E-book
10.92
drukowana A5
32.03
Wbrew Woli

Bezpłatny fragment - Wbrew Woli

Powieść obyczajowa


Objętość:
196 str.
ISBN:
978-83-8126-645-1
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 32.03

Rozdział 1

Są takie piękne i niepowtarzalne dni, w których wszystko wydaje się dobre, jasne i proste. Człowiek budzi się rano, trzeźwo spojrzy na świat i nagle doznaje olśnienia: Dochodzi do wniosku, że mimo wielu głupstw, które narobił — kłótni o błahostki, nieporozumień małżeńskich i zdrad, ma wspaniałe życie. Postanawia, więc, zmienić swoje postępowanie i naprawić to, co lekkomyślnie zepsuł.

W takich niesamowitych chwilach każdy wraca do — ukrytej na co dzień, pod ciężkimi pokładami gruboskórnego zobojętnienia — istoty swojego człowieczeństwa. Swojej miłości do najbliższych, do świata w którym żyje. Do swojej przeszłości, teraźniejszości i przyszłości; do najgłębszych zasobów ludzkiej dobroci. Dobroci, która równoważy nagromadzone w nim zło i pozwala mu żyć i kochać; i z nadzieją patrzeć, w rozpościerającą się ponad nim, błękitną dal.

W takim dniu Grzegorz Kosiński — za sprawą pewnego dupka, drobnego szantażysty, który nigdy nie liczył się z ludzkimi uczuciami, bo jego serce było małe, jak główka od szpilki — doznał największego życiowego szoku.

W tym dniu spełniła się także feralna przepowiednia, wypowiedziana przed laty przez pewnego wiejskiego jasnowidza, o której już dawno zdążył zapomnieć. Wyrzucił ją z pamięci, bo nigdy nie wierzył w tego typu bzdury. Nie potrafił sobie wyobrazić, że ten stary, pomarszczony, wyglądem przypominający siwobrodego capa, maleńki człowiek, w rozłożonych na stole niemiłosiernie sfatygowanych kartach do tarota, zobaczył jego przyszłość. Pozostawało to stanowczo poza zasięgiem jego racjonalnie ukształtowanego rozumu.


Tego poranka Grzegorz spał dłużej niż zwykle. Gdy otworzył oczy, wiszący na ścianie, okrągły, zabytkowy zegar ze złotymi wskazówkami, wybił godzinę ósmą. Ciepłe promienie słoneczne przebijały się przez wiszącą w oknie, cienką firankę i wesoło rozświetlały przytulną sypialnię. To sprawiło, że Grzegorz zaraz po przebudzeniu poczuł dobrą energię. Zniknęła gdzieś, doskwierająca mu zwykle o tej porze, ociężałość w kościach, miał ochotę wstać, napić się kawy i zabrać się do jakiejś roboty.

Był w domu sam, bo jego żona, Patrycja, jak zwykle gdy miała pierwszą zmianę, o szóstej trzydzieści pojechała do pracy. Nie słyszał kiedy wyszła, ani jak krzątała się po kuchni i przygotowywała sobie śniadanie. Od kilku miesięcy, nie wiadomo dlaczego, coś się pomiędzy nimi nie układało. Przeżywali pierwszy tak poważny, małżeński kryzys i dlatego zajmowali oddzielne sypialnie. Oficjalnie Patrycja wyniosła się z małżeńskiego łoża do pokoju gościnnego, gdyż miała słabe nerwy. Zaczęło jej przeszkadzać jego chrapanie i nie mogła się wysypiać. Ale on podejrzewał, że kryje się za tym coś więcej…

Prawdopodobnie oboje nie pozostawali tutaj bez winy. Po prostu, chwilowo, znudzili się sobą i po dwudziestu pięciu latach wspólnego życia przechodzili nieuniknione turbulencje, które niebawem miną i wszystko wróci do normy. Miał nadzieję, że tak się stanie, bo Patrycja — pomimo wszystko — była miłością jego życia. Jedyną kobietą, której ufał, i którą naprawdę kochał. Ona — był o tym święcie przekonany — zawsze miała o niebo lepszy charakter od niego i nigdy go nie zdradziła.

Tego ostatniego, niestety, nie mógł już powiedzieć o sobie. Jakiś czas temu, rozgoryczony obojętnością żony, podczas jej kilkudniowej nieobecności w domu, dał się ponieść emocjom. Zapomniał o przyzwoitości i pierwszy raz w życiu zdradził ją, z o wiele młodszą od siebie, ich najbliższą sąsiadką, Martą.

