczki.


Włóczęga zdejmuję czapkę, Anton zwalnia.


Wszystkie żem przegnał do czorta!

Ogrodziłem drzewa.

Kluczyk trzymam przy serduszku.

Myślę, jak tu jabłka sprzedać.


WŁÓCZĘGA Kto to? Czy to sam mistrz Offret nas nawiedził? Czegoż ty tu szukasz?


ANTON (do siebie) Jestem człowiek wysoki duchem i nie przywykłem rozmawiać z włóczęgą. Dawnom jednak nie mówił do ludzi, a ten zdaję się rozmowny. Mam wam do opowiedzenia rzeczy, których ani sen zimowy, ani upalna majaka do miasta nie przyniosły. Jesteś może bracie chętny pokazać mi, gdzie mogę zanocować?


WŁÓCZĘGA Zaprowadzę Cię, gdzie zechcesz, a sam mogę zaoferować swój baraczek. Ludzie tutaj niechętni udzielić noclegu. Zbudzić takiego w nocy, a niechby o co poprosić, to ugości miękkim kopem… No, NO! Chodź ze mną. Nie bój się. Ja stary, zgangrenowany.


ANTON Nie tak sobie to obmyśliłem.


WŁÓCZĘGA spoglądając na swoją nogę No wisz Pan… ja też.

Akt II

Ciemne, surowe pomieszczenie, zastawione nieskompletowanymi meblami. W kącie żarzy się mały piecyk, pod którym leży stary pies.


Wchodzi Włóczęga, za nim Anton.


WŁÓCZĘGA Spocznij sobie. Zrobię nam grzanego wina.


ANTON Dziękuję przyjacielu. Nie przejmuj się moją osobą. Nie jestem z tych, co się boją złego urządzenia. Sam spałem często w zaroślach.


WŁÓCZĘGA podając trunek

Pijmy! Za naszą samotnie. Myślę, żeś człowiek pojętny i moją prostotą nie wzgardzisz. Sam dużo myślał o mieście i nieraz chciałem już, jak ty, uciec. Ale moje nogi nie na takie wyprawy. A i sam się bym bał zostawić te śmieci. Przyrosłem do tego. Jem ich odpadki. Palę ich niedopałki. Rżnę w myślach ich żony. I marzę o najpodlejszym kącie w ich domu. Ale nie miałem na tyle siły, żeby się o to starać. Ja i Ty to ludzie z innej gliny. I dobrze wiemy, że te ich miękkie kapcie nas by uwierały, a słodkie herbatki stawały w gardle…


ANTON Mów proszę dalej.


WŁÓCZĘGA Widzisz, kiedy byłem młodziak, z ojcem pracowałem u takiego jednego rzemieślnika. Byłem wielce pod wrażeniem tego jegomościa. Był to człowiek o prezencji dworianina, doniosłym głosie, zaradny. Miał nawet gest i mnie nieraz podrzucił jaki pieniądź, albo czapkę po synu. Miał też ładną, młodą żonkę, która wpadała czasem do zakładu. Głaskała po głowie, puci puci, wisz, jak to baby. Myślę teraz, że miała na mnie chętkę.


(pauza)


Cóż...były czasy, że miałem! Miałem gęsty włos i takie barki, o!


Wstaję i prezentuję, gość pokrzękuje.


Cóż to?! Peszy Cię moja mowa? A może śmieszy moja gęba? Gadaj zaraz!


ANTON Nie unoś się proszę! Źle, że się śmieję, ale mnie twoje świńskie historyjki nie interesują. Mów, co dalej.


WŁÓCZĘGA Nie interesują...nie interesują...sabaka je lubi.


Rzuca psu, ten leniwie merda.


Ach co dalej… A! Myślałem sobie-To jest to! I takim sam stać się chciałem. Ojciec mój był mi wtenczas najgorszym plugastwem. Taki, co dostaję po ryju, a sam nie odda. Był, co prawda, dobrego serca, choć pił strasznie. Beczał wtedy i użalał się, że go nie szanuję. Mówiłem mu -Ty stary beczysz przeze mnie? Jużem Cię za to zbeształ po tysiąc razy w myślach! Ty… TY! Ojciec, co o syna nie zadba. Syn o Ciebie zadbać musi. Ty byś beze mnie dawno już w grobie! -A on wtedy w większy bek. To mi się go żal robiło i uspokajać zacząłem.


ANTON To, co w ojcu zatajone, w synu ukazać się musi. Jakiż to ból musiał być dla ojca wiedzieć, że w myślach marzysz o innym.


