E-book
12.29
drukowana A5
36.9
drukowana A5
Kolorowa
62.46
Wakacje na końcu świata

Bezpłatny fragment - Wakacje na końcu świata

Tylko dla odważnych

Objętość:
153 str.
ISBN:
978-83-8155-973-7
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 36.9
drukowana A5
Kolorowa
za 62.46

Rozdział I

Wakacje za miesiąc i dwa tygodnie. Elektryzująca propozycja. Chłopcy zapadają się…


Słońce przesiewało się przez zasłony w pokoju stołowym. Okna wpuszczały do mieszkania tysiące litrów powietrza nasyconego wonią drzew i kwiatów, krzewów i dalekich łąk, które po niedzielnym deszczu wybuchły soczystą zielonością. Do końca roku szkolnego został miesiąc i dwa tygodnie. Te „tygodnie” można sobie jeszcze podarować, przeminą zapewne błyskawicznie.

— Kupiłem wspaniałe ciastka — rzekł ojciec Krzyśka i Michała, wchodząc zamaszyście do mieszkania.

— Czyżbyśmy obchodzili jakieś święto? — spytała mama zajmująca się właśnie obieraniem ziemniaków.

— Chyba nie — powiedział z wahaniem ojciec. — Spójrzmy jednak do kalendarza. — Począł przewracać kartki w wiszącym na ścianie bloczku. — Taaak… No i proszę: imieniny obchodzi akurat Bonifacy.

— Bo-ni-facy? — Nóż wypadł mamie z rąk i wbił się na sztorc w największy ziemniak.

— Właśnie. — Ojciec skrzywił się. — To takie dźwięczne imię.

— Wydaje mi się, że żadnego takiego nie znamy, co?

— To nie stanowi żadnej przeszkody! — Ojciec wzruszył ramionami i w tym momencie sporych rozmiarów paczka z głuchym plaśnięciem uderzyła o podłogę.

— Niech żyje twój Bonifacy! — powiedziała ze śmiechem mama.

— Dołączam się bez wahania do tych życzeń! — Ojciec spoglądał z góry na paczuszkę.

— Popełniłabym nietakt mówiąc, że jesteś niezdara. — Mama wpadła w ironiczny nastrój. — Wszystko jednak na to wskazuje, kolego mężusiu. Uważaj, nie nadepnij przypadkiem na to, co leży na podłodze.

Ojciec stał wyraźnie stropiony.

— Cóż… Zamiast pojedynczych ciastek będziemy jedli tort pod nazwą „kremowa mieszanka domowa”.

— Pozbieraj łaskawie tę swoją mieszankę, zanim chłopcy wtargną do mieszkania i kilkakroć po niej przebiegną.

Wkrótce masa ciastkowa znalazła się na talerzu, ukształtowana specjalnym szerokim nożem.

— Przygotowałem dla chłopaków wakacyjną propozycje — rzekł tajemniczo ojciec, płucząc dłonie z kremu i czerwonej galaretki, która znalazła się również na mankiecie białej koszuli.

— Wspaniale — ucieszyła się mama. — Czy możesz zdradzić ją już teraz?

— W żadnym wypadku. Dopiero w ich obecności.

— Kryje się za tym jakiś podstęp. — Mama zmarszczyła nos. — Znam was wszystkich, moi kochani, znam zbyt dobrze…

Nie udało jej się jednak skończyć myśli, drzwi bowiem otworzyły się z łoskotem i chłopcy wpadli do wnętrza. Śmiali się do rozpuku. Michał zaś stanął przed lustrem,

w którym ujrzał dziesięciolatka umazanego sadzą nie tylko na twarzy i dłoniach.

— Jak ty wyglądasz? — Mama złapała się za głowę. Ojciec wychylił się z kuchni, parsknął śmiechem i schował się z powrotem. — Kto będzie to teraz prał? — spytała mama, wyraźnie nie podzielając ogólnej wesołości. — Ja? O, nie, przyjacielu! Rozbierzesz się natychmiast w łazience. Do rosołu, zrozumiałeś? Wyszorujesz się i wypierzesz swoje rzeczy. Jasne?

— Pewnie — odparł Michał, który kolejność czynności od dawna znał na pamięć.

— Tylko szybko — dorzucił ojciec. — Mam dla was nowinę. I to jaką!

— Nowinę?! — Chłopcy błyskawicznie znaleźli się w kuchni.

— Zmykaj stąd! — krzyknęła mama, sadza bowiem sypała się z chłopaka jak z przewodu kominowego.

Po chwili z łazienki dał się słyszeć szum wody. Krzysiek natomiast obejrzał apetyczny półmisek, popatrzył na ojca ze współczuciem i zajął się czytaniem Faraona.

Tort znalazł się w pokoju. Wokół tacy poustawiano brązowe talerzyki i szklanki do kompotu. Mama zdjęła fartuch, nałożyła odpowiednie porcje i zasiadła w fotelu. Michał w całości wepchnął w usta swoją porcję, Krzysztof zaś, jak zwykle, spokojnie przystępował do eleganckiej konsumpcji.

— Rok szkolny niedługo się kończy, prawda? — spytał ojciec.

— Mmmm — wymamlał Michał przez krem.

— Zgadza się — uzupełnił Krzysiek.

— Macie już jakieś plany wakacyjne?

Michał połknął resztki ciasta, popił szybko kompotem i odparł:

— Przede wszystkim niczego nie będziemy się uczyć. Zamkniemy książki na kłódkę…

— …albo dwie — dodał Krzysiek.

— Na dwie. — Michał przyjął wniosek starszego, bardziej doświadczonego brata.

— I co potem?

Zapadła cisza. Chłopcy spojrzeli po sobie. Miny mieli niezdecydowane.

— Nie macie żadnych planów? Hm… Mogę wam w tym nieco pomóc. Mam pewną propozycję, którą możecie rozważyć… — Ojciec zawiesił głos i począł wycierać okulary. Michałowi uszy wyrosły niemal do sufitu, Krzyśkowi jeszcze wyżej. Zastygli w kamiennych pozach oczekując dalszego ciągu.

— Nałóżcie sobie jeszcze torciku — wtrąciła mama. Cisza trwała nadal.

— Tato… — Michał nie wytrzymał.

— Jak ci poszło dzisiejsze dyktando? — spytał ojciec.

— Dyktando? — Michał zupełnie nie rozumiał, o co chodzi.

— Mieliście pisać.

— Pisać… Aha, dyktando? Poszło. Nie ma stopni. A co z wakacjami?

— Zjedzcie coś jeszcze — wtrąciła mama.

— Mam zatem dla was pewną propozycję. — Ojciec podjął wreszcie temat. — Nie wiem tylko, czy nie za wcześnie o tym mówić. Jeszcze przecież półtora miesiąca. Coś się do tego czasu może zmienić.

— Tato — jęknął Krzysiek.

— Dobrze już, dobrze. Zaspokoję waszą ciekawość. Otóż…

— Może torciku? — Mama myślała wciąż o jednym.

— Przedstawia się to następująco: razem z Olą i Asią pojedziecie nad jezioro. Sami, bez rodziców. Będziecie mieszkać u znajomego gospodarza…

Obydwaj młodzieńcy zapadli się trzy piętra niżej, aby po chwili znów pojawić się przy stole. Michał chwycił pełny dzban kompotu i wychylił go duszkiem, Krzysiek natomiast połknął wielki kawał tortu nieledwie z talerzem i dostał przeraźliwej czkawki.

— Co powiecie, panowie? — zapytał ojciec, choć widział, jak niesłychane wrażenie wywarły jego słowa.

— Mogę się włączyć? — Mama miała jakieś wątpliwości.

— Oczywiście. — Ojciec natychmiast domyślił się, o co chodzi.

— Pojadą sami?

— Pewnie, że tak — Krzysztof chwilowo objął przewodnictwo obrad. — Byliśmy już na kilku obozach harcerskich. Wszędzie była woda, w Ustce, w Czernicy czy w Olsztynku…

— Dzieci będą pod opieką pana Maszopy — stwierdził ojciec uspokajająco.

— Jednak jezioro, las, dzikie zwierzęta… — Mama zaczynała lament, do którego rozwinięcia nie wolno było dopuścić. Obrady stałyby się mniej rzeczowe.

— Wszystko załatwione. Maszopowie nie mają dzieci, z radością więc zgodzili się na naszą propozycję.

— Jak długo tam będziemy? — Michał miał wypieki na twarzy, oczy błyszczały mu z podniecenia.

— Miesiąc.

— Wspaniale! — Krzysiek wstał i założywszy ręce do tyłu zaczął spacerować po pokoju. — Musimy wyposażyć się w wędki, a do tego jeszcze…

— Chwileczkę. — Ojciec przerwał rozpoczynająca się wyliczankę.

— A co na to Żarliccy? — Mama chwyciła się ostatniej deski ratunku.

— Adam zapalił się do pomysłu i pojechał ze mną do Maszopów. Albo raczej ja z nim, bo wybierał się właśnie służbowym samochodem na Kaszuby. Byliśmy tam już kiedyś razem. Krysi natomiast zrobiło się słabo, ale to dzielna mama. Zgodziła się, pytając jednocześnie, jakie jest twoje zdanie.

— Moje zdanie jest niepewne — rzekła mama.

— Chłopcy, podziękujcie matce za zgodę. — Ojciec mrugnął do nich porozumiewawczo. Rzucili się jej na szyję.