Marta była słomianą wdową, gdyż jej mąż na stałe pracował za granicą. Później zrobili to jeszcze kilka razy. Z tego powodu Grzegorz, słusznie, czuł się winny. Wyrzucał sobie, że — pod tym względem — okazał się słabym człowiekiem i nie wytrzymał próby charakteru. Bo, gdy tylko w jego małżeństwie coś zaczęło zgrzytać, pobiegł jak kot z podniesionym ogonem do sąsiadki, aby u niej zaspokoić swoje żądze.

Marta była młodą i bardzo piękną kobietą. Emanowała seksem i na ulicy, jak magnes, przyciągała wzrok mężczyzn. Ale przy bliższym poznaniu wychodził na jaw jej brak wykształcenia i klasy, więc nie mogła, w żaden sposób, konkurować z Patrycją.

Patrycja, jego zdaniem, pozostawała poza zasięgiem większości znanych mu kobiet. I bez względu na to, jak ułoży się ich dalsze życie, pozostanie na pierwszym miejscu w jego sercu. Była przecież matką jego jedynej córki, i nadal, pomimo upływających lat, miała w sobie coś tak uroczego i pociągającego, że nigdy nie potrafił jej znienawidzić. Stanowiła niesamowicie atrakcyjną mieszaninę radości i smutku, nocy i dnia, wschodu i zachodu słońca; mleka i miodu doprawionego odrobiną goryczy. Wszystko mógł jej wybaczyć, byle tylko codziennie rano uśmiechała się do niego i pozwalała mu oddychać jej powietrzem.

Tego ranka Grzegorz był w wyjątkowo dobrym nastroju. Na samą myśl, że wieczorem, z Ameryki, samolotem Polskich Linii Lotniczych LOT, przylatuje na wakacje do domu ich córka Jolanta — jego szczęście i radość, ogarniało go błogie zadowolenie.

Z tej okazji postanowił ostatecznie zerwać z Martą i naprawić wszystko to, co w ostatnich miesiącach popsuło się pomiędzy nim a Patrycją. Cóż jednak znaczą, choćby najszczersze, postanowienia bujającego w obłokach człowieka wobec złośliwości losu, który drwi sobie z jego decyzji. A gdy ma tylko ochotę na chwilę zabawy, brutalnie ściąga go za nogi na ziemię i z uśmiechem na ustach, bez mrugnięcia okiem, chętnie płata mu kolejnego, życiowego figla.


Około południa na drodze, jak codziennie o tej porze, pojawiła się listonoszka. Była to już niemłoda, ale bardzo wesoła i miła w obejściu kobieta o dosyć pokaźnej tuszy, która jednak — wbrew powszechnie panującej w dzisiejszym świecie opinii, że tylko ludzie szczupli są atrakcyjni — zdawała się korzystnie wpływać na jej urodę i wesołe usposobienie.

Gdy znalazła się na wysokości bramy wjazdowej do posesji Kosińskich, zatrzymała się. Chwilę gmerała w swojej olbrzymiej, przewieszonej przez ramię, służbowej torbie, po czym podeszła do przytwierdzonej do furtki skrzynki na listy. Wrzuciła coś do jej wąskiego gardła i już miała odejść, ale zobaczyła, że w ogrodzie, nad stawem, przy sztalugach, z paletą i pędzlem w rękach, odwrócony plecami do drogi, siedzi Grzegorz Kosiński.

— Dzień dobry, panie Grzegorzu — zagadnęła. Była wielką gadułą i nigdy nie potrafiła odmówić sobie przyjemności zamienienia kilku zdań ze spotykanymi na trasie swojego przemarszu ludźmi. — Kiedy mnie pan zaprosi na kawę, abym mogła wreszcie zobaczyć to cudo, które pan maluje?

Grzegorz odwrócił się. Na jego twarzy pojawił się przyjemny uśmiech.

— Dzień dobry. Dzisiaj panią zapraszam! Proszę wejść i odpocząć chwilę na moim pięknym jeziorkiem! — Lubił tę kobietę, bo bardzo solidnie wykonywała swój zawód. Nie roznosiła plotek i utrzymywała przyjazne stosunki ze wszystkimi klientami poczty na trasie swojej codziennej, bardzo długiej wędrówki.

— Dzisiaj nie mogę, bo nie zdążę wrócić przed piętnastą do firmy. Ale wrzuciłam panu do skrzynki list od przyjaciółki — zażartowała w swoim stylu. Zawsze tak robiła, gdy miała okazję uciąć sobie pogawędkę z którymś z mieszkańców.

— Jakiej przyjaciółki? — zdziwił się Grzegorz, chociaż podejrzewał, ze jest to tylko gra słów, którą prowadzi z nim dowcipna listonoszka. Odkąd zamieszkał w Gwożnicy, zdążył się już zorientować, że pani Jadwiga jest wyjątkowo przyjaźnie usposobioną kobietą i posługuje się swoim własnym, zawodowym żargonem.

