E-book
6.83
drukowana A5
39.92
Wanda

Bezpłatny fragment - Wanda


3
Objętość:
186 str.
ISBN:
978-83-8245-178-8
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 39.92

Rozdział I

— Cuchnie– powiedział pierwszy, gdy przeszli z jednej komnaty do drugiej.

— A co? Spodziewałeś się zapachu kwiatów? Przecież to kanały.– odpowiedział mu drugi i nie zwracając uwagi na głęboką kałużę wypełnioną lepką mazią, przeszedł przez nią jakby szedł po plaży.– Gówno zawsze śmierdzi. Tak już natura postanowiła i koniec.

Zatrzymał się przy stercie kamieni i wytarł o nie nogawkę spodni tuż powyżej buta. Przeklął pod nosem samego siebie za to, że wychodząc z domu nie zabrał stuptutów. Teraz by się przydały.

— Idziemy. Przed nami jeszcze kawał drogi. Nie możemy się zatrzymywać na dłużej– popędził pierwszego i ruszył przed siebie oświetlając sobie drogę mocną latarką akumulatorową.

— Zawsze jak coś się zesra to wołają nas– jęknął pierwszy, poprawił ekwipunek na pasie i ruszył za towarzyszem.– Gdyby, choć jeden raz wzięli kogoś innego do tej parszywej roboty… jeden, kurwa, jedyny raz…

— Ci, którzy przybyli tu przed nami nigdy nie wrócili do domów– przypomniał mu drugi. Jego głos i wypowiedziane słowa zabrzmiały tak upiornie, że pierwszy nie powiedział już nic więcej. Szli korytarzem z półkolistym sklepieniem. Korytarz był na tyle wysoki, że bez problemu się w nim mieścili. Obaj mierzyli po 190 cm wzrostu. Obaj byli dobrze zbudowani, chociaż drugiemu zaczął rok temu rosnąć brzuszek.

— „Uroki przekroczenia magicznej czterdziestki” — pocieszał się drugi za każdym razem, gdy widział swoje odbicie w lustrze. Tak na prawdę nie czuł się staro. Nie miał zadyszki wchodząc po schodach, dobrze się odżywiał. Ten (troszkę większy) brzuch dodawał mu powagi. Zwłaszcza, że dwa lata temu przestał się golić i zapuścił długą, przetykaną rudymi nićmi brodę. „Chudzielec z brodą wygląda jak penis nastolatka. Ty wyglądasz jak prawdziwy kutas” — powiedział mu kiedyś ojciec. Nie obraził się za te słowa. Przeciwnie. Dodały mu mocy. Poczuł, że ma ojcowskie błogosławieństwo do czynienia tego, co czyni. Czterdziestojednoletni pogromca „tego czegoś”. To COŚ było wszystkim, czego bali się ci, którzy go wynajęli. Przeganiał już olbrzymie afrykańskie nietoperze z piwnic Urzędu Miasta po tym, jak aktywiści z Greenpeace postanowili uwolnić je z klatek obwoźnego zoo. Pozbawił trosk mieszkańców największego kompleksu mieszkalnego w mieście, gdy ich pranie na strychu i słoiki w piwnicy zaczęły znikać za sprawą „dziwnej istoty”. Dziwną istotą okazał się być emerytowany podpułkownik wojsk chemicznych, któremu w wyniku wypadku na poligonie zniszczyło twarz a MON i ZUS odmówiły wypłaty renty, więc (z braku środków do życia) zadekował się na blokowisku i włamywał na strychy i do piwnic kradnąc to, co pozwalało mu przeżyć. Swoją drogą wytrwały był– przez pół roku żywić się marynowanymi grzybkami, kiszonymi ogórkami i kapustą, rybą w occie i buraczkami na zimno. Nic dziwnego, że wyciągnięty z zakamuflowanego węzła ciepłowniczego pan podpułkownik wyglądał jak płat pergaminu skrzyżowany z folią spożywczą. Był blady i prawie przeźroczysty. Innym razem dyrekcja jednego z centrów handlowych zwróciła się do niego o pomoc w rozwikłaniu zagadki ducha nawiedzającego owe centrum handlowe.

Ochrona i pracownicy butików mówili o białej istocie przemierzającej galeryjne korytarze i znikającej za drzwiami wieży widokowej, wokół której zbudowano centrum. Miejskie legendy mówiły o rzeźniku pracującym w ubojni, która kiedyś stała na miejscu obecnej galerii handlowej. Rzeźnik ten w wyniku zaniedbań ze strony dyrekcji zakładu zginął stratowany przez stado bydła, które zerwało się z łańcuchów i wydostało poza teren ubojni. Ostatnimi słowami umierającego rzeźnika miały być: „kamień na kamieniu nie zostanie i żaden kamień nie postanie na tej przeklętej przeze mnie ziemi”. Dyrekcja chciała z ducha zrobić atrakcję przyciągającą do centrum więcej klientów. W rzeczywistości duchem okazał się jeden z ochroniarzy z nocnej zmiany, który za namową dyrektora i wyposażony w komplet zapasowych kluczy, przebierał się wieczorem w prześcieradło i przechadzał galeryjnymi alejkami. Za dodatkowe ekstra złotówki pogromca przemilczał ten fakt a duch nagle przestał nawiedzać galerię. „Pecunia non olet” przypominał sobie za każdym razem, gdy podejmował kolejne „zlecenie”.

