E-book
34.65
drukowana A5
66.44
Walka o przyszłość swoją i planety!

Bezpłatny fragment - Walka o przyszłość swoją i planety!

Wybierz teraz!


Objętość:
166 str.
ISBN:
978-83-8440-022-7
E-book
za 34.65
drukowana A5
za 66.44

Nie możemy rozwiązać naszych problemów

tym samym sposobem myślenia,

którego użyliśmy, aby je stworzyć.

Albert Einstein

KILKA SŁÓW O KSIĄŻCE

Omal dziesięć lat temu wydałam po raz pierwszy książkę p.t. Wellness. Zdrowie od-Nowa. W jej treści pokazałam, jak ważne jest nie tyle zdrowie fizyczne, co całościowy dobrostan, obejmujący wszystkie przestrzenie i poziomy funkcjonowania człowieka. Wszelkie jego zaburzenia powinny być rozpatrywane z wielu punktów widzenia, a więc integralnie. Bez świadomości, że jesteśmy czymś więcej niż ciałem, nie jesteśmy w stanie ani wyzdrowieć, ani tym bardziej żyć w dobrostanie (wellness, well-being). Naszym zadaniem więc jest wprowadzanie do edukacji na wszystkich jej szczeblach zintegrowanej edukacji do zdrowia. To pozwoli nam także na wytworzenie zdrowych nawyków i przekonań (zamiast tych powielanych pokoleniowo) oraz na realizację siebie, swoich pasji w zgodzie ze sobą, w harmonii ze swoimi talentami i wewnętrznym dobrostanem. A to pozwoli zachować zdrowie na długie lata.

W międzyczasie, jako odzew na pytania i reakcje czytelników powróciłam do tematyki chorób, aby pokazać przyczyny ich powstawania i odnieść się do negatywnych pokoleniowych przekazów, które jesteśmy w stanie zarówno „odwołać”, ale niestety także „umocować” w pamięci komórkowej ciała. Ta pamięć ciała, przekazywana jako jego energetyka czy informacja pokoleniowa, nie pozwoli nam, bowiem żyć w harmonii ze sobą, ze swoim własnym programem, z którym przyszliśmy na świat, aby go zrealizować. Temu zagadnieniu były poświęcone dwie z ostatnio wydanych książek p.t. Lustra na pokolenia oraz Choroby z autoimmunoagresji — a umysł-ciało-dusza. Co mają wspólnego?

Tuż po tej ostatniej książce, będącej już w trakcie łamania do druku, zaczęły napływać do mnie informacje w postaci zarówno artykułów pojawiających się na łamach obecnej prasy, jak i książek innych autorów, dotyczących oddziaływania środowiska na zdrowie, podobnie jak i następnego pokolenia. Od kilku już lat sama borykałam się z tym problemem, a szczególnie z różnego rodzaju wrażliwością na substancje zawarte w pożywieniu. Zauważyłam, że nie tylko zaczyna mi szkodzić mięso, wędliny, ale także zwykłe pieczywo. Odwiedziłam wiele piekarni i z każdej kupowałam różne gatunki chleba, aby przekonać się, który z nich nie uczula. Okazało się, że uczulała większość z nich, podobnie jak i zakwas, a także drożdże. Zaczęłam sama piec chleb, aby rozwiązać ten problemem. Dzięki temu dowiedziałam się, że nie uczula mnie jedynie orkisz i stare odmiany mąki.

Zauważyłam także, że podobnie jest z serami i to zarówno białymi, jak i żółtymi. Wszystkie te produkty wywołały różnego rodzaju drobne, swędzące lub zmieniające się w rumień krostki na ciele. Dotyczyło to także składu bielizny i tego wszystkiego, co nosiłam blisko ciała, np. skarpetek czy rajstop. Okazało się, że jestem wrażliwa nie tylko na sztuczne tkaniny typu poliester, ale także na zwykłą bawełnę, gdyż, jak się okazało, zawiera domieszki, a także jest zszywana syntetycznymi nićmi. Wszystko to zaczęło wywoływać wyraźne, uporczywe swędzenie, niepozwalające trzymać tego długo na ciele. Były to zarówno szwy, jak i całe przestrzenie tkanin. Zmieniałam, więc proszki do prania na delikatne (dziecięce), aż wreszcie na zwykłe płyny typu Jeleń. A do tego odkryłam uczulenie na piankę poliuretanową, którą wypełniony był materac, na którym spałam. Wymieniłam go na nowy, który okazał się jeszcze bardziej uczulającym, powodującym omalże pieczenie skóry ciała na całej jego powierzchni.

Jakby tego było mało, dostrzegłam już lata wcześniej, że nie mogę, pracując przy komputerze, używać routerów, i to różnych ich rodzajów. W poprzednim mieszkaniu oddaliłam się od routera, co najmniej o 10 m, ale i to nie pomagało, mimo że miałam kabel Ethernet, który podobno „nie sieje”. Ale w moim przypadku to nie skutkowało. W nowym mieszkaniu miałam zwykły modem, który przy okazji zmiany sprzedawcy uległ także wymianie na jakiś nowy model routera. Ten „siał” nawet do sypialni, co nie pozwalało spać, stwarzając wrażenie, jakbym była w polu „rażenia” prądem. Udało mi się omal cudem zmienić umowę i rodzaj połączenia z Internetem na starszy typ modemu, który mniej uczulał. Ale i to nie uwolniło mnie od odczuwania promieniowania na ramionach, przedramionach, a nawet bokach tułowia, a często także pojawiania się wyjątkowo swędzącej wysypki, którą udawało mi się łagodzić pudrami dla dzieci czy olejami roślinnymi na skórę. Zwykle uspakaja się to przez noc do następnego dnia, aby potem ruszyć z nową siłą.

Od pewnego czasu zauważyłam także, że to dokuczliwe oddziaływanie przenosi się na gardło i układ oddechowy, nasilając drażnienie śluzówki, a przy długim siedzeniu przy laptopie — także problemy z oddychaniem — typu braku powietrza — jakby zmniejszała się przestrzeń na oddech. To zaczęło mobilizować mnie do ograniczenia długości pracy przy komputerze, a przede wszystkim ilości odwiedzanych stron internetowych, bo wtedy głównie, gdy laptop jest podłączony do Internetu, wzrasta intensywność jego szkodliwego dla mnie oddziaływania. Niemniej samo pisanie, (które jest przecież rodzajem mojej stałej pracy) wywołuje skutki w postaci intensywnego swędzenia oczu i wysychania oczu („zespół suchego oka”), a to jest sygnałem, że działa niekorzystnie na organizm i należy je ograniczyć do minimum.

W taki oto sposób to życie i warunki uczyły mnie, jak reagować na tego rodzaju oddziaływania i szukać sposobów, aby im zapobiegać, lub przynajmniej zmniejszać ich skutki.

Tematyka, którą poruszę w tej książce zawsze więc mnie „dotykała”. Dotyczyła, bowiem niezmiennie przyczyn chorób cywilizacyjnych, rozumianych coraz szerzej z poziomu fizycznego wymiaru człowieka, choć odnoszących się do głębi jego istnienia, sensu życia, realizacji siebie, jak i etycznego wymiaru aktywności dla innych.

Mimo poświęcenia uwagi w ostatnich kilku moich książkach sferom emocjonalnym i duchowym człowieka i ich wpływowi na jakość pokoleniowego przekazu, tematyka, która pojawiła się w zakresie mojego obecnego zainteresowania dotyczyła tym razem powrotu do sfery horyzontalnej — a więc fizycznego zdrowia człowieka. Była ona związana z tym, co odnosiło się do mnie w tym momencie życia, a mianowicie wyjątkowego nasilenia wrażliwości na różnego rodzaju substancje znajdujące się w najbliższym otoczeniu. To zmusiło mnie wręcz do zajęcia się tym tematem głębiej, gdyż sama zaczęłam czuć się źle we własnej skórze, tym bardziej przez towarzyszące mi objawy jej drażnienia, podobnie jak oddziaływania na śluzówkę gardła i nosa. Choć mówi się powszechnie, że np. dzieci wyrastają z uczuleń, w praktyce życia okazało się, że my, dorośli właśnie w nie wrastamy, i mimo upływu lat i w miarę sprawnego układu odpornościowego, akurat on zaczyna odmawiać posłuszeństwa.

Akurat w tym samym czasie administracja wystosowała zapytanie do właścicieli mieszkań o zgodę na postawienie masztu telefonii komórkowej akurat na moim budynku — dwa piętra nade mną. Ponieważ zwykle ludzie nie mają czasu, więc sprawa sama by się „sprawiła”, a ja miałabym wkrótce kolejne wyzwanie zdrowotne. W ciągu zaledwie kilku dni całą swoją uwagę zmobilizowałam do udostępnienia materiałów, którymi dysponowałam na 6 klatkach schodowych i omalże 300 mieszkańcom (licząc 3 okoliczne budynki).

Reakcja nie dała na siebie długo czekać, a decyzja została podjęta przez aklamację. Był to dla mnie kolejny sygnał, że „coś jest na czasie”, a ludzie potrzebują wiedzieć więcej i mieć informację w jednym miejscu.

Jak więc widać, sprawa dotyczy wielu składowych otoczenia, w którym żyjemy, ale także innych substancji, w tym leków. Co kilka omal dni mam okazję czytać w wiadomościach Onetu, że kolejna seria lub wszystkie serie danego leku właśnie zostały wycofane z aptek, bo coś zadziało się w ich produkcji lub jakiś ich składnik ma działanie, którego nie przewidziano. Znam to sama z autopsji, gdy wiele z preparatów, zapisywanych zresztą na receptę, wywołało we mnie reakcje alergiczne na przestrzeni wielu lat życia, a więc od dawna „dmucham na zimne”.

Co chwila także środki masowego przekazu informują opinię publiczną zarówno o mechanicznym smogu, unoszącym się w powietrzu wielkich miast, ale także o smogu elektromagnetycznym. Ten ostatni zaczęto intensywnie badać np. w Krakowie, przy okazji stałego zagrożenia smogiem obecnym w powietrzu tego miasta. I tu otworzyła się Puszka Pandory, z której wypłynęły bardzo zróżnicowane tematy, dotyczące tego, w jakim środowisku żyjemy naprawdę, czym nie tylko oddychamy, ale co jemy, czego używamy w codziennym życiu i to zarówno odżywiając się, jak i stosując, jako codzienne środki higieny.

Dotyczy to także mebli, farb, którymi pomalowano mieszkanie, wreszcie urządzeń w nim obecnych, w tym różnego rodzaju nowinek technologicznych. Wiele domów ma na swoich dachach lub w niedalekiej odległości maszty telefonii komórkowej. Niestety nie znamy ich długofalowego oddziaływania na nasze samopoczucie, a szczególnie powstawania chorób, z którymi coraz częściej się borykamy. Tymczasem ilość tych problemów systematycznie narasta przez lata.

Tak, więc zgodnie z przysłowiem „uderz w stół, nożyce się odezwą”, dotknięcie zaledwie jednego tematu oddziaływania smogu na organizm otworzyło lawinę problemów, które wymagają poruszenia, a więc uświadamiania opinii publicznej, w jakim środowisku żyjemy i jak możemy zabezpieczać zarówno siebie, jak i przyszłe pokolenia przed konsekwencjami tych oddziaływań.

