E-book
20.48
Wędrowanie po Wachanie

Bezpłatny fragment - Wędrowanie po Wachanie

Dzieje „Geriatrycznej” Wyprawy Wysokogórskiej (X GWW) Hindukusz Afgański — 2012

Objętość:
113 str.
ISBN:
978-83-65543-65-3

Część I 
Tak to się zaczęło

Wstęp

Proporczyk X GWW

Już od wielu lat włóczymy się po górach świata pod, na poły prześmiewczym, na poły prawdziwym szyldem — Geriatrycznych Wypraw Wysokogórskich (GWW).


Nie oznacza to, że wszyscy jesteśmy w wieku podeszłym. Jedni zasługują na tę delikatną definicję, inni są, a przynajmniej byli, w wieku wskazującym raczej na drugą młodość. No i bywały wśród nas, zawsze młode panie.

Już podczas naszej pierwszej wyprawy w góry Kaukazu (wtedy nie wiedzieliśmy, że jest to I GWW), po nieudanym szturmie na najwyższy szczyt Europy — dwugarbny Elbrus, który bronił się lodowatym i huraganowym wiatrem, doszliśmy do wniosku, ze nie koniecznie trzeba wejść na szczyt, by uważać wyprawę za udaną. Najważniejszym dla nas było to, że czuliśmy się w swoim towarzystwie wspaniale. Przybywało nam lat, wyprawy miały coraz wyższe numerki, a my bawiliśmy się wyśmienicie.

Poniżej przedstawiam dzieje naszej X Geriatrycznej Wyprawy Wysokogórskiej (X GWW), nie tylko ze względu na jej jubileuszowy charakter, ale przede wszystkim, na przygody, które nawet dla nas, starych globtroterów, były niezwykłe.


Osoby:

— Marek Józefiak, Cezar, Wódz Naczelny, osobnik odważny,

— Jolanta Popławska, Jola, Żola, Dżola, lecząca zdrowych uczestników wyprawy i chorych tubylców,

— Patrycja Wiśniewska, Pati, (Petunia raczej źle widziane), wegetarianka (jada jednak ryby); motto: „musi być action”,

— Andrzej Perepeczo, Jędruś, czasem zwany Wezyrem, doskonały fotograf i wyśmienity operator filmowy, charakteryzujący się nieustannym ciągiem w górę,

— Marek Janas, Profesor (nawet zwyczajny), senior ekipy, postać barwna, poliglota i omnibus o wielkiej wiedzy,

— Jerzy Wieluński, Żorż, spiritus movens większości GWW, na nagrobku ma mieć napis: „Chemik i Taternik”,

— Andrzej Piekarczyk, Autor, Piekarz.

Wieku, wad i przywar członków ekipy przez litość nie podaję.


Miejsce akcji:

Niespokojny Tadżykistan

Spokojny Afganistan

Ekipa in corpore w Qazi Deh
Od lewej: Żorż, Cezar, Żola, Jędruś, Profesor, Autor, Pati


W poszukiwaniu celu wyprawy

Kości zostały rzucone

Alea iacta est (kości zostały rzucone) — tak zaczyna się mój mail do Marka, który wysłałem po otrzymaniu wiadomości, że kasa za bilety samolotowe do Duszanbe została przelana. Mianuję Marka Cezarem. Tak już zostaje, pomimo złośliwych prób nazywania go Cezarym. Stwierdzam, że Rubikon został przekroczony, a my pretorianie, pod wodzą Cezara zdobędziemy szczyty Hindukuszu Afgańskiego.

Na pytania, zadawane przez znajomych, gdzie spędzę wakacje, odpowiadam nieśmiało, że w Afganistanie. Traktowane jest to na ogół jak żart, potem następują jakieś stwierdzenia o braku rozsądku i odpowiedzialności. Nie dziwię się, więc niektórym członkom ekspedycji, że ukrywają przed bliskimi cel naszej eskapady. Opary kłamstwa unoszą się nad ekipą. Jedni kłamią inni kręcą jak koń pod górę, żeby nie odpowiedzieć wprost na coraz częściej zadawane pytania.

Ustalamy drogą licznych maili cel naszej wyprawy. Celem jest brak celu!