— Róbcie, co chcecie. — Pani Maria machnęła ręką, opędzając się od wątpliwych, choć gwałtownych pieszczot. — To są ostatecznie męskie sprawy…

— Jeżeli więc doszliśmy do porozumienia — ojciec uderzył dłonią w stół — idziemy dzisiaj do Adamów. Przedyskutujemy problemy natury operacyjno-taktycznej, chłopaki zaś dogadają się z dziewczynami i zaplanują jakieś działania. Co wy na to?

Po południu wybrali się do przyjaciół. Wiele spraw było do omówienia.

Rozdział II

…a po południu uzgodniony zostaje plan operacyjno-taktyczny. Zalakowana butelka ląduje na szafie.


Dziewczęta wróciły ze szkoły jak gdyby nigdy nic. Wyglądały zupełnie normalnie, prawie tak samo jak rano, kiedy wychodziły z domu.

Starsza, Asia, dbała już po kobiecemu o szczegóły stroju, zdarzało jej się nawet korzystać z maminych kosmetyków zajmujących odpowiednią część łazienkowej szafki. Ostatecznie piętnaście lat to nie byle co. Natomiast Oleńka, żywa jak iskra dwunastolatka, z pogardą odnosiła się do zabiegów siostry.

Po południu zaterkotał dzwonek u ich drzwi. Chłopcy chrząkali z jednej strony, dziewczyny z drugiej. Michał miał przed nosem klamkę, Krzysiek tabliczkę z nazwiskiem. Proporcje za drzwiami były podobne, choć Ola wyższa była od Michała, Asia zaś od Krzyska.

— Tylko spokojnie, bez ryków, wrzasków i rozbijania mebli, proszę panów — mruknął ojciec. — U ciotki roztrzaskaliście rozsuwane drzwi…

— Same się zbiły! — Michał aż podskoczył z oburzenia. — Ja tylko chciałem je zamknąć!

— A Krzysiek w tym samym czasie próbował je otworzyć, prawda?

Klamka drgnęła i gości zaproszono do środka.

Dzieci natychmiast znikły w niewielkim pokoiku. Tutaj, wśród zdjęć zespołów Lady Pank, Modern Talking i fotografii ulubionych piosenkarzy oraz przy dźwiękach dobywających się z kasetowego magnetofonu, można było omówić wakacyjne plany.

— I co? — spytała Asia.

— No… — odpowiedział Michał.

— Nie ma sprawy — bąknął Krzysiek.

— Jedziemy? — zawahała się Ola.

— Pewnie, że jedziemy! — podsumowała Asia. — Cały miesiąc luzu rozumiecie? Byliście tam kiedyś?

— Nad tym jeziorem jeszcze nie. Ale rejon jest piękny. Wielkie lasy, woda, rzeczki, tatarak, szuwary… Wspaniale. A ryby jakie! Jak odtąd dotąd…

— Nie bredź, takie są rekiny.

— Większe.

— Rekiny? — włączył się Michał. — Rekiny żyją w morzach. — I to ciepłych.

— Nikt przecież nie mówi, że w jeziorze.

— Asia powiedziała.

— O, rany, mówiłam tylko, że takie wielkie rybska, jak pokazał Krzysiek, to są rekiny.

— Albo jeszcze większe…

Ola natychmiast pokłusowała do rodziców, którzy tylko czekali, aby odpowiadać na rozmaite pytania.

— Tato, jak duże są rekiny?

— Zaczyna się, proszę państwa. Jak w tym starym dowcipie o spóźnionym gościu w barze mlecznym… Duże.

Ola nie ustępowała, podskakując w miejscu. Pan Adam chrząknął.

— Otóż, moje dziecko — zaczął — rekiny, jak mi wiadomo, to morskie drapieżniki. Bardzo są niebezpieczne dla pływających w wodzie ludzi, atakują ich bowiem bez ostrzeżenia. Niektóre nawet plaże w ciepłych krajach ogrodzono specjalnymi płotami, mającymi chronić…

— A długość?

— Tych płotów?

— Ależ nie, tato, rekina.

— Aaaa, rekina? No, spora, spora. Gdybyśmy chcieli je porównać z innymi morskimi stworzeniami…

— Jak stąd do telewizora i jeszcze dwa kroki — włączyła się pani Krystyna.

— Dobra — Oleńka odwróciła się na pięcie i wpadła do pokoju. — Jak stąd do telewizora i dwa kroki — powiedziała, rozkładając ramiona.

— Stąd?

— No, niezupełnie, mama tak mówiła w tamtym pokoju.

— Gdybyś weszła do kuchni albo pobiegła do kiosku — Asia parsknęła ironią — też tak to byś określiła? Opanuj się, dziewczyno.

Krzysiek szarpał nerwowo obicie kanapy, aż w końcu nie wytrzymał:

— Przecież rekinów nie ma w jeziorze, zgadza się? O co więc chodzi, do stu piorunów? W ten sposób nigdy nie omówimy całej operacji.

— Właśnie… Zamilkli, spoglądając na siebie, jakby na chwilę zapomnieli, o czym mają dyskutować. A czas płynął wartko i nie należało go marnować

— Dlaczego zapadła tam taka cisza? — spytała pani Maria w drugim pokoju, przyzwyczajona już widocznie do nieustannego hałasu.

— Może dogadali się… — wyraził przypuszczenie pan Adam. — Albo myślą, co nie zdarza się znowu tak często — powiedziała ze śmiechem pani Krystyna. Cisza jednak nie trwała długo. Tyle tylko, ile trzeba na złapanie głębszego oddechu. Pojemność płuc cała czwórka miała podobną, w pewnej chwili wszyscy zaczęli mówić jednocześnie. Harmider podniósł się piekielny, drzwi wygięły się niemal w stronę korytarza, rodzice zaś uśmiechnęli się do siebie: no i proszę, dzieci są zdrowe i całe.

— Przyniosłem mapę!!! — przebił się głos Krzyśka. — Mapę, słyszycie?

— Pokaż!

Wielobarwna płachta znalazła się na podłodze, przykrywając dywan. Krzysztof wygrzebał z jednej z licznych kieszonek masywną busolę i zorientował mapę względem północy.

— Gdzie to jest? — spytała Ola. Siedli, kucnęli lub położyli się w takich miejscach, aby napisy nie były do góry nogami. W dłoni Michała znalazło się potłuczone na brzegach, silne szkło powiększające. Gdy przyłożył je do oka, wydało się ono większe od głowy. Ola parsknęła śmiechem.

— Ładny jesteś! — wykrzyknęła. Michał zrobił niemądrą minę.

— A bo co?

— Przez to szkło masz pyszczek jak hipopotam, a nos powiększył ci się do rozmiarów dużego kalosza.

— Dajcie spokój! — Asia, czując burzę w powietrzu, zareagowała natychmiast. — Musimy przecież ustalić wszystkie szczegóły. Krzycho, gdzie jest nasza baza? Pokaż nam dokładnie na tej mapce.

Krzysztof wskazał palcem błękitne oczko jeziora na zielonej płaszczyźnie lasów. Do jeziora wpadała mała, kręta rzeczka, wypływająca z drugiej strony rozlewiska. Gdzieniegdzie dały się zauważyć kreseczki mokradeł.

— Z dojazdem będą kłopoty — rzucił Krzysiek, marszcząc brwi i sunąc nosem po papierze. — Kolej tam nie dochodzi, można najwyżej wysiąść na tej tutaj stacji, a potem kilka kilometrów pchać się pieszo.

— Przez las? — zdziwiła się Ola. — Też coś! Jest droga, ale taka podrzędna, wiejska. Prowadzi do jeziora i tam się kończy. — Koniec świata… — szepnął Michał.

— Wakacje na końcu świata! — Ola wstała i poczęła wirować z szybkością tysiąca obrotów na minutę.

— Uważaj, bo przewiercisz się do sąsiadów — ostrzegła Asia. Skrzypnęły drzwi i w szparze ukazała się jasna głowa pani Krystyny.

— Ułożyliście plany?

— Zaraz weźmiemy kartkę i będziemy wszystko zapisywać. — Przede wszystkim duże plecaki — powiedział Krzysiek, który jako doświadczony harcerz w stopniu tropiciela nieźle był przygotowany do organizowania podobnych imprez. Dziewczęta poczęły nagle żałować, że nie mają chomika, który byłby wspaniałym towarzyszem ich przygód. Kiedyś przyjaźniły się z takim stworkiem, który odszedł niestety do krainy wiecznych łowów po zjedzeniu czegoś, co nie było dlań przeznaczone. Potrafił stawać słupka, biegł na zawołanie, a nawet lubił czasem wspiąć się po ramieniu i siedzieć tuż przy twarzy.

Michał, dostosowując się do tematu zoologicznego, zaplanował współudział Reksa. Był to wilczur-niewilczur, duży i ciemny, żywo reagujący na ludzkie słowo. Stał się ich kompanem podczas różnych indiańskich i wojennych zabaw, jakie z kolegami urządzali w okolicznych lasach. Był też ulubieńcem Oli i Asi — witał je zawsze z niesłychaną wesołością, połączoną z wydawaniem zdumiewających szczeknięć, pisków i jęków.

— Wpisujemy Reksa na listę załogi! — rozdarł się Michał.

— Załoga? — Asia skoczyła na równe nogi. — To zupełnie dobry pomysł!

— A co będziemy tam robić? — Ola podłożyła się na dywanie i pstryknęła długopisem.