Każdy z tematów jest wyjątkowo ważny, a wiele z nich, opisywanych już wielokrotnie na przestrzeni ostatnich omalże 50 lat, wraca do nas ponownie. Jest to o tyle istotne, że statystyki pokazują, że mimo olbrzymiego postępu w medycynie, dotyczącego zarówno aparatury do diagnostyki, jak i nowych leków, liczba chorych na różne choroby cywilizacyjne rośnie w zatrważającym tempie, a o niektórych dolegliwościach mówi się, że są one epidemiczne. Warto, więc poświęcić temu baczną uwagę, a szczególnie obecności środków chemicznych w naszym życiu — zarówno w produktach, których używamy na co dzień w domu, którymi się otaczamy, jak też odżywiamy, czy wreszcie leczymy przy ich użyciu. Podobnie dotyczy to jakości powietrza, którym oddychamy, oraz wody, którą pijemy.

Informacje, które do mnie dotarły tuż przed podjęciem tego tematu omalże powaliły mnie na przysłowiowe „łopatki”. Mimo znajomości tych zagadnień od wielu lat w sferze żywienia, leków, kosmetyków, ekologii i zrównoważonego rozwoju, nie uświadamiałam sobie ogromu problemów zdrowia, których one dotyczą. Doświadczając przez lata konsekwencji używania czy spożywania wyżej wspomnianych produktów w jakości mojego zdrowia (alergie), zrozumiałam, że nie brałam pod uwagę jeszcze poważniejszych konsekwencji dla życia i przeżycia człowieka na planecie. Wszystkie te następstwa dotyczą także tego, co opisywałam w ostatniej mojej książce — wymiaru duchowego i etycznej odpowiedzialności każdego człowieka za swoje życie.

Zagadnienia przywołane w tej książce mają szerszą i głębszą perspektywę — ponieważ dotyczą odpowiedzialności za stan świata, jak i zaniechanie i ignorancję społeczną, która może doprowadzić do dramatycznych skutków — zagłady człowieka i planety.

Postanowiłam odpowiedzieć na to „wołanie duszy” po raz kolejny, tym razem w szerszej skali, przypominając powoli zapominane już książki sprzed lat, ale i obecnie publikowane artykuły, traktujące o zagrożeniach zdrowia i życia w skali zarówno mikro, jak i makro. Te książki wywarły kiedyś, w czasach, w których się pojawiły, ogromny wpływ społeczny, niemniej nie porwały ludzi do indywidualnych zrywów dla „dobra” swojego i świata. Niektóre środowiska rozpoczęły nagonkę na autorów, którzy podważali osiągnięcia nauki czy przemysłu lub stosowane technologie, opisujących dramatyczne ich skutki; inne — dostrzegły w zawartych w książkach opisach ignorancję twórców technologii czy badań, którzy nie mieli świadomości katastrofalnych skutków działania różnych produktów czy substancji nie tylko na wiele pokoleń ludzkich, ale i istnienie całej flory i fauny. Kilka lat później tego rodzaju tematyka zeszła na dalszy plan, ponieważ wielość technologii i chemizacja środowiska „rozmieniła je na drobne”.

A tymczasem każda ze stosowanych substancji wymaga indywidualnego podejścia do jej oddziaływania na jakość życia na planecie, podobnie jak funkcjonowania mózgu i inteligencji, która ma służyć dobru świata, a nie jego zagładzie. Każda bowiem z nich stanowi broń obosieczną i o każdej powinna być informowana opinia społeczna, gdyż stosowanie jej dotyczy życia ludzi jako jednostek oraz przeżycia całej populacji.

Tymi zagadnieniami powinny być zainteresowane przede wszystkim rządy, które decydują o tym, co dostaje się do atmosfery, wody, gleby, co konsumuje człowiek i jaka jest jakość zdrowia kolejnego pokolenia, które się rodzi. Nie wystarczy stwarzać programy finansowania reprodukcji społeczeństwa. Trzeba przede wszystkim mieć świadomość środowiska, w którym wzrasta każdy obywatel, a przede wszystkim, z którego się rodzi. Wchodzimy wiec w zakres zdrowia reprodukcyjnego, chorób genetycznie uwarunkowanych, jakości żywności, wody, gleby oraz psychologicznych oddziaływań, na które ma wpływ także, jakość tegoż środowiska. Tutaj docieramy do zasięgu świadomości społecznej rządzących, którzy będąc reprezentantami społeczeństwa są zobligowani do tego, aby mieć wiedzę, ale i wizję, do czego prowadzi rozwój, a szczególnie niekontrolowany rozwój technologiczny.

Obecnie mamy do czynienia z przygotowywaniem ustawy o GMO i wchodzeniem na rynek kolejnych firm, zainteresowanych chemizacją otoczenia. Jaka jest społeczna świadomość? Czy presja lobby interesów stoi nad etyczną odpowiedzialnością za dramatyczne skutki dla obecnego i kolejnych pokoleń? Co na to rząd, społeczeństwo? Czy widzi problem, czy odkłada go na inne czasy, dla kolejnych pokoleń do rozwiązania? A czy one przeżyją? A może nie będą zdawać sobie sprawy, że niosą genetyczne uwarunkowania już z poprzednich pokoleń, myśląc, że tak musi być i nic nie da się zmienić?

Musimy mieć świadomość, że może już nie być kolejnych pokoleń, albo przez ignorancję ludzie sami sobie zaplanują zagładę, po czym będą ją stopniowo „nieświadomie” realizować. Jest ona obecnie zapoczątkowana i trwa już kilka pokoleń. Można ją „odczytywać” w zarówno z coraz liczniejszych danych na temat obecności skażenia w otoczeniu, jak i w chorobach cywilizacyjnych już ujawniających się u płodów, noworodków, niemowląt i nastolatków, ale szczególnie u dorosłych. Ci ostatni mają już często „odczytane” diagnozy, ale i zastosowano wobec nich próby leczenia, bywa, że dodatkową chemią. Czy znamy skutki wielorakich oddziaływań? Czy wyrażamy zgodę — jako społeczeństwo — na import nasion genetycznie modyfikowanych oraz pasz dla zwierząt o tych właściwościach?

Żywność roślinna i zwierzęca już obecnie zagraża zdrowiu społeczeństwa. Powinniśmy być świadomi, że zdrowie i życie jest największym bogactwem każdego z nas i musimy wziąć za nie indywidualną i zbiorową odpowiedzialność.

Właśnie o tym jest ta książka — o społecznej świadomości, ale i o wyzwaniach dla medycyny „jutra”, która będzie konfrontowana z coraz to nowymi chorobami cywilizacyjnymi „o nieznanej etiologii”, niemniej już opisanymi chociażby w przywoływanych przeze mnie książkach czy artykułach.

Książka jest także o refleksji i etycznej odpowiedzialności wszystkich, w tym również rolników, ale i producentów żywności, kosmetyków, mebli, środków czystości i wielu innych osób. Warto, aby każdy z nich zadał sobie ważne pytanie: Czy są oni gotowi za cenę pieniądza narazić życie swoje, kolejnych pokoleń, społeczeństwa, ale i przeżycia całej planety, wpuszczając do środowiska substancje, które zaburzają równowagę hormonalną ludzi, ale i równowagę biologiczną flory i fauny? Warto także, aby stawiać sobie kolejne pytania dotyczące przyszłości swojej, swoich następców, np.: Czy może zaistnieć jakaś perspektywa na przyszłość w totalnym zagrożeniu siebie i świata? A może warto zacząć drogę odwrotu już teraz, dla szukania rozwiązań na przeżycie w kolejnych pokoleniach?

PRZEDMOWA

Czy jest możliwy świat, w którym człowiek żyłby w symbiozie z otaczającym go środowiskiem, zamiast je niszczyć? Czy jest możliwym czyste powietrze, które pozwalałoby oddychać pełną piersią, a rośliny nieskażone chemią przetwarzałyby dwutlenek węgla na tlen niezbędny człowiekowi do istnienia? Czy jest nadal realne, aby ptaki w swojej różnorodności gatunków budziły ludzi swoim śpiewem i poranną aktywnością, motywując człowieka do tego samego?

Czy są jeszcze możliwe czyste oceany i morza oraz rzeki, gdzie człowiek mógłby skorzystać z kąpieli bez narażenia zdrowia i życia na chemiczne zanieczyszczenia i związane z nimi zatrucie organizmu i alergie? Czy mogą jeszcze zaistnieć czyste wody powierzchniowe dla zasiedlających je ryb i innych organizmów żywych; szumiące potoki krystalicznie przejrzystej wody, której człowiek spragniony mógłby zaczerpnąć, aby orzeźwić ciało?

Czy są możliwe czyste lasy porastające ziemię, pola obsiane zbożami, przeznaczonymi na zdrową mąkę i chleb, który by nie uczulał? Czy mogą jeszcze istnieć łąki porośnięte bujnym kwieciem, gdzie dorośli i dzieci mogliby bawić się i odpoczywać w niedzielne popołudnia? Czy wszystko to może powrócić, bo przecież istniało jeszcze 60 — 70 lat temu?

Co człowiek zrobił światu, naturze i sobie? Jaką przyszłość zgotował sobie i kolejnym pokoleniom, które spłodził? Czy przewidział konsekwencje swojego postępowania, wynalazków, które stworzył, technologicznych udogodnień, które ułatwić mu miały życie? Czy wreszcie ziemia, powietrze i wody świata należą do człowieka — są jego osobistą własnością i on może z nimi robić co zechce, nie licząc się z konsekwencjami swoich poczynań?

Czy człowiek nie przewidział rezultatów, które zgotuje sobie i swoim potomnym, ale także „wrogom” — tym, których nie lubi, nie rozumie, pragnie zniszczyć? Czy nie pojmuje, że to, co robi innym, nawet z ukrycia, na przykład wylewając gnojówkę i ścieki do rzeki — zatruje jego ziemię i wodę — obracając się przeciwko niemu samemu i jego następcom?

Po co to robisz człowieku? Dlaczego niszczysz spuściznę po swoich przodkach? Czy czynisz to dla ulotnego złudzenia bogactwa, zysku, zaspokojenia żądzy swojej chęci panowania nad innymi ludźmi i światem? Czy w swojej pysze wszechwiedzy i władzy masz prawo niszczyć innych ludzi, florę i faunę?

Czy nie rozumiesz, że sam szykujesz sobie zagładę — jeśli nie dziś to jutro? Czy kolejne pokolenia przeżyją, a może już ich nie będzie, bo — podobnie jak u ryb i ssaków — poprzez bezmyślne rozsiewanie chemii niszczysz systematycznie zdolności reprodukcyjne własne i swoich dzieci? Do czego chcesz doprowadzić? Po co to robisz?