— Pani Telekomunikacja zdecydowała się do pana napisać i, zapewne, podnieść cenę za swoje usługi. — Roześmiała się ze swojego dowcipu.

— Tego, po niej, zawsze można się spodziewać. Z pewnością, jak większości kobiet na tym świecie, brakuje jej do pierwszego. — Grzegorz dostosował się do stylu listonoszki. — Ale dziękuję. I proszę pamiętać, że zaproszenie na kawę nad moim stawem jest zawsze aktualne.

— Trzymam pana za słowo!

Po jej odejściu, kilka minut później, w skrzynce pocztowej, Grzegorz znalazł rachunek, o którym mówiła listonoszka oraz — ku swojemu ogromnemu zaskoczeniu — jeszcze jedną białą kopertę bez nazwy adresata i naklejonego znaczka. Taki list nie mógł przyjść pocztą. Skoro jednak znalazł się w skrzynce, musiał być kierowany do niego. Grzegorz nie miał pojęcia, kto i po co go tam wrzucił.

Gdy zaciekawiony otworzył kopertę i zajrzał do środka, zobaczył zdjęcia swojej żony, sfotografowanej w towarzystwie jej przełożonego ze szpitala, ordynatora wydziału chirurgicznego, doktora Andrzeja Stachury. Autor tych fotografii nie pozostawił mu miejsca na swobodną interpretację. Na ich widok, nawet drewniany koń trojański, domyśliłby się, że nie chodzi tutaj o niewinne spotkania i pocałunki dwojga zaprzyjaźnionych osób, tylko o zdradę. To sprawiło, że nogi się pod nim ugięły. Poczuł się tak, jakby ktoś, niespodziewanie, zdzielił go kijem bejsbolowym po głowie.

Na to, co zobaczył, kompletnie nie był przygotowany. Oszołomiony i wytrącony z równowagi, próbując zebrać myśli, dowlókł się do stawu. Rzucił list na stół i — zapominając o bożym świecie — jak rażony piorunem, opadł na ogrodowy fotel.

W tej pozycji zastała go Marta, która, idąc po syna do szkoły, wstąpiła nad staw. Chciała, pod pretekstem obejrzenia obrazu, porozmawiać z Grzegorzem i chociaż przez chwilę poczuć to miłe napięcie i mrowienie w nogach, będące przyczyną ich wspólnej tajemnicy.

— Zawsze wiedziałam, że ta twoja Patrycja, to taka sama dziwka, jak wszystkie inne — powiedziała na widok leżących na stole fotografii, które nie wymagały komentarza. Przysunęła się bliżej Grzegorza i, aby go pocieszyć, położyła mu rękę na ramieniu. — Moja kuzynka z Rzeszowa, która pracuje w administracji szpitala, mówiła mi, że ona od dawna pasie konie z tym doktorkiem. Podobno cały szpital już o tym szumi. Nie chciałam ci nic mówić, bo i tak byś mi nie uwierzył, a jeszcze mógłbyś mnie za to znienawidzić. Ale teraz wszystko jest jasne!

W jej głosie można było wyczuć pewną, ledwie uchwytną, nutę satysfakcji z tego, że oto ta — tak wysoko ceniona, wyniesiona na piedestał, jedyna godna prawdziwej miłości, i niepowtarzalna Patrycja, o którą była zawsze zazdrosna — do której on, po tylu latach małżeństwa, nawet mając w łóżku o wiele młodszą kobietę, nadal tęsknił, okazała się zwykłą suką.

— Nie mów tak o mojej żonie! To nie twoja sprawa! — obruszył się.

— Dobrze! Dobrze! Masz rację! To nie moja sprawa! Nic więcej nie powiem. Ale chyba nie jesteś ślepy i sam widzisz, jak jest…

— Widzę! I co z tego?

— Nic. Tyle tylko, że od dzisiaj wiesz, na czym stoisz. Ale nie przejmuj się tym zbytnio. Jej strata! A poza tym ma już swoje lata i jej czas się kończy…

Słowa Marty wyrwały Grzegorza z chwilowego otępienia i sprawiły, że nie mógł już dłużej siedzieć, rozczulać się nad sobą i udawać, ze nic się nie stało. Musiał coś zrobić. Zacząć działać. Tym bardziej, że poczuł w głowie wyraźne ukłucie, jakiś impuls… A później pustkę; jakby na zawsze zniknęła stamtąd część mózgu odpowiedzialna za wiarę w miłość i wierność małżeńską, za wstrzemięźliwość w czynach i trzeźwy rozsądek.

Na skutek tej zapaści, w jego głowie powstało, grożące natychmiastową katastrofą, olbrzymie podciśnienie.