— Tym razem jednak śmierdzą– burknął pod nosem.

— Co mówiłeś? — spytał pierwszy.

— Nic. Idziemy dalej. To już niedaleko– zbył pytanie kolegi

i przyspieszył kroku.

— Jak zwykle– mruknął pierwszy. Czuł żal do samego siebie i do życia. Ukończył z wyróżnieniem studia na kierunku historii i kulturoznawstwa. Miał ambicje i marzenia, że kiedyś odkryje coś, co pozwoli mu stać się sławnym. Śnił o nieprzebranych skarbach dawnych władców i o skradzionych przez hitlerowców dobrach schowanych gdzieś pod ziemią. Chciał je odkryć i pokazać światu, że to właśnie on, syn krawcowej i woźnego z teatru, poprzez swój upór, wytrwałość i konsekwencję w działaniu potrafił dokonać czegoś, czego nie dokonali przed nim inni. Całymi nocami ślęczał nad archiwalnymi zapiskami nadwornych kronikarzy i dokumentalistów, opisujących zaginione na tym terenie bogactwa. Nie chciał pieniędzy. Wystarczyła mu sława. „Per aspera ad astra” powtarzał jak mantrę tę łacińską sentencję za każdym razem, gdy okazywało się, że w zawalonej piwnicy znajduje się koczowisko bezdomnych, a zalana komnata to tylko zalana komnata. Cztery lata temu przyłączył się do jednoosobowej ekspedycji, mającej zbadać podziemia Urzędu miejskiego w Gorzowie Wielkopolskim. Jego wyobraźnię rozpalały wyobrażenia o tajnych archiwach NKWD i UB prowadzących do tajemnych budowli zlokalizowanych pod miastem. Za dzieciaka nasłuchał się o korytarzach łączących podgorzowskie Chwalęcice z Zakanalem. Słyszał o przejściach pod katedrą, które wyjścia mają w pobliskim podwórzu i na Wieprzycach. Oglądał mapy i plany techniczne sugerujące, że pod Gorzowem rozciągają się trzy poziomy korytarzy i hal budowanych przez Niemców w nieznanym celu. Zbadał dokładnie piwnice i ukrycia przeciwlotnicze na ul. Matejki. Spędził niezliczoną ilość godzin wizualizując sobie nieistniejące już poniemieckie obiekty przy ul. Składowej, Garbary i Pionierów. Nie pamiętał już ile razy uciekał policji i ochronie z budynków i obiektów, które chociaż minimalnie wskazywały na jakąś nitkę tajemniczości. Miał też na koncie kilka sukcesów. Po drobiazgowej analizie dzienników i dokumentów odnalazł w piwnicach teatru im. J. Osterwy zabytkowe kostiumy oraz rekwizyty teatralne, a w parku otaczającym muzeum im. Dekerta odkrył zakopane „zbiory dawnego Landsberga” uznane za zaginione po zakończeniu II wojny światowej. Jednak to, co robił dzisiaj przyprawiało go o gęsią skórę. „Niech tam sobie tarmosi bezdomnych, nietoperze czy inne szkaradztwo. Ja dzisiaj odnajdę zaginiony skarb Przemysła I– go”. Odkąd przyłączył się do pierwszej ekspedycji zrozumiał, że brodzenie w ekskrementach i smrodzie ludzkich wydzielin daje mu niepowtarzalną szansę na oficjalne, niezakłócone nagłym nalotem policji czy innych organów porządkowych, dotarcie do miejsc, do których normalnie nie mógłby się dostać.

— To moja szansa i zamierzam ją wykorzystać. Taaa… Wydymam cię szanso, a ty mi się nie postawisz. Będziesz uległa jak…

— Co? — przerwał jego marzenia drugi.– Poczekaj. Chyba coś słyszę.

Pierwszy nastawił uszu. Nie słyszał nic oprócz miarowego szumu wody płynącej między ich nogami. Nagle z naprzeciwka usłyszał przeraźliwy ryk, od którego zatrzęsły się betonowe ściany i sklepienie przejścia. Na końcu tunelu, którym szli, w migoczącym świetle ognia, pośród stosów czaszek, bielejących kości i gryzącego, czarnego dymu ujrzeli ją: Wandę.