A wreszcie — czy jest jeszcze droga odwrotu? Na ile znamy własne organizmy i ich zdolności detoksykacyjne i regenerujące? Czy w ogóle znamy siebie i to, co dzieje się zarówno w naszych głowach, jak i całym ciele? Czy nie igramy z ogniem, bawiąc się niczym dzieci wynalazkami drugiego człowieka, który powiedział nam, że to, co zrobił przyniesie nam radość i szczęście? Czy wiemy, co to tak naprawdę jest szczęście? Czy rozumiemy siebie, wiemy, kim jesteśmy i po co jesteśmy tu na ziemi? Czy dla przyjemności, kosztem innych i eksploatowania świata? Co zrobiliśmy z Ziemią — czy naprawdę właściwie odczytaliśmy religijne przesłanie i uczyniliśmy sobie ziemię „poddaną” — zamiast „oddaną” w opiekę, troskę, rewerencję, stając się jej kustoszem dla kolejnych pokoleń?

Co zostawisz człowieku po sobie — czy „tylko potop”? Czy ciebie nie interesują twoje wnuki, prawnuki — jaka będzie ich jakość życia, gdy już teraz zbierasz na sobie „żniwa”, które zasiałeś? Nie możesz przecież zignorować „jakości” genów, które przekazałeś! Jakiej one są jakości? Czy nie jest to może „toksom” — konglomerat toksyn, które na niewidzialnych poziomach przekazały informację kolejnemu twojemu pokoleniu, a ono — bez świadomości — przekaże następnemu?

Czy jest jeszcze przyszłość dla następnych pokoleń? Co im zostawisz w „spadku” — czy tylko zniszczone lasy, zatrute powietrze i wody, w których dogorywają żyjące tam jeszcze organizmy — a może już tylko mutanty? Czy rozumiesz, co to wróży dla ciebie, drugiego człowieka — jeśli ty i on jesteście częścią tej samej przyrody?

Filozof Hans Jonas napisał w jednej ze swoich książek, że jeśli mamy przetrwać, musimy sobie zdać sprawę z ogromu swojej odpowiedzialności za planetę, za inne gatunki, wreszcie za nas samych i los przyszłych pokoleń. Musimy wziąć odpowiedzialność za zło, które uczyniliśmy i uświadomić sobie, co jeszcze możemy uczynić złego lub dobrego. A wódz Indian Seattle już w 1885 roku przekazał takie przesłanie:

„Ziemia nie należy do człowieka, to człowiek należy do Ziemi. Cokolwiek przydarzy się Ziemi, przydarzy się człowiekowi. Człowiek nie utkał pajęczyny życia; jest nitką w tej pajęczynie; niszcząc pajęczynę życia, niszczy samego siebie”.

Każdy jest przecież odpowiedzialny — swoim postępowaniem — za przyszłość swoją, innych i świata, aby samemu móc przetrwać.

1. CO JEST CZYM? — CZYLI PRZEDSTAWIANIE

Rozpocznę przedstawianie substancji chemicznych, z którymi mamy do czynienia w otoczeniu od pestycydów, a więc produktów stosowanych w rolnictwie, ogrodnictwie, leśnictwie i sadownictwie. Obecnie są one wytwarzane głównie syntetycznie i służą do niszczenia różnego rodzaju zakażeń i pasożytów roślin, jak również do regulacji ich wzrostu, usuwania chwastów oraz ochrony upraw roślinnych przed szkodnikami.

W podręcznikach akademickich można znaleźć informacje (jakich nie było jeszcze kilkadziesiąt lat temu), że wadą tych związków chemicznych jest wysoka toksyczność i długi czas degradacji, jak też niszczenie organizmów pożytecznych, ponadto bioakumulacja w środowisku, a tym samym w tkankach roślin i zwierząt. Może to prowadzić do różnego rodzaju chorób czy mutacji. Musimy to wiedzieć wszyscy, a nie tylko studenci, którzy uczą się o tym do egzaminów, a potem zapominają i pracują np. w przemyśle, wytwarzając je. To jest przecież zarówno o nich, o przyszłej jakości życia ich samych, ich dzieci, rodzin i kolejnych pokoleń, ale także o nas wszystkich i jakości naszego życia teraz i za kilka czy kilkanaście lat!

Tego rodzaju substancje chemiczne objęte zostały klasyfikacją toksykologiczną w zależności od szkodliwości dawek substancji podawanych w mg/kg masy ciała (m.c.) zwierzęcia doświadczalnego (głównie szczura). Jest to średnia ilość danej substancji potrzebna do zabicia 50% populacji zwierząt doświadczalnych (LD50). Jeżeli LD50 jest poniżej 25 mg/kg m.c. — to jest to tzw. I klasa — określana, jako trucizna; gdy do 200 mg/kg m.c. — to jest to II klasa trucizn; — do 2000 mg/kg m.c. — to III klasa lub substancje szkodliwe; a powyżej 2000 mg/kg m.c. — jest to IV klasa, a więc substancje praktycznie nieszkodliwe.

Ze względu na zwalczane organizmy pestycydy zostały podzielone na: insektycydy — niszczące owady; herbicydy — usuwające chwasty (w tej grupie znajdują się regulatory wzrostu roślin); fungicydy — hamujące rozwój grzybów oraz fumiganty — czyli gazy służące do niszczenia organizmów zbędnych, zarówno w glebach, ziarnie, jak i pomieszczeniach gospodarczych.

W toksyczności danego preparatu ważna jest jego budowa chemiczna. Wyróżnia się, więc np. związki nieorganiczne — są to głównie fungicydy; związki organiczne, a wśród nich np. insektycydy chloroorganiczne; fosforoorganiczne, karbaminianowe i pochodne mocznika oraz herbicydy pochodne kwasu fenoksyoctowego; triazynowe; chloroacetanilidy oraz fosfoniany (glifosat).

Szerokiej opinii publicznej jest znana grupa insektycydów chloroorganicznych, których wspólną cechą jest dobra rozpuszczalność w tłuszczach, a to niestety warunkuje ich działanie na układ nerwowy. Ta cecha dotyczy zarówno zwierząt jak i człowieka — a więc gromadzenia się ich w tkance tłuszczowej i innych lipofilnych tkankach (w tym układu nerwowego, wątrobie, nerkach, piersiach). Depozyty tego rodzaju początkowo powstają szybko, a następnie osiągają stały poziom, na którym się utrzymują przez długi czas. Czyni to je odpornymi na detoksykację i prowadzi do kumulacji w organizmie.

„Trwałość tych substancji dotyczy także samego środowiska (więc gleby). I tu istnieją pewne podziały (rozpad 75—100%) i obejmują one: substancje bardzo trwałe (okres rozpadu jest nieznany, ale szacowany na powyżej 20 — 30 lat); trwałe (2–5 lat); umiarkowanie trwałe (1–18 miesięcy) oraz nietrwałe (1–12 tygodni).

Zużycie pestycydów na świecie osiąga około 2 300 000 ton substancji aktywnych rocznie, a w samej Polsce około 22 500 ton i dotyczy to głównie herbicydów i fungicydów.

Stwierdzono, że spośród znanych 12 trwałych zanieczyszczeń środowiska, aż 9 stanowią pestycydy chloroorganiczne, a wśród nich aldryna, dieldryna, endryna, chlordan, DDT, heptachlor, heksachlorobenzen, mirex i toksafen. Charakteryzuje je brak selektywności działania oraz zdolność do gromadzenia się w tkankach zwierząt.

Wpływ DDT na zdrowie człowieka, popularnie znanego jako Azotoks, pierwszego pestycydu wprowadzonego z tej grupy, jest stale poddawany w wątpliwość, mimo że oficjalnie został wycofany w 1977 roku. Wykazano bowiem jego oddziaływanie na rozrodczość i możliwy wpływ teratogenny (wczesne porody, zaburzenia płodności, nieprawidłowy rozwój płodu). Obserwowano również zaburzenia wydzielania hormonów u zwierząt i działanie rakotwórcze u zwierząt laboratoryjnych już przy umiarkowanych dawkach (0,26—85 mg/kg), a wśród nich: nowotwory wątroby, trzustki, piersi, białaczki. Trwałość DDT w organizmie człowieka ocenia się na 6—10 lat.

Stosunkowo największe negatywne wpływy DDT i jego pochodnych na rozrodczość zaobserwowano u dużych ptaków drapieżnych. Ponadto zauważono zaburzenia gospodarki wapniowej (głównie przez metabolit DDE), prowadzące do osłabienia trwałości skorup jaj. Po latach stwierdzono, że skorupy jaj niektórych gatunków ptaków są znacznie cieńsze niż przed wprowadzeniem DDT.

Wykazano, że mechanizm toksycznego działania insektycydów chloroorganicznych polega na uszkadzaniu struktur błony komórkowej i wiązaniu się do receptorów tkanki nerwowej oraz narządów miąższowych (zwłaszcza wątroby). Przez swoje powinowactwo do tkanki nerwowej związki chloroorganiczne powodują naruszenie transmisji bodźców nerwowych, jak też enzymów biorących udział w tych procesach. Badacze wykazali, że niektóre związki z tej grupy (np. DDT czy heptachlor) są inhibitorami enzymów cyklu oddechowego, co prowadzi do niedotlenienia tkanki mózgowej i objawów zatrucia. Tymczasem cyklodieny (np. dieldryna) naruszają przemiany aminokwasów, a to wywołuje gromadzenie się amoniaku w tkance mózgowej i występowanie drgawek.

Ze względu na swoja trwałość w środowisku i zdolność kumulacji w organizmie człowieka i zwierząt, do chwili obecnej związki chloroorganiczne wykrywa się w mięsie zwierząt, mimo ograniczenia stosowania tych preparatów, a nawet całkowitego zakazu ich produkcji i stosowania (np. DDT). Oprócz działania rakotwórczego, dotyczącego wątroby, naukowcy wiążą je z nowotworami hormonozależnymi np. powodują one wzrost poziomu estrogenu. Wykazano związek podwyższonego poziomu estrogenu z rakiem piersi. Związki te działają także teratogennie na płód, powodując różnego rodzaju jego deformacje.

DDT był stosowany od początku lat 40-tych do lat 60. XX wieku. Mimo upływu tak wielu lat od tego okresu, ze względu na wysoką toksyczność oraz zakaz jego stosowania w rolnictwie, nadal wykonuje się badania jego pozostałości w żywności oraz rybach morskich i hodowlanych, znajdujących się na polskim rynku. Z grupy pestycydów chloroorganicznych największy problem stanowią jednak nadal metabolity DDT oraz stereoizomery heksachlorocykloheksanu (alfa, beta, gamma i delta-HCH), jak również heptachlor, aldryna i dieldryna. Te ostatnie związki przestano produkować w Polsce do 1975 roku, a heksachlorobenzen (w postaci kwintocenu) do 1986 r. Gotowe preparaty pestycydowe zawierające aldrynę, dieldrynę i endrynę były jednak importowane i dopuszczone do obrotu handlowego jako środki ochrony roślin do 1978 r. Najdłużej stosowanym preparatem był lasochron, zawierający DDT.

Oprócz gleby, roślin i zwierząt jednym z wyjątkowo ważnych problemów środowiskowych jest zanieczyszczenie zbiorników wodnych. Stanowi ono, bowiem potencjalne zagrożenie bezpośredniego szkodliwego oddziaływania na zasoby biologiczne i pośrednio na zdrowie człowieka. Wśród zanieczyszczeń chemicznych w wodzie znajdują się polichlorowane bifenyle (PCB), pestycydy chloroorganiczne, wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne (WWA), jak również metale ciężkie, pochodzące np. z przemysłu, rolnictwa, miast, składowisk odpadów lub opadów atmosferycznych.