Do tego samego wniosku dochodzimy na jedynym naszym wspólnym spotkaniu w Wymysłowie Francuskim. Spotkanie to zaaranżował Cezar w swojej letniej rezydencji. Jakoś tam docieramy dzięki GPS-owi i genialnemu opisowi drogi. Tylko Zorż trzy razy przejeżdża w dużym tempie przed bramą posiadłości i machający rekami Cezar nie jest go w stanie zatrzymać. Spotkanie w „przyjaznej atmosferze”. Z mozołem wypełniamy wnioski o wizy tadżyckie, pijemy wino, jemy potrawy z grilla, opalamy się i gramy w koszykówkę.

Spotkanie organizacyjne w rezydencji Cezara w Wymysłowie Francuskim. Gospodarz i Żola

W niczym nie przypominamy „Zuchwałej Siódemki”, którą to nazwę nadał nam pewien redaktor, pewnej gazety, w pewnym mieście. A może Żorż to wymyślił? Mnie się ta nazwa nawet podoba, chociaż wg mnie zuchwały to coś pośredniego miedzy odważnym i głupim. Żarząca się spirala antykomarowa rozpoczęła wieczorem dzieło spalenia budynku i obejścia. Na szczęście do zgliszcz nie dopuściliśmy.

Rano dokonujemy dalszych ustaleń. Mamy dotrzeć do Worka Wachańskiego (Korytarza Wachańskiego), wielkiej, ciągnącej się na długości ok. 300 km i o szerokości kilkudziesięciu km doliny (u wejścia kilkanaście km), którą matka natura usytuowała między Pakistanem i Tadżykistanem. Ten pas ziemi stanowił na przełomie XIX i XX wieku swojego rodzaju bufor odgradzający od siebie posiadłości i wpływy imperium carskiego i korony brytyjskiej (rosyjski Turkiestan na północy od brytyjskich Indii na południu). Bufor chyba dobrze spełnił swoje zadanie, bo nie zauważyliśmy w czasie naszego pobytu w Afganistanie, ani wpływu korony brytyjskiej, ani imperium carskiego.

Nikt nie częstował nas o piątej po południu mocną herbatą po angielsku. Nie widzieliśmy też ani jednego samowara. Jasnowłose, często piegowate dzieci i przedstawiciele średniego pokolenia o wyraźnie słowiańskiej urodzie, to już pokłosie niezbyt przyjemnej wizyty wojsk radzieckich. Znamienny wpływ imperium sowieckiego. Wojska sowieckie okupujące Afganistan w 1979 roku zajęły również korytarz Wachański, a czołgi wjeżdżały podobno daleko w głąb doliny.

A teraz? Ten bufor to w zależności od pory dnia, gorący lub zimny wiatr, rzeki nasycone miką, ludzie spokojni, stada owiec, nieliczne krowy, ścieżka pomiędzy polami minowymi, rzadkie drzewa. Dolinę otaczają piękne i wysokie szczyty Hindukuszu Afgańskiego.

Kiedy już znaleźliśmy się na miejscu i patrzyliśmy na otaczające nas wysokie skalne ściany i strome zbocza gór, stwierdziliśmy zgodnie, że nie mogło być bardziej trafnego usytuowania afgańskiej — neutralnej strefy buforowej, powstałej w czasie geopolitycznej rywalizacji między Wielką Brytanią i Rosją, znanej, jako „Wielka Gra”. Tutaj przyroda podyktowała politykom, gdzie mają przebiegać granice. Ostateczne wytyczenie granicy rosyjsko-afgańskiej, nastąpiło w 1895 roku, a indyjsko-afgańskiej w 1896 r. (Linia Duranda). Linii tej pieczołowicie pilnował lord Gorge Nathaniel Curzon, który w latach 1899—1905 był wicekrólem Indii.

To ten sam lord, który jako minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii uparcie lansował w 1919—20, powstałą po trzecim rozbiorze Polski, zachodnią granicę Rosji, początkowo, jako linię demarkacyjną, między wojskami polskimi i sowieckimi, a później już, jako propozycję ostatecznej granicy polsko-sowieckiej (Linia Curzona).

Chyba nie mamy specjalnych powodów by kochać angielskiego lorda. Trzeba przyznać, że w życiu zrobił jednak coś dobrego. Jako wicekról Indii nakazał odrestaurować Tadż Mahal. Mniej istotne jest to, że decyzję tę podjął pod wpływem swojej żony, którą zachwycił widok ruin mauzoleum, w promieniach zachodzącego słońca.

