E-book
31.5
drukowana A5
67.79
Wakacyjna przygoda Lary i Lolka

Bezpłatny fragment - Wakacyjna przygoda Lary i Lolka


Objętość:
57 str.
ISBN:
978-83-8455-339-8
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 67.79

Koniec szkoły i początek największej przygody

W Krzeczynie Wielkim lato zawsze przychodziło po cichu.


Nie pukało do drzwi ani nie ogłaszało się trąbką. Po prostu któregoś ranka powietrze pachniało inaczej — jak trawa po deszczu, rozgrzany asfalt i obietnica czegoś, co jeszcze nie miało imienia.


Tego dnia Lara obudziła się wcześniej niż zwykle. Nie dlatego, że musiała. Przeciwnie — po raz pierwszy od wielu miesięcy nie musiała nic.

Szkoła właśnie się skończyła.


Z plecaka, rzuconego niedbale pod biurko, wystawał zeszyt z ostatnią pracą domową. Lara spojrzała na niego z lekkim uśmiechem, jak na stary obowiązek, który przestał mieć władzę. Przeciągnęła się, otworzyła okno i wypuściła do pokoju ciepły, letni poranek.


— Wakacje… — szepnęła, jakby to słowo mogło się spłoszyć.


Na podwórku zaszczekał Lolek.


Nie był to zwykły szczek. Był w nim pośpiech, radość i coś jeszcze — jakby pies próbował powiedzieć: wstawaj, bo coś się wydarzy.


Lolek był z tych psów, które wiedzą więcej, niż pokazują. Miał miękkie, jasne futro, jedno ucho zawsze trochę bardziej oklapnięte i oczy, w których odbijał się świat w wersji lepszej niż naprawdę był. Gdy Lara zeszła po schodach, czekał już przy furtce, merdając ogonem tak intensywnie, że zdawało się, iż za chwilę odleci.


— Spokojnie, odkrywco — zaśmiała się dziewczynka, zakładając trampki. — Przecież nigdzie nie uciekniemy.


A jednak…


Gdy tylko wyszli na drogę prowadzącą w stronę pól, Lara poczuła to dziwne mrowienie pod skórą. Takie samo jak wtedy, gdy zaczynała się każda ich wcześniejsza przygoda. Jakby świat zrobił krok w bok i odsłonił coś, czego na co dzień nie było widać.


Krzeczyn Wielki wyglądał znajomo: czerwone dachy domów, drzewa pamiętające niejedno dzieciństwo, cisza przerywana odgłosami traktorów w oddali. A jednak tego ranka wszystko zdawało się uważniej patrzeć.


Lolek nagle zatrzymał się przy starej jabłoni, rosnącej na skraju jednej z posesji. Obwąchał ziemię, zakręcił się w kółko i usiadł, patrząc na Larę z powagą niepasującą do psiego pyska.


— Co tam masz? — zapytała, kucając obok.


W trawie, tuż przy pniu drzewa, coś błysnęło. Nie było to nic wielkiego — kawałek papieru, pożółkły i złożony na pół. Lara ostrożnie podniosła znalezisko.


Na kartce widniała linia. Potem druga. A obok nich mały, nierówny znak przypominający strzałkę.


— To wygląda jak… mapa — powiedziała cicho.


Lolek szczeknął krótko, jakby potwierdzając.


Lara nie wiedziała jeszcze, dokąd ta mapa prowadzi. Nie wiedziała, ile razy się zgubi, czego się przestraszy i ile śmiechu przyniosą te wakacje. Wiedziała tylko jedno:


To lato nie zamierzało być zwyczajne.


A ich wakacyjna przygoda właśnie się zaczynała.

Walizka pełna marzeń i jedna zapomniana mapa

Mapa leżała na biurku Lary przez całe popołudnie.


Dziewczynka próbowała ją rozprostować, przyciskając rogi książkami, ale papier był uparty — jakby pamiętał swoje zagięcia i nie chciał zdradzić wszystkiego naraz.