Pestycydy chloroorganiczne, wykorzystywane przez kilkadziesiąt lat w rolnictwie, spowodowały wiele niekorzystnych skutków w środowisku, o czym pisali np. tacy badacze jak Prof. A. Ramamoorthy i jego grupa. Mimo, że wiele spośród nich zostało wycofanych z produkcji i użycia w wielu krajach, to jednak są one nadal produkowane i eksportowane do krajów rozwijających się. Wysoka prężność par tych substancji powoduje, że łatwo ulatniają się one do atmosfery z gleb, wód powierzchniowych i składowisk odpadów w tych krajach i trafiają z opadami atmosferycznymi powtórnie do gleb strefy umiarkowanej, co wykazano np. w pracach wyżej wymienionych autorów oraz na terenie Polski Dr M. Grynkiewicz i in., opublikowanych w 2003 r.

Z powyższych powodów decydenci, od których zależy zarówno produkcja jak i sprzedaż tego rodzaju substancji, biorą na siebie ogromną odpowiedzialność za stan zdrowia populacji ludzi, jak też flory i fauny i zagrożenie dla całej planety. I tutaj docieramy do etycznego aspektu życia i stanu świata w skali także wieczności. O tym sam każdy decyduje we własnym sumieniu.

Badania powietrza atmosferycznego nad Europą wykazały, że najwyższe stężenia chlorooganicznych związków występują nad obszarami byłej ich produkcji lub dużego ich zużycia oraz nad terenami zurbanizowanymi. Na przykład zawartość polichlorowanych bifenyli PCB (ang. PCBs — Polychlorinated Biphenyls) czy innych chloroorganicznych pestycydów we współczesnych osadach mórz dochodzi nawet do kilkuset ppm (Kannan i in., 1997). Podobnie, w osadach Morza Bałtyckiego stwierdzono stężenie PCB w zakresie 10—1380 mikrogram/kg.

Chociaż w dalszej części książki będę wracać do różnych rodzajów omawianych tu związków chemicznych, niemniej informacje zgromadzone w tym miejscu pochodzą z danych polskich badaczy i ich odniesień do zagranicznych źródeł. Dalej będę opierać się o same zagraniczne doniesienia.

Polichlorowane bifenyle (PCB), jako związki bardzo trwałe, niepalne i lipofilne miały szerokie zastosowanie przemysłowe już od lat trzydziestych ubiegłego wieku. Były one wykorzystywane do kondensatorów i transformatorów wysokiego napięcia, jako dodatki do farb i lakierów, plastyfikatory do tworzyw sztucznych, wypełniacze w środkach ochrony roślin, a także, jako substancje do powlekania powierzchni, czy środki do impregnacji drewna oraz w produkcji papieru. Po wykryciu rakotwórczych, teratogennych i immunosupresyjnych właściwości polichlorowanych bifenyli i ich bioakumulacji, ich produkcja została wstrzymana w 1977 r., ale pozostają one w użyciu w istniejących nadal urządzeniach i produktach. Do środowiska są one uwalniane także podczas spalania węgla, czy unieszkodliwiania odpadów szpitalnych.

Jednak najistotniejszy problem dotyczy tego, że obecnie źródłem związków chloroorganicznych w osadach wodnych są odpływy z pól uprawnych i sadów, gdzie przez lata stosowano te pestycydy w produkcji rolniczej (np. DDT nawet 10 mikrogram/kg), oraz depozyty atmosferyczne. Do środowiska wód powierzchniowych chloroorganiczne pestycydy trafiają również wraz ze ściekami komunalnymi, z ferm hodowlanych, czy produktów farmaceutycznych i kosmetyków (np. szamponów). Można je znaleźć np. w wyniku wycieków smarów z pojazdów i maszyn, z uszkodzonych wymienników ciepła i transformatorów czy odcieków ze składowisk odpadów, w których zdeponowano niewykorzystane chloroorganiczne pestycydy.

Badania naukowe przeprowadzone w polskich wodach wykazały, że do osadów najbardziej zanieczyszczonych pestycydami chlororganicznymi należą osady pobrane z Wisły — w Oświęcimiu i w Tyńcu, Brdy — w Bydgoszczy, Bystrzycy — w Spiczynie, Przemszy — w Chełmku, Ślęży — we Wrocławiu, Jeziorki — w Konstancinie-Jeziornej, Białej — w Kaniowie i Bugu — w Kryłowie.

Uzyskane wyniki wskazują na powszechne zanieczyszczenie osadów rzek w Polsce, a środkami chemicznymi, wywołującymi je są lindan oraz DDT i jego metabolity. Stwierdzono je w omalże 50% badanych próbek. Najwyższą zawartością PCB charakteryzowały się osady pobrane z Odry, które zanieczyszczone są w takim stopniu, że mogą stanowić zagrożenie dla organizmów wodnych.

Tymczasem oficjalne badania rządowe pozostałości pestycydów chloroorganicznych w glebach pobranych w 2015 r. z użytków rolnych w Polsce nie wykazały przekroczenia dopuszczalnych stężeń (Dz. U. 2016, poz. 1395) dla α-HCH, β-HCH, γ-HCH, aldryny, dieldryny i endryny. Przekroczenia dopuszczalnych wartości stwierdzono zaledwie w 14 próbkach dla DDT/DDD/DDE, co stanowiło 6% całego zbioru danych. Zakres zawartości tych związków powyżej dopuszczalnego limitu wahał się w granicach 0,13—0,48 mg/kg. Komu więc wierzyć? A ponadto, co znaczy dopuszczalny limit — kogo on dotyczy, na przestrzeni jak długiego czasu? Jak jest liczony i kiedy ustanowiony, jeśli od czasu wydania ustawy mijają kolejne lata narażenia na te substancje, a nawet najmniejsza ich ilość kumuluje się w ciele, dając nieznane przecież skutki, gdyż dotychczas nigdy nie obserwowane na populacji ludzkiej?

We wcześniejszych latach Państwowy Zakład Higieny badał skład i zmiany sezonowe stężenia pestycydów chloroorganicznych (DDT, HCH, CHL i HCB) oraz chlorobifenyli (PCB) w niefiltrowanej wodzie wiślanej z okolic Gdańska. Próbki wody pobierano comiesięcznie w okresie od sierpnia 1991 do lipca 1992. W trakcie 12-miesięcznego okresu badania całkowite ładunki DDT, HCB, HCH, CHL i PCB transportowane wodą Wisły do Zatoki Gdańskiej oceniono odpowiednio na 10,54, 0,73, 1377, 0,38 i 5,02 kg.

Warto zastanowić się, co znaczą te dane i jaki mają wpływ na zdrowie człowieka w skali tylu lat od ich wykazania? Jeśli zanieczyszczone są wody nawet po filtrowaniu, mikro-ilości tych związków (działając niczym dawki w homeopatii) mają wpływ na zdrowie człowieka. Czy te dane można odrzucić, jako nic nie znaczące?

Kumulacja to coś więcej niż dodawanie — gdyż, jak wiadomo, to nie tylko suma części, a nieustanna stymulacja procesów biochemicznych „dawkami przypominającymi” i nakazywanie organizmowi być stale w czujności, przy okazji zmieniając metabolizm i osłabiając układ odpornościowy. Dochodzi do tego wyczerpanie nadnerczy, gdyż taka jest konsekwencja nieustannego narażenia na wewnętrzny stres oksydacyjny (o czym piszę w książce Choroby z autoimmunoagresji — a ciało-umysł-dusza).

Badano także pozostałości jednego z chlorowcopochodnych — HCH w glebach rolniczych w Polsce. Badania te wskazały, że stężenia tego pestycydu są większe niż w Irlandii, a mniejsze niż na Słowacji. Uważa się, że chlordan jest równomiernie rozprzestrzeniony w glebach w Polsce. Został on najprawdopodobniej naniesiony na tereny kraju z masami powietrza atmosferycznego spoza jego granic, choć obecnie nie jest już używany.

Badania wykonane na terenach byłej bazy wojsk radzieckich pod Świnoujściem wykazały, że gleby miejskie mają około 10krotnie wyższe stężenia polichlorowanych bifenyli, a gleby rolnicze i leśne około 100krotnie podwyższone stężenie. Wskazuje to jednoznacznie, że bazy wojskowe były (i może nadal są) jednym ze źródeł zanieczyszczenia środowiska chlorobifenylami.

2. HISTORIA JEDNEGO ŻYCIA, KTÓRE ZROBIŁO RÓŻNICĘ

We współczesnych czasach spotyka się coraz więcej osób, dla których ważny jest stan świata Przeżywają one dramat przyrody, podobnie jak ludzkie tragedie i chcą coś zrobić, aby je zażegnać. Wynika to przede wszystkim z tego, że z jednej strony są to osoby wyjątkowo wrażliwe na innych ludzi i stan świata, a z drugiej, dostęp do Internetu stwarza nam wszystkim możliwości kontaktu z całym światem, a stąd z tego rodzaju postawami społecznego zaangażowania. Dzięki temu jest szansa, abyśmy inspirowali się do podjęcia podobnej aktywności dla innych, sami jednocześnie pomagając sobie żyć mądrzej.

Jakieś 50—60 lat temu tego rodzaju informacja docierała do nas rzadko. Gazety zwykle zajmowały się wydarzeniami politycznymi lub sensacjami albo opisywały sentymentalne historie miłosne. Zagrożeniami dotyczącymi całego świata były raczej konkretne konflikty zbrojne, a nie coś, co działo się na „niewidzialnych” poziomach i mogło narażać zwykłych ludzi. Ze względu na rodzaj wykonywanej pracy, ludzie byli poddawani badaniom lekarskim dotyczącym szkodliwych substancji, przy produkcji których pracowali, choć one nie zawsze wywoływały natychmiastowe skutki.

Nikomu nie przychodziło do głowy, aby badać okoliczną ludność, w miejscach, gdzie wybudowano reaktory atomowe, fabryki chemicznych substancji dla rolnictwa czy przemysłu farmaceutycznego (chociażby antybiotyki, których opary roznosiły się na osiedla przez lata, nasycając powietrze, glebę i mury powstających tam bujnie nowych blokowisk. Nikt nie pomyślał także, że te substancje mogą zagrażać zwykłym ludziom, pracującym na polu czy w ogrodzie, mieszkańcom osiedli, a szczególnie dzieciom czy starszym osobom, które przez cały dzień oddychały unoszącymi się w powietrzu oparami chemikaliów.

Musiały minąć całe lata, aby zaczęto kojarzyć substancje chemiczne w płodach rolnych czy owocach z ich konsumentami, zjadającymi produkty, które nimi potraktowano. Każdy wierzył, że wszystko jest bezpieczne i nie ma zagrożeń ani dla środowiska (flory i fauny), a tym bardziej dla dorosłego czy dziecka.