Afganistan w obecnym kształcie, opisywany jest często, jako twór sztuczny, gdyż przy wytyczaniu granic nie uwzględniono aspektów etnicznych. Np. południowa granica dzieli terytorium zamieszkałe przez Pasztunów między dwa państwa. Na północy kraju tez nie jest wiele lepiej. O tym będzie mowa, jak już przekroczymy granicę tadżycko-afgańską. Trudno jest wymagać by na terytorium, na którym ludność posługuje się 70 językami, pokusić się o wytyczenie „sprawiedliwych” granic, zadawalających wszystkie grupy etniczne.


Wracamy do przygotowań do naszej wyprawy.

Chcemy po powrocie stwierdzić jak Cezar (ten starożytny) — veni vidi vici i wrócić z tarczą. Dla nas kwestią było tylko wybranie odpowiedniego szczytu i tyle. O święta naiwności…


Mamy lecieć liniami Turkish Airlines do Istambułu, a potem do stolicy Tadżykistanu Duszanbe. To podobno najlepsza linia lotnicza w Europie. Już widziałem oczami wyobraźni, że siedzimy obok Karoliny Woźniackiej, która reklamowała tę linię przy okazji transmisji turniejów tenisowych WTA w Euro Sporcie. Ale ona demonstrowała te swoje piękne nogi w biznes klasie, a my w turystycznej mieliśmy lecieć. Zresztą pewnie nigdy nie latała tureckimi liniami.

Ale za to mamy rewelacyjną informacje, przekazaną przez przedstawicielkę jakiejś misji humanitarnej w Tadżykistanie, a mianowicie, że do posiłków podają tam metalowe sztućce! Nie będzie Karoliny, będą platery! Woźniacka spadła w rankingu i teraz linię turecka reklamują koszykarz Kobe Bryant i geniusz piłki nożnej Lionel Messi. Ale to już nie te nogi!

Marmot Expedition

Mają być torby turystyczne, żadne tam plecaki, czy wory transportowe. Wygoda w ładowaniu, porządek, poukładane rzeczy. Koniec z nurkowaniem na dno wora w poszukiwaniu skarpetki czy rękawiczki. Na wyprawie musi być porządek. Cezar szuka w internecie. W końcu wysyła komunikat, że z trudem znalazł odpowiednie. Nazywają się Marmot i są piękne, pojemne (120 litrów), wygodne, nieprzemakalne, z pasami do transportu. Cena niebotyczna, ale jak napisałem, same zalety.

Po długim oglądaniu torby odnajduję w głębi ukrytą metkę z napisem „Made in Vietnam”. Wizja dzieci klejących, gdzieś w manufakturze pod Hanoi, nasze wspaniałe torby, trochę psuje mi przyjemność z posiadania tego cuda. Profesor marudzi, że Marmoty nie mają pasa biodrowego i co on biedaczek zrobi w razie buntu tragarzy, bo bez pasa to on nie może…

Jedna Pati wyłamała się i zaprezentowała się na lotnisku z plecakiem firmy High Mountain.

Marmoty na dachu naszego jeepa

Ambasady, konsulaty, agencje, korespondencje

Jędruś i Pati odbierają wizy tadżyckie w ambasadzie w Berlinie. A właściwie nie wizy tylko wizę zbiorową. Najlepsze czasy komuny się przypomniały. Wiza opiewa na nazwisko Cezara i 6-ciu nafarów i jest tańsza w przeliczeniu na głowę. Ale powiało trochę grozą. Co będzie jak ktoś z nas będzie musiał wrócić wcześniej (a już tak bywało w przeszłości)? Mogiła! Cezar rozkazuje, że nikomu nie może się nic stać i mamy wracać razem. Howgh!

Wbrew obawom trzymaliśmy się kupy dzielnie i żadna siła nie była w stanie nas rozłączyć. A w Tadżykistanie, gdzie system sowiecki jest ciągle żywy, taka bumaga, która mówi, że jest to zorganizowana grupa z rukowoditielem na czele była przydatna. Oddzielna pieczęć informowała, że mamy zezwolenie na poruszanie się w Górnobadachszańskim Okręgu Autonomicznym (GBAO).

Tak wygląda zbiorowa wiza tadżycka na nazwisko Cezara +6 „nafarów” i zezwolenie na wjazd do GBAO

Ja załatwiam wizy Islamskiej Republiki Afganistanu

Wiza afgańska z konturową mapą kraju i zeskanowanym zdjęciem autora

Ładny dom w pobliżu Wilanowa. Jakieś furtki, wizjery, kamery, dzwonki, brzęczyki i już jestem w konsulacie. Pusto, cisza spokój i miły pan konsul przyjmujący nasze aplikacje. Zdziwienie wywołuje obecność kobiet w naszej ekipie. Uzgadniamy wspólne stanowisko, że kiedyś będzie lepiej i jednak ktoś o te wizy będzie występował.

