E-book
12.29
drukowana A5
34.79
drukowana A5
Kolorowa
59.07
Wakacje na końcu świata

Bezpłatny fragment - Wakacje na końcu świata

Tylko dla odważnych

Objętość:
153 str.
ISBN:
978-83-8155-973-7
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 34.79
drukowana A5
Kolorowa
za 59.07

Rozdział I

Wakacje za miesiąc i dwa tygodnie. Elektryzująca propozycja. Chłopcy zapadają się…


Słońce przesiewało się przez zasłony w pokoju stołowym. Okna wpuszczały do mieszkania tysiące litrów powietrza nasyconego wonią drzew i kwiatów, krzewów i dalekich łąk, które po niedzielnym deszczu wybuchły soczystą zielonością. Do końca roku szkolnego został miesiąc i dwa tygodnie. Te „tygodnie” można sobie jeszcze podarować, przeminą zapewne błyskawicznie.

— Kupiłem wspaniałe ciastka — rzekł ojciec Krzyśka i Michała, wchodząc zamaszyście do mieszkania.

— Czyżbyśmy obchodzili jakieś święto? — spytała mama zajmująca się właśnie obieraniem ziemniaków.

— Chyba nie — powiedział z wahaniem ojciec. — Spójrzmy jednak do kalendarza. — Począł przewracać kartki w wiszącym na ścianie bloczku. — Taaak… No i proszę: imieniny obchodzi akurat Bonifacy.

— Bo-ni-facy? — Nóż wypadł mamie z rąk i wbił się na sztorc w największy ziemniak.

— Właśnie. — Ojciec skrzywił się. — To takie dźwięczne imię.

— Wydaje mi się, że żadnego takiego nie znamy, co?

— To nie stanowi żadnej przeszkody! — Ojciec wzruszył ramionami i w tym momencie sporych rozmiarów paczka z głuchym plaśnięciem uderzyła o podłogę.

— Niech żyje twój Bonifacy! — powiedziała ze śmiechem mama.

— Dołączam się bez wahania do tych życzeń! — Ojciec spoglądał z góry na paczuszkę.

— Popełniłabym nietakt mówiąc, że jesteś niezdara. — Mama wpadła w ironiczny nastrój. — Wszystko jednak na to wskazuje, kolego mężusiu. Uważaj, nie nadepnij przypadkiem na to, co leży na podłodze.

Ojciec stał wyraźnie stropiony.

— Cóż… Zamiast pojedynczych ciastek będziemy jedli tort pod nazwą „kremowa mieszanka domowa”.

— Pozbieraj łaskawie tę swoją mieszankę, zanim chłopcy wtargną do mieszkania i kilkakroć po niej przebiegną.

Wkrótce masa ciastkowa znalazła się na talerzu, ukształtowana specjalnym szerokim nożem.

— Przygotowałem dla chłopaków wakacyjną propozycje — rzekł tajemniczo ojciec, płucząc dłonie z kremu i czerwonej galaretki, która znalazła się również na mankiecie białej koszuli.

— Wspaniale — ucieszyła się mama. — Czy możesz zdradzić ją już teraz?

— W żadnym wypadku. Dopiero w ich obecności.

— Kryje się za tym jakiś podstęp. — Mama zmarszczyła nos. — Znam was wszystkich, moi kochani, znam zbyt dobrze…

Nie udało jej się jednak skończyć myśli, drzwi bowiem otworzyły się z łoskotem i chłopcy wpadli do wnętrza. Śmiali się do rozpuku. Michał zaś stanął przed lustrem,

w którym ujrzał dziesięciolatka umazanego sadzą nie tylko na twarzy i dłoniach.

— Jak ty wyglądasz? — Mama złapała się za głowę. Ojciec wychylił się z kuchni, parsknął śmiechem i schował się z powrotem. — Kto będzie to teraz prał? — spytała mama, wyraźnie nie podzielając ogólnej wesołości. — Ja? O, nie, przyjacielu! Rozbierzesz się natychmiast w łazience. Do rosołu, zrozumiałeś? Wyszorujesz się i wypierzesz swoje rzeczy. Jasne?

— Pewnie — odparł Michał, który kolejność czynności od dawna znał na pamięć.

— Tylko szybko — dorzucił ojciec. — Mam dla was nowinę. I to jaką!

— Nowinę?! — Chłopcy błyskawicznie znaleźli się w kuchni.

— Zmykaj stąd! — krzyknęła mama, sadza bowiem sypała się z chłopaka jak z przewodu kominowego.

Po chwili z łazienki dał się słyszeć szum wody. Krzysiek natomiast obejrzał apetyczny półmisek, popatrzył na ojca ze współczuciem i zajął się czytaniem Faraona.

Tort znalazł się w pokoju. Wokół tacy poustawiano brązowe talerzyki i szklanki do kompotu. Mama zdjęła fartuch, nałożyła odpowiednie porcje i zasiadła w fotelu. Michał w całości wepchnął w usta swoją porcję, Krzysztof zaś, jak zwykle, spokojnie przystępował do eleganckiej konsumpcji.

