Trylogia „Wybieram siebie”
Ta książka jest drugim tomem trylogii „Wybieram siebie” autorstwa Anastasii Kolendo-Smirnovej.
Każdy tom stanowi odrębną całość i można czytać go niezależnie. Wszystkie trzy książki tworzą jednak wspólną drogę — od przeżycia rozstania i odzyskiwania równowagi, przez budowanie zdrowej relacji z samą sobą, aż po tworzenie bliskości, w której nie trzeba rezygnować z własnych potrzeb, granic i poczucia własnej wartości.
Trylogię tworzą:
Tom 1 — „Po rozstaniu wybieram siebie”
Jak przejść przez rozstanie i otworzyć się na nową relację
Tom 2 — „W związku nie tracę siebie”
Jak budować poczucie własnej wartości i nie uzależniać szczęścia od relacji
Tom 3 — „W miłości wybieram siebie”
Jak rozumieć swoje potrzeby, stawiać granice i tworzyć relację po swojemu
Pierwszy tom koncentruje się na doświadczeniu rozstania — bólu, tęsknocie, utracie wspólnych planów oraz stopniowym odzyskiwaniu zainteresowania własnym życiem.
Ten, drugi tom, zaczyna się w innym miejscu.
Można już nie tęsknić za byłym partnerem. Można nawet wejść w nową relację. A mimo to odkrywać, że własne samopoczucie zbyt mocno zależy od drugiego człowieka.
Czy mnie kocha?
Czy się odezwie?
Czy nadal jestem dla niego ważna?
Dlaczego zachowuje się inaczej niż wcześniej?
Czy zrobiłam coś nie tak?
Czy powinnam bardziej się postarać?
Czy jeśli postawię granicę, odejdzie?
W takich momentach problemem nie musi być brak miłości.
Czasami trudność polega na tym, że w relacji zaczynamy stopniowo tracić kontakt ze sobą.
Z własnymi potrzebami.
Z granicami.
Z poczuciem wartości.
Z życiem, które istniało również poza związkiem.
Dlatego ta książka nie będzie opowiadała o tym, jak sprawić, żeby druga osoba bardziej nas kochała, jak zatrzymać partnera ani jak stać się kimś, kogo nie można porzucić.
Będzie dotyczyła czegoś innego:
jak być blisko drugiego człowieka i jednocześnie pozostać blisko siebie.
Nie musisz wcześniej czytać pierwszego tomu, żeby pracować z tą książką. Jeżeli jednak jesteś właśnie po rozstaniu i ból jest nadal bardzo intensywny, pierwszy tom trylogii — „Po rozstaniu wybieram siebie” — może być dla Ciebie naturalnym początkiem tej drogi.
Tutaj idziemy krok dalej.
Nie będziemy pytać wyłącznie:
„Jak stworzyć dobry związek?”
Będziemy również pytać:
„Kim jestem w związku?”
„Co dzieje się ze mną, kiedy zaczynam się bać, że stracę drugiego człowieka?”
„Czy potrafię kochać, nie rezygnując z siebie?”
Bo bliskość nie powinna wymagać znikania.
I właśnie od tego zaczyna się drugi tom trylogii „Wybieram siebie”.
Wstęp
Pierwszy tom tej trylogii zakończył się w momencie, kiedy ból po rozstaniu przestał zajmować całe moje życie. Nadal miałam uczucia związane z poprzednią relacją, ale jednocześnie zaczęłam otwierać się na nowe znajomości. Wkrótce weszłam w nowy związek.
Można byłoby pomyśleć:
szczęśliwe zakończenie.
Tylko że życie rzadko kończy się w miejscu, w którym kończy się jeden rozdział książki.
Nowa relacja dość szybko pokazała mi, że samo przeżycie rozstania nie rozwiązało wszystkich moich trudności związanych z bliskością.
Zauważyłam w sobie coś, czemu chciałam przyjrzeć się znacznie uważniej.
Kiedy zaczynało mi na kimś naprawdę zależeć, pojawiał się lęk przed utratą relacji.
A wraz z nim pytania:
Czy nie zacznę zbyt wiele tolerować tylko dlatego, żeby nie zostać sama?
Czy będę potrafiła powiedzieć, że coś mi nie odpowiada?
Czy postawię granicę, jeśli będę wiedziała, że partner może jej nie zaakceptować?
Czy moje poczucie własnej wartości znowu zacznie zależeć od tego, jak traktuje mnie drugi człowiek?
Czy potrafię kochać i jednocześnie nie tracić siebie?
W pierwotnej wersji tej historii określałam ten problem znacznie bardziej kategorycznie. Pisałam o swojej „skłonności do neurotycznych związków” i zakładałam, że bez jej „przepracowania” nie będę w stanie stworzyć zdrowej relacji.
Dzisiaj nie chcę tak łatwo przyklejać ani sobie, ani czytelnikowi etykiet.
Silny lęk przed utratą partnera, trudność w stawianiu granic, podporządkowywanie własnych potrzeb relacji czy pozostawanie w sytuacji, która nas rani, mogą być ważnymi sygnałami. Nie oznaczają jednak automatycznie, że jesteśmy „neurotyczni”, „współuzależnieni” albo psychicznie niezdrowi.
Ludzie pozostają w trudnych relacjach z bardzo różnych powodów.
Z powodu miłości.
Przywiązania.
Lęku.
Nadziei na zmianę.
Wspólnych dzieci.
Sytuacji finansowej.
Presji społecznej.
Samotności.
Wspólnej historii.
A czasem dlatego, że przez długi czas nie zauważają, jak wiele własnych potrzeb zaczęli odkładać na później.
Dlatego celem tej książki nie będzie diagnozowanie siebie ani partnera.
Nie będzie nim również osiągnięcie takiej „miłości do siebie”, po której już nigdy nie będziemy zależni emocjonalnie od innych ludzi.
Bliskość z natury oznacza, że drugi człowiek staje się dla nas ważny.
Możemy tęsknić.
Możemy potrzebować wsparcia.
Możemy cierpieć po stracie.
Możemy przejmować się tym, co partner o nas myśli.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy relacja stopniowo zajmuje tak dużo miejsca, że przestajemy słyszeć samych siebie.
Dlatego mój cel jest inny:
chcę nauczyć się tworzyć bliskość, w której drugi człowiek jest dla mnie ważny, ale ja również pozostaję ważna dla samej siebie.
Ta książka będzie jednocześnie moją osobistą historią i praktyczną pracą, którą możesz wykonywać razem ze mną.
Poszczególne rozdziały odpowiadają kolejnym dniom mojego doświadczenia. Znajdziesz w nich pytania, ćwiczenia wyobrażeniowe, pracę z emocjami, przekonaniami i metaforami oraz moje własne obserwacje.
Nie musisz jednak wykonywać jednego rozdziału dziennie.
Nie istnieje właściwe tempo.
Jeżeli jedno ćwiczenie zajmie Ci kilka dni — dobrze.
Jeżeli zechcesz zrobić przerwę — również dobrze.
Jeżeli któreś ćwiczenie nie będzie Ci odpowiadało — możesz je pominąć.
Nie chodzi o zaliczenie treningu.
Chodzi o lepsze poznanie siebie.
Na początku zapiszę również swój aktualny stan emocjonalny i opiszę to, co dzieje się w mojej relacji. Nie po to, żeby później udowodnić skuteczność określonej metody, lecz żeby móc porównać, jak z czasem zmieniają się moje myśli, emocje, zachowania i sposób patrzenia na siebie.
A więc zaczynajmy.
Najpierw moja historia.
Z mężczyzną, z którym próbuję teraz stworzyć relację, poznałam się na portalu randkowym.
Początkowo nie traktowałam tej znajomości szczególnie poważnie. Czasami rozmawialiśmy przez telefon, trochę pisaliśmy. Mieszkaliśmy w różnych miastach, a ja nie byłam przekonana, że chcę angażować się w relację na odległość.
Pewnego dnia zadzwonił i powiedział, że chce spotkać się ze mną osobiście.
Miałam napięty grafik, więc znalazłam dla niego dokładnie pół godziny.
Ani minuty więcej.
Spotkaliśmy się w kawiarni w centrum.
Miała być kawa i krótkie poznanie się.
Potem był spacer.
Planetarium.
Wystawa chińskich lampionów.
Kolacja.
Pół godziny zamieniło się w cały wspólnie spędzony dzień.
I wtedy zaczęło się coś, czego zupełnie nie planowałam.
Do dziś jesteśmy razem.
Na początku było dużo euforii i fascynacji. Przez chwilę łapałam się nawet na tym, że porównuję nowego partnera z mężczyzną, po rozstaniu z którym pracowałam w pierwszym tomie.
Co zabawne, mieli to samo imię.
Dostrzegałam również pewne podobieństwa charakteru i początkowo wydawało mi się, że spotkałam jakąś „ulepszoną wersję” poprzedniego partnera.
Z czasem takie porównanie zaczęło tracić sens.
Im lepiej poznawałam człowieka, z którym byłam, tym wyraźniej widziałam jego własny charakter, potrzeby, mocne strony, słabości i sposób budowania relacji.
Przestał być kimś, kogo można porównywać z przeszłością.
Stał się po prostu sobą.
I właśnie wtedy pojawiło się coś jeszcze.