Tymczasem zdarzali się ludzie, którzy dzięki swojej wyobraźni, ale także intuicji widzieli w perspektywie katastrofę dla świata i starali się temu zapobiec, chociażby poprzez swoje książki, publiczne wypowiedzi czy tylko krótkie artykuły. Taką osobą była w latach 60-tych XX w. Rachel Carson. Jej książka „Silent Spring” — Milcząca wiosna została po raz pierwszy opublikowana w trzech fragmentach przez czasopismo The New Yorker w czerwcu 1962 roku, a dwa miesiące później ukazała się drukiem, choć „dojrzewała” wcześniej przez całe lata. Zanim do tego doszło, przyjrzyjmy się całej drodze życiowej autorki, która ośmieliła się wyjść przed szereg, dostrzegając to, co powinno być zauważalne lata wcześniej, gdy cały czas produkowano i użytkowano chemiczne substancje, zagrażające środowisku i ludziom.

Już od wczesnego dzieciństwa, mieszkając na wsi w Pensylwanii, niedaleko Pittsburgha, Rachel Carson obserwowała dzikie zwierzęta, ptaki i rośliny, jak też interesowała się historią ziemi, morza oraz rozwijających się form życia. W okresie, gdy była nastolatką, rewolucja przemysłowa zmieniła okolice Pittsburgha w zagłębie żelaza i stali, a jej małą wioskę w brudne nieużytki z zatrutym powietrzem i wodą. To doświadczenie sprawiło, że Carson zwątpiła w lepsze życie dzięki chemicznym substancjom i technologiom.

Już od czasu, gdy uczęszczała do liceum, Rachel Carson miała poczucie osobistej misji. Zdecydowała się na karierę w nauce, choć była świadoma, że w czasach jej młodości kobiety miały niewielkie możliwości. Gdy skończyła zoologię, pracowała początkowo jako asystentka w szkole zdrowia publicznego, gdzie uczyła się także genetyki eksperymentalnej, jak również pisała artykuły. Gdy jednak możliwości publikowania w nauce skurczyły się, zaczęła wydawać je w lokalnej prasie.

Pragnienie zrozumienia morza doprowadziło do napisania jej pierwszej książki Under the Sea-Wind. Od samego początku Carson była świadoma całości życia na Ziemi, podobnie jak wzajemnych współzależności między poszczególnymi systemami, zanim jeszcze ta perspektywa pojawiła się w nauce.

W latach 1936—49 Carson pisała artykuły o zatruwaniu ostryg przez przemysłowe odpływy; jednocześnie zwracając uwagę decydentów na potrzeby zmiany w regulacji ścieków, wpływających do rzek. W 1949 roku była redaktorem naczelnym agencji Fish and Wildlife Service. W tym okresie napisała serię prac o systemie ochrony dzikiej przyrody w Stanach Zjednoczonych oraz brała udział w konferencjach naukowych i technologicznych.

Kolejne dziesięć lat zajęło jej syntezowanie najnowszych badań dotyczących oceanografii, co zwieńczone zostało kolejną książką The Edge of the Sea. Książka zdobyła wiele nagród, w tym za literaturę faktu, a Carson została wybrana do amerykańskiej Akademii Sztuki i Literatury, co uczyniło ją liderem pisarzy naukowych w Ameryce.

Rachel Carson miała głęboką potrzebę interpretacji świata przyrody i wyjaśniania złożoności nauki, a przede wszystkim miłość do natury. Dzięki temu głębokiemu uwrażliwieniu na przyrodę stała się jej obrończynią.

W publicznych wypowiedziach Carson zawsze wybrzmiewała troska o przyszłość planety, ale także krytyka bezmyślnej wiary w technologie i ich przemysłowe zastosowanie. Uważała, że człowiek, wierząc bezkrytycznie bezgranicznej własnej mocy, staje się zaślepiony eksperymentami, które tworzy, a które tymczasem wymykają się spod jego kontroli, prowadząc do zniszczenia siebie i świata. Jej zdaniem poczucie moralności i odpowiedzialności za stan indywidualnego zdrowia i jakości świata zostało zgubione w trakcie szybkiego postępu technologii.

Już w 1945 r. Rachel Carson była gotowa z prezentacją zebranych dowodów, dotyczących szkód wyrządzonych środowisku w wyniku stosowania DDT i innych pestycydów. Uważała, że chemikalia te w długoterminowej perspektywie są potencjalnie szkodliwe dla zdrowia całej fauny i flory, ale także człowieka, a używanie ich jest aktem ludzkiej pychy, ignorancji i chciwości. Nie omieszkała wyartykułować to jako globalnego eksperymentu na ludzkości o nieznanych skutkach zarówno dla populacji, jak i całej planety. Domagała się wprowadzenia ocen bezpieczeństwa i korzyści używanych środków chemicznych. Uważała za swój moralny obowiązek mówić o tym, co przez lata przemilczano.

Można by powiedzieć, że Rachel Carson zwiastowała coś, co „wisiało w powietrzu” i miało się prędzej czy później ujawnić. Właśnie w zaledwie kilka lat później opinię publiczną zbulwersowały artykuły i zdjęcia prasowe, dotyczące oddziaływania substancji chemicznej, tym razem podawanej w leku o nazwie Talidomid, który okazał się w działaniu zbliżonym do opisanych przez Carson pestycydów. O nim napiszę w innej części książki.

Wydanie książki Milcząca wiosna spotkało się z diametralnie rozbieżnymi opiniami — i to zarówno oburzeniem, jak i pozytywną oceną — i znalazło licznych entuzjastów w walce o zdrową jakość życia w przyszłości. Podobne opinie spotkały książkę w Polsce wiele lat później, a niektóre z nich można by nazwać histerycznymi. Obwiniano w nich Rachel Carson o całe zło świata, a szczególnie o to, że ośmieliła się wystąpić przeciw przemysłowi i nauce, które, jej zdaniem, nie zauważyły zagrożeń w długoletniej perspektywie konsekwencji ich używania i bioakumulacji w organizmach. Jeden nawet z naukowców odsądził ją pośmiertnie od czci i wiary, a przecież, aby zobaczyć jakiś problem, trzeba wyjść z jego centrum i spojrzeć z innej, neutralnej przestrzeni, a nie być częścią problemu, który prezentuje.

Wydaje się wręcz dziwnym, że jeśli ktoś pisze kilkadziesiąt lat po wydaniu książki o szkodach, które spowodowała jej autorka, przestrzegająca przed szkodliwymi skutkami substancji chemicznych, a w międzyczasie ukazuje się setki prac naukowych potwierdzających te ostrzeżenia autorki, to ta osoba wykazuje się do granic posuniętą ignorancją i nieodpowiedzialnością, mieniąc się przy tym naukowcem o najwyższym statusie. Nie wiadomo ponadto, na co taka osoba liczy: czy na uwierzenie opinii publicznej w jej jedynie słuszny głos, słyszalny wśród masy przeciwnych opinii o szkodliwych skutkach; czy może uważa, że dobitność tej oceny zwiększy przywołany jej tytuł naukowy, w odróżnieniu od braku podobnego u Rachel Carson? Wyliczając przy okazji „kłamliwe” (tak je nazywając) potwierdzenia sprzecznych stanowisk nauki czy ekologów, odnośnie groźnych skutków chemikaliów, przeważy szalę swoim autorytarnym stanowiskiem i dobitnymi argumentami, nie pozostawiając suchej nitki ani na nieżyjącej dawno autorce krytykowanej książki, ani tym bardziej tych, którzy ośmielili się myśleć inaczej?

W międzyczasie ukazała się kolejna książka (tłumaczona zresztą na język polski), o której napiszę w następnym rozdziale, oparta na badaniach naukowców z różnych dziedzin, poszerzająca to, co opisała Rachel Colborn o szkodliwości wielu chemicznych substancji o inne, może jeszcze bardziej ważne dowody i to nie tylko działające na obecne, ale i kolejne pokolenia.

Teraz, po latach, to właśnie autor tej publikacji powinien wziąć na siebie całe odium odpowiedzialności za już obecne — po omal 60-latach — skutki narażenia na szkodliwe substancje w organizmach żywych, ale i w atmosferze, jak też zmiany reprodukcyjne, które mogą pojawić się w następnych pokoleniach, co jest powszechnie znane w świecie nauki.

Często zarzuca się środowiskom naukowym stronniczość, ponieważ wykonują badania na zlecenie tych, którzy za nie płacą. Bywa więc, że takie osoby negują przy okazji wszystko, co popadnie, choć nie zawsze wiąże się bezpośrednio z tematem, w który są włączone i którego bronią, zarzucając innym kłamstwo, same nie widząc „belki w swoim oku, dostrzegając źdźbło w oku oponenta”.

Warto też zwrócić uwagę, że jeśli pojawia się w nauce jakaś teza, to zawsze znajduje się wobec niej anty-teza. To normalne, ponieważ dzięki temu jesteśmy w stanie zobaczyć dwa bieguny jakiegoś zagadnienia i wypracować „złoty środek”. Tak jest w przypadku każdej idei, która nie znajduje początkowo poklasku, a w miarę upływu czasu implantuje się w ludzką świadomość i staje się jej częścią.

Podobnie jest chociażby z przytoczonym przykładem książki Milcząca wiosna. Gdyby jej nie było, jak i nagonki na autorkę, nie powstałyby ani ruchy ekologiczne, trwające do dnia dzisiejszego w wielu krajach, ani rożnego rodzaju formy zabezpieczeń, w postaci chociażby ustawodawstwa dotyczącego ochrony powietrza, ziemi i wody; podobnie jak naukowcy i przemysł nie byliby świadomi, że każdy nowy produkt może przynosić zarówno korzyści jak i zagrożenia.

Milczącą wiosnę można uważać za jedną z przełomowych książek tego okresu, która pobudziła w ludziach troskę o otoczenie w którym żyją, jak i przyszłość całej planety. Taki był prawdopodobnie zamysł autorki i jej determinacja, aby jak najobszerniej opisać problem, dla pobudzenia do społecznego myślenia na temat konsekwencji działań człowieka, dla jakości życia indywidualnego i zbiorowego. Rachel Carson zrobiła to z całą siłą kobiecego przeżywania, tym bardziej, że jak się później okazało sama zapłaciła za skutki tego, co opisała, najwyższą cenę — swojego zdrowia i życia.

Książka Carson poruszyła w sposób szczególny opinię publiczną, stając się omalże szokiem dla społecznej i indywidualnej świadomości. Większość ludzi nie zdawała sobie sprawy, że naukowe wynalazki i ich praktyczne wykorzystanie może przynieść oprócz wielu absolutnie nie kwestionowanych korzyści, także katastrofalne skutki. Był to okres zauroczenia postępem technologicznym i ewidentnym bogaceniem się społeczeństwa, a tymczasem jej autorka mogła być odczytana, jako sprzeciwiająca się tym wartościom. Ponadto książka uświadamiała międzynarodowej społeczności, że rozwój i to zarówno myśli ludzkiej, jak i postępu w technologiach musi mieć swoje granice, które powinny być pod kontrolą. To są bowiem zawsze etyczne wybory i nie dotyczą jedynie indywidualnej decyzji. Jeśli nie weźmie się pod uwagę wyżej wspomnianych ograniczeń, tenże rozwój może prowadzić do katastrofalnych skutków i to zarówno indywidualnych, jak i społecznych. Za tego rodzaju działania odpowiedzialność spadnie nie tylko na naukę czy przemysł, ale także rządy krajów, które, nie chroniąc obywateli, łamią prawo człowieka do godnego życia.

