E-book
5.46
drukowana A5
20.53
Wakacyjne Zawirowanie

Bezpłatny fragment - Wakacyjne Zawirowanie


Objętość:
51 str.
ISBN:
978-83-8104-238-3
E-book
za 5.46
drukowana A5
za 20.53

Osiedlowe życie

Słońce było już wysoko na niebie, kiedy Stefan otworzył oczy. Dochodziła godzina piętnasta trzydzieści. Na oko niemal dwumetrowa sylwetka przeciągnęła się po wymiętym prześcieradle, ziewnęła i założyła długie jak kajaki pluszowe kapcie.

„Czas coś zjeść” — pomyślał i poczłapał do kuchni. Stefan pracował w nocy, toteż spał w dzień. Był strażakiem, jednak wszystkim wmawiał, że jest astronautą i w nocy lata na Księżyc. Gdy smarował dwudniową kajzerkę margaryną, spostrzegł, że nie ma pasztetu.

— To niewiarygodne! — krzyknął oburzony i otworzył lodówkę w poszukiwaniu innego wyrobu mięsno podobnego. Niestety, znalazł tylko pół cytryny i kostkę rosołową. Zrezygnowany poszedł do salonu. Na stoliku zobaczył niedopitą wczorajszą herbatę w ulubionym kubku. Wypił ją i nagle usłyszał wybuch. Jak na prawdziwego mężczyznę przystało — rzucił się na kanapę i przykrył kocem. Po chwili padło jeszcze kilka wystrzałów. Po chwili pod kocem zrobiło się duszno, więc wstał z kanapy, zaryzykował swoje życie i wyjrzał przez drzwi — z białą flagą w ręku oznajmującą pokój. Tydzień temu był na specjalnym szkoleniu we Francji, na które pojechał tylko dlatego, że był najwyższy. Stefan wiedział jak się zachować w takiej sytuacji.

— Sojusz! Sojusz! — krzyczał.

Na szczęście nic się nie działo. Zarzucił na plecy skórzaną kurtkę i wyszedł z mieszkania. Gdy Stefan schodził po schodach, poślizgnął się i znalazł się na dole o wiele szybciej, niż zazwyczaj. Otrzepał się i wyszedł na ulicę. Okazało się, że to dzieci z sąsiedniego bloku bawiły się niemieckimi petardami, które tak niedawno hałasowały.

— Uff… — odetchnął. Myślałem że znowu jakiś zamach czy coś.

Łup! Petarda wybuchła dosłownie pod nogami Stefana.

— Smarkacze! Nie wiecie, że to jest niebezpieczne?! Jak was dorwę to…

— To co? — odpowiedział zaczepnie Wojtuś, zakała osiedla. — Mam powiedzieć tacie, że mnie pan molestował przy trzepaku?

Stefan był bezradny. Wynajmował mieszkanie w kamienicy, która należała do ojca Wojtusia. Machnął tylko ręką i poszedł dalej.

Do stacji metra Wawrzyszew Stefan miał niedaleko. Postanowił, że odwiedzi swojego najlepszego przyjaciela, Tymoteusza. Kupił bilet i tradycyjnie został przyblokowany przez bramkę. Oczywiście — jak zwykle na peronie tłumy.

„Jest tu z milion ludzi!” — pomyślał, a że był kiepski z matematyki to uwierzył w swoje słowa. Na szczęście udało mu się znaleźć miejsce siedzące. Grzecznie zdjął z niego reklamówki z zakupami — i nawet nie zdążył nic powiedzieć, a już został nazwany przez starszą panią narkomanem, analfabetą i bezbożnikiem. Tak już na tym świecie jest. Ile razy chciałeś sobie usiąść, a napotkałeś zmęczone reklamówki? Stefan, jako że był wrażliwym mężczyzną, bardzo się przejął tą sytuacją. Zaczął się pocić, a zwłaszcza w okolicy oczu. Tłumaczył ludziom w wagonie, że to przez ten dym.

— Ale tu nie ma żadnego dymu — ktoś odpowiedział zdziwionym głosem.

— Właśnie dlatego! — usilnie przekonywał Stefan.

W końcu uświadomił sobie, że jest na stacji końcowej — Kabaty. A dotarło to do niego, kiedy pan, który sprawdzał wagony, poprosił go o wyjście, ponieważ pociąg musiał pojechać do zajezdni. Wyszedł na peron i próbował sobie przypomnieć, jak z Tymkiem szli do jego mieszkania.