Zaczęło mi naprawdę zależeć.
A kiedy zaczęło mi zależeć, pojawił się lęk.
Co będzie, jeśli go stracę?
To pytanie mnie zatrzymało.
Nie dlatego, że sam lęk przed utratą bliskiego człowieka jest czymś nieprawidłowym.
Jest naturalny.
Zaczęłam jednak zastanawiać się nad czymś innym:
co zrobię, kiedy lęk przed utratą relacji zderzy się z moimi własnymi granicami?
Czy powiem, że coś mi nie odpowiada?
Czy będę potrafiła odmówić?
Czy zacznę usprawiedliwiać zachowania, które mnie ranią?
Czy będę próbowała być „łatwiejsza”, „lepsza” i „wygodniejsza”, żeby tylko nie ryzykować rozstania?
To właśnie te pytania stały się początkiem tej książki.
Zanim zaczniemy
Ćwiczenia znajdujące się w tej książce są narzędziami autorefleksji i samoregulacji. Nie służą do diagnozowania zaburzeń psychicznych ani do leczenia chorób somatycznych.
Nie potrzebujemy również długiej listy „przeciwwskazań”, na której znalazłyby się gorączka, leczenie antybiotykami, przyjmowanie hormonów czy choroby nowotworowe.
Jeżeli jednak znajdujesz się w poważnym kryzysie psychicznym, masz myśli o zrobieniu sobie krzywdy, doświadczasz objawów psychotycznych albo ćwiczenia wywołują bardzo silne reakcje, z którymi trudno Ci sobie poradzić, nie próbuj zastępować nimi profesjonalnej pomocy.
Jeżeli natomiast znajdujesz się w relacji, w której występuje przemoc, groźby, przymus, kontrolowanie, izolowanie albo realne zagrożenie dla Ciebie lub dzieci, priorytetem nie jest „praca nad sobą”, lecz bezpieczeństwo i odpowiednie wsparcie.
Dzień pierwszy
Zacznijmy od historii Twoich relacji.
Weź kartkę lub otwórz osobny dokument.
Wypisz osoby, z którymi byłaś lub byłeś w ważnych związkach.
Przy każdej z nich odpowiedz:
Co było dla mnie dobre w tej relacji?
Co było trudne?
Czego mi brakowało?
Co akceptowałam lub akceptowałem, mimo że bardzo mi to nie odpowiadało?
Czy mówiłam lub mówiłem o swoich potrzebach?
Co robiłam lub robiłem, kiedy druga osoba ich nie uwzględniała?
Czy bałam lub bałem się odejść? Jeśli tak — czego dokładnie się bałam lub bałem?
Jeżeli jesteś obecnie w związku, uwzględnij również obecną relację.
Nie chodzi o sporządzenie aktu oskarżenia przeciwko byłym partnerom.
Spróbuj zobaczyć także własne decyzje.
W mojej historii niemal zawsze znajdował się jakiś istotny problem.
Jeden z mężczyzn był żonaty i nie potrafił zakończyć swojego małżeństwa. Dla mnie taka sytuacja była nie do zaakceptowania.
Inny nie chciał mieć dzieci, podczas gdy dla mnie możliwość macierzyństwa była ważna.
W małżeństwie doświadczałam trudności związanych z intymnością.
Kiedy patrzę na te relacje razem, zaczynam zauważać nie tylko to, jacy byli moi partnerzy.
Widzę również siebie.
I pytam: dlaczego pozostawałam w sytuacjach, które były dla mnie tak trudne?
Teraz zadaj to pytanie sobie:
Dlaczego pozostawałam lub pozostawałem w relacji, w której ważne potrzeby nie były zaspokajane albo moje granice były regularnie przekraczane?
Nie oceniaj pierwszej odpowiedzi.
Być może pojawi się:
bo kochałam.
bo mieliśmy dzieci.
bo nie miałam pieniędzy.
bo bałem się samotności.
bo wierzyłam, że się zmieni.
bo wstydziłem się przyznać przed rodziną, że związek się nie udał.
bo dobre momenty były naprawdę dobre.
bo nie wiedziałam, czy mam prawo oczekiwać czegoś więcej.
Każda z tych odpowiedzi prowadzi do innego miejsca.
Dlatego nie chcę sprowadzać wszystkich trudnych relacji do jednego pojęcia — „współuzależnienia” albo „braku miłości do siebie”.
Sytuacje ludzi są znacznie bardziej złożone.
Wyobraźmy sobie dwie osoby.
Pierwsza żyje w związku, w którym doświadcza przemocy. Chce odejść, ale jest finansowo zależna od partnera, ma dzieci, boi się eskalacji przemocy i nie wie, gdzie mogłaby zamieszkać.
Nie powiemy jej:
„Po prostu za mało siebie kochasz”.
Jej sytuacja wymaga przede wszystkim bezpieczeństwa, wsparcia i realnych możliwości działania.
Druga osoba pozostaje w relacji, w której partner regularnie łamie ustalone zasady wierności. Wie o tym, cierpi, wielokrotnie mówi, że odejdzie, ale za każdym razem zostaje.
Tutaj również nie znamy odpowiedzi, dopóki nie poznamy konkretnej historii.
Może istnieć silne przywiązanie.
Lęk przed samotnością.
Zależność finansowa.
Nadzieja.
Wspólne dzieci.
Wstyd.
Niskie poczucie własnej wartości.
Albo kilka tych rzeczy jednocześnie.
Dlatego najważniejszym pytaniem nie jest:
„Czy jestem współuzależniona lub współuzależniony?”
Lepiej zapytać:
„Co sprawia, że zostaję w sytuacji, która mnie rani?”
To pytanie otwiera znacznie więcej możliwości.
Nie istnieje również prosty test, według którego samo tolerowanie czegoś nieprzyjemnego oznacza „toksyczny związek”.
Każda relacja zawiera kompromisy i różnice.
Warto jednak zwrócić uwagę, jeśli regularnie dzieje się coś takiego:
rezygnujesz z ważnych potrzeb ze strachu przed utratą partnera;
nie mówisz, co naprawdę czujesz;
Twoje granice są wielokrotnie przekraczane;
ciągle usprawiedliwiasz zachowania, które Cię ranią;
Twoje poczucie własnej wartości zależy niemal wyłącznie od partnera;
stopniowo rezygnujesz z przyjaciół, zainteresowań, pracy albo innych ważnych części własnego życia;
czujesz, że nie możesz odejść, chociaż relacja przynosi Ci przede wszystkim cierpienie.
Nie będę używać popularnej historii o żabie, która rzekomo pozostaje w stopniowo podgrzewanej wodzie aż do ugotowania. Nie jest ona dobrym opisem rzeczywistego zachowania żab.
Sama metafora zwraca jednak uwagę na coś, co rzeczywiście może wydarzyć się w relacji:
granice mogą przesuwać się stopniowo.
Coś, czego na początku nigdy byśmy nie zaakceptowali, po wielu miesiącach zaczynamy traktować jak codzienność.
Dlatego warto od czasu do czasu zapytać:
„Gdybym poznała lub poznał tę relację dzisiaj dokładnie taką, jaka jest teraz — czy nadal świadomie bym ją wybrała lub wybrał?”
Odpowiedź może być bardzo ważna.
Nie oznacza jednak automatycznie, że masz natychmiast zakończyć związek.
Czasami potrzebna jest rozmowa.
Czasami zmiana granic.
Czasami terapia par.
Czasami indywidualna praca psychologiczna.
Czasami przygotowanie bezpiecznego planu odejścia.
A czasami rzeczywiście zakończenie relacji.
Nie istnieje jedna odpowiedź dla wszystkich.
Chcę natomiast, żebyśmy w tej książce nauczyli się zauważać moment, w którym pytanie:
„Jak uratować związek?”
zaczyna przesłaniać inne:
„Co dzieje się ze mną w tym związku?”
Poczucie własnej wartości ma tutaj znaczenie, ale również nie działa według prostego równania:
„Pokocham siebie, a wtedy inni automatycznie zaczną mnie szanować”.
Możesz bardzo siebie cenić i nadal spotkać człowieka, który będzie zachowywał się źle.
Praca nad sobą nie daje kontroli nad cudzym zachowaniem.
Może jednak wpłynąć na coś innego:
na to, co zauważasz, na co się zgadzasz, jak komunikujesz swoje potrzeby, jakie granice stawiasz i jakie decyzje podejmujesz, kiedy te granice nie są respektowane.
To właśnie tym będziemy się zajmować.
Nie chcę również twierdzić, że brak miłości jest przyczyną niemal wszystkich problemów psychosomatycznych, jak robiłam to wcześniej. Objawy fizyczne mogą mieć wiele biologicznych, psychologicznych i społecznych uwarunkowań. Problemy zdrowotne wymagają odpowiedniej diagnostyki i leczenia. Praca nad relacjami może poprawić dobrostan i zmniejszyć część stresu, ale nie zastępuje opieki medycznej.
Jeżeli po pierwszym ćwiczeniu zauważysz, że w Twoich relacjach często powtarza się schemat rezygnowania z siebie, nie traktuj tego jak diagnozy.
Potraktuj to jak punkt wyjścia.
Ja również zaczynam właśnie tutaj.
Widzę w sobie lęk przed utratą bliskiej relacji.