— Zabiję drania! — powiedział, bardziej do siebie, niż do Marty. I z jakimś, widocznym z daleka, obłędem w oczach, podniósł się z krzesła, i tak jak stał, zdecydowanym krokiem szaleńca, poszedł w kierunku stojącego na podjeździe przed domem, terenowego jeepa. Wskoczył do samochodu. Uruchomił silnik i z piskiem opon wypadł na drogę.

Jechał, jak szalony, w kierunku Rzeszowa, owładnięty pragnieniem zemsty, oprócz której, w tej chwili, nic innego nie miało znaczenia. Musiał to zrobić, aby wypełniły się, brzmiące jak wyrok, słowa tragicznej przepowiedni; słowa przeznaczenia, które dwadzieścia pięć lat temu usłyszał z ust, znanego w całej rzeszowszczyżnie jasnowidza, wiejskiego w róża, w które — w dodatku — nigdy nie uwierzył.

Rozdział 2

Patrycja obudziła się i przetarła zaspane oczy. Wyprostowała plecy i naprężyła wszystkie mięśnie, aż poczuła, że jej coś przyjemnie strzela w kościach. Delikatnie odsunęła się od męża, aby go nie obudzić i odgrodziła się od niego grubą warstwą kołdry. Na razie miała go powyżej dziurek w nosie, więc nie chciała, aby przez jakieś przypadkowe dotknięcie źle ją zrozumiał i zaczął się do niej przystawiać. Nie po raz pierwszy w tym miesiącu, musiałaby mu odmówić, a to by go obraziło.

Za oknem padał drobny śnieg. Było dosyć zimowo i mroźno, jak na połowę marca, przy — podobno — ciągle ocieplającym się klimacie. I zapowiadał się dosyć przyjemny, rześki dzień.

Pomimo śniegu i mrozu powietrze pachniało już wiosną. Przez uchylone nieznacznie okno cieniutka strużka tego ożywczego zapachu wdzierała się do sypialni wraz z ostrym jeszcze powietrzem i ćwierkaniem wróbli, wesoło baraszkujących w gałęziach, rosnącej przy domu, starej rozłożystej sosny.

Patrycja cierpiała na lekką klaustrofobię, dlatego, w przeciwieństwie do Grzegorza, nawet w zimie, lubiła spać przy otwartym oknie. Inaczej brakowało jej tlenu i odnosiła wrażenie, że się dusi.

On natomiast, nieczuły drań, mógł przez całą noc leżeć w zaduchu. Nic mu to nie przeszkadzało. Co najwyżej odrzucał na bok kołdrę i spał prawie nago, w samych majtkach. A co najgorsze, w nocy, pod kołdrą — czego najbardziej nie lubiła — pociły mu się, mocno owłosione, jak u szympansa, muskularne nogi.

Kiedyś naprawdę się kochali. Połączyło ich namiętne uczucie, ale to było już wieki temu. Dzisiaj z ich młodzieńczej, wielkiej, nieokiełznanej miłości — uważała Patrycja — zostało już tylko przyzwyczajenie; wspólny kierat, wspólny majątek i dorosła córka, Jolanta, która, po studiach, wyjechała dokształcać się i szukać szczęścia w Stanach Zjednoczonych Ameryki, pozostawiając po sobie syndrom opuszczonego gniazda.

Byli najbardziej niedobraną parą pod słońcem, jaką można sobie wyobrazić. Pisały o tym wszystkie horoskopy, które znalazła, buszując w internecie, w książkach i w prasie dla kobiet dla potwierdzenia swoich podejrzeń.

On, nie znoszący sprzeciwu, zaborczy, despotyczny skorpion, zaciekle broniący swojego terytorium; z naturą skrytego w sobie, cichego zabójcy, który, pod osłoną nocy, skrada się do człowieka, aby go ukąsić i wsączyć w niego swój śmiertelny jad.

Ona, nie tolerująca ograniczeń i przymusu, kochająca zmiany, ruch i podróże — wolny strzelec. Dla niej życie na uwięzi, bez poznawania nowych ludzi, bez codziennych podniet i nowych emocji traciło jakikolwiek sens.

Ogień i woda — z tego połączenia, na dłuższą metę, nigdy nie może wyjść szczęśliwy związek dwojga ludzi. A jednak, żyjąc razem, długo zadawali kłam tej prawdzie.


Patrycja wstała z łóżka. Miała na sobie na wpół przeźroczystą koszulę nocną z różowego jedwabiu i wystające spod niej, bawełniane, luźne szorty. Spojrzała w wiszące na ścianie przy łóżku, olbrzymie lustro i — musiała przyznać — spodobało jej się własne odbicie. Była szczupła i zgrabna, a na jej, ciągle jeszcze jędrnym i ponętnym ciele, nigdzie nie można było znaleźć śladu celulitu. I nikomu, kto nie widział jej metryki, nie przyszłoby do głowy, że kilka miesięcy temu ukończyła już czterdzieści pięć lat i zbliża się nieuchronnie do tej magicznej granicy, jaką dla każdej kobiety jest smutny czas przekwitania.