— W lewo, w lewo i prawo, tak? No to idę! — powiedział do siebie i poszedł w prawo, w lewo i w prawo. Zorientował się niestety zbyt późno, że jednak poszedł źle.

— Ech, te przejścia podziemne — westchnął.

Czekając na zielone światło na przejściu dla pieszych, zaatakowała go krwiożercza bestia, niczym Cerber, strażnik Hadesu. Uciekając przed nim, mało nie został potrącony przez autobus linii 179.

— Ratunku! Goni mnie potwór! — krzyczał przerażony Stefan.

— Gościu, jamnika się boisz? — krzyknęła grupka nastolatków i zaczęła się śmiać.

— To nie wy walczyliście o życie — odburknął Stefan już bezpieczny, ponieważ właścicielka owej bestii wzięła ją na smycz i zniknęła za rogiem.

W końcu, po pięciominutowym, ale jakże męczącym spacerze, Stefan dotarł pod blok Tymoteusza. Dzwonił domofonem, ale nikt nie odbierał.

„Dziwne — myślał. — Powinien być w domu.”

Jednak szczęście nie opuściło Stefana. Po czternastu minutach stania pod furtką zauważył pana, który chyba wybierał się na jogging. W ten sposób udało mu się wejść na teren osiedla. Gdy wjechał windą na czwarte piętro, podszedł grzecznie do drzwi i zaczął dzwonić. Gdy po kilkunastu razach nikt nie otworzył, Stefan domyślił się o co chodzi i zaczął krzyczeć.

— Otwieraj! Twoje adidasy stoją przed drzwiami!

— Nie wymądrzaj się tak, jestem w sandałach! — odpowiedział głos zza drzwi.

— Otwórz, to ja, Stefan!

— Podaj hasło!

Stefan nie wiedział, jakie jest hasło. Powiedział pierwszą rzecz, jaka mu przyszła do głowy.

— Kiełbasa!

Stefan usłyszał dźwięk otwierających się drzwi.

— Wchodź! Szybko!

Po dłuższej rozmowie wszystko było jeszcze bardziej jasne. Podejrzenia Stefana były słuszne. Tymoteusz miał spore kłopoty. Jego narzeczona dowiedziała się o ilości jego byłych dziewczyn.

— Brachu, jak ty to robisz, że tyle kobiet się w tobie kocha? — spytał Stefan.

Tymek już miał odpowiedzieć, gdy nagle zadzwonił telefon. Odebrał go i powiedział zmienionym głosem: „Pan Tymoteusz poleciał z misją na Marsa”.

Po chwili komórka znów dała znać o sobie.

— Stefan, weź coś powiedz, ja już nie mam siły… — mruknął przygaszony Tymoteusz.

— Halo? Dzień dobry, panicz Tymoteusz jest nieobecny. Wyjechał do Algierii ratować gatunek Puszczyka Plamistego.

Tymek z trudem powstrzymał śmiech.

— Skoro tak bardzo zależy ci na ukryciu się, może zrobimy sobie małe wakacje? — zaproponował Stefan.

— To nie jest taki zły pomysł — odparł. — I nawet wiem, gdzie pojedziemy…

Do dzieła, agencie!

Feliks spoglądał ponuro przez przyciemniane okna budynku agencji. Krople deszczu z impetem uderzały o szybę, jakby chciały przeprowadzić zbrojną akcję terrorystyczną. Nerwowo stukał palcami po blacie w tajnym kolorze, co chwile zerkając kątem oka na drzwi.

— A-Te 11!

— Słucham, szefie?

— Nasz cel to Schabu, przywódca lokalnej mafii. Niewiele o nim wiemy, więc wysyłamy najlepszego. Jest to głośna sprawa. Spotkasz się z informatorem, on przekaże dalsze szczegóły. To tyle. Do dzieła, A-Te 11.

Feliks wyszedł z biura. Otworzył się drogi, włoski parasol i smukła sylwetka zniknęła w strugach deszczu.

„Żebym ja, tajny agent, musiał szwendać się w taką pogodę, i do tego korzystać z komunikacji miejskiej?!” — myślał.

Siedząc w wagonie metra, odczuwał dziwne wrażenie. Wydawało mu się, że ktoś ciągle go obserwuje.

„Pewnie ktoś mnie śledzi!” — pomyślał i dyskretnie zaczął się rozglądać.