Widzę, że kiedy naprawdę zaczyna mi na kimś zależeć, łatwiej jest mi przesunąć własne potrzeby na drugi plan.
Nie wiem jeszcze, jak silna jest ta tendencja w moim obecnym związku. Jesteśmy razem zbyt krótko, żeby wyciągać daleko idące wnioski.
Wiem jednak, że chcę przyjrzeć się sobie, zanim lęk zacznie podejmować decyzje za mnie.
W pierwszym tomie pracowałam przede wszystkim z doświadczeniem rozstania.
Teraz interesuje mnie inne pytanie:
jak nie zgubić siebie wtedy, kiedy znowu zaczynam kochać?
I właśnie to jest celem drugiego tomu.
Zależność, przywiązanie czy utrata siebie?
Warto uporządkować jeszcze jedno pojęcie.
W pierwotnym tekście używałam zamiennie określeń „związek współuzależniony”, „związek neurotyczny” i „uzależnienie od relacji”, porównując emocjonalną zależność od partnera do uzależnienia od alkoholu, narkotyków czy hazardu.
Takie porównanie jest zbyt daleko idące.
Dorośli ludzie potrzebują więzi.
Bliskość, przywiązanie i wzajemna zależność nie są same w sobie zaburzeniem.
Zdrowa relacja również oznacza, że liczymy się z drugą osobą, potrzebujemy jej, tęsknimy, wspólnie podejmujemy decyzje i jesteśmy emocjonalnie poruszeni tym, co dzieje się między nami.
Nie chodzi więc o całkowitą niezależność.
Chodzi o to, czy w bliskości nadal istnieją dwie osoby.
Czy każda z nich może mieć własne zdanie?
Własne potrzeby?
Przyjaciół?
Zainteresowania?
Granice?
Czy można powiedzieć „nie”?
Czy można się nie zgodzić bez strachu, że sama różnica zdań zniszczy relację?
Czy odpowiedzialność za emocje jednej osoby nie zostaje całkowicie przeniesiona na drugą?
Czy miłość nie wymaga ciągłego rezygnowania z siebie?
To właśnie takie pytania będą dla nas bardziej użyteczne niż etykieta.
Nie będziemy również dzielić ludzi na „zdrowych”, „neurotyków” i „psychopatów”.
Takie uproszczenie nie pomaga zrozumieć relacji i może prowadzić do pochopnego diagnozowania siebie oraz innych.
Możemy natomiast mówić o konkretnych wzorcach:
lęku przed odrzuceniem;
nadmiernym poszukiwaniu potwierdzenia;
unikaniu konfliktu;
trudności w stawianiu granic;
silnej potrzebie kontroli;
wycofywaniu się z bliskości;
przekonaniu, że trzeba zasłużyć na miłość;
albo o poczuciu, że bez drugiego człowieka nie mamy własnej wartości.
Doświadczenia z dzieciństwa mogą mieć wpływ na rozwój takich wzorców.
Ale nie działają jak program zapisany raz na zawsze przed trzecim czy dwunastym rokiem życia.
Dziecko uczy się relacji przez wiele doświadczeń — kontakt z opiekunami, poczucie bezpieczeństwa, reakcje dorosłych na emocje, sposób rozwiązywania konfliktów, późniejsze przyjaźnie, pierwsze związki i kolejne doświadczenia życiowe.
Nie jesteśmy więc skazani na odtwarzanie dzieciństwa.
Jednocześnie warto czasem zapytać:
„Co kiedyś pomagało mi zachować bliskość z ważnymi ludźmi — i czy nadal robię to samo jako osoba dorosła?”
Może kiedyś trzeba było być grzeczną.
Nie złościć się.
Nie przeszkadzać.
Zgadywać nastrój rodzica.
Dostosowywać się.
Zasługiwać na uwagę.
Nie oznacza to, że właśnie dlatego dzisiaj wybierasz określonych partnerów.
Może jednak pomóc zrozumieć, dlaczego niektóre zachowania w relacji przychodzą Ci tak automatycznie.
Czasami przypomina to stanie na skrzyżowaniu.
Jedna droga mówi:
„Powiedz, czego potrzebujesz”.
Druga:
„Nie mów, bo możesz stracić relację”.
Nie musimy nazywać tego ukrytym konfliktem w nieświadomości ani prowadzić „negocjacji z podświadomością”.
Możemy po prostu zauważyć:
mam dwa ważne, sprzeczne pragnienia.
Chcę być blisko.
I chcę chronić siebie.
Naszym zadaniem nie będzie zniszczenie jednego z nich.
Będziemy szukać sposobu, żeby bliskość i szacunek do siebie mogły istnieć jednocześnie.
Pierwsze ćwiczenie — Dom
Pierwsze ćwiczenie będzie dotyczyło relacji z samą lub samym sobą.
Wykorzystamy wyobrażenie domu.
Nie zakładamy, że dom jest obiektywnym symbolem psychiki ani że poszczególne pomieszczenia mają uniwersalne znaczenie.
To metafora.
Dla jednej osoby piwnica może kojarzyć się z lękiem.
Dla innej z winem i rodzinnymi spotkaniami.
Dla jeszcze innej nie będzie miała żadnego szczególnego znaczenia.
Dlatego najważniejsze nie jest pytanie:
„Co ten symbol naprawdę oznacza?”
Tylko:
„Z czym kojarzy się mnie?”
Usiądź wygodnie.
Jeżeli chcesz, zamknij oczy.
Wyobraź sobie, że stoisz na polanie.
Zwróć uwagę na pogodę.
Temperaturę.
Światło.
Zapach.
To, co masz na sobie.
To, co znajduje się wokół Ciebie.
Nie musisz widzieć obrazu bardzo wyraźnie. Możesz go bardziej czuć, opisywać sobie słowami albo po prostu wiedzieć, że poszczególne elementy tam są.
Teraz odwróć się.
Przed Tobą znajduje się dom.
Przyjrzyj mu się.
Jaki jest?
Duży czy mały?
Nowy czy stary?
Otwarty czy zamknięty?
Czy ma ogród?
Ogrodzenie?
Okna?
Jaki jest dach?
I przede wszystkim:
jak czujesz się, patrząc na ten dom?
Nie musisz odczuwać zachwytu.
Jeżeli pojawia się smutek, niepokój, obojętność albo ciekawość, nie próbuj natychmiast tego zmieniać.
Najpierw zauważ.
Jeżeli masz ochotę, możesz później zmienić jeden element.
Nie po to, żeby wymusić pozytywną emocję.
Sprawdź po prostu, czy jakaś zmiana sprawi, że przestrzeń będzie bardziej zgodna z Tobą.
Teraz wejdź do środka.
Obejrzyj przedpokój.
Salon.
Kuchnię.
Sypialnię.
Jeżeli dom ma inne pomieszczenia — również je odwiedź.
Możesz zejść do piwnicy.
Wejść na piętro.
Na strych.
Nie musisz wszędzie przebywać długo.
Zwróć uwagę na to, gdzie czujesz się swobodnie, a gdzie pojawia się napięcie.
Co chciałabyś lub chciałbyś pozostawić bez zmian?
Co masz ochotę uporządkować?
Co usunąć?
Co dodać?
Jeżeli jakaś przestrzeń budzi silny dyskomfort, nie musisz do niej wchodzić ani próbować „przepracować” jej za wszelką cenę.
Na końcu wyjdź z domu.
Spójrz na niego jeszcze raz.
I zapytaj:
„Czy jest coś, czego potrzebuję w tej przestrzeni właśnie teraz?”
Kiedy będziesz gotowa lub gotowy, wróć uwagą do pomieszczenia, w którym naprawdę się znajdujesz.
Mój dom zbudowany jest z ciemnej, bordowej cegły. Ściany niemal całkowicie pokrywają dzikie winorośle.
Patrzę na niego i mam ochotę coś zmienić.
Po chwili dom zaczyna przypominać bajkowy zamek.
Wchodzę.
Salon ma szerokie schody i mnóstwo książek. Właściwie bardziej przypomina wielką bibliotekę niż klasyczny salon.
Podoba mi się.
Zostawiam go bez zmian.
Kuchnia jest zupełnie inna — jasna, nowoczesna i minimalistyczna. Bardziej przypomina mi przestrzeń do pracy niż kuchnię z bajkowego zamku.
I również mi się podoba.
W sypialni pojawiają się skojarzenia związane z seksualnością i bliskością.
Patrzę w lustro.
Nie podoba mi się własne odbicie.
Pierwszy odruch podpowiada mi:
zmień siebie.
Ale zatrzymuję się.
Dlaczego to właśnie ja mam natychmiast zostać „poprawiona”?
Zamiast tworzyć idealniejszą wersję własnego ciała, przez chwilę patrzę na odbicie i sprawdzam, co dokładnie mi przeszkadza.
Czy chodzi o wygląd?
Czy o sposób, w jaki sama na siebie patrzę?
Nie znajduję jeszcze odpowiedzi.
Zostawiam lustro.
Schodzę do piwnicy.
Jest uporządkowana i dobrze oświetlona, a jednak nie mam ochoty długo w niej przebywać.
Nie wiem dlaczego.
I nie muszę wiedzieć.