— Rok szkolny niedługo się kończy, prawda? — spytał ojciec.

— Mmmm — wymamlał Michał przez krem.

— Zgadza się — uzupełnił Krzysiek.

— Macie już jakieś plany wakacyjne?

Michał połknął resztki ciasta, popił szybko kompotem i odparł:

— Przede wszystkim niczego nie będziemy się uczyć. Zamkniemy książki na kłódkę…

— …albo dwie — dodał Krzysiek.

— Na dwie. — Michał przyjął wniosek starszego, bardziej doświadczonego brata.

— I co potem?

Zapadła cisza. Chłopcy spojrzeli po sobie. Miny mieli niezdecydowane.

— Nie macie żadnych planów? Hm… Mogę wam w tym nieco pomóc. Mam pewną propozycję, którą możecie rozważyć… — Ojciec zawiesił głos i począł wycierać okulary. Michałowi uszy wyrosły niemal do sufitu, Krzyśkowi jeszcze wyżej. Zastygli w kamiennych pozach oczekując dalszego ciągu.

— Nałóżcie sobie jeszcze torciku — wtrąciła mama. Cisza trwała nadal.

— Tato… — Michał nie wytrzymał.

— Jak ci poszło dzisiejsze dyktando? — spytał ojciec.

— Dyktando? — Michał zupełnie nie rozumiał, o co chodzi.

— Mieliście pisać.

— Pisać… Aha, dyktando? Poszło. Nie ma stopni. A co z wakacjami?

— Zjedzcie coś jeszcze — wtrąciła mama.

— Mam zatem dla was pewną propozycję. — Ojciec podjął wreszcie temat. — Nie wiem tylko, czy nie za wcześnie o tym mówić. Jeszcze przecież półtora miesiąca. Coś się do tego czasu może zmienić.

— Tato — jęknął Krzysiek.

— Dobrze już, dobrze. Zaspokoję waszą ciekawość. Otóż…

— Może torciku? — Mama myślała wciąż o jednym.

— Przedstawia się to następująco: razem z Olą i Asią pojedziecie nad jezioro. Sami, bez rodziców. Będziecie mieszkać u znajomego gospodarza…

Obydwaj młodzieńcy zapadli się trzy piętra niżej, aby po chwili znów pojawić się przy stole. Michał chwycił pełny dzban kompotu i wychylił go duszkiem, Krzysiek natomiast połknął wielki kawał tortu nieledwie z talerzem i dostał przeraźliwej czkawki.

— Co powiecie, panowie? — zapytał ojciec, choć widział, jak niesłychane wrażenie wywarły jego słowa.

— Mogę się włączyć? — Mama miała jakieś wątpliwości.

— Oczywiście. — Ojciec natychmiast domyślił się, o co chodzi.

— Pojadą sami?

— Pewnie, że tak — Krzysztof chwilowo objął przewodnictwo obrad. — Byliśmy już na kilku obozach harcerskich. Wszędzie była woda, w Ustce, w Czernicy czy w Olsztynku…

— Dzieci będą pod opieką pana Maszopy — stwierdził ojciec uspokajająco.

— Jednak jezioro, las, dzikie zwierzęta… — Mama zaczynała lament, do którego rozwinięcia nie wolno było dopuścić. Obrady stałyby się mniej rzeczowe.

— Wszystko załatwione. Maszopowie nie mają dzieci, z radością więc zgodzili się na naszą propozycję.

— Jak długo tam będziemy? — Michał miał wypieki na twarzy, oczy błyszczały mu z podniecenia.

— Miesiąc.

— Wspaniale! — Krzysiek wstał i założywszy ręce do tyłu zaczął spacerować po pokoju. — Musimy wyposażyć się w wędki, a do tego jeszcze…

— Chwileczkę. — Ojciec przerwał rozpoczynająca się wyliczankę.

— A co na to Żarliccy? — Mama chwyciła się ostatniej deski ratunku.

— Adam zapalił się do pomysłu i pojechał ze mną do Maszopów. Albo raczej ja z nim, bo wybierał się właśnie służbowym samochodem na Kaszuby. Byliśmy tam już kiedyś razem. Krysi natomiast zrobiło się słabo, ale to dzielna mama. Zgodziła się, pytając jednocześnie, jakie jest twoje zdanie.

— Moje zdanie jest niepewne — rzekła mama.

— Chłopcy, podziękujcie matce za zgodę. — Ojciec mrugnął do nich porozumiewawczo. Rzucili się jej na szyję.

— Róbcie, co chcecie. — Pani Maria machnęła ręką, opędzając się od wątpliwych, choć gwałtownych pieszczot. — To są ostatecznie męskie sprawy…

— Jeżeli więc doszliśmy do porozumienia — ojciec uderzył dłonią w stół — idziemy dzisiaj do Adamów. Przedyskutujemy problemy natury operacyjno-taktycznej, chłopaki zaś dogadają się z dziewczynami i zaplanują jakieś działania. Co wy na to?