Jego oczy napotkały wzrok pewnej starszej pani. Nerwowo patrzyła się na jego biodro. Feliks spojrzał w tamto miejsce.

— Cholera! — energicznie poprawił swoją kaburę i szybko odwrócił wzrok.

„Wścibska starucha — pomyślał. — Wrażeń szuka, czy co?”

Peron był podejrzanie pusty. Feliks dla pewności trzymał rękę na spuście i bacznie się rozglądał. Jednak, gdy nic się nie działo, postanowił ruszyć dalej. Po męczącej wspinaczce po schodach Feliks dotarł na zewnątrz. Włączył swój szpiegowski GPS.

— Pip, pip! — Ekran pokazywał trasę do miejsca spotkania.

Feliks podszedł do kiosku.

— W zeszłym roku o tej porze słoneczko przygrzewało nam ramiona.

— Cii… W takim razie polecam krem z filtrem. Jaki numer?

— A ten jedenasty wezmę.

Wchodź! — powiedział mężczyzna, po czym wszystkie rolety w kiosku zasunęły się.

— Twoim celem jest wniknięcie w szeregi mafii. Po pierwsze — musisz zmienić ubiór.

— Co to ma być!? — krzyknął oburzony Feliks.

— Cicho, bo się wydamy. Dres, a co ma być?

Feliks spojrzał spode łba. Jaskrawo białe adidasy, dresy w kolorze niebieskim i szara bluza „JP”. Punktem zapalnym była czapka z daszkiem w kolorze wściekłego różu.

— Nie ma mowy, nie założę tego! — powiedział zdenerwowany.

— Poczekaj, to nie koniec. Jeszcze to — sięgnął na dno pudła.

Oczom Feliksa ukazał się podrabiany złoty łańcuch.

— Ech… Co dalej? — spytał przygaszony.

— Musimy wymyślić ci jakiś pseudonim. Co powiesz na Pulpet?

— Do jasnej cholery, czy ja wyglądam na pulpeta!? Rozumiem, koleś co jest przy tuszy, ale nie młody, umięśniony agent!

— Hmm… No to lecimy dalej. Serdel, Szponder, ewentualnie Ron…

— Ron? To jest w miarę normalne.

— Od baleron.

— Czemu te wszystkie ksywy muszą być związane z mięsem!?

— Nie ja to ustalałem. Kłóć się z mafiozami.

— Dobra, to zrobimy tak. Ja sobie wymyślę ten pseudonim sam. Masz coś jeszcze dla mnie, czy już mogę spadać i ćwiczyć rolę przygłupiego bandziora!?

— Jeszcze jedno — wręczył Feliksowi teczkę. — Tam masz wszystkie informacje o środowisku, które musisz spenetrować. Bywaj, agencie A-Te 11.

Feliks wyszedł pospiesznie z kiosku z kartonem pod pachą. Wsiadł w autobus tajnej linii i wysiadł na tajnym przystanku. Dla bezpieczeństwa czytelników nie podajemy szczegółów.

Gdy agent wszedł do swojej tajnej kwatery, usiadł na zamszowej sofie przy kominku, nalał sobie schłodzoną, niezmrożoną lemoniadę truskawkową z esencją trawy bambusowej z sekretnego zbocza Australijskiej uprawy i zaczął przeglądać zawartość teczki, którą dostał od informatora. Zagryzając tajnym, ale jakże delikatnym w smaku kabanosem zagłębiał się coraz bardziej w raport.

— Hmm… Lista rzeczy, które trzeba spełnić, aby zostać bandziorem — czytał na głos Feliks.

— Punkt pierwszy. Mieć pirackie płyty z bazaru. Dobra, pomińmy tę kwestię.

— Punkt drugi, palić białoruskie papierosy. Nigdy w życiu! — krzyknął oburzony.

— Punkt trzeci, przerzucić się na dietę kebabowo — zapiekankową.

— Punkt czwarty w nawiązaniu do pierwszego, słuchać disco — polo z pirackiej płyty najgłośniej jak się da.

— Punkt piąty, pluć na chodnik i pytać się nietutejszych, czy mają jakiś problem.

— Punkt szósty, zbierać haracze od niewinnych sklepikarzy.

— Punkt… — Feliks spojrzał na koniec raportu. — Punkt osiemdziesiąty czwarty, nie pożądaj beemki ziomala swego ani łańcucha, który jego jest.