Na piętrze znajduję pokój wypoczynkowy, gabinet, małe kino, przestrzeń do ćwiczeń oraz garderobę z miejscem do makijażu.
Tutaj czuję się dobrze.
Na strychu pojawia się smutek.
Próbuję trochę uporządkować przestrzeń, ale smutek pozostaje.
Kiedyś uznałabym, że muszę pracować dalej, aż zniknie.
Dzisiaj tego nie robię.
Smutek może po prostu istnieć.
Nie każdy element obrazu trzeba naprawić.
Wychodzę z domu.
Patrzę na niego jeszcze raz.
Ogólnie czuję się w tej przestrzeni dobrze.
I na dzisiaj to wystarczy.
Być może kiedyś do niej wrócę.
Nie dlatego, że obraz musi zostać doprowadzony do idealnego stanu.
Tylko dlatego, że za jakiś czas mogę zobaczyć w nim coś zupełnie innego.
Dzień drugi
Dzisiaj chcę wrócić do tematu, który pojawił się już wcześniej: jak bardzo miejsce partnera w moim życiu wpływa na miejsce, które pozostawiam dla samej siebie?
Nie chodzi o to, żeby partner stał się nieważny.
Nie chodzi również o to, żeby nauczyć się kochać mniej.
Bliska osoba może mieć ogromne znaczenie. Możemy za nią tęsknić, potrzebować jej obecności, cieszyć się wspólnym czasem i przeżywać trudne emocje, kiedy w relacji coś się komplikuje.
Problem pojawia się wtedy, kiedy znaczenie partnera zaczyna rosnąć kosztem własnego życia.
Kiedy jego wiadomość decyduje o całym moim dniu.
Kiedy jego milczenie natychmiast uruchamia pytanie:
„Co zrobiłam nie tak?”
Kiedy jego nastrój staje się ważniejszy niż mój.
Kiedy próbuję przewidzieć jego reakcję, zanim jeszcze zapytam samą siebie, czego ja chcę.
Dlatego kolejne ćwiczenie potraktujemy nie jako sposób na „zmniejszenie miłości”, lecz jako eksperyment z uwagą.
Ile miejsca zajmuje partner?
Usiądź wygodnie.
Jeżeli chcesz, zamknij oczy.
Wyobraź sobie partnera kilka metrów przed sobą. Jeśli obecnie nie jesteś w związku, możesz pomyśleć o byłym partnerze albo o osobie, która zajmuje dużo miejsca w Twoich myślach.
W pierwotnej wersji tego ćwiczenia miłość miała postać promienia wychodzącego z klatki piersiowej, który należało później „wycofać” albo całkowicie usunąć.
Dzisiaj nie będziemy zakładać, że istnieje jakikolwiek rzeczywisty „przepływ energii”.
Możemy jednak wykorzystać ten obraz jako metaforę.
Wyobraź sobie więc, że Twoje zainteresowanie, uwaga albo zaangażowanie w relację przybierają jakąś widzialną formę.
Może to być światło.
Promień.
Nić.
Kolor.
Strumień.
Albo zupełnie inny obraz.
Nie szukaj właściwego symbolu.
Zobacz po prostu, co pojawia się spontanicznie.
Jak intensywny jest ten obraz?
Ile przestrzeni zajmuje?
Czy cała Twoja uwaga kieruje się w stronę partnera?
A może między Wami istnieje połączenie, ale każde z Was nadal ma własną przestrzeń?
Zwróć również uwagę na ciało.
Nie próbuj niczego diagnozować.
Sprawdź jedynie, czy pojawia się napięcie, ciepło, ciężar, lekkość albo inna reakcja.
Teraz wyobraź sobie, że część uwagi, którą kierujesz w stronę drugiej osoby, wraca do Ciebie.
Nie odbierasz partnerowi miłości.
Nie zrywasz więzi.
Po prostu przypominasz sobie:
„Ja również tutaj jestem”.
Możesz zmniejszyć intensywność promienia.
Możesz pozostawić między Wami delikatną nić.
Możesz zmienić jego kolor.
Możesz też niczego nie zmieniać, jeśli obecny obraz jest dla Ciebie komfortowy.
Zauważ, co dzieje się w ciele.
Czy pojawia się ulga?
Niepokój?
Poczucie winy?
Myśl:
„Jeżeli przestanę skupiać się na nim, coś się stanie”?
To właśnie takie reakcje mogą być dla nas interesujące.
Nie dlatego, że ujawniają „prawdę ukrytą w podświadomości”.
Pokazują raczej, jakie myśli i emocje pojawiają się, kiedy wyobrażasz sobie, że poświęcasz sobie więcej uwagi.
Teraz przejdźmy do drugiej części.
Wyobraź sobie siebie jako symbol.
Pierwszy, który przyjdzie Ci do głowy.
Może to być przedmiot, roślina, zwierzę, figura geometryczna, światło albo cokolwiek innego.
Następnie wyobraź sobie symbol partnera.
Spójrz na oba.
Który wydaje się większy?
Który bardziej wyrazisty?
Który zajmuje więcej przestrzeni?
Czy jeden niemal zasłania drugi?
A może są podobnej wielkości?
Nie interpretuj tego automatycznie.
Duży symbol partnera nie oznacza, że jesteś „współuzależniona”.
Mały symbol siebie nie jest diagnozą niskiej samooceny.
To tylko obraz, który powstał w tej konkretnej chwili.
Możesz teraz poeksperymentować.
Powiększ swój symbol.
Zmniejsz go.
Przybliż symbol partnera.
Oddal.
Sprawdź różne konfiguracje.
Za każdym razem obserwuj własną reakcję.
Nie szukamy ustawienia, które jest „psychologicznie prawidłowe”.
Szukamy odpowiedzi na pytanie:
„Przy jakiej odległości i proporcji czuję jednocześnie bliskość z drugim człowiekiem i kontakt ze sobą?”
Nie musisz sprawiać, żeby symbol partnera zniknął.
Celem zdrowej autonomii nie jest usunięcie drugiego człowieka z własnego świata.
Być może najbardziej odpowiedni okaże się obraz, w którym oboje jesteście wyraźni.
Dwie osoby.
Dwie przestrzenie.
I relacja pomiędzy nimi.
Kiedy znajdziesz konfigurację, która wydaje Ci się odpowiednia na dzisiaj, zatrzymaj ją na chwilę.
A potem otwórz oczy.
Zadaj sobie jeszcze trzy pytania:
Ile miejsca w moim codziennym życiu zajmuje obecnie relacja?
Ile miejsca pozostawiam dla siebie?
Co mogę zrobić dzisiaj wyłącznie dlatego, że jest to ważne dla mnie?
To ostatnie pytanie przenosi nas z wyobraźni do rzeczywistości.
Bo ostatecznie właśnie tam będziemy budować zmianę.
Wykonałam ćwiczenie, myśląc o moim obecnym partnerze.
W pierwszej części nasze „promienie” wydawały mi się podobnej wielkości.
Nie odczuwałam wyraźnej nierównowagi.
Potem wyobraziłam sobie siebie jako serce.
Partner pojawił się jako świetlisty krąg.
Przez chwilę zmieniałam wielkość i intensywność obu symboli.
Sprawdzałam, jak reaguję, kiedy jego symbol staje się ogromny.
I jak czuję się wtedy, kiedy mój niemal znika.
Potem zrobiłam odwrotnie.
Najbardziej odpowiadała mi wersja, w której oba pozostawały widoczne.
Po ćwiczeniu czułam się spokojnie i trochę sennie.
Nie traktuję tego jako dowodu, że ćwiczenie coś „przeprogramowało”.
Ale pozwoliło mi przez kilka minut świadomie przyjrzeć się temu, ile miejsca w mojej uwadze zajmuje relacja.
I to na dzisiaj wystarczy.
Pierwsze dwa dni naszej pracy dobiegają końca.
Dotychczasowe ćwiczenia były raczej wprowadzeniem.
Od jutra przejdziemy do tematu znacznie bardziej osobistego: doświadczeń z dzieciństwa i relacji z ważnymi dorosłymi.
Nie będziemy jednak zakładać, że rodzice są automatycznie „przyczyną” wszystkich naszych późniejszych problemów w związkach.
Będziemy sprawdzać coś subtelniejszego:
czego nauczyłam lub nauczyłem się o bliskości — i co z tego nadal noszę ze sobą jako osoba dorosła?
Zanim przejdę do obrazów i metafor związanych z moim dzieciństwem, chcę podkreślić coś bardzo ważnego. Jestem ogromnie wdzięczna Bogu za moich rodziców, za życie, które dzięki nim otrzymałam, za ich miłość, troskę i wszystko, co dla mnie zrobili. Kocham ich i darzę głębokim szacunkiem.
Opisywane w tej książce obrazy nie są oceną moich rodziców ani próbą przedstawienia ich w negatywnym świetle. Nie są również obiektywnym zapisem wydarzeń z przeszłości. Pokazują przede wszystkim mój dziecięcy, subiektywny sposób przeżywania pewnych sytuacji.
Dziecko patrzy na świat przede wszystkim z perspektywy własnych potrzeb. Nie zna jeszcze wszystkich okoliczności, motywów i problemów dorosłych. Może więc przeżyć chwilową nieobecność rodzica jako opuszczenie, odmowę jako brak miłości, a zajęcie się przez rodzica czymś innym — jako brak zainteresowania. To, co dziecko czuje, jest dla niego prawdziwym doświadczeniem, ale nie oznacza, że jego interpretacja przedstawia całą rzeczywistość.