Po południu wybrali się do przyjaciół. Wiele spraw było do omówienia.

Rozdział II

…a po południu uzgodniony zostaje plan operacyjno-taktyczny. Zalakowana butelka ląduje na szafie.


Dziewczęta wróciły ze szkoły jak gdyby nigdy nic. Wyglądały zupełnie normalnie, prawie tak samo jak rano, kiedy wychodziły z domu.

Starsza, Asia, dbała już po kobiecemu o szczegóły stroju, zdarzało jej się nawet korzystać z maminych kosmetyków zajmujących odpowiednią część łazienkowej szafki. Ostatecznie piętnaście lat to nie byle co. Natomiast Oleńka, żywa jak iskra dwunastolatka, z pogardą odnosiła się do zabiegów siostry.

Po południu zaterkotał dzwonek u ich drzwi. Chłopcy chrząkali z jednej strony, dziewczyny z drugiej. Michał miał przed nosem klamkę, Krzysiek tabliczkę z nazwiskiem. Proporcje za drzwiami były podobne, choć Ola wyższa była od Michała, Asia zaś od Krzyska.

— Tylko spokojnie, bez ryków, wrzasków i rozbijania mebli, proszę panów — mruknął ojciec. — U ciotki roztrzaskaliście rozsuwane drzwi…

— Same się zbiły! — Michał aż podskoczył z oburzenia. — Ja tylko chciałem je zamknąć!

— A Krzysiek w tym samym czasie próbował je otworzyć, prawda?

Klamka drgnęła i gości zaproszono do środka.

Dzieci natychmiast znikły w niewielkim pokoiku. Tutaj, wśród zdjęć zespołów Lady Pank, Modern Talking i fotografii ulubionych piosenkarzy oraz przy dźwiękach dobywających się z kasetowego magnetofonu, można było omówić wakacyjne plany.

— I co? — spytała Asia.

— No… — odpowiedział Michał.

— Nie ma sprawy — bąknął Krzysiek.

— Jedziemy? — zawahała się Ola.

— Pewnie, że jedziemy! — podsumowała Asia. — Cały miesiąc luzu rozumiecie? Byliście tam kiedyś?

— Nad tym jeziorem jeszcze nie. Ale rejon jest piękny. Wielkie lasy, woda, rzeczki, tatarak, szuwary… Wspaniale. A ryby jakie! Jak odtąd dotąd…

— Nie bredź, takie są rekiny.

— Większe.

— Rekiny? — włączył się Michał. — Rekiny żyją w morzach. — I to ciepłych.

— Nikt przecież nie mówi, że w jeziorze.

— Asia powiedziała.

— O, rany, mówiłam tylko, że takie wielkie rybska, jak pokazał Krzysiek, to są rekiny.

— Albo jeszcze większe…

Ola natychmiast pokłusowała do rodziców, którzy tylko czekali, aby odpowiadać na rozmaite pytania.

— Tato, jak duże są rekiny?

— Zaczyna się, proszę państwa. Jak w tym starym dowcipie o spóźnionym gościu w barze mlecznym… Duże.

Ola nie ustępowała, podskakując w miejscu. Pan Adam chrząknął.

— Otóż, moje dziecko — zaczął — rekiny, jak mi wiadomo, to morskie drapieżniki. Bardzo są niebezpieczne dla pływających w wodzie ludzi, atakują ich bowiem bez ostrzeżenia. Niektóre nawet plaże w ciepłych krajach ogrodzono specjalnymi płotami, mającymi chronić…

— A długość?

— Tych płotów?

— Ależ nie, tato, rekina.

— Aaaa, rekina? No, spora, spora. Gdybyśmy chcieli je porównać z innymi morskimi stworzeniami…

— Jak stąd do telewizora i jeszcze dwa kroki — włączyła się pani Krystyna.

— Dobra — Oleńka odwróciła się na pięcie i wpadła do pokoju. — Jak stąd do telewizora i dwa kroki — powiedziała, rozkładając ramiona.

— Stąd?

— No, niezupełnie, mama tak mówiła w tamtym pokoju.

— Gdybyś weszła do kuchni albo pobiegła do kiosku — Asia parsknęła ironią — też tak to byś określiła? Opanuj się, dziewczyno.

Krzysiek szarpał nerwowo obicie kanapy, aż w końcu nie wytrzymał:

— Przecież rekinów nie ma w jeziorze, zgadza się? O co więc chodzi, do stu piorunów? W ten sposób nigdy nie omówimy całej operacji.

— Właśnie… Zamilkli, spoglądając na siebie, jakby na chwilę zapomnieli, o czym mają dyskutować. A czas płynął wartko i nie należało go marnować

— Dlaczego zapadła tam taka cisza? — spytała pani Maria w drugim pokoju, przyzwyczajona już widocznie do nieustannego hałasu.