— Co to ma być!? Nie będę się tego uczył! — Feliks cisnął raport w kąt i poszedł w kierunku sypialni.

Łan łej, or anader…

Stefan zerwał się z łóżka. Dzwonił telefon.

— Halo?

— Siema, tu Tymek. Jestem pod twoim blokiem.

— Aha. No ja właśnie zakładam buty i schodzę.

— Okej, to czekam!

Niestety, Stefan był w pidżamie. W panice zaczął krzątać się po mieszkaniu, by po kilku minutach doprowadzić się do porządku.

— Uff… — Odetchnął. Dobrze, że przynajmniej wczoraj się spakowałem.

Wziął walizkę, torbę podróżną, plecak oraz plecaczek i zbiegł po schodach.

— Po co ci tyle klamotów? — spytał zdziwiony Tymek.

— Jak mówi pewne stare chińskie przysłowie: Lepiej być przygotowanym na nic, niż nie być przygotowanym na coś.

Tymek nie wiedział, co powiedzieć, więc tylko wzruszył ramionami i wsiadł do samochodu. Stefan uczynił to samo.

— Tymek?

— No?

— Wiesz co, sprawdzę, czy na pewno wszystko pozamykałem.

— Spoko, przecież nie pojadę bez ciebie.

Stefan nie mógł przecież powiedzieć wprost, że chce mu się siusiu. Był on dosyć wstydliwy, odkąd w trzeciej klasie zsiusiał się w spodnie wmawiając wszystkim w klasie, że złapał go skurcz.

Gdy zrobił, co musiał, przy okazji posprawdzał, czy wszystko jest pozamykane i pozakręcane. Kiedy skierował się do wyjścia, rzuciły mu się w oczy toster i wuwuzela. Wziął obie rzeczy, zamknął mieszkanie i wrócił do Tymoteusza.

— Stary, co ty za manianę odwalasz?

— Te rzeczy są mi bardzo potrzebne!

— Toster, okej, jeszcze zrozumiem, ale wuwuzela!?

— A czemu nie?

— Masz nie robić wiochy!

Stefan zdenerwowany zauważył bawiącego się nieopodal Wojtusia. Podszedł do niego od tyłu i z całej siły zadmuchał w wuwuzelę, po czym odszedł, krzycząc coś o jakiejś zemście i gówniarzach.

— Możemy jechać! — obwieścił Stefan.

Tymoteusz włączył silnik. Ryk silnika V8 można było usłyszeć nawet dwie przecznice dalej.

Piękna wyprawa nie zaczęła się jednak najlepiej. Przy wyjeździe z Warszawy utworzył się ogromny korek.

— No to pięknie! — westchnął Tymek.

Stefan, jakby żyjąc w innym świecie, nucił pod nosem swoją ulubioną melodię. Tymoteusz czuł, że wszyscy wokół patrzą się tylko na niego. Ale okazało się, że wszyscy kierowali wzrok na Stefana, który siedząc w samochodzie Tymka, wyglądał jak wielka modliszka.

— Ile ty masz w końcu wzrostu? — spytał Tymek.

— Dwa metry bez jedenastu milimetrów — odpowiedział z dumą.

Stefan z nudów założył się z dzieciakiem z samochodu obok, kto zrobi straszniejszą minę. Wystarczyło pokazanie górnej jedynki obróconej o sześćset dwadzieścia stopni, aby zniszczyć psychikę temu biedakowi. Rzeczywiście, Stefan zamknął się w sobie.

— Przegrałem dwa batoniki! — szlochał.

— Uspokój się, kupię ci nowe na stacji benzynowej. I tak musimy zatankować — odparł Tymek.

Porsche Panamera Turbo S o mocy pięciuset pięćdziesięciu koni mechanicznych musiało spalać dużo benzyny.

— Stefan?

— Słucham?

— Dołóż się do benzyny.

— Ile?

— Sześćset złotych.

Stefan otworzył swoją portmonetkę w dinozaury.

— Proszę bardzo! — odparł wręczając Tymkowi sześćdziesiąt dziesięciozłotowych banknotów. Tymoteusz ukrył zdziwienie, lecz po chwili wzruszył ramionami i poszedł do kasy.

Gdy Tymek stał w kolejce, Stefan postanowił zrobić dowcip swojemu najlepszemu przyjacielowi. Otworzył bagażnik, wyciągnął jego torbę, wyjął wszystkie rzeczy i przewinął ją na lewą stronę. Wrzucił z powrotem jego rzeczy, zasunął zamek i usiadł w fotelu po wcześniejszym zgięciu się w pół.