Paszporty z ładnymi obrazkami wręcza mi po 2 tyg. piękna Afganka, w stroju regionalnym (?), mówiąca podobnie jak jej szef płynnie po polsku. Aż nie chce się wychodzić, więc piję wodę mineralną. Coś tam bredzę o upale, że taki będzie na pewno w Afganistanie.

Cezar telefonicznie rezerwuje noclegi w hotelu w Duszanbe (namiar od dziewczyny z misji humanitarnej). Mamy potwierdzić przed wyjazdem. Trochę nas niepokoi nieludzka godzina przylotu (4-ta nad ranem). Oczami wyobraźni widzę nas — sieroty na pustym lotnisku. Oczywiście nijak się to miało do tłumu taksówkarzy, tragarzy, naganiaczy i dzieci usiłujących wyszarpać nam bagaż z rąk. Kolejne korespondencje Cezara to kontakt z „Afganem — złodziejem”, jak go nazwali nasi poprzednicy korzystający z jego usług w roku poprzednim. „Złodziej” to właściciel agencji turystycznej, mającej monopol na usługi w tym rejonie.

Cezar czujnie nie daje się naciągnąć na opłaty, których żądał Afgan za imienne zaproszenie dla członków ekspedycji. To zaproszenie miało być niezbędne i konieczne do wydania wiz. Oczywiście nie było to prawdą. Na razie tylko zarabiamy — tańsza wiza tadżycka, no i ta czujność wodza. Po kilkadziesiąt dolarów dla każdego do przodu. Majątek zrobimy.

Nawiasem mówiąc, nie mieliśmy, w Afganistanie do czynienia ze „złodziejem”, a tylko z jego pracownikiem Farhadem — sympatycznym, solidnym i co najważniejsze, poruszającym się bezbłędnie w gąszczu zbiurokratyzowanych i skorumpowanych instytucji. Dla porządku podaję, że firma ta nazywa się Wakhan Tourism Agency.

Wiemy od poprzedników, z jakimi kosztami za rozliczne usługi musimy się liczyć. Kto i ile bierze. Jakie obowiązują łapówki. Jesteśmy teoretycznie przygotowani. Jędruś zostaje skarbnikiem — dobrze, że nie osiwiał po licznych operacjach finansowych.

Start

Dzień 22 lipca 2012 roku. Lotnisko Fryderyka Chopina — Okęcie. O umówionej godzinie wszyscy są na miejscu. Brakuje tylko Profesora, a powinien być już od dawna. Jesteśmy zaniepokojeni.

Telefonuję do niego. Mówi, że pisze testament i że to jest bardzo ważne. No cóż, nawet się nie śmiejemy.

Potem tylko dość długie poszukiwania na terenie portu lotniczego i odnaleziony, wściekły na mnie Profesor (podobno podałem mu złą naszą lokalizację), dołącza do oczekującej szóstki.

Teraz szybka odprawa bagażu, potem paszportowa i już tradycyjnie można odwiedzić stoisko z alkoholami w strefie wolnocłowej. Żorż kupuje „koniaczek” (określenie oryginalne wg dziennika Żorża) i Johny Walkera, Profesor Żubrówkę, ktoś tam coś jeszcze i już można lecieć do Stambułu.

Profesorska Żubrówka wzbudziła zainteresowanie naszego kierowcy Fiedi

Kilka godzin na wytracenie czasu na lotnisku w Istambule. Żorż gubi wszystkie swoje dolary. Chwila paniki. Jednak odnajduje je w punkcie informacyjnym. Konkluzja — Turcy są uczciwi. Start do Duszanbe i o 4-tej nad ranem lądujemy na miejscu.

Jak to w Azji — tłum zainteresowanych naszymi skromnymi osobami. Wyrywanie bagaży, prowadzenie do taksówek, propozycje noclegów. W efekcie zapłaciliśmy wygórowaną cenę za dwie taksówki, które dowiozły nas do hotelu Wachsz w centrum miasta. Zachowaliśmy się jak nowicjusze, a nie stare wygi na globtroterskiej emeryturze.

Hotel to dużo powiedziane. Chyba nazywało się to mieżdunarodnaja gostinica. Każde stąpniecie po rozłożonych wszędzie dywanach wyzwalało ukryty kurz, który w malowniczych kłębach unosił się w powietrzu. Urządzenia, które się nazywa odkurzacz, chyba tam nie znają.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.