— Może dogadali się… — wyraził przypuszczenie pan Adam. — Albo myślą, co nie zdarza się znowu tak często — powiedziała ze śmiechem pani Krystyna. Cisza jednak nie trwała długo. Tyle tylko, ile trzeba na złapanie głębszego oddechu. Pojemność płuc cała czwórka miała podobną, w pewnej chwili wszyscy zaczęli mówić jednocześnie. Harmider podniósł się piekielny, drzwi wygięły się niemal w stronę korytarza, rodzice zaś uśmiechnęli się do siebie: no i proszę, dzieci są zdrowe i całe.

— Przyniosłem mapę!!! — przebił się głos Krzyśka. — Mapę, słyszycie?

— Pokaż!

Wielobarwna płachta znalazła się na podłodze, przykrywając dywan. Krzysztof wygrzebał z jednej z licznych kieszonek masywną busolę i zorientował mapę względem północy.

— Gdzie to jest? — spytała Ola. Siedli, kucnęli lub położyli się w takich miejscach, aby napisy nie były do góry nogami. W dłoni Michała znalazło się potłuczone na brzegach, silne szkło powiększające. Gdy przyłożył je do oka, wydało się ono większe od głowy. Ola parsknęła śmiechem.

— Ładny jesteś! — wykrzyknęła. Michał zrobił niemądrą minę.

— A bo co?

— Przez to szkło masz pyszczek jak hipopotam, a nos powiększył ci się do rozmiarów dużego kalosza.

— Dajcie spokój! — Asia, czując burzę w powietrzu, zareagowała natychmiast. — Musimy przecież ustalić wszystkie szczegóły. Krzycho, gdzie jest nasza baza? Pokaż nam dokładnie na tej mapce.

Krzysztof wskazał palcem błękitne oczko jeziora na zielonej płaszczyźnie lasów. Do jeziora wpadała mała, kręta rzeczka, wypływająca z drugiej strony rozlewiska. Gdzieniegdzie dały się zauważyć kreseczki mokradeł.

— Z dojazdem będą kłopoty — rzucił Krzysiek, marszcząc brwi i sunąc nosem po papierze. — Kolej tam nie dochodzi, można najwyżej wysiąść na tej tutaj stacji, a potem kilka kilometrów pchać się pieszo.

— Przez las? — zdziwiła się Ola. — Też coś! Jest droga, ale taka podrzędna, wiejska. Prowadzi do jeziora i tam się kończy. — Koniec świata… — szepnął Michał.

— Wakacje na końcu świata! — Ola wstała i poczęła wirować z szybkością tysiąca obrotów na minutę.

— Uważaj, bo przewiercisz się do sąsiadów — ostrzegła Asia. Skrzypnęły drzwi i w szparze ukazała się jasna głowa pani Krystyny.

— Ułożyliście plany?

— Zaraz weźmiemy kartkę i będziemy wszystko zapisywać. — Przede wszystkim duże plecaki — powiedział Krzysiek, który jako doświadczony harcerz w stopniu tropiciela nieźle był przygotowany do organizowania podobnych imprez. Dziewczęta poczęły nagle żałować, że nie mają chomika, który byłby wspaniałym towarzyszem ich przygód. Kiedyś przyjaźniły się z takim stworkiem, który odszedł niestety do krainy wiecznych łowów po zjedzeniu czegoś, co nie było dlań przeznaczone. Potrafił stawać słupka, biegł na zawołanie, a nawet lubił czasem wspiąć się po ramieniu i siedzieć tuż przy twarzy.

Michał, dostosowując się do tematu zoologicznego, zaplanował współudział Reksa. Był to wilczur-niewilczur, duży i ciemny, żywo reagujący na ludzkie słowo. Stał się ich kompanem podczas różnych indiańskich i wojennych zabaw, jakie z kolegami urządzali w okolicznych lasach. Był też ulubieńcem Oli i Asi — witał je zawsze z niesłychaną wesołością, połączoną z wydawaniem zdumiewających szczeknięć, pisków i jęków.

— Wpisujemy Reksa na listę załogi! — rozdarł się Michał.

— Załoga? — Asia skoczyła na równe nogi. — To zupełnie dobry pomysł!

— A co będziemy tam robić? — Ola podłożyła się na dywanie i pstryknęła długopisem.

Zaczęli wykrzykiwać rożne pomysły. Jazgot znów powstał okropny, aż w pokoju, gdzie rodzice raczyli się kawą, zachwiała się ogromna donica z rozłożystą paprocią. Dwugodzinna narada doprowadziła do uzgodnienia wielu ważnych szczegółów, a mianowicie: Wakacje mają być fajne. Albo jeszcze lepsze. Będziemy się kąpać. I zbierać grzyby. Coś ty! W lipcu nie ma grzybów! A są! Zobaczymy na miejscu. Popłyniemy łodzią. Jeżeli będzie. Na pewno będzie! Łapać będziemy ryby. Na haczyk i do siatki. Wycieczka dokoła jeziora. Pieszo. Albo rowerem. Skąd weźmiesz rower? Zbudujemy szałas. Resztę ustalimy na miejscu. I starym nic nie mówimy. Dobra!