„Ale czy na pewno smutny? Możliwe, że to tylko taki stary, oklepany mit, nie mający nic wspólnego z prawdziwym życiem. Bo czego tu się smucić? I czego żałować? — myślała. A, poza tym, była niemal pewna, że do tego jeszcze daleko. „W dzisiejszym czasie, życie się wydłuża i wszystko przychodzi dużo później niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Przy odrobinie charakteru, kobieta, może długo zachować młodość…”

Wiele razy słyszała, jak niektórzy znawcy tematu mówią, że dla kobiety prawdziwe, dojrzałe, beztroskie życie zaczyna się dopiero po pięćdziesiątce: Dzieci są już odchowane, dorosłe i samodzielne; mają pracę, swoje rodziny i własne kłopoty. Można, więc, przestać żyć ich problemami. Pozwolić im odcumować swoją łajby od rodzicielskiej, bezpiecznej przystani i wypłynąć na szerokie, wzburzone wody. I nareszcie, pomyśleć o sobie… Podobno nawet seks, w tym okresie życia, lepiej smakuje, niż w młodości, bo nie trzeba się zabezpieczać i drżeć przed niechcianą ciążą. Czy tak jest na sto procent, tego Patrycja nie była pewna. Ale uważała, że coś prawdy w tym musi być. Nie darmo, przecież, trąbią o tym wszystkie kobiece gazety.

„Warto by wreszcie skończyć z tą codzienną rutyną, z tym życiowym marazmem i spróbować czegoś nowego… — myślała. — Praca, dom, gotowanie obiadów; wieczory w towarzystwie podstarzałego, gnuśnego męża, który dawno przestał stroszyć pióra i w niczym nie przypomina, zabiegającego o partnerkę, bażant w okresie godowym. Spoczął na laurach! Oklapł! i wydaje mu się, że wszystko mu się należy, tylko dlatego, dwadzieścia lat temu zgodziłam się zostać jego żoną.”

Niekiedy przychodziło jej do głowy, że popełniła błąd; że była wtedy młoda i głupia, i żałowała tego kroku… Miała dopiero dziewiętnaście lat i żadnego doświadczenia z mężczyznami. Łatwo dała się zauroczyć, omamić… Zakochała się w starszym od siebie o siedem lat, przystojnym, chociaż trochę zbyt poważnym oficerze i — stanowczo za wcześnie — zgodziła się stanąć z nim na ślubnym kobiercu. A przecież miała jeszcze czas! Mogła poczekać! Wyszumieć się! Spróbować życia, a dopiero później, pod trzydziestkę, założyć sobie pętlę na szyję. W końcu była piękną dziewczyną i nigdy nie brakowało jej adoratorów: młodych, niewinnych chłopców, którzy codziennie — nawet już po ślubie — zaczepiali ją na ulicy i chcieli umawiać się na randki. Ale ona była naiwną, niepoprawną marzycielką, głupią gąską. Zakochała się i chciała założyć rodzinę…

Na szczęście wszystko w miarę dobrze się potoczyło. Przetrzymała trudne lata. Córka wyrosła na piękną pannę i poszła z domu, więc teraz, znowu, ma czas i może zająć się sobą. Sama zadecyduje, co i kiedy będzie robić. Może zrealizuje swoje życiowe marzenie i zacznie podróżować — poznawać świat.

A on, Grzegorz, niech idzie swoją drogą! Na wszystko mu pozwoli. Niech robi, co chce, byle tylko jej nie ograniczał i dał sobie spokój z tymi, niczym nieuzasadnionymi, napadami milczącej zazdrości. Niech się wyleguje do południa w domu, albo siedzi w ogrodzie, na krzesełku pod lipą i — jak stary, ograniczony umysłowo Nikifor — maluje na emeryturze te swoje prostackie, kiczowate (chociaż — musiała to przyznać — dosyć ładne) obrazki, których i tak, nikt, nigdy, od niego nie kupi. Może również całymi dniami strugać z lipowych patyków figurki szachowe. Oszukiwać się, że jest artystą i w ten sposób poprawiać swoje samopoczucie, jeżeli nie stać go na nic innego; byleby tylko jej dał święty spokój. Pozwolił normalnie żyć, i spotykać się z ludźmi. Niczego więcej od niego nie żąda!


Grzegorz obudził się. Lóżko delikatnie zaskrzypiało, gdy się przewracał na drugi bok. Ale nie otworzył oczu. Udał, że nadal śpi i jednym okiem, przez wąską szczelinę w niedomkniętej powiece, niczym leżący w szuwarach, przebiegły krokodyl, obserwował, stojącą przed lustrem, żonę.