Zaczęli wykrzykiwać rożne pomysły. Jazgot znów powstał okropny, aż w pokoju, gdzie rodzice raczyli się kawą, zachwiała się ogromna donica z rozłożystą paprocią. Dwugodzinna narada doprowadziła do uzgodnienia wielu ważnych szczegółów, a mianowicie: Wakacje mają być fajne. Albo jeszcze lepsze. Będziemy się kąpać. I zbierać grzyby. Coś ty! W lipcu nie ma grzybów! A są! Zobaczymy na miejscu. Popłyniemy łodzią. Jeżeli będzie. Na pewno będzie! Łapać będziemy ryby. Na haczyk i do siatki. Wycieczka dokoła jeziora. Pieszo. Albo rowerem. Skąd weźmiesz rower? Zbudujemy szałas. Resztę ustalimy na miejscu. I starym nic nie mówimy. Dobra!

Protokół sporządziła Ola, następnie odczytała — jak na ważnej, międzynarodowej konferencji — i wszyscy złożyli pod nim swoje podpisy. Dokument zawinięty został w rulonik, wepchnięty do butelki, którą Krzysiek solidnie zalakował. Kilka kropel laku i wosku ze świecy kapnęło na dywan, co miało już na wieki pozostać pamiątką po tej historycznej naradzie.

Do lipca zostało jednak trochę czasu. Trzeba więc jeszcze było — choć z wielką przykrością — odłożyć plany wakacyjne, zawarte w zalakowanej butelce, na półkę. W szkołach nauczyciele z zadziwiającym zapałem nadal stawiali stopnie, jakoby w ogóle nie zdawali sobie sprawy, że przyroda staje się coraz bujniejsza, pachnąca, i że wszystkim o tej porze roku ubywa nieco rozumu. Tymczasem na całym świecie nauczyciele w tych właśnie tygodniach przed wakacjami wyciskają z uczniów ostatnie poty. Nie mają zatem ani krzty litości. Ha! Ale trzeba z nimi żyć w zgodzie, choć zupełnie nie mają pojęcia, co to są wakacje. Wakacje…

Rozdział III

Koniec roku szkolnego. Mieszkanie w ruinie. Nareszcie sami.


Ostatni dzień roku szkolnego wypadł godnie i wspaniale. Chłopcy ubrali się, a jakże, w ciemne garnitury, które — choć nie szyte na miarę — wyglądały zupełnie nieźle mimo za długich, u Michała, rękawów i zbyt krótkich nogawek Krzyśka. Białe koszule ozdobione zostały krawatami, zawiązanymi na modny węzeł à la główka kapusty, buty — wyczyszczone, fryzury zaś skropione wodą bieżącą i gładko ulizane.

Dwie wyprostowane sylwetki, nie zginając prawie nóg, aby zachować wyprasowane kanty, wyszły z domu w szyku torowym, a więc jedna za drugą. W taki też sposób pomaszerowały w kierunku szkoły, aby tam, uroczyście i poważnie, odebrać świadectwa.

Zniknęły wkrótce za horyzontem, na który się składał odrapany murek (cóż, w mieście tak właśnie bywa), zakrywający dymiące zwykle śmietniki. Można by przypuszczać, że chłopcy po jakimś czasie pojawią się znowu w polu widzenia, by kontynuować posuwanie się do uczelni. Nic bardziej błędnego!

Gdybyśmy spojrzeli, nawet ukradkiem, za wspomniany murek, ujrzelibyśmy ich w innej zgoła sytuacji. Z zapałem bowiem — o zgrozo! — dekompletowali oni włożony przed godziną uroczysty strój…

Po bez mała pięciu godzinach nasi młodzi przyjaciele wrócili z oddalonej o pół kilometra szkoły, prezentując się jednak zupełnie, ale to zupełnie inaczej! Poświęćmy im z tego powodu chwilę uwagi, nie sposób bowiem opuścić tak ważnego w ich życiorysie wydarzenia. Po otrzymaniu świadectw gromadka chłopców, a w ich gronie — jak zwykle — Krzysztof i Michał, udała się do pobliskiego lasu, aby tam bez pamięci oddać się zabawie w Indian. Toteż kanty w spodniach zniknęły bez śladu, na ich miejscu zaś Michał niósł dwie potężne dziury. Zrobiły się one „same”, podczas szaleńczego pościgu za zbiegłym jeńcem, wskutek zahaczenia nosiciela spodni o wystający korzeń. Zakotłowała się wówczas ziemia, kamienie prysnęły w niebo, rozmokła glina rozstąpiła się na boki, a słońce na moment zgasło. Wrzask podniósł się okropnie, jeniec umknął i był już o tysiące kilometrów, Michał zaś zbierał porozrzucane na wszystkie strony swoje ręce i nogi, aby móc kontynuować tak wspaniale rozpoczętą akcję.

— Poczekaj, ty..! — ryknął w stronę krzaków, rzucił się głową w ich kierunku i po chwili szamotał się w kolczastej gęstwinie, z której Apacze musieli go wyciągnąć, albowiem o własnych siłach uczynić tego w żaden sposób nie potrafił. W trakcie tej skomplikowanej operacji rękaw prawie całkowicie odłączył się od marynarki.

Koszule, które jeszcze rano można było uznać za białe, teraz miały kolor soczystego błota. Krawat Michała znalazł się w kieszeni, Krzyśka natomiast gdzieś na przydrożnym drzewie — stał się w ten sposób znakiem rozpoznawczym dla indiańskiego patrolu. W marynarki, pieczołowicie odprasowane poprzedniego dnia, nawbijało się tyle sosnowych igieł, że wyglądały jak pancerz jeża. W kieszeniach spodni natomiast spoczywały poczwórne złożone świadectwa, potraktowane bez należytej czci, jaką okazywać trzeba wszelkim podpisanym i ostemplowanym dokumentom.

Po wejściu do domu spowodowali kolejny, zupełnie normalny w podobnych sytuacjach atak nerwowy mamy. Z krzykiem i szlochem zamknęła się w łazience, zabarykadowała drzwi i wielkim głosem orzekła, że nie wyjdzie stamtąd do końca świata. Woli bowiem oglądać cieknący kran niż dwóch obdartusów i nędzarzy, którzy mają czelność nazywać się jej synami.

Ojciec natomiast, ujrzawszy włażące do mieszkania potwory, zassał w płuca taką ilość powietrza, że mógłby polecieć wprost na księżyc.

Kilkugodzinna kosmetyka połączona z prezentacją świadectw doprowadziła do tego, że chłopcy z indiańskich wodzów, wielce sfatygowanych zażartymi bojami, przemienili się na powrót w normalnych ludzi, mogących pokazać się cywilizowanemu światu.

Odmiana ta przebiegła o tyle sprawniej, że okazywanie cenzurek nie było najlepszym z dotychczasowych występów Krzysztofa i Michała na rodzinnej scenie. Wetknięte tu i ówdzie tróje nie za dobrze świadczyły o ich przykładaniu się do nauki.

Nadszedł wreszcie wielki dzień przygotowań do wyjazdu. Dzień z niecierpliwością przez chłopców oczekiwany. Pootwierano szafy, aby wydobyć z nich wszystko, co mogło być potrzebne na wakacjach. Mieszkanie przybrało więc wygląd magazynu odzieżowego, w którym eksplodowała bomba znacznych rozmiarów.

Chłopcy z taką energią przystąpili do kompletowania wyposażenia, iż w pewnej chwili nie można już było dobrać skarpetek do pary, sznurówek do butów ani bielizny do właściciela.

Miary nieszczęścia dopełnił Reks: przed godziną opuścił on domostwo, aby udać się na obchód okolicy, co wchodziło w zakres jego normalnych, codziennych obowiązków. Uczynił to jak zwykle nader pilnie, rozpoczynając pogoń za obcym kotem, który wykonał wspaniały skok przez dół z błotnistą mazią.

Reks, będący zwierzęciem o dużym poczuciu humoru, tym razem nie poznał się na tak oczywistym żarcie i całym cielskiem wypełnił gliniany rozkop. Po wydostaniu się zeń wrócił do domu, aby bez uprzedzenia wejść w rozrzuconą wszędzie odzież. Zaiste, Krzysztof, Michał i Reks pasowali do siebie jak mało kto…

Przy ścianach pokoju ustawiono plecaki. Większy, pomarańczowy, należał do Krzysztofa, zielony zaś był własnością jego brata. Zostawmy ich tam, komunikując jedynie, że wyrywają sobie właśnie spodnie, Reks ujada i melodyjnie wyje, w kuchni piszczy czajnik, a mama niechcący nastąpiła na ogon czarnej kocicy, powodując jej skok na firankę.

Najspokojniej natomiast zachowywał się zegar, dokładnie odmierzając czas do końca pakowania, który nastąpił w późnych godzinach nocnych.

Przenieśmy się tymczasem do mieszkania dziewcząt, w nadziei, że przynajmniej u nich wszystko przebiega sprawnie, że działają systematycznie i zgodnie. Chętnie opisalibyśmy scenę ze wszech miar budującą, aby udowodnić, że nawet najtrudniejsze zadania można wykonać z uśmiechem i bez nerwów.

Niestety, w domu nikogo nie było. Na podwórku też nie. Ani obok trzepaka. Wewnątrz panowała absolutna cisza… Cóż zatem stało się z Olą i Asią, które przecież następnego dnia bladym świtem wyjechać miały wraz z chłopcami na wakacje? Aby dociec prawdy, cofnąć się musimy o kilka dni.