Protokół sporządziła Ola, następnie odczytała — jak na ważnej, międzynarodowej konferencji — i wszyscy złożyli pod nim swoje podpisy. Dokument zawinięty został w rulonik, wepchnięty do butelki, którą Krzysiek solidnie zalakował. Kilka kropel laku i wosku ze świecy kapnęło na dywan, co miało już na wieki pozostać pamiątką po tej historycznej naradzie.

Do lipca zostało jednak trochę czasu. Trzeba więc jeszcze było — choć z wielką przykrością — odłożyć plany wakacyjne, zawarte w zalakowanej butelce, na półkę. W szkołach nauczyciele z zadziwiającym zapałem nadal stawiali stopnie, jakoby w ogóle nie zdawali sobie sprawy, że przyroda staje się coraz bujniejsza, pachnąca, i że wszystkim o tej porze roku ubywa nieco rozumu. Tymczasem na całym świecie nauczyciele w tych właśnie tygodniach przed wakacjami wyciskają z uczniów ostatnie poty. Nie mają zatem ani krzty litości. Ha! Ale trzeba z nimi żyć w zgodzie, choć zupełnie nie mają pojęcia, co to są wakacje. Wakacje…

Rozdział III

Koniec roku szkolnego. Mieszkanie w ruinie. Nareszcie sami.


Ostatni dzień roku szkolnego wypadł godnie i wspaniale. Chłopcy ubrali się, a jakże, w ciemne garnitury, które — choć nie szyte na miarę — wyglądały zupełnie nieźle mimo za długich, u Michała, rękawów i zbyt krótkich nogawek Krzyśka. Białe koszule ozdobione zostały krawatami, zawiązanymi na modny węzeł à la główka kapusty, buty — wyczyszczone, fryzury zaś skropione wodą bieżącą i gładko ulizane.

Dwie wyprostowane sylwetki, nie zginając prawie nóg, aby zachować wyprasowane kanty, wyszły z domu w szyku torowym, a więc jedna za drugą. W taki też sposób pomaszerowały w kierunku szkoły, aby tam, uroczyście i poważnie, odebrać świadectwa.

Zniknęły wkrótce za horyzontem, na który się składał odrapany murek (cóż, w mieście tak właśnie bywa), zakrywający dymiące zwykle śmietniki. Można by przypuszczać, że chłopcy po jakimś czasie pojawią się znowu w polu widzenia, by kontynuować posuwanie się do uczelni. Nic bardziej błędnego!

Gdybyśmy spojrzeli, nawet ukradkiem, za wspomniany murek, ujrzelibyśmy ich w innej zgoła sytuacji. Z zapałem bowiem — o zgrozo! — dekompletowali oni włożony przed godziną uroczysty strój…

Po bez mała pięciu godzinach nasi młodzi przyjaciele wrócili z oddalonej o pół kilometra szkoły, prezentując się jednak zupełnie, ale to zupełnie inaczej! Poświęćmy im z tego powodu chwilę uwagi, nie sposób bowiem opuścić tak ważnego w ich życiorysie wydarzenia. Po otrzymaniu świadectw gromadka chłopców, a w ich gronie — jak zwykle — Krzysztof i Michał, udała się do pobliskiego lasu, aby tam bez pamięci oddać się zabawie w Indian. Toteż kanty w spodniach zniknęły bez śladu, na ich miejscu zaś Michał niósł dwie potężne dziury. Zrobiły się one „same”, podczas szaleńczego pościgu za zbiegłym jeńcem, wskutek zahaczenia nosiciela spodni o wystający korzeń. Zakotłowała się wówczas ziemia, kamienie prysnęły w niebo, rozmokła glina rozstąpiła się na boki, a słońce na moment zgasło. Wrzask podniósł się okropnie, jeniec umknął i był już o tysiące kilometrów, Michał zaś zbierał porozrzucane na wszystkie strony swoje ręce i nogi, aby móc kontynuować tak wspaniale rozpoczętą akcję.

— Poczekaj, ty..! — ryknął w stronę krzaków, rzucił się głową w ich kierunku i po chwili szamotał się w kolczastej gęstwinie, z której Apacze musieli go wyciągnąć, albowiem o własnych siłach uczynić tego w żaden sposób nie potrafił. W trakcie tej skomplikowanej operacji rękaw prawie całkowicie odłączył się od marynarki.