— Masz! — powiedział Tymek i rzucił Stefanowi batoniki, który uradowany mógł ruszyć w dalszą podróż.

Wyprawa przebiegała bardzo sprawnie. Piękna pogoda i wiatr we włosach potęgowały chęć odpoczynku od codziennego zgiełku. Promienie słońca świeciły delikatnie, jakby dawały namiastkę tego, co się będzie działo później. Skoczna muzyka w radio aż motywowała do mocniejszego wciśnięcia pedału gazu oraz śpiewania na całe gardło.

— Tymek?

— Słucham?

— Puść jeszcze raz tę piosenkę.

Tymoteusz, choć niechętnie, puścił utwór jeszcze raz. Wiedział jak to się skończy.

— Łan łej, or anader… — krzyczał Stefan, bo śpiewem tego nazwać się nie można.

Tymek, gdyby nie prowadził samochodu, zapewne złapałby się za głowę, albo co gorsza uciekłby do Republiki Konga hodować jeże pigmejskie.

— Jesteśmy! To tutaj! Puste łąki! — zakomunikował Tymek. — Jedyne miejsce w Polsce, w którym most położony jest na zakręcie.

— Zacna informacja do mnie dotarła, przyjacielu — odparł Stefan.

Tymek trochę się zdziwił, ponieważ nie miał pojęcia, że jego najlepszy kumpel potrafi używać takiego słownictwa.


***

Po chwili oczom Stefana ukazał się domek letniskowy. Był ciekawie zaprojektowany, miał trzy poziomy, na najniższym mieściła się kuchnia oraz garaż przerobiony na dodatkowy pokój, do którego można było dostać się od tyłu. Od frontu wchodziło się schodami na ganek, skąd było główne wejście do domku.

Na piętrze znajdował się salon z kominkiem, sypialnia oraz łazienka. Schody z salonu prowadziły w dół do kuchni, i w górę na poddasze, gdzie znajdowały się dwie sypialnie. Domek mieścił się na pięknej, porośniętej starodrzewem posesji.

— Nie tak jak u innych, samo pole, żadnego cienia — mruknął Stefan.

Tymek otworzył bagażnik.

— Kto zrobił mi kebaba!? — warknął.

— No a kto mógł zrobić? — odpowiedział Stefan ze stoickim spokojem.

Obaj wybuchnęli śmiechem.

Domek w środku okazał się niesamowity. Kominek, drewniane schody oraz ten charakterystyczny zapach sprawiały, że Stefanowi zakręciło się w głowie. Niestety, owa woń okazała się dochodzić z jego skarpetek. Tymek pootwierał wszystkie okna i poszedł robić kolację. Było to dosyć łatwe zadanie, wystarczyło włożyć do piekarnika mrożoną pizzę. Po chwili był już na górze, gdzie przy stole czekał Stefan, zajęty oglądaniem kompromitujących zdjęć Tymoteusza z dzieciństwa wiszących na ścianach.

— Nareszcie szamanko! — krzyknął Stefan.

Pizza jak szybko pojawiła się na stole, tak z niego zniknęła.

— Uch! — westchnął najedzony Stefan.

— Kawki? Herbatki? — spytał Tymoteusz.

— Poproszę sojowe moccacino na niespienionym kozim mleku z waniliowym syropem, esencją mango i czterema szczyptami delikatnej masy marcepanowej — odpowiedział Stefan i wrócił do czytania telegazety sprzed czterech miesięcy.

Tymek zszedł do kuchni. Wyjął kakałko Puchatek i zrobił dwie porcje.

— Proszę — powiedział do Stefana wręczając mu kubek.

Delikwent wziął pierwszy łyk.

— Świetna, taka sama jak w tej drogiej kawiarni na starówce.

Tymek zachichotał. Dla odwrócenia uwagi zdezorientowanego Stefana powiedział:

— Chodź, pokażę ci okolicę!

— Nie widzisz, że delektuję się moim kofeinowym naparem dla szlachty? — zdziwił się Stefan.

Tymek podszedł i trzepnął go w głowę.

— No już idę — odpowiedział.

Gdy wyszedł przez drewniane drzwi na ganek, zauważył parę ogromnych kaloszy. Założył je i poczłapał za Tymoteuszem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 5.46
drukowana A5
za 20.53