Rozdział II

Wanda. Legendarna córka Kraka, która nie godząc się na małżeństwo z księciem niemieckim zdecydowała o odebraniu sobie życia przez utopienie się w Wiśle. Siedziała przed nimi na górze czaszek, wokół której owinięty był jej ogon. Od pasa w dół jej ciało pokrywały podobne do rybich łuski. Górna część ciała należała do kobiety. Długie blond włosy opadały jej na ramiona. Nagie piersi pokryte były sinymi żyłami, które nabrzmiewały z każdym jej oddechem.

— Nie do końca taka martwa– rzucił drugi i pociągnął pierwszego w boczny korytarz.

— Co to, do jasnej cholery jest? — wymamrotał pierwszy drżącymi wargami.– To nie jakiś bezdomny. Widziałeś jej… ogon? Co to kurna jest?

— To Wanda.– krótko skwitował drugi.

— Jaka znowu „WANDA”? Co tu się wyprawia? Olo, powiedz coś!

Na dźwięk swojego imienia Olgierd Plaski wyprostował się i zwrócił do kolegi:

— Wanda to polska księżniczka, która utopiła się w Wiśle, bo nie chciała Niemca za męża. Studiowałeś historię i kulturoznawstwo. Powinieneś znać tę legendę.

— Właśnie! Legendę! — odpowiedział z wyrzutem pierwszy.– Legendy nie siedzą na górze z czaszek i nie ryczą jak… jak jakiś… smok?

— W każdej legendzie jest ziarno prawdy. Powiedz mi, Igorze. Znasz geografię naszego kraju?

— Znam. Ale co to ma wspólnego z…

— Jakie mamy główne rzeki? — nie pozwolił mu dokończyć Plaski.

— Nooo… Jest Wisła, Bug, Odra, Noteć, Warta…

— Czy te rzeki się jakoś ze sobą łączą? Chodzi mi o rzeki znajdujące się w centralnej i zachodniej Polsce.

— Tak.– odpowiedział Igor.– Kanał Bydgoski łączy Wisłę z Odrą przez Brdę, Noteć i Wartę. Ale co to ma wspólnego z…

Olgierd Plaski kolejny raz nie pozwolił mu dokończyć pytania.

— Widzisz. Wszystko wskazuje na to, że legendarna Wanda, którą przed chwilą widzieliśmy, przedostała się z Wisły do Warty i zadekowała w podziemiach Gorzowa. Kilka razy spotkałem się z informacjami mówiącymi o dziwnym stworzeniu wyłaniającym się z wody w okolicach Czerska, Bydgoszczy, Nakła czy Poznania. Widywano je także na przyległych rozlewiskach i bagnach powstałych po Wielkiej Powodzi Tysiąclecia. Wanda kieruje się na zachód i korzysta z sieci rzek i rozlewisk.

— Ale to niemożliwe! To tylko legenda! — zezłościł się Igor.

— Jak już mówiłem, w każdej legendzie jest ziarno prawdy.

A ziarno tej legendy widzieliśmy przed chwilą.

— Co robimy? — zapytał oszołomiony Igor.

— Musimy to zgłosić zleceniodawcy. Sami nie możemy podjąć żadnych kroków. Mieliśmy tylko wejść i zbadać. Decyzję o tym, co dalej podejmie zleceniodawca.

— Zatem chodźmy. Szybko! — pospieszył go Igor i obaj udali się w drogę powrotną. Nie uszli więcej niż dziesięć metrów, gdy usłyszeli łagodny, damski głos dochodzący z komnaty, w której siedziała Wanda:

— „Mój piękny chłopcze, podejdź tu do mnie. Pochwyć mnie mocno za dłonie moje. Ja cię obejmę i pocałuję i w toni rzeki miłość utonie.”

— Co ona robi? — spytał Igor.

— Kusi. Zasłoń uszy! — polecił Plaski i zasłonił dłońmi swoje.

Szli w ciszy zakrywając dłońmi uszy i nie słysząc nic oprócz własnych oddechów i dudnienia pulsującej w żyłach krwi. Ponieważ dłonie mieli zajęte i nie mogli trzymać latarek, szli w całkowitych ciemnościach raz po raz boleśnie obcierając się o szorstkie, betonowe ściany kanału. Gdy po kilkunastu minutach dotarli do szerszej komnaty stanowiącej wejście do kanałów, Plaski opuścił ręce. Igor zrobił to samo.

— Musisz wiedzieć o jednej, bardzo ważnej rzeczy.– zwrócił się do kolegi Olgierd.– Nigdy, ale to nigdy nie pozwól, żeby Wanda cokolwiek do ciebie powiedziała.

— Dlaczego? — zapytał trochę zdezorientowany Igor.

— Jak masz na nazwisko?

— Schmidt.– odpowiedział coraz bardziej skołowany.