Koszule, które jeszcze rano można było uznać za białe, teraz miały kolor soczystego błota. Krawat Michała znalazł się w kieszeni, Krzyśka natomiast gdzieś na przydrożnym drzewie — stał się w ten sposób znakiem rozpoznawczym dla indiańskiego patrolu. W marynarki, pieczołowicie odprasowane poprzedniego dnia, nawbijało się tyle sosnowych igieł, że wyglądały jak pancerz jeża. W kieszeniach spodni natomiast spoczywały poczwórne złożone świadectwa, potraktowane bez należytej czci, jaką okazywać trzeba wszelkim podpisanym i ostemplowanym dokumentom.

Po wejściu do domu spowodowali kolejny, zupełnie normalny w podobnych sytuacjach atak nerwowy mamy. Z krzykiem i szlochem zamknęła się w łazience, zabarykadowała drzwi i wielkim głosem orzekła, że nie wyjdzie stamtąd do końca świata. Woli bowiem oglądać cieknący kran niż dwóch obdartusów i nędzarzy, którzy mają czelność nazywać się jej synami.

Ojciec natomiast, ujrzawszy włażące do mieszkania potwory, zassał w płuca taką ilość powietrza, że mógłby polecieć wprost na księżyc.

Kilkugodzinna kosmetyka połączona z prezentacją świadectw doprowadziła do tego, że chłopcy z indiańskich wodzów, wielce sfatygowanych zażartymi bojami, przemienili się na powrót w normalnych ludzi, mogących pokazać się cywilizowanemu światu.

Odmiana ta przebiegła o tyle sprawniej, że okazywanie cenzurek nie było najlepszym z dotychczasowych występów Krzysztofa i Michała na rodzinnej scenie. Wetknięte tu i ówdzie tróje nie za dobrze świadczyły o ich przykładaniu się do nauki.

Nadszedł wreszcie wielki dzień przygotowań do wyjazdu. Dzień z niecierpliwością przez chłopców oczekiwany. Pootwierano szafy, aby wydobyć z nich wszystko, co mogło być potrzebne na wakacjach. Mieszkanie przybrało więc wygląd magazynu odzieżowego, w którym eksplodowała bomba znacznych rozmiarów.

Chłopcy z taką energią przystąpili do kompletowania wyposażenia, iż w pewnej chwili nie można już było dobrać skarpetek do pary, sznurówek do butów ani bielizny do właściciela.

Miary nieszczęścia dopełnił Reks: przed godziną opuścił on domostwo, aby udać się na obchód okolicy, co wchodziło w zakres jego normalnych, codziennych obowiązków. Uczynił to jak zwykle nader pilnie, rozpoczynając pogoń za obcym kotem, który wykonał wspaniały skok przez dół z błotnistą mazią.

Reks, będący zwierzęciem o dużym poczuciu humoru, tym razem nie poznał się na tak oczywistym żarcie i całym cielskiem wypełnił gliniany rozkop. Po wydostaniu się zeń wrócił do domu, aby bez uprzedzenia wejść w rozrzuconą wszędzie odzież. Zaiste, Krzysztof, Michał i Reks pasowali do siebie jak mało kto…

Przy ścianach pokoju ustawiono plecaki. Większy, pomarańczowy, należał do Krzysztofa, zielony zaś był własnością jego brata. Zostawmy ich tam, komunikując jedynie, że wyrywają sobie właśnie spodnie, Reks ujada i melodyjnie wyje, w kuchni piszczy czajnik, a mama niechcący nastąpiła na ogon czarnej kocicy, powodując jej skok na firankę.

Najspokojniej natomiast zachowywał się zegar, dokładnie odmierzając czas do końca pakowania, który nastąpił w późnych godzinach nocnych.

Przenieśmy się tymczasem do mieszkania dziewcząt, w nadziei, że przynajmniej u nich wszystko przebiega sprawnie, że działają systematycznie i zgodnie. Chętnie opisalibyśmy scenę ze wszech miar budującą, aby udowodnić, że nawet najtrudniejsze zadania można wykonać z uśmiechem i bez nerwów.

Niestety, w domu nikogo nie było. Na podwórku też nie. Ani obok trzepaka. Wewnątrz panowała absolutna cisza… Cóż zatem stało się z Olą i Asią, które przecież następnego dnia bladym świtem wyjechać miały wraz z chłopcami na wakacje? Aby dociec prawdy, cofnąć się musimy o kilka dni.

Oto Asia pomyślnie zakończyła naukę w szkole podstawowej i — jako absolwentka ósmej klasy — złożyła wymagane dokumenty do wybranej przez siebie (oraz przez wszystkich krewnych) szkoły odzieżowej. Niesamowita trema zżerająca po kawałku tak ją, jak i jej rodzinę, ustąpiła miejsca ogromnej uldze. Radości w ich domu żadnymi słowami opisać się nie da, czynić więc tego nie będziemy.