Oto Asia pomyślnie zakończyła naukę w szkole podstawowej i — jako absolwentka ósmej klasy — złożyła wymagane dokumenty do wybranej przez siebie (oraz przez wszystkich krewnych) szkoły odzieżowej. Niesamowita trema zżerająca po kawałku tak ją, jak i jej rodzinę, ustąpiła miejsca ogromnej uldze. Radości w ich domu żadnymi słowami opisać się nie da, czynić więc tego nie będziemy.

Można jedynie wyliczyć określone straty materialne, jakie ta szacowna rodzina poniosła z powodu wyniesienia Asi do godności uczennicy szkoły ponadpodstawowej. Po odnalezieniu więc siebie na liście obecności przyjętych w poczet uczniów wymarzonej szkoły Asia z szybkością ponaddźwiękową pomknęła do domu, do którego wpadła, wyrywając niemal drzwi z zawiasów. Potem Asia tańczyła po mieszkaniu, zwiewną sukienką strącając ze stołu: chińską zastawę wymalowaną w kolorową tęczę, otwartą butelkę atramentu, która szerokim łukiem pofrunęła na tapczan, oraz nowiutki zegar stojący, kończąc w ten sposób jego tykający żywot.

— Dosyć tego! — oświadczył pan Adam. — Nasze mieszkanie w ruinie, niech i dziadkowie się przekonają, co to za słodkie życie z takimi dziewczynami. Jedziemy do Włodawy!

— A Ola?! — wykrzyknęła pani Krysia. W tym momencie weszła Ola, a za nią sznur koleżanek.

— Co tu się dzieje? — spytała.

— Tata wywozi nas do Włodawy w nagrodę za świadectwa — rzekła Asia i rozpłakała się. — A na-na-sze plaaany? — zaczęła przez łzy. Powstał taki gwar, że ledwo słychać było ojca, który powiedział, że plany wakacyjne nie ulegają zmianie.

Wrócili w przeddzień eskapady, późnym wieczorem. Stanęli pośrodku mieszkania zziajani, śmiertelnie zmęczeni, toteż o pakowaniu plecaków nie było nawet mowy. Dziewczyny, już we śnie, padły na swoje tapczany. Pan Adam też się nie ociągał z udaniem do łóżka. Tylko niezmordowana pani Krysia pokręciła się jeszcze po kuchni, wykonując setki czynności: wytarła szklanki, podlała kwiaty, zaparzyła herbatę, wypiła kawę i wreszcie sen ją zmógł w pobliżu lodówki. Zdążyła jeszcze, na szczęście, nastawić na czwartą maleńki, błyszczący budzik i schować go pod tapczan. Około północy więc w mieszkaniu słychać było cztery donośne sapania, znamionujące głęboki, uzdrawiający sen całej rodziny.

Wczesnym świtem budzik zerwał się pierwszy. Po nim obudziła się Ola, czyniąc w domu niesamowity jazgot, porównywalny do alarmu ochotniczej straży pożarnej. Po dwóch godzinach z mieszkania nie pozostał kamień na kamieniu, dziewczęta zaś, otwierając ziewające dzioby, stały objuczone przed blokiem.

Wkrótce w perspektywie ulicy pojawił się fiat, z piskiem opon przywarł do krawężnika, otworzyły się drzwi i dziewczęta — wrzuciwszy plecaki do bagażnika — wtuliły się w siedzenia obok drzemiących z Reksem na kolanach chłopców. Asia zaraz się przesiadła i zajęła miejsce obok kierowcy.

Machaniom nie było końca. Auto pomknęło do głównej ulicy, aby wypaść wreszcie za miasto. Słońce przypiekało już mocno, zapraszając gorąco na Kaszuby. Pasażerowie, budząc się od czasu do czasu, uśmiechali się do siebie Byli wreszcie sami. I razem…

Rozdział IV

Asia śmieje się podejrzanie. Kogo niesie z lasu?


Samochód brnął pod górę.

Gdy znalazł się na szczycie krętej szosy, w oczy wszystkich buchnęło słońce; po przeskoczeniu grzbietu pasażerowie ujrzeli ogromne, wspaniałe jezioro. Tafla wody skrzyła się milionami perełek.

— Jakie to piękne! — krzyknęła Asia, kokieteryjnym gestem poprawiając włosy i przeciągając się po drzemce.

— To już tutaj? — spytała Ola, ocknąwszy się ze snu na ramieniu Michała. Nie było jej chyba wygodnie, Michał bowiem, o czym warto wiedzieć, był młodzieńcem kościstym. — Niedaleko — odparł, dumny, że może służyć informacją. — Zjedziemy teraz do wsi, miniemy rynek, a potem przez las.

— Lasy tu są wszędzie — wtrącił Krzysiek. — Dobrze że jedziemy samochodem, bo od miasteczka, do którego dociera kolej…

— Powiedz, że ciuchcia!

— Stamtąd więc trzeba drałować na piechotę. A to przecież parę ładnych kilometrów.

— Czy zabraliśmy wszystko? — zaniepokoiła się Ola.

— Skąd mam wiedzieć? — Asia wydęła policzki. — Pakowaliśmy się jak na wojnę. Wiecie, że dzisiaj w nocy wróciliśmy z Włodawy?

— Butelka!!! — wrzasnął nagle Michał, aż samochód się zatrząsnął.

— Spokojnie. W ostatniej chwili wepchnęłam ją do plecaka — rzekła Ola.

Pojazd przemknął przez wieś, dojechał do starego młyna i tuż za nim skręcił w lewo.

— No, ostatni etap — rzucił kierowca — Trochę nas teraz wytrzęsie. Załoga przygotować się do opuszczenia samolotu! Zapiąć spadochrony!

Samochód zadrżał na wybojach. Pasażerowie poczuli się jak cytryny w sokowirówce. Trzymali się oparć, mimo to jednak od czasu do czasu któryś z nich podskakiwał wystarczająco wysoko, aby huknąć głową w dach.

— Hauuu — zawył Reks, ziewając.

— Zakryj chociaż paszczę — zwrócił mu uwagę Krzysiek. Skończyła się leśna droga. Pomiędzy drzewami zamigotało bliskie już jezioro. — Tam! — Krzysztof wskazał dłonią, kiedy minęli kolejny zakręt.

Najpierw ujrzeli drewniany płot, a następnie zabudowania. Z lewej strony rozciągała się szeroka, wiodąca w dół ku jezioru kwiecista łąka.

— Oto nasze królestwo! — krzyknął Michał, podrygując na siedzeniu. W oddali stał ciemny, sosnowy las…

Gdy fiat, unosząc tumany kurzu, zatrzymał się przed bramą, a kierowca wyłączył silnik, z domu wyszło dwoje starszych ludzi. Jan Maszopa był rosłym mężczyzną o kanciastej, pooranej bruzdami twarzy, wielkich, silnych dłoniach i łagodnych, śmiejących się oczach. Twardo kroczył po ziemi, ciężko stawiając stopy i kołysząc się barami. Jego żona natomiast, pani Dorota, charakteryzowała się niewysokim wzrostem i niejaką tuszą, która jednak nie przeszkadzała jej poruszać się lekko i zgrabnie. Krzysztof, znający oboje z ubiegłorocznych wakacji, pierwszy rzucił się na spotkanie.

— Jesteśmy, dzień dobry — powiedział, szurając nogami. Maszopa potrząsnął jego dłonią, o mało co nie wyrywając jej z barku.

— Pięknie rośniesz — rzekł — Rodzice zdrowi?

— Oczywiście. I zadowoleni, że będą mieli bez nas trochę spokoju.

Maszopa roześmiał się.

— Czasem rzeczywiście trzeba odsapnąć — stwierdził. — Nawet i od własnych dzieciaków.

— Zachodźcie. — Pani Dorota wskazała domostwo. — Zjecie coś, odpoczniecie…

— Nie ma po czym odpoczywać — włączył się Michał. — To przecież tylko niecałe dwie godziny drogi!

Dzieci, rzędem, kłaniając się gospodarzom i dźwigając pakunki, maszerowały do domu. Pomachały jeszcze kierowcy, który zawrócił i szybko odjechał, znikając wkrótce za ścianą lasu.

Reks pierwszy wyruszył w teren. Miał zaszczyt i wielką przyjemność znakomicie wyspać się w samochodzie, bo Ola trzymała na kolanach jego uszczęśliwioną mordę, Michał brzuch, a Krzysztof, niestety, całą resztę z ogonem. Najpierw ostrożnie, w obawie przed niebezpieczeństwem, czyhającym zawsze na samotne i uczciwe zwierzę, obwąchał wszystkie dostępne zakamarki. Wepchnął czarny, ruchliwy nochal do taczki, przejechał nim wzdłuż parkanu i drewutni, a następnie umieścił go w otworze niewiadomego przeznaczenia. Tam jednak spotkała go przykrość: okazało się bowiem, że z kurnika wypadło grzebieniaste stworzenie — ba, potwór wręcz — gotowe bronić do upadłego swego terytorium. Postanawiając więc na razie wycofać się ze zwiadu w zagrodzie, ruszył w kierunku jeziora. Nowe otoczenie syczało, szumiało i brzęczało, pachniało również zupełnie inaczej niż w mieście.

Gdyby Reks miał zacięcie naukowe, porozdzielałby wszystkie zapachy i począł analizować każdy z nich po kolei, klasyfikując je według przyjętych przez siebie kryteriów. Niestety, sympatyczne to zwierzę miało zainteresowania raczej przyrodniczo-humanistyczne, zatem logiczna analiza dźwięków i zapachów nie wchodziła w rachubę. Odurzony wszystkim, co zdążył zaobserwować i wywęszyć, przestraszył się w końcu maleńkiej, zielonej żabki, która, skacząc do wody, wykonywała łuk tuż nad jego długachnym nosem.