— Właśnie! Według legendy Wanda nie chciała Niemca za męża. Podobno tuż przed skokiem do Wisły rzuciła klątwę na wszystkich mężczyzn o niemieckim nazwisku. Z posiadanych przeze mnie informacji wynika, że tam, gdzie pojawił się tajemniczy stwór zawsze ginęli mężczyźni o niemieckim, bądź niemiecko brzmiącym nazwisku. Nie mogę potwierdzić na sto procent, że klątwa jest prawdziwa, ale lepiej nie kusić losu. Co nie?

— Olo, nie pierdol! — zezłościł się Igor.– To jakieś średniowieczne bajdurzenie. Nie istnieją klątwy! To wymysł kościoła, żeby utrzymać w ryzach pospólstwo i powiększyć swoje wpływy.

— Powiedz to tym wszystkim Schmidtom, Schillerom, Fischerom, Theilom, Neumannom i innym facetom, o niemieckich nazwiskach, których ciała wyławiano z rzek i akwenów wodnych w rejonach, gdzie pojawiała się Wanda. Na pewno podzielą twoje zdanie– odrzekł z przekorą w głosie Plaski.– Pamiętasz głośną sprawę utonięcia dwójki policjantów, którzy odwozili służbowym samochodem jakąś szychę z ministerstwa? Pisali o tym przez kilka tygodni na łamach wszystkich gazet. Ich samochód wpadł do Wisły koło Nowego Dworu Mazowieckiego.

— Coś tam było. Ale co to ma wspólnego?

— Policjant, który się wtedy utopił miał na nazwisko Lambert.

A kilka dni wcześniej zgłoszono, że w Wiśle, w okolicach Jabłonnej coś niszczy sieci rybaków i zatapia zacumowane przy brzegu łodzie.

— Ok. Ale dlaczego ty zasłoniłeś uszy? Przecież nie masz niemieckiego nazwiska. Plaski– to nie brzmi germańsko. Bardziej… amerykańsko.

— Dzięki.– uśmiechnął się Plaski.– Moja prababka wyszła za mąż za Niemca. Hrabiego von Plessen. Po wybuchu drugiej wojny światowej moja rodzina zmieniła nazwisko na mniej niemieckie, żeby nie narażać się na nieprzyjemności ze strony konspiracyjnego podziemia polskiego. Przyjęli nazwisko Plaski. Niemcom mówili, że to nazwisko pochodzenia germańskiego. Polakom, że zniemczone przez okupanta „Płaski”. Dzięki temu nie odczuwali ani represji ani zemsty.

— Sprytnie. Co z Wandą? — zmienił temat Igor.

— Tak jak mówiłem. Zleceniodawca podejmie decyzję. Ja bym ją zostawił w cholerę! Niech sobie idzie dalej. Ale z tego, co wiem gości już u nas kilka miesięcy, a wśród okolicznych mieszkańców zaginęło kilku mężczyzn o niemieckich nazwiskach. Słyszałeś o Hansie Meierze?

— To ten lokalny przedsiębiorca, właściciel fabryki części samochodowych, który od kilku tygodni nie pojawił się w swojej firmie?

— Ten sam. Uwielbiał garnitury w kolorze błękitu królewskiego. Zamawiał je u jednego krawca w Neapolu. Gdy ty podziwiałeś ogon Wandy, ja dostrzegłem kawałek materiału w ulubionym kolorze Meiera. Nie biorę tego za pewnik, ale też nie wykluczam, że jedna z czaszek, na których siedziała Wanda należy właśnie do naszego Hansa. Musimy czym prędzej zgłosić to zleceniodawcy. Im szybciej podejmie decyzję co robić, tym mniej ludzi zginie. Wanda jest mściwa i okrutna. Domyślam się, że bardziej niż moja żona.

— A co twoja żona ma…

— Idziemy! — Plaski nie pozwolił mu dokończyć pytania. Nie chciał rozdrapywać bolesnej przeszłości. Przeszłości, która sprowadziła go do tych kanałów i spowodowała, że robił to, co robił– każdego dnia balansował na granicy prawa i bezprawia. Przyzwoitości i całkowitego upodlenia. Na granicy harmonii i chaosu. Na granicy życia i śmierci.

Rozdział III

Jacek Święcicki nerwowo pocierał palce oczekując przy wejściu do kanałów na pojawienie się dwójki mężczyzn, którzy zniknęli w ciemnościach podziemnego Gorzowa kilka godzin temu. Popołudniowy, lipcowy skwar odznaczył się ciemnymi plamami potu na jego kremowej, markowej koszuli. Marynarka uszyta z drogiej bawełny z domieszką jedwabiu powiewała na wietrze, zawieszona na kawałku gałęzi modrzewia, pod którym stał i starał się unikać palących promieni słonecznych. Spocone stopy ślizgały się w skórzanych butach i raz po raz przestępował z nogi na nogę, żeby się nie przewrócić.