Podobała mu się w tej krótkiej, różowej, przeźroczystej koszulce — podkreślającej bardzo dobitnie zgrabną sylwetkę i pełne piersi — i luźnych, majtkach. Zawsze miał do niej słabość. I na razie nic się, w tym względzie, nie zmieniło. Teraz także miał ochotę wyciągnąć rękę i przewrócić ją na łóżko, aby trochę z rana pobaraszkować. Ale powstrzymał się ostatkiem woli i nie zrobił tego, bo podejrzewał, że żona — jak zwykle z rana — jest w złym nastroju, więc i tak nic z tego nie wyjdzie. Szkoda się denerwować i zaczynać dzień od, nikomu niepotrzebnej, awantury. Postanowił zaczekać z tym do wieczora. Miał nadzieję, że do tego czasu wyczuwalne wyraźnie, wiszące w powietrzu, niedobre fluidy rozproszą się i żona spojrzy na niego łaskawszym okiem.

Patrycja zauważyła, że mąż nie śpi. Wiedziała, o co mu chodzi i postanowiła, przekornie, zagrać mu na nosie. Niech się denerwuje i pęknie z zazdrości, jeżeli jest taki głupi…

„Nie dla psa kiełbasa!” — uśmiechnęła się do tej myśli i z pełnym wyrafinowaniem, wyuzdanym ruchem, poruszyła biodrami, a później, zabawnym, rozkołysanym krokiem filmowej gwiazdeczki weszła do łazienki, pozostawiając za sobą otwarte drzwi.

Umyła się, zrobiła makijaż i starannie uczesała fryzurę. Po czym umalowała usta i oczy, i ciemną kredką podkreśliła linię, pięknie utrzymanych, cieniutkich brwi. Narzuciła na siebie, przylegający do ciała granatowy kostium i wsunęła na nogi popielate pantofle na wysokim obcasie. Po tych wszystkich kosmetycznych zabiegach od razu poczuła się o kilkanaście lat młodsza. Opuściło ja poranne rozdrażnienie, więc spokojnie wróciła do sypialni, pochyliła się nad mężem i delikatnie musnęła go ustami w chropowaty policzek. Nie był to pocałunek, ale coś, co w jej mniemaniu miało być rodzajem przeprosin za odtrącenie i kolejną „spokojną” noc.

W ostatnich latach zmęczyła ją ta codzienna rutyna, ten nigdy nie kończący się, monotonny kierat i kompletnie straciła ochotę na seks. Nie czując pożądania, nie chciała się do tego zmuszać tylko po to, aby sprawić przyjemność swojemu samcowi alfa. Ale czy na pewno alfa? Tego, tak do końca, nigdy nie była pewna.

Grzegorz był porządnym, przewidywalnym facetem. Rodzajem spokojnego konia pociągowego, który bez oporów, codziennie, robił wszystko co trzeba. I nigdy, bez powodu, nie buntował się i nie szarpał wędzidłem. Być może dlatego, niekiedy, odnosiła wrażenie, że — pomimo iż jest oficerem — nie ma zbyt dobrze rozwiniętych cech przywódczych. Zauważyła, że brakuje mu inicjatywy i prawdziwej, męskiej ikry — a cechy te są niezbędne, aby w krwiożerczej, bezlitosnej dżungli, jaką jest dzisiejszy świat, mógł skutecznie przywodzić stadu. Ale dzięki temu trzymał się blisko domu, więc nie musiała obawiać się, że poszuka sobie kogoś na boku i będzie ją zdradzał. Bo tego, by nie zniosła. Nie należała do kobiet zadowalający się ochłapami. Zawsze wyznawała zasadę: „Wszystko albo nic!”


Teraz, po przejściu w stan spoczynku, Grzegorz trochę rozleniwił się i zgnuśniał. Nie interesował się innymi kobietami. Taką przynajmniej miała nadzieję. Ale nie zawsze tak było…

Kiedyś próbował szczęścia… Dał się omamić tej młodej, głupiej sekretarce, z dużym tyłkiem, z dowództwa batalionu i wodził za nią wolimi oczami. Na szczęście w porę spostrzegła niebezpieczeństwo i przystopowała ten, dobrze zapowiadający się romansik podstarzałego mężczyzny z młodą dziewczyną, która — widocznie — nie była na tyle atrakcyjna, aby znaleźć sobie adoratora w swoim wieku i łasiła się na starszych mężczyzn. Zrobiła mu wtedy takie piekło, że nie wiedział, gdzie stoi, i miał wszystkiego dosyć. I — raz na zawsze — wybiła mu z głowy wszelkie marzenia o przygodach na boku. Ale adoratorka wyższych oficerów nie odpuściła. Niedługo po tym zarzuciła sieci na dowódcę batalionu i rozbiła jego małżeństwo.