Lolek siedział obok, z łapami wyciągniętymi przed siebie, i obserwował każdy ruch z taką uwagą, jakby od tej kartki zależał los świata.


— To na pewno nie jest zwykły rysunek — mruknęła Lara. — Zobacz… tu jest ścieżka. A tu coś jak… kółko?


Pies przekrzywił głowę i cicho zapiszczał, co u Lolka oznaczało: idziemy tam.


Za oknem popołudnie rozlewało się leniwie po Krzeczynie Wielkim. Z daleka dochodził zapach obiadu, gdzieś zatrzasnęła się furtka, a świat wyglądał tak zwyczajnie, że aż trudno było uwierzyć, iż na biurku leży początek przygody.


Lara westchnęła i zamknęła zeszyt, w którym próbowała narysować mapę od nowa.


— Najpierw wakacje — powiedziała stanowczo. — A wakacje zaczyna się od pakowania.


Wyciągnęła spod łóżka niewielką walizkę w kolorze niebieskiego nieba. Nie była duża, ale Lara wiedziała, że pomieści wszystko, co najważniejsze: ulubioną bluzę, latarkę, notes, ołówek, a także jedną książkę — tę, do której zawsze wracała, gdy nie mogła zasnąć.


Lolek natychmiast uznał walizkę za własność wspólną. Włożył do niej pyszczek, potem łapę, a na końcu… swoją ukochaną, lekko podgryzioną piłkę.


— Tego akurat nie wykreślałam z listy — zaśmiała się Lara.


Gdy pakowanie dobiegło końca, dziewczynka usiadła na łóżku i jeszcze raz spojrzała na mapę. Coś ją w niej niepokoiło — nie sam rysunek, ale fakt, że nigdzie nie było tytułu. Ani podpisu. Jakby ktoś narysował ją w pośpiechu… albo z myślą, że trafi w odpowiednie ręce.


— Myślisz, że ktoś ją zgubił? — zapytała Lolka.


Pies podszedł bliżej i delikatnie dotknął kartki nosem. Potem spojrzał w stronę okna.


Za szybą wiatr poruszył liśćmi starej jabłoni.


Lara nagle zrozumiała.


Nie wszystkie rzeczy są gubione przypadkiem.


Złożyła mapę ostrożnie i schowała ją do kieszeni bluzy, tej z nieco za długimi rękawami. Serce biło jej szybciej — nie ze strachu, ale z tej szczególnej ekscytacji, która pojawia się tuż przed czymś ważnym.


— Jutro — powiedziała cicho. — Jutro sprawdzimy, dokąd prowadzi.


Lolek zaszczekał krótko, jakby składał obietnicę.


Tego wieczoru Lara długo nie mogła zasnąć. Myślała o ścieżkach, których jeszcze nie znała, o miejscach zaznaczonych tylko kreską i znakiem. Myślała też o tym, że wakacje nie zawsze są ucieczką od szkoły.


Czasem są zaproszeniem.


A mapa, zapomniana przez kogoś innego, właśnie zaprosiła ich oboje.

Lolek wyczuwa coś niezwykłego w letnim powietrzu

Poranek przyszedł szybciej, niż Lara się spodziewała.


Słońce wdarło się do pokoju przez uchylone okno, rysując na ścianie jasne plamy, a ptaki urządziły koncert, jakby chciały ją obudzić specjalnie na coś ważnego.


Lolek już nie spał.


Stał przy drzwiach, gotowy do drogi, z ogonem uniesionym wysoko i nosem skierowanym ku podwórku. Powietrze było inne niż wczoraj — cieplejsze, cięższe, pełne zapachów, które pies potrafił czytać jak list.


— Dobrze, dobrze — mruknęła Lara, przeciągając się. — Widzę, że dziś ty jesteś przewodnikiem.