— Panie prezydencie! — zawołał do niego Grzegorz Deptuła, jego doradca i prawa ręka w interesach– Wychodzą!

— Nareszcie! — burknął pod nosem Święcicki.– Ile można czekać?

Przywołał na twarz swój niezawodny, sztandarowy uśmiech, rozpostarł ramiona i zwrócił się w stronę Plaskiego i Schmidta, którzy pojawili się u wejścia do kanałów:

— Panowie! Już myślałem, że nas porzuciliście! Co tam słychać pod Gorzowem?

— To, co za chwilę pan usłyszy, panie prezydencie– powiedział Plaski– zmieni pana radosny uśmiech w smutną podkówkę.

— Słucham? — nie zrozumiał Święcicki.– Co pan chce powiedzieć?

— Panie prezydencie– Plaski zatrzymał się kilka centymetrów od Święcickiego. Nie pachniał najlepiej. „Ja zresztą też nie” — pomyślał Olgierd i kontynuował:

— Pod Gorzowem, w starych kanałach ulokowała się Wanda. Zmierza na zachód, a podczas swojej wędrówki zabija mężczyzn o niemieckim lub niemiecko brzmiącym nazwisku. Tyle. To najprawdziwszy potwór, zabójcza kreatura, którą albo zostawimy w spokoju i przeczekamy do jej odejścia, albo zgładzimy. Wybór należy do pana.

— Wanda? Jaka Wanda? — Święcicki wyglądał, jakby ktoś uderzył go obuchem w tył głowy. Jego usta przypominały wargi karpia wyciągniętego z wody. Oczy powiększyły się, brwi uniosły i sprawiał ogólne wrażenie dziecka, które zdziwiło się, że balonik po dotknięciu ostrym przedmiotem pęka.

— Może ja wyjaśnię– Igor stanął obok Plaskiego i delikatnie odsunął kolegę.

— Panie prezydencie. To, co spotkaliśmy w kanałach pod Gorzowem to nie były nietoperze, bezdomni czy inne… podmioty, z którymi mieliśmy dotychczas do czynienia. To coś, co stanowi łącznik między światem, który znamy a światem z podań i baśni. Zna pan legendę o Wandzie, co nie chciała Niemca?

— Jasne! Każde dziecko ją zna! — uśmiechnął się Święcicki.– Ojciec chciał wydać ją za niemieckiego króla a ona, na znak protestu skoczyła do Wisły i się utopiła. Symbol patriotyzmu, ikona ciemiężonego narodu polskiego, bohaterska postawa!

— Dokładnie, to księcia– sprostował Igor zaniepokojony rosnącym błyskiem w oku prezydenta.– Według legendy Wanda utopiła się w Wiśle. To, co spotkaliśmy tam na dole, to, według mojego szacownego kolegi Plaskiego, legendarna Wanda, która wcale się nie utopiła tylko… jakoś… zmutowała? I kierując się na zachód porywa i zabija mężczyzn o niemieckich, bądź niemiecko brzmiących nazwiskach. Olgierd… to znaczy pan Plaski twierdzi również, że zagrożeni mogą być ci, którzy w rodzinie mieli kogoś z podobnym nazwiskiem.

— Legendarna? — zdenerwował się Święcicki.– Co wy mi to pierdolicie? Panie Schmidt. Zatrudniłem was, żebyście zbadali te kanały, zlokalizowali źródło tego smrodu, który od kilku miesięcy unosi się w centrum, i ewentualnie powiedzieli ilu bezdomnych siedzi w tych cholernych kanałach. Moi doradcy wskazali, że jakiś czas temu z centrum zniknęli wszyscy bezdomni. Bardzo mnie to ucieszyło. Zmartwiłem się natomiast tym, że po zniknięciu meneli za studzienek w centrum zaczął unosić się niesamowity fetor. Wynająłem was, żebyście zbadali kanały, zlokalizowali źródło smrodu i je usunęli. A wy mi pieprzycie o jakiejś legendzie!

— Pieprzysz to pan, panie Święcicki– odezwał się Plaski a jego słowa uciszyły gwar panujący dookoła. Wszystkie oczy obecnych w pobliżu policjantów, strażaków, techników, ratowników medycznych i pracowników urzędu miasta skierowały się na Plaskiego.– Wiem, co widziałem. Znam legendę o Wandzie. Posiadam informację świadczące o tym, że Wanda jest realna. Tak realna, jak gówno na moim bucie– wskazał na cholewkę swojego prawego buta.– I wiem jedno. Jeżeli zaraz czegoś nie zrobimy, to ta istota, która siedzi kilkadziesiąt metrów od nas może zrobić w pańskim mieście zadymę, jak stado lisów w kurniku. Więc nie pierdol mi pan

o bezdomnych i brzydkim zapachu ze studzienek. Zapewniam pana, że każda chwila zwłoki to… więcej zwłok.