— Śpisz? — zapytała zaskoczona tym, że niespodziewanie opuścił ja zły nastrój i — po raz pierwszy od wielu dni — ma ochotę zrzucić z siebie ubranie i wskoczyć na chwilę do rozgrzanego łóżka. Nie było jednak już czasu nawet na szybki numerek, bo spóźniłaby się do pracy. A na to nie mogła sobie pozwolić.

— Nie! Leżę i zastanawiam się, dla kogo tak się stroisz?

„Więc jednak, serce go zakłuło!” — pomyślała. „Jest zazdrosny! Niech poczuje, jak to jest. Ja znosiłam to przez tyle lat, gdy on, w mundurze oficera, codziennie paradował po mieście, a jego kura domowa, siedziałam w domu przy garach i dziecku.”

— Dla dobrego samopoczucia –odpowiedziała i uśmiechnęła się. — Nie powiesz mi, chyba, że jesteś o mnie zazdrosny?

— Nie! Chyba nie. Ale wiesz o co mi chodzi…

— Wiem. Ty zawsze tylko o jednym… Już ci mówiłam, że mężczyzna potrzebuje do seksu sytuacji, a kobieta przyczyny. Postaraj się przyczynę. Ugotuj dobry obiad, to może wieczorem coś pomyślimy… — Lubiła w ten sposób się z nim przekomarzać. Czuła, że teraz, gdy on siedzi w domu, wreszcie zdobyła nad nim przewagę. Praca dawała jej poczucie niezależności, kontakt z ludźmi; świadomość, że robi coś ważnego i jest potrzebna.

Nie jest już tylko uroczym, głupiutkim dodatkiem do swojego męża, do jego orderów i medali. Ozdobą jego domu, gdy zaprasza gości; kucharką i matką jego córki, ale samodzielną istotą. Człowiekiem, który ma swoje miejsce w społeczeństwie i rolę do spełnienia. I odkąd posiadała własne, oddzielne, konto bankowe, poczuła się naprawdę wolna i postanowiła, że od tej pory sama będzie decydować, kiedy, gdzie i w jakim celu zdejmuje majtki…

— Wyjęłam z zamrażalnika kawałek kury. Gdy się rozmrozi, wrzucisz go do stojącego z wodą na kuchence czerwonego garnka, są tam już warzywa i przyprawy, i będziesz gotował, tak jak ci pokazywałam, przez trzy godziny… Na drugie, jeżeli będzie ci się chciało, możesz przygotować ziemniaki i rybę w panierce. Ale tylko dla siebie. Mnie wystarczy zwyczajny rosół z makaronem i odrobiną zielonej pietruszki.

— Da się zrobić! — zgodził się i leniwie przewrócił się na drugi bok, aby, po jej wyjściu, w spokoju, poleżeć jeszcze przez godzinkę.

Od dawna odnosił wrażenie, ze Patrycja bierze odwet za te wszystkie lata, gdy on stał na pierwszym miejscu. Dwa razy do roku wyjeżdżał na te swoje poligono-wczasy, gdzie — jej zdaniem — byczył się na słońcu i do woli wysypiał pod namiotem; oddychając zdrowym, pachnącym żywicą, leśnym powietrzem. A jego praca, zupełnie niesłusznie nazywa służbą, była najważniejsza, bo zarabiał trzy razy tyle, co ona.

Ustępowała i godziła się z tą niekomfortową sytuacją kury domowej, podporządkowanej władzy koguta, który łaskawie przyzwalał na to, aby mogła pracować i przynosić do domu dodatkowe pieniądze.

Pieniądze! Zawsze liczyły się tylko pieniądze, bo trzeba było wychować i wykształcić córkę, kupić działkę i wybudować dom, aby zapewnić sobie jakieś godziwe życie na starość.

Teraz, gdy Grzegorz przeszedł w stan spoczynku, wszystko się zmieniło: On utracił swoją pierwszoplanową pozycję. Siedzi w domu, odpoczywa, bawi się, rozwija swoje hobby, dla których wcześniej nie miał czasu. Jest znowu dużym chłopcem. Pogodził się z utratą znaczenia i nie martwi się o przyszłość, bo każdego miesiąca pieniądze spokojnie, bezszelestnie można powiedzieć, wpływają mu na konto. Córka studiuje w Ameryce. A ona, Patrycja, codziennie dojeżdża do pracy. Ma swoje sprawy, swoje życie — swój odrębny świat i własne konto w banku. Kosztowało ją to wiele wyrzeczeń, ale dzięki temu jest teraz niezależna i nie musi patrzeć na mężowską łaskę. Zresztą, będąc ambitną kobietą, nie miała innego wyjścia, musiała pracować, zaocznie zrobić studia, bo w dzisiejszych czasach, z jednej pensji, nie da się żyć na w miarę przyzwoitym poziomie.