Zeszli cicho po schodach, by nie budzić domu. Kuchnia pachniała wczorajszą herbatą i świeżym chlebem. Lara szybko przygotowała kanapki, wsunęła je do plecaka, a mapę — sprawdzając odruchowo, czy jest na miejscu — schowała do wewnętrznej kieszeni.


Gdy wyszli na zewnątrz, Krzeczyn Wielki jeszcze ziewał. Drogi były niemal puste, a powietrze drżało lekko, jakby coś niewidzialnego poruszało się między domami.


Lolek nagle przyspieszył. Nie ciągnął, nie szarpał — po prostu wiedział, w którą stronę iść.


Zaprowadził Larę poza znane ścieżki, tam, gdzie asfalt ustępował miejsca ziemi, a znaki drogowe przestawały mieć znaczenie. Dziewczynka czuła, jak każdy krok oddala ją od zwyczajności, choć wciąż była tak blisko domu.


— Nigdy tu nie chodziliśmy — zauważyła.


Lolek odpowiedział cichym warknięciem, które w jego języku oznaczało skupienie.


W pewnym momencie zatrzymał się nagle. Zadarł pysk i wciągnął powietrze tak głęboko, jakby próbował zapamiętać ten zapach na zawsze. Lara też poczuła coś dziwnego — nie zapach, ale ciszę. Głęboką, gęstą, jakby las wstrzymał oddech.


— Lolek…? — szepnęła.


Pies zrobił kilka kroków w bok i odsłonił wąską ścieżkę, ledwie widoczną między trawami. Na mapie była zaznaczona dokładnie taka sama linia.


Serce Lary przyspieszyło.


— To tutaj.


Ścieżka prowadziła w głąb zieleni. Z każdym krokiem świat za plecami cichł, a przed nimi pojawiało się coś nowego — stare pnie drzew, kamienie porośnięte mchem, ptaki obserwujące ich z ukrycia.


Lolek poruszał się pewnie, jakby już kiedyś tędy szedł. Od czasu do czasu odwracał głowę, sprawdzając, czy Lara nadąża.


— Jestem — zapewniała go szeptem.


Nagle powietrze zadrżało. Nie było to nic, co dałoby się zobaczyć — raczej uczucie, jak gdyby świat przesunął się o milimetr. Lara zatrzymała się, czując lekkie mrowienie w dłoniach.


— Czujesz to? — zapytała.


Lolek usiadł i spojrzał na nią poważnie. Jego ogon przestał się poruszać.


Coś było przed nimi.


Nie niebezpieczne — ale ważne.


Dziewczynka sięgnęła do kieszeni po mapę. Gdy ją rozłożyła, papier lekko zafalował, jakby reagował na miejsce, w którym się znaleźli. Strzałka na rysunku wskazywała dokładnie przed siebie.


Lara uśmiechnęła się, choć serce biło jej jak szalone.


— No dobrze — powiedziała cicho. — Prowadź.


A Lolek, wyczuwając w letnim powietrzu coś, czego nie potrafiłby nazwać, ruszył pierwszy.


Przygoda właśnie zrobiła kolejny krok naprzód.

Tajemnica starego roweru spod jabłoni

Ścieżka zakończyła się nagle, jakby ktoś narysował ją tylko do tego miejsca. Przed Larą i Lolkiem rozciągała się niewielka polana, ukryta głęboko między drzewami. Słońce docierało tu nieśmiało, rozszczepione przez liście, a powietrze było chłodniejsze niż gdziekolwiek indziej.


Na środku polany stała jabłoń.


Stara, rozłożysta, z pniem tak grubym, że dwoje dorosłych ledwo objęłoby ją ramionami.


— To ta sama… — szepnęła Lara.


Pod jabłonią, częściowo przykryty trawą i mchem, spoczywał rower. Miał wygiętą ramę, zdartą farbę i dzwonek, który dawno przestał dzwonić. Wyglądał tak, jakby ktoś zostawił go tu wiele lat temu — i nigdy po niego nie wrócił.