— Pan się zapomina! — twarz Święcickiego przybrała kolor purpury.– Jak pan śmie tak się do mnie odzywać! Ja… ja pana mogę zniszczyć!

— Słuchaj grubasie– Plaski zbliżył się do prezydenta tak, że czubki ich nosów prawie się stykały.– Nie obchodzi mnie, czy jesteś z takiej czy innej partii i jaki masz pomysł na następne wybory. Ale gwarantuję ci, że jeżeli zaraz nie podejmiesz konkretnych działań to przyszłych wyborów nie doczekasz. Twoja babka miała na nazwisko Möller, prawda?

— Skąd to wiesz? — w oczach prezydenta pojawiło się przerażenie.

— Mam swoje źródła– odparł Plaski.– Tam, gdzie pojawia się Wanda giną ludzie mający coś wspólnego z Niemcami. Jedziemy w jednym wagonie panie Möller. Wydaj pan odpo– wiednie dyrektywy, albo ten wagon się wykolei.

Święcicki zwiesił ramiona.

— Co mam robić? — zapytał.

— Wezwij pan wojsko. Saperów i oddział specjalny z Międzyrzecza. Znam tych chłopaków i wiem, że sobie poradzą.

— Ale… ja… nie mam takich kompetencji! — wyjąkał Święcicki.

— To weź pan za dupę wojewodę i niech on ich wezwie.– rzekł szorstko Plaski.– Zegar tyka, panie prezydencie. Jak w bombie, nad którą wisi Gorzów.

Rozdział IV

Ledwo Plaski skończył zdanie, powietrze przeszył ogłuszający świst. Dźwięk przypominał odgłos tępego wiertła do metalu, którym ktoś usilnie starał się wywiercić otwór w grubym kawałku blachy. Odgłos ten był tak intensywny, że większość obecnych przy wejściu do kanału ludzi padła na ziemię zasłaniając dłońmi uszy, ich powieki zacisnęły się mocno a twarze wykrzywił grymas bólu.

— Co do… — zaczął Święcicki ale nie dokończył. Z wnętrza kanału wyleciała z impetem olbrzymia ściana wszelkiej maści śmieci. Kawałki gruzu wymieszane z brudną ściekową wodą, rozmokłymi fragmentami papieru i strzępami materiału wystrzeliły z owalnego otworu i pomknęły w kierunku stojącego naprzeciwko, zdziwionego prezydenta. W ostatniej chwili Plaski zdołał odciągnąć go z linii lotu tej mieszaniny ścieków i odchodów.

— Cholera! Blisko było– stwierdził Schmidt.– Chwilę później i nie doczekałby pan kolejnych wyborów.

— Co się stało? — zapytał przerażony Święcicki.– Wybuch?

— Taaa… — burknął Plaski.– Wybuch radości. Coś mi się zdaje, że nasz gość ma zły humor.

— Po czym to wnioskujesz? — spytał Igor.

— Z kanału wyleciało wszystko, co się w nim znajdowało. Nie zdziwiłbym się, gdybyśmy odkryli, że tym wejściem nie dostaniemy się już do Wandy.

— Panie prezydencie– zwrócił się do Święcickiego jeden z techników, który właśnie zakończył sprawdzanie wejścia do kanałów.– Wejście jest zawalone. Sądząc po ilości gruzu, który przed kilkoma chwilami wyleciał ze środka zawaleniu uległ znaczny odcinek kanału. Świadczyć o tym może również fakt, że zapadła się ziemia nad kanałem. Na odcinku jakichś… trzydziestu– czterdziestu metrów.

— Matko kochana! — twarz Święcickiego pobladła a usta zmieniły kolor z malinowego na sino blady.– Nie da się wejść?

— To absolutnie wykluczone. Odgruzowywanie wejścia zajmie nam tydzień. Poza tym nie wiemy, czy dalsza część kanału jest cała– odpowiedział technik.

— Panie prezydencie– Grzegorz Deptuła zakrył dłonią mikrofon telefonu komórkowego, przez który rozmawiał z kimś od kilku minut.– Wojewoda…

Święcicki wyprostował się, przygładził dłonią rozwichrzone włosy i wziął telefon od doradcy.

— Święcicki– zgłosił się do słuchawki.– Witam szanownego pana wojewodę. Jak zdrowie małżonki? Mam nadzieję, że już wraca do siebie? Oczywiście! Nie mamy żadnych problemów. Wszystko jest pod kontrolą. Gwarantuję, że wybory samorządowe odbędą się bez zakłóceń. Tak. Właśnie oglądamy z panem Deptułą tereny, na których ma stanąć miasteczko wyborcze.