Książka stała się sygnałem do otwartej debaty na temat stosowania pestycydów, jak i etycznej odpowiedzialności za skutki ignorancji i zaniedbania. Unaoczniała fakt, że jako społeczeństwa poddajemy się bezwolnie powolnemu zatruwaniu. Dotyczy ono wszystkich zanieczyszczeń substancjami chemicznymi, które nie są obojętne dla organizmów żywych: ptaków, ryb i zwierząt, ale przede wszystkim dla człowieka. Nawet, gdy nie zadziałają toksycznie natychmiast, ich skutki mogą być odczuwane w kolejnych pokoleniach.

Z drugiej strony pojawienie się książki Carson spowodowało ataki na autorkę, która, będąc kobietą, odważyła się w tamtych czasach wystąpić przeciwko przemysłowi chemicznemu, który był jednym z twórców dobrobytu narodu. DDT i inne jego pochodne, które w tamtych czasach umożliwiały eliminację szkodników w rolnictwie i chorób przenoszonych przez owady (a stąd być może uratowały tysiące ludzi przed tyfusem czy malarią), jednocześnie okazały się produktami, które systematycznie zmieniały równowagę ekosystemów.

Książka stała się pewnego rodzaju oskarżeniem przemysłu, i jego wyjątkowych osiągnięć, mających rozwiązać wiele problemów nękających ludzkość. Unaoczniała jednak szkody i zagrożenia nieprzewidywalnymi efektami ich stosowania w przyszłości. Nauka nie mogła być ponad prawem, (jak opisano ją w przedmowie do książki, nazywając ją bogiem płci męskiej), a musiała liczyć się ze skutkami, które przynoszą jej wynalazki dla pojedynczej osoby, jak i w skali globu.

Milcząca wiosna stała się wyzwaniem także dla rządu, który zatwierdził te produkty bez ustanawiania żadnych mechanizmów odpowiedzialności za długoterminowe konsekwencje ich używania, które mogą wywołać. Carson opisała dokładnie zmiany komórkowe u roślin, zwierząt, ale i u ludzi pod wpływem organicznych insektycydów. Sprzeciwiła się więc przedmiotowemu traktowaniu obywateli, zostawieniu ich bez informacji o ich działaniach, i bez ochrony przed szkodliwymi ich skutkami. Uważała, że zamiast nazwy „insektycydy”, te środki chemiczne powinny być nazywane „biocydami”.

Rachel Carson dowodziła, że prawem człowieka jest bezpieczeństwo we własnym domu, a szczególnie ochrona przeciwko wtargnięciu trucizn, stosowanych przez osoby, nieświadome ich potencjalnych szkodliwych konsekwencji. Uważała, że jako społeczeństwa musimy być rzetelnie informowani i mieć wybór w kwestiach ich używania lub unikania, gdyż może to dotyczyć zmiany struktury genetycznej organizmów o nieznanych bliżej efektach w przyszłości.

Zdaniem Carson ciało ludzkie jest układem otwartym, stąd narażonym na działanie toksycznych substancji obecnych w środowisku. Uważała, że naukowcy nie przewidzieli wpływu zarówno pojedynczych, jak i mieszaniny chemicznych związków na zdrowie człowieka. Ponadto odrzuciła wyjaśnienia przemysłu chemicznego, jakoby istniały ludzkie „progi” dla tego rodzaju trucizn, a także „zdolności adaptacyjne”, które mają czynić trucizny nieszkodliwymi. Jej zdaniem organizm człowieka kumuluje trucizny, stając się ofiarą ich toksycznych oddziaływań. W jednej z części książki Carson przedstawiła dowody na powstawanie u ludzi nowotworów w wyniku narażenia na pestycydy.

Carson stworzyła koncepcję ekologii ludzkiego ciała, która pozwalała lepiej zrozumieć związki między ludźmi a środowiskiem. Dawała ona nową perspektywę w oglądzie zdrowia ludzkiego, a także nowe podejście do ryzyka środowiskowego.

Książka Carson unaoczniła także, że ciało człowieka nie stanowi granicy zdolnej do zatrzymania jakichkolwiek trucizn pochodzących ze środowiska. Stan zdrowia ludzkiego będzie ostatecznie odzwierciedlać choroby zaistniałe już w środowisku.

Zdaniem Carson ludzie są wrażliwi na pestycydy, a stąd „przepuszczalni”, tak jak wszystkie formy natury, które są do siebie podobne. Tym samym wszystko krąży wszędzie, a bezmyślne i bezduszne zatruwanie globu dotyka nas w każdym momencie, rozpoczynając od płodu, poprzez całe lata życia aż do śmierci i może też ujawnić się w dalekiej przyszłości, a więc kolejnych pokoleniach w niespotykanej dotąd skali.

Gdy zapatrywania Rachel Carson zyskiwały coraz liczniejsze zainteresowanie, przemysł wydawał ogromne środki finansowe, aby zdyskredytować jej badania i zhańbić jej reputację. Mimo ogromnej nagonki na nią, książka Carson trafiała jednak do szerokiej opinii publicznej, stąd nie można było jej zlekceważyć. Rachel Carson skupiła jednak w tym czasie swoje wysiłki na własne przeżycie, z którym skonfrontowało ją życie — przerzuty raka piersi. Właśnie to skupienie osobiste od lat pozwoliło jej na opracowanie całego katalogu chorób związanych ze skażeniami, wywoływanymi przez chemiczne substancje. Dała tym świadectwo także własnej prawdzie, która, jej zdaniem, była niepodważalna.

Jej książka zwróciła uwagę Prezydenta Johna F. Kennedy, jak też uruchomiła dochodzenia federalne i stanowe. W tym czasie społeczności, które zostały poddane opryskom pestycydami z powietrza, zaczęły protestować przeciwko kontynuacji toksycznego zanieczyszczenia.

Carson stała się przykładem jednostki, która dedykowała swoje działania poszerzaniu społecznej świadomości. Odważyła się mówić w swoim imieniu i stawić czoła ignorancji, prowadzącej do niszczenia przyrody. Swoją postawą wyzwoliła publiczną debatę, nad jakością życia na Ziemi.

Rachel Carson rozumiała, że jej praca zrobiła różnicę w społecznej świadomości. Została uhonorowana różnymi nagrodami oraz pośmiertnie, w 1981 roku otrzymała prezydencki Medal Wolności.

Sześć lat po śmierci Rachel Carson ustanowiono w Stanach Dzień Ziemi, a Kongres przyjął Krajową Politykę Środowiskową, dzięki ustawie powołującej Agencję Ochrony Środowiska. Agencja ta stanowiła pewnego rodzaju ochronę przeciwko ludzkiemu dziełu, stwarzającemu zagrożenie dla świata.

Mimo dziesięcioleci protestu i świadomości ekologicznej, problem toksycznych chemikaliów pozostaje nadal otwarty do dnia dzisiejszego.

Jako ludzkość musimy przyjąć, że globalne zanieczyszczenie jest faktem, przed którym stoi współczesne społeczeństwo i kolejne pokolenia. Wszyscy ludzie są konfrontowani bowiem z problemami, które przedstawiła Carson, a które wciąż nie znajdują rozwiązania. Dotyczą one działań dla wspólnego dobra i zrównoważonego rozwoju, a więc utrzymywania równowagi ekologicznej, a stąd zagrożeń, stwarzanych przez niebezpieczne technologie. Dowody naukowe są zwykle niekompletne, a naukowcy nieustannie obawiają się wyciągać ostateczne wnioski, co do pewności przedstawionych przez siebie dowodów szkodliwości. Nauka, więc w pewien sposób oddala decyzje o wprowadzeniu zakazów w bliżej nieokreśloną przyszłość, a tym samym, jeśli zagrożenia okażą się prawdziwe, bierze na siebie odpowiedzialność za brak ostrożności i refleksji, a przede wszystkim za ignorancję.

Mimo upływu już ponad 56 lat od jej wydania, książka Silent Spring jest nadal wielkim wyzwaniem, gdyż przypomina nam, że jesteśmy częścią ekosystemu Ziemi, a więc całego „strumienia życia”. Zamiast ciemnej strony ludzkiej natury, którą nieopatrznie używamy, musimy zobaczyć nasze potencjały i świadomie używać ich dla dobra siebie i świata, aby przeżyć sami, ale także i cała planeta.

3. DOBRY POCZĄTEK, ALE OPŁAKANE SKUTKI

Mimo, że obecnie jest stale gorzej, jednak cały czas wierzę, że ludzie włączeni w naukę chcieli dobrze. Zafascynowanie zbadaniem czegoś nowego lub opracowanie nowej technologii, rozprawiającej się z jakimś szkodnikiem, uśpiło w nich ludzkie cechy wrażliwości na siebie –człowieka i przyrodę.

Nauka od ponad 300 lat oddzieliła bowiem ciało od duszy, a stąd naukowiec, posługując się jedynie intelektem, stać się może bezduszną maszyną, bez wrażliwości i odczuwania siebie. Z tego też powodu może nie używać pełni siebie, a w tym wyobraźni i refleksji, a to może prowadzić do braku świadomości na temat skutków własnych działań oraz wizji świata i ludzi za kilkadziesiąt lat. Brak wizji i refleksji nie pozwala zobaczyć, do czego mogą doprowadzić badania i praktyczne ich zastosowania w wielu gałęziach przemysłu, skierowane na osiągnięcie konkretnego pozytywnego efektu samego badania, bez włączenia w niego siebie — człowieka wrażliwego — odczuwającego skutki oddziaływania stworzonych przez siebie produktów na ludzi i przyrodę.

Podobnie było z innymi badaniami naukowymi. Wiele lat temu w renomowanym liceum w Warszawie odbyło się spotkanie z jednym z laureatów Nagrody Nobla, który przed wojną pracował naukowo nad substancjami promieniotwórczymi. Lata później był świadkiem wykorzystania tych wynalazków dla stworzenia bomby atomowej. Od tego czasu swoje przesłanie skierował na wszelkie działania, dotyczące pokoju na świecie.

To, o czym piszę dotyczy omal całego mojego życia do chwili obecnej i obserwowania konsekwencji ludzkiej aktywności. Początki chemizacji życia i jej konsekwencje miały miejsce bowiem wtedy, kiedy przyszłam na świat, a potem miałam możliwość ich obserwacji, podobnie jak uczestniczenia w samej nauce. Były to czasy po II wojnie światowej, kiedy całe społeczeństwo dźwigało się z ran zadanych poszczególnym osobom i rodzinom, a naród przystąpił do odbudowywania kraju i tworzenia fundamentów stabilności oraz dobrobytu.