— No to pa! — machnęła ręką na pożegnanie, bardziej z przyzwyczajenia niż z rzeczywistej potrzeby ducha, i już jej nie było. Z korytarza krzyknęła jeszcze, że może dzisiaj się spóźnić na obiad, bo Elżbieta ma urodziny i zaprosiła wszystkich po pracy do kawiarni. Było to oczywiście małe, niewinne kłamstewko, bo w kawiarni miały się spotkać tylko wybrane osoby. Nie chciała jednak, aby Andrzej na tej podstawie zaczął snuć jakieś teorie spiskowe i przypadkiem nie odkrył, że jego żona, aby przekonać się, że jest jeszcze atrakcyjna kobietą, po raz pierwszy po tylu latach wspólnego życia, ma ochotę umówić na randkę z innym mężczyzną.


Już czwarty rok mieszkali w Gwożnicy, kilkanaście kilometrów od Rzeszowa, w pięknej pagórkowatej okolicy. Przez środek ich działki, dwadzieścia metrów od przypominającego dawny, szlachecki dworek parterowego domku, przepływał uroczy, wiosną obrośnięty kwitnącymi kaczeńcami, niewielki strumyczek, w którym od kwietnia do późnej jesieni baraszkowały żaby i przypominające miniaturowe krokodyle, maleńkie traszki. I Grzegorz planował, tego lata, wybudować na nim przydomową zaporę wodną, wyposażoną w turbinę zdolną wytworzyć dostateczną ilość prądu do oświetlenia posesji. Zamierzał w niej również hodować własne pstrągi, które mógłby łowić na sztuczną muchę i przypiekać nad wodą, na grilu, gdy będzie miał na to ochotę lub niespodziewanie wpadną do niego z wizytą starzy znajomi.

Oboje z żoną zawsze marzyli o własnym, przydomowym stawie, gdzie mogliby w lecie, w spokoju i w ciszy, pływać na łódce i moczyć nogi w wodzie. Dlatego ten strumyk, stwarzający szansę na realizację tego marzenia, zdecydował, że kupili tę działkę, aby na niej wybudować dom i na dobre wyprowadzić się z zatłoczonego Rzeszowa.

W sąsiedztwie, w ostatnich latach, jak grzyby po deszczu, wyrosło wiele innych pięknych domów, ogrodzonych solidnymi płotami z kutego metalu, ze strzyżonymi co tydzień trawnikami, w których mieszkali ludzie z miasta. Wieś znowu stała się modna.

Każdy kto mógł i kogo było na to stać, sprzedawał swoją klatkę w bloku z socjalistycznej dużej płyty — miejsce swojego dobrowolnego odosobnienia i tortur, gdyż w lecie w mieszkaniach tych panowała niesamowita spiekota, a zimą, pomimo horrendalnie wysokich opłat za ogrzewanie i ciepłą wodę, było zawsze zimno — i uciekał na wieś. Ale wieś ta miała już niewiele wspólnego z tamtą dawną, którą wszyscy pamiętali z czasów swojego szczęśliwego dzieciństwa. Brakowało w niej porannego piania kogutów, gdakania kur; bydła wypasanego na przydrożnych łąkach i dzieci, grających w piłkę na podwórkach przed domami; a zimą z krzykiem zjeżdżających na nartach, sankach i wypchanych sianem workach po nawozie z okolicznych pagórków i budujących ze śniegu prowizoryczne skocznie i przydomowe lodowiska. Przypominała raczej podmiejskie dzielnice willowe lub jakieś luksusowe hoteliki, do których codziennie, na noc i na weekendy, przyjeżdżali leniwi, tłuści ludzie z miasta, żeby odpocząć; wyspać się w ciszy i spokoju, z dala od wszelkiego zgiełku, i nic nie robić.


Na parkingu przed domem stało dwa samochody: terenowy jeep Grzegorza i maleńkie, trzydrzwiowe, czerwone audii Patrycji, z ekonomicznym silnikiem TDI. Patrycja lubiła to małe autko, gdyż — w przeciwieństwie do forda, którym jeździła wcześniej — było bezawaryjne, bardzo zwrotne i łatwe do zaparkowania na zatłoczonych parkingach. Dzięki tym cechom dawało jej poczucie bezpieczeństwa, niezależności i swobody. Codziennie dojeżdżała nim do Rzeszowa, gdzie w miejskim szpitalu pracowała jako pielęgniarka oddziałowa na wydziale chirurgicznym.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 32.03