WŁÓCZĘGA Nie dość! Życzyłem mu śmierci. Było w nim coś takiego...co wzmagało we mnie chęć sprzeciwu. Musiałem tak mówić i tak robić, aby pokonać jego męskość, która nie była siłą autorytetu, a wołaniem do skrupułu. A on pokonywał mnie swoją pokorą. Znosił wszystkie świństwo, jakie mu się przydarzyło. Głupiec! Ale jaki przy tym wytrwały.


ANTON Ludzie tacy nad swoim nieszczęściem mają tylko władzę. Jedna z rzeczy, o które starać się nie trzeba. Najwierniejsza to żona.


WŁÓCZĘGA Czy Ciebie również ona nie opuszcza? Zdałeś mi się wpółżywy, tam, na drodze..


ANTON Nie. Ja jestem człowiek wolny. Do życia nie pcha mnie pretensja, ani pragnienie, ani nawet instynkta. Ja nie żyję, życiem jestem. Odbija się w spojrzeniu oka. Zda Ci się to mową wariata, ale potom stąd uciekł, aby móc te nauki zgłębiać. Małe to może w równaniu z mym czuciem, ale chcę Ci powiedzieć, że nie rodzisz się, aby zostać dworianinem. Czy rozumiesz?


WŁÓCZĘGA Rozumiem aż nadto.


ANTON Jest to jednak przekonanie ludzkie i ludziom zdasz się człowiekiem, kiedy „się staniesz” i „zdziałasz”. Wybuch i sześć dni pracy. To, w ich mniemaniu, porządek świata.


WŁÓCZĘGA I siódmy odpoczynku!


ANTON Wśród zwierząt jest nieco inaczej. Choć i one nie są uwolnione z tego myślenia.


WŁÓCZĘGA Wbij patyk w mrowisko, a wyjdą straże!


ANTON Skąd w tych stworzeniach znajomość swojej roli? Czemu zabiegają o królową, noszą pokarm, samemu przy tym umierając z wycieńczenia?


WŁÓCZĘGA Masz Pan coś przeciwko królowi?


ANTON Niech umrze król! Nic nie złości mnie bardziej, niż widok włodarza na złoconym nocniku, z orszakiem zasłaniających się honorem pieniów, gotowych zginąć za niego zginąć i łechtać wizją „czcigodnego” pochówku w kupie gliny.


WŁÓCZĘGA Fuj! Nieładnie tak o arcymistrzach… Ich kości szybko spróchnieją, a tytuły pozostaną na ustach! Aaaa! Czy nie chciałbyś dla siebie takiej chwały? Sam pewnie żyć będziesz po śmierci ze sto lat!

ANTON Sto lat. A dlaczego nie wieczność?

Cisza. Anton popija wino. Rozwesela się. Zaczyna śpiewać.


Goli goli… GOLGOTA!


Wiszą dwa małe Chrystuski,

Jeden kulaw, drugi zaratuski


Grzańcem poją ich strażnicy.

Płaczki chodzą wzdłuż ulicy.


— Jakiż to dzień mamy, bracie?


— Dziś środa, jutro wypada więc wtorek.


— Ach! To już za dni kilka schodzim i idziemy na górę.

Przewrotne my kocury.

Najpierw ukrzyżowion, potem nauczał.


Włóczęga klaszczę


WŁÓCZĘGA Ach! Wybitnie mi tu śpiewasz! Popij jeszcze wina! Czy chcesz może odpocząć? Mam na stanie worek trocin. Królewsko mi się na tym wyśpisz.


ANTON Dziękuję Ci bracie. Wskaż proszę, gdzie mam się położyć.

Akt III

Następnego dnia. Anton rezerwuję stancję w domu poleconej rodziny. Głową rodziny jest Pietia Troyka, malarz, nazywany pieszczotliwie Pietruszą. Dom zamieszkuję wraz z żoną Rozą i dwójką dzieci — Olgiem i Natassją. Roza wprowadza Antona na stancję.


ROZA Czynsz będzie płatny pierwszego każdego miesiąca po 60 rubli. Jakby Panu czegoś brakowało, proszę zwracać się do mnie, albo do dzieci. Mąż, choć jest tu prawie cały czas, będzie na pewno zajęty. Jest u siebie. Proszę go odwiedzać, jeśli najdzie Pana ochota. Będzie zadowolony z tej wizyty.


ANTON Bardzo to miłe. Czy wolno mi zapytać czym zajmuję się Pani mąż?