Był to, więc okres pewnego rodzaju euforii, a to, co działo się w nauce było przyjmowane przez społeczeństwo z entuzjazmem i natychmiast wprowadzane w życie. Był to też czas wyżu demograficznego. Liczył się przede wszystkim dobrobyt, a on prowadzić zaczynał do nadmiernego konsumpcjonizmu. Sprzyjały temu zresztą hasła wprowadzane przez ówczesne rządy, np. „budujemy nowy dom”, a naród, „głodny” bezpieczeństwa i dobrobytu po latach wojny, wierzył, że mogą one być zrealizowane.

Mimo braku odtąd wojen ogólnoświatowych przez kolejne dziesiątki lat, wkroczyliśmy jednak w innego rodzaju zagrożenia, które wydają się jeszcze bardziej dramatyczne — bo ciągnące się latami, często pokoleniami i na następne pokolenia. Na przestrzeni wielu lat można to już obserwować i to zarówno w rodzinach, jak i w społecznościach. A w międzyczasie zbieramy tego owoce w pokoleniach ówczesnych, które wtedy przeżyły te czasy, ale większości z nich już nie ma na tym świecie. Cywilizacja i technologie przynoszą bowiem ludziom powolną, lecz systematyczną zagładę, która nie jest możliwa do cofnięcia, gdyż stała się przewlekła, postępująca i nieuleczalna.

Ciekawe jest że, podczas gdy większość społeczeństwa przyjmowała do wiadomości to, o czym donoszono najgłośniej w prasie, niektórzy ludzie, wywodzący się często z kręgów nauki, ale mający korzenie w przyrodzie i bliskim z nią kontakcie, widzieli zagrożenia i starali się im przeciwstawić, nawet, gdy było to już kilkanaście czy kilkadziesiąt lat po wprowadzeniu „wynalazków” nauki do środowiska. O przykładzie takiej osoby, żyjącej w Stanach Zjednoczonych napisałam w poprzednim rozdziale. Ale takich osób było więcej, także w Polsce. Wywodziły się one z kręgów różnych dziedzin nauki. Wymienię tu chociażby postacie z własnego „podwórka” — takie jak Profesor Julian Aleksandrowicz, Kazimierz Imieliński (medycyna), Henryk Skolimowski — twórca ekofilozofii, która nie doczekała się w Polsce zbyt wielkiego rezonansu, czy Leszek Krzyżanowski (nauki o zarządzaniu). O nich pisałam w książce Liderzy jutra. Kolejnej postaci, dla której ważny był świat i jego przyszłość Gregory’emu Batesonowi poświęcę nieco uwagi w dalszej części książki.

Wróćmy obecnie do „bohaterów” opisywanych w tej części książki — substancji chemicznych, które stanowią trwałe zanieczyszczenie organiczne środowiska (TZO) i wywołują obecnie problem globalny, opisywany szeroko na świecie w setkach publikacji naukowych. Toksyczność tych zanieczyszczeń u ludzi i dzikiej zwierzyny wynika z ich utrzymywania się w środowisku i zdolności do bioakumulacji w tkankach zwierząt i ludzi poprzez łańcuch pokarmowy. TZO obejmują wiele chemikaliów, wśród których liczne budzą poważne obawy. Nawet niski poziom ekspozycji na niektóre z nich wiąże się chociażby z opisywanym w literaturze zwiększonym ryzykiem cukrzycy.

Powiązania stężenia TZO w osoczu z częstotliwością występowania cukrzycy badano w National Health and Nutrition Survey w latach 1999—2002 u 2 016 dorosłych uczestników. Wybrano sześć TZO (pochodne heksachlorobifenylu, dioksyn, oksychlordanu, dichlorodifenylotrichloroetanu i trans-nonachloru), ponieważ były one wykrywalne u omal 80% badanych.

W powyższym badaniu autorzy wykryli znaczące zależności między stężeniami sześciu wybranych TZO, a częstością występowania cukrzycy. Osoby badane były narażone na wysokie dawki TZO w warunkach zawodowych lub przypadkowych. U osób z długotrwałym narażeniem na niskie dawki TZO zaobserwowano silniejsze wiązanie niż u osób z krótkotrwałą ekspozycją na duże dawki TZO. Ponadto okres półtrwania tych związków u ludzi wynosi od 7 do 10 lat.

Właśnie w podobnym okresie — w 1996 roku — pojawiła się wyjątkowo ważna książka trzech autorów: Theo Colborna, Dianne Dumanoski oraz Johna Peterson Myersa pod znaczącym tytułem OUR STOLEN FUTURE — Nasza Skradziona Przyszłość. Podjęła ona ponownie tematykę rozpoznania szkodliwych oddziaływań wielu substancji chemicznych, zaliczanych do pestycydów czy sztucznych hormonów.

Tym razem, książka aż trzech autorów nie rozpętała tak wielkiej burzy jak Milcząca wiosna Rachel Carson. Z jednej strony wynika to prawdopodobnie z tego, że społeczeństwo było już bardziej świadome, a ponadto wielu naukowców podjęło badania dotyczące oddziaływań substancji chemicznych na środowisko jak i człowieka. Obserwujemy również wielość problemów zdrowotnych z jakimi konfrontowane są poszczególne osoby, ich dzieci, jak i poprzednie pokolenia, a to daje dużo do myślenia, nawet, gdy poprzednio nie wiązano ich z efektami długofalowymi.

Powinniśmy też wiedzieć, że krytyka a priori, bez oglądu całości zagadnienia, świadczy tylko o nas i naszych zdolnościach poznawczych, stąd może narazić nas na ośmieszenie. Powinna nami bowiem kierować otwartość umysłu, nieustanne poszerzanie świadomości, szerszy ogląd, synteza, a nie tylko analiza danych, zamiast krytyki i ocen, które mówią o ograniczonym punkcie widzenia, jak również braku społecznej wrażliwości na otaczający świat i ludzi.

Mamy więc obecnie takie problemy jak przewlekłe dolegliwości, w postaci: zmęczenia, nawracających bólów i stanów zapalnych, problemów skórnych, bólów brzucha i zaburzeń trawienia, depresji i tzw. „zaćmienia” mózgu (fogg — mgła), obserwowanego w wielu chorobach autoimmunologicznych. O nim pisałam we wspominanej książce o tego rodzaju chorobach.

Książka Skradziona przyszłość po raz więc kolejny na przestrzeni omal 40 lat od Milczącej wiosny, ukazuje syntetyczne substancje chemiczne, ale tym razem sposoby, jakimi zakłócają kontrolę wzrostu i rozwoju nie tylko zwierząt, ale i człowieka, a szczególnie płodu. Jest to o tyle istotne, że te wszystkie zaburzenia mają znaczący wpływ na przyszłą jakość życia dorosłego osobnika

Autorzy zwrócili uwagę na badania naukowe ostatnich 50 lat, które wykazały, że hormonalna kontrola rozwoju jest podatna na zakłócenia powodowane przez nawet niewielkie stężenia syntetycznych chemikaliów. Opisują oni np. jak rozwijający się płód wykorzystuje naturalne komunikaty hormonalne, zarówno z własnego układu hormonalnego, jak i z ciała matki, aby kierować swoim rozwojem. Komunikaty te wpływają praktycznie na wszystkie tworzące się cechy jednostki: zaburzając gospodarkę hormonalną, zakłócając naturalny przekaz informacji i zmieniając przebieg rozwoju, potencjalnie wpływając na wszystkie aspekty funkcjonowania organizmu.

Autorzy Naszej skradzionej przyszłości przywołują badania, dotyczące wielu zaburzeń endokrynologicznych. Dochodzenie rozpoczęli od dzikiej zwierzyny, u której pojawiły się pierwsze objawy nieprawidłowości. Książka analizuje następnie serię eksperymentów na zwierzętach laboratoryjnych, które wykazują niezbicie, że ekspozycja płodu na chemikalia może dać efekty trwające przez całe życie. Zaobserwowano także, że nawet śladowe ilości zanieczyszczeń mogą wywoływać ewidentne skutki. Przechodząc od zwierząt do ludzi, Nasza skradziona przyszłość daje przykłady związków zaburzających gospodarkę hormonalną. Jednym z nich jest syntetyczny hormon dwuetylostilbestrol (DES), który stosowano przez lata u co najmniej kilku milionów kobiet, zarówno w trudnych ciążach, jak i jako środek w hormonalnej terapii zastępczej w latach 50., 60. i 70-tych XX w.

Nasza skradziona przyszłość pokazując szerszy kontekst, pobudza ludzi do myślenia. Biorąc pod uwagę badania nad dziką przyrodą i w laboratoriach, potwierdzające, że ekspozycja na substancje chemiczne powoduje zaburzenia endokrynologiczne u zwierząt, stawia pytania do refleksji o skutki u ludzi. Potencjalne konsekwencje, które są możliwe, to spadek płodności i inne wpływy na układ rozrodczy mężczyzn i kobiet, ale także upośledzenie odporności na choroby i zaburzenia inteligencji.

Autorzy konfrontują nas z fundamentalnymi pytaniami, dotyczącymi przyszłości nas, jako jednostek. Żyjemy bowiem od dziesiątków już lat w środowisku, które jest systematycznie niszczone przez działania człowieka, który w swojej arogancji i bezmyślności wobec otaczającego go świata wprowadzał z biegiem lat coraz więcej środków chemicznych. W założeniu miały one poprawiać wydajność plonów z pól uprawnych, wielkość zbiorów z sadów oraz jakość uzyskiwanych produktów. Niestety przyniosło to i przynosi nadal coraz więcej zagrożeń ale i niewiadomych, co do przyszłości człowieka, ale i świata.

Milcząca wiosna, która była jak preludium do omawianej obecnie publikacji, przygotowała grunt pod krytyczne myślenie nad stanem środowiska, wynikającego z zagrożeń powodowanych przez chemiczne substancje. W swojej pracy Carson wyraziła swój niepokój dotyczący niebezpieczeństw, jakie wnoszą do świata pestycydy. Opisała skażenie przyrody oraz skutki, jakie te związki czynią w ludzkich organizmach i mogą powodować w dalszej perspektywie życia. Skupiała się głównie na nowotworach. Zdaniem Carson użycie chemicznych związków wyglądało jak eksperyment, dotyczący całej populacji ludzkiej, który wcześniej objął świat zwierząt. Ten eksperyment obejmuje jednostkę jeszcze przed urodzeniem, a następnie trwa przez wiele lat jej życia. Jest tym bardziej niebezpieczny, że dotychczas nigdy nie był przeprowadzany, jak również nikt nie zna jego skutków dla kolejnych pokoleń.

W obecnie omawianej książce Nasza skradziona przyszłość autorzy pokusili się o zebranie naukowych badań dotyczących wpływu chemicznych środków na układ hormonalny. Jak wiadomo, układ ten odgrywa wyjątkowo ważną rolę nie tylko w rozwoju płciowym, ale wpływa na wszystkie przemiany metaboliczne, włączając zarówno zachowanie i inteligencję, jak i działanie układu odpornościowego. Jako społeczeństwo, a przede wszystkim ludzkość, musimy być uważni na to, jakie są konsekwencje wprowadzania syntetycznych, chemicznych środków do środowiska i jakie jest ryzyko ich rozprzestrzeniania we wszystkich organizmach w całej przyrodzie. Musimy zrozumieć to szczególnie dla przeżycia naszych wnuków i prawnuków, jak też, dla jakości naszego życia teraz i w przyszłości.