Dlatego metafory pojawiające się na kolejnych stronach mówią o moim wewnętrznym świecie z perspektywy dziecka, a nie o tym, jacy naprawdę byli moi rodzice. Rzeczywistość mogła wyglądać zupełnie inaczej, niż zapamiętało ją lub zinterpretowało dziecko.
Dziś, patrząc na swoją historię jako dorosła kobieta, potrafię zobaczyć znacznie więcej. Mogę uznać uczucia małej dziewczynki, którą kiedyś byłam, a jednocześnie nie czynić z tych uczuć oskarżenia wobec mamy czy taty. Jedno nie przeczy drugiemu.
Z wdzięcznością Bogu za moich rodziców pozostawiam te obrazy w książce nie po to, by ich oceniać, lecz po to, by pokazać, jak subiektywnie dziecko może przeżywać rzeczywistość i jak te dziecięce interpretacje mogą pozostać w naszej pamięci również w dorosłym życiu.
Dzień trzeci
Dzisiaj przyjrzymy się relacjom z osobami, które były dla nas ważne w dzieciństwie.
W pierwotnej wersji książki zakładałam, że relacja z rodzicem płci przeciwnej stanowi podstawowy konflikt prowadzący do współuzależnienia.
Takiego założenia nie chcę zachować.
Nasze późniejsze relacje mogą pozostawać pod wpływem doświadczeń z dzieciństwa, ale nie istnieje prosta zasada:
ojciec → partner
albo:
matka → partnerka.
Znaczenie mogą mieć relacje z obojgiem rodziców, dziadkami, rodzeństwem, opiekunami i innymi osobami, z którymi tworzyliśmy ważne więzi.
Wpływ mają również późniejsze doświadczenia.
Przyjaźnie.
Pierwsze miłości.
Rozstania.
Dobre związki.
Trudne związki.
To, czego nauczyliśmy się już jako dorośli.
Dlatego wybierz osobę z dzieciństwa, której relacji chcesz się dzisiaj przyjrzeć.
Może to być ojciec.
Matka.
Dziadek.
Babcia.
Opiekun.
Albo ktoś inny.
Jeżeli któraś z tych relacji wiąże się z traumą, przemocą lub bardzo silnymi emocjami, nie musisz wykonywać ćwiczenia samodzielnie. Możesz je pominąć albo wrócić do tego tematu przy wsparciu specjalisty.
Jeżeli podczas ćwiczenia poczujesz, że emocje stają się zbyt intensywne, zatrzymaj się.
Otwórz oczy.
Rozejrzyj się po pomieszczeniu.
Poczuj stopy na podłodze.
Wróć do tego, co dzieje się tutaj i teraz.
Nie musimy „przepracować” całej relacji jednego dnia.
Metafora relacji
Pomyśl o wybranej osobie.
Nie analizuj jeszcze historii.
Spróbuj znaleźć metaforę, która opisuje Twoje dzisiejsze odczucia związane z tą relacją.
Nie musi być logiczna.
Nie musi również wyjaśniać, dlaczego relacja wyglądała właśnie tak.
W mojej autorskiej pracy wykorzystuję między innymi elementy terapii kognitywno-obrazowej — pracę z myślami, emocjami, wyobrażeniami i metaforami. Obrazy, które pojawiają się podczas takich ćwiczeń, traktuję jako materiał do refleksji, a nie jako obiektywne komunikaty „nieświadomości”.
W moim przypadku pojawia się obraz:
mała dziewczynka staje na palcach i wyciąga ręce do ojca.
Chce go przytulić.
Ojciec pochyla się i odpowiada na jej gest.
Ten obraz jest dla mnie ciepły.
Patrzę na niego i pytam:
„Co czuję, kiedy go widzę?”
Nie:
„Co naprawdę oznacza?”
Tylko:
„Co czuję?”
Pojawia się jeszcze jedna myśl.
Chciałabym, żeby tata wziął dziewczynkę na ręce.
Pozwalam więc obrazowi się zmienić.
Ojciec bierze dziecko na ręce i przytula.
Sprawdzam swoją reakcję.
Jest mi przyjemnie.
I tutaj kończę.
Nie muszę jutro obowiązkowo zmieniać kolejnego elementu.
Nie muszę również doprowadzać obrazu do stanu „czysto pozytywnego”.
Jeżeli metafora zawiera smutek, może go zawierać.
Jeżeli jest w niej tęsknota, nie muszę jej usuwać.
Celem nie jest stworzenie idealnego dzieciństwa w wyobraźni.
Przeszłości nie zmienimy.
Możemy natomiast zobaczyć, jakie emocje wywołuje w nas dzisiaj.
Myślę również o dziadku, który był bardzo ważną osobą w moim dzieciństwie.
Nie żyje.
Pojawia się inna metafora.
Mała dziewczynka puszcza na morze papierową łódkę.
Łódka odpływa.
Jest dobra pogoda.
Morze jest spokojne.
Dziewczynka patrzy za nią.
Ten obraz wywołuje we mnie ciepłe uczucia.
Nie zmieniam go.
Nie dlatego, że relacja została dzięki temu „przepracowana”.
Po prostu dzisiaj właśnie tak ją czuję.
Narysuj relację
Drugie ćwiczenie jest jeszcze prostsze.
Weź kartkę i coś do rysowania.
Nie musisz umieć rysować.
Nie tworzymy dzieła sztuki.
Pomyśl o wybranej osobie i spróbuj przedstawić na papierze to, co czujesz.
Możesz używać kolorów.
Linii.
Figur.
Plam.
Symboli.
Bazgrołów.
Nie zastanawiaj się, czy rysunek jest estetyczny.
Kiedy skończysz, spójrz na niego.
Możesz obrócić kartkę.
Popatrzeć z większej odległości.
I zapytać:
„Co widzę?”
„Co ten rysunek przypomina właśnie mnie?”
„Jakie wspomnienia albo skojarzenia pojawiają się, kiedy na niego patrzę?”
Jeżeli masz ochotę, dodaj coś.
Nie po to, żeby obraz stał się koniecznie piękny lub pozytywny.
Dodaj tylko to, co w tej chwili wydaje Ci się potrzebne.
Możesz również niczego nie dodawać.
Ćwiczenie kończy się wtedy, kiedy uznasz, że na dzisiaj wystarczy.
Senność albo głęboki spokój nie są obowiązkowym sygnałem, że proces został zakończony prawidłowo.
W moim rysunku pojawiły się dwie rzeczy.
Marchewka.
I meduza.
Brzmi absurdalnie.
A jednak, kiedy na nie patrzę, przypominają mi się dwie konkretne historie.
Pierwsza pochodzi z dzieciństwa.
Bardzo bałam się meduz.
Pamiętam pobyt nad morzem z ojcem i sytuację, która mocno zapisała się w mojej pamięci. Z czasem mój strach przed meduzami osłabł, a później potrafiłam nawet brać je do ręki.
Drugie wspomnienie jest znacznie bardziej banalne.
Już jako dorosła kobieta pokłóciłam się z tatą o sposób obierania marchewki.
Właśnie te dwa, zupełnie różne wspomnienia pojawiły się podczas rysowania.
Czy marchewka i meduza mają jakieś uniwersalne symboliczne znaczenie?
Nie wiem.
I nie muszę wiedzieć.
Być może rysowanie po prostu uruchomiło skojarzenia z doświadczeniami, które pamiętam.
To wystarczające wyjaśnienie.
Nie będę traktować spontanicznego symbolu jako dowodu na istnienie ukrytego wspomnienia, które trzeba koniecznie „wydobyć”.
Nasza pamięć jest podatna na skojarzenia, a obrazy mogą prowadzić do różnych historii.
Warto je zauważyć.
Nie trzeba od razu uznawać ich za psychologiczną prawdę.
Podczas myślenia o dziadku pojawia się jeszcze jedno skojarzenie.
Przypominam sobie byłego partnera.
Miał urodziny tego samego dnia co mój dziadek.
Dostrzegałam też między nimi pewne podobieństwa charakteru i sposobu odnoszenia się do mnie.
Kiedyś żartowałam nawet:
„Zakochałam się w tobie, bo jesteś jak mój dziadek”.
Dzisiaj nie potraktowałabym tego podobieństwa jako dowodu, że wybrałam partnera dlatego, że przypominał mi dziadka.
Data urodzin może być zwykłym zbiegiem okoliczności.
Podobieństwo charakteru również nie pozwala ustalić przyczyny mojego wyboru.
Ale samo skojarzenie jest interesujące.
Prowadzi do pytania:
„Czy są cechy ważnych osób z mojego dzieciństwa, których później szczególnie szukam albo na które szczególnie reaguję w relacjach?”
To możemy sprawdzić bez tworzenia teorii, że partner jest nieświadomym „zamiennikiem” rodzica lub dziadka.
Rodzic i partner — podobieństwa oraz różnice
W pierwotnym ćwiczeniu należało użyć kart metaforycznych, zbliżyć symbol rodzica do symbolu partnera, a następnie stopniowo je od siebie „rozdzielić”.