ROZA Pietia? Uznany w mieście malarz. Pana tu długo nie było i trochę się pozmieniało. My tu nowo przybyli. Odkąd Pieta porzucił swój warsztat konserwatorski, zmieniamy co jakiś czas miasto. Tu jesteśmy najdłużej, pewnie za sprawą pieniędzy. Nasz Ivan ceni sobie dobre malarstwo. Ale przecież co to Pana…!


Anton dziękuje, kobieta wychodzi, a on siada przy stole i zasłania twarz


Obudziłem się dziś bez ciężaru przebytego czasu. Nie znam tych ludzi, lecz chcę im zaufać. Więcej niepokoju wzbudzają we mnie dawne przyjaźnie. Jest tu jeszcze kilku, których ucieszy widok mnie starego, i którzy radzi będę „nieść pomoc” i kiwać głową ze zrozumieniem. Moje oczy muszą pokazać im obojętność i nierozpoznanie. Wtedy dopiero mówić zacznę.


(odgłosy z korytarza)


Tutaj sztuką nazywają wieloletnie studiowanie malowidła, a czy pomyślą tak samo o rzeczy bardziej efemerycznej? Co, jeślibym sam i oni przeze mnie, stalibyśmy się przez moment dziełem godnym zapamiętania. Dać im i nauczyć swej myśli, a nie dowodów swojego rzemiosła. Ale czy nie jestem jak wąż w gnieździe, głosząc tutaj takie przekonanie? Mój drogi. Gubisz się. Gniazdem nie jest ten dom, a całe miasto.


Pukanie do drzwi. Otwiera młodzieniec nie czekając na odpowiedz.


OLEG nerwowo Dzień dobry Panu Offret. Chciałem dopytać czy nic Panu nie potrzeba?


ANTON Witaj. Ty to Oleżka, czy tak? Nic nie trzeba. Powiedz matce, że nad wyraz to uprzejmie, ale niepotrzebnie się martwi.


OLEG z wahaniem Ach...Nie ma Pan tu żadnego zajęcia. Może przyniosę coś od ojca do poczytania?


ANTON Dziękuję Ci chłopcze, ale jestem w nastroju raczej coś teraz napisać.


Oleg przechodzi przez próg i wyciąga na stół pergamin i pióro, Anton przygląda się w milczeniu


ANTON Chcesz może usiąść?


Chłopak czerwieni się i siada.


OLEG Matka pewnie zdążyła Panu już wszystkich przedstawić?


ANTON Zdążyła...nie zdążyła. Ja dalej nie wiem. Nie chciałem zresztą wypytywać…


OLEG Słyszałem wcześniej o Panu. Wiedziałbym może więcej, gdybym pochodził z Nowogrodu. W Starej Russi o Panu nie słyszeli. Tam w ogóle mało… Mój ojciec. On to był najbardziej pojętny.


ANTON Musicie być z niego dumni.


OLEG Pomagam mu tutaj przy ikonach, ale nie nadaję się do tego. Miał lepszych ode mnie w Russi, ale interes nie szedł tak dobrze. Jak tylko doszły do niego pogłoski o poglądach cara, porzucił warsztat, stał się bardziej bogobojny…


ANTON Dlaczego myślisz, że się nie nadajesz?


OLEG Ale Pan dziwny. Ja do ikon jak osioł do siodłania… Za ciężkie to dla mnie zajęcie. Byłoby może dobre, gdybym stąpał tak wysoko jak mój ojciec. Mi tam się zdaję, że takiemu u kupcowi znacznie łatwiej. Nikt nie patrzy krzywo na twoją pracę, co najwyżej wykłóca się o cenę.


ANTON A więc cenisz spokojny sen.


OLEG przeżegnawszy się Spokój duszy. Zbyt szybko Pan mnie ocenia, Panie Offret. Nie, żebym nie próbował, ale…


ANTON Ale?


OLEG Widząc, co nieraz musiał przechodzić mój ojciec, sam by tego dla siebie nie chciał. On jest jednak pewny swego. Trudno pozostać realistą po tylu lekturach i przebytych latach. Raz podłapałem od niego zlecenie na obraz Chrystusa Panującego. On się oczywiście pod tym podpisał i miał z tego tytułu sporo problemów.


ANTON Czego zleceniodawcy się doszukali?


OLEG Arcybiskup stwierdził, ze to najgorszy obraz w dorobku ojca i że oczywiście otrzyma zapłatę, ale obraz nie trafi do kościoła. Nie dość, poprosili konkurencję o ponowne wykonanie.