Udał się więc do domu, gdzie miał nadzieję zastać swych przyjaciół. Rzeczywiście — dzieci zdążyły się już rozlokować w dwóch niewielkich pokoikach na parterze. Michał z Krzysztofem mieli wspaniały widok na las i kawałek jeziora, dziewczęta natomiast mogły oglądać — kiedy tylko chciały — przystań, wodę i wysunięty cypel z żółtą plażą.

Nie udało nam się stwierdzić, jak cała czwórka ułożyła sobie życie w pokojach. Jesteśmy jednak pewni, że wszelkie działania organizacyjne przebiegały sprawnie, harmonijnie i z uśmiechem. Tym bardziej że pani Maszopowa chyżo przebiegała z pokoju do pokoju, pytając:

— No i jak, dzieciaki, wszystko w porządku?

— Oczywiście! — słyszała w odpowiedzi, cieszyła się więc radością swoich lokatorów.

Dowodem zgody panującej między braćmi było chociażby to, iż żaden z nich nie był posiniaczony, co niekiedy zdarzało się w wypadku różnicy zdań.

Śniadanie zjedli skrępowani nieco nowym otoczeniem i powagą gospodarzy. Spałaszowali jednak znakomitą jajecznicę, popijając ją mlekiem. Nie zauważywszy nawet — co wydaje się wręcz niezrozumiałe — Michał połknął kożuch; w domu walczył z nim każdego ranka, wyławiając go z kubka. Czyżby nagle zmienił mu się charakter? Możemy mieć nadzieję, że obserwacja jego dalszych podczas tych wakacji poczynań doprowadzi nas do jakichś ciekawych wniosków. W trudnych bowiem warunkach różne cechy ludzkie stają się bardziej czytelne.

Wróćmy zatem do izby. Wstrzymaliśmy relację w momencie, kiedy Michał połknął kożuch, zdał sobie z tego sprawę już po fakcie, lecz ze zdumieniem stwierdził, że to, co właśnie zjadł, jest delikatne, miękkie i smaczne. Mlasnął dwakroć, spojrzał na innych jakby w nadziei, iż zauważyli jego heroiczny wyczyn, a następnie skończyli picie mleka.

Po śniadaniu podziękowali i prysnęli na dwór. Właściwie nie prysnęli, wyszli bardzo spokojnie i statecznie, pokazując wszem wobec, iż są ludźmi starannie wychowanymi. Maszerowali więc przez podwórko majestatycznie i godnie. Kto jednak przyjrzałby się im dokładniej, musiałby zauważyć, że stawiają coraz dłuższe i szybsze kroki. A zaraz za bramą poczęli nabierać jeszcze żywszego tempa, by wreszcie puścić się galopem, z łatwością przekraczając barierę dźwięku.

Pierwsza biegła Asia, śmiejąc się nie wiadomo z czego (choć znamy takie przypadki, że woń lasu i jeziora potrafi odurzyć, i do tego czasu, gdy człek do niej się nie przyzwyczai — odbiera mu rozum i zdrowy rozsądek; objawami takiego schorzenia bywają przeważnie: ogromna radość, niepowstrzymany śmiech i oddech głęboki jak studnia).

Stanęli na brzegu. Maleńkie fale lizały piasek. Przytaczały z jeziora kłębuszki piany. Marszczyła się gładź wody, błyszcząc w słońcu i tysiącami lusterek odbijających jego promienie.

Zmrużyli oczy. Do płuc wciągnęli przesycone żywicą i zapachem wody powietrze. Reks uczynił podobnie. Czekał też na werdykt, co pachnie najbardziej.

— Żywica! — zawyrokowała Ola. — Niesie z lasu…

— Kogo niesie?

— Zapach idzie właśnie z tamtej strony — rzucił Krzysiek.

— Przecież nie ma wiatru.

— No to co? I tak pachnie żywicą.

— I wodą.

— Wodą też. Z rybami.

— A może ziemia, co?

Gdyby Reks nie był psem naprawdę dobrze wychowanym, walnąłby w łapą piasek i wrzasnął: „Więc co tak pachnie, do stu beczek solonych śledzi?!”. Wstrzymał się jednak od wszelkich komentarzy, wiedząc, że węch ma tysiące razy lepszy od każdego ze swych przyjaciół z osobna, a nawet od wszystkich razem.

— Idziemy na przystań — zaproponował Michał. — Zobaczymy te łodzie!

Wbiegli na pomost, aż zadudniło. Zatrzymali się dopiero przy jego końcu — skręcał tu pod kątem prostym i prowadził jeszcze kilka metrów w bok. Stały tu dwie potężne, rybackie łodzie. Przycumowane do polerów przytuliły się burtami do belki odbojowej. Nie drgnęły nawet — wszak jezioro gładkie było jak lustro, a pirs pomostu dodatkowo je osłaniał.

— Hm… — powiedział Krzysiek z mądrą miną.

— Co mówiłeś? — spytała Ola, biorąc go za rękę.

— Wszystko jasne — mruknął.

— To dobrze — wtrącił się Michał.

— Odpłyń, chłopaku, bo myślę — niezbyt elegancko uciął Krzysiek, marszcząc czoło, które przybrało wygląd suszonej śliwki węgierki.

— Widzicie go! — Michał wzruszył ramionami i wgramolił się do łodzi.

— I co? — Ola znów szarpnęła Krzysztofa.

— Tu są jakieś ryby! — krzyknęła Asia z końca pomostu, pochylona nad wodą.

— Nie przeszkadzaj. On myśli. Widzisz, jak wygląda: cały się pomarszczył — wtrąciła się Oleńka.

— Więc tak. — Krzysztof rozpogodził twarz, jakby wynalazł przynajmniej maszynę do szycia albo dzwonek. — To jest łódź wiosłowa. Te maleńkie otworki służą do umieszczania dulek…

— Du… co? — Ola uniosła brwi.

— Dulek, w które wkłada się wiosła. Dziób znajduje się z tej strony, tam jest rufa, a wioślarz siedzi plecami do dziobu.

— Czyli jedzie w tył. — Michał roześmiał się.

— Nie przerywaj! — rozgniewała się Ola.

— A co to są te dulki?

— Metal w kształcie litery „U” z przymocowanym na dole bolcem, który z kolei wkłada się w otwór — rzekł Krzysiek i butem narysował na desce opisane urządzenie.

— Aha…

— Chodźcie tu wreszcie, ryby pływają!

Tego dnia przyjaciele zwiedzili najbliższy rejon, dwie godziny opalali się na rozłożonych kocach i wprost na trawie, brodzili po wodzie i grali w piłkę. Asia skaleczyła sobie duży palec u nogi — prawdopodobnie o ostry brzeg muszli. Wracając więc do domu szła na pięcie, żeby nie zabrudzić rany. Weszli na podwórko u schyłku dnia. Zmordowany Reks wywiesił ozór, wielki i pomarańczowy jak zachodzące za las słońce. A ziemia buchała jeszcze żarem…

Rozdział V

Cisza przy stole. Dramatyczna opowieść pana Maszopy.


Zmęczeni upałem i wielogodzinną bieganiną zasiedli do stołu, nakrytego obrusem w kaszubskie hafty.

— Ręce umyłyście, dzieciaki? — spytała pani Maszopowa, krzątając się przy kuchni.

— Załoga, do wody! — huknął Krzysiek i wszyscy udali się do stojącej na podwórzu pompy.

Nie zdradzimy wielkiej tajemnicy mówiąc, że Michał zalał się od stóp do głów za pierwszym podejściem, zmoczył innych i czmychnął do domu, aby zmienić ubranie.

Wkrótce cała ekipa z powrotem znalazła się w kuchni. Jan Maszopa zasiadł u szczytu stołu. Wielką łyżką nałożył na talerz parujące, wonne ziemniaki, z drugiej miski zaczerpnął pływające w tłuszczu skwarki (na które Asia zareagowała zgrabnie tuszowaną niechęcią), z wielkiego zaś dzbana nalał kwaśnego mleka. Położywszy dłonie na stół, spokojnie czekał, aż wszyscy uporają się ze sztućcami. Panowało milczenie, spowodowane nie tylko zmęczeniem, lecz i respektem dla gospodarza, który nie odzywał się ani słowem.

— Niechaj wam smakuje… — powiedział wreszcie Maszopa.

— I żołądków nie psuje — wyrwał się Michał z harcerskim okrzykiem, który bywał znakomity w warunkach obozowych, natomiast zupełnie nie pasował do tej schludnej kuchni i gościnnych gospodarzy. Dziewczyny zachichotały, Michał zaś pod stołem otrzymał pod stołem potężnego kopniaka.

— Auuu! — pisnął.

— Cicho! — szepnął Krzysiek. — Nie drzyj się…

Maszopa nie zareagował. Siedząc w niezmienionej pozycji czekał na spokój.

— Niechaj wam smakują dary tej pięknej, kaszubskiej ziemi — rzekł. — Od setek, a może tysięcy lat żywiła ona ludzi pracowitych i dobrych. Jeśli dba się o nią i szanuje, jest wierna i szczodra, rodzi tyle darów, ile człowiekowi potrzeba. Spożywać je należy poważnie i z szacunkiem.