Zmienimy jego cel.
Nie będziemy próbować symbolicznie oddzielać partnera od rodzica.
Sprawdzimy po prostu, co rzeczywiście ich łączy, a co różni.
Możesz użyć kart metaforycznych, dwóch fotografii, dwóch kartek z imionami albo zwyczajnie zrobić dwie kolumny.
W jednej napisz imię ważnej osoby z dzieciństwa.
W drugiej — partnera lub byłego partnera.
Najpierw podobieństwa.
Jakie cechy rzeczywiście dostrzegasz u obu osób?
Sposób okazywania uczuć?
Temperament?
Poczucie humoru?
Dystans?
Czułość?
Pracowitość?
Wycofanie?
Sposób rozwiązywania konfliktów?
Potem różnice.
Nie zmuszaj się do znajdowania podobieństw.
Jeżeli ich nie widzisz — bardzo dobrze.
Jeżeli widzisz ich dużo — również dobrze.
Nie próbujemy udowodnić żadnej teorii.
Najpierw wybieram dziadka i byłego partnera.
Dziadek pojawia się jako spokojny, życzliwy starszy mężczyzna.
Były partner — jako młodszy, uśmiechnięty, bardziej skupiony na własnym wizerunku.
Widzę pewne podobieństwa.
Obaj potrafili być stylowi.
W niektórych sytuacjach przypominał mi się również sposób patrzenia.
Ale kiedy zaczynam wypisywać różnice, lista szybko rośnie.
Inny wiek.
Inny temperament.
Inny stopień otwartości.
Inny sposób komunikowania emocji.
Inny sposób funkcjonowania w relacji.
Po chwili staje się dla mnie oczywiste:
to dwaj różni ludzie.
Nie potrzebuję przesuwać kart coraz dalej, żeby „rozdzielić ich w podświadomości”.
Samo świadome zobaczenie różnic wystarcza.
Teraz robię to samo z ojcem i obecnym partnerem.
Ojciec kojarzy mi się ze spokojem, otwartością i życzliwością.
Obraz partnera jest bardziej napięty, trochę tajemniczy.
Oczywiście obaj są mężczyznami.
Dostrzegam też pewne podobieństwo w kierunku spojrzenia na wybranych przeze mnie kartach.
Ale szybko zauważam, że część tych „podobieństw” wynika po prostu z ilustracji.
To karty z tej samej talii.
Mają podobną stylistykę.
To ważne przypomnienie:
nie każda cecha obrazu mówi coś o człowieku.
Kiedy zaczynam myśleć o rzeczywistych osobach, różnic jest znacznie więcej.
Inny temperament.
Inny sposób myślenia.
Inne zainteresowania.
Inne doświadczenia.
Inny sposób reagowania.
Kiedyś mogłabym uznać, że ćwiczenie dowodzi skuteczności wcześniejszej pracy nad relacją z ojcem, ponieważ moi obecni partnerzy „już go nie przypominają”.
Dzisiaj nie wyciągam takiego wniosku.
Wybór partnera zależy od wielu czynników.
A ludzie, których kochamy, nie są kopiami naszych rodziców.
To, co mogę zrobić, to obserwować własne reakcje.
Jeżeli pewne zachowanie partnera wywołuje we mnie wyjątkowo silną emocję, mogę zapytać:
„Czy reaguję tylko na to, co wydarzyło się teraz, czy ta sytuacja przypomina mi coś wcześniejszego?”
Czasami odpowiedź będzie brzmiała:
tak.
A czasami:
nie.
Obie odpowiedzi są w porządku.
Wieczorne ćwiczenie — Mapa
Na zakończenie dnia wrócimy do ćwiczenia, które pojawiło się już w pierwszym tomie.
Tym razem użyjemy go jednak trochę inaczej.
Nie będzie to mapa prowadząca do „przyszłego partnera”.
Jeżeli jesteś już w związku, tym bardziej nie potrzebujemy wyobrażać sobie kolejnej osoby czekającej gdzieś na końcu drogi.
Naszym celem będzie zobaczenie:
dokąd chcę zmierzać jako ja — również w relacji.
Jeżeli wygodniej Ci wykonywać ćwiczenia ze słuchu, możesz wcześniej nagrać instrukcję własnym głosem. Nie sprawi to, że ćwiczenie będzie bardziej skuteczne; może po prostu ułatwić skupienie.
Usiądź albo połóż się wygodnie.
Możesz zamknąć oczy.
Zwróć uwagę na oddech.
Nie próbuj go specjalnie zmieniać.
Poczuj powierzchnię pod ciałem.
Wyobraź sobie dużą, otwartą przestrzeń.
Przed Tobą rozwija się mapa.
To metaforyczna mapa Twojego obecnego życia.
Nie przepowiednia.
Nie mapa przyszłości.
Nie komunikat podświadomości.
Spójrz, gdzie na niej jesteś.
Co znajduje się za Tobą?
Co jest przed Tobą?
Jak wygląda miejsce, w którym stoisz?
Teraz pomyśl o relacji.
Nie o konkretnym rezultacie.
Nie o ślubie.
Nie o tym, żeby partner nigdy nie odszedł.
Pomyśl raczej:
„Jakiej relacji chcę doświadczać?”
Może pojawić się:
bezpieczeństwo.
Bliskość.
Namiętność.
Wolność.
Partnerstwo.
Wzajemny szacunek.
Rodzina.
Szczerość.
Wspólny rozwój.
Przestrzeń dla siebie.
Niech gdzieś na mapie pojawi się kierunek, który symbolizuje właśnie taki sposób życia.
Nie musi czekać tam żadna osoba.
To może być miejsce.
Światło.
Dom.
Droga.
Miasto.
Morze.
Albo coś zupełnie abstrakcyjnego.
Sprawdź:
Czy chcę iść w tym kierunku?
Co czuję, patrząc na drogę?
Czy coś utrudnia mi poruszanie się?
Jeżeli widzisz przeszkodę, nie zakładaj, że symbolizuje „blokadę”.
Zapytaj siebie:
„Z czym kojarzy mi się ten element?”
Możesz zmienić jeden szczegół, jeśli masz na to ochotę.
Nie po to, żeby obraz stał się koniecznie pozytywny.
Być może potrzebujesz tylko ławki, żeby odpocząć.
Lampy, żeby lepiej widzieć.
Poręczy.
Towarzystwa.
Szerszej ścieżki.
Albo niczego.
Teraz odwróć się i spójrz za siebie.
Co już przeszłaś lub przeszedłeś?
Co chcesz zabrać z poprzednich doświadczeń?
A czego nie chcesz już powtarzać?
Następnie zaznacz miejsce, w którym obecnie stoisz.
Możesz postawić flagę albo napisać:
„Tu jestem dzisiaj”.
Teraz spójrz na mapę z góry.
Możesz wyobrazić sobie, że wznosisz się balonem, windą albo po prostu patrzysz z wysokiego punktu.
Z tej perspektywy zadaj sobie kilka pytań:
Czy istnieje tylko jedna droga?
Które elementy tej drogi zależą ode mnie?
Które zależą również od partnera?
Czego nie mogę kontrolować?
Czy na tej mapie oprócz związku znajduje się moje własne życie?
Poszukaj na niej również innych miejsc.
Pracy.
Przyjaciół.
Rodziny.
Zainteresowań.
Odpoczynku.
Ciała.
Twórczości.
Samotności.
Przygód.
Wszystkiego, co jest Twoje.
Jeżeli na mapie znajduje się wyłącznie partner, nie oznacza to automatycznie problemu.
Ale warto zapytać:
„Czego jeszcze chciałabym lub chciałbym tutaj mieć?”
Powoli wróć do punktu oznaczonego:
„Tu jestem dzisiaj”.
Nie musisz odczuwać ogromnej motywacji do ruszenia naprzód, jak zakładała pierwotna wersja ćwiczenia.
Możesz czuć ciekawość.
Niepewność.
Spokój.
Lęk.
Albo nic szczególnego.
Na koniec zapytaj:
„Jaki jeden mały krok w rzeczywistym życiu mogę zrobić dla siebie?”
Nie dla związku.
Nie przeciwko partnerowi.
Dla siebie.
Może zadzwonisz do przyjaciółki.
Wrócisz do czegoś, co kiedyś lubiłaś.
Pójdziesz sama na spacer.
Zajmiesz się projektem.
Powiesz partnerowi o potrzebie, której dotychczas nie wypowiadałaś.
Albo po prostu odpoczniesz.
Otwórz oczy.
Mapa zostaje w wyobraźni.
Mały krok może wydarzyć się naprawdę.
Dzień czwarty
Pojawia się pierwsze wyzwanie.
Jestem chora.
Mój partner kilka razy proponował, że przyjdzie i mi pomoże, ale odmówiłam.
A jednocześnie od kilku dni mam poczucie, że zbyt rzadko dzwoni i pisze.
Czuję się samotna.
Trochę opuszczona.
Kiedy patrzę na tę sytuację z boku, zauważam pewną sprzeczność.
Z jednej strony odrzucam konkretną propozycję pomocy.
Z drugiej — chciałabym otrzymywać więcej kontaktu w innej formie.
I tutaj bardzo łatwo byłoby powiedzieć:
„Skoro mnie kocha, powinien sam wiedzieć, czego potrzebuję”.