ANTON wzdychając Widzisz...jest to rzecz najnormalniejsza w świecie.


OLEG Tak? Ach szkoda, że ojciec tak tego nie widzi. Obraził się na mnie i daję teraz tylko rozrabiać sobie farby, a szczytem jest wykonać mniej ważną rycinę. Głównie patrzę, jak on robi.


ANTON Dziwny człowiek. Chciałbym z nim niedługo pomówić. Będzie to sposobne?


OLEG Ależ tak! Sam Pietrusza mi dziś mówił, że wieczorem chciałby zjeść z Panem kolację i że mam Pana prosić, aż Pan ulegniesz. Teraz go zresztą nie ma, ale jeśli Pan chcę, mogę zaoferować swoje towarzystwo na spacerze.


ANTON Skąd wiedziałeś, że chcę wyjść?


OLEG rumieniąc się Nie wiedziałem, ale pomyślałem, ze będzie miał Pan ochotę. Miasto się przez ten czas bardzo zmieniło, a ja służyć będę wyjaśnieniem.


ANTON Dobrze, więc za godzinę wychodzimy. Teraz chciałem popracować.

Akt IV

Popołudnie. Bulwar w środku miasta. Oleg i Anton przeciskają się przez tłum.


OLEG Ani myślą ustąpić. Dorwali się do straganu i wyczekują okazji. Dziwnie Ci, co? Za chwilę będzie lżej.


Spogląda w kierunku jednego z handlarzy, ten natychmiast reaguję.


ŻYD Dla was sandały! Temu to są potrzebne...No! Dobra cena!


OLEG Podaj mi, ale z tych lepszych. Za 40 kopiejek mogą być.


ANTON Ale to zbytek!


ŻYD Jaki zbytek! Zaraz Ci wszystkie bąble w tych szmatach popękają. Trzymaj! Albo…


Nachyla się i zakłada Antonowi nowe buty.


O! I zaraz inaczej! W moich butach to jak pan dworski

wygląda!


Rzuca w tłum wzbudzając śmiech. Zwraca się do Olga.


A ty co tak zastygłeś? 40 kopiejek mi tu!


Chłopak wciska pieniądze i odciąga Antona.


ANTON Ale chłopcze, co ty robisz?


PRZEKUPKA Patrz, z kim młody Troyka się zadał. To już na

lepszych kompanów go nie stać?


PRZEKUPKAII Chrystusie! Ach widziałam już chyba starego.

PRZEKUPKA Tak? Ty też w takich chłopach gustujesz?


PRZEKUPK II A nie… zdawało mi się.


OLEG Tu wystąpię kupić kilka rzeczy na wieczór.

Poczekasz czy…?


ANTON Zaczekam.


Oleg znika za drzwiami.


Skupisko miejskich handlarzczyków. Niskogrzeszne duszyczki i niewydarzone gęby! Złości mnie to niepotrzebnie. Gdzie mnie ten Troyka ciąga? Czy myśli ustawić mi skrzynię po cebuli, abym mógł przemówić na środku straganu? Kim właściwie jest ten chłopak i czemu trzyma się tak blisko? I ja stary daję się mu tak prowadzić. Wstyd!


Podchodzi kupiec.


KUPIEC Panie, ile za te trzewiki?


ANTON A idź do diabła!


KUPIEC Co zaraz taki rozeźlony? Ooo. Tu widzę

do wielmożnego inaczej trzeba. No, to jak będzie? Pińć daję.


Anton ściąga but i ciska nim w rozmówcę.


No to teraz dałeś!


Zaczynają się szarpać, Oleg wraca i przerywa mężczyzną.


OLEG Ty idioto! Ty nie wiesz, z kim zadarłeś! Tknij go raz jeszcze, a tego buta w gębę Ci wetknę. Patrz głupi! To jest przecież Anton Offret! Co? Widzisz sam, cóż żeś narobił?!


KUPIEC To on jeszcze żyję?

Anton zbiega, przebiegając przez rynek i zatrzymuje się przed ulicznym teatrem. Oleg dołącza do niego.


OLEG Same psy się tu chowają… Tu wystawiają objazdowi aktorzy. Przypatrz się. Wśród nich znalazłem sobie przyjaciół.

Macha w ich kierunku, podbiega do nich kobieta przebrana w strój błazna. Wita się, całuję Olga.


JEWA SAJATNOWA Dawno Cię nie widziałam. Zaczęliśmy się martwić. Roman chciał już wszcząć poszukiwania.


OLEG Moja droga, wystarczyło zapukać do drzwi.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.