Nagle jego twarz stężała a oczy zaszkliły od zbierających się łez.

— Rozumiem. Ile osób? Tak. Wszyscy z Niemiec? Rozumiem. On też? Do usłyszenia.– zakończył rozmowę i oddał telefon swojemu doradcy.

— Panie Olgierdzie– zwrócił się do Plaskiego.– Załatwię panu tych żołnierzy. Ma pan trzy dni na zakończenie sprawy… tej… Wandy. Ma zniknąć. Może ją pan przegonić lub zabić. Nie obchodzi mnie jak. Ma jej tu nie być do piątku.

Odwrócił się plecami do Olgierda i Igora. Jego ciałem wstrząsnął szloch a ramiona zadrżały z zimna, chociaż temperatura była iście piekielna.

— Skąd ta nagła zmiana postawy, panie prezydencie? — zapytał kąśliwie Plaski.– Czyżby wojewoda wydał jakieś polecenie odnośnie Wandy?

— Wojewoda nic nie wie o tej sprawie.– cicho wyjąkał Święcicki.– Powiedział mi tylko, że wybory samorządowe odbędą się za tydzień, w Gorzowie. Jako niezależnych obserwatorów Unia Europejska wysyła do nas delegację z Niemiec. Wszyscy z niemieckimi nazwiskami. Wśród nich będzie przewodniczący Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Ernst Koch. Wie pan kim jest Ernst Koch? — odwrócił się do Plaskiego i spojrzał na niego przekrwionymi, zasnutymi mgłą strachu oczami.

— Eee… Niemcem? I przewodniczącym Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości? — próbował zgadnąć Plaski, chociaż za cholerę nie mógł nawet skojarzyć twarzy wspomnianego człowieka. Nie oglądał telewizji, nie czytał gazet. Nie interesował go świat zewnętrzny odkąd dotknęła go osobista tragedia. Trzy lata temu w wypadku stracił żonę i córkę. Podczas gdy on oglądał w telewizji wiadomości, siedząc na kanapie w salonie i popijając piwo jego żona i córka umierały zatrzaśnięte w samochodzie, którym wracały z zajęć pozaszkolnych. Samochód wpadł w poślizg, przebił barierkę i spadł z mostu do Warty. Joanna Plaska w akcie desperacji próbowała zadzwonić do męża i wezwać pomoc. Jednak po kłótni, do której doszło kilka godzin wcześniej Olgierd wyłączył telefon i nie mogła się do niego dodzwonić. Pokłócili się o to, że ona ciągnie córkę na różne zajęcia pozaszkolne zamiast spędzić czas razem i zacieśniać więzy rodzinne. Wielokrotnie wypominał jej, że przez córkę stara się zrealizować swoje niespełnione marzenia. Kiedyś pokłócili się tak bardzo, że doszło między nimi do rękoczynów. Joanna zraniła męża kuchennym nożem w rękę a on złamał jej nos uderzając jej głową w blat stołu. Po tym zdarzeniu zadecydowali wspólnie o separacji i rozpoczęli batalię rozwodową, która ciągnęła się miesiącami. Tego feralnego dnia Joanna Plaska miała przywieźć córkę ojcu, żeby spędzili razem trochę czasu nim Klaudia Plaska wyjedzie na dwumiesięczny obóz sportowy do Hiszpanii. To było spełnienie jej marzeń. Marzeń dwunastolatki. Marzeń, które pękły jak mydlana bańka pozostawiając po sobie tylko gorzkie wspomnienie. Chociaż miał żal do żony o sprawę rozwodową to nadal ją kochał. Teraz nie miał ani jej, ani córki. Pozostał sam z wypaloną dziurą w miejscu, w którym kiedyś miał serce.

Święcicki przełknął głośno ślinę i prawie nie poruszając ustami wyszeptał:

— Ernst Koch jest bratem poszukiwanego od kilku tygodni Hansa Meiera.

Rozdział V

Lipiec był upalny w każdym zakątku Europy. Nieprawdopodobny żar lał się z nieba już od połowy maja i nic nie zapowiadało, że pogoda zmieni się w deszczową. Ernst Koch poprawił krawat i ściągnął łopatki, prostując się jak struna. Zimno mokrej od potu koszuli, która przyklejała mu się do pleców spowodowało nieprzyjemne odczucie, które można by porównać do wyjścia z podgrzewanego basenu w chłodną, jesienną noc. Koch lubił swój zakątek. Przyjeżdżał do pensjonatu Alte Bäder w każdej wolnej od posiedzeń Komisji chwili.