Lolek obszedł rower dookoła, powąchał siodełko i zatrzymał się przy przednim kole. Zaszczekał krótko, ale nie radośnie. Raczej z namysłem.


— Nie jest zepsuty — zauważyła Lara, dotykając kierownicy. — Po prostu… zapomniany.


Gdy się pochyliła, zauważyła coś jeszcze. Do ramy roweru był przywiązany cienki sznurek, a na jego końcu wisiał mały, metalowy kluczyk. Zmatowiały, chłodny w dotyku.


— Lolek… spójrz.


Kluczyk nie pasował do roweru. Lara była tego pewna. Był zbyt delikatny, zbyt starannie wykonany, jakby przeznaczony do czegoś ważniejszego.


W tej samej chwili wiatr poruszył gałęziami jabłoni. Kilka jabłek spadło na trawę z głuchym stuknięciem, a w powietrzu rozszedł się zapach lata i wspomnień.


Lara nagle poczuła, że to miejsce pamięta.

Nie ludzi — ich kroki, śmiech, pośpiech, dziecięce sekrety szeptane pod drzewem.


— Ktoś tu był przed nami — powiedziała cicho. — I chciał, żeby ktoś jeszcze przyszedł.


Mapa, którą wyjęła z kieszeni, zadrżała lekko w jej dłoniach. Linia kończyła się dokładnie przy kółku, narysowanym obok małego symbolu przypominającego jabłko.


— To nie koniec — stwierdziła Lara.


Lolek nagle podniósł łeb. Znieruchomiał. Jego uszy drgnęły, a ogon uniósł się powoli.


Z głębi lasu dobiegł dźwięk.


Nie był to krok ani głos. Raczej odgłos starego metalu poruszanego przez wiatr — jakby coś bardzo dawno zamkniętego próbowało przypomnieć o swoim istnieniu.


Lara ścisnęła kluczyk w dłoni.


— Chyba właśnie znaleźliśmy pierwszą wskazówkę — powiedziała.


Rower stał nieruchomo pod jabłonią, ale dziewczynka miała wrażenie, że patrzy na nich — cierpliwie, jakby czekał na właściwy moment.


A wakacyjna przygoda Lary i Lolka nabrała tempa, którego nie dało się już zatrzymać.

Pierwsza noc poza domem i gwiazdy, które mrugają porozumiewawczo

Do domu wrócili później, niż planowali.


Słońce chyliło się ku zachodowi, a niebo nad Krzeczynem Wielkim przybrało kolor rozlanej moreli. Lara czuła w nogach przyjemne zmęczenie — takie, które nie boli, tylko przypomina, że dzień był prawdziwy.


Kluczyk spoczywał bezpiecznie w kieszeni jej bluzy. Co jakiś czas dziewczynka dotykała go palcami, jakby musiała się upewnić, że nie był snem.


— Zostaniemy dziś na dworze — powiedziała nagle, zatrzymując się na skraju ogrodu. — W namiocie.


Lolek spojrzał na nią z zachwytem. Dla niego każda noc pod gołym niebem była świętem.


Rozstawili namiot pod starym orzechem. Materiał szeleścił, śledzie opierały się ziemi, a światło dnia powoli ustępowało miejsca granatowi. Lara zapaliła małą latarkę i ułożyła plecak przy wejściu.


Gdy zapadła noc, niebo roziskrzyło się gwiazdami. Było ich więcej niż zwykle, jakby postanowiły zejść bliżej i sprawdzić, co knują dzieci i psy w wakacyjne wieczory.


— Myślisz, że ktoś nas obserwuje? — zapytała Lara półżartem.


Lolek uniósł pysk i cicho zaszczekał. Nie w stronę domu. Nie w stronę drogi. W stronę nieba.


Dziewczynce wydało się, że jedna z gwiazd zamrugała.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 67.79