Ale drugi człowiek nie musi tego wiedzieć.
Nawet bliski partner nie czyta w naszych myślach.
Dlatego zanim uznam jego zachowanie za dowód braku zainteresowania, mogę zrobić coś znacznie prostszego:
powiedzieć, czego potrzebuję.
Nie:
„W ogóle się mną nie interesujesz”.
Nie:
„Gdyby ci zależało, częściej byś dzwonił”.
Tylko możliwie konkretnie:
„Kiedy przez dłuższy czas nie dzwonisz ani nie piszesz, czuję się samotna. Teraz, kiedy jestem chora, szczególnie potrzebuję kontaktu. Chciałabym, żebyśmy częściej rozmawiali”.
To nie jest żądanie.
To informacja o moich uczuciach i potrzebach oraz prośba skierowana do partnera.
W pierwotnej wersji tej historii dzieliłam reakcje na dwie kategorie: „zdrowy człowiek” miał zakomunikować niezadowolenie i zakończyć związek, jeżeli partner nie zmieni zachowania, natomiast „neurotyk” miał pozostawać w relacji mimo niezaspokojonych potrzeb.
Dzisiaj nie postawiłabym sprawy tak kategorycznie.
Partner może nie spełnić każdej naszej prośby.
My również nie będziemy spełniać wszystkich jego próśb.
W związku spotykają się dwie osoby z własnymi potrzebami, możliwościami i granicami.
Dlatego ważne są nie tylko pytania:
„Czy powiedziałam, czego potrzebuję?”
i:
„Czy partner zrobił dokładnie to, o co poprosiłam?”
Warto zapytać również:
„Czy potraktował moją potrzebę poważnie?”
„Czy możemy o niej rozmawiać?”
„Czy próbujemy znaleźć rozwiązanie dobre dla nas obojga?”
„Czy jest to pojedyncza różnica, czy powtarzający się wzorzec ignorowania moich potrzeb?”
To duża różnica.
Nie chcę kończyć związku za każdym razem, kiedy partner zachowa się inaczej, niż oczekiwałam.
Ale nie chcę również milczeć tylko dlatego, że boję się konsekwencji rozmowy.
Wybrać siebie nie znaczy odejść przy pierwszym dyskomforcie.
Czasami oznacza to po prostu mieć odwagę powiedzieć:
„To jest dla mnie ważne”.
Mówienie o swoich uczuciach
Dzisiejszym tematem będzie właśnie ta umiejętność.
Nie tylko w relacji romantycznej.
W pracy.
W rodzinie.
W przyjaźni.
W sklepie.
W każdej sytuacji, w której automatycznie myślimy:
„Lepiej nic nie mówić”.
Za trudnością w wyrażaniu niezadowolenia może kryć się wiele rzeczy.
Lęk przed konfliktem.
Obawa przed oceną.
Wstyd.
Przekonanie, że własne potrzeby są mniej ważne.
Doświadczenie wcześniejszych relacji, w których za sprzeciw spotykała nas kara, wyśmiewanie albo wycofanie bliskości.
Czasami pojawia się również myśl:
„Jeżeli powiem coś nieprzyjemnego, stanę się złą osobą”.
Warto rozdzielić dwie rzeczy.
Możemy powiedzieć komuś coś, czego nie chce usłyszeć, i nadal zachować szacunek.
Możemy odmówić bez poniżania.
Możemy postawić granicę bez atakowania.
Możemy powiedzieć:
„Nie chcę”.
„Nie odpowiada mi to”.
„Potrzebuję czegoś innego”.
„Nie zgadzam się”.
I nie oznacza to automatycznie, że jesteśmy źli, egoistyczni albo niewdzięczni.
Posłuszeństwo i prawo do odmowy
W pierwotnym tekście przywoływałam eksperyment Stanleya Milgrama jako przykład lęku przed byciem „złym” w oczach osoby wydającej polecenia. Eksperyment był jednak znacznie bardziej złożony i nie można sprowadzać zachowania uczestników do jednej przyczyny.
Badania Milgrama pokazały przede wszystkim, jak silny wpływ na zachowanie może mieć autorytet oraz sytuacja, w której odpowiedzialność wydaje się przeniesiona na osobę wydającą polecenia.
Uczestnicy byli przekonani, że aplikują drugiemu człowiekowi coraz silniejsze wstrząsy elektryczne, chociaż w rzeczywistości „uczeń” był częścią procedury badawczej i nie otrzymywał tych wstrząsów.
Wielu uczestników doświadczało wyraźnego napięcia, a mimo to kontynuowało na polecenie eksperymentatora.
Nie oznacza to jednak, że ludzie są z natury bezwolni.
Pokazuje raczej, że sytuacja społeczna, autorytet, sposób sformułowania polecenia i poczucie odpowiedzialności mogą silnie wpływać na nasze decyzje.
Nie będę również używać tego eksperymentu jako prostego wyjaśnienia zbrodni popełnianych w systemach totalitarnych. Takie zjawiska mają znacznie bardziej złożone uwarunkowania historyczne, społeczne, ideologiczne i indywidualne.
Dla naszego tematu wystarczy znacznie skromniejszy wniosek:
odmowa może być trudniejsza, niż wydaje się z zewnątrz.
I właśnie dlatego warto ją ćwiczyć.
Zacznij od małych sytuacji
Nie musisz zaczynać od najtrudniejszej rozmowy w swoim życiu.
Możesz ćwiczyć w sytuacjach o niewielkim znaczeniu.
Na przykład w sklepie.
Wejdź.
Obejrzyj kilka rzeczy.
Zapytaj o produkt.
Przymierz ubranie.
A potem — jeśli rzeczywiście nie chcesz kupować — nie kupuj.
Nie musisz wymyślać usprawiedliwienia.
Możesz powiedzieć:
„Dziękuję, jeszcze się zastanowię”.
Albo:
„Nie, dziękuję”.
To wystarczy.
Nie chodzi o celowe zajmowanie czasu pracownikom sklepu ani organizowanie sobie „treningu” ich kosztem.
Chodzi o zauważenie własnej reakcji w naturalnej sytuacji, w której masz pełne prawo zrezygnować z zakupu.
Czy pojawia się poczucie winy?
Myśl:
„Tyle czasu mi poświęciła, więc powinnam coś kupić”.
Napięcie?
Potrzeba nadmiernego tłumaczenia się?
Jeżeli tak, zauważ to.
Nie musisz natychmiast usuwać tego uczucia.
Powiedz po prostu:
„Mam prawo zdecydować, że tego nie chcę”.
Umiejętność odmowy w jednej sytuacji nie sprawi automatycznie, że od jutra bez problemu będziemy stawiać granice w każdej relacji.
Ale małe doświadczenia mogą pomóc ćwiczyć zachowanie, którego wcześniej unikaliśmy.
Rozmowa, której się boję
Pomyśl teraz o rozmowie, którą odkładasz.
Nie wybieraj sytuacji, w której istnieje ryzyko przemocy albo odwetu. Jeśli obawiasz się o swoje bezpieczeństwo, bezpośrednia konfrontacja nie musi być właściwym rozwiązaniem.
Wybierz zwykłą trudną rozmowę.
Z partnerem.
Przyjacielem.
Członkiem rodziny.
Współpracownikiem.
Weź trzy kartki papieru.
Połóż je na podłodze w niewielkich odstępach.
Pierwsza oznacza:
PRZED ROZMOWĄ
Druga:
W TRAKCIE ROZMOWY
Trzecia:
PO ROZMOWIE
Stań na pierwszej kartce.
Pomyśl o rozmowie.
Co czujesz?
Czego się boisz?
Co przewidujesz?
Zwróć uwagę na ciało.
Może pojawia się napięcie w brzuchu.
Ścisk w gardle.
Przyspieszony oddech.
Albo nic szczególnego.
Teraz zrób krok na drugą kartkę.
Wyobraź sobie, że rozmowa właśnie trwa.
Nie twórz wyłącznie idealnego scenariusza.
Partner może się zgodzić.
Może się nie zgodzić.
Może potrzebować czasu.
Może mieć własne argumenty.
Co chcesz powiedzieć?
Spróbuj ułożyć jedno lub dwa konkretne zdania.
Na przykład:
„Kiedy dzieje się X, czuję Y. Chciałabym/chciałbym Z”.
Nie jest to magiczna formuła gwarantująca dobrą reakcję.
To tylko sposób na uporządkowanie własnego komunikatu.
Przejdź na trzecią kartkę.
Rozmowa się skończyła.
Wyobraź sobie kilka możliwych rezultatów.
Dobry.
Neutralny.
Trudny.
Zapytaj:
„Co zrobię później?”
„Jak zadbam o siebie, jeśli rozmowa będzie nieprzyjemna?”
„Czy potrafię znieść fakt, że druga osoba może się ze mną nie zgodzić?”
Możesz przejść przez trzy kartki jeszcze raz.
Nie musisz jednak powtarzać ćwiczenia aż do całkowitego zniknięcia lęku, jak zakładała jego pierwotna wersja.
Celem nie jest brak emocji.
Celem jest możliwość powiedzenia tego, co ważne, mimo pewnego napięcia.
Wykonałam ćwiczenie.
A potem napisałam do partnera.