Włożył do ust pierwszą porcję ziemniaków i żuł je w milczeniu, popijając małymi łykami mleka. Kiedy skończyli posiłek — a trzeba było przyznać, że trudno było członkom załogi wytrzymać w całkowitym, poważnym milczeniu — Maszopa wytarł usta i powiedział:

— Jutro rano wyruszamy łodzią na wodę. Zanim to jednak nastąpi, muszę opowiedzieć wam historię związaną z tym pełnym ryb jeziorem. Chodźcie ze mną…

Wstał i ruszył do pokoju.

— Słuchajcie uważnie — Maszopowa nachyliła się do Asi — bo to bardzo ciekawe. I prawdziwe.

Gospodarz nie zapalał światła, choć w izbie panował pół- mrok. Sięgnął do kieszeni i wydobył pudełko zapałek. Zagrzechotał nim i podszedł do kominka, na którego gzymsie znajdował się olbrzymi lichtarz ze świecą oblepioną kroplami zastygłego wosku. Dzieci stały w pobliżu drzwi, ciekawe dalszego rozwoju wypadków.

— Zbliżcie się do mnie — rzekł Maszopa. — Pokażę wam coś osobliwego…

Trzasnęła zapałka, knot świecy skoczył równym, spokojnym płomieniem. Gospodarz otoczył go dłońmi i powiedział:

— Pal się, ogniu, daj nam siłę i chroń nas przed złem… Nie dziwcie się: to taki stary, słowiański zwyczaj, który przetrwał jeszcze z czasów, gdy przodkowie nasi czcili płomienie…

— W harcerstwie też tak robimy — szepnęła Ola. Maszopa otworzył ciężką, dębową szafę. Pochylił się i zniknął do połowy w jej przestronnym wnętrzu. Dzieci otoczyły go półkolem. Wyprostował się na całą wysokość. W dłoniach dzierżył ogromne pudło. Postawił je na stole i otworzył. Wewnątrz leżał, słabo widoczny w mroku, duży kawałek drewna.

— Spójrzcie. Ta drzazga niczym się pozornie nie różni od innych. Tak jednak nie jest. Ten przedmiot wyłowiłem kiedyś z dna jeziora w niezwykłych i tragicznych okolicznościach. — Położył konar na dłoniach Michała. — Obejrzyjcie go dokładnie jako bardzo starą rzecz, tak starą, jak to jezioro, nad który mieszkamy. To chyba część łodzi, prawdopodobnie z poszycia.

Ola dotknęła drewna koniuszkiem języka. Nie miało żadnego smaku. Maszopa zaś zaczął opowiadać…

Opowieść pana Maszopy

— Jak sami zauważyliście, rośnie tu ogromny i ciemny las, otaczający całe prawie jezioro. Gdy wieje wiatr, drzewa śpiewają starodawną pieśń, jakby pamiętały, co działo się tu przed setkami lat. Jezioro jest wielkie, rozległe i bardzo podobne do… Ale o tym opowiem wam kiedy indziej. Teraz ciekawi was pewnie, skąd mam ten kawałek drewna ze starej łodzi, i dlaczego chronię je w dużej szafie. Otóż przed laty, kiedy nie było was jeszcze na świecie, ja zaś uważałem się za człowieka całkiem młodego, do lasu, stojącego na tym cyplu ze złotym piaskiem, przyjechała pewna rodzina na wczasy. Rozbili namiot i rozgościli się, uzyskawszy naturalnie uprzednio zgodę leśniczego. O, to jest wspaniały człowiek i mieszka w tym lesie nie od dzisiaj. Jeśli nadarzy się okazja, a myślę, że taką znajdziemy, z przyjemnością mu was przedstawię. Powróćmy jednak do turystów. Byli to grzeczni i sympatyczni ludzie. Przyszli do mnie któregoś dnia i poprosili o wypożyczenie łodzi. — Czemu nie, bierzcie — powiedziałem. Mężczyzna siadł do wioseł, kobieta z synem usadowili się na ławce. Nie byli to ludzi obyci z wodą, lecz jakiż to problem zrobić niewielką przejażdżkę? — Nie odpływajcie za daleko — ostrzegłem. — Nie wiecie pewnie, że jezioro jest zaklęte… — Eee, nie wierzę w takie historie. — Mężczyzna machnął dłonią. — Damy sobie radę.

Popłynęli. Wrócili po godzinie, przywiązali łódź do palika i powędrowali do siebie. Na drugi dzień pogoda się popsuła. Wiatr wiał. Po jeziorze szły niewielkie grzywy. Wichura przeginała pnie, szumiąc w koronach drzew. W południe przyszedł ojciec z chłopakiem. Znowu dałem im łódź, lecz ostrzegłem i tym razem: — W legendy możecie nie wierzyć, lecz spójrzcie, co się dzieje. Trzeba bardzo uważać… — Panie, ja w partyzantce byłem — powiedział ze śmiechem mężczyzna. — Łódź przyprowadzę i, jeśli można, zatrzymam ją aż do jutra. Zgodziłem się. Miałem przecież dwie inne łódki przymocowane w przystani. Popłynęli z trudem. Widziałem jednak, że dotarli do cypla. W nocy pogoda pogorszyła się jeszcze bardziej. Nam, tutejszym, wcale to nie przeszkadzało i nie przeszkadza do dziś. Nie pierwszyzna to dla nas, a żyć trzeba i do tej naszej przyrody się przyzwyczaić. Moja żona Dorota wstała w pewnej chwili z łóżka, podeszła do tego oto okna i wpatrzyła się w dal. — Chodź no tu, Janek — powiedziała z wahaniem — Na cyplu coś się dzieje. — Cóż się może dziać? — odpowiedziałem. — Z daleka przecież nie widać. — Ale ognie jakieś latają — rzekła. — To w tę, to z powrotem… Chcąc nie chcąc, wygramoliłem się z betów i poczłapałem do okna. Miałem za sobą ciężki poranny połów i bardzo byłem zmęczony.

Zbliżyłem twarz do szyby. — Zgaś światło — powiedziałem z zafrasowaniem. Coś tam rzeczywiście się działo. W mroku migały ognie dwóch łuczyw. Podjąłem błyskawiczną decyzję. Ubrałem się, narzuciłem nieprzemakalną, długą kurtkę i gumiaki. Wybiegłem na deszcz. — Uważaj na siebie! — krzyknęła żona.

Do cypla jest niemały kawałek. Już w połowie drogi słychać było stamtąd krzyki i nawoływania. Puściłem się biegiem. Znałem doskonale teren, urodziłem się tu przecież i wychowałem. — Co się stało? — spytałem zdyszany, docierając na miejsce. Kobieta była przerażona. — On… on jest tam! — krzyknęła, wskazując dłonią wzburzone jezioro. — Kto, u diabła?! — Nasz syn… jest… tam! Jej mąż, zwinąwszy dłonie w tubę, krzyczał rozpaczliwie: — Grzegorz! Grze-e-e-gorz!!! Złapałem go za ramiona i ryknąłem mu wprost do ucha: — Spokój! A kiedy zamilkł, spytałem: — Gdzie jest? — Zabrał łódź bez naszej zgody i popłynął. Krzyczymy ale nie odpowiada. Taki sztorm! Potracili głowy, widziałem to wyraźnie. Przejąłem inicjatywę. — Niech pani woła i pali tu ogień. A pan za mną! — Ależ… — próbował oponować mężczyzna.

— Biegiem, bez gadania! — krzyknąłem głosem nieznoszącym sprzeciwu. W szaleńczym tempie wpadliśmy na przystań. — Są dwie łodzie. Ja jedną, pan drugą. Szybko… Zakotłowało się wokół wioseł. Rozdzieliśmy się. Mężczyzna krzyczał co chwilę: — Grzego-o-o-orz!!! Oddaliłem się od niego. Po naszym jeziorze wiatr potrafi wariować, ale znam trochę jego sztuczki. Skierowałem łódź w stronę odległych szuwarów. Wiosłowałem z piętnaście minut. I wtedy usłyszałem głos chłopaka. Nie było czasu do stracenia. Płynąłem ciągnąc wiosła ze wszystkich sił. Wreszcie znalazłem się w pobliżu. Zapaloną lampę uniosłem w górę. Łódź była pusta, dziobem wbita w gęsty las tataraku. Chłopak był w wodzie. Gruntować nie mógł, wyrwać łodzi z pułapki też nie. Widocznie chciał odbić się od dna i wypchnąć łódź na wolną przestrzeń. Nie udało mu się to. Wiatr był zbyt silny. Widziałem jego twarz nad powierzchnią wody. Ostatkiem sił trzymał się burty. — Jeszcze chwila! — krzyknąłem. Doszedłem łodzią, przywarłem do tamtej. Fale tłukły o drewniane burty i przedzierały się z szumem przed roślinność. Podałem mu rękę. Zacząłem ciągnąć. Okazał się cięższy, niż przypuszczałem. Zaparłem się o ławkę. Chłopak był coraz wyżej. Nagle uderzyła fala większa od innych, szarpnęła; straciłem równowagę i wraz z chłopakiem wpadłem do wody.

Szuwary są zdradliwe: krępują ruchy, tną dłonie, utrudniają ratunek. Wokół czerń, lampa też poszła za burtę… — Gdzie jesteś?! — krzyknąłem. — Tutaj, tutaj… — Głos był coraz słabszy. Łódź wyrwała mi się z ręki. Było źle. Złapałem wreszcie chłopaka. Trzymając się tataraku, chwyciłem go mocniej i nagle pod nogami poczułem jakiś twardy przedmiot. Oparłem się o niego i przyholowałem chłopaka do łodzi. Po chwili Grzegorz był na pokładzie. Już i ja miałem skoczyć do środka, lecz — powodowany odruchem — podciągnąłem nogą ów przedmiot, którym tak nam pomógł. A kto wie, czy nie uratował życia. Był to właśnie ten drewniany palik. Bardzo stary, jakimś cudem trzymał się dna.