Można jedynie wyliczyć określone straty materialne, jakie ta szacowna rodzina poniosła z powodu wyniesienia Asi do godności uczennicy szkoły ponadpodstawowej. Po odnalezieniu więc siebie na liście obecności przyjętych w poczet uczniów wymarzonej szkoły Asia z szybkością ponaddźwiękową pomknęła do domu, do którego wpadła, wyrywając niemal drzwi z zawiasów. Potem Asia tańczyła po mieszkaniu, zwiewną sukienką strącając ze stołu: chińską zastawę wymalowaną w kolorową tęczę, otwartą butelkę atramentu, która szerokim łukiem pofrunęła na tapczan, oraz nowiutki zegar stojący, kończąc w ten sposób jego tykający żywot.

— Dosyć tego! — oświadczył pan Adam. — Nasze mieszkanie w ruinie, niech i dziadkowie się przekonają, co to za słodkie życie z takimi dziewczynami. Jedziemy do Włodawy!

— A Ola?! — wykrzyknęła pani Krysia. W tym momencie weszła Ola, a za nią sznur koleżanek.

— Co tu się dzieje? — spytała.

— Tata wywozi nas do Włodawy w nagrodę za świadectwa — rzekła Asia i rozpłakała się. — A na-na-sze plaaany? — zaczęła przez łzy. Powstał taki gwar, że ledwo słychać było ojca, który powiedział, że plany wakacyjne nie ulegają zmianie.

Wrócili w przeddzień eskapady, późnym wieczorem. Stanęli pośrodku mieszkania zziajani, śmiertelnie zmęczeni, toteż o pakowaniu plecaków nie było nawet mowy. Dziewczyny, już we śnie, padły na swoje tapczany. Pan Adam też się nie ociągał z udaniem do łóżka. Tylko niezmordowana pani Krysia pokręciła się jeszcze po kuchni, wykonując setki czynności: wytarła szklanki, podlała kwiaty, zaparzyła herbatę, wypiła kawę i wreszcie sen ją zmógł w pobliżu lodówki. Zdążyła jeszcze, na szczęście, nastawić na czwartą maleńki, błyszczący budzik i schować go pod tapczan. Około północy więc w mieszkaniu słychać było cztery donośne sapania, znamionujące głęboki, uzdrawiający sen całej rodziny.

Wczesnym świtem budzik zerwał się pierwszy. Po nim obudziła się Ola, czyniąc w domu niesamowity jazgot, porównywalny do alarmu ochotniczej straży pożarnej. Po dwóch godzinach z mieszkania nie pozostał kamień na kamieniu, dziewczęta zaś, otwierając ziewające dzioby, stały objuczone przed blokiem.

Wkrótce w perspektywie ulicy pojawił się fiat, z piskiem opon przywarł do krawężnika, otworzyły się drzwi i dziewczęta — wrzuciwszy plecaki do bagażnika — wtuliły się w siedzenia obok drzemiących z Reksem na kolanach chłopców. Asia zaraz się przesiadła i zajęła miejsce obok kierowcy.

Machaniom nie było końca. Auto pomknęło do głównej ulicy, aby wypaść wreszcie za miasto. Słońce przypiekało już mocno, zapraszając gorąco na Kaszuby. Pasażerowie, budząc się od czasu do czasu, uśmiechali się do siebie Byli wreszcie sami. I razem…

Rozdział IV

Asia śmieje się podejrzanie. Kogo niesie z lasu?


Samochód brnął pod górę.

Gdy znalazł się na szczycie krętej szosy, w oczy wszystkich buchnęło słońce; po przeskoczeniu grzbietu pasażerowie ujrzeli ogromne, wspaniałe jezioro. Tafla wody skrzyła się milionami perełek.

— Jakie to piękne! — krzyknęła Asia, kokieteryjnym gestem poprawiając włosy i przeciągając się po drzemce.

— To już tutaj? — spytała Ola, ocknąwszy się ze snu na ramieniu Michała. Nie było jej chyba wygodnie, Michał bowiem, o czym warto wiedzieć, był młodzieńcem kościstym. — Niedaleko — odparł, dumny, że może służyć informacją. — Zjedziemy teraz do wsi, miniemy rynek, a potem przez las.

— Lasy tu są wszędzie — wtrącił Krzysiek. — Dobrze że jedziemy samochodem, bo od miasteczka, do którego dociera kolej…

— Powiedz, że ciuchcia!

— Stamtąd więc trzeba drałować na piechotę. A to przecież parę ładnych kilometrów.

— Czy zabraliśmy wszystko? — zaniepokoiła się Ola.

— Skąd mam wiedzieć? — Asia wydęła policzki. — Pakowaliśmy się jak na wojnę. Wiecie, że dzisiaj w nocy wróciliśmy z Włodawy?

— Butelka!!! — wrzasnął nagle Michał, aż samochód się zatrząsnął.

— Spokojnie. W ostatniej chwili wepchnęłam ją do plecaka — rzekła Ola.

Pojazd przemknął przez wieś, dojechał do starego młyna i tuż za nim skręcił w lewo.