Powiedziałam mu, że kiedy rzadko dzwoni i pisze, czuję się samotna.
Odpowiedział dość szybko.
Przytoczył historię, którą znalazł w mediach społecznościowych.
Dziewczynka siedzi przy stole i pyta:
„Dlaczego nikt nie dał mi chleba?”
Matka odpowiada:
„Najpierw trzeba powiedzieć: daj mi chleb, proszę”.
Uśmiechnęłam się.
Bo właściwie miał rację w jednej ważnej kwestii.
Nie powiedziałam wcześniej wystarczająco jasno, czego potrzebuję.
Po naszej rozmowie zaczął kontaktować się ze mną znacznie częściej.
Nie wiem, czy tak już pozostanie.
Jedna rozmowa nie rozwiązuje wszystkich różnic w związku.
Ale zauważam małą zmianę w sobie:
powiedziałam od razu, co mi przeszkadza, zamiast milczeć, cierpieć i czekać, aż sam się domyśli.
To dla mnie ważniejsze niż sam wynik rozmowy.
A jeśli boję się, że będę „zła”?
Być może sama myśl o takiej rozmowie jest dla Ciebie bardzo trudna.
Może pojawia się zdanie:
„Jeśli odmówię, ktoś przestanie mnie lubić”.
„Jeśli powiem, czego chcę, jestem egoistką”.
„Jeżeli postawię granicę, zostanę sama”.
Nie zakładajmy automatycznie, że każde takie przekonanie powstało w dzieciństwie.
Czasami rzeczywiście ma związek z wcześniejszym doświadczeniem.
Czasami z poprzednim związkiem.
Czasami z aktualną relacją.
A czasami z wieloma doświadczeniami jednocześnie.
Zamiast szukać jednej ukrytej przyczyny, przyjrzymy się samemu przekonaniu.
Pomyśl:
„Co najgorszego, moim zdaniem, stanie się, jeśli powiem «nie» albo wyrażę niezadowolenie?”
Zapisz odpowiedź.
Być może:
„Będzie na mnie zły”.
„Odejdzie”.
„Uzna mnie za trudną”.
„Przestanie mnie kochać”.
„Nie poradzę sobie z konfliktem”.
Teraz zapytaj:
„Czy to jest pewność, czy obawa?”
„Jakie mam dowody, że tak się stanie?”
„Co zrobię, jeśli rzeczywiście tak się stanie?”
To ostatnie pytanie jest szczególnie ważne.
Nie potrzebuję gwarancji, że nikt mnie nie odrzuci.
Potrzebuję stopniowo budować przekonanie:
„Jeżeli ktoś źle zareaguje na moją granicę, będę mogła zdecydować, co zrobić dalej”.
Obraz przekonania
Teraz możemy wykorzystać element terapii kognitywno-obrazowej.
Niech zdanie, które przed chwilą zapisałaś lub zapisałeś, przybierze formę obrazu.
Moje zdanie brzmi:
„Nie udało mi się”.
Widzę pamiętnik.
Pismo przypomina charakter pisma nastolatki.
Na innych stronach są wiersze, dziecięce naklejki i ślady bardzo silnych emocji z tamtego okresu.
Patrzę na ten pamiętnik.
Nie chcę niszczyć jego zawartości.
Nie chcę również udawać, że wszystko, co się wydarzyło, było dobre.
Przychodzi mi natomiast do głowy:
muzeum.
Wyobrażam sobie, że pamiętnik znajduje się za szybą jako eksponat.
Nie znika.
Nadal należy do mojej historii.
Ale nie leży już otwarty na biurku, jakby każda zapisana w nim ocena nadal obowiązywała.
Sprawdzam swoje odczucia.
Jest trochę spokojniej.
Na tym kończę.
Nie będę codziennie zmieniać kolejnego elementu aż do uzyskania „czysto pozytywnego” obrazu.
Być może jutro nadal będę czuła smutek.
Być może pojawi się inne skojarzenie.
To nie oznacza, że ćwiczenie się nie udało.
Celem jest stworzenie odrobiny dystansu wobec przekonania, a nie zmuszenie siebie do pozytywnego myślenia.
I jeszcze jedno.
Nie musisz wracać każdego dnia do obrazu relacji z ojcem tylko dlatego, że wcześniej rozpoczęliśmy takie ćwiczenie.
Nie istnieje obowiązkowa sekwencja, od której zależy „ogólny efekt”.
Wracaj do niego tylko wtedy, kiedy widzisz w tym dla siebie sens.
Szczęśliwy dzień
Na zakończenie dzisiejszej pracy wykonamy ćwiczenie, które bardzo lubię.
Nazywam je „Szczęśliwy dzień”.
Nie chodzi o znalezienie obiektywnie najszczęśliwszego dnia całego życia.
Jeżeli takie pytanie wywołuje presję, wybierz po prostu jedno dobre wspomnienie.
Może być bardzo ważne.
Może być zupełnie zwyczajne.
Nie musi również dotyczyć związku.
Zanim zaczniesz, upewnij się, że masz kilka spokojnych minut.
Jeżeli wspomnienie okaże się bardziej bolesne niż przyjemne, możesz w dowolnej chwili przerwać ćwiczenie i wybrać inne.
Usiądź wygodnie.
Jeżeli chcesz, zamknij oczy.
Zapytaj:
„Jaki dobry dzień albo moment z mojego życia przychodzi mi teraz do głowy?”
Nie szukaj najlepszego.
Pozwól pojawić się pierwszemu wspomnieniu.
Gdzie jesteś?
Jaka jest pogoda?
Co masz na sobie?
Kto jest obok?
Co widzisz?
Co słyszysz?
Co wtedy czujesz?
Nie musisz „przeżywać tego ponownie” z pełną intensywnością.
Wystarczy, że przypomnisz sobie tyle, ile jest dla Ciebie komfortowe.
Teraz wyobraź sobie siebie z tamtego dnia.
Patrzysz na tę osobę z perspektywy siebie dzisiejszej lub dzisiejszego.
Jak na nią reagujesz?
Czujesz czułość?
Smutek?
Zazdrość?
Dumę?
Dystans?
Tęsknotę?
Nie poprawiaj tej reakcji.
Zauważ ją.
Podejdź bliżej, jeśli chcesz.
Możesz powiedzieć swojej dawnej wersji siebie:
„Jestem tobą z przyszłości”.
Nie musisz udawać, że ta osoba naprawdę istnieje niezależnie od Ciebie.
To dialog wyobrażeniowy — sposób na spojrzenie na własną historię z dwóch perspektyw.
Co chciałabyś lub chciałbyś powiedzieć sobie z tamtego czasu?
Może:
„Nie wiesz jeszcze, co się wydarzy”.
„Chciałabym cię przed czymś ochronić”.
„Dziękuję, że potrafiłaś się tak cieszyć”.
„Przepraszam, że później byłam dla ciebie tak surowa”.
„Nie wszystko pójdzie zgodnie z planem, ale sobie poradzimy”.
A może nie chcesz nic mówić.
Możesz po prostu usiąść obok.
Teraz zmień perspektywę.
Wyobraź sobie, że jesteś sobą z przeszłości i patrzysz na siebie dzisiejszą.
Co widzisz?
Czy ta przyszła wersja Ciebie wygląda tak, jak kiedyś sobie wyobrażałaś?
Co Cię zaskakuje?
Co chciałabyś jej powiedzieć?
Może masz do niej pretensję.
Może jesteś dumna.
Może pytasz:
„Dlaczego na to pozwoliłaś?”
Albo:
„Naprawdę przez to przeszłyśmy?”
Pozwól na odpowiedź.
Nie musi być mądra ani terapeutyczna.
Nie próbuj stworzyć idealnego dialogu.
Możesz przechodzić między tymi dwiema perspektywami kilka razy.
Na końcu zapytaj:
„Co chciałabym dzisiaj zabrać ze sobą z tamtej wersji siebie?”
Nie sam dzień.
Nie człowieka, który wtedy był obok.
Może ciekawość.
Odwagę.
Lekkość.
Zdolność zachwycania się czymś.
Poczucie humoru.
Energię.
Albo przekonanie, że potrafisz być szczęśliwa.
Jeżeli niczego nie znajdujesz — również dobrze.
Pożegnaj się z obrazem w taki sposób, jaki wydaje Ci się naturalny.
Możesz się przytulić.
Uśmiechnąć.
Pomachać.
Albo po prostu odejść.
Wróć uwagą do ciała.
Poczuj podłoże.
Weź spokojny oddech.
Otwórz oczy.
Rozejrzyj się po pomieszczeniu.
Nazwij trzy przedmioty, które widzisz.
Dotknij czegoś znajdującego się obok i zwróć uwagę na fakturę.
Jesteś tutaj.
W teraźniejszości.
Nie będziemy przez następne dni traktować dawnej wersji siebie jak realnego „towarzysza”, z którym trzeba się konsultować, jak proponowała pierwotna instrukcja.
Możemy natomiast zachować jedno pytanie:
„Czy sposób, w jaki dzisiaj traktuję siebie, byłby życzliwy również dla tej osoby, którą kiedyś byłam?”
To wystarczy.
Pierwszym wspomnieniem, które przyszło mi do głowy, był dzień, kiedy poznałam obecnego partnera.