Chłopaka odstawiłem do rodziców. Nie posiadali się z radości. — Ostrzegałem was przecież — rzekłem, odchodząc — że jezioro jest zaklęte i trzeba bardzo uważać. Nic na to nie odpowiedzieli. Drewno wysuszyłem i trzymam. Jeżeli raz uratowało mi życie, to kiedy indziej może szczęście mi przyniesie? Prawdopodobnie łodzią, z której pochodzi, pływał po jeziorze duch tego lasu. Mieszkał w potężnym dębie i pewnego razu postanowił…

— Co postanowił? — zapytał Michał.

— O tym dowiecie się innym razem — powiedział pan Maszopa. — Spójrzcie: dopala się świeca, na dworze ciemno, a wstać trzeba wcześnie.

— Czy popłyniemy w te szuwary?

— Oczywiście. Jutro dam wam też zadanie, bardzo zresztą trudne, na następny dzień lub dwa. Jeżeli uporacie się z nim, poznacie tajemnicę jeziora. Ale o tym — sza!

Zasnęli, nim jeszcze głowy znalazły się na poduszkach…

Rozdział VI

Jest po północy… Krzysztof samotnie wyrusza do lasu.


Promienie księżyca wpłynęły do pokoju i zalały go bladym światłem. Na ścianach położyły się cienie mebli, wazonu z kwiatami, lampy z ogromnym abażurem. Krzesła wyglądały jak bogato rzeźbione trony, stojące na rozwartych, lwich łapach.

Krzysztof zbudził się pod naporem głębokiej ciszy panującej w domu. Przyzwyczaił się spać przy akompaniamencie warkotu, dobiegającego z warsztatu naprawczego, który znajdował się w pobliżu ich domu, i dalekich odgłosów pociągu walącego o szyny zaraz za mostem. Najpierw spojrzał na sufit, nie mogąc sobie przypomnieć, gdzie się znajduje. Dopiero po chwili do jego świadomości poczęły docierać obrazy z poprzedniego dnia. Na oknie wisiała zasłona w ogromne kwiaty, których cienie ułożyły się na podłodze w drgający, żywy dywan. W oddali szumiał las. Korony drzew, ledwie muskane wiatrem, poddawały mu się z sennym ziewaniem. Las czekał na jasny wybuch słonecznego dnia. A gdyby tak pójść nad jezioro? — pomyślał nagle Krzysiek. Zobaczyć, jak wygląda nocą…

Pomysł był przedni, trzeba go jednak wprowadzić w życie w zupełnej tajemnicy. Nie było to łatwe, zważywszy, że pokój znajdował się na piętrze, gospodarze spali na dole, obok drzwi zaś wypoczywał Reks. Michał leżał na brzuchu w skotłowanej pościeli. Nocą zazwyczaj szalał, zanim znalazł najwygodniejszą pozycję. Stąd rano jego tapczan wyglądał jak pobojowisko lub wysłużony poligon wojsk zmechanizowanych. Reks położył się na boku, wyciągnąwszy swe cielsko — wraz z ogonem — na całą długość. Oddychał miarowo, z sykiem wypuszczając powietrze przez nos. Czasem jęknął; może w swoisty, psi sposób przeżywał wczorajsze spotkanie z kogutem i zieloną żabą?

Krzysztof ostrożnie siadł na łóżku. Wyciągając szyję, spojrzał przez okno. Na dworze nie było znowu tak ciemno, jak wydawało się w pierwszej chwili. Sięgnął po ubranie. W tym samym jednak momencie Reks przestał śnić, poruszył się i zastrzygł uszami. — Ciiii… — wyszeptał Krzysiek. Uczynił to w złą godzinę. Pies, usłyszawszy znajomy głos, zerwał się na równe nogi, gotów do natychmiastowej akcji. Powachlował kilkakroć ogonem, rąbnął nim o szafę, aż głuche echo rozległo się w całym pokoju i w najbliższej okolicy. Michał, jak ryba, jednym skokiem przewrócił się na drugi bok, mrucząc coś w poduszkę. — Niczego spokojnie nie można zrobić — mruknął Krzysiek przez zęby. — Leżeć! Zaczął się ubierać. Łóżko skrzypnęło przy wstawaniu, jęknęła deska w podłodze.

Spodnie, koszula, sweter… Zaplątało się sznurowadło przy tenisówkach, podniósł więc but do oczu i prawie po omacku rozwiązał supeł. Uformował kołdrę w taki sposób, aby Michał, gdy się zbudzi, nie zauważył jego nieobecności.

Na palcach podszedł do drzwi. Nacisnął na klamkę, która zgrzytnęła nie naoliwionymi częściami. Reks nosem rozpychał szparkę w drzwiach, wyrażając swoje rosnące zniecierpliwienie. Chłopak przytrzymał go za grzbiet, aby pies z impetem nie runął po schodach.

Krok po kroku schodzili na dół. Krzysztof wstrzymywał oddech, nasłuchując. Żaden szmer nie zakłócał ciszy. Wydostali się w końcu na podwórko. Skradając się wzdłuż ścian budynku, ominęli kurnik i drewutnię, by wkrótce znaleźć się na drodze.

Mogli wreszcie odetchnąć. Za nimi stał uśpiony dom i nic nie wskazywało na to, aby kto się obudził. Zeszli na brzeg jeziora. Księżyc wisiał nad rozlewiskiem, po którym biegł do stóp Krzyśka drgającą, srebrzystą linią. Nieba nie przykrywała ani jedna chmurka. Las czarną ścianą otaczał jezioro, kryjąc w mroku swoje tajemnice. Chłopiec poczuł się nieswojo. Gałęzie drzew, stojących przy samym brzegu, długimi mackami sięgały do wody. Czekały, uśpione, na poranny, ożywczy wiatr. Zabudowania zginęły w ciemności. Chłopca otoczyła gęsta, mroczna pustka, pełna głuchej ciszy. Zdecydował się jednak pójść dalej.

Gwizdnął przez zęby na psa, którego obecność dodawała otuchy, i ruszył brzegiem. Księżyc celował w niego swą błyszczącą szprychą, wraz z Krzyśkiem wędrując po obrzeżu jeziora. Takie dziwne zjawisko! Reks biegł cicho, nadstawiając uszu, zważając na każdy dźwięk. Szkoda, że nie zabrałem latarki, pomyślał nagle Krzysztof.

Usiadł na zwalonym pniu i podparł głowę rękoma. Starał się nie odwracać, choć wciąż czuł, że za plecami dziać się mogą niestworzone rzeczy. Pamiętał legendę o nieustraszonym człowieku, który dotarł nocą do skarbu tylko dzięki temu, że nie odwrócił się ani razu, mimo iż straszyły go nie lada potwory, spadające głazy, gromy i błyskawice. Aż się wzdrygnął na wspomnienie tej opowieści.

Postanowił dotrzeć na cypel z żółtą plażą. To przecież tam przed laty przebywała rodzina z chłopcem, którego uratował rybak Maszopa. Stamtąd podczas wichury wyruszył ów chłopak łodzią w nieznane, goniąc pewno swe nastoletnie marzenia o wielkiej przygodzie…

Krzysiek wszedł między drzewa. Maszerować było teraz o wiele trudniej. Zahaczał ubraniem o krzewy, potykał się o wyboje i korzenie, niekiedy delikatna pajęczyna, upleciona między gałęziami, otulała jego twarz. Otrząsał się wtedy ze wstrętem, zdzierając dłońmi niteczki i wichrząc włosy, w które mógł się wplątać pająk. Brnął po omacku, starając się trzymać jak najbliżej jeziora.

Nagle drgnął. Zatrzymał się z jedną nogą uniesioną, gotową do następnego kroku. Odniósł wrażenie, że w tej głuszy nie jest sam. Ciarki przebiegły mu po plecach.

Reksa również coś tknęło. Podbiegł do przodu, wrócił i stanął, chowając ogon pod siebie. Chłopiec przełknąć ślinę. Żałował już, że opuścił przytulny pokój i wygodne łóżko. Ogarnął go strach, który w tej scenerii miał oczy jak młyńskie koła. Wstrzymał oddech.

Próbował wzrokiem przeszyć ciemność, lecz niczego nie udało mu się dostrzec. Z lewej strony, między drzewami, migotała tafla jeziora. Jest tu kto? — chciał krzyknąć, lecz głos uwiązł mu w gardle i załamał się na podobieństwo dziecięcego pisku. Zresztą i tak nie otrzymałby żadnej odpowiedzi. Do cypla nie było już daleko, dyshonor więc się wycofywać.

Krzysztof runął przed siebie. Biegł kilkaset metrów, pragnąc jak najszybciej znaleźć się przynajmniej na odkrytym terenie plaży. Potknął się o coś, wyciągnął jak długi, podniósł się i, nie czując nawet bólu w kolanie, gnał dalej. Przystanął przy wysokiej sośnie. Oparł się plecami o pień i słuchał. Reks obok wywalił jęzor i ciężko dyszał. — Cicho — powiedział chłopak. Pies mlasnął i zaszurał ogonem po ściółce. Daleko, w kierunku, z którego przybiegli, dał się słyszeć trzask gałęzi. Jeden, potem drugi. Na ułamek sekundy mignęło jakieś światełko. Nie zwlekając, Krzysztof ruszył przed siebie. Wkrótce wypadł na zalany światłem księżyca cypel. Skrył się w cieniu, wśród krzewów, obok dawno wygasłego ogniska. Mógł stamtąd obserwować polankę, nie zdradzając swojej obecności.