Ten siedemdziesięciodwuletni Bawarczyk uwielbienie do starych, niemieckich uzdrowisk wyssał wraz z mlekiem matki. Bywały sytuacje, gdy na zebraniach dotyczących sądów i prokuratur wiercił się niecierpliwie na fotelu, wizualizując sobie w myślach chwile błogiego relaksu w basenach z gorącą wodą termalną. Teraz stał w szatni i dosłownie chwile dzieliły go od zanurzenia się w hektolitrach przyjemności. Jeszcze tylko zrzucić z siebie ubranie, obmyć się pod bieżącą wodą i hop… Do rzeczywistości przywołał go dzwonek telefonu. „Cholera!” — zaklął pod nosem– „Wiedziałem, żeby wyłączyć”.

— Koch, słucham– odezwał się to słuchawki, chociaż rozmówca po drugiej stronie doskonale wiedział, do kogo dzwoni.

— Panie przewodniczący– powiedział Martin Eckbert, sekretarz w urzędzie do spraw przeciwdziałania nadużyciom władzy sądowniczej– z tej strony Eckbert.

— Wiem Martinie. Wyświetlił mi się twój numer– znudzonym głosem odpowiedział Koch.– Co się stało?

— Panie przewodniczący– kontynuował Eckbert.– Przepraszam, że przeszkadzam ale myślę, że powinien pan dowiedzieć się jako pierwszy.

Ernst Koch napiął wszystkie mięśnie i rzucił do słuchawki: — Co?

— Od kilku dni próbujemy skontaktować się z pańskim bratem. Bezskutecznie. Właśnie nadeszła wiadomość, z anonimowego źródła, że pański brat… nie wiem, jak to powiedzieć panie przewodniczący…

— Wyduś to z siebie w końcu! — ponaglił go Koch z nutą złości w głosie.

— Pański brat nie żyje.

Przewodniczącemu Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości świat zawirował przed oczami paletą różnokolorowych plam.

— Wypadek? — zapytał.

— Nie. Nasze źródło podaje, że został zamordowany w brutalny i… eee… nietypowy sposób na terenie Rzeczpospolitej Polskiej– odpowiedział Eckbert.

— Kto prowadzi śledztwo? — Koch starał się zachować opanowanie w głosie.

— To jeszcze ustalają nasi ludzie. Panie przewodniczący, proszę przyjąć najgłębsze wyrazy…

— To niech ustalają szybciej! — krzyknął Koch do słuchawki nie pozwalając Eckbertowi dokończyć zdania.– Do wieczora mam mieć numer telefonu osoby prowadzącej dochodzenie! Czy to jasne?

— Tak panie przewodniczący– odpowiedział Eckbert służalczym tonem.

— Ja myślę– zakończył rozmowę Koch i wcisnął czerwoną słuchawkę w telefonie definitywnie kończąc połączenie.

— „Hans zawsze sprawiał kłopoty. — pomyślał– Czyżby tym razem za mocno nadepnął komuś na odcisk? Komu? Czym się naraził? — setki pytań przelatywały Kochowi przez głowę.– Co się do cholery dzieje w tej zasranej Polsce?”

Od dnia, kiedy trzy lata temu objął funkcję Przewodniczącego Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości obraz polskiego wymiaru sprawiedliwości przyprawiał go o bóle głowy. „Cholerni Polacy– zwykł mawiać w nieoficjalnym gronie– Zawsze coś spieprzą, a później my musimy ich prowadzić za rękę do wyjścia”.

Sięgnął po terminarz i wykreślił z niego zaplanowane na kolejne dni wizyty.

— To będzie musiało poczekać– mruknął pod nosem i za następnej stronie zaczął spisywać pytania, które zada stronie polskiej zaraz po przyjeździe. Jedno z nich podkreślił kilka razy. Pytanie brzmiało: „Co do kurwy nędzy się u was dzieje?”. Pomyślał chwilę i zamazał zwrot „do kurwy nędzy”. Zamiast tego napisał „do jasnej cholery”. Był w końcu przewodniczącym poważnej instytucji. Nie wypada używać takich wulgarnych sformułowań. Chociaż krew się w nim gotowała postanowił załatwić sprawę na chłodno. Chłodno ale zdecydowanie. „Niech nie myślą, że mogą sobie z nami pogrywać”. Zamknął terminarz i wybrał w telefonie jeden z polskich numerów.

— Koch– powiedział do rozmówcy.– Przyjeżdżam zgodnie z planem. Proszę przygotować wszystkie informacje na temat mojego brata z ostatnich sześciu miesięcy. Z kim i kiedy się spotykał, jakie miał zaplanowane spotkania… Wszystko, co może naprowadzić nas na trop mordercy. I proszę o spotkanie z oficerem prowadzącym dochodzenie.

Rozłączył się i wybrał kolejny numer.

— Proszę połączyć mnie z ministrem obrony– powiedział, gdy usłyszał zgłoszenie. Czekał chwilę a gdy osoba po drugiej stronie podniosła słuchawkę rzekł– Panie ministrze, chyba ją znaleźliśmy.

Rozdział VI

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 39.92