Nie możemy również zapominać, że żyjemy w złożonym świecie, a to wymaga kompleksowego podejścia do rozwiązywania problemów, stwarzanych chociażby przez różnorodne technologie. Potrzebujemy, więc interdyscyplinarnego podejścia i współpracy wielu specjalistów. Nie wystarczy „płaska nauka”, a więc jedna tylko specjalność. Właśnie tego rodzaju oddziaływania na środowisko, w postaci jego chemizacji, zaowocowało monokulturami, podobnie jak jedynym sposobem osiągania lepszych plonów — poprzez chemiczne oddziaływanie na nasiona, rośliny czy glebę. Potrzeba obecnie przyjrzeć się wielorakim współzależnościom i konsekwencjom, które przyniósł ten sposób traktowania przyrody, oglądanym zarówno horyzontalnie, jak i wertykalnie. Dotyczy to także oddziaływania substancji chemicznych na środowisko i ludzi w przeszłości, obecnie i w przyszłości.

Autorzy wyraźnie nam uświadamiają, że potrzebujemy spojrzeć na wpływ chemicznych substancji nie tylko w kontekście fizycznego zdrowia człowieka, ale także na jego inteligencję i zdolność reprodukcyjną. Dotyczy to również pozostałych organów wydzielających hormony, gdyż mają one wpływ zarówno na układ odpornościowy, jak i — tą drogą — na zapadalność na liczne choroby cywilizacyjne, z nowotworami włącznie. Obejmuje to także rozwój mózgu i chorób degeneracyjnych z nim związanych, a to wiąże się z trudnościami uczenia się, nadmierną reaktywnością dzieci czy agresją w szkołach.

Niepokój o skutki towarzyszył wielu naukowcom zajmującym się florą i fauną już po drugiej wojnie światowej. Zaobserwowali oni bowiem, zarówno w Kanadzie, jak i w Stanach Zjednoczonych zmniejszenie liczebności orłów, szczególnie młodego pokolenia. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku zwrócono uwagę na podobne zjawisko wśród ryb w jeziorze Michigan, a dziesięć lat później w jeziorze Ontario. Zaczęto wiązać to z wpływem PCB, a następnie DES. Podobne wyniki badań uzyskano w doświadczeniach laboratoryjnych w Anglii na kurczakach, którym podawano dioksyny.

Wykonano także wiele doświadczeń na ptakach w Kalifornii, gdzie zauważono, że skorupki ich jaj stawały się wyjątkowo cienkie po narażeniu ptaków na DDT.

Podobne badanie przeprowadzono na jeziorze Apopka na Florydzie w latach osiemdziesiątych XX w., gdzie stwierdzono zmniejszenie populacji aligatorów, spowodowane zmianami anatomicznymi ich narządów rozrodczych. Pod koniec lat osiemdziesiątych wiele ośrodków w Europie zaczęło prowadzić podobne badania na fokach w Morzu Północnym. Okazało się, że ponad 40% ich populacji wymarła.

W latach dziewięćdziesiątych w Morzu Śródziemnym oraz w okolicach Bałkanów przeprowadzono badania innych zwierząt morskich — delfinów. Wykazywały one, bowiem problemy z oddychaniem oraz nieprawidłowe ruchy i zachowania. W organizmach wielu z tych zwierząt wykazano dwu do trzykrotnie wyższy poziom PCB niż u osobników zdrowych.

W tych samych latach wykonano badania nasienia mężczyzn i okazało się, że w porównaniu do lat czterdziestych i osiemdziesiątych XX w., liczba chorych na raka prostaty wzrosła trzykrotnie. Badania, które prowadzono od lat pięćdziesiątych w różnych krajach świata unaoczniły, że problemy reprodukcyjne ptaków pojawiły się także u ludzi.

Seria badań w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie potwierdziła, że substancją chemiczną, powodującą raka były poliaromatyczne hydrowęglowodory lub PAH — klasa substancji chemicznych, znajdowanych w produktach ropy naftowej lub wytwarzanych przez niekompletne spalanie materiałów zawierających węgiel (rozpoczynając od hamburgerów z grilla po benzynę). Badacze znaleźli wysokie stężenie PAH w tkankach ryb naznaczonych nowotworami, podobnie jak produkty rozpadu tych związków w ich wątrobach.

Inne badania wykazały obecność w Bałtyku syntetycznych organicznych chlorowcopochodnych chemikaliów. Istnieje obawa, że w każdym roku morskie wody są zasilane różnorodnymi substancjami, stąd wyniki tych badań mogą być za każdym razem zaskakujące.

Wyjątkowo szokującymi badaniami były przywołane przez autorów doniesienia naukowe wielu badaczy, trwające już zresztą w latach siedemdziesiątych, dotyczące DDT i innych syntetycznych chemikaliów, zmieniających rozwój płciowy ptaków. Opisano wtedy, że te chemikalia, z DDT włącznie, mogą działać jak żeński hormon — estrogen.

Wcześniejsze badania wykazały, że ekspozycja ptaków płci męskiej na estrogen w trakcie ich rozwoju, ma wpływ na mózg oraz drogi rozrodcze i blokuje zachowania seksualne.

Podobnie Colborn stwierdziła, że feminizacja mężczyzn była konsekwencją zmian hormonalnych. Jeśli następuje napływ odmiennych hormonów, dokonuje się zmiana w odpowiedzi na dany hormon.

Badania wykonano także na ludziach narażonych na syntetyczne pestycydy pod kątem wykrywania nowotworów. Szczególnie dotyczyły one dzieci matek żywionych rybami z Wielkich Jezior. Stwierdzono, że poziom chemicznych substancji u tych matek miał wpływ na rozwój dzieci. Ponadto zauważono, że im większe stężenie PCB, głównej substancji zanieczyszczającej jeziora, tym większe problemy neurologiczne u dzieci, w tym problemy z pamięcią. Powyższe substancje znaleziono także w ludzkiej krwi i tłuszczu, a szczególnie w mleku kobiecym.

Badacze przestali mieć też wątpliwości, że substancje chemiczne znalezione w ciałach rodziców stają się truciznami przechodzącymi z jednego pokolenia na drugie, czyniąc ofiarami zarówno jeszcze nienarodzone dzieci, jak i te bardzo małe. Ponadto stwierdzono, że nawet niewielka zmiana w hormonach przed urodzeniem może mieć znaczący wpływ i poważne konsekwencje dotyczące całego życia, gdyż jak widać, substancje te niszczą cały system hormonalny.

Jeden z badaczy, F. Vom Saal wykazał, że wszystkie hormony „rozmawiają” ze sobą. Są, więc połączone w pętlę: między mózgiem, układem odpornościowym, a systemem hormonalnym, powracając do mózgu. Ta pętla dotyczy chemicznych neuroprzekaźników: a zmiana w jednej części tego kompleksu może mieć nieoczekiwane konsekwencje w całym ciele, ponieważ wszystko jest ze sobą połączone. Podobnie stres matki ma znaczące konsekwencje na rozwój dziecka.

Gdy hormony oddziałują na pewne aspekty rozwoju płciowego nienarodzonego dziecka, mają one także wpływ na układ nerwowy, odpornościowy, tworzenie narządów, które funkcjonują inaczej u kobiet i mężczyzn. Wszystko odbywa się we właściwym miejscu i czasie. Jeśli cokolwiek zakłóci ten krytyczny okres w rozwoju, to może mieć poważne konsekwencje dla całego dalszego ciągu życia dziecka, a następnie dorosłego.

Wiadomo więc obecnie, że syntetyczne chemikalia, jakimi są pestycydy, niszczą hormony, i wykazanie tego związku na zwierzętach wskazuje poważne zagrożenia dla zdrowia człowieka.

Wrócę tutaj do istotnego tematu, który poruszyłam wcześniej, dotyczącego podobnego oddziaływania substancji chemicznych o działaniu hormonalnym, będącymi lekami. Ten wątek ewidentnie unaoczni, że wiele kiedyś głoszonych „teorii” w nauce, może okazać się w perspektywie czasowej tylko hipotezami, nie mającymi przełożenia na życie.

Medycyna np. od lat głosiła, że łożysko jest barierą ochronną przed szkodliwymi substancjami z otoczenia. Okazało się to mitem, który podważyło samo życie. Szczególnie dokonał tego lek o nazwie Talidomid i tragedie z nim związane (począwszy od lat 60.XX wieku), a dekadę później DES (dwuetylostilbestrol) przepisywany kobietom przez omal trzydzieści lat.

W wielu popularnych periodykach świata w czasach stosowania Talidomidu ukazały się liczne informacje o tym, jak przepisywany przez lekarzy lek powodował defekty rozwojowe u nowonarodzonych dzieci. Obrazy tych dzieci bez ramion lub nóg zszokowały cały świat, a szczególnie potencjalnych rodziców.

Zanim jednak odkryto, i to zarówno w Europie, jak i w Australii powiązania między Talidomidem a deformacjami płodu, tysiące ciężarnych kobiet używało go jako środka uspokajającego lub/i zmniejszającego wymioty czy nudności. Jak opisano w literaturze, spowodował on deformacje u co najmniej ośmiu tysięcy dzieci w 46 krajach. Potwierdziło to, że łożysko nie jest żadną barierą dla leków. Pokazało także, że dawki leków zwykle tolerowane przez dorosłych są toksyczne i teratogenne dla nienarodzonych dzieci.

Niektórzy oponenci uważają, że ilość ofiar w stosunku do ilości ciąż i urodzonych dzieci bez wad, jest zaledwie nikłym odsetkiem ogólnej populacji urodzeń. Tymczasem wykazano, że dzieci matek, które brały Talidomid czy DES, które urodziły się bez specjalnych deformacji ciała, miały inne problemy, związane na przykład z sercem, uszkodzeniem mózgu, ślepotą, głuchotą, autyzmem czy padaczką.

Wydawało się więc, że niektóre dzieci i ich matki uniknęły tego rodzaju problemów. W badaniach wykazano jednak, że czas podania Talidomidu czy innych leków, w tym DES, odegrał znaczącą rolę.

Badacze stwierdzili, że nawet niewielkie dawki podawane systematycznie mają wpływ na zaburzenia rozwoju. Małe dawki środków chemicznych czy hormonów syntetycznych, nawet, gdy nie wykazywały efektu w danym momencie, mogą to zrobić w innym czasie.

Można tu więc wrócić do wcześniejszych wyników badań na ptakach czy gadach, aby potwierdzić, że wszystko, co było stwierdzone u nich, okazało się prawdziwe także dla ludzi.

To, co jednak powinno zwrócić uwagę nie tylko opinii publicznej, ale przed wszystkim współczesnych lekarzy, to przywołanie przez autorów książki Skradziona przyszłość badań, które wiązały raka pochwy, szczególnie u młodych kobiet, z ich matkami, które w trakcie ciąży brały syntetyczne estrogeny typu DES. Zaczęło to także otwierać oczy badaczy na tysiące innych chemicznych środków, które powodowały wiele problemów, w tym zdrowia reprodukcyjnego na przestrzeni kilku pokoleń.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 34.65
drukowana A5
za 66.44