— Leżeć! — polecił psu, któremu udzielił się widocznie na strój dramatycznego oczekiwania, bo bez wahania spełnił rozkaz. W razie niebezpieczeństwa rzucam się do wody, pomyślał chłopak, widząc się w wyobraźni, jak zamaszystymi ruchami płynie w kierunku przeciwległego brzegu. Co jednak dalej? — przyszła chłodna refleksja, albowiem Krzysiek umiał pływać, to prawda, lecz na krótkich dystansach.

Nagle tuż przy skraju lasu zaczęło się coś dziać. Nie można było jeszcze ocenić, co to takiego, ale jedno było pewne: ktoś biegł w jego stronę. Krzysztof przytknął twarz do ziemi. Dłonią namacał chłodną rękojeść harcerskiej finki, przypiętej do pasa.

Trawa odurzająco pachniała.

Rozdział VII

Energiczna akcja leśniczego. Nóż błyska w świetle latarki.


Kilka dni wcześniej leśniczy, dokonując obchodu lasu, natknął się na wnyki, sprytnie ukryte przez kłusownika. Nie ruszając prymitywnie wykonanych, choć zapewne skutecznych urządzeń, postanowił położyć temu kres. Codziennie późnym wieczorem wyruszał do lasu. Zdejmował ze ściany starą, znakomicie utrzymaną śrutówkę, zarzucał ją na ramię i wędrował ku zagrożonym miejscom.

O wnykach powiadomił całą służbę leśną. Gajowi więc też spędzali noce w lesie. Bezskutecznie jednak. Nikt nie wchodził im w drogę — kłusownik był ostrożny, a może ktoś go ostrzegł…

Gdzieś około wpół do dwunastej w nocy leśniczy znalazł się kilkaset metrów od miejsca założenia pułapki na zwierzęta. Przyczaił się za sągiem drewna, otulił ciepłą kurtką — lipcowa noc potrafi być chłodna — i zapadł jakby w odrętwienie. Żaden jednak, najmniejszy nawet, szmer nie uszedłby jego uwagi. Wszak znał ten las od kilkudziesięciu lat, jego nocne szmery i odgłosy. Bez wahania odróżniał chód zwierzęcia od zawsze niezdarnego poruszania się człowieka. Minęła godzina uporczywego wyczekiwania. Potem jeszcze trochę.

Wtem jakiś obcy dźwięk przerwał leśną ciszę. Leśniczy sprężył się, zamienił cały w słuch. Od jeziora dobiegł szelest. To musiał być tylko człowiek — starał się iść ostrożnie, uważnie, stawiał nogi z namysłem. W tym rejonie nie było wiele domostw. Zagroda Maszopów, o kilka kilometrów dalej skryta w głębokiej gęstwinie leśniczówka, na południe zaś od głównej drogi rozłożyła się niewielka wioska. Kłusownik mógł być jej mieszkańcem, tego jednak do momentu złapania go na gorącym uczynku nie można było stwierdzić. Żadne zresztą ślady do wioski nie prowadziły.

A zatem kto? Leśniczy wiedział, kiedy letnicy zjeżdżają nad jezioro, i w których miejscach rozbijają namioty. Cały ten rejon uznany został za strefę ciszy, niechętnie więc dawano zgodę na urządzanie obozowiska. Obcych latem było tu zatem niewielu.

Znowu trzasnęły gałęzie. Człowiek skradał się w stronę zarośli, w których pobliżu były ustawione wnyki. Czyżby dzisiaj? Coś mi na to wygląda, pomyślał leśniczy. Podniósł się ze swego stanowiska i ruszył w kierunku tych odgłosów. Zdjął broń z ramienia i niósł ją w gotowości do strzału. Z przestępcami nie było żartów. Szedł chyłkiem za szelestem. Od czasu do czasu przystawał, sprawdzając, czy przeciwnik nie usłyszał go i nie przyczaił się gdzieś w gęstwinie. Tamten jednak posuwał się dalej do przodu. W pewnej jednak chwili pod butem leśniczego trzasnęła gałązka. Zamarł. Również kłusownik przestał się poruszać. Obaj nasłuchiwali w napięciu.

Trzeba go sprowokować, pomyślał leśniczy. Przypuszczał, że tamten człowiek, jak czyni się to w mroku zupełnie bezwiednie, ma wzrok skierowany w jego stronę — w kierunku, skąd dobiega niepokojący dźwięk. Nacisnął więc przycisk latarki i na moment wyzwolił silny strumień światła. Kłusownik rzucił się do ucieczki. Pędził do jeziora. Dokąd biegnie? — pomyślał leśniczy. To przecież ślepy zaułek. Z cypla prowadzi już droga tylko przez wodę. A może chce rzucić się wpław?

Przyśpieszył kroku. Nie wątpił już, że człowiek, którego wytropił, jest śmiertelnie przestraszony. Biegł, nie przestrzegając środków ostrożności. Nie próbował nawet zmylić pogoni. — Doświadczony kłusownik tak by się nie zachowywał — mruknął leśniczy do siebie. Podczas długich lat życia w lesie widział jednak już niejedno ludzkie dziwactwo, które na tle przyrody szczególnie ostro się rysowało.

Szedł krok za krokiem. Stawał, nasłuchując. I znów posuwał się trochę do przodu. Nagle wszystko ucichło. Człowiek gdzieś się przyczaił. Trzeba zachować szczególną ostrożność, postanowił leśniczy. Jeśli kłusownik zorientuje się, że nie ma już możliwości ucieczki, może zechcieć przebić się w tę stronę… Stał za drzewami i słuchał. Żaden obcy dźwięk nie mącił spokoju lasu. I to było najbardziej niebezpieczne. Gdyby znalazł się tu chociaż jeden z gajowych! We dwóch łatwiej by się uporali z przeciwnikiem. A gdyby tak wezwać strzałem pomocy? Nie wiadomo jednak, czy przed upływem trzydziestu minut ktoś dobiegł by z innego rejonu lasu. Wówczas na wszystko byłoby za późno. Należało więc podjąć walkę bez niczyjego wsparcia.

Jak kot przesunął się do następnego drzewa, potem do następnego, bezszelestnie stawiając kroki. W dali błyszczało jezioro, księżyc zaś świecił prosto w oczy leśniczego. Był już na skraju polany. Ukryty w krzewach i oparty o drzewo skierował broń w stronę cypla. Czekał kilka minut w nadziei, że usłyszy coś, co pomoże mu w orientacji. Wszak przeciwnik nie mógł ujść inną drogą! Musiał być gdzieś tutaj. Może w tej kępie drzew? Albo wśród krzewów?

Raptem od strony gęstwiny rozległo się przytłumione warczenie psa. A więc tam! Nie poruszając się, leśniczy krzyknął:

— Służba leśna! Wychodzić na otwarty teren! I ani jednego niepotrzebnego ruchu!

Odpowiedziała mu cisza, przerywana jedynie psim poburkiwaniem. Zapalił latarkę. Mocny strumień światła oplótł kępę drzew. Ktoś tam był.

— Tu służba leśna! — powtórzył leśniczy. — Wychodzić natychmiast! W przeciwnym razie będę strzelał! Leżący człowiek trzymał w dłoni długi nóż, którego ostrze złowrogo błysnęło. Nie poruszał się jednak nadal. Nadleśniczy, sprężony jak do skoku, wkroczył na polanę. Lufa śrutówki skierowana była na leżącego kłusownika. — Liczę do trzech — krzyknął. — Raz, dwa…

Rozdział VIII

Niechlubny powrót. Wyprawa do wsi. Wymarłej? Nowy znajomy.


Tymczasem w domu Maszopów wybuchł panika. Wszczął ją Michał jeszcze o świcie, stwierdzając, że zniknął jego brat razem z psem. Załomotał do dziewcząt, narobił wrzasku, wszystkich mieszkańców błyskawicznie postawił na nogi. Sam odział się jak najszybciej i — nie myśląc nawet o myciu — zbiegł po schodach. — Dokąd to? — wychyliwszy się z okna, zapytała pani Maszopowa, lecz Michał, nie zatrzymując się w wyciągniętym galopie, odwrócił się tylko i krzyknął:

— Lecę szukać! — i po sekundzie zniknął wszystkim z oczu. Nawet z daleka widzieli kłąb kurzu, przesuwający się drogą z szybkością rajdowego motocykla.

— Zwariowali! — Asia ziewnęła szeroko i jeszcze przez kilka minut postanowiła pozostać w łóżku.

— A może coś się stało? — Teraz Ola nabierała werwy. — Jakieś błota, złodzieje albo co…

— To niesłychane — spod poduszki, którą Asia nałożyła sobie na głowę, rozległ się jej przytłumiony głos — żeby nawet w czasie wakacji nie można się było porządnie wyspać.

— Przecież już nie śpisz — trafnie zauważyła Ola.

— Michał darł się tak przeraźliwie, że zbudził chyba wszystkie ryby w jeziorze. Jak mogłam spać? — Asia usiadła i próbowała ułożyć słomianą fryzurę. — Wstaję. Ale jeżeli jutro…

— Jutro będzie futro, koleżanko.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 36.9
drukowana A5
Kolorowa
za 62.46