— No, ostatni etap — rzucił kierowca — Trochę nas teraz wytrzęsie. Załoga przygotować się do opuszczenia samolotu! Zapiąć spadochrony!

Samochód zadrżał na wybojach. Pasażerowie poczuli się jak cytryny w sokowirówce. Trzymali się oparć, mimo to jednak od czasu do czasu któryś z nich podskakiwał wystarczająco wysoko, aby huknąć głową w dach.

— Hauuu — zawył Reks, ziewając.

— Zakryj chociaż paszczę — zwrócił mu uwagę Krzysiek. Skończyła się leśna droga. Pomiędzy drzewami zamigotało bliskie już jezioro. — Tam! — Krzysztof wskazał dłonią, kiedy minęli kolejny zakręt.

Najpierw ujrzeli drewniany płot, a następnie zabudowania. Z lewej strony rozciągała się szeroka, wiodąca w dół ku jezioru kwiecista łąka.

— Oto nasze królestwo! — krzyknął Michał, podrygując na siedzeniu. W oddali stał ciemny, sosnowy las…

Gdy fiat, unosząc tumany kurzu, zatrzymał się przed bramą, a kierowca wyłączył silnik, z domu wyszło dwoje starszych ludzi. Jan Maszopa był rosłym mężczyzną o kanciastej, pooranej bruzdami twarzy, wielkich, silnych dłoniach i łagodnych, śmiejących się oczach. Twardo kroczył po ziemi, ciężko stawiając stopy i kołysząc się barami. Jego żona natomiast, pani Dorota, charakteryzowała się niewysokim wzrostem i niejaką tuszą, która jednak nie przeszkadzała jej poruszać się lekko i zgrabnie. Krzysztof, znający oboje z ubiegłorocznych wakacji, pierwszy rzucił się na spotkanie.

— Jesteśmy, dzień dobry — powiedział, szurając nogami. Maszopa potrząsnął jego dłonią, o mało co nie wyrywając jej z barku.

— Pięknie rośniesz — rzekł — Rodzice zdrowi?

— Oczywiście. I zadowoleni, że będą mieli bez nas trochę spokoju.

Maszopa roześmiał się.

— Czasem rzeczywiście trzeba odsapnąć — stwierdził. — Nawet i od własnych dzieciaków.

— Zachodźcie. — Pani Dorota wskazała domostwo. — Zjecie coś, odpoczniecie…

— Nie ma po czym odpoczywać — włączył się Michał. — To przecież tylko niecałe dwie godziny drogi!

Dzieci, rzędem, kłaniając się gospodarzom i dźwigając pakunki, maszerowały do domu. Pomachały jeszcze kierowcy, który zawrócił i szybko odjechał, znikając wkrótce za ścianą lasu.

Reks pierwszy wyruszył w teren. Miał zaszczyt i wielką przyjemność znakomicie wyspać się w samochodzie, bo Ola trzymała na kolanach jego uszczęśliwioną mordę, Michał brzuch, a Krzysztof, niestety, całą resztę z ogonem. Najpierw ostrożnie, w obawie przed niebezpieczeństwem, czyhającym zawsze na samotne i uczciwe zwierzę, obwąchał wszystkie dostępne zakamarki. Wepchnął czarny, ruchliwy nochal do taczki, przejechał nim wzdłuż parkanu i drewutni, a następnie umieścił go w otworze niewiadomego przeznaczenia. Tam jednak spotkała go przykrość: okazało się bowiem, że z kurnika wypadło grzebieniaste stworzenie — ba, potwór wręcz — gotowe bronić do upadłego swego terytorium. Postanawiając więc na razie wycofać się ze zwiadu w zagrodzie, ruszył w kierunku jeziora. Nowe otoczenie syczało, szumiało i brzęczało, pachniało również zupełnie inaczej niż w mieście.

Gdyby Reks miał zacięcie naukowe, porozdzielałby wszystkie zapachy i począł analizować każdy z nich po kolei, klasyfikując je według przyjętych przez siebie kryteriów. Niestety, sympatyczne to zwierzę miało zainteresowania raczej przyrodniczo-humanistyczne, zatem logiczna analiza dźwięków i zapachów nie wchodziła w rachubę. Odurzony wszystkim, co zdążył zaobserwować i wywęszyć, przestraszył się w końcu maleńkiej, zielonej żabki, która, skacząc do wody, wykonywała łuk tuż nad jego długachnym nosem.

Udał się więc do domu, gdzie miał nadzieję zastać swych przyjaciół. Rzeczywiście — dzieci zdążyły się już rozlokować w dwóch niewielkich pokoikach na parterze. Michał z Krzysztofem mieli wspaniały widok na las i kawałek jeziora, dziewczęta natomiast mogły oglądać — kiedy tylko chciały — przystań, wodę i wysunięty cypel z żółtą plażą.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 34.79
drukowana A5
Kolorowa
za 59.07